30 kwietnia 2019

[Blog] Looking Back: Kwiecień 2019



Tym razem na zdjęciu znalazła się grupa Gong - jeden z najważniejszych przedstawicieli sceny Canterbury, za którego recenzowanie w końcu się zabrałem. Brałem też pod uwagę wyróżnienie zespołu Talking Heads, który był w tym miesiącu bohaterem aż trzech recenzji, ale nie mogłem znaleźć żadnego fajnego zdjęcia.

Liczba wejść utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. W sumie w kwietniu pojawiło się 16 nowych recenzji (lista), a 9 zostało poprawione. Do najchętniej czytanych teksów należały:
  1. Looking Back: Marzec 2019
  2. Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)
  3. Gong - "Magick Brother" (1970)
  4. Pharoah Sanders - "Black Unity" (1972)
  5. Weather Report - "Tale Spinnin'" (1975)
  6. Talking Heads - "Talking Heads: 77" (1977)
  7. Megadeth - "Rust in Peace" (1990)
  8. Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)
  9. The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)
  10. Budgie - "Never Turn Your Back on a Friend" (1973)

Poniżej, jak zwykle, zamieszczam podsumowującą miesiąc playlistę. Niestety, w ofercie Spotify nie ma albumów "Dedicated to You, But You Weren't Listening" grupy Keitha Tippetta i "Izipho Zam (My Gifts)" Pharoaha Sandersa. Gdyby były, to umieściłbym na playliście utwory "Black Horse" z pierwszego i "Balance" z drugiego. Z premedytacją nie uwzględniłem natomiast reprezentacji albumów "Black Unity" Sandersa i "Symphony for Improvisers" Dona Cherry'ego, ze względu na długość zawartych na nich utworów. Z pozostałych dwunastu albumów wybrałem po jednym utworze. Kolejność jest dokładnie taka sama, w jakiej były publikowane recenzje. Pomimo sporego eklektyzmu stylistycznego, tym razem wyszła całkiem zgrabna playlista, której sam słuchałem z dużą przyjemnością.

29 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "Fear of Music" (1979)



Muzycy Talking Heads planowali nagrać swój trzeci album samodzielnie, bez pomocy producenta z zewnątrz. Ostatecznie zwrócili się o pomoc do Braina Eno, z którym nagrali swój poprzedni album, "More Songs About Buildings and Food". Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bowiem Eno nie tylko uczynił "Fear of Music", jak zatytułowano album, produkcyjnym majstersztykiem, ale także zachęcił zespół do dalszego eksperymentowania i rozwijania swojego stylu. Podstawą są tutaj mocno wyeksponowana, funkowa gra sekcji rytmicznej. Tym razem wzbogacona o rozwiązania zaczerpnięte wprost z muzyki afrykańskiej (choć jeszcze nie w takim stopniu, jak na kolejnym albumie. Do tego nagrania pełne są różnych smaczków, przede wszystkim coraz odważniej wykorzystywanej elektroniki.

Dokąd to wszystko zaprowadziło zespół, najlepiej słychać na przykładzie otwierającego longplay "I Zimbra". Fantastyczny to utwór, z bardzo interesującą rytmiką, misternymi partiami gitar i dadaistycznym tekstem śpiewanym w nieistniejącym języku (zaczerpniętym z poematu Hugona Balla, którego dopisano do tantiem). Gościnnie wystąpili tu muzycy grający na afrykańskich perkusjonaliach, a także... Robert Fripp we własnej osobie (ściągnięty przez Eno, który z nim wcześniej współpracował). "I Zimbra" stanowi wyraźną zapowiedź zarówno kolejnego albumu Talking Heads, "Remain in Light", jak i dokonań reaktywowanego przez Frippa niedługo później King Crimson (tzw. "kolorowej trylogii"). Drugim utworem, zasługującym na szczególne wyróżnienie, jest finałowy "Drugs" - mocno doprawiony elektroniką i produkcyjnymi sztuczkami, utrzymany w intrygującej, gęstej, jakby właśnie narkotycznej atmosferze. A pomiędzy tymi nagraniami znalazło się dziewięć utworów o może i trochę mniej ambitnym charakterze, ale bardzo przyjemnych, na pewno nie popadających w piosenkowy banał. Jest wśród nich i zadziorniejszy "Memories Can't Wait", i kilka łagodniejszych momentów ("Air" z rozmarzonym refrenem, czy jakby nieco folkowy "Heaven"), ale dominują kawałki oparte na tanecznie rozbujanej grze sekcji rytmicznej (np. "Paper", singlowe "Cities" i "Life During Wartime"). Warto posłuchać ich uważnie, na słuchawkach, aby wyłapać wszystkie produkcyjne smaczki (szczególnie w "Mind" i "Electric Guitar", nie wspominając już o dwóch krańcowych utworach).

O ile dwa poprzednie albumy Talking Heads pozwalały domyślać się, że nie jest to kolejna przeciętna grupa wyrosła na tzw. punkowej rewolucji, a zespół z niemałym potencjałem i prawdziwymi ambicjami, tak "Fear of Music" nie pozostawia co do tego już żadnych wątpliwości. Co prawda, nie każdy zawarty tu utwór, robi takie wrażenie, jak "I Zimbra" i "Drugs", jednak niespecjalnie przeszkadza to w odsłuchu całości. Bo pozostałe nagrania trzymają równy, dość wysoki poziom.

Ocena: 8/10



Talking Heads - "Fear of Music" (1979)

1. I Zimbra; 2. Mind; 3. Paper; 4. Cities; 5. Life During Wartime; 6. Memories Can't Wait; 7. Air; 8. Heaven; 9. Animals; 10. Electric Guitar; 11. Drugs

Skład: David Byrne - wokal i gitara; Jerry Harrison - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, dodatkowy wokal; Chris Frantz - perkusja
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Robert Fripp - gitara (1); Ari - kongi (1,5); Gene Wilder - kongi (1,5); Hassam Ramzy - instr. perkusyjne (1); Abdou M'Boup - instr. perkusyjne (1); Assane Thiam - instr. perkusyjne (1); Julie Last - dodatkowy wokal (1); Laura Weymouth, Lani Weymouth - dodatkowy wokal (7)
Producent: Brian Eno i Talking Heads


28 kwietnia 2019

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Fishing for Fishies" (2019)



Australijska grupa King Gizzard & the Lizard Wizard wyróżnia się na scenie retro-rockowej. Przede wszystkim swoją studyjną (nad)aktywnością. W niespełna dekadę działalności wydała aż czternaście albumów. W samym 2017 roku ukazało się aż pięć z nich. Oczywiście, taka produkcyjność nie mogła przełożyć się na wysoką jakość. O ile pierwszy wydany wówczas album, "Flying Microtonal Banana", okazał się jednym z ciekawszych wydawnictw ostatnich lat - przynajmniej w kategorii retro rocka - tak kolejne były już ewidentnie wysilone i niepotrzebne. Przez cały kolejny rok zespół milczał (nie licząc koncertów), by parę dni temu powrócić z kolejnym wydawnictwem, zatytułowanym "Fishing for Fishies". Czy dłuższa przerwa od nagrywania pomogła wrócić muzykom do dobrej formy? Cóż, nie do końca.

King Gizzard & the Lizard Wizard znany jest z częstych wolt stylistycznych, dokonywanych często z albumu na album (przy jednoczesnym zachowaniu rozpoznawalności). Nie inaczej jest w przypadku "Fishing for Fishies". Tym razem zespół postanowił nagrać longplay w klimacie boogie i bluesa. Z czasem materiał poszedł w nieco innym kierunku, ale wspomniane wpływy są wyraźnie słyszalne, przede wszystkim w warstwie rytmicznej i nierzadko tu słyszanych partiach harmonijki. Dochodzi do tego trochę elektroniki oraz typowych dla grupy elementów psychodelicznych. Całość jest natomiast w równie dla niej charakterystyczny sposób niepoważna. I to wiąże się z jednym z głównych zarzutów, jakie mam do tego wydawnictwa. Odnoszę wrażenie, że wygłupy stały się dla muzyków nadrzędnym celem. Objawia się to tym, że materiał ma bardzo kreskówkowy, wręcz infantylny charakter. Idzie to w parze z wyraźnym jej uproszczeniem. Na wspomnianym "Flying Microtonal Banana" i kolejnych wydawnictwach muzycy eksperymentowali z mikrotonalnością, co świadczyło o pewnych ambicjach. Tym razem zaproponowali zestaw dziewięciu prostych, melodyjnych utworów. Pomimo rozbudowanego składu i instrumentarium (sześciu z siedmiu członków składu jest multiinstrumentalistami), nie ma tu jakiś szczególnie interesujących - a tym bardziej wirtuozerskich - popisów, praktycznie żadnej interakcji. Są to zwyczajne, choć pozornie udziwnione, piosenki.

Nie są to zresztą piosenki najwyższych lotów. Niby przyjemne, niby nie brakuje w nich chwytliwych melodii, ale takich, co to jednym uchem wpadają, by zaraz wylecieć drugim. Po kilku przesłuchaniach, z trudem mogę sobie cokolwiek z tego albumu przypomnieć. Wyjątek stanowi tytułowy "Fishing for Fishies" - z niego, niestety, utkwiły mi w pamięci wyjątkowo irytujące partie wokalne śpiewane przez Ambrose'a Kenny-Smitha falsetem. Cały jest zresztą wyjątkowo banalny, razi wymuszonym udziwnianiem, zupełnie nie przekonuje mnie stylizacja na piosenkę dla dzieci. Utwór rozpoczyna album i moim zdaniem nie był to szczególnie trafny pomysł. Gdybym nie znał zespołu wcześniej, po takim początku prawdopodobnie nie chciałbym słuchać dalej. Ale dalej jest już nieco lepiej. Kolejne kawałki uparcie krążą wokół tematyki i rytmów boogie, a przez tę monotonię zlewają się ze sobą, brakuje im wyrazistości. To taka miła muzyka do puszczenia w tle, gdy nie ma się ochoty na coś bardziej angażującego. Wielbiciele cięższych brzmień pewnie zwrócą uwagę na sabbathowe motywy w "Real's Not Real", a miłośnicy ambitniejszej muzyki może docenią wplecenie tu i ówdzie partii mniej typowych dla takiej muzyki instrumentów, jak flet czy wibrafon. Ale to tylko smaczki, które niewiele zmieniają, z których nic nie wynika. Najciekawsza jest końcówka albumu. "Acarine" i "Cyboogie" wyróżniają się za sprawą nawiązań do oldskulowej elektroniki, czy też raczej jej parodii. W pierwszym z nich ponadto fajnie wpleciono partię harmonijki, kontrastującą z resztą brzmień. Akurat te dwa utwory już w lutym ukazały się na jednym singlu, zapowiadając album o zupełnie innym charakterze, niż finalny produkt. Dobrze, że wtedy ich nie słyszałem, bo byłbym jeszcze bardziej rozczarowany tym wydawnictwem.

King Gizzard & the Lizard Wizard to zespół, który ma wiele pomysłów na swoją muzykę, ale za mało talentu i umiejętności, by przekuwać je w coś naprawdę interesującego. Czasem wychodzi mu coś fajnego ("Flying Microtonal Banana", końcówka najnowszego albumu), częściej jest to tylko wysilone wydziwianie, mające na celu ukrycie kompletnie nijakich kompozycji i bezbarwnego wykonania. "Fishing for Fishies" tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Ocena: 5/10

PS. W tym miesiącu zespół wydał także niealbumowy singiel "Planet B", zagrany w niemal stricte metalowej stylistyce (!), ale momentami przywołujący odległe skojarzenia z "Flying Microtonal Banana". Efekt jest całkiem udany. Być może to właśnie jest odpowiedni kierunek dla King Gizzard & the Lizard Wizard.



King Gizzard & the Lizard Wizard - "Fishing for Fishies" (2019)

1. Fishing for Fishies; 2. Boogieman Sam; 3. The Bird Song; 4. Plastic Boogie; 5. The Cruel Millennial; 6. Real's Not Real; 7. This Thing; 8. Acarine; 9. Cyboogie

Skład: Stu Mackenzie - wokal (1-4,6,8,9), gitara (1,2,4-6,8), instr. klawiszowe (1-3,5,6-9), bass (2,3,5-7), flet (3,4,8), perkusja i instr. perkusyjne (2,8), wibrafon (5,7); Ambrose Kenny-Smith - wokal (1,2,4-6,8), harmonijka (1,2,4-8), instr. klawiszowe (2,6,9), instr. perkusyjne (5); Joey Walker  - gitara (1,5,7), bass (2,4,6), instr. klawiszowe (7-9), instr. perkusyjne (4), dodatkowy wokal (4,7); Cook Craig - gitara (1,2,7), bass (1,3,5), instr. klawiszwe (9), dodatkowy wokal (4); Lucas Skinner - instr. perkusyjne (3-5,7), bass (5), instr. klawiszowe (9), dodatkowy wokal (4); Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne (1-9), dodatkowy wokal (4); Eric Moore - perkusja (1,6)
Gościnnie: Han-Tyumi - dodatkowy wokal (9)
Producent: King Gizzard & the Lizard Wizard


27 kwietnia 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Izipho Zam (My Gifts)" (1973)



Choć "Izipho Zam" został wydany jako następca wyśmienitego "Black Unity", zawiera materiał zarejestrowany kilka lat wcześniej. Ściślej rzecz biorąc, są to nagrania z 14 stycznia 1969 roku - dokładnie miesiąc później odbyła się pierwsza sesja nagraniowa albumu "Karma". Skład jest tu zresztą podobny, bowiem na obu albumach, poza samym Pharoahem Sandersem, wystąpili Leon Thomas, Lonnie Liston Smith, Billy Hart i Nat Bettis. W styczniowej sesji uczestniczyli ponadto: saksofonista Sonny Fortune (późniejszy współpracownik Milesa Davisa), gitarzysta Sonny Sharrock, grający na tubie Howard Johnson, basista Sirone (właśc. Norris Jones), perkusiści Majid Shabazz, Chief Bey i Tony Wyliel, a także basista Cecil McBee, który później jeszcze wielokrotnie współpracował z Faraonem.

Na albumie znalazły się trzy kompozycje lidera. Zarówno w przypadku dziewięciominutowego otwieracza "Prince of Peace", jak i wypełniającego całą stronę B winylowego wydania, niemal półgodzinnego "Izipho Zam", nie sposób uniknąć skojarzeń z innymi dokonaniami Sandersa z tamtego okresu. Słychać w nich dobrze znane elementy: charakterystyczne partie saksofonu, mnóstwo perkusjonalii, dwa kontrabasy prowadzące melodię, subtelne dźwięki pianina, a także jodłowanie Thomasa. Wszystko to tworzy klimat dobrze już znany z takich albumów, jak "Karma" czy "Jewels of Thought". "Prince of Peace" brzmi zresztą jak uboższa wersja "Hum-Allah-Hum-Allah-Hum Allah" z drugiego z tych longplayów. Za dużo tu Thomasa, za mało Sandersa. Partie wokalne są jeszcze bardziej nieznośne w utworze tytułowym. Niezbyt przekonuje mnie także jego warstwa instrumentalna, która w bardziej melodyjnych fragmentach razi wyjątkowo banalną melodyką, brzmiąca naprawdę kuriozalnie w porównaniu do agresywnych, freejazzowych części nagrania. Pharoah nagrywał później w tym stylu wybitne utwory, z "The Creator Has a Master Plan" i "Black Unity" na czele. Na ich tle "Prince of Peace" wypada co najwyżej przeciętnie, a "Izipho Zam" wręcz kiepsko.

Gdyby cały ten album był utrzymany na takim poziomie, w ogóle nie traciłbym czasu na jego opisywanie. Ale jest tu jeszcze jeden utwór, który w przeciwieństwie do pozostałych, zasługuje na większa uwagę. Dwunastominutowy "Balance" to wyjątkowe nagranie w dyskografii Pharoaha Sandersa, nie przypominające niczego, co muzyk ten stworzył wcześniej lub później. Porywająca, niesamowicie energetyczna i - na szczęście - w pełni instrumentalna improwizacja, z dużą rolą gitary i tuby, które czasem wybijają się na pierwszy plan. Utwór balansuje pomiędzy melodyjnymi, a agresywnymi partiami instrumentalistów - z początku dominują te pierwsze, choć i wtedy nie brakuje kontrapunktu w postaci brutalnego brzmienia saksofonu, a z czasem wszyscy muzycy pogrążają się w dźwiękowym chaosie. Mistrzowska jest tu współpraca całego składu, która czasem bardziej przypomina rywalizację poszczególnych sekcji zespołu (tej chcącej grac melodyjnie i tej o freejazzowym zadęciu), jednak nawet wtedy wszystko doskonale się zazębia. A utwór wręcz wyprzedza swój czas, momentami niemalże ocierając się o stylistykę noise czy no wave. Szkoda, że tak fantastyczne nagranie nie zostało wydane w otoczeniu równie udanego - tak samo oryginalnego i wizjonerskiego - materiału.

"Izipho Zam (My Gifts)" w całości mogę polecić wyłącznie największym, bezkrytycznym wielbicielom Pharoaha Sandersa, ale do przesłuchania "Balance" zachęcam każdego, kto nie stroni od mniej konwencjonalnej, ambitnej muzyki.

Ocena: 6/10



Pharoah Sanders - "Izipho Zam (My Gifts)" (1973)

1. Prince of Peace; 2. Balance; 3. Izipho Zam

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, instr. perkusyjne; Sonny Fortune - saksofon altowy; Howard Johnson - tuba; Lonnie Liston Smith - pianino; Sonny Sharrock - gitara; Cecil McBee - kontrabas; Sirone (Norris Jones) - kontrabas; Billy Hart - perkusja; Majid Shabazz - perkusja; Leon Thomas - instr. perkusyjne, wokal; Chief Bey - instr. perkusyjne; Nat Bettis - instr. perkusyjne; Tony Wylie - instr. perkusyjne
Producent: Clifford Jordan


25 kwietnia 2019

[Recenzja] Gong - "Camembert Electrique" (1971)



Muzycy Gong bardzo aktywnie spędzili 1971 rok, skupiając się przede wszystkim na pracy studyjnej. Na początku roku Daevid Allen nagrał swój pierwszy solowy album, "Banana Moon" (w późniejszych latach czasem wznawiany pod szyldem Gong). W nagraniach nieznacznie wspomogli go inni członkowie zespołu - Gilli Smyth i basista Christian Tritsch - jednak głównym współpracownikiem został Robert Wyatt. Ten ostatni sprowadził na sesję także perkusistę Pipa Pyle'a (znanego z późniejszej działalności w Hatfield and the North i National Health), który wkrótce otrzymał propozycję dołączenia do Gong. W kwietniu zespół (w składzie: Allen, Smyth, Tritsch, Pyle i Didier Malherbe) ponownie wszedł do studia - efektem był album "Continental Circus", będący soundtrackiem do tak samo zatytułowanego filmu w reżyserii Jérôme'a Laperrousaza. W maju cała piątka wsparła niejakiego Dashiella Hedayata w nagraniu jego autorskiego albumu "Obsolete". A już w czerwcu rozpoczęła się (i trwała do września, bo zespół nagrywał tylko nocami w trakcie pełni) sesja do kolejnego albumu Gong, "Camembert Electrique", będącego właściwym następcą debiutanckiego "Magick Brother".

O ile pierwszy album Gong zdradza wyraźną inspirację Pink Floyd z czasów Syda Barretta (dodając do tego elementy jazzowe), tak "Banana Moon" i "Continental Circus" (a w pewnym stopniu także "Obsolete") należy traktować jako próby znalezienia własnego stylu. Nie do końca jeszcze zakończone sukcesem, a co gorsze - pozostawiające trochę do życzenia pod względem artystycznym. "Camembert Electrique" jest natomiast tym wydawnictwem, na którym wszystko zaczęło iść we właściwym kierunku. Zespół jest tu już bardzo bliski wypracowania w pełni oryginalnego stylu; pojawia się wiele charakterystycznych elementów - przede wszystkim w warstwie wokalnej - dzięki czemu ten mocno eklektyczny materiał brzmi dość spójnie. Często w trakcie jednego utworu mieszają się bardzo różne, odległe wpływy. Najlepszym tego przykładem "You Can't Kill Me", łączący hardrockowe riffy i perkusję z jazzowymi partiami saksofonu oraz dziwacznymi, przepełnionymi kanterberyjsko-zappowskim humorem partiami wokalnymi. Jeszcze bardziej zwariowanym nagraniem jest " I've Bin Stone Before / Mister Long Shanks / O Mother", w którym miesza się i free jazz, i rhythm and blues, i psychodelia, a wszystko to podane zostało w mocno żartobliwy, parodystyczny sposób. Przykłady takich nietypowych połączeń można mnożyć.

Za najważniejsze fragmenty albumu należy jednak uznać "Fohat Digs Holes in Space" (w pierwotnej wersji, zatytułowanej "What Do You Want?", wydany na "Continental Circus") i "Tropical Fish / Selene" - transowe, psychodeliczno-jazzujące utwory o kosmicznym klimacie. Właśnie tutaj Gong zaproponował dojrzały, niepowtarzalny styl. Jest to odmiana space rocka, jednak wyraźnie inna od tego, co grał wczesny Pink Floyd czy Hawkwind, co zawdzięcza wpływom jazzowym. Warto też zwrócić uwagę na bardziej subtelny "I Am Your Fantasy", w którym zespół również kreuje dość specyficzny klimat. Ale z drugiej strony, znalazło się tu także miejsce dla bardziej konwencjonalnego "And You Tried So Hard" - niemalże zwykłej piosenki, zdradzającej inspirację amerykańskim folkiem, wczesną psychodelią czy Beatlesami. Całkiem to przyjemne nagranie, najbardziej zapadające w pamięć, tylko jakby umieszczone na niewłaściwym albumie. W dodatku pomiędzy dwoma najbardziej niezwykłymi utworami. Znalazło się tu także kilka żartobliwych miniaturek z zniekształconymi głosami ("Radio Gnome", "Wet Cheese Delirium", "Squeezing Sponges Over Policemen's Heads", "Gnome the Second"), które z jednej strony wzmacniają spójność albumu, ale z drugiej - na ich braku całość niewiele by straciła, jeśli cokolwiek.

Warto jeszcze wspomnieć o aspektach pozamuzycznych. W tekstach utworów została zarysowana wymyślona przez zespół (głównie Allena) mitologia Planety Gong, do której nawiązuje również okładka albumu, stroje noszone w tamtym czasie przez muzyków, a także przybrane przez nich (zapewne wzorem Captain Beefheart and His Magic Band) dziwaczne pseudonimy, jak "Bert Camembert" (Allen), "Shakti Yoni" (Smyth), "Bloomdido Bad De Grasse" (Malherbe) i "Submarine Captain" (Tritsch). "Camembert Electrique" należy zatem uznać za preludium do tzw. trylogii "Radio Gnome Invisible", obejmującej trzy kolejne albumy zespołu: "Flying Teapot", "Angel's Egg" i "You". Zresztą i pod względem muzycznym longplay stanowi zapowiedź kolejnych dokonań Gong. Oczywiście, ta cała pozamuzyczna otoczka jest dość naiwna, wręcz infantylna, ale świetnie dopełnia szalony charakter samej muzyki i czyni z Gong jednym z najoryginalniejszych wykonawców rockowych.

"Camembert Electrique", choć nie jest dziełem wybitnym, stanowi pierwszy dowód wielkości zespołu i zapowiedź jego późniejszych dokonań.

Ocena: 8/10



Gong - "Camembert Electrique" (1971)

1. Radio Gnome; 2. You Can't Kill Me; 3. I've Bin Stone Before / Mister Long Shanks / O Mother; 4. I Am Your Fantasy; 5. Dynamite / I Am Your Animal; 6. Wet Cheese Delirium; 7. Squeezing Sponges Over Policemen's Heads; 8. Fohat Digs Holes in Space; 9. And You Tried So Hard; 10/ Tropical Fish / Selene; 11. Gnome the Second

Skład: Daevid Allen - wokal, gitara, bass (9); Gilli Smyth - głos; Didier Malherbe - saksofon, flet; Christian Tritsch - bass, gitara (9); Pip Pyle - perkusja
Gościnnie: Eddy Louiss - organy i pianino (3); Konstantin Simonovitch - pianino (5)
Producent: Pierre Lattès


23 kwietnia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)



Eric Dolphy był jednym z muzyków, którzy wzięli udział w nagrywaniu przełomowego albumu "Free Jazz: A Collective Improvisation" Ornette'a Colemana. Co ciekawe, nieco później tego samego dnia, gdy odbyła się tamta sesja - a był to 21 grudnia 1960 roku - Dolphy zarejestrował materiał na swój autorski album "Far Cry". W sesji, mającej miejsce w Van Gelder Studio, wsparli go sprawdzeni muzycy, jak pianista Jaki Byard, basista Ron Carter i perkusista Roy Haynes, a także trębacz Booker Little, z którym nie miał wcześniej okazji współpracować (przynajmniej w studiu). Na repertuar złożyły się dwie kompozycje Byarda ("Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother)", "Ode to Charlie Parker"), dwie lidera (tytułowa, "Miss Ann") oraz trzy przeróbki standardów. Cała pierwsza strona (pierwsze trzy utwory) stanowi swego rodzaju suitę poświęconą zmarłemu w 1955 roku Charliemu "Birdowi" Parkerowi - twórcy jazzu nowoczesnego.

W porównaniu z "Free Jazz", ale też z poprzednim albumem Dolphy'ego - "Out There", "Far Cry" jest albumem dość konwencjonalnym, wyraźnie tkwiącym w bopowej tradycji. Dotyczy to przede wszystkim partii Little'a i Byarda, którzy dość sztywno trzymają się przyjętych zasad. Pozostali sidemani nieco chętniej wychodzą poza schemat, czy to wzbogacając brzmienie o partie grane na kontrabasie smyczkiem, czy proponując mniej swingowe rytmy. Najwięcej, oczywiście, eksperymentuje Dolphy. Zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy (w "Mrs. Parker of K.C.", i jazzowej interpretacji piosenki z lat 40., "It's Magic") lub flet (w "Ode to Charlie Parker" oraz skomponowanym przez Mala Waldrona i Billie Holiday "Left Alone"). Największą perłą tego albumu jest jednak "Tenderly" - kolejna piosenka z lat 40., już wcześniej przerabiana przez jazzowych wykonawców. Wersja Dolphy'ego wyróżnia się tym, że lider gra tu bez żadnego akompaniamentu. W całości zagrana na saksofonie altowym zachwyca swoim wyrafinowaniem, piękną melodią, ale również za sprawą paru wręcz freejazzowych przedęć i dysonansów. Właśnie dzięki takim utworom twórczość muzyka za jego życia była nazywana anty-jazzem, zaś po jego śmierci zaczęła cieszyć się ogromnym uznaniem.

Jako całość, "Far Cry" zdecydowanie nie jest najlepszym albumem Erica Doplhy'ego, ale zawiera kilka bardzo interesujących momentów - z "Tenderly" na czele - a pozostałe nagrania nie schodzą poniżej pewnego, wciąż wysokiego poziomu. 

Ocena: 8/10



Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)

1. Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother); 2. Ode to Charlie Parker; 3. Far Cry; 4. Miss Ann; 5. Left Alone; 6. Tenderly; 7. It's Magic

Skład: Eric Dolphy - klarnet basowy (1,7), flet (2,5), saksofon altowy (3,4,6); Booker Little - trąbka (1-3); Jaki Byard - pianino; Ron Carter - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


21 kwietnia 2019

[Recenzja] Embryo - "Steig Aus" (1973)



Na przełomie lat 1971/72 grupa Embryo była bardzo aktywna twórczo. W ciągu ośmiu miesięcy powstał materiał na trzy longplaye. Jeszcze w 1972 roku ukazał się "Father, Son And Holy Ghosts", a po zmianie wytwórni (przedstawiciele dotychczasowej nie chcieli bowiem ryzykować z mniej przystępnym materiałem), już w 1973 roku, opublikowano dwa kolejne - "Steig Aus" i "Rocksession". Co ciekawe, każdy z nich zawiera nagrania zarejestrowane w nieco innym składzie, choć zawsze z udziałem Christiana Burcharda, Edgara Hofmanna (jedynych muzyków grających w Embryo od samego początku) oraz basisty Davida Kinga (grającego z grupą tylko podczas tych sesji). Na "Steig Aus" można usłyszeć ponadto grającego na gitarze i sazie Romana Bunkę, drugiego basistę Jörga Eversa, a także dwóch klawiszowców - pianistę Mala Waldrona i organistę Jimmy'ego Jacksona.

Mal Waldron to działający od początku lat 50. (do śmierci w 2002 roku) amerykański jazzman. Pierwsze lata kariery miał niezwykle udane, zarówno pod względem popularności, jak i, przede wszystkim, artystycznym. Nagrywał autorskie albumy, a także współpracował z takimi wybitnymi muzykami, jak Charles Mingus, John Coltrane czy Eric Dolphy, jak również z wokalistką Billie Holiday. Niestety, na początku lat 60. jego kariera nagle się załamała, z powodu poważnych problemów zdrowotnych, związanych z używaniem heroiny. W połowie dekady przeniósł się do Europy, gdzie kontynuował karierę, nie odnosząc już jednak takich sukcesów, jak wcześniej. W Niemczech poznał Burcharda, z którym współpracował, zanim ten ostatni założył Embryo. Jimmy Jackson to kolejny amerykański muzyk, nie mający za sobą tak ciekawej przeszłości, za to dobrze już znany na scenie krautrockowej - współpracował m.in. z Tangerine Dream, Amon Düül II i... Embryo (na "Embryo's Rache"). Obaj klawiszowcy mieli wcześniej okazję pracować również ze sobą - na początku 1971 roku, wspólnie z basistą Eberhardem Weberem i perkusistą Fredem Bracefulem, zarejestrowali album "The Call", utrzymany w stylistyce fusion.

Na "Steig Aus" znalazły się trzy nagrania - dwa krótsze, około dziesięciominutowe, na stronie A oraz jeden dłuższy, blisko dwudziestominutowy na stronie B. Jest to muzyka praktycznie całkowicie instrumentalna, o swobodnym, przynajmniej częściowo improwizowanym charakterze, wyraźnie idąca w stronę fusion, choć z wciąż obecnymi elementami psychodelii czy wpływów orientalnych. To ostatnie słychać przede wszystkim w pierwszej części otwierającego album "Radio Marakesch / Orient Express", skomponowanej przez Burcharda i Bunkę. Składa się ona z dźwięków sazu i perkusjonalii, a także arabskich zaśpiewów. Płynnie przechodzi w część drugą, której autorstwo przypisano Jacksonowi. To już fantastyczny jam z funkującymi partiami gitary i wyrazistego basu, bogatą warstwą perkusyjną, psychodelicznymi organami, jazzującym pianinem elektrycznym, ale też z typowo rockowymi solówkami gitary. Skomponowany przez Burcharda "Dreaming Girls" to bardziej nastrojowe nagranie, w klimacie kosmicznego fusion. W końcu wykazać może się Hofmann, grający ładne partie na skrzypcach, jednak atmosferę buduje tu przede wszystkim wyrazista, hipnotyzująca w krautrockowy sposób gra sekcji rytmicznej, a także partie wibrafonu, organów i elektrycznego pianina.

Wypełniający drugą stronę winylowego wydania "Call" nie przypadkiem dzieli tytuł z wspomnianym wyżej albumem "The Call" - to nowa wersja pochodzącej z niego kompozycji autorstwa Waldrona. O ile oryginalne wykonanie jest bardzo jednorodne, rozwija się stopniowo, tak wersja Embryo ma większą dynamikę i jest bardziej zróżnicowana. Przede wszystkim, doszły tutaj trzy zupełnie nowe sekcje, skomponowane kolejno przez Jacksona, Burcharda i Hofmanna. W "Organ Walk" dominują organy i fantastyczna partia basu, z dodatkiem melotronu. W "Marimba Village" słychać wyłącznie duet marimby i perkusji (na obu instrumentach zagrał oczywiście Burchard). Natomiast "Clouds" to przede wszystkim solówka skrzypiec. Kompozycja Waldrona, w znacznie przearanżowanej wersji, posłużyła natomiast jako klamra spinająca całość. Pomimo tej różnorodności i wkładu tak wielu kompozytorów, nagranie jest bardzo spójne, sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, a zarazem zachowuje improwizacyjny luz. Rezultat jest dużo ciekawszy od pierwowzoru (i tak bardzo dobrego). Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że zespół nie ustępuje w tym nagraniu wielu czołowym przedstawicielom fusion.

"Steig Aus" to najlepszy album Embryo z wydanych do tamtej pory i ścisła czołówka całej dyskografii. Najbardziej spójny, dojrzały, praktycznie pozbawiony słabszych momentów. To w znacznym stopniu zasługa Mala Waldrona i Jimmy'ego Jacksona, którzy interesująco wzbogacili brzmienie albumu, a także wnieśli mnóstwo kreatywności - jako kompozytorzy i instrumentaliści. Ich obecność na pewno zadziałała motywująco na pozostałych muzyków, którzy także pokazali pełnię swoich możliwości. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli ambitnego rocka i elektrycznego jazzu.

Ocena: 9/10



Embryo - "Steig Aus" (1973)

1. Radio Marakesch / Orient Express; 2. Dreaming Girls; 3. Call (Call - Part 1 / Organ Walk / Marimba Village / Clouds / Call - Part 2)

Skład: Mal Waldron - elektryczne pianino; Jimmy Jackson - organy, melotron; Edgar Hofmann - skrzypce; Roman Bunka - gitara, saz; Dave King - bass; Jörg Evers - bass; Christian Burchard - perkusja, marimba, wibrafon
Producent: Embryo i Zok Zokker


19 kwietnia 2019

[Recenzja] Return to Forever - "No Mystery" (1975)



Muzyka fusion w drugiej połowie lat 70. drastycznie zmieniła swój charakter. Jeszcze kilka lat wcześniej cechowała ją olbrzymia kreatywność i eksperymentalne podejście. Z czasem jednak jej twórcy postanowili otworzyć się na szersze grono mniej wymagających słuchaczy. Ich twórczość stawała się coraz bardziej przystępna, znacznie prostsza, bliża mainstreamowego rocka czy funku, niż swoich jazzowych korzeni. Aby się o tym przekonać, wystarczy prześledzić, jak w ciągu wspomnianej dekady zmieniała się twórczość Herbiego Hancocka, grupy Weather Report czy Chicka Corei i jego Return to Forever. Wszyscy oni przeszli drogę od często dość radykalnych eksperymentów z brzmieniem, rytmiką lub harmonią, do grania niezbyt wyrafinowanej, prostych prawie-piosenek.

Chick Corea jeszcze na początku lat 70. grał radykalny free jazz w kwartecie Circle. Już po skompletowaniu pierwszego składu Return to Forever zwrócił się w stronę bardziej przystępnej, delikatniejszej muzyki, przeważnie jednak bardziej finezyjnej. Jednak już "Hymn of the Seventh Galaxy" i "Where Have I Known You Before" przyniosły muzykę o bardziej rockowym charakterze, a tym samym mniej wyrafinowaną pod względem rytmicznym czy harmonicznym, Przynajmniej ten ostatni album pokazał, że i w takiej stylistyce zespół potrafi zaproponować coś interesującego. Jednak już jego następca, nagrany w tym samym składzie "No Mystery", poszedł za daleko w stronę ówczesnego mainstreamu, zdominowanego przez funkowe rytmy i plastikowe syntezatory.

Wcześniejsze albumy zespołu były zdominowane przez kompozycje lidera. Tym razem Corea nakłonił pozostałych muzyków, by też coś napisali. Efekty wypełniają pierwszą stronę winylowego wydania "No Mystery". Basista Stanley Clarke napisał "Dayride" i - wspólnie z liderem - "Jungle Waterfall", Al Di Meola zadebiutował jako kompozytor w "Flight of the Newborn", a Lenny White w "Sofistifunk", natomiast "Excerpt from the First Movement of Heavy Metal" podpisany jest przez cały skład. Utwory te są w większości krótkie - trwają około trzech minut (jedynie "Flight..." jest ponad dwukrotnie dłuższy, ale raczej niewiele by stracił, gdyby nie był). Oparte na prostych, tanecznych rytmach, którym towarzyszą rockowe partie gitary Di Meoli i tandetne, przesłodzone brzmienie syntezatorów Corei (rzadziej grającego na innych klawiszach). Swoją drogą kuriozalny jest kontrast między uproszczoną rytmiką i plastikowym brzmieniem klawiszy grających banalne melodie, a niewyzbytą skłonnością muzyków do technicznego kuglarstwa (w czym najczęściej przoduje gitarzysta). Wszystkie te nagrania są już właściwie całkiem pozbawione wyrafinowania i kreatywności, jakie można znaleźć na wcześniejszych albumach zespołu.

Sami muzycy najwyraźniej zatęsknili za czasami, gdy grali mniej komercyjną muzykę. Na to przynajmniej wskazuje druga strona winylowego wydania. W tytułowej kompozycji lidera cały skład przerzuca się na akustyczne instrumenty. Podobnie jest w "Interplay" podpisanym przez Coreę i Clarke'a, z tą różnicą, że tutaj kompozytorzy wystąpili w duecie. I są to zdecydowanie najbardziej udane momenty tego albumu. Instrumentaliści w końcu grają z większa finezją, nie popisując się za bardzo techniką, w większym stopniu stawiając na wzajemną interakcję (w końcu taki tytuł, jak "Interplay", zobowiązuje). Dwuczęściowy finał albumu, skomponowany przez Coreę "Celebration Suite", to powrót do zelektryfikowanych brzmień, ale tym razem forma jest bardziej ambitna. Wyraźne wpływy muzyki latynoskiej przypominają o takich utworach, jak "La Fiesta" z "Return to Forever" czy "Spain" z "Light as a Feather". Zespół zbliżył się tutaj do stylistyki pierwszego składu, pamiętając jednak o swoich późniejszych doświadczeniach, a efekt jest całkiem udany. Chick korzysta tutaj z szerszej palety brzmień klawiszowych, sięga i po elektryczne pianino, i po syntezator, który jednak w tym utworze nie brzmi przesadnie plastikowo, a gra muzyka jest na pewno bardziej finezyjna.

Trudno ocenić taki album, jak "No Mystery". Poszczególne strony płyty winylowej brzmią jak dwa zupełnie inne wydawnictwa. Pierwsza połowa jest oznaką całkowitej degeneracji nurtu fusion - razi banałem, sztampą, kuriozalnym połączeniem prostoty i efekciarstwa, a także śmiesznym brzmieniem syntezatora. Cały album w takim stylu nie zasługiwałby na więcej, niż 4/10. Ale jest jeszcze druga połowa, na której zespół pokazuje się od znacznie ciekawszej strony. I to już jest granie na co najmniej 8/10. Poniższa ocena jest zatem średnią ocen obu stron longplaya. Jest ona oczywiście nieco naciągnięta - uważam, że album powinien bronić się w całości, a nie fragmentami - jednak druga połowa naprawdę zasługuje na uwagę. 

Ocena: 6/10



Return to Forever - "No Mystery" (1975)

1. Dayride; 2. Jungle Waterfall; 3. Flight of the Newborn; 4. Sofistifunk; 5. Excerpt from the First Movement of Heavy Metal; 6. No Mystery; 7. Interplay; 8. Celebration Suite (Part I); 9. Celebration Suite (Part II)

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal; Al Di Meola - gitara; Stanley Clarke - bass, kontrabas, instr. klawiszowe, wokal; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea i Shelly Yakus


17 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)



"More Songs About Buildings and Food" to drugi album w dyskografii Taliking Heads i zarazem początek bardzo owocnej współpracy z Brianem Eno. Ceniony brytyjski producent i muzyk zapewnił grupie bardziej przestrzenne brzmienie i zachęcił do eksperymentowania. To pierwsze słychać już tutaj; pod względem brzmienia album stanowi znaczny postęp względem debiutu. Drugie - niekoniecznie. Zespół wciąż prezentuje tu proste, melodyjne i tak samo bezpretensjonalne piosenki. To zresztą nie powinno dziwić, bo cześć materiału powstała jeszcze przed nagraniem pierwszego longplaya. Ale i tak słychać pewien postęp w aranżacjach. Uwypuklono funkowe wpływy - praktycznie każdy kawałek opiera się na tanecznym pulsie sekcji rytmicznej, której wyrazista gra przeplata się z misternymi partiami gitar. Nieco większy udział mają tym razem brzmienia klawiszowe, za które odpowiada zarówno Jerry Harrison, jak i Eno. Nie zmienił się natomiast śpiew Davida Byrne'a, wciąż tak samo charakterystyczny i w punkowy sposób nieco niechlujny.

W utworach pojawia się więcej smaczków i wyrazistych melodii, dzięki czemu łatwiej je między sobą odróżnić. Trochę może dziwić, że na jedynym singlu promującym album wydano jedyny nieautorski utwór - "Take Me to the River" z repertuaru Ala Greena. Fakt, że okazał się pierwszym naprawdę sporym przebojem Talking Heads, dochodząc do 26. miejsca listy Billboardu i zapewne przyczyniając się do sukcesu całego longplaya, który z kolei doszedł do 29. miejsca w Stanach i 21. w Wielkiej Brytanii. To dobry utwór, zwracający uwagę głęboka partią basu i psychodelicznymi klawiszami. Ale autorskie kawałki wcale nie wypadają słabiej. Przebojowego potencjału na pewno nie brakuje w intensywnym "With Our Love", luzackim "The Good Thing" (wyróżniającym się wokalnym duetem Byrne'a z basistką Tiną Weymouth), złagodzonym brzmieniami klawiszy "The Girls Want to Be with the Girls", najbliższym typowego funku "Found a Job"... długo można tak wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na inspirowany muzyką country "The Big Country", z przyjemną gitarą slide i bez banału kojarzącego się z tą stylistyką. Do moich faworytów zaliczają się jednak przede wszystkim bardziej stonowany i klimatyczny "Warning Sign", a także najbardziej eklektyczny "Artists Only", w którym jest i funk, i psychodelia, i trochę mocniejszego grania, ale także odrobina brzmieniowych eksperymentów.

"More Songs About Buildings and Food" jest zdecydowanie ciekawszym materiałem od swojego poprzednika. Znaczna w tym zasługa Briana Eno, który potrafił docenić i wykorzystać potencjał zespołu. Najlepsze efekty tej współpracy miały jednak dopiero nastąpić.

Ocena: 8/10



Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)

1. Thank You for Sending Me an Angel; 2. With Our Love; 3. The Good Thing; 4. Warning Sign; 5. The Girls Want to Be with the Girls; 6. Found a Job; 7. Artists Only; 8. I'm Not in Love; 9. Stay Hungry; 10. Take Me to the River; 11. The Big Country

Skład: David Byrne - wokal, gitara, perkusja; Jerry Harrison - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, dodatkowy wokal (4); Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Brian Eno i Talking Heads


15 kwietnia 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)



"Symphony for Improvisers", drugi autorski album Dona Cherry'ego, ma dokładnie taką samą formę, jak jego poprzednik, "Complete Communion". Znalazły się na nim tylko dwa, blisko dwudziestominutowe nagrania o improwizowanym charakterze. Sesja odbyła się 19 września 1966 roku, ponownie w Van Gelder Studio z Alfredem Lionem jako producentem. Podobny jest też skład, choć tym razem aparat wykonawczy został rozbudowany. Oprócz wszystkich muzyków biorących udział w nagraniu poprzedniego albumu - saksofonisty Gato Barberiego, basisty Henry'ego Grimesa i perkusisty Eda Blackwella - w studiu pojawili się również Pharoah Sanders jako flecista i drugi saksofonista, francuski basista Jean-François Jenny-Clark, a także niemiecki wibrafonista i pianista Karl Berger.

Brzmienie jest tu zatem bogatsze. Szczególnie partie wibrafonu ciekawie urozmaicają kolorystykę albumu. Poza tym, zawarta tu muzyka jest bezpośrednią kontynuacją "Complete Communion". Całość dość dobrze podsumowuje tytuł, w którym zawarta została pewna sprzeczność. Symfonia kojarzy się raczej ze starannie zaplanowanym utworem, a nie improwizacją. Cherry i towarzyszący mu muzycy udowadniają, że te dwa podejścia nie muszą się wykluczać. Choć przez cały album wszyscy instrumentaliści, których w danym momencie słychać, grają równolegle solówki, pozornie nie zwracając uwagi na swoich towarzyszy, to wszystkie dźwięki doskonale się ze sobą zazębiają, sprawiając wrażenie dokładnie zaplanowanych. Grana przez septet muzyka jest, jak na wyzwolony jazz, bardzo przystępna, nie brakuje naprawdę ładnych momentów (jak np. partia Cherry'ego otwierająca "Manhattan Cry"), natomiast freejazzowy zgiełk występuje w naprawdę śladowych ilościach.

"Sympohony for Improvisers" trzyma wysoki poziom "Complete Communion". Może pod pewnymi względami za bardzo przypomina swojego poprzednika (ogólna koncepcja), jednak zawiera też nowe rozwiązania (poszerzone instrumentarium). Czy warto zatem znać oba wydawnictwa? Jak najbardziej. Tak kreatywnego grania nigdy za wiele.

Ocena: 8/10



Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)

1. Symphony for Improvisers / Nu Creative Love / What's Not Serious / Infant Happiness; 2. Manhattan Cry / Lunatic / Sparkle Plenty / Om Nu

Skład: Don Cherry - kornet; Leandro "Gato" Barbieri - saksofon tenorowy; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, flet; Karl Berger - wibrafon, pianino; Henry Grimes - kontrabas; Jean-François Jenny-Clark - kontrabas; Edward Blackwell - perkusja
Producent: Alfred Lion


13 kwietnia 2019

[Recenzja] The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)



Po nagraniu debiutanckiego "You Are Here... I Am There", grupa pozostawała aktywna koncertowo, pomimo tego, że jej członkowie zaangażowali się w inne projekty. Keith Tippett nawiązał współpracę z wokalistką Julie Driscoll (swoją późniejszą żoną) i - przede wszystkim - z grupą King Crimson. Tymczasem Elton Dean, Marc Charig i Nick Evans zostali członkami Soft Machine. Dwaj ostatni wkrótce musieli opuścić ten zespół, gdyż działalność w dużym składzie - wówczas septecie - okazała się nieopłacalna. Tylko Dean wziął udział - na początku 1970 roku - w nagrywaniu przełomowego  albumu "Third". Dla Evansa i Chariga szybko jednak znalazło się inne zajęcie - późnym latem 1970 roku dołączyli do Tippetta i King Crimson na sesję nagraniową albumu "Lizard".

Mniej więcej w tym samym czasie (dokładna data nie jest, niestety, znana), rozpoczęły się prace nad nagraniem drugiego albumu The Keith Tippett Group. Trzon zespołu pozostał bez zmian, dalej tworzyli go Tippett, Dean, Charig i Evans. Tym razem, zamiast stałej sekcji rytmicznej, towarzyszyli im liczni goście: gitarzysta Gary Boyle, basiści Roy Babbington (późniejszy członek Nucleus i Soft Machine) i Neville Whitehead, perkusiści Phil Howard (kolejny późniejszy muzyk Soft Machine), Bryan Spring (później w Nucleus i Passport) i Robert Wyatt (wiadomo), a także grający na perkusjonaliach Tony Uta. Album został zatytułowany "Dedicated to You, But You Weren't Listening" od tytułu jednego z zamieszczonych na nim utworów - kompozycji Hugha Hoppera, oryginalnie nagranej przez Soft Machine i wydanej na "Volume Two". Pozostałe utwory zostały skomponowane specjalnie na ten longplay przez Tippetta, Evansa i Deana (razem lub osobno).

Nie sposób nie zauważyć licznych związków The Keith Tippett Group i Soft Machine. Nie sposób nie usłyszeć ich także w samej muzyce. "Dedicated to You, But You Weren't Listening" to doskonała mieszanka free jazzu i fusion, wcale nie tak odległa od ówczesnych dokonań zaprzyjaźnionej grupy, choć nie tak mocno zelektryfikowana - dotyczy to przede wszystkim klawiszy, gdyż Tippett preferował akustyczne pianino, podczas gdy Mike Ratledge eksperymentował z brzmieniem elektrycznych organów. Ogólnie, klawisze nie są tu zbyt mocno wyeksponowane. Tippett w tamtym czasie wciąż uważał się przede wszystkim za kompozytora i aranżera, a w dalszej kolejności za instrumentalistę. I choć zespół firmował swoim nazwiskiem, w nagraniach zwykle oddawał pierwszy plan innym muzykom.

Album rozpoczyna się od najbardziej konwencjonalnej kompozycji. Napisany wspólnie przez Evansa i Tippetta "This Is What Happens" bliski jest bopowej tradycji, wyróżnia się chwytliwym tematem i wyrazistą melodią, nie ma tu żadnych szaleństw, kawałek jest bardzo przystępny. Tym większe wrażenie robią kolejne nagrania. Dominują takie o zdecydowanie freejazzowym charakterze, bardzo swobodne, pełne agresywnych, często atonalnych partii dęciaków i pokotłowanej gry sekcji rytmicznej. Przykładem takiego podejścia są "Gridal Suite" Deana, "Five After Dawn" Tippetta, a przede wszystkim przepotężny, nie tylko ze względu na dziesięciominutowy czas trwania, "Thoughts to Geoff", również napisany przez klawiszowca, w którym do wspomnianych wcześniej elementów dochodzą niemal nowave'owe partie gitary (choć w tamtym czasie nikt o takiej stylistyce nie słyszał).

Ale longplay zawiera też utwory bliższe stylistyki fusion. Do nich zalicza się mój ulubiony fragment całości - napisany przez lidera "Green and Orange Night Park". Muzycy grają tutaj w niesamowitym wręcz uniesieniu. Porywające partie saksofonu, kornetu i puzonu rewelacyjnie przeplatają się zarówno ze sobą, jak i z pięknie pulsującą gitarą basową, a towarzyszy im niebanalna praca perkusisty (udział Tippetta ogranicza się tu do klimatycznego wstępu). Jeszcze dalej w jazzrockowym kierunku idzie napisany przez Evansa "Black Horse", z najbardziej wyeksponowaną gitarą, prostym rockowym rytmem, a także partiami elektrycznego pianina i basu; choć nie brakuje też świetnych popisów sekcji dętej, zwłaszcza kompozytora.

Całości dopełnia wspomniany już utwór tytułowy - w tej wersji jest to tylko półminutowy temat zagrany przez same dęciaki. Muzycy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro osoba, której utwór zadedykowano i tak nie słucha, to nie ma sensu grać dłużej. Z obowiązku należy dodać, że w tym wykonaniu autorstwo nie jest przypisane samemu Hopperowi, lecz także Charigowi i Deanowi, którzy przerobili psychodeliczną piosenkę na jazzowy temat.

"Dedicated to You, But You Weren't Listening" to jeden z najdoskonalszych przykładów brytyjskiego jazzu, a zarazem jedno z najlepszych wydawnictw z okolic sceny Canterbury (może stylistycznie nie do końca tu pasuje, ale personalnie jak najbardziej). Album bliski maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)

1. This Is What Happens; 2. Thoughts to Geoff; 3. Green and Orange Night Park; 4. Gridal Suite; 5. Five After Dawn; 6. Dedicated to You, But You Weren't Listening; 7. Black Horse

Skład: Keith Tippett - pianino, elektryczne pianino; Elton Dean - saksofon altowy, saksello; Marc Charig - kornet; Nick Evans - puzon
Gościnnie: Gary Boyle - gitara; Roy Babbington - bass, kontrabas; Neville Whitehead - kontrabas; Phil Howard - perkusja; Bryan Spring - perkusja; Robert Wyatt - perkusja; Tony Uta - instr. perkusyjne
Producent: Pete King


11 kwietnia 2019

[Recenzja] Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)



Saksofonista Julian Adderley - lepiej znany pod pseudonimem Cannonball, nadanym mu ze względu na posturę (choć pierwotnie brzmiał on Canibal i odnosił się do... wielkiego apetytu) - prawdopodobnie najbardziej pamiętany jest jako członek istniejącego pod koniec lat 50. sekstetu Milesa Davisa. Jego grę można usłyszeć na tak ważnych albumach, jak "Milestones" i "Kind of Blue", a także na "Porgy and Bess". W tym samym okresie zarejestrował również własny "Somethin' Else", który również należy do niekwestionowanej klasyki jazzu. W tamtym okresie Cannonball należał do najbardziej cenionych muzyków jazzowych. Widziano w nim nawet następcę Charliego "Birda" Parkera. Niestety, w kolejnej dekadzie zaczął tracić popularność na rzecz bardziej postępowych jazzmanów. Choć w 1966 roku przypomniał o sobie przebojami "Mercy, Mercy, Mercy", a kilka lat później kolejnym - "Country Preacher" (oba zostały napisane przez jego ówczesnego pianistę, Joego Zawinula).

"Somethin' Else" został zarejestrowany 9 marca 1958 roku (zaledwie pięć dni po zakończeniu nagrywania "Milestones") w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Ciekawostką jest udział w sesji Milesa Davisa - to jeden z bardzo nielicznych występów trębacza w roli sidemana po 1955 roku. Świadczy to o szacunku, jakim darzył Cannonballa i jego umiejętności. W nagraniach wziął udział także słynny perkusista Art Blakey oraz dwaj mniej znani, a raczej słabiej dziś pamiętani, muzycy: pianista Hank Jones i basista Sam Jones (zbieżność nazwisk przypadkowa; natomiast warto wspomnieć, że pierwszy z nich był bratem słynnego perkusisty Elvina Jonesa, członka kwartetu Johna Coltrane'a). Ponieważ lider nie był kompozytorem, na repertuar sesji złożyły się głównie interpretacje cudzych kompozycji, których wyboru dokonał Davis. W sumie zarejestrowano sześć utworów, z których pięć weszło w skład oryginalnej wersji albumu.

Album rozpoczyna dziesięciominutowe wykonanie "Autumn Leaves", czyli słynnego jazzowego standardu opartego na kompozycji "Les feuilles mortes" Josepha Kosmy. Davis i Cannonball prezentują na zmianę swoje eleganckie, wyrafinowane solówki do akompaniamentu stonowanej gry sekcji rytmicznej (która przez cały album jest na dalszym planie, choć ze swojej roli wywiązująca się znakomicie). Chłodny klimat tego nagrania jest zbliżony do ówczesnej twórczości trębacza, który zresztą włączył później "Autumn Leaves" do swojego koncertowego repertuaru. Nie da się ukryć, że tutejsza wersja to przede wszystkim jego popis - partie trąbki zdecydowanie dominują nad saksofonem. "Love for Sale", kolejny jazzowy standard (autorstwa Cole'a Portera), również przeszedł do repertuaru Milesa, który niespełna trzy miesiące później nagrał go ze swoim sekstetem (dokładnie tym samym, który miał wkrótce stworzyć "Kind of Blue"). Tutejsza wersja jest bardziej zwarta i raczej nie aż tak ekscytująca, utrzymana w takim bardziej wakacyjnym klimacie. Adderley i Davis ponownie prezentują swoje solówki zamiennie, tym razem jednak dzieląc się czasem mniej więcej po równo.

Druga stronę winylowego wydania otwiera kompozycja tytułowa, napisana specjalnie na ten album przez trębacza. Hardbopowo-cooljazzowy charakter utworu kojarzy się z jego wcześniejszymi dokonaniami, z okresu Pierwszego Wielkiego Kwintetu. Tutaj obaj soliści w końcu nie grają naprzemiennie, lecz zaczynają ze sobą współpracować, uzupełniając swoje partie. Wychodzi im to świetnie i trochę szkoda, że to jedyny tego typu utwór na albumie. W pozostałych nagraniach lider w końcu wychodzi z cienia trębacza. "One for Daddy-O", napisany przez brata Cannonballa, Nata Adderleya, to utwór idealnie pasujący do stylu saksofonisty - klasyczny dwunastotaktowy blues. Swobodny klimat podkreśla zachowanie pytania zadanego przez Milesa producentowi po skończeniu tego podejścia (Is that what you wanted, Alfred?). Oryginalne wydanie albumu kończy krótka ballada "Dancing in the Dark", z ładną solówką Cannonballa, będącego tutaj jedynym solistą (Davis w ogóle w nim nie zagrał). Niektóre kompaktowe wznowienia zawierają także utwór "Bangoon" (czasem błędnie podpisany jako "Alison's Uncle") autorstwa Hanka Jonesa. Jest to najbardziej konwencjonalne nagranie z tej sesji, typowy hard bop - decyzja o pominięciu go na oryginalnym wydaniu wydaje się całkowicie uzasadniona.

"Somethin' Else" to prawdziwa perła akustycznego, nieawangardowego jazzu. Nie jest to może poziom najwybitniejszych osiągnięć Milesa Davisa czy innych jego współpracowników, ale w sumie niewiele niższy. Dla miłośników takiej stylistyki jest to pozycja obowiązkowa w kolekcji. 

Ocena: 8/10



Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)

1. Autumn Leaves; 2. Love for Sale; 3. Somethin' Else; 4. One for Daddy-O; 5. Dancing in the Dark

Skład: Julian "Cannonball" Adderley - saksofon altowy; Miles Davis - trąbka; Hank Jones - pianino; Sam Jones - kontrabas; Art Blakey - perkusja
Producent: Alfred Lion


9 kwietnia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)



Zainteresowanie zespołem po wydaniu "Atem" doprowadziło do podpisania przez niego kontraktu z brytyjską wytwórnią Virgin. Jej przedstawiciele namówili muzyków, aby swój kolejny album - zatytułowany później "Phaedra" - zarejestrowali w Wielkiej Brytanii. W listopadzie 1973 roku Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann rozpoczęli sesję nagraniową w studiu The Manor, znajdującym się w malowniczej angielskiej wsi Shipton-on-Cherwell. Nagrania trwały około sześciu tygodni, pomimo licznych problemów technicznych. Zespół eksperymentował z nowymi dla siebie urządzeniami, jak syntezator Mooga czy sekwencery.

Na albumie znalazły się cztery nagrania. Niemal 18-minutowy utwór tytułowy, samodzielnie wypełniający stronę A winylowego wydania, powstał nieco przypadkiem. Zespół eksperymentował z syntezatorami, nie mając pojęcia, że nagrywanie jest włączone. Zapis na taśmie okazał się jednak na tyle interesujący, że postanowiono wykorzystać go jako podstawę utworu, do którego dograno później partie melotronu i fletu. Efekt jest naprawdę fascynujący. Utwór charakteryzuje się bardzo przestrzennym, klimatycznym (ale już nie tak mrocznym, jak na wcześniejszych wydawnictwach) brzmieniem, jednak uwagę przyciąga przede wszystkim hipnotyzującą linią basu, stworzoną za pomocą Mooga i sekwencera. Podobny zabieg zastosowano także w "Movements of a Visionary". Te dwa nagrania zapoczątkowały nowy nurt muzyki elektronicznej, nazwany Szkołą Berlińską, oparty na charakterystycznym pulsie osiągniętym dzięki sekwencerom. "Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares" to dla odmiany bardziej ambientowe nagranie, zdominowane przez partie melotronu, ze stosunkowo niewielkim udziałem syntezatorów. Całości dopełnia wyjątkowo krótki, nieznacznie przekraczający dwie minuty "Sequent 'C", będący jednak jednym z najciekawszych fragmentów albumu. Przetworzonej partii fletu Baumanna towarzyszą dźwięki przegrzewającego i rozstrajającego się syntezatora VCS 3 - po raz kolejny zupełnie przypadkiem powstało coś pięknego i intrygującego.

"Phaedra" rozpoczyna nowy okres zarówno w twórczości Tangerine Dream, jak i całej muzyki elektronicznej. Eksperymenty zespołu okazały się bardzo inspirujące. Ale nie tylko dlatego warto znać ten album. Sama zawartość muzyczna jest tego warta. "Phaedra" jest jednocześnie piękna, dość przystępna, ale też nieco dziwna i zdecydowanie ambitna. Prawdziwa perła analogowej elektroniki.

Ocena: 9/10



Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)

1. Phaedra; 2. Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares; 3. Movements of a Visionary; 4. Sequent 'C

Skład: Edgar Froese - melotron, organy, syntezator, gitara; Peter Baumann - organy, elektryczne pianino, syntezator, flet; Christopher Franke - syntezatory
Producent: Edgar Froese


7 kwietnia 2019

[Recenzja] Weather Report - "Tale Spinnin'" (1975)



"Mysterious Traveller" przyniósł Weather Report pierwszy znaczący sukces komercyjny - album doszedł do 46. miejsca na liście Billboardu. Nie pomogło to jednak w utrzymaniu ówczesnego składu. Podczas trasy koncertowej perkusista Ishmail Wilburn stracił zainteresowanie, w rezultacie grając coraz gorzej. Aby rozwiązać ten problem, dokooptowano do składu drugiego bębniarza, Darryla Browna. Obaj jednak odeszli po zakończeniu trasy, razem z perkusjonistą Domem Um Romão. Pozostali członkowie - Joe Zawinul, Wayne Shorter i Alphonso Johnson - postanowili, za namową Herbiego Hancocka, zaprosić do grupy Leona Chanclera. Perkusista nie zgodził się na dołączenie na stałe - wolał kontynuować współpracę z Carlosem Santaną - jednak wziął udział w kolejnej sesji nagraniowej. Składu dopełnił grający na perkusjonaliach Alyrio Lima, który został w zespole nieco dłużej.

Po sukcesie "Mysterious Traveller" było jasne, że kolejny album, któremu nadano tytuł "Tale Spinnin'", będzie kontynuacją tamtego stylu. Dominują tu zatem utwory oparte na funkowych rytmach, z dość wyrazistymi melodiami, coraz bardziej konwencjonalne i przystępne nawet dla przypadkowego słuchacza. Zawinul coraz chętniej korzysta z syntezatorów, nadając im coraz bardziej tandetne brzmienie (szczególnie doskwiera to w "Man in the Green Shirt", "Between the Thighs" i "Freezing Fire"), wtórują mu wyraziste partie gitary basowej Johnsona, podczas gdy saksofon Shortera przeważnie jest na dalszym planie, a jego partiom coraz bliżej estetyki easy-listening, niż koltrejnowskiej ekspresji, jaką niegdyś prezentował na albumach nagranych pod własnym nazwiskiem lub z Milesem Davisem. Więcej saksofonu pojawia się w napisanym przez Wayne'a "Lusitanos", jednak i tutaj jego partie są dość bezpieczne. O dziwo, w drugiej kompozycji muzyka, "Freezing Fire", saksofon wybrzmiewa na pierwszym planie dopiero w końcówce. Zdecydowanie lepiej wypada pierwszy z tych utworów, ze względu na bardziej naturalne brzmienie, Z czterech pozostałych nagrań - wszystkich bez wyjątku napisanych przez Zawinula - wyróżnia się "Badia", czyli kolejny w dorobku grupy utwór inspirowany muzyką afrykańską. Kompozytor całkowicie zrezygnował tu z syntezatora na rzecz akustycznego pianina i innych tradycyjnych instrumentów, jak oud czy ksylofon. Rezultat jest, niestety, wtórny wobec "Jungle Book" z poprzedniego longplaya, a tym samym już nie tak intrygujący, Nieco odmienny charakter ma też finałowa ballada "Five Short Stories", nagrana przez Zawinula i Shortera w duecie. Brzmienie syntezatora jest tu tylko dodatkiem, za to problem stanowi nieco zbyt sentymentalny charakter tego utworu.

Tworząc "Tale Spinnin'", muzycy wyraźnie mieli na uwadze względy komercyjne, kosztem artystycznych. Cel swój osiągnęli, bowiem album okazał się jeszcze większym sukcesem od poprzedniego, dochodząc do 31. miejsca na liście Billboardu. Stało się to jednak ze stratą dla muzyki. "Tale Spinnin'" stanowi wyraźny spadek jakości w porównaniu z poprzednimi albumami. Zbyt wiele tutaj zagrań pod przeciętnego słuchacza - materiał jest bardziej piosenkowy, melodyjny, uproszczony, wygładzony brzmieniowo. Wciąż oczywiście słychać, że grają utalentowani muzycy, ale słychać także, że grają poniżej swoich rzeczywistych umiejętności. Zbyt bezpiecznie i konwencjonalnie. Choć głównym problemem, jaki mam z tym albumem, jest brzmienie syntezatorów, które po latach zdecydowanie się nie broni.

Ocena: 6/10



Weather Report - "Tale Spinnin'" (1975)

1. Man in the Green Shirt; 2. Lusitanos; 3. Between the Thighs; 4. Badia; 5. Freezing Fire; 6. Five Short Stories

Skład: Joe Zawinul - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, oud, ksylofon, melodyka, wokal; Wayne Shorter - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy; Alphonso Johnson - bass; Leon "Ndugu" Chancler - perkusja i instr. perkusyjne; Alyrio Lima - instr. perkusyjne
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter


5 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "Talking Heads: 77" (1977)



Talking Heads to jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów nowej fali i post-punku. Można też dodać, że jeden z najsłynniejszych - choć w naszym kraju raczej nie cieszy się szczególną popularnością. Grupa powstała w połowie lat 70. w Nowym Jorku z inicjatywy szkockiego muzyka Davida Byrne'a (śpiew, gitara). Składu dopełnili jego znajomi ze studiów: Chris Frantz (perkusja) i Tina Weymouth (gitara basowa). Po pewnym czasie dołączył do nich jeszcze Jerry Harrison (gitara, klawisze), posiadający zdecydowanie największe doświadczenie muzyczne - był członkiem m.in. The Modern Lovers. Zespół stał się częścią nowojorskiej sceny punkowej, ściśle związanej ze słynnym klubem CBGB.

Debiutancki album "Talking Heads: 77" to najbardziej punkowe wydawnictwo w dyskografii zespołu. Jego odmiana punku różni się jednak od tej brytyjskiej, jest bardziej intelektualna, pozbawiona agresji i brudu. Zwraca uwagę taneczna, wręcz funkowa rytmika, czyste brzmienie gitar, klawiszowe tła. Jest też charakterystyczny, nieco niechlujny śpiew Byrne'a. W przeciwieństwie do późniejszych wydawnictw zespołu, nie ma tutaj praktycznie żadnego eksperymentowania - są proste, melodyjne, bezpretensjonalne piosenki. Trochę, niestety, razi ich monotonia. Zespół odkrywa wszystkie karty już otwierającym całość "Uh-Oh, Love Comes to Town", kolejne utwory właściwie niczym nie zaskakują. Warto jednak dodać, że album przyniósł grupie pierwszy spory przebój - "Psycho Killer". Jest to jedyna kompozycja, której Byrne nie napisał samodzielnie, a z pomocą Frantza i Weymouth. I chyba najciekawsza na albumie, wyróżniająca się bardzo psychodelicznym, atonalnym zakończeniem, ciekawie kontrastującym z chwytliwą, taneczną resztą utworu.

"Talking Heads: 77" to bez wątpienia niezwykle wpływowe i w chwili wydania bardzo świeże granie. Jednak docenią je przede wszystkim ci słuchacze, którzy lubią proste rockowe granie z jak najmniejszą ilością eksperymentów. Moim zdaniem za mało się tutaj dzieje, choć słychać pewien potencjał, w pełni rozwinięty na późniejszych wydawnictwach.

Ocena: 7/10



Talking Heads - "Talking Heads: 77" (1977)

1. Uh-Oh, Love Comes to Town; 2. New Feeling; 3. Tentative Decisions; 4. Happy Day; 5. Who Is It?; 6. No Compassion; 7. The Book I Read; 8. Don't Worry About the Government; 9. First Week / Last Week… Carefree; 10. Psycho Killer; 11. Pulled Up

Skład: David Byrne - wokal i gitara; Jerry Harrison - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass; Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony Bongiovi, Lance Quinn i Talking Heads


3 kwietnia 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Black Unity" (1972)



Na swoim poprzednim albumie, "Thembi", Pharoah Sanders postawił na krótsze utwory. "Black Unity" składa się natomiast z jednej tylko kompozycji. Trwające trzydzieści osiem minut (na wydaniu winylowym podzielone na dwa utwory) nagranie zostało zarejestrowane 24 listopada 1971 roku. Zgodnie ze swoim zwyczajem, Sanders zaprosił na sesję zarówno sprawdzonych muzyków (Cecil McBee, Billy Hart), jak i takich, którzy do tamtej pory nie wystąpili na żadnym z jego albumów. W tym przypadku byli to: saksofonista Carlos Garnett (znany ze współpracy z Milesem Davisem), trębacz "Hannibal" Marvin Peterson, pianista Joe Bonner, basista Stanley Clarke (późniejszy członek Return to Forever), perkusista Norman Connors, a także grający na przeróżnych perkusjonaliach Lawrence Killian.

Pod względem stylistycznym jest to typowy Pharoah. Użyte instrumentarium i uduchowiony klimat bezpośrednio nawiązują do słynnego "The Creator Has a Master Plan" z albumu "Karma". Tym razem obyło się jednak bez partii wokalnych. I bez tak nachalnych podobieństw, jak w przypadku "Jewels of Thought". Sanders wykorzystuje tu także doświadczenia ze swoich późniejszych albumów, przede wszystkim "Deaf Dumb Blind", a w rezultacie klimat jest tu bardziej szamańsko-afrykański, niż medytacyjno-hindustański. Efekt jest nie mniej udany. Muzycy grają jak natchnieni, osiągając wyżyny w zespołowej współpracy i tworzeniu intrygującego nastroju. Bardzo dużo dzieje się w warstwie rytmicznej, za sprawą dwóch kontrabasów, grających niezależnie od siebie i doskonale się uzupełniających, a także wzbogacenia partii perkusyjnych o brzmienie takich instrumentów, jak balafon, kongi czy djembe. Towarzyszą temu melodyjne partie pianina oraz, oczywiście, rozbudowana tym razem sekcja dęta - Pharoah, Garnett i Hannibal grają tu zarówno w piękny, melodyjny sposób, jak i dodają nieco freejazzowego zgiełku. Nie ma tu jednak przesadnie radykalnych odjazdów, całość zachowuje uduchowiony, melodyjny charakter.

"Black Unity" jest bez wątpienia jednym z najwspanialszych dokonań Pharoaha Sandersa. Osobiście stawiam go tuż za "Karmą". Gra i interakcja muzyków jest doskonała, a tworzony przez nich klimat może i nie aż tak nieziemski, jak na najbardziej uduchowionych albumach Johna Coltrane'a, ale wcale nie tak bardzo odległy. 

Ocena: 9/10



Pharoah Sanders - "Black Unity" (1972)

1. Black Unity (Part I); 2. Black Unity (Part II)

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, balafon; Carlos Garnett - saksofon tenorowy; Hannibal Marvin Peterson - trąbka; Joe Bonner - pianino; Cecil McBee - kontrabas; Stanley Clarke - kontrabas; Billy Hart - perkusja; Norman Connors - perkusja; Lawrence Killian - instr. perkusyjne
Producent: Lee Young


1 kwietnia 2019

[Recenzja] Gong - "Magick Brother" (1970)




Gong jest w Polsce zespołem stosunkowo mało znanym. To jeden z wielkich nieobecnych na radiowych playlistach i na łamach najpopularniejszego krajowego miesięcznika o muzyce. Tymczasem jest to jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych grup rockowych. Bo jak wielu wykonawców stworzyło swoją własną mitologię, do której nawiązywało tekstami, okładkami płyt i wizerunkiem? No właśnie... Pomysłodawcą i założycielem zespołu był Daevid Allen (właść. Christopher David Allen), australijski muzyk, który w latach 60. przybył do Europy. W połowie dekady stworzył swój pierwszy zespół, The Daevid Allen Trio (z Hughem Hopperem i Robertem Wyattem), który wkrótce przekształcił się w legendarny The Wilde Flowers, na którego gruzach powstały następnie grupy Caravan i Soft Machine. Allen trafił do drugiej z nich, jednak z powodu kończącej się wizy, musiał opuścić Wielką Brytanię, a tym samym nie mógł pozostać członkiem Soft Machine. Zamieszkał we Francji, gdzie szybko stworzył kolejny zespół - właśnie Gong.

Na przestrzeni lat przez zespół przewinęło się mnóstwo muzyków z niemal całego świata, skład nieustannie się zmieniał, a byli muzycy często tworzyli własne wersje grupy (Paragong, Pierre Moerlen's Gong, Planet Gong, Mother Gong, New York Gong). Na początkowym etapie działalności, niekwestionowanym liderem (a także wokalistą i gitarzystą) był Allen, a jego główną partnerką (także prywatnie) została Gilli Smyth, dzieląca z nim obowiązki autora utworów, a także odpowiadająca za tzw. kosmiczne szepty - charakterystyczny drugi wokal. Podczas nagrywania debiutanckiego albumu, jesienią 1969 roku, w składzie znaleźli się także saksofonista i flecista Didier Malherbe oraz perkusista Rachid Houari. Obowiązki basisty przejął Allen. Co ciekawe, album "Magick Brother" ukazał się nakładem BYG Actuel - francuskiej wytwórni specjalizującej się w free jazzie. Dlatego nie powinno dziwić, że wśród gości znaleźli się muzycy jazzowi - kontrabasiści Barre Phillips, Dieter Gewissler i Earl Freeman oraz pianista Burton Greene.

Tworząc ten materiał, Allen był pod silnym wpływem Syda Barretta, z którego twórczością zetknął się podczas licznych wspólnych występów Soft Machine i Pink Floyd w legendarnym londyńskim klubie UFO. Sposób komponowania, śpiewania i technika gry na gitarze (z licznymi glissandami) zostały ewidentnie podpatrzone u Barretta. Jednak zespół nie ogranicza się tu wyłącznie do kopiowania wczesnego Pink Floyd. Słychać też wpływy Franka Zappy i jego Mothers of Invention, przede wszystkim za sprawą dużej dawki humoru, natomiast partie kontrabasu i saksofonu dodają trochę jazzowego klimatu (np. "Gong Song", "5 & 20 Schoolgirls" oraz niemal freejazzowy "Princess Dreaming"). Jest tu też trochę orientalizowania ("5 & 20 Schoolgirls", "Cos You Got Green Hair"). Utwory są nieco naiwne, ale naprawdę fajnie łączą autentyczną przebojowość z psychodeliczno-awangardową dziwacznością. Rezultat jest bardzo przyjemny (np. "Magick Brother", "Glad to Sad to Say", "Pretty Miss Titty", a zwłaszcza w moim ulubionym "5 & 20 Schoolgirls").

Gong na swoim debiutanckim albumie jest jeszcze daleki od stworzenia w pełni własnego, oryginalnego stylu. Wyraźnie słychać tu podobieństwa do innych wykonawców, z barrettowskim Pink Floyd na czele, w dodatku tego typu muzyka wydaje się spóźniona o jakieś dwa, trzy lata. Na szczęście nie ma tu mowy o bezmyślnym kopiowaniu - raczej o twórczym rozwinięciu pewnej koncepcji i wzbogacenie jej o nowe elementy (wpływy jazzowe). Jednak dopiero dzięki kolejnym album, Gong stał się jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych - obok Soft Machine i Caravan - przedstawicieli sceny Canterbury.

Ocena: 7/10



Gong - "Magick Brother" (1970)

1. Mystic Sister; 2. Magick Brother; 3. Rational Anthem (Change the World); 4. Glad to Sad to Say; 5. Chainstore Chant; 6. Pretty Miss Titty; 7. Fredfish / Hope You Feel OK; 8. Untitled; 9. Gong Song; 10. Princess Dreaming; 11. 5 & 20 Schoolgirls; 12. Cos You Got Green Hair

Skład: Daevid Allen - wokal, gitara, bass; Gilli Smyth - wokal; Didier Malherbe - saksofon sopranowy, flet; Rachid Houari - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dieter Gewissler - kontrabas (2,9); Barre Phillips - kontrabas (4,10); Earl Freeman - kontrabas (8), pianino (9); Burton Greene - pianino (8); Tasmin Smyth - dodatkowy wokal (1,10)
Producent: Jean Georgakarakos i Jean-Luc Young