30 maja 2020

[Recenzja] Camberwell Now - "The Ghost Trade" (1986)



Grupa This Heat przez zdecydowaną większość swojej działalności była triem. Jednak jej główną siłą napędową niewątpliwie był Charles Hayward. Nie zostawia co do tego żadnych wątpliwości jego późniejsza działalność pod szyldem Camberwell Now. To kolejne trio, którego składu dopełnili Trefor Goronwy, grający na różnych gitarach, oraz Steve Rickard, odpowiedzialny głównie za obsługę taśm (na koncertach używał urządzenia własnej konstrukcji, umożliwiającego stosowanie technik studyjnej obróbki dźwięku na scenie). Obaj byli związani wcześniej z This Heat - Goronwy zajął miejsce Garetha Williamsa podczas ostatnich koncertów, a Rickard współpracował z zespołem jako techniczny. Twórczość Camberwell Now stanowi bezpośrednią kontynuację dokonań poprzedniej grupy Haywarda - wystarczy porównać to charakterystyczne podejście do rytmu i harmonii, ale też proces tworzenia muzyki - a jednocześnie ich rozwiniecie, w dokładnie takim kierunku, jaki wytyczały kolejne wydawnictwa This Heat. Dźwiękowe eksperymenty nie są już celem samym w sobie, a jedynie jednym ze stosowanych przez grupę rozwiązań. Forma utworów jest zdecydowanie przystępniejsza, a struktury bardziej określone. Pokręcona warstwa rytmiczna przypomina o avant-progowych korzeniach, ale czyste brzmienie i uwypuklone melodie kierują tę muzykę raczej w stronę post-punku.

Camberwell Now pozostawił po sobie tylko dwie EPki oraz jeden album długogrający, "The Ghost Trade". Składający się zaledwie z sześciu utworów, niespełna czterdziestominutowy longplay to jedno z najwspanialszych muzycznych dokonań lat 80., łączących prawdziwie progresywne ambicje artystyczne z niebanalną przystępnością. Nie jest to, oczywiście, muzyka, która każdemu przypadnie do gustu, dla wielu będzie zbyt dziwna, zbyt inna od wszystkiego, co znają i lubią. Zainteresuje jednak z pewnością tych bardziej otwartych słuchaczy. Na mnie największe wrażenie robią tutaj te najbardziej energetyczne utwory w rodzaju "Speculative Fiction", "Green Latern" i przede wszystkim "Working Nights", które uporczywie wkręcają się do uszu swoją intensywną, nerwową rytmiką i misternymi, zapętlającymi się partiami gitar, ale też stanowiącymi dla nich kontrapunkt partiami wokalnymi, całkiem melodyjnymi i zapadającymi w pamieć, pomimo swojej dziwności. Klimat jest tu dużo pogodniejszy niż u This Heat. Instrumentaliści ciekawie bawią się muzyką, nie pozwalając, by ograniczyła ich bardziej piosenkowa forma utworów. Dzięki temu ich złożone partie są jednocześnie zaskakująco lekkie, całkowicie bezpretensjonalne. Nie mniej interesująco wypada rozbudowany utwór tytułowy, w którym muzycy stawiają raczej na budowanie hipnotyzującego nastroju, jednocześnie dodając sporą dawkę humoru w postaci przerysowanej, teatralnej maniery partii wokalnych oraz dźwięków kazoo. W drugiej, całkowicie instrumentalnej, połowie robi się jednak bardziej poważnie, dzięki czemu łatwiej się skupić na artystycznych walorach. Na albumie znalazł się też łagodniejszy "Wheat Futures", utrzymany raczej w avant-folkowej stylistyce, całkiem pozbawiony tej zakręconej rytmiki pozostałych nagrań. Takie urozmaicenie niewątpliwie było dobrym pomysłem, ale sam utwór nie do końca mnie przekonuje, zdaje się nieco przeciągnięty.

Co ciekawe, "The Ghost Trade" wciąż nie doczekał się kompaktowego wznowienia w swojej oryginalnej formie. Cały materiał z tego albumu jest jednak dostępny na wydanej tylko na płycie kompaktowej składance "All's Well" z 1992 roku. Kompilacja obejmuje także większość - ale nie wszystkie, choć tak sugeruje tytuł - pozostałych studyjnych nagrań grupy. Całość rozpoczyna się od trzech utworów z EPki "Meridian" z 1983 roku: "Cutty Sark", "Pearl Divers" oraz "Spirit of Dunkirk" (tworzących razem pewną całość). Wszystkie utrzymane są w tej bardziej folkowej stylistyce, ale jednocześnie zdają się bardziej zwarte od "Wheat Futures". Szczególnie podoba mi się melodyjny "Cutty Sark" (z gościnnym udziałem innego byłego członka This Heat, Charlesa Bullena). Niestety, na kompilację nie trafiły dwa pozostałe nagrania z tego wydawnictwa: "Trade Winds" i "Splash". Ten drugi pojawia się natomiast w alternatywnej wersji, zatytułowanej "Resplash", oryginalnie wydanej na składance "Myths. Instructions 1." z utworami różnych wykonawców (trafiła na nią też inna kompozycja Camberwell Now, "For Those In Peril on the Sea", której na "All's Well" nie zamieszczono). "Resplash" to całkiem interesujący instrumental, który pod względem konstrukcji przypomina te bardziej eksperymentalne nagrania This Heat, folkowe dźwięki łączą go z zawartością "Meridian", a zakręcona partia basu była już wyraźną zapowiedzią "The Ghost Trade".

"Daddy Needs a Throne" to z kolei odrzut z sesji nagraniowej jedynego albumu grupy, oryginalnie wydany na innej składance różnych wykonawców, "Ritual: Magnetic North" (opublikowanej w 1985 roku wyłącznie na kasecie magnetofonowej). Nie uwzględniono go w repertuarze "The Ghost Trade", ponieważ rzekomo by tam nie pasował. Moim zdaniem posłowałby o wiele lepiej niż "Wheat Futures", pod względem zarówno stylistyki, jak i jakości. "All's Well" zawiera też cały repertuar EPki "Greenfingers" z 1987 roku. Nagranie tytułowe oraz "Mystery of the Fence" również doskonale wpasowałyby się na "The Ghost Trade", choć wyraźnie słychać tu jeszcze bardziej piosenkowe nastawienie muzyków. Szczególnie porywająco wypada tytułowy "Greenfingers", w który świetnie wpleciono partie saksofonu. Nieznane wcześniej oblicze grupy pokazuje natomiast "Know How" - niemalże popowa ballada. Dopełniający całość "Element Unknown" to już tylko półtoraminutowy kolaż dźwiękowy, przypominający o pokrewieństwie Camberwell Now z This Heat. Jeśli ktoś chciałby mieć wszystkie nagrania zespołu, to najlepszym rozwiązaniem jest zakup dwóch winylowych wydawnictw z 2016 roku: reedycji "The Ghost Trade" z dodanym "Daddy Needs a Throne" (jako druga ścieżka) oraz "The EP Collection", na którym zamieszczono cały materiał z "Meridian" i "Greenfingers", a także utwory "Resplash" i "For Those In Peril on the Sea" (być może najsłabszy z jej dorobku - nie udało mi się jednak poznać "Trade Winds" i "Splash").

Trochę szkoda, że najlepsze fragmenty EPek nie trafiły na "The Ghost Trade" (najlepiej zamiast "Wheat Futures", a nawet "Sitcom", które nie są złymi utworami, ale odrobinę odstają poziomem od pozostałych). Być może byłby to nawet materiał na maksymalną ocenę, do której w takiej formie trochę zabrakło. Wciąż jednak jest to jeden z najbardziej unikalnych, kreatywnych i najlepiej zagranych albumów tamtej dekady. W dodatku po latach wciąż brzmi świeżo i tak samo oryginalnie.

Ocena: 9/10



Camberwell Now - "The Ghost Trade" (1986)

1. Working Nights; 2. Sitcom; 3. Wheat Futures; 4. Speculative Fiction; 5. Green Lantern; 6. The Ghost Trade

Skład: Charles Hayward - instr. klawiszowe, perkusja, wokal; Trefor Goronwy - gitara, gitara basowa, erhu, instr. perkusyjne, wokal; Steve Rickard - cytra akordowa, efekty
Gościnnie: Mary Philips - wokal (2); Polly Edmett - wokal (6)
Producent: Camberwell Now

Camberwell Now - "All's Well" (1992)

1. Cutty Sark; 2. Pearl Divers; 3. Spirit of Dunkirk; 4. Resplash; 5. Daddy Needs a Throne; 6. Working Nights; 7. Sitcom; 8. Wheat Futures; 9. Speculative Fiction; 10. Green Lantern; 11. The Ghost Trade; 12. Greenfingers; 13. Mystery of the Fence; 14. Know How; 15. Element Unknown

Skład: Charles Hayward -  instr. klawiszowe, perkusja, melodyka, cytra akordowa, kazoo, wokal; Trefor Goronwy - gitara, gitara basowa, erhu, instr. klawiszowe, ukulele, instr. perkusyjne, drumla, wokal; Steve Rickard - cytra akordowa, efekty
Gościnnie: Charles Bullen - gitara basowa (1); Mary Philips - wokal (7); Polly Edmett - wokal (11); Maria Lamburn - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, flet i altówka (12-15)
Producent: Camberwell Now


28 maja 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Hall of the Mountain Grill" (1974)



Po doskonałym podsumowaniu dotychczasowych dokonań koncertówką "Space Ritual", grupa Hawkwind zabrała się do pracy nad nowym materiałem. W międzyczasie ze składu odszedł odpowiedzialny za elektroniczne efekty dźwiękowe Michael Davies, lepiej znany pod pseudonimem Dik Mik. Jego miejsce zajął Simon House, były członek właśnie rozwiązanego High Tide. Choć nowy muzyk nie miał szczególnie dużego udziału w procesie komponowania, jego wkład w ostateczny kształt albumu jest nieoceniony. Jego partie na syntezatorze, melotronie i skrzypcach znacznie urozmaiciły brzmienie zespołu oraz nadały mu trochę bardziej progresywnego charakteru. Wydawnictwo zostało zatytułowane "Hall of the Mountain Grill", nawiązując do słynnej kompozycji "W grocie Króla Gór" (org. "In the Hall of the Mountain King") Edvarda Griega, ale też do ulubionej kawiarni muzyków, The Mountain Grill.

Dwa spośród dziewięciu zamieszczonych tutaj utworów zostały zarejestrowane na żywo, w styczniu 1974 roku, podczas występu grupy w londyńskim Edmonton Sundown. Zarówno "You'd Better Believe It", jak i "Paradox", stylistycznie nie odbiegają od wcześniejszych dokonań Hawkwind. To wciąż bardzo proste i energetyczne, oparte na motorycznym riffowaniu granie. Jednak brzmienie nie jest już tak surowe i chropowate. Nie tylko dzięki dodatkowym instrumentom (skrzypcom i syntezatorowi w tym pierwszym, melotronowi w drugim), ale także łagodniej przesterowanym gitarom, które momentami mają wręcz nieco nowofalowy charakter, co w 1974 roku brzmiało bardzo oryginalnie. Bardziej wyrazista zdaje się również warstwa melodyczna, co zresztą w równym stopniu dotyczy całego albumu.

Studyjne nagrania powstały w maju i czerwcu w londyńskim Olympic Studios. "The Psychedelic Warlords (Disappear in Smoke)" stylistycznie, aranżacyjnie i brzmieniowo nawiązuje do utworów koncertowych, łącząc hardrockową psychodelię z wcześniejszych płyt oraz progresywne partie melotronu i saksofonu. Bardziej hardrockowy charakter ma "Lost Johnny", skomponowany i zaśpiewany przez Lemmy'ego (który później nagrał go ponownie z Motörhead), choć istotną rolę w tej wersji odgrywają kosmiczne dźwięki syntezatora. W spacerockowe, ale już łagodniejsze rejony podążają także "D-Rider" i częściowo akustyczny "Web Weaver", oba z istotną rolą brzmień elektronicznych. Najbardziej zaskakują jednak trzy instrumentalne nagrania: "Wind of Change", tytułowy "Hall of the Mountain Grill" oraz "Goat Willow" - wszystkie zdominowane przez instrumenty klawiszowe; w pierwszym pojawiają się także skrzypce i sekcja rytmiczna, w drugim skrzypce, a w ostatnim zanza i gitara akustyczna. Takich, całkiem finezyjnych, utworów można by się spodziewać raczej po jakimś stricte progresywnym zespole, a nie po Hawkwind, jednak na tym albumie naprawdę pasują.

"Hall of the Mountain Grill" jest świadectwem większej dojrzałości zespołu. Same kompozycje nie różnią się może od tych z wcześniejszych wydawnictw (choć pewien postęp w kwestii melodycznej jest zauważalny), natomiast aranżacje i brzmienie są znacznie bogatsze, różnorodne, a tym samym bardziej interesujące. Wciąż nie jest to muzyka, którą pod względem kreatywności można by postawić w jednym rzędzie z Pink Floyd lub Gong, jednak nie powinno to przeszkadzać w czerpaniu przyjemności ze słuchania tego albumu, bo to naprawdę fajne granie.

Ocena: 8/10



Hawkwind - "Hall of the Mountain Grill" (1974)

1. The Psychedelic Warlords (Disappear in Smoke); 2. Wind of Change; 3. D-Rider; 4. Web Weaver; 5. You'd Better Believe It (live); 6. Hall of the Mountain Grill; 7. Lost Johnny; 8. Goat Willow; 9. Paradox (live)

Skład: Dave Brock - gitara, instr. klawiszowe, harmonijka, wokal; Nik Turner - saksofon, obój, flet, wokal (3); Del Dettmar - instr. klawiszowe, zanza; Simon House - instr. klawiszowe, skrzypce; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa, gitara (7), wokal (7); Simon King - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Roy Thomas Baker, Doug Bennett i Hawkwind


25 maja 2020

[Recenzja] Mingus - "Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus" (1964)



Charles Mingus w trakcie swojej kariery nagrywał dla niemal wszystkich spośród najbardziej prestiżowych wytwórni jazzowych. Współpraca z Impulse! Records nie trwała długo. Skończyła się na trzech albumach, jednak aż dwa z nich przeszły do absolutnego kanonu. Niesamowicie mocnym rozpoczęciem tego etapu był "The Black Saint and the Sinner Lady", a niemal równie wspaniałym zakończeniem - longplay z pięciokrotnie powtórzonym nazwiskiem basisty w tytule. To dość specyficzne wydawnictwo, gdyż składa się głównie z kompozycji Mingusa znanych już z płyt zarejestrowanych przez niego dla innych wytwórni (w większości pod nowymi tytułami, na co wpływ zapewne miały kwestie prawne). Wszystkie utwory zostały jednak na nowo opracowane, z pomocą Boba Hammera, na potrzeby większego składu instrumentalnego.

Ściślej mówiąc, składy były dwa, bo materiał zarejestrowano podczas dwóch odległych w czasie sesji - 20 stycznia oraz 20 września 1963 roku. Nie będę wymieniał wszystkich zaangażowanych muzyków, żeby za bardzo nie zanudzać (pełna lista i tak znajduje się pod recenzją), wspomnę tylko, że znaleźli się wśród nich Eric Dolphy, Jaki Byard i Charlie Mariano, by wymienić tych najbardziej znanych. Za każdym razem skład liczył jedenastu muzyków, natomiast instrumentarium obejmowało kontrabas, perkusję, pianino oraz rozbudowaną sekcję dętą, a podczas pierwszej sesji także gitarę. Dzięki starannemu rozpisaniu poszczególnych partii udaje się uniknąć chaosu - może nawet panuje tu nieco za duży ład (Mingus nie był zwolennikiem free jazzu, choć inspirował twórców z tego nurtu), niemniej jednak poszczególne instrumenty bardzo ładnie się dopełniają i uzupełniają, tworząc bogatą fakturę.

Repertuar to praktycznie sama klasyka, na czele z będącą popularnym standardem balladą "Goodbye Pork Pie Hat" (tutaj jako "Theme for Lester Young"), która pomimo nagrania w większym składzie, zachowuje swoją subtelność. Albo "Haitian Fight Song" ("II B.S.") i "E's Flat, Ah's Flat Too" ("Hora Decubitus"), oba skrócone w tych wersjach, ale zbudowane na tak samo porywających partiach kontrabasu. Jest też - choć nie na wszystkich wydaniach - zaangażowany "Freedom", wcześniej znany tylko z koncertowego "The Complete Town Hall Concert", wyróżniający się obecnością partii wokalnej oraz bardziej agresywnymi partiami dęciaków. Akurat tutaj w pewnym momencie niewiele brakowało, by muzycy poszli we freejazzową improwizację, jednak szybko wracają do bardzo poukładanego grania. Całości dopełnia jedna cudza kompozycja, "Mood Indigo" z repertuaru Duke'a Ellingtona. Wybrana zapewne nie przypadkiem, bo przecież Mingus w przeszłości występował w zespole słynnego pianisty. Idealnie więc pasuje na wydawnictwo o takim retrospektywnym charakterze.

Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie, które wykonanie danej kompozycji jest lepsze. Nowe wersje niewątpliwie pokazują te utwory od nieco innej strony, dzięki poszerzeniu aparatu wykonawczego. Dlatego też "5x Mingus" jest nie tylko świetnym podsumowaniem wcześniejszych dokonań basisty, ale także wydawnictwem mającym swoją własną wartość.

Ocena: 8/10



Mingus - "Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus" (1964)

1. II B.S.; 2. I X Love; 3. Celia; 4. Mood Indigo; 5. Better Get Hit in Yo' Soul; 6. Theme for Lester Young; 7. Hora Decubitus; 8. Freedom

Skład: Charles Mingus - kontrabas, pianino, wokal (8); Jaki Byard - pianino; Jerome Richardson - saksofon sopranowy, saksofon barytonowy, flet; Dick Hafer - saksofon tenorowy, klarnet, flet; Eric Dolphy - saksofon altowy i flet (1,4,6,7); Booker Ervin  - saksofon tenorowy (1,4,6,7); Charlie Mariano - saksofon altowy (2,3,5); Eddie Preston - trąbka (1,4,6,7); Richard Williams - trąbka (2,3,5); Rolf Ericson - trąbka (2,3,5);  Britt Woodman - puzon (1,4,6,7); Quentin Jackson - puzon (2,3,5); Don Butterfield - tuba; Jay Berliner - gitara (2,3,5); Walter Perkins - perkusja (1,4,6,7); Dannie Richmond - perkusja (2,3,5)
Producent: Bob Thiele


23 maja 2020

[Recenzja] Kraftwerk - "Kraftwerk" (1970)



Niedawna śmierć Floriana Schneidera trochę zmieniła moje recenzenckie plany. Bo choć nie zamierzałem na razie pisać o Kraftwerk, to trudno o lepszą motywację. Elektrownia, bo tak należy tłumaczyć nazwę niemieckiego zespołu, to jeden z najważniejszych twórców muzyki elektronicznej z lat 70., uważany za jednego z głównych prekursorów synth-popu oraz electronic dance music, z jej różnymi odmianami jak techno i house. Podobnie jednak jak w przypadku innego słynnego przedstawiciela ówczesnej elektroniki, Tangerine Dream, korzenie Kraftwerk to krautrock. Jednak już od dawna muzycy niechętnie przyznają się do swoich wczesnych dokonań. Trzy pierwsze albumy ostatnich oficjalnych wznowień doczekały się na przełomie lat 70. i 80., a więc jeszcze przed popularyzacją płyt kompaktowych (na które trafiły wyłącznie w formie bootlegów). Ta wczesna twórczość przedstawia się jednak całkiem interesująco i bynajmniej nie jest powodem do wstydu.

Eponimiczny debiut Kraftwerk został zarejestrowany wkrótce potem, gdy Ralf Hütter i Florian Schneider pożegnali się ze swoim poprzednim zespołem, Organisation. Składu pierwotnie dopełnił perkusista Andreas Hohmann, z którego udziałem ukończono część nagrań, jednak jeszcze w trakcie sesji jego miejsce zajął Klaus Dinger, późniejszy członek-założyciel Neu! i La Düsseldorf. Po drugiej stronie konsolety zasiadła natomiast kolejna ważna postać wówczas dopiero powoli się kształtującej sceny krautrockowej, czyli producent i inżynier dźwięku Konrad "Conny" Plank. Lista wykonawców, z którymi współpracował, jest tak długa, że wymienianie choćby części z nich byłoby cholernie nudne dla Czytelników (a ci bardziej dociekliwi są w stanie dotrzeć do tych informacji samodzielnie).

Florian Schneider (7.4.1947 - 21.4.2020)

Ze wszystkich albumów zespołu własnie debiut jest jego najbardziej rockowym wydawnictwem. Nie jest to oczywiście rock w klasycznym wydaniu. Wręcz przeciwnie. Muzycy całkowicie zrezygnowali z piosenkowych struktur, charakterystycznych motywów czy chwytliwych melodii. Zamiast tego zaproponowali zestaw czterech dość rozbudowanych, w pełni instrumentalnych nagrań, w których istotną rolę odgrywają studyjne eksperymenty z dźwiękiem. W większości zbudowane są wokół motorycznych partii perkusyjnych, którym towarzyszą przetworzone dźwięki fletu, elektrycznych organów, a rzadziej gitary lub skrzypiec. Nie jest to jednak muzyka nieprzystępna. Taki "Ruckzuck" ma nawet pewien potencjał taneczny, choć byłoby to raczej coś w rodzaju rytualnego transu niż klasycznie rozumianego tańca. Trochę nawet kojarzy się ze słynnym "Hallogallo" Neu! (nagranym później). Jest też trochę subtelniejszych, niemalże ambientowych brzmień w postaci bardzo ładnego "Megaherz". Faktycznie trudniejsze w odbiorze mogą być "Stratovarius" i "Vom Himmel hoch", pełne dziwnych, zniekształconych dźwięków. Warto jednak podejść do tego jak do czegoś, co ma poszerzać nasze horyzonty, a nie spełniać oczekiwania.

"Kraftwerk" to udany debiut - nie żadne wielkie dzieło, a po prostu solidna dawka czystego krautrocka. Eksperymenty z brzmieniem nie są tu jednak zbyt zaawansowane, a i tak często sprawiają wrażenie robionych nieco na oślep. Tutaj dało to jeszcze całkiem udany efekt, ale w (niedalekiej) przyszłości było z tym różnie. I pewnie dlatego po wydaniu trzeciego albumu, Hütter i Schneider postanowili spróbować sił w niemal zupełnie innej muzyce.

Ocena: 7/10



Kraftwerk - "Kraftwerk" (1970)

1. Ruckzuck; 2. Stratovarius; 3. Megaherz; 4. Vom Himmel hoch

Skład: Ralf Hütter - organy, gitara; Florian Schneider - flet, skrzypce, instr. perkusyjne; Andreas Hohmann - perkusja (1,2); Klaus Dinger - perkusja (3)
Producent: Conny Plank i Kraftwerk


21 maja 2020

[Recenzja] Magma - "Les Voix (Concert 1992 Douarnenez)" (1992)



Po wydaniu "Merci" Christian Vander porzucił szyld Magma, by następnie kontynuować działalność w zbliżonym składzie, ale już pod nazwą Offering. Nie było to bynajmniej pozbawione sensu. Nowy zespół zwrócił się w stronę jazzu i bardziej akustycznego brzmienia, nie rezygnując jednak z rytmicznych i wokalnych rozwiązań charakterystycznych dla zeuhlu. Stąd też można odnieść wrażenie, że pomimo pewnego odświeżenia formuły, Vander coraz bardziej popadał w stagnację. I z tego też względu dokonania Offering można polecić chyba tylko największym miłośnikom takiej stylistyki. Zespół nagrał w sumie trzy albumy studyjne: "Offering Part 1 - Part 2", "Offering III - IV" oraz "A Fïïèh". Ostatni z nich został zarejestrowany pod koniec 1992 roku. Znaczna część muzyków biorących udział w jego nagraniu, parę miesięcy wcześniej, 2 sierpnia, wzięła udział w występie na francuskim festiwalu Jazz en Baie w Douarnenez. Tyle tylko, że pod szyldem... Magma.

Fragmenty tego wydarzenia jeszcze w tym samym roku trafiły na album "Les Voix (Concert 1992 Douarnenez)". Było to pierwsze wydawnictwo Magmy od czasu kontrowersyjnego "Merci", jeśli nie liczyć archiwalnego "Mekanïk Kommandöh" z 1989 roku (zawierającego wczesną wersję słynnego "Mekanïk Destruktïw Kommandöh"). A sam występ okazał się o tyle interesujący, że odbył się w dość nietypowym składzie. Oprócz Vandera (w potrójnej roli głównego wokalisty, pianisty i perkusisty), na scenie pojawiło się dwóch klawiszowców, Pierre-Michel Sivadier i Simon Goubert, kontrabasista Philippe Dardelle, a także ośmioosobowy, damsko-męski chór (w którym, oczywiście, nie mogło zabraknąć Stelli Vander). Fakt, że gitarę basową zastąpiono kontrabasem, a perkusja pojawia się sporadycznie, oznacza, że nie zaznamy tutaj tej charakterystycznej, potężnie brzmiącej warstwy rytmicznej, tak istotnej na większości płyt zespołu. Sekcja brzmi znacznie łagodniej, choć ta typowa rytmika została zachowana.

Całkiem ciekawy jest też repertuar, bo niezbyt oczywisty. "Ëmëhntëht-Rê (Announcement)" i "Zëss" były co prawda grane przez zespół na koncertach już w czasach sprzed "Merci", ale studyjnych wersji doczekały się dopiero w XXI wieku (ten drugi naprawdę niedawno, bo w zeszłym roku). Jest też jedno nagranie z czasów Offering, "C'est Pour Nous", a także "Wurdah Ïtah" z wydanego przez Vandera jako solowe wydawnictwo "Tristan Et Yseult" (wznawianego jednak jako album Magmy, właśnie pod tytułem "Wurdah Ïtah"). Szkoda tylko, że część utworów jest tutaj zamieszczona tylko we fragmentach, a nie pełnych wykonaniach. Tym trudniej to zrozumieć, jeśli wziąć pod uwagę, że miejsca na płycie zostało sporo, bo album trwa niespełna trzy kwadranse.

Szczerze powiedziawszy, nie jestem zwolennikiem tych wykonań. Warstwa wokalna odgrywa tutaj jeszcze większą rolę niż na którymkolwiek z wcześniejszych wydawnictw. I te wielogłosowe partie wokalne są, jak zawsze, świetnie zaaranżowane. Ale po prostu wolałbym, żeby towarzyszyła im równie interesująca warstwa instrumentalna. Tymczasem jej rola ogranicza się głównie do dość minimalistycznego, jednostajnego podkładu. Brakuje jakichś smaczków, które niejednokrotnie pojawiały się na wcześniejszych dziełach grupy. Całości najbliżej chyba do wspomnianego "Tristan Et Yseult", który charakteryzuje podobna surowość, jednak brzmienie jest tam bardziej zelektryfikowane i nie pojawia się tyle głosów. Można więc powiedzieć, że "Les Voix" prezentuje Magmę od nieznanej wcześniej strony. I właśnie dlatego, jeśli jest się wielbicielem najważniejszej grupy Christiana Vandera, warto się z tym wydawnictwem zapoznać, 

Ocena: 7/10



Magma - "Les Voix (Concert 1992 Douarnenez)" (1992)

1. Ëmëhntëht-Rê (Announcement); 2. C'est Pour Nous; 3. Zëss (Extrait); 4. Wurdah Ïtah (Extrait)

Skład: Christian Vander - wokal, pianino, perkusja; Pierre-Michel Sivadier - instr. klawiszowe; Simon Goubert - instr. klawiszowe; Philippe Dardelle - kontrabas; Addie Déat, Alex Ferrand, Bénédicte Ragu, Isabelle Feuillebois, Jean-Christophe Gamet, Jean-François Déat, Julie Vander, Stella Vander - wokal
Producent: -


19 maja 2020

[Playlista] Eric Dolphy & Richard Davis - "Alone and Together"



Kiedy słucham tych nieco mniej znanych albumów Erica Dolphy'ego - jak "Far Cry", "Conversations" i "Iron Man" - największe wrażenie robią na mnie te nagrania, które wybitny jazzman nagrał samodzielnie lub w duecie z basistą Richardem Davisem. Chętnie usłyszałbym cały album zarejestrowany tylko przez tę dwójkę. Jak wiadomo, takie dzieło nie powstało i już nie powstanie. Postanowiłem więc zebrać dostępne utwory i skompilować z nich playlistę, by przekonać się, jak taki longplay mógłby się prezentować.

Większość nagrań to efekt sesji, jaką Dolphy i Davis odbyli 1 lipca 1963 roku w nowojorskim Music Maker's Studios. Utwór "Alone Together" - który zainspirował tytuł playlisty - został oryginalnie wydany na "Conversations" (1963), natomiast "Come Sunday" i "Ode to Charlie Parker" - na "Iron Man" (1968). Z tej samej sesji pochodzi także "Muses for Richard Davis", który ukazał się dopiero w boksie "Musical Prophet: The Expanded 1963 New York Studio Sessions" (2018), zbierającym wszystkie nagrania z tamtego okresu.

Całości dopełniają dwa solowe popisy Dolphy'ego. "Love Me" - zarejestrowany dwa dni później, 3 lipca - to kolejny utwór pierwotnie opublikowany na "Conversations". Starszym nagraniem jest natomiast "Tenderly", zarejestrowany 21 grudnia 1960 roku i wydany na "Far Cry" (1962).

Kolejność ułożyłem w taki sposób, aby przypominała płytę winylową:

A1. "Come Sunday" (Duke Ellington) - 6:28
A2. "Love Me" (Ned Washington, Victor Young) - 3:19
A3. "Ode to Charlie Parker" (Jaki Byard) - 8:04
A4. "Tenderly" (Walter Gross, Jack Lawrence) - 4:18
B1. "Muses for Richard Davis" (Roland Hanna) - 7:34
B2. "Alone Together" (Howard Dietz, Arthur Schwartz) - 13:36

W ten sposób teoretyczna strona A trwałaby 22:09 minut, a strona B - 21:10. Razem daje to 43 minuty i 19 sekund, a więc w sam raz, aby nie było ani niedosytu, ani znużenia.

Muzycy nie mieli łatwego zadania nagrywając te utwory. Obaj mogli grać jednocześnie tylko na jedynym instrumencie, co wymagało od nich sporej kreatywności, żeby przy tak ograniczonych środkach zainteresować słuchacza. Zwykle na przestrzeni jednego nagrania stosują po kilka technik wydobywania dźwięku, a ich partie - wtedy, gdy grają razem - pomysłowo się dopełniają. Samo brzmienie również jest zróżnicowane, gdyż Dolphy gra zarówno na klarnecie basowym ("Come Sunday", "Muses for Richard Davis", "Alone Together"), saksofonie altowym ("Love Me", "Tenderly"), jak i na flecie ("Ode to Charlie Parker"). Davis przez cały czas trzyma się kontrabasu, ale stosuje naprzemiennie pizzicato i arco, a więc szarpanie strun i granie smyczkiem.

Jak oceniłbym taki album? Sądzę, że ocena 8/10 byłaby najodpowiedniejsza. Wystarczająco wysoka, aby należycie docenić ogromny kunszt instrumentalny i kreatywność obu muzyków. A jednocześnie niższa, niż wystawiłem takim dziełom Dolphy'ego, jak "Out There", "Out to Lunch!" czy "Iron Man". Bo choć każde z tych sześciu nagraniach z osobna mnie zachwyca, to zebrane razem nieco już tracą swoją wyjątkowość. W pewnym momencie chciałbym jednak już usłyszeć więcej instrumentów, które uczyniłyby całość bogatszą brzmieniowo, nie aż tak surową. Oczywiście, nie można na tej podstawie wyciągać wniosku, że Dolphy i Davis nie nagraliby wspólnie albumu lepszego od tej playlisty. Gdyby nie była to kompilacja wcześniej wydanych utworów, a coś przygotowanego specjalnie z myślą o takim projekcie, efekt mógłby być jeszcze bardziej porywający.

Wstawiona wyżej "okładka" jest oczywiście mojego autorstwa, z wykorzystaniem dostępnych w internecie zdjęć Erica Dolphy'ego i Richarda Davisa. Starałem się nawiązać do jednego z najpopularniejszych rodzajów okładek płyt jazzowych z lat 50. i 60., chętnie stosowanego przez wytwórnie Blue Note i Columbia. Widoczny w prawym górnym rogu "numer katalogowy" to data śmierci Dolphy'ego.



17 maja 2020

[Recenzja] Tangerine Dream - "Thief" (1981)



W trakcie swojej długoletniej kariery muzycy Tangerine Dream wielokrotnie otrzymywali propozycje stworzenia ścieżek dźwiękowych do obrazów filmowych. Jednym z ciekawszych soundtracków zespołu jest "Thief", czyli muzyka do filmu "Złodziej" Michaela Manna. Jest to pierwsze dzieło, w którym objawił się charakterystyczny styl późniejszego reżysera "Czerwonego smoka" (tego z 1986 roku), "Gorączki" (nie tylko moim zdaniem najlepszego filmu sensacyjnego, jaki kiedykolwiek nakręcono), "Informatora" czy "Zakładnika". Album ze ścieżką dźwiękową ukazał się w dwóch wariantach. Tzw. "wersja A", przeznaczona na rynek amerykański, zawiera siedem utworów Tangerine Dream, a także nagranie "Confrontation", które zostało skomponowane i wykonane przez Craiga Safana, ponieważ zespół był już na trasie, gdy okazało się, że Mann potrzebuje jeszcze utworu do finałowej sceny. Ogólnoświatowa "wersja B" zamiast niego zawiera "Beach Scene", czyli pełną (lepszą) wersję "Beach Theme". Obecnie dostępne są też kompaktowe wznowienia kompilujące cały materiał.

Zarówno film, jak i album ze ścieżką dźwiękową, nie są idealne. Tu i tam zdarzają się mniej interesujące momenty. Sama muzyka wypada dość średnio jako osobne dzieło. Kawałki w rodzaju "Doctor Destructo", "Burning Bar", "Scrap Yard" czy niemal ambientowego "Trap Feeling" prezentują się bardzo nijako w porównaniu z twórczością zespołu z poprzedniej dekady (może dlatego, że tego typu nagrania muszą być dłuższe, żeby faktycznie zaangażować słuchacza). Ale i film z innym soundtrackiem mógłby być dużo słabszy. Fabularnie jest raczej przeciętny - prosta, niezbyt wciągająca historia. Nadrabia grą aktorską (bardzo dobry James Caan w roli głównej) oraz świetnymi zdjęciami, które najlepsze wrażenie robią wtedy, gdy towarzyszy im doskonale dobrana muzyka. Jak podczas dwóch sekwencji włamań, nakręconych w bardzo klimatyczny sposób, który doskonale podkreśla ścieżka dźwiękowa (odpowiednio "Diamond Diary" i "Ingneous", czyli zremiksowany fragment "Thru Metamorphic Rocks" z "Force Majeure"). Albo idylliczne ujęcia na plaży z bardziej pogodnym akompaniamentem "Beach Scene". Czy w końcu finałowa konfrontacja z mocno gitarowym, stricte rockowym, ale pasującym do pozostałej muzyki "Confrontation".

Raczej nie polecam tego albumu nikomu, poza wielbicielami Tangerine Dream. Natomiast film warto zobaczyć, jeśli nie jest się typem widza, którego obchodzi tylko i wyłącznie fabuła. Jako część filmu muzyka robi znacznie lepsze wrażenie niż słuchana z płyty. To zresztą chyba częsty problem soundtracków i "Thief" nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.

Ocena: 6/10



Tangerine Dream - "Thief" (1981)

Version A: 1. Beach Theme; 2. Dr. Destructo; 3. Diamond Diary; 4. Burning Bar; 5. Scrap Yard; 6. Trap Feeling; 7. Igneous; 8. Confrontation

Version B: 1. Beach Theme; 2. Dr. Destructo; 3. Diamond Diary; 4. Burning Bar; 5. Beach Scene; 6. Scrap Yard; 7. Trap Feeling; 8. Igneous

Skład: Edgar Froese - gitara, instr. klawiszowe; Christopher Franke - syntezatory, elektroniczna perkusja; Johannes Schmoelling - instr. klawiszowe; Klaus Krieger - instr. perkusyjne ("Ingenous"); Craig Safan - wszystkie instrumenty ("Confrontation")
Producent: Michael Mann i Tangerine Dream


14 maja 2020

[Recenzja] Bob Dylan - "Nashville Skyline" (1969)



"Nashville Skyline" to kolejne przełomowe wydawnictwo w dorobku Boba Dylana. Wyraźną sugestią na temat jego zawartości jest tytuł. Nashville to miasto kojarzone przede wszystkim z muzyką country. Dziewiąty album Dylana został nagrany właśnie tam i utrzymany jest właśnie w takiej stylistyce. Artysta zaadoptował nie tylko sposób komponowania, brzmienie, ale także dostosował technikę śpiewania. Nie podobało się to przedstawicielom wytwórni, którzy wciąż pamiętali reakcję wielbicieli Dylana na jego wcześniejsze eksperymenty stylistyczne. Nalegali przynajmniej na skrócenie tytułu do samego "Skyline", jednak muzyk postawił na swoim. Wbrew obawom, nie zaszkodziło to wynikom sprzedaży, które były bardzo satysfakcjonujące (3. miejsce w amerykańskim notowaniu, szczyt brytyjskiego). Reakcje krytyków również były na ogół pozytywne, choć zdarzały się także skrajnie negatywne opinie. Dziś jednak album uznawany jest za jedno z najlepszych wydawnictw artysty.

To bardzo krótka płyta. Dziesięć utworów trwa w sumie niespełna pół godziny. Ten czas jest jednak całkiem dobrze spożytkowany. Nie brakuje naprawdę udanych momentów, do których zaliczyć można nową wersję "Girl from the North Country", kompozycji znanej już z albumu "The Freewheelin' Bob Dylan". Utwór został kompletnie przearanżowany, zachowując swój pierwotny wdzięk. Gościnnie udziela się tutaj jeden z najsłynniejszych piosenkarzy country, Johnny Cash. Jednak większym zaskoczeniem jest śpiew samego Dylana, niemal zupełnie niepodobny do tego z wcześniejszych płyt. Do mocnych punktów można zaliczyć także inne urokliwe ballady, jak "I Threw It All Away", "Tell Me That It Isn't True" oraz najbardziej z nich znaną - i chyba najładniejszą - "Lay Lady Lay". Ale również bardziej rockowe brzmieniowo kawałki w rodzaju energetycznych "To Be Alone with You" (dość silnie kojarzącego się ze stylistyką Butterfield Blues Band) i "Country Pie" oraz łagodniejszego "Tonight I'll Be Staying Here with You". Nawet bardziej sztampowe nagrania w stylu country wypadają na ogół całkiem przyjemnie ("One More Night", "Peggy Day"). Niestety, nawet na tak krótkim wydawnictwie znalazł się jeden ewidentny zapychacz. Instrumentalny "Nashville Skyline Rag" to taki typowo festyniarski popis muzyków, polegający na szybkim graniu strasznie banalnej melodyjki.

"Nashville Skyline" to bardzo przyjemny, pogodny i melodyjny album. Kompozycjom i wykonaniu trudno cokolwiek zarzucić, bo chociaż nie prezentują niczego nadzwyczajnego, to przecież nie jest to wymagane w prezentowanej tu stylistyce urockowionego country. Taka muzyka zwykle działa na mnie odpychająco, jednak Bob Dylan nawet jako twórca country pokazał prawdziwy talent do tworzenia prostej, ale wartościowej muzyki. Tym razem może i nieco mniej wartościowej niż na swoich największych albumach, ale wciąż naprawdę fajnej i na ogół niepopadającej w banał.

Ocena: 7/10



Bob Dylan - "Nashville Skyline" (1969)

1. Girl from the North Country; 2. Nashville Skyline Rag; 3. To Be Alone with You; 4. I Threw It All Away; 5. Peggy Day; 6. Lay Lady Lay; 7. One More Night; 8. Tell Me That It Isn't True; 9. Country Pie; 10. Tonight I'll Be Staying Here with You

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Norman Blake - gitara, gitara dobro; Charlie McCoy  - gitara, harmonijka; Pete Drake - gitara pedal steel; Charlie Daniels - gitara basowa, gitara; Kenny Buttrey - perkusja; Bob Wilson - instr. klawiszowe
Gościnnie: Johnny Cash - wokal i gitara (1); Bob Wootton - gitara (1); Marshall Grant - gitara basowa (1); W. S. Holland - perkusja (1)
Producent: Bob Johnston


12 maja 2020

[Recenzja] Henry Grimes Trio - "The Call" (1966)



Dopiero zbierając informacje do tej recenzji, dowiedziałem o niedawnej śmierci Henry'ego Grimesa. Basista zmarł 15 kwietnia, po komplikacjach wywołanych zarażeniem koronawirusem. Grimes był bardzo interesującą postacią. Karierę muzyczną zaczynał pod koniec lat 50., w czasach popularności hard bopu. Grywał w tamtym okresie m. in. z Theloniousem Monkiem, Charlesem Mingusem, Sonnym Rollinsem, Gerrym Mulliganem oraz McCoyem Tynerem. Był niezwykle rozrywanym sidemanem. Podczas  edycji słynnego Newport Jazz Festival z 1958 roku wystąpił aż w sześciu różnych składach. Z czasem zainteresował się bardziej awangardową muzyką i stał jednym z prominentnych przedstawicieli free jazzu. Współpracował wówczas z takimi muzykami jak Albert Ayler, Cecil Taylor, Don Cherry, Archie Shepp czy Pharoah Sanders. Nagrał też solowy album "The Call".

Pod koniec lat 60. - prawdopodobnie na początku 1967 roku, tuż po słynnych koncertach z Aylerem uwiecznionych na albumie "In Greenwich Village" - Grimes postanowił opuścić Nowy Jork. Udał się na drugie wybrzeże, do Kalifornii, po czym słuch o nim zaginął. Wielu uważało go za zmarłego. I być może jego losy na zawsze pozostałyby tajemnicą, gdyby w 2003 roku nie natknął się na niego niejaki Marshall Marrotte, pracownik socjalny i jednocześnie wielbiciel jazzu. Grimes żył w nędzy, przez pewien czas był nawet bezdomny, utrzymywał się z prac dorywczych. Okazało się też, że cierpi na zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Kontrabas sprzedał na początku lat 70. Nie miał pojęcia, że część jego dawnych współpracowników już nie żyje, ani w ogóle nie wiedział co działo się przez ten czas na scenie jazzowej. Jednak dzięki wsparciu innych muzyków (m. in. Williama Parkera, który podarował mu nowy instrument), Grimes wrócił do grania, zaczął też regularnie koncertować i nagrywać płyty. Pozostał aktywny prawie do śmierci.

Henry Grimes (3.11.1935 - 15.4.2020)

Zarejestrowany niedługo przed nagłym zniknięciem basisty album "The Call" - owoc sesji z 28 grudnia 1965 roku w Nowym Jorku - nie zyskał tak kultowego statusu, jakim cieszy się wiele wydawnictw, na których Grimes wystąpił w roli sidemana. Jest to jednak bardzo interesująca pozycja, która powinna zainteresować miłośników free jazzu. Ciekawy jest już sam skład, gdyż liderowi towarzyszą tu tylko perkusista Tom Price oraz klarnecista Perry Robinson. Muszę przyznać, że nie znam żadnego innego albumu, na którym klarnet były głównym - i teoretycznie jedynym - instrumentem solowym. Teoretycznie, ponieważ w takim składzie instrumentalnym rola sekcji rytmicznej nie mogła ograniczać się tylko do trzymania rytmu. Grimes i Price występują w roli solistów nie rzadziej niż Robinson. Cała trójka ma zresztą sporo przestrzeni do zaprezentowania swoich możliwości, przy czym najważniejszy dla nich jest efekt końcowy, dlatego ściśle ze sobą współpracują, zamiast konkurować o to, kto da najlepszy popis.

Album składa się tylko z sześciu nagrań, z których cztery to kompozycje lidera, a za pozostałe dwie ("Walko On", "Son of Alfalfa") odpowiada Robinson. Najciekawiej prezentują się dwa pierwsze utwory, składające się na stronę A winylowego wydania. "Fish Story" wyróżnia się  agresywnymi partiami kontrabasu, kojarzącymi się z poważną awangardą współczesną, perkusyjną nawałnicą, a także typowo freejazzowymi, jazgotliwymi dźwiękami klarnetu. Z kolei najdłuższy na płycie "For Django" z początku (i pod koniec) intryguje minorowym klimatem - partie muzyków w tej części są bardziej rozluźnione, ale z czasem zaczynają grać coraz gęściej, coraz ściślej się zazębiając. Jest to na pewno porywający przykład zespołowej interakcji. Kompozycje ze strony B już tak charakterystyczne nie są, ale to wciąż bardzo solidne granie, pokazujące duży kunszt instrumentalny i dobre zgranie tego efemerycznego tria. Może trochę szkoda, że nagrania nie zostały rozmieszczone inaczej, jednak wciąż jest to bardzo dobry album. 

Ocena: 8/10



Henry Grimes Trio - "The Call" (1966)

1. Fish Story; 2. For Django; 3. Walk On; 4. Saturday Nite What Th' ; 5. The Call; 6. Son of Alfalfa

Skład: Henry Grimes - kontrabas; Perry Robinson - klarnet; Tom Price - perkusja
Producent: -


10 maja 2020

[Recenzja] The Mothers - "Over-Nite Sensation" (1973)



Frank Zappa zakończył swoją przymusową rekonwalescencję i pod koniec 1972 roku wrócił do koncertowania. Początkowo towarzyszyła mu okrojona wersja składu z "The Grand Wazoo", ale szybko wymienił większość muzyków. Właściwie wymieniał ich niemalże z występu na występ, zapraszając zarówno starszych, jak i zupełnie nowych współpracowników. Przez jego zespół przewinęli się wówczas m. in. tacy instrumentaliści jak Ian i Ruth Underwoodowie, Sal Marquez, saksofonista Napoleon Murphy Brock, George Duke, Jean-Luc Ponty, Tom Fowler, a także perkusiści Chester Thompson i Ralph Humphrey. Większość z tych muzyków można usłyszeć też na albumie "Over-Nite Sensation", nagrywanym przez znaczną część 1973 roku (podczas tych samych sesji powstała też znaczna część "Apostrophe (')", wydanego już w następnym roku). W nagraniach można usłyszeć także różnych wokalistów, w tym żeński chórek złożony z Tiny Turner i innych członkiń grupy The Ikettes, lecz główny wokal należy do samego Zappy.

Album znacznie różni się od wydanych w poprzednim roku, w większości instrumentalnych, mocno jazzowych "Waka/Jawaka" i "The Grand Wazoo". "Over-Nite Sensation" pokazuje bardziej rockowe, piosenkowe oraz humorystyczne oblicze Zappy. Wypełniają go nagrania krótkie (żadne nie przekracza siedmiu minut), o bardziej konwencjonalnych strukturach i wyraźniej zaznaczonych melodiach, choć niekoniecznie przystępne dla przypadkowego słuchacza ze względu na swoją dziwność. Spore kontrowersje wywołała warstwa tekstowa, która przeważnie w niezbyt subtelny sposób odnosi się do seksu. Moim zdaniem problemy tego albumu tkwią gdzie indziej. Po pierwsze, wokalnych wygłupów - a tak można określić praktycznie wszystkie wokale na tej płycie - jest po prostu zbyt dużo w stosunku do fragmentów instrumentalnych. Po drugie, właściwie wszystkie utwory są parodią popularnych w tamtym czasie stylów, jak mieszanka rocka z country ("Camarillo Brillo", "Montana") lub z funkiem (np. "I'm the Slime", "Dirty Love"), nierzadko doprawiona typowo hardrockowymi patentami (kawałki w rodzaju "Fifty-Fifty" czy "I'm the Slime" momentami niemalże podchodzą pod stylistykę Deep Purple).

Na swój sposób jest to wszystko bardzo fajne, ale te wszystkie wygłupy i nawiązania do mniej ambitnego grania, odgrywają tutaj zdecydowanie zbyt dużą rolę, przysłaniając ciekawsze rzeczy. Dopiero uważniejsze słuchanie pozwala odkryć mnóstwo fascynujących aranżacyjnych smaczków, chociażby w warstwie rytmicznej (w czym ogromna zasługa Ruth Underwood i jej perkusjonaliów). Ale nawet jeśli te utwory są dzięki temu ciekawsze, niż typowy rockowy mainstream z tamtych czasów, to wciąż nie są tak ciekawe, jak by mogły być. Zappa nie wykorzystał tu do końca ani własnego potencjału, ani potencjału świetnych muzyków, których zaprosił do nagrania tego albumu. Wciąż jednak można znaleźć wiele świetnych momentów, w których instrumentaliści naprawdę mogą się wykazać - przede wszystkim w "Zomby Woof" i "Montana", w których pojawiają się i długie solówki gitarowe lidera, i trochę bardziej skomplikowanego grania. A jednocześnie nie brakuje tu utworów, z "Camarillo Brillo" na czele, które autentycznie posiadają spory potencjał komercyjny.

"Over-Nite Sensation" zdecydowanie nie zalicza się do szczytowych osiągnięć Franka Zappy, choć wciąż jest to muzyka o większych walorach artystycznych niż rock głównego nurtu. Niewątpliwą zaletą tego wydawnictwa jest to, że może stanowić dobry wstęp do twórczości Zappy dla osób, które jeszcze nie miały z nią do czynienia lub kompletnie odbiły się od tych ambitniejszych albumów w rodzaju "Hot Rats" i "The Grand Wazoo". Nie jest to bowiem wymagająca muzyka, choć niektórych odstraszać może groteskowym humorem i frywolnością. Ogólnie jest to bardzo fajne granie, ale jednak dość rozczarowujące na taki skład.

Ocena: 7/10



The Mothers - "Over-Nite Sensation" (1973)

1. Camarillo Brillo; 2. I'm the Slime; 3. Dirty Love; 4. Fifty-Fifty; 5. Zomby Woof; 6. Dinah-Moe Humm; 7. Montana

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal (1-3,5-7); Sal Marquez - trabka, wokal (6); Ian Underwood - klarnet, flet, saksofon altowy, saksofon tenorowy; Bruce Fowler - puzon; George Duke - instr. klawiszowe; Jean-Luc Ponty - skrzypce; Tom Fowler - gitara basowa; Ralph Humphrey - perkusja; Ruth Underwood - wibrafon, marimba i inne instr. perkusyjne; Kin Vassy - wokal (2,6,7); Ricky Lancelotti - wokal (4,5); Tina Turner and the Ikettes - dodatkowy wokal (2,3,5-7)
Producent: Frank Zappa


8 maja 2020

[Recenzja] Faust - "So Far" (1972)

Okładka Faust So Far


Choć skład nie zmienił się znacząco w porównaniu z eponimicznym debiutem - odszedł tylko jeden z dwóch perkusistów, Arnulf Meifert - muzyka Faust przeszła drastyczną metamorfozę. Na "So Far" miejsce awangardowych kolaży i jamów zajęły zdecydowanie krótsze, bardziej poukładane i melodyjne kawałki. Nie znaczy to jednak, że mamy tu do czynienia z konwencjonalnymi piosenkami. 

Utwory w rodzaju "It's a Rainy Day, Sunshine Girl", tytułowego "So Far", "Mamie Is Blue", a także "No Harm" (pomijając trzyminutową introdukcję) polegają na obsesyjnym powtarzaniu jednego motywu, dokładając do niego partie wokalne, solowe, a także różne dodatkowe dźwięki. Wszystkie z tych utworów charakteryzują się hipnotyczną grą sekcji rytmicznej, na ogół zgiełkliwymi partiami gitary, jazzującymi dęciakami, organowym tłem oraz niezbyt czystymi wokalami. Innymi słowy, jest to krautrock w najczystszej postaci. Niewątpliwie właśnie te nagrania są najmocniejszymi punktami albumu. Jednak pozostały materiał stanowi niezłe i całkiem zaskakujące uzupełnienie. Jest wśród nich i akustyczny, niemalże folkowy instrumental o pastoralnym nastroju ("On the Way to Abamäe"), jak również humorystyczne quasi-piosenki (jakby kreskówkowa "I've Got My Car and My TV" i kabaretowa "...In the Spirit"). Całości dopełniają dwie miniatury (awangardowa "Picnic on a Frozen River" oraz dźwiękowy kolaż "Me Lack Space...").

O ile poprzedni album wydaje się nieco przypadkowym efektem studyjnych eksperymentów - momentami naprawdę intrygującym, ale często odsłaniającym różne braki muzyków - tak na "So Far" Faust sprawia wrażenie zespołu znacznie bardziej świadomego swoich możliwości i ograniczeń, mającego też bardziej określony pomysł na swoją twórczość. Może nie jest to dzieło tak nowatorskie w kontekście muzyki rockowej, jak eponimiczny debiut, ale w ogólnym rozrachunku wypada moim zdaniem lepiej. Chciałbym móc dodać, że tylko odrobinę lepiej, ale tak naprawdę do pierwszego albumu Faust w ogóle nie mam ochoty wracać, a "So Far" chętnie sobie co jakiś czas przypominam.

Ocena: 8/10



Faust - "So Far" (1972)

1. It's a Rainy Day, Sunshine Girl; 2. On the Way to Abamäe; 3. No Harm; 4. So Far; 5. Mamie Is Blue; 6. I've Got My Car and My TV; 7. Picnic on a Frozen River; 8. Me Lack Space...; 9. ...In the Spirit

Skład: Rudolf Sosna - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Jean-Hervé Péron - gitara basowa, gitara, trąbka, wokal; Gunter Wüsthoff - saksofon, syntezator; Hans Joachim Irmler - organy; Werner Diermaier - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Uwe Nettelbeck


6 maja 2020

[Recenzja] Ornette Coleman & Pat Metheny - "Song X" (1986)



"Song X" to jedna z najdziwniejszych kooperacji w historii fonografii. Ornette Coleman i Pat Metheny. Jeden z największych innowatorów jazzu, grający muzykę nie najłatwiejszą w odbiorze oraz jeden z największych smęciarzy w muzyce okołojazzowej (bo z jazzem mającą często niewiele wspólnego), którego twórczość jest przystępna nawet dla zupełnie przypadkowych słuchaczy. Na szczęście, na "Song X" zdecydowanie więcej jest Colemana. To on samodzielnie skomponował równo połowę utworów i jest współautorem wszystkich pozostałych (razem z Methenym). Stylistycznie znacznie bliżej im do harmolodycznego free jazzu Prime Time niż do smooth-jazzowego smęcenia Pat Metheny Group. Nawet składu dopełnili głównie muzycy już wcześniej współpracujący z saksofonistą: jego syn Denardo oraz Charlie Haden. Występuje tu także Jack DeJohnette, a więc kolejny muzyk kojarzony raczej z ambitniejszym graniem - pamiętany przede wszystkim jako członek zespołu Milesa Davisa (grał np. na "Bitches Brew"). A jednak wydawca albumu zdecydował się umieścić na okładce na pierwszym miejscu nazwisko Metheny'ego. Zadecydowały o tym, oczywiście, względy merkantylne - gitarzysta był po prostu bardziej znany i to on gwarantował wysoką sprzedaż. Było to jednak zakłamanie rzeczywistości, mogące wprowadzić w błąd nabywców płyty.

Słuchacze Metheny'ego, nie mający wcześniej do czynienia z free jazzem, musieli przeżyć prawdziwy szok. Nagrania w rodzaju tytułowego otwieracza oraz najdłuższego - i najlepszego - "Endangered Species" to szalone, hałaśliwe improwizacje. Napędzane opętańczą grą sekcji rytmicznej, z agresywnymi solówkami saksofonu oraz gitarowym zgiełkiem. Metheny gra w zupełnie inny sposób niż zwykle, zdecydowanie bliżej mu tutaj do stylu Sonny'ego Sharrocka lub Dereka Baileya. Za to Coleman i pozostali muzycy są po prostu sobą. Album przynosi jednak także parę spokojniejszych, bardziej konwencjonalnych momentów, jak blues "Mob Job" (nie licząc jazgotliwej partii skrzypiec Ornette'a) i subtelna ballada "Kathelin Gray". Siłą rzeczy dość delikatnie wypada także "Song X Duo", czyli tytułowe nagranie wykonane wyłącznie przez saksofonistę i gitarzystę. Pozbawieni wsparcia pozostałych muzyków grają wolniej, bardziej melodyjnie, choć wciąż z freejazzowym zadęciem. Znów ostrzejsze są ich partie w "Video Games" i "Trigonometry", w których jednak bardziej konwencjonalnie prezentuje się sekcja rytmiczna, swingująca w bardzo tradycyjny sposób. Dość dziwnym nagraniem jest finałowy "Long Time No See", w którym muzycy zdają się za bardzo nie wiedzieć, czy obrać bardziej freejazzowy, czy raczej hardbopowy kierunek, więc na różne sposoby łączą oba te podejścia. Z całkiem ciekawym efektem końcowym, choć niewiele tu brakowało do popadnięcia w niezamierzony chaos.

"Song X" to album wyjątkowy w dyskografii Pata Metheny'ego, który na ogół stronił od tak brutalnego grania (aczkolwiek na "Zero Tolerance for Silence" z 1994 roku pokazał jeszcze agresywniejsze, bardziej zgiełkliwe oblicze). Jest to, oczywiście, w większym stopniu dzieło Ornette'a Colemana. I jak na niego, jest to album momentami bardzo zachowawczy, dający sporo momentów wytchnienia, jednak cały czas bardzo solidnie wykonany. Nie jest to poziom najlepszych płyt Colemana, choć też nie dużo niższy. Natomiast Metheny'ego w tak dobrym wydaniu nie słyszałem nigdzie indziej. I przynajmniej dla tego doświadczenia warto sięgnąć po "Song X", abstrahując już od świetnej zawartości muzycznej.

Ocena: 8/10



Ornette Coleman & Pat Metheny - "Song X" (1986)

1. Song X; 2. Mob Job; 3. Endangered Species; 4. Video Games; 5. Kathelin Gray; 6. Trigonometry; 7. Song X Duo; 8. Long Time No See

Skład: Ornette Coleman - saksofon altowy, skrzypce; Pat Metheny - gitara, syntezator gitarowy; Charlie Haden - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Denardo Coleman - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Pat Metheny


3 maja 2020

[Recenzja] David Bowie - "David Bowie" (1969)



Niespecjalnie podzielam zachwyty na temat Davida Bowie. Ale rozumiem, skąd bierze się jego fenomen. Był prawdziwą osobistością, niezwykle charyzmatycznym artystą. Ponadto grał w tak wielu stylach, że chyba każdy znajdzie w jego twórczości coś dla siebie. Mnie najbardziej przekonują te eksperymentalne dokonania w rodzaju "Low" i "Blackstar", podczas gdy zachwyt wielbicieli klasycznego rocka budzi zwykle "Ziggy Stardust", zwolennicy bardziej tanecznej muzyki mogą się pobujać przy ejtisowym "Let's Dance" lub nowocześniejszym "Earthling", a miłośnicy archaicznego popu mogą się zasłuchiwać w eponimicznym debiucie z 1967 roku. Dość powszechnie za właściwy debiut muzyka uznaje się jednak wydany dwa lata później album, który pierwotnie również nie posiadał tytułu.

Najwyraźniej Bowie szybko zdał sobie sprawę, że jego pierwsze wydawnictwo było raczej wstydliwym początkiem kariery. Dlatego kolejny album ponownie podpisał tylko własnym nazwiskiem, aby dać jasno do zrozumienia, że to dla niego nowy początek. Inaczej do tej kwestii podszedł amerykański wydawca, najwyraźniej obawiając się, że oba albumy mogą się ze sobą mylić - dlatego też drugi eponimiczny longplay wyszedł tam pod tytułem "Man of Words / Man of Music". Na tym jednak nie koniec zamieszania, gdyż większość wznowień na całym świecie, począwszy od 1972 roku, wydawana jest pod tytułem "Space Oddity" - od jednego z zamieszczonych tu utworów, pierwszego wielkiego przeboju artysty (a zarazem pierwszego, jaki w ogóle trafił do notowań).

Muszę przyznać, że "Space Oddity" to wyjątkowo zgrabnie napisana i zaaranżowana piosenka. Wyróżniająca się wyrazistą melodią (momentami o nieco beatlesowskim charakterze) oraz przyjemnych, folkowo-psychodelicznym klimatem, osiągniętym za pomocą gitary akustycznej, stylofonu (kieszonkowych organów elektronicznych), a także melotronu, na którym zagrał późniejszy klawiszowiec Yes, Rick Wakeman. Jednak na sukces tego singla miały wpływ także względy pozamuzyczne, ówczesna fascynacja możliwością eksploracji kosmosu. Nie dość, że tytuł jawnie nawiązywał do słynnego filmowego dzieła Stanleya Kubricka, "2001: Odyseja kosmiczna" (org. "2001: A Space Odyssey") z poprzedniego roku, to jeszcze mała płyta z tym nagraniem ukazała się dosłownie w przededniu lądowania Apollo 11 na Księżycu. Było to ewidentnie marketingowe zadanie, które nie wszystkim się podobało. Tony Visconti, producent albumu oraz główny współpracownik Bowiego w tamtym okresie, uważał to za wyjątkowo tanie zagranie i nie chciał przyłożyć się do wyprodukowania tego nagrania (zastąpił go Gus Dudgeon). Pomimo tego jest to naprawdę fajna piosenka, która pięć dekad później wciąż się broni.

Słabiej niestety prezentuje się reszta albumu. Całkiem udany jest jeszcze nieco jamowy "Unwashed and Somewhat Slightly Dazed", zdradzający wyraźne wpływy twórczością Boba Dylana - zarówno za sprawą sposobu śpiewania Bowiego, jak i warstwy instrumentalnej, utrzymanej w folkowo-bluesowym stylu, choć wzbogaconej typowo rockowymi solówkami gitary. Do pewnego momentu jest to świetny utwór, ale potem jakby nagle zabrakło już pomysłu i ostatnie dwie minuty ograniczają się do zapętlenia jednego motywu. Trochę rockowego grania pojawia się jeszcze w bardziej zwartym, ale też zbyt zwyczajnym "Janine". Pozostałe nagrania to już głównie folkowe klimaty, przeważnie dość przyjemne, choć nie zachęcające mnie to kolejnych odsłuchów ("Letter to Hermione", "An Occasional Dream", "God Knows I'm Good" i ewentualnie "Cygnet Committee", który przydałoby się jednak znacząco skrócić), kiedy indziej strasznie nużące ("Memory of a Free Festival", z końcówką inspirowaną chyba najnudniejszym kawałkiem Beatlesów - "Hey Jude"). Całości dopełnia łagodny "The Wild Eyed Boy From Freecloud" ze staroświecką, nieco pretensjonalną orkiestracją, który sprawia wrażenie, jakby był nagraniem z zupełnie innej sesji, zamieszczonym tu przypadkiem.

Gdyby nie "Space Oddity", drugi eponimiczny album Bowiego przepadłby dokładnie tak samo, jak jego poprzednik. Ogólnie nie jest to szczególnie udane wydawnictwo. Przeszkadza nadmierny eklektyzm, sugerujący stylistyczne niezdecydowanie lidera. Ale przede wszystkim brakuje tutaj naprawdę udanych kompozycji. Poza pierwszym i połową drugiego utworu niewiele tu momentów, na które zwróciłem uwagę przy pierwszym przesłuchaniu; po kolejnych odsłuchach wciąż mam problem z przypomnieniem sobie pozostałych. Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale jakoś poza "Space Oddity" żaden z tych utworów nie utrzymał się na dłużej w koncertowej setliście ani nie przypominano ich na składankach. Mimo wszystko już tutaj słychać dużą charyzmę i przebłyski talentu lidera. Prawdopodobnie już nigdy nie wrócę do tego wydawnictwa, ale odsłuchy na potrzeby recenzji nie były szczególnie bolesne.

Ocena: 6/10



David Bowie - "David Bowie" / "Man of Words / Man of Music" / "Space Oddity" (1969)

1. Space Oddity; 2. Unwashed and Somewhat Slightly Dazed; 3. Letter to Hermione; 4. Cygnet Committee; 5. Janine; 6. An Occasional Dream; 7. The Wild Eyed Boy From Freecloud; 8. God Knows I'm Good; 9. Memory of a Free Festival

Skład: David Bowie - wokal, gitara, organy, stylofon, zanza; Rick Wakeman - melotron, klawesyn; Keith Christmas - gitara; Tim Renwick - gitara, flet; Mick Wayne - gitara; Herbie Flowers - gitara basowa; John "Honk" Lodge - gitara basowa; Tony Visconti - gitara basowa, flet; John Cambridge - perkusja; Terry Cox - perkusja; Paul Buckmaster - wiolonczela; Benny Marshall - harmonijka, dodatkowy wokal
Producent: Tony Visconti (2-9); Gus Dudgeon (1)


1 maja 2020

[Recenzja] This Heat - "Deceit" (1981)



"Deceit" to jeden z najdoskonalszych zapisów strachu, jaki towarzyszył ludzkości w trakcie tzw. zimnej wojny. Niepokój, wywołany obawą o wybuch kolejnej wojny światowej, która doprowadzi do nuklearnej zagłady, znalazł tu odzwierciedlenie zarówno w tekstach, jak i samej muzyce. Tym razem muzycy This Heat zaproponowali jednak materiał o nieco bardziej piosenkowym charakterze, z wyraźnie zaznaczonymi liniami melodycznymi. Nierzadko jest to granie bliskie typowego post-punka. Zdecydowanie więcej tutaj śpiewu, a wielogłosowe partie wokalne mogą kojarzyć się z chociażby z Talking Heads. To jednak wciąż muzyka bardzo intensywna, nerwowa, złowieszcza, niepozbawiona dysonansów i innych nieprzyjemnych brzmień, wykorzystująca niekonwencjonalne techniki tworzenia dźwięku i nagrywania. Trio zachowuje tu status jednego z najbardziej unikalnych i bezkompromisowych wykonawców (nie tylko) tamtych czasów, jednocześnie prezentując trochę większą przystępność.

Do wcześniejszych dokonań This Heat nawiązują przede wszystkim dwie krótsze formy, czyli avant-progowy (i, za sprawą partii klarnetu, nieco jazzowy) "Triumph" oraz najbardziej eksperymentalny "Radio Prague" - a także ambientowo-gamelanowy "Hi Baku Shyo 被爆症 (Suffer Bomb Disease)", dedykowany ocalałym z zbombardowanej Hiroszimy. Cała reszta albumu to już nagrania o quasi-piosenkowej formie, z w miarę konwencjonalnymi partiami wokalnymi i silniej zaakcentowanymi melodiami, ale o dość swobodnych i nie zawsze oczywistych strukturach. Najłatwiej chyba przyswajalna dla przypadkowego słuchacza jest otwierająca całość, upiorna kołysanka "Sleep". W pozostałych utworach atmosfera znacznie gęstnieje, robi się znacznie bardziej nerwowo za sprawą połamanych, polifonicznych partii gitar i sekcji rytmicznej oraz studyjnych sztuczek z taśmami. Wciąż jednak jest na swój sposób melodyjnie, czego doskonały przykładem są takie nagrania, jak "S. P. Q. R.", "Cenotaph" oraz orientalizujący "Independence". Choć zdarzają się też momenty bardziej hałaśliwe i agresywne, szczególnie w "Paper Hats", "Shrink Wrap" i przede wszystkim "Makeshift Swahili". Nie będę chyba przesadnie oryginalny, jeśli napiszą, że najwspanialszym momentem jest "A New Kind of Water". Ten utwór jest tutaj dokładnie tym, czym "The Fall of Saigon" na eponimicznym debiucie. Nagraniem o doskonale budowanym napięciu, niezwykle gęstym i intensywnym, autentycznie angażującym i wciągającym. Do tego momentu całość trzyma bardzo równy, bardzo wysoki poziom, ale to, co dzieje się w "A New Kind of Water", jest właściwie nie do opisania słowami.

"Deceit" to niezwykle kreatywna, oryginalna i wizjonerska muzyka, której wpływ na późniejszą muzykę trudno przecenić. Zresztą chyba nikt z naśladowców This Heat - tych świadomych i, znacznie liczniejszych, nieświadomych - nie nagrał niczego równie wspaniałego. A sam zespół nie nagrał już niczego, bo tuż po zakończeniu prac nad tym albumem, ze składu odszedł Gareth Williams (wyjechał do Indii, gdzie uczył się tradycyjnego tańca hinduskiego, kathakali). Charles Hayward i Charles Bullen jeszcze przez jakiś czas koncertowali w składzie poszerzonym o basistę Trefora Goronwy'ego i klawiszowca Iana Hilla, jednak nie szło im ponoć najlepiej i postanowili zakończyć działalność. Hayward i Goronwy kontynuowali współpracę w bardzo fajnym projekcie Camberwell Now. Natomiast już w XXI wieku pojawił się pomysł na powrót This Heat w oryginalnym składzie - nie dożył tego jednak Williams, więc Hayward i Bullen występowali pod szyldem This Is Not This Heat. Choć zespół pozostawił po sobie tylko dwa pełnowymiarowe albumy, bez wątpienia zasługuje na tytuł jednego z najważniejszych rockowych twórców poprzedniego stulecia.

Ocena: 10/10



This Heat - "Deceit" (1981)

1. Sleep; 2. Paper Hats; 3. Triumph; 4. S. P. Q. R.; 5. Cenotaph; 6. Shrink Wrap; 7. Radio Prague; 8. Makeshift Swahili; 9. Independence; 10. A New Kind of Water; 11. Hi Baku Shyo 被爆症 (Suffer Bomb Disease)

Skład: Charles Hayward - gitara, gitara basowa, perkusja, instr. klawiszowe, efekty, wokal; Charles Bullen - gitara, klarnet, perkusja, efekty, wokal; Gareth Williams - gitara basowa, instr. klawiszowe, efekty, wokal
Producent: This Heat i David Cunningham