31 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Division Bell" (1994)



Niektórzy uważają ten album z jedno z największych osiągnięć Pink Floyd i całego rocka progresywnego. Cóż, zacznijmy od tego, że to nawet nie jest rock progresywny. David Gilmour nie miał ani ambicji, ani wystarczających umiejętności, by zaproponować coś więcej, niż melodyjny, radiowy pop rock. W porównaniu z "A Momentary Lapse of Reason" przynajmniej brzmienie jest mniej plastikowe, choć i tak zanadto wygładzone.

Brzmienie współgra tu jednak z samymi kompozycjami. Na "The Division Bell" smętne, usypiające ballady ("Poles Apart", "A Great Day for Freedom", "Wearing the Inside Out") przeplatają się z żywszymi piosenkami o bardzo komercyjnym charakterze ("What Do You Want from Me?", "Keep Talking", czy okropny "Take It Back" kojarzący się z, za przeproszeniem, U2), a oba te podejścia łączy wyjątkowo banalny "Coming Back to Life". W kategorii mainstreamowego rocka jest to całkiem znośna, a momentami nawet przyjemna muzyka. Problem w tym, że większość tych utworów trwa około sześciu minut, co pewnie miało im nadać bardziej progresywnego charakteru. W tym samym celu umieszczono tu pewnie pretensjonalne intro "Cluster One".

"The Division Bell" ma jednak jednak naprawdę mocny punkt, w postaci finałowego "High Hopes". Utwór, pod względem tekstowym i muzycznym (za sprawą użytych efektów dźwiękowych), bezpośrednio nawiązuje do starszego o prawie ćwierć wieku "Fat Old Sun" (z "Atom Heart Mother"). O ile jednak tamten był pogodny i optymistyczny, tak "High Hopes" ma bardziej ponury klimat i raczej gorzki wydźwięk. To jednak naprawdę piękna kompozycja, z ładną melodią i fantastyczną solówką Gilmoura na koniec. Naprawdę świetne zakończenie dla ostatniego albumu zespołu. Choć sam album zdecydowanie nie jest godzien tego zespołu.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "The Division Bell" (1994)

1. Cluster One; 2. What Do You Want from Me?; 3. Poles Apart; 4. Marooned; 5. A Great Day for Freedom; 6. Wearing the Inside Out; 7. Take It Back; 8. Coming Back to Life; 9. Keep Talking; 10. Lost for Words; 11. High Hopes

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe; Guy Pratt - bass; Gary Wallis - instr. perkusyjne; Tim Renwick - gitara; Dick Parry - saksofon; Bob Ezrin - instr. klawiszowe
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour

Po prawej: jedna z kilku alternatywnych wersji okładki.


30 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)



Roger Waters zawiesił działalność Pink Floyd po wydaniu "The Final Cut" i poświęcił się karierze solowej. Sytuację postanowił wykorzystać David Gilmour, który namówił Nicka Masona i Ricka Wrighta do wskrzeszenia zespołu. Sprzeciw Watersa, twierdzącego Pink Floyd to ja!, zakończony procesem o prawa do nazwy, niestety nic nie dał. Niestety, bo szybko stało się jasne, że nowe wcielenie zespołu ma niewiele, poza szyldem, wspólnego z jego wcześniejszą działalnością. To tak naprawdę solowa działalność Gilmoura, z minimalnym wkładem Masona i Wrighta (ten drugi zresztą początkowo był tylko współpracownikiem, a nie członkiem), których w nagraniach często wyręczali muzycy sesyjni - wśród których pojawili się m.in. uznani perkusiści Carmine Appice i Jim Keltner.

"A Momentary Lapse of Reason", pierwszy album odrodzonego "Pink Floyd", dobitnie pokazuje, że Gilmour nie miał zamiaru kontynuować twórczych poszukiwań zespołu. Zamiast tego śmiało podąża w stronę ówczesnego rockowego mainstreamu. Utwory w rodzaju singlowych "Learning to Fly" i "One Slip" rażą prostotą i banalnymi melodiami, skrojonymi pod stacje radiowe, a także swoim wygładzonym, syntetycznym brzmieniem. Nieco lepiej wypada trzeci singiel, balladowy "On the Turning Away" - również daleki stylistycznie od wcześniejszych dokonań sygnowanych tą nazwą, ale za to wyróżniający się ładną, nieco szkocką melodią. Pozostałe nagrania nie mają aż tak bardzo komercyjnego charakteru, co nie znaczy, że są bardziej ambitne. Raczej zwyczajnie nudne ("The Dogs of War", "Yet Another Movie", "Terminal Frost" i wszystkie miniaturowe przerywniki). Nieco ciekawiej robi się tylko w finałowym "Sorrow", choć raczej dzięki dobrej melodii i solówkom Gilmoura, niż próbie stworzenie czegoś bardziej progresywnego.

 Tytuł "A Momentary Lapse of Reason" można przetłumaczyć na język polski jako "Chwilowa utrata rozumu". Cóż, trudno o lepsze podsumowanie tego albumu. Reaktywowanie Pink Floyd i nagranie pod tym szyldem czegoś takiego, zdecydowanie nie było mądrym pomysłem.

Ocena: 5/10



Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)

1. Signs of Life; 2. Learning to Fly; 3. The Dogs of War; 4. One Slip; 5. On the Turning Away; 6. Yet Another Movie; 7. Round and Around; 8. A New Machine (Part 1); 9. Terminal Frost; 10. A New Machine (Part 2); 11. Sorrow

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja, głos (1), efekty
Gościnnie: Rick Wright - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jon Carin - instr. klawiszowe; Patrick Leonard - syntezatory; Bill Payne - organy; Tony Levin - gitara basowa, Chapman stick; Michael Landau - gitara; Jim Keltner - perkusja; Carmine Appice - perkusja; Steve Forman - instr. perkusyjne; Tom Scott - saksofon; Scott Page - saksofon; John Helliwell - saksofon; Darlene Koldenhoven, Carmen Twillie, Phyllis St. James, Donnie Gerrard - dodatkowy wokal
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


28 grudnia 2012

[Artykuł] Podsumowanie roku 2012




Zrewidowano: 27.05.2020r.

Przed ośmioma laty, tworząc oryginalną wersję tego artykułu, byłem słuchaczem mainstreamowego rocka, niechętnie i rzadko sięgającym po inną muzykę. Nic zatem dziwnego, że o roku 2012 pisałem: pod względem muzycznym (...) był dość przeciętny. Fakt, nie był to najlepszy rok dla muzyki - moze i nawet jeden z gorszych tej dekady - jednak słuchacze poszukujący poza głównym nurtem i nie ograniczający się tylko do rocka, takich powodów do narzekań nie mieli. Ukazało się trochę dobrego grania z okolic jazzu ("In the Mouth - A Hand" grupy Fire! z udziałem Orena Ambarchiego, "Aliens From Planet Earth" Light Coorporation czy "Śmierć w miękkim futerku" Niechęci), avant-proga ("Félicité Thösz" Magmy, "Quetzalcoatl" Corimy, "Decline and Fall" Thinking Plague), IDM-u ("Until the Quiet Comes" Flying Lotusa), nawet trochę niezgorszej psychodelii ("Advaitic Songs" Om, "World Music" Goat). I zapewne mnóstwo innych albumów, których wciąż nie znam, ale chociaż mam świadomość, że sporo jeszcze zostało do odkrycia. Dla pełniejszego obrazu na pewno warto tez wspomnieć o całkiem udanym comebacku Dead Can Dance ("Anastasis") czy budzącym w hipsterskich kręgach ekstazę - a mnie raczej usypiającym - "The Seer" Swans. Tymczasem lista, którą przedstawiłem w grudniu 2012 roku prezentowała się następująco:


10. Black Country Communion - "Afterglow"
9. Jon Lord - "Concerto for Group and Orchestra"
8. Paradise Lost - "Tragic Idol"
7. Angel Witch - "As Above, So Below"
6. Soulsavers - "The Light the Dead See" [recenzja - prawdopodobnie nieaktualna]
5. Led Zeppelin - "Celebration Day" [aktualna recenzja]
4. Rush - Clockwork Angels" [aktualna recenzja]
3. Testament - "Dark Roots of Earth"
2. Soundgarden - "King Animal" [aktualna recenzja]
1. Witchcraft - "Legend"


Nie sposób znaleźć tu cokolwiek poza rockowymi dinozaurami (i jednym ich epigonem), próbujących odcinać kupony od swoich dawnych dokonań, usilnie nawiązując do stylistyki, która przyniosła im uznanie, ale nie będących już w stanie zaproponować w niej nic równie dobrego, jak w swoich lepszych latach. To w większości albumy w rodzaju tych, których słuchacze tacy jak ja w 2012 roku wyczekują, potem po premierze kilka razy odsłuchują z myślą typu: fajne, klasyczne granie, a potem całkiem o nich zapominają. W takim stylu nagrano lepsze płyty, więc gdy przychodzi chęć na słuchanie takiej muzyki, wybiera się coś innego. Ja niemal do żadnego z tych albumów nie wróciłem po napisaniu tego podsumowania (co najwyżej w celu odświeżenia recenzji). Swego czasu miałem nawet na winylach "Celebration Day" i "Legend", ale już dość dawno temu je sprzedałem.

Jako rozczarowania wymieniłem solowe albumy Steve'a Harrisa ("British Lion") i Slasha ("Apocalyptic Love"), a także eponimiczne wydawnictwo Storm Corrosion - projektu Stevena Wilsona z Porcupine Tree i Mikaela Åkerfelda z Opeth. Dziś nie zrobiłbym tego z bardzo prostego powodu - po prostu nie spodziewałbym się po nich niczego dobrego, a prawdopodobnie nawet nie chciałbym ich przesłuchać. Szczerze mówiąc, dziś nie zauważam aż tak dużej różnicy między albumami, które wtedy uznałem za rozczarowania, a tymi wybranymi do najlepszej dziesiątki. A jak na obecną chwilę przedstawiałoby się moje podsumowanie 2012 roku? To bez znaczenia. W każdej chwili może się zmienić. Takie rankingi są tylko zapisem pewnej chwili. Dlatego też pozostawiłem oryginalną listę, która była aktualna w momencie opublikowania tego postu. Usunąłem jednak opisy poszczególnych albumów i pozostałą treść, aby nie kontrastowało to z treścią poprawionych recenzji.


27 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Sounds of the Universe" (2009)



Pod względem brzmieniowym, "Sounds of te Universe" jeszcze bardziej od poprzedniego albumu nawiązuje do lat 80. To zasługa starych, analogowych syntezatorów, których zbieranie stało się nową pasją Martina Gore'a. Same kompozycje (w tym znów trzy napisane przez Dave'a Gahana, Christiana Eignera i Andrew Phillpotta: "Hole to Feed", "Come Back" i "Miles Away/The Truth Is") nie są jednak tak dobre i wyraziste melodycznie, jak to dawniej bywało. Pod tym względem "Sounds of te Universe" prezentuje się podobnie, jak "Playing the Angel" i "Exciter". Na szczęście, tym razem lepiej przyłożono się do ułożenia tracklisty - zamiast skupienia wszystkich najlepszych utworów na początku albumu, rozproszono je po całej płycie, dzięki czemu nieco mniej zauważalne są te słabsze momenty.

Do tych najlepszych momentów z pewnością można zaliczyć podniosły otwieracz "In Chains", z wyjątkowo udaną melodią i ciekawymi brzmieniami syntezatorów. Pozytywnie wyróżnia się także ballada "Little Soul", pełna brzmień, które bezpośrednio nawiązują do twórczości zespołu z połowy lat 80., ale też z pojawiającą się pod koniec partią gitary. Kolejnymi udanymi utworami są energetyczne, przebojowe "In Sympathy" i "Miles Away/The Truth Is". Całkiem udany jest także finał w postaci zadziornego i zarazem podniosłego "Corrupt". Poza tym jest jeszcze singlowy "Wrong" - dość dziwny, ze zbyt często powtarzanym tytułem, ale z dość ciekawym brzmieniem i zapadającą w pamięć melodią. Słabiej wypadają pozostałe single: tandetny "Peace" oraz wydane razem, przeciętne "Fragile Tension" i "Hole to Feed". Nijako wypada także "Perfect". Mieszane odczucia pozostawia natomiast "Come Back" - w sumie ładny, kojarzący się trochę z albumem "Songs of Faith and Devotion", ale zbyt rozwleczony. Oczywiście nie mogło zabraknąć utworu z wokalem Gore'a - tym razem tylko jednego, niczym zresztą nie różniącego się od śpiewanych przez niego utworów z dwóch poprzednich albumów, równie co one nudnego ("Jezebel"), ani kolejnego niepotrzebnego instrumentala ("Spacewalker").

"Sounds of the Universe" ukazał się także jako limitowany, trzypłytowy boks. Dodatkowe dyski zawierają odrzuty z sesji, remiksy i wersje demo. Z pięciu niewykorzystanych na albumie utworów uwagę zwracają szczególnie dwa: "Light" i "Ghost" - oba bardzo przyjemne i udane melodycznie. Trudno zrozumieć ich brak na podstawowym wydaniu, które zawiera kilka zdecydowanie słabszych kawałków. Z kolei śpiewany przez Gore'a "The Sun and the Moon and the Stars" i instrumentalna miniaturka "Esque" to po prostu kolejne tego typu nagrania, które od czasu "Excitera" stają się coraz bardziej schematyczne i irytujące. Wyłącznie jako ciekawostkę można natomiast potraktować dyskotekowy "Oh Well" - jedyny do tej pory utwór podpisany wspólnie przez Gore'a i Gahana. Nic ciekawego nie wnoszą remiksy, brzmiące jak przypadkowe zlepki dźwięków. Warto za to zwrócić uwagę na nagrania demo, wśród których znalazły się też wczesne wersje utworów z lat 80. i 90. W większości z nich słychać tylko śpiew Gore'a oraz prosty akompaniament syntezatora i automatu perkusyjnego, rzadziej gitary ("I Feel You"). Wyjątek stanowią dwie kompozycje Gahana, w których słychać jego głos na równie ascetycznym podkładzie ("Nothing's Impossible", "Come Back"). Szczególnie ciekawie wypada stricte elektroniczna wersja "Walking in My Shoes".

"Sounds of the Universe" pokazuje nieco lepszą formę kompozytorską Martina Gore'a. Coraz lepszym kompozytorem staje się również Dave Gahan, który poza tym jest tutaj w naprawdę dobrej formie wokalnej. Niestety, znów jest to nierówny materiał, z paroma wpadkami i nudniejszymi momentami (tym razem, na szczęście, nieskupionymi w jednym miejscu). Ciekawe jest za to brzmienie, wykorzystujące możliwości analogowych syntezatorów. 

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Sounds of the Universe" (2009)

1. In Chains; 2. Hole to Feed; 3. Wrong; 4. Fragile Tension; 5. Little Soul; 6. In Sympathy; 7. Peace; 8. Come Back; 9. Spacewalker; 10. Perfect; 11. Miles Away/The Truth Is; 12. Jezebel; 13. Corrupt

Deluxe Edition:
CD2 (Bonus Tracks & Remixes): 1. Light; 2. The Sun and the Moon and the Stars; 3. Ghost; 4. Esque; 5. Oh Well; 6. Corrupt (Efdemin Remix); 7. In Chains (Minilogue's Earth Remix); 8. Little Soul (Thomas Fehlmann Flowing Ambient Mix); 9. Jezebel (SixToes Remix); 10. Perfect (Electronic Periodic's Dark Drone Mix); 11. Wrong (Caspa Remix)
CD3 (Demos): 1. Little 15; 2. Clean; 3. Sweetest Perfection; 4. Walking in My Shoes; 5. I Feel You; 6. Judas; 7. Surrender; 8. Only When I Lose Myself; 9. Nothing's Impossible; 10. Corrupt; 11. Peace; 12. Jezebel; 13. Come Back; 14. In Chains

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Christian Eigner - perkusja (2,4)
Producent: Ben Hillier


26 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Playing the Angel" (2005)



"Playing the Angel" to pierwszy album Depeche Mode, jaki poznawałem na bieżąco. Na przestrzeni lat kilkukrotnie zmieniałem opinię na jego temat, zawsze jednak daleko mi było do zachwytu. Longplay cierpi na podobny problem, co jego wydany cztery lata wcześniej poprzednik, "Exciter" - po obiecującym początku następuje wyraźny spadek poziomu. Trudno tu też o jakiekolwiek zaskoczenia. Jedyną nowością jest przełamanie kompozytorskiego monopolu Martina Gore'a - po raz pierwszy na albumie Depeche Mode znalazły się trzy utwory napisane przez Dave'a Gahana (z pomocą Christiana Eignera i Andrew Phillpotta) - "Suffer Well", "I Want It All" i "Nothing's Impossible". Wokalista najwyraźniej nabrał większej pewności siebie po wydaniu dwa lata wcześniej solowego debiutu "Paper Monsters".

Jak wspomniałem, początek albumu jest naprawdę udany. Pierwszych pięć utworów (z których cztery zostały wydane na singlach) posiada całkiem wyraziste melodie i wprost nawiązuje do najlepszych czasów Depeche Mode. W "A Pain That I'm Used To" pojawia charakterystyczna gitara Gore'a wtopiona w brzmienia elektroniczne, "John the Revelator" przywodzi na myśl dokonania zespołu z końca lat 80., a "The Sinner in Me" (jedyny niesinglowy kawałek w tym gronie) przynosi mroczniejsze, zimne brzmienie elektroniki, kojarzące się z dokonaniami zespołu z połowy wspomnianej dekady. Poza tym mamy tu jeszcze bardziej radosny, chwytliwy "Suffer Well", a także najzgrabniejszy melodycznie "Precious", który jako jedyny utwór zespołu z XXI wieku dołączył na stałe do koncertowej setlisty. EPka z tymi pięcioma utworami byłaby jednym z najmocniejszych wydawnictw w dyskografii zespołu.

Niestety, reszta albumu prezentuje się znacznie mniej ciekawie. Dużo tu smęcenia ("I Want It All" i "The Darkest Star", choć ten pierwszy ma nawet przyjemną melodię) oraz nudy ("Nothing's Impossible", śpiewane przez Gore'a "Macro" i "Damaged People"), a całość znów nie wiadomo po co została wzbogacona nieciekawym, kompletnie nic nie wznoszącym instrumentalem ("Introspectre"). Zaś jedyny żywszy kawałek, "Lilian" (wydany na jednym singlu z "John the Revelator"), znów przywołujący skojarzenia z twórczością zespołu z lat 80., charakteryzuje się wyjątkowo podłym brzmieniem, pełnym zniekształceń i pozbawionym dynamiki. Nie mam pojęcia, czy to celowe działanie, ale jeśli tak, to bardzo głupie. Może z lepszym brzmieniem dałoby się go zaliczyć do lepszych momentów albumu, ale w takiej wersji trudno go w ogóle wysłuchać. Mimo wszystko, jest to i tak najlepszy utwór z drugiej części albumu.

"Playing the Angel" wypada całościowo lepiej od swojego poprzednika - lepsze momenty są naprawdę dobre, a słabsze nie aż tak kiepskie, jak na "Exciter". Wciąż jednak zbyt duża jest różnica między pierwszymi, a drugimi. Być może zespół powinien przerzucić się na wydawanie EPek, bo wyraźnie ma coraz większe problemy z nagraniem równego albumu. Albo przynajmniej więcej pomyśleć nad kolejnością utworów - bo przecież większość starszych albumów też nie jest zbyt równa, ale dzięki lepszemu rozmieszczeniu utworów nie jest to aż tak słyszalne. 

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Playing the Angel" (2005)

1. A Pain That I'm Used To; 2. John the Revelator; 3. Suffer Well; 4. The Sinner in Me; 5. Precious; 6. Macro; 7. I Want It All; 8. Nothing's Impossible; 9. Introspectre; 10. Damaged People; 11. Lilian; 12. The Darkest Star

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal , bass; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, bass
Gościnnie: Christian Eigner - perkusja; Dave McCracken - pianino (12)
Producent: Ben Hillier


25 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Exciter" (2001)



"Exciter" rozpoczyna nowy etap działalności zespołu. Skład zespołu ostatecznie się ustabilizował, muzycy rozwiązali swoje osobiste problemy (Dave Gahan w końcu wyszedł z narkotykowego nałogu) i... spoczęli na laurach, coraz rzadziej wchodząc do studia i coraz rzadziej próbując czymś zaskoczyć. Choć "Exciter" powstawał w znacznie lepszej atmosferze, niż poprzedni w dyskografii "Ultra", efekt jest znacznie mniej ciekawy. Wbrew tytułowi, album w ogóle nie ekscytuje, za to mocno rozczarowuje.

Choć początek tego nie zapowiada. Wręcz przeciwnie, przynosi kilka naprawdę niezłych utworów, jak przebojowy "Dream On" z dużą rolą gitary akustycznej, subtelny, bardzo zgrabny "Shine", lekko bluesowy "The Sweetest Condition", urocza ballada "When the Body Speaks" oparta na brzmieniu gitary i smyczków, czy ostrzejszy, pełen przesterowanej elektroniki "The Dead of Night". Gdyby zespół ograniczył się do tych pięciu utworów, powstałaby całkiem dobra EPka, umilająca czas przed kolejnym pełnym albumem (repertuaru mogłaby dopełnić nagrana w tym samym czasie, udana przeróbka "Dirt" The Stooges, umieszczona na soundtracku "Resident Evil" i stronie B singla "I Feel Loved"). Niestety, "Exciter" trwa dalej, nie przynosząc już praktycznie nic ciekawego. Dominują rozwleczone, smętne ballady w rodzaju "Freelove" (ta przynajmniej broni się w znacznie krótszej wersji singlowej), "I Am You" i "Goodnight Lovers", a także śpiewanych przez Martina Gore'a "Comatose" i "Breathe". Pomiędzy nimi pojawiają się nic niewnoszące instrumentalne przerywniki ("Lovetheme", "Easy Tiger"). Jedyny żywszy kawałek, "I Feel Loved", odpycha chamskim dyskotekowym beatem. Co ciekawe, w tym utworze, a także w "Freelove", wystąpił gościnnie brazylijski perkusista Airto Moreira, najbardziej znany ze współpracy z Milesem Davisem.

Na "Exciter" zwyczajnie wieje nudą. Brakuje dobrych, naprawdę wyrazistych melodii (wydane na singlach "Dream On", "I Feel Loved", "Freelove" i "Goodnight Lovers" wypadają blado na tle wcześniejszych przebojów). Martin Gore nie postarał się tym razem jako kompozytor. Udany początek albumu nie na wiele się zdaje, gdyż męcząca, zbyt anemiczna druga połowa znacznie obniża ogólne wrażenie. Luźniejsza atmosfera podczas pracy zdecydowanie nie służy muzykom - zanadto się rozleniwiają.

Ocena: 5/10



Depeche Mode - "Exciter" (2001)

1. Dream On; 2. Shine; 3. The Sweetest Condition; 4. When the Body Speaks; 5. The Dead of Night; 6. Lovetheme; 7. Freelove; 8. Comatose; 9. I Feel Loved; 10. Breathe; 11. Easy Tiger; 12. I Am You; 13. Goodnight Lovers

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal ; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Ralph H. Farris, Leo Grinhauz, Joyce Hammann, Todd C. Reynolds - instr. smyczkowe (4); Knox Chandler - aranżacja instr. smyczkowych (4); Airto Moreira - instr. perkusyjne (7,9); Christian Eigner - perkusja (12)
Producent: Marc Bell


24 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "The Singles 86-98" (1998)



"The Singles 86-98" to druga kompilacja singli Depeche Mode. Tym razem obejmująca dojrzały okres twórczości zespołu. Był to czas jego niezwykłej passy. Ukazało się wówczas pięć albumów studyjnych, z których każdy okazał się wielkim sukcesem komercyjnym. Moim zdaniem zupełnie zasłużenie, bo to po prostu świetna muzyka pop, zawierająca wszystko, co w takich stylistyce niezbędne. "The Singles 86-98" to całkiem udane podsumowanie tego okresu. Muzycy lub przedstawiciele wytwórni zawsze bardzo trafnie wybierali materiał na single, dzięki czemu zawartość tej składanki trzyma wysoki poziom (choć osobiście nie przepadam za "Condemnation" i "Little 15") i jest całkiem reprezentatywna dla tytułowego okresu. Oczywiście, są utwory, których mi tutaj brakuje, ale to głównie nagrania o mniejszym potencjale komercyjnym, więc całkowicie zrozumiałe było niewydanie ich na singlach.

W sumie trafiło tu dwadzieścia jeden utworów, w znacznej części ułożonych chronologicznie, dzięki czemu można prześledzić rozwój zespołu, od jeszcze stricte synthpopowego grania z "Black Celebration" po prawie rockowe utwory z "Songs of Faith and Devotion" i "Ultra". Zróżnicowanie materiału jest zresztą spore: od łagodnych ballad (śpiewane przez Martina Gore'a "A Question of Lust" i "Home") po ostre, bardziej gitarowe granie (np. "I Feel You", "Barrel of a Gun", "Useless"), od zimnej elektroniki ("Stripped", "World in My Eyes") po ciepły gospel ("Condemnation"), od pogodnych przebojów (np. "A Question of Time", "Strangelove", "Policy of Truth") po zdecydowanie mroczniejsze klimaty ("Stripped", "Behind the Wheel"). Zespół wyrobił sobie jednak rozpoznawalne brzmienie, dzięki czemu całość brzmi naprawdę spójnie. Z chronologicznej kolejności wyłamują się dwa kawałki: "Little 15", który na singlu został wydany tylko we Francji (swoją drogą, powinien zatem znaleźć się tu także "But Not Tonight", wydany na singlu w Stanach), a także koncertowa wersja "Everything Counts" z albumu "101". Oba zamieszczono na samym końcu drugiej płyty, choć ukazały się pomiędzy "Behind the Wheel" i "Stripped".

Pozostaje pytanie, czy ta składanka wnosi cokolwiek nowego do dyskografii Depeche Mode. Niewiele, ale zadbano o to, aby wydawnictwo zainteresowało także fanów posiadających wszystkie regularne albumy z tytułowych lat. Całość została uzupełniona o zupełnie nową kompozycję "Only When I Lose Myself". Ten nastrojowy utwór o niezbyt charakterystycznej melodii nie jest typowym singlem zespołu. Na małej płytce został wydany wraz z dwiema innymi premierowymi kompozycjami: instrumentalnym "Headstar" oraz najbardziej z nich udanym "Surrender", który według mnie byłby znacznie lepszą ozdobą tej kompilacji. Ponadto, wiele utworów pojawia się tu w innych wersjach niż na albumach. Czasem są to zmiany praktycznie niezauważalne (np. nieco skrócony "Personal Jesus"), kiedy indziej wyraźnie inny miks - bardziej dynamiczny, gęściejszy, uwypuklający przebojowy potencjał utworów ("A Question of Time", "Strangelove", "Behind the Wheel", "Useless"). Moim zdaniem różnice wypadają raczej na korzyść singlowych miksów. Największym zaskoczeniem jest jednak "In Your Room (Zephyr mix)", który z wersją albumową łączy jedynie partia wokalna, tutaj wzbogacona zupełnie nowym, bardziej rockowym podkładem. Praktycznie powstał zupełnie nowy utwór.

Równolegle ze składanką ukazała się kaseta VHS "The Videos 86-98", zawierająca teledyski do wszystkich dwudziestu jeden utworów (aczkolwiek oryginalny klip do "Condemnation" został zastąpiony koncertową wersją z filmu "Devotional"), wzbogacone dwoma krótkimi dokumentami. Pierwsze wydanie DVD ukazało się w 2000 roku (powiela materiał z VHS, nie przynosi żadnych dodatków), ale bardziej godna polecenia jest reedycja z 2005 roku. Zawiera ona dodatkowy dysk, a na nim cztery dodatkowe klipy ("But Not Tonight", "Strangelove '88", oryginalną wersję "Condemnation" oraz niesinglowy "One Caress"), a także reklamy albumów "Violator", "Songs of Faith and Devotion" i "Ultra". Niestety, żadna wersja "The Videos 86-98" nie zawiera teledysków do niesinglowych utworów "Halo" i "Clean", dostępnych wyłącznie na kasecie VHS "Strange Too".

"The Singles 86-98" to świetna, choć niedoskonała (bo niewyczerpująca tematu najlepszych utworów zespołu), propozycja dla wszystkich, którym wystarczy w kolekcji tylko jedno wydawnictwo Depeche Mode (najlepiej w komplecie z "The Singles 81-85" - obie składanki zostały wydane razem w boskie "The Singles 81-98"), a zarazem obowiązkowa pozycja dla fanów zespołu ze względu na premierowy utwór oraz alternatywne wersje kilku starszych przebojów.

Ocena: 8/10



Depeche Mode - "The Singles 86-98" (1998)

CD1: 1. Stripped; 2. A Question of Lust; 3. A Question of Time; 4. Strangelove; 5. Never Let Me Down Again; 6. Behind the Wheel; 7. Personal Jesus; 8. Enjoy the Silence; 9. Policy of Truth; 10. World in My Eyes
CD2: 1. I Feel You; 2. Walking in My Shoes; 3. Condemnation (Paris mix); 4. In Your Room (Zephyr mix); 5. Barrel of a Gun; 6. It's No Good; 7. Home; 8. Useless; 9. Only When I Lose Myself; 10. Little 15; 11. Everything Counts (live)

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr, klawiszowe, wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe (CD1: 1-10, CD2: 1-4); perkusja (CD2: 1), gitara basowa (CD2: 2); Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Victor Indrizzo - perkusja (CD2: 5,6); Doug Wimbish - gitara basowa (CD2: 8); Keith LeBlanc - perkusja (CD2: 8); Gota Yashiki - perkusja (CD2: 8); Danny Cummings - instr. perkusyjne (CD2: 8)
Producent: Depeche Mode, Gareth Jones, Daniel Miller, Dave Bascombe, Flood, Tim Simenon


23 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Ultra" (1997)



Album "Ultra" powstawał w najtrudniejszym, najmroczniejszym okresie działalności Depeche Mode. Po wyczerpującej trasie promującej poprzedni longplay, "Songs of Faith and Devotion", zespół nieomal zakończył działalność. Skończyło się na odejściu Alana Wildera, depresji Andy'ego Fletchera i coraz poważniejszym uzależnieniu od narkotyków Dave'a Gahana, które w 1995 roku doprowadziło go do nieudanej próby samobójczej. Cała ta sytuacja odbiła się na charakterze tego albumu, który jest jednym z najmroczniejszych i zdecydowanie najsmutniejszym dziełem Depeche Mode. Ale jednocześnie jednym z najbardziej udanych.

"Ultra" kontynuuje bardziej rockowy kierunek, w jakim zespół zmierzał od blisko dekady. Dużo tutaj brzmień gitarowych i prawdziwej perkusji (gościnnie zagrał tu m.in. Jaki Liebezeit z krautrockowego Can), choć oczywiście nie brakuje elektroniki. Jak zawsze, świetnie wypadają wszystkie single: agresywny "Barrel of a Gun", z ostrą partią gitary wtopioną w brzmienia elektroniczne, ciężką perkusją i przesterowanym głosem Gahana; przebojowy "It's No Good", udanie łączący taneczną warstwę instrumentalną z melancholijnym śpiewem; zgrabna ballada "Home", z gitarową quasi-solówką (zdecydowanie mój ulubiony utwór z wokalem Martina Gore'a); oraz melodyjny "Useless", znów z ostrymi partiami gitary. Reszta albumu to głównie nastrojowe ballady, na czele z bardzo ładną, choć nieco przydługą "The Love Thieves" i niezwykle emocjonalną "Sister of Night" z najbardziej przejmującą partią wokalną Gahana w całej jego twórczości. Nieco w ich tle pozostają dwie pozostałe - śpiewana przez Gore'a "The Bottom Line" i zepsuta pseudo-gospelowym zakończeniem "Insight". Bardzo fajnie wypada natomiast nieco bluesowy, mocno gitarowy "Freestate". Za to zupełnie niepotrzebne i nieciekawe są instrumentalne przerywniki "Uselink", "Jazz Thieves" i ukryty (po "Insight") "Junior Painkiller".

Pomimo trudnej sytuacji, w tym straty ważnego dla brzmienia grupy członka, pozostałym muzykom udało się nagrać naprawdę udany album. Martin Gore był wciąż w naprawdę dobrej formie kompozytorskiej, a Dave Gahan był chyba w swojej szczytowej formie wokalnej - w każdym razie nigdy wcześniej, ani później nie śpiewał tak emocjonalnie. Świetny jest też klimat całości i brzmienie.

Ocena: 8/10



Depeche Mode - "Ultra" (1997)

1. Barrel of a Gun; 2. The Love Thieves; 3. Home; 4. It's No Good; 5. Uselink; 6. Useless; 7. Sister of Night; 8. Jazz Thieves; 9. Freestate; 10. The Bottom Line; 11. Insight

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dave Clayton - instr. klawiszowe, aranżacja instr. smyczkowych (3); Victor Indrizzo - instr. perkusyjne (1,4); Daniel Miller - syntezator (5); Doug Wimbish - bass (6); Keith LeBlanc - perkusja (6); Gota Yashiki - perkusja (6); Danny Cummings - instr. perkusyjne (6,9); Jaki Liebezeit - instr. perkusyjne (10); BJ Cole - gitara hawajska (10)
Producent: Tim Simenon


22 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion" (1993)



Po sukcesie albumu "Violator" grupa zrobiła sobie kilkuletnią przerwę. W tym czasie Dave Gahan wyprowadził się do Stanów, gdzie zapuścił długie włosy, wpadł w narkotykowy nałóg, ale także - co najważniejsze - zafascynował się muzyką rockową, zwłaszcza popularnym wówczas grunge'em. Po ponownym spotkaniu muzyków, zaproponował grupie bardziej rockowy kierunek. Pomysł nie przypadł do gustu Martinowi Gore i Andy'emu Fletcherowi, jednak Gahan zyskał poparcie Alana Wildera. A ponieważ to właśnie on miał największy wpływ na brzmienie i aranżacje utworów, udało się przynajmniej częściowo zrealizować pomysł głównego wokalisty. Wilder postanowił nawet zagrać w kilku utworach na perkusji i gitarze basowej.

Album zatytułowany "Songs of Faith and Devotion" jest jednak bardzo eklektyczny pod względem stylistycznym. Prawdziwie rockowy charakter mają tylko trzy utwory: ciężki "I Feel You", zbudowany na prostym, nieco bluesowym riffie; spokojniejszy "Walking in My Shoes", napędzany pulsującą partią gitary basowej i zawierający coś w rodzaju gitarowej solówki; a także chwytliwy "Mercy in You", oparty na zadziornych gitarowych zagrywkach. We wszystkich tych utworach znacznie ograniczone zostały brzmienia elektroniczne. W takiej stylistyce zespół wypada równie interesująco, a Martin Gore nie zapomniał, jak pisać dobre melodie. "I Feel You" i "Walking in My Shoes" zostały wydane na singlach i odniosły spory sukces (do dziś stanowią obowiązkowe punkty każdego występu grupy), a "Mercy in You" z pewnością też sprawdziłby się w tej roli.

Rockowe wpływy słychać także w dwóch bardziej elektronicznych, mroczniejszych utworach: agresywnym "Rush" i podniosłym "In Your Room", który stanowi swego rodzaju kulminację, najbardziej emocjonalny fragment albumu. Ten drugi utwór został wydany na singlu, ale w zupełnie innej, już nie tak klimatycznej wersji. "Zephyr mix", przygotowany przez Butcha Viga (producenta znanego ze współpracy z Nirvaną), zawiera jedynie partie wokalną oryginału i zupełnie nowy, prosty akompaniament o rockowym charakterze. Co ciekawe, na koncertach zespół wykonuje zwykle wersję singlową (utwór był jednak grany tylko na niektórych trasach).

Z wcześniejszą twórczością Depeche Mode najwięcej wspólnego ma najbardziej elektroniczny "Higher Love" - dość ładny utwór, ale stanowiący niezbyt efektowny finał. Czymś zupełnie nowym są natomiast wpływy muzyki gospel, słyszalne w singlowym "Condemnation" i w "Get Right with Me". Nigdy nie mogłem się przekonać do tych utworów, zaniżają one moim zdaniem poziom całości. Jednak zdecydowanie najsłabiej wypadają tutaj dwa kawałki śpiewane przez Gore'a - przesłodzony, nudny "Judas" i kiczowaty "One Caress". Nie pomagają im, a wręcz irytują, aranżacyjne smaczki (w pierwszym wykorzystano dudy, w drugim instrumenty smyczkowe). Całości dopełnia instrumentalny przerywnik "Interlude #4" (ukryty na jednej ścieżce z "Get Right with Me"), który podczas koncertów był używany jako intro do "I Feel You".

"Songs of Faith and Devotion" jest albumem bardzo niespójnym i nierównym. O ile te bardziej rockowe momenty wypadają naprawdę dobrze i świetnie odświeżają brzmienie zespołu, tak inne eksperymenty pozostawiają niesmak i wprowadzają zbyt wielką różnorodność, która tylko szkodzi całości. 

Ocena: 7/10



Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion" (1993)

1. I Feel You; 2. Walking in My Shoes; 3. Condemnation; 4. Mercy in You; 5. Judas; 6. In Your Room; 7. Get Right with Me; 8. Rush; 9. One Caress; 10. Higher Love

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Alan Wilder - perkusja, bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Stefan Hanningan - dudy (5); Bazil Meade, Hildia Campbell, Samantha Smith - dodatkowy wokal (7); Will Malone - aranżacja instr. smyczkowych (9)
Producent: Depeche Mode i Mark "Flood" Ellis


21 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Violator" (1990)



"Violator" to szczytowe osiągnięcie Depeche Mode. Zarówno pod względem komercyjnym, jak i - artystycznym. Muzycy doprowadzili swój styl i brzmienie do perfekcji (najsłodszej perfekcji, jak sugeruje tytuł jednego z utworów), łącząc mroczną elektronikę z większą niż kiedykolwiek wcześniej rolą tradycyjnych instrumentów. Martin Gore dostarczył natomiast zdecydowanie najlepszy zestaw kompozycji w całej swojej karierze.

Album przyniósł aż cztery ogromnie popularne single, w tym maksymalnie ograne na wszelkie możliwe sposoby "Personal Jesus" i "Enjoy the Silence" (oba z wyjątkowo istotną rolą gitary), a także nieco mniej ograne, lecz nie ustępujące im pod względem przebojowości "Policy of Truth" (jeden z moich największych faworytów w całym dorobku grupy) i "World in My Eyes". Na singlu z pewnością doskonale sprawdziłby się także mocno elektroniczny i znów świetny melodycznie "Halo", ale muzycy porzucili plan wydania go na małej płytce (jedynie w Stanach ukazał się jako promocyjny singiel nieprzeznaczony do sprzedaży).

Jednak "Violator" to nie tylko przeboje. To także bardziej poważne utwory, jak bardzo ładna, klimatyczna ballada "Waiting for the Night", czy kojarzący się z rockiem progresywnym (a zwłaszcza utworem "One of These Days" Pink Floyd) "Clean", w którym oprócz dźwięków gitary (pedal steel w wykonaniu gościa - Nilsa Tuxena), pojawiają się także - pierwszy raz na płycie Depeche Mode - partie gitary basowej i prawdziwej perkusji. Ten ostatni to być może mój ulubiony utwór z całej dyskografii zespołu. Na albumie znalazły się jeszcze dwa utwory ze śpiewem Gore'a - ciekawy "Sweetest Perfection" oraz dość smętna ballada "Blue Dress", która odstaje poziomem od reszty albumu.

Całości dopełniają dwie nieuwzględnione na trackliście instrumentalne miniaturki - "Interlude #2 (Crucified)" schowany po "Enjoy the Silence" (w wersji CD umieszczony na tej samej ścieżce) to dziwaczny przerywnik z partią gitary w wykonaniu Dave'a Gahana, natomiast "Interlude #3", następujący po "Blue Dress" (na tej samej ścieżce w wersji kompaktowej), to po prostu wstęp do "Clean", który mógłby stanowić jego integralną część. Ponieważ album ukazał się w ostatnim roku, gdy dominującym nośnikiem były płyty winylowe, nie zmieściło się na nim kilka udanych kompozycji, na czele z przebojowymi "Dangerous", "Happiest Girl" i "Sea of Sin" (zostały oddelegowane na strony B singli). Dziś jednak trudno wyobrazić sobie ten album w innej formie, a być może te utwory wpłynęłyby negatywnie na jego spójność.

"Violator" to prawdziwe arcydzieło synthpopu. Doskonałe połączenie świetnych melodii z interesującym brzmieniem i szczegółowo dopracowanymi aranżacjami.

Ocena: 9/10



Depeche Mode - "Violator" (1990)

1. World in My Eyes; 2. Sweetest Perfection; 3. Personal Jesus; 4. Halo; 5. Waiting for the Night; 6. Enjoy the Silence; 7. Policy of Truth; 8. Blue Dress; 9. Clean

Skład: Dave Gahan - wokal, gitara ("Interlude #2"); Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe, gitara basowa (9), perkusja (9); Andy Fletcher - instr. klawiszowe, wokoder (6)
Gościnnie: Nils Tuxen - gitara hawajska (9)
Producent: Depeche Mode i Mark "Flood" Ellis

Po prawej: okładka wersji winylowej i niektórych kompaktowych reedycji.


20 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "101" (1989)



"101" to pierwszy koncertowy album Depeche Mode. Znalazł się na nim zapis występu z 18 czerwca 1988 roku w Pasadenie (Kalifornia). Był to ostatni, sto pierwszy (stąd też i nazwa wydawnictwa) koncert w ramach trasy promującej album "Music for the Masses". Był to także największy dotychczasowy występ zespołu w roli headlinera, oglądany przez ponad 65 tysięcy widzów. Nie znaczy to jednak, że zespół cieszył się aż tak wielką popularnością w Stanach - koncert, a właściwie jednodniowy festiwal (na którym wystąpili m.in. także Wire i OMD), został zorganizowany przez rozgłośnię radiową KROQ z okazji jej dziesięciolecia i był bardzo mocno promowany. Za to jego efektem był znaczący wzrost popularności Depeche Mode, czego dowodem jest ogromny sukces wydanego w następnym roku singla "Personal Jesus".

Na repertuar złożyło się dwadzieścia utworów (na winylowej wersji albumu zabrakło miejsca dla trzech z nich: "Sacred", "Nothing" i "A Question of Lust"), głównie z "Music for the Masses" i dwóch poprzednich albumów - "Black Celebration" i "Some Great Reward". Ze starszego dorobku zabrzmiały tylko "Just Can't Get Enough" (kompletnie nie pasujący do reszty repertuaru zarówno pod względem brzmienia, jak i klimatu) i "Everything Counts", który doskonale sprawdza się na żywo, dzięki chwytliwej melodii, którą fani śpiewają jeszcze długo po tym, jak muzycy przestają grać. Na ogół tutejsze wersje nie różnią się specjalnie od studyjnych (z wyjątkiem trochę rozbudowanych "Stripped", "Never Let Me Down Again" i "Everything Counts"), jednak wypadają co najmniej tak samo dobrze (co, przynajmniej w pewnym stopniu, jest zasługą studyjnych poprawek).

Bardzo ciekawy jest za to dobór utworów, który oprócz singlowych przebojów (tych wyżej wspomnianych, ale również "People Are People", "Master and Servant", "Shake the Disease", "A Question of Time", "Strangelove" i "Behind the Wheel"), obejmuje również parę równie dobrych nagrań albumowych (np. "Black Celebration", "The Things You Said"), a nawet jedną stronę B singla ("Pleasure Little Treasure" z singla "Never Let Me Down Again", który za sprawą partii gitary akustycznej brzmi jak pierwowzór "Personal Jesus" - niestety, znacznie mniej udany). Zapewne mało kto będzie zdania, że wybór jest idealny (mnie osobiście brakuje np. "Here Is the House", "Fly on the Windscreen" i "But Not Tonight", a nie tęskniłbym za "Something to Do", "Pleasure Little Treasure" i "Just Can't Get Enough"), trzeba jednak przyznać, że nie brakuje tu żadnego ważnego nagrania z dotychczasowej twórczości zespołu.

"101" jest zatem doskonałym i prawie idealnym podsumowaniem dokonań Depeche Mode do 1988 roku. Jeśli ktoś chciałby mieć tylko jeden album zespołu z tego okresu, to ta koncertówka jest bezsprzecznie najlepszym wyborem (choć warto uzupełnić ją o studyjny "Black Celebration", którego potencjału nie wyczerpuje czteroutworowa reprezentacja na "101"). Dostępny jest także zapis wideo tego występu, niestety okrojony o kilka utworów.

Ocena: 8/10



Depeche Mode - "101" (1989)

LP1: 1. Pimpf; 2. Behind the Wheel; 3. Strangelove; 4. Something to Do; 5. Blasphemous Rumours; 6. Stripped; 7. Somebody; 8. The Things You Said; 9. Black Celebration
LP2: 1. Shake the Disease; 2. Pleasure Little Treasure; 3. People Are People; 4. A Question of Time; 5. Never Let Me Down Again; 6. Master and Servant; 7. Just Can't Get Enough; 8. Everything Counts

CD1: 1. Pimpf; 2. Behind the Wheel; 3. Strangelove; 4. Sacred; 5. Something to Do; 6. Blasphemous Rumours; 7. Stripped; 8. Somebody; 9. The Things You Said
CD2: 1. Black Celebration; 2. Shake the Disease; 3. Nothing; 4. Pleasure Little Treasure; 5. People Are People; 6. A Question of Time; 7. Never Let Me Down Again; 8. A Question of Lust; 9. Master and Servant; 10. Just Can't Get Enough; 11. Everything Counts

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe; Andrew Fletcher - instr. klawiszowe
Producent: Depeche Mode


19 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Music for the Masses" (1987)



"Music for the Masses" to kolejny krok w rozwoju zespołu. Muzycy zaczęli powoli zwracać się w stronę bardziej rockowego brzmienia - w końcu wyraźniej słychać gitarę. Album okazał się następnym wielkim sukcesem komercyjnym. To jednak przede wszystkim zasługa trzech rewelacyjnych singli. "Never Let Me Down Again" stał się prawdziwym hymnem i obowiązkowym punktem każdego występu zespołu. Utwór posiada świetną melodię i bardzo bogate brzmienie, m.in. z wspamplowanymi dźwiękami orkiestry. Sam główny motyw składa się z pomysłowo przeplatających się partii gitary, pianina i elektroniki. Nie gorzej wypadają dwa pozostałe single: niesamowicie chwytliwy "Strangelove", z kolejnym świetnym motywem, oraz łączący dobrą melodię z mroczniejszym klimatem "Behind the Wheel".

We Francji na singlu ukazał się także "Little 15" - ballada z niezłą melodią i partią wokalną Dave'a Gahana, ale też z nieco kiczowatym akompaniamentem wspamplowanych smyczków. Dużo ciekawszym utworem jest śpiewany przez Martina Gore'a "The Things You Said" - świetny melodycznie, dość nastrojowy, z interesującym brzmieniem elektroniki. Reszta albumu niestety wypada dużo słabiej. "Sacred" i "Nothing" brzmieniowo są bliższe wcześniejszej twórczości zespołu, niestety pod względem melodycznym nie prezentują się najlepiej. Jeszcze bardziej nijakie są "I Want You Now" i "To Have and to Hold", a instrumentalny "Pimpf" sprawdziłby się pewnie na ścieżce dźwiękowej jakiegoś horroru, ale na albumie popowym średnio pasuje, a umieszczenie go na finał było wyjątkowo kiepskim pomysłem.

"Music for the Masses" to bardzo nierówny album, zawierający jedne z najlepszych utworów z całej dyskografii zespołu, ale też sporo zdecydowanie mniej udanego materiału.

Ocena: 7/10



Depeche Mode - "Music for the Masses" (1987)

1. Never Let Me Down Again; 2. The Things You Said; 3. Strangelove; 4. Sacred; 5. Little 15; 6. Behind the Wheel; 7. I Want You Now; 8. To Have and to Hold; 9. Nothing; 10. Pimpf

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, sampler, wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - sampler
Producent: Depeche Mode i David Bascombe


18 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Black Celebration" (1986)



"Black Celebration" to początek nowego etapu działalności Depeche Mode. Może jeszcze nie ten całkiem dojrzały, ale słychać tu potężny skok jakościowy w porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami. Muzycy dopracowali do perfekcji swój dotychczasowy styl, całkowicie rezygnując z prostych klawiszowych melodyjek i infantylnego brzmienia, na rzecz kompozytorskiej dojrzałości i mrocznego klimatu. "Black Celebration" to album bardzo dopracowany, pełen ciekawie pomyślanych aranżacyjnych smaczków. I zarazem bardzo przemyślany, spójny, co dodatkowo podkreślone zostało przez płynne przejścia między poszczególnymi utworami.

Zmiany słychać przede wszystkim na przykładzie trzech utworów wybranych do promocji albumu na singlach. W "Stripped" zwraca uwagę świetna, choć nieco smutna melodia, fajny klimat i pomysłowa aranżacja. A także napędzający utwór motoryczny motyw będący wsamplowanym odgłosem pracującego silnika. Mocne melodie charakteryzują także ładną balladę "A Question of Lust" i energetyczny "A Question of Time", oparty na bardzo nośnym motywie o wręcz riffowym charakterze (aczkolwiek w wersji albumowej nie jest on tak mocno wyeksponowany, jak w singlowej). Nieco bliższe wcześniejszej twórczości zespołu są takie utwory, jak "New Dress" - dość dziwny i w sumie najmniej udany na tym longplayu - czy świetne pod względem melodycznym "Black Celebration", uroczy "Here Is the House", a także "Fly on the Windscreen". Ten ostatni już rok wcześniej został wydany na stronie B singla "It's Called a Heart", jednak muzycy na szczęście zrozumieli, że nie powinni marnować w ten sposób tak świetnego utworu. Na album trafił jednak w słabszej, zremiksowanej wersji.

Dużą część albumu wypełniają dość minorowe i klimatyczne ballady, w większości śpiewane przez Martina Gore'a (oparta głównie na akustycznym pianinie, przypominająca lekko twórczość Queen "Sometimes", niepotrzebnie udziwniona "It Doesn't Matter Two", a także całkiem zgrabna "World Full of Nothing"), choć w walczykowatym "Dressed in Black" Dave Gahan pokazał, że on także potrafi odnaleźć się w tego rodzaju kompozycji. Od czasu pierwszych albumów zespołu jego głos nabrał większej głębi i ciekawej barwy, a umiejętności znacznie wzrosły - co zresztą udowodnił już rok wcześniej na rewelacyjnym singlu "Shake the Disease". Natomiast partie Gore'a ciekawie urozmaicają warstwę wokalną (nie tylko tego) albumu. Zresztą wystarczy posłuchać "Here Is the House" - w którym Gahan i Gore dzielą się tekstem - żeby nie mieć wątpliwości, że obecność dwóch wokalistów jest mocnym atutem zespołu.

W Stanach album został wzbogacony o utwór "But Not Tonight" - może trochę niepasujący do reszty, ze względu na bardziej pogodny nastrój, ale naprawdę fajny i chwytliwy. Oryginalnie został umieszczony na stronie B singla "Stripped", ale Amerykanom spodobał się tak bardzo, że wydali dodatkowy singiel z "But Not Tonight" na stronie A (i "Stripped" na stronie B), a nawet nakręcili do niego teledysk. Pojawił się też na ścieżce dźwiękowej komedii "Dzisiejsze dziewczyny" w reżyserii Jerry'ego Kramera (z Michaelem Caine'em w jednej z ról). Muzycy nie mogli tego pojąć, dla nich była to tylko szybko nagrana piosenka niezasługująca na nic więcej, niż strona B singla. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz nie mieli racji w tej kwestii. Co sami przyznali, umieszczając na tym albumie "Fly on the Windscreen".

"Black Celebration" to bez wątpienia jeden z najlepszych albumów Depeche Mode i w ogóle całego synthpopu. Niepozbawiony wad, trochę nierówny, ale nadrabiający klimatem, świetnymi melodiami i pomysłowymi aranżacjami. 

Ocena: 8/10



Depeche Mode - "Black Celebration" (1986)

1. Black Celebration; 2. Fly on the Windscreen (Final); 3. A Question of Lust; 4. Sometimes; 5. It Doesn't Matter Two; 6. A Question of Time; 7. Here Is the House; 8. Stripped; 9. World Full of Nothing; 10. Dressed in Black; 11. New Dress

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - wokal, instr. klawiszowe, gitara, sampler; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, sampler
Producent: Depeche Mode, Daniel Miller i Gareth Jones


17 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "The Singles 81-85" (1985)



Bardzo wcześnie - bo zaledwie po czterech latach od płytowego debiutu i czterech wydanych albumach - grupa Depeche Mode dorobiła się albumu kompilacyjnego zbierającego nagrania singlowe. Przez ten czas zdążyło się ich jednak trochę zebrać, a część z nich - na czele z "Just Can't Get Enough", "Everything Counts" i "People Are People" - była całkiem sporymi przebojami. Na "The Singles 81-85" znalazło się trzynaście utworów, co oznacza, że zabrakło miejsca dla dwóch singlowych nagrań. Z powodu ograniczeń czasowych płyt winylowych pominięto "The Meaning of Love" (na szczęście) i "Somebody" (niestety).

Jednak o wartości składanki stanowią przede wszystkim cztery kawałki niepowtarzające się na żadnym regularnym albumie. "Dreaming of Me" z debiutanckiego singla to bardzo naiwna, ale mająca swój urok piosenka. "Get the Balance Right!" z okresu "Construction Time Again", choć pod względem melodycznym również jest dość naiwny, to charakteryzuje się już bardziej pomysłową aranżacją, przypominającą, jak wiele do zespołu wniósł Alan Wilder. Całości dopełniły dwa zupełnie świeże nagrania z 1985 roku: fantastyczny "Shake the Disease" z jedną z najlepszych melodii w historii zespołu i pomysłową aranżacją, a także zupełnie przeciętny, wręcz nieco chaotyczny "It's Called a Heart".

W Stanach już rok wcześniej, po wielkim sukcesie singla "People Are People", wydano właśnie tak zatytułowaną kompilację, będącą w sumie bardzo przypadkowym zbiorem nagrań singlowych (w tym także ze stron B) i albumowych. W związku z tym, "The Singles 81-85" na tamtejszym rynku ukazał się w nieco zmienionej formie. Przede wszystkim przemianowano go na "Catching Up with Depeche Mode" i zrezygnowano z utworów umieszczonych już na "People Are People" (tytułowy, "Love, in Itself", "Get The Balance Right!", "Leave In Silence", "Everything Counts"). Zamiast tego dorzucono wspomniane "The Meaning of Love" i "Somebody", a także strony B singli "Shake the Disease" i "It's Called a Heart", czyli odpowiednio: nieciekawy, przekombinowany "Flexible" i bardzo fajny, chwytliwy "Fly on the Windscreen" (który zdecydowanie bardziej pasowałby na stronę A).

Równolegle ukazała się kaseta VHS "Some Great Videos", zawierająca teledyski do dziewięciu utworów (pominięto m.in. żenujące klipy "The Meaning of Love" i "See You") oraz koncertową rejestrację utworu "Photographic". Wydawnictwo nie zostało nigdy wznowione na DVD. Niektóre fragmenty ("Just Can't Get Enough", "Everything Counts", "People Are People", "Master and Servant" i "Shake the Disease") można znaleźć na DVD "The Best of Videos, Volume I" z 2007 roku. Pozostałe klipy z tego okresu nie zostały dotąd oficjalnie wydane na cyfrowym nośniku.

Skoro mowa o cyfrowych nośnikach, pierwsze kompaktowe wznowienia "The Singles 81-85" zawierają piętnaście utworów, czyli wszystkie single z tego okresu. Z kolei reedycja z 1998 roku  przynosi nie tylko nową oprawę graficzną (dopasowaną do wydanej równolegle, zupełnie nowej kompilacji "The Singles 86-98"), ale także dwa bonusowe nagrania: wczesną wersję utworu "Photographic" (z wydanej w 1981 roku kompilacji różnych wykonawców "Some Bizzare Album") i dłuższą wersję "Just Can't Get Enough" (tzw. "Schizo mix", przygotowany na potrzeby 12-calowej wersji singla).

"The Singles 81-85" to cenna pozycja zarówno dla osób, które chcą mieć tylko jedno wydawnictwo Depeche Mode z tego okresu, jak i dla tych, którzy chcą uzupełnić kolekcję o niealbumowe przeboje. Dzięki chronologicznej kolejności można prześledzić, jak w tym krótkim okresie rozwijał się styl i umiejętności zespołu. Niestety, sama muzyka prezentuje dość zróżnicowany poziom i obok naprawdę dobrych nagrań (na czele z "Shake the Disease", "Blasphemous Rumours", "Somebody" i "Everything Counts"), zdarzają się także po prostu infantylne piosenki (jak "New Life", "See You" czy "The Meaning of Love").

Ocena: 6/10



Okładka reedycji z 1998 roku.
Depeche Mode - "The Singles 81-85" (1985)

1. Dreaming of Me*; 2. New Life*; 3. Just Can't Get Enough*; 4. See You**; 5. Leave in Silence**; 6. Get the Balance Right!; 7. Everything Counts; 8. Love, in Itself; 9. People Are People; 10. Master and Servant; 11. Blasphemous Rumours; 12. Shake the Disease; 13. It's Called a Heart

Depeche Mode - "Catching Up with Depeche Mode" (1985)

1. Dreaming of Me*; 2. New Life*; 3. Just Can't Get Enough*; 4. See You**; 5. The Meaning of Love**; 6. Love, in Itself; 7. Master and Servant; 8. Blasphemous Rumours; 9. Somebody; 10. Shake the Disease; 11. Flexible; 12. It's Called a Heart; 13. Fly on the Windscreen

Depeche Mode - "Some Great Videos" (1985)

1. Just Can't Get Enough*; 2. Everything Counts; 3. Love, in Itself; 4. People Are People; 5. Master and Servant; 6. Blasphemous Rumours; 7. Somebody; 8. Shake the Disease; 9. It's Called a Heart; 10. Photographic (live)

Depeche Mode - "The Singles 81-85" (1998)

1. Dreaming of Me*; 2. New Life*; 3. Just Can't Get Enough*; 4. See You**; 5. The Meaning of Love**; 6. Leave in Silence**; 7. Get the Balance Right!; 8. Everything Counts; 9. Love, in Itself; 10. People Are People; 11. Master and Servant; 12. Blasphemous Rumours; 13. Somebody; 14. Shake the Disease; 15. It's Called a Heart; 16. Photographic (Some Bizzare version)*; 17. Just Can't Get Enough (Schizo mix)*

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe, sampler, gitara, wokal, dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, sampler; Vince Clarke - instr. klawiszowe (tylko *); Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler (oprócz * i **)
Producent: Depeche Mode, Daniel Miller i Gareth Jones


16 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Some Great Reward" (1984)



"Some Great Reward" to kolejny krok w rozwoju Depeche Mode. Zespół właściwie kontynuuje tutaj stylistykę "Construction Time Again", dodając niewiele nowych elementów. Ale w końcu zaprezentował album, którego można w całości słuchać z równą przyjemnością. Martin Gore - autor ośmiu z dziewięciu utworów - w końcu nauczył się tworzyć naprawdę chwytliwe (choć wciąż nieco banalne) melodie. Potwierdzają to single. "People Are People" nie tylko przebił sukces wszystkich dotychczasowych singli na brytyjskiej liście, ale także był pierwszym notowanym utworem zespołu w Stanach. Niewiele gorzej poradził sobie kolejny singiel, "Master and Servant". Zresztą niesinglowe kawałki nie wypadają pod względem przebojowości słabiej, żeby wspomnieć tylko o "Something to Do" i "Stories of Old". Ten drugi wyróżnia się najlepszą do tamtej pory partią wokalną Dave'a Gahana.

Ale najważniejsze utwory, to te z trzeciego singla (był to tzw. singiel "AA", czyli zawierający dwa tak samo ważne utwory). "Blasphemous Rumours" w ciekawy sposób łączy pogodny refren, utrzymany w charakterystycznym dla wczesnego Depeche Mode stylu, z mroczniejszymi zwrotkami, które są już bardzo wyraźną zapowiedzią dojrzałego stylu grupy. Z kolei "Somebody" to subtelna ballada, w której partii wokalnej Gore'a towarzyszy jedynie akompaniament akustycznego pianina - po raz pierwszy zespół nagrał coś tak naturalnego i surowego, a wyszło naprawdę dobrze. Na albumie znalazła się jeszcze jedna ballada śpiewana przez Martina, "It Doesn't Matter", niestety, nieco mniej udana. Ponadto trafił tu także klimatyczny, oparty na bardzo zimnym brzmieniu syntezatorów "Lie to Me", a także kompozycja Alana Wildera "If You Want", która po obiecującym początku staje się nieco chaotyczna. W sumie nie dziwi, że to jego ostatni utwór, jaki znalazł się na albumie zespołu.

Na "Some Great Reward" twórczość zespołu wciąż jest nieco naiwna i banalna, ale w porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami słychać spory postęp (zwłaszcza w kwestii kompozytorskiej). Powoli krystalizował się już ten właściwy, dojrzały styl Depeche Mode. W sumie przyjemy to longplay i wyjątkowo znośny, jak na synthpopową stylistykę.

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Some Great Reward" (1984)

1. Something to Do; 2. Lie to Me; 3. People Are People; 4. It Doesn't Matter; 5. Stories of Old; 6. Somebody; 7. Master and Servant; 8. If You Want; 9. Blasphemous Rumours

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe sampler, gitara, wokal (4,6), dodatkowy wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - sampler
Producent: Daniel Miller, Depeche Mode i Gareth Jones


15 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Construction Time Again" (1983)



Depeche Mode to jedna z moich pierwszych muzycznych fascynacji. Był to jeden z pierwszych zespołów, jakich świadomie słuchałem i jedyny z nich, do jakiego wciąż zdarza mi się wracać. Nigdy jednak nie byłem w stanie przekonać się do jego wczesnych dokonań. Debiutancki "Speak & Spell" z 1981 roku to jeden z najbardziej infantylnych i naiwnych albumów, jakie słyszałem. Niewiele lepiej pod tym względem jest na jego następcy, wydanym rok później "A Broken Frame". Drugi album jest jednak przede wszystkim niezbyt udaną próbą udowodnienia, że zespół jest w stanie kontynuować działalność bez swojego dotychczasowego lidera i głównego kompozytora, Vince'a Clarke'a, który odszedł wkrótce po wydaniu debiutu. Stawiający pierwsze kroki jako kompozytor Martin Gore niespecjalnie podołał zadaniu, a żadnego wsparcia nie otrzymał od pozostałych dwóch członków - Dave'a Gahana (wówczas śpiewającego jeszcze dość dziecinnym głosem) i Andy'ego Fletchera (oficjalnie klawiszowca, który w sumie nigdy nie potrafił na niczym grać).

Jednak na trzecim albumie, "Construction Time Again", zespół ponownie stał się kwartetem. Dołączenie Alana Wildera było najlepszym, co mogło spotkać grupę. W przeciwieństwie do pozostałych muzyków, całkiem dobrze radził sobie z grą na klawiszach, a ponadto wniósł wiele jako aranżer. To dzięki niemu brzmienie stało się bogatsze, niż na wcześniejszych albumach, na których cały akompaniament stanowią proste melodyjki grane na syntezatorze i automat perkusyjny. Wilder przekonał pozostałych muzyków, aby elektroniczne brzmienia wzbogacić także tradycyjnymi instrumentami - stąd dźwięki oboju i melodyki w "Everything Counts", oraz gitary i pianina w "Love, in Itself". Z kolei Gore, po zobaczeniu koncertu Einstürzende Neubauten, postanowił wzbogacić brzmienie o samplowane efekty. Rezultat słychać zwłaszcza w "Pipeline", którego podkład składa się wyłącznie z industrialnych uderzeń w metalowe przedmioty i innych samplowanych, a potem odpowiednio przetworzonych dźwięków. To jeden z najbardziej intrygujących utworów w całym dorobku zespołu.

Niestety, pod względem kompozytorskim wielkiego postępu nie ma. Utwory wciąż są banalne i pozbawione dobrych melodii. Z jednym wyjątkiem. Wspomniany "Everything Counts" to pierwszy przebłysk kompozytorskiego talentu Martina Gore'a, wyróżniający się całkiem zgrabną melodią w zwrotkach i jednym z najbardziej chwytliwych refrenów w całym dorobku zespołu. Nic dziwnego, że wciąż należy do stałych punktów koncertowej setlisty (jako jedyna kompozycja z tego albumu). Wraz z "Pipeline" jest to najlepszy fragment całości. Jeszcze tylko "Love, in Itself" wybija się ponad średnią (choć sporo mu brakuje zarówno do przebojowości "Everything Counts", jak i do klimatu "Pipeline"), ale wszystkie pozostałe kawałki odpychają swoją nijakością i nieporadnością. Nie przypadkiem to właśnie "Everything Counts" i "Love, in Itself" promowały album na singlach (oba odniosły umiarkowany sukces w Wielkiej Brytanii i kilku innych europejskich krajach).

"Construction Time Again" to album przejściowy, zapowiadający już przyszłe, dojrzalsze wcielenie Depeche Mode, ale sam w sobie nie będący zbyt udanym wydawnictwem. Choć przebłyski są.

Ocena: 5/10



Depeche Mode - "Construction Time Again" (1983)

1. Love, in Itself; 2. More Than a Party; 3. Pipeline; 4. Everything Counts; 5. Two Minute Warning; 6. Shame; 7. The Landscape Is Changing; 8. Told You So; 9. And Then...

Skład: Dave Gahan - wokal (oprócz 3), sample; Martin Gore - instr. klawiszowe, sample, gitara, melodyka (4), wokal (3,4), dodatkowy wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sample, programowanie, obój (4), dodatkowy wokal; Andy Fletcher - sample, dodatkowy wokal
Producent: Depeche Mode i Daniel Miller


13 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Tyranny of Souls" (2005)



"Tyranny of Souls" to jedyny - przynajmniej na obecną chwilę - solowy album Bruce'a Dickinsona nagrany i wydany po jego powrocie do Iron Maiden. I zarazem najbliższy twórczości jego głównego zespołu. Takie utwory, jak "Abduction", "Soul Intruders" czy "Power of the Sun", spokojnie mogłyby trafić do repertuaru Żelaznej Dziewicy i nie wymagałyby nawet żadnych zmian. Wiele pozostałych nagrań również nie odchodzi daleko od tego stylu. Co najwyżej pojawiają się w nich nietypowe dla zespołu Steve'a Harrisa brzmienia elektroniczne ("Kill Devil Hill", "River of No Return", "Believil"). Czymś zupełnie innym jest jedynie częściowo akustyczny "Navigate the Seas of the Sun", z ładną, zupełnie niemaidenową melodią i wyjątkowo subtelnym śpiewem Dickinsona. To za mało, żeby uzasadnić sens wydania takiego albumu - wokalista mógł zachować swoje pomysły na kolejne wydawnictwo Iron Maiden. Inna sprawa, że poza "Navigate...", ewentualnie jeszcze "Abduction" i "Kill Devil Hill", jest to mocno przeciętny materiał, całkiem pozbawiony świeżości. Choć poza tandetnie popowym refrenem "Devil on a Hog" nie ma tutaj szczególnie irytujących momentów. Tylko po co w ogóle ten album powstał?

Ocena: 5/10



Bruce Dickinson - "Tyranny of Souls" (2005)

1. Mars Within (Intro); 2. Abduction; 3. Soul Intruders; 4. Kill Devil Hill; 5. Navigate the Seas of the Sun; 6. River of No Return; 7. Power of the Sun; 8. Devil on a Hog; 9. Believil; 10. A Tyranny of Souls

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Roy Z - gitara, bass (7,9); David Moreno - perkusja; Ray Burke - bass (1,4-6,8,10); Juan Perez - bass (2,3); Maestro Mistheria - instr. klawiszowe
Producent: Roy Z


12 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "The Chemical Wedding" (1998)



"The Chemical Wedding" to album koncepcyjny poświęcony Williamowi Blake'owi, żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku angielskiemu poecie, malarzowi i mistykowi. Nawiązania do jego twórczości pojawiają się w tekstach, dodatkowo pojawiają się tutaj recytacje jego poematów (w wykonaniu jednego z idoli Dickinsona - Arthura Browna), a na okładce wykorzystano obraz Blake'a zatytułowany "The Ghost of a Flea". Towarzyszy temu odpowiednia oprawa muzyczna - utwory często mają wręcz progresywny rozmach (np. "Book of Thel", "The Alchemist"), czasem wzbogacają je nawiązania do muzyki dawnej (np. w dwóch najlepszych utworach - agresywnym "Killing Floor" i bardziej stonowanym "Jerusalem"). Całość utrzymana jest w dość mrocznym klimacie, a brzmienie jest naprawdę ciężkie.

"The Chemical Wedding" o najbardziej udany i dojrzały solowy album Bruce'a Dickinsona. Niestety, nie brakuje też słabszych momentów, jak zbyt toporny i rażący sztampowym refrenem "Trumpets of Jericho", zepsuta słabym refrenem ballada "Gates of Urizen", czy ewidentnie stworzony z myślą o przebojowym singlu "The Tower", który nie pasuje do reszty albumu. Ogólnie jednak wokaliście udało się stworzyć materiał, który z jednej strony zadowolił fanów oczekujących od niego grania heavy metalu, a z drugiej - udało się to zrobić bez popadania w charakterystyczne dla tego stylu sztampę i infantylizm (z kilkoma wyjątkami), pokazując się od bardziej ambitnej strony. Zdecydowanie jeden z najlepszych metalowych albumów lat 90.

Ocena: 7/10



Bruce Dickinson - "The Chemical Wedding" (1998)

1. King in Crimson; 2. Chemical Wedding; 3. The Tower; 4. Killing Floor; 5. Book of Thel; 6. Gates of Urizen; 7. Jerusalem; 8. Trumpets of Jericho; 9. Machine Men; 10. The Alchemist

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Roy Z - gitara; Adrian Smith - gitara; Eddie Casillas - bass; David Ingraham - perkusja
Gościnnie: Greg Schultz - instr. klawiszowe  (4); Arthur Brown - recytacje (5,7,13)
Producent: Roy Z


11 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Accident of Birth" (1997)



Po fatalnym przyjęciu przez krytykę i fanów albumu "Skunkworks", Dickinson zrozumiał, że nikogo nie obchodzą jego stylistyczne poszukiwania. Publiczność oczekiwała powrotu do metalowego grania. I na swoim kolejnym solowym albumie, "Accident of Birth", wokalista postanowił spełnić te oczekiwania. Ponownie nawiązał współpracę z muzykami, z którymi nagrał "Balls to Picasso", ale przede wszystkim zaprosił na sesję innego byłego członka Iron Maiden - Adriana Smitha. Przygotowanie okładki powierzył natomiast Derekowi Riggsowi, który również parę lat wcześniej zakończył wieloletnią współpracę z Ironami. Zdecydowanie był to ukłon w stronę dawnych fanów. Steve Harris powiedział o tym albumie nawet: To najlepszy hołd dla Iron Maiden, jaki słyszałem.

W rzeczywistości niewiele tutaj typowo maidenowych utworów. Oczywiście, wokal Dickinsona w połączeniu z bardziej (niż na wcześniejszych jego wydawnictwach) metalowym brzmieniem, wywołuje takie, a nie inne skojarzenia. Ale pod względem instrumentalnym chyba tylko przebojowe "Road to Hell" (z charakterystycznymi unisonami gitar) i "The Magican" (z niemniej charakterystyczną galopadą i rycerskimi zaśpiewami), mogłyby znaleźć się na którymś z albumów Żelaznej Dziewicy. No, może jeszcze "Darkside of Aquarius", ale to już raczej na jakimś z wydawnictw nagranych po powrocie Dickinsona i Smitha do składu. Reszta albumu to utwory o bardziej nowoczesnym brzmieniu i charakterze (np. "Freak", "Starchildren", "Welcome to the Pit") i zupełnie niemaidenowe ballady (np. fortepianowa "Man of Sorrows", albo oparta na akompaniamencie gitary akustycznej i smyczków "Arc of Space").

"Accident of Birth" to całkiem niezły album. Czasem mogą irytować wyższe partie Dickinsona, ale pod względem muzycznym jest całkiem solidnie i nawet niezbyt, jak na ten styl, sztampowo. Choć szkoda, że brakuje tu choćby jednego naprawdę mocnego kawałka, który sprawiałby, że chciałbym wracać do tego albumu. Najbliżej do tego "The Ghost of Cain" (z fajną solówką graną techniką slide i zaskakująco dobrym perkusyjnym przejściem), który niestety nie znalazł się na oryginalnym europejskim wydaniu.

Ocena: 6/10



Bruce Dickinson - "Accident of Birth" (1997)

1. Freak; 2. Toltec 7 Arrival; 3. Starchildren; 4. Taking the Queen; 5. Darkside of Aquarius; 6. Road to Hell; 7. Man of Sorrows; 8. Accident of Birth; 9. The Magician; 10. Welcome to the Pit; 11. Omega; 12. Arc of Space

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Roy Z - gitara; Adrian Smith - gitara; Eddie Casillas - bass; David Ingraham - perkusja
Gościnnie: Silvia Tsai - skrzypce (4,7,12); Rebecca Yeh - wiolonczela (4,7,12); Richard Baker - pianino (7)
Producent: Roy Z


10 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Skunkworks" (1996)



Bruce Dickinson w połowie lat 90. postanowił całkowicie zmienić swój wizerunek. Zaczął od skrócenia włosów, a następnie zebrał zupełnie nowy zespół, z którym zdecydowanie odszedł od dotychczasowej stylistyki. Można się tego było spodziewać już po samej okładce "Skunkworks", przygotowanej przez stałego współpracownika Pink Floyd, Storma Thorgersona. To jednak niewłaściwy trop. Ale już nazwisko producenta - Jacka Endiono, znanego ze współpracy m.in. z Nirvaną, Soundgarden, Screaming Trees i Afghan Whigs - jest bardzo dobrą wskazówką. "Skunkworks" to album wyraźnie inspirowany rockiem tzw. alternatywnym i grungem. Gdyby jeszcze trochę złagodzić brzmienie, można by go nawet umieścić w przegródce z napisem indie rock. Jednak jak na taką stylistykę, zdecydowanie za mało tu dobrych melodii. Autentycznie chwytliwe są tylko trzy kawałki: "Space Race", "Inertia" i "Inside the Machine", ewentualnie jeszcze "Solar Confinement". Cała reszta jest boleśnie nijaka, bardzo kanciasta (za przykład niech posłużą np. kompletnie pozbawiona polotu ballada "Dreamstate" lub toporny "Headswitch"). Pomysł na zmianę muzycznego kierunku sam w sobie nie był zły, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Ocena: 4/10



Bruce Dickinson - "Skunkworks" (1996)

1. Space Race; 2. Back from the Edge; 3. Inertia; 4. Faith; 5. Solar Confinement; 6. Dreamstate; 7. I Will Not Accept the Truth; 8. Inside the Machine; 9. Headswitch; 10. Meltdown; 11. Octavia; 12. Innerspace; 13. Strange Death in Paradise

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Alex Dickson - gitara; Chris Dale - bass; Alessandro Elena - perkusja
Producent: Jack Endino

Po prawej: okładka reedycji z 2005 roku.



9 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Balls to Picasso" (1994)



Po rozstaniu z Iron Maiden, Bruce Dickinson na poważnie zajął się karierą solową. Zebrał nowy skład, złożony z instrumentalistów zespołu Tribe of Gypsies, po czym rozpoczął pracę nad nowym materiałem. Tym razem postanowił podejść do tego bardziej ambitnie, niż gdy nagrywał "Tattoed Millionaire". Podczas pierwszych sesji eksperymentował z innymi stylami, jak funk, czy z brzmieniami elektronicznymi (efekty można znaleźć wśród licznych bonusów na reedycji "Balls to Picasso" z 2005 roku). Ostatecznie jednak zdecydował się na bardziej typową dla siebie stylistykę, na pograniczu ciężkiego rocka i metalu. Jednak poza charakterystycznym wokalem trudno tu o skojarzenia z Iron Maiden. "Balls to Picasso" to bardziej nowoczesne granie, na miarę lat 90.

Umiarkowanym przebojem (okolice 30. miejsca na brytyjskim i amerykańskim notowaniu) okazał się pochodzący z tego albumu utwór "Tears of a Dragon" - klasyczna ballada rockowa ze zgrabną melodią, obowiązkowymi zaostrzeniami i... wstawką w rytmie reggae. Bardziej reprezentatywne dla całości są jednak takie utwory, jak "Cyclops", "Laughing in the Hiding Bush" czy "Fire", w których ciężkie, rockowe brzmienie uzupełniają egzotyczne perkusjonalia, dodające ciekawego, nieco plemiennego klimatu. O ile jednak te nagrania wypadają całkiem udanie i wrażenia nie psuje nawet dickinsonowskie zawodzenie, tak reszta materiału jest znacznie słabsza. "Hell No", "Gods of War" i "1000 Points of Light" są po prostu nijakie, co dałoby się jeszcze znieść, gdyby były rozdzielone lepszymi kawałkami, ale następują tuż po sobie, prawie na samym początku albumu, co bardzo zniechęca do dalszego słuchania. Ballada "Change of Heart" wydaje się natomiast zbyt wysilona. Najgorzej wypadają jednak niby żartobliwe, ale wcale nie śmieszne "Shoot All the Clowns" i "Sacred Cowboys", w których pojawiają się kuriozalne partie wokalne, ocierające się o rap.

Co ciekawe, album początkowo miał nosić tytuł "Laughing in the Hiding Bush", a oryginalny projekt okładki przygotował znany ze współpracy z Pink Floyd grafik Storm Thorgerson - została później wykorzystana na albumie "Stomp 442" grupy Anthrax.

"Balls to Picasso" pokazuje, że Dickinson bardzo chciał się odciąć od stylistyki z jaką najbardziej jest kojarzony, ale mimo ciekawych pomysłów nie był w stanie zdecydować w jakim pójść kierunku. Album w rezultacie jest dość nieprzemyślany. A same kompozycje też prezentują różny poziom pod względem jakości. Momentami jest całkiem dobrze, ale przez większość czasu zwyczajnie słabo.

Ocena: 5/10



Bruce Dickinson - "Balls to Picasso" (1994)

1. Cyclops; 2. Hell No; 3. Gods of War; 4. 1000 Points of Light; 5. Laughing in the Hiding Bush; 6. Change of Heart; 7. Shoot All the Clowns; 8. Fire; 9. Sacred Cowboys; 10. Tears of the Dragon

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Roy Z - gitara; Eddie Casillas - bass; David Ingraham - perkusja; Doug Van Booven - instr. perkusyjne
Gościnnie: Mario Aguilar - instr. perkusyjne (7); Dickie Fliszar - perkusja (10)
Producent: Shay Baby


8 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)



Pod koniec lat 80. Bruce Dickinson otrzymał propozycję nagrania utworu na ścieżkę dźwiękową piątej części "Koszmaru z ulicy Wiązów". Wokalista zebrał skład (m.in. z gitarzystą Janickiem Gersem, który wkrótce potem zajął miejsce Adriana Smitha w Iron Maiden) i zarejestrował z nim własną kompozycję "Bring Your Daughter... to the Slaughter". Nagranie tak bardzo spodobało się przedstawicielom wytwórni, że zaproponowali Bruce'owi zarejestrowanie całego albumu.Tak doszło do powstania jego pierwszego solowego longplaya - "Tattooed Millionaire". "Bring Your Daughter..." nie został na nim powtórzony, gdyż Steve Harris przekonał Dickinsona, aby umieścić go - w nowej wersji - na następnym albumie Iron Maiden. I tak też się stało - kawałek trafił na "No Prayer for the Dying" (pierwszy album zespołu z Gersem) i promujący go singiel (który stał się największym singlowym przebojem Iron Maiden).

"Tattooed Millionaire" przyniósł dziesięć utworów odbiegających od stylistyki Iron Maiden. Chciałem zrobić coś, czego nigdy nie zrobiłbym z Maiden - wyjaśniał wokalista. W przeciwnym razie po co w ogóle się za to brać? To prostsza i łagodniejsza muzyka, nawiązująca do glam rocka (jest tu nawet przeróbka "All the Young Dudes" Mott the Hoople), rzadziej do stylistyki AC/DC ("Hell on Wheels") lub Aerosmith ("Lickin' the Gun"). Dickinsonowi zdarza się ocierać o plagiat (kawałek tytułowy momentami brzmi jak "Photograph" Def Leppard) lub nawet autoplagiat ("No Lies" przypomina "Bring Your Daughter..."). Początek albumu jest nie najgorszy. "Son of a Gun", zbudowany na kontraście fragmentów akustycznych i czadowych, przypomina łagodniejsze utwory Iron Maiden w rodzaju "Children of the Damned", choć nie zbliża się do nich poziomem. Jednak już "Tattooed Millionaire" i "Born in '58" odpychają banalnymi melodiami, a potem jest jeszcze gorzej, z apogeum tandety w postaci "Dive! Dive! Dive!" z żałosnymi chórkami, czy niewiele mniej żałosnym, sztampowym rock and rollem "Zulu Lulu".

"Tattooed Millionaire" bardzo się zestarzał i to już wkrótce po wydaniu, gdy tego typu muzyka - mainstreamowy hard rock z późnych lat 80. - stała się synonimem obciachu. W dodatku całość brzmi jak nagrywana w pośpiechu, w przerwach od działalności Iron Maiden.

Ocena: 2/10



Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)

1. Son of a Gun; 2. Tattooed Millionaire; 3. Born in '58; 4. Hell on Wheels; 5. Gypsy Road; 6. Dive! Dive! Dive!; 7. All the Young Dudes; 8. Lickin' the Gun; 9. Zulu Lulu; 10. No Lies

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Janick Gers - gitara; Andy Carr - bass; Fabio Del Rio - perkusja
Producent: Chris Tsangarides