31 stycznia 2014

[Recenzja] Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)



Po rozpadzie supergrupy Blind Faith, Steve Winwood postanowił nagrać pierwszy album solowy, roboczo zatytułowany "Mad Shadows". Nagrania rozpoczęły się w lutym 1970 roku, bez żadnych dodatkowych muzyków, jedynie z producentem Guyem Stevensem. Z czasem jednak, po nagraniu kilku utworów, zmieniła się koncepcja. Rolę producenta przejął Chris Blackwell, a Stevens zajął się współpracą z zespołem Mott the Hoople, zabierając ze sobą... tytuł "Mad Shadows" (otrzymał go drugi album Mott the Hopple). Winwood zaczął się tez rozglądać za instrumentalistami, którzy dzieliliby jego wizję artystyczną. Szybko odnalazł ich w osobach Chrisa Wooda i Jima Capaldiego, z którymi nie tak długo wcześniej współtworzył grupę Traffic. Tym samym solowy projekt przerodził się w reaktywację Traffic, pod którego szyldem ukazał się album ostatecznie zatytułowany "John Barleycorn Must Die".

Nie jest to jednak zwyczajna kontynuacja dokonań zespołu z lat 60. Muzycy całkowicie odchodzą tutaj od swoich psychodelicznych korzeni, proponując muzykę na pograniczu bluesa, folku i rockowego mainstreamu, z lekkimi wpływami jazzu. Pod względem brzmienia i klimatu można sklasyfikować ten eklektyczny album jako rock progresywny. Problem w tym, że zawarta na nim muzyka jest zupełnie nieprogresywna w dosłownym znaczeniu - bo w żadnym wypadku nie jest to nowatorskie granie. Nie słychać tu też jakiś wielkich ambicji artystycznych. Winwood i spółka proponują głównie proste, melodyjne piosenki, w rodzaju "Empty Pages", "Stranger to Himself" czy nieco bardziej rozbudowanego "Every Mother's Song". Bardzo przyjemne, przystępne dla przypadkowego słuchacza, ale tylko odrobinę bardziej wyrafinowane od typowego rockowego mainstreamu tamtych czasów - i to wyłącznie za sprawą brzmienia i aranżacji, bo melodyjnie nierzadko popadają w banał. Nawet jazz-rockowy instrumental "Glad" nie zawiera żadnych wirtuozerskich popisów, a jedynie melodyjne, raczej proste solówki.

Znalazły się tu jednak także dwa utwory, którym warto poświęcić nieco więcej uwagi. "Freedom Rider" to naprawdę zgrabnie napisany i zaaranżowany utwór, z bardzo fajnymi partiami saksofonu, fletu, pianina, organów i gitary basowej, a także ekspresyjnym, nieco soulowym popisem wokalnym Winwooda. Druga perłą jest (prawie) tytułowy "John Barleycorn", interpretacja starej brytyjskiej pieśni folkowej. Wersja Traffic zachowuje wspaniałą melodię i angielski, pastoralny klimat, a dodatkowo zachwyca finezyjnymi (choć nieskomplikowanymi) partiami gitary akustycznej i fletu, a także fantastycznym śpiewem Winwooda, momentami wchodzącym w uroczy dwugłos z Capaldim.

Te dwa utwory pokazują, że zespół stać było na wiele więcej, niż proponują przez większość albumu. Pomimo ograniczonych możliwości, potrafili tworzyć też wyrafinowaną muzykę, nie tracącą nic z przystępności i chwytliwości, ale niepopadającą w banał. A jednak co najmniej połowa utworów mniej lub bardziej w ów banał popada. I dlatego "John Barleycorn Must Die" jest dość rozczarowującym wydawnictwem. Choć muszę przyznać, że podobał mi się o wiele bardziej w czasach, zanim zwróciłem się w stronę ambitniejszej muzyki. Bo w kategorii takiego melodyjnego, nieskomplikowanego rocka, jest to naprawdę fajne granie. Wciąż zresztą bardzo podobają mi się jego fragmenty, a i słuchanie całości nie jest torturą - byle nie robić tego za często.

Ocena: 7/10



Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)

1. Glad; 2. Freedom Rider; 3. Empty Pages; 4. Stranger to Himself; 5. John Barleycorn; 6. Every Mother's Son

Skład: Steve Winwood - wokal, instr, klawiszowe, bass (1,3), instr. perkusyjne (1,2,4,6), gitara (4-6); Chris Wood - saksofon (1,2), flet (1,2,5), instr. perkusyjne (1,2,5), organy (3); Jim Capaldi - perkusja i instr. perkusyjne (1-3,5,6), dodatkowy wokal (4,5)
Producent: Chris Blackwell i Steve Winwood (1-3,5); Guy Stevens (4,6)


30 stycznia 2014

[Recenzja] Blind Faith - "Blind Faith" (1969)



Rozpad tria Cream, pierwszej rockowej supergrupy, po zaledwie dwóch latach działalności, był z pewnością wielkim rozczarowaniem dla ówczesnych wielbicieli gitarowej muzyki. Jego miejsce na muzycznej scenie szybko jednak zajęła inna supergrupa, którą zresztą współtworzyły dwie trzecie składu Cream, Eric Clapton i Ginger Baker. Nowy zespół narodził się spontanicznie i właściwie przypadkowo. Na początku 1969 roku Clapton myślał o nagraniu solowego albumu. W tym celu zaczął jamować ze Steve'em Winwoodem, wokalistą i multiinstrumentalistą, który miał już za sobą wielkie sukcesy odniesione jako członek Spencer Davis Group i Traffic. Kiedy jednak do dwójki muzyków dołączył Baker, stało się jasne, że będzie to coś więcej, niż solowy projekt Claptona. Niedługo potem skład został uzupełniony przez basistę Rica Grecha, znanego z grupy Family.

Pod koniec lutego kwartet - wciąż niemający nazwy - rozpoczął próby i nagrania w londyńskim  Morgan Studios. Prace nabrały tempa w kwietniu, wraz z przeniesieniem do Olympic Studios (również w Londynie) i zaangażowaniem producenta Jimmy'ego Millera (który współpracował już z Winwoodem w czasach Traffic). Choć Clapton powoływał się na inspirację kanadyjską grupą The Band, materiał był znacznie bardziej eklektyczny, zdradzając wpływy bluesa, folku, jazzu i psychodelii, momentami zahaczając nawet o hard rock. Nagrania odbywały się w pośpiechu, gdyż już w lipcu zespół miał zaplanowany udział w darmowym występie w londyńskim Hyde Parku, a następnie trasy po Skandynawii i Ameryce Północnej. W międzyczasie powstała kontrowersyjna okładka albumu, przygotowana przez fotografa Boba Seidemanna. Autor zatytułował ją "Blind Faith", co tak bardzo spodobało się muzykom, że sami przyjęli taką właśnie nazwę.

Eponimiczny debiut kwartetu składa się tylko z sześciu utworów. Ale za to jakich! Rozpoczynają go dwie doskonałe kompozycje Winwooda. Niemal dziewięciominutowy "Had to Cry Today" wyróżnia się świetnym gitarowym riffem i porywającymi solówkami Claptona, a także wspaniałym śpiewem Winwooda. "Can't Find My Way Home" to już utwór o bardziej piosenkowej formie, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej i ciekawej grze Bakera. Mniej przekonująco wypada przeróbka "Well All Right" z repertuaru Buddy'ego Holly. Muzycy dodali intrygujący wstęp o jazzrockowym charakterze, rozwinięty na koniec nagrania w krótkiej improwizacji. Na podstawie tych fragmentów można było stworzyć naprawdę udany instrumental. Na pewno lepszy od głównej, piosenkowej części "Well All Right", która jest zwyczajnie banalna. Zaraz potem pojawia się jednak piękna ballada "Presence of the Lord" - zdecydowanie najwspanialsza kompozycja, jaką kiedykolwiek napisał Clapton. Podniosły nastrój budowany przez organy i uduchowiony śpiew Winwooda w dalszej części równoważą ostrzejsze partie gitary. Kolejna kompozycja Winwooda, "Sea of Joy", wyróżnia się pastoralnym nastrojem oraz partiami skrzypiec i cytry. Wielkim finałem jest natomiast piętnastominutowa kompozycja Bakera "Do What You Like", z nieco psychodeliczną, bardzo chwytliwą częścią piosenkową i rozbudowaną częścią instrumentalną, z porywającymi popisami całego zespołu - kolejno pojawiają się solówki na organach, gitarze, basie i perkusji.

Album ukazał się w sierpniu 1969 roku i okazał wielkim sukcesem komercyjnym, dochodząc na szczyt notowań w Wielkiej Brytanii, Stanach i paru innych krajach. W tym samym miesiącu zespół zakończył swoją amerykańską trasę i... ogłosił rozwiązanie. Tworzyły go zbyt silne indywidualności, które czuły się zbyt ograniczone demokratycznymi zasadami. Niedługo potem Eric Clapton rozpoczął swoją pełną komercyjnych sukcesów, ale pozbawioną artystycznych wzlotów karierę solową. Steve Winwood reaktywował Traffic, z powodzeniem zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. Wkrótce szeregi zespołu zasilił Ric Grech. Tymczasem Ginger Baker udał się w podróż po Afryce, podczas której wzbogacał swoją wiedzę o tamtejszej muzyce, wykorzystaną później podczas współpracy z Felą Kutim i we własnej grupie Air Force - były to jedne z jego licznych przedsięwzięć, jednak już nigdy nie zbliżył się do sukcesów, jakie odnosił z Cream i Blind Faith.

Jedyne studyjne wydawnictwo kwartetu przynosi sporo naprawdę wspaniałej muzyki, zarówno pod względem kompozycji, jak i wykonania, aczkolwiek niepozbawione jest pewnych wpadek i błędów (na czele z "Well All Right") i pozostawia pewien niedosyt. Chyba nie do końca udało się wykorzystać potencjał tego składu. Szkoda też, że współpraca skończyła się tylko na jednym albumie. Pewnym pocieszeniem są wydawnictwa uzupełniające: DVD "London Hyde Park 1969" z zapisem debiutanckiego występu kwartetu, a także kompaktowa reedycja eponimicznego debiutu z 2001 roku, zawierająca mnóstwo dodatkowego materiału, w większości wcześniej niepublikowanego. Warto przyjrzeć się bliżej temu wydawnictwu, na którym oprócz oryginalnego albumu, znalazła się też zelektryfikowana wersja "Can't Find My Way Home" (ciekawsza od wersji albumowej za sprawą gitarowych popisów Claptona), dwa zupełnie różne podejścia do "Sleeping in the Ground" z repertuaru bluesmana Sama Myersa (pierwsze bardziej energetyczne, bluesrockowe, drugie wolniejsze, bluesowe), nieznany wcześniej instrumental Winwooda "Time Winds" (z bardzo przyjemnym brzmieniem zdominowanym przez organy, ale pozbawiony czegoś wyrazistego), a także pięć kilkunastominutowych jamów (z których cztery zarejestrowano przed dołączeniem Grecha - partie basu wykonuje w nich Winwood za pomocą klawiatury nożnej organów), w których można podziwiać improwizatorskie umiejętności muzyków.

Pomimo pewnych niedociągnięć, "Blind Faith" jest jednym z najwspanialszych rockowych albumów końca lat 60., doskonale dokumentującym tę epokę. W chwili wydania był to fonograficzny hit, a dziś już prawdziwa, choć nieco może zapomniana, klasyka rocka. Jedno z tych wydawnictw, których po prostu wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

1. Had to Cry Today; 2. Can't Find My Way Home; 3. Well All Right; 4. Presence of the Lord; 5. Sea of Joy; 6. Do What You Like

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe, gitara, bass (4), cytra (5); Eric Clapton - gitara, dodatkowy wokal (6); Ric Grech - bass, skrzypce (5), dodatkowy wokal (6); Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (6)
Producent: Jimmy Miller


Po prawej: okładka amerykańskiego wydania oraz wielu reedycji.


29 stycznia 2014

[Recenzja] Traffic - "Last Exit" (1969)



"Last Exit", oficjalnie uznawany za trzeci pełnowymiarowy album Traffic, to dość osobliwa kompilacja. Zespół został rozwiązany na początku 1969 roku, wraz z odejściem Steve'a Winwooda (który nawiązał współpracę z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem pod szyldem Blind Faith). Taki obrót spraw z pewnością nie spodobał się przedstawicielom wytwórni, którzy po ogromnym sukcesie komercyjnym "Mr. Fantasy" i "Traffic" mogli liczyć na kolejne bestsellery. Szybko zapadła decyzja, by przygotować kolejny album zespołu. Nie mogąc liczyć na zaangażowanie muzyków, ratowano się materiałem wydanym już wcześniej na singlach (ale nie na albumach), jednym studyjnym odrzutem, a także nagraniami koncertowymi. Finalny efekt jest nieco niespójny, ale całkiem przyzwoity.

Choć na okładkowym zdjęciu widać wszystkich czterech muzyków zespołu, wkład Dave'a Masona w te nagrania był znikomy. Można go usłyszeć przede wszystkim w "Just for You" - jego autorskiej kompozycji, wydanej już w lutym 1968 roku na singlu sygnowanym jego nazwiskiem (choć w zarejestrowaniu go wzięli tez udział pozostali muzycy Traffic). To przyjemna piosenka w klimacie psychodelicznego popu, z ładnymi partiami fletu, fajnie pulsującym basem i perkusjonaliami kojarzącymi się z muzyka hindustańską. Mason zagrał tez na gitarze w może niezbyt wyrazistym, ale za to bardzo energetycznym instrumentalu "Something's Got a Hold of My Toe" (to jedyny ze studyjnych utworów, który nie był wcześniej wydany). Pozostałe nagrania zostały zarejestrowane przez Steve'a Winwooda, Chrisa Wooda i Jima Capaldiego w trio. "Withering Tree" to nagranie ze strony B singla "Feelin' Alright?" z września '68. Utwór wydaje się nieco niedopracowany - nagłe przyśpieszenia w refrenach rujnują klimat ze zwrotek, brak też jakiegoś ciekawego rozwinięcia instrumentalnego. "Medicated Goo" i "Shanghai Noodle Factory" zostały oryginalnie wydane na jednym singlu, w grudniu '68. Ten pierwszy to dość chwytliwa, ale niezbyt wyszukana piosenka. Po powrocie Traffic w latach 70. kawałek stał się jednym z obowiązkowych punktów koncertów. Ten drugi to z kolei całkiem udana fuzja bluesa i folku, z fajnymi partiami basu, organów i fletu, ale tez z nieco banalnym motywem na gitarze akustycznej.

Nagrania koncertowe, wypełniające drugą stronę winylowego wydania, zostały zarejestrowane 14 marca 1968 roku w Fillmore Auditorium (późniejszym Fillmore West) w San Francisco. Oba utwory to przeróbki cudzych kompozycji. "Feeling Good" został napisany przez angielskich kompozytorów Anthony'ego Newleya i Lesliego Bricusse'a w 1964 roku na potrzeby musicalu "The Roar of the Greasepaint - The Smell of the Crowd". "Blind Man" to z kolei bluesowa kompozycja Dona Deadrica Robeya i Josepha Scotta, oryginalnie nagrana i wydana w 1964 roku przez Bobby'ego Blanda. Zgodnie z ówczesnymi standardami, utwory zostały znacznie rozbudowane względem pierwowzorów. Oczywiście, muzycy Traffic (a zwłaszcza Wood i Capaldi) nie byli wirtuozami na miarę tria Cream czy Jimiego Hendrixa, więc nie ma tu ani szczególnie porywających popisów solowych, ani wybitnej współpracy między instrumentalistami. Ale w "Blind Man" udało im się bardzo dobrze zbudować intensywny, pełen napięcia, bluesowy nastrój (urozmaicony jazzującym saksofonem), a brak instrumentalnych popisów wynagradza fantastyczna partia wokalna Winwooda, którego głos doskonale pasował do czarnej muzyki. Natomiast "Feelin' Good" broni się zarówno dzięki kolejnemu popisowi wokalnemu, jak i fajnemu, nieco psychodelicznemu brzmieniu elektrycznych organów.

Pewnie na dobre by wyszło, gdyby "Last Exit" w całości składał się z materiału zarejestrowanego podczas koncertów. Jednak przedstawiciele wytwórni zapewne wyszli z założenia, że koncertówka będzie się słabiej sprzedawać. O ile jednak przygotowany przez nich album odniósł spory sukces w Stanach (19. miejsce na liście Billboardu), tak w Wielkiej Brytanii w ogóle nie trafił do notowania.

Ocena: 7/10



Traffic - "Last Exit" (1969)

1. Just for You; 2. Shanghai Noodle Factory; 3. Something's Got a Hold of My Toe; 4. Withering Tree; 5. Medicated Goo; 6. Feelin' Good (live); 7. Blind Man (live)

Skład: Steve Winwood - instr. klawiszowe, bass, gitara (2,5), wokal (2,4-7); Chris Wood - saksofon, flet, organy; Jim Capaldi - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Dave Mason - gitara (1,3), wokal (1)
Producent: Jimmy Miller


Po prawej: okładka amerykańskiego wydania.


28 stycznia 2014

[Recenzja] Traffic - "Traffic" (1968)



Jeszcze przed wydaniem debiutanckiego "Mr. Fantasy", z zespołu odszedł Dave Mason. Steve Winwood, Chris Wood i Jim Capaldi zmuszeni byli grać promocyjne koncerty we trójkę. Mason tymczasem współpracował z grupą Family jako producent; wziął też udział w nagraniu utworów "Crosstwon Traffic" i "All Along the Watchtower" Jimiego Hendrixa, które pod koniec 1968 roku ukazały się na albumie "Electric Ladyland". Co ciekawe, można na nim usłyszeć także Winwooda i Wooda, aczkolwiek każdy z nich wystąpił w innych nagraniach. Tymczasem, jeszcze w pierwszej połowie roku, Traffic zabrał się za nagrywanie drugiego longplaya. W maju do składu wrócił Mason, co znacznie przyśpieszyło proces powstawania nowego materiału. Muzyk dostarczył cztery kompozycje ("You Can All Join In", "Don't Be Sad", "Feelin' Alright?", "Cryin' to Be Heard"), w których sam zaśpiewał i zagrał na gitarze. Ponadto, wspólnie z Capaldim napisał (i zaśpiewał) "Vagabond Virgin". Jednak w pozostałych pięciu utworach jego udział jest co najwyżej znikomy.

Eponimiczny album przynosi wyraźny zwrot stylistyczny. Zespół niemal całkiem odchodzi tu od swoich psychodelicznych korzeni. Zamiast tego, całymi garściami czerpie z amerykańskiej tradycji muzycznej - słychać wpływy bluesa, soulu, jazzu, folku, czy country. Często w jednym utworze miesza się kilka różnych wpływów, jednak na tyle zgrabnie połączonych, że wszystko trzyma się w nich kupy. O ile jednak na debiucie taka mieszanka tworzyła całkiem spójną całość, tak ten album zdaje się podążać w dwóch zupełnie różnych kierunkach. Kompozycje Masona charakteryzują się raczej lekkim brzmieniem, pogodnym nastrojem i niezbyt wyszukanymi, popowymi melodiami (np. "Don't Be Sad", przebój "Feelin' Alright?"), choć mającymi pewien urok (szczególnie "Cryin' to be Heard"). Tymczasem pozostałe nagrania, skomponowane głównie przez Winwooda i Capaldiego (w "Who Knows What Tomorrow May Bring" wspomógł ich Wood) pokazują nieco inne oblicze grupy - jakby odrobinę ambitniejsze, choć wciąż bardzo przystępne i niewymagające. Jest wśród nich i mocniejszy, kojarzący się z twórczością Hendrixa "Pearly Queen" (z najbardziej zadziornym brzmieniem gitary), i oniryczny, folkowo-psychodeliczny "Forty Thousand Headmen" (ze świetnym wykorzystaniem fletu), ale też podniosła ballada "No Time to Live" (z budującymi klimat partiami organów i saksofonu). Ale już taki "Means to an End" popada w przesadny banał.

Powrót Dave'a Masona do Traffic niekoniecznie wyszedł na dobre. Chciał on bowiem grać nieco inną muzykę, niż pozostali członkowie zespołu, co wyraźnie odbiło się na spójności eponimicznego albumu. Nie jest to kwestia rozmaitych wpływów, bo przecież tak samo eklektyczne są inspiracje na debiutanckim "Mr. Fantasy" - tam jednak nie brakuje wspólnych mianowników pomiędzy poszczególnymi utworami. Tutaj natomiast zabrakło spójnej wizji całego zespołu. To jednak wciąż całkiem fajne wydawnictwo, które spotkało się z całkiem dobrym przyjęciem, o czym świadczą wysokie miejsca na listach sprzedaży: 9. w Wielkiej Brytanii i 17. w Stanach. 

Ocena: 7/10



Traffic - "Traffic" (1968)

1. You Can All Join In; 2. Pearly Queen; 3. Don't Be Sad; 4. Who Knows What Tomorrow May Bring; 5. Feelin' Alright?; 6. Vagabond Virgin; 7. Forty Thousand Headmen; 8. Cryin' to Be Heard; 9. No Time to Live; 10. Means to an End

Skład: Steve Winwood - gitara (1-4,7,10), bass (1,3-6,9,10), organy (2-4,7,8), pianino (5,6,9,10), klawesyn (8), wokal (2,4,7,9,10), dodatkowy wokal; Dave Mason - gitara (1,3,5,6), harmonijka (2,3), bass (8), organy (9), wokal (1,3,5,6,8), dodatkowy wokal; Chris Wood - saksofon tenorowy (1,5), flet (2,6,7), saksofon sopranowy (3,8,9), perkusja (10), instr. perkusyjne (7,10); Jim Capaldi - perkusja i instr. perkusyjne (1-9), klarnet altowy (6), wokal (6), dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Miller


27 stycznia 2014

[Recenzja] Traffic - "Mr. Fantasy" (1967)



Grupa Traffic powstała w kwietniu 1967 roku z inicjatywy czterech muzyków: Steve'a Winwooda, Dave'a Masona, Chrisa Wooda i Jima Capaldiego. Średnia ich wieku wynosiła wówczas dwadzieścia lat, ale mieli już pewne doświadczenie. Szczególnie najmłodszy Winwood, który od czternastego roku życia występował w odnoszącym spore sukcesy komercyjne, rhythm'n'bluesowym The Spencer Davis Group. Mason i Capaldi grali wcześniej w zespole The Hellions (znanym też jako Deep Feeling), a Wood w Locomotive - obie grupy wydały parę niezauważonych singli. Muzycy poznali się podczas jamu w klubie The Elbow Room w Birmingham. Grało się im razem na tyle dobrze, że postanowili założyć razem zespół. Nazwę Traffic wymyślił Capaldi, podczas przechodzenia przez ruchliwe skrzyżowanie.

Wkrótce potem, niejako wbrew przyjętej nazwie, muzycy wyjechali na wieś, gdzie w wynajętej chacie rozpoczęli pracę nad autorskim materiałem. Po niedługim czasie byli już gotowi, by podpisać kontrakt (z Island Records) i udać się do londyńskiego Olympic Studios. Już maju ukazał się pierwszy singiel ("Paper Sun"), a dwa kolejne ("Hole in My Shoe", "Here We Go Round the Mulberry Bush") wydano w ciągu kolejnych miesięcy. Wszystkie trzy wzbudziły spore zainteresowanie, szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie dotarły do pierwszej dziesiątki notowania. Jeszcze przed końcem roku opublikowane zostało pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo Traffic, album "Mr. Fantasy". Oryginalna, brytyjska wersja nie zawiera żadnego z przebojowych singli, co nie przeszkodziło mu w odniesieniu sporego sukcesu komercyjnego (16. miejsce na UK Albums Chart). W Stanach wydawnictwo zostało przemianowane na "Heaven Is in Your Mind", zmieniono okładkę i tracklistę, m.in. dodając "Paper Sun" i "Hole in My Shoe", ale sukces był nieco mniejszy (88. miejsce na liście Billboardu). Warto też wspomnieć o wydaniu szwedzkim, zatytułowanym "Coloured Rain", posiadającym jeszcze inną okładkę i tracklistę zbliżoną do wydania amerykańskiego, z identyczną kolejnością utworów, ale uboższą o dwa kawałki.

Choć w tamtym czasie ogromną popularnością cieszyło się surowe granie w stylu Cream czy The Jimi Hendrix Experience, debiutancki longplay Traffic charakteryzuje się niezwykle bogatym brzmieniem. Oprócz gitar elektrycznych i akustycznych, basu oraz perkusji, wykorzystano tu także przeróżne instrumenty klawiszowe (pianino, elektryczne organy, melotron, klawesyn), dęte (saksofony, flet, harmonijka), perkusyjne, a nawet pochodzące z Indii sitar i tamburę. Te ostatnie odgrywają istotną rolę w singlowych "Paper Sun" i "Hole in My Shoe", ale na albumie wykorzystano je wyłącznie w "Uttery Simple". Całość jest bardzo różnorodna. Słychać tu zarówno wpływy modnej wówczas psychodelii, jak i nawiązania do amerykańskiej tradycji muzycznej, z rhythm'n'bluesem i soulem na czele. Dominują przyjemne, chwytliwe piosenki w rodzaju "Heaven Is in Your Mind", "Coloured Rain" czy bardziej rozbudowanego "Dear Mr. Fantasy" (z instrumentalnymi fragmentami wywołującymi skojarzenia z twórczością Hendrixa), ale trafimy tu też na żartobliwy kawałek w barowym klimacie - "Berkshire Poppies", sentymentalną balladę "No Face, No Name and No Number" (moim zdaniem najsłabszy i najmniej potrzebny tu kawałek), folkowy "Dealer" z ładnymi partiami fletu, a także jazzujący "Giving to You" z bardzo fajnymi, choć zbyt krótkimi solówkami, kolejno na flecie, gitarze i organach. Duża różnorodność panuje też w warstwie wokalnej. Mason zaśpiewał we wszystkich swoich kompozycjach (najbardziej psychodelicznych "House for Everyone", "Uttery Simple" i "Hope I Never Find Me There"), ale głównym wokalistą jest posiadający ciekawą, nieco czarną barwę głosu Winwood, którego okazjonalnie wspiera Capaldi.

"Mr. Fantasy" to świetny dokument hippisowskiej epoki, cechujący się może pewną dawką naiwności, ale nadrabiający sporą kreatywnością i dobrymi melodiami. Jest to też jeden z pierwszych rockowych albumów o tak bogatym brzmieniu i tak różnorodnych inspiracjach, kierujący się w bardziej ambitne rejony, niż muzyka o wyłącznie rozrywkowym charakterze. Warto dodać, że spory eklektyzm wcale nie sprawia, że album traci na spójności - wręcz przeciwnie, zespół potrafił zachować rozpoznawalność, poruszając się po różnych stylistykach i mieszając je ze sobą na różne sposoby.

Ocena: 8/10



Traffic - "Mr. Fantasy" (1967)

1. Heaven Is in Your Mind; 2. Berkshire Poppies; 3. House for Everyone; 4. No Face, No Name and No Number; 5. Dear Mr. Fantasy; 6. Dealer; 7. Utterly Simple; 8. Coloured Rain; 9. Hope I Never Find Me There; 10. Giving to You

Skład: Steve Winwood - instr. klawiszowe, gitara, bass, instr. perkusyjne, wokal (1,2,4-6,8), dodatkowy wokal; Dave Mason - gitara, bass, sitar, tambura, melotron, harmonijka, instr. perkusyjne, wokal (3,7,9), dodatkowy wokal; Chris Wood - flet, saksofon, organy, dodatkowy wokal; Jim Capaldi - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (1,6), dodatkowy wokal
Gościnnie: Small Faces (Steve Marriott, Ronnie Lane, Ian McLagan, Kenney Jones) - dodatkowy wokal i instr. perkusyjne (2); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (5)
Producent: Jimmy Miller

Traffic - "Heaven Is in Your Mind" / "Coloured Rain" (1967)

1. Paper Sun; 2. Dealer; 3. Coloured Rain; 4. Hole In My Shoe; 5. No Face, No Name And No Number; 6. Heaven Is in Your Mind*; 7. House for Everyone; 8. Berkshire Poppies; 9. Giving to You; 10. Smiling Phases; 11. Dear Mr. Fantasy; 12. We're a Fade, You Missed This*

* tylko na "Heaven Is in Your Mind" (wydaniu US), pominięte na "Coloured Rain" (wydaniu szwedzkim).

Po prawej: okładka "Heaven Is in Your Mind". Na zdjęciu brakuje Dave'a Masona, który odszedł z zespołu przed wydaniem albumu.


25 stycznia 2014

[Recenzja] Cream - "Live Cream" (1970) / "Live Cream Volume II" (1972)



Koncerty Cream należały do jednych z najbardziej porywających w historii muzyki rockowej. W czasie swojej krótkiej działalności trio było pod tym względem absolutnie bezkonkurencyjne. Później pojawiło się parę równie dobrych, może nawet lepszych grup, ale nie było ich wiele. Tym większa szkoda, że Cream nie doczekał się nigdy albumu koncertowego, który w pełni pokazywałby ten fenomen. Nagrania, które zebrane do kupy mógłby stworzyć jedną z najwspanialszych rockowych koncertówek, zostały rozproszone na różnych wydawnictwach, z których każde zostawia pewien niedosyt. Nie inaczej ma się sprawa z dwoma albumami o wspólnym tytule "Live Cream" (drugie z dopiskiem "Volume II") wydanymi odpowiednio w 1970 i 1972 roku. Materiał z obu czasem wznawiany był jako jedno wydawnictwo (np. "The Best of Cream Live" z 1978 roku), ale nawet w takiej formie nie wyczerpuje tematu.

Obie części "Live Cream" mają nieco inny charakter. Album z 1970 roku w większym stopniu skupia się na pokazaniu improwizatorskich umiejętności zespołu. Na repertuar składa się pięć utworów, z czego jeden to studyjny bonus: interpretacja tradycyjnego bluesa "Lawdy Mama" - pierwowzoru "Strange Brew". Pozostałe to już koncertowe wykonania utworów z "Fresh Cream", zarejestrowane w marcu 1968 roku w dwóch salach w San Francisco: The Fillmore i Winterland Ballroom (nagrań dokonano z myślą o koncertowej części albumu "Wheels of Fire"). "N.S.U." i "Sweet Wine" rozrosły się tu do kilkunastu minut za sprawą porywających improwizacji opartych na doskonałej interakcji całego składu - w pierwszym trwają około ośmiu minut, w drugim ponad dwanaście. "Sleepy Time Time" i "Rollin' and Tumblin'" (z popisowymi partiami Bruce'a na harmonijce) zostały tylko trochę rozbudowane, ale i tak w porównaniu z wersjami studyjnymi są znacznie bardziej swobodne, zawierają znacznie większą dawkę energii, ale też surowsze, cięższe brzmienie.

"Live Cream Volume II" skupia się raczej na przedstawieniu tych bardziej popularnych utworów z albumów "Disraeli Gears" i "Wheels of Fire", w rodzaju "Sunshine of Your Love", "Tales of Brave Ulysses", "White Room" czy "Politician". Nagrań dokonano częściowo podczas tych samych występów z marca 1968 roku, a częściowo w październiku tego samego roku w Oakland Coliseum Arena, w trakcie pożegnalnych występów zespołu. Wykonania są dużo swobodniejsze, nierzadko zyskują więcej energii i nabierają ciężaru (tu przede wszystkim wyróżnić trzeba "Deserted Cities of the Heart", w którym muzycy postawili na rockowy czad, rezygnując ze wszystkich aranżacyjnych smaczków z wersji studyjnej), muzycy świetnie ze sobą współpracują, ale unikają dłuższych improwizacji, nieznacznie tylko rozbudowując kompozycje. Niejako wynagradza to finałowy "Steppin' Out" - trzynastominutowy jam na bazie bluesowego standardu Memphis Slima. To przede wszystkim popis Claptona (gitarzysta grał ten utwór już z Johnem Mayallem, jednak w znacznie krótszej wersji), jednak wyrazista gra sekcji rytmicznej, z chrupiącym basem i potężnymi bębnami, zapewnia doskonały podkład.

Czego tu zatem brakuje? Pozostałych utworów, bez których ciężko było wyobrazić sobie występ Cream: energetycznego "Crossroads" z popisowymi solówkami Claptona, porywająco rozimprowizowanych wersji "Spoonful" i "I'm So Glad", zaś przede wszystkim chyba "Toad", który zawsze był pretekstem do długiego popisu Bakera. No właśnie - o ile na "Wheels of Fire" trafiły tylko cztery utwory, to wybrano je bardzo starannie (po jednym utworze pokazującym talent każdego muzyka plus jeden oparty na zespołowej improwizacji), żeby jak najlepiej oddać to, co działo się na koncertach Cream. Obie recenzowane tu koncertówki nie mają takiej zalety. Każda z nich pokazuje tylko pewien aspekt występów grupy, całkiem pomijając inne. Nawet traktowane jako jedno wydawnictwo, nie oddają w pełni sprawiedliwości, przez brak solowego popisu perkusisty. Na szczęście pozostała dwójka ma swoje momenty chwały - Bruce w "Rollin' and Tumblin'" (swoją drogą, znacznie ciekawym od "Traintime" z "Wheels of Fire"), Clapton w "Steppin' Out". Ponadto w "N.S.U." i "Sweet Wine" można posłuchać fantastycznej współpracy improwizujących muzyków, a "Volume II" zawiera świetne wersje niemal wszystkich najlepszych kompozycji zespołu. A zatem jest to, mimo pewnych braków, naprawdę świetny materiał, pokazujący Jacka Bruce'a, Gingera Bakera i Erica Claptona w szczytowej formie. 

Ocena: 8/10



"Volume II"
Cream - "Live Cream" (1970)

1. N.S.U.; 2. Sleepy Time Time; 3. Lawdy Mama*; 4. Sweet Wine; 5. Rollin' and Tumblin'

Cream - "Live Cream Volume II" (1972)

1. Deserted Cities of the Heart; 2. White Room; 3. Politician; 4. Tales of Brave Ulysses; 5. Sunshine of Your Love; 6. Steppin' Out

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, harmonijka; Eric Clapton - gitara, wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Felix Pappalardi (oprócz *); Ahmet Ertegun i Robert Stigwood (*)



24 stycznia 2014

[Recenzja] Cream - "Goodbye" (1969)



Album "Wheels of Fire" był wielkim sukcesem, zarówno pod względem komercyjnym (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, 1. w Stanach), jak i przede wszystkim artystycznym. W zespole nie działo się jednak najlepiej. Do odwiecznego konfliktu między Jackiem Bruce'em i Gingerem Bakerem doszło zmęczenie całego zespołu nieustannym koncertowaniem, z coraz większym natężeniem dźwięku, przerywanym praktycznie tylko na sesje nagraniowe. W rezultacie, trasa promująca "Wheels of Fire" została ogłoszona jako pożegnalne tournée tria. W październiku i listopadzie 1968 roku zespół dał kilkanaście koncertów w Stanach, a następnie jeszcze dwa w londyńskiej Royal Albert Hall (rolę supportów pełnili wówczas jeszcze mało znani Yes, Rory Gallagher ze swoim Taste, a także - tylko podczas najwcześniejszych występów - Deep Purple). Później muzycy odbyli wspólnie jeszcze jedną sesję, a następnie zajęli się innymi sprawami - Clapton i Baker stworzyli kolejna supergrupę, Blind Faith, natomiast Bruce rozpoczął solową działalność.

Na początku następnego roku ukazał się jeszcze pożegnalny longplay zespołu, o zbyt oczywistym tytule "Goodbye". Początkowo planowano wydać kolejny dwupłytowy album, z dyskiem studyjnym i dyskiem koncertowym. Szybko jednak okazało się, że zespół nie jest w stanie stworzyć tyle materiału studyjnego. Stanęło więc na albumie jednopłytowym, składającym się z trzech nagrań koncertowych i trzech studyjnych - po jednym napisanym przez każdego członka zespołu. Pod względem czasowym zdecydowanie przeważają te pierwsze. Wszystkie zostały zarejestrowane podczas tego samego występu, 19 października '68 w Los Angeles. Dziesięciominutowe wykonanie "I'm So Glad" Skipa Jamesa (w krótszej studyjnej wersji zaprezentowany już na "Fresh Cream") oraz bardziej zwarte autorskiego "Politican" i " Sitting on Top of the World" z repertuaru Mississippi Sheiks (oba w wersjach studyjnych zamieszczone na "Wheels of Fire") pod względem instrumentalnym są naprawdę porywające, szczególnie długa improwizacja w tym pierwszym, z doskonałą współpraca całego zespołu. Gorzej, niestety, prezentują się pod względem wokalnym. To jednak wciąż rewelacyjny materiał. I w sumie szkoda, że nie wydano albumu w całości koncertowego - najlepiej dwupłytowego.

Studyjne nagrania prezentują się nieco słabiej i można odnieść wrażenie, że muzycy starali się jak najbardziej odejść od dotychczasowej twórczości zespołu. Najbardziej z nich znany "Badge" to kompozycja Erica Claptona. Tak przynajmniej podano na okładce wczesnych wydań. W rzeczywistości gitarzysta miał problem z dokończeniem utworu, a zwłaszcza z napisaniem tekstu. Zwrócił się więc o pomoc do swojego przyjaciela, George'a Harrisona, który miał w tym znacznie większe doświadczenie (przysłowiowe trzy grosze dorzucił tu tez ponoć Ringo Starr). Harrison wziął też udział w nagrywaniu utworu, dodając rytmiczną partię gitary. Powstała bardzo przyjemna, melodyjna piosenka, o wyraźnie beatlesowskim charakterze. "Doing That Scrapyard Thing", kompozycja Jacka Bruce'a z tekstem Pete'a Browna, to żartobliwy pastisz wodewilu i muzyki kabaretowej, pokazujący wokalną wszechstronność Bruce'a, niestety niezbyt interesujący pod względem muzycznym. "What a Bringdown" jest za to być może najlepszą kompozycją, jaką Ginger Baker napisał dla Cream, z dobrą melodią, podniosłym nastrojem budowanym za pomocą organów i odpowiednio udramatyzowanych gitarowych solówek Claptona, który świetnie sprawdził się tu także jako główny wokalista. Co ciekawe, Bruce zagrał w tym nagraniu jedynie na instrumentach klawiszowych, zaś partie basu wykonał Felix Pappalardi, po raz kolejny współpracujący z zespołem jako producent i jego nieoficjalny członek.

"Goodbye" to niezbyt spójne wydawnictwo, pozostawiające wielki niedosyt, bo przecież z samych nagrań koncertowych, jakimi dysponowano, można było bez trudu skompilować album dwupłytowy. Studyjne kawałki mogłyby znaleźć się na nim w roli przerywników lub w ogóle zostać wydane na osobnej EPce, bo i tak stylistycznie nie mają wiele wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami tria. To akurat bardzo dobrze świadczy o muzykach, że nawet na chwilę przed rozwiązaniem zespołu, chciało im się zaproponować coś nowego. Inna sprawa, że ten studyjny materiał - pomimo udanych kompozycji Claptona i Bakera - wyraźnie ustępuje koncertowemu. 

Ocena: 7/10



Cream - "Goodbye" (1969)

1. I'm So Glad (live); 2. Politician (live); 3. Sitting on Top of the World (live); 4. Badge; 5. Doing That Scrapyard Thing; 6. What a Bringdown

Skład: Jack Bruce - bass (1-5), wokal (1-3,5,6), pianino (5,6), organy (6); Eric Clapton - gitara, wokal (4,6), dodatkowy wokal (1); Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (1,6)
Gościnnie: George Harrison - gitara (4); Felix Pappalardi - pianino (4), melotron (4,5), bass (6)
Producent: Felix Pappalardi


23 stycznia 2014

[Recenzja] Cream - "Wheels of Fire" (1968)



Dwupłytowy "Wheels of Fire" to album najlepiej pokazujący, jakim zespołem był Cream. Trafiły tu bowiem zarówno nagrania studyjne, jak i koncertowe. Te pierwsze powstawały w znacznie bardziej wyluzowanej atmosferze, niż przygotowywany w pośpiechu "Disraeli Gears". Wtedy muzycy mieli tylko cztery dni na nagrania. Tym razem mogli poświęcić na pracę w studiu znacznie więcej czasu. Sesje odbywały się etapami: najpierw, w lipcu i sierpniu 1967 roku, w londyńskim IBC Studios, a następnie zespół kilkakrotnie - we wrześniu, październiku i grudniu '67 oraz w lutym i czerwcu '68 - zagościł w nowojorskim Atlantic Studios. Muzycy mogli starannie dopracować kompozycje i aranżacje, a przy okazji poeksperymentować z różnymi dodatkowymi instrumentami. Na tych ostatnich grali zarówno Jack Bruce i Ginger Baker, jak i Felix Pappalardi, który ponownie wystąpił w roli producenta (zaś jako inżyniera dźwięku znów zaangażowano Toma Dowda). W międzyczasie muzyków zastała informacja o wielkim sukcesie "Disraeli Gears", który doszedł do 5. miejsca na UK Albums Chart i do 4. na amerykańskim Billboardzie. Zapewne dlatego przedstawiciele wytwórni dali muzykom więcej swobody w studiu i zgodę na album dwupłytowy (w niektórych krajach dostępny też / tylko jako dwa osobne wydawnictwa). Koncertowy materiał został zarejestrowany w marcu 1968 roku, podczas amerykańskich występów. W przeciwieństwie do studyjnego, pokazuje bardziej spontaniczne oblicze zespołu i jego improwizatorskie zdolności.

"In the Studio"

Podobnie, jak na obu poprzednich albumach - "Fresh Cream" i "Disraeli Gears" - także w ten longplay największy wkład kompozytorski miał Jack Bruce. Muzyk skomponował cztery z dziewięciu utworów (teksty do nich ułożył Pete Brown). W tym ten najbardziej znany, spory przebój "White Room", wyróżniający się naprawdę chwytliwą, bardzo zgrabną melodią, ale w swojej piosenkowej formie całkiem wyrafinowany, z dobrymi solówkami Claptona i urozmaicającymi brzmienie partiami altówki. Na dwa kolejne szczególną uwagę powinni zwrócić wielbiciele Led Zeppelin. "As You Said" - praktycznie solowe nagranie Bruce'a, grającego tu na gitarze akustycznej i wiolonczeli, jedynie z hi-hatem Bakera - przypomina folkowe oblicze wspomnianej grupy. Z kolei cięższy "Politican", oparty na ostinatowo powtarzanym riffie, brzmi jak surowy pierwowzór "Kashmir" (wyróżnia się także licznymi gitarowymi nakładkami). Basista odpowiada też za energetyczny "Deserted Cities of the Heart" łączący bluesrockowy ciężar, dobrą melodię i aranżacyjne smaczki - partie gitary akustycznej, wiolonczeli i altówki.

Trzy utwory zostały skomponowane przez jazzowego pianistę Mike'a Taylora; teksty do nich napisał Ginger Baker. Pomijając bardzo melodyjny i przyjemny "Those Were the Days" (z fajnie urozmaicającymi brzmienie dzwonkami), są to bardziej eksperymentalne utwory. "Passing the Time", łączy wolniejsze fragmenty, oparte na brzmieniu wiolonczeli i dzwonków, z prawdziwie hardrockowym przyśpieszeniem, z wysuwającą się na pierwszy plan, agresywną partią basu, ale też z słyszalnymi w tle organami parowymi. Jeszcze dziwniej robi się w "Pressed Rat and Warthog", najbardziej psychodelicznym nagraniu na albumie, wzbogaconym partiami trąbki i fletów, z deklamacją Bakera (jest to jedyny utwór ze studyjnej części, w którym nie śpiewa Bruce).

Jedyna kompozycja Erica Claptona z tej sesji, "Anyone for Tennis" (z tekstem Martina Sharpa), nie trafiła na album, a jedynie na singiel i ścieżkę dźwiękową filmu "The Savage Seven" - i całe szczęście, bo ten banalny kawałek zupełnie by tu nie pasował i tylko obniżał poziom. Na "Wheels of Fire" znalazły się natomiast dwie przeróbki zaproponowanych przez gitarzystę standardów bluesowych: "Sitting on Top of the World" z repertuaru działającej w latach 30. grupy Mississippi Sheiks, ale w aranżacji Howlin' Wolfa, a także "Born Under a Bad Sing" Alberta Kinga. Oba wypadły świetnie, przypominając o bluesrockowych korzeniach grupy oraz wpływie, jaki wywarła na wykonawcach hardrockowych.

"Live at the Fillmore"

Z myślą o koncertowej części zarejestrowano sześć występów grupy, odbywających się w dniach 7-10 marca 1968 w San Francisco. Na płytę trafiły tylko cztery utwory (część pozostałego materiału wykorzystano potem na albumach "Live Cream" i "Live Cream Volume II"). Wbrew tytułowi tego dysku, tylko jeden utwór ("Toad") został zarejestrowany w The Fillmore, zaś pozostałe w innej sali koncertowej - Winterland Ballroom. Wybór utworów jest skromny, ale za to bardzo dobrze przemyślany, by jak najlepiej pokazać wszystkie atuty zespołu. Blisko siedemnastominutowa wersja "Spoonful" - kompozycji Williego Dixona, w bardziej zwartej formie zaprezentowanej już na "Fresh Cream" - ukazuje talent tria do zespołowej improwizacji, z doskonałą interakcją pomiędzy partiami gitary, basu i perkusji. Nie dziwi wybór akurat tego utworu, bo to być może najbardziej porywające nagranie w całym dorobku każdego z grających tu muzyków. Trzy pozostałe pokazują raczej ich indywidualne możliwości. Energetyczna przeróbka "Cross Road Blues" Roberta Johnsona - tutaj jako "Crossroads" - to przede wszystkim popis Claptona, grającego parę ekscytujących solówek. Jest to też jedyny utwór na całym albumie, w którym gitarzysta wystąpił w roli wokalisty. "Traintime", kompozycja Bruce'a z czasów działalności w Graham Bond Organisation, to z kolei prezentacja jego umiejętności gry na harmonijce. Jest to najmniej porywający fragment koncertowej płyty, zbyt długi i monotonny. Wspomniany już "Toad" to, oczywiście, przede wszystkim kilkunastominutowy popis Bakera. I jest to zdecydowanie najlepsze, najbardziej kreatywne solo perkusyjne, jakie można usłyszeć na stricte rockowym albumie.

*

"Wheels of Fire" to pierwszy album Cream, do którego produkcji nie można się przyczepić. Zarówno w części studyjnej, jak i koncertowej, zadbano o potężne brzmienie (z ciężkimi bębnami, gęstym i wyrazistym basem oraz ostrą gitarą) i porządny miks stereo, z właściwym rozłożeniem instrumentów w panoramie. Dzięki temu zawarta tu muzyka robi jeszcze lepsze wrażenie, ale do samych kompozycji, aranżacji i wykonania również nie mogę się przyczepić. Studyjna część pokazuje większą dojrzałość zespołu pod każdym z wymienionych przed chwilą względów. Natomiast koncertowa udowadnia, że w bardziej spontanicznym graniu trio odnajduje się nawet jeszcze lepiej!

Ocena: 10/10



Cream - "Wheels of Fire" (1968)

LP1 ("In the Studio"): 1. White Room; 2. Sitting on Top of the World; 3. Passing the Time; 4. As You Said; 5. Pressed Rat and Warthog; 6. Politician; 7. Those Were the Days; 8. Born Under a Bad Sign; 9. Deserted Cities of the Heart
LP2 ("Live at the Fillmore"): 1. Crossroads; 2. Spoonful; 3. Traintime; 4. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal (oprócz 1:5 i 2:1,4), bass (oprócz 1:4 i 2:3), wiolonczela (1:3,4,9), organy parowe (1:3), gitara akustyczna (1:4,9), flet (1:5), harmonijka (2:3); Eric Clapton - gitara (oprócz 1:4 i 2:3), wokal (2:1), dodatkowy wokal (1:7); Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, głos (1:5)
Gościnnie: Felix Pappalardi - altówka (1:1,9), organy (1:3), trąbka (1:5), flet (1:5), dzwonki (1:7)
Producent: Felix Pappalardi


22 stycznia 2014

[Recenzja] Cream - "Disraeli Gears" (1967)



Rok 1967 bezsprzecznie należał do dwóch zespołów: The Jimi Hendrix Experience i Cream. Obie grupy powaliły wszystkich niezwykle energetyczną, zaskakująco - jak na tamte czasy - ciężką muzyką, graną przez zaledwie trzyosobowy skład. W przypadku Cream byli to trzej najbardziej wówczas cenieni brytyjscy instrumentaliści: Eric Clapton, Jack Bruce i Ginger Baker. Trio było więc skazane na sukces. Choć warto podkreślić, że popularność szła w parze z jakością muzyki. Już debiutancki "Fresh Cream" w ciągu dwóch miesięcy od wydania doszedł do 6. miejsca UK Albums Chart (zapewne doszedłby jeszcze wyżej, gdyby muzycy firmowali go swoimi nazwiskami).

Pod koniec marca grupa ruszyła na podbój USA. Tam Clapton, Bruce i Baker nie cieszyli się taką estymą, jak w swojej ojczyźnie. Pierwsza amerykańska trasa ograniczała się do trwającej dziewięć dni rezydentury w nowojorskim RKO 58th Street Theatre, po trzy występy każdego dnia. Problem w tym, że trio występowało wraz z pięcioma innymi wykonawcami, a jego nazwa znajdowała się na samym dole plakatu. Często grali tylko po jednym utworze. Szczęśliwym trafem, zostali zauważeni przez Ahmeta Erteguna, właściciela Atlantic Records. Szybko zorganizował sesję nagraniową. Udało się jednak zarejestrować tylko jeden utwór, bluesowy standard "Lawdy Mama" (oparty na wersji Buddy'ego Guya i Juniora Wellsa), bo muzykom kończyły się wizy. Jednak już w maju trio wróciło do Nowego Jorku, by w studiu Atlantic zarejestrować materiał na swój drugi album. I tym razem nie mieli wiele czasu, w związku z czym nagrania trwały jedynie trzy i pół dnia. Producentem został nieposiadający dużego doświadczenia w tej roli Felix Pappalardi, w przeciwieństwie do inżyniera dźwięku Toma Dowda, mającego za sobą wieloletnią działalność (uczestniczył m.in. w sesjach Charlesa Mingusa, Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana). W trakcie nagrań cały czas obecny był też Ertegun.

Nie da się ukryć, że podczas nagrywania "Disraeli Gears" - jak zatytułowano album, w nawiązaniu do przejęzyczenia jednego z roadies (miał na myśli derailleur gears, czyli przerzutki rowerowe) - muzycy musieli iść na liczne kompromisy. Przedstawiciele Atlantic Records postanowili skierować zespół w stronę popularnej wówczas psychodelii, a także wygładzić brzmienie oraz nie pozwolić na wyjście poza piosenkowy schemat i radiową długość. Stanowiło to całkowite przeciwieństwo tego, w jakim kierunku podążali wówczas sami muzycy, grając na koncertach coraz mniej utworów, za to coraz więcej improwizując, wykorzystując swoje jazzowe (Bruce, Baker) i bluesowe (Clapton) doświadczenie. Odrzucono nawet zarejestrowany już wcześniej "Lawdy Mama", zastępując go nowym utworem, "Strange Brew". W rzeczywistości jest to przerobiona wersja wspomnianego standardu, z tekstem i melodią autorstwa Pappalardiego i jego żony, Gail Collins. Do tantiem został dopisany też Clapton, któremu pozwolono wymyślić solówkę. Gitarzysta przyznawał potem, że w rzeczywistości było to granie nuta w nutę solówki Alberta Kinga. Pappalardi i Collins są także autorami utworu "World of Pain".

Zespół najwyraźniej nie miał wystarczającej ilości materiału, stąd także obecność dwóch innych przeróbek (bluesowego standardu "Outside Woman Blues" i tradycyjnej piosenki "Mothers' Lament"). Trafiło tu ponadto pięć kompozycji Bruce'a (w tym "Sunshine of Your Love" z małym wkładem gitarzysty), a także po jednej Claptona ("Tales of Brave Ulysses") i Bakera ("Blue Condition"). Problemem dla członków zespołu było przede wszystkim pisanie tekstów. Tylko po jednym stworzyli Bruce ("We're Going Wrong") i Baker (ponownie "Blue Condition"), w czterech utworach za słowa odpowiada Pete Brown, natomiast tekst "Tales of Brave Ulysses" napisał Martin Sharp, będący także autorem niesamowitej, psychodelicznej okładki. Pracę nad grafiką trwały tak długo, że zarejestrowany w maju album ukazał się dopiero w listopadzie (standardem było wówczas wydawanie albumów po około miesiącu od nagrania).

W porównaniu z "Fresh Cream", zmieniła się nie tylko stylistyka i brzmienie. Ertegun nalegał, aby Clapton udzielał się więcej wokalnie. Gitarzysta samodzielnie zaśpiewał w utworach "Strange Brew" i "Outside Woman Blues", a w kilku wspomaga wokalnie Bruce'a. Przy okazji w roli głównego wokalisty zadebiutował Baker, który zaśpiewał w swojej kompozycji. Całą trójkę można usłyszeć natomiast w finałowym "Mother's Lament" - żartobliwej przeróbce tradycyjnej folkowej piosenki, stylizowanej na pijacką przyśpiewkę, jedynie z akompaniamentem pubowego pianina. Ten wygłup to najsłabszy utwór na płycie, choć stanowiący przyjemne urozmaicenie.

Pomimo sporej ingerencji w materiał ludzi z wytwórni - ograniczających swobodę i ambicje muzyków, by stworzyć przebojowy produkt - "Disraeli Gears" jest całkiem udanym albumem. Całość pokazuje sporą wszechstronność muzyków. Utwory w rodzaju "Outside Woman Blues" i "Take It Back" przypominają o bluesrockowych korzeniach grupy, podczas gdy psychodeliczne, utrzymane w onirycznym klimacie "Dance the Night Away" (wyraźnie inspirowany ówczesną twórczością The Byrds) i "We're Going Wrong" niosą powiew świeżości. Kawałki w rodzaju "Strange Brew", "World of Pain" czy "Blue Condition" pokazują bardziej przebojowe oblicze grupy, znane już z singli poprzedzających pierwszy album, a tymczasem utwory "Sunshine of Your Love" (z rewelacyjnym riffem wymyślonym przez Bruce'a na kontrabasie oraz świetnym solem Claptona), "Tales of Brave Ulysses" (z fantastycznie wykorzystanym efektem wah-wah) i "SWLABR" nie pozostawiają wątpliwości, kto wymyślił hard rocka (nie ujmując nic Hendrixowi i innym prekursorom). Żeby jednak w pełni docenić wpływ tria na cięższe odmiany rocka, trzeba słuchać albumu w wersji monofonicznej, w której wszystkie instrumenty doskonale się uzupełniają, tworząc potężne brzmienie. Miks stereofoniczny znów zepsuto niepoważnym odseparowaniem instrumentów, które kompletnie nie sprawdza się w takiej muzyce.

Cóż, album mógłby być zapewne lepszy, gdyby nie przesadna ingerencja ze strony wytwórni w brzmienie i charakter utworów. Ale nawet w takiej formie "Disraeli Gears" musiał robić ogromne wrażenie w 1967 roku, a dziś stanowi rewelacyjny dokument tamtej epoki. Nie można też zapomnieć, jak wielki wpływ wywarł na muzyce rockowej, przede wszystkim jej cięższych odmianach (bo na te ambitniejsze większy wpływ miały koncertowe poczynania zespołu). To własnie tu - i na nagranym parę tygodni wcześniej "Are You Experienced" tria Hendrixa - narodził się hard rock. A że brzmienie albumu Cream nie jest szczególnie ciężkie z dzisiejszej perspektywy? To nawet lepiej, bo dzięki temu wyraźniej słychać wszystkie aranżacyjne i produkcyjne smaczki. 

Ocena: 9/10



Cream - "Disraeli Gears" (1967)

1. Strange Brew; 2. Sunshine of Your Love; 3. World of Pain; 4. Dance the Night Away; 5. Blue Condition; 6. Tales of Brave Ulysses; 7. SWLABR; 8. We're Going Wrong; 9. Outside Woman Blues; 10. Take It Back; 11. Mother's Lament

Skład: Jack Bruce - wokal (2-4,6-8,10,11), bass, pianino, harmonijka; Eric Clapton - gitara, wokal (1-4,9,11); Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (5,11), dodatkowy wokal
Producent: Felix Pappalardi


21 stycznia 2014

[Recenzja] Cream - "Fresh Cream" (1966)



Cream to pierwsza w historii muzyki rockowej supergrupa. Do tamtej pory efemeryczne składy w gwiazdorskiej obsadzie były przede wszystkim domeną jazzu, rzadziej bluesa. Rock działał na nieco innych zasadach: zespoły były zakładane przez grupkę dobrych znajomych, zwykle nie mających żadnego profesjonalnego doświadczenia. Inicjatorem powstania Cream był Eric Clapton - prawdopodobnie najbardziej wówczas ceniony europejski gitarzysta. Sławę przyniosła mu już gra z zespołem The Yardbirds (znanym głównie z tego, że karierę zaczynał w nim nie tylko Clapton, ale też dwóch innych słynnych gitarzystów: Jeff Beck i Jimmy Page). Właśnie w tamtym czasie na brytyjskich murach zaczęły pojawiać się hasła w rodzaju Clapton is God. Gitarzysta odszedł jednak z kapeli, gdy pozostali muzycy postanowili oddalić się od bluesowych korzeni na rzecz bardziej komercyjnego grania. Clapton dołączył wówczas do zespołu Johna Mayalla, z którym nagrał album "Blues Breakers" - niezwykle przełomowe dzieło, definiujące stylistykę blues rocka.

Gdy w lipcu 1966 roku longplay trafił do sklepów, drogi Claptona i Mayalla zdążyły się już rozejść. Gitarzysta miał większe ambicje, niż granie w cudzym zespole. Stworzył więc własną grupę o wszystko mówiącej nazwie Eric Clapton and the Powerhouse. Składu dopełnili wokalista Steve Winwood (później w Traffic i Blind Faith), basista Jack Bruce (który też przewinął się przez grupę Mayalla), perkusista Pete York, pianista Ben Palmer oraz grający na harmonijce Paul Jones. Zespół nie istniał długo, bo wkrótce lider zmienił swoją koncepcję. Stało się to podczas koncertu amerykańskiego bluesmana Buddy'ego Guya. Muzyk, z przyczyn finansowych, przyleciał jedynie z dwoma innymi instrumentalistami. Clapton był pod wrażeniem, że w tak małym składzie można zabrzmieć tak dobrze. Postanowił stworzyć własne trio. Wiedział jednak, że musi zebrać muzyków z najwyższej półki. Jack Bruce idealnie się nadawał - był prawdziwym wirtuozem gitary basowej, używającym jej nie tylko jako instrumentu rytmicznego, ale także melodycznego i solowego. Ponadto był zdolnym kompozytorem. Zaproszenie do składu otrzymał też Ginger Baker - prawdopodobnie najlepszy brytyjski perkusista tamtych czasów, zafascynowany jazzem i muzyką afrykańską. Baker bardzo chciał grać z Claptonem, choć niekoniecznie z Bruce'em - obaj występowali już wcześniej w łączącym jazz i rhythm and bluesa The Graham Bond Organisation i szczerze się nienawidzili. Obaj jednak zdawali sobie sprawę, że obecność tego drugiego jest niezbędna do powstania wybitnej grupy.

Trio przyjęło nazwę Cream, ponieważ tworzący je muzycy byli prawdziwą śmietanką ówczesnej brytyjskiej sceny muzycznej. Instrumentaliści bardzo szybko się dogadali - przynajmniej pod względem muzycznym (personalne spięcia między Bruce'em i Bakerem wciąż dawały o sobie znać). Było jasne, że rola sekcji rytmicznej w takim zespole nie może się ograniczać do akompaniamentu dla gitary. Zespół wypracował zupełnie oryginalny - w kontekście rocka - styl, w którym każdy instrument odgrywał tak samo istotną rolę. Bardzo pomogły tu bluesowe i jazzowe doświadczenia całej trójki. Dzięki nim wnieśli muzykę rockową na zupełnie nowy poziom, wprowadzając niespotykaną w niej wcześniej wirtuozerię, interakcję między muzykami, a także kreatywne improwizacje. Pozostawał jednak pewien problem. Członkowie zespołu byli wybitnymi instrumentalistami, ale żaden z nich nie umiał śpiewać. Postanowili podzielić się obowiązkami wokalnymi, choć ostatecznie najczęściej śpiewał Bruce, pomimo niezbyt ciekawej barwy głosu i niewielkich umiejętności. Nie przeszkodziło to jednak zespołowi w odnoszeniu wielkich sukcesów komercyjnych. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze jest jednak to, że trio odegrało ogromną rolę w rozwoju muzyki rockowej, z jednej strony zwiększając jej ambicje, a z drugiej - przyczyniając się do powstania jej cięższych odmian.

Już w lipcu 1966 roku trio zadebiutowało na scenie. Od sierpnia pracowało zaś w studiu. Dopiero w październiku ukazał się pierwszy singiel. Wybrano kompozycję Jacka Bruce'a (z tekstem Pete'a Browna, zaproszonego do współpracy przez Bakera), "Wrapping Paper". Ta lekka piosenka, w klimacie staroświeckiego popu, zupełnie nie zapowiadała przyszłych dokonań Cream. Nieco bliżej było na kolejnym singlu, sporym przeboju "I Feel Free" (autorstwa tego samego duetu). Melodycznie znów jest dość staroświecko i popowo, ale zwraca uwagę bardziej energetyczna i cięższa gra zespołu, a także lekko psychodeliczny klimat. Debiutancki album, zatytułowany "Fresh Cream" ukazał się 9 grudnia 1966 roku. Na brytyjskiej wersji nie powtórzono kawałków singlowych (w Stanach dodano "I Feel Free" zamiast "Spoonful"). I dobrze, bo zupełnie by nie pasowały do całości, a wręcz obniżały jej poziom. Longplay pokazuje inne, bardziej surowe, niemal czysto bluesrockowe oblicze grupy. Repertuar w połowie składa się z przeróbek bluesowych standardów, a w połowie z autorskich kompozycji Bruce'a ("N.S.U.", "Sleepy Time Time", "Dreaming") i Bakera ("Sweet Wine", "Toad"), częściowo z tekstami ówczesnej żony basisty, Janet Godfrey ("Sleepy Time Time", "Sweet Wine").

Pierwsze cztery kawałki to właściwie proste, melodyjne piosenki rockowe z domieszką bluesa i  śladowymi ilościami psychodelicznego klimatu. Choć już w nich uwagę zwracają ostre solówki Claptona i wyrazista gra sekcji rytmicznej. Partie Bruce'a i Bakera robią wrażenie przede wszystkim w zwartym miksie monofonicznym. Stereofoniczny miks wykonano w typowy dla tamtego okresu sposób - perkusja i bas w jednym kanale, gitara w drugim, wokal pośrodku - przez co muzyka tria straciła swoje potężne brzmienie. Muzycznie robi się ciekawej od kończącego pierwszą stronę winylowego wydania "Spoonful" - przeróbce bluesowego klasyka, napisanego przez Williego Dixona dla Howlin' Wolfa. To sześć i pół minuty nieskrępowanego grania, z potężną grą sekcji rytmicznej, a także swobodnymi, bluesowymi solówkami na gitarze i harmonijce (w wykonaniu Bruce'a). Fantastycznie wypadają też instrumental "Cat's Squirrel" Charlesa Rossa oraz "Rollin' and Tumblin'" Muddy'ego Watersa, w których trio gra w jeszcze bardziej nieskrępowany sposób, powalając energią i sporym, jak na tamte czasy, ciężarem. Szkoda tylko, że pierwszym z nich następuje wyciszenie po ledwie trzech minutach. Bardziej piosenkowy charakter mają aranżacje "Four Until Late" Roberta Johnsona (jedyny tutaj kawałek ze śpiewem Claptona, który w roli wokalisty sprawdził się lepiej od Bruce'a) i "I'm So Glad" Skipa Jamesa (tutaj pojawia się też świetna część instrumentalna). Potężne granie wraca w finałowym "Toad", zbudowanym według jazzowego schematu temat-improwizacje-temat. Przy czym środkowa część to przede wszystkim fantastyczne solo Bakera (zdecydowanie najbardziej kreatywnego spośród rockowych bębniarzy). To pierwowzór "Moby Dick" Led Zeppelin, "Rat Salad" Black Sabbath i wielu innych kawałków, zbudowanych dokładnie na tej samej zasadzie, ale nigdy tak porywających.

"Fresh Cream" to album, który faktycznie odświeżył muzykę rockową. Jego wpływ jest nie do przecenienia. Z jednej strony twórczość zespołu przyczyniła się do przeistoczenia blues rocka w hard rock, wyprzedzając o kilka lat Led Zeppelin i ledwie o włos Jimiego Hendrixa. A z drugiej - i to według mnie ważniejsze - zwiększyła rolę sekcji rytmicznej w zespole rockowym oraz wprowadziła do tego gatunku improwizacje, wcześniej zarezerwowane dla jazzu (choć ten element znalazł zastosowanie przede wszystkim na koncertach grupy), tym samym czyniąc ją bardziej ambitną i wyrafinowaną. "Fresh Cream" był jednym z kilku wydanych w 1966 roku albumów - obok "Blues Breakers" Johna Mayalla, "East-West" The Butterfield Blues Band, "Fifth Dimension" The Byrds, "Revolver" Beatlesów, "Aftermath" Stonesów, "Freak Out!" The Mothers of Invention i debiutu The 13th Floor Elevators - które przyczyniły się do zmiany rocka na lepsze. 

Ocena: 8/10

PS. Ale wersji stereo odjąłbym jeden punkt od oceny. Jedynie w mono naprawdę słychać, jak ważny to album. Również wersji amerykańskiej nie oceniłbym tak wysoko - zamiana "Spoonful" na "I Feel Free" była naprawdę fatalnym pomysłem.



Cream - "Fresh Cream" (1966)

UK: 1. N.S.U.; 2. Sleepy Time Time; 3. Dreaming; 4. Sweet Wine; 5. Spoonful; 6. Cat's Squirrel; 7. Four Until Late; 8. Rollin' and Tumblin'; 9. I'm So Glad; 10. Toad

US: 1. I Feel Free; 2. N.S.U.; 3. Sleepy Time Time; 4. Dreaming; 5. Sweet Wine; 6. Cat's Squirrel; 7. Four Until Late; 8. Rollin' and Tumblin'; 9. I'm So Glad; 10. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, harmonijka, pianino; Eric Clapton - gitara, wokal (7), dodatkowy wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Robert Stigwood


20 stycznia 2014

[Recenzja] Jimi Hendrix - "People, Hell and Angels" (2013)



"Valleys of Neptune" spotkał się z dobrym przyjęciem, więc kwestią czasu było pojawienie się kolejnego wydawnictwa tego typu. "People, Hell and Angels" ukazał się niemal równo trzy lata później. Wbrew temu, co sugerują okładka (na której wykorzystano zdjęcie z 1967 roku) i tytuł (Jimi Hendrix brał go pod uwagę jako tytuł swojego czwartego albumu, nad którym najbardziej efektywnie pracował latem 1970 roku), trafiły tu nagrania zarejestrowane wyłącznie w okresie od marca 1968 do grudnia 1969 roku. Oryginalny skład The Jimi Hendrix Experience rozpadł się na początku tego czasu, a lider starał się skompletować nowy zespół. Są tu nagrania dokonane zarówno ze składem znanym jako Gypsy Sun and Rainbows (z Mitchem Mitchellem, Brianem Coxem, Larrym Lee, Jumą Sultanem i Jarrym Velezem), jak i z Band of Gypsys (z Coxem i Buddym Milesem), ale tez z udziałem różnych mniej i bardziej przypadkowych muzyków.

Podobnie jak w przypadku "Valleys of Neptune", nad powstaniem "People, Hell and Angels" osobiście czuwał Eddie Kramer. Dokonał selekcji utworów, wybrał odpowiednie wykonania, po czym za pomocą nowoczesnej technologii stworzył jak najlepsze wersje. Biorąc pod uwagę fakt, że dysponował niedopracowanymi i często niepozbawionymi wad podejściami, udało mu się dokonać prawdziwych cudów. Utwory nie sprawiają wrażenia niedorobionych nagrań demo. Przy okazji znów uwspółcześniono brzmienie, starając się jednak zachować klimat epoki, w której ten materiał powstał.

Niestety, sam repertuar znów nie wygląda zbyt ekscytująco. Przede wszystkim może dziwić obecność "Hear My Train a Comin'" i "Bleeding Heart", które pojawiły się już na "Valleys of Neptune". Oczywiście, tutaj trafiły zupełnie inne wersje, zarejestrowane 21 maja 1969 roku, podczas pierwszej wspólnej sesji Hendrixa, Coxa i Milesa (aczkolwiek skład Band of Gypsys formalnie zaczął funkcjonować dopiero parę miesięcy później). "Hear My Train a Comin'" wypada równie porywająco, choć to nieco krótsza wersja. Ciekawe jest też to wczesne podejście do "Bleeding Heart", który jest tutaj mniej funkowy, a bliższy bluesowego pierwowzoru Elmore'a Jamesa. Tego samego dnia zarejestrowano "Villanova Junction Blues" - przyjemny jam, znany dotąd z późniejszego wykonania na festiwalu Woodstock. Natomiast w tym samym składzie, ale dopiero 19 grudnia, zarejestrowany został także "Earth Blues". Wersja z późniejszymi poprawkami została wydana na "Rainbow Bridge" i powtórzona na "First Rays of the New Rising Sun", tutaj umieszczono utwór w surowszej formie.

Kwintet Gypsy Sun and Rainbows, znany z występu na festiwalu w Woodstock, dziesięć dni po tym wydarzeniu wszedł do studia i zarejestrował m.in. dwa nagrania, które trafiły na recenzowane wydawnictwo. Jam "Easy Blues" w bardziej skróconej wersji został wydany na albumie "Nine to the Universe" z 1980 roku (nigdy nie wznowionym oficjalnie na CD). "Izabella" to z kolei utwór doskonale znany z koncertów i paru pośmiertnych wydawnictw ("War Heroes", "First Rays of the New Rising Sun"). Tutaj jednak pojawia się w nieznanej wcześniej wersji, z rytmicznymi partiami gitary Larry'ego Lee, dodającymi lekko jazzowego klimatu.

Dobrym pomysłem było sięgnięcie po utwory z kontrowersyjnych albumów przygotowanych przez Alana Douglasa w połowie lat 70., "Crash Landing" i "Midnight Lightning", na których oryginalne partie wokalne i gitarowe Jimiego Hendrixa zmiksowano z nowymi partiami muzyków, z którymi nigdy nie współpracował. Utwór "Somewhere" znany jest też w innej wersji, z boksu "The Jimi Hendrix Experience" (2000), w której z kolei wykorzystano partie Mitcha Mitchella i niezidentyfikowanego basisty zarejestrowane w 1971 roku. Tym razem wykorzystano jedynie oryginalne ścieżki. Tutejsze wykonanie "Somewhere" powstało w oparciu o te same partie Hendrixa, które wykorzystano w poprzednich miksach, nagrane w marcu 1968 roku. Ale tym razem towarzyszą im oryginalne ścieżki z perkusją Buddy'ego Milesa i basem Stephena Stillsa. Tymczasem utwór "Crash Landing" opiera się na zupełnie innym, wcześniejszym podejściu (z kwietnia 1969 roku, z basem Coxa i perkusją Rocky'ego Isaaca), niż wersja z tak samo zatytułowanego albumu. W obu przypadkach wykonano kawał rewelacyjnej roboty - utwory, które wcześniej nie nadawały się do publikacji, brzmią tutaj tak, że nie ma do czego się przyczepić. Gorzej ma się sprawa z "Hey Gypsy Boy", opartym na tym samym podejściu z marca '69, co wersja z "Midnight Lightning", ale tutaj z oryginalną perkusją Milesa (na basie zagrał Hendrix). Późniejsze, bardziej dopracowane podejście, zatytułowane "Hey Baby (New Rising Sun)" zostało wydane na "Rainbow Bridge" i "First Rays of the New Rising Sun". Tutejsza wersja, pomimo nowego miksu, wciąż brzmi jak ledwie szkic.

Pozostałe tytuły są już mniej znane. Rozczarowaniem może być "Inside Out" - to po prostu kolejna instrumentalna wariacja oparta na motywie "Ezy Ryder". Jest to starsze nagranie, niż "Lullaby for the Summer", zarejestrowane w lipcu 1968 roku, jedynie z pomocą Mitchella - partie basu znów dograł sam Hendrix, a dźwięki elektrycznych organów to w rzeczywistości gitara przepuszczona przez wirujące głośniki Leslie, dedykowane organom Hammonda. Ale już "Let Me Move You" i "Mojo Man" to faktycznie... niepublikowane wcześniej utwory! Pierwszy został zarejestrowany w marcu '69 przez Hendrixa wraz z Lonniem Youngbloodem i członkami jego zespołu. Ten żywiołowy kawałek, pomimo świetnych popisów Jimiego, zdaje się kompletnie nie pasować do reszty albumu ze względu na wokalne i saksofonowe partie Youngblooda. Podobnie zresztą ma się sprawa z tym drugim - mocno funkowym, z dużą rola dęciaków, śpiewem niejakiego Alberta Allena i raczej wycofaną w miksie gitarą Jimiego. To fajne kawałki, pokazujące gitarzystę od innej strony - nie jako lidera i w innej stylistyce - i dlatego cenne jako ciekawostka dla fanów. Ale na tym albumie psują spójność.

"People, Hell and Angels" ma kilka naprawdę świetnych momentów, ale też parę mniej udanych lub po prostu tutaj nie pasujących. Za to nowe miksy zostały wykonane naprawdę solidnie. Szczególnie cieszy, że udało się uratować takie utwory, jak "Somewhere", "Crash Landing" czy - po raz kolejny - "Hear My Train a Comin'". Ciekawym doświadczeniem jest także możliwość poznania innych aranżacji "Bleeding Heart" i "Izabella", które całkiem zmieniają ich charakter. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że prawie wszystkie te utwory były już wcześniej znane (fakt, w innych, nie zawsze lepszych wersjach), a jedyne prawdziwe nowości sprawiają wrażenie wrzuconych na siłę - wbrew temu, że nie pasują do reszty - byle tylko zachęcić do kupna osoby, dla których alternatywne wersje nie są wystarczającym argumentem.

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "People, Hell and Angels" (2013)

1. Earth Blues; 2. Somewhere; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Bleeding Heart; 5. Let Me Move You; 6. Izabella; 7. Easy Blues; 8. Crash Landing; 9. Inside Out; 10. Hey Gypsy Boy; 11. Mojo Man; 12. Villanova Junction Blues

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, bass (9); Billy Cox - bass (1,3,4,6-8); Buddy Miles - perkusja (1-4,10,12); Mitch Mitchell - perkusja (6,7,9); Juma Sultan - instr. perkusyjne (3,4,6,7,12); Larry Lee - gitara (6,7); Jerry Velez - instr. perkusyjne (6,7)
Gościnnie: Stephen Stills - bass (2); Lonnie Youngblood - wokal i saksofon (5); John Winfield - organy (5); Hand Anderson - bass (5); Jimmy Mayes - perkusja (5); Gerry Sack - instr. perkusyjne (6); Rocky Isaac - perkusja (8); Al Marks - instr. perkusyjne (8); Albert Allen - wokal (11); James Booker - pianino (11)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer, Janie Hendrix, John McDermott


19 stycznia 2014

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Valleys of Neptune" (2010)



Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku wygasła umowa Experience Hendrix - firmy należącej do członków rodziny Jimiego, mającej prawa do znacznej części jego dorobku muzycznego - z wytwórnią MCA/Universal. Podpisanie nowego kontraktu, z Sony, zaowocowało nie tylko kolejnymi wznowieniami najważniejszych pozycji z dyskografii artysty (pięciu pozycji wydanych za jego życia oraz wybranych koncertówek i składanek z późniejszego okresu), ale też... nowym albumem z niepublikowanym wcześniej materiałem. Tak przynajmniej reklamowano "Valleys of Neptune". Faktycznie, trafiły tutaj zupełnie nowe miksy, ale same kompozycje, a nawet wykorzystane tu ścieżki, w większości były już wcześniej wydane.

Nad przygotowaniem całości czuwał Eddie Kramer, inżynier dźwięku współpracujący z Jimim Hendrixem przez całą jego karierę. Wybrany przez niego materiał pochodzi głównie z lutego i kwietnia 1969 roku, z ostatnich sesji tria Experience, w skład którego wchodzili basista Noel Redding i Mitch Mitchell (aczkolwiek niektóre z nich powstały w nieco innym składzie). Wykorzystano też jedno nagranie z 1967 roku, a także odrobinę późniejszych ścieżek. W trzech utworach ("Mr. Bad Luck", "Lover Man" i "Crying Blue Rain") użyto nawet partii Reddinga i Mitchella dokonanych podczas sesji zorganizowanej przez Chasa Chandlera w... 1987 roku. Współczesna technologia pozwoliła na połączenie ze sobą partii pochodzących z różnych podejść, dzięki czemu udało się całkiem przekonująco odrestaurować utwory, które dotąd istniały w kilku wersjach, w których zawsze czegoś brakowało albo coś nie wyszło. Całość zyskała ponadto uwspółcześnione brzmienie, zachowując jednak oryginalny klimat.

Niestety, dobór utworów mocno rozczarowuje. Część z nich jest naprawdę bardzo dobrze znana. "Stone Free" po raz pierwszy ukazał się na debiutanckim singlu, a "Fire" i "Red House" na debiutanckim albumie "Are You Experienced", zaś później wszystkie trzy wielokrotnie powracały na różnych składankach i koncertówkach. Tutejsze wersje nie mają jednak nic wspólnego z oryginalnymi wersjami studyjnymi, gdyż zostały zarejestrowane w 1969 roku. "Stone Free" to miks trzech podejść z kwietnia i jednego z maja (z tego ostatniego pochodzi partia basu w wykonaniu Billy'ego Coxa, który dopiero jakiś czas potem zajął na stałe miejsce Reddinga). Partie Hendrixa z kwietniowej sesji zostały już wcześniej wykorzystane przez Alana Douglasa w kontrowersyjnej wersji z albumu "Crash Landing" (1975). Trzeba też wspomnieć o wersji z boksu "The Jimi Hendrix Experience" (2000), złożonej z kwietniowych podejść (a więc z basem Reddinga) i zawierających chociażby ten sam gościnny chórek Rogera Chapmana i Andy'ego Fairweathera Lowa. W porównaniu z singlowym pierwowzorem, tutejszy "Stone Free" jest na pewno bardziej dopracowany i dojrzały, ale brakuje tej nieposkromionej energii oryginału. "Fire" i "Red House" to z kolei nagrania z 17 lutego, dokonane podczas próby przed koncertem. Zarejestrowane "na setkę", bez żadnych późniejszych poprawek. W tym pierwszym znów, niestety, brakuje energii oryginału czy koncertowych wykonań. Drugie jest bardziej swobodne, z długimi solówkami Hendrixa, ale jakby pozbawionymi pasji, którą słychać w wykonaniach przed publicznością.

"Hear My Train a Comin'", "Lover Man", "Bleeding Heart" i przeróbka "Sunshine of Your Love" z repertuaru Cream to kolejne dobrze znane kompozycje, obecne już na albumach koncertowych. Dwa pierwsze doczekały się już wcześniej kontrowersyjnych wersji studyjnych, a trzeci bardziej akceptowalnej. "Hear My Train a Comin'" to dokładnie to samo podejście, z 7 kwietnia 1969 roku, którego fragmenty (partie Hendrixa i Mitchella) zostały wykorzystane przez Douglasa na albumie "Midnight Lightning" (1975). Tutaj jednak utwór jest dłuższy i zawiera oryginalną partię basu Reddinga. To zdecydowanie najlepsza studyjna rekonstrukcja tej kompozycji, jaka do tamtej pory została wydana. Choć nie przebija koncertowych wykonań, choćby tych z "Rainbow Bridge" czy "Live at the Fillmore East". Z kolei tutejsza wersja "Lover Man" - podejście z 16 lutego '69 z sekcją rytmiczną z 1987 roku - ma znacznie bardziej zwartą i ukończoną formę, niż starsze wykonanie obecne na "South Saturn Delta", ale wciąż sprawia wrażenie lekko niedopracowanego. "Bleeding Heart" (z 24 kwietnia '69, znów z Coxem na basie) to starsze podejście do tego kawałka, niż wersja wydana najpierw na "War Heroes", a później na "South Saturn Delta". Niestety, mniej dopracowana. Natomiast "Sunshine of Your Love" (z 16 lutego '69) to po prostu swobodny jam na bazie słynnego riffu. Niestety, strasznie spaprano tu miks - podczas solówki Reddinga jego partia jest zbyt wyciszona i zagłusza ją gitara Hendrixa, który akurat w tym momencie nie grał nic ciekawego. Zresztą ogólnie nie zaprezentował tu nic szczególnie ekscytującego.

Pozostałe tytuły mogą być obce dla mniej dociekliwych wielbicieli Hendrixa. Często jednak kryją się pod nimi znane kompozycje. "Mr. Bad Luck" to po prostu wcześniejsza - i znów mniej dopracowana - wersja "Look Over Yonder", doskonale znanego z "Rainbow Bridge" i "South Saturn Delta". Podstawą tutejszej wersji jest podejście z 5 maja 1967 roku (w oryginalnej formie wydane już na "Live & Unreleased: The Radio Show", wznowionym później pod tytułem "Lifelines: The Jimi Hendrix Story"), ale wykorzystano też dogrywki z 1987 roku. "Lullaby for the Summer" i "Crying Blue Rain" to z kolei znane już bootlegów jamy. Pierwszy, zarejestrowany 7 kwietnia 1969 roku, opiera się na riffie wykorzystanym później w "Ezy Ryder". Drugi, z 16 lutego '69, jest czasem niesłusznie identyfikowany z "In from the Storm" (w którego tekście pojawia się tytułowa fraza) - w rzeczywistości jest to po prostu bluesowa improwizacja Jimiego (partie Reddinga i Mitchella dodano dopiero w 1987 roku), z początku brzmiąca jak uboższa wersja "Hear My Train a Comin'", ale z czasem rozwijająca się w innym kierunku, a w pewnym momencie pojawia się riff podobny do użytego potem w "Stepping Stone". Ciekawej wypada jednak ten pierwszy jam, dzięki sporej dawce energii i świetnym popisom Hendrixa.

Za to faktycznie mniej znaną kompozycją jest tytułowy "Valleys of Neptune", choć w bardziej szkicowej formie pojawił się już na wspomnianym wyżej "Live & Unreleased" tudzież "Lifetime". Utwór nigdy nie został ukończony. Tutejsza wersja powstała z połączenia dwóch podejść: z 23 września '69 i 15 maja '70 (oba z Coxem na basie). Niestety, rezultat wciąż przypomina raczej szkic, niż dopracowane nagranie - nie ma tu nawet żadnej solówki. A i sam utwór nie jest zbyt porywający, opiera się na dość banalnej melodii. Choć możliwe, że Hendrix wyciągnąłby z niego znacznie więcej, gdyby mógł nad nim jeszcze popracować. Ale chyba jemu samemu specjalnie nie zależało na tej kompozycji. Na pewno nie jest to kawałek, który powinien dawać tytuł wydawnictwu i promować go na singlu. Jeszcze bardziej kontrowersyjnym fragmentem jest "Ships Passing Through the Night", czyli utwór, który... nigdy nie istniał. Skompilowano go ze ścieżek pochodzących z różnych nagrań dokonanych 14 kwietnia '69 - można tu usłyszeć m.in. zalążek kompozycji "Night Bird Flying" z wczesną wersją tekstu. Biorąc to pod uwagę, wyszedł całkiem spójny kawałek. W przeciwieństwie do tytułowego, zawiera aż kilka solówek, całkiem zresztą dobrych, choć nie porywających. Ale nie jest to żadne arcydzieło, tylko po prostu przyzwoity kawałek.

"Valleys of Neptune" to kolejny w pośmiertnej dyskografii Jimiego Hendrixa zbiór alternatywnych wersji, studyjnych jamów, nagrań z prób i szkiców. Nie wnoszący do jego twórczości absolutnie nic nowego, poza współcześniejszym brzmieniem. Akurat w tej kwestii wykonano naprawdę dobrą robotę. Nie tylko odświeżono dźwięk, ale także sprawiono, że materiał zarejestrowany podczas różnych sesji brzmi niezwykle spójnie, jakby powstał w tym samym czasie. Rekonstrukcja nieukończonych utworów to natomiast zabieg budzący kontrowersje, kojarzący się z niesławną erą Alana Douglasa. Jednak Eddie Kramer podszedł do tego tematu z szacunkiem do artystów i słuchaczy, wykorzystując jedynie partie nagrane przez Hendrixa i jego współpracowników. Ogólnie jest to całkiem dobra kompilacja, z paroma fantastycznymi momentami, choć wszystkie utwory były już wcześniej wydane, nierzadko w lepszych wersjach. Całość pozwala przypuszczać, jak mógłby wyglądać następca "Electric Ladyland", gdyby został ukończony w 1969 roku, przed rozpadem składu Experience. Muszę też wspomnieć o doskonałej okładce, na której wykorzystano obraz namalowany przez samego Jimiego (w oryginalnej wersji wykorzystany na singlu z kawałkiem tytułowym) i jego zdjęcie zrobione przez Lindę McCartney, przykryte niebieskim filtrem.

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "Valleys of Neptune" (2010)

1. Stone Free; 2. Valleys of Neptune; 3. Bleeding Heart; 4. Hear My Train a Comin'; 5. Mr. Bad Luck; 6. Sunshine of Your Love; 7. Lover Man; 8. Ships Passing Through the Night; 9. Fire; 10. Red House; 11. Lullaby for the Summer; 12. Crying Blue Rain

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-3); Noel Redding - bass (4-12), dodatkowy wokal (9); Mitch Mitchell - perkusja (1,2,4-12)
Gościnnie: Roger Chapman i Andy Fairweather Low - dodatkowy wokal (1); Juma Sultan - instr. perkusyjne (2); Rocky Isaac - perkusja (3); Chris Grimes - tamburyn (3); Al Marks - marakasy (3); Rocki Dzidzornu - instr. perkusyjne (6,12)
Producent: Jimi Hendrix, Chas Chandler, Janie Hendrix, Eddie Kramer, John McDermott

Po prawej: okładka singla "Valleys of Neptune".


17 stycznia 2014

[Recenzja] Jimi Hendrix - "South Saturn Delta" (1997)



"South Saturn Delta" to kolejna kompilacja przygotowana przez spadkobierców Jimiego Hendrixa jako zamiennik pośmiertnych wydawnictw publikowanych w latach 70. i 80. Zebrano tutaj większość materiału, którego zabrakło na wydanym pół roku wcześniej "First Rays of the New Rising Sun". A zatem, znalazła się tu większość pozostałych nagrań z wówczas niedostępnych w sprzedaży "Rainbow Bridge" ("Look Over Yonder", "Pali Gap") i "War Heroes" ("Bleeding Heart", "Tax Free", "Midnight"). Jest też "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice", oryginalnie wydany na stronie B brytyjskiego singla z 1967 roku, później powtórzony na europejskiej wersji "Smash Hits" i niewydanym nigdy w Stanach "Loose Ends". Dopiero za sprawą "South Saturn Delta" stał się oficjalnie dostępny po tamtej stronie Atlantyku.

Ponadto na repertuar złożyło się wiele mniej lub bardziej znanych utworów, zaprezentowanych jednak w niepublikowanych wcześniej wersjach. Czasem są to po prostu alternatywne miksy (dylanowskie "Drifter's Escape" i "All Along the Watchtower", a także pełna wersja "Power of Soul", dostępnego do tamtej pory tylko w skróconej wersji z "Crash Landing"). Częściej są to jednak zupełnie inne wykonania. "Little Wing" trafił tutaj w instrumentalnej, znacznie zmienionej, ale ciekawej wersji z października 1967 roku. Zaledwie miesiąc później została nagrana tutejsza wersja "Angel" - utworu, nad którym Hendrix pracował praktycznie do końca życia, wciąż nie będąc zadowolonym z efektu. To wykonanie jest jednak ciekawsze od wersji z "The Cry of Love" / "First Rays of the New Rising Sun", charakteryzuje się bardziej wyluzowanym nastrojem.

Znany wcześniej tylko z wykonań koncertowych "Lover Man", tutaj zamieszczono w wersji studyjnej, z października 1968 roku. I ten utwór ma bardzo swobodny, jamowy charakter, co świadczy o tym, że najprawdopodobniej jest to nagranie z próby. Tutejszy "Message to Love" został z kolei zarejestrowany parę dni po premierowym wykonaniu tego kawałka na Woodstocku, w tym samym składzie (czyli z dodatkowym gitarzystą i dwoma perkusjonalistami, choć podobnie jak na wspomnianym występie, praktycznie w ogóle ich nie słychać). Identycznie, jak w studyjnej wersji "Power to Soul", brakuje tu żywiołowości koncertowego wykonania z "Band of Gypsys". Dobrze jest za to usłyszeć w końcu prawdziwą wersję studyjną "Midnight Lightning", znanego dotąd tylko z koncertowego wykonania na Isle of Wight Festival i oszukanej wersji z albumu "Midnight Lightning", do której Alan Douglas dograł w 1975 roku partie muzyków, którzy nigdy nie współpracowali z Hendrixem. Douglas wykorzystał partie Jimiego z lipca 1970 roku, tutaj trafiło natomiast wykonanie z marca 1970 roku, bez udziału sekcji rytmicznej - tylko głos i gitara. Taka intymna aranżacja doskonale pasuje do tego bluesa i jest to zdecydowanie moja ulubiona wersja.

Całości dopełnia jedno całkowicie premierowe nagranie, tytułowy "South Saturn Delta", zarejestrowany w maju i czerwcu 1968 roku, podczas prac nad "Electric Ladyland". To jednak tylko niezbyt porywający instrumental, wyróżniający się jedynie gościnnym udziałem sekcji dętej (której skład pozostaje nieznany).

"South Saturn Delta" to kompletnie niespójna kompilacja odrzutów i nagrań demo. A jednocześnie całkiem ciekawe uzupełnienie "First Rays of the New Rising Sun". Choć w przeciwieństwie do poprzednika, jest to wydawnictwo wyłącznie dla największych wielbicieli Jimiego Hendrixa, których interesuje słuchanie alternatywnych wersji znanych utworów i powtórek z mniej popularnych albumów pośmiertnych. Pomijając nagrania wydane wcześniej w dokładnie tych samych wersjach (ze świetnymi "Tax Free" i "Bleeding Heart" na czele), jedynie "Midnight Lightning" i "Angel" przebijają dotychczas dostępne wykonania, a "Little Wing" stanowi nie tyle lepsze, co po prostu ciekawe podejście do tego klasyka. Choć oczywiście dobrze, że i pozostały materiał stał się dzięki tej składance łatwiej dostępny.

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "South Saturn Delta" (1997)

1. Look Over Yonder; 2. Little Wing; 3. Here He Comes (Lover Man); 4. South Saturn Delta; 5. Power of Soul; 6. Message to the Universe (Message of Love); 7. Tax Free; 8. All Along the Watchtower; 9. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 10. Midnight; 11. Sweet Angel (Angel); 12. Bleeding Heart; 13. Pali Gap; 14. Drifter's Escape; 15. Midnight Lightning

Skład: Jimi Hendrix - wokal, gitara, bass (4,7,8); Mitch Mitchell - perkusja (1-4, 6-10,13,14); Noel Redding - bass (1,3,9,10); Billy Cox - bass (5,6,12-14), dodatkowy wokal (5); Buddy Miles - perkusja i dodatkowy wokal (5)
Gościnnie: Larry Lee - gitara (6); Juma Sultan - instr. perkusyjne (6); Jerry Velez - instr. perkusyjne (6); Brian Jones - instr. perkusyjne (7); Dave Mason - gitara (8); Rocky Isaac - perkusja (12)
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott


16 stycznia 2014

[Recenzja] Jimi Hendrix - "First Rays of the New Rising Sun" (1997)



W połowie lat 90. rodzina Jimiego Hendrixa uzyskała prawa do jego dorobku. Jednym z pierwszych wydawnictw przygotowanych pod ich nadzorem jest "First Rays of the New Rising Sun" - próba przybliżenia, jak mógłby wyglądać czwarty album muzyka, gdyby zdążył ukończyć go przed śmiercią. Wydawnictwo prawdopodobnie nosiłoby taki tytuł, choć Hendrix rozważał też parę innych, jak "People, Hell and Angels" czy "Strate Ahead". Zadanie skompilowania i zremasterowania materiału wyznaczono Eddiemu Kramerowi, który miał dokonać rekonstrukcji na bazie zapisków muzyka i własnych wspomnień. Kramer współpracował ściśle z Hendrixem jako inżynier dźwięku od czasu debiutanckiego "Are You Experienced", aż do jego ostatniej sesji, z lata 1970 roku, kiedy czwarty album zaczął nabierać wyraźniejszych kształtów. I właśnie z tej ostatniej sesji pochodzi większość zawartych tu nagrań.

"First Rays of the New Rising Sun" nie przynosi żadnego premierowego materiału. Trafiły tu utwory doskonale już znane z pierwszych pośmiertnych albumów Hendrixa: komplet nagrań z "The Cry of Love", cztery kawałki z "Rainbow Bridge" ("Room Full of Mirrors", "Dolly Dagger", "Hey Baby (New Rising Sun)", "Earth Blues") i trzy z "War Heroes" ("Izabella", "Beginnings", "Stepping Stone"), wszystkie w dokładnie tych samych wersjach. Po dokładniejsze informacje na ich temat odsyłam do odpowiednich recenzji. Tutaj zajmę się inną kwestią: ile ten materiał ma wspólnego z wizją Hendrixa. Pomijam już fakt, że część z tych utworów wciąż wymagała jego zdaniem poprawek, a niektóre partie zostały dograne już po jego śmierci. Sam ich dobór budzi wiele wątpliwości. W skład albumu na pewno nie miał wchodzić "My Friend" - odrzut z sesji nagraniowej "Electric Ladyland". W zapiskach Hendrixa nie ma też mowy o uwzględnieniu "In From the Storm", "Belly Button Window", "Drifting" i "Beginnings" (aczkolwiek nad wszystkimi czterema pracował w ostatnich miesiącach życia). Nie zamieszczono tu natomiast wielu utworów, o których była tam mowa. Z tych brakujących należy wspomnieć zwłaszcza o "Hear My Train a Comin'", "Lover Man", "Bleeding Heart", "Burning Desire" i przeróbce dylanowskiego "Drifter's Escape", by wymienić tylko te najlepsze.

Tak zresztą miała wyglądać tracklista według notatek Hendrixa z 24 czerwca 1970 roku:
  1. Ezy Ryder
  2. Room Full of Mirrors
  3. Earth Blues
  4. Straight Ahead
  5. Freedom
  6. Stepping Stone
  7. Izabella
  8. Astro Man
  9. Night Bird Flying
  10. Drifter's Escape
  11. Burning Desire

A 14 sierpnia 1970 roku prezentowała się już tak:
  1. Ezy Ryder
  2. Room Full of Mirrors
  3. Earth Blues
  4. Valleys of Neptune
  5. Straight Ahead
  6. Cherokee Mist
  7. Freedom
  8. Stepping Stone
  9. Izabella
  10. Astro Man
  11. Drifter's Escape
  12. Angel
  13. Bleeding Heart
  1. Burning Desire
  2. Night Bird Flying
  3. Electric Lady
  4. Hear My Train a Comin'
  5. Lover Man
  6. Midnight Lightning
  7. Heaven Has No Tomorrow
  8. Sending My Love
  9. This Little Boy
  10. Locomotion
  11. Dolly Dagger
  12. The New Rising Sun (Hey Baby)
Jak widać, selekcja utworów na "First Rays of the New Rising Sun" niewiele ma wspólnego z planami Hendrixa (przynajmniej tymi, które zostawił na piśmie). Oczywiście, wiele nagrań, które planował umieścić na albumie, nie zostało ukończone, a niektórych prawdopodobnie nawet nie zarejestrowano ("Electric Lady", "This Little Boy", "Locomotion"). Jednak o wyborze na "First Rays of the New Rising Sun" wcale nie zadecydował poziom ukończenia, bo przecież brakujące "Bleeding Heart" i "Drifter's Escape" posiadają całkiem przyzwoite wersje studyjne (wydane odpowiednio na "War Heroes" i "Loose Ends"), a miejsca jeszcze by dla nich starczyło. Warto jednak zauważyć, że te dwa utwory nie są autorskimi kompozycjami Hendrixa - może z tego powodu zostały odrzucone. A w takim razie na ułożenie tracklisty miały wpływ inne względy, niż chęć jak najwierniejszego oddania zamysłu artysty, co sugerowali twórcy.

"First Rays of the New Rising Sun" mogę polecić osobom, które chciałyby poznać dość dobrze materiał, nad którym Hendrix pracował podczas swojej ostatniej sesji, ale jednocześnie nie chcą słuchać dziesiątek pośmiertnych płyt, których poziom często obniżają różne szkice czy nagrania z prób. Na "First Rays of the New Rising Sun" zebrano większość tych najlepszych, najbardziej ukończonych utworów. To taka rozszerzona wersja "The Cry of Love", wzbogacona większością najbardziej udanego materiału z "Rainbow Bridge" i "War Heroes".

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "First Rays of the New Rising Sun" (1997)

1. Freedom; 2. Izabella; 3. Night Bird Flying; 4. Angel; 5. Room Full of Mirrors; 6. Dolly Dagger; 7. Ezy Ryder; 8. Drifting; 9. Beginnings; 10. Stepping Stone; 11. My Friend; 12. Straight Ahead; 13. Hey Baby (New Rising Sun); 14. Earth Blues; 15. Astro Man; 16. In From the Storm; 17. Belly Button Window

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (1); Billy Cox - bass (1-10,12-16), dodatkowy wokal (14,16); Mitch Mitchell - perkusja (1-4,6,8-16); Noel Redding - bass (11); Buddy Miles - perkusja (5,7), dodatkowy wokal (14)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,6,9,13-15); Billy Armstrong - instr. perkusyjne (7); Buzzy Linhart - wibrafon (8); Stephen Stills - pianino (11); Kenny Pine - gitara (11); Jimmy Mayes - perkusja (11); Paul Caruso - harmonijka (11); Albert Allen, Arthur Allen - dodatkowy wokal (1,2,6,10); Steve Winwood, Chris Wood - dodatkowy wokal (7); Veronica Bennett, Estelle Bennett, Nedra Talley - dodatkowy wokal (14); Emmeretta Marks - dodatkowy wokal (16)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer, Mitch Mitchell i John Jansen