28 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)



Druga połowa lat 90. to najgorszy okres w historii muzyki rockowej, która wówczas znacząco straciła na popularności. Było to spowodowane zarówno brakiem nowych interesujących wykonawców, jak i słabnącą formą większości tych już zasłużonych. Ci ostatni albo konsekwentnie trzymali się wypracowanego wiele lat wcześniej stylu, nie potrafiąc jednak zbliżyć się do poziomu prezentowanego wcześniej, albo decydowali się na radykalne - i zwykle nieudolne - eksperymenty z ówczesnymi trendami (głównie elektroniką), czym tylko tracili szacunek dawnych fanów, nie zyskując nowych. Którą opcję wybrali Stonesi na wydanym w 1997 roku albumie "Bridges to Babylon"? Obie. Powtórzyła się zatem sytuacja z początku lat 80. i albumu "Undercover". Dokładnie tak samo jak wtedy, Keith Richards opowiedział się po stronie muzycznego konserwatyzmu, podczas gdy Mick Jagger postanowił przemycić trochę nowoczesności.

Wokalista nawiązał nawet współpracę z producenckim duetem Dust Brothers, znanym głównie z tworzenia hip hopowych podkładów (m.in. dla Beastie Boys). Rezultatem są trzy utwory: wydane na singlach "Anybody Seen My Baby?" i "Saint of Me", oraz "Might as Well Get Juiced". Pierwszy z nich znają chyba wszyscy, to najpopularniejszy utwór Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza. Nawiązujący do ówczesnej muzyki pop, poprzez dyskotekowy rytm, użycie sampli, a nawet krótki fragment z (niezbyt udanym) rapowaniem Micka. Są tu jednak także gitary, dzięki czemu utwór brzmi znośnie dla rockowego słuchacza. Podobieństwo melodii refrenu do starszego o kilka lat przeboju "Constant Craving" kanadyjskiej wokalistki k.d. lang jest ponoć przypadkowe, jednak Stonesi na wszelki wypadek dopisali jego twórców jako współautorów.

Mniej popularny "Saint of Me" to połączenie mechanicznej perkusji z ciepłą partią organów w wykonaniu Billy'ego Prestona, oraz ostrymi, rockowymi gitarami. O wiele lepiej utwór ten brzmiałby z "normalną" perkusją. "Might as Well Get Juiced" jest natomiast najbardziej odważnym eksperymentem - zniekształconej partii wokalnej Jaggera towarzyszy zdominowany przez elektronikę podkład. Pojawiają się tu też prawdziwe instrumenty - gitara i harmonijka - jednak nie są w stanie nadać kompozycji rockowego charakteru. To bardzo dziwny, zupełnie niestonesowski utwór. Ale muszę przyznać, że intrygujący. I chyba najlepszy na całym albumie.

Z pozostałych utworów wyróżnić warto przede wszystkim "Gunface", łączący hardrockowy ciężar z przebojową melodią (nie tylko w refrenie). Zmarnowany potencjał mają natomiast ballady "Already Over Me" i "Always Suffering" - obie zaczynają się bardzo ładnie, ale cały czar pryska podczas banalnych refrenów. Choć i tak się bronią na tle dwóch ballad śpiewanych przez Richardsa, smętnych "Thief in the Night" i "How Can I Stop" (tej ostatniej nie ratuje nawet udział wybitnego saksofonisty Wayne'a Shortera, który odwala tu zwyczajną chałturę). W tym miejscu należałoby dodać, że "Bridges to Babylon" jest jedynym albumem zespołu, na którym gitarzysta śpiewa w aż trzech utworach. Ten trzeci to koszmarny "You Don't Have to Mean It" - kolejny smęt, tym razem w rytmie reggae. Rozczarowanie przynoszą także bardziej rockowe utwory (poza wspomnianym "Gunface"), jak np. chaotyczne "Flip the Switch" i "Out of Control" (ten ostatni był nawet, o dziwo, wydany na singlu).

W sumie mamy tu więc do czynienia z odwrotną sytuacją, niż na przywołanym we wstępie albumie "Undercover" - lepsze wrażenie bowiem sprawiają utwory eksperymentalne, wnoszące pewien powiew świeżości, natomiast kiepsko wypadają bardziej konserwatywne nagrania, które są wtórne i, kolokwialnie mówiąc, niefajne. "Bridges to Babylon" jest też kolejnym albumem Stonesów, który trwa zdecydowanie za długo. Szkoda, że zespół z takim stażem bardziej stawia na ilość, niż jakość.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)

1. Flip the Switch; 2. Anybody Seen My Baby?; 3. Low Down; 4. Already Over Me; 5. Gunface; 6. You Don't Have to Mean It; 7. Out of Control; 8. Saint of Me; 9. Might as Well Get Juiced; 10. Always Suffering; 11. Too Tight; 12. Thief in the Night; 13. How Can I Stop

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Keith Richards - gitara, pianino, wokal (6,12,13), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Jeff Sarli - bass (1,11,13); Joe Sublett - saksofon (1,3,6,12); Waddy Wachtel - gitara (1-3,7-13), dodatkowy wokal (10); Blondie Chaplin - instr. perkusyjne (1-3,10-12); bass (3), pianino (4,11,13), dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jim Keltner - instr. perkusyjne (1,3-7,10-13), dodatkowy wokal (10); Bernard Fowler - dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jamie Muhoberac - bass (2), instr. klawiszowe (2,7,8); Don Was - instr. klawiszowe (2,7,13), bass (4); Darrell Leonard - trąbka (3,6,12); Benmont Tench - instr. klawiszowe (4,10); Kenny Aronoff - instr. perkusyjne (4); Danny Saber - bass (5,7), gitara (5), instr. klawiszowe (5,7); Darryl Jones - bass (6,10,12), dodatkowy wokal (10); Clinton Clifford - instr. klawiszowe (6); Me'Shell NdegéOcello - bass (8); Pierre de Beauport - bass (8), instr. klawiszowe (12); Billy Preston - organy (8); Doug Wimbish - bass (9), dodatkowy wokal (10); Wayne Shorter - saksofon (13)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards; The Dust Brothers (2,8,9); Danny Saber (5); Rob Fraboni (6); Pierre de Beauport (10)


21 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Stripped" (1995)



Po wydaniu dwóch bardzo konserwatywnych albumów studyjnych - "Steel Wheels" i "Voodoo Lounge" - Stonesi postanowili pójść z duchem czasu i zgodnie z panującą w latach 90. modą, nagrać koncertówkę "bez prądu". Chociaż "Stripped" to nie do końca koncertówka. Wszystkie utwory zostały co prawda zarejestrowane na żywo, jednak tylko połowa z nich podczas koncertów, a reszta w studiu. Z tym "bez prądu" to też nie do końca prawda, gdyż czasem pojawiają się solówki na elektrycznej gitarze. Dominuje tu jednak granie akustyczne. Na repertuar składają się głównie utwory, które można było zaprezentować w takich wersjach bez większych zmian aranżacyjnych. Wybór jest jednak dość zaskakujący. Niewiele tutaj przebojów - tylko "Street Fighting Man" (nietracący nic ze swojej dynamiki), "Wild Horses" i "Angie". Reszta to mniej znane kompozycje, w tym takie perełki, jak "Shine a Light", "Let It Bleed", czy "Love in Vain". Największą atrakcją są natomiast dwa "nowe" utwory. W cudzysłowie, ponieważ oba to covery innych wykonawców. Świetnym pomysłem było sięgnięcie po "Like a Rolling Stone" Boba Dylana - nie tylko ze względu na tytuł, ale po prostu dlatego, że to fantastyczna kompozycja. W wersji Stonesów nabrała większej dynamiki, jest to też jeden z kilku utworów na tym albumie, w których pojawiają się ostrzejsze partie gitary elektrycznej; poza tym zawiera również świetne organowe tło. Bardzo dobrze wypada także "Little Baby" Williego Dixona, zachowujący bluesowy klimat oryginału.

"Stripped" to ciekawy album, który na pewno warto poznać. Choć ze względu na małe zróżnicowanie, wymuszone przyjętą konwencją grania "bez prądu", po pewnym czasie można odczuć znużenie. Można było skrócić całość o kilka mniej ciekawych fragmentów (ze "Slipping Away" i "Sweet Virginia" na czele). Ogólnie jednak przeważa pozytywne wrażenie.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Stripped" (1995)

1. Street Fighting Man; 2. Like a Rolling Stone; 3. Not Fade Away; 4. Shine a Light; 5. The Spider and the Fly; 6. I'm Free; 7. Wild Horses; 8. Let It Bleed; 9. Dead Flowers; 10. Slipping Away; 11. Angie; 12. Love in Vain; 13. Sweet Virginia; 14. Little Baby

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, gitara; Keith Richards - gitara, wokal (10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Chuck Leavell - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bernard Fowler - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Lisa Fischer - dodatkowy wokal; Don Was - organy (4); Bobby Keys, Andy Snitzer - saksofony (10); Michael Davis - puzon (10; Kent Smith - trąbka (10)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


18 marca 2016

[Recenzja] Steamhammer - "Mountains" (1970)



Przed nagraniem "Mountains", trzeciego albumu w dyskografii Steamhammer, skład zespołu pomniejszył się o saksofonistę Steve'a Jolliffe'a, który miał znaczny wpływ na ostateczny kształt poprzedniego albumu, "Mk II". "Mountains" jest w rezultacie uboższy aranżacyjnie, jednak wciąż bardzo różnorodny stylistycznie. Zespół po raz kolejny inspirował się rockiem psychodelicznym ("Henry Lane", tytułowy "Mountains") i folkiem ("Leader of the Ring"). Oczywiście, nie zabrakło też bardziej dynamicznego, rockowego grania - reprezentowanego m.in. przez "Walking Down the Road" i "I Wouldn't Have Thought (Gophers Song)". Ten ostatni należy do najciekawszych fragmentów longplaya - uwagę zwraca przede wszystkim długa część instrumentalna, o progresywnym charakterze, z umiejętnie budowanym napięciem. Największe wrażenie robią jednak dwa ostatnie utwory: "Riding on the L&N" (oryginalnie wykonywany przez amerykańskiego jazzmana Lionela Hamptona) i "Hold That Train". W przeciwieństwie do reszty albumu, zostały zarejestrowane na żywo i są rewelacyjnym przykładem blues rockowej improwizacji. Jak się okazuje, muzycy Steamhammer byli w tym niemal tak samo dobrzy, jak członkowie Cream czy The Allman Brothers Band. A trudno o lepsze wyróżnienie. Studyjne utwory zasługują najwyżej na ocenę dobrą (7/10), jednak ten ostatni kwadrans znacznie podnosi poziom całości.

Ocena: 8/10



Steamhammer - "Mountains" (1970)

1. I Wouldn't Have Thought (Gophers Song); 2. Levinia; 3. Henry Lane; 4. Walking Down the Road; 5. Mountains; 6. Leader of the Ring; 7. Riding on the L&N (live); 8. Hold That Train (live)

Skład: Kieran White - wokal, gitara, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Steve Davy - bass, organy, dodatkowy wokal; Mick Bradley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Keith Nelson - bandżo (3)
Producent: Fritz Fryer


15 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Voodoo Lounge" (1994)



Jeden z utworów zawartych na albumie "Voodoo Lounge" nosi tytuł "The Worst". Niestety, wiele mówi on o zawartości tego albumu. Może nie najgorszego w dyskografii Stonesów, ale zdecydowanie jednego ze słabszych. Longplay ukazał się już w czasach dominacji płyt kompaktowych i muzycy postanowili wykorzystać większą pojemność tego nośnika, wydając nieco dłuższy niż zwykle materiał (w wersji winylowej rozłożony na dwie płyty). Tymczasem dobrych pomysłów nie mieli nawet na standardowe 40-45 minut. W rezultacie, przesłuchanie tego ponad godzinnego longplaya w całości może być ciężkim doświadczeniem. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że dużo tutaj smęcenia, w postaci mdłych ballad "The Worst", "New Faces", Moon Is Up", "Out of Tears" i najgorszej z nich "Sweethearts Together". Idiotycznym pomysłem było umieszczenie czterech z nich jedna po drugiej. Przy takiej dawce słodyczy można dostać odruchów wymiotnych, a przynajmniej odczuć chęć wyłączenia albumu. Podobne odczucia towarzyszą podczas słuchania "Brand New Car", wzbogaconego tandetnymi dęciakami, oraz dyskotekowej poczwary "Suck on the Jugular". Do nielicznych udanych fragmentów zalicza się "Blinded by Rainbows" - kolejna ballada, ale wyróżniająca się zgrabną, chwytliwą i nie przesłodzoną melodią. Dobrze wypadają też trzy bardziej żywiołowe utwory, które zresztą promowały album na singlach - "Love Is Strong", "You Got Me Rocking" i "I Go Wild". Słucha się ich całkiem dobrze, nawet jeśli nie zapadają na dłużej w pamięć. Te cztery utwory to zdecydowanie za mało, aby uratować ten album, składający się w większej części z wypełniaczy i wspomnianych wyżej słabizn.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Voodoo Lounge" (1994)

1. Love Is Strong; 2. You Got Me Rocking; 3. Sparks Will Fly; 4. The Worst; 5. New Faces; 6. Moon Is Up; 7. Out of Tears; 8. I Go Wild; 9. Brand New Car; 10. Sweethearts Together; 11. Suck on the Jugular; 12. Blinded by Rainbows; 13. Baby Break It Down; 14. Thru and Thru; 15. Mean Disposition

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, wokal (4,14), pianino, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Benmont Tench - instr. klawiszowe, akordeon; Ivan Neville  - organy, dodatkowy wokal; Pierre de Beauport - gitara; Frankie Gavin - skrzypce, flażolet; David McMurray - saksofon; Mark Isham - trąbka; Luís Jardim, Phil Jones, Lenny Castro - instr, perkusyjne; Flaco Jimenez - akordeon; Bernard Fowler, Bobby Womack - dodatkowy wokal
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


14 marca 2016

[Recenzja] The Nice - "The Thoughts of Emerlist Davjack" (1967)



Dziś miała się tu pojawić zupełnie inna recenzja. Jednak w związku ze śmiercią Keitha Emersona, postanowiłem przypomnieć debiutancki album jego pierwszego istotnego zespołu, The Nice. Prekursorskiej grupy, która jako jedna z pierwszych łączyła rock z jazzem i muzyką klasyczną, przyczyniając się do powstania rocka progresywnego. Powstała na początku, 1967 roku jako... zespół mający wspierać amerykańską wokalistkę P. P. Arnold, niezadowoloną ze swoich dotychczasowych współpracowników. Ponieważ Arnold odnosiła sukcesy przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, postanowiono zatrudnić brytyjskich muzyków. Jako pierwszy propozycję dostał Keith Emerson. To on zebrał pozostałych muzyków: śpiewającego basistę Lee Jacksona (z którym grał już w Gary Farr and the T-Bones), gitarzystę Davida O'Lista, oraz perkusistę Iana Hague'a. Muzycy nie tylko wspomagali na scenie Arnold, ale też otwierali występy własnym setem. A gdy wokalistka wróciła do Stanów, zespół na dobre rozpoczął własną działalność. Już bez Hague'a, który nie był zainteresowany graniem ambitniejszej muzyki. Jego miejsce zajął Brian Davison.

Debiutancki album Brytyjczyków, "The Thoughts of Emerlist Davjack", nie jest jednak szczególnie wybitnym osiągnięciem. Dominuje na nim modny w tamtym czasie rock psychodeliczny. Takie utwory, jak "Flower King of Flies", tytułowy "The Thoughts of Emerlist Davjack", "Tantalising Maggie" czy "The Cry of Eugene" nie odbiegają daleko od ówczesnych dokonań The Beatles lub Pink Floyd. Z bardziej eksperymentalnymi utworami tej drugiej grupy wiele wspólnego ma "Dawn" - mniej konwencjonalny utwór o intrygującym klimacie. Są tutaj też momenty ostrzejsze, niemal zahaczające o hard rock ("Bonnie K", instrumentalny "War and Peace"). Przejawem większych ambicji muzyków jest natomiast trwająca ponad osiem minut instrumentalna kompozycja "Rondo". W znacznym stopniu oparta na jazzowym standardzie "Blue Rondo à la Turk", oryginalnie nagranym w 1959 roku przez The Dave Brubeck Quartet (muzycy The Nice zrezygnowali jednak ze skomplikowanego metrum 9/8 na rzecz prostego 4/4). Zawiera również cytat z "Toccaty i fugi d-moll" Bacha - był to jeden z pierwszych przykładów wplecenia motywu z muzyki klasycznej do rockowego utworu. Kompozycja jest przede wszystkim wirtuozerskim popisem Emersona, choć nie brakuje w niej również zadziornych partii O'Lista i dynamicznej gry sekcji rytmicznej.

"The Thoughts of Emerlist Davjack" to całkiem przyzwoity debiut. Nie tak patetyczny, jak późniejsze dokonania The Nice, łatwiej przyswajalny dla rockowych słuchaczy. Warto zapoznać się z tym albumem, choćby dla samego "Rondo". Bo choć pozostałych utworów słucha się naprawdę przyjemnie, to podobnej muzyki powstało wówczas mnóstwo i nierzadko była utrzymana na znacznie wyższym poziomie. "Rondo" wnosi natomiast powiew świeżości i do dziś brzmi bardzo intrygująco.

Ocena: 7/10



The Nice - "The Thoughts of Emerlist Davjack" (1967)

1. Flower King of Flies; 2. The Thoughts of Emerlist Davjack; 3. Bonnie K; 4. Rondo; 5. War and Peace; 6. Tantalising Maggie; 7. Dawn; 8. The Cry of Eugene

Skład: Lee Jackson - wokal, bass, gitara, instr. perkusyjne; Keith Emerson - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; David O'List - gitara, trąbka, flet, dodatkowy wokal; Brian Davison - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Nicholls - dodatkowy wokal (2)
Producent: The Nice


7 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Flashpoint" (1991)



Kolejna koncertówka Stonesów. Tym razem dokumentująca trasę promującą album "Steel Wheels". Zaskakująco mało tutaj jednak utworów z owego albumu - wersja winylowa zawiera tylko "Sad Sad Sad" ("Continental Drift" nie liczę, bo to tylko kilkusekundowy fragment pełniący rolę wstępu), dwa inne zostały dodane w wydaniu kompaktowym ("Rock and a Hard Place" i "Can't Be Seen"). W ogóle mało tutaj utworów z albumów nagranych z Ronniem Woodem, bo są jeszcze tylko "Start Me Up" i "Miss You" - jedyne prawdziwe przeboje z tego okresu. I dobrze, bo dzięki temu jest więcej miejsca na stonesowską klasykę, zarówno z czasów Briana Jonesa (np. "Ruby Tuesday", "Paint It Black", "Sympathy for the Devil" i nieśmiertelne "Satisfaction"), jak i Micka Taylora ("You Can't Always Get What You Want", "Brown Sugar" i "Jumpin' Jack Flash"). Repertuaru dopełniają mniej znane utwory, jak "Factory Girl", czy przeróbka "Little Red Rooster" Howlin' Wolfa, ozdobiona świetną solówką samego Erica Claptona. Wykonania są jak zwykle bardzo energetyczne (co jednak nie służy wszystkim utworom - vide chaotyczna wersja "Miss You") i czasem mocno odbiegają od pierwowzorów (np. ciekawie przearanżowany "Paint It Black").

"Flashpoint" jest jednak istotną pozycją głównie ze względu na obecność dwóch studyjnych, premierowych kompozycji: "Highwire" i "Sex Drive". Mają one przede wszystkim wartość historyczną - są to ostatnie dwa utwory Stonesów, w których nagraniu wziął udział basista Bill Wyman, kończąc tym samym trzydziestoletni staż w grupie. Same utwory wypadają całkiem przyzwoicie. "Highwire" to taki typowy dla grupy melodyjny rockowy czad, w stylu "Jumpin' Jack Flash", "Brown Sugar" czy "Start Me Up". Z kolei w "Sex Drive" członkowie zespołu po raz kolejny w karierze dają wyraz swojej fascynacji muzyką funk/disco; odpowiedni klimat tworzą tutaj partie dęciaków i żeńskie chórki. Nie są to wybitne kompozycje, ale trzymają dobry poziom albumu "Steel Wheels". Cały album spokojnie zasługuje na mocną "siódemkę".

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Flashpoint" (1991)

LP1: 1. Continental Drift (intro); 2. Start Me Up; 3. Sad Sad Sad; 4. Miss You; 5. Ruby Tuesday; 6. You Can't Always Get What You Want; 7. Factory Girl; 8. Little Red Rooster
LP2: 1. Paint It Black; 2. Sympathy for the Devil; 3. Brown Sugar; 4. Jumpin' Jack Flash; 5. (I Can't Get No) Satisfaction; 6. Highwire (studio); 7. Sex Drive (studio)

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka; Keith Richards - gitara, wokal; Ronnie Wood - gitara; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe, waltornia; Bobby Keys - saksofon; Eric Clapton - gitara (LP1: 8); Bernard Fowler, Lisa Fischer, Cindy Mizelle, Katie Kissoon, Tessa Niles - dodatkowy wokal
Producent: Chris Kimsey, Mick Jagger i Keith Richards


4 marca 2016

[Recenzja] Steamhammer - "Mk II" (1969)



Debiutancki album Steamhammer nie odniósł komercyjnego sukcesu, choć zespół zdobywał coraz większą popularność dzięki koncertom. Wiosną 1969 roku muzycy dostali propozycję wsparcia słynnego amerykańskiego bluesmana Freddiego Kinga na jego brytyjskiej trasie. Wspólne koncerty rozpoczynały się od występu Steamhammer, a następnie wokalista Kieran White i gitarzysta Martin Pugh schodzili ze sceny, a do pozostałych muzyków - gitarzysty Martina Quittentona, basisty Steve'a Davy'ego i perkusisty Michaela Rushtona - dołączał King, by zaprezentować swój repertuar. Tak to działało w tamtych czasach - solowi artyści ze Stanów nie mogli koncertować w Europie ze swoimi stałymi współpracownikami, bo wytwórnie nie chciały płacić za ich przelot i pobyt za granicą. Stąd konieczność występowania z lokalnymi instrumentalistami. Innym przykładem takiej sytuacji były np. wspólne występy The Yardbirds z Sonnym Boyem Williamsonem.

Niedługo przed nagraniem drugiego albumu, ze Steamhammer zdecydowali się odejść Rushton i Quittenton. Nowym perkusistą został Mick Bradley, natomiast zamiast nowego gitarzysty przyjęto saksofonistę Steve'a Jolliffe'a (późniejszego członka Tangerine Dream, z którym nagrał album "Cyclone"). Rezultatem tego posunięcia jest większa rozpiętość stylistyczna. Zespół kontynuuje eksperymenty z psychodelią i folkiem, ale też wprowadza elementy jazzowe. Najmniej w tym wszystkim bluesa, który przecież dominował na debiucie. "Mk II" to bardzo zróżnicowany album, co najlepiej oddają cztery pierwsze utwory - każdy utrzymany w zupełnie innym stylu. "Supposed to Be Free" pokazuje nowe, jazzujące oblicze grupy; na pierwszy plan wybijają się tutaj saksofonowe partie Jolliffe'a. "Johnny Carl Morton" przynosi psychodeliczny klimat, utworzony za pomocą klawesynu i hipnotycznego basu. Z kolei "Sunset Chase" to akustyczna, instrumentalna miniaturka, przywodząca na myśl folkowe utwory Led Zeppelin. Natomiast "Contemporary Chick Con Song" to jedyny na tym albumie utwór stricte bluesrockowy. A zarazem jeden z jego najlepszych fragmentów, ze świetnymi solówkami na saksofonie i gitarze.

Dalsza część albumu wydaje się nieco bardziej spójna, choć zróżnicowanie stylistyczne wciąż jest spore. Wpływy folkowe powracają w "Down Along the Grove" i "Fran and Dee Take a Ride" - kolejnych akustycznych instrumentalach - a także w "6/8 for Amiran", który - nie tylko za sprawą fletu - brzmi jak zaginiony utwór Jethro Tull (gdzieś z okresu wydanego w tym samym roku "Stand Up"). "Turn Around" i "Passing Through" to z kolei bardziej piosenkowe, łagodne utwory o przyjemnych melodiach. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest natomiast 15-minutowy "Another Travelling Tune". Nie tylko ze względu na czas trwania i mniej oczywistą strukturę, ale także dlatego, że to najostrzejszy, najbardziej hardrockowy utwór na albumie. Zasadnicza część utworu oparta jest na gitarowym duecie, budzącym skojarzenia z Wishbone Ash, jednak potem utwór ciekawie ewoluuje, pojawiają się interesujące solówki na saksofonie, a długi fragment instrumentalny zahacza o jazz, folk i psychodelię. Utwór stanowi zatem doskonałe podsumowanie całego albumu.

"Mk II" jest dowodem rozwoju zespołu, którego wówczas nie można było już przypisać do konkretnej stylistyki. Z drugiej strony, przez owo zróżnicowanie, albumowi można zarzucić brak spójności. Poszczególne utwory jednak się bronią, a niektóre z nich to prawdziwe perełki.

Ocena: 8/10



Steamhammer - "Mk II" (1969)

1. Supposed to Be Free; 2. Johnny Carl Morton; 3. Sunset Chase; 4. Contemporary Chick Con Song; 5. Turn Around; 6. 6/8 for Amiran; 7. Passing Through; 8. Down Along the Grove; 9. Another Travelling Tune; 10. Fran and Dee Take a Ride

Skład: Kieran White - wokal, gitara, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Steve Jolliffe - saksofon, flet, klawesyn (2), dodatkowy wokal; Steve Davy - bass; Mick Bradley - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fritz Fryer i John Hawkins


2 marca 2016

[Recenzja] Roy Harper & Jimmy Page - "Whatever Happened to Jugula?" (1985)



Kariera muzyczna Jimmy'ego Page'a po rozpadzie Led Zeppelin nagle zwolniła drastycznie tempo. Muzyk przez długi czas nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Na początku lat 80. wspólnie z sekcją rytmiczną Yes - basistą Chrisem Squire'em i perkusistą Alanem White'em - stworzył zespół XYZ (czyli ex-Yes-Zeppelin), którego działalność skończyła się po kilku wspólnych jamach. Kolejnym projektem Page'a było zaangażowanie się w nagranie soundtracku do filmu "Death Wish II". Powstał dziwny album, na którym przeciętne kawałki hardrockowe przeplatają się z typowo filmową muzyką tła (warto jednak zwrócić uwagę na przepiękny "Prelude", będący interpretacją "Prelude No. 4 in E minor (Op. 28)" Chopina). W 1984 roku gitarzysta dołączył do projektu The Honeydrippers Roberta Planta, który niestety także okazał się efemerydą, z jedną EPką na koncie. W tym samym roku wziął udział także w nagraniu albumu albumu "Whatever Happened to Jugula?", firmowanym wspólnie z Royem Harperem. Warto bliżej przyjrzeć się tej pozycji.

Roy Harper to brytyjski artysta folkrockowy, wydający albumy od 1966 roku. Fanom rocka prawdopodobnie najbardziej znany jest z udziału na albumie "Wish You Were Here" Pink Floyd - to właśnie jego wokal słychać w kompozycji "Have a Cigar". Jimmy Page już w latach 70. wystąpił gościnnie na kilku albumach Harpera, jednak jego udział ograniczał się do zagrania w jednym, dwóch utworach. "Whatever Happened to Jugula?" był ich pierwszym pełnowymiarowym wspólnym przedsięwzięciem. Choć decydujący wpływ na kształt całości miał Harper - jako producent, autor wszystkich tekstów i kompozytor większości muzyki. Wyjątek stanowi utwór "Hope", skomponowany przez Davida Gilmoura. Ciekawa jest historia tej kompozycji, bowiem gitarzysta Pink Floyd napisał ją na swój drugi solowy album, "About Face". Za oryginalny tekst odpowiada Pete Townshend z The Who, Gilmour nie był jednak z niego zadowolony i w efekcie ta wersja utworu, zatytułowana "White City Fighting", trafiła na album "White City: A Novel" Townshenda. Następnie gitarzysta zwrócił się z prośbą o napisane tekstu właśnie do Harpera - tak powstało "Hope", które również go nie zadowoliło i ostatecznie w ogóle zrezygnował z nagrania tego utworu. Wbrew powszechnej opinii, Gilmour nie gra w "Hope" (gra natomiast w "White City Fighting").

"Whatever Happened to Jugula?" to album, który niekoniecznie może przypaść rockowym słuchaczom - oczywiście nie licząc tych, którzy lubią np. twórczość Jethro Tull czy akustyczne utwory Led Zeppelin. Dla pozostałych może być za bardzo folkowy. Choć nie brakuje tutaj bardziej dynamicznych momentów czy ostrzejszych partii gitar. Momentami muzycy zahaczają nawet o rock progresywny. Tak jest w trzech najdłuższych kompozycjach: "Nineteen Forty-Eightish", "Hangman" i "Advertisement (Another Intentional Irrelevant Suicide)". Misterne partie gitar akustycznych są w nich dopełniane ostrymi dźwiękami gitary elektrycznej i bezprogowym basem Tony'ego Franklina, a w "Nineteen Forty-Eightish" także syntezatorami. Najwięcej elektrycznej gitary pojawia się w "Advertisement", który momentami brzmi po prostu rockowo. Jednak moim zdaniem najciekawiej z tych trzech kompozycji wypada "Hangman", intrygujący dość mrocznym klimatem. Na albumie są też mniej złożone utwory. Jak bardziej piosenkowe "Hope" i "Elizabeth". Ten pierwszy to najbardziej dynamiczny fragment longplaya; jedyny utwór, w którym jest więcej gitary elektrycznej niż akustycznej. Natomiast drugi z nich (znany już z poprzedniego wydawnictwa Harpera, "Born in Captivity"), zachwyca przepiękną solówką Page'a. Z kolei "Twentieth Century Man" i śliczny "Frozen Moment" charakteryzują się uroczym ascetyzmem - instrumentarium ogranicza się w nich do gitary akustycznej. Całości dopełnia około minutowy "Bad Speech", o którym wszystko mówi tytuł - rzeczywiście jest to przemówienie (do monotonnego podkładu z syntezatora) i faktycznie jest to zły utwór, zupełnie tutaj niepotrzebny. Przy tak udanej reszcie można jednak wybaczyć jego obecność.

"Whatever Happened to Jugula?" to bardzo dobry album folkrockowy. Trudno ocenić mi jak wypada on na tle innych wydawnictw Roya Harpera, bo jego twórczość znam bardzo powierzchownie. Natomiast jest to bez wątpienia ścisła czołówka post-zeppelinowych wydawnictw Jimmy'ego Page'a.

Ocena: 8/10



Roy Harper & Jimmy Page - "Whatever Happened to Jugula?" (1985)

1. Nineteen Forty-Eightish; 2. Bad Speech; 3. Hope; 4. Hangman; 5. Elizabeth; 6. Frozen Moment; 7. Twentieth Century Man; 8. Advertisement (Another Intentional Irrelevant Suicide)

Skład: Roy Harper - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Jimmy Page - gitara; Tony Franklin - bass; Nik Green - instr. klawiszowe; Ronnie Brambles - perkusja; Steve Broughton - perkusja; Preston Heyman - perkusja; Nick Harper - gitara (3)
Producent: Roy Harper