30 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)



Na "Minstrel in the Gallery" zespół najwyraźniej wyciągnął wnioski ze swoich ostatnich dokonań. Po dwóch albumach składających się z jednego utworu oraz trzeciego, wypełnionego wyłącznie piosenkami standardowej długości, tym razem muzycy zaproponowali coś pomiędzy. Na longplay trafiły nagrania o bardzo zróżnicowanej długości. Zwykle trwające około pięciu minut, choć najdłuższy zbliża się do siedemnastu, a najkrótszy nie dociągnął nawet do czterdziestu sekund. Pod względem stylistycznym i brzmieniowym jest to natomiast swego rodzaju powrót do czasów "Aqualung". "Minstrel in the Gallery" przynosi dość podobną mieszankę folku, muzyki dawnej i hard rocka, a w instrumentarium znów większą rolę odgrywają flet i gitary akustyczne, przeplatające się z cięższymi riffami. Całkiem zniknęły zaś wprowadzone na późniejszych albumach instrumenty, jak saksofon czy syntezatory. Pewną nowością jest natomiast udział żeńskiego kwintetu smyczkowego, składającego się z czterech skrzypiec i wiolonczeli, który pojawia się w niektórych nagraniach. Za zaaranżowanie jego partii tradycyjnie odpowiadał David Palmer.

Początek płyty jest bardzo obiecujący. Tytułowy, ośmiominutowy "Minstrel in the Gallery" rozpoczyna się spokojnym wstępem w klimacie muzyki dawnej. Ian Anderson śpiewa jedynie z akompaniamentem gitary akustycznej i fletu, co przywołuje wyraźne skojarzenia z dokonaniami zespołu z początku dekady. Uwagę zwraca też wyrazista, niebanalna melodia, czego bardzo brakowało na poprzednich płycie. W trzeciej minucie następuje jednak hardrockowe zaostrzenie i utwór pozostaje w takim klimacie już do samego końca. Ta część to przede wszystkim popis Martina Barre'a, grającego liczne riffy i solówki. Gitarzysta jest tu zresztą podpisany jako współautor, co stanowi jeden z nielicznych przypadków przełamania kompozytorskiego monopolu Andersona. Ostre partie gitary uzupełnia solidna sekcja rytmiczna, a także bardzo fajnie wzbogacające brzmienie dźwięki organów i fletu. Zespół już dawno nie nagrał tak dobrego, a przy tym zwartego utworu. Za to nieskutecznie próbował stworzyć takich więcej. Następny na płycie, nieco już krótszy "Cold Wind to Valhalla" zbudowano praktycznie na tych samych patentach, dodając jedynie partie smyczków. Efekt nie jest już jednak tak udany, to raczej taki solidny wypełniacz. W tych samych klimatach utrzymany jest także trzeci na płycie "Black Satin Dance", w którym zespół nieco bardziej miesza z kontrastami i mnogością tematów, co jednak niespecjalnie trzyma się kupy, a i brakuje tu czegoś przyciągającego uwagę.

Wrażenia wcale nie poprawiają dwie rzewne ballady, "Requiem" oraz "One White Duck / 0^10 = Nothing at All", obie zbyt przesłodzone aranżacyjnie, a pierwszy dodatkowo kompletnie nijaki melodycznie. Punktem kulminacyjnym albumu jest ponad szesnastominutowy "Baker St. Muse", składający się z czterech części. Tutaj ponownie subtelniejsze momenty, inspirowane folkiem i muzyką dawną, mieszają się z rockowym czadem. Nie brakuje naprawdę udanych melodii oraz motywów, ale spokojnie można było rozdzielić je na kilka różnych utworów. Zebranie ich razem, bez ładu i składu, nie było najlepszym rozwiązaniem, bo całość po prostu się nie klei, jest zbyt przekombinowana. Finałowy "Grace" to już tylko niewiele ponad półminutowy drobiazg, ze śpiewem Andersona przy akompaniamencie gitary akustycznej i smyczków, który bardzo łatwo przeoczyć. Nie tylko ze względu na czas trwania, ale przede wszystkim przez brak czegokolwiek charakterystycznego. Niezbyt dobrym pomysłem było poprzedzenie wielu utworów zapowiedziami Andersona, co jest dość męczące.

"Minstrel in the Gallery" potwierdza, że zespół najlepiej odnajdował się w graniu na pograniczu folku i hard rocka, ale tylko wtedy, gdy nie kombinował zbyt wiele (muzykom często brakło do tego wyobraźni) i dysponował odpowiednio wyrazistymi kompozycjami. Na tym albumie zwykle spełniony jest tylko jeden z tych dwóch warunków, od czego chlubny wyjątek stanowi nagranie tytułowe. To jednak trochę za mało, by mówić o wyjściu z kryzysu, w który zespół popadł tuż po wydaniu swojego opus magnum, "Thick as a Brick". Kryzys ten miał jeszcze trochę potrwać, ale te małe przebłyski na "Minstrel in the Gallery" dawały pewną nadzieję, a zespół już w całkiem nieodległej przyszłości miał powrócić do formy. Tyle, że po drodze przytrafiła się jeszcze jedna wpadka.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)

1. Minstrel in the Gallery; 2. Cold Wind to Valhalla; 3. Black Satin Dancer; 4. Requiem; 5. One White Duck / 0^10 = Nothing at All; 6. Baker St. Muse (Pig-Me and the Whore / Nice Little Tune / Crash-Barrier Waltzer / Mother England Reverie); 7. Grace

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara; Martin Barre - gitara; John Evan - instr. klawiszowe; Jeffrey Hammond - gitara basowa, kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Palmer - aranżacja instr. smyczkowych; Rita Eddowes, Elizabeth Edwards, Patrick Halling i Bridget Procter - skrzypce; Katharine Tullborn - wiolonczela
Producent: Ian Anderson


28 kwietnia 2015

[Recenzja] Derek and the Dominos - "Layla and Other Assorted Love Songs" (1970)



Od razu po zakończeniu nagrań na niezbyt udany solowy debiut Erica Claptona, lider i znaczna część tamtego składu wspomogli George'a Harrisona w tworzeniu słynnego albumu "All Things Must Pass". Sesje trwały od maja do października 1970 roku. W międzyczasie jeszcze bardziej zacieśniły się więzi Claptona z Carlem Radle'em, Jimem Gordonem, a zwłaszcza Bobbym Whitlockiem, który w tamtym czasie zamieszkał u gitarzysty. W wolnym czasie obaj muzycy często grywali razem jam sessions, podczas których powoli krystalizowały się nowe kompozycje. W końcu pojawił się pomysł stworzenia zespołu. Składu dopełnili oczywiście Radle i Gordon, a także gitarzysta Dave Mason, najbardziej znany z Traffic, z którym pozostała czwórka miała okazję współpracować już podczas trasy z Delaney & Bonnie, a następnie zetknęli się z nim podczas prac nad "All Things Must Pass". Kwintet zadebiutował na scenie już w czerwcu 1970 roku. Choć występ miał odbyć się pod nazwą Eric and the Dynamos, zespół został błędnie zapowiedziany jako Derek and the Dominos i tak już zostało.

Harrison, w podziękowaniu za pomoc w nagraniach "All Things Must Pass", pomógł nowej grupie zorganizować własną sesję ze swoim producentem Philem Spectorem, w której sam też wziął udział. Zarejestrowano wówczas dwie kompozycje, "Tell the Truth" i "Roll It Over", które wydano na singlu, a także parę jamów, których fragmenty ex-Beatles zamieścił na swoim albumie. Następne kilka tygodni zespół, już bez udziału Masona i Harrisona, spędził na koncertowaniu w brytyjskich klubach. Zgodnie z umową, organizatorzy nie mogli używać do promocji nazwiska Claptona, który znów mógł stać się zwyczajnym członkiem zespołu, co zawsze mu służyło. Pod koniec sierpnia kwartet udał się do Miami, gdzie przez dwa tygodnie tworzył pod okiem Toma Dowda materiał na debiutancki album. W trakcie sesji Dowd zaprosił muzyków na koncert innego zespołu, z którym współpracował - The Allman Brothers Band. Clapton był tak zachwycony grą gitarzysty Duane'a Allmana, że od razu występie zaprosił go do studia. W ten sposób większość albumu została nagrana w kwintecie.

Wydany na dwóch płytach winylowych "Layla and Other Assorted Love Songs", uznawany jest przez wielu krytyków i fanów za największe dokonanie Erica Claptona. Z tym można polemizować. Osobiście wyżej stawiam na pewno nagrany z Johnem Mayallem "Blues Breakers", "Disraeli Gears" i "Wheels of Fire" Cream, a także eponimiczne wydawnictwo Blind Faith. Za to bez wątpienia jest to ostatnie tak udane wydawnictwo w obszernym dorobku Claptona, który już nigdy później nie przedstawił tak udanych kompozycji (jest współautorem większości utworów, przeważnie napisanych wspólnie z Whitlockiem), wykonanych z takim zaangażowaniem i skrzących się od porywających popisów solowych. W tym kontekście nie ma żadnego znaczenia, czy "Layla and Other Assorted Love Songs" faktycznie jest jego szczytowym osiągnięciem. Trudno zresztą obiektywnie odpowiedzieć na takie pytanie. Za to z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że to niekwestionowana czołówka albumów z jego udziałem.

Longplay okazał się także sporym sukcesem komercyjnym, w znacznym stopniu będącym zasługę jednego z największych rockowych przebojów wszech czasów, czyli kompozycji (prawie) tytułowej. "Layla" to miłosne wyznanie Claptona do niejakiej Pattie Boyd, ówczesnej żony Harrisona, jednego z najlepszych kumpli gitarzysty. Początkowo miała to być ballada (zapewne w stylu późniejszej wersji z "Unplugged"), ale nabrała bardziej rockowego charakteru, kiedy Duane Allman zaproponował charakterystyczny riff, będący jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzycznych motywów. Allman nie został jednak uwzględniony jako współautor. Inna sprawa, że ten riff to po prostu szybciej zagrany temat z kompozycji "As the Years Go Passing By" Alberta Kinga. Na tantiemy załapał się natomiast Gordon, który wymyślił długą fortepianową kodę - nie mającą nic wspólnego z właściwą częścią utworu, ale dobrze z nią współgrającą. Jednak nie na wiele zdała mu się zarobiona w ten sposób fortuna - od 1983 roku przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych, gdzie trafił po zabójstwie własnej matki. Perkusista miał niestwierdzona schizofrenię paranoidalną, a jego stan pogorszyły narkotyki. Losy innych muzyków tez nie potoczyły się najlepiej. Duane Allman zginął w październiku 1971 roku w efekcie wypadku motocyklowego, a Carl Radle zmarł w 1980 roku z powodu zapalenia nerek, będącego konsekwencją nadużywania alkoholu i narkotyków. Używki zniszczyły też Claptona, który na kilka lat musiał całkiem wycofać się z grania, a potem już nigdy nie powrócił do wcześniejszej formy.

"Layla and Other Assorted Love Songs" to nie tylko ten najsłynniejszy utwór. Poza nim znalazło się tutaj trzynaście innych utworów. Przeważnie stricte bluesrockowych, raczej w amerykańskim niż brytyjskim stylu, czego przykładem chociażby "Nobody Knows You When You're Down and Out", rozimprowizowany "Key to the Highway", "Have You Ever Loved a Woman?" czy znany już z singla, ale nagrany na nowo "Tell the Truth". Album przynosi także utwory w nieco innym klimacie. W piosenkowych "I Looked Away" i "Bell Bottom Blues" - nagranych jeszcze bez udziału Allmana - pobrzmiewa echo utworów The Beatles pisanych przez Harrisona. "I Am Yours" i "Thorn Tree in the Garden" to z kolei znacznie łagodniejsze utwory, oparte na brzmieniach akustycznych, choć ten pierwszy zgrabnie ubarwiają partie gitary elektrycznej granymi przez Allmana techniką slide. Świetny popis gry w ten sposób muzyk daje także w żywszym, przebojowym "Anyday". Pozytywnie wyróżnia się też mocniejsza, rozbudowana wersja "Little Wing", niemal nie przypominająca balladowego oryginału Jimiego Hendrixa. Kompozytor niestety nie miał okazji zapoznać się z tą wersją - zmarł zaledwie osiem dni po jej nagraniu. Niestety, zdarzają się też słabsze fragmenty, jak dość banalne melodycznie "Keep On Growing" i "Why Does Love Got to Be So Sad?". Albo brzmiący strasznie staroświecko "It's Too Late". To akurat kompozycja z lat 50., oryginalnie wykonana przez Chucka Willisa, ale przecież można było zaaranżować go w sposób bardziej pasujący do reszty albumu.

"Layla and Other Assorted Love Songs" w zasadzie potwierdza regułę, że rockowi wykonawcy nie powinni nagrywać albumów dłuższych niż czterdzieści pięć minut - po prostu brakuje im umiejętności lub pomysłów, by przez dłuższy czas utrzymać równy poziom. Także ten album mógłby wiele zyskać po skróceniu do jednej płyty winylowej, aczkolwiek wówczas nie zmieściłyby się wszystkie z tych bardziej udanych utworów. Może więc faktycznie takie rozwiązanie było najlepsze. Tak czy inaczej, album całkowicie zasługuje na miano rockowego klasyka.

Ocena: 8/10



Derek and the Dominos - "Layla and Other Assorted Love Songs" (1970)

LP1: 1. I Looked Away; 2. Bell Bottom Blues; 3. Keep On Growing; 4. Nobody Knows You When You're Down and Out; 5. I Am Yours; 6. Anyday; 7. Key to the Highway
LP2: 1. Tell the Truth; 2. Why Does Love Got to Be So Sad?; 3. Have You Ever Loved a Woman?; 4. Little Wing; 5. It's Too Late; 6. Layla; 7. Thorn Tree in the Garden

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Duane Allman - gitara (LP1: 4-7, LP2); Bobby Whitlock - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Carl Radle - gitara basowa, instr. perkusyjne; Jim Gordon - perkusja i instr. perkusyjne, pianino (LP2: 6)
Gościnnie: Albhy Galuten - pianino (LP1: 4)
Producent: Tom Dowd, Derek and the Dominos


26 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Blueprint" (1973)



"Blueprint" rozpoczyna nowy etap w twórczości Rory'ego Gallaghera. Po odejściu ze składu Wilgara Campbella - którego przerażały lotnicze podróże, przez co często odpuszczał koncerty - nowym perkusistą został Rod de'Ath, wcześniej członek angielskiej grupy bluesrockowej Killing Floor. Za jego namową Gallagher przyjął także innego muzyka tamtego zespołu, klawiszowca Lou Martina. Tym samym Irlandczyk po raz pierwszy stanął na czele czteroosobowego składu, porzucając sprawdzoną formułę power tria. Kwartet utrzymał się przez kolejne pięć lat, które były okresem największych sukcesów Rory'ego. Już "Blueprint" - zatytułowany tak od projektu wzmacniacza na specjalne zamówienie lidera, którego fragment widać na okładce - cieszył się całkiem sporym powodzeniem, dochodząc do 12. miejsca brytyjskiego notowania, a nawet zaznaczając swoją obecność na amerykańskiej liście, co nie udało się żadnemu z poprzedników, zatrzymując się na miejscu 147. Nie brzmi to może zbyt imponująco, ale świadczyło o tym, że Irlandczyk w końcu został dostrzeżony w Stanach.

"Blueprint" jest albumem wyraźnie krótszym od dwóch poprzednich. Mogło to wynikać z braku nowych pomysłów kompozytorskich, za czym przemawia też fakt, że po raz pierwszy od czasu eponimicznego debiutu Taste Gallagher zamieścił na płycie cudzą kompozycję. Bluesowy standard "Banker's Blues" z repertuaru Big Billa Broonzy'ego jest zresztą wykonany strasznie zachowawczo. Niestety, autorskie utwory też często wypadają wyjątkowo przeciętnie. Taki  "Hands Off" opiera się na ogranych bluesrockowych schematach, nawet solówki lidera nie ekscytują jak wcześniej. Nie pomaga wygładzone brzmienie, z wychodzącym na pierwszy plan pianinem. Tytuł chyba nie przypadkiem nawiązuje do "Hands Up" z solowego debiutu, bo pod względem wykonawczej ekspresji też jest przeciwieństwem tamtego energetycznego nagrania. Trochę lepiej wypada "Race the Breeze", również mocno zakorzeniony w bluesie, ale zagrany bardziej żywiołowo. Nie mam tylko pojęcia, po co został rozciągnięty do prawie siedmiu minut, skoro dałoby się zmieścić go w połowie tego czasu. "Unmilitary Two-Step" to z kolei całkowicie solowy, instrumentalny popis Gallaghera na gitarze akustycznej, w którym niestety znów doskwiera monotonia. Natomiast finałowa ballada "If I Had a Reason" to nudnawa próba grania w amerykańskim stylu z okolic The Band.

Znalazły się tu jednak także trzy udane utwory. Energetyczny "Walk on Hot Coals" świetnie sprawdza się w roli otwieracza. To kolejny dłuższy utwór, delikatnie przekraczający siedem minut, ale tym razem dzieje się więcej, a popisy Gallaghera w końcu przyciągają uwagę. Inna sprawa, że ta kompozycja jeszcze lepiej wypadała podczas koncertów, co udokumentowano na słynnym "Irish Tour '74". I ze względu na istnienie tamtej wersji spokojnie można zapomnieć o studyjnym pierwowzorze. Problemu tego nie ma z dwoma pozostałymi nagraniami, które na żywo zostały zagrane tylko kilka razy i chyba nie trafiły na żadne koncertowe wydawnictwo. "Daughter of the Everglades" to urocza, zgrabna melodycznie ballada o folkowym, lekko celtyckim zabarwieniu, ze znaczną rolą gitary akustycznej i różnych brzmień klawiszowych,  ale też z energetyczną grą sekcji rytmicznej oraz świetnymi solowymi partiami lidera. Najdłuższy na płycie "Seventh Son of a Seventh Son" kieruje się natomiast w nieco jakby jazz-rockowe rejony. Uwagę zawraca wykorzystanie instrumentów nieobecnych w innych utworach - elektrycznych organów i saksofonu, jednak całość jest znów trochę zbyt monotonna i pozbawiona pomysłu na rozwiniecie.

Jeśli mam być szczery, to nie jest to zbyt dobry album. Większość utworów wypada ledwo przeciętnie, a nawet te lepsze fragmenty są dalekie od poziomu wcześniejszych wydawnictw Rory'ego Gallaghera (może z wyjątkiem "Daughter of the Everglades"). W dodatku nie klei się to wszystko w spójną całość. Sukces komercyjny tego wydawnictwa był prawdopodobnie wyłącznie wynikiem wcześniejszej działalności Irlandczyka, zarówno fonograficznej, jak i przede wszystkim koncertowej. Z perspektywy czasu wiadomo jednak, że "Blueprint" był raczej wypadkiem przy pracy niż stałym spadkiem formy.

Ocena: 6/10



Rory Gallagher - "Blueprint" (1973)

1. Walk on Hot Coals; 2. Daughter of the Everglades; 3. Banker's Blues; 4. Hands Off; 5. Race the Breeze; 6. Seventh Son of a Seventh Son; 7. Unmilitary Two-Step; 8. If I Had a Reason

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka, saksofon; Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Rory Gallagher


22 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "War Child" (1974)



Jethro Tull już w pierwszej dekadzie działalności, po serii wzlotów zaliczył upadek. Problemy zaczęły się podczas niefortunnej sesji w Château d'Hérouville, pod koniec 1972 roku, gdy zespół nie był w stanie dokończyć nagrywanego tam albumu. Wkrótce potem zarejestrowano i wydano kontrowersyjny "A Passion Play", który co prawda świetnie się sprzedawał, ale recenzje w prasie były przeważnie bardzo krytyczne, a i dla wielu fanów był to rozczarowujący materiał. Porażką okazała się też trasa koncertowa, gdyż widownia nie była gotowa na występy rozpoczynające się od zagrania nowego albumu w całości i bez żadnych przerw. Był to bez wątpienia ciężki czas dla muzyków, a Ian Anderson rozważał nawet rozwiązanie zespołu. Wkrótce jednak zaangażował się w tworzenie kolejnego ambitnego projektu. Nowej muzyce miał towarzyszyć pełnowymiarowy film. W przedsięwzięcie zaangażowali się nawet ludzie z branży filmowej, na czele z Johnem Cleese'em z Monty Pythona, ale ostatecznie nie udało się go zrealizować. Pozostała sama muzyka, która wypełniła album zatytułowany "War Child".

W przeciwieństwie do poprzedzających go "Thick as a Brick" i "A Passion Play", jest to zbiór niepowiązanych ze sobą kawałków. Znaczna część materiału powstała już wcześniej. Podstawowe ścieżki i partie wokalne do "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" i "Only Solitaire" zarejestrowano już podczas pobytu w Château d'Hérouville. Korzenie "Bungle in the Jungle" również sięgają tamtego okresu. Z kolei "Two Fingers" to nowe opracowanie "Lick Your Fingers Clean", kompozycji zarejestrowanej podczas prac nad albumem "Aqualung", ale wówczas niewydanej. Samo sięgnięcie po starsze kompozycje to jeszcze nie dowód na kryzys twórczy Andersona. Niestety, świadczy o tym poziom zawartych tu utworów. Wśród dziesięciu nagrań nie ma ani jednego, które można by postawić obok najciekawszych momentów wcześniejszych longplayów. Trudno w ogóle cokolwiek dobrego o nich napisać.

W większości są to zupełnie niecharakterystyczne, nijakie melodycznie piosenki ("War Child", "Queen and Country", "Ladies", "Sealion", "Only Solitaire", "Two Fingers"). A gdy już pojawia się bardziej wyrazista melodia, to razi kompletnie chaotyczna aranżacja ("Back-Door Angels") lub popowy banał ("Bungle in the Jungle", "The Third Hoorah"), a w najlepszym razie pojawia się wrażenie, że już się ją kiedyś słyszało w wykonaniu tego zespołu. To ostatnie dotyczy "Skating Away on the Thin Ice of the New Day", którego zwrotki spokojnie dałoby się wpleść w "Thick as a Brick". Niemniej jednak jest to najbardziej znośny fragment longplaya, właśnie ze względu na najbardziej tullową melodię i obecność fletu, którego ogólnie nie ma tu zbyt wiele. Istotną rolę w tych nagraniach przeważnie odgrywają strasznie naiwne, quasi-filmowe orkiestracje, nierzadko słychać też akordeon, syntezatory i saksofon.

"War Child" to album już nie tylko kontrowersyjny, jak "A Passion Play", ale całkowity niewypał. Nie mam wątpliwości, że najwięksi wielbiciele Jethro Tull znajdą tu dla siebie więcej ode mnie - dlatego ocena nie jest niższa - nie mniej jednak nie znajduję żadnego powodu, by ten longplay komukolwiek polecać. Nie ma na nim niczego, czego zespół nie zrobił już wcześniej ze znacznie lepszym skutkiem. Trudno zresztą spodziewać się czegoś więcej po wydawnictwie, które w tak dużym stopniu składa się z odrzutów po wcześniejszych sesjach.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "War Child" (1974)

1. War Child; 2. Queen and Country; 3. Ladies; 4. Back-Door Angels; 5. Sealion; 6. Skating Away on the Thin Ice of the New Day; 7. Bungle in the Jungle; 8. Only Solitaire; 9. The Third Hoorah; 10. Two Fingers

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, saksofon; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - gitara basowa, kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


20 kwietnia 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)



Eric Clapton w drugiej połowie lat 60. należał do ścisłej czołówki najbardziej ekscytujących gitarzystów. To w znacznej mierze jego instrumentalny talent pomagał w sukcesach kolejnych składów, jakie współtworzył, począwszy od The Yardbirds i grupy Johna Mayalla, po Cream i Blind Faith. Po rozpadzie tego ostatniego zespołu dołączył do koncertowego składu duetu Delaney & Bonnie, tworzonego przez małżeństwo Bramlettów. To właśnie wtedy po raz pierwszy miał okazję współpracować z Bobbym Whitlockiem, Carlem Radle'em i Jimem Gordonem - muzykami, z którymi wkrótce potem stworzył słynny Derek & the Dominos. Wcześniej jednak Delaney Bramlett namówił Claptona na nagranie albumu solowego. Eponimiczny album nagrywany był pomiędzy listopadem 1969 a majem 1970 roku, a w sesji uczestniczyli m.in. Bramlettowie, Whitlock, Radle i Gordon, Stephen Stills (z Crosby, Stills & Nash), pianista Leon Russell czy saksofonista Bobby Keys (w tamtym czasie stały współpracownik The Rolling Stones).

To pierwszy album, na którym Eric Clapton wystąpił w pierwszoplanowej roli, nie tylko jako gitarzysta, ale także główny wokalista. Zdecydowanie nie był to typ frontmana. do tamtej pory wolał trzymać się w cieniu. Jako wokalista udzielał się sporadycznie, a w jego głosie słychać było nieśmiałość. Co więcej, rzadko pisał własne utwory, a współpracując z tak zdolnymi kompozytorami, jak John Mayall, Jack Bruce czy Steve Winwood, nie miał potrzeby rozwijać tego rodzaju umiejętności. Nic zatem dziwnego, że przygotowując materiał na solowy debiut musiał skorzystać z czyjejś pomocy. Większość utworów podpisał wspólnie z Bramlettem, który wystąpił na płycie także w roli producenta i dodatkowego gitarzysty. Co nieco dorzucili od siebie Leon Russell oraz amerykański gitarzysta Steve Cropper (niewystępujący na albumie), a repertuaru dopełniła przeróbka "After Midnight" J. J. Cale'a.

Energetyczny, choć niezbyt charakterystyczny instrumental "Slunky" to całkiem udane otwarcie. Niestety, wprowadzające w błąd, bo w pozostałych kawałkach próżno szukać podobnej energii. Nie tylko w śpiewie lidera, ale nawet w jego granych jakby od niechcenia, wyjątkowo powściągliwych partiach gitarowych, słychać znużenie podobne do tego, które widać na okładkowym zdjęciu. Z kolei bogate aranżacje - obejmujące partie  sekcji dętej, dwóch klawiszowców oraz żeńsko-męskiego chórku - nie są w stanie ukryć, że tak naprawdę żaden z tych kilkunastu muzyków nie był w stanie zaproponować nic ciekawego. Całości na pewno nie pomagają nijakie kompozycje i strasznie wygładzone brzmienie, przez które całości bliżej do popu niż bluesa. Nawet duży przebój "After Midnight" (tutejsza wersja zyskała większą popularność od oryginału) w tym wykonaniu brzmi bardzo niemrawo. O dziwo, najlepiej prezentuje się jedyny faktycznie solowy utwór Claptona - napisany i wykonany samodzielnie, jedynie z pomocą gitary akustycznej "Easy Now". Na tle całości wyróżnia go także bardziej wyrazista, beatlesowska melodia (kojarzy się raczej z kompozycjami George'a Harrisona niż spółki Lennon / McCartney). Na tle całości broni się jeszcze finałowy "Let It Rain", kolejny kawałek z bardziej charakterystyczną melodią, choć w refrenie popadającą w banał. To jeden z nielicznych fragmentów płyty, w których Clapton mógł trochę bardziej wykazać się jako gitarzysta - jego solówkom daleko jednak do tych, jakie grał u Mayalla, w Cream i Blind Faith, czy później w Derek & the Dominos.

Eric Clapton świetnie odnajdywał się jako członek zespołu lub sideman, gdy mógł skupić się na partiach gitary. Współpracując z innymi kreatywnymi muzykami potrafił wykrzesać z siebie jako gitarzysta naprawdę wiele, czego najlepszym przykładem były występy Cream. Niestety, już jego pierwszy album w roli lidera pokazuje, że jako solista nie miał absolutnie nic do zaoferowania. W dodatku całość jest kompletnie wyprana z jakiejkolwiek formy zaangażowania, przez co nawet partie gitary wypadają wyjątkowo przeciętnie. Album brzmi tak, jakby żadnemu z występujących tu muzyków nie chciało się starać, a jedynie odwalić chałturę i wziąć kasę. W podobny sposób nagrano wszystkie późniejsze solowe wydawnictwa Claptona, któremu najwyraźniej zupełnie nie przeszkadzało sygnowanie własnym nazwiskiem takich gniotów. Kolejne płyty i tak świetnie się sprzedawały właśnie ze względu na nazwisko i dobrą promocję, a ich ich zerowy poziom artystyczny nie miał dla Claptona żadnego znaczenia.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)

1. Slunky; 2. Bad Boy; 3. Lonesome and a Long Way from Home; 4. After Midnight; 5. Easy Now; 6. Blues Power; 7. Bottle of Red Wine; 8. Lovin' You Lovin' Me; 9. Told You For the Last Time; 10. Don't Know Why; 11. Let It Rain

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Delaney Bramlett - gitara, dodatkowy wokal; Stephen Stills - gitara, dodatkowy wokal; Carl Radle - gitara basowa; Jim Gordon - perkusja; Tex Johnson - instr. perkusyjne; Bobby Whitlock - organy, dodatkowy wokal; Leon Russell - pianino; John Simon - pianino; Bobby Keys - saksofon; Jim Price - trąbka; Bonnie Bramlett, Rita Coolidge, Sonny Curtis i Jerry Allison - dodatkowy wokal
Producent: Delaney Bramlett


18 kwietnia 2015

[Artykuł] Najciekawsze opakowania płyt winylowych

W związku z obchodzonym dzisiaj Record Store Day (międzynarodowym dniem sklepów z płytami i płyt winylowych) postanowiłem opublikować listę najciekawszych okładek. Bynajmniej nie chodzi tutaj o same grafiki, a o najbardziej pomysłowe, oryginalne i niekonwencjonalne projekty. Kolejność chronologiczna. 



1. The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1966)

Beatlesi zrewolucjonizowali praktycznie wszystkie dziedziny muzycznego biznesu. Także okładki. Do połowy lat 60. były to tylko zwykłe opakowania, ze zdjęciem wykonawcy, jego nazwą, tytułem płyty, listą utworów i logiem wytwórni. Za sprawą Wspaniałej Czwórki stały zaczęły stawać się małymi dziełami sztuki, stanowiącymi integralną część albumu, tak samo ważną, jak zawartość muzyczna. Przełomowym wydawnictwem był "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" z 1966 roku, z okładką, której czas przygotowania i budżet znacznie wykraczały poza ówczesne standardy. Chociaż już samo okładkowe zdjęcie było wyjątkowe jak na tamte czasy, na tym się nie skończyło. Był to bowiem pierwszy jednopłytowy album w historii muzyki, który został wydany w rozkładanej kopercie. Płyta znalazła się w jej prawym "skrzydle", natomiast w lewym umieszczono kartonową wkładkę, z której można było wyciąć przeróżne dodatki: zdjęcie zespołu, znaczki, a nawet... sztuczne wąsy, będące repliką tych, które nosił Paul McCartney, gdy chciał zachować anonimowość. Warto dodać, że to własnie McCartney był pomysłodawcą okładki albumu, a w realizacji pomogli mu graficy Peter Blake i Jann Haworth.



2. The Beatles - "Magical Mystery Tour" (1967)

I jeszcze raz Beatlesi. Brytyjskie wydanie "Magical Mystery Tour" jest o tyle intrygujące, że wchodzące w jego skład dwie 7-calowe EPki zostały umieszczone w 28-stronicowej książeczce w twardej oprawie, zawierającej teksty utworów i kolorowe zdjęcia. Dziś takie wydania są standardem, ale wówczas był to szczyt ekstrawagancji.



3. Soft Machine - "Soft Machine" (1968)

Do frontowej strony koperty przymocowano obrotową tarczę z otworami, przez które można oglądać fragmenty schowanego pod nią kolażu zdjęć. Podobny patent został wykorzystany na albumie "Led Zeppelin III" grupy Led Zeppelin - tam jednak tarcza umieszczona jest wewnątrz frontowego skrzydła rozkładanej koperty, a umieszczoną na niej grafikę można oglądać przez otwory w kopercie.




4. Jethro Tull - "Stand Up" (1969)

"Stand Up", czyli - w wolnym tłumaczeniu - powstań. Po otarciu rozkładanej koperty albumu, podnoszą się z niej kartonowe sylwetki muzyków. Pomysł został wykorzystany także przez grupę Badger na jej albumie "One Live Badger" z 1973 roku.



5. The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

W okładkę niektórych wydań albumu został "wszyty" prawdziwy zamek błyskawiczny. W środku koperty można było znaleźć... papierowego banana. Po rozsunięciu rozporka można... a, mniejsza z tym.



6. Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)

Do okładki albumu zostało "wstawione" lusterko (a właściwie srebrna folia). Pomysł nie był całkowicie nowy, ponieważ pierwsza "lustrzana" okładka pojawiła się już w 1968 roku ("Head" grupy The Monkees), jednak w przypadku "Look at Yourself" o wiele lepiej koresponduje ona z tytułem albumu. W późniejszych wydaniach zrezygnowano z folii.



7. Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

Płyta została opakowana w... 12-stronicową gazetę o wymiarach 12 x 16 cali, z artykułami napisanymi przez członków zespołu. Wytwórnia początkowo nie zgadzała się na zrealizowanie tego pomysłu, twierdząc, że koszt produkcji będzie zbyt duży. Przekonał ich argument, że prawdziwe gazety są przecież codziennie drukowane w ogromnych nakładach, a sprzedaje się je za grosze, a nawet rozdaje za darmo.



8. Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)

We wczesnych wydaniach albumu okładka otwierała się jak wrota, za którymi kryła się kolejna grafika. Więcej na jej temat w poświęconej jej części cyklu "Historie okładek" - do przeczytania tutaj. Patent został wykorzystany także na albumie "Lifemask" Roya Harpera, który ukazał się w tym samym roku.



9. Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)

W okładce, przedstawiającej gmachy dwóch budynków, w miejscu ich okien wycięto szesnaście otworów, w których można ustawić jeden z sześciu dostępnych kompletów grafik (po dwa na każdej z wewnętrznych kopert podwójnego albumu i dwa kolejne na dodatkowej wkładce). Identyczny pomysł wykorzystany został wcześniej na albumie "Compartments" Jose'a Feliciano (1973), ale z mniejszym rozmachem, niż na dziele Led Zeppelin. Więcej o okładce i samym albumie do przeczytania tutaj



10. Public Image Ltd - "Metal Box" (1979)

Zgodnie z tytułem, album został zapakowany w metalowe pudełko, przypominające te, w których przechowuje się 16-milimetrowe taśmy filmowe. Pomysł interesujący, ale niedopracowany, ze względu na trudności z wyciąganiem płyty.


17 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Live in Europe" (1972)



Po wydaniu dwóch solowych albumów, Rory Gallagher intensywnie koncertował po niemal całym cywilizowanym świecie. W tamtych czasach oznaczało to w praktyce tylko Amerykę Północną i Europę Zachodnią, a także Japonię i Australię, do których jednak Irlandczyk dotarł dopiero na późniejszych trasach. Szczególnie udane były europejskie występy, odbywające się przeważnie w małych klubach, w których najłatwiej było złapać dobry kontakt z publicznością. Właśnie w takich warunkach, wiosną 1972 roku, zarejestrowany został materiał na pierwszy koncertowy album Gallaghera. Na oryginalne winylowe wydanie "Live in Europe" trafiło w sumie siedem utworów, które zarejestrowano podczas dwóch występów we Włoszech, jednego w Wielkiej Brytanii oraz jednego w Niemczech. Kompaktowe wznowienia zawierają jeszcze dwa nagrania, prawdopodobnie pochodzące z tych samych koncertów.

Co ciekawe i dość nietypowe, repertuar tego albumu w niewielkim stopniu pokrywa się z wcześniejszymi wydawnictwami. Każdy z dwóch longplayów reprezentowany jest jednym utworem. Znany z eponimicznego debiutu "Laundromat" w tej wersji zyskał jeszcze większą dawkę energii, natomiast "In Your Town" z "Deuce" zaprezentowano w rozimprowizowany, pełen luzu i spontaniczności sposób. Pozostały materiał to już wyłącznie interpretacje bluesowych standardów i tradycyjnych pieśni. Naprawdę porywająco wypada energetyczne wykonanie "Messin' with the Kid" z repertuaru Juniora Wellsa, które doskonale sprawdza się w roli otwieracza. Słychać świetne zgranie lidera z basistą Gerrym McAvoyem i perkusistą Wilgarem Cambellem, jednak to przede wszystkim ekscytujące partie gitary przyciągają uwagę. Sekcja rytmiczna bardziej wykazać mogła się finałowym, równie żywiołowym "Bullfrog Blues", w którym wszyscy instrumentaliści grają świetne solówki. Oba te utwory weszły na stałe do koncertowego repertuaru Gallaghera. Muzyk chętnie sięgał też po dwie inne z zawartych tu kompozycji: "Pistol Slapper Blues" Blind Boya Fullera i tradycyjnego "Going to My Hometown". W obu nie usłyszymy widocznego na okładce, obdrapanego Stratocastera, który towarzyszył Rory'emu przez całą karierę. W pierwszym z nich akompaniament ogranicza się do gitary akustycznej, a w drugim do mandoliny i skromnej sekcji rytmicznej. Rzadziej w setliście pojawiał się kolejny tradycyjny blues, "I Could've Had Religion" - tutaj zaprezentowany w blisko dziewięciominutowej, stopniowo rozkręcającej się wersji. Warto odnotować go ze względu na partie harmonijki lidera oraz jak zwykle świetną grę na gitarze.

Wspomniane wcześniej bonusy to jeszcze dwie tradycyjne kompozycje bluesowe. "What in the World" w tej wersji wypada dość zachowawczo, bez tej ogromnej dawki emocji, jakie pojawiły się w późniejszych wykonaniach Gallaghera. Również "Hoodoo Man" niewiele wnosi do całości, dlatego spokojnie można ograniczyć się do podstawowego wydania. Natomiast zdecydowanie nie należy pomijać tego wydawnictwa w trakcie zapoznawania się z twórczością Irlandczyka. "Live in Europe" nie jest najlepszą koncertówką w dorobku Rory'ego Gallaghera, lecz doskonale uchwycono tu esencję jego występów, których podstawą były właśnie te bluesowe standardy, a nie autorski materiał znany z płyt studyjnych. 

Ocena: 8/10




Rory Gallagher - "Live in Europe" (1972)

1. Messin' with the Kid; 2. Laundromat; 3. I Could've Had Religion; 4. Pistol Slapper Blues; 5. Going to My Hometown; 6. In Your Town; 7. Bullfrog Blues

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Wilgar Campbell - perkusja
Producent: Rory Gallagher


15 kwietnia 2015

[Recenzja] Stomu Yamashta / Steve Winwood / Michael Shrieve - "Go" (1976)



Supergrupa Go to jedno z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć w historii muzyki. Szyld ten połączył muzyków z różnych stron świata, których wcześniejsza twórczość niekoniecznie miała ze sobą wiele punktów stycznych. Byli to członkowie tak różnych grup, jak Traffic, Blind Faith, Santana, Tangerine Dream, Ash Ra Tempel czy Return to Forever. Inicjatorem tego przedziwnego spotkania był Stomu Yamash'ta, japoński perkusista i klawiszowiec. W pierwszych latach kariery działał przede wszystkim na polu jazzu i awangardy. Z czasem jednak postanowił zwrócić się w stronę muzyki na pograniczu fusion i rocka progresywnego. Słychać to już w jego wcześniejszych projektach z udziałem międzynarodowych składów: Come to the Edge (album "Floating Music", 1972) oraz East Wind (późniejszy o rok "Freedom Is Frightening", nagrany m.in. z pomocą Hugh Hoppera z Soft Machine). Jednak najbardziej fascynujący efekt osiągnął właśnie z Go, co przecież nie powinno dziwić, skoro towarzyszą mu tutaj tacy mistrzowie w swoim fachu, jak Steve Winwood, Michael Shrieve, Klaus Schulze czy Al Di Meola. Można się tylko zastanawiać, jakim cudem to połączenie w ogóle zadziałało.

Sesja nagraniowa albumu "Go" odbyła się w lutym 1976 roku. Oprócz wymienionych wyżej artystów, wzięło w niej udział wielu innych muzyków, przeważnie mniej znanych i zapewne mniej istotnych dla ostatecznego kształtu longplaya. Ten zresztą trochę odbiega od oczekiwań. Rozczarowaniem mogło być sygnowanie go nazwiskami Yamash'ty, Winwooda i Shrieve'a, co było dość krzywdzące dla kilku innych instrumentalistów mocno zaangażowanych w ten projekt. Co gorsze, z powodu pomyłki miejscami zamienione zostały strona A i B albumu (błędną kolejność zachowano na wszystkich późniejszych edycjach, w tym na jedynym jak dotąd wznowieniu kompaktowym, opublikowanym w 2005 roku jedynie w Japonii). Tymczasem czternaście zawartych tu utworów to tak naprawdę poszczególne części jednej kompozycji, które powinny być słuchane we właściwej kolejności. Sama muzyka też nie do końca wyszła tak, jak powinna. Paul Buckmaster i Stomu Yamash'ta, producenci albumu, podeszli do sesji ze zbyt wielką pompą, angażując do nagrań całą orkiestrę, której partie po prostu tu nie pasują i dodają sporo kiczu. Dopiero podczas koncertów - granych w mniejszym składzie, ale obejmującym wszystkich kluczowych muzyków - naprawiono wszystkie powyższe błędy. Muzyka zyskała też większej swobody za sprawą braku ograniczeń czasowych wynikających ze specyfiki płyt winylowych (całość rozrastała się do ponad godziny). Można się o tym przekonać za sprawą albumu "Go... Live from Paris", wydanego jeszcze w tym samym roku pod szyldem Stomu Yamashta's Go.

Jednak studyjna wersja też prezentuje się całkiem zacnie. Lider nie przypadkiem dobrał sobie właśnie takich współpracowników. Doświadczenie każdego z nich było potrzebne, aby stworzyć unikalne, wymykające się klasyfikacjom dzieło. Poszczególne fragmenty można podzielić na te o bardziej piosenkowym charakterze oraz na instrumentalne pasaże. Wśród tych pierwszych jest miejsce i na emocjonalne ballady ("Nature", "Crossing the Line"), i na energetyczne kawałki o mocno funkowym zabarwieniu ("Man of Leo", "Ghost Machine", "Time Is Here", "Winner/Loser"). W obu przypadkach doskonale sprawdza się charakterystyczny wokal Winwooda - w tych pierwszych autentycznie przejmujący, w pozostałych pełen soulowej żarliwości. W tych żywszych momentach przydaje się także doświadczenie Shrieve'a z czasów latynosko-jazz-rockowych początków Santany. Ale to wszechstronny perkusista, co pokazują także niektóre instrumentalne nagrania. Przeważają wśród nich subtelniejsze momenty, z dużą rolą elektronicznych dźwięków generowanych przez Schulze'a, nadających kosmiczno-psychodelicznego klimatu ("Air Over", "Space Theme", "Space Theme", "Space Requiem", "Space Song", "Surfspin"). Zdarzają się także takie urozmaicenia, jak funkowo-jazzowy "Stellar" - jeden z kilku momentów, w których najbardziej wykazać może się Meola - czy przypominający o awangardowych korzeniach Yamash'ty "Carnival". 

Pomimo dość sporego eklektyzmu i pojawiającego się czasem wrażenia, że słucha się składanki z utworami kompletnie różnych wykonawców, było to całkiem interesujące przedsięwzięcie. Każdy z tych głównych muzyków wniósł tutaj coś ze swoich poprzednich dokonań, a jednocześnie musiał zmierzyć się z zupełnie innymi konwencjami. Efekt jest ciekawy, ale mogło być jeszcze lepiej, co dobitnie uświadomiła wydana rok później koncertówka. "Go... Live from Paris" oceniam o jeden punkt wyżej od debiutu, któremu nie mogę dać wyższej oceny od siódemki. Niepasujące orkiestracje za bardzo psują tę muzykę.

Ocena: 7/10



Stomu Yamashta / Steve Winwood / Michael Shrieve - "Go" (1976)

1. Solitude; 2. Nature; 3. Air Over; 4. Crossing the Line; 5. Man of Leo; 6. Stellar; 7. Space Theme; 8. Space Requiem; 9. Space Song; 10. Carnival; 11. Ghost Machine; 12. Surfspin; 13. Time Is Here; 14. Winner/Loser

Skład: Stomu Yamash'ta - syntezator (1,3-9,11,13), instr. perkusyjne (3,5,6,8-14); Steve Winwood - pianino (1,2,4,6,10,13,14), organy (5,11), syntezator (14), gitara (14), wokal (2,4,5,11,13,14); Klaus Schulze - syntezator (1-5,7-9,11,13); Rosko Gee - gitara basowa (1-7,10-14); Michael Shrieve - perkusja (1-6,10,11,13,14); Chris West - gitara (1,11,13); Pat Thrall - gitara (3,4); Junior Marvin - gitara (4-6,10,14); Al Di Meola - gitara (5,6,10,11,13); Hisako Yamashta - skrzypce (9), głos (9); Bernie Holland - gitara (10); Brother James - instr. perkusyjne (11,14); Lennox Langton - instr. perkusyjne (11); Casey Synge, Dari Lalou, Karen Friedman - dodatkowy wokal (4); Paul Buckmaster - aranżacja instr. dętych i smyczkowych (1,2,5,10,12,13)
Producent: Paul Buckmaster i Stomu Yamash'ta


Stomu Yamashta's Go - "Go... Live from Paris" (1976)

LP1: 1. Space Song; 2. Carnival; 3. Windspin; 4. Ghost Machine; 5. Surfspin; 6. Time is Here; 7. Winner/Loser 
LP2: 1. Solitude; 2. Nature; 3. Air Voice; 4. Crossing the Line; 5. Man of Leo; 6. Stellar; 7. Space Requiem

Skład: Stomu Yamash'ta - instr. perkusyjne i klawiszowe; Steve Winwood - wokal i pianino; Klaus Schulze - instr. klawiszowe; Al Di Meola - gitara; Pat Thrall - gitara; Jerome Rimson - gitara basowa; Michael Shrieve - perkusja; Brother James - kongi
Producent: Stomu Yamash'ta



11 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)



Następca "Thick as a Brick" miał być pierwszym albumem Jethro Tull nagranym poza ojczyzną muzyków. W tamtym czasie był to popularny sposób na uniknięcie płacenia wysokich podatków, jakie nakładał brytyjski rząd. Wybór padł na francuskie studio Château d'Hérouville, mieszczące się w XVIII-wiecznym pałacu nieopodal Paryża. Nagrywali tam już wcześniej m.in. tacy wykonawcy, jak Gong, Elton John czy Pink Floyd, bardzo chwaląc sobie to miejsce. Niestety, muzyków Jethro Tull spotkało tam wiele trudności, począwszy od problemów technicznych po zdrowotne. Ian Anderson określał później to studio jako Château d'Isaster, co dosłownie oznacza zamek lub pałac katastrofę. Zespół zdołał co prawda nagrać znaczną część planowanego albumu dwupłytowego - w sumie kilkanaście utworów o łącznym czasie trwania wystarczającym na zapełnienie trzech stron płyty winylowej - jednak muzycy nie byli zadowoleni z tego materiału. Po powrocie do Anglii zaczęli pracę od absolutnych podstaw, nagrywając na nowo tylko jeden utwór z poprzedniego projektu ("Critique Oblique"). Do kilku kolejnych wrócili podczas sesji nagraniowej następnego albumu, "Warchild". Taśmy z Francji przez wiele lat uważano za zaginione, jednak po blisko dwudziestu latach odnaleziono je, zremasterowano i wydano jako część kompilacji "Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991" z 1993 roku.

Tymczasem pierwsza sesja zespołu po powrocie do kraju, trwająca na przestrzeni marca 1973 roku, zaowocowała albumem "A Passion Play". Muzycy podeszli do pracy nieco inaczej niż podczas pobytu we Francji i zamiast zbioru niepowiązanych ze sobą utworów, powrócili do formy zaproponowanej już na "Thick as a Brick". Cały album składa się, przynajmniej w teorii, z jednej kompozycji, podzielonej na dwie części odpowiadające stronom płyty winylowej. Poza tym nie ma tu żadnych przerw. Całość jest stylizowana na muzyczną adaptację sztuki teatralnej, a do płyty dołączono książeczkę imitującą program teatralny. Wynika z niej, że dzieło składa się z czterech aktów, a każdy z nich z trzech lub czterech scen (pomiędzy drugim i trzecim aktem pojawia się jeszcze przerwa w postaci kompletnie wyrwanego z kontekstu "The Story of the Hare Who Lost His Spectacles"), będących po prostu osobnymi utworami. Zresztą na kompaktowej reedycji z 1998 roku wprowadzono podział na szesnaście ścieżek. I to pierwsza poważna różnica w porównaniu z "Thick as a Brick". Tamten album również składał się z wielu różnych motywów, które jednak tworzyły dość spójną całość. W przypadku "A Passion Play" wyraźnie słychać, że to wiele odrębnych utworów, które po prostu zostały ze sobą sklejone. Pomijam tu oczywiście warstwę tekstową, która - poza wspomnianą przerwą - tworzy jedną historię.

Największy paradoks polega na tym, że to przecież "Thick as a Brick" miał być parodią rocka progresywnego i przerysowywać jego największe wady, jak skłonność do symfonicznego rozmachu i patosu, nadmiernej powagi oraz eksponowania technicznych umiejętności kosztem muzycznej wyrazistości. Tymczasem tam udało się tego wszystkiego uniknąć, podczas gdy nagrywany już całkiem na poważnie "A Passion Play" popełnia wiele spośród najczęstszych błędów w rocku progresywnym. Zawarta tu muzyka kojarzy się z tymi wszystkimi epigonami, którzy nie rozumiejąc istoty progresywności w rocku, nieudolnie naśladują dokonania Genesis, Yes, King Crimson czy Emerson, Lake & Palmer. W praktyce wygląda to podobnie jak tutaj: długie utwory, w które powrzucano tak wiele motywów, jak udało się wymyślić, a wszystko to doprawione sporą dawką patosu. Na "Thick as a Brick" była jeszcze ta typowa dla zespołu, folkowa lekkość, a także mnóstwo zapadających w pamięć melodii. Tutaj zespół praktycznie całkiem zrezygnował z folkowych wpływów - nawet Anderson częściej sięga po saksofon niż flet - zastępując to rozwiązaniami zapożyczonymi wprost od innych wykonawców. Zdecydowanie trudniej wyłapać tu jakieś bardziej wyraziste motywy, co chyba tylko częściowo wynika z natłoku wszystkiego.

"A Passion Play" zdaje się mieć nieco więcej sensu, jeśli nie traktować tych czterdziestu pięciu minut jako jedną kompozycję, a szesnaście lub nawet pięć (cztery akty i przerwa) osobnych utworów. Najmniej przekonuje mnie "Act 1: Ronnie Pilgrim's Funeral -  A Winter's Morning in the Cemetery", składający się głównie z instrumentalnych miniatur ("Lifebeats", "Prelude", "Re-Assuring Tune"), którym niebezpiecznie blisko do włoskiego proga symfonicznego, z typowym dla niego patosem i przekombinowaniem. Gdzieś pomiędzy wciśnięto jeszcze dość zgrabną piosenkę "The Silver Cord", z fajnym fragmentem instrumentalnym. Jako całość lepiej sprawdza się "Act 2: The Memory Bank - A Small But Comfortable Theatre with a Cinema-Screen (The Next Morning)", w którym przeważa raczej czadowe granie, podchodzące nawet pod hard rock (szczególnie w "Best Friends" i "Critique Oblique"), choć nie brakuje też brzmień akustycznych i... elektronicznych - to pierwszy album zespołu, na którym wykorzystano syntezatory. Uwagę zwracają tu z jednej strony bardziej wyraziste melodie, a z drugiej - nieco bardziej złożona warstwa rytmiczna, krótkimi momentami przywołująca nawet skojarzenia z Gentle Giant. Liczne zwroty akcji tym razem wydają się lepiej przemyślane i dopracowane, dzięki czemu wyszła całkiem udana mini-suita progowa. Może tylko instrumentalny finał "Forest Dance No. 1" nie jest tu do niczego potrzebny, choć sam w sobie jest nawet ładny.

Czymś z zupełnie innej beczki jest natomiast "The Story of the Hare Who Lost His Spectacles" - humorystyczna piosenka, z groteskową opowieścią Jeffreya Hammonda z towarzyszeniem równie osobliwego akompaniamentu. Prawdopodobną inspiracją był tu musical Siergieja Prokofiewa "Piotruś i Wilk". Do właściwej historii wracamy w "Act 3: The Business Office of G. Oddie & Son (Two Days Later)". Rozpoczyna się od drugiej odsłony "Forest Dance", która nie wnosi nic nowego, ale zaraz potem rozbrzmiewa świetny "The Foot of Our Stairs" - jeden z najbardziej wyrazistych momentów albumu, ze zgrabnie poprowadzoną melodią, a także fajnie wpasowanymi brzmieniami organów, gitary akustycznej i saksofonu, uzupełniających ostrzejsze partie Martina Barre'a oraz wyrazistą sekcję rytmiczną. Kończący tę część "Overseer Overture" jest już niestety zbyt przekombinowany w warstwie muzycznej, co kontrastuje z prostolinijną, melodyjną warstwą wokalną, przywołującą skojarzenia z wcześniejszymi dokonaniami Jethro Tull. Mieszane odczucia pozostawia także "Act 4: Magus Perdé's Drawing Room at Midnight)". Bardzo przyjemnie wypada "Flight from Lucifer", łączący skoczną, w końcu nieco folkową melodię z pewnymi udziwnieniami, jednak z umiarem i naprawdę się to sprawdza. "Magus Perdé" to z kolei rzecz jakby nawiązująca do czasów "Aqualung", przynajmniej pod względem łączenia hardrockowego riffowania z folkowym brzmieniem fletu. Pomiędzy te dwa nagrania wciśnięto jednak zupełnie nijaki akustyczny przerywnik "10:08 to Paddington", a finałowy "Epilogue" to tylko powtórzenie krótkiego fragmentu, który przewijał się już kilkakrotnie przez ten album.

"A Passion Play" jest zdecydowanie jednym z najbardziej kontrowersyjnych albumów w bogatym dorobku płytowym Jethro Tull. Ma zarówno zagorzałych zwolenników, uważających go za najambitniejsze przedsięwzięcie zespołu, jak i przeciwników, według których muzycy kompletnie się tutaj pogubili, porzucili najlepsze elementy swojego stylu i pogrążyli w prog-rockowej pretensjonalności. Moim zdaniem Anderson i spółka zbyt usilnie starali się nagrać kolejne "Thick as a Brick", jeszcze bardziej naśladując innych twórców rocka progresywnego, niekoniecznie jednak rozumiejąc sens takiej muzyki. Wyszedł album zbyt przekombinowany, na którym w dodatku zespół niemalże utracił własną tożsamość - jedynie czasem brzmiąc jak Jethro Tull - choć trzeba oddać mu sprawiedliwość, że wcale nie najgorszy na tle dokonań innych epigonów. Pomijając brak oryginalności i niezborność, jest to całkiem solidny materiał. Poszczególne fragmenty bronią się jednak lepiej jako osobne utwory (poza tymi, które są tylko zbędnymi przerywnikami), bo razem nie tworzą spójnej całości, choć taki był zamysł muzyków.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)

1. A Passion Play, Part I (Act 1: Ronnie Pilgrim's Funeral -  A Winter's Morning in the Cemetery / Act 2: The Memory Bank - A Small But Comfortable Theatre with a Cinema-Screen (The Next Morning) / Interlude: The Story of the Hare Who Lost His Spectacles, Part I); 2. A Passion Play, Part II (Interlude: The Story of the Hare Who Lost His Spectacles, Part II / Act 3: The Business Office of G. Oddie & Son (Two Days Later) / Act 4: Magus Perdé's Drawing Room at Midnight)

Wydanie CD z 1998 roku:
1. Lifebeats; 2. Prelude; 3. The Silver Cord; 4. Re-Assuring Tune; 5. Memory Bank; 6. Best Friends; 7. Critique Oblique; 8. Forest Dance No. 1; 9. The Story of the Hare Who Lost His Spectacles; 10. Forest Dance No. 2; 11. The Foot of Our Stairs; 12. Overseer Overture; 13. Flight from Lucifer; 14. 10:08 to Paddington; 15. Magus Perdé; 16. Epilogue

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, saksofon sopranowy, flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - gitara basowa, głos; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


9 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Deuce" (1971)



"Deuce", drugi solowy album Rory'ego Gallaghera, ukazał się zaledwie pół roku po eponimicznym debiucie. Nagrania przebiegały sprawnie i szybko, ponieważ tym razem odbywały się bardziej spontanicznie, bez przesadnego dłubania przy poszczególnych utworach. Muzycy wchodzili do studia tuż przed lub zaraz po koncertach, aby zyskać podobny klimat i energię, jak podczas grania na żywo. Znaczna część materiału powstała w jednym podejściu, bez żadnych późniejszych dogrywek lub poprawek. Nawet wokal rejestrowano równolegle z muzyką, co nie było powszechnie przyjętą praktyką. Rezultatem jest album bardziej surowy od poprzedniego, oszczędniejszy brzmieniowo i aranżacyjnie, choć zdarzają się pewne wyjątki. Szkoda tylko, że występują pewne różnice w produkcji poszczególnych utworów i czasem zbyt słabo słychać niskie tony.

Pod względem stylistycznym "Deuce" nie odbiega daleko od swojego poprzednika. Charakteryzuję się podobną różnorodnością. Oczywiście, podstawą większości utworów jest blues. Czasem w bardzo klasycznym wydaniu, czego przykładem "Don't Know Where I'm Going", oparty przede wszystkim na akompaniamencie gitary akustycznej i harmonijki, z wycofaną sekcją rytmiczną. Częściej jednak jest to blues w zelektryfikowanej odmianie, jak w przypadku "Should've Learnt My Lesson" czy opartego na rytmie boogie "In Your Town". Ten drugi wszedł zresztą na długo do koncertowego repertuaru Irlandczyka, będąc utworem doskonale nadającym się do grania w bardziej rozimprowizowany sposób. Blues stanowi także fundament tych najbardziej czadowych, bliskich hard rocka kawałków, które rozmieszczono w kluczowych momentach albumu: na otwarcie ("Used to Be"), w środku ("Whole Lot of People") oraz na zakończenie ("Crest of a Wave"). Finałowe nagranie jest zresztą jednym z najbardziej porywających w całej dyskografii Gallaghera, w czym zasługa wyrazistej melodii i intensywnego, zaangażowanego wykonania, na czele z ekscytującymi popisami lidera, po raz kolejny sięgającego po technikę slide. Bardziej rockowo jest natomiast w melodyjnej piosence "Maybe I Will".

Podobnie, jak na solowym debiucie, a wcześniej na nagranym jeszcze pod szyldem Taste "On the Board", także tutaj znalazł się jeden utwór o zdecydowanie jazz-rockowym charakterze. Co prawda w "There's a Light" Rory nie zagrał na saksofonie, natomiast zarówno jego partie gitarowe (szczególnie podczas fantastycznych solówek), jak i gra sekcji rytmicznej wywołują wyraźne skojarzenia z taką stylistyką. Gallagher często nawiązywał też do folku, co tutaj ma miejsce przede wszystkim w "Out of My Mind", nagranym bez pomocy innych muzyków, jedynie z akompaniamentem gitary akustycznej. Nieco folkowy klimat unosi się także nad doskonałym "I'm Not Awake Yet". To najbardziej dopracowany utwór na tym albumie, z kilkoma misternie przeplatającymi się ścieżkami gitar, głównie akustycznych. Nawet część partii solowych lider wykonuje na akustyku, pokazują jak wiele jest w stanie wydobyć z tego instrumentu. Istotną rolę odgrywa także sekcja rytmiczna, szczególnie pulsujący bas Gerry'ego McAvoya. Poza wspaniałym wykonaniem muszę też wspomnieć o przepięknej melodii o jakby celtyckim zabarwieniu - nie wynikającym jednak z cytowania tradycyjnych pieśni irlandzkich, lecz raczej podświadomej inspiracji melodyką, z którą Rory musiał mieć do czynienia od najwcześniejszych lat.

"Deuce" niewątpliwie należy do tych najlepszych wydawnictw w dorobku Rory'ego Gallaghera. Tutaj wciąż jeszcze słychać tę jego ogromną pasję i radość z grania, które później coraz bardziej zanikały na albumach studyjnych, choć wciąż były obecne podczas grania na żywo. Na "Deuce" nie czuć jeszcze tej niechęci do spędzenia czasu w studiu, niemalże pod przymusem. I przełożyło się to nie tylko na świetne wykonanie, ale też bardzo dobre kompozycje. Momenty są wręcz wybitne, jak na bluesrockowe standardy, a jednocześnie te najbardziej wyróżniające się utwory doskonale wpasowują się w całość. Poszczególne utwory tworzą bardzo spójny album.

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Deuce" (1971)

1. Used to Be; 2. I'm Not Awake Yet; 3. Don't Know Where I'm Going; 4. Maybe I Will; 5. Whole Lot of People; 6. In Your Town; 7. Should've Learnt My Lesson; 8. There's a Light; 9. Out of My Mind; 10. Crest of a Wave

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Wilgar Campbell - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rory Gallagher


7 kwietnia 2015

[Recenzja] John Mayall - "Moving On" (1973)



"Jazz Blues Fusion" okazał się nie tylko jednym z najlepszych albumów Johna Mayalla, ale także jednym z jego największych sukcesów komercyjnych w Stanach. Muzyk wyciągnął właściwe wnioski i swój kolejny album, "Moving On", również zarejestrował na żywo. Ściślej mówiąc, cały materiał nagrano podczas jednego występu, 10 lipca 1972 roku w Los Angeles, a na repertuar złożyły się wyłącznie premierowe kompozycje lidera. W międzyczasie, tzn. od czasu rejestracji poprzedniego albumu, dość znacząco zmienił się skład: perkusistę Rona Selico zastąpił stary znajomy Mayalla, Keef Hartley, a ponadto doszło czterech nowych muzyków, doświadczonych jazzmanów: kontrabasista Victor Gaskin oraz saksofoniści Charles Owens, Fred Jackson i Ernie Watts. Tym samym zespół rozrósł się do dziesięciu muzyków, jako że w składzie wciąż byli obecni trębacz Blue Mitchell, saksofonista Clifford Solomon, gitarzysta Freddy Robinson oraz basista Larry Taylor. Z ich pomocą Mayall kontynuował stylistykę obraną na "Jazz Blues Fusion", tym razem nawet jeszcze dalej zapuszczając się na terytorium jazzu, w czym zasługa rozbudowanej sekcji dętej.

O ile poprzedni longplay rozpoczyna się bardzo zachowawczo i dopiero po pewnym czasie muzycy się rozkręcają, tak tutaj jest odwrotnie. Już na otwarcie rozbrzmiewa najdłuższy w zestawie "Worried Mind" - wyluzowany kawałek o jamowym charakterze, z solówkami niemal wszystkich instrumentalistów. Ale podobnego grania nie ma tu wiele. Pojawia się jeszcze tylko w dwóch znacznie już krótszych nagraniach: mocno osadzonym w bluesie "Things Go Wrong" oraz jazzująco-funkowym "High Pressure Living". Tym razem dominują utwory o bardziej zwartej budowie, o długości nie przekraczającej pięciu minut. Czasem silniej nacechowane jazzowymi partiami ("Keep Your Country Green", "Do It"), kiedy indziej bardziej przypominające o bluesowych korzeniach Mayalla ("Red Sky", "Reasons" - oba z dużą rolą harmonijki, która w większości utworów ustępuje miejsca saksofonom i trąbce, tutaj też obecnym). Tytułowy "Moving On" to z kolei najbardziej żywiołowy kawałek tytułowy, w którym elementy bluesa, jazzu, rocka i funku mieszają się w mniej więcej równych proporcjach. Największym zaskoczeniem jest natomiast "Christmas '71" - bardzo nastrojowy i subtelny utwór, z folkową partą fletu Charlesa Owensa na pierwszym planie. To jedno z najładniejszych nagrań w całej karierze Johna Mayalla. Warto też dodać, że większość utworów na tym albumie posiada naprawdę wyraziste melodie, by wspomnieć tylko o najlepszych pod tym względem "Keep Your Country Green", "Moving On" i "High Pressure Living".

"Moving On" to udana kontynuacja i rozwinięcie "Jazz Blues Fusion", ale też niewątpliwie słabszy z tych dwóch albumów. Potencjał, jaki dawało zaangażowanie tylu świetnych instrumentalistów, został ograniczony przez bardziej piosenkowe struktury większości utworów. Trochę szkoda, a z drugiej strony jest to wciąż bardzo fajny materiał, którego słucham z dużą przyjemnością. Idealnym rozwiązaniem byłaby kompilacja najlepszych fragmentów oby wydawnictw o całkowitym czasie trwania nie przekraczającym optymalnej długości jednej płyty winylowej. Dominowałyby tam jednak nagrania z poprzedniego longplaya.

Ocena: 7/10



John Mayall - "Moving On" (1973)

1. Worried Mind; 2.  Keep Your Country Green; 3. Christmas '71; 4. Things Go Wrong; 5. Do It; 6. Moving On; 7. Red Sky; 8. Reasons; 9. High Pressure Living

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Freddy Robinson - gitara; Larry Taylor - gitara basowa; Victor Gaskin - kontrabas; Keef Hartley - perkusja; Charles Owens - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet; Clifford Solomon - saksofon altowy, saksofon tenorowy; Fred Jackson - saksofon barytonowy, saksofon tenorowy; Ernie Watts - saksofon tenorowy; Blue Mitchell - trąbka
Producent: John Mayall


5 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)



W 1972 roku grupa Jethro Tull miała za sobą już pięć lat sukcesów. Każdy z pięciu wydanych do tej pory albumów trafił do pierwszej dziesiątki brytyjskiego notowania, a dwa ostatnie - "Aqualung" i "Thick as a Brick" - odniosły tak wielki sukces także w Stanach. Nic dziwnego, że przedstawiciele wytwórni uznali, że to doskonały czas, aby podsumować dotychczasową działalność grupy składanką. Takie wydawnictwa przeważnie nic nie wnoszą, jedynie dublują materiał z regularnych albumów. W tym przypadku sytuacja przedstawia się nieco inaczej. "Living in the Past" to kompilacja utworów z singli (w większości niealbumowych), niepublikowanych wcześniej nagrań studyjnych i koncertowych, a także zawartości wydanej w 1971 roku EPki "Life Is a Long Song". Jest to zatem świetne uzupełnienie regularnych albumów. Niestety, niepozbawione wad.

Każdy z pierwszych czterech albumów reprezentowany jest jednym utworem ("Thick as a Brick", z oczywistych względów, nie ma tu swojego przedstawiciela). W przypadku amerykańskiej wersji "Living in the Past" są to po prostu kawałki, które promowały każdy z tych longplayów na singlu, a więc "A Song for Jeffrey" z "This Was", "Bourée" z "Stand Up", "Inside" z "Benefit" oraz "Hymn 43" z "Aqualung". W Europie zdecydowano się jednak zastąpić ten ostatni innym nagraniem z tej samej płyty, "Locomotive Breath". Druga różnica w repertuarze jest związana z wcześniejszą zmianą tracklisty na amerykańskim wydaniu "Benefit", gdzie kawałek "Teacher" zajął miejsce "Alive and Well and Living In". Ten ostatni w ogóle nie był dostępny w Stanach, dlatego uwzględniono go na tamtejszej edycji niniejszej składanki. Europejskie wydanie zawiera w tym miejscu "Teacher", który wcześniej dostępny był wyłącznie na stronie B singla "The Witch's Promise".

Najbardziej cieszy, że zebrano tutaj większość niealbumowych singli. Bardzo przyjemnie wypada energetyczny "Love Song", łączący hardrockowy czad z nadającymi folkowy klimat partiami fletu i mandoliny. Pochodzący z tego samego singla "A Christmas Song" to pierwszy z licznych utworów Iana Andersona w dość przekorny sposób odwołujących się do świąt Bożego Narodzenia. Pod względem muzycznym jest to całkiem urocza piosenka o folkowym zabarwieniu. Kolejny duet stanowią tytułowy "Living in the Past" - największy przebój zespołu, oparty na wyrazistej partii basu w nietypowym metrum 5/4, niepozbawiony charakterystycznego fletu Andersona - oraz ostrzejszy, przypominających o bluesrockowych korzeniach grupy "Driving Song". "Sweet Dream", kolejny spory przebój, to dość niecodzienne połączenie brzmień hardrockowych, akustycznych i orkiestrowych, ale też po prostu jeden z najbardziej chwytliwych kawałków wczesnego Jethro Tull. Znalazły się tu także dwa wspomniane wcześniej nagrania: przyjemny, utrzymany w folkowym klimacie "The Witch's Promise", a także bardziej rockowy, nieco banalny "Teacher". Niestety, kompilacja nie wyczerpuje tematu. Do kompletu brakuje dwóch stron B singli - "One for John Gee" i "17", towarzyszących odpowiednio "A Song for Jeffrey" i "Sweet Dream" - a także zawartości debiutanckiego singla, który jednak wydała inna wytwórnia.

Znalazło się tu natomiast wszystkie pięć utworów z EPki "Life Is a Long Song" z 1971 roku, na której zespół zaprezentował przede wszystkim swoje folkowe oblicze (czego przykładem dość urokliwe piosenki "Life Is a Long Song", "Up the 'Pool", "Nursie"), choć nie brakuje też odrobinę ostrzejszego grania ("Dr. Bogenbroom", instrumentalny "For Later"). Jeśli jednak chodzi o poziom tych nagrań, to wypadają co najwyżej przeciętnie w porównaniu z resztą materiału. Osobną kategorię stanowią natomiast utwory nigdy wcześniej nie wydane: lekko jazzujący "Singing All Day" z sesji "Stand Up", delikatna i bardzo ładna miniatura "Just Trying to Be" z okresu "Benefit", a także "Wond'ring Again", czyli pełna, jeszcze lepsza wersja "Wond'ring Aloud" z "Aqualung". Są też dwa długie nagrania koncertowe, zarejestrowane 4 listopada 1970 roku w nowojorskiej Carnegie Hall. "By Kind Permission of" to przede wszystkim popis Johna Evana, do którego momentami dołącza Anderson, a pod koniec cały zespół. Więcej w tym zabawy niż wirtuozerii, co wychodzi na plus, ale całość i tak jest zbyt długa. "Dharma for One" to z kolei rozbudowane wykonanie kompozycji z "This Was", ponownie z perkusyjną solówką (tym razem nieco lepszą), ale też popisami innych instrumentalistów, a nawet partią wokalną, której w studyjnym pierwowzorze nie ma.

"Living in the Past" nie sprawdza się w pełni jako zbiór niealbumowych nagrań, ze względu na pewne braki (a wystarczyłoby dodać te dwie strony B singli w miejsce kawałków postarzających się z regularnymi longplayami), ani tym bardziej jako kompilacja najlepszych utworów Jethro Tull (choć nie pominięto żadnego z singlowych przebojów, to jednak brak chociażby "Aqualung", "A New Day's Yesterday" czy choćby fragmentu "Thick as a Brick" to spore niedopatrzenie). Inna sprawa, że pojawienie się takiego zestawu w 1972 roku było niezwykle cenne dla wielbicieli zespołu, a i do dziś to wydawnictwo stanowi całkiem pożądane uzupełnienie kolekcji w przypadku osób preferujących winyle. Natomiast kolekcjonerzy płyt kompaktowych w ogóle nie muszą sobie zaprzątać nim głowy. Obecnie wszystkie te utwory - i całe mnóstwo innego dodatkowego materiału - można znaleźć na reedycjach albumów "This Was", "Stand Up", "Benefit" i "Aqualung". Najbardziej obszerna wersja "Stand Up" zawiera nawet kompletny zapis występu z Carnegie Hall.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)

LP1: 1. A Song for Jeffrey; 2. Love Story; 3. A Christmas Song; 4. Living in the Past; 5. Driving Song; 6. Bourée; 7. Sweet Dream; 8. Singing All Day; 9. Witch's Promise; 10. Teacher; 11. Inside; 12. Just Trying to Be
LP2: 1. By Kind Permission of (live); 2. Dharma for One (live); 3. Wond'ring Again; 4. Locomotive Breath; 5. Life Is a Long Song; 6. Up the 'Pool; 7. Dr. Bogenbroom; 8. For Later; 9. Nursie

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, instr. klawiszowe, skrzypce; Mick Abrahams - gitara (LP1: 1,2); Martin Barre - gitara (LP1: 4-12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2); Glenn Cornick - gitara basowa (LP1: 1-12, LP2: 1-3), organy (LP1: 8); Jeffrey Hammond - gitara basowa (LP2: 4-8); Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1-12, LP2: 1-4); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 5-8); John Evan - instr. klawiszowe (LP1: 9,12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2)
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (LP1: 3,7); Lou Toby - aranżacja instr. smyczkowych (LP1: 4)
Producent: Terry Ellis i Jethro Tull


3 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)



Rory Gallagher zyskał pewną popularność jako członek tria Taste. Dwa albumy zespołu - stricte bluesrockowy debiut oraz bardziej eklektyczny, zahaczający też o folk czy jazz "On the Boards" - pokazały go jako bardzo zdolnego gitarzystę, kompozytora i wokalistę. Gdy ze składu odeszła sekcja rytmiczna, wydawca namówił Gallaghera do kontynuowania kariery jako solista. Irlandczyk musiał tylko poszukać nowej sekcji rytmicznej. Odbył nawet kilka prób z Noelem Reddingiem i Mitchem Mitchellem, znanymi przede wszystkim ze współpracy z Jimim Hendrixem. Ostatecznie zdecydował się jednak na mało znanych instrumentalistów z Irlandii Północnej: basistę Gerry’ego McAvoya oraz perkusistę Wilgara Campbella. Szczególnie trafny okazał się wybór McAvoya, z którym Gallagher współpracował przez kolejne dwie dekady.

Przez cały 1970 rok Rory komponował nowy materiał, dlatego gdy tylko skompletował nowy zespół, mógł od razu wejść do studia i zarejestrować swój solowy debiut. Sesja nagraniowa odbyła się w lutym 1971 roku i znacznie różniła się od późniejszych. Irlandczyk nie lubił spędzać czasu w studiu, gdyż uważał, że tylko podczas koncertów, gdy ma kontakt z publicznością, może uzyskać odpowiednią energię. Większość swoich albumów nagrał tylko dlatego, że wymagał tego kontrakt, nie przykładając się do nich specjalnie. Inaczej było jednak w tym wypadku. Na nagrania poświęcił znacznie więcej czasu, dopieszczając wszystkie utwory, by prezentowały się jak najlepiej. Udało się przy tym zachować ich szczery i naturalny charakter. Sporo tutaj różnego rodzaju smaczków: materiał jest bardzo różnorodny stylistycznie, natomiast lider gra nie tylko na elektrycznych i akustycznych gitarach, ale czasem sięga także po mandolinę, harmonijkę, a nawet saksofon altowy. Ponadto, w dwóch utworach pojawiają się partie pianina, za które odpowiada Vincent Crane z Atomic Rooster (menadżerem tego zespołu był wówczas brat Rory'ego, Dónal Gallagher).

Sporo tu oczywiście zabarwionego bluesem hard rocka, czego przykładem bardzo energetyczny otwieracz albumu, "Laundromat", ale też bardziej swobodny, jakby nieco jamowy "Hands Up" czy wywołujący silne skojarzenia z Led Zeppelin "Sinner Boy", znany już z pamiętnego występu Taste na Isle of Wight Festival, nie nagrany jednak wcześniej w studiu. We wszystkich uwagę zwracają wyraziste motywy i melodie, solidna gra sekcji rytmicznej - która bynajmniej nie ogranicza się do najprostszego tła - a przede wszystkim porywające popisy gitarowe lidera. Szczególnie ekscytująco wypada gra techniką slide w "Sinner Boy". Równie czadowo instrumentaliści grają w "Can't Believe It's True", w którym jednak wykraczają poza bluesowo-hardrockowe ramy. McAvoy i Campbell zapewniają swingujący akompaniament dla wyraźnie jazzujących partii Gallaghera - nie tylko na gitarze, ale także saksofonie. Dużo na tym albumie także łagodniejszego grania, jak "Just the Smile", znów nieco zeppelinowy, tylko tym razem z okolic tych folkowych, orientalnie zabarwionych kawałków. Albo bliski stylistyki country "It's You", w którym pojawia się partia mandoliny. A także oba nagrania z udziałem Crane'a, czyli akustyczny blues "Wave Myself Goodbye" oraz bluesowo-folkowy "I'm Not Suprised". Prawdziwą ozdobą longplaya są natomiast dwie emocjonujące ballady z zaostrzeniami: "For the Last Time" z uwypukloną sekcją rytmiczną i świetnymi solówkami lidera, a zwłaszcza częściowo akustyczny "I Fall Apart", z przepiękną melodią, ale też ze zgiełkliwą, wręcz niechlujną, a przy tym autentycznie natchnioną solówką Gallaghera.

Solowy debiut Rory'ego Gallaghera to naprawdę wspaniały album, zachwycający różnorodnością, doskonałymi kompozycjami i rewelacyjnym wykonaniem. Longplay podniósł poprzeczkę naprawdę wysoko. I chociaż Irlandczyk nagrał później jeszcze wiele rewelacyjnych albumów, to jednak poziom tego wydawnictwa nie został już nigdy przez niego osiągnięty. Przynajmniej nie w studiu. Nie znajduję tu słabych punktów. Każdy utwór czymś zachwyca, a mimo stylistycznego zróżnicowania, wszystko idealnie tu do siebie pasuje. To najprawdziwsze arcydzieło, któremu z czystym sumieniem wystawiam maksymalną ocenę.

Ocena: 10/10



Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)

1. Laundromat; 2. Just the Smile; 3. I Fall Apart; 4. Wave Myself Goodbye; 5. Hands Up; 6. Sinner Boy; 7. For the Last Time; 8. It's You; 9. I'm Not Surprised; 10. Can't Believe It's True

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, saksofon altowy, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Wilgar Campbell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Vincent Crane - pianino (4,9)
Producent: Rory Gallagher


1 kwietnia 2015

[Recenzja] John Mayall - "Jazz Blues Fusion" (1972)



John Mayall najlepsze rezultaty osiągał nie wtedy, gdy z nowym materiałem wchodził do studia, lecz wtedy, gdy rejestrował go na żywo. Wystarczy przypomnieć przełomowy "The Turning Point". Artysta powrócił do tego rozwiązania kilka lat później. W drugiej połowie 1971 roku zebrał nowy, znacznie rozbudowany skład. Oprócz basisty Larry'ego Taylora, z którym współpracował już od paru dobrych lat, zaangażował muzyków o przede wszystkim jazzowym doświadczeniu: dość znanego trębacza Blue Mitchella, saksofonistę Clifforda Solomona i gitarzystę Freddiego Robinsona, a także perkusistę Rona Selico znanego z występu na "Hot Rats" Franka Zappy. Sekstet wyruszył w trasę po Stanach Zjednoczonych, prezentując głównie premierowe kompozycje lidera. Część występów została zarejestrowana, a ich fragmenty - z 18 listopada w Bostonie oraz 3 i 4 grudnia w Nowym Jorku - trafiły na album o wiele mówiącym tytule "Jazz Blues Fusion: Performed and Recorded Live in Boston and New York".

Longplay wypełnia siedem autorskich utworów Mayalla, z których żaden nie doczekał się wersji studyjnej. Trudno zresztą byłoby przebić tutejsze wykonania - ten luz i chemia między muzykami byłyby prawdopodobnie nie do odtworzenia w warunkach studyjnych. Początek jest jeszcze dość zachowawczy i w żadnym wypadku nie sugeruje niczego wyjątkowego. "Country Road" to praktycznie typowy 12-taktowy blues, z dużą rolą harmonijki i świetnym, ale wręcz podręcznikowo bluesowym popisem solowym Robinsona. Jedynie saksofonowe solo koresponduje z tytułem płyty. "Mess Around" to już jednak zupełnie konwencjonalny, stricte bluesrockowy kawałek w stylu wczesnych dokonań Mayalla z Bluesbreakers. Tutaj jest to najsłabszy i niezbyt pasujący do całości fragment. Właściwa cześć albumu zaczyna się od "Good Times Boogie" - rozpoczętego jak typowe boogie, choć z lekko jazzującymi partiami gitary i dęciaków, a po niedługim czasie przechodzącego w luzacką improwizację, ze swingującym basem Taylora oraz już zdecydowanie jazzowymi partiami Robertsona, Solomona i Mitchella. Gdy pod koniec dołącza jeszcze Mayall ze swoją harmonijką, otrzymujemy prawdziwą fuzję jazzu z bluesem.

Świetnie wypada też żywiołowy "Change Your Ways", oparty na mocno funkowym pulsie, w który świetnie wpleciono partie harmonijki, trąbki i saksofonu. Najbardziej błyszczy jednak Robinson, którego jazzująco-bluesowe solówki uświadamiają, że Mayall od dawna nie miał w zespole tak dobrego gitarzysty. Wolniejszy "Dry Throat" to właściwie typowy dla lidera blues w wolniejszym tempie, z istotną rolą organów i harmonijki. Jednak partie Mitchella, Solomona i Robinsona znów nadają bardziej jazzowego charakteru, wnosząc i ten utwór na wyższy poziom. Najciekawszym momentem jest jednak "Exercise in C Major for Harmonica", w znacznej części będący bardzo swobodną improwizacją, w której wykazać mogą się przede wszystkim Taylor, Selico oraz oczywiście sam Mayall, który zgodnie z tytułem pokazuje tu swoje umiejętności gry na harmonijce. Początek co prawda nasuwa skojarzenia z "Room to Move" (co jest o tyle ciekawe, że w innym momencie albumu muzyk tłumaczy domagającej się tego kawałka publiczności, że podczas tego koncertu będą grać zupełnie inny materiał), ale potem improwizacja rozwija się w innym kierunku, znów na pograniczu bluesa i jazzu. Finałowy "Got to Be This Way" to kolejny świetny blues, z porywającymi solówkami i dodającymi jazzowego smaczku dęciakami.

"Jazz Blues Fusion" to jedno ze szczytowych osiągnięć Johna Mayalla. Dobre kompozycje, interesująco łączące wpływy bluesa i jazzu, a do tego zagrane porywająco, z rockową energią przez świetnych instrumentalistów o różnych muzycznych korzeniach. Finalny efekt moim zdaniem nie odbiega daleko poziomem od "The Turning Point", choć tam zaproponowano mimo wszystko bardziej oryginalną muzykę. Choć i tutaj mamy do czynienia z dość unikalnym podejściem do bluesa. Na szczęście John Mayall nie porzucił od razu tej stylistyki i zarejestrował jeszcze jeden podobny album. Także podczas koncertu, w zbliżonym składzie. To już jednak wydawnictwo zasługujące na osobą recenzję.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Jazz Blues Fusion: Performed and Recorded Live in Boston and New York" (1972)

1. Country Road; 2. Mess Around; 3. Good Time Boogie; 4. Change Your Ways; 5. Dry Throat; 6. Exercise in C Major for Harmonica; 7. Got to Be This Way

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Freddy Robinson - gitara; Larry Taylor - gitara basowa; Ron Selico - perkusja i instr. perkusyjne; Clifford Solomon - saksofon tenorowy; Richard "Blue" Mitchell - trąbka
Producent: John Mayall