31 stycznia 2013

[Recenzja] Steven Wilson - "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" (2013)



Solowa kariera Stevena Wilsona nabrała rozpędu. O ile debiutancki "Insurgentes" był w sumie tylko nieśmiałą próbą spróbowania sił w nieco innej stylistyce, tak jego następca, "Grace for Drowning", był największym przedsięwzięciem w całej karierze muzyka - o czym świadczy chociażby liczba zaproszonych gości, często z najwyższej półki. Tym razem nie skończyło się na zarejestrowaniu materiału w studiu i powrocie do innych zajęć. Wilson zebrał regularny zespół, z którym mógł grać koncerty promujące "Grace for Drowning". Oprócz dwóch muzyków, którzy zagrali na albumie - Theo Travisa i Nicka Beggsa - w składzie znaleźli się także: gitarzysta Niko Tsonev, perkusista Marco Minnemann i klawiszowiec Adam Holzman. Po zakończeniu trasy, Wilson postanowił od razu zabrać się za kolejny solowy album, wykorzystując swój koncertowy zespół - jedynie Tsonev został zastąpiony przez Guthriego Govana. Gościnnie w sesji udział wzięli Alan Parsons (także w roli współproducenta), Jakko Jakszyk, a nawet sam Dave Stewart - jeden z głównych przedstawicieli sceny Canterbury, członek m.in. Egg, Hatfield and the North i National Health  - choć jego rola ograniczyła się jedynie do aranżacji smyczków.

Trzeci solowy album Wilsona, przedziwnie zatytułowany "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", stanowi kontynuację retro-progresywnej stylistyki "Grace for Drowning". Tym razem materiału jest znacznie mniej, choć całkowita długość tych sześciu utworów to prawie godzina muzyki. Już na początek pojawia się najdłuższy, dwunastominutowy "Luminol". Pierwsze pięć minut to instrumentalny popis muzyków, potwierdzający, że Wilson potrafi dobierać sobie zdolnych współpracowników. To naprawdę świetny hołd dla klasycznego rocka progresywnego (zwłaszcza King Crimson, Yes i, za sprawą partii fletu, Jethro Tull), sceny Canterbury, a nawet jazz fusion w stylu Milesa Davisa (solówka Holzmana, który zresztą grał z trębaczem w latach 80.). Nie mam wątpliwości, że to najlepsze pięć minut, jakie Wilson nagrał do tamtej pory. Problem w tym, że utwór nie kończy się po tych pięciu minutach, tylko przechodzi w jakieś nudne smęcenie, które mogłoby trafić na dowolny album Porcupine Tree, ale na pewno nie na żadne wydawnictwo wspomnianych wcześniej wykonawców. Dopiero pod koniec utwór wraca na właściwe tory, ale ta końcówka nie jest już w stanie zatrzeć złego wrażenia.

I podobny problem powraca w kolejnych utworach. Nie brakuje w nich świetnych momentów, ale zawsze są czymś spieprzone. Dotyczy to zwłaszcza tych bardziej rozbudowanych utworów. W "The Holy Drinker" jest naprawdę dużo naprawdę fajnego grania instrumentalnego, brzmiącego jak połączenie King Crimson i jazz fusion. Ale są też dłuższe fragmenty z kiepskim, niepasującym wokalem, podczas których robi się dość monotonnie. Zupełnie niepotrzebna jest też smętna wstawka w ósmej minucie. Z kolei "The Watchmaker" przyciąga uwagę folkowym początkiem z gitarą akustyczną i nawet pasującym śpiewem, a przede wszystkim świetnym instrumentalnym przyśpieszeniem, podczas którego muzycy znów mogą pokazać swój talent. Ale po sześciu minutach zaczyna się nudniejsza część, brzmiąca jak zupełnie inny utwór, a po dziewięciu następuje nieciekawe zaostrzenie, niepasujące do niczego, co słyszeliśmy wcześniej. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że facet słuchający naprawdę dobrej muzyki, remasterujący albumy wielu czołowych przedstawicieli rocka progresywnego i zapraszający na swoje sesje takich muzyków, jak Robert Fripp, Adrian Belew czy Dave Stewart, nie może zrozumieć, że rock progresywny nie polega po prostu na łączeniu kilku różnych kawałków w jeden.

W krótszych utworach jest już zdecydowanie mniej takiego niepotrzebnego kombinowania. Niestety, jest też więcej nudy i smęcenia. Naprawdę trudno wysłuchać w całości rozwleczonych i monotonnych "Drive Home" (który brzmi jak typowy kawałek Porcupine Tree) oraz tytułowego "The Raven That Refused to Sing" (wyraźnie inspirowanego, zwłaszcza w warstwie wokalnej, twórczością Radiohead). Trudno też przebrnąć przez początek "The Pin Drop" ze zbolałym śpiewem Wilsona (trochę w stylu Rogera Watersa z późnych albumów Pink Floyd, tylko znacznie bardziej żałosnego). Ale po półtorej minuty cierpienie wynagradza całkiem niezła (jak na rockowe standardy) solówka Travisa na saksofonie i bardziej znośna (pomijając chórki) dalsza część utworu.

Szkoda, że mając tak dobry zespół, Steven Wilson nie zdecydował się na nagranie albumu w całości instrumentalnego. Gdyby "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" zawierał wyłącznie muzykę w stylu początku "Luminol" oraz najlepszych fragmentów "The Holy Drinker" i "The Watchmaker", a poszczególne utwory były pozbawione bezsensownego wplatania kolejnych motywów, byłby to jeden z lepszych rockowych albumów XXI wieku. Fakt, że maksymalnie odtwórczy, ale czerpiący z naprawdę wspaniałych wzorców i bardzo dobrze wykonany. Niestety, przez te wszystkie piosenkowo miałkie wstawki w stylu Porcupine Tree, longplay jest kolejnym świadectwem twórczej niemocy Wilsona, który po prostu nie potrafi pisać dobrych utworów. Ze wszystkich jego dotychczasowych wydawnictw "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" wywołuje u mnie najbardziej mieszane odczucia. Są tu momenty które naprawdę mi się podobają, bardziej niż cokolwiek innego z jego twórczości, ale i takie, które okropnie mnie nudzą lub irytują. Szkoda, bo był potencjał na coś znacznie lepszego.

Ocena: 6/10



Steven Wilson - "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" (2013)

1. Luminol; 2. Drive Home; 3. The Holy Drinker; 4. The Pin Drop; 5. The Watchmaker; 6. The Raven That Refused to Sing

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, bass (3); Guthrie Govan - gitara; Nick Beggs - bass, Chapman stick (3), dodatkowy wokal; Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Theo Travis - flet, saksofon, klarnet
Gościnnie: Alan Parsons - gitara (3); Jakko Jakszyk - dodatkowy wokal (1,5); Dave Stewart - aranżacja instr. smyczkowych; London Session Orchestra
Producent: Steven Wilson i Alan Parsons


30 stycznia 2013

[Recenzja] Steven Wilson - "Grace for Drowning" (2011)



Steven Wilson nigdy nie ukrywał swojego uwielbienia dla rocka progresywnego. Ale w czasach Porcupine Tree łączył takie inspiracje z innymi wpływami, często dość odległymi, stylistycznie i chronologicznie. Tymczasem na swoim drugim solowym wydawnictwie, "Grace for Drowning", postanowił pójść śladem innych kopistów i nagrać album retro-progowy. W praktyce jest to wciąż muzyka porcupino-podobna, ale z bardziej klasycznym brzmieniem. Pozbawiona metalowych naleciałości, prawie bez elektroniki - brzmienia klawiszowe zwykle ograniczają się do instrumentów akustycznych, melotronu i elektrycznego pianina. W nagraniach wzięło udział wielu mniej i bardziej znamienitych gości. Do tych drugich zaliczają się członkowie późniejszych składów King Crimson  - Tony Levin, Trey Gunn i Pat Mastelotto - oraz gitarzysta klasycznego składu Genesis, Steve Hackett.

"Grace for Drowning" to album bardzo długi, wydany na dwóch płytach (choć wystarczyłoby skrócić go o cztery minuty, by zmieścił się na jednym kompakcie). Czas wydłuża tu przede wszystkim trwający dwadzieścia trzy i pół minuty "Raider II". Utwór, pomyślany jako najważniejszy moment albumu, jest ewidentnym hołdem dla wczesnego King Crimson, czasem wręcz kopiującym motywy lub melodie z konkretnych utworów (wyłapałem podobieństwa do "Cirkus", "Pictures of a City" i "In the Court of the Crimson King"). O ile jednak u King Crimson takie granie było naładowane energią i pomysłami, a przy tym bardzo zwarte, tak u Wilsona jest to - jak zwykle - strasznie rozcieńczone, rozlazłe melodycznie i wałkujące przez parę minut jeden motyw, by potem całkiem go porzucić na rzecz kolejnych, przez co staje się to wszystko coraz mniej spójne. Pozostałe utwory na szczęście nie są już tak rozwleczone. Crimsonowe wpływy słychać jeszcze przede wszystkim w "Sectarian" i "Remainder the Black Dog", w które dodatkowo wpleciono partie saksofonu kojarzące się raczej z Van der Graaf Generator i jazzujące pianino elektryczne. Daleko od takich klimatów nie odchodzą też takie utwory, jak tytułowy (partia pianina w pewnym momencie ociera się o plagiat wspomnianego już "Cirkus") czy "Deform to Form a Star". Z kolei na początku "Track One" słychać lekkie echa wczesnego Pink Floyd. Jednak znalazły się tu także utwory brzmiące mniej retro, jak dość ciekawe "No Part of Me" i "Index", ale też miałka pioseneczka "Postcard" i nudnawy "Like Dust I Have Cleared from My Eye", które dokładnie w tych samych wersjach mogłaby trafić na któryś z albumów Porcupine Tree lub Blackfield.

"Grace for Drowning" to dość nierówny album, ale ogólnie słucha się tego materiału całkiem przyjemnie, bo i inspiracje są tym razem bardzo zacne, i brzmienie bardziej klasyczne, i wykonanie na poziomie (cieszy przewaga fragmentów instrumentalnych). A na pewno słucha się go nieporównywalnie lepiej, gdy nie zna się dokonań King Crimson, Van der Graaf Generator i wykonawców jazzrockowych. W przeciwnym razie od razu wychodzi na jaw, jak bardzo wtórna jest to muzyka, odtwórczo czerpiąca ze swoich inspiracji, z ostatecznym efektem dalece im ustępującym. W tym kontekście dziwią wielkie zachwyty nad tym albumem w okolicach jego premiery, w tym tradycyjne rozpływanie się nad rzekomym nowatorstwem Wilsona. Czytając te wszystkie bardzo pozytywne recenzje, można się załamać poziomem muzycznej wiedzy rzekomych recenzentów, niepotrafiących wyłapać oczywistych nawiązań do muzyki sprzed czterech dekad i konfabulujących na temat rozwijania prog-rockowej stylistyki przez Wilsona. Może próbował to robić na wcześniejszych wydawnictwach, dodając do elementów proga różne niepotrzebne rzeczy, ale tutaj tylko powiela pomysły sprzed wielu lat. Lecz pomimo tego - a może dzięki temu - "Grace for Drowning" jest zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jakie nagrał. A także najbardziej pożyteczną, bo może zachęcić słuchaczy do poznania korzeni takiego grania i ułatwić ich polubienie.

Ocena: 6/10



Steven Wilson - "Grace for Drowning" (2011)

CD1 ("Deform to Form a Star"): 1. Grace for Drowning; 2. Sectarian; 3. Deform to Form a Star; 4. No Part of Me; 5. Postcard; 6. Raider Prelude; 7. Remainder the Black Dog
CD2 ("Like Dust I Have Cleared from My Eye"): 1. Belle de Jour; 2. Index; 3. Track One; 4. Raider II; 5. Like Dust I Have Cleared from My Eye

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, cytra
Gościnnie: Jordan Rudess - pianino (CD1:1,3, CD2:4); Theo Travis - saksofon (CD1:2,3,7, CD2: 4), klarnet (CD1:3,7), flet (CD1:7, CD2:4); Ben Castle - klarnet (CD1:2); Nick Beggs - Chapman stick (CD1:2,7, CD2:4), bass (CD1:4,7, CD2:4); Nic France - perkusja (CD1:2,3,5,7, CD2:3-5); Tony Levin - bass (CD1:3, CD2:5); Trey Gunn - Warr guitar i bass (CD1:4); Markus Reuter - U8 touch guitar (CD1:4); Pat Mastelotto - perkusja (CD1:4, CD2:2); London Session Orchestra - instr. smyczkowe (CD1:4,5, CD2:1,2); Steve Hackett - gitara (CD1:7); Mike Outram - gitara (CD2:4); Sand Snowman - gitara (CD2:4)
Producent: Steven Wilson


[Recenzja] Porcupine Tree - "The Incident" (2009)



"The Incident" to kolejny ukłon Porcupine Tree w stronę rocka progresywnego (choć z wciąż obecnymi wpływami współczesnego mainstreamu rockowego i metalowymi wstawkami). Album składa się z dwóch płyt (choć wydano też budżetową wersję z całym materiałem na jednym kompakcie). Pierwsza z nich zawiera 55-minutową kompozycję tytułową podzieloną na czternaście ścieżek. Tak przynajmniej sugerował sam Steven Wilson. W rzeczywistości jest to czternaście różnych utworów, nie tworzących logicznej całości (pomimo płynnych przejść), jedynie ze spójną warstwą tekstową. Na drugą płytę trafiły cztery kawałki niezwiązane tekstowo z poprzednimi.

Tytułowa pseudo-suita składa się głównie z miniatur trwających około dwóch minut. Część z nich to niepotrzebne interludia (np. "Occam's Razor", "The Yellow Windows of the Evening Train" czy najbardziej bezsensowny, pogłębiający wrażenie chaosu metalowy riffowiec "Circle of Manias"). Inne mają bardziej piosenkową formę (tutaj warto wyróżnić uroczy "Kneel and Disconnect" - najładniejszą kompozycję w całej karierze Wilsona i na tyle krótką, że nie dało się jej spieprzyć). Jest tu też kilka dłuższych fragmentów, które same w sobie sprawiają wrażenie posklejanych z niepasujących do siebie części ("The Blind House", "Drawing the Line", "The Incident", "Octane Twisted"). Najdłuższy, dwunastominutowy "Time Flies" to z kolei wariacja na temat floydowskiego "Dogs", tylko dużo nudniejsza od pierwowzoru, zwłaszcza w warstwie wokalnej. Choć to w sumie jeden z bardziej udanych momentów tego albumu, całkiem logicznie się rozwijający, bez żadnych niepotrzebnych metalowych dodatków. Pomijając wspomniany "Kneel and Disconnect", lepiej wypada tylko "I Drive the Hearse" - ładny utwór oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i klawiszy, z niejagorszym śpiewem, ozdobiony ostrzejszą, bardzo gilmourowską solówką. Szkoda tylko, że nie kończy się tuż po niej, bo ostatnie dwie minuty to już tylko wysilone, monotonne smęcenie.

Nagrania z drugiego dysku, choć w teorii nie są bonusami, sprawiają właśnie takie wrażenie. Zamieszczono tu trochę anemicznego smęcenia ("Flicker", "Black Dahlia") i jeszcze więcej anemicznego smęcenia, ale dopełnianego metalowymi wstawkami ("Bonnie the Cat", "Remember Me Lover"). Takich kawałków zespół nagrał wcześniej dziesiątki, nierzadko robiąc to lepiej, więc spokojnie można było sobie darować tę drugą płytę. I ewentualnie wydać osobno jako EPkę - zespół więcej by zarobił, fani byliby zadowoleni z nowego wydawnictwa, a ja nie musiałbym tego słuchać (wystarczą męki związane z przypominaniem sobie regularnych albumów Porcupine Tree, bez przesady żeby jeszcze przesłuchiwać i recenzować poboczne wydawnictwa).

Pierwsza płyta "The Incident" jest kompletnie nieprzemyślanym, chaotycznym zbiorem utworów, które wbrew zamierzeniom twórców, w ogóle nie sprawiają wrażenia jednej całości. Można jednak wyłapać w tym bałaganie kilka całkiem znośnych momentów, a nawet trzy udane utwory (choć dwa dłuższe przydałoby się skrócić). Druga płyta jest natomiast zupełnie niepotrzebnym dodatkiem.

Ocena: 5/10



Porcupine Tree - "The Incident" (2009)

CD1: 1. The Incident (Occam's Razor / The Blind House / Great Expectations / Kneel and Disconnect / Drawing the Line / The Incident / Your Unpleasant Family / The Yellow Windows of the Evening Train / Time Flies / Degree Zero of Liberty / Octane Twisted / The Séance / Circle of Manias / I Drive the Hearse)
CD2: 1. Flicker; 2. Bonnie the Cat; 3. Black Dahlia; 4. Remember Me Lover

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass, kontrabas; Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Porcupine Tree


29 stycznia 2013

[Recenzja] Steven Wilson - "Insurgentes" (2008)



Pod koniec poprzedniej dekady, Steven Wilson odczuł znudzenie coraz bardziej demokratyczną działalnością Porcupine Tree i innych swoich projektów. Postanowił więc nagrać pierwszy w swojej karierze album solowy, na którym wszystko znów mogło być podporządkowane jego wizji. Wilson mógł zaprezentować tu cokolwiek, ale nie dał rady wyzbyć się swojego charakterystycznego sposobu komponowania i aranżowania. W rezultacie powstał produkt porcupino-podobny. Już sama okładka "Insurgentes" sprawia wrażenie parafrazy tej z "Deadwing". Podobne odczucia pojawiają się też w warstwie muzycznej - najbardziej ewidentnie w "Veneno para las hadas", brzmiącym jak wariacja na temat początku "The Sky Moves Sideway", czyli części "We Lost the Skyline".

Trzeba jednak oddać Wilsonowi sprawiedliwość, że album pokazuje nieco inne inspiracje, niż słychać w jego wcześniejszych wydawnictwach. Obyło się tu na szczęście bez metalowych riffów. Nie brakuje co prawda ostrych partii gitar, ale mają charakter bardziej shoegaze'owy (np. "Harmony Korine", "Salvaging") czy nawet noise'owy (np. końcówka "Get All You Deserve"). Gdzieniegdzie słychać też wpływy nowej fali i post-punku (np. oparte na nieco mechanicznych podkładach "Abandoner", "Salvaging" i naprawdę udany "Only Child"). Czymś nowym, w twórczości muzyka, jest też użycie 17-strunowego koto basowego, dodającego orientalnego klimatu w nagraniu tytułowym. Wszystkie te wpływy są jednak przetworzone w typowy dla Wilsona sposób, co oznacza bardziej anemiczne wykonanie instrumentalne i dużo wokalnego smęcenia. Nie zabrakło, niestety, piosenkowej miałkości ("Significant Other", "Harmony Korine"). Ale przynajmniej skończył udawać, że gra rock progresywny i wciskać jakieś dodatkowe sekcje gdzie nie trzeba. No dobrze, z wyjątkiem "No Twilight Within the Courts of the Sun", o którym wiele mówi pretensjonalny tytuł. Poza tym utwory są całkiem zwarte i logicznie skonstruowane.

"Insurgentes" powstał ze zdecydowanie lepszych inspiracji, niż kilka poprzedzających go albumów Porcupine Tree. Pomijając kilka niewypałów ("Significant Other", "Harmony Korine", "Veneno para las hadas" i zupełnie nijaki instrumental "Twilight Coda"), pozostałe utwory się bronią, ale brzmią lepiej słuchane osobno, niż jako całość, bo wtedy za bardzo się zlewają, tworząc monotonną, pozbawioną wyrazistości masę. Czy wszystko, czego tknie się Wilson, musi być tak rozmyte i nudnawe?

Ocena: 5/10



Steven Wilson - "Insurgentes" (2008)

1. Harmony Korine; 2. Abandoner; 3. Salvaging; 4. Veneno para las hadas; 5. No Twilight Within the Courts of the Sun; 6. Significant Other; 7. Only Child; 8. Twilight Coda; 9. Get All You Deserve; 10. Insurgentes

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, programowanie, efekty
Gościnnie: Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne (1-5,6,7,9); Sand Snowman - gitara (2,8), flet (4); Theo Travis - flet (2), klarnet (4); Dirk Serries - gitara (3,9); Jordan Rudess - pianino (4,5,8); Tony Levin - bass (5,6); Mike Outram - gitara (5,8); Clodagh Simonds - dodatkowy wokal (6); Michiyo Yagi - koto basowe (10)
Producent: Steven Wilson


[Recenzja] Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)



Dziewiąty studyjny album Porcupine Tree stanowi kontynuację ścieżki wyznaczonej przez "In Absentia" i "Deadwing". Znalazło się tu tylko sześć utworów, jednak całość jest niewiele krótsza od swoich poprzedników. Średnią długość utworów podnosi 18-minutowy "Anesthetize" (najdłuższe nagranie zespołu od czasu albumu "The Sky Moves Sideway"). Przez fanów traktowany jako wielkie arcydzieło współczesnej muzyki. A w rzeczywistości są to po prostu trzy połączone ze sobą kawałki, których nic nie łączy pod względem muzycznym. Pierwsza część to bardzo jednostajna ballada (gościnnie wystąpił tu Alex Lifeson z Rush, którego gitarowe solo mogłoby wyjść spod ręki każdego innego gitarzysty o niekoniecznie wybitnych umiejętnościach). W części drugiej następuje, oczywiście, metalowe zaostrzenie. Tutaj w końcu coś się dzieje, niektóre zagrywki są nawet fajne, ale smętny wokal Stevena Wilsona kompletnie nie pasuje do muzyki. Ostatnia część to już totalne smęcenie, z usypiającą monotonią i rzewnym nastrojem. Trudno uwierzyć, że ktokolwiek może stawiać tego potworka na równi z "Echoes", "Lizard" czy "Close to the Edge".

Wcale nie lepsze wrażenie sprawiają krótsze (trwające około sześciu minut) nagrania. "My Ashes" i "Sentimental" to kolejne anemiczne ballady, z tym najbardziej nieznośnym, smętnym sposobem śpiewania Wilsona. Odrobina żywszego grania pojawia się w singlowych "Fear of a Blank Planet" i "Way Out of Here". Oba zbudowano na sprawdzonym patencie, przeplatając piosenkowe, miałkie melodycznie fragmenty metalowym riffowaniem. W albumowych wersjach oba kawałki zostały rozciągnięte, a raczej jeszcze bardziej rozwodnione. W tym drugim podobno udziela się sam Robert Fripp (trudno jednak stwierdzić, które partie zostały zagrane przez niego). Cóż, nawet jemu może zdarzyć się podjęcie złej decyzji. Zawsze lepiej w tę stronę, niż gdyby to Wilson miał zepsuć jakiś utwór King Crimson swoim udziałem (na szczęście zespół Frippa nie tworzył już wtedy nowej muzyki). Pewną nowością jest mocno elektroniczny "Sleep Together". Gdyby nie ten okropny, zupełnie niepasujący wokal i brak jakiegoś rozwinięcia, byłoby to nawet niezłe nagranie.

Winylowe wydanie zawiera cztery dodatkowe nagrania, oryginalnie wydane na EPce "Nil Recurring". "Cheating the Polygraph" sprawia wrażenie sklejonego z dwóch różnych kawałków, z których jeden to jakiś bezbarwny pop, a drugi toporny metal. "Nil Recurring" to jakieś instrumentalne granie, z którego kompletnie nic nie wynika (i znów dziwi udział Roberta Frippa odwalającego chałturę). "Normal" (coś w rodzaju alternatywnej wersji "Sentimental", z tym samym refrenem) i "What Happens Now?" (zawierający jeden z riffów z środkowej części "Anesthetize") to już zwyczajne smęty, przy których można by usnąć z nudów, gdyby aż tak bardzo nie irytowały swoją bezpłciowością i tym tragicznym śpiewem.

"Fear of a Blank Planet", pomimo swojego niewątpliwego profesjonalizmu, jest albumem zwyczajnie słabym, doprowadzającym wręcz do absurdu stylistykę dwóch wcześniejszych wydawnictw Porcupine Tree. To mieszanka anemiczności współczesnego rocka mainstreamowego, neo-progresywnego smęcenia i bezsensownych wstawek metalowych. Nie mam pojęcia, jakim cudem Wilsonowi udaje się sprzedawać to jako ambitną i postępową muzykę, będącą alternatywą dla popowej papki z komercyjnych mediów. Przecież to nic więcej, jak rozwadnianie, rozciąganie i zaostrzanie miałkich piosenek. 

Ocena: 3/10



Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)

1. Fear of a Blank Planet; 2. My Ashes; 3. Anesthetize; 4. Sentimental; 5. Way Out of Here; 6. Sleep Together

Winyl:
LP1: 1. Fear of a Blank Planet; 2. My Ashes; 3. Cheating the Polygraph; 4. Anesthetize
LP2: 1. Sentimental; 2. Way Out of Here; 3. Sleep Together; 4. Nil Recurring; 5. Normal; 6. What Happens Now?

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Gościnnie: Alex Lifeson - gitara (3); Robert Fripp - efekty (5), gitara (LP2: 4); Ben Coleman - skrzypce (LP2: 6); John Wesley - dodatkowy wokal; London Session Orchestra
Producent: Porcupine Tree

Po prawej: okładka EPki "Nil Recurring".


28 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Deadwing" (2005)



"Deadwing" do "In Absentia" ma się dokładnie tak, jak "Lightbulb Sun" do "Stupid Dream". Z jednej strony kontynuuje pomysły ze swojego poprzednika. A jednocześnie próbuje je połączyć z bardziej ambitnymi wpływami - co oznacza powrót do czerpania inspiracji z klasycznego prog rocka. Jednak w praktyce wygląda to tak, że mamy tu do czynienia z kilkoma neo-progresywnymi smętami, dwoma bardziej rozbudowanymi utworami, paroma momentami o metalowym ciężarze i popowymi kawałkami w sam raz do prezentowania w stacjach radiowych. Najwidoczniej Steven Wilson postanowił zadowolić wielbicieli każdego ze swoich dotychczasowych wcieleń. Powstał album bardzo bezpieczny, zachowawczy i niezbyt spójny.

Całość rozpoczyna się od rozwleczonego do prawie dziesięciu minut utworu tytułowego. Wbrew temu, czego można oczekiwać po nagraniu o takiej długości, jest to połączenie banalnie piosenkowych fragmentów i metalowych wstawek. Dzieje się tu niewiele, ciągle powtarzają się te same zagrywki. Nie wiem jakim cudem Wilson namówił Adriana Belewa z King Crimson do zagrania gitarowej solówki w tak marnym kawałku - inna sprawa, że gitarzysta gra tu w zupełnie nierozpoznawalny sposób. Innym gościem jest Mikael Åkerfeldt z Opeth, który odpowiada za kuriozalne, pseudo-rapowane wstawki wokalne. Dalej pojawia się kilka krótszych kawałków. Singlowy "Shallow" jest zagrany w wyjątkowo, jak na zespół Wilsona, żywiołowy sposób. To prosty kawałek powielający różne hardrockowo-metalowe schematy, lecz całkiem znośny, jak na taką stylistykę. Ewidentnie stworzony pod stacje radiowe, stricte popowy "Lazarus" jest oczywiście bardzo przesłodzony, ale ma pewien urok. Nie mogę tego powiedzieć o "Halo", który pomimo fajnej partii basu wypada bardzo mdło i nijako. Po raz kolejny nic nie wynikło z udziału Belewa.

Centralnym punktem albumu jest dwunastominutowy "Arriving Somewhere but Not Here". Steven Wilson nie potrafi jednak pisać progresywnych suit i kropka. Na utwór składa się spora dawka anemicznego smęcenia, dużo zastojów, kiedy nie dzieje się nic, a także wrzucony od czapy fragment metalowy (mający sugerować, że coś się tu jednak dzieje). Gościnny udział Åkerfeldt tym razem sprowadza się do chórków i jednej gitarowej solówki, które wypadłyby tak samo, gdyby wykonał je sam Wilson. Popowy "Mellotron Scratch" i zabarwiony metalowo "Open Car" to typowe wypełniacze. Coś ciekawszego zaczyna się dziać w "Start of Something Beautiful" - trzeba tylko przebrnąć przez zupełnie nijakie pierwsze cztery i pół minuty, potem pojawia się całkiem ładny fragment instrumentalny, przywołujący floydowo-camelowe skojarzenia. Cały nastrój pryska jednak w powtórzonym na koniec topornym refrenie. Na zakończenie albumu pojawia się jeszcze okropnie anemiczny i nużący "Glass Arm Shattering". Złe wrażenie zostaje zatarte przynajmniej na amerykańskim wydaniu, które dodatkowo zawiera nową, mocniejszą wersję "Shesmovedon" - jednego z rzadkich przypadków kompozytorskiej weny Wilsona.

"Deadwing" był tym album, który zainteresował mnie twórczością Porcupine Tree przed laty, gdy moja wiedza o rocku progresywnym, i ogólnie o ambitnej muzyce, była znikoma. Słuchany obecnie nie robi zbyt pozytywnego wrażenia. Spodziewałem się mniejszego spadku oceny. Jednak oprócz kilku, dających się policzyć na palcach jednej ręki, przyjemnych momentów (z których najlepszy jest dostępny tylko na edycji amerykańskiej), jest to naprawdę słaby materiał, wypełniony banalnymi i zwykle strasznie nużącymi piosenkami oraz nieudolnymi próbami stworzenia - z tych samych elementów! - czegoś bardziej ambitnego.

Ocena: 5/10



Porcupine Tree - "Deadwing" (2005)

1. Deadwing; 2. Shallow; 3. Lazarus; 4. Halo; 5. Arriving Somewhere but Not Here; 6. Mellotron Scratch; 7. Open Car; 8. Start of Something Beautiful; 9. Glass Arm Shattering

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass (1,3,5,7), instr. klawiszowe, dulcimer; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Adrian Belew - gitara (1,4), Mikael Åkerfeldt - gitara (5)dodatkowy wokal (1,3,5)
Producent: Steven Wilson, Gavin Harrison i Richard Barbieri


27 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)



"In Absentia" uznawany jest za rozpoczęcie nowego etapu w dyskografii Porcupine Tree. Nie tyle ze względu na zmianę perkusisty (nowym bębniarzem został Gavin Harrison), co stylistyczny zwrot w stronę metalowych brzmień. Steven Wilson w tamtym czasie zafascynował się twórczością takich grup, jak Meshuggah i Opeth (tę drugą rok wcześniej wspomógł jako producent podczas nagrywania albumu "Blackwater Park"). I rzeczywiście, słychać tu ich wpływ. Ale raczej w śladowych ilościach. W "Blackest Eyes" i "Gravity Eyelids" ciężkie riffy są tylko urozmaiceniem, dominuje piosenkowe smęcenie z akompaniamentem akustycznej gitary. Więcej metalowego ciężaru pojawia się w "The Creator Has a Mastertape" i "Strip the Soul" (w obu łagodzą go jednak delikatniejsze dźwięki i anemiczny śpiew Wilsona), a zwłaszcza w instrumentalnym "Wedding Nails" (który jako jedyny faktycznie jest czymś nowym w twórczości zespołu, inna sprawa, że sam w sobie nie jest interesujący).

Reszta albumu to już łagodne piosenki, kontynuujące poprockową stylistykę dwóch poprzednich wydawnictw zespołu - "Stupid Dream" i "Lightbulb Sun". Nie brakuje tu oczywiście anemicznego smęcenia, z jakiego słynie Wilson (np. "Lips of Ashes", "Prodigal", ".3"). Ale są też bardziej udane momenty. Na czele z "Trains" - zdecydowanie najzgrabniejszą piosenką, jaką do tamtej pory napisał Wilson. Zbudowany na mniej oczywistym metrum, nieco cięższy (ale nie metalowy) brzmieniowo "The Sound of Muzak" to także całkiem przyjemna piosenka. Ładne, dość wyraziste melodie pojawiają się również w "Heartattack in a Layby" i "Collapse the Light Into Earth", choć oba w pewnym momencie zaczynają się rozmywać (a ten drugi staje się wręcz kiczowaty). Zabrakło w nich pomysłu na dobre rozwinięcie. Można by powiedzieć, że Wilson w ogóle nie uczy się na błędach i wciąż w ten sam sposób psuje swoje utwory. Tylko z drugiej strony - dlaczego miałby zmieniać swoje podejście, skoro jego kolejne dokonania spotykają się z coraz większym uznaniem? Oczywiście niezasłużenie, bo będąc zbiorami wtórnych, poprockowych kawałków, zbierają pochwały za rzekomą nowatorskość i ambicje.

Pojawiające się często w kontekście "In Absentia" określenie metal progresywny wywołuje dysonans poznawczy. Bo metalu tu niewiele, a progresywności nie ma już nawet na zasadzie inspiracji rockiem progresywnym. "In Absentia" to w praktyce mieszanka współczesnego mainstreamowego rocka (i to bardziej takiego pod Coldplay, niż Radiohead) ze sporadycznymi elementami współczesnego metalu. Jest to oczywiście muzyka profesjonalnie zagrana i wyprodukowana z dbałością o najmniejsze szczegóły, zdarzają się fajne momenty (na szczęście rozproszone po całym albumie), ale całość jest dość nużąca, zbyt wiele tu smęcenia i zbyt rozcieńczonych kompozycji.

Ocena: 6/10



Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)

1. Blackest Eyes; 2. Trains; 3. Lips of Ashes; 4. The Sound of Muzak; 5. Gravity Eyelids; 6. Wedding Nails; 7. Prodigal; 8. .3; 9. The Creator Has a Mastertape; 10. Heartattack in a Layby; 11. Strip the Soul; 12. Collapse the Light Into Earth

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, bandżo; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: John Wesley - gitara (1), dodatkowy wokal (1,4,7); Aviv Geffen - dodatkowy wokal (4,7)
Producent: Steven Wilson


26 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Lightbulb Sun" (2000)



"Lightbulb Sun" to próba połączenia poprockowej stylistyki "Stupid Dream" z zarzuconymi na tamtym albumie wpływami floydowymi. Dominują proste piosenki. Często oparte na brzmieniach akustycznych, czasem z dodatkiem instrumentów smyczkowych. I niepozbawione obowiązkowej dawki smęcenia. Ale obok miałkich melodycznie i nieinteresujących instrumentalnie kawałków (takich jak chociażby "Four Chords That Made a Million", "The Rest Will Flow" czy "Where We Would Be") są tu też bardziej udane momenty.

Rozwój Stevena Wilsona jako kompozytora pokazuje przede wszystkim "Shesmovedon" - całkiem zgrabnie skomponowany utwór, niezły melodycznie, udanie łączący zadziorniejsze fragmenty z bardziej melancholijnymi. Gdyby tylko nie ten mdły, przetworzony efektami wokal... Pod względem instrumentalnym nie można przyczepić się do "Last Chance to Evacuate Planet Earth before It Is Recycled" - z początku bardzo folkowego, w drugiej połowie przypominający o spacerockowym obliczu zespołu. Innym udanym utworem jest ośmiominutowy "Hatesong", z fajnymi partiami basu, klawiszy i na sazie - arabskim instrumencie strunowym. Bardzo obiecująco zaczyna się drugi dłuższy utwór, trzynastominutowy "Russia on Ice". Klawiszowe brzmienia mogą kojarzyć się nawet z wczesnymi eksperymentami Milesa Davisa z elektrycznym instrumentarium. Utwór stopniowo się rozwija, dochodzi mocniejsza gitara wywołująca skojarzenia z floydowskim "The Wall". Niestety, pojawiający się po czterech minutach refren zawiera już typowo wilsonowskie smęcenie. A w drugiej, już całkowicie instrumentalnej połowie, obok ciekawych, klimatycznych fragmentów pojawia się też niepasujące do niczego metalowe riffowanie. Po raz kolejny Wilson przypomniał, że nie zna się na tworzeniu bardziej rozbudowanych kompozycji, do których na siłę wciska zupełnie niepotrzebne urozmaicenia (czemu zawsze są to toporne riffy?). Za to przyjemnym zakończeniem albumu jest "Feel So Low", w którym Steven w końcu śpiewa w naturalny sposób, nie zasłaniając się żadnymi efektami. Nawet nie przeszkadza melancholijny, anemiczny nastrój, który akurat dobrze pasuje do tego smutnego kawałka.

"Lightbulb Sun" wywołuje u mnie mieszane odczucia. Z jednej strony powtarza błędy i wady wcześniejszych wydawnictw Porcupine Tree. Przede wszystkim z "Stupid Dream", na którym zwrot w stronę bardziej poprockowych kawałków nie poszedł w parze z większą dawką przebojowości i energii, a wręcz przeciwnie - z jeszcze większą anemicznością i melodyczną miałkością. Zaś z drugiej strony, "Lightbulb Sun" zawiera (prócz mniej udanych momentów) jedne z najlepszych utworów, jakie Steven Wilson do tamtej pory skomponował. I w rezultacie jest to, pomimo nierównego poziomu poszczególnych utworów, drugie najlepsze wydawnictwo zespołu z poprzedniego wieku, zaraz za "The Sky Moves Sideway". Co, oczywiście, nie jest żadnym wielkim osiągnięciem.

Ocena: 6/10



Porcupine Tree - "Lightbulb Sun" (2000)

1. Lightbulb Sun; 2. How Is Your Life Today?; 3. Four Chords That Made a Million; 4. Shesmovedon; 5. Last Chance to Evacuate Planet Earth before It Is Recycled; 6. The Rest Will Flow; 7. Hatesong; 8. Where We Would Be; 9. Russia on Ice; 10. Feel So Low

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, dulcimer, bandżo, harfa, sampler; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass, saz, guimbri; Chris Maitland - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Stuart Gordon - skrzypce i altówka (6,9)Katy Latham - skrzypce (6,9,10); Lisa Betteridge - skrzypce (6,9,10); Sarah Heines - altówka (6,9,10); Emmeline Brewer - wiolonczela (6,9,10); Nick Parry - wiolonczela (6,9)
Producent: Steven Wilson


25 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Stupid Dream" (1999)



Na "Stupid Dream" Steven Wilson postanowił sprawdzić się jako twórca poprockowych piosenek, nie ukrywając fascynacji wczesnym Radiohead i podobnymi twórcami. Efektem są bardzo proste kawałki, pozbawione jednak koniecznej w takiej stylistyce przebojowości. Wilson w charakterystyczny dla siebie sposób smęci i smuci. Nawet w nieco żywszych, pod względem instrumentalnym, momentach ("Even Less", "Piano Lesson", "Slave Called Shiver") partie wokalne nadają bardzo anemicznego charakteru. Tym bardziej miałko wypadają te łagodniejsze fragmenty w rodzaju "Pure Narcotic", "Don't Hate Me", "Baby Dream in Cellophane", "Stranger by the Minute", "A Smart Kid" i "Stop Swimming". Sytuacji na pewno nie ratuje to, że w utworach bardzo niewiele się dzieje, za to wiele momentów zostało na siłę rozwleczone, zupełnie bez pomysłu, co pogłębia znużenie. Jedynie nawiązujący do wcześniejszych dokonań instrumental "Tinto Brass", z transową grą sekcji rytmicznej i klimatyczną partią fletu w wykonaniu Theo Travisa, przyciąga uwagę. Przynajmniej przez pierwszą połowę, zanim cały nastrój zostaje zrujnowany topornym, metalowym riffem. Inna sprawa, że to, co w tym nagraniu najlepsze, zostało bezczelnie skopiowane od grupy Gong - podobieństwo do "Master Builder" z "You" jest tak ewidentne, że nie może być przypadkiem.

Najbardziej w tym wszystkim dziwi mnie to, że "Stupid Dream" jest bardzo cenionym albumem wśród osób deklarujących pogardę dla popu i słuchających, we własnym mniemaniu, ambitnej muzyki, zachłystując się różnymi neo-progami (i mając zerowe pojęcie o faktycznie progresywnej muzyce). To już wspomniany Radiohead na swoim "O.K. Computer" jest dużo bardziej ambitny i progresywny, i aż tak bardzo nie smęci, jak Wilson na tym albumie. "Stupid Dream" to Porcupine Tree w najgorszym, najnudniejszym wydaniu.

Ocena: 3/10



Porcupine Tree - "Stupid Dream" (1999)

1. Even Less; 2. Piano Lesson; 3. Stupid Dream; 4. Pure Narcotic; 5. Slave Called Shiver; 6. Don't Hate Me; 7. This Is No Rehearsal; 8. Baby Dream in Cellophane; 9. Stranger by the Minute; 10. A Smart Kid; 11. Tinto Brass; 12. Stop Swimming

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass (8,9), pianino, sample; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass, kontrabas (12); Chris Maitland - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (9)
Gościnnie: Theo Travis - flet (6,11), saksofon (6); East of England Orchestra - instr. smyczkowe
Producent: Steven Wilson


24 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Signify" (1996)



"Signify" to pierwszy album Porcupine Tree, w którego powstawanie zaangażowany był cały zespół. A nie jak wcześniej - sam Steven Wilson, dający pograć innym muzykom tylko te partie, których nie był w stanie nagrać samodzielnie. "Signify" na tle wcześniejszych wydawnictw wyróżnia się także swoją elektrycznością - to dość zróżnicowany album, na którym inspiracje wahają się od space rocka i ambientu po współczesny rock tzw. alternatywny. Niestety, pozbawiony zarazem spójności. Całość brzmi jak zbiór przypadkowych kawałków. Część z nich to bardzo proste, konwencjonalne piosenki, jak np. "The Sleep of No Dreaming", "Sever", "Every Home Is Wired", czy najlepsza z nich, mimo anemicznej warstwy wokalnej, "Waiting, Phase One", wyróżniająca się bardzo gilmourowską solówką gitary. Pomiędzy nimi umieszczono kilka nieinteresujących jamów (np. "Waiting, Phase Two", "Idiot Prayer", "Intermediate Jesus"), anemiczną, pomimo cięższego brzmienia, wariację na temat "Hallogallo" grupy Neu! (nagranie tytułowe), parę nic nie wznoszących miniatur ("Bornlivedie", "Pagan"), usypiający kawałek nieudolnie naśladujący muzykę ambientową ("Light Mass Prayers"), a także przydługawą dawkę neo-progowego smęcenia ("Dark Matter").

Ewidentnie zabrakło pomysłu na ten album i poszczególne utwory. Całość, mimo swojej różnorodności, jest niezwykle nużąca. Gdzieniegdzie pojawiają się jakieś fajne momenty (na czele z solówką z pierwszej części "Waiting"), ale giną w natłoku anemicznego smęcenia całkiem pozbawionego kreatywności. O ile poprzedni w dyskografii "The Sky Moves Sideways" był udanym hołdem dla wykonawców z lat 70., tak na "Signify" muzycy czerpią ze swoich inspiracji w bardzo nieumiejętny sposób.

Ocena: 4/10



Porcupine Tree - "Signify" (1996)

1. Bornlivedie; 2. Signify; 3. The Sleep of No Dreaming; 4. Pagan; 5. Waiting, Phase One; 6. Waiting, Phase Two; 7. Sever; 8. Idiot Prayer; 9. Every Home Is Wired; 10. Intermediate Jesus; 11. Light Mass Prayers; 12. Dark Matter

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, efekty; Richard Barbieri - instr. klawiszowe, efekty; Colin Edwin - bass, kontrabas (3,9); Chris Maitland - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Steven Wilson


23 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "The Sky Moves Sideways" (1995)



Po sukcesie singla "Voyage 34" - inspirowanego muzyką klubową (i zawierającego sample z utworów Pink Floyd i Van der Graaf Generator) - zaczęto domagać się występów Porcupine Tree. Tym samym jednoosobowy projekt Stevena Wilsona musiał przekształcić się w regularny zespół. Składu dopełnili: klawiszowiec Richard Barberi i basista Colin Edwin (obaj wystąpili już gościnnie na "Up the Downstair") oraz perkusista Chris Maitland. Porcupine Tree swoje pierwsze koncerty zagrał w grudniu 1993 roku. A w następnym roku zabrał się za nagrywanie kolejnego albumu. W studiu udział nowych muzyków ograniczył się jednak do zagrania partii w kilku utworach, podczas gdy pozostałe Wilson znów zarejestrował samodzielnie.

"The Sky Moves Sideways", jak zatytułowano trzeci album Porcupine Tree, to ewidentny wyraz fascynacji Pink Floyd. A właściwie hołd dla jednego albumu - "Wish You Were Here". Dokładnie taka sama jest struktura. Najdłuższa, składająca się z kilku części kompozycja tytułowa została podzielona na dwa utwory, z których pierwszy rozpoczyna album, a drugi go zamyka. Zaś pomiędzy nimi zamieszczono kilka krótszych (z jednym wyjątkiem) kawałków. Wpływy floydowe słyszalne są także w samej muzyce. Przede wszystkim w nagraniu tytułowym, które nie tylko pod względem budowy kojarzy się z "Shine on You Crazy Diamond". Zbliżony jest klimat, a Wilson całkiem nieźle podrabia na gitarze brzmienie i sposób grania Davida Gilmoura. Efekt pozostawia jednak nieco do życzenia. Przede wszystkim w "The Sky Moves Sideways (Phase I)", który wypada bardzo anemicznie i monotonnie. Bronią się jedynie fragmenty, jak zgrabna gitarowa solówka i gościnna partia Theo Travisa na flecie w drugiej połowie (bardziej kojarzącej się z, powiedzmy, Tangerine Dream, niż Pink Floyd). Ale już "The Sky Moves Sideways (Phase II)" to jedno z ciekawszych nagrań w karierze Wilsona, z przyjemnymi brzmieniami elektronicznymi i długimi gitarowymi solówkami - tej ostatniej z pewnością nie powstydziłby się sam Gilmour.

Z pozostałych utworów wyróżnia się przede wszystkim "Moonloop" - kilkunastominutowy jam, zarejestrowany w studiu przez Wilsona, Edwina, Maitlanda i grającego na perkusjonaliach Ricka Edwardsa. Z początku bardzo klimatyczny, ambientowy, lecz stopniowo nabierający intensywności (nawet za bardzo, bo mocno gitarowa końcówka kompletnie tu nie pasuje). Może i nie jest to granie nowatorskie, ale stanowi całkiem udany hołd dla twórców muzyki elektronicznej z lat 70. Pozostałe trzy utwory to już solowe nagrania Wilsona, który zagrał w nich na wszystkich instrumentach z towarzyszeniem automatu perkusyjnego. Najbardziej intensywny "Dislocated Day", z pseudo-arabskim riffem, wokalnym smęceniem i ogólną monotonią, brzmi jak główne źródło inspiracji dla pewnego koszmarnego zespołu z Polski. Ale już balladowy "The Moon Touches Your Shoulder" to całkiem przyjemna piosenka, z ładnymi partiami gitary i ciekawym, atonalnym fragmentem pod koniec (przed wejściem ostrzejszego riffu, który z kolei pojawia się tu raczej bez sensu). "Prepare Yourself" to z kolei subtelna, niespełna dwuminutowa miniaturka. Na pewno nie szkodzi całości, ale też niewiele do niej wnosi.

Na oryginalnym amerykańskim wydaniu pominięto "Prepare Yourself", a "Moonloop" został drastycznie skrócony. Zamiast tego dodano piosenkowy "Stars Die", który pod względem instrumentalnym prezentuje się całkiem znośnie, ale odpycha usypiającą partią wokalną. Warto też wspomnieć o dwupłytowej reedycji albumu z 2004 roku. Na pierwszej płycie znalazło się pięć utworów z europejskiego wydania - pominięto "Moonloop", który zamieszczono na drugiej płycie (jako dwie osobne ścieżki: "Moonloop (improvisation)" i "Moonloop (coda)") razem z "Stars Die" i niepublikowaną wcześniej, alternatywną wersją utworu "The Sky Moves Sideways" (tym razem w jednym, 35-minutowym kawałku; oryginalnie zresztą nagranie miało być jeszcze dłuższe i wypełniać cały album). Na potrzeby tego wydania partie automatu perkusyjnego w "Dislocated Day" i "The Moon Touches Your Shoulder" zostały zastąpione partiami Gavina Harrisona (który w 2002 roku zajął w zespole miejsce Maitlanda).

"The Sky Moves Sideways" to bez wątpienia przełomowe wydawnictwo w dyskografii Porcupine Tree. Nie tylko ze względu na rozbudowanie składu, ale także samą muzykę, która prezentuje się tutaj znacznie ciekawiej, niż wcześniej. Aczkolwiek wciąż nie jest to muzyka pozbawiona wad. Steven Wilson, czerpiąc z naprawdę dobrych wzorców, nie dodaje od siebie nic, poza znaczną dawką smęcenia. Często też wrzuca do utworów zupełnie niepotrzebne i niepasujące fragmenty, co zapewne miało je czynić bardziej progresywnymi. "The Sky Moves Sideways" nie jest ani trochę progresywny, ale stanowi całkiem udany hołd dla prawdziwie progresywnych twórców, z Pink Floyd na czele.

Ocena: 7/10



Porcupine Tree - "The Sky Moves Sideways" (1995)

1. The Sky Moves Sideways (Phase I); 2. Dislocated Day; 3. The Moon Touches Your Shoulder; 4. Prepare Yourself; 5. Moonloop; 6. The Sky Moves Sideways (Phase II)

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, programowanie, efekty, bass (2,3); Richard Barbieri - instr. klawiszowe (1,6); Colin Edwin - bass (1,5,6); Chris Maitland - perkusja i instr. perkusyjne (1,5,6)
Gościnnie: Theo Travis - flet (1); Ricky Edwards - instr. perkusyjne (5); Suzanne Barbieri - dodatkowy wokal (6)
Producent: Steven Wilson


22 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Up the Downstair" (1993)



Steven Wilson to bez wątpienia ważna postać współczesnej sceny rockowej. Muzyk jest znany z licznych projektów - ostatnio działa głównie jako solista, ale najbardziej chyba kojarzony jest z grupą Porcupine Tree. Dla wielu słuchaczy pozostaje jednym z największych objawień ostatniego trzydziestolecia, prawdziwym zbawcą rocka progresywnego i muzycznym guru. A dla innych - w tym niżej podpisanego - jest to zwykły szarlatan żerujący na ludzkiej niewiedzy i nieosłuchaniu. Wilson czerpie bowiem bardzo wyraźnie i dosłownie z twórczości zarówno powszechnie znanych klasyków rocka progresywnego, jak i od wykonawców znacznie mniej znanych. Dzięki temu jego dokonania mogą faktycznie wydawać się nieco bardziej oryginalne, sprawiać wrażenie rozwinięcia prog-rockowej stylistyki. Inspiracje Wilson zawsze miał zacne, ale jego własny wkład ogranicza się do nadania wszystkiemu współcześniejszego brzmienia i bardziej anemicznego charakteru, rozwadniając zapożyczone od innych elementy typową dla siebie flegmą.

Jak już wspomniałem, sławę Wilson zyskał dzięki swoim dokonaniom z grupą Porcupine Tree. Tak naprawdę, na samym początku był to jego solowy projekt. Zadebiutował albumem "On the Sunday of Life..." (1992), będącym w rzeczywistości zbiorem demówek, zarejestrowanych w latach 1988-92, z niewielkim udziałem gościnnym innych muzyków. Pierwszym właściwym albumem, od początku pomyślanym jako całość, jest zatem wydany rok później "Up the Downstair". Na tym etapie Wilson wciąż był jednym członkiem Porcupine Tree, obsługującym wszystkie instrumenty, jednak warto zwrócić uwagę na gościnny udział basisty Colina Edwina w "Always Never" i klawiszowca Richarda Barbieriego w utworze tytułowym - obaj wkrótce potem stali się pełnoprawnymi członkami zespołu.

Na "Up the Downstair" ewidentnie słyszalna jest inspiracja kosmicznym rockiem - szczególnie wczesnym Pink Floyd, Gong i Hawkwind, gdzieś tam można też wyłapać wpływy krautrocka, a nawet progresywnej elektroniki. Cóż jednak z tego, skoro wszystko to zostaje przetworzone przez typowo wilsonowe podejście, a w rezultacie album muli, zamiast intrygować. Szczególnie drażnią te bardziej piosenkowe momenty ("Synesthesia", "Always Never", "Small Fish", "Fadeaway"), ze smętnym śpiewem i mdłymi melodiami. Nieco lepiej prezentują się utwory instrumentalne, w których Wilson próbuje grać w bardziej hipnotyzujący sposób. Różnie to wychodzi. "Not Beautiful Anymore" jest zbyt hałaśliwy, jak na tego typu granie. Ale już tytułowy "Up the Downstair" przez pierwsze trzy minuty naprawdę intryguje za sprawą wysuniętych na pierwszy plan brzmień elektronicznych, wywołujących skojarzenia z twórczością Tangerine Dream, Klausa Schulze'a lub Manuela Göttschinga. Jednak wyraźnie zabrakło tu pomysłu na rozwinięcie. Pojawiająca się nagle toporna partia gitary Wilsona rujnuje cały klimat. A reszta utworu to już nudne powtarzanie tych samych motywów. Przydałoby się tu więcej swobody, zamiast ograniczającej, niemal zwrotkowo-refrenowej struktury. Nieco lepiej prezentuje się drugi dłuższy utwór, "Burning Sky", w którym pojawia się nieco więcej swobody, ale też dużo monotonii. Nagranie brzmi jak wariacja na temat Pink Floyd z "Animals" z brzmieniem Rush z tego samego okresu i elektroniką w tle. Jak zwykle, Wilson nawet nie zbliża się do poziomu tego, czym się inspirował. Ale na tle reszty albumu, "Burning Sky" wypada całkiem dobrze.

"Up the Downstair" to album, który naprawdę może się podobać - pod warunkiem, że wcześniej nie słyszało się zbyt wiele muzyki, a już zwłaszcza tej, którą Wilson się inspirował. Wszyscy, którzy już wcześniej dobrze poznali rock progresywny - ten prawdziwy, z lat 70. - z pewnością dostrzegą wtórność Porcupine Tree i przepaść, jaka dzieli jego twórczość od dokonań tych, którymi się inspirował. Dla wszystkich pozostałych istnieje zagrożenie, że wpadną w zachwyt i z przyjemnością będą sięgać nie tylko po różne projekty Wilsona, ale także po innych anemicznych odtwórców, a potem powtarzać bzdury, jakie to wszystkie nowatorskie, ambitne i wybitne. Podczas gdy jest to tylko powielanie i upraszczanie wybranych rozwiązań z przeszłości. Dlatego szczerze przestrzegam przed twórczością Stevena Wilsona i innych szarlatanów. Zamiast tego, polecam zagłębić się dokładnie w dokonania klasycznych przedstawicieli głównego nurtu proga (Pink Floyd, King Crimson, Gentle Giant, Van der Graaf Generator, itd.), a także jego bardziej eksperymentalne odmiany, jak krautrock i scena Canterbury. I ewentualnie wtedy, po dobrym poznaniu tej muzyki, można posłuchać Porcupine Tree jako ciekawostki.

Ocena: 5/10



Porcupine Tree - "Up the Downstair" (1993)

1. What You Are Listening To...; 2. Synesthesia; 3. Monuments Burn into Moments; 4. Always Never; 5. Up the Downstair; 6. Not Beautiful Anymore; 7. Siren; 8. Small Fish; 9. Burning Sky; 10. Fadeaway

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, programowanie
Gościnnie: Colin Edwin - bass (4); Richard Barbieri - elektronika (5); Suzanne J. Barbieri - głos (5)
Producent: Steven Wilson


21 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Past Masters: Volume Two" (1988)



Druga część kompilacji "Past Masters" zawiera niealbumowy materiał z okresu od grudnia 1965 do marca 1970 roku. Pominięto tylko single z 1967 roku, co jednak jest zupełnie zrozumiałe, gdyż od 1987 roku są dostępne na całym świecie jako część albumu "Magical Mystery Tour" (wcześniej wydanego w takiej formie wyłącznie w Stanach). Osobiście nie miałbym natomiast nic przeciwko temu, aby znalazły się tutaj dodatkowo cztery premierowe kawałki z ni to albumu, ni składanki "Yellow Submarine". Co prawda, można je znaleźć na alternatywnej wersji "Past Masters", zatytułowanej "Mono Masters", ale jest ona dostępna wyłącznie jako część boksu "The Beatles in Mono" z 2009 roku (monofoniczne wersje tych kawałków zostały przygotowane na nigdy niewydaną EPkę).

"Past Masters: Volume Two" pokazuje dojrzałe oblicze zespołu, chętnie eksperymentującego z brzmieniem i różnymi stylistykami - od psychodelii po bardziej bluesowe granie. W sumie znalazło się tu piętnaście utworów. Czternaście z nich pochodzi z siedmiu niealbumowych (przynajmniej w Wielkiej Brytanii) singli, a jeden - wczesny miks "Across the Universe" - z charytatywnej kompilacji "No One's Gonna Change Our World" wydanej w 1969 roku. W tej wersji nie ma kuriozalnej orkiestracji, są za to odgłosy natury, żeńskie chórki i nieco szybsze tempo. Warto zauważyć, że trzy inne utwory - "Revolution", "Get Back" i "Let It Be" - również powtarzają się na regularnych albumach, ale tutaj pojawiają się w innych wersjach. "Revolution" to zupełnie inne, późniejsze podejście do tego kawałka, zagrane szybciej i ostrzej od "Revolution 1" z "Białego albumu". Singlowa wersja "Get Back" powstała z tego samego podejścia, co późniejsza z albumu "Let It Be", ale inny jest miks, co można poznać po bardziej prominentnej roli elektrycznego pianina Billy'ego Prestona. Inaczej zmiksowany jest też "Let It Be", z mniej słyszalną orkiestracją i inną, łagodniejszą solówką George'a Harrisona.

Bardzo fajnie wypadają najstarsze w tym zestawie kawałki, nagrane i wydane w tym samym czasie, co albumy "Rubber Soul" i "Revolver": energetyczny "Day Tripper", oparty na zadziornym motywie o prawie riffowym charakterze; ciekawie skontrastowany "We Can Work It Out", łączący pogodne zwrotki z pesymistycznym refrenem; proto-hardrockowy "Paperback Writer" z świetnie uwypuklonym basem; a także bardzo psychodeliczny i cholernie niedoceniony "Rain", znów ze świetną partią basu. Charakterystyczna dla wczesnych Beatlesów naiwność w tych kawałkach już prawie całkiem ustąpiła dojrzałości, a i pod względem brzmienia słychać znaczny postęp. Jednocześnie cała czwórka posiada bardzo chwytliwe, w dobrym tego słowa znaczeniu, melodie.

Kolejne utwory to już nagrania dokonane w latach 1968-69. Rhythm'n'bluesowy "Lady Madonna" jest jednym z bardzo nielicznych utworów grupy, w których słychać saksofon. To także jeden z największych przebojów grupy, choć dla mnie jest co najwyżej przyzwoity. Pochodzący ze strony B tego samego singla "The Inner Light", nagrany przez Harrisona z indyjskimi muzykami, to z kolei całkiem przyjemna, egzotycznie brzmiąca piosenka. Kolejny wielki (i nietypowo długi, ponad siedmiominutowy) przebój, "Hey Jude", wywołuje u mnie mieszane odczucia. O ile z początku jest to naprawdę ładna ballada, tak stopniowo staje się coraz bardziej rozwleczona i nudna, a pod koniec wręcz nieznośna. Bluesowy "Don't Let Me Down" (ze strony B singla "Get Back") fajnie łączy klimatyczny akompaniament z ekspresyjną partią wokalną. Tutejsza, singlowa wersja wypada niestety trochę słabiej od koncertowego nagrania z "Let It Be... Naked". Banalny rock and roll "The Ballad of John and Yoko" to jeszcze jeden wielki przebój, którego popularność jest dla mnie zagadką. I znów lepszy jest kawałek ze strony B, czyli bluesujący "Old Brown Shoe". Całości dopełnia dziwaczny "You Know My Name (Look Up the Number)" (ze strony B singla "Let It Be"), wyraźnie inspirowany dokonaniami Franka Zappy. Muzycy pracowali nad tym utworem już w 1967 roku, ale ukończyć udało się go dopiero dwa lata później.

"Past Masters: Volume Two" to jedno z ciekawszych wydawnictw The Beatles, pokazujące głównie tę ciekawszą, bardziej ambitną stronę zespołu (od śmiałych poczynań z psychodelią, po zappowską awangardę), choć zawierające też parę przebojów, które nie zawsze są interesujące pod względem artystycznym. Kompilacja stanowi doskonałe uzupełnienie dyskografii zespołu z okresu od "Rubber Soul" do "Let It Be". 

Ocena: 8/10



The Beatles - "Past Masters: Volume Two" (1988)

1. Day Tripper; 2. We Can Work It Out; 3. Paperback Writer; 4. Rain; 5. Lady Madonna; 6. The Inner Light; 7. Hey Jude; 8. Revolution; 9. Get Back; 10. Don't Let Me Down; 11. The Ballad of John and Yoko; 12. Old Brown Shoe; 13. Across the Universe ("Wildlife" version); 14. Let It Be; 15. You Know My Name (Look Up the Number)

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - gitara, wokal, bass, instr. klawiszowe, tanpura; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne wokal
Gościnnie: Ronnie Scott, Bill Povey, Harry Klein, Bill Jackman - saksofony (5); Aashish Khan - sarod (6); Hanuman Jadev - shehnai (6); Hariprasad Chaurasia - bansuri (6); Mahapurush Misra - pakhawadź (6); Rijram Desad - fisharmonia (6); Nicky Hopkins - pianino (8); Billy Preston - instr. klawiszowe (9,10,14); Lizzie Bravo, Gayleen Pease, Linda McCartney - dodatkowy wokal (14); Peter Halling - wiolonczela (14); Brian Jones - saksofon (15)
Producent: George Martin


20 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Past Masters: Volume One" (1988)



Gdy pod koniec lat 80. postanowiono wznowić dyskografię The Beatles na płytach kompaktowych, zdecydowano się także zlikwidować problem z różnymi jej wersjami. Jak wiadomo, do 1967 roku w Stanach wydawano inaczej skompilowane longplaye, niż w Europie i reszcie świata. Od tej pory na całym świecie miała obowiązywać tylko jedna wersja, wzorowana na oryginalnych wydaniach brytyjskich (z wyjątkiem "Magical Mystery Tour", opartym na rozszerzonym wydaniu amerykańskim). Świetnym pomysłem było uzupełnienie dyskografii o wydawnictwo zbierające wszystkie niealbumowe kawałki. Ściślej mówiąc, w wersji kompaktowej ukazały się dwa osobne wydawnictwa - "Past Masters: Volume One" i "Past Masters: Volume Two", podczas gdy w wersji winylowej wydano je razem, jako jeden dwupłytowy album (w takiej formie był też wznawiany na CD). Znalazły się tutaj wszystkie nagrania, jakie do tamtej pory były dostępne w Wielkiej Brytanii wyłącznie na singlach, EPkach i różnych kompilacjach.

"Volume One" zawiera materiał oryginalnie wydany pomiędzy październikiem 1962, a lipcem 1965 roku. Jest to więc okres prostych, naiwnych piosenek, praktycznie pozbawiony jeszcze jakichkolwiek stylistycznych czy brzmieniowych eksperymentów (nie licząc kontrolowanego sprzężenia zwrotnego w "I Feel Fine" - ponoć pierwszego zarejestrowanego w studiu). Osiemnaście zawartych tutaj kawałków pochodzi ze stron A i B singli, czteroutworowej EPki "Long Tall Sally" (1964), a całości dopełnia przeróbka "Bad Boy" Larry'ego Williamsa, oryginalnie wydana wyłącznie w Stanach, na płycie "Beatles VI" z 1965 roku (w Europie opublikowano ją dopiero rok później, na składance "A Collection of Beatles Oldies").

Nie brakuje tutaj wielkich przebojów, czego dowodem "Love Me Do" (w innej wersji, niż na "Please Please Me"), "From Me to You", "She Loves You", "I Want to Hold Your Hand" i "I Feel Fine" (dwa przedostatnie pojawiają się tu także w okropnych, niemieckojęzycznych wersjach - "Sie Liebt Dich" i "Komm, Gib Mir Deine Hand"). O ile te singlowe hity bronią się fajnymi melodiami, tak większość pozostałego materiału wypada raczej słabo. Dość banalne, naiwne piosenki autorskie ("Thank You Girl", "I'll Get You", "This Boy", "I Call Your Name", "She's a Woman", "I'm Down") przeplatają się ze sztampowymi przeróbkami głównie rockandrollowych i rhythmandbluesowych kawałków ("Long Tall Sally" Little Richarda, "Slow Down" i "Bad Boy" Larry'ego Williamsa, "Matchbox" Carla Perkinsa). Całkiem nieźle prezentuje się natomiast nastrojowa ballada "Yes, It Is", nagrana podczas sesji "Help!" i oryginalnie wydana na stronie B singla "Ticket to Ride".

"Past Masters: Volumes One" to obowiązkowe uzupełnienie kolekcji The Beatles dla wszystkich fanów ceniących ten okres twórczości zespołu. Natomiast osoby, które (tak jak ja) uważają nagrania z tych lat za zbyt archaiczne i naiwne, nie znajdą tutaj wiele dla siebie. Mimo wszystko, jest to całkiem przyjemny zbiór uroczych, pełnych młodzieńczej energii piosenek, a niektóre melodie trudno wyrzucić z pamięci.

Ocena: 6/10



The Beatles - "Past Masters: Volume One" (1988)

1. Love Me Do; 2. From Me to You; 3. Thank You Girl; 4. She Loves You; 5. I'll Get You; 6. I Want to Hold Your Hand; 7. This Boy; 8. Komm, Gib Mir Deine Hand; 9. Sie Liebt Dich; 10. Long Tall Sally; 11. I Call Your Name; 12. Slow Down; 13. Matchbox; 14. I Feel Fine; 15. She's a Woman; 16. Bad Boy; 17. Yes, It Is; 18. I'm Down

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - gitara, wokal, bass, instr. klawiszowe; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - pianino
Producent: George Martin


19 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Let It Be" (1970)



Kiedy relacje w zespole zaczęły się psuć, Paul McCartney nabrał przekonania, że jedynie powrót do koncertowania i muzycznych korzeni może uratować zespół. O ile pomysł powrotu na scenę został zdecydowanie odrzucony przez Johna Lennona i George'a Harrisona (aczkolwiek 30 stycznia 1969 roku zespół, wsparty przez klawiszowca Billa Prestona, zagrał pojedynczy, niezapowiedziany występ na dachu swojej londyńskiej siedziby), tak druga część propozycji McCartneya spotkała się z akceptacją. Jednak sesje nagraniowe albumu (mającego nosić tytuł "Get Back") jeszcze bardziej skłóciły muzyków, a jakość zarejestrowanego materiału pozostawiała wiele do życzenia. Projekt został więc wstrzymany, a zespół rozpoczął pracę nad innym materiałem, który wypełnił album "Abbey Road".

Tuż przed jego wydaniem, we wrześniu 1969 roku, ze składu odszedł Lennon. Pozostała trójka - świadoma, że dalsza działalność nie ma sensu - postanowiła przynajmniej dokończyć zarzucony wcześniej projekt "Get Back". Na początku 1970 roku muzycy zatrudnili nowego producenta, Phila Spectora, którego rola polegała przede wszystkim na dodaniu orkiestrowego tła do kilku utworów. Ponadto zespół nagrał od nowa wiele partii, a także zarejestrował jedną zupełnie nową kompozycję, "I Me Mine". W ten sposób udało się ukończyć dziewięć utworów, w tym dwa już wcześniej wydane ("Get Back" ukazał się na singlu, a "Across the Universe" na charytatywnej kompilacji). Repertuaru dopełniły trzy kawałki zarejestrowane podczas wspomnianego występu na dachu ("Dig a Pony", "I've Got a Feeling" i "One After 909"). Wydawnictwo ostatecznie otrzymało tytuł "Let It Be".

Muzycy rzeczywiście cofnęli się do swoich korzeni - do rock and rolla i bluesa (nawet nagrali jedną ze swoich najwcześniejszych kompozycji, rockandrollową "One After 909", napisaną jeszcze w końcówce lat 50.). Ale efekt jest zupełnie inny, niż na wczesnych albumach zespołu. Bardziej dojrzały, pozbawiony tej młodzieńczej naiwności. Zamiast tego słychać zmęczenie muzyków i to, że materiał powstawał w bólach. Idealnie pasuje tutaj surowe brzmienie z oryginalnej sesji, natomiast efekt ten psują orkiestracje dodane do spokojniejszych utworów - w "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road" dodają niepotrzebnego patosu, zaś wręcz kuriozalnie brzmią w psychodeliczno-folkowym "Across the Universe". Pomijając kwestie stylistyczne i brzmieniowe, same kompozycje w znacznej części są po prost przeciętne. Pozytywnie wyróżnia się przede wszystkim tytułowy "Let It Be" - bardzo ładna ballada, w albumowej wersji ozdobiona fajną, ostrą solówką Harrisona. Na plus zaliczyć można także bluesrockowy "Dig a Pony", prawie hardrockowy "I've Got a Feeling", akustyczny, zahaczający o stylistykę country "Two of Us", a także "Across the Universe". Bardzo obiecująco zaczyna się "I Me Mine", ale rockandrollowe zaostrzenia psują cały klimat. Najgorzej wypadają natomiast niby-żartobliwe przerywniki "Dig It" i "Maggie Mae".

W 2003 roku ukazało się wydawnictwo "Let It Be... Naked", zawierające zremiksowaną wersję albumu, bliższą oryginalnego pomysłu McCartneya. Zmieniono na nim kolejność utworów (dzięki czemu np. całość rozpoczyna czadowy "Get Back", zamiast niepasującego w roli otwieracza "Two of Us"), a także zrezygnowano z "Dig It" i "Maggie Mae", zastępując je udanym, bluesrockowym "Don't Let Me Down" (oryginalnie wydanym na stronie B singla "Get Back", tutaj jednak wykorzystano nagranie z koncertu na dachu, ze świetnymi partiami organów i basu). Największą zaletą tej wersji albumu jest jednak rezygnacja z orkiestracji w "Across the Universe", "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road". Zyskał na tym przede wszystkim ten ostatni, który w takiej bardziej ascetycznej wersji odsłania cale swoje piękno, we wcześniej znanej wersji ukryte pod sporą dawką kiczu. Minusem tej wersji albumu jest jednak wykorzystanie w "Let It Be" łagodniejszej solówki, podobnej do tej z singlowej wersji utworu.

Sam pomysł na to wydawnictwo był ciekawy, ale takie czynniki, jak nienajlepsza atmosfera w studiu i nietrafiona zmiana producenta, negatywnie wpłynęły na ostateczny efekt. Głównym problemem była jednak mała ilość naprawdę dobrego materiału, przez co nawet przygotowany po latach, bardziej udany miks albumu tylko nieznacznie podniósł jego poziom. "Let It Be" jest zdecydowanie najsłabszym studyjnym wydawnictwem The Beatles z dojrzałego okresu twórczości ("Yellow Submarine" nie liczę jako pełnoprawnego albumu) i mało imponującym zwieńczeniem dyskografii.

Ocena: 6/10
7/10 dla "Let It Be... Naked"



The Beatles - "Let It Be" (1970)

1. Two of Us; 2. Dig a Pony; 3. Across the Universe; 4. I Me Mine; 5. Dig It; 6. Let It Be; 7. Maggie Mae; 8. I've Got a Feeling; 9. One After 909; 10. The Long and Winding Road; 11. For You Blue; 12. Get Back

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, tambura (3); Ring Starr - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe
Producent: Phil Spector, George Martin

Po prawej: okładka planowanego albumu "Get Back".


The Beatles - "Let It Be... Naked" (2003)

1. Get Back; 2. Dig a Pony; 3. For You Blue; 4. The Long and Winding Road; 5. Two of Us; 6. I've Got a Feeling; 7. One After 909; 8. Don't Let Me Down; 9. I Me Mine; 10. Across the Universe; 11. Let It Be

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, tambura (10); Ring Starr - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe
Producent: Paul Hicks, Guy Massey, Allan Rouse

Po prawej: okładka "Let It Be... Naked".


18 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Abbey Road" (1969)



W styczniu 1969 roku Beatlesi rozpoczęli nagrywanie następcy "Białego albumu", roboczo zatytułowanego "Get Back". Jednak narastające napięcia i konflikty pomiędzy muzykami znów niemal doprowadziły do rozpadu zespołu. Na kilka dni odszedł z niego George Harrison. Po jego powrocie, muzycy podjęli decyzję, aby przerwać pracę na sprawiającym wiele trudności materiałem i rozpocząć wszystko od początku, z nowymi utworami, starając się przezwyciężyć wzajemną niechęć. To zresetowanie wyszło zdecydowanie na dobre - nagrania ruszyły pełną parą, a nowy materiał okazał się zaskakująco udany. Choć jednak nikt nie mówił tego na głos, wszyscy byli przekonani, że to już ich ostatnie wspólne przedsięwzięcie. We wrześniu - już po nagraniu albumu, a tuż przed jego wydaniem - decyzję od odejściu podjął John Lennon (co przez wiele kolejnych miesięcy trzymano w tajemnicy).

Kiedy jednak "Abbey Road" trafił do sprzedaży, nikomu chyba nie przyszło na myśl, że w zespole dzieje się tak źle. Zawarty tutaj materiał sprawia raczej wrażenie nagrywanego w bardzo dobrej, wyluzowanej atmosferze. Zespoły będące na skraju rozpadu, wewnętrznie skłócone, nie nagrywają przecież tak udanych longplayów. Inna sprawa, że ta cała otoczka wokół "Abbey Road" sprawia, że album jest nieco przeceniany. Zdecydowanie nie jest to, wbrew powszechnej opinii, skończenie doskonałe arcydzieło. Całość jest nieco nierówna i za bardzo eklektyczna. Takie piosenki, jak musicalowy "Maxwell's Silver Hammer" czy brzmiący jak piosenka dla dzieci "Octopus's Garden", same w sobie nie należą do specjalnie udanych, a umieszczone pomiędzy bardziej rockowymi utworami, sprawiają wrażenie wyrwanych z kontekstu. Nie przekonuje mnie też idea tzw. "Abbey Road Suite" (bardziej pasowałby tytuł "Abbey Road Medley"), czyli ośmiu ostatnich kawałków (nie licząc ukrytego "Her Majesty") zmiksowanych w taki sposób, aby tworzyły całość. Jednak ze względu na eklektyzm poszczególnych części, brzmi to bardzo chaotycznie. Ponadto fragmenty te potraktowane zostały bardzo pobieżnie, przez co trudno traktować je jako pełnoprawne, pełnowartościowe utwory.

Album ma też jednak sporo naprawdę udanych momentów. Jak napisany przez McCartneya doo-wopowy "Oh! Darling", może niezbyt interesujący od strony instrumentalnej, ale wyróżniający się bardzo ekspresyjną partą wokalną kompozytora. Bardzo przyjemnie wypadają obie kompozycje Harrisona - ładna ballada "Something" i uroczy "Here Comes the Sun". Jednak w zdecydowane najlepszej formie kompozytorskiej był Lennon, który dostarczył trzy fantastyczne utwory: najbardziej chyba znany z tego albumu "Come Together", oparty na świetnej, choć bardzo prostej linii basu, z fajnym zaostrzeniem w refrenie; nastrojowy "Because", oparty na akordach "Sonaty księżycowej" Beethovena granych od tyłu, z bardzo bogatymi harmoniami wokalnymi i zastosowaniem syntezatora Mooga; a także będący moim zdecydowanym faworytem, potężny "I Want You (She's So Heavy)" z fantastycznymi, bluesowymi partiami gitary, rewelacyjnie pulsującym basem, niezłymi organami i naprawdę ciężką końcówką. Ten ostatni to jeden z najmniej beatlesowskich utworów w dorobku zespołu - właściwie pozbawiony jakichkolwiek charakterystycznych dla niego elementów - ale i jeden z najwspanialszych w całej jego dyskografii.

"Abbey Road" jest z pewnością albumem ważnym z historycznego punktu widzenia, zaś z muzycznego - na pewno udanym, zawierającym wiele wspaniałych momentów, ale dość niespójnym stylistycznie (choć nie ma tu aż tak dużego rozstrzału, jak na poprzednim longplayu) i nierównym. Tak więc znać go wypada, ale popadać w bezkrytyczny zachwyt to już niekoniecznie.

Ocena: 8/10



The Beatles - "Abbey Road" (1969)

1. Come Together; 2. Something; 3. Maxwell's Silver Hammer; 4. Oh! Darling; 5. Octopus's Garden; 6. I Want You (She's So Heavy); 7. Here Comes the Sun; 8. Because; 9. You Never Give Me Your Money; 10. Sun King; 11. Mean Mr. Mustard; 12. Polythene Pam; 13. She Came In Through the Bathroom Window; 14. Golden Slumbers; 15. Carry That Weight; 16. The End; 17. Her Majesty

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, efekty; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, efekty; George Harrison - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, orkiestracje; Billy Preston - organy (2,6)
Producent: George Martin


17 stycznia 2013

[Recenzja] Riverside - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)



Nawet nie będę udawał, że to ta sama recenzja, którą opublikowałem w styczniu 2013 roku. Tamten tekst zresztą wciąż krąży w sieci (jest nawet zamieszczony na oficjalnej stronie zespołu). Po niemal sześciu latach, jakie minęły od tamtej pory - piszę te słowa w październiku 2018 roku - moja opinia na temat tego wydawnictwa diametralnie się zmieniła, co wynika z większego osłuchania z różnymi rodzajami muzyki. Z jednym wciąż się jednak zgadzam - "Shrine of New Generation Slaves" to album zaskakująco udany, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania Riverside. Neo-progresywny patos ustąpił tu miejsca bardziej klasycznym inspiracjom, dzięki czemu wydawnictwo jest bardziej znośne. To jednak wciąż granie bardzo wtórne, pozbawione własnego charakteru, zdradzające braki w kompozytorskim i aranżacyjnym warsztacie, a ponadto nużące swoim anemicznym wykonaniem.

Nie dziwię się jednak, że przed laty album zwrócił moją uwagę. Stało się tak za sprawą singla "Celebrity Touch", który bezwstydnie kopiuje styl Deep Purple (z klasycznie hardrockowym brzmieniem gitary i organów Hammonda). Będąc wówczas wielkim fanem brytyjskiej grupy, nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Słuchany po latach nie robi już tak dobrego wrażenia - razi mnie przede wszystkim jego wtórność, niedopasowane zwolnienia, które tylko niepotrzebnie go wydłużają, a zwłaszcza anemiczny wokal Mariusza Dudy, kompletnie niepasujący do tego typu grania. W podobnym klimacie utrzymany jest jeszcze "Escalator Shrine", łączący hardrockowe patenty (Hammondy i gitarowe riffy, w tym jeden nieco sabbathowy), prawie-cytaty z floydowskiego "Animals" i pseudo-progresywne przynudzanie w stylu Porcupine Tree. Do pewnego momentu brzmi to nawet przyjemnie, ale gdzieś w połowie zaczyna się rozłazić przez przesadne kombinowanie - muzycy chcieli skleić jak najwięcej pomysłów, ale nie mieli pomysłu jak logicznie połączyć je w spójną całość. Był potencjał, a skończyło się na dwunastominutowym przykładzie jak nie należy grać rocka progresywnego.

Pozostałe utwory są już krótsze. Nie przypadkiem akronimem tytuły jest wyraz songs. Zespół postanowił bowiem zmierzyć się z bardziej piosenkowymi formami. I poległ. Może nie tak bardzo, jak wtedy, gdy udaje zespół progresywny, ale weźmy taki "New Generation Slave" - przeładowany różnymi motywami, które nic nie wnoszą, do tego zupełnie nijaki melodycznie. Strasznie bezbarwnie i anemicznie wypada "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)", choć zwraca uwagę pierwszym w historii zespołu wykorzystaniem saksofonu - pojawia się jednak zbyt późno, gdy kawałek zdążył już solidnie znużyć, poza tym brzmi zbyt słodko. Okropnie nudno i banalnie wypada natomiast ballada "We Got Used to Us", przypominająca podobne kawałki z poprzednich płyt zespołu. Nie mniej banalny "Feel Like Falling" wywołuje skojarzenia z późnym, poprockowym Genesis, ale brzmi dużo bardziej bezbarwnie i odpycha kiczowatym brzmieniem. Na tej samej melodii opiera się także finałowa "Coda", zagrana wyłącznie z łagodnym akompaniamentem gitary akustycznej i klawiszy. Mimo krótkiego czasu trwania, usypia swoją monotonią i anemicznym śpiewem. Na tym tle całkiem przyjemnie wypada "The Depth of Self-Delusion", w którym w końcu pojawia się bardziej wyrazista, aczkolwiek wciąż anemiczna, melodia. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z albumów Porcupine Tree, lecz na większości z nich byłby tylko wypełniaczem.

Starałem się znaleźć pozytywy, ale poza bardziej klasycznym brzmieniem i małymi przebłyskami kompozytorskimi ("The Depth of Self-Delusion", pierwsza połowa "Escalator Shrine" i od biedy ten nieszczęsny "Celebrity Touch") nie słyszę tu nic choć trochę zasługującego na uwagę. Zespołowi wciąż brakuje własnego charakteru, niepotrzebne wydłuża kompozycje (poprzez pozbawione logiki wprowadzanie jak największej ilości różnych motywów), kurczowo trzyma się tego smętno-anemicznego klimatu i ma spory problem z pisaniem wyrazistych, zapamiętywalnych melodii. Wszystkie te problemy dotyczą także tych lepszych momentów, zaś w pozostałych przybierają iście katastrofalne rozmiary. Muzycy zrobili jednak mały krok w dobrym kierunku, ograniczając neo-progowy patos i kicz, zastępując go ciekawszymi wpływami. Jednak czerpać z inspiracji też trzeba umieć, a Riverside wyszło to w najlepszych momentach co najwyżej przeciętnie.

Ocena: 4/10



Riverside  - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)

1. New Generation Slave; 2. The Depth of Self-Delusion; 3. Celebrity Touch; 4. We Got Used to Us; 5. Feel Like Falling; 6. Deprived (Irretrievably Lost Imagination); 7. Escalator Shrine; 8. Coda

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass, gitara, ukulele; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Marcin Odyniec - saksofon (6)
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy


[Recenzja] The Beatles - "Yellow Submarine" (1969)



Album "Yellow Submarine" to ścieżka dźwiękowa do czwartego z kolei filmu The Beatles. Tym razem była to animacja, a muzycy praktycznie w ogóle nie angażowali się w projekt. Cały ich wkład ograniczył się do wystąpienia w jednej krótkiej scenie. Nie nagrali natomiast żadnego nowego dźwięku. Niniejszy soundtrack wypełniają zatem doskonale już znane piosenki (tytułowa, "All You Need Is Love") i orkiestrowe kompozycje George'a Martina (zajmujące całą drugą stronę winylowego wydania). Ale wyciągnięto też z archiwum cztery niewydane wcześniej nagrania, dzięki czemu "Yellow Submarine" nie jest zupełnie bezwartościowym wydawnictwem.

Premierowe utwory zostały zarejestrowane pomiędzy lutym 1967, a lutym 1968 roku, podczas prac nad "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" ("Only a Northern Song" George'a Harrisona), "Magical Mystery Tour" ("All Together Now" Paula McCartneya, "It's All Too Much" Harrisona) i singlem "Lady Madonna" ("Hey Buldog" Johna Lennona). Jak na odrzuty, jest to naprawdę udany materiał. Najlepiej wypadają obie kompozycje Harrisona - bardzo psychodeliczne, pierwszy zdominowany przez brzmienie elektrycznych organów, drugi z ciekawą partią gitary i różnymi efektami dźwiękowymi. Całkiem niezły jest też energetyczny "Hey Buldog", oparty na fajnym, niemal hardrockowym riffie. Jedynie banalny i rażący - mimo krótkiego czasu trwania - monotonią "All Together Now" powinien na zawsze pozostać w archiwum.

"Yellow Submarine" to w sumie dziwaczny zbiór obejmujący wydane już wcześniej nagrania, nudną muzykę ilustracyjną i cztery premierowe utwory zespołu, z których trzy prezentują się całkiem solidnie, a jeden jest ewidentną wpadką. Wyraźnie zabrakło pomysłu na całość i zaangażowania zespołu, czego efektem jest jedno z najsłabszych wydawnictw The Beatles. Z drugiej strony - te trzy udane utwory są dostępne tylko na tym albumie i na jego alternatywnej wersji, "Yellow Submarine Songtrack", wydanej w 1999 roku i zawierającej wyłącznie utwory wykonywane przez zespół (w tym więcej kawałków z wydanych wcześniej albumów). Tak więc, mimo wszystko, warto po któreś z tych dwóch wydawnictw sięgnąć.

Ocena: 4/10



The Beatles - "Yellow Submarine" (1969)

1. Yellow Submarine; 2. Only a Northern Song; 3. All Together Now; 4. Hey Bulldog; 5. It's All Too Much; 6. All You Need Is Love; 7. Pepperland; 8. Sea of Time; 9. Sea of Holes; 10. Sea of Monsters; 11. March of the Meanies; 12. Pepperland Laid Waste; 13. Yellow Submarine in Pepperland

Skład (1-6): John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, ukulele, bandżo, harmonijka, efekty; Paul McCartney - wokal, bass, kontrabas, gitara, trąbka, instr. perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, skrzypce; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Skład (7-13): George Martin and His Orchestra
Gościnnie: George Martin - pianino (6), dodatkowy wokal (1); Mal Evans - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal (1); Geoff Emerick - efekty i dodatkowy wokal (1); Brian Jones - efekty i dodatkowy wokal (1); Alf Bicknell - efekty (1); Pattie Boyd, Marianne Faithfull - dodatkowy wokal (1,6); Neil Aspinall, Brian Epstein - dodatkowy wokal (1); David Mason - trąbka (5,6); Paul Harvey - klarnet basowy (5); Sidney Sax, Patrick Halling, Eric Bowie, Jack Holmes - skrzypce (6); Rex Morris, Don Honeywill - saksofon (6); Stanley Woods - trąbka i skrzydłówka (6); Evan Watkins, Harry Spain - puzon (6); Jack Emblow - akordeon (6); Mick Jagger, Keith Richards, Eric Clapton, Jane Asher, Mike McGear, Keith Moon, Graham Nash, Hunter Davies, Gary Leeds - dodatkowy wokal (6)
Producent: George Martin

The Beatles - "Yellow Submarine Songtrack" (1999)

1. Yellow Submarine; 2. Hey Bulldog; 3. Eleanor Rigby; 4. Love You To; 5. All Together Now; 6. Lucy in the Sky with Diamonds; 7. Think for Yourself; 8. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band; 9. With a Little Help from My Friends; 10. Baby, You're a Rich Man; 11. Only a Northern Song; 12. All You Need Is Love; 13. When I'm Sixty-Four; 14. Nowhere Man; 15. It's All Too Much

Skład podstawowy: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr
Producent: George Martin

Po prawej: okładka "Yellow Submarine Songtrack".