29 września 2014

[Recenzja] Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)



Lucifer's Friend nie zdobył nigdy wielkiej popularności, jednak bez wątpienia należy do hardrockowej czołówki. Korzenie zespołu sięgają 1969 roku, kiedy to brytyjski wokalista John Lawton (późniejszy członek Uriah Heep), po rozpadzie swojego ówczesnego zespołu, przeprowadził się do Niemiec. Tam poznał czwórkę instrumentalistów występujących pod szyldem The German Bonds. Muzycy postanowili połączyć siły, po czym przybrali nazwę Asterix i już na początku 1970 roku wydali swój debiutancki longplay. Zawartość eponimicznego albumu to jednak bardzo przeciętny hard rock. Sprawnie wykonany, jednak kiepski kompozytorsko. W dodatku brzmiący dość archaicznie na tle ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli ciężkiego grania (zwłaszcza partie wokalne, tkwiące w poprzedniej dekadzie). Najwyraźniej tak samo uważali muzycy, którzy szybko odcięli się od tego wydawnictwa, zmieniając nazwę na Lucifer's Friend i nagrywając swój "drugi debiut" (znów zatytułowany tak samo, jak zespół), wydany jeszcze pod sam koniec 1970 roku. Ten restart okazał się znakomitym pomysłem. Zwłaszcza że teraz muzycy postanowili inspirować się najlepszymi i przetwarzać te wpływy na swój własny sposób.

Na "Lucifer's Friend" wyraźnie słychać, że John Lawton był pod wrażeniem Led Zeppelin i śpiewu Roberta Planta, klawiszowiec Peter Hecht uwielbiał Deep Purple i Uriah Heep (gra głównie na organach Hammonda), a gitarzysta Peter Hesslein dodał ciężar i ponury klimat kojarzący się z Black Sabbath. Całości dopełnia wyraźnie zaznaczająca swoją obecność sekcja rytmiczna złożona z basisty Dietera Hornsa, którego partie nierzadko pełnią funkcję melodyczną lub solową, oraz perkusisty Joachima Rietenbacha. Na pewno nie można przyczepić się do wykonania. Lawton - co niezwykle rzadkie u wokalistów mniej znanych grup - posiada bardzo charakterystyczny głos o dość szerokiej skali i autentyczne umiejętności korzystania z niego (choć nierzadko zdarza mu się popadać w dość pretensjonalną manierę). Natomiast instrumentaliści posiadają wystarczające umiejętności do grania takiej muzyki, może nawet odrobinę trochę powyżej średniej, ale co bardzo ważne - nie próbują przeskoczyć swoich możliwości, tylko starają się jak najlepiej je wykorzystać. Poszczególne partie świetnie się uzupełniają, w czym jest też zasługa bardzo dobrej produkcji - żaden instrument ani wokal się nie wybija, nic też nie jest wycofane.

Wzorce są oczywiste, więc trudno tutaj mówić o szczególnym nowatorstwie. Pamiętać jednak trzeba, że praktycznie cały hard rock polega na powielaniu w różnych proporcjach dokonań Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Przewaga Lucifer's Friend nad innymi naśladowcami polega po pierwsze na tym, że niemiecka grupa zadebiutowała na tyle szybko, że tego typu granie wciąż było czymś stosunkowo nowym i świeżym. Po drugie, jej pierwszy album jest jedną z dosłownie kilku płyt w tym stylu, które tylko nieznacznie ustępują największym dokonaniom słynnej trójcy. Zespół stawia tu przede wszystkim na bardzo energetyczne granie, nie tracąc czasu na żadne ballady, ani kawałki w innych muzycznych stylach. Poszczególne nagrania nie zlewają się jednak ze sobą, każde wypada dość charakterystycznie.

Zaczyna się od rozpędzonego, proto-metalowego "Ride the Sky", zaskakującego dźwiękami waltorni, na której zagrał Hecht. Co ciekawe, motyw ten bardzo przypomina słynną wokalizę Planta z "Immigrant Song" z wydanego dopiero w październiku 1970 roku "Led Zeppelin III"  (muzycy Lucifer's Friend mogli jednak usłyszeć go już latem, podczas niemieckich występów Brytyjczyków lub po prostu mieli wspólną inspirację). O dziwo, takich stricte czadowych kawałków nie ma tu wiele. Poza otwieraczem można wymienić właściwie tylko "In the Time of Job When Mammon Was a Yippie" (z najlepszym, najbardziej nośnym riffem na płycie) oraz "Baby You're a Liar", choć w tym drugim pojawiają się krótkie, klimatyczne zwolnienia. Pozostałe nagrania są już nieco bardziej rozbudowane i na większą skalę wykorzystują dynamiczne kontrasty oraz zmiany tempa. W "Everybody's Crown", "Toxic Shadow" (z chyba najbardziej chwytliwym refrenem) i "Free Baby" pojawiają się całkiem ciekawe, klimatyczne zwolnienia, z hipnotyzującymi partiami basu oraz nie mniej ciekawymi partiami gitary i organów. W tych fragmentach zespół już tak bardzo nie kojarzy się z wielką hardrockową trójką, bliżej mu do psychodelii lub nawet krautrocka, a takie zestawieni brzmi już dość oryginalnie. "Keep Goin'" dla odmiany zawiera więcej stonowanych fragmentów, jednak nie brakuje zaostrzeń. Z kolei w tytułowym "Lucifer's Friend" znów dominuje czadowanie, ale równoważą je klimatyczne refreny - tutaj akurat te zwolnienia wypadają nieco kiczowato, głównie za sprawą wokalnego patosu.

Z debiutanckim dziełem Lucifer's Friend obowiązkowo powinien zapoznać się każdy wielbiciel hard rocka. Choć album nie osiągnął żadnych komercyjnych sukcesów - i to pomimo dość dobrej dostępności, dzięki wydaniom w większości cywilizowanych krajów (grupa miała kontrakt z wytwórnią Phillips) - to nie potrafiłbym wskazać wiele wydawnictw w tym stylu lepszych od tego. W sumie jest to jeden z nielicznych hardrockowych longplayów, które warto znać nawet wtedy, gdy raczej nie przepada się za taką stylistyką, ale docenia się niektóre pozycje. Ja sam rzadko już wracam do takiego grania, ale debiut Lucifer's Friend wciąż cenię.

Ocena: 8/10



Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)

1. Ride the Sky; 2. Everybody's Clown; 3. Keep Goin'; 4. Toxic Shadows; 5. Free Baby; 6. Baby You're a Liar; 7. In the Time of Job When Mammon Was a Yippie; 8. Lucifer's Friend

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne; Peter Hecht - instr. klawiszowe, waltornia (1); Dieter Horns - gitara basowa, dodatkowy wokal; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Herbert Hildebrandt i Lucifer's Friend


27 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Return to Fantasy" (1975)



Po podsumowaniu dotychczasowej kariery koncertowym "Live", klasyczny skład Uriah Heep nagrał i wydał jeszcze dwa albumy. Najpierw ukazał się taki sobie "Sweet Freedom", na którym kompletnie zabrakło świeżych pomysłów i wyrazistych utworów. Następnie pojawił się przeokropny "Wonderworld", na którym zespół jeszcze bardziej pogrążył się w banał. W tamtym czasie muzycy bez wyjątku pogrążeni byli w różnych nałogach. Zdecydowanie w najgorszym stanie był Gary Thain, więc postanowiono usunąć go ze składu (mniej więcej rok później zmarł po przedawkowaniu heroiny). Jego miejsce zajął John Wetton, który szukał nowego zajęcia po rozwiązaniu King Crimson. Nie znaczy to jednak, że zespół, decydując się na takiego basistę, miał zamiar grac bardziej ambitną muzykę. Zresztą Wetton, będąc naprawdę utalentowanym instrumentalistą, jest też muzykiem, dla którego nie ma żadnego znaczenia, czy gra wartościową artystycznie mieszankę rocka z elementami muzyki poważnej, awangardy i jazzu (co robił w King Crimson) czy komercyjne badziewie bez żadnych walorów (co uskuteczniał później w tworze o nazwie Asia). Z Uriah Heep nagrał dwa albumy, z których wcześniejszy "Return to Fantasy" jest najbardziej znośnym wydawnictwem zespołu z drugiej połowy lat 70.  - co jeszcze wcale nie znaczy, że jest to dobry longplay.

Materiał w większości został skomponowany przez Kena Hensleya, Micka Boxa i Davida Byrona, jedynie tytułowy utwór powstał bez pomocy Boxa, a "Your Turn to Remember" i "A Year or a Day" napisał samodzielnie Hensley. Album, podobnie jak większość poprzednich, jest bardzo eklektyczny. Znalazło się tu trochę wygładzonego hard rocka ("Devil's Daughter", "Showdown"), odrobina bluesa ("Your Turn to Remember"), podniosła ballada z partią melotronu ("Why Did You Go") i jeszcze więcej podniosłych nagrań, tym razem z dużą ilością organów oraz syntezatorowych dodatków ("Return to Fantasy", "Beautiful Dream", "A Year or a Day"), ale też trochę rock'n'rollowych okropieństw (do bólu sztampowy "Shady Lady" oraz jeszcze gorszy "Prima Donna", sprawiający wrażenie kompletnie wyrwanego z kontekstu nawet na tak zróżnicowanym wydawnictwie ). Bez tych dwóch ostatnich całość jeszcze jako tako by się kleiła i trzymała w miarę przyzwoity poziom. Bo choć żaden z pozostałych kawałków nie zbliża się do poziomu najlepszych utworów z najsłynniejszych albumów zespołu (choć takim "Beautiful Dream" i "A Year or a Day" w sumie niewiele do tego brakuje), to jest to nawet znośne granie. Przynajmniej w moim przypadku nie wywołujące żadnych bardzo nieprzyjemnych odczuć.

Co ciekawe, "Return to Forever" był najwyżej notowanym albumem Uriah Heep w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 7. miejsca UK Albums Chart. Oczywiście, takie wyniki w znacznej mierze zależą od tego, jaka akurat jest konkurencja. Ogólnie album sprzedał się w mniejszej ilości niż "Demons and Wizards" i "The Magician's Birthday", a nawet "Sweet Freedom". Skład ten nagrał jeszcze jeden album, "High and Mighty", który nie tylko komercyjnie wypadł gorzej. A potem z zespołem rozstał się zarówno Wetton, jak i oryginalny wokalista David Byron, którego dalszą działalność uniemożliwił postępujący alkoholizm (który doprowadził go do śmierci w 1985 roku). Ich miejsca zajęli odpowiednio Trevor Bolder, basista grupy The Spiders from Mars (wspierającej Davida Bowie), oraz John Lawton, wokalista niemieckiego Lucifer's Friend. Odświeżony zespół nagrał trzy albumy, które lepiej pominąć milczeniem. Podobnie jak i całą dalszą działalność Uriah Heep.

Ocena: 5/10



Uriah Heep - "Return to Fantasy" (1975)

1. Return to Fantasy; 2. Shady Lady; 3. Devil's Daughter; 4. Beautiful Dream; 5. Prima Donna; 6. Your Turn to Remember; 7. Showdown; 8. Why Did You Go; 9. A Year or a Day

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; John Wetton - gitara basowa, melotron, dodatkowy wokal; Lee Kerslake - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Gerry Bron


25 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Live" (1973)



Pierwsza koncertówka Uriah Heep została zarejestrowana 26 stycznia 1973 roku w angielskim Birmingham. Na dwupłytowy album trafił głównie materiał z najnowszych wówczas albumów "Look at Yourself", "Demons and Wizards" i "The Magician's Birthday". Wyjątek stanowią jedynie "Gypsy" z debiutanckiego "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" oraz wiązanka rock'n'rollowych standardów, którą zespół miał zwyczaj kończyć swoje występy. Trochę dziwi brak czegokolwiek z "Sailsbury", bo przecież "Lady in Black" to jeden z popularniejszych utworów grupy, a "Bird of Prey" świetnie pasowałby do repertuaru. Ogólnie tracklista tylko częściowo pokrywa się z tym, co najbardziej chciałbym usłyszeć w wersjach koncertowych. Ale przecież w ówczesnych koncertówkach nie chodziło o zrobienie przeglądu typu "greatest hits", ale o zaprezentowanie się od innej strony, nie będąc ograniczanym przez decydentów z wytwórni, którym zależy wyłącznie na dobrej sprzedaży.

Także Uriah Heep na żywo był odrobinę innym zespołem niż na regularnych albumach. W studiu korzystał na dużą skalę z możliwości technicznych do stworzenia dość bogatych - jak na taką stylistykę - aranżacji, co często prowadziło do zmiękczania brzmienia. Nierzadko też muzycy pozwalali sobie na strasznie melodramatyczne kawałki. Natomiast na żywo stawiali przede wszystkim na surowy hardrockowy czad. Patos też jest, ale na dalszym planie. Repertuar zdominowały te bardziej energetyczne i ciężkie utwory, a w tych wykonaniach jest chyba jeszcze więcej energii i ciężaru. Choć tak naprawdę większość materiału jest grana wiernie studyjnym wersjom. Nieco wydłużone zostały np. "Circle of Hand" i "Look at Yourself", ale tylko "Gypsy" rozrósł się tutaj naprawdę znacząco. wzbogacony o długi klawiszowy popis Kena Hensleya i dość krótkie solo perkusyjne Lee Kerslake'a - oba potwierdzające, że instrumentaliści tej grupy nie mieli zbyt dużej wyobraźni muzycznej i zawsze się wykładali, gdy przychodziło im zagrać coś odbiegającego od prostej piosenki. Na studyjnych płytach jednym z najbardziej dobitnych przykładów jest tytułowe nagranie z "The Magician's Birthday" - tutaj zagrane tylko w krótkim fragmencie. Wybrano tę kabaretową część, która wnosi tu odrobinę humoru przed najbardziej rozpędzonym i najostrzejszym "Love Machine". Byłby to świetny finał albumu, ale potem rozbrzmiewa jeszcze wspomniana wiązanka standardów - fani pod sceną pewnie dobrze się przy tym bawili, ale słuchanie z płyty tak długiej porcji rock'n'rollowej sztampy jest straszną stratą czasu.

Jak na koncertowy album z początku lat 70., jest to jednak dość rozczarowujące wydawnictwo. Zespół nie pokazał tutaj niczego, czego nie było na wydanych do tamtej pory studyjnych wydawnictwach. Jedynie niezły dobór utworów sprawia, że Uriah Heep prezentuje się tutaj, jak przyzwoity zespół hardrockowy, a nie - jak na większości regularnych płyt - grupa, która sama nie wie, co chce grać, a nierzadko mierzy zdecydowanie za wysoko w stosunku do możliwości tworzących ją instrumentalistów. Tutaj zdarza się to tylko w "Gypsy", który jako jedyny wypada zdecydowanie słabiej od studyjnego pierwowzoru. Jednak w pozostałych utworach różnice są tak minimalne, że trudno mówić o jakiejś nowej jakości. Jeśli ktoś chciałby mieć tylko jeden album Uriah Heep, to może wybierać między tą koncertówką, a jakąś dobrze skompilowaną składanką. Natomiast jeśli ktoś i tak chce posiadać wcześniejsze wydawnictwa - wtedy "Live" jest zupełnie zbyteczny.

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "Live" (1973)

LP1: 1. Introduction / Sunrise; 2. Sweet Lorraine; 3. Traveller in Time; 4. Easy Livin'; 5. July Morning; 6. Tears in My Eyes
LP2: 1. Gypsy; 2. Circle of Hands; 3. Look at Yourself; 4. The Magician's Birthday; 5. Love Machine; 6. Rock 'n' Roll Medley (Roll over Beethoven / Blue Suede Shoes / Mean Woman Blues / Hound Dog / At the Hop / Whole Lotta Shakin' Goin' On)

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara, dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Gary Thain - gitara basowa, dodatkowy wokal; Lee Kerslake - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Gerry Bron


23 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)



"The Magician's Birthday" to pierwszy album w dorobku Uriah Heep, który został nagrany w dokładnie tym samym składzie, co poprzedni. Podobnie jak na "Demons and Wizards", na okładce znalazła się baśniowa grafika namalowana przez Rogera Deana (sprawiająca jednak wrażenie niedokończonej). Zawartość muzyczna, niestety, nie jest równie dobra. Przede wszystkim, nic się tutaj ze sobą nie klei. Każde nagranie utrzymane jest w zupełnie innym stylu. Takiego eklektyzmu nie ma nawet na dwóch pierwszych - strasznie przecież niespójnych - albumach zespołu. I to pomimo tego, że znów głównym twórcą materiału jest Ken Hensley, podpisany pod sześcioma z ośmiu utworów, z czego tylko pod tytułowym wspólnie z Mickiem Boxem i Lee Kerslakiem. Na ten chaotyczny zbiór składają się:

  • "Sunrise" - najcięższy na płycie, zdecydowanie hardrockowy utwór. Chóralne zaśpiewy i teatralne partie Byrona wypadają pretensjonalnie, ale instrumentalnie jest naprawdę w porządku.
  • "Spider Woman" - okropnie banalny, sztampowy rock and roll. Napisany przez cały skład z wyjątkiem Hensleya, co jest wielce wymowne.
  • "Blind Eye" - częściowo akustyczny utwór z gitarą akustyczną, wyrazistą grą sekcji rytmicznej, a także gitarowymi harmoniami trochę w stylu Wishbone Ash. Jeden z lepszych momentów albumu.
  • "Echoes in the Dark" - wyraźnie nawiązujący do rocka progresywnego, z partiami gitary trochę w stylu Davida Gilmoura. Na wyróżnienie zasługuje też świetny bas Gary'ego Thaina. Znów nie brakuje patosu, szczególnie w warstwie wokalnej, ale to jeden z ciekawszych utworów w całym dorobku zespołu.
  • "Rain" - fortepianowa ballada, bardzo typowa, nieco przesłodzona.
  • "Sweet Lorraine" - jeszcze jeden strasznie banalny kawałek rockowy, w stylu ówczesnego amerykańskiego mainstreamu. Podpisany przez Boxa, Byrona i Thaina. Przypadek?
  • "Tales" - kolejna nastrojowa ballada, tym razem z akompaniamentem gitary akustycznej, syntezatora oraz elektrycznej gitary hawajskiej, później też sekcji rytmicznej. Zdecydowanie jeden z ładniejszych punktów całej dyskografii zespołu. 
  • Tytułowy "The Magician's Birthday" już sam w sobie jest niespójny stylistycznie. Początek jest bardzo rockowy, ale niespecjalnie ciężki. Nawet zgrabnie wpleciono tu quasi-kabaretową wstawkę, po której na chwilę wraca motyw z początku. Ale potem następuje wyciszenie i toporne nałożenie kolejnej, znacznie cięższej części, w całości instrumentalnej, o jamowym charakterze, zdominowanej przez Boxa i Kerslake'a (stąd pewnie przypisanie im współautorstwa). Niestety, obaj grają tutaj zupełnie bez pomysłu. Równie topornie nałożona została ostatnia część o bardziej humorystycznej, jakby musicalowej melodii, co trochę łagodzi sporą dawkę patosu.

Poszczególne utwory na ogół wypadają co najmniej przyzwoicie. Ewidentnie do odstrzału są tylko "Spider Woman" i "Sweet Lorraine", a także środkowa część utworu tytułowego (pozostałe dwie powinny być osobnymi utworami). Ich miejsce mogłyby zająć nagrania w stylu zbliżonym do "Sunrise", albo nawet nagrany podczas poprzedniej sesji "Why". I wówczas przypominałoby to album, a nie przypadkowy zbiór kawałków bez prawie żadnych punktów stycznych. W sumie trudno dziwić się muzykom, że nie byli w stanie nagrać czegoś bardziej przemyślanego - od kilku lat niemal cały czas spędzali w studiu lub na trasie, w przerwach spożywając ogromne ilości różnych używek. Nie rozumiem natomiast, dlaczego nie zareagował producent, inżynier dźwięku ani nikt z wytwórni. Niewielkim wysiłkiem dałoby się uratować ten longplay. Choć to w sumie i tak jeden z lepszych zbiorów utworów w dorobku Uriah Heep.

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)

1. Sunrise; 2. Spider Woman; 3. Blind Eye; 4. Echoes in the Dark; 5. Rain; 6. Sweet Lorraine; 7. Tales; 8. The Magician's Birthday

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara, dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, kazoo (8), dodatkowy wokal; Gary Thain - gitara basowa; Lee Kerslake - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: BJ Cole - gitara pedal steel (7)
Producent: Gerry Bron


21 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)



To tutaj zadebiutował klasyczny skład Uriah Heep. Do zespołu dołączyła nowa sekcja rytmiczna, perkusista Lee Kerslake, wcześniej grający w różnych grupach z Kenem Hensleyem, oraz basista Gary Thain, do tamtej pory członek bluesrockowego Keef Hartley Band. Zanim ten drugi trafił do składu, funkcję basisty przez krótko pełnił Mark Clarke z rozwiązanego tuż wcześniej Colosseum. Zdążył jednak zarejestrować z zespołem jeden singiel, na który trafił skomponowany przez niego i Hensleya "The Wizard" oraz napisany jeszcze przed jego dołączeniem "Why". Jest to o tyle istotne, że pierwszy z nich trafił, w tej samej wersji, na "Demons and Wizards" (drugi można natomiast znaleźć na reedycjach, nie tylko w oryginalnej wersji, ale także w dużo lepszej, dziesięciominutowej, o jakby jamowym charakterze, z fantastycznymi popisami basisty). To nie pierwszy album Uriah Heep, na którym znalazły się utwory zarejestrowane w różnych składach. Tym razem nie przeszkodziło to jednak w stworzeniu całkiem spójnego longplaya.

Po raz kolejny głównym kompozytorem jest Hensley, który samodzielnie napisał pięć utworów, trzy kolejne z pomocą Davida Byrona i Micka Boxa ("Traveller in Time", "Poet's Justice", "All My Life"), a jeden, jak już wspomniałem, z Clarkiem. "The Wizard" rozpoczyna ten album i od razu daje do zrozumienia, że zespół nie miał zamiaru po raz drugi z rzędu nagrać albumu zorientowanego przede wszystkim na granie hardrockowe. To w znacznej mierze akustyczna, nieco folkowa piosenka, z początku bardzo oszczędna, a w dalszej części nabierająca bardziej podniosłego charakteru za sprawą partii organów i niemalże gospelowych chórków. Nie jest to typowy otwieracz, ale to całkiem zgrabne, melodyjne nagranie dobrze się w tej roli sprawdza. Bardzo fajnie wypada też jego zestawienie z "Traveller in Time", zawierającym hardrockowy riff, jednak będący kolejną melodyjną, bardzo przyjemną piosenką. Trochę więcej czadu pojawia się w sporym przeboju "Easy Livin'", ale to już mocno sztampowy kawałek, ze zbyt emfatyczną warstwą wokalną. Przerysowanego śpiewu nie brak też w "Poet's Justice", ale instrumentalnie jest to całkiem solidne nagranie.

W bardziej rozbudowanym "Circle of Hands" i krótkim "All My Life" powracają wpływy gospelowe, ale nie brakuje też mocniejszego grania, co okazuje się niegłupim pomysłem na urozmaicenie hard rocka. Oba nie robią na mnie jednak dużego wrażenia. Pomiędzy nimi pojawia się jeszcze podniosły "Rainbow Demon", który pomimo dość dużej dawki patosu jest jednym z mocniejszych utworów w dorobku grupy, świetnie zagranym i zaśpiewanym. A końcówka albumu to dwa utwory często traktowane jako całość, ponieważ wiele kompaktowych wznowień zawiera je na jednej ścieżce. W rzeczywistości są to dwa osobne utwory, tylko koniec pierwszego został topornie nałożony na początek drugiego. Częściowo akustyczny "Paradise", z przyjemnie pulsującym basem i lekko soulową partią wokalną, to jedna z ładniejszych ballad zespołu, które bronią się pomimo pewnej naiwności. Ale "The Spell" przekonuje mnie już zdecydowanie mniej. Teoretycznie sporo się tutaj dzieje, przez co niektórzy doszukują się związków z rockiem progresywnym, jednak poszczególne części rażą albo rockowym banałem, albo połączeniem patosu z prostotą. Choć ta lekko floydowa solówka gitary jest całkiem zgrabna i szkoda, że nie trafiła do lepszej kompozycji.

Na "Demons and Wizards" muzycy Uriah Heep pokazują nieco większe ambicje, ale efekty nie zawsze są udane. Te prostsze pomysły na urozmaicenie zadziałały świetnie, ale gdy zespół próbuje odejść od piosenkowego schematu, zwyczajnie się na tym wykłada. Nie brakuje też zwyczajnie sztampowych momentów. Ale ogólnie wrażenia mam raczej pozytywne. Utrzymana zostaje tendencja z poprzednich albumów i muzykom udaje się tworzyć, z pewnymi wyjątkami, coraz zgrabniejsze kompozycje (np. "The Wizard", "Traveller in Time", "Rainbow Demon", "Paradise") i bardziej pomysłowe aranżacje. Co więcej, pomimo dużej różnorodności utworów, "Demons and Wizards" jest albumem całkiem spójnym. Gdyby tak jeszcze zamiast "Easy Livin'" i "The Spell" trafiła tu dłuższa wersja "Why", przyznałbym pewnie wyższą ocenę. Warto też dodać, że to pierwszy album Uriah Heep, który po obu stronach ukazał się z taką samą okładką. I całe szczęście, bo choć ta grafika Rogera Deana jest dość infantylna, to bardzo dobrze oddaje klimat muzyki. Niewiele jednak brakowało, bo gdyby Amerykanie dokładnie przyjrzeli się szczegółom, zapewne swoim zwyczajem wymusiliby przygotowanie ocenzurowanej wersji.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)

1. The Wizard; 2. Traveller in Time; 3. Easy Livin'; 4. Poet's Justice; 5. Circle of Hands; 6. Rainbow Demon; 7. All My Life; 8. Paradise; 9. The Spell

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, instr. perkusyjne, wokal (8,9), dodatkowy wokal; Mark Clarke - gitara basowa (1), wokal (1); Gary Thain - gitara basowa (2-9); Lee Kerslake - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Gerry Bron


19 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)



Zgodnie z dotychczasową tradycją, trzeci album Uriah Heep w Stanach został wydany z inną okładką (ale już  bez zmian w liście utworów). Tym razem jednak obie okładki opierają się na dokładnie tym samym pomyśle: wyposażone są w lustrzaną folię, w której może przeglądać się osoba trzymająca album. Jest to oczywiste nawiązanie do tytułu "Look at Yourself". A zawartość muzyczna? Jest to jak dotąd najbardziej spójny album zespołu. Muzycy (głównym kompozytorem materiału jest Ken Hensley, którego w dwóch nagraniach wspomógł David Byron, a w jednym Mick Box) postawili zdecydowanie na hardrockowy czad.

Rozpędzony utwór tytułowy, z bardzo purplowymi partiami organów i gitary, ale urozmaicony egzotycznymi perkusjonaliami (odpowiadają za nie członkowie afrobeatowej grupy Osibisa), stał się kolejnym klasykiem zespołu, bez którego nie mógł się odbyć żaden koncert. Ale nie mniej udanie prezentują się "Tears in My Eyes" z bluesowymi zagrywkami gitary i partią syntezatora (w wykonaniu kolejnego gościa, Manfreda Manna), bardziej rozbudowany "Shadows of Grief" z ciekawym, nastrojowym zwolnieniem, a także najcięższy, choć znów mocno bluesowy "Love Machine". Trochę słabiej wypada "I Wanna Be Free", z topornymi wejściami gitary oraz naiwną melodią. Na albumie znalazły się też nagrania o nieco innym charakterze. "What Should Be Done" to łagodna piosenka z głównie fortepianowym akompaniamentem i soulowym śpiewem Byrona - nawet nie najgorzej to wyszło, tylko kompletnie nie pasuje do reszty albumu. W całość znacznie lepiej wpasował się "July Morning", czyli prawdopodobnie najsłynniejszy utwór Uriah Heep, popularny szczególnie w krajach Europy Wschodniej (w Bułgarii jego tytułem nazwano coroczne obchody polegające na wyczekiwaniu pierwszego lipcowego wschodu słońca). Z początku balladowy utwór stopniowo nabiera większego ciężaru, nie brakuje przyjemnych partii organów i gitary (znów też pojawia się syntezator), całkiem przyjemna jest również melodia, choć momentami wkrada się trochę banału. Nie wpadłbym na to, by stawiać go wśród tych najlepszych kompozycji z rockowego mainstreamu, ale wciąż jest to całkiem miła rzecz.

Uriah Heep w końcu nagrał album, który tworzy w miarę spójną całość. Kompozycje coraz bardziej popadają w kompletny banał, a aranżacyjnie mniej tutaj patosu - zespół stawia raczej na hardrockowy czad, co zdecydowanie wychodzi na dobre, bo do bardziej ambitnego grania muzykom zwyczajnie brakuje umiejętności. Moim zdaniem jest to wciąż granie niedorównujące najlepszym dokonaniom Deep Purple, Black Sabbath i Led Zeppelin, jednak na tle całego ciężkiego rocka wypada naprawdę dobrze.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)

1. Look at Yourself; 2. I Wanna Be Free; 3. July Morning; 4. Tears in My Eyes; 5. Shadows of Grief; 6. What Should Be Done; 7. Love Machine

Skład: David Byron - wokal (2-7); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; Paul Newton - gitara basowa, dodatkowy wokal; Iain Clark - perkusja
Gościnnie: Loughty Amao, Mac Tontoh i Teddy Osei - instr. perkusyjne (1); Manfred Mann - syntezator (3,4)
Producent: Gerry Bron


Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


17 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Salisbury" (1971)



"Salisbury", podobnie jak debiutancki "...Very 'Eavy ...Very 'Umble", ukazał się w dwóch różnych wersjach. Na europejskim wydaniu uwzględniono "Bird of Prey", dobrze już znany ze strony B singla "Gypsy". W Stanach utwór ten był już uwzględniony na poprzednim albumie, więc jego miejsce zajęła inna kompozycja, "Simon the Bullet Freak" (ze strony B singla "Lady in Black"); przygotowano też zupełnie inną okładkę. Nagrania na longplay zaczęły się niespełna pół roku po poprzedniej sesji. Inspiracje zespołu przez ten czas się nie zmieniły, natomiast znacznie zwiększyła się rola Kena Hensleya. Klawiszowiec dołączył do składu w trakcie nagrywania pierwszego albumu, gdy cały materiał był już napisany i w znacznej części nagrany. Jego wkład ograniczył się do nagrania partii organów Hammonda, które pomogły w ukształtowaniu się brzmienia zespołu. Tym razem jego nazwisko pojawia się pod wszystkimi siedmioma utworami (liczę materiał z obu wydań), przy czym aż cztery skomponował samodzielnie. Co więcej, w dwóch z nich, "Lady in Black" i "High Priestess", pełni rolę głównego wokalisty.

Tym razem odrobinę lepiej wypada edycja europejska i znów - podobnie jak przewaga amerykańskiej wersji debiutu - jest to zasługa "Bird of Prey". Ten czadowy utwór doskonale sprawdza się w roli otwieracza. W Stanach na początek pojawia się "High Priestess" - również utrzymany w szybkim tempie, ale znacznie już łagodniejszy brzmieniowo i, niestety, bardziej banalny melodycznie. Z takich bardziej hardrockowych numerów jest tu jeszcze naprawdę fajny "Time to Live" (bardzo w stylu Deep Purple) i całkiem przyzwoity "Simon the Bullet Freak" (mniej purplowy ze względu na zastąpienie organów pianinem). W żadnym wypadku nie są to wybitne kompozycje, ale nie popadają ani w patos, ani w banał, co często grupie się zdarzało. Pozostały materiał pokazuje już nieco inne oblicza zespołu. "The Park" to nastrojowa ballada, dość naiwna i nieco kiczowata, ale mająca pewien urok. Drugim łagodniejszym utworem jest "Lady in Black", jeden z najsłynniejszych kawałków zespołu. Gdyby zostawić tylko wokal i partię gitary akustycznej, byłaby to zwyczajna ogniskowa przyśpiewka - zresztą udział innych instrumentów znaczącą nie wpływa na charakter tego nagrania. Oczywiście, znów jest kiczowato i naiwnie, ale też muszę przyznać, że melodia jest całkiem przyjemna i autentycznie zapada w pamięć. Jest to jedno z tych nagrań, które teoretycznie nie powinny mi się podobać, ale w jakimś stopniu nawet je lubię (nie aż takim, by wracać do nich z własnej woli).

Najbardziej problematycznym utworem jest tutaj tytułowa kompozycja "Salisbury". Rozbudowane formalnie nagranie z udziałem 24-osobowej orkiestry. Porwanie się na coś takiego przez zespół rockowy prawie zawsze kończy się fatalnie. Dobitnie uświadamia, że ogromne ambicje muzyków nie idą w parze z wystarczającymi możliwościami ich zrealizowania. W tym przypadku mogło się to nawet udać, gdyby zabrał się za to rockowy zespół z nieco większą wyobraźnią. Uriah Heep nie próbował bowiem nagrać czegoś szczególnie skomplikowanego. Prawdopodobną inspiracją był "Concierto de Aranjuez" Joaquína Rodrigo, a więc dzieło stosunkowo skromne, jak na muzykę klasyczną. Spore fragmenty zdradzają też wpływ jazz-rocka z okolic Colosseum, a więc też grupy grającej dość prosto, jak na taką stylistykę. Tyle tylko, że to wszystko zostało tutaj przefiltrowane przez hardrockowy styl zespołu. I w momentach, kiedy wkracza wokal, robi się bardzo banalnie, a we fragmentach instrumentalnych wyraźnie brakuje kreatywności i brzmi to jak nieudolne naśladownictwo "Valentyne Suite". W dodatku trudno tu mówić o jakieś szczególnej współpracy z orkiestrą - może i partie zespołu oraz sekcji smyczkowej i dętej nie rozłażą się ze sobą, ale też nie łączą się w żaden ciekawy sposób. Ogólnie nie słucha się tego jakoś źle. W tle może sobie grać i nie będzie mi przeszkadzać. Ale wsłuchanie się, nawet nie jakoś bardzo wnikliwe, dobitnie uświadamia, że muzykom po prostu zabrakło umiejętności, a nie porwali się przecież na coś niemożliwego dla zespołu rockowego.

Uriah Heep na "Salisbury" wciąż próbuje swoich sił nie tylko w hard rocku, ale także w innych stylistykach, co samo w sobie jest godne pochwały, ale efekty nie zawsze przekonują. Słychać za to pewien postęp w kwestii kompozytorskiej, co niewątpliwie wynika z większego zaangażowania Hensleya. Poziom poszczególnych utworów jest tym razem odrobinę bardziej wyrównany, choć wciąż pozostawia sporo do życzenia.

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "Salisbury" (1971)

EU: 1. Bird of Prey; 2. The Park; 3. Time to Live; 4. Lady in Black; 5. High Priestess; 6. Salisbury

US: 1. High Priestess; 2. The Park; 3. Time to Live; 4. Lady in Black; 5. Simon the Bullet Freak; 6. Salisbury

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara, dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wibrafon, wokal, dodatkowy wokal; Paul Newton - gitara basowa, dodatkowy wokal; Keith Baker - perkusja
Gościnnie: John Fiddy - orkiestracja (6)
Producent: Gerry Bron


Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


15 września 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)



Niektórzy uważają Uriah Heep za zespół niemalże równy wielkiej hardrockowej trójcy: Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Inni słyszą w nim wyłącznie klona ostatniej z tych grup. Podobieństwa są uderzające, szczególnie w kwestii brzmienia oraz roli organów Hammonda, ale też np. w warstwie wokalnej. Fakt, że debiutancki album Uriah Heep, "...Very 'Eavy ...Very 'Umble", ukazał się zaledwie tydzień po premierze "In Rock", na którym w pełni ukształtowało się hardrockowe brzmienie Purpli. ale wcześniej oba zespoły często ze sobą koncertowały. Podobieństwa mogą też wynikać ze wspólnej inspiracji dokonaniami amerykańskiego Vanilla Fudge. Tak czy inaczej, twórczość obu brytyjskich grup jest bardzo do siebie zbliżona. I nie przypadkiem o jednym z nich pamiętają już chyba wyłącznie wielbiciele takiej stylistyki. Uriah Heep nie zbliżył się nigdy do poziomu najlepszych dokonań swojego głównego konkurenta, nie dawał tak porywających koncertów, ani nie dorobił się hitu na miarę "Smoke on the Water". Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie zasługuje na uwagę, bo trochę fajnej muzyki po sobie pozostawił. Tyle tylko, że rozproszonej po paru mniej lub bardziej nierównych wydawnictwach.

Debiut zdecydowanie należy do tych bardziej nierównych, a właściwie najbardziej niespójnych. W sumie nie powinno to aż tak bardzo dziwić, skoro w trakcie jego nagrań doszło do kilku zmian składu. Sesja rozpoczęła się w kwartecie, w którego skład wchodzili wokalista David Byron, gitarzysta Mick Box, basista Paul Newton oraz perkusista Alex Napier. Gościnnie wspomógł ich grający na różnych instrumentach klawiszowych Colin Wood. Zarejestrowane w tym okresie utwory zdradzają, że zespół ma większe ambicje niż tylko hardrockowe łojenie. "Come Away Melinda", przeróbka folkowej piosenki z początku lat 60., zaaranżowanej głównie na gitarę akustyczną i melotron, ze stopniowo narastającymi partiami sekcji rytmicznej, to brzmiąca dość naiwny, lekko kiczowaty proto-prog w stylu The Moody Blues. Tymczasem w międzyczasie zadebiutował przecież King Crimson, który pokazał, że w takiej stylistyce można tworzyć muzykę bardziej wysmakowaną, gdzie duże ambicje idą w parze z dużymi umiejętnościami. Drugim utworem zarejestrowanym przez ten skład jest finałowy "Wake Up (Set Your Sights)", zdradzający silną inspirację jazz-rockiem z okolic Colosseum. Pierwsza, bardziej energetyczna część jest całkiem przyjemna, ale druga, spokojniejsza, jest już zbyt jednostajna, pojawia się praktycznie znikąd i nigdzie nie prowadzi. Do tego partia melotronu dodaje zbyt wiele patosu do w sumie prostego grania.

Kolejne utwory zostały zarejestrowane już po dołączeniu do składu Kena Hensleya i jego hammondów. To już zdecydowanie purplowy materiał. Wyróżnia się przede wszystkim otwierający całość "Gypsy", jeden z najbardziej popularnych kawałków grupy. Uwagę intensywne partie organów i gitary (w stereofonicznym miksie odseparowane od siebie w przeciwnych kanałach), podparte mocną grą sekcji rytmicznej. Jest też pewien mankament - tym razem to przeszarżowana partia Byrona dodaje zupełnie niepotrzebnego patosu. Zdecydowanie mniej udane są inne nagrania z tego okresu: "Walking in Your Shadow", "Dreammare" i "Real Turned On". W tym pierwszym pojawia się przynajmniej dość charakterystyczny riff, ale ogólnie wszystkie są dość przeciętne pod względem instrumentalnym, a melodycznie po prostu banalnie. "Dreammare" z tymi swoimi chórkami wypada wręcz kuriozalnie. Przed końcem sesji nastąpiła jeszcze zmiana na stołku perkusisty. Nowym bębniarzem chwilowo został Nigel Olsson z zespołu Eltona Johna. Z jego udziałem powstały dwa kolejne nagrania. "I'll Keep On Trying" to znów hard rock, ale z potężną dawką patosu i wynikającego z niego kiczu. Ale już "Lucy Blues" to kolejny - po tych najstarszych - kawałek, który na tym albumie nie pasuje do niczego. To po prostu archetypowy blues, na którym zespół w najmniejszym stopniu nie odcisnął własnego piętna.

W Stanach album ukazał się z inną, ale tak samo infantylną okładką i bez tytułu (Amerykanie nie lubią tytułów trudnych do zapamiętania). Ponadto, pominięto "Lucy Blues", dodając na jego miejsce stronę B singla "Gypsy" - "Bird of Prey", nagrany już z nowym perkusistą, Keithem Bakerem. To jeden z najbardziej czadowych kawałków w repertuarze zespołu, oparty na całkiem fajnym riffie, ale znów z pretensjonalnymi zaśpiewami Byrona oraz naiwnymi chórkami. Jest to mimo wszystko najlepszy, obok "Gypsy" i "Wake Up (Set Your Sights)", fragment albumu. A to oznacza, że amerykańskie wydanie wypada trochę lepiej, ale też bardziej spójnie. Wciąż jednak jest to muzyka, której nie poleciłbym nikomu, poza wielbicielami hard rocka, którym nie przeszkadza, że jest to dość naiwne, a przy tym pełne patosu granie.

Ocena: 5/10



Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)

1. Gypsy; 2. Walking in Your Shadow; 3. Come Away Melinda; 4. Lucy Blues; 5. Dreammare; 6. Real Turned On; 7. I'll Keep On Trying; 8. Wake Up (Set Your Sights)

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara, dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Paul Newton - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alex Napier - perkusja (1-3,6–8); Nigel Olsson - perkusja (4,5)
Gościnnie: Colin Wood - instr. klawiszowe (3,8)
Producent: Gerry Bron


Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


13 września 2014

[Recenzja] Leaf Hound - "Growers of Mushroom" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 4/13

Leaf Hound to jeden z tych zespołów, którym nie udało się zdobyć popularności w czasach swojej działalności, a które dziś cieszą się pewną popularnością wśród wielbicieli starego rocka. Historia zespołu sięga 1969 roku, kiedy to w Londynie uformowała się grupa Black Cat Bones. Przez jej skład przewinęło się wielu muzyków, m.in. Paul Kossoff i Simon Kirke, którzy niedługo później połączyli siły z Paulem Rodgersem i Andym Fraserem, tworząc oryginalny skład popularnego Free. Już po ich odejściu, Black Cat Bones nagrał swój debiutancki - i, jak się wkrótce okazało, jedyny - album, "Barbed Wire Sandwich". Wydawnictwo przyniosło materiał bardzo mocno osadzony w bluesie, stylistycznie zbliżony do wspomnianego Free (choć zabrakło równie rozpoznawalnego wokalisty). W 1970 roku tego typu granie zdążyło się już osłuchać publiczności, którą teraz bardziej pociągała ostrzejsza muzyka w stylu Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple. Album kompletnie przepadł w notowaniach, a z zespołem rozstała się znaczna część jego członków.

W składzie zostali tylko bracia Brooks - gitarzysta Derek oraz basista Stuart. Wkrótce dołączyli do nich wokalista Pete French, perkusista Keith Young oraz drugi gitarzysta, Mick Halls. Odświeżony zespół zmienił nazwę na Leaf Hound i zwrócił się w stronę popularnego wówczas hard rocka. Niestety, niewiele z tego wynikło. Po części obwiniać można za to wydawce grupy, osławioną Decca Records (tę samą, która odprawiła Beatlesów, twierdząc, że czasy zespołów z gitarami już przeminęły). Pod koniec 1970 roku, w trakcie 11-godzinnej sesji, kwintet zarejestrował materiał na album zatytułowany "Growers of Mushroom". Premiera została wyznaczona na początek następnego roku i miała zbiec się w czasie z rozpoczęciem trasy koncertowej. Tylko to drugie doszło do skutku, w rezultacie czego muzycy promowali album, którego nie można było nigdzie kupić. "Growers of Mushroom" ukazał się dopiero w październiku 1971 roku. Jednak zespół już wtedy nie istniał, a rozczarowani muzycy zajęli się czym innym.

Oczywiście, można się zastanawiać, czy gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, zespół odniósłby sukces. Tego już nie dowiemy, aczkolwiek warto wspomnieć o sporym zainteresowaniem muzyką Leaf Hound w Niemczech. Tamtejsze koncerty spotkały się z tak dobrym przyjęciem, że miejscowa wytwórnia Telefunken postanowiła wydać - na kilka miesięcy przed ogólnoświatową premierą - okrojoną wersję albumu (pod eponimicznym tytułem "Leaf Hound", z inną okładką, bez utworów "Freelance Fiend" i "Growers of Mushroom"), a także nieopublikowany nigdzie indziej singiel z utworami "Drowned My Life in Fear" i niealbumowym "It's Gonna Get Better". Ten ostatni jest zresztą bardzo nietypową kompozycją dla grupy - balladą opartą głównie na akompaniamencie pianina, z czystym śpiewem Frencha oraz żeńskimi chórkami. Nic dziwnego, że nie uwzględniono go w programie longplaya, gdzie kompletnie by nie pasował.

Dominuje tutaj znacznie cięższe granie, z surowym, przybrudzonym brzmieniem gitar - niektórzy doszukują się tutaj zalążków stoner rocka - oraz szorstkimi, krzykliwymi partiami wokalnymi. Obok w całości czadowych nagrań, jak "Freelance Fiend", "Drowned My Life in Fear", "Stray" czy "Stagnant Pool", brzmiących jak bardziej nieokrzesany Led Zeppelin (dwa ostatnie wywołują dość oczywiste skojarzenia z, odpowiednio, "Heartbreaker" i "Communication Breakdown"), znalazło się też parę łagodniejszych momentów. Do tych ostatnich zaliczają się wzbogacone gitarą akustyczną "Sad Road to the Sea" i "With a Minute to Go", najbardziej melodyjny "Growers of Mushroom" czy lekko psychodeliczny blues "Work My Body" - we wszystkich zdecydowanie bliżej stylistyki Cream, choć tylko nagranie tytułowe (melodycznie podobne do "Tales from Brave Ulysses") przez całą długość konsekwentnie się nie zaostrza. To całkiem solidny materiał, z potężną dawką czadu i energii, która z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom hard rocka. W żadnym razie nie jest to jednak album odkrywczy ani wybitny. Kompozycje na ogół są niezbyt zapamiętywalne, a najbardziej charakterystyczne riffy i melodie to te, które wywołują bardzo konkretne skojarzenia z innymi wykonawcami. Mimo wszystko, słyszę tutaj potencjał, który na kolejnych wydawnictwach mógł zostać rozwinięty.

Po rozpadzie Leaf Hound jedynym członkiem kwintetu, któremu udało się zaistnieć był Pete French. Jeszcze w 1971 roku dołączył do Atomic Rooster, z którym zarejestrował album "In Hearing of Atomic Rooster". Niedługo później zasilił skład amerykańskiego Cactus, z którym również nagrał jeden album, "'Ot 'N' Sweaty". Później i on zniknął ze sceny, by na początku XXI wieku niespodziewanie powrócić pod szyldem Leaf Hound (bez udziału innych muzyków oryginalnego składu), wraz z nowym, niezbyt udanym albumem "Unleashed". Powrót zespołu - a w każdym razie odkopanie jego nazwy przez Frencha - był wynikiem zainteresowania, jakim zaczęła cieszyć się jego twórczość, w czym pomogły liczne wznowienia "Growers of Mushroom" (nierzadko wzbogacone o dodatkowy materiał: wspomniany "It's Gonna Get Better" oraz bardziej typowy dla grupy "Hip Shaker").

Ocena: 7/10



Leaf Hound - "Growers of Mushroom" (1971)

1. Freelance Fiend; 2. Sad Road to the Sea; 3. Drowned My Life in Fear; 4. Work My Body; 5. Stray; 6. With a Minute to Go; 7. Growers of Mushroom; 8. Stagnant Pool; 9. Sawdust Caesar

Skład: Pete French - wokal; Mick Halls - gitara; Derek Brooks - gitara; Stuart Brooks - gitara basowa; Keith Young - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Paul Lynton


8 września 2014

[Recenzja] Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)



Czasy stadionowych koncertów grupy Queen zostały już udokumentowane licznymi albumami koncertowymi. Gorzej sprawa przedstawia się z wcześniejszym okresem twórczości zespołu - przez ponad 30 lat jedynym wydanym oficjalnie koncertowym materiałem Queen z lat 70. był "Live Killers", zarejestrowany w 1979 roku, podczas trasy promującej siódmy album studyjny, "Jazz". Sytuację poprawia właśnie wydany "Live at the Rainbow '74", przynoszący - zgodnie z tytułem - materiał z 1974 roku. Zgodnie z dzisiejszymi standardami, wydawnictwo ukazało się w kilku różnych wersjach:

  • 2 x CD z kompletnymi rejestracjami występów grupy z 31 marca i 20 listopada 1974 roku w londyńskim Rainbow Theater (każdy na osobnej płycie kompaktowej);
  • 4 x LP z tym samym materiałem (każdy występ na dwóch płytach winylowych);
  • 1 x CD z pełnym zapisem listopadowego występu;
  • 2 x LP z fragmentami obu występów;
  • 1 x DVD lub Blu-ray, z pełną rejestracją filmową listopadowego występu oraz fragmentem marcowego (utwory "Son and Daughter" i "Modern Times Rock'n'Roll");
  • "Super Deluxe Box" (2 x CD, DVD, Blu-ray plus różne dodatki).

W 1974 roku Queen był nieco innym zespołem. Innym, niż ten znany ze stacji radiowych. Jeszcze nie tak popularnym wśród szerszej publiczności, dopiero czekającym na pierwszy sukces (który nadszedł wkrótce potem, wraz z utworem "Bohemian Rhapsody" i zawierającym go albumem "A Night at the Opera"). Podczas marcowego występu zespół miał na koncie dopiero dwa albumy: "Queen" i "Queen II". Na setlistę złożył się niemal cały repertuar obu wydawnictw, uzupełniony mieszanką rock'n'rollowych standardów oraz wydanym tylko na stronie B singla utworem "See What a Fool I’ve Been". W listopadzie dyskografia grupy była już bogatsza o album "Sheer Heart Attack", którego liczne fragmenty zajęły miejsce wielu wcześniej wykonywanych kompozycji. Doszedł też fragment "The March of the Black Queen", przeróbka musicalowego "Big Spender", a także puszczona z taśmy gitarowa interpretacja brytyjskiego hymnu "God Save the Queen" (zespół już do końca kariery miał w ten sposób kończyć swoje koncerty). Chociaż już wtedy muzycy stosowali te wszystkie charakterystyczne patenty znane także z późniejszych lat - quasi-operowe harmonie wokalne, zwielokrotnione efektami brzmienie gitary Briana Maya czy zamiłowanie do pastiszów różnych muzycznych stylów - to jednak grał wtedy nieco inną muzykę. Zorientowaną przede wszystkim na hard rock.

"Live at the Rainbow '74" tylko to potwierdza. Znalazły się tu jedne z najmocniejszych utworów z dorobku grupy, jak niemal sabbathowe "Son and Daughter" i "Great King Rat" czy szaleńczo rozpędzone "Modern Times Rock 'n' Roll" (na obu koncertach śpiewany przez Freddiego Mercury'ego, a nie - jak w wersji studyjnej - Rogera Taylora) czy "Stone Cold Crazy". Prawdziwie hardrockowego ciężaru nie brak też w tutejszych wykonaniach "Father to Son", "Ogre Battle",  "Liar" czy "Flick of the Wrist". Z drugiej strony, zespół już wtedy potrafił tworzyć urokliwe ballady ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods") lub zabłysnąć pastiszowym humorem ("The Fairy Feller's Master-Stroke", "Bring Back That Leroy Brown"). Żaden z wymienionych utworów nie pojawił się na wcześniejszych koncertówkach Queen, dzięki czemu wartość "Live at the Rainbow '74" jest jeszcze większa. Oczywiście, są tu też pierwsze przeboje zespołu, chętnie grane także na późniejszych trasach: "Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen" i "Now I'm Here". O ile studyjne wersje były dość wygładzone brzmieniowo, tak tutaj wypadają o wiele mocniej (dotyczy to zwłaszcza dwóch pierwszych). Skoro mowa o brzmieniu, to jakość rejestracji obu występów jest naprawdę świetna. W końcu przy nagrywaniu materiału był obecny sam Roy Thomas Baker (producent wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Jazz"). Jedynym powodem, dla którego koncerty te nie zostały wcześniej opublikowane, była twórcza aktywność członków grupy, którzy w rekordowym tempie nagrywali kolejne albumy studyjne.

Co ciekawe, latem 1974 roku planowano wydanie albumu z fragmentami marcowego występu. Przygotowano już nawet taśmy, na podstawie których miały zostać tłoczone płyty. Ostatecznie, jak wiadomo, zamiast tego wydawnictwa wypuszczono "Sheer Heart Attack". Jednak taśma przetrwała i posłużono się nią do przygotowania pierwszej płyty "Live at the Rainbow '74" w wersji 2 x LP, będącej repliką planowanego wydawnictwa. Tutaj oczywiście dodano jeszcze drugą płytę z wyborem nagrań z listopadowego wydania. I taka wersja wydaje się najlepszym wyborem. Przede wszystkim dlatego, że repertuar obu koncertów bardzo mocno się pokrywał. W setliście powtarzało się aż dziesięć utworów, przy czym ich wykonania specjalnie się od siebie nie różnią. Choć na żywo muzyka Queen miała nieco swobodniejszy charakter, to muzycy nie wdawali się w dłuższe improwizacje, do czego zapewne brakowało im potrzebnych umiejętności i kreatywności. Solówki wydają się tu raczej wystudiowane (wystarczy porównać oba gitarowe popisy z "Son and Daughter", perkusyjne z "Keep Yourself Alive" i basowe z "Liar" - różnice są ledwo zauważalne). Słuchanie dwóch bardzo podobnych i dość długich rejestracji może być nużące. Tymczasem, ta skrócona wersja zawiera naprawdę mocny wybór z obu występów, unikając powtórek (z wyjątkiem pełniącego rolę intra "Procession").

Gdybym miał oceniać wyłącznie to winylowe wydanie, to musiałbym podkreślić, że to najbardziej zwarte, spójne i równe wydawnictwo Queen. Pozostałe wersje zawierają już jednak także mniej porywający materiał, a przez swoją obszerność mogą się dłużyć. Warto natomiast dodać, że to cięższe, surowe brzmienie bardzo zespołowi pasuje i czyni jego muzykę bardziej atrakcyjną. Zdecydowanie wolę Queen w takim wydaniu niż z tych wygładzonych, ugrzecznionych płyt studyjnych.

Ocena: 8/10



Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)

Wersja 2 x CD / 4 x LP:
CD1 / LP1-2 (March show): 1. Procession; 2. Father to Son; 3. Ogre Battle; 4. Son and Daughter; 5. Guitar solo; 6. Son and Daughter (Reprise); 7. White Queen (As It Began); 8. Great King Rat; 9. The Fairy Feller's Master-Stroke; 10. Keep Yourself Alive; 11. Drum solo; 12. Keep Yourself Alive (Reprise); 13. Seven Seas of Rhye; 14. Modern Times Rock 'n' Roll; 15. Jailhouse Rock / Stupid Cupid / Be Bop a Lula (Medley); 16. Liar; 17. See What a Fool I’ve Been
CD2 / LP3-4 (November show): 1. Procession; 2. Now I'm Here; 3. Ogre Battle; 4. Father to Son; 5. White Queen (As It Began); 6. Flick of the Wrist; 7. In the Lap of the Gods; 8. Killer Queen; 9. The March of the Black Queen; 10. Bring Back That Leroy Brown; 11. Son and Daughter; 12. Guitar solo; 13. Son and Daughter (Reprise); 14. Keep Yourself Alive; 15. Drum solo; 16. Keep Yourself Alive (Reprise); 17. Seven Seas of Rhye; 18. Stone Cold Crazy; 19. Liar; 20. In the Lap of the Gods… Revisited; 21. Big Spender; 22. Modern Times Rock 'n' Roll; 23. Jailhouse Rock; 24. God Save the Queen

Wersja 2 x LP:
LP1 (March show): 1. Procession; 2. Father to Son; 3. Ogre Battle; 4. Son and Daughter; 5. Guitar solo; 6. Son and Daughter (Reprise); 7. Keep Yourself Alive; 8. Drum solo; 9. Keep Yourself Alive (Reprise); 10. Seven Seas of Rhye; 11. Modern Times Rock 'n' Roll; 12. Liar
LP2 (November show): 1. Procession; 2. Now I'm Here; 3. White Queen (As It Began); 4. Flick of the Wrist; 5. In the Lap of the Gods; 6. Killer Queen; 7. The March of the Black Queen; 8. Bring Back That Leroy Brown; 9. Stone Cold Crazy; 10. In the Lap of the Gods... Revisited

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Joshua J. Macrae i Kris Fredriksson


5 września 2014

[Recenzja] Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)



Robert Plant od lat unika wszystkiego, co może kojarzyć się z Led Zeppelin. Zamiast tego proponuje łagodniejszą muzykę, mocno przesiąkniętą wschodnim klimatem. Na właśnie wydanym albumie "Lullaby and... The Ceaseless Roar" - podobnie jak na kilku poprzednich - w aranżacjach dominują instrumenty pochodzenia afrykańskiego o takich egzotycznych nazwach, jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti; pojawia się też indyjska tabla. Wyraźniejsze, mocniejsze partie gitar słychać właściwie tylko w czterech utworach: "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill". Cóż, Robert Plant już nie jest młodzieńcem i mógłby sobie nie poradzić z śpiewem w mocniejszych kompozycjach. Za to do nastrojowych kompozycji jego obecny głos pasuje idealnie.

Album rozpoczyna się od tradycyjnej pieśni bluegrassowej "Little Maggie". Stylistycznie utrzymanej gdzieś na pograniczu folku, country i muzyki etnicznej, o akustyczno-elektronicznym brzmieniu. Podobne klimaty przynosi znany już na długo przed premierą, singlowy "Rainbow". Tym razem trochę większy nacisk został położony na wyrazistość melodii. Choć utwór zwraca uwagę raczej specyficznym nastrojem, niż za sprawą przebojowego charakteru. Właściwie to samo można napisać o większości z jedenastu zawartych tu kompozycji. Łagodny nastrój i afrykańskie brzmienia - przede wszystkim w warstwie rytmicznej - dominują w "Pocketful of Golden" i na początku "Embrace Another Fall". W tym drugim hipnotyczny nastrój zostaje nagle przerwany wejściem przesterowanej gitary; instrument szybko jednak schodzi na dalszy plan. Zaskakujący dynamiczny okazuje się natomiast "Turn It Up", napędzany bluesrockowym riffem, choć z zupełnie nierockowym podkładem rytmicznym.

Bardziej konwencjonalne okazują się kolejne utwory. "A Stolen Kiss" to bardzo ładna ballada, w przeciwieństwie do wcześniejszych utworów bardzo oszczędnie zaaranżowana - przez większość utworu partii wokalnej Planta towarzyszy tylko fortepianowy akompaniament. Z kolei "Somebody There" to bardzo melodyjna, dynamiczna piosenka, oparta głównie na brzmieniu akustycznej gitary. Bardzo chwytliwy refren wyróżnia ten utwór na tle reszty repertuaru. Pojawia się tu nawet krótka gitarowa solówka. W miarę dynamiczny jest jeszcze folkowy "Poor Howard" (oparty na kompozycji "Po' Howard" Lead Belly'ego), ale już nieco banalny "House of Love" to powrót do bardziej leniwych klimatów. Album znów ożywa przy naprawdę niezwykłym "Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)" - mocno gitarowym (jak na ten album), ale jednocześnie bardzo melancholijnym bluesie. Całość kończy najdziwniejsza kompozycja, "Arbaden (Maggie's Babby)" - nie tylko ze względu na partię wokalną (częściowo zaśpiewaną w afrykańskim języku Fulani), ale przede wszystkim warstwę muzyczną, którą można określić jako afrykańskie disco.

"Lullaby and... The Ceaseless Roar" to bardzo dziwny album, tylko momentami zahaczający o muzykę rockową. W ogóle niewiele mający wspólnego z europejską muzyką. Może wywołać spory szok u wszystkich, którzy dotąd kojarzyli Roberta Planta wyłącznie z Led Zeppelin. Jest to jednak bardzo intrygujący album i na pewno warty poznania.

Ocena: 6/10



Robert Plant and The Sensational Space Shifters - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)

1. Little Maggie; 2. Rainbow; 3. Pocketful of Golden; 4. Embrace Another Fall; 5. Turn It Up; 6. A Stolen Kiss; 7. Somebody There; 8. Poor Howard; 9. House of Love; 10. Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur); 11. Arbaden (Maggie's Babby)

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adams - gitara, instr. perkusyjne (bendir, djembe, tehardant); Liam Tyson - gitara, bandżo; John Baggott - instr. klawiszowe, tabla; Juldeh Camara - kologo, ritti, wokal w jęz. Fulani; Billy Fuller - gitara basowa, kontrabas, omnichord; Dave Smith - perkusja
Producent: Robert Plant