24 lutego 2017

[Recenzja] Camel - "Camel" (1973)



Grupa Camel zaliczana jest do najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów z nurtu rocka progresywnego. Można z tym polemizować, gdyż nie była ona nigdy ani szczególnie oryginalna, ani wybitna. Większość dyskografii Wielbłąda to właściwie trochę bardziej ambitny pop. Na początku swojej działalności zespół nagrał jednak kilka wartościowych albumów, zawierających trochę bardziej ambitną - ale tylko odrobinę bardziej skomplikowaną od "zwykłego" rocka - muzykę. Za jego największe osiągnięcia powszechnie uznaje się longplaye od drugiego do czwartego, czyli "Mirage", "The Snow Goose" i "Moonmadness". W ich cieniu pozostaje debiut - wydany w małym nakładzie bez żadnej promocji, w związku z czym przez wiele lat był prawdziwym białym krukiem. Bez wątpienia jest to jednak jedno z najciekawszych wydawnictw Camel.

Zawarte na nim utwory brzmią jak Wishbone Ash bez porywających solówek gitarowego duetu, albo jak wczesny Santana bez elementów latynoskich. To drugie skojarzenie pogłębia podobne brzmienie elektrycznych organów, które dominują tu nad innymi instrumentami. Przeważają łagodne, melancholijne, ale zarazem dynamiczne kompozycje, jak "Slow Yourself Down", "Mystic Queen", "Curiosity" i "Never Let Go". Najciekawiej wypada ten ostatni, dzięki bogatszej aranżacji, z instrumentarium poszerzonym o flet, melotron i syntezatory. To także najbardziej znany fragment debiutu, dzięki stałej obecności w koncertowej setliście. "Curiosity" z kolei jest odrobinkę bardziej złożony, wywołując nawet lekkie skojarzenia z twórczością Gentle Giant. We wszystkich tych utworach pojawiają się natomiast ostre, rockowo zadziorne gitarowe solówki, które znacznie je ożywiają. Zaś najbardziej zadziornym i energetycznym utworem jest "Separation".

Istotnym problemem zespołu jest brak wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Partie wokalne dzielą tu między sobą gitarzysta Andrew Latimer, klawiszowiec Peter Bardens i basista Doug Ferguson - niestety, wszyscy trzej śpiewają równie beznamiętnie, wręcz usypiająco. Co w bardziej dynamicznych momentach jest dość irytujące. Nic dziwnego, że z czasem grupa zminimalizowała rolę partii wokalnych i zaczęła wykonywać głównie instrumentalną muzykę. Już na debiucie znalazły się dwa instrumentalne utwory. Łagodniejszy "Six Ate", najbliższy luzackiego klimatu wczesnego Santany, to przede wszystkim popis Bardensa, grającego długie solówki na organach i syntezatorze, choć nie brakuje też solówek Latimera. "Arubaluba" to z kolei najcięższy utwór na albumie, momentami oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, a zarazem najbardziej złożony.

Debiutancki album Camel wypełnia bardzo przyjemna i melodyjna, przeważnie łagodna, oraz nieszczególnie - jak na rock progresywny - skomplikowana muzyka. Nie jest to wybitny album - takiego Wielbłąd nigdy nie nagrał - ale jeśli akurat ma się ochotę na coś lżejszego, lecz trzymającego poziom, to słucha się go naprawdę przyjemnie. Podobnie jak kilku kolejnych albumów Camel - ale o nich napiszę innym razem.

Ocena: 8/10



Camel - "Camel" (1973)

1. Slow Yourself Down; 2. Mystic Queen; 3. Six Ate; 4. Separation; 5. Never Let Go; 6. Curiosity; 7. Arubaluba

Skład: Andrew Latimer - gitara, wokal (1,4), flet (5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (5); Doug Ferguson - gitara basowa, wokal (2,6); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Williams


19 lutego 2017

[Recenzja] Comus - "First Utterance" (1971)



Comus to jeden z najbardziej oryginalnych, ale i najdziwniejszych, zespołów, jakie dane mi było słyszeć. Jego historia zaczęła się w 1969 roku, gdy dwaj brytyjscy gitarzyści, Roger Wootton i Glenn Goring, stworzyli folkowy duet. Nazwa została zainspirowana dramatem XVII-wiecznego angielskiego poety Johna Miltona. Tytułowy Comus to grecki bóg pijaństwa, rozpusty i chaosu. Z czasem skład rozrósł się do sekstetu, korzystającego z bogatego instrumentarium - poza gitarami akustycznymi i basową, obejmującego także flet, obój, skrzypce, altówkę i przeróżne perkusjonalia. Grupa pozostała przy graniu folku, ale robiła to na swój własny, bardzo niekonwencjonalny, wręcz awangardowy sposób. Partie wokalne dzielili między sobą Wootton, dysponujący dziwnym, "kwaśnym" głosem, oraz śpiewająca bardziej subtelnie Bobbie Watson, zaś śpiewane przez nich teksty dotykają takich tematów, jak przemoc, morderstwa, gwałty, szaleństwo i pogańskie wierzenia.

W 1971 roku ukazał się debiutancki album Comus, zatytułowany "First Utterance". W chwili wydania był praktycznie niezauważony, ale dziś otoczony jest prawdziwym kultem - wystarczy zajrzeć na RateYourMusic, gdzie zajmuje miejsce w trzeciej setce rankingu najlepiej ocenionych albumów wszech czasów, wyprzedając niezliczoną liczbę bardziej znanych longplayów. Co dziwi tym bardziej, że nie jest to łatwa w odbiorze muzyka. Już pierwszy utwór, "Diana" (z tekstem wyraźnie inspirowanym wspomnianym dramatem Miltona), może zniechęcić do przesłuchania całości. Mamy tutaj dziwny, nie do końca współbrzmiący duet wokalny Woottona i Watson, z akompaniamentem atonalnej partii skrzypiec i perkusjonaliów, kojarzących się z jakimś pogańskim obrzędem. Dopiero kolejne przesłuchania ujawniają piękno tkwiące w tej kompozycji. Podobnie mieszane odczucia budził we mnie początkowo "The Bite" - dość konwencjonalny pod względem muzycznym, z dynamicznym i melodyjnym podkładem gitar, skrzypiec i fletu, za to z bardzo pokręconymi wokalami.

Największe i najbardziej pozytywne wrażenie robią na mnie bardziej rozbudowane utwory, mieszczące się w czasie trwania od sześciu do dwunastu minut. Jak "Drip Drip" i "Song of Comus", zbudowane na dynamicznych kontrastach i interesująco łączące całkiem chwytliwe melodie z różnymi intrygującymi udziwnieniami, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Albo najdłuższy i najpiękniejszy "The Herald", z wyjątkowo subtelną partią wokalną - wyjątkowo w wykonaniu samej Watson. To tez najłatwiejszy w odbiorze utwór, obok finałowego "The Prisoner", wyróżniającego się prostszą i bardziej wyrazistą melodią, choć w warstwie wokalnej znów jest bardzo niekonwencjonalnie. Wszystkie te cztery utwory zachwycają fantastycznymi, misternymi partiami gitar, interesująco dopełnianymi skrzypcami i fletem, oraz bardzo specyficznym, niepowtarzalnym klimatem, takim wręcz paranoicznym w co dziwniejszych momentach. Całości dopełnia instrumentalna miniaturka "Bitten", brzmiąca jak soundtrack jakiegoś starego horroru.

Muzyczna zawartość "First Utterance" jest doprawdy niezwykła, dziwna i szalona, prawdziwie awangardowa. A zarazem nadzwyczaj piękna, urzekająca prześlicznymi, folkowymi melodiami. To trudna muzyka, ale warto się do niej przekonać.

Ocena: 10/10



Comus - "First Utterance" (1971)

1. Diana; 2. The Herald; 3. Drip Drip; 4. Song to Comus; 5. The Bite; 6. Bitten; 7. The Prisoner

Skład: Roger Wootton - wokal i gitara; Bobbie Watson - wokal i instr. perkusyjne; Glenn Goring - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Andy Hellaby - gitara basowa, dodatkowy wokal; Colin Pearson - skrzypce i altówka; Rob Young - flet, obój i instr. perkusyjne
Producent: Barry Murray


17 lutego 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Interview" (1976)



Twórczość Gentle Giant wyraźnie dzieli się na dwa etapy. Pierwszy, obejmujący lata 1970-75, to rock progresywny w najlepszym wydaniu. Siedem wydanych w tym czasie albumów zawiera muzykę bardzo oryginalną, innowacyjną, skomplikowaną i niekonwencjonalną, a zarazem niespecjalnie pretensjonalną i pełną humoru. Drugi okres, czyli lata 1977-80, to zaskakujący zwrot stylistyczny w stronę prostszego, niezbyt ambitnego grania. Słuchając takich albumów, jak "Giant for a Day" czy "Civilian" aż trudno uwierzyć, że ten miałki pop grany jest przez tych samych muzyków, którzy stworzyli "The Power and the Glory" i "Free Hand", nie wspominając o "In a Glass House". Gdyby chociaż ta zmiana przyniosła im od dawna wyczekiwany sukces, jak stało się w przypadku Yes i Genesis, dałoby to chociaż jeden argument w obronie muzyków. Jednak spopowiona wersja Gentle Giant nie zainteresowała masowych odbiorców, za to pomogła pozbyć się dotychczasowych słuchaczy.

Łącznikiem pomiędzy tymi dwoma okresami jest album "Interview". Longplay wyraźnie ukierunkowany na nieco prostsze, bardziej przystępne i przebojowe granie (vide "Another Show" i przerażająco banalny - jak na ten zespół - "Timing"), ale wciąż pokazujący wielki talent muzyków do tworzenia intrygujących kompozycji i złożonych, starannie przemyślanych aranżacji. O ile jednak na poprzednich albumach muzykom udawało się doskonale łączyć świetne melodie i wirtuozerię, tak tutaj mam wrażenie, że zespół czasem na siłę i niepotrzebnie komplikuje proste pomysły, jak w reggae'owym (!) "Give It Back" - swoją drogą, całkiem ciekawym eksperymencie -  czy skądinąd bardzo ładnej balladzie "Empty City", ze świetnymi wielogłosami i zgrabną melodią. Bardziej naturalnie wyszło to w tytułowym "Interview", w którym chwytliwa melodia idealnie stapia się z połamanym, funkowym rytmem i typowymi dla grupy, nieco dziwnymi wstawkami klawiszowymi. Albo w finałowym "I Lost My Head", składającym się z bardzo charakterystycznego dla wczesnego Gentle Giant, nieco awangardowego początku i... właściwie stricte hardrockowego rozwinięcia. Utworem najbardziej niekonwencjonalnym, a zarazem najbardziej typowym dla grupy, jest "Design" - kolejna, po "Knots" i "On Reflection", zabawa z polifonicznymi partiami wokalnymi wszystkich muzyków, z niemal ambientowym podkładem instrumentalnym.

"Interview" wypada zdecydowanie słabiej od wcześniejszych albumów Gentle Giant, ale to wciąż solidna porcja bardzo intrygującego i pomysłowego grania. Nieporównywalnie lepszego od wszystkiego, co grupa nagrała później. "Interview" na pewno nie przynosi jej wstydu.

Ocena: 7/10



Gentle Giant - "Interview" (1976)

1. Interview; 2. Give It Back; 3. Design; 4. Another Show; 5. Empty City; 6. Timing; 7. I Lost My Head

Skład: Derek Shulman - wokal, saksofon (5,6), instr. perkusyjne (3); Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,7), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (2,3); Gary Green - gitara, flet (7), dodatkowy wokal; Ray Shulman - gitara basowa, skrzypce (5-7), gitara (5), instr. perkusyjne (3), dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Phil Sutcliffe - głos (1,3,6,7)
Producent: Gentle Giant


13 lutego 2017

[Recenzja] Deep Purple - "Time for Bedlam" EP (2017)



Deep Purple kończy karierę. Aż chciałoby się dodać: "nareszcie!". Choć prawdę mówiąc, już i tak za późno, by zespół zszedł ze sceny z godnością. Ostatni naprawdę wartościowy longplay grupy, "Perfect Strangers" ukazał się ponad trzydzieści lat temu. Potem bywało różnie. Zdarzały się albumy całkiem przyzwoite, ale i prawdziwie katastrofalne, podkopujące legendę zespołu (jak "Slaves & Masters" czy "Bananas"). Trudno pogodzić się z faktem, że zespół, który niegdyś nagrywał tak wiekopomne albumy, jak "In Rock", "Made in Japan", "Burn" czy "Come Taste the Band", stoczył się do tworzenia mdławego, sztampowego hard rocka, będącego ledwie cieniem i marną kopią dawnych dokonań, nie wspominając już o obciachowych, folwarcznych kawałkach popowych w rodzaju "All the Time in the World" (to akurat singiel z wydanego przed trzema laty "Now What?!").

Niedawno jednak muzycy ogłosili, że zamierzają przestać odcinać kupony od swoich osiągnięć z lat 70. i zejść ze sceny. Ok, nie do końca takich słów użyli. Ponoć taka decyzja spowodowana jest problemami zdrowotnymi Iana Paice'a (muzyka o najdłuższym stażu w grupie), utrudniającymi mu granie koncertów. W tym kontekście dziwi, że zespół ma zagrać jeszcze jedną trasę, zapowiadaną jako ostatnią (jak jednak wiadomo, nikt nie kończy kariery po "pożegnalnej" trasie, więc Paice'a czeka jeszcze sporo wysiłku). Występy poprzedzi oczywiście premiera nowego materiału studyjnego, zarejestrowanego w zeszłym roku, pod okiem producenta Boba Ezrina (z którym Purple pracowali już przy okazji "Now What?!"). Album "Infinite", dwudziesty w dyskografii zespołu, zapowiedziany jest na 7 kwietnia. Oczekiwanie ma umilić fanom wydana już na początku lutego EPka "Time for Bedlam".

Minialbum składa się z czterech kompozycji. Znalazł się wśród nich znany już z poprzedniego albumu "Uncommon Man" - tutaj jednak zaprezentowany w instrumentalnej wersji - a także trzy premierowe kawałki. Całość rozpoczyna tytułowy "Time for Bedlam", który będzie także otwieraczem albumu. Zasadnicza część utworu to typowo purplowy hard rock - w stylu ostatnich płyt, czyli bardzo wygładzony i ugrzeczniony brzmieniowo - bazujący na niemiłosiernie ogranych przez lata patentach, a do tego bardzo nijaki melodycznie. Fatalnie wypada śpiew Iana Gillana (ja wiem, że facet ma 71 lat, ale starszy od niego Mick Jagger jakoś potrafi śpiewać jakby miał o połowę lat mniej). Bardzo kuriozalnie wypada wstęp i zakończenie kawałka, z komputerowo przetworzoną melodeklamacją Gillana do elektronicznego akompaniamentu. Chcieli zabrzmieć nowocześnie, a wyszło pretensjonalnie i po prostu śmiesznie. Ogólnie utwór jest bardzo przeciętny. Taki do posłuchania raz i zapomnienia o nim.

Naprawdę beznadziejny jest natomiast "Paradise Bar" (którego na albumie, na szczęście, nie będzie). Zaczyna się od żenującego klawiszowego motywu, brzmiącego jak melodyjka ze świątecznej reklamy. Główny riff, grany unisono przez gitarę i syntezator, kojarzy się natomiast z "Jump" Van Halen. Całość zalatuje "ejtisowym" chłamem. Za to zaskakująco nieźle wypada wokal Gillana, śpiewającego z większym luzem. Dobra jest też klawiszowa solówka Dona Aireya. Ale to i tak za mało, by uratować ten gniot. Ostatni utwór, "Hip Boots", znajdzie się na albumie, ale w innej wersji. Tutaj trafiło instrumentalne nagranie z próby (nie wiadomo czy wersja albumowa będzie zawierać partię wokalną). To całkiem przyzwoity hardrockowy jam, choć nie ma tu ani porywających popisów, ani choćby zapamiętywalnych motywów. Jeśli porównać to np. do "Son of Alerik" (jamu zarejestrowanego w trakcie sesji nagraniowej "Perfect Strangers"), to różnica jest kolosalna - na korzyść starszej kompozycji, oczywiście. Wciąż jednak jest to najlepsza z trzech nowości.

Jeśli te trzy nowe utwory są reprezentatywne dla "Infinite", to szykuje się naprawdę słaby album. Tylko czy ktokolwiek jeszcze liczy na powrót Deep Purple do formy sprzed trzydziestu lat? Przez ten czas zespół stracił dwóch kluczowych muzyków - Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda - a pozostali znacznie posunęli się w latach i od dawna nie są w stanie stworzyć czegoś wartościowego. 

Ocena: 3/10



Deep Purple - "Time for Bedlam" (2017)

1. Time for Bedlam; 2. Paradise Bar; 3. Uncommon Man (instrumental); 4. Hip Boots (rehearsal)

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Ezrin (1-3), James Paice (4)


12 lutego 2017

[Recenzja] Roy Harper - "Bullinamingvase" (1977)



"Bullinamingvase" to powrót Roya Harpera do bardziej folkowego, głównie akustycznego grania. Trudny do zapamiętania i wymówienia tytuł został zmieniony w wydaniu amerykańskim na "One of Those Days in England", od tytułu najważniejszej kompozycji pochodzącej z albumu. Utwór składa się z dziesięciu części, z których jedna rozpoczyna album, a pozostałe, połączone w całość, wypełniają całą drugą stronę wydania winylowego. "Part 1" to jeden z najbardziej chwytliwych utworów Roya, bardzo pogodny i piosenkowy (w dobrym znaczeniu tych słów). W nagraniu wzięła udział prawdziwie gwiazdorska obsada: za solowe partie gitary odpowiada Alvin Lee z Ten Years After, na basie zagrał Ronnie Lane z The Faces, natomiast chórki zostały wykonane przez Paula i Lindę McCartneyów. Z kolei "Parts 2-10" należy do najbardziej ambitnych dokonań Harpera. Rewelacyjne połączenie folku i rocka progresywnego, ze świetnie wtopionymi w brzmienie dźwiękami harfy i syntezatorów. Można się tu nawet doszukać podobieństwa do wydanego trochę wcześniej w tym samym roku albumu "Animals" Pink Floyd (szczególnie utworu "Dogs"), ale bez jego agresji i mroku.

Pomiędzy dwiema odsłonami "One of These Days in England" znajdują się cztery inne, dość zróżnicowane utwory. "These Last Days" to bardzo melancholijna ballada (w stylu późniejszej twórczości solowej Davida Gilmoura), nawet ładna, ale trochę nużąca. "Cherishing the Lonesome" to kolejna ballada, z początku bardzo ascetyczna brzmieniowo, ale w połowie nabierająca bardziej rockowego charakteru; uwagę zwracają ładne gitarowe solówki. Prześliczny, bardzo folkowy "Naked Flame" czaruje misternymi partiami gitary akustycznej. Czymś zupełnie nowym w twórczości Harpera jest natomiast "Watford Gap", zaaranżowany w stylu... country. Utwór wywołał jednak kontrowersję z innego powodu. Jego tekst jest bowiem ostrą krytyką stacji serwisowej Watford Gap. Roy nie miał jednak pojęcia, że jeden z członków zarządu EMI Records (Harper nagrywał dla jej oddziału Harvest) pełni taką samą funkcję także w firmie będącej właścicielem Watford Gap. Pod jego naciskiem, utwór nie został zamieszczony na kolejnych wydaniach albumu - jego miejsce zajęła kompozycja "Breakfast with You". Swoją drogą, znacznie lepsza muzycznie, stricte rockowa, z fajnie pulsującym basem i zadziorną gitarą. "Watford Gap" został przywrócony dopiero w 1996 roku, na pierwszym i jedynym kompaktowym wydaniu longplaya. "Breakfast with You" również na nim się znalazł, ale jako bonusowy utwór.

"Bullinamingvase" to jeden z najlepszych albumów w bogatym dorobku Roya Harpera. Po nieco słabszych dwóch poprzednich longplayach nastąpił prawdziwy powrót do formy. Szkoda tylko, że nie na długo i już kolejny premierowy materiał Harpera okazał się kompletną porażką. Ale o tym być może napiszę w dalszej przyszłości.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Bullinamingvase" (1977)

1. One of Those Days in England (Part 1); 2. These Last Days; 3. Cherishing the Lonesome; 4. Naked Flame; 5. Watford Gap; 6. One of Those Days in England (Parts 2-10)

Skład: Roy Harper - wokal i gitara; Andy Roberts - gitara, dodatkowy wokal; Dave Cochran - gitara basowa;  Admiral John Halsey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Alvin Lee - gitara (1); Ronnie Lane - gitara basowa (1); Paul McCartney - dodatkowy wokal (1); Linda McCartney - dodatkowy wokal (1); Henry McCullough - gitara; Jimmy McCulloch - gitara; BJ Cole - gitara; Herbie Flowers - gitara basowa; Percy Jones - gitara basowa; Steve Broughton - perkusja; Max Middleton - pianino; David Lawson - instr. klawiszowe; Skaila Kanga - harfa (6); The Vauld Symphony Orchestra
Producent: Roy Harper, John Leckie i Peter Jenner


10 lutego 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Free Hand" (1975)



"Free Hand" osiągnął największy komercyjny sukces ze wszystkich albumów Gentle Giant - jako jedyny wszedł do top 50 amerykańskiego notowania. Nie powinno to dziwić, bo zawarta na nim muzyka jest wyjątkowo, jak na ten zespół, łatwo przyswajalna. Co jednak ciekawe, większa przebojowość w tym przypadku nie idzie w parze z rezygnacją z ambicji, artystycznej wartości i wirtuozerii (dopiero na kolejnych albumach zaczęło brakować tych elementów). W praktyce wygląda to tak, że utwory w rodzaju "Just the Same", "Free Hand" i "Time to Kill" w warstwie instrumentalnej nie różnią się drastycznie od wcześniejszych dokonań grupy - wciąż opierają się na nieoczywistej rytmice i bogatych, przemyślanych aranżacjach - ale znacznemu uproszeniu uległy melodie i partie wokalne, które stały się jeszcze bardziej chwytliwe, choć może trochę zbyt konwencjonalne.

Pozostałe utwory mogą być już znacznie mniej przystępne dla przypadkowego słuchacza. Ale to właśnie one zasługują na największą uwagę. Mamy to chociażby bardzo ładny "His Last Voyage", z subtelną, dwugłosową partią wokalną i złożoną, stopniowo rozwijającą się warstwą instrumentalną. Ciekawie wypada nieco folkowa, instrumentalna miniaturka "Talybont", jak również energetyczny "Mobile", zgrabnie łączący partię skrzypiec z niemal hardrockową gitarą i wyrazistym, pulsującym basem. Największą perłą jest jednak "On Reflection", zawierający charakterystyczne dla Gentle Giant zabawy z polifonicznymi partiami wokalnymi, doskonale i w bardzo przemyślany sposób splatających się w piękną całość. Swoich głosów użyczyli tu niemal wszyscy muzycy, z wyjątkiem perkusisty Johna Weathersa. Akompaniament stanowią delikatne dźwięki fletu, wibrafonu, skrzypiec i wiolonczeli; dopiero pod koniec pojawia się rockowe instrumentarium, znacznie zwiększając dynamikę.

"Free Hand" to ostatnie (a szóste z rzędu) wybitne dzieło Gentle Giant. Album wciąż bardzo ambitny i złożony, a zarazem bardziej zorientowany na przebojowe melodie (a tych przecież zespół nigdy nie unikał), ale jeszcze nie przekraczający granicy banalności. Tak właśnie powinien brzmieć rock progresywny. Pozycja obowiązkowa, podobnie jak wszystkie poprzednie dzieła zespołu.

Ocena: 9/10



Gentle Giant - "Free Hand" (1975)

1. Just the Same; 2. On Reflection; 3. Free Hand; 4. Time to Kill; 5. His Last Voyage; 6. Talybont; 7. Mobile

Skład: Derek Shulman - wokal (1-4,7), saksofon (1), flet (6); Kerry Minnear - wokal (2-5), instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, harfa (2), wiolonczela (2), flet (6); Gary Green - gitara, wokal (2), flet (2,6); Ray Shulman - gitara basowa, wokal (2), altówka (2), skrzypce (7); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant


8 lutego 2017

[Recenzja] Climax Chicago Blues Band - "A Lot of Bottle" (1970)



Na swoim trzecim albumie zespół wrócił do dłuższej nazwy (poprzedni album, "Plays On", został wydany pod szyldem Climax Blues Band), jak również do grania bardziej konwencjonalnego blues rocka. Echo eksperymentów z "Plays On" słychać tylko w drugiej połowie instrumentalnego "Brief Case", który nabiera lekko jazzowego charakteru za sprawą świetnej solówki Colina Coopera na saksofonie. Poza tym mamy tu do czynienia z solidnym graniem w stylu Johna Mayalla, wczesnego Fleetwood Mac czy Savoy Brown. W 1970 roku tego typu muzyka zaczęła już odchodzić w niepamięć, zastąpiona niejako hard rockiem, lecz muzycy Climaxu grają tu tak, jakby rok 1967 wciąż trwał w najlepsze. Kto wie, może kilka lat wcześniej ten album zapewniłby grupie popularność. Bo sporo tu naprawdę fajnych momentów. Jak "Everyday" ze świetnymi slide'ami Pete'a Haycooka. Albo przeróbka dixonowskiego "Seventh Son", z początku dość stonowana, oparta na wyrazistym basowym motywie, a w drugiej części nagle przyśpieszająca i zachwycająca porywającymi solówkami. Albo przebojowy "Please Don't Help Me", z fajną harmonijką i organami. I przede wszystkim żywiołowy "Reap What I've Sowed", o niemal - z naciskiem na "niemal" - hardrockowym ciężarze. Im jednak album dłużej trwa, tym bardziej przewidywalny i mniej ekscytujący się staje. Cztery ostatnie utwory właściwie nic już nie wnoszą. W rezultacie, "A Lot of Bottle" to "tylko" dobry album, warty polecenia sympatykom takiej muzyki, ale niewykorzystujący w pełni potencjału zespołu.

Ocena: 7/10



Climax Chicago Blues Band - "A Lot of Bottle" (1970)

1. Country Hat; 2. Everyday; 3. Reap What I've Sowed; 4. Brief Case; 5. Alright Blue?; 6. Seventh Son; 7. Please Don't Help Me; 8. Morning Noon and Night; 9. Long Lovin' Man; 10. Louisiana Blues; 11. Cut You Loose

Skład: Colin Cooper - wokal, saksofon, harmonijka; Pete Haycock - gitara, wokal; Derek Holt - gitara basowa, wokal; George Newsome - perkusja i instr. perkusyjne; Arthur Wood - instr. klawiszowe
Gościnnie: Humpty Farmer - instr. klawiszowe
Producent: Chris Thomas


2 lutego 2017

[Recenzja] John Mayall - "Talk About That" (2017)



Ojciec brytyjskiego bluesa nieustannie zachwyca. Mimo osiemdziesięciu trzech lat na karku, John Mayall wciąż koncertuje (na początku marca wystąpi na dwóch koncertach w Polsce) i nagrywa nowe albumy. Bardzo dobre albumy. Właśnie wydany "Talk About That" jest tego najlepszym potwierdzeniem. Zawarta na nim muzyka przenosi słuchacza w najlepsze czasy muzyki bluesowej i rockowej, zarówno swoim oldskulowym klimatem, jak i poziomem. To niesamowite, ale John jest tutaj w porównywalnej formie - kompozytorskiej i wykonawczej - co w czasach "Blues Breakers" czy "The Turning Point". Dobrze brzmi jego głos. Słychać w nim upływ czasu, ale nie ukrywajmy - to nigdy nie był wybitny wokalista, więc nie mógł wiele stracić, a obecnie naprawdę daje radę. Cieszy też brzmienie, bardzo klasyczne, naturalne, jakby album był nagrany czterdzieści parę lat temu, a nie w XXI wieku.

Początek jest dość zaskakujący, bo tytułowy "Talk About That" to utwór... funkrockowy. W sumie nie powinno to dziwić, bo Mayall grał taką muzykę pod koniec lat 70. (przede wszystkim na albumie "Bottom Line"), ale wtedy wszyscy tak grali, a współcześnie takie wpływy są rzadkością. Trochę nawet szkoda, bo "Talk About That" to naprawdę świetny, chwytliwy utwór, z fantastycznymi partiami gitary basowej i organów. Na funkowej rytmice opiera się także "Blue Midnight", tu jednak klimat jest bardziej subtelny. Rewelacyjnie wypada partia pianina elektrycznego - oczywiście w wykonaniu samego Mayalla, jak wszystkie partie klawiszowe; całkiem niezła jest także gitarowa solówka Rocky'ego Athlasa. Podobny nastrój, ale rockową rytmikę, ma "I Didn't Mean to Hurt You", w którym również wykorzystano pianino elektryczne, a także gitarę akustyczną, obecną tylko w tym jednym utworze.

Reszta albumu to już granie stricte bluesowe i bluesrockowe. Co bynajmniej nie znaczy, że robi się monotonnie. John, wraz z towarzyszącym mu zespołem - w którego skład, poza Athlasem, wchodzą także basista Greg Rzab i perkusista Jay Davenport - prezentuje tu całą paletę odcieni bluesa. "You Never Know" to staromodny, lekko jazzujący blues, z akompaniamentem wyłącznie pianina i sekcji rytmicznej. Z kolei nagrane z pomocą trzyosobowej sekcji dętej "Gimme Some of That Gumbo", oraz przeróbki "It's Hard Going Up" Little Sonny'ego i "Don't Deny Me" Jerry'ego Lynna Williamsa, przywołują klimat bluesa nowoorleańskiego. Z kolei zdominowany przez harmonijkę "Goin' Away Baby" (z repertuaru bluesmana Jimmy'ego Rogersa) oraz energetyczny "Across the County Line" (także z harmonijką i dęciakami, ale również bardzo fajną, klasycznie bluesrockową solówką gitarową) spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z wczesnych albumów Bluesbreakers.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak dwa utwory: dynamiczny i chwytliwy "Cards on the Table", oraz bardzo ładna ballada "The Devil Must Be Laughing". W obu z nich gościnnie wystąpił amerykański gitarzysta Joe Walsh, znany przede wszystkim z grupy The Eagles. W pierwszym zabłysnął świetnymi partiami granymi techniką slide, ale prawdziwy popis swoich umiejętności daje w drugim z nich, gdzie zagrał kilka naprawdę prześlicznych solówek. I w sumie szkoda, że Walsh zagrał tylko w tych dwóch utworach. Bo choć Rocky Athlas gra całkiem poprawnie, to daleko mu do wcześniejszych gitarzystów Mayalla, takich jak Eric Clapton, Peter Green, Mick Taylor, czy mniej znany Freddy Robinson. Walsh o wiele lepiej wypełniłby po nich lukę, jednak z różnych względów niemożliwa byłaby jego pełnowymiarowa współpraca z Mayallem.

"Talk About That", podobnie jak wydany dwa miesiące temu, rewelacyjny "Blue & Lonesome" Rolling Stonesów, pokazuje, że także w XXI wieku można grac porywający, klasycznie brzmiący blues rock. Z jednej strony bardzo cieszy, że takie albumy się ukazały. Z drugiej zaś pojawia się obawa, że mogą to być ostatnie premierowe wydawnictwa tych artystów. A jakoś nie widzę następców, którzy mogliby kontynuować ich dzieło.

Ocena: 7/10



John Mayall - "Talk About That" (2017)

1. Talk About That; 2. It's Hard Going Up; 3. The Devil Must Be Laughing; 4. Gimme Some of That Gumbo; 5. Goin' Away Baby; 6. Cards on the Table; 7. I Didn't Mean to Hurt You; 8. Don't Deny Me; 9. Blue Midnight; 10. Across the County Line; 11. You Never Know

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Rocky Athas - gitara; Greg Rzab - gitara basowa; Jay Davenport - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Joe Walsh - gitara (3,6)
Producent: John Mayall


1 lutego 2017

[Recenzja] B.B. King - "Completely Well" (1969)



B.B. King (właść. Riley B. King) to jedna z największych legend bluesa. Nie przypadkiem zaliczany - wraz z Albertem Kingiem i Freediem Kingiem - do tzw. "Trzech Króli Bluesa". Każdy z tej trójki wypracował bowiem swój własny, charakterystyczny styl gry na gitarze. Gra B.B Kinga była niezwykle inspirująca nie tylko dla gitarzystów bluesowych, ale także rockowych. Miała istotny wpływ chociażby na Erica Claptona, Jeffa Becka, Petera Greena, Jimiego Hendrixa, Mike'a Bloomfielda, Duane'a Allmana, czy Gary'ego Moore'a. Część z nich miała zresztą okazję wystąpić wraz z Kingiem na scenie, niektórzy zapraszali go na gościnne występy na swoich albumach (Moore), lub wręcz nagrali z nim cały longplay (Clapton).

Dlaczego do zrecenzowania wybrałem  akurat "Completely Well", dość późny album z bogatej dyskografii B.B Kinga? Z tej prostej przyczyny, że właśnie ten longplay znam najlepiej i jest jedynym, jaki posiadam. Poza tym, jego wcześniejsze albumy dziś brzmią już archaicznie i zachwycić mogą tylko wielbicieli takiego tradycyjnego bluesa. King nie pozostał jednak obojętny na zmiany, jakie zaszły w muzyce w drugiej połowie lat 60., czyli na ekspansję rocka i wielką popularność jednego z jego głównych nurtów - blues rocka. A ponieważ w tamtym czasie ludność afroamerykańska coraz bardziej traciła zainteresowanie bluesem, jedynym wyjściem dla bluesmanów było dostosowanie swojej twórczości do białych odbiorców, grając bluesa na ich sposób (czyli bardziej rockowo). Nawet jeśli sami tego nie chcieli, to zostali zmuszeni przez swoich wydawców, czego efektem były chociażby bluesrockowe albumy Howlin' Wolfa i Muddy'ego Watersa. Nie wiem jak było w przypadku B.B. Kinga - czy była to jego decyzja, czy wydawcy - ale album "Completely Well" stanowi wyraźny zwrot w stronę bardziej rockowego grania.

Doskonale słychać to na przykładzie takich utworów, jak "So Excited", "Confessin' the Blues", "Cryin' Won't Help You Now" czy rozimprowizowany do blisko dziesięciu minut "You're Mean". W porównaniu z wcześniejszą twórczością Kinga, jest szybciej i bardziej energetycznie, gitary brzmią bardziej zadziornie, a sekcja rytmiczna mocniej. Oczywiście, nie jest to rockowy czad na miarę Cream czy Jimiego Hendrixa - nie wspominając o debiutującym w roku wydania tego albumu Led Zeppelin - ale w porównaniu z czystym bluesem, "Completely Well" poraża dynamiką i ciężarem. Znalazło się tu jednak miejsce także dla kilku łagodniejszych utworów - głównie tradycyjnych, wolniejszych bluesów (np. "No Good", "What Happened", "Key to My Kingdom"). Wyjątek stanowi balladowy "The Thrill Is Gone", łączący elementy wielu stylów. Oparty jest na rockowej - mocnej i wyrazistej - grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład dla sekcji smyczkowej, lekko jazzujących partii pianina elektrycznego, oraz cudownych bluesowych solówek i emocjonalnego śpiewu Kinga. To prawdopodobnie jego największy przebój singlowy, wysoko notowany w amerykańskich rankingach. Choć warto dodać, że nie jest to autorska kompozycja B.B. - oryginał został nagrany w 1951 roku przez Roya Hawkinsa i cieszył się nieco mniejszą popularnością.

"Completely Well" to doskonała pozycja dla wszystkich, którzy chcieliby zapoznać się z twórczością B.B. Kinga, ale niespecjalnie przepadają za staromodnym bluesem, natomiast lubią urockowioną wersję. 

Ocena: 8/10



B.B. King - "Completely Well" (1969)

1. So Excited; 2. No Good; 3. You're Losin' Me; 4. What Happened; 5. Confessin' the Blues; 6. Key to My Kingdom; 7. Cryin' Won't Help You Now; 8. You're Mean; 9. The Thrill Is Gone

Skład: B.B. King - wokal i gitara; Hugh McCracken - gitara; Gerald Jemmott - gitara basowa; Herbie Lovelle - perkusja; Paul Harris - instr. klawiszowe
Gościnnie: Bert DeCoteaux - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Bill Szymczyk