[Artykuł] Pablo's Guide to Polish Pop - najlepsze polskie płyty

Najlepsze polskie płyty


Polska muzyka ma naprawdę mnóstwo do zaoferowania. Tylko trzeba tego szukać na płytach spoza ścisłego mainstreamu. Poniżej moja pięćdziesiątka polskich albumów, jakie najbardziej sobie cenię. Wybór i kolejność są subiektywne, ale na moje oceny często wpływają takie czynniki, jak oryginalność czy kunszt wykonawczy, kompozytorski, aranżacyjny. Przyjąłem założenie, że na liście może znaleźć się każdy album studyjny, koncertowy lub archiwalny, bez żadnych limitów na danego twórcę, pod warunkiem, że wpisuje się w muzykę popularną, a jego autorami albo istotnymi współautorami są muzycy polskiego pochodzenia. Nie brakuje tu zatem międzynarodowych projektów, często inspirujących się odległymi tradycjami muzycznymi, ale polska kultura - a tym bardziej popkultura - nigdy nie była monolityczna. I właśnie dzięki temu na liście mogły się znaleźć tak różnorodne płyty, prezentujące różne oblicze rocka, jazzu czy folku, a reprezentowane są też elektronika i hip-hop.

Polski top płytowy


50. SBB - SBB (1974)
Debiutancki album śląskiego zespołu przynosi odrobinę progowego epigoństwa w najgorszej, pełnej emfazy odsłonie, ale też sporo bardziej swobodnego grania na pograniczu psychodelii, bluesa i jazz-rocka, w którym trio było naprawdę świetne. Recenzja

49. Breakout - Blues (1971)
Kilka lat spóźniona odpowiedź na Johna Mayalla, Fleetwood Mac czy Ten Years After, ale nikomu w Polsce nie udało się lepiej oddać tego bluesowego klimatu. Recenzja (raczej nieaktualna)

48. Kult - Posłuchaj to do ciebie (1987)
Zanim zaczęli grać obciachowe przyśpiewki typu "Gdy nie ma dzieci", robili całkiem spoko post-punk z elementami funku, dubu, psychodelii, a nawet homeopatyczną dawką jazzu. Recenzja

47. Brygada Kryzys - Brygada Kryzys (1982)
Krytyka reżimu w państwowej wytwórni - niewiarygodne, że teksty z tej płyty przeszły przez ówczesną cenzurę. Samą muzykę nieźle oddaje wymyślone przez zespół określenie punkedelic, choć słychać też wpływy dubu / reggae, a podstawowe instrumentarium obejmuje saksofon. Recenzja

46. Czesław Niemen - Enigmatic (1969)
"Bema pamięci żałobny rapsod" to wyjątkowa kompozycja - pierwszy polski utwór prog-rockowy, nawet nie spóźniony względem Zachodu i do tego autentycznie interesujący. Reszta płyty bliższa jest jednak jarmarcznej muzyki, jaką Niemen grał do tamtej pory. Recenzja

45. Laboratorium - Modern Pentathlon (1976)
Zwykło się nazywać tę grupę polskim Weather Report, ale na świetnej stronie A z utworem tytułowym słychać też wpływy Davisa z "Bitches Brew", Hancocka, Mahavishnu Orchestra, a nawet progresywnej elektroniki. Strona B to już bardziej merkantylne, jazz-funkowe granie. Recenzja

44. SBB - SBB [Wołanie o brzęk szkła] (1978)
Najlepsze studyjne SBB, bo sporo tu naprawdę fajnego grania instrumentalnego, które odchodzi od dziaderskiego proga na rzecz wyraźnych inspiracji jazz fusion, funkiem, a także, tradycyjnie już, psychodelią i bluesem. Słabiej, lecz na ogół dość znośnie wypadają fragmenty ze śpiewem. [brak recenzji]

43. Łona x Konieczny x Krupa - TAXI (2023)
Jedyna płyta hip-hopowa w tym zestawieniu to rodzaj albumu koncepcyjnego, który broni się nie tylko dobrze napisanymi tekstami, ale także ciekawą warstwą instrumentalną. Recenzja

42. Wacław Zimpel - Massive Oscillations (2020)
Niegdyś ceniony klarnecista jazzowy, dziś bardziej producent i twórca muzyki elektronicznej, silnie czerpiącej z minimalizmu. Takie wpływy było w jego twórczości słychać już od pewnego czasu, ale właśnie od tego albumu zaczęły dominować. Recenzja

41. Siekiera - Nowa Aleksandria (1986)
Można narzekać, że to tylko polskie Killing Joke z odrobiną Joy Division czy Wire, ale u Brytyjczyków nie było tak chłodnego, dołującego klimatu szarych PRL-owskich blokowisk. Recenzja

40. Kult - Spokojnie (1988)
Dziesięciominutowy "Tan” doprowadza tę typową dla ówczesnego Kultu mieszankę post-punku z psychodelicznym klimatem, funkującymi rytmami i jazzującymi dęciakami do najbliższej doskonałości formy, a reszta podstawowego materiału przeważnie też trzyma poziom. Recenzja

39. EABS - Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) (2017)
Ciekawy pomysł, aby przybliżyć kompozycje Krzysztofa Komedy młodszym pokoleniom, uwspółcześniając brzmienie i rytmikę, a nawet dodając typowo hip-hopowe elementy, jak skrecze czy rap. [brak recenzji]

38. Voo Voo - Snopowiązałka (1987)
Powiązane tematyką snu utwory pod względem muzycznym stanowią dość eklektyczny zbiór - grupa zaczęła odchodzić tu od post-punkowych korzeni na rzecz inspiracji jazzem, ambientem czy folkiem - ale to jeden z bardziej dojrzałych i oryginalnych albumów polskiego rocka z ejtisówRecenzja

37. Morawski Waglewski Nowicki Hołdys - Świnie (1985)
Nie wszystkie rodzime grupy post-punkowe kopiowały The Police, Talking Heads, Killing Joke lub Joy Division. Efemeryczny kwartet MWNH na swojej jedynej płycie gra w tym stylu bez wywoływania skojarzeń z konkretnymi grupami z Zachodu. Recenzja

36. Mieczysław Kosz - Reminiscencje (1972)
Jedyny album, jaki niewidomy pianista nagrał przed tragiczną śmiercią, w połowie składa się z interpretacji dzieł kompozytorów klasycznych i beatlesowskiego "Yesterday" w swobodnych jazzowych wersjach, a w połowie z autorskiego, jeszcze bardziej rozimprowizowanego materiału. Recenzja

35. Tomasz Stańko - Balladyna (1976)
Pierwszy Polak w renomowanej wytwórnii jazzowej ECM. Klimatyczne ballady freejazzowe, bardzo ładne, wyrafinowane, ale nieco zbyt powściągliwe, jak na ówczesnego Stańkę. Recenzja

34. Raphael Rogiński - Žaltys (2024)
Jeden z najbardziej charakterystycznych i kreatywnych współczesnych gitarzystów gra tu coś w rodzaju zelektryfikowanego amerykańskiego prymitywizmu, inspirowanego litewskim folkiem. Recenzja

33. Andrzej Kurylewicz Quintet - 10+8 (1968)
Kurylewicz był twórcą pierwszej polskiej płyty jazzowej - "Go Right" z 1963 roku okazało się takim sukcesem, że niejako zainaugurowało kultową serię "Polish Jazz" - jednak dopiero tutaj osiągnął swoje wyżyny. "Ten Plus Eight" to doskonały przegląd ówczesnych ambitnych nurtów jazzu, z charakterystycznym brzmieniem puzonu wentylowego lidera. Recenzja

32. Tomasz Stańko Quintet - Music for K (1970)
Najbardziej radykalny studyjny Stańko, przeszczepiający na polski grunt idee Ornette'a Colemana. Album dedykowany zmarłemu Komedzie, ale smutek czy zaduma przeważnie ustępują miejsca wściekłości. Recenzja

31. ||ALA|MEDA|| - Spectra Vol. 1 (2022) / Spectra Vol. 2 (2024)
Dwie płyty inspirowane współczesną klubową muzyką Luzofonii - krajów, gdzie głównym językiem jest portugalski - będącej mieszanką tradycji z nowymi technologiami, co w połączeniu z improwizatorskimi tendencjami muzyków daje naprawdę ciekawy efekt. Recenzja 1 / Recenzja 2

30. Osjan - Roots (1983)
Egzotyczne instrumentarium i nawiązania do pozaeuropejskich tradycji muzycznych, głównie z Dalekiego Wschodu - tutaj w nieco wygładzonej, ale wciąż bardzo intrygującej odsłonie. [brak recenzji]

29. EABS & Jaubi - In Search of a Better Tomorrow (2023)
Najlepszy album EABS z autorskim materiałem, choć stworzony w ścisłej współpracy z pakistańską grupą Jaubi. Międzynarodowy charakter przedsięwzięcia oddaje muzyka, odświeżająca koncept łączenia jazzu z tradycją hindustańską, ale z całkiem nowoczesnym podejściem do brzmienia czy rytmiki. Recenzja

28. Hizbut Jámm - Hizbut Jámm (2024)
Zespół Raphaela Rogińskiego o międzynarodowym składzie i inspiracjach z różnych gatunków. Nie jest to pierwsza w historii próba połączenia psychodelii z afrykańskimi tradycjami, ale efekt rzadko kiedy brzmiał tak profesjonalnie. Recenzja

27. Gwinciński / Richter / Skolik - Jupiter, Urizen, Wernyhora, Trungpa (1998)
Efemeryczne trio na swoim jedynym albumie łączy jazzową swobodę z psychodelicznym brzmieniem oraz klimatem noir w bardzo elegancką, wyrafinowaną całość. Recenzja

26. Grupa Niemen - Strange Is This World (1972)
Nieudana, mimo wydania przez CBS, próba podbicia Zachodu, ale to właśnie tutaj Niemen - wsparty przez muzyków SBB oraz awangardowego basistę Helmuta Nadolskiego - na dobre pozbył się tych jarmarcznych elementów i zaproponował całkiem oryginalne podejście do progresywnego rocka. Recenzja

25. Zbigniew Namysłowski Quartet - Zbigniew Namysłowski Quartet (1966)
Jeden z pierwszych albumów z serii "Polish Jazz" przybliżał PRL-owskiej publiczności najnowsze jazzowe trendy z Zachodu, ale robił to w sposób bardzo oryginalny, bo łącząc ją z tutejszym.folklorem, szczęśliwie unikając przaśności. Recenzja

24. The Quartet - Loaded (1980)
Odważne nawiązanie w nazwie do amerykańskiego The Quintet, gdzie grali najwięksi jazzowi mocarze lat 50., ale to faktycznie jeden z najlepszych polskich składów jazzowych. Recenzja

23. Księżyc - Rabbit Eclipse (2015)
Drugi album zespołu pokazuje jego bardziej ambientowe, drone'owe oblicze, ale wciąż z tą dziwną, quasi-ludową atmosferą. Niesamowity powrót po blisko dwudziestu latach przerwy. Recenzja

22. Jerzy Milian - Baazaar (1969)
Prawdopodobnie najbardziej wyjątkowy album serii "Polish Jazz" pod względem instrumentarium: dominuje wibrafon lub marimba lidera, wykorzystano pochodzący ze Wschodu gijdak, a jedynym dęciakiem jest flet. Są też bębny i kontrabas. Recenzja

21. Hera & Hamid Drake - Seven Lines (2013)
Wacław Zimpel jeszcze w stricte jazzowym wydaniu, wsparty przez innych znakomitych improwizatorów - w XXI wieku trudno wskazać lepszy polski skład - osiąga swoje absolutne wyżyny na tym gruncie. Recenzja

20. Andrzej Trzaskowski Sextet - Seant (1967)
Jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów, a zarazem bardzo sprawny pianista, próbuje tu połączyć jazzową improwizację, techniki stosowane w muzyce współczesnej oraz ludową melodykę. Kompozycje i wykonanie stoją na najwyższym poziomie, ale nie słuchać tu szczególnego postępu względem poprzedniej płyty lidera. Recenzja

19. SBB - Karlstad - Live (2001)
Nikogo już chyba nie zdziwi, że najwyżej notowany album SBB to koncertówka - tutaj jest już wyłącznie to, w czym grupa wypadała najlepiej: rozimprowizowane granie na pograniczu jazz-rocka, fusion, bluesa oraz psychodelii czy nawet krautrocka. Niezrozumiałe, dlaczego wydano to dopiero ćwierć wieku po nagraniu. [brak recenzji]

18. Atman - Tradition (1999)
Bardzo ciekawy projekt, nawiązujący do muzyki spoza europejskiej tradycji, stylistycznie mieszczący się gdzieś pomiędzy psychodelią i avant-folkiem. Dużo egzotycznych brzmień, pierwotnego klimatu, a w repertuarze jest nawet przeróbka Hendrixa. [brak recenzji]

17. Tomasz Stańko Quintet - Jazzmessage from Poland (1972)
Klasyczny kwintet trębacza w najbardziej swobodnym wydaniu, oddalający się już od jazzu free w rejony bliższe davisowego fusion, ale z bardziej naturalnym, drewnianym brzmieniem. Świetnym dopełnieniem tego albumu jest wydany po latach, dwuczęściowy "Wooden Music". Recenzja

16. Niemen Aerolit - Niemen Aerolit (1975)
Jedyny album najlepiej zgranego zespołu Niemena, grający fantastyczną i dość unikalną mieszankę jazz-rocka z niedziaderskim rockiem progresywnym. To na tej płycie zaczęły się eksperymenty artysty z syntezatorami, które w znacznym stopniu stanowią o wyjątkowości tej płyty. Recenzja

15. Penderecki, Don Cherry & The New Eternal Rhythm Orchestra ‎- Actions (1971)
Nieznaczny epizod w twórczości Krzysztofa Pendereckiego, gdy spróbował ujarzmić czołowych europejskich improwizatorów według zasad muzyki poważnej - ci jednak nie mieli zamiaru sztywno trzymać się zapisu nutowego, a często nawet nie potrafili go czytać. Zamiast przełomowego spotkania dwóch muzycznych światów powstało po prostu znakomite dzieło freejazzowe. Recenzja

14. Light Coorporation - Rare Dialect (2011)
Największy rarytas z tej listy - album zniknął z Bandcampa i serwisów streamingowych, a fizyczne wydania dostać coraz trudniej. Szkoda, bo to fascynująca muzyka, którą najprościej określić jako klimatyczny, nocny jazz-rock, ale z wpływami Rock in Opposition czy sceny Canterbury - niemal niespotykanych w polskiej muzyce. Recenzja

13. Ossian - Księga chmur (1979)
Osjan - jeszcze pod angielską nazwą - w bardziej dzikim, pierwotnym wydaniu, co moim zdaniem duźo bardziej pasuje do tych egzotycznych, pozaeuropejskich inspiracji. [brak recenzji]

12. Maestro Trytony - Enoptronia (1997)
Absolutne wyżyny polskiego proga, bardzo wyrafinowana i nieboomerska odmiana tego stylu, z silnymi wpływami jazzu czy XX-wiecznej poważki, pokazująca ogromny kunszt kompozytorski, aranżacyjny i wykonawczy. Recenzja

11. Zbigniew Seifert - Man of the Light (1977)
Seifert, w towarzystwie wyłącznie zachodnich muzyków, gra tu muzykę bliską kwartetu Johna Coltrane'a z okresu tuż przed freejazzową transformacją, jednak w ogóle nie sięga tu po saksofon, a jedynie skrzypce, które nadają tej muzyce bardziej unikalnego charakteru. Recenzja

10. Saagara - 2 (2017)
Zeszłoroczna "3" jest bardziej dopracowana, ale to tutaj Zimpel po raz pierwszy zaproponował tę niepowtarzalną mieszankę muzyki karnatackiej, jazzu i post-minimalizmu, a mnie zachęcił do zainteresowania się polskim niezalem. Recenzja

9. Tomasz Stańko - TWET (1974)
Koncept klimatycznego jazzu free z "Balladyny" narodził się nie tam, a na tym albumie i tutaj moim zdaniem jest realizowany w sposób ciekawszy, z wieloma świeżymi pomysłami, mniej rutynowo. Recenzja

8. Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Zbigniew Seifert, Janusz Stefański - Kunstkopfindianer (1974)
Efemeryczny skład, z dwoma Polakami, dwoma Austriakami oraz Niemcem, podczas swojej trzydniowej współpracy nagrał najlepszy album jazz fusion (miejscami ciążący w stronę free) z kontynentalnej części Europy. Recenzja

7. Zbigniew Namysłowski Quintet - Winobranie (1973)
Siedem lat zajęło nagranie następcy "Zbigniew Namysłowski Quartet", ale to jeszcze bardziej fascynująca muzyka, jeszcze silniej zakorzeniona w muzyce słowiańskiej i czerpiąca też innych tradycji (bałkańskiej, hindustańskiej), ciekawie rozszerzająca też instrumentarium. Recenzja

6. Orkiestra Ósmego Dnia / Jan A.P. Kaczmarek - Muzyka na koniec (1982)
Być może najbardziej intrygujący klimatem polski album, mający w sobie zarazem coś pogańskiego, jak i mistycznego. Można tu znaleźć, cześciowo raczej przypadkowe, podobieństwa do Osjan, Comus, Popol Vuh czy Dead Can Dance, ale jako całość płyta brzmi absolutnie unikalnie. Recenzja

5. Księżyc - Księżyc (1996)
Słowiański folk, ale zupełnie nieprzaśny, brzmiący raczej jak muzyka towarzysząca jakimś pradawnym rytuałom, ale zaaranżowana w całkiem współczesny sposób, z saksofonem, elektrycznym pianinem, a nawet syntezatorami. Jedna z najbardziej niepowtarzalnych płyt, nie tylko w polskiej fonografii. Recenzja

4. Andrzej Trzaskowski Quintet - The Andrzej Trzaskowski Quintet (1965)
Wydany tuż przed "Astigmatic" i "Zbigniew Namysłowski Quartet", debiut Trzaskowskiego jako pierwszy przedstawiał polskiej publiczności, zamkniętej w komunistycznej bańce, najnowsze trendy światowego jazzu, a zarazem je rozwijał, wprowadzając elementy muzyki współczesnej i uchwytną słowiańskość. Recenzja

3. Grupa Niemen - Niemen vol. 1 / Niemen vol. 2 [Marionetki]  (1972)
O ile w PRL-u większość krajowych grup rockowych zadowoliła się byciem polskim czymś-tam, tutaj udało się stworzyć coś faktycznie unikalnego na skalę światową, bo nikt w ten sposób nie łączył proga, jazz-rocka i poważnej awangardy. Recenzja

2. Tomasz Stańko Quintet - Purple Sun (1973)
Ostatni album klasycznego kwintetu Stańki, na którym w pełni dokonała się transformacja z freejazzowej grupy w stylu Colemana w zespół na swój własny sposób rozwijający muzykę Milesa Davisa z "Bitches Brew", zapowiadając bardziej nastrojowe granie z "TWET" czy "Balladyny". Recenzja

1. Komeda Quintet - Astigmatic (1966)
Pierwsze miejsce dla właśnie tego albumu jest z pewnością najbardziej przewidywalnym, wręcz sztampowym aspektem tej listy. Zarazem umieszczenie tu jakiegokolwiek innego tytułu można by odebrać jako szukanie kontrowersji. Po prostu jazz grany przez białych muzyków rzadko bywał aż tak dobry. Te wszystkie albumy z dalszych miejsc, choć wspaniałe, pozostają jednak w cieniu tego dzieła. Recenzja


Komentarze

  1. Bardzo zaskakująca lista, chociaż nie powiem, że po tak obiecującym tytule spodziewałbym się raczej zespołów pokroju Varius Manx, Łzy czy De Mono, które faktycznie swojego czasu były solidnie działającą maszyną pop - a nie dziwności w stylu Księżyca, Alamedy czy innych nowoczesnych landszaftów dźwiękowych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne nawet nie słuchałeś tych płyt, które tak pogardliwie określasz, tylko z góry je skreśliłeś, bo reprezentują coś odmiennego od rockowego mainstreamu. Pop w tytule oznacza całokształt muzyki popularnej, czyli wszystko, co nie jest ani muzyką klasyczną, ani ludową.

      Usuń
    2. Skąd podejrzenie, że odrzucam coś z założenia bo nie jest rockowym mainstreamem? Przecież to jest guide to pop a nie rock ;) Jeżeli to co uwzględniłeś na liście zawiera się w całokształcie muzyki popularnej, a przynajmniej tego jak ty ją rozumiesz ("pop" nie jest tożsamy z "muzyką popularną" co możesz znaleźć w google) to w takim razie po co podział na górze strony?

      Pogardliwe określenie - myślę, że owo sformułowanie może śmiało trafić do Twojego słowniczka pojęć przydatnych w recenzjach, jako przeciwwaga dla mało literackich określeń pokroju "niezal", "dowozić", "bumer" i sam wiesz co jeszcze.

      Usuń
    3. Podejrzewam tak na podstawie tego, co od lat piszesz z różnych kont.

      Podobieństwo słowa "pop" do "muzyka popularna" nie jest przypadkowe, tylko jest powszechnie stosowanym skrótem, przy czym może też oznaczać tę bardziej merkantylną część muzyki rozrywkowej. Dlatego z kontekstu należy wywnioskować, o które znaczenie chodzi. A kontekst masz jasno wyłożony we wstępie. Nazwy odmian muzyki popularnej na banerze mają natomiast sygnalizować, jaka muzyka jest tu najsilniej reprezentowana. I to w sumie też wskazówka, czego należało się spodziewać po tej liście.

      Natomiast co do sformułowania, to brzmi pretensjonalnie i, cóż, boomersko.

      Usuń
    4. "Jedyny album najlepiej zgranego zespołu Niemena, grający fantastyczną i dość unikalną mieszankę jazz-rocka z niedziaderskim rockiem progresywnym". Eee tam - takich płyt łączących w podobny sposób proga z fusion jest w epoce multum - przecież z bardzo podobnych komponentów stylistycznych jest zbudowana Pamięć SBB, od groma jest też płyt na świecie i w Europie i to na podobnie wysokim (a czasem nawet wyższym) poziomie instrumentalnym (dwójka francuskiego Atoll, Les Contes Clearlight, debiut amerykańskiego Happy the Man, płyty hiszpańskiego Iceberg, album z 75 roku Modrego Efektu - można tak długo wyliczać). Unikalny w tej mieszance jest "tylko" głos Niemena. A płyta jest super, bo stary prog - jeśli tylko mamy do czynienia z dobrymi muzykami - je super (haha).

      Usuń
    5. Tytuł zwodniczy, tyle mam do powiedzenia w tej kwestii - zresztą mocno przypomina inną listę "Porcys Guide To Pop" gdzie nikomu nie przyszło do głowy by dawać nawet tak podstawowych wykonawców jak Miles Davis (co oczywiście nic mu nie umniejsza), co najwyżej dając wskazówkę że zainspirował jakiegoś twórcę. Pop to pop. Jazz to jazz.

      Usuń
    6. @Cymbergaj: Jedno słowo może mieć różne znaczenia, które wynikają z kontekstu. Tutaj kontekst rozwiewa wszelkie wątpliwości, że tytuł nie odnosi się do szczegółowego podziału na gatunki, tylko do trójkąta Phillipa Tagga, który wyróżnił trzy rodzaje muzyki: ludową (folk music), klasyczną/poważną (art music) oraz popularną/rozrywkową (popular music). Miejsce jazzu jest w tej ostatniej.

      Usuń
    7. "Pablo's Guide To Polish Pop" z pewnością brzmi zgrabniej niż "Pablo's Guide To Polish Popular Music", ale generalnie używanie określenia "pop" jako synonimu dla "muzyka popularna", choć niewątpliwie nie jest błędne, może jednak prowadzić do niefortunnych nieporozumień, szczególnie że w powszechnym rozumieniu "pop" to jednak właśnie określenie specyficznego rodzaju muzyki popularnej a nie jej całości. Sam zresztą uważam, że dość ekscentrycznie wygląda nazywanie np. "Machine Gun" Brotzmanna popem

      Usuń
    8. Dokładnie tak: tytuł miał być zgrabny, chwytliwy, a niekoniecznie bardzo precyzyjny. Zresztą doprecyzowanie następuje we wstępie, więc nieporozumienia mogą wynikać wyłącznie z przeczytania samego tytułu albo chęci wywołania gównoburzy. Natomiast ten prosty trójpodział muzyki ma pewne wady - jak zauważyłeś muzyka popularna nie zawsze ma rozrywkowy charakter, ale też ta art music nie zawsze jest klasyczna, a zdarza się, że nie jest poważna - jednak jest uzasadniony, jeśli weźmie się pod uwagę takie czynniki, jak np. sposób dystrybucji (taki sam u Brotzmanna i De Mono, ale inny w muzyce klasycznej i jeszcze inny w ludowej), podejście do teorii czy profesjonalizm.

      Usuń
    9. Niewątpliwie nie jest idealny, jest jednak przynajmniej ściśle sformalizowany i nie ulega wątpliwości, że według jego kryteriów Brotzmann kwalifikuje się jako muzyka popularna zaś nawet te bardziej pierdołowate klasyki jako muzyka poważna/klasyczna. Gdy jednak zamiast terminu "muzyka popularna" użyje się synonimu "pop" nasuwają się mimowolnie silnie skojarzenia z tą jedną konkretną odmianą muzyki popularnej, których można, przynajmniej moim zdaniem, uniknąć używając tego pierwszego określenia. Nadal ma ono swego rodzaju "merkantylny" wydźwięk nieoddający zupełnie istoty części dzieł się w ten gatunek wpisujących, ale nie aż taki jak "pop" :)

      Usuń
  2. Bardzo dobry pomysł! Brakuje trochę czegoś więcej ze sceny yassowej (Miłość, Arhythmic Perfection, Łoskot), płyta Maestro Trytony "Heart of Gold" jest lepsza od tej na liście, może to nawet najlepsza polska płyta w ogóle. Gdzie jest Ścianka i "Białe wakacje"?! Czemu nie ma Grechuty?

    OdpowiedzUsuń
  3. Warto rozważyć umieszczenie na liście:
    Variete "Koncert Teatr Stu"
    Małe Instrumenty "Chemia i fizyka"
    Thiele "Modlitewning"
    Kinsky "Copula Mundi"
    Kobong "Chmury nie było"
    Kury "P.O.L.O.V.I.R.U.S."
    Tomasz Gwinciński "Klub Samotnych Serc Pułkownika Tesko"
    Zemby "11"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tej listy nie będę zmieniać, bo pokazuje mój subiektywny wybór z tego momentu. Zakładam natomiast, że w przyszłości pojawią się kolejne edycje tego przeglądu, z mniej lub bardziej drastyczną aktualizacją.

      Usuń
    2. Hah, kiedyś proponowałem mu POLOVIRUS, zachęcając w tym że w jednym z fragmentów bodajże "Śmiersi mi z ust" pojawiają się akordy z "A Love Supreme", komentarz mimo dwóch prób się nie pojawił, ale samego POLOVIRUSA posłuchał, tyle że dużo później. Ciekawe czy ocena 5/10 jest dalej aktualna, bo to wyjątkowa płyta przynajmniej na polskim rynku fonograficznym.

      Usuń
  4. Rozumiem.osobiste preferencje, ale nawet najbardziej subiektywny polski Top 50 bez choćby jednej yty Grechuty, względnie Anawy, lub chociaż Demarczyk, słowem bez ani.jednego albumu z tej absolutnie niepowtarzalnej "krakowskiej" szkoły muzyki popularnej jest przeraźliwie ułomny i przypomina trochę np. hardrockowe Top 50 bez choćby jednej płyty Zeppelinów. Co innego Top 10 czy Top 20 - tam może zabraknąć miejsca na mniej lubiane płyty choćby i najbardziej znaczace, ale Top 50 jednak zakłada szerokie spektrum i taka płyta z Krakowa powinna się znaleźć choćby i symbolicznie. Cieszy mnie natomiast docenienie Księgi Chmur.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze piszesz! Zdecydowanie powinny być na liście!

      Usuń
    2. Subiektywny wybór polega właśnie na tym, że nie umieszcza się na liście czegoś, bo tak wypada, nawet jeśli się tego nie lubi. Ilość pozycji nie zmienia znaczenia tego słowa i nie determinuje tego, jakie można przyjąć kryteria doboru. Nie widzę też w tej wypowiedzi żadnego merytorycznego uzasadnienia, dlaczego mam się Grechutą zachwycać.

      Analogia z Led Zeppelin jest natomiast niezbyt trafiona, bo jednak byłoby to pominięcie na liście dotyczącej konkretnego stylu twórcy, który w istotny sposób pomógł ten styl ukształtować. Jeśli jednak autor nie zarzekałby się, że to lista najważniejszych płyt hardrockowych, tylko jego subiektywny wybór, to nie widzę w tym nic złego. Taka lista wciąż mogłaby mieć wartość dla innych, np. informując o istnieniu różnych ciekawych, a mniej znanych tytułów (mogłby się tam znaleźć choćby "Truth" Becka, który antycypował Zeppelinów). Natomiast taki rozległy, jak powyżej, zakres - cała polska muzyka tzw. rozrywkowa - jeszcze bardziej usprawiedliwia brak tego czy innego wykonawcy, zwłaszcza że raczej nie ma tu nic, na co Grechuta miał wpływ.

      Usuń
    3. No nie do końca, bo wpływ tej "szkoły" krakowskiej (zwłaszcza Konecznego) np. na muzykę Księżyca jest bezsprzeczny i łatwy do wykazania - nawet na poziomie konkretnych utworów. Podobnie Ossian - ten styl przecież kształtował się pierwotnie już w łonie Anawy (na Korowodzie - i w instrumentalnym utworze Jackowskiego i przede wszystkim w partiach Ostaszewskiego). Generalnie wpływ tych krakowskich projektów (celowo nie mówię o samym Grechucie) na polską piosenkę artystyczną, na poezję śpiewaną jest gigantyczny i w przeciwieństwie do Niemena nie jest ściśle związany z predyspozycjami (w tym przypadku niezwykłymi warunkami wokalnymi) samego wykonawcy. A i w skali muzyki europejskiej było to zjawisko raczej nie mające dokładnego odpowiednika w żadnym innym kraju (z drugiej strony przecież - nie ujmując nic np. Labaratorium, no "Pięciobój" jest dobrze zagranym fusion ze zżynkami z Hancocka - płyta jakich na świecie tysiące). Nie jest moim celem- broń Boże- ingerencja w Twoją listę, bo byłoby to głupie. Po prostu wyrażam swoje zdanie.

      Usuń
    4. No nie do końca, bo wpływ tej "szkoły" krakowskiej (zwłaszcza Konecznego) np. na muzykę Księżyca jest bezsprzeczny i łatwy do wykazania - nawet na poziomie konkretnych utworów. Podobnie Ossian - ten styl przecież kształtował się pierwotnie już w łonie Anawy (na Korowodzie - i w instrumentalnym utworze Jackowskiego i przede wszystkim w partiach Ostaszewskiego). Generalnie wpływ tych krakowskich projektów (celowo nie mówię o samym Grechucie) na polską piosenkę artystyczną, na poezję śpiewaną jest gigantyczny i w przeciwieństwie do Niemena nie jest ściśle związany z predyspozycjami (w tym przypadku niezwykłymi warunkami wokalnymi) samego wykonawcy. A i w skali muzyki europejskiej było to zjawisko raczej nie mające dokładnego odpowiednika w żadnym innym kraju (z drugiej strony przecież - nie ujmując nic np. Labaratorium, no "Pięciobój" jest dobrze zagranym fusion ze zżynkami z Hancocka - płyta jakich na świecie tysiące). Nie jest moim celem- broń Boże- ingerencja w Twoją listę, bo byłoby to głupie. Po prostu wyrażam swoje zdanie.

      Usuń
    5. Oczywiście muzyce Koniecznego a nie Konecznego jak napisałem (Koneczny to historyk cywilizacji).

      Usuń
    6. Napisałeś, że brałeś również pod uwagę inne czynniki... Upominam się o Grechutę, bo to jedyny artysta z tamtych lat dorównujący Niemenowi. Czemu nie podoba ci się "Magia obłoków"?

      Usuń
    7. Generalnie to Osjan wyrósł przecież z Anawy - i to zarówno muzycznie jak i personalnie (Jackowski/Ostaszewski).

      Usuń
    8. @JD: Tu faktycznie niechcący wprowadziłem was w błąd. Miałem coś innego na myśli: że te czynniki często wpływały na moje subiektywne oceny, a nie że były jakimś dodatkowym kryterium. Teraz rozumiem, skąd takie odpowiedzi. Poprawię to.

      Grechuta ogólnie nie trafił w moją wrażliwość muzyczną. Najbardziej odpycha mnie wokal - uważam, że jest zbyt ugrzeczniony i poprawny - a całościowo zdaje się zbytnio przynależeć do konkretnej epoki, przez co zawsze miałem poczucie, że to muzyka dla moich rodziców, a nie dla mnie. Natomiast pobocznym celem tej listy jest też zainteresowanie polską muzyką współczesnych słuchaczy - tych, którzy nie mieli już problemów z dostępem do zagranicznych wydawnictw, więc ich znajomość krajowej fonografii jest zwykle słabsza niż u wcześniejszych pokoleń - i Grechuta kompletnie mi do tego konceptu nie pasuje.

      Usuń
    9. W takim wypadku jest to całkowicie usprawiedliwione. I tak to pewnie najlepsza lista jaką można znaleźć w internecie, na innych wiadomo zawsze musi być Maryla i pozostałe typy reklamodawców...

      Usuń
    10. No różnie to bywa - np. mój niespełna 14-letni syn (który nie dawno założył sobie konto na RYM) jest wielkim fanem amerykańskiego hip hopu, a muzyki polskiej w zasadzie nie trwai (np. Niemen go drażni i śmieszy). Grechuta jest jedynym polskim artystą, którego słucha chętnie i z absolutnie własnej woli. Co do jego śpiewu- oczywiście nie dysponował wielkimi możliwościami wokalnymi, a i technika śpiewu nie była nadzwyczajna (choć trzeba przyznać, że z płyty na płytę się rozwijał i np. na Pieśniach do słów Tadeusza Nowaka śpiewa już nadzwyczajnie także od strony technicznej ). Grechuta miał ogromną wrażliwość artystyczną i niezwykłe czucie słowa pisanego - poezji, co sprawia, że w jego twórczości nie ma w zasadzie chybionych interpretacji tekstu (a np. Niemenowi się one zdarzały). Plus skłonność do ciągłych poszukiwań i eksperymentów - przecież Droga za Widnokres brzmi w wielu aspektach jak nowa fala i to w 72 roku (rezygnacja z "barokowości" brzmienia- uwypuklenie beatu- akompaniament na oparty zwykle ostinatach basu i gitary- to brzmi jak Talking Heads czy Crimson z lat 80). A potem z kolei jest poezja połączona z jazz-rockiem na Magii z fenomenalną perkusją Jonkisza. Ale nawet debiut z Anawa(który obcokrajowcy odbierają jak "baroque pop) był absolutną rewolucją (i rewelacją) w aranżowaniu polskiej piosenki (i to co jest fascynujące bez odwoływania się do wzorców zachodnich - bez śladu rocka, big beatu czy bluesa). To połączenie smyczków nawiązujących do muzyki barokowej (ale przecież zawsze w lirycznej "odpatetyzowanej formie) z jazzem, balladą i szczyptą wodewilu - składa się na niewiarygodnie kunsztowne aranże (w czym oczywiście wielka zasługa nie tylko Grechuty ale i Pawluśkiewicza).

      Usuń
    11. @okechukwu
      Dobry komentarz. Niestety, nie ma wiele płyt bez odwoływania się do wzorców zachodnich lub twórczo je rozwijających, inaczej niż we Francji czy w Niemczech, w Polsce bardziej ceni się kalki muzyczne.

      Usuń
  5. Czy będzie kiedyś podobna polecajka dla konkretnych gatunków muzycznych? Np. dla Rocka i jego odmian, jazzu ogólnie czy metalu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie listy już istnieją, ale na moim RYM-ie: https://rateyourmusic.com/list/RocknRollWillNeverDie/

      Usuń
  6. "Man of the Light" raczej nie zasługuje na tak wysokie miejsce, powiedzmy sobie szczerze to Coltrane, tyle tylko, że grany na skrzypcach, pozostali muzycy też tylko wpisują się w schemat, naśladując odpowiednich muzyków oryginalnego kwartetu.

    OdpowiedzUsuń
  7. To żeś otworzył puszkę pandory. Mnie twój wybór raczej nie zaskakuje skrzywienie progresywnie jazzowe zauważone:)
    Trochę szkoda żeś nie skalibrował tak by jedno miejsce dla jednego wykonawcy zrobił.skondensownie Niemen/SBB//Stańko zbyt duże.
    Oczywiście zgadzam się też z kolegami że nie np Grechuty Drogi za Widnokres folk elektro rapsy:)
    Byś się wstydził

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Progresywno-jazzowo-post-punkowe z domieszką folku, takie to raczej skrzywienie ;). Nie jestem zwolennikiem ograniczania liczby płyt na wykonawcę, bo wtedy wypadło by parę moich ulubionych albumów, by zrobić miejsce dla mniej cenionych. Przy ograniczeniu do jednej płyty, to już lepiej byłoby przekształcić to w listę wykonawców zamiast albumów. A ja jednak wolę skupiać się na konkretnych dziełach.

      Usuń
    2. Kosien - który ma przecież preferencje muzyczne absolutnie odmienne od moich- dobrze prawi. Droga za Widnokres nie tylko antycypuje new wave, ale też rap- te hipnotyczne beaty bębnów, ascetyczne aranże z zapętlonym basem, plus poezja - tym razem.wylacznie współczesna(genialne teksty!), to.daje efekt absolutnie nowoczesnej muzyki , o wiele bardziej niż np Marionetki Niemena (choc oczywiście w sensie stricte muzyczne u Niemena się o wiele więcej dzieje). Szokująca płyta zważywszy, że nagrana tuż po Anawie i rozstaniu z Pawluśkiewiczem.Pamietam ze kiedy usłyszałem wieki temu gdy byłem na etapie "katowania" Korowodu i Magii to Droga bardzo mnie rozczarowała. Właśnie dlatego że była tak inna od tego co Grechuta grał wcześniej. Dziś uważam, że to może najbardziej niezwykle dzieło polskiej muzyki lat 70 (niekoniecznie najlepszez ale właśnie najbardziej niezwykle₩

      Usuń
    3. Przecinamy muzycznie się jednak. Droga za Widnokres to płyta osobna zarówno u Grechuty jak i w polskiej muzyce- drugiej takiej nie ma.
      Nie jestem pewien twoich określeń czy to jakaś zapowiedź nowej fali, czy rapu. Pewne jest jedno że jest transowa z szamanem na wokalu.
      Potrafi otworzyć mityczne trzecie oko lub przynajmniej zostawić słuchacza z opadniętą szczęką:)

      Usuń
    4. @Kosien
      Skrzywienie niekoniecznie wynika z selekcji, może przecież też odzwierciedlać większą płodność akurat tych nurtów muzycznych w Polsce.

      Usuń
    5. Ja nie kreuje Grechutę na twórcę nowej fali czy rapu, bo to by było i głupie i nieprawdziwe. Natomiast słychać na "Drodze" elementy zadziwiająco przypominające obydwa te gatunki (np. "Może usłyszysz wołanie o pomoc" z polirytmicznymi bębnami i ostinatem gitary jako podstawowym budulcem utworu to jest przecież Talking Heads jak ta lala! ). Droga wyjątkowa (no i jaki mocarny skład: Jastrzębski na kontrabasie, Ścierański na gitarach, Gawrych i Kulik na bębnach) , ale każda płyta Grechuty z lat 70 wnosi coś absolutnie świeżego i nowego (nawet nie do końca udana Szalona lokomotywa, w której mierzy się z Witkacym, nie zawsze do końca udanie, ale zawsze ciekawie). Niestety w latach 80 nastąpił regres i brak nowych pomysłów - chyba po części spowodowany chorobą. No ale Niemen wypalił się wcześniej.

      Usuń
    6. Jeszcze jeden zarzut do listy wymyśliłem. Żadnej z tych płyt nie puściłbym na randce. Mało seksowna:)

      Usuń
    7. Widzę - kieruję te słowa do Pawła - że i "Droga" niespecjalnie Ci podeszła.

      Usuń
    8. Muzycznie nawet przyjemne, czasem ciekawe, ale ten wokal - no nie do przejścia dla mnie przeszkoda.

      Usuń
    9. A jakby te same partie zaśpiewał David Thomas (?haha)

      Usuń
    10. Wtedy na pewno nie byłyby to te same partie. Ja zawsze powtarzam, że wole wokalistów, którzy niekoniecznie śpiewają czysto, ale mają charyzmę i wyobraźnię, by wyjść poza schematy. Stąd Thomas, ale też np. Beefheart, Niemen, Hammill czy Wyatt do mnie trafiają, w przeciwieństwie do Grechuty, który kojarzy mi się z uczniem na egzaminie, gdzie trzeba się ściśle wpasować w narzucony klucz.

      Usuń
    11. Akurat Niemen zawsze śpiewał czysto (nie ma w jego partiach ani jednej fałszywej nuty) i doskonale pod względem technicznym - natomiast bywał manieryczny i miał też nietrafnie dobrane interpretacje do charakteru tekstu (np. Italiam Italiam, Mów do mnie jeszcze, również Smutny ktoś - mimo że sam utwór jest świetny). Grechuta dysponował niewielkim głosem - stąd trudno o eksperymenty. Zawsze jednak idealnie trafiał muzyką i interpretacją w charakter tekstu i wbrew pozorom są to bardzo zniuansowane partie - inaczej akcentuje liryzm, inaczej ironię, inaczej smutek, inaczej radość (podczas gdy np. u Niemena zdecydowana większość interpretacji ma dokładnie ten sam dramatyczno-ekspresyjny charakter, choć zdarzają się wyjątki np. "wychłodzona" melorecytowana partia w "Kamyku"). Tak naprawdę człowiekiem o największych możliwościach wokalnych w polskiej muzyce rozrywkowej był Andrzej Zaucha - niestety zbyt wcześnie poszedł w czystą komercję.

      Usuń
    12. Ale jest u Niemena taka dzikość, krzykliwość, no zdecydowanie wychodzi poza konwencjonalny śpiew, bywa nadekspresyjny.

      Usuń
    13. Na pewno Niemen był wielką indywidualnością. Co do Vol I i Vol II, które potraktowałeś jako całość (wg mnie słusznie - była dyskusja kiedyś na FD, czy na liście powinny być razem czy osobno), to zupełnie inaczej oceniam Vol I i II. "Dwójka"- z trzema arcydziełami (Marionetki, Piosenka dla Zmarłej, Pielgrzym), jedynka jednak albo nudziarska i pretensjonalna (właśnie tutaj to słówko pasuje mi jak ulał- do Requiem dla van Gogha - jedyny interesujący aspekt tego utworu to nowatorskie brzmienie kontrabasu, no to powiedzmy 5-6 min można z tego zrobić kompozycję, reszta to jest jednak raczej taka napuszona, snobistyczna pseudo-awangarda i słuchać, że doskonali muzycy w konwencji improwizowanego rocka czy jak to wdzięcznie ująłeś "dziaderskiego" proga, po prostu męczą się w tej konwencji) albo solidna ale nic ponadto (Inicjały to jest po prostu porządna improwizacja pod Milesa). Świetny tylko Sariusz (ale bardzo krótki).

      Usuń
    14. "Pielgrzyma" nie ma na "dwójce", ani w ogóle na "Marionetkach". Grupa Niemen nagrała go na "Ode to Venus", po angielsku i w okrojonym składzie. Polska wersja jest na "Aerolit".

      Nie podzielam krytyki "jedynki" - to ona w znacznym stopniu decyduje o wyjątkowości i unikalności tego tandemu płyt. Gdyby ukazała się tylko "dwójka", raczej nie byłaby na moim podium polskich płyt. Choć tam jest mój ulubiony utwór Niemena ze wszystkich jego wcieleń, którego zresztą nie wymieniłeś - "Com uczynił".

      Usuń
    15. Jasne- pomyliło mi się, oczywiście, że myślałem o "Com uczynił" (nie wiem, czemu ale często myśląc o "Com uczynił" podaję tytuł "Pielgrzyma"- jest to jakiś osobliwy błąd semantyczny, który mi się utrwalił i bardzo często go powtarzam). Odnośnie meritum, często posługujesz się argumentem o "graniu przez muzyków rockowych powyżej rzeczywistych" możliwości/umiejętności. Granie poważnej awangardy/muzyki współczesnej to jest najwyższy poziom - o wiele wyższy niż granie np. Bacha, którego uczą we wszystkich szkołach muzycznych i który jest w "backgroundzie" każdego muzyka o przyzwoitym stopniu edukacji . Pamiętam, jak rozmawiałem z Janem Kantym Pawluśkiewiczem o jego eksperymentach z fortepianem preparowanym i dlaczego, skoro interesowała go awangarda/muzyka współczesna nie korzystał z niej szerzej na płytach Anawy (są to bardzo krótkie wstawki w Kantacie z Korowodu i w końcówce utworu Ta wiara Anawy z Zauchą). Odpowiadał, że to są żarty, że jego poziom pianisty i kompozytora (gruntownie wykształconego) nie pozwalał na inne potraktowanie awangardy jak tylko w krótkich, intuicyjnych wstawkach, opartych na zasadzie "chcę rozwalić fortepian|- inaczej jak mówił - Bogusław Schaeffer, z którym się przyjaźnił "zmłyyby mu głowę" za hochsztaplerkę.. Tymczasem Requiem to 20 minutowa kobyła - muzyków, którzy - poza Nadolskim (choć Nadolski też startował z free jazzu i uchodził za postać kontrowersyjną) nie mieli żadnego doświadczenia w graniu muzyki współczesnej. Co innego awangardowe wstawki i ornamenty wzbogacające harmonię takich utworów jak Com uczynił (znowu chciałem napisać "Pielgrzym") czy Piosenka dla zmarłej - to wyszło fantastycznie, co innego 20 min opartych w całości na muzyce atonalnej. Wg mnie to jest niestety czysta hochsztaplerka- typu chcemy dorównać Pendereckiemu, choć oczywiście były zespoły, które potrafiły grać świadomą awangardę (np. Between z pierwszej płyty i Space Trip- zresztą w jakimś sensie podobny do Requiem bo z wiodącą rolą "kontrabasowego" instrumentu motocello).

      Usuń
    16. @okechukwu
      Z wywiadu z Nadolskim (https://wyborcza.pl/7,76842,16985749,czeslaw-niemen-z-podniesionym-czolem-cykl-wyborczej-cz.html):
      "Kiedyś próbujemy przed nagraniem "Requiem dla Van Gogha" w jakimś studio w Warszawie, weszło dwóch takich i zaczęli drzeć ryja, że w życiu się nie zgodzą na wydanie czegoś takiego. Ale akurat korytarzem przechodził Witold Lutosławski. Usłyszał, wszedł, zapytał, co tu się dzieje. A nic, to Niemen z Nadolskim hałasują. Lutosławski posłuchał nas chwilę. "No, interesujące, bardzo ciekawe". I poszedł. A ci dwaj: "No dobrze, nagrywamy..."."

      Usuń
    17. Nie traktuję "Requiem” jako kompozycji współczesnej, bo w takiej kategorii jest to amatorszczyzna, a bardziej jak coś w stylu, powiedzmy, Univers Zero. Albo raczej free improvisation inspirowanego XX-wieczną awangardą. Uważam, że sonorystycznie całkiem ciekawy efekt tam osiągnięto.

      Usuń
    18. W Waszym sporze dotyczącym „Vol. 1” sytuuję się mniej więcej pośrodku, z lekkim przechyłem w stronę okechukwu. Generalnie, gdybym miał wybierać, znacznie bardziej trafia do mnie „Vol. 2”. Na „jedyneczce” jest jednak również trochę ciekawego grania, czasami wręcz frapującego. „Requiem dla van Gogha”, moim zdaniem, zostało źle wyważone. W tym względzie podzielam opinie kolegi okechukwu. Ewidentnie można było skondensować pomysły i ująć je w krótszej formie. Paleta środków artykulacyjnych Nadolskiego jest jednak dość ograniczona. Zazwyczaj eksponuje kilka ulubionych patentów, które z lubością powtarza. Z perspektywy rockowego słuchacza może to wyglądać inaczej. Pod względem kompozytorskim „Requiem dla van Gogha” również nie jest spektakularnym osiągnięciem. Miało być awangardowo, zatem popatrzmy, jak wyglądało to w świecie ówczesnej muzyki współczesnej. W sferze artykulacyjnej i kompozytorskiej dobrym punktem odniesienia mogą być wczesne kwartety smyczkowe Pendereckiego. Szczególnie „jedyneczka”, która jest wzorcowym przykładem ortodoksyjnego sonoryzmu. Bogactwo artykulacyjne jest oszałamiające. Dobre pomysły na „Vol.”, których nie brakuje, można było lepiej zagospodarować. Prawdopodobnie zbawienne byłoby powściągnięcie zapędów improwizatorskich. Granie ad libitum jest niezwykle trudne, szczególnie dla rockowych muzyków. Nawet bardzo zdolnych. Zapewne pomocne byłoby większe doświadczenie w tym względzie oraz dłuższy okres muzykowania w tym samym składzie personalnym.

      Usuń
    19. Świetny komentarz Mahavishnuu (który ma osłuchanie we współczesnej poważce o niebo większe ode mnie). Nadolski generalnie wniósł do składu Niemena bardzo dużo, jego brzmienie kontrabasu jest niezwykłe w kontekście rocka, ale akurat Requiem jest przykładem jego rozbuchanych ambicji i to właśnie takich poważnych/stricte awangardowych (bo przecież są tam klastery, fragmenty aleotoryczne, itp). Gdyby było to parę minut to w porządku, ale to prawie 20, na dodatek z muzykami, którzy byli fantastycznymi improwizatorami, ale przecież w obrębie bluesa i rocka. Ta anegdota z Lutosławskim istnieje też w wersji z Wodiczką (tak to zapamiętał Niemen). OKI - pewnie byli i Wodiczko i Lutosławski, ale jedno zdanie gdzieś rzucone "w biegu" to za mało. Nie wiem, czy istnieje jakaś poważna muzykologiczna analiza "Requiem", czy nawet krótka wypowiedź krytyka muzycznego, który byłby specjalistą w zakresie współczesnej muzyki poważnej (w książeczce do wznowienia Marionetek na CD jest cytowana wypowiedź Pawła Mykietina na temat "Piosenki dla zmarłej"- bodaj, że to najlepszy nieakademicki utwór polski -cytuję z pamięci, więc mogę się pomylić, no ale tej "Piosence" awangarda jest traktowana z odpowiedni umiarem "dobarwiania", "ornamentowania" i rzeczywiście efekty są rewelacyjne). Z kolei powiedzenie, że to nie awangarda tylko "free improvisation" jest OKI (to jakby zdejmuje z muzyków "ciężar" i powagę konwencji), ale dlaczego w takim razie (zwracam się do Pawła) zespoły typu Genesis są piętnowane za to, że chciały dorównać XIX-wiecznym klasykom (a inne za brak umiaru i wydłużanie utworów ponad miarę- często słusznie!)- podczas gdy tak naprawdę żaden utwór Genesis nie jest nawet w 5% tak bliski XIX-wiecznej klasyce jak Requiem współczesnej poważce (mówię o wymiarze estetycznym) i mało który utwór tego "dziaderskiego" proga jest tak monstrualnie rozdęty jak Requiem w stosunku do trzonu/jakości materiału. To jest taka taryfa ulgowa, jakby za samo eksperymentowanie, niezależnie od tego, czy jest ono udane czy nie, czy prowadzi do czegoś udanego czy do ślepiej uliczki. Generalnie Vol I/II zawiera sporo absolutnie genialnego, wyjątkowego materiału, ale też sporo chybionego (bo i Z moich pierwszych odkryć nie wydaje mi się specjalnym osiągnięciem - tu akurat z innych powodów niż Requiem). Pytanie do JD- Ty masz bardzo duże osłuchanie we muzyce współczesnej - łącznie z tymi improwizowanymi formami, tak z ręką na sercu uważasz, że Requiem jest udanym utworem?

      Usuń
    20. Zważmy jeszcze - jak oszczędny w porównaniu do tego, co dzieje się na Requiem - był np. Trzaskowski na Seant - jak jednak ten serializm (absolutnie u Trzaskowskiego wprowadzany świadomie i z pełnym opanowaniem technik kompozytorskich) jest umiarkowanie dawkowany, "mieszany" z tonalnością czy modalizmami.

      Usuń
    21. Z kolei powiedzenie, że to nie awangarda tylko "free improvisation" jest OKI (to jakby zdejmuje z muzyków "ciężar" i powagę konwencji), ale dlaczego w takim razie (zwracam się do Pawła) zespoły typu Genesis są piętnowane za to, że chciały dorównać XIX-wiecznym klasykom (a inne za brak umiaru i wydłużanie utworów ponad miarę- często słusznie!)- podczas gdy tak naprawdę żaden utwór Genesis nie jest nawet w 5% tak bliski XIX-wiecznej klasyce jak Requiem współczesnej poważce (mówię o wymiarze estetycznym)

      Tak, zdecydowanie ten zarzut jest bardziej adekwatny w stosunku do "Requiem". Ale na szybko przejrzałem recenzje Genesis i tam nie ma nic o chęci dorównania XIX-wiecznym klasykom, tylko innego rodzaju zarzuty. Niektóre są mało konkretne, ale ewidentnie oceniam te płyty na tle rocka progresywnego, a nie poważki.

      Usuń
    22. Ten zarzut o chęci grania muzyki neoromantycznej przez Genesis pojawił się bodaj w Twoim komentarzu. Mniejsza. Ja zresztą nie jestem zagorzałym fanem Genesis i z częścią zarzutów się zgadzam. Chodziło mi o generalne podejście - takie, że a priori granie muzyki w stylu Requiem dla van Gogha jest lepsze/bardziej wartościowe niż granie "dziaderskiego" proga, który z kolei właśnie symbolizują te bardziej symfoniczne płyty SBB. No w tym sęk, że niekoniecznie. Jak dla mnie inklinacje i typ umiejętności, wręcz cały muzyczny temperament SBB pasował bardziej do grania proga niż awangardy. Co zresztą poniekąd przyznawał sam Skrzek (jest taki wywiad na Youtube) pytany o to, dlaczego grali proga a nie jazz- "w jazzie w Polsce było dużo lepszych od nas , ale w symphonic rock, to myśmy wymiatali nie tylko w Polsce ale i na świecie" Co nie znaczy, że na tych płytach nie ma wad (śpiew/teksty).

      Usuń
    23. Stosując cherry-picking można różnych rzeczy dowodzić, ale wystarczy spojrzeć na całokształt moich ocen, żeby się przekonać, że nie uznaję czegoś z góry za lepsze/gorsze w zależności od stylu czy inspiracji, tylko do każdego dzieła podchodzę indywidualnie. Po prostu wpływy muzyki klasycznej wcześniejszych epok - od baroku do romantyzmu - są czymś bardzo powszechnym, wręcz oczywistym w rocku progresywnym, więc Genesis nie wyróżnia się swoimi inspiracjami, raczej wpisał się w pewną konwencję. Natomiast wpływ muzyki współczesnej nie był wśród progowych twórców tak częsty i mało kto do tamtej pory poszedł w tym kierunku tak daleko, jak Grupa Niemen - dlatego stwierdziłem, że to "jedynka" w większym stopniu (za sprawą "Requiem”, ale też davisowych "Inicjałów") sprawia, że ten płytowy tandem wyróżnia się na tle proga. Z kolei problemem progowego SBB nie jest sama stylistyka, a epigonizm połączony z tym, że jest to po prostu słabsze od pierwowzorów - m.in. ze względu na to, o czym sam wspominasz, a dodałbym tu też to uparte nagrywanie utworów o długości calej strony winylowej, gdzie często taka forma wydaje się wynikać wyłącznie z chęci wpisania się w ten niemądry progowy stereotyp. I to właśnie sprawia, że ten progowy SBB to granie tylko dla słuchaczy mocno wkręconych w gatunek, dla których ta kliszowatość jest zaletą.

      Usuń
    24. @okechukwu
      Nieadekwatne jest porównywanie tego utworu z dziełami muzyki współczesnej, jest to, jak słusznie Paweł zauważył, rodzaj intuicyjnej improwizacji, bliski nurtowi free improvisation. Muzyka taka próbuje osiągać zupełnie różne cele od kompozycji, podobieństwo jest tu tylko przypadkowe ze względu na użycie tych samych środków w postaci różnych rozszerzonych technik wykonawczych. Więcej można o tym znaleźć w książce Bailey'ego "Improvisation".
      Czy "Requiem" jest udanym utworem? Myślę, że to niekoniecznie dobre pytanie (kwestia oceny intuicyjnej improwizacji). To na pewno interesująca próba otwarcia się na coś nowego, w ówczesnej muzyce rockowej jedna z bardziej udanych. Powszechnie chwalone jest King Crimson za "Starless and Bible Black", który niby miał jako pierwszy wprowadzić swobodną improwizację do prog rock, a muzyka to bardzo amatorska i niewiele mająca wspólnego z autentycznym free improv. Polski zespół poradził sobie znacznie lepiej!
      Oczywiście takie próby budzą pewne wątpliwości: requiem w tytule uzasadnia wybór ograniczonej liczby gestów i ich charakter, ale swobodna improwizacja i muzyka o bardziej narracyjnym charakterze niekoniecznie do siebie pasują, czy odwołanie do Van Gogha w tytule jest pretensjonalne? recytowany tekst na początku - po co? i jak to ma się do wyrażonej w tytule idei?
      BTW, też preferuję Vol. 2.

      Usuń
    25. Ciekawa odpowiedź. Ja do niektórych improwizacji Crimson z okresu 73-74 mam podobne zastrzeżenia, ale akurat tę na Bible Black lubię. Przede wszystkim te najlepsze improwizacje z tego Crimson mają mocno uwypuklony element rockowej estetyki - czy to poprzez podkreślenie rytmu (jak w finale utworu tytułowego ze Starless) czy przez brutalizację brzmienia. Tymczasem w Requiem tego rocka w zasadzie nie ma - właśnie tego co można by estetycznie wyzyskać. Dwa - Crimson z okresu 73-74 ma jednak sporo opracowań muzykologicznych - np. Keelinga i tam są różne aspekty wprowadzania (głównie przez Frippa) elementów muzyki współczesnej dokładnie analizowane.

      Usuń
    26. " I to właśnie sprawia, że ten progowy SBB to granie tylko dla słuchaczy mocno wkręconych w gatunek, dla których ta kliszowatość jest zaletą."
      To zależy, jak się na to spojrzy. Bo w tym symfonicznym SBB "kliszowatość" (która rzeczywiście w jakimś stopniu występuje i to nie tylko odnośnie proga, ale też jednak kopiowanie patentów rytmicznych np. Mahavishnuu) nie jest jakąś konstytutywną cechą tej muzyki.. Nie mówiąc już, że sam problem klisz - i to dalej posuniętych niż u SBB- występuje na wielu uznanych płytach jazzowych, które sam wysoko oceniasz i ktorą są na liscie (ja zresztą też je bardzo lubię). JD słusznie wspomniał o kopiowaniu przez Seiferta muzyki kwartetu Coltrane'a, ten sam problem występuje np. na pierwszej płycie Quartet (totalne kopiowanie stylu McCoy Tynera z przełomu lat 60 i 70). Przy tym wszystkim jest jednak niewątpliwa wirtuozeria (zjawiskowa u Seiferta i muzyków Quartet). SBB nigdy nie było zespołem bardzo oryginalnym, ale jeśli chodzi o biegłość, swobodę (połączoną z precyzją) i energię grania - to był absolutny top europejskiego rocka i proga i na tych płytach symfonicznych też doskonale to słychać (zresztą one mają bardzo precyzyjne, przejrzyste plany - neoromantyczne części z wokalami, partie instrumentalne fusion, klasowe zrobione "mostki" pomiędzy tematami- wszystko tam jest na miejscu, poza grafomańskimi tekstami). Czy zamiast topowego zespołu prog rockowego lepiej było mieć tych młodych super zdolnych muzyków, którzy fascynowali się od poczatku bluesem, Mahavishnu i i symph-progiem a nie Pendereckim, Ligetim czy free jazzem zakleszczonych np. na 2 lata w granie rzeczy typu Requiem?

      Usuń
    27. To głównie kwestia twoich oczekiwań. Istnieje pewien domyślny format muzyki rockowej z piosenkową strukturą, ostrym elektrycznym brzmieniem i niejakimi odniesieniami tonalnymi. Łatwo jest stwierdzić, że jeśli coś nie stosuje się do niego to jest nieudane. Akceptowane są tylko próby, które próbują coś do tego schematu dodać, ewentualnie coś nad nim nadbudować. Dlatego niekonwencjonalne techniki mogą się pojawiać tylko jako "smaczki aranżacyjne", ewentualnie w osobnych sekcjach, które mają jasno określone znacznie w ramach całej struktury (zazwyczaj odwołują się też do reakcji emocjonalnych zaszczepionych odbiorcom przez film, gdzie muzyka nietonalna podkreśla grozę i obcość - sci-fi, horror). Brzmienie jest tu najważniejszym wyznacznikiem gatunkowym, dlatego artyści nie mają swobody w operowaniu wszelkimi dostępnymi technikami, większość musi należeć do tych szablonowych. Twórcy, którzy starają się przebudować muzykę rockową od podstaw nie mają łatwo (wczesny krautrock), publiczność zdecydowanie odrzuciła takie próby, rockowy eksperymentalizm dawno się skończył, została nam post-grunge'owa i pop-punkowa nuda. Może tak musiało się stać i nie da się wygrać z przemysłem kulturalnym za pomocą jego metod, ale ja i tak darzę sporym szacunkiem tych, którzy mimo wszystko próbowali.

      Usuń
    28. "czy odwołanie do Van Gogha w tytule jest pretensjonalne? recytowany tekst na początku - po co"

      Sam tytuł jest OK - odbieram go jako aluzję do rodzaju artystycznego szaleństwa. Fragment recytowany do zaakceptowania wyłącznie jeśli to był rodzaj żartu. Jeśli na poważnie, "programowo", to jest to nieznośnie pretensjonalna bufonada Nadolskiego. Ja akurat odbieram tę recytację raczej jako żart. Co do żartów, doskonałym utworem z tej płyty jest niedoceniony i niemal zawsze marginalizowany "Ptaszek" - fantastyczna miniatura i interpretacja wiersza Jasnorzewskiej.

      Usuń
    29. Co do muzykologów, przeglądam czasem ich prace, widać, że znają tylko te bardziej popularne płyty i na ich omawianiu się koncentrują. Nie interesują ich nagrania, które nie wywarły żadnego wpływu na dalszą historię muzyki pop. Łatwiej też pisać, o czymś, co łatwo daje się opisać przy użyciu znanych metod analitycznych...

      Usuń
    30. "I to właśnie sprawia, że ten progowy SBB to granie tylko dla słuchaczy mocno wkręconych w gatunek, dla których ta kliszowatość jest zaletą".
      Pytanie, czy rzeczywiście muzyka z niemewskiego Vol I jest atrakcyjna dla szerszego spektrum słuchaczy? Na RYM - które nie jest jednak ProgArchives i nie jest adresowane do progowego fana- Vol I ma jednak mniejszą ilość ocen (nie jakoś drastycznie mniej, ale zauważalnie) i przede wszystkim wyraźnie niższe średnie niż te najbardziej "symfonizujące płyty" SBB - Pamięć, Ze Słowem, Memento.

      Usuń
    31. "ale wystarczy spojrzeć na całokształt moich ocen, żeby się przekonać, że nie uznaję czegoś z góry za lepsze/gorsze w zależności od stylu czy inspiracji, tylko do każdego dzieła podchodzę indywidualnie."

      Ale - nie obraź się - bo bardzo cenię to, co robisz na blogu - uderzasz w niektórych wypowiedziach (także na tej liście) w taki "wyższościowy", snobistyczny ton typu: ja tu promuję fantastyczną, nowatorską muzę a wy maluczcy boomerzy sobie słuchacie dziaderskiego proga. Ja sam czasem mam takie tendencje snobistyczne (zdarza mi się np. popisać tak zupełnie bez potrzeby oczytaniem, albo wpadać w egotyczne rejony związane z faktem, że słucham muzyki klasycznej). Jednak jak się na tym złapię - to zawsze czuję się zażenowany tym, co napisałem. A np. kolega Mahavishnuu jest od takiego "wyższościowego" podejścia zupełnie wolny - zawsze to są takie bardzo zobiektywizowane wyważone opinie, w 100 procentach skupione na meritum,bez "dowartościowywania" swojego ego.

      Usuń
    32. Jeszcze odnośnie Requiem, to w książeczce jest cytowany fragment (które powtarza się też chyba w książce Radoszewskiego) wywiadu z Niemenem, w którym ten tłumaczy, że samo odniesienie do van Gogha miało u Nadolskiego charakter synestezyjny, że grając je widział "van goghowskie" żółcie. Ja "słuchając Requiem "widzę" głównie ciemne barwy (nie wiem jak Wy?), ale nie posiadam tego zmysłu syntestezyjnego utożsamienia tonacji z określoną barwą. Natomiast co innego jest ciekawe w kontekście porównania improwizacji Crimson vs Niemen/Nadolski z Requiem. Otóż w eseju z Marionetek jest info, że Requiem było wielokrotnie grane na koncertach, udoskonalane, szlifowane aż nabrało właściwą formę zarejestrowaną w studio. Czy to jest rzeczywiście w takim razie free improvisation, czy jednak dość ściśle przygotowana kompozycja, która ewoluowała w trakcie improwizacji? I pytanie drugie - czy te utwory stricte improwizowane Crimson - znane z Great Deceiver były kiedykolwiek powtarzane w zbliżonej postaci na innych koncertach czy jednak były niepowtarzalne improwizacje przypisane wyłącznie do jednego koncertu? Bo to jest arcyistotna różnica. Oczywiście Crimson miało pewne stałe patenty na te improwizacje - typu wolny "aleotoryczny" początek, potem ostinata Frippa jako taki element stały - oś konstrukcyjna porządkująca dramaturgię, potem finał z rockowym, bardzo mocnym pulsem. Ale jednak wydaje mi się, że Crimson nie powtarzało dokładnie tych samych improwizacji (no chyba że to się tyczyło improwizacji na bazie komponowanych utworów typu Talking Drum). Być może się mylę?

      Usuń
    33. @okechukwu:

      uderzasz w niektórych wypowiedziach (także na tej liście) w taki "wyższościowy", snobistyczny ton typu: ja tu promuję fantastyczną, nowatorską muzę a wy maluczcy boomerzy sobie słuchacie dziaderskiego proga.

      To jest po prostu humorystyczny opis pewnego rodzaju muzyki, nie przytyk do jej słuchaczy. Sam słucham sporo rzeczy, które można uznać za dziaderskie.

      Pytanie, czy rzeczywiście muzyka z niemewskiego Vol I jest atrakcyjna dla szerszego spektrum słuchaczy? Na RYM - które nie jest jednak ProgArchives i nie jest adresowane do progowego fana- Vol I ma jednak mniejszą ilość ocen (nie jakoś drastycznie mniej, ale zauważalnie) i przede wszystkim wyraźnie niższe średnie niż te najbardziej "symfonizujące płyty" SBB - Pamięć, Ze Słowem, Memento.

      Prog na RYM-ie jest z reguły dobrze oceniany. Niższą średnią dla ”jedynki" niż dwójki czy płyt SBB akurat łatwo wytłumaczyć mniejszą przystępnością. Natomiast mnie chodzi o to, że dzieło Niemena - i mam tu na myśli obie części, traktowane jako jeden album - jest na tyle inne od reszty proga, że faktycznie warto po nie sięgnąć, żeby poznać szersze spektrum tego gatunku. Progowe płyty SBB uważam natomiast za opcjonalne, bo nie wnoszą nic do gatunku. Z tego samego powodu za opcjonalne można uznać albumy Seiferta czy The Quartet, z tym że tutaj trudno o inne merytoryczne zarzuty, niż podobieństwo do innych twórców. A u SBB już wskazaliśmy inne problemy.

      Czy zamiast topowego zespołu prog rockowego lepiej było mieć tych młodych super zdolnych muzyków, którzy fascynowali się od poczatku bluesem, Mahavishnu i i symph-progiem a nie Pendereckim, Ligetim czy free jazzem zakleszczonych np. na 2 lata w granie rzeczy typu Requiem?

      Mogli też być czołowym jam bandem, gdyby po prostu grali tak, jak w tych instrumentalnych fragmentach płyt z listy. I wtedy trudno byłoby sformułować jakieś rzeczowe zarzuty.

      Usuń
    34. @okechukwu
      Nie wydaje mi się, żeby Requiem było w całości zakomponowane, długość utworu świadczy raczej o czymś innym. Tak jak w przypadku King Crimson, ustalone są pewne punkty orientacyjne, czas pomiędzy którymi muzycy wypełniają intuicyjnymi improwizacjami. Oczywiście daleko temu do radykalnego free improv, gdzie muzycy odmawiają jakichkolwiek wcześniejszych wspólnych prób. Jak już wcześniej pisałem, powrót do początkowego motywu determinuje niejako narracyjny charakter całości, sprawia, że improwizacje porządkują się też wokół formy łukowej.
      Tytuł utworu nawiązuje do rozpadu osobowości malarza? Cóż, znów więc stereotypowe powiązanie, jak w muzyce filmowej...
      Może ta recytacja była rodzajem instrukcji dla wykonawców?

      Usuń
    35. "Punkty orientacyjne", "osie konstrukcyjne" są naturalne. Ale jeśli te intuicyjne improwizacje w Requiem były wielokrotnie "obrabiane" i "doszlifowywane" na koncertach, to nie mamy do czynienia z free improwizacją tylko z graniem z pamięci wypracowanego modelu z pewnymi modyfikacjami (absolutnie wbrew definicji free improwizacji Braxtona, że nie może być to muzyka grana z pamięci). Ciekawe, jak było z tymi improwizacjami u Crimson - nie mogę jakoś znaleźć precyzyjnej informacji w necie - Paweł, Mahavishnuu spotkaliście się z jakimś źródłem, które podawałoby, czy poszczególne improwizacje Crimson były wielokrotnie powtarzane na koncertach w tym samym kształcie? Chodzi mi o utwory typu Providence, Starless and Bible Black, Wilton Carpet, Daniel Dust itd?

      "Twórcy, którzy starają się przebudować muzykę rockową od podstaw nie mają łatwo (wczesny krautrock), publiczność zdecydowanie odrzuciła takie próby, rockowy eksperymentalizm dawno się skończył"

      Dwa aspekty. Poszerzanie i przebudowanie rocka może się skończyć tym, że taka muzyka straci wszelkie związki z rockiem (vide niektóre grupy krautowe, ale też np. kierunek w jakim poszło Soft Machine). Dwa- większość ludzi (i ja też!) chce melodii, które można by zapamiętać (na podobnej zasadzie chce fabuły w prozie). I fajnie jest nucić nie tak oczywistą melodię z Piosenki dla zmarłej ("Która leżysz w trumnie pomiędzy kwiatami), natomiast jest niemożliwe, żeby coś - jak to mówi mój przyjaciel; "siadło na bańkę" z Requiem dla van Gogha

      Usuń
    36. Mogli też być czołowym jam bandem, gdyby po prostu grali tak, jak w tych instrumentalnych fragmentach płyt z listy. I wtedy trudno byłoby sformułować jakieś rzeczowe zarzuty.

      No i byli świetnym jam bandem. Ale być jam bandem również w studio? Trochę bez sensu i ta najbardziej jamowa płyta studyjna SBB - Nowy Horyzont jest wg mnie najsłabsza. Zresztą ten schemat - symphonic plus Mahavishnu powtarza się tak naprawdę tylko na dwóch płytach: Pamięć i Ze słowem. Inna jest Welcome (z odniesieniami choćby do Beatlesów), inne funkująco-latynoskie Follow, inne Memento z Piwowarem i dawką absolutnie topowego grania na 2 gitary (i najlepszym solem gitarowym w historii polskiego rocka- nie jest to tylko moja opinia, ale paru muzyków, z którymi rozmawiałem).

      Usuń
    37. czy poszczególne improwizacje Crimson były wielokrotnie powtarzane na koncertach w tym samym kształcie?

      "Starless and Bible Black", poza wykonaniem z 23 listopada 1973, które trafiło na tak zatytułowany album i koncertówkę "The Night Watch", był grany na żywo jeszcze co najmniej dwukrotnie - raz wcześniej (7 października) i raz póżniej (11 kwietnia '74). Nie wiem, czy istnieją zapisy tamtych pozostałych wykonań, żeby porównać, jak wiele się tam powtarza. "Providence", kiedy już się rozkręca, jest z kolei bardzo podobne do "Asbury Park" z "USA" - tu. też mógł być jeden punkt wyjścia (te same założenia), tylko rożnie to tytułowali, w zależności od miejsca występu.

      Usuń
    38. Słuszna uwaga z tym Asbury i Providence.

      Usuń
    39. @okechukwu
      Trudno będzie to jednoznacznie rozstrzygnąć, zespoły rockowe raczej nie pracują w zdyscyplinowany sposób.
      Stopniowa utrata związków jest koniecznością, jaki jest związek Yes z Chuckiem Berrym?
      Głosili dawni prorocy: "In some century to come, when the school children will whistle popular tunes in quarter-tones-when the diatonic scale will be as obsolete as the pentatonic is now - perhaps then these borderland experiences may be both easily expressed and readily recognized."

      Usuń
    40. W mojej opinii związek takiego Close to the Edge (żeby wziąć za przykład sztandarowe dzieło zespoły) z Berrym jest o wiele bliższy niż tegoż Close to the Edge np. z Requiem dla van Gogha.
      No tak - to zupełnie jak prorokował Schoenberg, że za ileś tam lat nawet "mleczarz będzie gwizdał utwory w skali dwunastotonowej". Przytoczę taką anegdotę z autopsji odnośnie tych "ćwierćtonów" - przed dwoma laty podczas podróży do Uzbekistanu byłem na koncercie uzbeckiego zespołu folklorystycznego. Grali z rozbudowanym składem (tymi lutniami typu tanbur)i dwiema dziewczynami na wokalu, które "szybowały" po tych wschodnich skalach a czasem wpadały wręcz w takie "chińskie" świergotliwe tony. Zasadniczo muza obca zachodniej tonalnej tradycji. Publika, którą tworzyli oprócz nas (tzn mnie i mojej rodziny) chyba sami lokalsi (to był mały koncert na dziedzińcu czajchanu w Bucharze) reagowała tak standardowo bez szału, umiarkowanymi brawami. I w pewnym momencie dziewczyny zaczęły śpiewać zupełnie przebojowy numer z wyrazistą tonalną melodią (prawdopodobnie był to jakiś ruski przebój, może jeszcze z czasów ZSRR). I wtedy szał, rzęziste brawa, krzyki, bisy - wszyscy wstali. Może to jest wpływ tego radzieckiego dziedzictwa, ale faktem jest, że nawet w tak odmiennej kulturze ludzie zareagowali na melodię, którą można zanucić.

      Usuń
    41. Może tu jeszcze być ten związek dla ciebie widoczny (mogłem dać coś post-rockowego zamiast Yes), w końcu nie tak długi okres czasu dzieli tych twórców, ale z czasem wydaje się, że powinien się on rozluźniać, chyba, że uważamy punkowe powroty do korzeni za coś historycznie koniecznego.
      Bardzo mało mają wspólnego z zachodnią niektóre tradycje muzyczne, nie przeceniałbym podobieństw między nimi: https://news.mit.edu/2019/perception-musical-pitch-cultures-0919

      Usuń
  8. Generalnie to jeszcze taka uwaga natury ogólnej: deklaracja, że lista jest moim subiektywnym wyborem i nic w niej nie będę zmieniać, jest zasadniczo słuszna i takie jest prawo autora subiektywnych list (i to nawet nie "zbójeckie" tylko święte). Tyle że taka deklaracja właściwie odcina możliwość, jakiegokolwiek krytycznego ustosunkowania się do poczynionego wyboru. W moich wpisach nie chodziło broń boże o dokonywanie zmian na na liście (bardzo nie lubię ingerencji w czyjeś teksty i bodaj jak zmieniłeś coś drobnego dwa razy pod wpływem dyskusji ze mną, czułem zażenowanie - nie zmieniaj!), tylko o wyrażenie zdania na ten temat. Zwłaszcza, że wsparłeś się jednak pewnym dążeniem do obiektywizacji tematu ("brałem pod uwagę takie czynniki, jak oryginalność czy kunszt wykonawczy, kompozytorski, aranżacyjny").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Źle mnie zrozumiałeś. Mam zastrzeżenia do formy komentarza, który sugerował, że są wykonawcy, których powinno się umieszczać nawet na subiektywnych listach. Natomiast dzielenie się własnymi typami jest zawsze mile przeze mnie widziane. To dla mnie zawsze cenna wskazówka, co jeszcze powinienem poznać, a do czego wrócić, bo może faktycznie jakiś aspektów nie doceniłem. Dzięki temu część tych tytułów pewnie pojawi się w kolejnych edycjach "Pablo’s Guide to Pop" albo innych zestawianiach, jak cykl "50 lat temu…".

      W kwestii zmiany zdania po dyskusji uważam całkiem odwrotnie - nie należy dla samej tylko zasady twardo obstawać przy jednym stanowisku, jeśli pod wpływem nowych doświadczeń - pozyskania nowej wiedzy - zrozumiało się, że było się w błędzie. Oczywiście to nigdy nie powinno być bezrefleksyjne. Jednak jeśli skłaniasz mnie do przemyślenia jakiejś kwestii, podajesz merytoryczne argumenty, to czasem zrewiduję swoją opinię. Ja zresztą ciągle dokonuję jakichś poprawek w tekstach, bo cały czas się uczę o muzyce.

      Usuń
    2. Oczywiście - ja sam często zmieniam stanowisko, jeśli ktoś przedstawi trafną argumentację. Chodziło mi o samo ingerowanie w tekst. Jeszcze odnośnie związania muzyki z daną epoką, to weźmy płytę Miliana (którą uwielbiam i na pewno umieściłbym ją w swoim To 50). No ale biorąc rzecz na chłodno, to jest to album bardzo "przypisany" do epoki i to mniej więcej o dekadę wcześniejszej niż data jego nagrania. Wariant cool jazzu pod koniec lat 60 już raczej passe (na świecie). Czy to umniejsza jej wartość? No wiadomo, że nie, bo kunszt instrumentalistów i walory melodyczne są na znakomity poziomie.

      Usuń
    3. Jeszcze taka refleksja. Nie chciałbym, żeby moje krytyczne uwagi odnośnie tej listy (taki mam nerw polemiczny, że lubię bardziej dyskutować, a mniej się zgadzać), przesłaniały jej walory poznawcze i wyjątkowość. Bo obecność tytułów, które wg mnie zasługują na miejsce (w takim powiedzmy bardziej zobiektywizowanym Top 50), nie sprawiłaby, że odkryłbym w nich coś nowego. A te tytuły, których wcześniej nie znałem (np. Saagara, którą już kupiłem na CD), są naprawdę arcyciekawe i bardzo odświeżające . Także - niezależnie od wszystkich uwag - wielkie brawa za tę listę!

      Usuń
  9. Na mojej liście na pewno nie zabrakłoby miejsca dla Demarczyk, Grechuty i Anawy z Zauchą. „Astigmatic” raczej nie załapałby się do TOP 20. Pomimo kilku podejść, jakoś nigdy mnie nie zachwycił. Nie ma co utyskiwać na brak tego czy innego albumu. Przecież autor wyraźnie zaznaczył, że jest to jego subiektywna lista. Można umieścić Papa Dance, Annę Jurksztowicz, Franka Kimono. Cokolwiek. Brak Komedy, Niemena, SBB, Namysłowskiego również przyjąłbym ze zrozumieniem. Zamiast narzekać, lepiej wrzucić swoje zestawienie. Choćby w ramach kontrapunktu. Czytelnicy tylko na tym skorzystają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie zatem twoja lista?

      Usuń
    2. Mahavishnuu - wszystko się zgadza i powtarzam- nie chodziło mi o ingerowanie w cudzą listę, ale o dyskusję. Paradoksalnie gdyby ta lista była mniej "przekrojowa" i gorzej prezentowała ambitne kierunki w polskiej muzyce ostatnich 60 lat, to pewnie bym jej nawet nie komentował- wychodząc z założenia, no lista jak lista - każdy może zrobić swoją. . Ale sęk tkwi w tym, że lista naprawdę bardzo udanie przedstawia całą gamę różnych nurtów polskiej sceny z tych 6 dekad : od jazzu, poprzez rocka ( i tego klasycznego i nowszego), różne odmiany folku, te nieakademickie płyty "na styku" z muzyką współczesną. To jest generalnie obiektywnie bardzo dobry wybór - np. dla obcojęzycznego słuchacza, który chciałby poznać polską muzykę. I tutaj moje preferencje niewiele znaczą - uważam np. , że Nowa Aleksandria jest niemiłosiernie "przehajpowana", ale niewątpliwie jej obecność w Top 50 jest (obiektywnie) uzasadniona. No i właśnie do tego pełnego obrazu brakuje choćby jednego przedstawiciela najbardziej endemicznego i najbardziej oryginalnego wariantu artystycznej piosenki, jakim bez wątpienia była muzyka skupiona wokół grup Grechuty, Jana Kantego Pawluśkiewicza, ale też oczywiście Koniecznego, Demarczyk, Piwnicy pod Baranami, w nieco mniejs spektakularnym artystycznie wyrazie także Skaldów, Dżambli - no to jest cała "szkoła" . Oczywiście zgadzam się z JD, że to Grechuta największą osobowością tej sceny, ale w sumie to mógłby być nawet dość manieryczny Turnau- chodzi mi o zupełne "wygumkowanie" na liście Pawła całego zjawiska, co niestety czyni ten bardzo dobry skądinąd przewodnik - niepełnym.

      Usuń
  10. @JD

    „Gdzie zatem twoja lista?”

    Jako że nie krytykowałem listy Pawła, nie przyszło mi do głowy, aby coś takiego zaprezentować.

    OdpowiedzUsuń
  11. Może ktoś polecić jakieś polskie płyty techno, noise czy innych typów muzyki elektronicznej, nie będącej prostym naśladownictwem muzyki z Berlina lub od Mego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie że przywołałeś Variete świetna kompletnie niedoceniona kapela , do tej pory wydaje świetne płyty.
      Z polskiego elektro Kixnare jest ciekawy. Z innej strony kolektyw Polish cut Edits kolektywnie i solowo można ich śledzić. Są weterani jak Jacek Sienkiewicz...

      Usuń
    2. Dzięki! Variete zdecydowanie pasuje na tę stronę, ciekaw jestem opinii Pawła.

      Usuń
    3. Akurat Variete kojarzę chyba tylko z nazwy. Dzięki za wskazówkę, co nadrobić w najbliższym czasie.

      Usuń
    4. Dodajmy jeszcze "Twin Pigs" Alberta Rosenfielda, chociaż to kolejna płyta z gatunku jajcarskich. Ale na uwagę zasługuje fakt, że poza perkusją główne instrumenty jakie tam się pojawiają to wokal i bas - a konkretnie to czterech basistów. Pawu pewnie to się nie spodoba, ale jest też "progresywny" Collage - co ciekawe ich Moonshine na 16 recenzji na RYM nie ma żadnej po polsku... zahaczający o art Homo Twist, projekty z Mazollem - dobra, koniec bo nie chcę by stężenie strun było zbyt duże

      Usuń
    5. Aaaa, Warieci się spodobali, to może posłuchaj DEBIUTU (absolutnie niczego innego) Ziyo (tak, tego Ziyo) - ktoś tu nagrał Disintegration przed Disintegration (sesje nagraniowe w 1987 roku). W końcu to post punk, a tu złe płyty nagrywał tylko za przeproszeniem U2

      Usuń
    6. Znów piszesz nieprawdę, bo U2 ma tu oceny ze środka skali, nawet jedną "siódemkę", bez trudu znajdziesz też inne post-punki ocenione na tym poziomie, a tych faktycznie kiepskich i nieistotnych po prostu nie recenzuję, bo i po co bym miał. Ale łatwiej bazować na własnych wyobrażeniach niż sprawdzać fakty, co nie?

      Usuń
    7. Ale ja nie napisałem, że U2 nagrywał same złe płyty. Ale nie wiem, czemu tych stricte post punkowych, przed War nawet nie posłuchałeś - na ich plus przemawia że nie ma tam wyświechtanych przebojów z radia, dzięki czemu łatwo podejść do nich bez uprzedzeń. A co do sprawdzania faktów i tak dalej - to już dawno napisałem, że recenzje tu publikowane sugerują, że w gatunku post punk (oraz jego rozwinieciu - patrze na was windmille!) i okołojazz nie powstawały złe płyty. Z rockiem nie miałeś takich oporów, bo są tu recenzje Big Generator, House of The Blue Light czy Senhutsu, gdzie zespołom dostaje się aż miło. A to są płyty nieistotne właśnie.

      Usuń
    8. Ani moje recenzje, ani oceny na RYM nie wskazują na to, bym uważał, że złe płyty [post-punkowe] nagrywał tylko (…) U2. Akurat te ich pierwsze są kiepskie, bo to tylko popowe piosenki w punkowej estetyce, nic ciekawego tam się nie dzieje. To, że nie mam czegoś ocenione na RYM-ie znaczy tylko tyle, że tego nie oceniłem. Nie zacząłem przecież słuchać muzyki w 2013 roku, ani przecież nie muszę mieć opinii o każdej przesłuchanej od tamtej pory płyty.

      Gdybym zrecenzował wszystkie albumy, jakie kiedykolwiek powstały w danej stylistyce, i żaden nie dostałby niskiej oceny, to faktycznie mogłoby to coś takiego sugerować. Ale skoro recenzuję tylko niewielką ich część, to rzekomy brak niższych ocen (bo tak naprawdę to one we wskazanych stylach też się tu trafiają) sugeruje tylko tyle, że skupiam się na rekomendowaniu ciekawych, moim zdaniem, płyt.

      Natomiast wymienione tytuły to albumy bardzo popularnych wykonawców, opisane w ramach całościowego / prawie całościowego omawiania dyskografii (z czego dopiero póżniej zrezygnowałem), albo przy okazji głośnej premiery, aby była odpowiednia równowaga dla bezkrytycznych recenzji w innych miejscach.

      Usuń
  12. Ciekawa lista. Na mojej liście ulubionych polskiich płyt na pewno nie zabrakłoby debiutu Świetlików. Pojawiło by się też coś Republiki, Maanamu, Lecha Janerki, Heya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociażby! Fajne, przekrojowe listy tego typu potworzyli Porcysie i Screenagersy i to nie raz (czasem ograniczając się np. do pierwszej dekady XXI, innym robiąc listę singlową), swoją drogą w topce Stańki zrobionej przez tych pierwszych wygrał LP "Lontano" z 2006 roku. Ale co do listy, to za bardzo jest skażona założeniem "gitara - twój wróg", które osiągnęło tu zbyt karykaturalny, szkodzący całości rozmiar.

      Usuń
    2. Ale wymyślasz… Gitara jest na ponad połowie tych płyt, z czego na jednej jest niemal wyłącznie ten jeden instrument. Czemu nie zarzucasz dyskryminacji wibrafonu (jest chyba tylko na "Baazaar"), liry korbowej (tylko na "Seven Lines") czy setek innych instrumentów, jakie pojawiają się na 1-2 płytach albo na żadnej? Jak chcesz sztampowych list skupionych na gitarowej muzyce z poprzedniego wieku, to po prostu sięgnij po jakiegoś Teraz Rocka. Zresztą zajrzałem na tę listę polskich płyt Porcysa i o ile dotąd wydawało mi się, że oni chcieli być totalną opozycją mainstreamowych mediów dla podstarzałych (mentalnie - to zawsze krytyka pewnej postawy, a nie wieku) fanów rocka, to ten przegląd wygląda mega dziadersko i sztampowo w porównaniu z moim.

      Usuń
    3. Akurat, że nie ma na tej liście tej polskiej gitarowej popelinki z lat 80 - typu Lejdi czy Oddział Zamknięty to tylko na plus.

      Usuń
    4. Można za to postawić inny ogólny wniosek (bo z tym brakiem "gitar" to nie jest prawda).Na liście Pawła przygniatającą przewagę ma muzyka instrumentalna (tak na oko - nie liczyłem dokładnie - jest może 10 płyt z wokalami). I drugi wniosek- mimo, że na liście jest mnóstwo jazzu (i słusznie, bo w nim nasza moc)- to jest bardzo mało jazzowej pianistyki, która w zasadzie kończy się na Koszu i Trzaskowskim(cała współczesna polska jazzowa pianistyka nie ani jednej płyty)

      Usuń
    5. Nie ma wiele, jak to określiłeś, jazzowej pianistyki, ale w samym Top 5 ona już dominuje, bo oprócz Trzaskowskiego jest tam też Komeda, którego pominąłeś. Blisko dostania się na listę był natomiast Adam Makowicz z "Unit", zresztą jego grę można usłyszeć na uwzględnionym "Zbigniew Namysłowski Quartet", a na tym nie kończy się obecność tego instrumentu. Wokalu też mocno nie doszacowałeś, bo jest na ok. 20 tytułach. Ale oczywiście nie było tu żadnego zamierzonego dyskwalifikowania płyt z powodu obecności głosu czy tego lub innego instrumentu.

      Usuń
    6. Komeda jest takim aksjomatem, że jakoś nie wziąłem go pod uwagę jako pianisty, bo traktuję go przede wszystkim jako kompozytora/lidera (zresztą "Astigmatic" to nie jest "pianistyczna" płyta). Unit blisko Top 50? To bardziej osobliwe - ta płyta nie weszłaby nawet do mojego Top 50 z samym polskim jazzem . Płyta może i ambitna, ale kompletnie nie pokazuje tego, w czym Makowicz był i może jeszcze jest (widziałem go przed 6 laty na żywo i ciągle grał doskonale) znakomity - czystej, naturalnej pianistyce osadzonej w tradycji romantyzmu, impresjonizmu i swingu. Fender i ten awangardowy nurt z Unit to kompletnie nie dla niego (mimo że przecież grywał też na fort elek. u Urbaniaka, ale sam jak mówił- nie lubił). W jego grze fenderze nie słychać choćby jego specialite de maison - czyli niesamowitych harmonii, które grywa lewą ręką (i tę "harmoniczną" rękę właśnie ma absolutnie niesamowitą, Kosz natomiast "lepszą" miał prawą). Myślałem własnie o takich bardziej czysto pianistycznych płytach, a nie samej obecności jazzowego pianina - np. Wani, Możdżerze, Herdzinie, Jagodzińskim czy Kaczmarczyku

      Usuń
  13. Przesłuchałem "Zaltys" Rogińskiego - właśnie pod wpływem Twojej listy. Słychać tam faktycznie coś np. z Basho w tych partiach gitarowych. Niezła płyta, choć - żeby nie zełgać - również dość monotonna i niewątpliwa uroda tych litewskich ludowych tematów jakby zgubiona w tych monochromatycznych gitarowych ścieżkach (może taki był i pomysł na tzw. "dekonstrukcję" tego folku, no ale nie wypadło to najlepiej). Być może z głosem (wokaliza jest tylko w jednym utworze) wypadłoby to ciekawiej. Merope o niebo bardziej interesująca w tej syntezie litewskiego folkloru. Taka płyta 3/5 dla mnie ten Zaltys i w życiu nie przyszło do głowy, że to może być top polskiej muzyki ostatnich 60 lat , no ale pewnie się nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak, po drugim przesłuchaniu Zaltysa (bo jednak dałem tej płycie jeszcze jedną szansę) moja uwaga jest taka, że ona wpisuje się idealnie w estetykę "etnizujących" albumów z katalogu ECM - np. Abercrrombiego z Townerem czy Rypdala. Nieźle się tego słucha, ale przecież to absolutnie nic nowego - takich ( i lepszych ) płyt nagrano multum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak Rogiński brzmi bardziej jak zelektryfikowany amerykański prymitywizm - który opierał się na akustycznym brzmieniu - niż jak jazz z ECM, choć to brzmienie i niekonwencjonalny sposób gru faktycznie mogą się w wymienionymi gitarzystami kojarzyć. Litewski - czy ogólnie słowiański - folk to też nie jest coś rozpowszechnionego w zachodniej muzyce. Tak więc pewne skojarzenia mogą się pojawiać, ale całościowo jest to dość odrębna rzecz. Co do Merope, to właśnie wokalistka tej grupy udziela się na "Zaltys". Urozmaiceń jest tam trochę więcej, o czym wspominam w pełnej recenzji, choć oczywiście nadal jest to bardzo ascetyczne granie, co ogranicza możliwości uniknięcia monotonii - choć ta, jak wspominasz, może być też celowa.

      Usuń
    2. To prawda, ze litewski folklor nie jest szerzej znany i warto z niego czerpać, ale w przeciwieństwie np do muzyki z Bałkanów nie charakteryzuje go specyficzna rytmika. Walor litewskiej (czy w ogóle bałtyckiej) muzyki ludowej to niezwykły śpiew plus niezwykły język (bo najblizszy pierwotnym indoeuropejskim strukturom). Ten aspekt został.swietnie wykorzystany na Salos, ale nawet na klasycznej free jazzowej płycie litewskiej Labutisa i Vysnauskasa z lat 80, gdzie punktem wyjścia są tematy ludowych pieśni zagrane beż wokali, zadbano o potoczystość i przejrzystość melodii. Na Zaltys te walory nikną, przez co słuchacz nie może tej wyjątkowości litewskiego folkloru mocniej odczuć.

      Usuń
    3. Natomiast druga Saagara znakomita - jest tu intensywność, potoczystość i różnorodność, której mi brakowało na "Zaltys"

      Usuń
  15. Bardzo fajna lista, cieszy drugi album Księżyca - świetna rzecz, moim zdaniem jako album jest bardziej spójny, konsekwentny i, ogólnie, lepszy od pierwszego. Pierwszy ma zbyt krótkie i różne od siebie utwory żebym postawił go tak wysoko - chociaż też dlatego jest tak ciekawy.

    No i Osjan - przez brak recenzji nie wiedziałem że słuchałeś. Fajnie gdyby kiedyś zagościł na tej stronie.

    OdpowiedzUsuń
  16. Z kolei Maestro Trytony (inna płyta, której nie znałem z listy) rzeczywiście bardzo ciekawa i na znakomitym poziomie instrumentalnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Heart of Gold" często wymieniana jest jako najlepsza polska płyta i rzeczywiście trudno znaleźć coś lepszego. Wszystkie projekty Gwincińskiego były ciekawe, teraz coś o nim nie słychać, szkoda...

      Usuń
  17. Fajny pomysł z tym przewodnikiem miałeś. Człowiek mimowolnie zastanawia się czego brakuje:).
    Dałeś dwóch Namysłowskich a nie dałeś Urbaniaka z Atmą tego mi brakuje patrząc z twojej perspektywy niech będzie na polski pop.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze wszystkich słynnych polskich jazzmanów właśnie do Urbaniaka nigdy nie zdołałem się przekonać. Tzn. oceniłem kilka jego płyt w okolicach 6-7 na 10, ale za dużo tam, jak dla mnie, późnego fusion, które estetycznie zwykle mi nie odpowiada.

      Usuń
    2. Trzeba słuchać "Paratyphus B" i "Inactin", a nie tych późniejszych!

      Usuń
    3. Słuchałem "Inactin", to jeden z tych, które wyżej oceniłem. Kiedyś pewnie odświeżę sobie.

      Usuń
  18. JD słusznie prawi. Z Urbaniakiem problem jest tej natury, że najbardziej znane są jego amerykańskie nagrania fusion. Niestety, w większym lub mniejszym stopniu, poddane presji tamtejszego rynku. Wystarczy zestawić nagrane w USA „Body English” (1976) i zachodnioniemieckie projekty dla MPS-u - „Smiles Ahead” (1977), „Heritage” (1978). Trend był wówczas taki, że mieliśmy do czynienia z postępującą komercjalizacją. W tym przypadku jest odwrotnie. Najambitniejsze i najbardziej oryginalne płyty Ubaniak nagrał na początku lat 70. w Polsce i RFN. U naszych zachodnich sąsiadów udany „Inactin” i przepyszny „Paratyphus B”. W Polsce nade wszystko wyborny żywiec „Constellation: In Concert”. Niemałe ambicje zdradzał jeszcze jego pierwszy projekt w kraju Davisa i Coltrane’a - „Fusion” (1974). Później faktycznie bezkolizyjnie wtopił się w bardziej ugrzecznione fusion. Ważnym uzupełnieniem polskiego okresu jest „Podróż na południe” (1973), znany też jako „Moving South”, nagrany przez trio Urbaniak-Karolak-Bartkowski. Bodaj jeszcze ciekawszy jest odprysk Michał Urbaniak Group - „Newborn Light” (1972) nagrany przez duet Urszula Dudziak-Adam Makowicz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Płyta "Fusion" nie była pierwszym projektem Urbaniaka w USA, gdyż prawie w całości jest reedycją płyty "Super Constellation" nagranej jeszcze dla CBS w Walldorf Studio w Niemczech. Na płycie "Fusion" dodano tylko jeden utwór "Fusion", zresztą najkrótszy z całej płyty, bo tylko 2:55 min. Tak więc tę płytę należy zaliczyć do tego ambitniejszego, europejskiego okresu twórczości MU i jego zespołów. Już wcześniej pisałem, że nie jestem fanem Urbaniaka właśnie z tego powodu, że jego amerykański okres to coraz bardziej komercyjne granie, a w końcówce to już wręcz popelina i liczne autocytacje pod różnymi tytułami, które na Diapazonie nazywano muzyką do wind. Natomiast ten europejski okres to była bardzo ambitna i nowatorska muzyka, co słusznie podkreśla AOM w swoim wpisie. I co warto podkreślić, reszta zespołu, a zwłaszcza Urszula Dudziak w równym stopniu decydowali o wartości tych płyt. Nie przypadkiem UD była wybierana w prestiżowych ankietach „The New York Times” w 1976 i „Los Angeles Times” w 1979 najlepszą jazzową wokalistką roku na świecie, co nie udało się żadnemu innemu polskiemu wykonawcy. I jeżeli kogoś brakuje na liście Pawła, to właśnie UD.

      Usuń
    2. Ja braku płyt Urbaniaka nie odczuwam jakoś mocno. Lubię Atmę - z tych wcześniejszych rzeczy Constellation byłby bardzo fajny- ale - podobnie jak Paweł ma problemy ze śpiewem Grechuty, mnie wkurzają wokalizy Dudziak. A Podróż na południe faktycznie super- mimo że brzmienie mocno zelektryfikowane jest to raczej dość "czysty" jazz a nie fusion.

      Usuń
    3. @okechukwu: W przypadku UD uważam podobnie. Zdaje się, że głownie przez nią odbiłem się od MU.

      Usuń
  19. Dlaczego recenzja grupy Breakout jest "raczej nieaktualna"? I co z oceną?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest recenzja z czasów, gdy nie przeszkadzała mi wtórność blues-rockowych grup, wręcz była dla mnie zaletą. To się zmieniło i ta ocena na pewno spadnie, choć nie wiem, jak bardzo.

      Usuń
    2. Jeśli konsekwentnie dalej nie bierzesz pod uwagę tekstów podczas oceny płyt, to spadek noty dla Bluesa jest naturalny - bo muzycznie nie ma tam nic wybitnego. Dopiero z tekstami Loebla, który w dużej mierze intuicyjnie znalazł sposób na to, jak dopasować frazę i poetykę języka polskiego do estetyki bluesa (a to rzecz bardzo nieoczywista - łatwo było się potknąć i teksty mogły wyjść kuriozalnie), ten album zasługuje na najwyższe oceny i jest to po prostu rzecz wybitna w kategorii poezji bluesowej.

      Usuń
    3. Przewidywanie: 6 lub litościwe 7 (skoro późniejszy 10 lat i równie epigoński Perfect dostał szóstkę), wróć Szefie do popraw, bo tu jest duży przestój

      Usuń
    4. Ale to jest temat związany z "Bluesem", który już kiedyś wałkowaliśmy - czy da się miarodajnie oceniać muzykę bez tekstów (zwłaszcza w przypadku, w którym teksty pełnią w nią pierwszoplanową rolę). W sensie czysto muzycznym płyta jest bardzo solidnym, choć nieodkrywczym bluesrockiem z ponadprzeciętną gitarą solową Kozakiewicza i wokalem Nalepy, który jest jednak znacznie poniżej przeciętnej. Taki, powiedzmy, top anglosaskiej drugiej bluesrockowej ligi - myśle, że np. Savoy Brown byłby dobrym punktem odniesienie, jeśli chodzi o poziom muzyczny. No ale tekstowo jest to rewelacyjna rzecz, odkrywcza i świeża - tak na dobrą sprawę nie znam płyty bluesrockowej z tamtego okresu w kręgu anglosaskiego z tak świetnymi tekstami (może ktoś zna?). A że partie z tekstami to jest z 80% płyty - w zasadzie w każdym numerze poza "Gdybym był wichrem" i może "Oni zaraz przyjdą tu" - tekst jest ważniejszy niż muzyka, bo to on jest głównym nośnikiem treści utworó, no to jej ocena, w którym teksty są wyabstrahowane i sztucznie wykastrowane z całosci prowadzi raczej na manowce. No chyba że ktoś zupełnie nie trawi bluesrocka (tak ma chyba Mahavishnuu)

      Usuń
    5. Nie chcę nic mówić, ale ten post to dobra okazja by poprawić recenzję "Bluesa" (a zatem i Karatego) bo od półtora miesiąca nie było żadnej poprawki

      Usuń
  20. "Jeszcze jeden zarzut do listy wymyśliłem. Żadnej z tych płyt nie puściłbym na randce. Mało seksowna:)"
    haha - coś w tym jest. Powiedzmy, że na Baazarze są te numery ze zmysłowymi wokalizami Wanat i ten numery pasuje do randki - taka cool jazzowa "pościelówka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Komeda się tu nie nadaje?

      Usuń
    2. Ballad for Bernt na pewno, ale czy Astigmatic? Ja już wieki nie randkowałem (chyba że z żoną, ale w tym przypadku dobór muzyki jest nieco inny). Z czasów gdy randkowałem - takim moim "randkowym" zespołem byli Doorsi

      Usuń
    3. Też mi się wydaje że Komeda nie bardzo się nadaje. Niestety nie mamy własnego Ala Greena, Barrego Whita czy choćby Princa. Główkowałem trochę i jest ewidentny problem z taką muzyką Jedyne coi do głowy przychodzi to koncert Soyki
      Retrospekcja z rewelacyjnie grającymi Tir Breakami. Polecam .

      Usuń
    4. 48. Kult - Posłuchaj to do ciebie (1987)
      "Zanim zaczęli grać obciachowe przyśpiewki typu "Gdy nie ma dzieci", robili całkiem spoko post-punk z elementami funku, dubu, psychodelii, a nawet homeopatyczną dawką jazzu".

      Kult jest w zasadzie jedynym zespołem z fali polskiego rocka lat 80, który lubię. Ten element lokalnego folkloru miejskiego, który potem stał się faktycznie bardzo obciachowy, zawsze był obecny w twórczości Kultu - Kazik to był przecież od początku wokalista z takim vibe'm spod znaku "pijanego pana młodego na weselu" . Ale przecież właśnie w tym - a nie w dubie, postpunku czy w "jazzie" (to zresztą na płytach Kultu żaden jazz, bardziej refleks muzyki "restauracyjnej") tkwiła oryginalność Kultu. Wg mnie najlepiej wyzyskano ją nie na "Posłuchaj" czy "Spokojnie:, ale na "Tacie Kazika" - zrobienie takiej "hłaskowo-grzesiukowej" płyty, świetnie nawiązującej do klimatu PRLu z lat 50 i 60 (z autentycznie fenomenalnymi tekstami starego Staszewskiego), miejscami celowo tandetnej (boć taki był klimat tych wszystkich tancbud, zakazanych melin, lunaparów, knajp), ale jednak rockowej - to jest duża rzecz. Potem było już niestety o wiele gorzej. Na Tobie "Tata Kazika" nie zrobił wrażenia?

      Usuń
    5. Kazik na pewno nadal grupie rozpoznawalności, ale przecież także muzycznie nie był to kolejny epigon The Police, Talking Heads czy innej zachodniej grupy post-punkowej, tylko taka dość unikalna mieszanka nowofalowego i starszego grania w postaci elementów psychodelii, czasem folku. I właśnie ten stylistyczny konglomerat przekonuje mnie we wczesnym Kulcie. Im mniej tam jednak zostawało z tego eklektyzmu i tych konkretnych wpływów, a w zamian robiło się bardziej weselnie, tym mniej to do mnie trafia. Zapewne masz rację, że "Tata Kazika" jest świetny w tym, czym miał być i faktycznie wyróżnia się tym specyficznym klimatem, a jednak estetycznie mi to nie odpowiada na ten moment.

      Usuń
  21. Wielka szkoda, że nie znalazło się tu Smarki Smark - Najebawszy, myślę że polski szczeniacki mizognistyczny boom bap sprzed 20 lat to coś co powinien uwielbiać każdy Polak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest EP a nie długograj

      Usuń
    2. To akurat nieistotne, bo przez ostatnie 30+ lat tak się zatarła różnica między albumami i EPkami, że w rożnych zestawieniach - np. płyt roku - uwzględniam te drugie na równi z pierwszymi. Po prostu nigdy nie sądziłem, że to coś wartego uwagi i nie wiem nawet, czy rozpoczynający ten wątek komentarz jest na serio.

      Usuń
    3. Patrząc na to że to EP jest na drugim miejscu w rankingu EP na 2005 - tak, to może być na serio. A że RYM Twoją wyrocznią...

      Usuń
    4. Pomyliłeś dwa podobnie zaczynające się słowa, bo wielokrotnie pisałem, że RYM jest nie najgorszym wyznacznikiem obecnej popularności płyt i wykonawców wśród osób faktycznie interesujących się w jakimś stopniu muzyką. I z tego absolutnie nie wynika, że podążam za tamtejszymi trendami, które zresztą mocno rozjeżdżają się z moim gustem, zwłaszcza w przypadku nowości. Ale z top 100 wszech czasów też nie wszystko przesłuchałem i prawdę mówiąc nie mam ochoty brnąć przez kolejnych Kanye Westów.

      Co do owej EPki, to ją - znaczy tytuł i okładkę - kojarzę z czasów, jak przed laty obserwowałem różne grupy oraz fora winylowe. Faktycznie cieszyła się tam powodzeniem i osiągała jakieś absurdalne sumy za sto parę gram polichlorku winylu w tekturce, ale okazało się, że był niski nakład, więc uznałem, że chodzi o wartość kolekcjonerską, a nie muzyczną. I po powyższych komentarzach dalej jestem bardziej zniechęcony niż przekonany do słuchania tego.

      Usuń
    5. Nie no akurat Najebawszy to jest serio fenomenalna epka, nie tylko świetne bity i sample, ale klimat jedyny w swoim rodzaju w polskim HH i do tego ciepła, organiczna produkcja. Naprawdę warto.

      Usuń
  22. Polecam Ci jeszcze eponimiczny album zespołu Crash z 1978 roku. Fajny Jazz Fusion/Jazz rock. Może ci się spodoba i dołączy do tej listy? Granie niewątpliwie na zachodnim poziomie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Brakuje Skaldów i "Krywań Krywań" ich największego dzieła i nowatorskiego bo nikt chyba nie łączył wcześniej góralszczyzny z rockiem progresywnym, choć "Od Wschodu do Zachodu Słońca" też jest dobre. Klanu i ich "Mrowiska". Anawy z Andrzejem Zauchą bądź "Korowodu", ale rozumiem że to lista subiektywna. Ciekaw jestem co autor ma do powiedzenia też o Klenczonie i Trzech Koronach (pierwsi próbowali grać hard rocka u nas) i zespole Nurt, którzy grali jazz rockowo i psychodelicznie. Grechuta jednak też swoje do polskiej muzyki zrobił. I o takich grupach jak Sztywny Pal Azji, Daab czy Tilt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niczego nie brakuje, ponieważ jest to lista moich ulubionych polskich płyt, co zostało zaznaczone we wstępie i było już omawiane w komentarzach.

      Usuń
  24. Dodałbym jeszcze "Szukam Przyjaciela" Stana Borysa- intelektualna, wyrafinowana muzyka rozrywkowa bez popadania w piosenkowy banał.

    OdpowiedzUsuń
  25. Warto by było jeszcze zwrócić uwagę na album "Msza Beatowa- Pan przyjacielem Moim" Czerwono-Czarnych- mimo, że to w sumie big-beat, to pojawiają się tam ciekawe eksperymenty jak na lata 60-te

    OdpowiedzUsuń
  26. Za wiele blues rocka na tej liście nie ma, szkoda że np. Krzak (wersja z Błędowskim) w ogóle nie jest tu wspomniany, autora rozumiem, bo nie lubi muzyki zbliżonej stylistycznie do Kansas, no ale komentujący nie popisali się zbytnio:-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)