30 grudnia 2020

[Recenzja] Manfred Schoof - "European Echoes" (1969)



"European Echoes" to jedno z najsłynniejszych dzieł europejskiej sceny improwizowanej lat 60. ubiegłego wieku. Na albumie, zarejestrowanym w czerwcu 1969 roku pod wodzą niemieckiego trębacza Manfreda Schoofa (którego możecie kojarzyć z recenzowanego tu niegdyś "Jazz Meets India"), wystąpiło w sumie szesnastu prominentnych przedstawicieli owej sceny. Poza samym liderem, byli to m.in. Peter Brötzmann, Evan Parker, Derek Bailey, Enrico Rava, Irène Schweizer, Alexander von Schlippenbach, Paul Rutherford czy Han Bennink, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Rzecz jasna, popularnych w swojej niszy. Zarejestrowana przez nich muzyka wpisuje się w ramy radykalnego europejskiego free jazzu. A właściwie ramy te ostatecznie ukształtował, wespół z wydanym rok wcześniej "Machine Gun" oktetu Brötzmanna (aż sześciu muzyków było zaangażowanych w powstanie obu płyt).

Longplay składa się wyłącznie z tytułowego nagrania "European Echoes" - trwającej pół godziny kolektywnej improwizacji, którą wyłącznie ze względu na specyfikę płyt winylowych podzielono na dwie części. Kto miał już do czynienia z europejską odmianą free jazzu, ale akurat nie z tym albumem, to i tak doskonale wie, czego się spodziewać. Wykonawcy z naszego kontynentu wprowadzili do wyzwolonego jazzu więcej brutalności. Orkiestra Schoofa na "European Echoes" robi naprawdę sporo hałasu, ale jednocześnie jest bardzo zdyscyplinowana. Jeśli na wielu, nie tylko europejskich albumach freejazzowych można odnieść - z reguły mylne - wrażenie, że każdy muzyk gra całkiem niezależnie od pozostałych, tak tutaj współpraca między instrumentalistami jest wyjątkowo ścisła. Oczywiście, wciąż sporo dzieje się zarówno na pierwszym planie - z jednym lub kilkoma solistami - jak i w tle, gdzie pozostali muzycy tworzą potężną ścianę dźwięku. Jednak wszyscy bez wątpienia zmierzają w jednym kierunku. Nie czyni to jednak tego nagrania bardziej komunikatywnym. To wciąż strasznie intensywne granie, pełne charczących dęciaków, dysonansów, zgrzytów, atonalizmów i innego jazgotu. Czasem jednak natężenie dźwięku nieco spada, jak podczas kończącego pierwszą połówkę przełamania, gdy słychać jedynie troje pianistów, albo rozpoczynających drugą część popisów perkusistów i basistów. Pozostali instrumentaliści również dostali czas na zaprezentowanie indywidualnych umiejętności, który zwykle bardzo dobrze wykorzystali.


"European Echoes" zdecydowanie nie jest płytą dla szerszego grona odbiorców. Stanowi jednak znakomitą wizytówkę europejskiej muzyki improwizowanej tamtej dekady. Jeśli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to właśnie dzieło Schoofa, na równi z wspomnianym wcześniej "Machine Gun", jest najlepszym możliwym wyborem. Raz, że właśnie te dwa albumy cieszą się powszechnie największym uznaniem, a dwa, że całkowicie na ten status zasługują. Warto zresztą znać je oba, bo w pewnych kwestiach wyraźnie się od siebie różnią. Niestety, "European Echoes" zdecydowanie nie należy do najczęściej wznawianych albumów na fizycznym nośniku. Najłatwiej dostać go na winylu, bo oprócz trzech tłoczeń niemieckiej wytwórni FMP z 1969 roku jest jeszcze austriacka reedycja sprzed siedmiu lat. Na płycie CD album ukazał się tylko raz, w 2002 roku, wyłącznie w Stanach Zjednoczonych.

Ocena: 8/10



Manfred Schoof - "European Echoes" (1969)

1. European Echoes (Part I); 2. European Echoes (Part II)

Skład: Manfred Schoof - trąbka; Enrico Rava - trąbka; Hugh Steinmetz - trąbka; Evan Parker - saksofon; Peter Brötzmann - saksofon tenorowy; Gerd Dudek - saksofon tenorowy; Paul Rutherford - puzon; Irène Schweizer - pianino; Fred Van Hove - pianino; Alexander von Schlippenbach - pianino; Derek Bailey - gitara; Arjen Gorter - kontrabas; Peter Kowald - kontrabas; Buschi Niebergall - kontrabas; Han Bennink - perkusja; Pierre Favre - perkusja
Producent: Jost Gebers


28 grudnia 2020

[Recenzja] Sonic Youth - "Daydream Nation" (1988)



"Daydream Nation" okazał się dla Sonic Youth prawdziwym przełomem. Zespół, wcześniej znany wyłącznie w niszy wielbicieli noise rocka, za sprawą tego wydawnictwa z impetem wdarł się do mainstreamu. Kwartet w końcu został doceniony przez szersze grono krytyków muzycznych i prezenterów radiowych, a następnie przez słuchaczy. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, album zaistniał na listach sprzedaży. Przynajmniej w Europie (99. miejsce w Wielkiej Brytanii, 91. w Belgii). W Stanach pewną przeszkodą były problemy z dystrybucją, związane z plajtą tamtejszego wydawcy niedługo po premierze. Dziś jednak longplay spotyka się z tak samo wielkim uznaniem po obu stronach Atlantyku, lądując na większości list najlepszych płyt swojej dekady i wszech czasów. Ten sukces wynika w znacznej mierze z przystępności zawartego tu materiału. Muzycy położyli jeszcze większy nacisk na melodie, czasem całkowicie rezygnując z typowego dla siebie zgiełku, czego najlepszym przykładem duży singlowy przebój "Teen Age Riot".

Zespół nie zrezygnował jednak z całkiem ze swojej bezkompromisowej postawy. Świadczy o tym chociażby fakt, że wśród czterech promujących album singli znalazł się też ten najmniej komunikatywny kawałek, czyli inspirowany muzyką konkretną "Providence". Nawet nakręcono do niego teledysk, co było już kompletnym wariactwem. Całkowitym przeciwieństwem tego nagrania wydaje się wspomniany już "Teen Age Riot", rzecz niemalże piosenkowa, z autentycznie chwytliwą melodią i nieszczególnie, jak na standardy tego zespołu, hałaśliwym brzmieniu. Utwór zdaje się wręcz zbliżać do indie rocka, choć muzycy bynajmniej nie zaczęli nagle grać zupełnie konwencjonalnie - nie rezygnują tu z nietypowego strojeni gitar czy standardowy dla nich brak refrenu. Te same elementy, włącznie z melodyczną wyrazistością, charakteryzują także większość pozostałych utworów, w których jednak więcej dźwiękowego brudu, dysonansów i innych zgrzytów. Na tym tle nieco wyróżniają się "Rain King", "I Wonder" oraz wolniejszy "Hyperstation", w których muzycy dla odmiany unikają melodii, zbliżając się do swoich korzeni.

"Daydream Nation" ma, niestety, jedną poważną wadę. Album ukazał się w czasach, gdy coraz większą popularność zaczęły zyskiwać płyty kompaktowe. Format ten dał możliwość upchnięcia większej ilości muzyki na jednym krążku, z czego chętnie korzystało wielu wykonawców, w tym też Sonic Youth. "Daydream Nation" trwa 70 minut (w wersji winylowej ukazał się na dwóch płytach), czyli niewiele krócej niż dwa poprzednie albumy zespołu razem wzięte. Jednocześnie wydaje się od nich bardziej jednorodny. Większość utworów bazuje na tych samych patentach, co najwyżej inne są proporcje między melodyjnością a zgiełkiem. Trudno wysłuchać mi całości z takim samym zainteresowaniem. Bardzo udany jest początek, w postaci utworów "Teen Age Riot", "Silver Rocket", "The Sprawl", "'Cross the Breeze", świetnie łączących melodyjność z ciekawymi rozwiązaniami brzmieniowymi, przy czym w każdym kolejnym coraz większy nacisk stawiany jest na to drugie. Później jednak napięcie spada, rozbrzmiewają kolejne podobne, ale już nie tak wyraziste kawałki. Chwilę urozmaicenia daje "Providence", ale jako część płyty jest to tylko mało ciekawy przerywnik. Ciekawiej robi się dopiero pod koniec albumu, w tych bardziej eksperymentalnych nagraniach, jak "Rain King", a zwłaszcza "I Wonder" i "Hyperstation", które pomimo całkiem innego charakteru - pierwszy jest bardziej intensywny, drugi stawia raczej na budowanie niepokojącego klimatu - są częściami większej całości. Na części wydań umieszczono je na jednej ścieżce, podpisanej jako "Trilogy". Jak łatwo się domyślić, jest też trzeci segment - najbardziej tu agresywny, niemalże punkowy "Eliminator Jr.", który na miejscu zespołu i producenta odrzuciłbym w pierwszej kolejności. 

"Daydream Nation" to klasyk, mający niemały wpływ na późniejsze dokonania tzw. rockowej alternatywy, dlatego zdecydowanie powinno się go przesłuchać, jeśli chce się mieć jakieś pojęcie o tego rodzaju muzyce. Warto poznać go też z tego względu że po prostu zawiera sporo bardzo fajnego grania, nawet jeśli całość jest o dobre pół godziny za długa, a środkowa część albumu praktycznie nic nie wnosi. Osobiście preferuję jednak dwa poprzednie wydawnictwa Sonic Youth, bardziej zwarte oraz trochę mniej jednostajne "Sister" i "EVOL". Co do samego "Daydream Nation", polecam rozszerzone wydanie z 2007 roku, na którym wśród licznych bonusów znalazł się ciekawy wybór przeróbek kompozycji innych wykonawców, w tym The Beatles, Neila Younga czy Captaina Beefhearta.

Ocena: 7/10



Sonic Youth - "Daydream Nation" (1988)

1. Teen Age Riot; 2. Silver Rocket; 3. The Sprawl; 4. 'Cross the Breeze; 5. Eric's Trip; 6. Total Trash; 7. Hey Joni; 8. Providence; 9. Candle; 10. Rain King; 11. Kissability; 12. Trilogy (The Wonder / Hyperstation / Eliminator Jr.)

Skład: Thurston Moore - gitara, pianino, wokal; Lee Ranaldo - gitara, wokal; Kim Gordon - gitara basowa, gitara, wokal; Steve Shelley - perkusja
Producent: Nick Sansano i Sonic Youth


25 grudnia 2020

[Artykuł] Podsumowanie roku 2020




Rok 2020 na długo zapisze się wszystkim w pamięci. I nie będą to raczej miłe wspomnienia. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy nie brakowało jednak także bardziej pozytywnych zdarzeń. Na pewno pod względem muzycznym był to całkiem udany rok. Tym razem w końcu udało mi się być nieco bardziej na bieżąco z premierową muzyką, choć z pewnością i tak więcej dobrego mnie ominęło niż zdołałem przesłuchać. Poniższe podsumowanie nie jest jednak w żadnym wypadku próbą obiektywnego zaprezentowania najważniejszych tegorocznych wydawnictw, a po prostu przypomnieniem i usystematyzowaniem albumów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. Tym samym wracam do wcześniejszej formy corocznych podsumowań, sprzed 2017 roku, składających się z rankingu i krótkich opisów konkretnych płyt, zamiast mocno niekompletnych opisów, co działo się w wybranych gatunkach. Tradycyjnie będzie też kilka słów o rozczarowaniach, lista najpopularniejszych postów oraz spis zakupionych albumów. Tekst obejmuje także podsumowanie ankiety na album roku 2020, której wyniki chyba nie mogły bardziej rozminąć się z moimi oczekiwaniami.

Zacznę od rozczarowań, ponieważ nie było ich wiele. Zdecydowanie nie należą do nich nowe wydawnictwa rockowych dinozaurów w rodzaju AC/DC, Deep Purple, Metalliki, Ozzy'ego Osbourne'a, Paula McCartneya, Pearl Jam czy Wishbone Ash, bo po prostu niczego dobrego po nich się nie spodziewałem, a części nawet nie przesłuchałem. Jedyne rozczarowanie z nimi związane jest takie, że nie dotrzymałem danego sobie słowa i sięgnąłem po kilka z nich, doskonale wiedząc, jak bardzo będzie to dla mnie nudne i męczące przeżycie. Pewnym zawodem był natomiast "Rough and Rowdy Way" Boba Dylana, na którym nie odnotowałem żadnych walorów muzycznych - ani to dobrze wykonane (okropna warstwa wokalna), ani ciekawie zaaranżowane czy skomponowane; liczą się tu tylko teksty, cała reszta jest pretekstowa. Trochę rozczarował mnie też wspólny album Wacława Zimpla i Sama Shackletona, po którym po prostu oczekiwałem więcej, tymczasem sporo lepsze okazały się ich oddzielne wydawnictwa ("Massive Oscillations" oraz wydany pod szyldem Tunes of Negation "Like the Stars Forever and Ever"). Więcej spodziewałem się też po potężnym rozmiarowo "Éons" belgijskiego Neptunian Maximalism, który pomimo bardzo obiecujących ocen i tagów na Rate Your Music, okazał się raczej nudnawy. Za to ozdobiła go jedna z najlepszych tegorocznych okładek.




Najlepsze albumy 2020 roku:


W tym roku ukazało się naprawdę sporo ciekawych płyt i nie wszystkie zmieściły się na poniższej liście, która postanowiłem ograniczyć do trzydziestu pozycji. Kolejność w dwóch ostatnich dziesiątkach jest w sumie dość przypadkowa i zapewne dziś lub jutro ułożyłbym te pozycje kompletnie inaczej. Jestem natomiast całkowicie przekonany co do składu pierwszej dychy i w miarę pewien, że właśnie taka hierarchia najlepiej oddaje moje wrażenia. Wymienione tytuły nie powinny być zaskoczeniem dla nikogo, kto przez ostatni rok śledził premierowe recenzje oraz przeglądy nowości. Może z wyjątkiem "Re Exit" Davaajargala Tsaschikhera, o którym kompletnie zapomniałem podczas tworzenia ostatniego przeglądu. Tymczasem jest to jedna z najładniejszych płyt tego roku, łącząca ambient z tradycyjną muzyką mongolską. Pełna lista prezentuje się następująco:

30. Run the Jewels - "RTJ4"
29. Anna von Hausswolff - "All Thoughts Fly"
28. Błoto - "Erozje"
27. Cabaret Voltaire - "Shadow of Fear"
26. The Residents - "It's Metal, Meat & Bone: The Songs of Dyin' Dog"
25. clipping. - "Visions of Bodies Being Burned"
24. Shackleton & Zimpel - "Primal Forms"
23. Wobbler - "Dwellers of the Deep"
22. Idris Ackamoor & The Pyramids - "Shaman!"
21. Nicolás Jaar - "Telas"

20. Blu & Exile - "Miles"
19. Błoto - "Kwiatostan"
18. Janusz Jurga / spopielony / Zguba - "Occultt Trilogy"
17. Hum - "Inlet"
16. Horse Lords - "The Common Task"
15. Rafael Anton Irisarri - "Peripeteia"
14. Tunes of Negation - "Like the Stars Forever and Ever"
13. The Microphones - "Microphones in 2020"
12. Davaajargal Tsaschikher - "Re Exist"
11. Yves Tumor - "Heaven to a Tortured Mind"

10. Mary Halvorson's Code Girl - "Artlessly Falling"


Jednym z największych i najmilszych tegorocznych zaskoczeń muzycznych był dla mnie udział Roberta Wyatta w nagraniu właśnie tego albumu. W utworach "The Lemon Trees" i "Bigger Flames" wyraźnie, nie tylko za sprawą jego głosu, został przywołany klimat klasycznego "Rock Bottom". Jednak to jedyne na płycie utwory, które tak zdecydowanie spoglądają wstecz. Cała reszta płyty to już muzyka na miarę naszych czasów, całkiem świeże spojrzenie na jazz, ze słyszalnymi tu i ówdzie podobieństwami do awangardowego rocka (np. w trzecim i ostatnim kawałku z udziałem Wyatta, "Walls and Roses"). Uwagę przyciągają przede wszystkim niekonwencjonalne partie gitarowe Mary Halvorson oraz wszechstronny wokal Amirthy Kidambi, a gdzieniegdzie pobrzmiewa też fajnie trąbka lub saksofon. Całość wydaje mi się jednak dość zachowawcza i mało postępowa względem wydanego dwa lata temu "Code Girl".


9. King Gizzard & The Lizard Wizard - "K.G."


King Gizzard & the Lizard Wizard to zespół, który idzie raczej w ilość niż jakość. W trakcie trwającej ledwie dekadę działalności wydał już szesnaście pełnoprawnych albumów, w międzyczasie publikując też sporo EPek i singli z innym materiałem. Przy okazji próbowali sił w różnorodnych stylach muzycznych, najczęściej zbliżonych do psychodelii, ale sięgając też po inspiracje elektroniczne, metalowe czy jazzowe. Zdecydowaną większość tych poszukiwań uważam za zupełnie nieudaną. Ale już trzy lata temu, na albumie "Flying Mictrotonal Banana" muzycy pokazali, że w czymś są faktycznie dobrzy - w graniu dość dziwacznej, opartej na skalach mikrotonowych muzyki. Najnowszy w ich studyjnej dyskografii "K.G." to bezpośrednia kontynuacja tamtej płyty. Pokazująca w sumie niewiele nowego (nie licząc świetnej mieszanki disco, wpływów bliskowschodnich i psychodelii w "Intrasport", wykorzystującego akustyczne i elektroniczne brzmienia "Straws in the Wind" oraz, ewentualnie "The Hungry of Fate" z nieco sabbathowymi zagrywkami) i chyba, choć to już dość subiektywna kwestia, mniej udanych kompozycji (za wyjątkiem wyżej wspomnianych), ale w sumie bardzo fajna, nadrabiająca dużą dawką energii, dość wyrazistymi melodiami oraz pewną dozą szaleństwa.


8. Oranssi Pazuzu - "Mestarin kynsi"


Black metal w najczystszym wydaniu zdecydowanie nie należy do moich ulubionych muzycznych stylów. Jednak jego przedstawiciele coraz częściej posiadają znacznie większe ambicje artystyczne i chętnie sięgają po inspiracje wykraczające daleko poza muzykę metalową. Niektórzy w pewnym momencie całkiem odchodzą od swoich korzeni, podczas gdy inni próbują pogodzić blackmetalowe elementy z wpływami innych stylów. Efekt bywa różny, ale w przypadku fińskiego Oranssi Pazuzu zdecydowanie można mówić o sukcesie. Z jednej strony to wciąż ekstremalny metal, z brutalnymi riffami i skrzekliwym wokalem. A z drugiej – autentycznie progresywna muzyka, bardzo mocno czerpiąca z rocka psychodelicznego, krautrocka czy różnych odmian elektroniki. Ciężar miesza się tutaj z transowością, nierzadko w bardzo pomysłowy i intrygujący sposób. Dużo tu też łagodniejszych momentów, w których zespół stawia na budowanie klimatu. Tak mógłby grać dziś Radiohead, gdyby punktem wyjścia był dla niego nie rock alternatywny, ale właśnie któraś z agresywniejszych odmian metalu.


7. Fire! Orchestra - "Actions"


Najnowszy album Fire! Orchestra - grupy zbierając czołowych przedstawicieli współczesnej sceny improwizowanej - to zapis występu z września 2018 roku na krakowskim festiwalu Sacrum Profanum. Uzdolnieni instrumentaliści, dowodzeni przez Matsa Gustafssona, zaprezentowali odświeżoną wersję utworu "Actions for Free Jazz Orchestra", skomponowanego na początku lat 70. przez Krzysztofa Pendereckiego. Więcej na temat tego nietypowego dzieła zmarłego w tym roku kompozytora, a także jego premierowego wykonania, można przeczytać w tej recenzji. Wówczas nie do końca udało się zrealizować pomysł na połączenie improwizacji z regułami obowiązującymi w muzyce poważnej. Wszystko szybko wymknęło się spod kontroli i o ile wciąż jest to interesujące nagranie w kategorii free jazzu, to w jego kontekście nie może być mowy o udanej fuzji dwóch całkiem różnych światów muzycznych. Niemal pięćdziesiąt lat później podjęto kolejną próbę, której efekt wydaje się o wiele bliższy oryginalnego zamysłu twórcy. Nowa wersja "Actions..." jest ponad dwukrotnie dłuższa, ale także zdecydowanie bardziej zwarta i uporządkowana. Pomimo większej dyscypliny muzyków, wciąż słychać tu mnóstwo improwizatorskiej swobody, prawdziwie freejazzowej ekspresji, a całość nierzadko przytłacza swoją brutalnością. Nie zabrakło jednak bardziej klimatycznych momentów, z istotną rolą organów elektrycznych, które wyeksponowano o wiele bardziej niż w pierwowzorze. Kolejna sprawa, to fakt, że nagranie wcale nie brzmi jak dzieło sprzed pięciu dekad, lecz całkiem dobrze koresponduje z innymi dziełami Fire! Orchestra.


6. EABS - "Discipline of Sun Ra"


Zadebiutowali dwa lata temu albumem z nowoczesnymi interpretacjami kompozycji Krzysztofa Komedy ("Repetitions"), rok później próbowali przeszczepić ideę spiritual jazzu na słowiański grunt ("Slavic Spirits"), a teraz sięgnęli do dorobku jednego z największych innowatorów i ekscentryków jazzu, Sun Ra. Na repertuar złożyło się siedem kompozycji klawiszowca, raczej z pominięciem tych najbardziej znanych, jak materiał z albumów "Space Is the Place" czy "Lanquidity". Wykonania odbiegają natomiast od pierwowzorów, co trzeba zaliczyć na duży plus. Przypomina to podejście twórcy tych utworów, który nieustannie eksperymentował, wykraczając swoimi inspiracjami poza jazz. Muzycy EABS dokonali kompletnej rekonstrukcji jego kompozycji, proponując zróżnicowane aranżacje, nawiązujące nie tylko do różnych jazzowych nurtów, ale też hip-hopu ("The Lady with the Golden Stockings") czy house'u ("UFO"). Moim zdecydowanym faworytem jest tu jednak dość kameralny, jazzowo-elektroniczny "Interstellar Low Ways", ozdobiony fantastyczną solówką na syntezatorze. Może tylko szkoda, że utwór ten pojawia się już na samym początku albumu, bo dalsza część płyty - choć wciąż bardzo dobra - już się do tego poziomu nie zbliża.


5. The Necks - "Three"


Dwudziesty pierwszy album australijskiego tria składa się jedynie z trzech utworów. Każdy z nich przekracza jednak dwadzieścia minut, co daje ponad godzinne wydawnictwo. Nie zmarnowano jednak tego czasu. Poszczególne nagrania nie odchodzą daleko od jazzu - przy czym jest to jazz na wskroś współczesny - jednak każde z nich ma nieco inny charakter. W pierwszym na płycie "Bloom" muzycy bez żadnego wstępu od razu przechodzą do sedna - utwór opiera się na transowym rytmie wybijanym przez basistę Lloyda Swantona i perkusistę Tony’ego Bucka, któremu towarzyszą przepiękne partie pianisty Chrisa Abrahamsa, pozornie tak samo jednostajne, ale ulegające ciągłym przetworzeniom. Przypomina to trochę grę sekcji rytmicznej Johna Coltrane’a z najbardziej uduchowionego okresu jego twórczości, ale w jakby bardziej ambientowym wydaniu. W "Lovelock" napięcie budowane jest z kolei stopniowo. Utwór ma bardziej rozluźnioną budowę, brak tu wyraźnie zaznaczonego rytmu czy melodii, skupia się raczej na samym dźwięku, wywołując skojarzenia z sonoryzmem. Jednak w finałowym "Further" zespół wraca do bardziej przystępnego grania, z hipnotycznym i całkiem przyjemnie bujającym rytmem na 5/4 oraz oraz znów bardzo ładnymi, natchnionymi partiami instrumentów klawiszowych. Bez wątpienia jest to jeden z najładniejszych albumów, jakie w tym roku słyszałem.


4. R.A.P. Ferreira - "Purple Moonlight Pages"


O moim chłodnym stosunku do hip-hopu niejednokrotnie już wspominałem. I choć na razie nie zanosi się na to, bym miał chętniej słuchać takiej muzyki, to stopniowo coraz bardziej ją doceniam. Na liście umieściłem aż cztery pozycje należącego do tego gatunku. Wydawnictwo Rory'ego Allena Philipa Ferreiry, wcześniej działającego pod pseudonimem Milo, zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu. To przede wszystkim zasługa bardzo jazzowej warstwy instrumentalnej. Oczywiście, nie jest to stricte jazzowe granie. Utwory opierają się na typowo hip-hopowych beatach i loopach, ale dużo tutaj też ewidentnie jazzowych zagrywek. Co więcej, nie są to sample, ale partie nagrane specjalnie na ten album. Całkiem dobrze z tym wszystkim przegryza się rap Ferreiry, który ma bardzo dobry flow. Jest to nie tylko najlepszy hip-hopowy album, jaki słyszałem w tym roku (i jeden z najlepszych w ogóle), ale też podoba mi się bardziej od tegorocznych jazzów. To zresztą bardzo naturalne oraz całkowicie współczesne rozwinięcie tego, co czarnoskórzy muzycy grali pięć i więcej dekad temu. Słychać w tym duży szacunek do tradycji - jest tu nawet krótka przeróbka "The Creator Has a Master Plan" Pharoaha Sandersa - ale w żadnym wypadku nie ma to nic wspólnego z odtwórczością. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to do długości albumu. Skrócenie go o jakieś 5-10 minut mogłoby uczynić go jeszcze lepszym.


3. Aksak Maboul - "Figures"

 
To jeden z najbardziej udanych tegorocznych powrotów Belgijski Aksak Maboul zaistniał na scenie awangardowego rocka na przełomie lat 70. i 80., stając się częścią ruchu Rock in Opposition. Dowodzony przez Marca Hollandera zespół nie istniał długo. Po jego rozpadzie lider zajmował się głównie prowadzeniem własnej wytwórni płytowej, by blisko trzydzieści lat później powrócić z zupełnie nowym składem do szyldu Aksak Maboul. Po dekadzie sporadycznych koncertów nadeszła w końcu pora na trzeci album studyjny. Przyznaję, że nie jestem wielkim wielbicielem wczesnych dokonań grupy. Jednak "Figures" niewiele ma z nimi wspólnego. Hollander był cały czas na bieżąco z wciąż ewoluującą muzyką i nie próbuje udawać, że od czasu jego poprzednich płyt nic się nie zmieniło. W dodatku tym razem postanowił poeksperymentować z nieco inną formą, proponując materiał bardziej... piosenkowy. To niemal osiemdziesięciominutowy zestaw zaskakująco przystępnych, atrakcyjnych melodycznie, często niemalże popowych utworów. To jednak tylko część prawdy o tym albumie. Aranżacje i brzmienie, nawet w tych pozornie prostych kompozycjach, jak "C'est Charles" czy "Un Cai", są niezwykle wyrafinowane oraz dość złożone. Udowadniają, że muzycy zachowali kreatywność i eksperymentalne podejście, co cechowało pierwsze wydawnictwa zespołu. Nierzadko wciąż słychać odległe echa avant-proga, szczególnie chyba we wspaniałym finale albumu, "Tout a une fin".


2. Wacław Zimpel - "Massive Oscillations"



Wacław Zimpel już od dobrych paru lat konsekwentnie odchodzi od swoich jazzowych korzeni na rzecz minimalistycznej elektroniki. "Massive Oscillations" kontynuuje ten kierunek. Album został nagrany przy pomocy dość już wiekowych sprzętów - analogowych syntezatorów, oscylatorów, magnetofonów szpulowych oraz innych urządzeń - zastanych przez artystę w holenderskim studiu Willem Twee, gdzie pracował pod okiem producenta Jamesa Holdena. Zafascynowany ich możliwościami Zimpel całkowicie zmienił swoją koncepcję i w ciągu kilkudniowej sesji eksperymentował z tymi zabytkowymi maszynami. Album powstał więc bardzo spontanicznie, jednak sprawia wrażenie bardzo dobrze przemyślanego i dojrzałego. Wypełniają go cztery rozbudowane kompozycje, składające się z transowych repetycji, ulegających stopniowym przetworzeniom, pełne elektronicznego pulsowania, buczenia czy szmerów, w które całkiem spójnie wpleciono dźwięki bardziej tradycyjnych instrumentów. Czasem pobrzmiewa też trochę egzotycznej rytmiki, wywołującej skojarzenia z projektem Saagara. To wszystko tworzy niesamowity, intrygujący klimat. Co ciekawe, pomimo wyraźnych odniesień do przeszłości oraz wykorzystania sprzętu sprzed kilkudziesięciu lat, na którym pracowali pionierzy muzyki elektronicznej, "Massive Oscillations" brzmi bardzo współcześnie, a właściwie ponadczasowo, bo trudno znaleźć podobny album.


1. Autechre - "SIGN" / "PLUS"



Na szczycie listy nie mogło znaleźć się nic innego. To właśnie Autechre wywarł na mnie największe wrażenie w tym roku. Właśnie dzięki "SIGN" i "PLUS" w końcu zagłębiłem się porządniej we wcześniejsze dokonania brytyjskiego duetu, który nagle stał się jednym z moich ulubionych wykonawców ostatniego trzydziestolecia. Tym razem muzycy eksplorują nieco inne rejony niż w poprzedniej dekadzie. Jak sami twierdzą, postanowili pokazać swoją bardziej emocjonalną stronę. Tegoroczne wydawnictwa nie są pozbawione dźwiękowych eksperymentów, ale wydają się bardziej przystępne. Przy czym każde z nich ma swój własny charakter. "SIGN" wyróżnia się różnorodnością. Obok bardziej agresywnych momentów, pełnych powykręcanej elektroniki, dziwnych rytmów i glitchów (np. "M4 Lema"), zawiera też granie o wyraźniej zaznaczonej warstwie melodycznej (np. "F7"), a nawet subtelne, klasycznie ambientowe pejzaże (najładniejsze - nie tylko na tej płycie, ale chyba w całej tegorocznej muzyce - "r catz" i "Metaz form8"). Tymczasem "PLUS" zdecydowanie stawia na bardziej zaawansowane, abstrakcyjne eksploracje brzmieniowe i nie tylko. Trzy kilkunastominutowe nagrania, "ecol4", "X4" oraz "TM1 open", najlepiej świadczą o ogromnej wyobraźni twórców. Jednak i tutaj nie brakuje bardziej komunikatywnych, melodyjnych fragmentów, na czele z "lux 106 mod". Trudno mi zdecydować, który z tych albumów wypada lepiej. Niewątpliwie jednak "SIGN" oraz "PLUS" bronią się zarówno jako osobne dzieła, jak i fragmenty większej całości.




Kupione w tym roku:


W tym roku udało mi się kupić prawie dwukrotnie więcej winyli i kompaktów niż w zeszłym. Z wiadomych przyczyn niewiele płyt sprowadzałem z zagranicy. U krajowych sprzedawców wybór jest mocno ograniczony, dlatego głównie nadrabiałem zaległości z rocka progresywnego oraz innych nieniszowych odmian tego gatunku - m.in. w końcu zacząłem zbierać płyty post-punkowe (na razie tylko Talking Heads) i Dylana. Przybyło też trochę jazzu, choć głównie w postaci okazyjnie kupionych współczesnych reedycji. Trafiło się też jednak trudniej dostępnych albumów, w tym stare wydania Camberwell Now, Heldon, Magmy czy The Mothers,

Winyle:
  1. Bob Dylan - Blood on the Tracks 
  2. Bob Dylan - The Times They Are A-Changin' 
  3. Camberwell Now - The Ghost Trade
  4. Capella Antiqua München / Konrad Ruhland - Unbekannte und bekannte Weihnachtsmusik des 15. und 16. Jahrhunderts 
  5. Caravan - For Girls Who Grow Plump in the Night 
  6. Charles Mingus - Mingus Ah Um
  7. Grachan Moncur III - Evolution 
  8. Heldon - Stand By
  9. Jethro Tull - Thick as a Brick 
  10. John Coltrane - Expression 
  11. Magma - Mekanïk Destruktïw Kommandöh
  12. Miles Davis - On the Corner
  13. The Mothers - The Grand Wazoo
  14. The Ornette Coleman Double Quartet - Free Jazz 
  15. Robert Wyatt - Rock Bottom 
  16. Savoy Brown - Raw Sienna
  17. Sonny Rollins - Saxophone Colossus 
  18. Stephan Micus - Implosions 
  19. Stomu Yamash'ta & Come to the Edge - Floating Music
  20. Talking Heads - Fear of Music
  21. Talking Heads - Remain in Light
  22. Tangerine Dream - Ricochet 
  23. Traffic - Mr. Fantasy 
  24. Van der Graaf Generator - H to He Who Am the Only One 
  25. Van der Graaf Generator - Pawn Hearts 
  26. Van der Graaf Generator - Still Life
  27. Yes - Going for the One 

CD: 
  1. Camberwell Now - All's Well 
  2. Caravan - If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You
  3. Island - Pictures
  4. The Keith Tippett Group - Dedicated to You, But You Weren't Listening 
  5. Miles Davis - The Complete Bitches Brew Sessions
  6. Miles Davis Quintet - Miles Davis Quintet 1965-'68
  7. Soft Machine - BBC Radio: 1967-1971
  8. Soft Machine - BBC Radio 1 Live in Concert 1971 



Najpopularniejsze tegoroczne posty:


Na podium postów z największą liczbą wyświetleń znalazł się jedyny jak dotąd tekst niepoświęcony muzyce. Zapowiadałem wówczas więcej artykułów o filmie, jednak na razie nie udało się tych planów zrealizować. Nie będzie, niestety, filmowego podsumowania 2020 roku, bo przez znaczną część tego czasu kina były zamknięte, a większość premier przesunięto na kolejne lata. Na liście znalazło się też podsumowanie z serii "50 lat temu..." (tutaj nie powinno być problemów, by wkrótce pojawiła się następna część), a także dwa przeglądy z cyklu "Nowości płytowe". Pozostałe pozycje zajmują recenzje, co nie powinno dziwić, bo właśnie takie treści tu dominują. Zastanawiająca jest tylko niewielka ilość tegorocznych tytułów. Spodziewałem się też, że do rankingu załapią się recenzje "The Marble Index" Nico oraz "Isn't Anything" My Bloody Valentine, pod którymi rozgorzały jedne z największych dyskusji. Obu tekstom zabrakło jednak około stu wejść, by znaleźć się na poniższej liście.
  1. [Recenzja] Deep Purple - Whoosh!" (2020)
  2. [Artykuł] 50 lat temu... Podsumowanie roku 1969
  3. [Artykuł] Filmowe podsumowanie roku 2019
  4. [Recenzja] Kraftwerk - "Kraftwerk" (1970)
  5. [Recenzja] Moody Blues - "Days of Future Passed" (1967)
  6. [Przegląd] Nowości płytowe 2020 (część 1/4)
  7. [Recenzja] Amon Düül II - "Phallus Dei" (1969)
  8. [Recenzja] Frank Zappa - "Waka/Jawaka" (1972)
  9. [Recenzja] Bob Dylan - "Bringing It All Back Home" (1965)
  10. [Recenzja] Kult - "Kult" (1986)
  11. [Recenzja] David Bowie - "Aladdin Sane" (1973)
  12. [Recenzja] Tuxedomoon - "Desire" (1981)
  13. [Recenzja] David Bowie - "David Bowie (1969)
  14. [Recenzja] Thelonious Monk - "Brilliantt Corners" (1957)
  15. [Recenzja] The Andrzej Trzaskowski Quintet - "The Andrzej Trzaskowski Quintet" (1965)
  16. [Recenzja] The Band - "The Band" (1969)
  17. [Przegląd] Nowości płytowe 2020 (część 4/4)
  18. [Recenzja] Bob Dylan - "Highway 61 Revisited" (1965)
  19. [Recenzja] Sonic Youth - "Sonic Youth" (1982)
  20. [Recenzja] Area - "Arbeit macht frei" (1973)



Ankieta na album roku 2020:


Testowana w tym roku nowa forma ankiety - bez listy propozycji, a jedynie z polem do wpisania i uszeregowania dowolnych tytułów - miała pomóc w uniknięciu sytuacji z zeszłego roku, gdy wiele albumów skończyło z taką samą liczbą punktów. Takie rozwiązanie okazało się kompletną porażką. Nie tylko było znacznie mniej głosujących, ale też każdy z uczestników wymienił zupełnie inne wydawnictwa. 

Punktowały albumy następujących, w większości nieznanych mi wykonawców: Ambrose Akinmusire, Aruán Ortiz, Ayr, Behold... The Arctopus, Błoto ("Kwiatostan"), Bruce Springfield, Dan Weiss, Dua Lipa, Guru, Immanuel Wilkins, Jacob Collier, Jute Gyte, Kairon IRSE!, Karaś & Rogucki, Kazik, Liturgy, Maleńczuk, Martwa Aura, Null, Oranssi Pazuzu, Ozzy Osbourne, Panzerballett, Pedro Melo Alves, Pin Park, Pink Freud, Schnellertollermeier, Skalpel, Soojin Suh, Tigran Hamasyan, Tyshawn Sorey, Wendy Eisenberg.

Nieco większa zgodność panowała w odpowiedziach na pytanie o największe rozczarowanie roku. Dwie osoby wymieniły odwołane koncerty, dwie inne wskazały na nowy album Deep Purple. Ponadto wymienione zostały wydawnictwa Boba Dylana, Pearl Jam oraz The Pyramids.




Co przyniesie 2021?


Na tę chwilę czekam w zasadzie na dwa albumy: długogrający debiut post-punkowej grupy Black Country, New Road ("For the First Time"), a także na drugą płytę niespodziewanie reaktywowanego projektu Nicolasa Jaara, Darkside ("Spiral"). Pierwszy z nich został zapowiedziany na początek lutego, drugi ma pojawić się wiosną. Poza tym nie mam kompletnie pojęcia, jakie jeszcze albumy się ukażą, ale jeśli przyszły rok będzie pod względem muzycznym podobny do ostatnich, to na pewno nie będę na niego narzekał. 



23 grudnia 2020

[Recenzja] Kult - "Tan" (1989)



Niewiele w sumie brakowało, by Kult zakończył działalność jeszcze w latach 80. To właśnie pod koniec tamtej dekady Kazik postanowił wyjechać do Wielkiej Brytanii w celach zarobkowych. Za granicą wytrzymał ledwie trzy miesiące, jednak planował znacznie dłuższy pobyt. A w tej sytuacji zespół, którego dalsze funkcjonowanie bez tak kluczowego muzyka nie miałoby sensu, nie mógłby kontynuować działalności. Dlatego też na początku sierpnia 1988 roku, w warszawskim klubie Remont zorganizowano dwa pożegnalne - jak wtedy sądzono - występy. I właśnie ich fragmenty wypełniły album zatytułowany "Tan" - od utworu z poprzedniego w dyskografii "Spokojnie", który jednak się tutaj nie powtarza.

Teoretycznie powinno to być bardzo ciekawe wydawnictwo. Zespół dopiero co wydał swój najlepszy album, wspomniany "Spokojnie". Skład od tamtej pory niemal się nie zmienił, jeśli nie liczyć nowego perkusisty Piotra Falkowskiego. Repertuar też prezentuje się ciekawie. Obok utworów znanych z wcześniejszych płyt, jak "Konsument", słynna "Arahja" i znacznie przearanżowane "Elektryczne nożyce" (tutaj jako "Drugie elektryczne nożyce") czy pochodzący z pierwszego singla "Piloci" (tutaj "Ambitni piloci"), znalazło się sporo tytułów wcześniej - a często też później - niedostępnych. Właśnie tu swoją fonograficzną premierę miała popularna "Polska" (tudzież "Mieszkam w Polsce"), której studyjną wersję opublikowano dopiero na kompaktowej reedycji "Posłuchaj to do Ciebie" z 1992 roku. Ale też kilka innych nagrań, które chyba w ogóle nie doczekały się rejestracji w studiu, a nawet jeśli, to gdzieś przepadły. W sumie na "Tan znalazły się cztery całkowicie unikalne kompozycje.

Niestety, odsłuch przynosi wiele powodów do rozczarowania. Sporo do życzenia pozostawia brzmienie. Jakość nagrania jest dużo niższa niż na trzech poprzednich płytach zespołu. Prawdopodobnie rejestrowano wszystko na jednej ścieżce, przez co niemożliwe było ustawienie odpowiedniej głośności poszczególnych instrumentów oraz wokalu. Jednak samo wykonanie też nie porywa. "Polska" czy "Arahja" są odegrane bez żadnej inwencji, bliskie pierwowzorów, ale pod każdym względem od nich słabsze. Natomiast w "Konsumencie" trochę rozbudowano fragment instrumentalny, a w "Pilotach" lepiej wypada Kazik, którego głos nie brzmi już tak bardzo młodzieńczo, więc przynajmniej tym przebijają wersje studyjne. Najwięcej zyskały za to "Elektryczne nożyce", bo po prostu nie mają wiele wspólnego z głupkowatym oryginałem. Całkowicie zmieniono akompaniament, nadając utworowi quasi-jazzowego charakteru. W żadnym wypadku nie jest to jazz wysokich lotów, raczej kawiarniane przygrywanie, ale ma całkiem fajny klimat. Do tego zespół gra tutaj spokojniej, więc lepiej słychac wszystkie instrumenty.

Z tymi unikalnymi utworami też bywa różnie, przy czym zawsze daleko do pełnego zachwytu - i to nie tylko z powodu kiepskiego brzmienia. "Waeren" to naprawdę solidny kawek w typowym dla ówczesnego Kultu stylu, łączący post-punk z psychodelią, funkiem i jazzem. Nie przekonuje mnie jedynie akcent Kazika wykonującego anglojęzyczny tekst. Nie wiem jak radził sobie z porozumiewaniem podczas emigracji, ale śpiewać w tym języku zdecydowanie nie powinien. Po prostu nie brzmi to naturalnie. Trzy pozostałe nagrania, reggae'owo-jazzująca "TDK Kaseta" czy bardziej humorystyczne "Tabako" i "Młodzi Warszawiacy", są już na szczęście bardziej udane pod względem wokalnym. Jednak muzycznie nie prezentują niczego ciekawego, a ich brak na studyjnych albumach absolutnie mnie nie dziwi.

"Tan" ma przede wszystkim wartość historyczną, jako jedyne koncertowe nagrania Kultu z tak wczesnego okresu działalności. Jednak fatalne brzmienie, przeciętne wykonanie i taki sobie dobór repertuaru (obecność unikalnych kawałków to jedno, ale ich jakość jest już mocno dyskusyjna) sprawiają, że wydawnictwo samo w sobie jest po prostu kiepskie. Wielka szkoda, bo ten etap działalności zespołu zasługiwał na znacznie lepsze podsumowanie i uzupełnienie.

Ocena: 5/10



Kult - "Tan" (1989)

1. Ambitni piloci; 2. Waeren; 3. Konsument; 4. Mieszkam w Polsce; 5. TDK Kaseta; 6. Drugie elektryczne nożyce; 7. Arahja; 8. Tabako; 9. Młodzi Warszawiacy

Skład: Kazik Staszewski - wokal, saksofon; Paweł Szanajca - saksofon; Krzysztof Banasik - waltornia; Janusz Grudziński - instr. klawiszowe, gitara; Piotr Morawiec - gitara; Ireneusz Wereński - gitara basowa; Piotr Falkowski - perkusja
Gościnnie: Sławomir Pietrzak - gitara; Paweł Jordan - saksofon
Producent: -


21 grudnia 2020

[Recenzja] Mieczysław Kosz - "Reminiscence" (1972)



W historii polskiego jazzu nie brakuje wybitnych muzyków. Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Andrzej Trzaskowski, Zbigniew Namysłowski, Jerzy Milian... To dopiero początek długiej listy. Choć możemy jako naród być z nich dumni, o ich twórczości stosunkowo niewiele się dziś mówi. Sytuacja ta wydaje się jednak powoli zmieniać. W zeszłym roku do kin trafił film "Ikar. Legenda Mietka Kosza" w reżyserii Macieja Pieprzycy, będący, o ile mi wiadomo, pierwszą fabularną biografią polskiego muzyka jazzowego. Dlaczego tego zaszczytu dostąpił akurat Mieczysław Kosz, muzyk rzadko wymieniany jednym tchem z wcześniej wspomnianymi? Nie da się ukryć, że jego życiorys doskonale nadawał się do przedstawienia na dużym ekranie. Kosz to postać tragiczna. Jeszcze w dzieciństwie stracił wzrok, a w wieku 29 lat jego obiecująca kariera została brutalnie przerwana, gdy muzyk wypadł z okna. Nie wiadomo, czy jego śmierć była nieszczęśliwym wypadkiem, czy samobójstwem.

Mieczysław Kosz to klasycznie wyszkolony pianista. Choć ostatecznie zdecydował się grać jazz, jego twórczość zdradzała silne wpływy muzyki poważnej. Styl Kosza często porównuje się do Billa Evansa - zresztą obaj muzycy mieli okazję się poznać, gdy występowali na tej samej edycji jazzowego festiwalu w Montreux - jednak w grze polskiego pianisty słychać też pewną słowiańskość i nieco bardziej awangardowe podejście. Za życia muzyka, zresztą dopiero na parę miesięcy przed śmiercią, ukazał się tylko jeden album sygnowany jego nazwiskiem. "Reminiscence", wydany w serii Polish Jazz, to nagrania z marca 1971 roku. W sesji udział wzięli także perkusista Janusz Stefański i basista Bronisław Suchanek, ówczesna sekcja rytmiczna kwintetu Stańki. Album wypełnia siedem ścieżek, przy czym na pierwszej stronie znalazły się interpretacje cudzych kompozycji, a na drugiej autorskie utwory.

Trio Kosza sięgnęło przede wszystkim po twórczość poważnych kompozytorów, jak Aleksandr Borodin, Fryderyk Chopin i Ferenc Liszt. Pianista nie próbuje grać tych utworów w zbyt wierny sposób, wręcz dokonuje ich kompletnej destrukcji, traktując je jako punkt wyjścia do improwizacji. Gra przy tym bardzo ekspresyjnie i kreatywnie, zbliżając się raczej do awangardowych form jazzu niż głównego nurtu. Warto podkreślić jego doskonałą współpracę z sekcją rytmiczną, która dostała tu dla siebie całkiem sporo swobody i przestrzeni. Ciekawie w gronie tych poważnych utworów wygląda beatlesowski przebój "Yesterday", który jednak także zmienił się nie do poznania. Z uroczej, zgrabnej, ale bardzo prostej, naiwnej piosenki stał się utworem bardziej finezyjnym, nie odstającym od pozostałych nagrań. Ale jeszcze bardziej podoba mi się druga strona longplaya, z dwiema kompozycjami lidera ("Wspomnienie", "For You") oraz jedną basisty ("Spełnienie"). To jeszcze bardziej swobodne granie, w którym instrumentaliści mogą wykazać się jeszcze większą kreatywnością, niezależnie od tego, czy stawiają, jak we "Wspomnieniu", na budowanie klimatu, czy spełniają się w bardziej abstrakcyjnym graniu.

Przyznaję, że raczej nie jestem wielbicielem płyt nagranych w trio pianino-kontrabas-perkusja (z pewnymi wyjątkami, jak "Now He Sings, Now He Sobs" Chicka Corei czy "Money Jungle" Ellingtona, Mingusa i Roacha). Również "Reminiscene" przy pierwszym podejściu mnie nie zachwycił. Przy kolejnym odsłuchu, gdy bardziej wsłuchałem się w grę Mieczysława Kosza oraz współpracę całego składu, album spodobał mi się już o wiele bardziej. Na tyle, że nie mogło go zabraknąć w cyklu recenzji najciekawszych pozycji z serii Polish Jazz.

Ocena: 8/10



Mieczysław Kosz - "Reminiscence" (1972)

1. Tańce połowieckie; 2. Preludium c-moll; 3. Marzenie miłosne; 4. Yesterday; 5. Wspomnienie; 6. For You; 7. Spełnienie

Skład: Mieczysław Kosz - pianino; Bronisław Suchanek - kontrabas; Janusz Stefański - perkusja, fleksaton
Producent: -


19 grudnia 2020

[Recenzja] Magma - "Zëss (Le Jour Du Néant)" (2019)



Reaktywowana w XXI wieku Magma nie tylko tworzyła nową muzykę, ale też często dokonywała recyklingu archiwalnego materiału. Kompozycje stworzone jeszcze w pierwszym okresie działalności, które z różnych względów nie doczekały się wówczas pełnoprawnych wersji, zyskały nowe życie. Przez lata do takich wielkich nieobecnych należał utwór "Zëss" (w kompletnej wersji trwający blisko czterdzieści minut). Grupa prezentowała go na koncertach już w latach 80. i 90. Jedno z wykonań trafiło nawet na album "Les Voix (Concert 1992 Douarnenez)", jednak jest to zapis dość specyficznego koncertu. Zespół zagrał właściwie akustycznie, częściowo nawet bez perkusji, która zawsze odgrywała ogromną rolę w brzmieniu Magmy. Nie dziwi zatem, że Christian Vander postanowił w końcu zaprezentować ten utwór jak należy, nagrywając go z pełnym - a wręcz znacznie rozszerzonym - składzie. Oprócz muzyków tworzących zespół przez kilka ostatnich lat, czyli Christiana i Stelli Vanderów, basisty Philippe'a Bussonneta oraz wokalistów Isabelle Feuillebois i Hervé'a Aknina, w nagraniach wzięli też udział nowi muzycy: pianista Simon Goubert, gitarzysta Rudy Blas oraz perkusista Morgan Ågren. Zdecydowano się też na współpracę z pełną orkiestrą.

Taki zabieg w przypadku tego zespołu może naprawdę dziwić. Magma zawsze potrafiła stworzyć potężne brzmienie za pomocą dość skromnego instrumentarium: perkusji, gitary basowej i instrumentów klawiszowych, ze sporadycznym dodatkiem gitary lub dęciaków. Oczywiście, z istotnym udziałem wielogłosowych partii wokalnych. Orkiestra nie była zatem do niczego potrzebna, natomiast jeszcze bardziej podkreśla obecny od zawsze patos. Dotąd jednak muzycy potrafili go kontrolować, a także równoważyć pewną dozą humoru. Jednak na "Zëss (Le Jour Du Néant)" za sprawą orkiestry wszystko sprawia wrażenie znacznie bardziej poważnego i bombastycznego. Po raz pierwszy w karierze Magma brzmi tak strasznie pretensjonalnie. Nie była to, niestety, jedyna nietrafiona decyzja. To jedyny, obok kontrowersyjnego "Merci", album zespołu, na którym Vander występuje w roli głównego wokalisty i w ogóle nie gra na perkusji. Jego głos w tych nagraniach brzmi jednak staro i bezsilnie, a jego ekspresja zwykle ogranicza się do deklamacji. A przecież w chórkach udziela się mający większe możliwości Aknin, który całkiem dobrze sprawdził się jako główny wokalista na kilku poprzednich wydawnictwach.

Co gorsze, bębnienie Ågrena znacznie ustępuje temu, co zwykle proponował lider. W dodatku prawie wcale nie słychać tu basu, więc można zapomnieć o tej potężnej zeuhlowej rytmice, która zawsze wyróżniała ten zespół. Kompletnie nie wykorzystano też obecności Blasa. Jego wyśmienite, nieco jazzujące solo gitarowe we fragmencie "Zëss Mahntëhr Kantöhm (Le Maître Chant)" zostało kompletnie przykryte przez wokal i partie praskich filharmoników (jeśli ktoś chce go posłuchać, to polecam sprawdzić filmik zapowiadający album - jest wciąż dostępny na YouTube). Sama orkiestra nie gra nic szczególnie interesującego, jej partie przypominają w sumie ścieżkę dźwiękową jakiegoś starego filmu. Jeśliby jednak "Zëss" zaaranżować w klasycznym stylu zespołu, to album ten prawdopodobnie i tak byłby jednym ze słabszych w dyskografii. Sama kompozycja brzmi jak kolejna wariacja na znane od lat tematy.

A więc stało się. Christiana Vandera i Magmę w końcu dopadła starość. Nie chodzi mi bynajmniej o wiek lidera i ilość lat od powstania zespołu, bo przecież jeszcze w XXI wieku ukazywały się pod tym szyldem albumy, które równie dobrze mogłyby powstać w latach 70. W porównaniu z takimi "K.A" czy "Ëmëhntëhtt-Ré", "Zëss (Le Jour Du Néant)" brzmi nie jak nagrany jedną, ale kilka dekad później. Jakby muzykom nagle całkiem zabrakło energii i kreatywności. Gdybym nie wiedział, kto i w jakich okolicznościach nagrał tę płytę, mógłbym pomyśleć, że to jakaś parodia lub nieudolne naśladownictwo Magmy. Nawet powszechnie krytykowany "Merci", który poszerzył stylistykę zeuhlu o wpływy disco, jest moim zdaniem albumem znacznie lepszym. Ale tam poza samym zamysłem był też pomysł na jego zrealizowanie, a tutaj zdecydowanie zabrakło koncepcji, nie tylko na sensowne wykorzystanie orkiestry, ale też muzyków z podstawowego składu. Plusy? Jest to wszystko porządnie zagrane oraz wyprodukowane, a słuchanie nie wywołuje u mnie bardziej negatywnych odczuć niż znużenie i rozczarowanie.

Ocena: 5/10



Magma - "Zëss (Le Jour Du Néant)" (2019)

1. Ẁöhm Dëhm Zeuhl Stadium (Hymne Au Néant); 2. Da Zeuhl Ẁortz Dëhm Ẁrëhntt (Les Forces De L'Univers - Les Eléments); 3. Dïwöóhr Spraser (La Voix Qui Parle); 4. Streüm Ündëts Ẁëhëm (Pont De L'En-Delá); 5. Zëss Mahntëhr Kantöhm (Le Maître Chant); 6. Zï Ïss Ẁöss Stëhëm (Vers L'Infiniment); 7. Dümgëhl Blaö (Glas Ultime)

Skład: Christian Vander - wokal; Stella Vander - wokal; Simon Goubert - pianino; Rudy Blas - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Morgan Ågren - perkusja; Hervé Aknin, Sandrine Destefanis, Isabelle Feuillebois, Sylvie Fisichella, Laura Guarrato, Marcus Linon, Julie Vander - dodatkowy wokal
Gościnnie: Adam Klemens - dyrygent; Lucie Švehlová - koncertmistrz; The City of Prague Philharmonic Orchestra - instr. smyczkowe i dęte; Rémi Dumoulin - orkiestracja
Producent: Stella Vander


17 grudnia 2020

[Recenzja] David Bowie - "Station to Station" (1976)



"Station to Station" to przejściowy album w karierze Davida Bowie. On sam niewiele pamięta z okresu tworzenia tego materiału. Artysta był wówczas poważnie uzależniony od kokainy, co istotnie wpływało na jego stan psychiczny i wygląd zewnętrzny. W tamtym czasie stworzył swoje ostatnie słynne alter-ego, powszechnie znane jako The Thin White Duke. Najbardziej ze wszystkich kontrowersyjne, ze względu na na zainteresowania tej postaci okultyzmem i... nazizmem. Po latach Bowie tłumaczył się, że była to tylko kreacja artystyczna, stworzona pod wpływem narkotyków. Jego nowy wizerunek docenił natomiast brytyjski reżyser Nicolas Roeg, który zaproponował muzykowi główną rolę w filmie "Człowiek, który spadł na ziemię". Był to jego pierwszy poważny występ aktorski. Kadr z filmu trafił na okładkę albumu "Station to Station". Znalazły się na nim utwory, które Bowie tworzył z myślą o jego ścieżce dźwiękowej. Nie udało się jednak dogadać z reżyserem, w wyniku czego rzeczywisty soundtrack powstał bez udziału artysty, a przygotowane przez niego nagrania stały się samodzielnym dziełem. Jednym z najbardziej cenionych w całym jego dorobku.

Jeśli zaś chodzi o wspomnianą przejściowość, to album z jednej strony jest wyraźną kontynuacją poprzedniego "Young Americans", a z drugiej stanowi już zapowiedź przyszłych dokonań. O fascynacji lidera soulem przypomina przede wszystkim "Golden Years", największy przebój z tej płyty. To akurat dość banalna piosenka, która o wiele bardziej pasowałaby na poprzedni longplay. Mocno funkowy "Stay" to już ciekawsze nagranie, mimo wciąż tanecznego charakteru, dające duże pole do popisu gitarzystom. Echa tamtej stylistyki słychać też w "TVC 15", nieco kabaretowym kawałku, który wymyka się prostej kwalifikacji gatunkowej. Na albumie znalazły się też dwie udane, typowe dla artysty ballady, "Word on a Wing" i "Wild is the Wind", choć akurat ta druga to przeróbka utworu z końca lat 50., oryginalnie wykonane przez Johnny'ego Mathisa na potrzeby identycznie zatytułowanego filmu. Najważniejszy jest tu jednak tytułowy "Station to Station", który z długością przekraczającą dziesięć minut okazuje się najdłuższym studyjnym nagraniem Bowiego. Tu również pobrzmiewają jeszcze pewne echa funku czy soulu, jednak słychać też wpływy najnowszych fascynacji lidera - dokonań takich grup, jak Kraftwerk, Neu! czy innych przedstawicieli krautrocka. To obok tytułowej kompozycji z "Aladdin Sane" najbardziej ambitne nagranie w dotychczasowym dorobku artysty i punkt wyjścia dla jego kolejnych albumów, czyli słynnej Trylogii Berlińskiej.

"Station to Station" to longplay wciąż mocno osadzony w bardziej komercyjnych, tanecznych klimatach. Jednak w porównaniu z "Young Americans" jest dziełem o wiele dojrzalszym, w większym stopniu nacechowanym osobowością twórcy, a przy tym zdradzającym pewne ambicje artystyczne. Zdecydowanie jest to jeden z najbardziej udanych albumów w dyskografii Davida Bowie.

Ocena: 8/10



David Bowie - "Station to Station" (1976)

1. Station to Station; 2. Golden Years; 3. Word on a Wing; 4. TVC 15; 5. Stay; 6. Wild is the Wind

Skład: David Bowie - wokal, gitara, saksofon altowy, saksofon tenorowy, syntezator, melotron; Roy Bittan - pianino, organy; Harry Maslin - syntezator, wibrafon, melodyka; Carlos Alomar - gitara; Earl Slick - gitara; George Murray - gitara basowa; Dennis Davis - perkusja; Warren Peace - dodatkowy wokal
Producent: David Bowie i Harry Maslin


15 grudnia 2020

[Recenzja] Sun Ra - "Space Is the Place" (1973)



Gdybym miał wskazać najlepsze płyty Sun Ra dla początkujących słuchaczy, wybrałbym "Space Is the Place" i trochę późniejszy "Lanquidity". Nie przypadkiem to właśnie te pozycje z jego bogatej dyskografii cieszą się największą popularnością. A przynajmniej tak sugeruje baza serwisu Rate Your Music. Oba wydawnictwa, choć całkiem inne, pokazują bardziej przystępne oblicze twórczości tego ekscentrycznego jazzmana. Zawierają muzykę o całkiem sporych walorach rozrywkowych, nie schodząc jednak z wysokiego poziomu artystycznego. "Space Is the Place" to być może najpełniejsze i najciekawsze dzieło zaliczane do estetyki afrofuturyzmu, zresztą stworzonej przez samego Sun Ra. To album z jednej strony głęboko odwołujący się do korzeni czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie inkorporujący elementy science fiction. Wystarczy spojrzeć na okładkę, która oczywiście wywołuje skojarzenia ze starożytnym Egiptem, ale ma też w sobie coś kosmicznego.

Tytułowe nagranie "Space Is the Place" to prawdopodobnie najsłynniejsza kompozycja Sun Ra, czemu trudno się dziwić. Pomimo dwudziestominutowej długości jest to niezwykle chwytliwy utwór, z jakby plemiennymi, wielogłosowymi partiami wokalnymi, dzikimi solówkami dęciaków, hipnotyzującą sekcją rytmiczną oraz dźwiękami syntezatora i zmodyfikowanych organów. Te ostatnie w chwili wydania musiały brzmieć bardzo futurystycznie, a dziś mają fajny klimat retro. Cały utwór wypada naprawdę świetnie. Ale to dopiero połowa albumu, pierwsza strona winyla. Całości dopełniają natomiast cztery krótsze formy. Reszta płyty może nie przyciąga już tak mocno uwagi, jednak to wciąż bardzo solidne granie. "Images" zaskakuje bardzo klasycznym podejściem do jazzowego idiomu. Początek, z liderem grającym na pianinie w towarzystwie swingującej gitary basowej i perkusji, brzmi wręcz konwencjonalnie. Dopiero, gdy dochodzi rozbudowana sekcja rytmiczna, grająca w bardziej złożonej harmonii, robi się mniej zwyczajnie, choć to wciąż wyjątkowo melodyjny kawałek. Bardzo interesująco wypada natomiast "Discipline", niby nastrojowy, spokojniejszy ale jednak bardzo dużo się w nim dzieje na kilku planach jednocześnie. Moją uwagę zwracają przede wszystkim ładne partie elektrycznych organów, fletów i klarnetu basowego, zgrane solo na trąbce, ale także nieco plemienna rytmika. "Sea of Sounds" to już zdecydowanie bardziej intensywne nagranie, o zdecydowanie freejazzowym charakterze. W finałowym "Rocket Number Nine" powracają partie wokalne, tym razem o wiele dziwniejsze, z akompaniamentem kosmicznych klawiszy, ostinatowej partii klarnetu basowego (przejmującego tu rolę kontrabasu / gitary basowej) oraz dość intensywnej perkusji, a całości dopełnia agresywne solo saksofonu. Nawet jak na twórczość Sun Ra jest to mocno odjechane nagranie. Szkoda tylko, że nie trwa nawet trzech minut.

W przeciwieństwie do wielu innych wydawnictw klawiszowca, "Space Is the Place" całkiem łatwo upolować na fizycznym nośniku. Oprócz pierwszych wydań winylowych, opublikowanych nakładem Blue Thumb Records (specjalizującej się raczej w muzyce rockowej i bluesowej), są też dostępne liczne kompaktowe i winylowe wznowienia dokonane przeważnie przez Impulse! Records. Obszerna dyskografia Sun Ra obejmuje albumy na pewno bardziej nowatorskie i ambitniejsze od tego, jednak niekoniecznie równie dobrze łączące ekstrawaganckie pomysły lidera z tak dużą przystępnością. I w tym tkwi olbrzymia siła tego wydawnictwa.

Ocena: 8/10



Sun Ra - "Space Is the Place" (1973)

1. Space Is the Place; 2. Images; 3. Discipline; 4. Sea of Sounds; 5. Rocket Number Nine

Skład: Sun Ra - instr. klawiszowe; Marshall Allen - saksofon altowy, flet; Danny Davis - saksofon altowy, flet; Larry Northington - saksofon altowy; Danny Thompson - saksofon barytonowy, flet, wokal; Pat Patrick - saksofon barytonowy, gitara basowa, wokal; John Gilmore  - saksofon tenorowy, perkusja, wokal; Eloe Omoe - klarnet basowy, flet; Akh Tal Ebah - trąbka, skrzydłówka, wokal; Lamont McClamb - trąbka, instr. perkusyjne; Lex Humphries - perkusja i instr. perkusyjne; Harry Richards - perkusja; Robert Underwood - perkusja; Alzo Wright - perkusja; Russell Branch - instr. perkusyjne; Stanley Morgan - instr. perkusyjne; Cheryl Banks - wokal; Judith Holton - wokal; June Tyson - wokal; Ruth Wright - wokal
Producent: Alton Abraham i Ed Michel


13 grudnia 2020

[Recenzja] Univers Zero - "Uzed" (1984)



Trzyletnia przerwa, dzieląca "Uzed" od poprzedniego w dyskografii Univers Zero albumu "Ceux Du Dehors", przyniosła wiele zmian. Przede wszystkim w składzie nie pozostał żaden z dotychczasowych muzyków, z wyjątkiem perkusisty i lidera Daniela Denisa oraz wracającego po przerwie Christiana Geneta. Nowi instrumentaliści wykazali się jednak doskonałym zrozumieniem specyficznej twórczości belgijskiego zespołu, który zachował swoją rozpoznawalność. Nie da się jednak ukryć, że "Uzed" to album wyjątkowo łatwy w odbiorze... Oczywiście, jak na Univers Zero. To wciąż muzyka silnie inspirowana XX-wieczną poważką, a szczególnie dokonaniami Igora Strawinskiego i Beli Bartoka, oparta w dużym stopniu na brzmieniach akustycznych, aczkolwiek wspartych mocną grą sekcji rytmicznej, dodającej rockową dynamikę. Tym razem jednak utwory wydają się jakby trochę mniej skomplikowane - wciąż jednak bardziej złożone i abstrakcyjne od zdecydowanej większości muzyki rockowej - a na pewno wyraźniej zaznaczona jest tu warstwa melodyczna. Niewiele tu też posępnego klimatu, który charakteryzował wcześniejsze płyty, szczególnie zaś budzący autentyczną grozę "Heresie".

Zmieniło się też trochę instrumentarium. Na dwóch pierwszych płytach było słychać dużo fisharmonii, organów i akustycznego pianina, na "Ceux Du Dehors" doszedł jeszcze melotron i syntezatory. Tutaj brzmienia klawiszowe ograniczają się wyłącznie do akustycznego i elektrycznego pianina oraz syntezatorów. Ponadto saksofony i klarnety zajęły miejsce fagotu i oboju, a altówka oraz (z wyjątkiem jednego utworu) skrzypce zostały zastąpione przez wiolonczelę. Trzeba jeszcze wspomnieć o większym niż kiedykolwiek wcześniej zastosowaniu elektrycznej gitary. Po raz pierwszy, choć jeszcze w dość zachowawczy sposób, pojawiają się też eksperymenty z taśmami. To wszystko ogromnie wpływa na brzmienie. Pewną nowością są także pobrzmiewające tu i ówdzie melodie typowe dla Środkowego Wchodu. Świetnie słychać to już na przykładzie rozpoczynającego longplay "Présage". Zresztą sam początek tego nagrania zaskakuje swoją delikatnością i prostotą, dopiero po kilkudziesięciu sekundach zaczyna się typowe dla Univers Zero kombinowanie, choć w zaskakująco melodyjnym wydaniu. I wcale nie pozbawia to tej muzyki walorów artystycznych, lecz wzbogaca ją o nową jakość. Zbliżony kierunek muzycy obrali w większości utworów, przede wszystkim w "Parade" i najdłuższym na płycie "Émanations", a jeszcze dalej od swoich korzeni odeszli w "Célesta (for Chantal)". Najbardziej zakręcony i najbliższy wcześniejszych dokonań jest natomiast najkrótszy w zestawie "L'Étrange Mixture Du Docteur Schwartz".

Univers Zero zaproponował na "Uzed" coś zdecydowanie odmiennego od wcześniejszych dokonań, a jednocześnie bardzo dobrze z nimi korespondującego. Daniel Denis z nowymi muzykami nie zaczął nagle grać zupełnie inaczej, a raczej rozwinął wcześniejszą koncepcję w innym kierunku, wprowadzając różne zmiany, ale to niewątpliwie wciąż Univers Zero. Dla słuchaczy, którzy dopiero zaczynają interesować się bardziej awangardowymi odmianami rocka progresywnego, "Uzed" to zdecydowanie lepszy wybór od "Heresie". Choć to jeszcze nie najłatwiejszy w odbiorze album grupy.

Ocena: 8/10



Univers Zero - "Uzed" (1984)

1. Présage; 2. L'Étrange Mixture Du Docteur Schwartz; 3. Célesta (for Chantal); 4. Parade; 5. Émanations

Skład: Jean-Luc Plouvier - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Dirk Descheemaeker - saksofon sopranowy, klarnet, klarnet basowy; André Mergen - wiolonczela, saksofon altowy, głos; Christian Genet - gitara basowa, gitara, balafon, taśmy; Daniel Denis - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator
Gościnnie: Michel Delory - gitara (3); Marc Verbist - skrzypce (3)
Producent: Univers Zero


11 grudnia 2020

[Recenzja] My Bloody Valentine - "EP's 1988-1991" (2012)



Przez pierwsze kilkanaście lat działalności My Bloody Valentine wydali tylko dwa pełne albumy. Jednak muzycy chętnie publikowali też mniejsze wydawnictwa. O ile pierwsze EPki są raczej tylko ciekawostką, pokazującą ewolucję zespołu zanim doszedł do stworzenia własnego stylu, tak te późniejsze zawierają materiał, który nie ustępuje temu z dużych płyt. I właśnie te utwory zgromadzono na kompilacji o wszystko mówiącym tytule "EP's 1988-1991". Znalazł się tutaj komplet nagrań z płytek "You Made Me Realise", "Feed Me with Your Kiss", "Glider" oraz "Tremolo". Na dwupłytowym wydaniu winylowym kawałki z każdej EPki zajmują jedną stronę płyty. Ciekawiej jednak wypada wersja kompaktowa, do której dołączono inne utwory spoza albumów, w tym trzy wcześniej niepublikowane. Trudno wyobrazić sobie lepsze uzupełnienie "Isn't Anything" i "Loveless" (nawet jeśli część materiału się powtarza).

"You Made Me Realise" (1988) poprzedził o trzy miesiące premierę długogrającego debiutu. To właśnie tutaj zespół po raz pierwszy zabrzmiał tak, jak już od pewnego czasu grał na koncertach, łącząc noise'owe gitary z melodyjnymi i nieco eterycznymi, dream-popowymi partiami wokalnymi. Było to pierwsze istotne wydawnictwo w nurcie, któremu z czasem nadano nazwę shoegaze. EPka wskazała drogę zarówno dla kolejnych poczynań My Bloody Valentine, jak i - pośrednio lub bezpośrednio - dla innych przedstawicieli tego stylu O tym, że już wtedy charakterystyczne brzmienie zespołu było praktycznie całkiem ukształtowane, najlepiej świadczą takie utwory, jak "Slow", "Drive It All Over Me", a zwłaszcza tytułowy "You Made Me Realise", w którym najciekawiej skontrastowano potężne, choć zniekształcone riffowanie z przebojowym śpiewem Kevina Shieldsa i Bilindy Butcher, a do tego fajnie wpleciono tu fragment kompletnego szumu. (czasem określany podtytułem "Holocaust"). Jednak ciekawych eksploracji brzmieniowych i jeszcze bardziej wyrazistych melodii nie brakuje też w dwóch wcześniej wymienionych kawałkach. Wydawnictwo zawiera ponadto parę łagodniejszych momentów. W "Thorn" bardziej konwencjonalne partie instrumentalne - w tym dźwięki gitary akustycznej - zdecydowanie spychają hałas na dalszy plan, jednocześnie zbliżając go do stylistyki jangle popu. Podobnie jest w "Cigarette in Your Bed", w którym zniekształcone dźwięki tylko czasem przebijają się spod bardziej nastrojowego, dream-popowego grania. Także te utwory bronią się zarówno dobrymi melodiami, jak i ciekawymi aranżacjami. Zespół nie zmarnował ani sekundy z tych niespełna dwudziestu minut. Każdy z tych pięciu utworów jest bezbłędny. Szkoda jedynie, że muzycy tak się pośpieszyli z wydaniem tego materiału. Gdyby dodać tu jeszcze 5-6 najlepszych fragmentów "Isn't Anything", byłoby to wydawnictwo na poziomie porównywalnym z "Loveless". 

Tytułowe nagranie z "Feed Me with Your Kiss" (1988) powtórzono, w tej samej wersji, na wydanym zaledwie trzy tygodnie później "Isn't Anything". Jednak EPka, przynajmniej w wersji brytyjskiej, zawiera też trzy inne utwory. W Kanadzie zdecydowano się nieco zamieszać z tracklistą, rezygnując z jednego z tych kawałków, za to dodając trzy fragmenty "You Made Me Realise". Na szczęście, na "EP's 1988-1991" trafiły wszystkie utwory z oryginalnego wydania. To dobrze, ponieważ zlekceważony niegdyś przez Kanadyjczyków "I Believe" to wzorcowy utwór My Bloody Valentine, z ciekawie, bardzo mocno zniekształconym brzmieniem oraz ledwo wydobywającym się zza niego, a w rezultacie sprawiającym dość oniryczne wrażenie śpiewem. Podobnie i równie udanie prezentuje się "Emptiness Inside", w którym melodia nieco skuteczniej przebija się przez gitarowe efekty. Ale już "I Need No Trust" to nagranie całkiem innego rodzaju, w którym brzmienie zostało zniekształcone w bardziej klimatyczny, zupełnie niehałaśliwy sposób. Całość nie robi może aż tak piorunującego wrażenia, jak poprzednia EPka, niemniej jednak stanowi bardzo przyjemne uzupełnienie. Jako ciekawostkę można dodać, że inżynierem dźwięki podczas tej sesji - tej samej, która zaowocowała albumem "Isn't Anything" - był Dave Anderson, były basista krautrockowego Amon Düül II oraz psychodeliczno-hardrockowego Hawkwind. Może nie ma to większego znaczenia w kontekście zawartej tu muzyki, jednak stanowi fajny łącznik pomiędzy My Bloody Valentine a postępowym rockiem z początku wcześniejszej dekady.

Prace nad drugim albumem grupy trwały ponad dwa i pół roku. W międzyczasie ukazały się jednak dwie kolejne EPki. Pierwszą z nich, "Glider" (1990), rozpoczyna doskonale znany "Soon", który w nieco inaczej zmiksowanej wersji powrócił jako finał "Loveless". Tutaj towarzyszą mu trzy inne nagrania. Tytułowy "Glider" to jeden z najbardziej zaawansowanych eksperymentów Shieldsa z efektami gitarowymi i jeden z naprawdę nielicznych utworów zespołu, które całkowicie odchodzą od piosenkowości. Jego całkowitym przeciwieństwem jest "Don't Ask Why", w którym na pierwszym planie dominuje melodyjna partia wokalna, dopełniana łagodnym, choć wcale nie konwencjonalnym akompaniamentem. Zresztą pod koniec pojawia się też trochę noise'owego brudu. Bliski zwyczajnej piosenki jest natomiast "Off Your Face", jeden z najbardziej chwytliwych kawałków grupy, choć i tutaj brzmienie nie jest do końca normalne. , co słuchać szczególnie w rozbudowanej końcówce nagrania. Nie dziwi mnie wprawdzie, czemu tylko "Soon" został powtórzony na "Loveless", jednak nie znaczy to, że pozostałe kawałki wypadają dużo słabiej. Po prostu niespecjalnie by pasowały na tamtej album.

Z "Tremolo" (1991) sprawa wygląda podobnie jak z poprzednią EPką, bo wydawnictwo znów rozpoczyna się utworem wykorzystanym później na "Loveless". "To Here Knows When", tutaj w nieznacznie innym miksie, to zresztą jeden z ciekawych utworów grupy - kolejny bardzo zaawansowany eksperyment z brzmieniem, choć tym razem ze śpiewem, który i tak niemalże całkiem ginie pod ścianą zniekształceń. "Tremolo" jest również chyba najlepszym przykładem wykorzystania przez Shieldsa samplingu. Przykładem tego nie tylko "To Here Knows When", gdzie wykorzystano go to spotęgowania efektu odrealnienia, ale też chociażby w "Swallow", w którym wspamplowano turecką melodię, która w połączeniu z eterycznym głosem Butcher tworzy bardzo fajny nastrój. W żywszym "Honey Power" fragmenty ze zniekształconym brzmieniem przeplatają się z łagodnymi, bardzo melodyjnymi zwrotkami. Finałowy "Moon Song" znów w całości charakteryzuje się odrealnionym brzmieniem, choć raczej subtelnym i nie przysłaniającym melancholijnego śpiewu Shieldsa. Pomiędzy czterema podstawowymi utworami pojawiają się tu jeszcze trzy instrumentalne interludia, niewydzielone jako osobne ścieżki i nie posiadające nawet tytułów. Pomysł ten powtórzono na wydanym dziewięć miesięcy później "Loveless". Warto dodać, że "To Here Knows When" w albumowej wersji został połączony z zupełnie nowym interludium.

Świetnym pomysłem było dodanie tu licznych bonusów, dzięki czemu "EP's 1988-1991" jeszcze pełniej uzupełnia dyskografię My Bloody Valentine z tytułowego okresu. Dwa kawałki o wspólnym tytule "Instrumental" oryginalnie znalazły się na singlu, który dołączono do niektórych winylowych wydań "Isn't Anything". "Instrumental No 2" to wyjątkowa rzecz w katalogu zespołu - oparta na mocnym perkusyjnym beacie z nagrania "Security of the First World" Public Enemy, do którego doklejono delikatne, przetworzone dźwięki gitary. To raczej okolice bardziej atmosferycznych odmian techno czy instrumentalnego hip-hopu niż shoegaze'u czy ogólnie rocka. "Instrumental No 1" to z kolei bardzo żywiołowy, ostrzejszy kawałek, który momentami podchodzi pod bardziej konwencjonalne odmiany rocka, ale sporo tu też dźwiękowych eksperymentów. Kolejny bonus to pełna, dziesięciominutowa wersja "Glider", pochodząca z singla opublikowanego równolegle z tak samo zatytułowaną EPką. Swoją drogą, do kompletu brakuje tu drugiego kawałka z tej samej płytki, czyli "Soon" w remiksie Andy'ego Weatheralla, podkreślającym taneczny charakter tego utworu.

Jest za to "Sugar" z wydanego w 1989 roku splita ze znacznie mniej znaną grupą Pacific. To bardziej melodyjna piosenka, z prostą partią gitary na pierwszym planie, ale też z dość ciekawym, przetworzonym tłem. Największą niespodzianką są tu jednak trzy nieznane wcześniej utwory, o których tak naprawdę niewiele wiadomo, bo nie podano żadnych szczegółów na temat czasu rejestracji. "Angel" fajnie łączy gitarowy czad z niezłą melodią i bardziej eterycznymi momentami. Jeszcze bardziej wyrazistą melodię ma "Good for You", w którym pobrzmiewa jakby jangle-popowa gitara, jednak dość mocno zatopiona w tych wszystkich efektach. Zdecydowanie nie odstaje od nich "How Do You Do It", właściwie kolejna melodyjna piosenka z ostrzejszym brzmieniem, jednak za sprawą rozmytego brzmienia daleka od typowo rockowej sztampy. Nie mam pojęcia czemu żaden z nich nie trafił na którąś z EPek. 

"EP's 1988-1991" to w zasadzie obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli My Bloody Valentine, będąc równie istotnym wydawnictwem, co "Isn't Anything" i "Loveless". Zawarte tu utwory nie odstają poziomem  od tych z regularnych albumów (choć na każdym z tych trzech wydawnictw zdarzają się lepsze i trochę mniej ekscytujące momenty), a nawet pokazują nieco większą wszechstronność Kevina Shieldsa. Ze względu jednak na obszerność tego materiału, trwającego sto minut, nie polecam go osobom, które jeszcze nie odkryły tego zespołu. Zamiast tego mogą sięgnąć osobno po każdą z czterech EPek - szczególnie polecam "You Made Me Realise" - których długość jest zdecydowanie bardziej przyswajalna.

Ocena: 8/10



My Bloody Valentine - "EP's 1988-1991" (2012)

CD1: 1. You Made Me Realise; 2. Slow; 3. Thorn; 4. Cigarette in Your Bed; 5. Drive It All Over Me; 6. Feed Me with Your Kiss; 7. I Believe; 8. Emptiness Inside; 9. I Need No Trust; 10. Soon; 11. Glider; 12. Don't Ask Why; 13. Off Your Face
CD2: 1. To Here Knows When; 2. Swallow; 3. Honey Power; 4. Moon Song; 5. Instrumental No 2; 6. Instrumental No 1; 7. Glider (full version); 8. Sugar; 9. Angel; 10. Good for You; 11. How Do You Do It

Skład: Kevin Shields - wokal, gitara, sampler; Bilinda Butcher - wokal, gitara; Debbie Googe - gitara basowa; Colm Ó Cíosóig - perkusja i instr. perkusyjne, sampler
Producent: My Bloody Valentine


9 grudnia 2020

[Recenzja] Grant Green - "Idle Moments" (1965)



Mówiąc o jazzowych gitarzystach nie można nie wspomnieć Granta Greena. Może i sam instrument nie należy do najczęściej obecnych w tym gatunku, niemniej jednak wielu grających na nim muzyków zapisało się w ścisłym kanonie. Green zawdzięczał to nie tylko talentowi, ale też ciężkiej pracy. W samych latach 60. nagrał materiał na ponad dwadzieścia solowych albumów (wiele z nich ukazało się już po śmierci artysty), znajdując też czas na sesje w roli sidemana, m.in. u boku Herbiego Hancocka, Lee Morgana (na znakomitym "Search for the New Land"), Donalda Byrda czy Larry'ego Younga. Tak intensywny tryb życia umożliwiały gitarzyście różne wspomagacze. Jednak nałóg narkotykowy szybko wyniszczał jego organizm. Od końca wspomnianej dekady był już trochę mniej aktywny, aczkolwiek wciąż dużo nagrywał i koncertował, wbrew zaleceniom lekarzy. Zmarł na początku 1979 roku, czego bezpośrednią przyczyną był atak serca.

Za największe dzieło Greena uważa się "Idle Moments". Był to jeden z tych licznych albumów hardbopowych wręcz taśmowo produkowanych przez Blue Note w studiu Rudy'ego Van Geldera, przy udziale dość przypadkowego, szybko zebranego składu, mającego zarejestrować materiał nierzadko tworzony pod presją czasu. Podczas odbywającej się 4 listopada 1963 roku sesji gitarzyście towarzyszyli tacy muzycy, jak Joe Henderson i Bobby Hutcherson, ale też nieco mniej znani pianista Duke Pearson, basista Bob Cranshaw oraz perkusista Al Harewood. Muzycy wzięli na warsztat jazzowy standard "Django" z repertuaru Modern Jazz Quartet, a także dwie premierowe kompozycje Pearsona ("Idle Moments", "Nomad") i jedną lidera ("Jean De Fleur"). Sesja przebiegała sprawnie, początkowo bez żadnych niespodzianek. Kiedy jednak sekstet zabrał się za tytułową kompozycję, omyłkowo zagrano początkowy temat dwukrotnie. Instrumentaliści nie przerwali jednak gry, za to postanowili wydłużyć też swoje solowe popisy, co rozciągnęło utwór do blisko kwadransa. Alfred Lion, producent albumu, zasugerował dokonanie kilku krótszych podejść. Jednak ostatecznie doszedł do wniosku, że żadne wykonanie nie wypadło równie dobrze, jak to pierwsze. To właśnie ono trafiło na album. Muzycy musieli jednak wrócić do studia 15 listopada, by zarejestrować krótsze wersje "Jean De Fleur" i "Django", aby wszystkie kompozycje zmieściły się na jednej płycie. Pierwotne podejścia do tych utworów dołączono jako bonusy na niektórych wydaniach kompaktowych.

Rozpoczynający całość utwór tytułowy faktycznie wyróżnia się, zgodnie z tytułem, beztroskim nastrojem. To w zasadzie bardzo klasyczna ballada hardbopowa, jednak dzięki tej początkowej pomyłce nabrała bardziej swobodnego charakteru, co pozwoliło muzykom pokazać swoje umiejętności, ale też doskonałe wyczucie klimatu. Błyszczą przede wszystkim Henderson, Hutcherson oraz Green, jednak pozostali muzycy też spisują się dobrze. Rozpoczęcie albumu spokojniejszym utworem było dość ryzykownym posunięciem, jednak jest to też najbardziej tutaj charakterystyczne nagranie, przyciągające uwagę już od wprowadzających w całość dźwięków pianina. Co nie znaczy, że reszta albumu prezentuje się słabiej. Przyjemnie wypada żywszy "Jean De Fleur", z energetycznymi, ale wciąż finezyjnymi popisami solistów, które skutecznie wyrywają z zadumy wywołanej poprzednim nagraniem. Subtelniej robi się znów w "Django", jednak w grze muzyków nie brakuje ekspresji. Tej jednak najwięcej jest w finałowym, znów bardziej rozbudowanym "Nomad". To jedyny utwór na płycie, w którym pierwsze solo nie należy do lidera, lecz do Hendersona, którego fantastyczny popis wywołuje odległe skojarzenia z Johnem Coltrane'em. Świetnie wypadają też solówki Hutchersona i Greena, natomiast nic wyjątkowego nie zaprezentował Pearson (nie dziwi mnie, że w późniejszych latach był bardziej aktywny jako producent niż muzyk).

"Idle Moments" nie przyniósł może utworów, które stały się jazzowymi standardami - zapewne dlatego, że tematy nie są tu szczególnie chwytliwe, stawiając raczej na dość wyrafinowane harmonie - jednak cały album wpisał się do kanonu. Można przyczepić się, że sekcja rytmiczna nie wychodzi tu poza swoją podstawową rolę (szczególnie basista i perkusista trzymają się cały czas w tle), ale wynagradzają to ekscytujące partie czołowych postaci tego albumu. W dodatku wszystkim instrumentalistom, którzy po raz pierwszy grali w takiej konfiguracji, udało się ze sobą świetnie zgrać. Zresztą współpracowało im się ze sobą tak dobrze, że pod koniec grudnia 1963 roku dokładnie ten sam sekstet powrócił do Van Gelder Studio. Efekty tej sesji trafiły na album "The Kicker" Bobby'ego Hutchersona, opublikowany dopiero po trzydziestu sześciu latach.

Ocena: 8/10



Grant Green - "Idle Moments" (1965)

1. Idle Moments; 2. Jean De Fleur; 3. Django; 4. Nomad

Skład: Grant Green - gitara; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Duke Pearson - pianino; Bobby Hutcherson - wibrafon; Bob Cranshaw - kontrabas; Al Harewood - perkusja
Producent: Alfred Lion