27 czerwca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Blues Obituary" (1969)



Tytuł drugiego albumu Groundhogs dobrze obrazuje ówczesną sytuację blues rocka, który powoli zaczynał tracić swoją popularność na rzecz innych stylów - przede wszystkim hard i prog rocka. Muzycy zespołu byli tego w pełni świadomi i dlatego na "Blues Obituary" zaczynają odchodzić od swoich korzeni. Fakt, że dość jeszcze nieśmiało. Takie utwory, jak "Time", "Express Man" czy klasyczny wolny blues "Natchez Burning", to wręcz podręcznikowe przykłady blues rocka. Podobne wrażenie można odnieść na początku "Daze of the Weak", jednak ten utwór stopniowo nabiera intensywności i ostrości, dzięki czemu doskonale wpasował się w ówczesne hardrockowe trendy. Utwór pełen jest porywających solówek gitarowych Tony'ego McPhee, podpartych odpowiednio ciężką grą sekcji rytmicznej. Wspaniałych gitarowych popisów nie brakuje też w rozpoczynającym album "B.D.D.", który również łączy bluesowe patenty z hardrockowym ciężarem. Sporą intensywnością, choć w nieco lżejszym brzmieniowo wydaniu, charakteryzuje się natomiast "Mistreated". Ale swoją wszechstronność muzycy w pełni pokazali dopiero w finałowym "Light Was the Day". Ten instrumentalny utwór to czysta psychodelia, z plemienną grą perkusisty Kena Pustlenika, transowym basem Petera Cruickshanka i atonalnymi odlotami gitarowymi.

"Blues Obituary" to album przejściowy, wprowadzający pewne innowacje do twórczości Groundhogs, ale wciąż jeszcze mocno trzymający się bluesowych korzeni zespołu. Co oczywiście nie jest żadnym zarzutem. Ci muzycy przecież doskonale się czuli w takim graniu, co udowodnił już ich debiutancki album. Tutaj natomiast, dzięki odświeżeniu stylu, rezygnacji z oczywistych struktur i powielania utartych schematów, mają jeszcze większe pole do popisu - szczególnie dotyczy to Tony'ego McPhee, który w końcu mógł zagrać dłuższe, niczym nieskrępowane i w rezultacie bardziej porywające solówki. Ale cały zespół gra tutaj świetnie. Paradoksalnie, "Blues Obituary" wbrew swemu tytułowi jest jednym z kilku(nastu) albumów, które pokazują, że w 1969 roku blues rock wciąż miał się rewelacyjnie i nie był to jeszcze odpowiedni czas, by spisać mu nekrolog. Co zaś się tyczy samego zespołu - najlepsze dopiero miało nadejść.

Ocena: 8/10



Groundhogs - "Blues Obituary" (1969)

1. B.D.D.; 2. Daze of the Weak; 3. Times; 4. Mistreated; 5. Express Man; 6. Natchez Burning; 7. Light Was the Day

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


22 czerwca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)



Po wyrzuceniu z Bluesbreakers, Aynsley Dunbar stworzył własny zespół, który postanowił nazwać The Aynsley Dunbar Retaliation (co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara", w domyśle - na Johnie Mayallu, który go zwolnił). Początkowo perkusiście towarzyszyli Rod Stewart, Peter Green i Jack Bruce, ale skład ten, niestety, szybko się rozpadł, pozostawiając po sobie tylko jedno nagranie ("Stone Crazy", wydane dopiero w 1973 roku na kompilacji "History of British Blues (Volume One)"). Ostatecznie składu dopełnili: świetny basista Alex "Erroneous" Dmochowski, gitarzysta John Moorshead, który może i nie był wirtuozem, ale bluesa przyzwoicie grać potrafił, oraz klawiszowiec Victor Brox, któremu przydzielono także rolę wokalisty, mimo nieciekawej barwy głosu i niewielkich umiejętności wokalnych. Muzycy zadebiutowali w 1967 roku singlem z utworami "Warning" i "Cobwebs" (pierwszy z nich został później rewelacyjnie zinterpretowany przez Black Sabbath na jego eponimicznym debiucie), a w następnym roku dorobili się pierwszego długograja.

Album rozpoczyna się od najbardziej nietypowego utworu, "Watch 'n Chain". To przede wszystkim perkusyjny popis Dunbara, któremu towarzyszy tylko prosta linia basu, partia wokalna i... pogwizdywanie. Innym wyróżniającym się fragmentem jest "Sage of Sidney Street" - instrumentalny popis sekcji rytmicznej. A jak przystało na album zespołu dowodzonego przez perkusistę, nie mogło zabraknąć tutaj kawałka, który w sporej części składa się z perkusyjnej solówki - taki właśnie charakter ma finałowy "Mutiny". Reszta albumu to już jednak typowy blues rock, nieodbiegający daleko od tego, co lider grał w grupie Mayalla. Podobnie jak na innych albumach tego typu, materiał można podzielić na bardziej klasyczne, wolne bluesy ("My Whisky Head Woman", "Double Lovin'", "Memory Pain") i te bardziej energetyczne, mocniej urockowione ("Trouble No More", "See See Baby", "Roamin' And Rumblin'"). Nie są one ani odkrywcze, ani nawet specjalnie udane - kompozycyjnie przeciętne i bazujące na utartych schematach, a wykonawczo niezbyt porywające, przynajmniej pod względem partii wokalnych i gitarowych. O wiele lepsze, bardziej porywające są nagrania z wspomnianego na początku singla, których pominięcie na albumie było sporą pomyłką. Pod każdym względem są lepsze od wszystkich zamieszczonych tutaj kawałków.

Debiut The Aynsley Dunbar Retaliation nie okazał się tak interesujący, jak pierwsze albumy zespołów założonych przez innych ex-członków grupy Mayalla (jak Cream, Fleetwood Mac, Colosseum, a zwłaszcza Keef Hartley Band). Doceniam próby stworzenia własnego brzmienia, w którym główną rolę odgrywa sekcja rytmiczna ("Watch 'n Chain", "Sage of Sidney Street"). Szkoda tylko, że muzycy zatrzymali się wcześniej, niż w połowie drogi do nagrania czegoś oryginalnego i większość zawartych tutaj utworów niczym się nie wyróżnia wśród ówczesnego zalewu bluesrockowych grup. Ale słucha się tego, mimo wszystko, bardzo przyjemnie.

Ocena: 7/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)

1. Watch 'n Chain; 2. My Whisky Head Woman; 3. Trouble No More; 4. Double Lovin'; 5. See See Baby; 6. Roamin' an' Rumblin'; 7. Sage of Sydney Street; 8. Memory Pain; 9. Mutiny

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, instr. dęte; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


20 czerwca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)



Podobnie jak większość brytyjskich zespołów utworzonych w połowie lat 60., Groundhogs zaczynał karierę od grania muzyki stricte bluesrockowej. Debiutancki album zespołu, "Scratching the Surface", składa się z dynamicznych, rockowych wersji standardów bluesowych, oraz własnych utworów utrzymanych w takim samym klimacie. Jednak w przeciwieństwie do debiutów większości bluesrockowych grup, tutaj dominują autorskie kompozycje, podpisane przez Tony'ego McPhee, wokalistę i gitarzystę zespołu. Wyjątek stanowią trzy utwory: "Still a Fool" Muddy'ego Watersa, "Early in the Morning" Johna Lee Williamsona, oraz "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. Pod każdym innym względem jest to bardzo typowy longplay dla tego stylu. Wszystko zagrane jest bardzo sprawnie, nie brakuje tutaj porywających solówek gitarowych (np. w "Rockin' Chair", "Walking Blues", "No More Doggin'", "Man Trouble"), sporo też fajnych partii harmonijki Steve'a Rye'a (znów "Rockin' Chair", a także np. "Still a Fool"). Brakuje jednak czegoś, co wyróżniałoby ten longplay na tle dziesiątek innych wydanych w tamtym czasie i utrzymanych w tej stylistyce. Dopiero na kolejnych albumach zespół zaczął wychodzić poza ramy stylu. A "Scratching the Surface" to tylko (i aż) poprawne bluesrockowe wydawnictwo.

Ocena: 7/10



Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)

1. Rocking Chair; 2. Early in the Morning; 3. Waking Blues; 4. Married Men; 5. No More Doggin'; 6. Man Trouble; 7. Come Back Baby; 8. You Don't Love Me; 9. Still a Fool

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Steve Rye - wokal i harmonijka; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja
Producent: Mike Batt


10 czerwca 2016

[Recenzja] Quicksilver Messenger Service - "Happy Trails" (1969)



Nie należy oceniać płyty po okładce, jednak w przypadku drugiego albumu Quicksilver Messenger Service, coś jest zdecydowanie nie na miejscu. Westernowa grafika może mniej obeznanym zasugerować, że mają do czynienia z albumem country. Zapewne muzycy wybrali ją dla żartu, ciekawe jednak, jak wiele osób przeszło obok tego albumu obojętnie, nie wiedząc, że to jedno z największych arcydzieł rocka psychodelicznego. Ba, wręcz całej, szeroko pojętej muzyki rockowej. "Happy Trails" to jednak dość specyficzny album. Zarejestrowany został bowiem głównie podczas koncertów (a konkretnie dwóch występów w bliźniaczych salach Fillmore East i Fillmore West), ale później tak go zmiksowano, aby brzmiał jak wydawnictwo studyjne. A choć niemal nie słuchać tutaj odgłosów publiczności, doskonale udało się uchwycić magię koncertowych improwizacji zespołu.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia 25-minutowa wersja rhythm'n'bluesowego klasyka "Who Do You Love". Kompozycja Bo Diddleya stanowi punkt wyjścia do rozbudowanych improwizacji wszystkich muzyków, wyodrębnionych na płycie jako osobne ścieżki. Zaczynają od dość wiernego odegrania pierwowzoru, ale z niesamowitą energią i mnóstwem porywających solówek. Następnie muzycy płynnie przechodzą w pierwszą improwizację, "When You Love", w której główną rolę odgrywa fenomenalna solówka Gary'ego Duncana o jazzowo-rockowym charakterze, ale uwagę przyciąga także świetna partia basu Davida Freiberga. Kolejny fragment, "Where You Love", podpisany jest nazwiskiem Grega Elmore'a, jednak nie jest to perkusyjna solówka, jak można by się spodziewać. Elmore wybija tutaj stały, transowy rytm, któremu towarzyszą gitarowe zgrzyty. W dalszej części zespół aktywizuje publiczność do interakcji i jest to jeden z niewielu fragmentów, kiedy ją słychać. Muzycy gwałtownie przyśpieszają w części "How You Love", będącej ostrym, rockowym popisem Johna Cipolliny, po czym zwalniają w "Which Do You Love", w którym pierwszeństwo przejmuje Freiberg. Ostatnie sześć minut to powrót do tematu "Who Do You Love", najpierw granego wolno, bardziej bluesowo, by niespodziewanie wróciła rockowa energia. To wykonanie to jeden z najbardziej elektryzujących przykładów koncertowej improwizacji.

Druga strona rozpoczyna się od... kolejnej przeróbki Bo Diddleya, "Mona". W wersji Quicksilver utwór nabrał bardziej psychodelicznego charakteru i rozrósł się do siedmiu minut za sprawą gitarowych popisów Duncana i Cipolliny. Płynnie przechodzi w instrumentalny "Maiden of the Cancer Moon", o wyrazistej melodii i niemal piosenkowej strukturze - z cichszymi fragmentami pełniącymi rolę "zwrotek" i głośniejszymi "refrenami". To kompozycja Duncana, jednak za świetną partię gitary prowadzącej odpowiada Cipollina. I ten utwór płynnie przechodzi w kolejny, także podpisany nazwiskiem Duncana, "Calvary". To już rzecz zupełnie innego rodzaju - trzynastominutowa improwizacja, którą nie sposób przypisać do konkretnego stylu. To mieszanka rocka, jazzu i muzyki z westernów, nad którą unosi się kwaśny, psychodeliczny klimat. Finałowa solówka Duncana wypada przepięknie, jednak cały utwór robi wielkie wrażenie. Na zakończenie albumu czeka jeszcze półtora minutowy żart, w postaci tytułowego "Happy Trails" - przeróbki tematu z radiowego programu Roya Rogersa i Dale'a Evansa, nadawanego w latach 40. i 50. ubiegłego wieku. W tym jednym jedynym fragmencie zespół rzeczywiście mierzy się z muzyką country. Utwór jest tym bardziej nietypowy, że w roli wokalisty wystąpił w nim Elmore, zaś Freiberg porzucił gitarę basową na rzecz pianina.

Pierwsza strona "Happy Trails" to jeden z najwspanialszych, najbardziej porywających przykładów rockowej improwizacji, z którą mogą równać się chyba tylko koncertowe popisy The Allman Brothers Band i Cream. Druga strona (pomijając wspomniany żart) wypada pod tym względem niemal tak samo dobrze. Nie lubię się powtarzać, ale znów muszę to napisać - to album, którego wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



Quicksilver Messenger Service - "Happy Trails" (1969)

1. Who Do You Love (Part 1); 2. When You Love; 3. Where You Love; 4. How You Love; 5. Which Do You Love; 6. Who Do You Love (Part 2); 7. Mona; 8. Maiden of the Cancer Moon; 9. Calvary; 10. Happy Trails

Skład: Gary Duncan - wokal i gitara; John Cipollina - wokal i gitara; David Freiberg - wokal, bass i pianino; Greg Elmore - wokal, perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Quicksilver Messenger Servivice


8 czerwca 2016

[Recenzja] The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)



Lato 1966 roku przyniosło dwa albumy, które zdefiniowały muzykę bluesrockową. Najpierw, w lipcu, ukazał się "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona, który pokazał Europejczykom, że muzyka bluesowa, dotąd popularna głównie wśród Afroamerykanów, może być atrakcyjna również dla nich. Wystarczyło tylko połączyć ją z rockową energią. Zaledwie kilka tygodni później, już w sierpniu, ukazał się album "East-West" amerykańskiej grupy The Butterfield Blues Band, na którym zaprezentowano jak elastyczne mogą być ramy owego bluesrockowego stylu.

Korzenie zespołu sięgają początku lat 60., kiedy na Uniwersytecie w Chicago poznało się dwóch wielbicieli bluesa - Paul Butterfield i Elvin Bishop. Pierwszy śpiewał i grał na harmonijce, drugi na gitarze, więc szybko zaczęli wspólnie jamować. Kiedy, gdzieś w 1963 roku, zaoferowano im występy w jedynym z lokalnych klubów, duet postanowił zaprosić do współpracy sekcję rytmiczną wspomagającą w tamtym czasie Howlin' Wolfa - basistę Jerome'a Arnolda i perkusistę Sama Laya. Pierwszy występ okazał się sukcesem i kwartet postanowił nawiązać trwałą współpracę. Podczas jednego z kolejnych występów, wśród publiczności znalazł się początkujący producent Paul A. Rothchild (który wkrótce miał zyskać sławę, odkrywając m.in. grupę The Doors), który zaproponował muzykom kontrakt. Przekonał także grupę, aby przyjąć do składu świetnego gitarzystę Mike'a Bloomfielda, będąc pod wrażeniem jego okazjonalnego jamu z Paulem Butterfieldem. Wkrótce zespół poszerzył się jeszcze o klawiszowca Marka Naftalina. W tym składzie zarejestrowany został debiutancki album grupy, "The Paul Butterfield Blues Band", wydany pod koniec 1965 roku. Longplay składa się głównie z energetycznych przeróbek utworów chicagowskich bluesmanów, uzupełnionych nowymi kompozycjami w tym stylu.

Dopiero drugi album, "East-West" pokazał większą wszechstronność muzyków. Poniekąd wiązało się to z odejściem Sama Laya i przyjęciem na jego miejsce Billy'ego Davenporta - perkusisty zorientowanego bardziej na granie jazzu. Kolejna zmiana, to zwiększenie demokracji w zespole, wcześniej dominowanym przez Butterfielda. Podczas tworzenia tego albumu, pozostali muzycy mogli zaprezentować swoje pomysły, co przełożyło się na większą różnorodność. W rezultacie, obok rockowo zagranego bluesa (np. "Walkin' Blues" Roberta Johnsona, "Get Out of My Life Woman" Allena Toussainta, "Two Trains Running" Muddy'ego Watersa) i obowiązkowych bluesrockowych ballad (rewelacyjny "I Got a Mind to Give Up Living" i "Never Say No" - oba nieznanego autorstwa), znalazły się tu także utwory innego rodzaju. Jak chociażby "Mary, Mary", napisany dla grupy przez niejakiego Michaela Nesmitha (który później nagrał go ze swoją grupą The Monkees), będący właściwie utworem acidrockowym, ze sfuzzowanymi partiami gitar i bardzo chwytliwą melodią.

Z kolei dwa instrumentalne utwory, "Work Song" (z repertuaru Nata Adderleya) i "East-West" (autorstwa Bloomfielda i Nicka Gravenitesa), zdradzają silne wpływy jazzowe. Ten pierwszy to niemal ośmiominutowa improwizacja oparta na jazzowej grze sekcji rytmicznej, z rewelacyjnymi gitarowymi solówkami także o jazzowym charakterze, ale i rockowej ostrości, a także z bluesowymi popisami Butterfielda na harmonijce i organowymi solówkami Naftalina. Utwór tytułowy to z kolei 13-minutowy jam, inspirowany muzyką indyjską i twórczością Johna Coltrane'a. Sam pomysł narodził się w głowie Bloomfielda po całonocnych eksperymentach z LSD. Improwizacja opiera się na wyrazistym basowym motywie i transowej partii perkusji, które stanowią tło dla niesamowitych popisów pozostałych muzyków - przede wszystkim dla rewelacyjnych, orientalnie zabarwionych solówek gitarzystów (przypadkiem lub nie, momentami kojarzących się z "Eight Miles High" The Byrds), a także dla fantastycznych partii harmonijki. Niesamowite, jak wiele Paul Butterfield potrafił wydobyć z tak prostego instrumentu. "East-West" to jeden z najwspanialszych przykładów zarówno jazz rocka, jak i rocka psychodelicznego, jakie dane mi było słyszeć.

Jak już wspomniałem we wstępie, "East-West" to album pokazujący, że muzyka bluesrockowa nie musi ograniczać się do powielania utartych, bluesowych schematów. Że jest w niej miejsce także na eksperymenty z innymi stylami, które wcale nie muszą szkodzić spójności albumu, a mogą go bardzo ciekawie ubarwić. A akurat na tym longplayu właśnie te eksperymenty są najbardziej ekscytujące. Chociaż pozostałym utworom nie mogę nic zarzucić - to naprawdę dobrze zagrany blues rock, niczym nie ubiegający chociażby twórczości Johna Mayalla. Krótko podsumowując - "East-West" to jeden z najlepszych i najważniejszych albumów w historii i bluesa, i rocka. Wstyd nie znać.

Ocena: 10/10



The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)

1. Walkin' Blues; 2. Get Out of My Life Woman; 3. I Got a Mind to Give Up Living; 4. All These Blues; 5. Work Song; 6. Mary, Mary; 7. Two Trains Running; 8. Never Say No; 9. East-West

Skład: Paul Butterfield - wokal, harmonijka; Mike Bloomfield - gitara; Elvin Bishop - gitara, wokal (8); Jerome Arnold - bass; Billy Davenport - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe
Producent: Mark Abramson i Paul Rothchild


6 czerwca 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Rocks" (1976)



Na okładce czwartego albumu Aerosmith, zamiast podobizn pięciu członków zespołu, znalazła się grafika przedstawiająca pięć oszlifowanych diamentów. Muzycy musieli mieć albo przesadnie mniemanie o sobie, albo gigantyczne poczucie humoru. Odłóżmy jednak żarty na bok, bo "Rocks" to jeden z bardziej udanych albumów w dyskografii zespołu. Może i nie jest to diament, ale solidna porcja rocka na pewno. Do wydanego rok wcześniej "Toys in the Attic" ma się dokładnie tak, jak "Get Your Wings" miał się do debiutu. Czyli, uogólniając, muzycy znów odeszli od banalnego rock and rolla na rzecz cięższego, prawdziwie hardrockowego grania.

Album rozpoczyna się od ciężkiego, agresywnego wokalnie "Back in the Saddle", który stał się najbardziej popularnym jego fragmentem. To jednak tylko przyzwoity kawałek, bez rewelacji. Ciekawiej robi się w wolniejszym "Last Child" - balladowy wstęp (przypominający ten ze starszego "In Trance" Scorpionsów, choć to raczej przypadek) okazuje się tylko zmyłką, a zasadnicza część utworu to zadziorne riffowanie o nieco funkowym posmaku. W rozpędzonym "Rats in the Cellar" smaczkiem są natomiast bluesowe zagrywki na harmonijce; świetnie wypada nieco łagodniejsza, instrumentalna końcówka utworu. Z kolei "Combination" wyróżnia się zaskakująco dobrym riffowaniem, jakiego w tamtym czasie nie powstydziłby się żaden hardrockowy zespół. W spokojniejszym "Sick as a Dog" zespół zaczyna popadać w banał, mimo całkiem niezłej solówki. Tuz po nim rozbrzmiewa jednak "Nobody's Fault" - jeden z najcięższych utworów w dorobku zespołu (nie przypadkiem własną wersję nagrali później thrashowcy z Testament), oparty na świetnym riffowaniu i intensywnej grze sekcji rytmicznej. Wielka szkoda, że zespół tak rzadko tworzył tego typu utwory. Dalsza część albumu nie wnosi już nic do całości. Od biedy można wyróżnić dość chwytliwy "Lick and a Promise". Poprzedzający go "Get the Lead Out" to niestety bardzo przeciętny hardrockowy kawałek, zaś finałowa ballada "Home Tonight" brzmi jak marna kopia Queen, momentami wręcz ocierając się o plagiat bardziej konwencjonalnych fragmentów "Bohemian Rhapsody".

"Rocks" to w sumie bardzo typowy - żeby nie powiedzieć przeciętny - album hardrockowy, z kilkoma pozytywnie wyróżniającymi się fragmentami. Utwory są w większości energetyczne i chwytliwe, jednak pod względem kompozytorskim trochę lepiej było na  "Get Your Wings". 

Ocena: 6/10



Aerosmith - "Rocks" (1976)

1. Back in the Saddle; 2. Last Child; 3. Rats in the Cellar; 4. Combination; 5. Sick as a Dog; 6. Nobody's Fault; 7. Get the Lead Out; 8. Lick and a Promise; 9. Home Tonight

Skład: Steven Tyler - wokal, harmonijka (3,7), bass (5), instr. klawiszowe (6,9); Joe Perry - gitara, bass (1,5), dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass, gitara (5); Joey Kramer - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Prestopino - bandżo (2)
Producent: Aerosmith i Jack Douglas


3 czerwca 2016

[Recenzja] Quicksilver Messenger Service - "Quicksilver Messenger Service" (1968)



Quicksilver Messenger Service to jeden z najważniejszych, obok Jefferson Airplane i Grateful Dead, przedstawicieli psychodelicznej sceny San Francisco. Grupa powstała już w 1965 roku, jednak muzycy dość długo zwlekali z podpisaniem kontraktu, obawiając się komercjalizacji. W międzyczasie doszło do kilku personalnych przetasowań. W oryginalnym składzie znajdowali się gitarzyści John Cipollina i Dino Valenti, basista David Freiberg, oraz grający na harmonijce Jim Murray; cała czwórka dzieliła się obowiązkami wokalnymi. Wkrótce jednak Murray opuścił zespół, aby zgłębiać tajniki gry na sitarze, zaś Valenti trafił na ponad rok do więzienia za posiadanie marihuany. Miejsce tego ostatniego zajął Gary Duncan. Postanowiono też zatrudnić perkusistę Grega Elmore'a. W tym właśnie składzie, w 1968 roku, grupa podpisała w końcu kontrakt i po raz pierwszy weszła do studia.

Debiutancki album Quicksilver składa się z sześciu kompozycji, które można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się utwory prostsze, o piosenkowych strukturach. Są wśród nich zarówno kawałki bardziej dynamiczne ("Pride of Man", "Dino's Song", "It's Been Too Long"), jak i subtelniejsze (nastrojowa ballada "Light Your Windows"). Są one całkiem przyjemne i melodyczne, wszystkie zachwycają też gitarowymi popisami Duncana i Cipolliny, jednak o wiele większe wrażenie robią utwory z drugiej grupy. Należą do niej tylko dwa, ale za to bardzo rozbudowane utwory: niemal siedmiominutowy, instrumentalny "Gold and Silver", oraz ponad dwunastominutowy, w sporej części także instrumentalny "The Fool". Oba cechują się jamowym charakterem i zdradzają silny wpływ jazzu; muzycy pokazują w nich swój talent do zespołowych improwizacji. "Gold and Silver" to przede wszystkim zadziorne popisy gitarzystów, na tle mocnego podkładu rytmicznego. Z kolei w "The Fool" muzycy stawiają na budowanie klimatu; nie brakuje tu psychodelicznych odlotów gitarowych, wyraźnie inspirowanych muzyką indyjską.

Debiutancki album Quicksilver Messenger Service wydaje się potwierdzać wspomniane we wstępie obawy muzyków, bojących się komercjalizacji w wyniku współpracy z wytwórnią. Longplay jest jakby wynikiem kompromisu. Oprócz muzyki, jaką zespół prezentował wówczas na koncertach, czyli rozbudowanych jamów, znalazły się tutaj także bardziej konwencjonalne kompozycje. I choć te drugie są całkiem udane, to poniższa ocena jest przede wszystkim zasługą dwóch najdłuższych utworów.

Ocena: 8/10



Quicksilver Messenger Service - "Quicksilver Messenger Service" (1968)

1. Pride of Man; 2. Light Your Windows; 3. Dino's Song; 4. Gold and Silver; 5. It's Been Too Long; 6. The Fool

Skład: Gary Duncan - wokal i gitara; John Cipollina - gitara; David Freiberg - bass i wokal, wiolonczela; Greg Elmore - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Nick Gravenites, Harvey Brooks i Pete Welding