30 lipca 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko Quintet - "Music for K" (1970)



Tomasz Stańko, jeden z najbardziej znanych i najwybitniejszych polskich jazzmanów, zmarł 29 lipca po kilkuletnich zmaganiach z chorobą nowotworową. Od dawna miałem w swoich recenzenckich planach omówienie jego twórczości, ale w kolejce czekało także wielu innych wybitnych twórców jazzowych. Jednak w związku z niedawną śmiercią muzyka, właściwym wydaje się jak najszybsze przypomnienie jego dokonań.

Stańko rozpoczął muzyczną edukację w wieku siedmiu lat, w 1949 roku. Początkowo uczył się grać na skrzypcach, ale z czasem zmienił instrument na trąbkę. Mimo tego, swoją przyszłość wiązał raczej z karierą plastyka. Dopiero uczestnictwo w krakowskim występie Dave'a Brubecka w 1958 roku, spowodowało zmianę planów. Profesjonalną karierę rozpoczął w 1962 roku, jako członek kwartetu Jazz Darings, uznawanego za jedną z pierwszych europejskich grup freejazzowych. Niedługo później zaczął także współpracę z Krzysztofem Komedą (m.in. wystąpił na jego słynnym albumie "Astigmatic"). W 1968 roku, po wyjeździe Komedy do Stanów, trębacz stworzył nową grupę - Tomasz Stańko Quintet z saksofonistami Januszem Muniakiem (także członkiem Jazz Darings) i Zbigniewem Seifertem, basistą Bronisławem Suchankiem, oraz perkusistą Januszem Stefańskim. Pod wpływem twórczości Ornette'a Colemana, w składzie nie znalazł się pianista.

Kwintet w styczniu 1970 roku nagrał swój debiutancki album "Music for K", dedykowany Krzysztofowi Komedzie, który zmarł w kwietniu poprzedniego roku, w wyniku wypadku, do jakiego doszło podczas jego pobytu w Los Angeles. "Music for K" ukazał się jako 22. pozycja w słynnej serii Polish Jazz (wydawanej przez Polskie Nagrania "Muza" w latach 1965-89 i ponownie od 2016 roku). Na album złożyły się cztery kompozycje (i repryza jednej z nich) autorstwa samego Stańki. Instrumentaliści przed nagraniem tego materiału grali ze sobą już od kilkunastu miesięcy, więc są bardzo dobrze zgrani. Pod względem stylistycznym najbliżej tutaj do wczesnego Colemana - jest więc dużo swobody, ale jednocześnie jest to jeszcze całkiem przystępne granie, z wyrazistymi tematami, stanowiącymi punkt wyjścia do improwizacji. Zwraca uwagę wirtuozeria i wspaniała interakcja muzyków - niebanalna, zróżnicowana gra sekcji rytmicznej tworzy fantastyczny podkład dla sprawiającej wrażenie monolitu sekcji dętej. Album rozpoczyna najbardziej agresywny "Czatownik". Następnie rozbrzmiewa pozornie spokojniejszy, ale tak naprawdę bardzo intensywny "Nieskończenie mały". W "Cry" znów pojawia się więcej dzikich, freejazzowych improwizacji, ale też przepiękna, liryczna solówka Stańki na zakończenie. Najważniejszym utworem jest jednak kilkunastominutowy, trzyczęściowy utwór tytułowy, z licznymi zmianami nastroju i solówkami wszystkich muzyków.

"Music for K" to bardzo udany debiut, a zarazem wspaniały hołd dla jednego z najlepszych europejskich jazzmanów. Takie albumy jak ten, czy wspomniany w powyższym tekście "Astigmatic", dobitnie udowadniają, że co jak co, ale polski jazz był na światowym poziomie.

Ocena: 8/10



Tomasz Stańko Quintet - "Music for K" (1970)

1. Czatownik; 2. Nieskończenie mały; 3. Cry; 4. Music for K; 5. Temat (Czatownik)

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Zbigniew Seifert - saksofon; Janusz Muniak - saksofon; Bronisław Suchanek - kontrabas; Janusz Stefański - perkusja
Producent: Wojciech Piętowski


12 komentarzy:

  1. https://tiny.pl/tgbhg - dla fana/fanów Stańko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tutaj to on gra poniżej swojego poziomu :(

      Usuń
    2. No ale właśnie to ten utwór Maanamu (plus recenzja) zachęcił mnie do zapoznania się z debiutem Stańki. I nie wiem czy mogę o nim powiedzieć cokolwiek więcej niż to, że zawarta na nim muzyka jest... fantastyczna :) Poważnie zastanawiam się na maksymalną notą.

      Usuń
    3. Super! :) Debiut jest świetny, ale ja jeszcze bardziej cenię jego kolejne albumy ("Jazzmessage from Poland", "Purple Sun", "TWET") i nagrany z Komedą "Astigmatic".

      Usuń
    4. O dziwo, ten album podobał mi się bardziej od innych jazzowych, które słuchałem (w tym Davisa). Wiesz, nie znam się aż tak na jazzie, w sensie wartości materiału itp (na pewno niektóre dzieła Milesa są bardziej wpływowe i innowacyjne), ale ten akurat bardziej wpasował się w mój gust. Może z powodu tej przystępności czy agresywności (choć są też prawdziwie piękne momenty) wymienionych w recenzji.

      Garść pytań z powodu mojej niezdrowej ciekawskości:

      - czemu zakończyłeś przesłuchiwanie Stańki na 1979 roku (oprócz "Litanii...")?
      - w momencie pisania mojego pierwszego komentarza było tu kilka innych komentów, czemu zniknęły?
      - jak się podobał ten utwór Maanamu co podesłałem?

      Usuń
    5. 1) Podobno późniejsze są słabsze, więc nie spieszę się z ich poznaniem. "Litania" nie zachęciła mnie do tego.
      2) Nie były na temat.
      3) Już go nie pamiętam, skupiłem się na partiach trąbki.

      Usuń
    6. W ogóle ten 1970 to był jakiś magiczny rok. 6 na 17 dziesiątek mam właśnie z tego rocznika. I wszystkie wystawione dziesiątki są aktualne.

      Usuń
    7. Parę dni temu zakończył się plebiscyt na album roku 1970 na Muzycznych Dinozaurach. Widziałeś?

      Ja jednak uważam, że poprzedni i kolejny rok były lepsze ;)

      Usuń
    8. Widziałem, że istnieje, ale się nie udzielałem. Zresztą i tak znam zaledwie 21 albumów z tego roku (wznowienia pt. "Let It Be... Naked nie liczę, bo zostało wydane w 2003 roku) - https://tiny.pl/ttmrx. Kiedyś głosowałem tylko w "Nie ma mocnych - Queen". "Lizard" to nie najgorsza opcja na 1. miejsce, jednak jest co najmniej 6 albumów, które cenię wyżej :)

      Usuń
    9. Ale przecież takie plebiscyty to doskonała okazja, żeby nadrobić zaległości. Nie trzeba potem nawet wysyłać listy, bo i tak można sprawdzać rekomendacje, jakie padają w temacie. Choć udział w głosowaniu jest na pewno większą motywacją, by nie odkładać przesłuchiwania na kiedyś.

      "Lizard" wygrał, bo głosowali na niego i zwolennicy zwykłego rocka, i zwolennicy ambitniejszej muzyki. Choć aż takiej przewagi bym się nie spodziewał. Dla mnie bezkonkurencyjny w tym roku jest "Bitches Brew", który zajął drugie miejsce. Tyle dobrego, że nie wygrał "Atom Heart Mother" czy inny "In Rock" lub "Paranoid", bo to by jednak był trochę wstyd ;) Choć wyniki nie mają naprawdę znaczenia - liczy się możliwość poznania czegoś ciekawego.

      Usuń
    10. Zaległości będą niestety zawsze, a nie zawsze mam ostatnio możliwość, żeby dokładnie czegoś posłuchać. Choć niby ostatnio uzupełniłem parę luk w recenzjach na stronie.

      Ale ostatnio właśnie słuchałem tego "Die Grenze" i po tym coś mnie podkusiło na tego Stańkę. Nieraz wystarczy nawet taka motywacja. No i nie żałuję.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.