17 września 2014

[Artykuł] Historie okładek: "News of the World" Queen

W cyklu "Historie okładek" opisywałem już albumy, na których wykorzystano wcześniej istniejące grafiki ("Death Walks Behind You" Atomic Rooster, "Hard Attack" Dust). Przypadek "News of the World" jest o tyle inny, że muzycy Queen, zainspirowani pewną ilustracją, zgłosili się do jej autora, aby stworzył specjalnie dla nich jej parafrazę.


Autorem grafiki jest Frank Kelly Freas, amerykański ilustrator, którego dzieła zdobiły liczne książki i magazyny o tematyce science fiction i fantasy. Zaprojektował m.in. okładkę magazynu "Astounding Science Fiction" z października 1953 roku, przedstawiającą ogromnego robota trzymającego zwłoki mężczyzny. Komiks ten był w posiadaniu perkusisty Queen, Rogera Taylora, który przekonał pozostałych członków grupy, aby skontaktować się z Freasem i poprosić go o przygotowanie podobnej okładki na ich szósty album. Ilustrator przyznawał później, że słuchał wyłącznie muzyki klasycznej i nawet nie wiedział o istnieniu Queen. Z muzyką zespołu zapoznał się dopiero po skończeniu okładki. Obawiałem się, że ją znienawidzę, co zrujnowałoby moje pomysły - tłumaczył.

Oryginał.
Grafika przygotowana na album od oryginalnej różniła się zastąpieniem pojedynczych zwłok martwymi ciałami czterech muzyków Queen - na frontowej stronie albumu widać było Briana Maya i Freddiego Mercury'ego trzymanych przez robota w dłoni, oraz spadającego z niej Johna Deacona; natomiast podobizna Rogera Taylora znalazła się na rewersie. Nietrudno się domyślić, że okładka wywołała kontrowersje i niektóre sklepy w konserwatywnych Stanach odmówiły sprzedaży albumu. W przeciwieństwie do innych sytuacji tego typu, wytwórnia nie zdecydowała się na wznowienie longplaya z inną okładką. Jedynie w Korei Południowej album ukazał się z inną grafiką - fragmentem ilustracji z wewnętrznej strony rozkładanej koperty oryginalnego wydania (patrz niżej).

Fragmenty obu ilustracji zostały wykorzystane także jako okładki singli promujących album - "We Are the Champions"/"We Will Rock You" i "Spread Your Wings"/"Sheer Heart Attack".



8 września 2014

[Recenzja] Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)



Czasy stadionowych koncertów grupy Queen zostały już udokumentowane licznymi albumami koncertowymi. Gorzej sprawa przedstawia się z wcześniejszym okresem twórczości zespołu - przez ponad 30 lat jedynym wydanym oficjalnie koncertowym materiałem Queen z lat 70. był "Live Killers", zarejestrowany w 1979 roku, podczas trasy promującej siódmy album studyjny, "Jazz". Sytuację poprawia właśnie wydany "Live at the Rainbow '74", przynoszący - zgodnie z tytułem - materiał z 1974 roku. Według dzisiejszych standardów, wydawnictwo ukazało się w kilku różnych wersjach: jako pojedynczy CD, zawierający pełny zapis koncertu z 20 listopada 1974 roku w londyńskim Rainbow Theater (którego fragmenty były już opublikowane na kasecie VHS z "Box of Tricks" z 1992 roku); podwójny CD, zawierający także pełny zapis koncertu z 31 marca tego samego roku w tym samym miejscu (wcześniej niepublikowany); podwójny LP, zawierający 12 utworów z marcowego występu i 10 z listopadowego; poczwórny LP, zawierający kompletne zapisy obu występów; DVD lub Blu-Ray z kompletnym zapisem listopadowego koncertu i fragmentem marcowego (utwory "Son and Daughter" i "Modern Times Rock'n'Roll"); oraz tzw. wydanie "Super Deluxe Box", czyli dwie płyty CD, po jednej DVD i Blu-Ray, oraz przeróżne dodatki.

W 1974 roku Queen był nieco innym zespołem. Innym, niż ten znany ze stacji radiowych. Jeszcze nie popularnym wśród szerszej publiczności, dopiero czekającym na pierwszy sukces (który nadszedł wkrótce potem, wraz z utworem "Bohemian Rhapsody" i zawierającym go albumem "A Night at the Opera"). W marcu 1974 roku zespół miał na koncie tylko dwa albumy ("Queen" i "Queen II"), w listopadzie trzy (doszedł "Sheer Heart Attack"). Chociaż już wtedy zespół stosował wszystkie patenty znane z późniejszych lat - charakterystyczne harmonie wokalne, rozpoznawalne brzmienie gitary Briana Maya, zamiłowanie do pastiszów różnych muzycznych stylów - to jednak grał wtedy nieco inną muzykę. Zorientowaną przede wszystkim na hard rock.

"Live at the Rainbow '74" tylko to potwierdza. Znalazły się tu jedne z najmocniejszych utworów z dorobku grupy, jak niemal sabbathowe "Son and Daughter" i "Great King Rat", albo szaleńczo rozpędzone "Modern Times Rock 'n' Roll" (na obu koncertach śpiewany przez Freddiego Mercury'ego, a nie - jak w wersji studyjnej - Rogera Taylora) i "Stone Cold Crazy". Prawdziwie hard rockowego ciężaru nie brak też np. w "Father to Son", "Ogre Battle",  "Liar" czy "Flick of the Wrist". Z drugiej strony zespół już wtedy potrafił czarować niezwykłymi balladami ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods") czy zaproponować coś mniej konwencjonalnego, wręcz dziwnego ("The Fairy Feller's Master-Stroke", "Bring Back That Leroy Brown"). Żaden z wymienionych utworów nie pojawił się na żadnej z wcześniej wydanych koncertówek Queen, dzięki czemu wartość "Live at the Rainbow '74" jest jeszcze większa.

Oczywiście są tu też pierwsze przeboje zespołu, grane także na późniejszych trasach: "Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen" i "Now I'm Here". O ile studyjne wersje były dość wygładzone brzmieniowo, tak tutaj wypadają o wiele mocniej (dotyczy to zwłaszcza dwóch pierwszych). Skoro mowa o brzmieniu, to jakość rejestracji obu występów jest naprawdę świetna. W końcu przy nagrywaniu materiału był obecny sam Roy Thomas Baker (producent wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Jazz"). Jedynym powodem, dla którego koncerty te nie zostały wcześniej opublikowane, była twórcza aktywność członków grupy - tworzyli tak dużo nowej muzyki i chcieli jak najszybciej ją wydać, że nie mieli czasu na przygotowanie koncertówki.

Pod względem repertuarowym oba występy były do siebie podobne. Z utworów granych w marcu, tylko trzy nie zostały powtórzone w listopadzie: "Great King Rat", "The Fairy Feller's Master-Stroke" i nieco zeppelinowy blues "See What a Fool I’ve Been" (ze strony B singla "Seven Seas of Rhye"). Poza tym, w marcu zespół wykonał mieszankę rock'n'rollowych standardów - "Jailhouse Rock", "Stupid Cupid" i "Be Bop a Lula" - a w listopadzie tylko pierwszy z tych utworów. Na drugim koncercie doszły oczywiście utwory z "Sheer Heart Attack" (w liczbie siedmiu), ale także "The March of the Black Queen" z "Queen II" (niestety, zagrany tylko w półtoraminutowym fragmencie), cover musicalowego "Big Spender", oraz puszczona z taśmy interpretacja brytyjskiego hymnu, "God Save the Queen", która znalazła się dopiero na "A Night at the Opera".

Fanom Queen nie trzeba "Live at the Rainbow '74" polecać - złożyli zamówienia na to wydawnictwo na długo przed opublikowaniem tej recenzji. Mogę natomiast polecić album wszystkim wielbicielom hard rocka, którzy jeszcze nie odkryli, że grupa Queen grała także w tym stylu i świetnie jej to wychodziło. Z niecierpliwością już czekam na kolejne koncertówki wczesnego Queen, najlepiej z tras promujących albumy "A Night at the Opera", "A Day at the Races" i "News of the World". Wspaniale byłoby usłyszeć koncertowe wykonania "The Prophet's Song" i "White Man" w dobrej, niebootlegowej jakości.

Ocena: 9/10



Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)

CD1 (March show): 1. Procession; 2. Father to Son; 3. Ogre Battle; 4. Son and Daughter; 5. Guitar solo; 6. Son and Daughter (Reprise); 7. White Queen (As It Began); 8. Great King Rat; 9. The Fairy Feller's Master-Stroke; 10. Keep Yourself Alive; 11. Drum solo; 12. Keep Yourself Alive (Reprise); 13. Seven Seas of Rhye; 14. Modern Times Rock 'n' Roll; 15. Jailhouse Rock / Stupid Cupid / Be Bop a Lula (Medley); 16. Liar; 17. See What a Fool I’ve Been
CD2 (November show): 1. Procession; 2. Now I'm Here; 3. Ogre Battle; 4. Father to Son; 5. White Queen (As It Began); 6. Flick of the Wrist; 7. In the Lap of the Gods; 8. Killer Queen; 9. The March of the Black Queen; 10. Bring Back That Leroy Brown; 11. Son and Daughter; 12. Guitar solo; 13. Son and Daughter (Reprise); 14. Keep Yourself Alive; 15. Drum solo; 16. Keep Yourself Alive (Reprise); 17. Seven Seas of Rhye; 18. Stone Cold Crazy; 19. Liar; 20. In the Lap of the Gods… Revisited; 21. Big Spender; 22. Modern Times Rock 'n' Roll; 23. Jailhouse Rock; 24. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal; John Deacon - bass, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Joshua J. Macrae i Kris Fredriksson


5 września 2014

[Recenzja] Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)



Roberta Planta nikomu chyba nie trzeba przedstawiać - legendarny wokalista Led Zeppelin, od początku lat 80. wydający płyty pod własnym nazwiskiem. "Lullaby and... The Ceaseless Roar" to jego dziesiąty solowy album. Kto zna wcześniejsze wydawnictwa wokalisty, ten wie, czego można spodziewać się po najnowszym. Plant od lat unika wszystkiego, co może kojarzyć się z Led Zeppelin. Zamiast tego proponuje łagodniejszą muzykę, mocno przesiąkniętą wschodnim klimatem. Na nowym longplayu - podobnie jak na kilku poprzednich - w aranżacjach dominują instrumenty pochodzenia afrykańskiego, o takich egzotycznych nazwach, jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti; pojawia się też indyjska tabla. Wyraźniejsze, mocniejsze partie gitar słychać właściwie tylko w czterech utworach: "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill". Cóż, Robert Plant już nie jest młodzieńcem i mógłby sobie nie poradzić z śpiewem w mocniejszych kompozycjach. Za to do nastrojowych kompozycji jego obecny głos pasuje idealnie.

Album rozpoczyna się od tradycyjnej pieśni bluegrassowej "Little Maggie". Stylistycznie utrzymanej gdzieś na pograniczu folku, country i muzyki etnicznej, o akustyczno-elektronicznym brzmieniu. Podobne klimaty przynosi znany już na długo przed premierą, singlowy "Rainbow". Tym razem trochę większy nacisk został położony na wyrazistość melodii. Choć utwór zwraca uwagę raczej specyficznym nastrojem, niż za sprawą przebojowego charakteru. Właściwie to samo można napisać o większości z jedenastu zawartych tu kompozycji. Łagodny nastrój i afrykańskie brzmienia - przede wszystkim w warstwie rytmicznej - dominują w "Pocketful of Golden" i na początku "Embrace Another Fall". W tym drugim hipnotyczny nastrój zostaje nagle przerwany wejściem przesterowanej gitary; instrument szybko jednak schodzi na dalszy plan. Zaskakujący dynamiczny okazuje się natomiast "Turn It Up", napędzany bluesrockowym riffem, choć z zupełnie nierockowym podkładem rytmicznym.

Bardziej konwencjonalne okazują się kolejne utwory. "A Stolen Kiss" to bardzo ładna ballada, w przeciwieństwie do wcześniejszych utworów bardzo oszczędnie zaaranżowana - przez większość utworu partii wokalnej Planta towarzyszy tylko fortepianowy akompaniament. Z kolei "Somebody There" to bardzo melodyjna, dynamiczna piosenka, oparta głównie na brzmieniu akustycznej gitary. Bardzo chwytliwy refren wyróżnia ten utwór na tle reszty repertuaru. Pojawia się tu nawet krótka gitarowa solówka. W miarę dynamiczny jest jeszcze folkowy "Poor Howard" (oparty na kompozycji "Po' Howard" Lead Belly'ego), ale już nieco banalny "House of Love" to powrót do bardziej leniwych klimatów. Album znów ożywa przy naprawdę niezwykłym "Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)" - mocno gitarowym (jak na ten album), ale jednocześnie bardzo melancholijnym bluesie. Całość kończy najdziwniejsza kompozycja, "Arbaden (Maggie's Babby)" - nie tylko ze względu na partię wokalną (częściowo zaśpiewaną w afrykańskim języku Fulani), ale przede wszystkim warstwę muzyczną, którą można określić jako afrykańskie disco.

"Lullaby and... The Ceaseless Roar" to bardzo dziwny album, tylko momentami zahaczający o muzykę rockową. W ogóle niewiele mający wspólnego z europejską muzyką. Może wywołać spory szok u wszystkich, którzy dotąd kojarzyli Roberta Planta wyłącznie z Led Zeppelin. Jest to jednak bardzo intrygujący album i na pewno warty poznania.

Ocena: 6/10



Robert Plant and The Sensational Space Shifters - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)

1. Little Maggie; 2. Rainbow; 3. Pocketful of Golden; 4. Embrace Another Fall; 5. Turn It Up; 6. A Stolen Kiss; 7. Somebody There; 8. Poor Howard; 9. House of Love; 10. Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur); 11. Arbaden (Maggie's Babby)

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adams - gitara, instr. perkusyjne (bendir, djembe, tehardant); Liam Tyson - gitara, bandżo; John Baggott - instr. klawiszowe, tabla; Juldeh Camara - kologo, ritti, wokal w jęz. Fulani; Billy Fuller - bass, kontrabas, omnichord; Dave Smith - perkusja
Producent: Robert Plant


1 września 2014

[Podsumowanie miesiąca] Sierpień 2014

Postanowiłem zgapić pomysł z innych blogów, polegający na prezentowaniu pod koniec miesiąca czego autor bloga słuchał w ciągu ostatnich ~30 dni...

W sierpniu najczęściej słuchałem dwóch nowości - "Pale Communion" Opeth i "Blues Pills" Blues Pills. Nie będę się o nich teraz rozpisywał, ponieważ dopiero co poświęciłem obu tym albumom obszerne recenzje winylów. Co ciekawe, z obu tych longplayów najbardziej przypadły mi do gustu utwory o tytule "River"... Poza tym, w ciągu całego miesiąca słuchałem tylko czterech albumów, które w tym czasie wzbogaciły moją kolekcję. Każdemu z nich także poświęciłem osobną recenzję, ale było dość dawno temu, a teraz chciałbym podzielić się nowymi spostrzeżeniami na ich temat. Oto te albumy:

Winyle kupione w tym miesiącu.


Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

Długo polowałem na ten album. Nie chciałem żadnej reedycji (które też nie należą do łatwo dostępnych), a oryginalne tłoczenie. W międzyczasie kupiłem składankę "Assortment", zawierającą połowę utworów z "Death Walks Behind You" (tytułowy, "Sleeping for Years", "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night") i kilka utworów z innych płyt Atomowego Kurczaka. Paradoksalnie, "Death Walks..." jako całość prezentuje się znacznie lepiej od wspomnianej kompilacji. Bardzo brakowało mi na niej świetnego popisu instrumentalnego "VUG", uroczej ballady "Nobody Else", oraz "7 Streets", w którym jest jeden z najgenialniejszych wstępów w całej muzyce rockowej. Razem z wspomnianymi już utworami - niesamowitym, mrocznym "Death Walks Behind You", świetnym, czadowym "Sleeping for Years" i bardziej przebojowymi "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night" - tworzą one jedną z najlepszych płyt wczesnych lat 70.


Rush - "2112" (1976)

W czerwcu i lipcu miałem wielką fazę na twórczość Rush, kupiłem wtedy kilka ich albumów: "Moving Pictures", "Signals", "Grace Under Pressure" i "Archives", czyli trzy pierwsze albumy w jednej okładce. W sierpniu przyszła kolej na "2112" - album przez niektórych uznawany za szczytowe osiągnięcie grupy (wszyscy pozostali - w tym ja - uznają za nie "Moving Pictures"). Przyznam, że przed kupnem uważałem ten album za nieco lepszy... Rozczarowała mnie tytułowa suita (zajmująca całą stronę A), która jest po prostu niespójna, wręcz chaotyczna. Poszczególne jej fragmenty (będące de facto osobnymi utworami) w ogóle do siebie nie pasują. O wiele lepiej wypada zbiór przypadkowych utworów ze strony B. Przede wszystkim dwa hard rockowe czady - "A Passage to Bangkok" i "Something for Nothing" - oraz przepiękna ballada "Tears", która przez długi czas chodziła mi po głowie.


"Death Walks Behind You" na talerzu gramofonu.

Queen - "Live Killers" (1979)

Zawsze najbardziej lubiłem hard rockowe oblicze Queen, a "Live Killers" to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (przynajmniej do czasu ukazania się "Live at the Rainbow '74", którego premiera jest zaplanowana na początek września). Już sam początek - szybka wersja "We Will Rock You" i wzmocniony "Let Me Entartain You" - miażdży, a dalej jest tylko lepiej. Najlepsze punkty albumu to chyba odśpiewany częściowo przez publiczność "Love of My Life" (ciekawiej zaaranżowany niż w wersji studyjnej) i rozbudowana gitarowa solówka Briana Maya z "Brighton Rock". Właśnie takie swobodne traktowanie studyjnych pierwowzorów sprawia, że koncertowe albumy z lat 70. są tak wspaniałe i nie powinny być pominięte w żadnej kolekcji.


Pink Floyd - "The Division Bell" (1994; reedycja 2014)

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię współczesnych reedycji. Jednak w czasie, gdy album ten się ukazał, mało kto kupował jeszcze winyle i po prostu nie produkowano ich zbyt wiele. Obecnie za płyty z pierwszej połowy lat 90. trzeba płacić średnio po pół tysiąca złotych. To sporo, zwłaszcza za album, który średnio się lubi - a "The Division Bell" należy wg mnie do słabszych w dorobku Pink Floyd (choć zawiera genialny "High Hopes"). Z okazji 20. rocznicy wydania albumu w sklepach pojawiła się nowa winylowa reedycja, podobno nieremasterowana. W każdym razie brzmi całkiem dobrze. Niestety, zgodnie z obecnymi standardami, album ukazał się na dwóch płytach (oryginalnie cały materiał upchnięto na jednej płycie), co trochę uprzykrza słuchanie. Całe szczęście, że na albumie jest aż 11 kompozycji i zmiany stron następują po trzech utworach (a nie po dwóch, jak np. na "13" Black Sabbath i "Pale Communion" Opeth).


A poza tymi sześcioma longplayami, zasłuchiwałem się szczególnie w dwóch utworach:

  

"The Prophet's Song" to najdłuższy i najbardziej progresywny utwór Queen, a także jeden z najcięższych w ich dorobku. Jeszcze do niedawna odpychała mnie środkowa część utworu a capella, z zwielokrotnionym wokalem Freddiego Mercury'ego. Ale reszta utworu jest na tyle genialna, że mogę wybaczyć muzykom ten fragment. Z kolei "Soon" (czyli fragment kompozycji "The Gates of Delirium") to najpiękniejszy utwór, jaki kiedykolwiek stworzyła grupa Yes.