[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

Trzy i pół roku po zrecenzowaniu premierowego wówczas albumu "Fossora", w końcu opisuję ostatnią z poprzedzających ją płyt Björk. Pominąłem tylko tę nagraną przez Islandkę w dzieciństwie oraz te z muzyką filmową. Była to jedna z najmocniejszych dyskografii, jakie miałem okazję tu opisywać. To rzadki przypadek artystki nietracącej z biegiem lat kreatywności, wykazującej coraz większe ambicje artystyczne, która po skonsumowaniu komercyjnych sukcesów dokonała wręcz sabotażu dalszej kariery. Szkoda tylko, że na koniec tego cyklu pozostała akurat najmniej ekscytująca pozycja z tych bardziej eksperymentalnych. Bjork wciąż próbuje tu nowych rzeczy, ale ma problem z nadaniem swoim pomysłom odpowiedniej dla nich formy.
Oprawa graficzna jest tu akurat niezbyt postępowa. Widząc tę okładkę trudno nie skojarzyć jej z równie szpetną grafiką "Homogenic". A najbardziej ekskluzywne wydanie to powtórka z albumu "Biophilia" - tam było pudełko z dziesięcioma fletami w tonacji każdego utworu, tu jest boks z czternastoma aerofonami imitującymi różne gatunki ptaków, także przypisane poszczególnym kawałkom. Tym razem nie dołączono jednak płyty, a pendrive'a z wersją cyfrową oraz dodatkami audio i wizualnymi. Za to czymś kompletnie nowym był bonus dla wszystkich, którzy zamówili album przez oficjalną stronę artystki lub jej wytwórni, w postaci stu audiocoinów - kryptowaluty o ówczesnej łącznej wartości około 19 centów. Dziś warte są już tylko ułamek tego, choć wciąż więcej niż majątki utopione w powiązanej z polską prawicą firmie z tego sektora.
Czytaj też: [Recenzja] Björk - "Fossora" (2022)
Muzycznie "Utopia" to właściwie "Vulnicura", tylko o nieco bardziej optymistycznym nastroju i bez dominującej tam orkiestry smyczkowej. Tym razem Björk i Arca - artystka nie zdecydowała się na zmianę producenta - przygotowali album o zdecydowanie lżejszym brzmieniu, mającym kojarzyć się z powietrzem. Podstawowym instrumentem jest tu flet, a raczej cała orkiestra różnych fletów, uzupełniona quasi-ambientowymi tłami, śpiewem ptaków - pochodzącym zarówno z nagrań terenowych, jak i imitujących go syntezatorów - a także przeważnie raczej subtelnych beatów. Sporadycznie dochodzą do tego partie harfy, wiolonczeli lub kontrabasu. O ile takie aranżacje faktycznie są czymś nowym w dyskografii Islandki, to już w śpiewanych przez nią - fakt, że wciąż znakomicie - liniach melodycznych nie ma żadnych nowych pomysłów, a dodatkowe głosy przypominają te z albumu "Medulla".
Największym problemem "Utopii" jest jednak długość. To aż czternaście utworów i ponad 70 minut dość jednorodnej muzyki. Przy takiej estetyce, opartej na oszczędnych, przestrzennych aranżacjach, to konsekwentne trzymanie się konwencji nie sprzyja utrzymaniu uwagi słuchacza przez tak długi czas. Początek płyty jest całkiem przyjemny. "Arisen My Senses" i "Blissing Me" pokazują dwa najbardziej skrajne oblicza materiału: pierwszy bogato, jak na ten album, zaaranżowany, a drugi zdecydowanie bardziej minimalistyczny, intymny. Stylistycznie można je zaliczyć, odpowiednio, do glitch popu oraz folktroniki. Oba łączy natomiast podobna subtelność, najbardziej wyeksponowana harfa oraz fantastyczne interpretacje wokalne. "The Gate" z kolei opiera się przede wszystkim na zgrabnie zaaranżowanych, emocjonalnych wokalach z raczej powściągliwym elektronicznym akompaniamentem, narastającym wraz z bardziej ekspresyjnymi partiami Björk.
Czytaj też: [Recenzja] Björk - "Vulnicura" (2015)
Natomiast w tytułowej "Utopii" w końcu uaktywniają się flety, przeplatające się z odgłosami ptaków i zgliczowanymi beatami, tworząc intrygującą syntezę poważnej kameralistyki, natury oraz nowoczesnej technologii - z dodatkiem subtelnego śpiewu, nadającego quasi-piosenkową formę. "Body Memory" to znów dźwięki przyrody, współczesna elektronika i nawiązania do poważki - dochodzą tu nawet partie wiolonczeli czy chóru - jednak utrzymane w bardziej niepokojącym nastroju oraz długością zbliżającą się do dziesięciu minut. Coś zaczyna się jednak psuć na wysokości "Features Creatures", który mimo trwania o połowę krócej od poprzedzającego go utworu, okropnie się dłuży - w najbardziej oszczędnym na płycie akompaniamencie nie dzieje się kompletnie nic. Reszta albumu to już głównie powtarzanie tych samych rozwiązań. O ile "Courtship" i "Losss" bronią się wyrazistymi melodiami, to potem już wszystko zaczyna się coraz bardziej ze sobą zlewać. A takie "Tabula Rasa" czy "Future Forever" wypadają do tego przeraźliwie nużąco. Wyróżnia się wprawdzie eksperymentalny "Paradisia", ale to tylko instrumentalny przerywnik.
Gdyby dokonać tu ostrej selekcji materiału, zostawiając tylko połowę utworów - a konkretnie pierwszych pięć, siódmy oraz ósmy - "Utopia" mieściłaby się w optymalnych trzech kwadransach długości i byłby to jeden z ciekawszych albumów Björk. Sam pomysł na estetykę tego albumu był intrygujący, a przy tym całkiem oryginalny. Wykonanie, zwłaszcza wokalne, też stoi na wysokim poziomie. Niestety, pomysłów na kompozycje, aranżacje i produkcję starczyło jedynie na połowę materiału. Reszta nic tu nie wnosi, a znacząco osłabia album jako całość. W rezultacie to jedno ze słabszych wydawnictw Islandki, ustępujące pod tym względem jedynie nagranemu w dzieciństwie debiutowi oraz "Volcie". Najgorsze, że akurat ten materiał dałoby się uratować i to najmniejszym wysiłkiem. Sam rozwój artystyczny i nowe idee nie zawsze wystarczają, by nagrać świetną płytę. Trzeba jeszcze nadać tym pomysłom adekwatnego kształtu, a to ewidentnie tu nie wyszło.
Ocena: 6/10
Björk - "Utopia" (2017)
1. Arisen My Senses; 2. Blissing Me; 3. The Gate; 4. Utopia; 5. Body Memory; 6. Features Creatures; 7. Courtship; 8. Losss; 9. Sue Me; 10. Tabula Rasa; 11. Claimstaker; 12. Paradisia; 13. Saint; 14. Future Forever
Skład: Björk - wokal, flet; Arca - elektronika, syntezator; Björg Brjánsdóttir, Pamela De Sensi, Áshildur Haraldsdóttir, Sigríður Hjördís Indriðadóttir, Þuríður Jónsdóttir, Sólveig Magnúsdóttir, Dagný Marinósdóttir, Melkorka Ólafsdóttir, Emilía Rós Sigfúsdóttir, Berglind Stefánsdóttir, Berglind María Tómasdóttir, Steinunn Vala Pálsdóttir, Hafdís Vigfúsdóttir - flety; Katie Buckley - harfa; Hamrahlíðarkórinn - chór; Þorgerður Ingólfsdóttir - dyrygent; Júlia Mogensen - wiolonczela; Hávarður Tryggvason - kontrabas
Producent: Björk, Arca i Rabit
Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.