31 października 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)



"Death Walks Behind You", drugi album Atomic Rooster, zwraca uwagę już samą okładką, z reprodukcją obrazu "Nabuchodonozor" Williama Blake'a. Jednak sama muzyka również prezentuje większą dojrzałość zespołu. Trzeba jednak pamiętać, że ze składu uczestniczącego w nagraniu debiutanckiego "Atomic Rooster" pozostał tylko klawiszowiec Vincent Crane. Nick Graham odszedł do Skin Alley, a Carl Palmer wspólnie z Keithem Emersonem i Gregiem Lake'em założył supergrupę Emerson, Lake & Palmer. Ich miejsca zajęli odpowiednio John Du Cann i Paul Hammond. W sierpniu 1970 roku trio zarejestrowało materiał na longplay, który okazał się jego największym sukcesem komercyjnym, dochodząc do 12. miejsca na UK Albums Chart i lokując się pod koniec pierwszej setki listy amerykańskiego Billboardu. Spory sukces odniósł także promujący go na singlu "Tomorrow Night" (11. miejsce w brytyjskim notowaniu).

Longplay zawiera solidną porcję hard rocka, często dość rozbudowanych za sprawą jakby jamowych popisów muzyków. Utwory w rodzaju "Sleeping for Years", "Streets" czy instrumentalnych "Vug" i "Gershatzer" mają sporo luzu typowego raczej dla nagrań koncertowych. Zwraca uwagę dobra interakcja muzyków i długie, udane popisy, przede wszystkim Crane'a i Du Canna, choć w ostatnim z tych utworów ma też okazję wykazać się Hammond. "Sleeping for Years" i "Vug" są przy okazji jednymi z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów albumu. Ale akurat pod tym względem bezkonkurencyjny jest tytułowy "Death Walks Behind You" z świetnym klawiszowym wstępem o klimacie niczym z horroru i ponurym klimatem utrzymującym się także we właściwej, hardrockowej części utworu, co nie wyklucza jednak całkiem chwytliwego refrenu. Ale album ma też słabsze momenty. Wspomniany "Tomorrow Night" to tylko skoczna piosenka o znikomej, jeśli jakiejkolwiek, wartości artystycznej. Podobnie sprawa wygląda z nieco ostrzejszym, ale także dość banalnym "I Can't Take No More". Nie do końca przekonującym utworem jest także balladowy "Nobody Else", w którym najlepiej wypada instrumentalne przyśpieszenie z drugiej połowy.

"Death Walks Behind You" to album prawie na poziomie najlepszych dokonań wielkiej trójki hard rocka. Jednak "prawie" robi tu dość dużą różnicę. Pomimo dobrej gry instrumentalistów i w większości udanych kompozycji, czegoś tu jednak brakuje. Może bardziej charyzmatycznego wokalisty, a może wystarczyłby bardziej wyrównany poziom poszczególnych utworów. Tak czy inaczej, jest to album warty poznania. Na pewno najbardziej z całej dyskografii Atomic Rooster, który już nigdy nie zbliżył się do tego poziomu. Warto dodać, że wszyscy nagrywający go muzycy już przekonali się o prawdziwości tytułu: zmagający się od lat z depresją Vincent Crane odebrał sobie życie w walentynki 1989 roku, Paul Hammond przedawkował narkotyki trzy lata później, a John Du Cann zmarł na zawał serca w 2011 roku.

Ocena: 8/10



Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

1. Death Walks Behind You; 2. Vug; 3. Tomorrow Night; 4. 7 Streets; 5. Sleeping for Years; 6. I Can't Take No More; 7. Nobody Else; 8. Gershatzer

Skład: John Du Cann - wokal, gitara i bass; Vincent Crane - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Paul Hammond - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Atomic Rooster


30 października 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)



Początków Atomic Rooster należy szukać w istniejącej w drugiej połowie lat 60. psychodelicznej grupie The Crazy World of Arthur Brown. Dowodzona przez charyzmatycznego wokalistę Arthura Browna (który wywarł ogromny wpływ na sposób śpiewania chociażby Iana Gillana czy Bruce'a Dickinsona), zyskała pewną popularność w rodzimej Wielkiej Brytanii. Singiel "Fire" okazał się naprawdę sporym przebojem (także w kilku innych europejskich krajach). Muzycy postanowili więc zainteresować swoją twórczością także słuchaczy po drugiej stronie Atlantyku. Niestety, amerykańska trasa okazała się kompletną porażką, co wpłynęło na decyzję o rozwiązaniu kapeli. Jej członkowie szybko znaleźli sobie nowe zajęcia. Najciekawszym z nich okazał się projekt klawiszowca Vincenta Crane'a i perkusisty Carla Palmera, którzy powołali do życia właśnie Atomic Rooster.

W składzie początkowo miał się znaleźć także Brian Jones z The Rolling Stones, któremu przypadłaby rola śpiewającego gitarzysty. Muzycy odbyli wstępną rozmowę, ale do kolejnej już nie doszło - 3 lipca 1969 roku znaleziono zwłoki Jonesa w jego własnym basenie. Crane i Palmer szybko jednak znaleźli kolejnego kandydata - śpiewającego basistę Nicka Grahama. Przy okazji stwierdzili, że mogą się obejść bez gitarzysty - tym bardziej, że w poprzednim zespole też go nie było i jakoś sobie radzili. Pod koniec sierpnia zespół dał swój pierwszy koncert (na którym był supportowany przez wówczas niezbyt popularny Deep Purple), a w grudniu rozpoczął pracę nad debiutanckim albumem. Longplay, zatytułowany "Atomic Roooster" (sic), do sklepów trafił w lutym następnego roku.

Jego zawartość bywa klasyfikowana jako rock progresywny, co niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Tak naprawdę zespół gra tutaj hard rocka, tylko w dość specyficzny sposób, bo bez gitary. Wystarczy tylko posłuchać tylko takich kawałków, jak "Friday the 13th" (zdecydowanie najbardziej wyrazisty fragment longplaya), "And So to Bed", ''S.L.Y." i instrumentalnego "Decline and Fall" - wszystkich z klasycznym brzmieniem organów Hammonda i napędzającą je dynamiczną grą sekcji rytmicznej. Znalazło się tu też miejsce na klasyczną bluesrockową balladę, "Broken Wings", pochodzącą zresztą z repertuaru ojca brytyjskiego bluesa, Johna Mayalla. Jakieś echa progresywnego grania można odnaleźć w najdłuższej kompozycji, "Winter", z partiami pianina i fletu. Byłby to naprawdę ciekawy utwór, gdyby nie irytująca partia wokalna Grahama, śpiewającego falsetem. Jego wokal jest zresztą najsłabszym ogniwem tego albumu. Innym utworem, który kompletnie położył, jest "Banstead" - zbolały śpiew sam w sobie jest nieznośny, ale w połączeniu z podniosłą muzyką, nabiera żałosnego patosu. W pozostałych utworach nie ma tragedii pod względem wokalnym, jest za to bardzo przeciętnie.

Niedługo po brytyjskiej premierze albumu, Crane postanowił dodać do składu gitarzystę Johna Du Canna (do tamtej pory występującego w zespole Andromeda). Zespół krótko pozostał kwartetem, gdyż wkrótce potem zdecydował się odejść Graham. Obowiązki wokalisty przejął Du Cann, natomiast za niskie tony od tamtej pory odpowiadał Crane (grając je na klawiszach, podobnie jak Ray Manzarek z The Doors). Warto dodać, że na potrzeby planowanego amerykańskiego wydania "Atomic Roooster" Du Cann dograł partie gitary do trzech utworów - "Friday the 13th", "Before Tomorrow" i "S.L.Y." - a także nowy wokal do pierwszego z nich. Co prawda, album ostatecznie nigdy nie ukazał się w Stanach, ale owe trzy poprawione utwory zajęły miejsce oryginalnych wersji na kolejnym brytyjskim wydaniu, a obecnie są dodawane jako bonusy na kompaktowych reedycjach.

"Atomic Roooster" to w sumie całkiem udany debiut, udowadniający, że gitara elektryczna wcale nie jest niezbędnym instrumentem w zespole hardrockowym. Gra muzyków jest bez zarzutu (w przeciwieństwie do warstwy wokalnej), ale same kompozycje są w zdecydowanej większości kompletnie niezapamiętywalne. Gdyby nie nietypowe, jak na ten styl, instrumentarium, album nie wyróżniałby się spośród wielu podobnych wydawnictw z tego okresu.

Ocena: 6/10



Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)

1. Friday the 13th; 2. And So to Bed; 3. Broken Wings; 4. Before Tomorrow; 5. Banstead; 6. S.L.Y.; 7. Winter; 8. Decline and Fall

Skład: Nick Graham - wokal, bass, flet; Vincent Crane - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Atomic Rooster i Tony Colton


16 października 2013

[Recenzja] Motörhead - "Aftershock" (2013)



Czego należy spodziewać się po Motörhead? Ostrego, szybkiego i bardzo energetycznego grania - jak na albumach "Overkill" i "Ace of Spades". Już pierwszy udostępniony przez zespół kawałek, "Crying Shame", pokazywał, że muzycy są w dobrej formie. Chociaż średnia ich wieku mocno przekracza 50 lat (Lemmy zbliża się do siedemdziesiątki), to wciąż potrafią przyłożyć mocniej od większości zespołów złożonych z dwudziestolatków. Większość utworów spokojnie mogłaby trafić na któryś z wspomnianych wyżej albumów (np. "Heartbreaker", "End of Time", "Going to Mexico", "Queen of the Damned", "Paralyzed"). Wiele z nich ma też spory potencjał komercyjny - w dobrym tego słowa znaczeniu (np. "Knife", "Keep Your Powder Dry"). 

Na "Aftershock" nie brak jednak bardziej zaskakujących momentów. Już trzeci na płycie "Lost Woman Blues" - zgodnie z tytułem czerpiący z bluesa - charakteryzuje się wolniejszym tempem i dobrą melodią, a także świetnym brzmieniem gitary. Pod koniec muzycy trochę niepotrzebnie przyśpieszają, przez co znika cały klimat kawałka. W całości łagodny jest za to "Dust And Glass" z... delikatnym śpiewem Lemmy'ego! To coś absolutnie nowego w twórczości Motörhead - grupa już wcześniej nagrywała ballady, ale głos wokalisty zawsze brzmiał w nich chropowato. Do nietypowych momentów longplaya zaliczyć można jeszcze "Death Machine", oparty na transowych, monotonnych riffach.

"Aftershock" to po prostu solidny, motörheadowy album. Nowych wielbicieli grupie raczej nie przysporzy, ale wszyscy dotychczasowi powinni być nim zachwyceni. Jeżeli już, to można się przyczepić do obecności zbyt wielu utworów - gdyby zrezygnować z kilku (moje typy: "Do You Believe" i "Silence When You Speak to Me"), longplay mógłby na tym trochę zyskać.

Ocena: 7/10



Motörhead - "Aftershock" (2013)

1. Heartbreaker; 2. Coup De Grace; 3. Lost Woman Blues; 4. End of Time; 5. Do You Believe; 6. Death Machine; 7. Dust And Glass; 8. Going to Mexico; 9. Silence When You Speak to Me; 10. Crying Shame; 11. Queen of the Damned; 12. Knife; 13. Keep Your Powder Dry; 14. Paralyzed

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Producent: Cameron Webb


9 października 2013

[Recenzja] Pearl Jam - "Lightning Bolt" (2013)



Najnowszy album Pearl Jam brzmi jak zbiór odrzutów z kilku poprzednich wydawnictw. Nie tworzą one spójnej całości. Ale i żaden kawałek nie broni się samodzielnie. Wszystkie sprawiają wrażenie tak samo wymęczonych, bez względu na to, czy zespół stawia na wesoły banał (np. "Getaway", "Swallowed Whole", "Let the Records Play"), pseudo-punkowy brud ("Mind Your Manners"), balladowe smęcenie (np. "Sirens", "Yellow Moon", "Future Days"). Zabrakło tu chociaż jednej zapamiętywanej melodii, gitarowej zagrywki czy solówki. Choćby jednej przyciągającej uwagę aranżacji. Czegokolwiek, co wyróżniałoby te nagrania od dziesiątek innych, jakie zespół do tamtej pory wydał. O braku pomysłów świadczy też sięgnięcie po "Sleeping By Myself", nagrany już wcześniej przez Eddiego Veddera na solowy album "Ukulele Songs". I bez niego całość byłaby za długa. Tak naprawdę nie ma jednak żadnego powodu, by męczyć się słuchaniem tego wydawnictwa. Chyba, że jest się zagorzałym wielbicielem zespołu. 

Ocena: 3/10



Pearl Jam - "Lightning Bolt" (2013)

1. Getaway; 2. Mind Your Manners; 3. My Father's Son; 4. Sirens; 5. Lightning Bolt; 6. Infallible; 7. Pendulum; 8. Swallowed Whole; 9. Let the Records Play; 10. Sleeping By Myself; 11. Yellow Moon; 12. Future Days

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara, ukulele; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Ann Marie Calhoun - instr. smyczkowe; Brendan O'Brien - pianino
Producent: Brendan O'Brien


3 października 2013

[Recenzja] Budgie - "Bandolier" (1975)



Na "Bandolier" zadebiutował perkusista Steve Williams, który zagrał także na wszystkich kolejnych wydawnictwach grupy. Skład zespołu ustabilizował się na wiele lat. Jednak był to też początek końca, gdyż późniejsze albumy powszechnie uznawane są za znacznie słabsze. "Bandolier" uznawany jest natomiast za jedno z największych osiągnięć grupy. Już w chwili wydania spotkał się z dobrym przyjęciem, co zaowocowało 36. miejscem na UK Albums Chart. Był tu drugi największy - po poprzednim w dyskografii "In for the Kill!" (który doszedł do 29. miejsca) - komercyjny sukces Budgie.

Być może jest to najciekawsze wydawnictwo zespołu, który może i nie ustrzegł się tutaj wcześniej popełnianych błędów, ale skupia się na tym, co wychodziło mu najlepiej, prezentując przy okazji nieco większą dojrzałość, zwłaszcza w kwestii kompozytorskiej. Na album trafiło sześć utworów, po trzy na każdą stronę winylowego wydania. Dobrze wypadają otwieracze obu stron. Ciężki, rozpędzony, wyraźnie zapowiadający nadejście heavy metalu "Breaking All the House Rules" może z początku wydawać się nieco toporny, ale dość fajnie się rozwija. Muzykom Budgie zwykle najlepiej wychodziły rozbudowane fragmenty instrumentalne i nie inaczej jest w tym przypadku. Jeszcze lepszy okazuje się "I Can't See My Feeling" (półtora dekady później scoverowany przez Iron Maiden), łączący czad z całkiem chwytliwą melodią i dość urozmaiconą strukturą. Super wyszło wplecenie akustycznej gitary. Równie dobre są kompozycje kończące każdą ze stron. "Who Do You Want for Your Love?" zaczyna się stricte funkowo, by z czasem nabrać hardrockowego ciężaru, a na koniec skręcić w bardziej bluesowe rejony (jest nawet partia harmonijki). O dziwo, trzyma się to nawet kupy, choć nie miałbym nic przeciwko, by całe nagranie było utrzymane w funkowym stylu. Zespół lubił jednak mieszać ze sobą różne elementy, co przypomina także finałowy "Napoleon Bona", składający się z dwóch, wyraźnie odrębnych części: pierwszej akustycznej, balladowej, a drugiej zdecydowanie cięższej, opartej na galopującym basie (wpływ tego nagrania na styl gry Steve'a Harrisa z Iron Maiden wydaje się niezaprzeczalny) i długich solówkach gitary.

Wspomniałem jednak, że zespół nie ustrzegł się też błędów. Zawsze miał bowiem problem z utrzymaniem równego poziomu przez cały longplay. I "Bandolier" zdecydowanie nie jest wyjątkiem. Środkowe kawałki z każdej strony winyla są znacznie mniej udane od wyżej opisanych. Naprawdę okropnym nagraniem jest "Slipaway" - typowa dla grupy ballada, niewyobrażalnie nudna, smętna i irytująca śpiewem Burke'a Shelleya, brzmiącego tu jeszcze bardziej zniewieściale, niż zwykle. Kawałek pewnie ma swoich wielbicieli, ale nawet oni powinni przyznać, że kompletnie nie pasuje on do całości. Drugim okropieństwem jest przeróbka "I Ain't No Mountain" z repertuaru Andy'ego Fairweathera Lowa, odpychająca nieznośnie banalną i sztampową melodią, szczególnie w refrenie. Oryginał jest zresztą równie obrzydliwy, więc sięgnięcie po ten kawałek i zagranie w ten sam sposób, bardzo źle świadczy o guście muzyków. Te dwa kawałki to zdecydowanie najgorsze, co Budgie nagrało do tamtej pory, wliczając w to nawet miniatury z wczesnych albumów. Jest to o tyle przykre, że pozostałe cztery nalezą do najlepszych - może nie jest to poziom "Zoom Club", ale też niewiele niższy.

Ostatecznie nie mogę więc ocenić tego longplaya na więcej niż "dobry". To i tak bardzo dużo dla albumu zawierającego takie paskudztwa, jak "Slipaway" i "I Ain't No Mountain", ale pozostałe nagrania są bardzo solidne. Doceniam też fakt, że Budgie nie brzmi już tutaj jak epigon Led Zeppelin i Black Sabbath, a zespół o dość rozpoznawalnym stylu, który okazał się całkiem inspirujący dla innych (inna sprawa, że naśladowcy czerpali niekoniecznie z tego, co tu najciekawsze - to zresztą częste u epigonów). Tak więc, mimo wszystko, uważam "Bandolier" za najlepsze dokonanie Budgie.

Ocena: 7/10



Budgie - "Bandolier" (1975)

1. Breaking All the House Rules; 2. Slipaway; 3. Who Do You Want for Your Love?; 4. I Can't See My Feelings; 5. I Ain't No Mountain; 6. Napoleon Bona (Parts One & Two)

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara, harmonijka; Steve Williams - perkusja
Producent: Budgie


2 października 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Beatles - część II

W drugiej części listy udało się zamieścić trochę mniej znanych, niesinglowych utworów Beatlesów, bardzo jednak ważnych dla rozwoju całej muzyki rockowej (np. "Tomorrow Never Knows", "Happiness Is a Warm Gun", "Helter Skelter"). Ponadto, tym razem obok utworów podpisanych nazwiskami Lennon/McCartney, znalazło się miejsce dla kilku kompozycji George'a Harrisona. Niestety, dla żadnego z dwóch kawałków Ringo Starra nie starczyło już miejsca (z drugiej strony, na listę ewentualnie mógłby trafić tylko "Don't Pass Me By" - jako pierwsza autorska kompozycja perkusisty).
Na liście brakuje natomiast trzech utworów, które doszły do 1. miejsca brytyjskiego i/lub amerykańskiego notowania ("Hello, Goodbye", "Lady Madonna" i "The Ballad of John and Yoko"), ponieważ, pomijając ich komercyjny sukces, nie są ważne ani w historii samego zespołu, ani tym bardziej dla ogółu muzyki rockowej.

The Beatles: George Harrison, John Lennon, Paul McCartney i Ringo Starr.


21. "Taxman" (z albumu "Revolver", 1966)

Utwór napisany przez George'a Harrisona, po tym, jak gitarzysta zorientował się, że większość zarobionych pieniędzy traci przez wysokie podatki - Beatlesi, ze względu na swoje ogromne dochody, znaleźli się w grupie, która musiała oddawać państwu aż 95% swoich dochodów. Odkryłem, że płaciłem ogromną część zarabianych pieniędzy dla poborców - mówił Harrison. Najpierw jesteś szczęśliwy, że w końcu zacząłeś zarabiać pieniądze, a następnie dowiadujesz się o podatkach. W tamtych czasach płaciliśmy 19 szylingów i 6 pensów z każdego funta [1 funt = 20 szylingów], i wraz z superpodatkiem, nadpodatkiem i podatkiem od podatku, to stało się idiotyczne. Trzeba było zapłacić ciężką karę za zarabianie pieniędzy. To był duży minus dla Brytanii. Każdy, kto zaczął zarabiać duże pieniądze, przenosił się do Ameryki, lub gdziekolwiek indziej.
Chociaż Harrison jako kompozytor dał się poznać już na albumie "With the Beatles" (utwór "Don't Bother Me"), a później skomponował po dwa kawałki na "Help!" ("I Need You", "You Like Me Too Much") i "Rubber Soul" ("Think for Yourself", "If I Needed Someone"), tym razem zgłosił się po pomoc w dokończeniu utworu do Johna Lennona. Pamiętam jak zadzwonił do mnie i poprosił o pomoc w "Taxman", jednym ze swoich pierwszych numerów - mówił Lennon. Rzuciłem mu kilka linijek, pojedynczych wersów, ponieważ o to poprosił. Przyszedł do mnie, bo nie mógł się z tym udać do Paula, który w tamtym czasie nie pomagał innym w pisaniu. Ja także nie chciałem tego zrobić. Ale ponieważ go kochałem, nie mogłem i nie chciałem go skrzywdzić. Powstrzymałem trochę swój język i odparłem: "OK".


22. "Yellow Submarine" (z albumu "Revolver", 1966)

Utwór McCartneya, wyjątkowo zaśpiewany przez Ringo Starra. Pewnej nocy, w momencie tuż przed zaśnięciem, gdy przychodzą na myśl różne dziwactwa, wpadłem na wers: "We all live in a yellow submarine..." - opowiadał kompozytor. Lubię dziecięcą wyobraźnię, jej surrealizm. Pomyślałem później, że Ringo - mający z dziećmi znakomity kontakt - idealnie nada się do zaśpiewania tej piosenki. Perkusista przyznawał: Wiedziałem, że to interesujący utwór, bardzo pasujący do mnie... W końcu został napisany specjalnie dla mnie.
W dokończeniu tekstu tradycyjnie pomógł Lennon, ale swój udział miał także zaprzyjaźniony muzyk, Donovan Phillips Leitch. Doszło do tego przypadkiem, kiedy Paul odwiedził go w jego mieszkaniu. Zagrał jedną piosenkę o żółtej łodzi podwodnej - mówił Donovan. Powiedział, że zgubił linijkę i musi ją uzupełnić. Wyszedłem z pokoju, a potem wróciłem z wersami "Sky of blue and sea of green / In our yellow submarine". To nie było nic wielkiego, ale jemu się spodobało i tak zostało w piosence.
Utwór wyróżnia się wieloma efektami dźwiękowymi, udziałem orkiestry dętej, a także refrenem, chóralnie zaśpiewanym przez wszystkich członków zespołu, menadżerów Mala Evansa i Neila Aspinalla, producenta George'a Martina, inżyniera dźwięku Geoffa Emericka, piosenkarkę Marianne Faithfull, gitarzystę The Rolling Stones, Briana Jonesa, a także żonę Harrisona, Pattie Boyd.
Utwór został wydany na singlu, razem z inną kompozycją McCartneya, "Eleanor Rigby", w równoważnej roli. Była to jedna z nielicznych małych płyt wydanych w ojczyźnie muzyków, która powtarzała materiał z albumu długogrającego. "Yellow Submarine" doszedł do 1. miejsca w Wielkiej Brytanii, oraz do 2. w Stanach.


23. "Eleanor Rigby" (z albumu "Revolver", 1966)

McCartney skomponował ten utwór na pianinie, ale ostatecznie został zaaranżowany wyłącznie na instrumenty smyczkowe. Zastosowanie skrzypiec to pomysł Paula - przyznawał Lennon. Jane [Asher, ówczesna dziewczyna McCartneya] bardzo nakręciła go Vivaldim. I to był znakomity pomysł - skrzypce, prosto z Vivaldiego. Nie mam niestety w tym żadnej zasługi. Początkowo skrzypce miały być tylko dodatkiem, ale kiedy basista przedstawił swój pomysł Martinowi, producent stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem będzie udział podwójnego kwartetu smyczkowego, który zastąpi wszystkie instrumenty. Udział Beatlesów w nagraniu sprowadza się do partii wokalnych - za główny wokal odpowiada McCartney, a Lennon i Harrison za harmonie.
Kiedy basista po raz pierwszy zaprezentował utwór pozostałym muzykom, miał gotowy tylko pierwszy wers tekstu. Cała reszta powstała z sugestii pozostałej trójki Beatlesów, a także ich przyjaciela, Pete'a Shottona. Refrenowe słowa Look at all the lonely people wyszły od Harrisona, istotny wkład mieli także Starr i Shotton. Jeżeli zaś chodzi o Lennona - on sam utrzymywał, że napisał 70% tekstu, podczas gdy inni twierdzą, że jego wkład był bliski zera. Utwór został jednak tradycyjnie podpisany nazwiskami Lennon/McCartney.
"Eleanor Rigby" została wydana na singlu (patrz wyżej) i osiągnęła szczyt brytyjskiego notowania. Amerykanie przyjęli ją znacznie chłodniej - utwór doszedł zaledwie do 11. miejsca. Było to związane z bojkotem zespołu, po kontrowersyjnej wypowiedzi Lennona, że Beatlesi są popularniejsi od Jezusa.


24. "Tomorrow Never Knows" (z albumu "Revolver", 1966)

Jeden z najbardziej innowacyjnych utworów w repertuarze zespołu, pełen studyjnych sztuczek (nałożone na siebie pętle dźwiękowe - tzw. loopy, oraz modulacja partii wokalnych i instrumentalnych). To Paul eksperymentował w  domu ze swoim magnetofonem, usuwając z nich głowice do zamazywania i wrzucając na nie loopy, które wzbogacały taśmę o różne dziwne dźwięki - wyjaśniał George Martin. Wytłumaczył chłopakom jak to robił i później Ringo i George przynosili mi swoje loopy. Słuchałem ich na rożnych prędkościach, od końca i normalnie, by wybrać te najciekawsze. To był dziwny utwór, bo gdy go skończyliśmy, nie mogliśmy go już powtórzyć w tej samej formie.
John nigdy nie lubił swojego głosu - kontynuował Martin. Nie wiem dlaczego, bo miał najwspanialszy z możliwych. Zawsze chciał go zniekształcić  - ciągle chciał bym coś z nim zrobił, zdublował go lub sztucznie poprzerabiał. Chciał aby jego głos w "Tomorrow Never Knows" brzmiał jak głos dalajlamy, nawołującego ze szczytów gór. Doskonale wiedziałem, że zwyczajne echo czy pogłos nic tu nie dadzą, bo wyjdzie z tego bardzo odległy głos. Potrzebowaliśmy czegoś dziwnego i metalicznego. Kiedy pomyślałem o dalajlamie, przyszły mi na myśl rogi alpejskie i ludzie w śmiesznych nakryciach głowy. Nigdy nie byłem w Tybecie, ale wyobraziłem sobie, jak brzmiałby głos  wydobywający się z takiego rogu. Aby uzyskać pożądany efekt, producent przepuścił głos Lennona przez obrotowy zestaw głośników Leslie, używany wcześniej w organach Hammonda.
"Tomorrow Never Knows" był pierwszym utworem, nad którym zespół zaczął pracować w czasie sesji albumu "Revolver", ale ukończony został jako ostatni. Kawałek został skomponowany przez Lennona. On także odpowiada za tekst, inspirowany książką "The Psychedelic Experience: A Manual Based on The Tibetan Book of the Dead" Timothy'ego Leary'ego i Richarda Alperta. To ja w okresie fascynacji "Tybetańską księgo umarłych" - tłumaczył muzyk. Wykorzystałem przejęzyczenie Ringo jako tytuł. żeby zdjąć filozoficzny ciężar z tego tekstu. Jeżeli zaś chodzi o muzykę, cały utwór opiera się na jednym akordzie. Rozwiązanie to zostało zapożyczone z muzyki hinduskiej. Hinduska muzyka nie moduluje, po prostu płynie, trwa - wyjaśniał Harrison. Sam wybierasz klucz do dostania się do niej. Myślę, że "Tomorrow Never Knows" była pierwszym utworem opartym tylko na jednym akordzie.


25. "Penny Lane" (niealbumowy singiel, 1967)
26. "Strawberry Fields Forever" (niealbumowy singiel, 1967)

Dwa utwory napisane i nagrane podczas sesji nagraniowej albumu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", ale nie umieszczone na nim, a wydane na singlu - trzecim w dyskografii Beatlesów z podwójną stroną A. Po latach George Martin twierdził, że była to największa pomyłka w mojej profesjonalnej karierze. To właśnie teksty tych dwóch kawałków mogły stać się zalążkiem tzw. albumu koncepcyjnego, czyli płyty, na której wszystkie utwory opowiadają jedną historię (aczkolwiek "Sgt. Pepper" i tak powszechnie uznawany jest za taki album - pierwszy w historii muzyki - choć zaprzeczali temu sami Beatlesi). Zarówno napisany przez Lennona "Strawberry Fields Forever", jak i "Penny Lane" McCartneya, są nostalgicznym wspomnieniem młodzieńczych lat spędzonych w Liverpoolu.
Podobnie jak single "We Can Work It Out"/"Day Tripper" i "Yellow Submarine"/"Eleanor Rigby", także ta płytka w Wielkiej Brytanii została potraktowana jako całość (znalazła się na 2. miejscu w notowaniu), natomiast na amerykańską listę oba utwory weszły osobno - "Penny Lane" dotarł na szczyt, podczas gdy "Strawberry Fields Forever" zatrzymał się na 8. miejscu.


27. "With A Little Help From My Friends" (z albumu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", 1967)

Kolejne dzieło McCartneya i Lennona (albo tylko Paula z niewielką pomocą Johna, jak skromnie przyznawał po latach ten drugi), w którym rolę wokalisty powierzono Ringo Starrowi. Postrzegam to jak coś w rodzaju pisania utworu do filmu z Jamesem Bondem - mówił McCartney. Jako wyzwanie, coś dla nas niezwykłego, bo musieliśmy trafić w tonację Ringo i dorzucić odrobinę ironii. Pamiętam, jak chichotaliśmy z Johnem przy słowach: "What do you see when you turn out the light? I can't tell you, but I know it's mine". Mogło chodzić o to, że zabawiał się pod kołdrą siusiakiem, mogło też o coś głębszego.
Utwór początkowo nosił tytuł "Bad Finger Boogie", ponieważ Lennon po raz pierwszy grał tą melodię środkowym palcem, przez uraz palca wskazującego.


28. "Lucy in the Sky with Diamonds" (z albumu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", 1967)

Inspirację do napisania tego utworu dostarczył syn Lennona, Julian. Mój syn przyszedł do domu i pokazał mi swój rysunek z dziwnie wyglądającą kobietą lecącą na tle nieba - opowiadał John. Spytałem go co przedstawia rysunek, a on odparł, że to Lucy na niebie z diamentami. Od razu napisałem o tym piosenkę. Lucy O'Donnell była koleżanką z klasy Juliana.
W dokończeniu utworu pomógł McCartney. John miał tytuł i pierwszy wers piosenki - mówił basista. Usiadłem koło niego i pisałem z nim. Zaproponowałem zwroty "cellophane flowers" i "newspapers taxis". a John odpowiadał na to "kaleidoscope eyes". Pamiętam które słowa były czyje, ponieważ wspólnie bawiliśmy się swoimi słowami, jak to zawsze robiliśmy. W naszych myślach była "Alicja w Krainie Czarów", którą obaj kochaliśmy.
Tytuł utworu szybko zaczął być uważany za akronim LSD - substancja halucynogenna, popularna wśród hipisów. Dopiero później ludzie wymyślili, że to LSD - bronił się McCartney. Przysięgam, nie zauważyliśmy tego w momencie nagrywania. W gruncie rzeczy, gdyby być precyzyjnym, otrzymalibyśmy skrót LitSwD. Ale oczywiście LSD wygląda o wiele atrakcyjniej. Muzycy mieli co prawda już wcześniej kontakt z LSD, ale pod jego wpływem nie mogliby ani tworzyć, ani tym bardziej nagrywać. Nigdy jednak nie ukrywali, że podczas rejestracji "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" nagminnie palili marihuanę. W swojej audycji telewizyjnej na temat płyty [George Martin] zapytał mnie: "Wiesz skąd wziął się Sierżant Pieprz?" - wspominał McCartney. Odpowiedziałem: "Mówiąc jednym słowem, z narkotyków. Z trawy". George: "Nie, nie byliście pod wpływem cały czas". Owszem, byliśmy. "Sgt. Pepper" to płyta narkotykowa.


29. "All You Need Is Love" (niealbumowy singiel, 1967)


Hymn epoki flower power, którego premiera miała miejsce 15 czerwca 1967 roku, w transmitowanym drogą satelitarną na cały świat programie telewizyjnym "Our World", który oglądało ponoć 400 milionów widzów. Nie sądzę, żebyśmy napisali ten utwór specjalnie do tego programu - mówił McCartney. Po prostu była to jedna z piosenek, które w tamtym czasie napisaliśmy. Dopiero niespełna miesiąc później, 7 lipca, utwór został wydany na singlu. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że mała płyta doszła na szczyt brytyjskiego i amerykańskiego notowania.
Utwór - stworzony głównie przez Johna Lennona - rozpoczyna się pierwszymi taktami "Marsylianki" (hymnu Francji), a kończy długim wyciszeniem z fragmentami różnych utworów - od tradycyjnej pieśni folkowej "Greensleeves" z XVI wieku i 8. inwencji Bacha, przez utwór "In the Mood" Glenna Millera z 1939 roku, po własny "She Loves You". Zasadnicza część utworu wyróżnia się wieloma zmianami metrum.


30. "Hey Jude" (niealbumowy singiel, 1968)


Najdłuższy przebój Beatlesów - mimo długości przekraczającej siedem minut, utwór był numerem 1. po obu stronach Atlantyku (w Stanach pozostawał na szczycie listy Billboardu przez dziewięć tygodni, co było tamtejszym rekordem zespołu). Wydaniu utworu na stronie A singla sprzeciwiał się John Lennon, uważający, że powinien znaleźć się na niej "Revolution" (kawałek ze strony B, w wolniejszej wersji powtórzony potem na albumie "The Beatles", pod tytułem "Revolution 1").
Autorem "Hey Jude" jest Paul McCartney, który napisał go dla Juliana Lennona, aby złagodzić jego cierpienie związane z rozwodem rodziców. Początkowo tytuł brzmiał zresztą "Hey Jules", ale ostatecznie został zmieniony na lepiej brzmiący "Hey Jude", zaś syn Johna Lennona dopiero po dwudziestu latach dowiedział się, że utwór dedykowany był własnie jemu. Paul powiedział, że napisał to o moim synu, Julianie - przyznawał John. On wiedział, że chcę się rozstać z Cynthią, a więc tym samym z Julianem. Paul bardzo często odwiedzał Juliana, był dla niego dobrym wujkiem, przyjaźnili się. Potem napisał "Hey Jude", rozumiałem zawsze tą piosenkę jako moje osobiste orędzie.
W nagraniu utworu, oprócz członków zespołu, wzięła udział orkiestra złożona z 36 muzyków. Podczas prób doszło do konfliktu między McCartneyem, a Georgem Harrisonem, który dodawał własne partie gitarowe. Paul nie chciał aby ktokolwiek grał w jego piosenkach, dopóki sam nie zdecyduje, co kto ma grać. Myślałem: "Co ja tu robię?" - wyjaśniał Harrison, który zresztą na początku 1969 roku opuścił grupę na kilka dni, właśnie z tego powodu.


31. "While My Guitar Gently Weeps" (z albumu "The Beatles", 1968)

Jeden z niewielu bardziej znanych utworów zespołu autorstwa George Harrisona. Nie byłem Lennonem ani McCartneyem - przyznawał gitarzysta. Byłem sobą. Jedynym powodem, dla którego zacząłem pisać piosenki było, że pomyślałem, że skoro oni potrafią pisać, to ja też. Bo tak naprawdę każdy potrafi pisać piosenki, jeśli zechce. Wystarczy chęć i trochę muzycznej wiedzy. Komponowanie jest tym samym, czym pisanie książek, artykułów, malowanie - im więcej próbujesz, ćwiczysz, robisz to coraz lepiej i zaczynasz rozumieć na czym to polega. Więc zacząłem pisać piosenki.
O samym utworze mówił: Napisałem "While My Guitar Gently Weeps" w domu mojej matki w Warrington. Myślałem o chińskiej Księdze Przemian, "I Ching". Na Wschodzie uważają, że cokolwiek się dzieje, tak właśnie ma być, nie ma czegoś takiego jak zbieg okoliczności - wszystko ma swój cel. Tekst "While My Guitar Gently Weeps" po prostu opiera się na tej teorii. Postanowiłem napisać piosenkę opartą na tym, co zobaczę po otwarciu przypadkowej książki w przypadkowym miejscu - i powiążę to ze swoimi aktualnymi przeżyciami. Wybrałem losową książkę, zobaczyłem wyrażenie "gently weeps", odłożyłem ją i napisałem tekst.
Gitarową solówkę w utworze gościnne zagrał przyjaciel George'a, Eric Clapton.


32. "Happiness Is a Warm Gun" (z albumu "The Beatles", 1968)

Utwór Johna Lennona, który można uznać za prototyp rocka progresywnego - pomimo krótkiego czasu trwania (niespełna trzy minuty) składa się z pięciu odmiennych stylistycznie sekcji. Połączyłem fragmenty trzech różnych piosenek - przyznawał kompozytor, po czym dodawał, że utwór brzmi jakby przepływał przez wszystkie rodzaje muzyki rockowej.
Tytuł utworu pochodzi z okładki magazynu, który George Martin pokazał Lennonowi. To był magazyn o broni palnej - uściślał John. Pomyślałem, że to fantastyczny tytuł. Ciepły pistolet oznacza, że właśnie kogoś zastrzeliłeś.
Paul McCartney i George Harrison zgodnie przyznawali, że "Happiness Is a Warm Gun" to ich ulubiony utwór z tzw. "Białego albumu".


33. "Helter Skelter" (z albumu "The Beatles", 1968)

Utwór Paula McCartneya powszechnie uznawany za prototyp muzyki heavy metalowej. Inspiracją do napisania "Helter Skelter" był dla basisty wywiad z gitarzystą The Who, Petem Townshendem, z 1967 roku, w którym twierdził on, że napisany przez niego utwór "I Can See for Miles" jest najgłośniejszym, najbardziej surowym i najbardziej brudnym, jaki kiedykolwiek powstał. McCartney podjął wyzwanie i stworzył "Helter Skelter" - utwór, który miał być protestem przeciwko wizerunkowi Beatlesa od ballad, jaki przyległ do niego po napisaniu "Yesterday". Pomyślałem, że nie mamy żadnej mocnej piosenki, w której faktycznie krzyczymy, szkoda, że tamten zespół wpadł na to pierwszy - mówił basista. Później posłuchałem ich piosenki i okazało się, że wcale aż tak się nie drą, że w sumie to ona jest spokojna. Więc pomyślałem, że sam mogę zrobić mocniejszy kawałek. Nazwałem go "Helter Skelter", bo to jest taka głupawa piosenka. Zrobiliśmy ją, żeby narobić krzyku.
Helter skelter to nazwa konkretnego typu zjeżdżalni, w kształcie wieży ze spiralą wokół. W Anglii termin ten używany jest także jako określenie lekkiego pomieszania zmysłów.


34. "Get Back" (niealbumowy singiel, 1969)


Zaproponowany przez McCartneya powrót do korzeni - "Get Back" to prosty rock and rollowo blues rockowy kawałek. Poza tym, po raz pierwszy został publicznie zaprezentowany nie z płyty, a na żywo - podczas słynnego koncertu na dachu siedziby założonej przez muzyków firmy Apple, który odbył się 30 stycznia 1969 roku. Był to pierwszy występ grupy od sierpnia 1966 roku, a także ostatni w ogóle (jedynie McCartney uważał, że grupa powinna wrócić do grania koncertów).
Na singlu "Get Back" został wydany w kwietniu (osiągnął 1. miejsce na brytyjskim i amerykańskim notowaniu), zremiksowana wersja trafiła później na album "Let It Be". W utworze gościnnie wystąpił pianista Billy Preston, znany także ze współpracy m.in. z Little Richardem i Rayem Charlesem.


35. "Come Together" (z albumu "Abbey Road", 1969)


Utwór Lennona, zainspirowany nieudaną kampanią Timothy'ego Leary'ego, ubiegającego się o fotel gubernatora Kalifornii, która zakończyła się gdy Leary - profesor Harvardu i jeden z inicjatorów ruchu hippisowskiego - został aresztowany za posiadanie marihuany. Hasło owej kampanii brzmiało: "Come together, join the party".
"Come Together" był jednym z niewielu utworów, z których John był zadowolony, wykonywał go na żywo także po rozpadzie zespołu. Jest tu funky, ale i coś z bluesa - podkreślał z dumą. W tekście sparafrazował fragment utworu "You Can't Catch Me" Chucka Berry'ego - posiadacz praw do tego kawałka wytoczył później muzykowi proces.
"Come Together" został wydany na singlu, razem z utworem "Something" - była to kolejna mała płyta zespołu z podwójną stroną A. W Brytanii nie odniosła ona wielkiego sukcesu (4. miejsce w notowaniu), za to w Stanach "Come Together" doszedł na szczyt listy Billboardu ("Something" notowany był osobno - patrz niżej).


36. "Something" (z albumu "Abbey Road", 1969)


Jedyna strona A singla Beatlesów, której autorem jest George Harrison. Gitarzysta napisał utwór dla swojej ówczesnej żony, Pattie Boyd. Tytuł - i cały pierwszy wers - zaczerpnął z utworu "Something in the Way She Moves" amerykańskiego piosenkarza  Jamesa Taylora. Napisałem ją w czasie gdy robiliśmy podwójny album - mówił Harrison. Miałem pierwszą linijkę, która pojawiła się już w milionach piosenek. Nic specjalnego, ale wydawała się do zaakceptowania. Zazwyczaj piszę kilka pierwszych wersów tekstu razem z melodią, później kończę muzykę i wracam do pisania słów. W tym przypadku pierwszy wers mówił wszystko, co chciałem zawrzeć w piosence. Problemy zaczęły się, kiedy musiałem napisać resztę. John [Lennon] podpowiedział mi, że kiedy zaczyna się pisać tekst, najlepiej skończyć go od razu, kiedy jest się w odpowiednim nastroju. Z czasem się tego nauczyłem.
W Wielkiej Brytanii singiel z utworem "Something" doszedł do 4. miejsca, w Stanach utwór notowany był na 3. miejscu. Mimo umiarkowanego sukcesu na listach, jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu, a także jeden z najczęściej nagrywanych przez innych wykonawców - tylko "Yesterday" dorobił się więcej przeróbek.


37. "I Want You (She's So Heavy)" (z albumu "Abbey Road", 1969)

Jeden z najdłuższych utworów The Beatles (prawie osiem minut). Został skomponowany przez Johna Lennona, który połączył tutaj blues rockowy motyw z hard rockowym ciężarem i psychodelicznym odlotem w końcówce. Tekst nawiązuje do awangardowych poematów Yoko Ono - niektóre z nich składały się tylko z jednego słowa. "I Want You (She's So Heavy)" nie jest aż tak ekstremalnie - Lennon śpiewa tu na zmianę trzy wersy: "I want you, I want you so bad", "It's driving me mad" i "She's so heavy". Zakończenie utworu to trzy minuty powtarzania głównego riffu, granego coraz bardziej intensywnie. Pierwotny miks utworu trwał osiem minut i cztery sekundy, ale Lennon kazał Geoffowi Emerickowi przeciąć taśmę na siódmej minucie i czterdziestej czwartej sekundzie, dzięki czemu nastąpiło nagłe urwanie utworu - jedyne w twórczości Beatlesów.
To bardzo ciężki utwór - mówił Harrison. John gra w nim na gitarze i śpiewa to samo, co gra. To trochę jak w bluesie. Riff, który śpiewa i gra, jest bardzo bluesowy. Ale sam utwór jest oryginalny, charakterystyczny dla Johna.
Lennon w utworze gra nie tylko na gitarze, ale także na syntezatorze Mooga. Poza tym w nagraniu wziął udział Billy Preston, grający na organach Hammonda.


38. "Here Comes the Sun" (z albumu "Abbey Road", 1969)


Kolejny z najbardziej znanych utworów George'a Harrisona - gitarzysta skomponował go w ogródku Erica Claptona, do którego się udał, aby odpocząć od spraw biznesowych, związanych z firmą Apple. Pojechałem do domu przyjaciela na wieś - mówił Harrison. Był słoneczny dzień, wszystko to uwolniło napięcie, jakie tkwiło we mnie. Był to naprawdę piękny, słoneczny dzień. Wziąłem gitarę, po raz pierwszy od kilku tygodni, w czasie których byłem bardzo zajęty. To była pierwsza rzecz jaka mi przyszła do głowy, po prostu pojawiła się. Słońce. Dokończyłem piosenkę gdy byłem na wakacjach na Sardynii.
W nagraniu utworu nie brał udziału John Lennon. Zamiast niego wystąpiła kilkunastoosobowa orkiestra - muzycy grający na instrumentach smyczkowych i dętych, których nazwiska nie są znane.
W 1970 roku "Here Comes the Sun" został wydany na singlu (z "Oh! Darling" McCartneya w równoważnej roli), ale tylko w Japonii.


39. "Let It Be" (z albumu "Let It Be", 1970)


"Helter Skelter" miał przełamać stereotyp ukazujący Paula McCartneya jako twórcę ballad, ale już rok później basista skomponował kolejną piękną balladę, zdradzającą wpływ muzyki gospel "Let It Be". Tekst utworu powstał pod wpływem snu, w którym McCartney ujrzał swoją nieżyjącą od wielu lat matkę.
Istnieje kilka wersji utworu, z których dwie najbardziej znane to singlowa i albumowa. W każdej z nich wykorzystano inną solówkę Harrisona. Singlowa zawierała bardziej wygładzoną, a albumowa - ostrzejszą, wysuniętą do przodu w miksie. Utwór doszedł do 1. miejsca na amerykańskim notowaniu, oraz do 2. na brytyjskim. Była to ostatnia mała płyta Beatlesów, przed oficjalnym zakończeniem działalności, którego nie dało się uniknąć po ogłoszeniu odejścia przez Paula McCartneya (10 kwietnia 1970), oraz wcześniejszym, ukrywanym przed prasą, odejściem Johna Lennona (wrzesień 1969).


40. "The Long and Winding Road" (z albumu "Let It Be", 1970)


Utwór odczytywany jest jako pożegnanie McCartneya z zespołem i opis długiej, krętej drogi, jaką przebył zespół. W rzeczywistości tekst basisty dotyczy okolicy szkockiej farmy, na której zamieszkał. Pod względem muzycznym jest to kolejna, typowa dla tego kompozytora, ballada. Muzyk nie był jednak zadowolony z rozbudowanej aranżacji, którą do utworu dodał producent Phil Spector - partie około pięćdziesięciu muzyków, w tym chóru oraz sekcji smyczkowej i dętej. Alenn Klein [menadżer zespołu od 1968 roku] zdecydował - prawdopodobnie skonsultował to z innymi, ale nie ze mną - że album "Let It Be" powinien być ponownie wyprodukowany przez Spectora, który dodał tam mnóstwo rzeczy, jak żeńskie głosy w "The Long and Winding Road", czego ja sam nigdy bym nie zrobił - narzekał McCartney.
"The Long and Winding Road" został wydany na singlu w Stanach, gdzie zajął 1. miejsce. Był to ostatni singiel Beatlesów, wydany za życia wszystkich czterech muzyków.


1 października 2013

[Recenzja] Budgie -"In for the Kill!" (1974)



"In for a Kill!" był pierwszym i zarazem największym przebojem Budgie. Longplay doszedł do 29. miejsca na UK Albums Chart. Wcześniejsze wydawnictwa zespołu w ogóle nie weszły do notowań, więc był to zadziwiający sukces. Nie doczekał go jeden z założycieli, dotychczasowy perkusista Ray Phillips, którego wkrótce przed sesją nagraniową zastąpił Pete Boot. Pod względem stylistycznym nie ma tu natomiast wielkich zmian. To bezpośrednia kontynuacja "Never Turn Your Back on a Friend". Hard rock wyraźnie zmierzający w kierunku stylistyki zwanej dziś heavy metalem, choć nie brakuje tu typowej dla lat 70. różnorodności.

Niestety, podobnie jak i wcześniejsze albumy Budgie, "In for the Kill!" jest bardzo nierówny. Znalazł się tutaj prawdopodobnie najlepszy utwór w dorobku zespołu - "Zoom Club". Rozbudowany do dziesięciu minut, z bardzo udanymi fragmentami instrumentalnymi o nieco jamowym charakterze, ale wyróżniający się także autentycznie chwytliwym refrenem (znacznie skrócona wersja kawałka została wydana na singlu). Gdyby tylko zaśpiewał tu lepszy wokalista, byłoby naprawdę super. Pod względem instrumentalnym trudno jednak do czegokolwiek się przyczepić. Zwłaszcza jak na hardrockowe standardy.

Reszta longplaya nie zbliża się jednak do tego poziomu. Muzykom wyraźnie brakowało pomysłów, czego dobitnym dowodem są dwa utwory. Pierwszy z nich to "Crash Course in Brain Surgery" (zcoverowany później przez Metallikę) - w sumie całkiem niezły hardrockowy czad, kojarzący się trochę z "Communication Breakdown" lub "Paranoid", ale raczej ze względu na podobny charakter, niż w bardziej konkretny sposób. Problem w tym, że to po prostu nowa wersja utworu wydanego już kilka lat wcześniej na singlu i amerykańskim wydaniu debiutanckiego albumu. Drugim budzącym kontrowersje nagraniem jest "Hammer and Tongs" - ewidentny i wyjątkowo bezczelny plagiat "Dazed and Confused". Oczywiście, słabszy od pierwowzoru. Muzykom tak bardzo zabrakło inwencji, że w pewnym momencie zaczynają grać archetypowego, topornego bluesa, co kompletnie nie pasuje do wcześniejszej części.

Dużo tutaj nijakości i bezbarwności. Tytułowy "In for the Kill!", utrzymany w rytmie boogie "Running from My Soul", czy bardziej rozbudowany "Living on Your Own" mogą podobać się wielbicielom cięższych brzmień - właśnie ze względu na swoje brzmienie. Ale poza ciężarem nie mają absolutnie nic do zaoferowania. Brakuje w nich czegokolwiek, co zwracałoby uwagę i pozwalało odróżnić je od setek podobnych kawałków. Całości dopełnia "Wondering What Everyone Knows", utrzymany w klimacie balladowych miniatur z poprzednich albumów, ale odrobinę od nich dłuższy, bo przekraczający trzy minuty. I jest to zdecydowanie najlepsza ballada, jaką muzycy Budgie nagrali do tamtej pory, pozbawiona tego irytującego sentymentalizmu czy przesadnego rozwlekania. Jest to oczywiście nagranie bardzo dalekie od wybitności, ale na tym albumie - i ogólnie w twórczości zespołu - będące jednym z najjaśniejszych punktów.

Zespół nigdy specjalnie nie błyszczał kreatywnością, a częste wydawanie kolejnych albumów zdecydowanie mu nie służyło. Muzycy potrafili zabłysnąć dobrym utworem - czego najlepszym dowodem "Zoom Club" - ale nagranie równego albumu było ponad ich siły. "In for the Kill!" jako tako broni się dzięki kilku fajnym momentom (utwory od drugiego do czwartego z naciskiem na ostatni) i braku czegoś naprawdę słabego (choć po "Hammer and Tongs" pozostaje spory niesmak), ale ogólnie dominuje granie nużące swoim brakiem wyrazistości i oryginalności. 

Ocena: 6/10

PS. Tak, pamiętam, że "Dazed and Confused" też nie jest do końca oryginalny. Jednak wersja Led Zeppelin w warstwie instrumentalnej bardzo daleko odbiega od oryginału Jake'a Holmesa (czego nie można powiedzieć o warstwie lirycznej), podczas gdy utwór Budgie w swojej zasadniczej części jest praktycznie identyczny, jak nagranie grupy Jimmy'ego Page'a, Na tym przykładzie doskonale widać różnicę między twórczą inspiracją (przypadek Led Zeppelin) i pozbawionym kreatywności kopiowaniem (Budgie).



Budgie -"In for the Kill!" (1974)

1. In for the Kill; 2. Crash Course in Brain Surgery; 3. Wondering What Everyone Knows; 4. Zoom Club; 5. Hammer and Tongs; 7. Running from My Soul; 8. Living on Your Own

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara; Pete Boot - perkusja
Producent: Budgie