30 czerwca 2013

[Recenzja] Danzig - "4" (1994)



"Czwórka" to ostatni album nagrany w oryginalnym składzie Danzig. Wkrótce po zarejestrowaniu materiału, z zespołu odszedł perkusista Chuck Biscuits, a gitarzysta John Christ i basista Eerie Von zostali tylko do końca trasy koncertowej promującej longplay. Glenn Danzig kontynuował działalność z innymi muzykami, przy okazji eksperymentując z innymi stylami. Wspominam o tym już przy okazji tej recenzji, bowiem już na tym albumie zespół wzbogacił swoją twórczość o nowe elementy. Cieszy, że muzycy nie spoczęli na laurach po komercyjnym sukcesie "Danzig III: How the Gods Kill" i nie nagrali kolejnego wydawnictwa w takim stylu, a spróbowali nowych rozwiązań, ryzykując stratę dotychczasowych fanów.

Otwieracz wielkich zmian nie zapowiada. "Brand New God" to ciężki utwór, początkowo utrzymany w niemal punkowym tempie, a następnie zwalniający i podążający w rejony bliższe Black Sabbath. Jednak w podobnym stylu utrzymane są jeszcze tylko dwa utwory: wolny, posępny "Until You Call on the Dark" i powtarzający patent z łączeniem skrajnie różnego tempa "Bringer of Death", choć w obu pojawiają się dźwięki pianina, a w drugim także eksperymenty z brzmieniem gitary. Na albumie dominują łagodniejsze, chwytliwe utwory w rodzaju "Dominion", "I Don't Mind the Pain", "Stalker Song", czy najbardziej z nich zgrabnego "Going Down to Die". W "Little Whip" zwraca uwagę lekko psychodeliczny klimat i bardzo morrisonowska partia wokalna. Natomiast w "Let It Be Captured" i przede wszystkim w "Cantspeak" pojawiają się puszczone wspak partie gitar, co daje bardzo fajny efekt. Najbardziej eksperymentalnym utworem jest natomiast industrialny, amelodyczny "Sadistikal" - niestety, także najmniej udanym.

Czwarty album Danzig interesująco rozwija styl zespołu, wzbogacając go o nowe rozwiązania. Całość jest różnorodna, ale zachowuje spójność. Pod względem kompozytorskim jest co najmniej tak dobrze, jak na pierwszych dwóch albumach. Natomiast pod względem wokalnym, jest to zdecydowanie najlepsze wydawnictwo zespołu - partie wokalne są bardziej zróżnicowane, a w łagodniejszych momentach lider w pełni pokazuje głębię swojego morrisonowskiego głosu. Pomimo tych wszystkich zalet, jest to wciąż tylko prosta, czysto rozrywkowa muzyka. Ale bardzo przyjemna.

Ocena: 7/10



Danzig - "4" (1994)

1. Brand New God; 2. Little Whip; 3. Cantspeak; 4. Going Down to Die; 5. Until You Call on the Dark; 6. Dominion; 7. Bringer of Death; 8. Sadistikal; 9. Son of the Morning Star; 10. I Don't Mind the Pain; 11. Stalker Song; 12. Let It Be Captured

Skład: Glenn Danzig - wokal, gitara, instr. klawiszowe; John Christ - gitara; Eerie Von - bass; Chuck Biscuits - perkusja
Producent: Rick Rubin i Glenn Danzig


29 czerwca 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Iron Maiden

Już za kilka dni Iron Maiden ponownie wystąpi w Polsce - 3 lipca w Łodzi i dzień później w Gdańsku. W ramach przygotowania, warto przypomnieć sobie najważniejsze utwory z repertuaru tej słynnej grupy. Jedenaście z dwudziestu wymienionych poniżej utworów znajduje się w setliście odbywającej się właśnie trasy Maiden England Tour (szkoda, że wiadomo to już teraz - na każdej trasie wszystkie koncerty są dokładnie takie same, z identyczną setlistą i choreografią, bez odrobiny spontaniczności).

Obecny skład Iron Maiden: Dave Murray, Janick Gers, Bruce Dickinson, Steve Harris, Nicko McBrain i Adrian Smith.

1. "Iron Maiden" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Odkąd tylko pamiętam, zawsze kończyliśmy koncerty tym właśnie numerem - mówił Steve Harris. Jest zresztą raczej prosty. Linia basu i perkusji nie są tam zbyt skomplikowane. Za to w partii gitar mamy harmoniczne szaleństwo. Dzięki temu jest to kawałek dość wyjątkowy.
To jedyna kompozycja, którą zespół grał na dosłownie każdym swoim koncercie - na zakończenie podstawowego setu, ale przed bisami. To przeważnie podczas jej wykonywania na scenę wchodzi Eddie - maskotka zespołu.
Pierwsza wersja utworu została zarejestrowana w Sylwestra 1978 roku i umieszczona na wydanej w listopadzie następnego roku EPce "The Soundhouse Tapes".
Tytułowa żelazna dziewica to średniowieczne urządzenie do wykonywania kar, o kształcie kobiecej sylwetki i rozmiarach dopasowanych do ciała ludzkiego, zaopatrzone w żelazne, dwuskrzydłowe drzwi. Powszechnie uważa się, że na drzwiach, po wewnętrznej stronie, znajdowały się kolce, które miały dotkliwie ranić, ale nie naruszać ważnych narządów, dzięki czemu torturowany człowiek miał dłużej cierpieć. W rzeczywistości, wszystkie żelazne dziewice z kolcami to XIX-wieczne falsyfikaty, mające wzbudzać zainteresowanie turystów. Prawdziwe dziewice kolców nie miały i służyły jedynie do wykonywania kar na honorze (był to łagodniejszy rodzaj kar - skazany nie był uśmiercany, a jedynie wystawiany na widok publiczny).


2. "Running Free" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Debiutancki singiel zespołu, całkiem nieźle notowany, jak na utwór nieznanego wcześniej zespołu (34. miejsce na UK Singles Chart). Utwór powstał, gdy w zespole był jeszcze perkusista Doug Sampson (w styczniu 1980 roku zastąpiony przez go Clive'a Burra), o czym świadczy następująca wypowiedź Steve'a Harrisa, dotycząca komponowania utworów: Czasem zaczynam od głównego riffu basowego, a potem dorabiam do tego melodię, a czasem zaczynam od linii melodycznej i potem opracowuję resztę. Prawie wszystko robię na basie - i riffy, i harmonie. Ale na przykład "Running Free" zaczął się rodzić, gdy dołożyłem riff do rytmu Douga Sampsona. Autorstwo muzyki utworu zostało przypisane jednak wyłącznie Harrisowi.
Za tekst odpowiada ówczesny wokalista, Paul Di'Anno. To bardzo autobiograficzna piosenka, choć oczywiście nigdy nie spędziłem nocy w więżeniu w Los Angeles - mówił, nawiązując do słów "Running Free".  To o byciu szesnastolatkiem, byciu dzikim i wolnym. Wzięła się z moich doświadczeń z czasów, gdy byłem skinheadem.
Utwór jest regularnie wykonywany na żywo, przeważnie jako ostatni bis. Ukazał się nawet na singlu w wersji koncertowej, pochodzącej z albumu "Live After Death" (ta wersja była notowana jeszcze wyżej od oryginalnej - 19. miejsce w Wielkiej Brytanii). "Running Free" był obecny w setlistach tras w latach 1980-82, 1984-88, 1992, 1996, 2005 i 2010-13, co oznacza, że jest grany także obecnie.


3. "Phantom of the Opera" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Najbardziej rozbudowany utwór na debiutanckim longplayu, zdradzający inspiracje zespołami progrockowymi, przede wszystkim zaś grupą Wishbone Ash. Ówczesny gitarzysta, Dennis Stratton, wspominał sesję nagraniową utworu: Gdy dołączyłem do Iron Maiden, nie mieli zbyt dużo gitarowych harmonii, a ponieważ ja mam fioła na ich punkcie, usiadłem w kącie studia i pododawałem trochę harmonii w paru numerach, na przykład w "Running Free" i "Phantom of the Opera". W sumie sporo tego tam nawrzucałem. Poświęciłem na to mnóstwo czasu, ale nie wszystkie się zachowały w wersji finalnej. Gdy pracowaliśmy nad "Phantom of the Opera", Paul [Di'Anno] śpiewał, a ja nagrałem cztery różne podkłady harmoniczne do jego głosu. Potem Rod [Smallwood, menadżer] wszedł do kabiny odsłuchowej, by zapoznać się z efektem i, usłyszawszy co nagraliśmy, wykrzyknął: "To brzmi jak j**any Queen!". I wyszedł. Usunięto także połowę wokali Paula.
Tytuł i tekst utworu nawiązuje do powieści "Upiór w operze" Gastona Leroux, publikowanej w odcinkach, w latach 1909-10. 
Kompozycja była stałym punktem koncertów na większości tras w latach 80., z setlisty zniknęła w kolejnej dekadzie, by wrócić w 1999 roku. Od tamtego czasu jest grana na trasach wspominkowych, czyli takich, na których zespół wykonuje wyłącznie utwory z pierwszych lat działalności. Trwająca obecnie Maiden England - European Tour 2013 właśnie do nich należy, a "Phantom of the Opera" jest grany w połowie głównej części występu.


4. "Wrathchild" (z albumu "Killers". 1981)

Jedna z najstarszych kompozycji zespołu, po raz pierwszy zarejestrowana w listopadzie 1979 roku (razem z "Sanctuary"), w celu umieszczenia na albumie "Metal for Muthas" - kompilacji wytwórni EMI, zawierającej nagrania zespołów z rodzącej się wówczas Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, z których żaden nie miał jeszcze podpisanego kontraktu. Pytano nas często, dlaczego nie umieściliśmy tego numeru na naszym debiutanckim albumie - mówił Harris. A nie zrobiliśmy tego dlatego, że ten utwór był już opublikowany na "Metal for Muthas". Ale nagrywając "Killers", nie byliśmy zadowoleni z tamtej wersji i chcieliśmy to nagrać jak należy.
W 1999 roku - po powrocie do składu Bruce'a Dickinsona i Adriana Smitha - zespół nagrał nową wersję utworu. Została wydana na ciężko dostępnym singlu, a także umieszczona jako ukryty bonus na amerykańskim wydaniu kompilacji "Ed Hunter".
"Wrathchild" jest regularnie wykonywany na większości tras zespołu, ale niestety nie został uwzględniony w setliście obecnie trwającej.


5. "Run to the Hills" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Pierwszy singiel z nowym wokalistą, Brucem Dickinsonem i prawdopodobnie najbardziej popularny utwór zespołu. Kawałek opiera się na charakterystycznym riffie i prostej melodii - to wystarczyło na 7. miejsce w brytyjskim notowaniu singli i stałe miejsce w koncertowej setliście (z wyjątkiem tras z lat 1995-98 i 2010/11). Na singlu zostały wydane także dwa koncertowe wykonania tego utworu - z albumów "Live After Death" (26. miejsce na UK Singles Chart) i "Rock in Rio" (9. pozycja w tym samym notowaniu).
Pierwszym utworem, jaki zarejestrowaliśmy [na album "The Number of the Beast"], był "Run to the Hills" - mówił wokalista. Nie wiedzieliśmy jak to wszystko w końcu zabrzmi, więc kiedy puściliśmy sobie gotową taśmę, po prostu szczeny nam opadły. Nie mieliśmy wątpliwości, że brzmi to naprawdę niesamowicie. Wokalista wyjaśniał też znaczenie tekstu: Jest to rzecz o Indianach, napisana z dwóch perspektyw.Pierwsza część przedstawia stanowisko Indian, a druga - stanowisko żołnierzy.Chciałem by czuć tu było galopujące konie. Puszczając ten numer trzeba uważać, by się za bardzo w nim nie zatracić.
Chociaż słowa utworu zostały napisane przez Dickinsona, to nie mógł zostać dopisany jako współautor, ze względu na kontrakt podpisany w czasach, gdy śpiewał w grupie Samson. Z tego samego powodu jego nazwisko nie pojawia się przy tytułach "Children of the Damned" i "The Prisoner" (wszystkie trzy są podpisane nazwiskiem Steve'a Harrisa).



6. "The Number of the Beast" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Zarówno tekst tego utworu, jak i fakt rozpoczęcia go recytowanym fragmentem Apokalipsy, przyczyniły się do oskarżeń zespołu o propagowanie satanizmu - głównie w Stanach. Amerykanie nie mają takiego poczucia humoru, jak Anglicy czy Francuzi - mówił Dickinson. Niektórzy z nich odczytują zbyt poważnie te z naszych tekstów, w których są nawiązania do Szatana. Pewne grupy religijne zażądały, by "The Number of the Beast" opatrzyć naklejkami, ostrzegającymi przed satanistycznym charakterem naszych tekstów! 
Tekst jest przede wszystkim opisem snu, jaki nawiedził Harrisa. Poza tym można dostrzec w nim inspirację horrorem "Omen", wierszem "Tam O'Shanter" szkockiego poety Roberta Burnsa, jak również wspomnianą Apokalipsą, czyli jedną z ksiąg Biblii.
Za wspomnianą recytację z początku utworu odpowiada brytyjski aktor Barry Clayton. Początkowo zespół zgłosił się do Vincenta Price'a, znanego z wielu filmów grozy, jednak ich zapał ostudził się, gdy aktor zażądał dwudziestu pięciu tysięcy funtów za swój udział.
Singiel z utworem "The Number of the Beast" okazał się nieco mniejszym sukcesem od "Run to the Hills" i doszedł zaledwie do 18. miejsca brytyjskich notowań. Kompozycja od razu weszła do koncertowej setlisty i od tamtej pory była grana na każdym koncercie.


7. "Hallowed Be Thy Name" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Monumentalny utwór zamykający "The Number of the Beast" to jeden z wielu tego typu utworów napisanych wyłącznie przez Harrisa. Muzyka fantastycznie rozwija się wraz z genialną partią wokalną Dickinsona. Podmiot liryczny, wypowiadający się w pierwszej osobie, to skazaniec czekający na stracenie. Przechodzi przez różne etapy: od rozmyślania nad swoim losem (Reflecting on my past life and it doesn't have much time), gorycz (I take a look through the bars at the last sights / Of a world that has gone very wrong for me) i strach (Hard to stop the surmounting terror / Is this really the end, not some crazy dream?), bunt przeciwko wyznawanym wcześniej wartościom (If there's a God then why does he let me go?), aż w końcu pogodzenie się z tym, co go czeka (Don't worry now that I have gone / I've gone beyond to see the truth). Dodać trzeba, ze pojawiające się na koniec słowa tytułowe to wers z modlitwy: Święć się imię Twoje.
Utwór został wydany na singlu, ale dopiero w 1993 roku, w koncertowej wersji z albumu "A Real Dead Live" (mała płytka doszła do 9. miejsca w brytyjskim notowaniu). Na okładce singla zespołowa maskotka Eddie, w postaci diabła, zabija Bruce'a Dickinsona - jest to nawiązanie do tego, że właśnie w tamtym czasie wokalista postanowił opuścić zespół.
Od chwili powstania, przez niemal trzydzieści lat, utwór był wykonywany na każdym koncercie grupy. Niestety, muzycy postanowili usunąć go z setlisty obecnej trasy.


8. "The Trooper" (z albumu "Piece of Mind", 1983)

Chciałem by wstęp odzwierciedlał galop koni podczas ataku kawalerii - mówił Harris. Napisany przez niego tekst - zainspirowany wierszem "Szarża lekkiej brygady" Alfreda Tennysona - przedstawiony jest z perspektywy żołnierza walczącego na Wojnie Krymskiej, a dokładniej podczas bitwy pod Bałakławą, która rozegrała się pomiędzy wojskami brytyjskimi i rosyjskimi 25 października 1854 roku.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 12. miejsca na brytyjskim notowaniu - o jedną pozycję niżej niż poprzedzający go "Flight of Icarus". Być może powodem mniejszej popularności utworu była rzadka emisja nakręconego do niego teledysku. Uznany został jako zbyt drastyczny - zawierał sceny bitwy i śmierć kawalerzystów, wycięte z filmu "Szarża lekkiej brygady", nakręconego przez Michaela Curtiza w 1936 roku. Muzyków cała sytuacja mocno zirytowała: Czy w telewizji myślą, że to my zabijaliśmy konie na potrzeby klipu!?
Dzisiaj ciężko wyobrazić sobie koncert Iron Maiden bez "The Trooper". Co jednak ciekawe, utwór nie od razu wszedł na stałe do koncertowego repertuaru. Muzycy zrezygnowali z wykonywania go podczas trasy promującej album "Somewhere in Time" (1986/87). Wrócił do setlisty na kolejnej trasie, promującej "Seventh Son of a Seventh Son", choć nie był wówczas grany na wszystkich koncertach (stąd jego brak na albumie "Maiden England"). Dopiero od początku lat 90. jest grany na każdym koncercie.


9. "2 Minutes to Midnight" (z albumu "Powerslave", 1984)

Kolejny singlowy przebój (11. miejsce na UK Singles Chart) i stały punkt koncertów (z wyjątkiem tras z lat 2004/05 i 2010). Nic zresztą dziwnego - jest tutaj jeden z najbardziej chwytliwych refrenów w całym repertuarze grupy, jak również jeden z najbardziej charakterystycznych riffów. Ten ostatni został zaproponowany przez Adriana Smitha, który go jednak nie wymyślił sam. Identyczne riffy można znaleźć w wielu wcześniejszych metalowych utworach: "Swords and Tequila" Riot (1981), "Flash Rockin' Man" Accept (1982), "Curse of the Pharoahs" Mercyful Fate (1983) czy "Seek and Destroy" Raven (1983). Warto jeszcze wspomnieć o "Moonchild" Rory'ego Gallaghera, który powstał całą dekadę wcześniej, w 1971 roku. Najciekawsze wydaje się jednak podobieństwo do utworu "Midnight Chaser" z 1980 roku, mniej znanej grupy z nurtu NWOBHM o nazwie White Spirit. Jej gitarzystą był Janick Gers, który w 1990 roku dołączył do składu Iron Maiden. Gers twierdzi, że płytę swojej pierwszej grupy zaprezentował Ironom jeszcze zanim nagrali "Powerslave" i najwidoczniej riff "Midnight Chaser" utkwił w pamięci Adriana tak mocno, że nieświadomie go wykorzystał.
Tekst utworu powstał podczas tzw. zimnej wojny i dotyczy możliwości zagłady nuklearnej. Tytuł odnosi się do Zegara Zagłady, wymyślonego w 1947 roku przez zarząd naukowców zajmujących się energią atomową (Bulletin of the Atomic Scientists). Północ na zegarze oznacza zagładę ludzkości, a minuty przed nią odzwierciedlają stopień zagrożenia nią. Początkowo brano pod uwagę wyłącznie zagładę nuklearną, obecnie doszły do tego inne zagrożenia, np. degradacja środowiska. Najbliżej północy wskazówki zegara zostały ustawione w 1953 roku, kiedy nasilił się wyścig zbrojeń Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego (m.in. testy broni termojądrowej). Zegar przedstawiał wówczas właśnie dwie minuty do północy. W kolejnych latach groźba zagłady nieco się oddaliła, ale wzrosła do trzech minut w 1984 roku. Obecnie odległość od północy wynosi pięć minut, zaś najwyższa była w roku 1991 - 17 minut.


10. "Powerslave" (z albumu "Powerslave", 1984)

Jeden z czterech utworów - obok "Revelations", "Flash of the Blade" i "Bring Your Daughter to the Slaughter" - których autorstwo jest przypisane wyłącznie Dickinsonowi. [To] opowieść o umierającym faraonie - tłumaczył wokalista. Ma umrzeć i dowiaduje się, że jest niewolnikiem potęgi śmierci, a jednocześnie niewolnikiem własnej władzy. Kiedy umiera, umrzeć muszą także wszyscy niewolnicy, którzy budowali dla niego grób i brali udział w przygotowaniu do jego pogrzebu. Nawet gdyby on sam tego nie pragnął, prawo mówi, że ci ludzie muszą pożegnać się z życiem, on nie ma na to wpływu. Jest zatem więźniem swojej własnej potęgi. W Egipcie faraon był uosobieniem życia, był żywym bogiem, który miał pod kontrolą całą ziemię. Gdy uchodziło z niego życie, musiało opuścić ono także tych, którzy mu służyli, tak mówiło prawo. Paradoks polega na tym, ze nawet jeśli był on żywym bogiem i leżąc na łożu śmierci, postanowił żyć dalej, nie mógł swojej woli wyegzekwować. Jego władza uczyniła go niewolnikiem potęgi śmierci.
Bruce wyjaśniał także jak wpadł na pomysł takiego utworu: Myślałem sobie o "Revelations" z poprzedniego albumu i szukałem brakującego elementu. I w końcu go znalazłem. W "Revelations" jest wiele nawiązań do mitologii hinduskiej i egipskiej, do wątków na temat życia i śmierci. Ale jednej rzeczy tam nie ma - motywu władzy śmierci nad życiem, a jest to motyw często występujący w egipskiej mitologii. Można więc powiedzieć, że napisałem "Powerslave" słuchając "Revelations", z filiżanką herbaty w jednej dłoni i kanapką w drugiej.
Utwór na żywo był wykonywany tylko na trasach z lat 1984/85, 1999 i 2008/09.


11. "Rime of the Ancient Mariner" (z albumu "Powerslave", 1984)

Najdłuższy utwór Iron Maiden, trwający niemal czternaście minut. Steve Harris skomponował kawałek o prawdziwie epickim rozmachu - przyznawał Dave Murray. Na swój sposób podsumował nim wszystko, co zrobiliśmy do tamtej pory. Potrafił w jednej kompozycji pokazać, o co chodzi w muzyce zespołu. "Rime of the Ancient Mariner" ma bowiem wiele wątków melodycznych, jest zróżnicowany pod względem dynamicznym i ma inteligentny tekst wywiedziony z poematu Samuela Taylora Coleridge'a. To coś, co bardzo wiele mówi o ambicjach Iron Maiden. Moim zdaniem utwór ten ma cechy dzieł muzyki klasycznej, chociaż oczywiście powstał na poletku, którego krańce wyznaczają granice rocka.
Inspiracją był poemat "Rymy o sędziwym marynarzu", napisany w latach 1797-98, przez angielskiego poetę Samuela Taylora Coleridge'a. Spora część tekstu to cytaty z tego dzieła, a reszta - streszczenie jego fabuły, napisane przez Harrisa.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1984-87, a także na trasie z lat 2008/09.


12. "Wasted Years" (z albumu "Somewhere in Time", 1986)


Jeden z najbardziej znanych singli Iron Maiden (18. miejsce w UK), ale nie wykonywany zbyt często na żywo. Był grany regularnie w latach 1986-88, do setlisty wracał w latach 1993, 1999, 2008/09 i na obecnie trwającej trasie.
Tekst, podobnie jak wielu innych na albumie "Somewhere in Time", dotyczy czasu, Jeśli pomyśleć o tym, co ostatnio robiliśmy i gdzie byliśmy, wybór czasu na wiodący temat płyty raczej nie powinien nikogo dziwić - mówił Adrian Smith, jedyny kompozytor utworu. Albo traciliśmy czas, albo czas dawał nam nauczkę, bardzo zresztą kosztowną. Wszystko to jest tam między wierszami.
"Wasted Years" na tle reszty longplaya wyróżnia się natomiast pod względem muzycznym - to jedyny utwór na "Somewhere in Time" oparty wyłącznie na podstawowym instrumentarium. Pozostałe kawałki Harris i Smith postanowili wzbogacić brzmieniami syntezatorów gitarowych.


13. "The Evil That Men Do" (z albumu "Seventh Son of a Seventh Son", 1988)


"Seventh Son of a Seventh Son" to jedyny album koncepcyjny w dyskografii zespołu. Forma taka oznacza spójność wszystkich utworów, zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym. Adrian Smith mówił jednak: Zawsze uważałem, że każda piosenka powinna bronić się sama, nawet jeśli odseparuje się ją od pozostałych utworów. Być może dzięki niemu Ironom udało się stworzyć album, który nie tylko tworzy całość, ale także przyniósł sporą liczbę przebojów: "Can I Play with Madness" doszedł do trzeciego miejsca na brytyjskiej liście (jako jedyny był też notowany w Stanach - 4. miejsce), "The Evil That Men Do" do piątego, a "The Clairvoyant" i "Infinite Dreams" do szóstego.
Dlaczego zatem wybrałem "The Evil That Men Do"? Po prostu wydaje się on najbardziej esencjonalny dla całego longplaya. Zapadający w pamięć, ale nie tak tandetnie chwytliwy, jak "Can I Play with Madness". Do tego refleksyjny tekst, na temat zła czynionego przez ludzi, które trwa jeszcze długo po ich śmierci, jest jakby podsumowaniem całej opowiedzianej tu historii. Warto wspomnieć, że chociaż teksty na "Seventh Son of a Seventh Son" układają się w jedną historię, to każdy z nich powstał z różnych inspiracji. W przypadku "The Evil That Men Do" była to sztuka "Juliusz Cezar" Williama Shakespeare'a, a konkretnie - monolog Marka Antoniusza, w którym padają słowa: Złe czyny ludzi żyją dłużej od nich, dobro wraz z nimi znika nieraz w grobie.
Utwór od chwili powstania był grany na niemal wszystkich trasach koncertowych, chociaż został usunięty z setlisty w latach 2003-05, nie był też wykonywany podczas pierwszej części trasy Somewhere Back in Time World Tour.


14. "Bring Your Daughter... to the Slaughter" (z albumu "No Prayer for the Dying", 1990)

Można polemizować czy to ważny utwór. Faktem pozostaje, że to jedyny kawałek zespołu, jaki doszedł do 1. miejsca brytyjskich notowań (w Stanach doszedł do 27. pozycji, ale tam żaden singiel Ironów nie wszedł do pierwszej trójki). Czy jednak rzeczywiście jest to zasługa samej piosenki? Raczej sprytnego pomysłu, aby wydać singiel w kilku wersjach, różniących się nie tylko formatem (winyl lub kompakt) - ale też okładkami (trzy zupełnie inne grafiki!), a nawet dodatkami (jedna z wersji zawierała kalendarz). Oczywiście kolekcjonerzy musieli mieć wszystkie - stąd wysoka sprzedaż.
Początkowo nie miał to nawet być utwór Ironów. Powstał, kiedy Bruce Dickinson dostał propozycję napisania i nagrania solowego utworu do filmu "Koszmar z ulicy Wiązów V". Wokalista się zgodził, zaprosił do współpracy Janicka Gersa i nagrali wspólnie utwór, który - jak sam przyznaje - napisał w około trzy minuty. Kawałek tak się spodobał przedstawicielom wytwórni, że zaproponowali Bruce'owi nagranie całego longplaya. Zgodził się, mimo, że nie poza tym jednym utworem nie miał innych kompozycji. Jednak w ciągu dwóch tygodni jego pierwszy solowy album, "Tattooed Millionaire", był już gotowy. Ale "Bring Your Daughter... to the Slaughter" na niego nie trafił - tak spodobał się Steve'owi Harrisowi, że zmusił Dickinsona aby nagrać go z zespołem. Razem z tym kawałkiem do Iron Maiden dołączył Gers, który zastąpił znudzonego graniem metalu Adriana Smitha.
Mimo sukcesu jaki odniósł, utwór był grany na żywo tylko do 1993 roku, czyli do odejścia Dickinsona z zespołu. Po jego powrocie, kawałek wrócił do setlisty tylko na chwilę, w 2003 roku.


15. "Fear of the Dark" (z albumu "Fear of the Dark", 1992)

Ostatni z utworów, bez którego nie może się obyć żaden koncert Iron Maiden. Zespół wykonuje go nawet na trasach, na których zamysłem było, aby grać wyłącznie utwory z lat 80-ych (Somewhere Back In Time, Maiden England). Ale to po prostu utwór stworzony do wykonywania na żywo, do wspólnego śpiewania z publicznością. Koncertowe wykonania tego utworu były tak dobre, że to przeważnie one trafiały na albumy kompilacyjne. Również na singlu wydana została tylko wersja koncertowa (pochodząca z wydanej w 1993 roku koncertówki "A Real Live One"). Udało jej się ociągnąć 8. miejsce na brytyjskim notowaniu.
Tekst utworu opowiada oczywiście o strachu przed ciemnością, przeradzającym się w paniczny strach. Jest to metafora obawy przed popadnięciem w szaleństwo. W jednym z wywiadów Dickinson stwierdził, że Harris - autor kompozycji - naprawdę boi się ciemności. W dalszej części wypowiedzi wyjaśniał: To opowieść o człowieku, który o zmroku chodzi po parku. Robi się coraz ciemniej, a on zaczyna widzieć różne niepokojące rzeczy. Wpada w paranoję, ponosi go wyobraźnia. To naprawdę świetny numer.


16. "Afraid to Shoot Strangers" (z albumu "Fear of the Dark", 1992)

To rzecz o żołnierzu, który zaczyna strzelać podczas wojny w Zatoce Perskiej - tłumaczył Bruce. On nie chce nikogo zabić, ale wie, że będzie musiał, to jego obowiązek. Jeżeli on nie będzie strzelał, ktoś może jego zastrzelić. Nie ma więc dużego wyboru. o okrutny dylemat, ale nie da się go uniknąć. Pod względem muzycznym, jest to długi utwór, w pierwszej części brzmiący bardzo nastrojowo, później jednak rozkręcający się, pełen typowych dla grupy gitarowych unison.
Właśnie w tym utworze z repertuaru grupy najlepiej czuł się następca Dickinsona, Blaze Bayley. Żadnej innej kompozycji nie mógł zaśpiewać tak przekonująco - być może nawet lepiej od swojego poprzednika. Nie dziwi, ze to właśnie koncertowa wersja z udziałem Bayleya trafiła na kompilację "Best of the Beast". Po odejściu Blaze'a, Ironi przestali wykonywać "Afraid to Shoot Strangers" na żywo - aż do zeszłego roku. Tym samym jest to kolejny utwór, jaki na pewno zabrzmi na zbliżających się koncertach.


17. "Man on the Edge" (z albumu "The X Factor", 1995)

W drugiej połowie lat 90., Ironi rzeczywiście znaleźli się na krawędzi. Inny utwór z albumu "The X Factor" zresztą precyzuje, że była to krawędź ciemności ("The Edge of Darkness"). Strata charyzmatycznego frontmana, słabe przyjęcie przez fanów nowego, który nie był w stanie zaśpiewać podczas koncertów wielu starszych hitów... To z pewnością nie był dobry czas dla grupy. Na pewno nie pomogła lekka modyfikacja stylu, polegająca głównie na zwolnieniu tempa. Właściwie na całym longplayu jest tylko jedna żywsza, typowa dla zespołu, kompozycja - właśnie "Man on the Edge". Co ciekawe, jest to też jedyny z niej utwór, w którego komponowaniu nie brał udziału Steve Harris (jej autorami są Gers i Bayley).
Kawałek został wydany na singlu i doszedł do 10. miejsca w Wlk Brytanii. Był także jednym z pięciu utworów (obok "Lord of the Flies", "Sign of the Cross", "Futureal" i  "The Clansman") z albumów nagranych z Blazem, które były wykonywane na żywo po jego odejściu. Każdy z nich utrzymywał się jednak w setliście tylko przez jedną trasę - "Man on the Edge" grany był podczas The Ed Hunter Tour (1999). Zarejestrowaną wówczas wersję, z Dickinsonem jako wokalistą, przez lata można było znaleźć tylko na singlu "The Wicker Man" (2000), dopóki nie trafiła na kompilację "From Fear to Eternity: The Best of 1990-2010".


18. "Blood Brothers" (z albumu "Brave New World", 2000)

To o życiu po śmierci, nawiązaniu kontaktu z "tamtą stroną" - mówił Harris, który niedługo wcześniej stracił ojca. Dotyka tematu Ciemnej Strony twoich myśli. Ale także o poczuciu wstydu za to, co dzieje się na świecie. O wszystkich tych tych przerażających rzeczach, jakie się na nim dzieją, i o ludziach, którzy o tym czytają w gazetach, a potem zwyczajnie przewracają stronę. Nie twierdzę, że zapominają o tym horrorze - mogą go przechowywać w umyśle, ale przecież nie mogą nic zmienić. Po prostu mają nadzieję, że gdzieś jest ktoś, kto się tym zajmie. Tak więc tekst dotyczy różnych rzeczy, składa się na niego wiele elementów.
Utwór wyróżnia się pod względem muzycznym, jako jedna z niewielu kompozycji Iron Maiden w całości utrzymana w łagodnym nastroju. Poza podstawowym instrumentarium słychać tu także lekką orkiestrację. Zawsze chciałem, by nasze utwory miały orkiestrowe brzmienie - mówił Harris. Już wcześniej używaliśmy w ten sposób klawiszy. Ale tym razem było trochę inaczej, bo nasz producent Kevin Shirley znał gościa w Nowym Jorku, który umiał to ładnie warstwowo ułożyć.Wysłaliśmy mu taśmę z naszym nagraniem i rzeczami, o które mi mniej więcej chodziło. Zaskoczył mnie potem robiąc dokładnie to, do czego dążyłem. Byłem szczerze zdumiony.
Utwór był wykonywany na trasie promującej "Brave New World", a do setlisty wrócił dekadę później, na The Final Frontier Tour. Podczas pierwszej części trasy, w 2010 roku, utwór był dedykowany właśnie zmarłemu Ronniemu Jamesowi Dio, natomiast podczas drugiej, odbywającej się rok później - fanom zespołu. Dickinson deklarował ze sceny, że wszyscy wielbiciele zespołu tworzą jedną rodzinę, bez względu na to, jakiej są rasy czy wyznania.


19. "The Reincarnation of Benjamin Breeg" (z albumu "A Matter of Life and Death", 2006)


Siedmiominutowy utwór, z długim mrocznym wstępem, to dziwny wybór na singiel, tym bardziej, że promowany nim album zawierał kilka bardziej radiowych utworów ("Out of the Shadow", czy wydany na drugim singlu "Different World"). Muzycy zdecydowali się na taki krok, ponieważ według nich właśnie ten utwór najlepiej oddawał atmosferę albumu. Chcieliśmy wybrać do promocji utwór, który jak najlepiej oddawałby charakter nowego materiału, zamiast wypuścić krótszy numer, który celowałby w listy przebojów - tłumaczył Harris. "Benjamin Breeg" swoimi ciężkimi riffami znakomicie oddaje klimat płyty, a i jego bardzo mroczny tekst jest typowy dla całego albumu. 
Wszystko pięknie, tylko kim jest tytułowy Benjamin Breeg? Zespół przewidział, że fani zaczną szukać informacji o nim w sieci, więc stworzyli specjalną stronę zawierającą fikcyjną biografię malarza o tym nazwisku, wymyśloną przez Harrisa wspólnie z twórcą horrorów Shaunem Hutsonem. Zainteresowanie podsycały wywiady, w których muzycy nie chcieli zdradzić nic na temat Breega. To tajemnica - mówił Nicko McBrain. Nie mogę jej zdradzić. Sam jej nie znam, szczerze mówiąc. Myślę, że to alter ego Eddiego albo fragment jego przeszłości. To wszystko, czego się domyślam.


20. "When the Wild Wind Blows" (z albumu "The Final Frontier", 2010)

Rozbudowana kompozycja zamykająca ostatni jak dotąd album zespołu. Podczas pracy nad longplayem właśnie ta kompozycja przysporzyła muzykom najwięcej trudności. Rytmicznie ten utwór jest nieco inny od tego, co robiliśmy do tej pory - wyjaśniał Murray. Uczyliśmy się go partiami, tylko dlatego, że ma tak złożoną strukturę. Ale na płycie brzmi bardzo naturalnie. Mimo tej skomplikowanej struktury, był grany na żywo. Nie mogło być inaczej, skoro sami muzycy uważają "When the Wild Wind Blows" za jeden ze swoich najlepszych utworów. Od razu wiedziałem, że wyjdzie coś wyjątkowego - mówił McBrain. Kiedy skończyliśmy nagrywać, podszedłem do Steve'a i powiedziałem, że to kawałek podobny do "Hallowed Be Thy Name", chyba najlepszy jaki kiedykolwiek napisał, a on na to rzekł: "Tak właśnie czuję - jest po prostu fantastyczny!".
Fabuła tekstu jest podobna do książki "A gdy zawieje wiatr" ("When the Wind Blows") Raymonda Briggsa, napisanej w 1982 roku, a także zrealizowanego na jej podstawie filmu animowanego (1986). Książka, jak i film opowiadają o nuklearnej zagładzie świata, przedstawionej z perspektywy pary emerytów, żyjących z dala od świata polityki. Również bohaterowie utworu Iron Maiden czekają na zbliżającą się zagładę, media podsycają panikę, a oni rozmyślają o codziennym życiu, które dobiega końca. Od pierwowzoru odbiega ostatnia zwrotka, z której dowiadujemy się o znalezieniu zwłok małżeństwa - oboje wypili truciznę. Tymczasem okazuje się, że do zagłady nie doszło - było to tylko trzęsienie ziemi.
Co ciekawe, zespół musiał odwołać japońskie koncerty The Final Frontier Tour, 12 i 13 marca 2011 roku. Dokładnie dzień przed pierwszym z tych koncertów rozpoczęło się tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi u wybrzeży wyspy Honsiu. Spowodowana trzęsieniem fala tsunami uszkodziła elektrownię atomową w Fukushimie, powodując najdroższą katastrofę naturalną w historii. Kilka miesięcy później, Ironi przekazali ponad 50 tysięcy dolarów na pomoc ofiarom trzęsienia.


28 czerwca 2013

[Recenzja] Danzig - "Thrall / Demonsweatlive" EP (1993)



Album "Danzig III: How the Gods Kill" okazał się sporym sukcesem komercyjnym, więc postanowiono zdyskontować jego sukces, wydając EPkę. Podobnie, jak poprzednie wydawnictwo, "Thrall: Demonsweatlive" zwraca uwagę okładką - bardzo komiksową, kojarzącą się z twórczością Franka Frazzety (jej autorem jest jednak Simon Bisley). Zawartość muzyczna jest natomiast podzielona na dwie części. Pierwsza z nich, "Thrall", to trzy premierowe nagrania studyjne. Zarejestrowane w ciągu jednego dnia, na żywo, w jednym podejściu. Ciężki, utrzymany w dość szybkim tempie "It's Coming Down" powinien zadowolić wielbicieli bardziej metalowego oblicza Danzig. Z kolei "The Violet Fire" pokazuje bardziej przebojowe, odrobinę lżejsze brzmieniowo oblicze grupy i również wypada przyzwoicie. Bardzo fajnym dodatkiem jest przeróbka przeboju Elvisa Presleya, "Trouble" - zagrana mocniej od pierwowzoru, ale z obecnym we wczesnych dokonaniach grupy pierwiastkiem bluesowym. Druga część EPki, czyli "Demonsweatlive" to już cztery nagrania koncertowe, zarejestrowane w Halloween 1992 roku w kalifornijskim Irvine Meadows Amphitheatre. Niestety, jakość brzmienia jest przeciętna, a wykonania nie odbiegają od studyjnych pierwowzorów, z wyjątkiem partii wokalnych - wysilonych, pełnych fałszów. Broni się jedynie ballada "Sistinas", która w tej wersji brzmi mniej cukierkowato. Pozostałe koncertowe nagrania można było pominąć i całość tylko by na tym zyskała. Jednak i tak, ze względu na samą część studyjną, jest to wydawnictwo, którego nie może zignorować żaden wielbiciel Danzig.

Ocena: 6/10



Danzig - "Thrall / Demonsweatlive" (1993)

1. It's Coming Down; 2. The Violet Fire; 3. Trouble; 4. Snakes of Christ (live); 5. Am I Demon (live); 6. Sistinas (live); 7. Mother (live)

Skład: Glenn Danzig - wokal, gitara, instr. klawiszowe; John Christ - gitara; Eerie Von - bass; Chuck Biscuits - perkusja
Producent: Glenn Danzig i Rick Rubin


27 czerwca 2013

[Recenzja] Danzig - "III: How the Gods Kill" (1992)



Trzeci album grupy Danzig przyciąga uwagę za sprawą okładki. Wykorzystano na nim fragment obrazu "Meister und Margeritha" H. R. Gigera z 1976 roku. Jego autor jest najbardziej znany jako twórca postaci Obcego z tak zatytułowanej filmowej serii, ale ma też na koncie wiele grafik zdobionych muzyczne albumy (żeby wspomnieć tylko o "Brain Salad Surgery" tria Emerson, Lake & Palmer lub "Pictures" mało znanej szwajcarskiej grupy Island). Pod względem komercyjnym, "Danzig III: How the Gods Kill" okazał się największym sukcesem grupy, dochodząc do 24. miejsca listy Billboardu. Wśród fanów cieszy się sporo popularnością i jest uznawany za dojrzałe rozwinięcie poprzednich longplayów.

Moim zdaniem album świadczy raczej o stagnacji i postępującym wyczerpaniu pewnej formuły. Pierwsza połowa trzyma poziom wcześniejszych wydawnictw, choć rzadko zbliżając się do ich najlepszych momentów. Otwieracz "Godless" charakteryzuje się kilkoma zmianami tempa - momentami muzycy grają szybko, jak nigdy wcześniej, by następnie drastycznie zwolnić, zbliżając się do doom metalu. Następnie pojawiają się dwa bardziej przebojowe kawałki: dość chwytliwy "Anything" (jeden z kilku utworów, w których John Christ gra na gitarze należącej wcześniej do Jeffa Becka) i "Bodies", który brzmi jak uboższa wersja "How Many More Times" lub "Money" (bardziej prawdopodobną inspiracją był utwór Led Zeppelin, choć partia wokalna wskazuje raczej na nagranie Pink Floyd). W tytułowym "How the Gods Kill" zwracają uwagę klimatyczne fragmenty balladowe, z subtelnym śpiewem Glenna Danziga, natomiast mniej interesująco wypadają typowe zaostrzenia. Słusznie wybrany na pierwszy singiel "Dirty Black Summer" jest z kolei najbardziej przebojowym kawałkiem, z bardzo morrisonowską partią wokalną. Niestety, druga połowa longplaya jest już wyraźnie słabsza. Czadowe "Left Hand Black", "Heart of the Devil", "Do You Wear the Mask" i "When the Dying Calls" wypadają co najwyżej poprawnie, choć raczej przeciętnie, natomiast "Sistinas" to przesłodzona ballada w stylu Roya Orbisona, kompletnie niepasująca do całości.

Na "Danzig III: How the Gods Kill" zespół uparcie trzyma się wypracowanej wcześniej stylistyki, przez co brakuje świeżości, zaś zbyt wiele jest powielania pomysłów (własnych i cudzych), ale przede wszystkim nie do końca przekonują same kompozycje - na ogół przeciętne, z paroma przebłyskami i jedną ewidentną wpadką. Na tle całej dyskografii Danzig, "Trójka" jest jedną z bardziej udanych pozycji, jednak nie ma sensu sięgać po ten longplay, jeśli nie jest się wielkim fanem zespołu.

Ocena: 6/10



Danzig - "Danzig III: How the Gods Kill" (1992)

1. Godless; 2. Anything; 3. Bodies; 4. How the Gods Kill; 5. Dirty Black Summer; 6. Left Hand Black; 7. Heart of the Devil; 8. Sistinas; 9. Do You Wear the Mask; 10. When the Dying Calls

Skład: Glenn Danzig - wokal, instr. klawiszowe; John Christ - gitara; Eerie Von - bass; Chuck Biscuits - perkusja
Producent: Rick Rubin i Glenn Danzig


26 czerwca 2013

[Recenzja] Danzig - "II: Lucifuge" (1990)




W ciągu dwóch lat, jakie minęły od nagrania eponimicznego debiutu, grupa Danzig poczyniła pewne postępy. Szczególnie w kwestii kompozytorskiej. "Danzig II: Lucifuge" jest z pewnością albumem bardziej różnorodnym. Choć sam początek jest bardzo zachowawczy. Energetyczne "Long Way Back from Hell" i "Snakes of Christ" dobrze sprawdzają się na rozpoczęcie, ale nie przynoszą żadnych zaskoczeń. To po prostu poprawnie wykonany hard rock. W wolniejszym "Killer Wolf" - jednym z lepszych momentów całości - dochodzą silniejsze wpływy bluesowe, ale i takie oblicze zespół prezentował już na debiucie. "Tired of Being Alive" to jeszcze jeden hardrockowy czad, nie wnoszący nic do całości.

Niespodzianki zaczynają się od "I'm the One" - stricte bluesowego kawałka, opartego na nieprzesterowanej gitarze, stanowiącej akompaniament dla partii wokalnej w stylu Elvisa Presleya. Swoją drogą, gitarowe zagrywki mocno przypominają te z "Personal Jesus" Depeche Mode. Pomimo tego, kawałek stanowi świetne urozmaicenie całości i należy do najciekawszych momentów całej dyskografii zespołu. Bardzo fajnie wypada również "777", w którym bluesowe patenty (jak partie gitary grane techniką slide) stapiają się w całość z hardrockowym czadem. Sporym zaskoczeniem, przy pierwszym odsłuchu, może być także balladowy "Blood and Tears", z delikatnymi partiami gitary, organowym tłem i wyjątkowo subtelnym śpiewem Glenna Danziga. Pomiędzy tymi utworami umieszczono dwa bardziej typowe, ale udane, kawałki: najbardziej przebojowy "Her Black Wings" oraz zaczynający się balladowo, ale szybko nabierający ciężaru "Devil's Plaything". Podobny charakter mają także dwa ostatnie nagrania, niestety najmniej ciekawe w zestawie. "Girls" jest kompletnie bezbarwny, natomiast "Pain in the World" brzmi jak próba zagrania zeppelinowego "Dazed and Confused" w stylu Black Sabbath, czego nie sposób uznać za odkrywczy pomysł.

"Danzig II: Lucifuge" jest dość nierówny i skrócenie go o dwa lub trzy kawałki wyszłoby tylko na dobre. Próby urozmaicenia repertuaru wypadają jednak naprawdę fajnie i właśnie te mniej typowe utwory są najbardziej udanymi fragmentami albumu. Z pozostałymi kawałkami jest natomiast różnie - jedne są całkiem porządne, inne zdecydowanie słabsze.

Ocena: 7/10



Danzig - "Danzig II: Lucifuge" (1990)

1. Long Way Back from Hell; 2. Snakes of Christ; 3. Killer Wolf; 4. Tired of Being Alive; 5. I'm the One; 6. Her Black Wings; 7. Devil's Plaything; 8. 777; 9. Blood and Tears; 10. Girl; 11. Pain in the World

Skład: Glenn Danzig - wokal, instr. klawiszowe; John Christ - gitara; Eerie Von - bass; Chuck Biscuits - perkusja
Producent: Rick Rubin



Po prawej: alternatywna wersja okładki.


25 czerwca 2013

[Recenzja] Danzig - "Danzig" (1988)



Swoją muzyczną karierę Glenn Danzig (właśc. Glenn Allen Anzalone) rozpoczął w drugiej połowie lat 70. w punkrockowym Misfits. Dziś zespół ma kultowy status, jednak w tamtym czasie był kompletnie amatorskim projektem. Dopiero, gdy Metallica nagrała cover "Last Caress/Green Hell", twórczość grupy zaczęła docierać do szerszej publiczności. Zespół jednak już wtedy nie istniał, rozwiązany z powodu braku jakichkolwiek sukcesów, perspektyw i coraz większych animozji między jego członkami. Glenn nawiązał wówczas współpracę z basistą Eeriem Vonem (właśc. Erikiem Stellmannem), z którym stworzył grupę Samhain - początkowo punkową, później kierującą się w bardziej metalowe rejony. Pozostali muzycy często się zmieniali. W 1987 roku, gdy składu dopełniali gitarzysta John Christ (właśc. John Wolfgang Knoll) i perkusista Chuck Biscuits (właśc. Charles Montgomery), grupa podpisała kontrakt z wytwórnią Ricka Rubina, który zasugerował zmianę nazwy na Danzig. Rok później ukazał się pod tym szyldem pierwszy, eponimiczny album.

Dzięki współpracy z Rubinem muzyka zespołu zyskała solidne brzmienie (producent nie miał wtedy jeszcze skłonności do kompresji dynamiki i nagrywania na jak najwyższym poziomie dźwięku), ale na tym zmiany się nie skończyły. Wpływy punkowe całkowicie ustąpiły inspiracji wczesnym Black Sabbath i... blues rockiem. Zmieniło się też podejście Glenna, który mniej się wydziera, a więcej śpiewa, eksponując swój głęboki baryton, kojarzący się z Jimem Morrisonem lub Ianem Curtisem. Na albumie znalazło się dziesięć utworów, w większości skomponowanych przez lidera. Wyjątek stanowi "The Hunter" - przeróbka bluesowego standardu, oryginalnie wykonanego przez Alberta Kinga, później przerabianego m.in. przez Blue Cheer, Free i Canned Heat (ponadto, fragmenty jego tekstu zostały wykorzystane przez Led Zeppelin w utworze "How Many More Times"). Dominują utwory w średnim tempie, wyróżniające się ekspresyjnymi wokalami Danziga, całkiem dobrymi riffami i solówkami Christa oraz przeważnie chwytliwymi melodiami. Nie da się jednak ukryć, że utwory są do siebie bardzo podobne i z czasem zaczynają się ze sobą zwyczajnie zlewać. Od reszty odstają wolniejszy "She Rides" i wspomniany "The Hunter", w których wpływy bluesowe zostały najbardziej uwypuklone. Z kolei w "Soul on Fire" i "End of Time" pojawiają się balladowe wstępy, pozwalające je odróżnić od innych utworów. Nie sposób nie rozpoznać także najbardziej znanych "Mother" i "Am I Demon". Z innymi kompozycjami może być jednak problem. Nie pomógł nawet gościnny udział Jamesa Hetfielda z Metalliki w "Twist of Cain" i "Possesion", gdyż jego partie wokalne są trudne do wychwycenia. Trudno tutaj jednak wskazać jakieś słabsze momenty, co najwyżej mniej charakterystyczne, a całość trzyma bardzo równy poziom.

Debiutancki album Danzig udanie czerpie z klasycznie rockowych i bluesowych inspiracji, które przekształca je na standardy (zwłaszcza brzmieniowe) lat 90. - i to jeszcze przed rozpoczęciem tej dekady. Przydałoby się co prawda nieco bardziej urozmaicić ten materiał, ale ogólnie całość wypada naprawdę solidnie.

Ocena: 7/10



Danzig - "Danzig" (1988)

1. Twist of Cain; 2. Not of This World; 3. She Rides; 4. Soul on Fire; 5. Am I Demon; 6. Mother; 7. Possesion; 8. End of Time; 9. The Hunter; 10. Evil Thing

Skład: Glenn Danzig - wokal; John Christ - gitara; Eerie Von - bass; Chuck Biscuits - perkusja
Gościnnie: James Hetfield - dodatkowy wokal (1,7)
Producent: Rick Rubin


24 czerwca 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Copenhagen 1972" (2013)



Trudno zliczyć która to już koncertówka Deep Purple - nawet licząc tylko oficjalne. Przynajmniej czterdziesta-któraś. Za to dopiero druga z serii The Official Deep Purple (Overseas) Live Series, przygotowywanej przez obecnego wydawcę zespołu, earMUSIC. Jest to zapis koncertu najsłynniejszego składu grupy, znanego jako Mark II, z Kopenhagi, z 1 marca 1972 roku. A więc tuż przed premierą albumu "Machine Head", a także mniej niż pół roku przed słynnymi koncertami w Japonii, których zapis znalazł się na klasycznym "Made in Japan". Tutaj setlista była bardzo podobna. Główna różnica to brak "Smoke on the Water". Dzisiaj trudno sobie wyobrazić koncert Deep Purple bez tego kawałka, ale trzeba pamiętać, że dopiero w 1973 roku, kiedy został wydany na singlu, stał się przebojem. Wcześniej muzycy w ogóle nie zauważyli jego potencjału. Wydawca znalazł jednak sposób, aby i ten utwór się tutaj znalazł, ale o tym później.

Pierwsze zaskoczenie, i to niezbyt miłe, czeka już po odpaleniu płyty. Może niepotrzebnie spodziewałem się, że pod względem brzmienia będzie tu równie dobrze, jak na "Made in Japan". Niestety, jakość jest niemal bootlegowa. Wykonawczo jest całkiem nieźle, w końcu zespół był wówczas u szczytu popularności, a muzycy nie stracili jeszcze zaangażowania. Jednak materiał ten nie jest tak porywający, jak wspomniana już dwukrotnie koncertówka. Może to kwestia brzmienia... Zespół stosuje tu podobne patenty: gitarowo-wokalny pojedynek w "Strange Kind of Woman", solówka perkusyjna w "The Mule", itd. Jednak jak wiadomo, każdy koncert Deep Purple wyglądał zupełnie inaczej, ze względu na skłonność muzyków do improwizacji. I tak "Highway Star" słyszymy tutaj z rozbudowanym wstępem, zaś "Child in Time" rozrósł się do ponad 17 minut. W tym drugim, w siódmej minucie, pojawia się też nieznany mi wcześniej piękny motyw klawiszowy. Cóż jednak z tego, skoro oba utwory nie robią na mnie takiego wrażenia, jak wersje "japońskie". Ciężko było mi wysłuchać tej płyty w całości. Zwłaszcza jego finału, w postaci rozciągniętego do ponad dwudziestu minut "Space Truckin'".

Drugi dysk rozpoczynają trzy utwory zagrane na bis duńskiego koncertu. Cieszy zwłaszcza obecność "Fireball", od którego bisy się rozpoczęły. Utwór nie był grany podczas japońskich koncertów (zastąpił go "Speed King"); w ogóle nie był często wykonywany na żywo, co naprawdę ciężko zrozumieć. Przecież to idealny numer do grania na żywo. Pozostałe dwa utwory to przeróbka "Lucille" Little Richarda, oraz przebój "Black Night". Kolejne trzy utwory zostały zarejestrowane ponad rok później, 29 maja 1973, w Nowym Jorku. Jest wśród nich "Smoke on the Water", jak również krótsze niż na duńskim występie wykonania "Strange Kind of Woman" i "Space Truckin'", co akurat zaliczam na plus, zwłaszcza w przypadku tego drugiego kawałka. Także brzmienie jest o wiele lepsze. Szkoda tylko, że występ ten nie został zarejestrowany w całości. Jego zapis mógłby być bardziej ekscytujący od tego z Kopenhagi. Album zawiera jeszcze jeden dodatek - zapis wywiadu z 1971 roku, zarejestrowany podczas australijskiej trasy zespołu.

Warto dodać, że materiał z "Copenhagen 1972" nie jest premierowy. Duński występ został wydany w 2007 roku na albumie "Live in Denmark 1972", natomiast jego zapis wideo (jest to zresztą jedyny występ Mark II z lat 70., który został sfilmowany w całości) był dostępny na kasetach VHS: wydanej tylko w Japonii "Machine Head Live 1972" (1987), oraz europejskiej "Scandinavian Nights (Live in Denmark 1972)" (1990). W 2005 roku materiał ten został wznowiony na DVD, pod tytułem "Live in Concert 1972/73". Jako dodatek wydawnictwo zawierało - a jakże - rejestrację wspomnianych trzech utworów z Nowego Jorku. Co ciekawe, brzmienie tego wydawnictwa jest znacznie lepsze, niż "Copenhagen 1972".

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Copenhagen 1972" (2013)

CD1: 1. Highway Star; 2. Strange Kind of Woman; 3. Child In Time; 4. The Mule; 5. Lazy; 6. Space Truckin'
CD2: 1. Fireball; 2. Lucille; 3. Black Night; 4. Strange Kind of Woman; 5. Smoke on the Water; 6. Space Truckin'; 7. 1971 Australian Interview

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Martin Birch


16 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Painkiller" (1990)



Według strony Rate Your Music, "Painkiller" to najpopularniejszy album Judas Priest, posiadający największą liczbę ocen i najwyższą średnią. To ciekawe, bo pod względem wyników sprzedaży jednak ustępuje takim wydawnictwom, jak "British Steel", "Screaming for Vengeance", "Defenders of the Faith", a nawet... "Turbo". Trudno jednak trafić na jednoznacznie negatywne opinie na jego temat. Trudno w ogóle trafić na inne, niż ślepy zachwyt. O co jednak tyle szumu? Fakt, w końcu nie ma tego plastikowego brzmienia, cechującego albumy z lat 80. (nie tylko dwa ostatnie, choć je szczególnie), a nowy perkusista Scott Travis gra znacznie bardziej intensywnie i odrobinę mniej schematycznie od swojego poprzednika. Fanów grupy zachwyca na pewno też to, że gitarzyści grają w jeszcze bardziej efekciarski sposób, popisując się technicznymi umiejętnościami, a Rob Halford jeszcze mocniej piszczy.

Całość jest jednak cholernie monotonna. Zespół stawia przede wszystkim na metalowy ciężar i agresję. Z tą agresją jest tu jednak dokładnie tak, jak z okładką - jest bardzo komiksowa, infantylna. Szczególnie kawałek tytułowy - najszybszy i najbardziej krzykliwy - jest tak przerysowany, że aż komiczny (choć taki "Metal Meltdown" niewiele mu ustępuje). Czyli wcale nie tak wiele się zmieniło od czasu poprzednich wydawnictw. "Painkiller" był pierwszym utworem Judas Priest, jaki usłyszałem i po którym przez wiele lat nie mogłem się przekonać, by sprawdzić jakiekolwiek inne nagrania grupy. Dlatego wybranie go na otwieracza było fatalnym pomysłem. Kolejne kawałki, choć bezbarwne i trudne do odróżnienia, przynajmniej nie są aż tak kuriozalne i zniechęcające do dalszego słuchania. A pod koniec albumu nawet pojawiają się jakiś urozmaicenia. "A Touch of Evil" zwraca uwagę wolniejszym tempem, dużą ilością zmiękczających brzmienie klawiszy (gra na nich Don Airey, obecny klawiszowiec Deep Purple, a wcześniej współpracownik Ozzy'ego Osbourne'a i Rainbow), stadionowym refrenem i potężną dawką patosu. Te dwa ostatnie elementy nie są bynajmniej zaletą. "Battle Hymn" to z kolei instrumentalny przerywnik z przetworzonym brzmieniem gitar, będący wstępem do finałowego "One Shot at Glory", łączącego ciężkie brzmienie typowe dla tego albumu z piosenkowością wcześniejszych wydawnictw.

Sporym postępem, w porównaniu z kilkoma wcześniejszymi albumami, jest mocniejsze, mniej tandetne brzmienie oraz przynajmniej pozornie mniejsza prostota (choć to raczej wrażenie wywołane bardziej intensywną i techniczną grą instrumentalistów). Z drugiej strony, zespół cały czas pokazuje swoją skłonność do przejaskrawiania i patosu, co sprawia, że jego muzyka jest infantylna, komiczna i kiczowata. Na szczęście, po wydaniu tego albumu zamilkł na niemal całą dekadę. Było to jednak związanie nie ze słabym przyjęciem longplaya (to było zaskakująco dobre), a słynnym procesem o rzekome podżeganie do popełnienia samobójstwa oraz odejściem Halforda, który chciał spróbować czegoś innego.

Ocena: 4/10



Judas Priest - "Painkiller" (1990)

1. Painkiller; 2. Hell Patrol; 3. All Guns Blazing; 4. Leather Rebel; 5. Metal Meltdown; 6. Night Crawler; 7. Between the Hammer & the Anvil; 8. A Touch of Evil; 9. Battle Hymn; 10. One Shot at Glory

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Scott Travis - perkusja
Gościnnie: Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Judas Priest i Chris Tsangarides


15 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Ram It Down" (1988)



Album "Turbo" spotkał się bardzo negatywnym przyjęciem wśród fanów i krytyków (co za niespodzianka), więc zespół postanowił, że kolejny album będzie utrzymany we wcześniejszym stylu. Po ukazaniu się "Ram It Down" fani byli zachwyceni, w przeciwieństwie do krytyków, tym razem zarzucających brak nowych pomysłów i słabsze kompozycje. Są to zarzuty jak najbardziej słuszne. Nie mam pojęcia, po co zespół nagrał kolejny taki sam album, różniący się od "Screaming for Vengeance" czy "Defenders of the Faith" praktycznie tylko mniej wyrazistymi kompozycjami i jeszcze bardziej uproszczonym brzmieniem. To ostatnie wynikało z niedyspozycji Dave'a Hollanda, którego w co najmniej kilku nagraniach zastąpił automat perkusyjny. Prawdę mówiąc, nie robi to większej różnicy - Holland i tak zawsze grał w wyjątkowo leniwy i pozbawiony jakiejkolwiek finezji sposób.

Kompozycje brzmią natomiast jakby zostały stworzone przez jakiś program do pisania heavymetalowych kawałków. Tak bardzo są schematyczne, przewidywalne i sztampowe. Wystarczy zresztą spojrzeć na same tytuły, by nie mieć do tego żadnych wątpliwości: "Heavy Metal", "Hard as Iron", "I'm a Rocker", "Monsters of Rock". No kto by się spodziewał takiej tematyki? W dodatku pierwszy i ostatni są stylizowane na tak bardzo uwielbiane przez zespół koncertowe hymny, co w praktyce oznacza, jak zawsze, niefortunne połączenie metalowej prostoty z nieznośną pretensjonalnością. A Halford przechodzi sam siebie w niewiarygodnie komicznym śpiewie. Pewne urozmaicenie stanowi singlowy "Johnny B. Goode" - przeróbka rockandrollowego standardu Chucka Berry'ego. Muzycy podeszli jednak do nagrania tego utworu w najmniej kreatywny sposób, jaki można sobie wyobrazić - po prostu zagrali go ciężej i dodali efekciarskie popisy gitarowe, które mogłyby się znaleźć w dowolnym ich kawałku (i zresztą się znajdują - zawsze niemalże identyczne). Drugim odrobinę mniej typowym utworem jest "Blood Red Skies", łączący fragmenty balladowe (nieróżniące się niczym od tysięcy metalowych ballad) z syntezatorową tandetą w stylu poprzedniego albumu. Halford pokazuje tu swoją wielką wszechstronność wokalną - od infantylnych pisków, przez teatralno gniewną manierę, po pretensjonalne zaśpiewy. To przypadek podobny do Ronniego Jamesa Dio. Obaj wokaliści posiadali szerokie możliwości, jeden wykorzystywali je w bardzo niewłaściwy sposób, zbyt przerysowany, karykaturalny. Obaj byli zresztą wielkimi miłośnikami kiczu.

Zespół nie sięga tutaj tak głębokiego dna, jak na poprzednim albumie - trudno byłoby powtórzyć taki wyczyn - jednak "Ram It Down" jest tylko minimalnie lepszym wydawnictwem. Stężenie banału i kiczu jest tutaj prawie tak samo wysokie, tylko tym razem nabrało bardziej metalowego brzmienia, co mimo wszystko jest mniej odpychające. Pod względem kompozycji i wykonania jest to jednak dokładnie ten sam poziom.

Ocena: 2/10



Judas Priest - "Ram It Down" (1988)

1. Ram It Down; 2. Heavy Metal; 3. Love Zone; 4. Come and Get It; 5. Hard as Iron; 6. Blood Red Skies; 7. I'm a Rocker; 8. Johnny B. Goode; 9. Love You to Death; 10. Monsters of Rock

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


14 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Turbo" (1986)



W drugiej połowie lat 80. popularność heavy metalu zaczęła (na szczęście) przemijać. Słuchacze zwracali się albo w stronę bardziej ekstremalnego grania, albo łagodniejszych propozycji pudel-metalowców. Wykonawcy, których twórczość mieściła się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami, musieli wymyślić sposób, który pozwoliłby utrzymać zainteresowanie. Dwie czołowe brytyjskie grupy heavymetalowe, Iron Maiden i Judas Priest, wpadły na identyczny pomysł - wzbogacenie brzmienia o syntezatory gitarowe. Efektem są ich wydane w 1986 roku albumy, "Somewhere in Time" i "Turbo".

Muzycy Judas Priest chcieli nagrać album dwupłytowy, zatytułowany "Twin Turbos", z jedną płytą wypełnioną bardziej rozrywkowymi kawałkami, a drugą - bardziej rozbudowanymi. Wydawca nie chciał jednak słyszeć o takim rozwiązaniu, w rezultacie czego wydano wydawnictwo jednopłytowe. A repertuar najwyraźniej w całości składa się z kawałków mających wypełnić pierwszą część planowanego dwupłytowca. Nagrania w rodzaju "Turbo Lover", "Locked In" czy "Hot for Love" to po prostu banalne piosenki z infantylnymi melodyjkami i tandetnymi brzmieniami z syntezatora. We wspomnianych kawałkach te elementy są już wystarczająco nieznośne, ale to i tak nic przy "Private Property", w którym zostały doprowadzone do tak żenującego poziomu, jakby zespół chciał sam sparodiować swój nowy styl. Kiedy wydaje się, że gorzej być nie może, rozbrzmiewają jeszcze bardziej gówniane "Parental Guidance" i "Rock You All Around the World". To jest poziom disco polo, jeśli nie niższy. "Wild Nights, Hot & Crazy Days" to z kolei ordynarna podróbka AC/DC, w której muzycy robią wszystko, aby nie dało się ich odróżnić od Australijczyków. Nie mam pojęcia, po co w ogóle robić coś takiego. Finałowemu "Reckless" najbliżej za to, pod względem brzmieniowym, do wcześniejszych dokonań Judas Priest, jednak wcale nie wypada dzięki temu mniej banalnie ani mniej żenująco. Całości dopełnia bardziej rozbudowany (w sensie: dłuższy, ale nie bardziej skomplikowany) "Out in the Cold", w którym brzmienia syntezatorowe nie są jedynie dodatkiem, a dominującym elementem. Kawałek przypomina najbardziej okropne dokonania grupy Dio. Serio, brzmienie syntezatorów jest tutaj tak samo tragiczne, jak na wydanym rok wcześniej "Sacred Heart". Oba albumy łączą zresztą tak samo infantylne kompozycje.

Naprawdę nie wiem, co muzycy chcieli osiągnąć tym albumem. Jeśli chodziło im o zrobienie z siebie największego pośmiewiska na metalowej scenie, to udało im się to w mistrzowski sposób. Jeśli o cokolwiek innego, to musieli albo całkowicie ogłuchnąć od swoich koncertów, albo być kompletnie pozbawieni muzycznego smaku i muzycznej wrażliwości. O tym drugim świadczyły już poprzednie albumy, więc stawiam na pierwsze. Tylko to tłumaczy, dlaczego nie było im wstyd nagrać i wydać coś takiego.

Ocena: 1/10



Judas Priest - "Turbo" (1986)

1. Turbo Lover; 2. Locked In; 3. Private Property; 4. Parental Guidance; 5. Rock You All Around the World; 6. Out in the Cold; 7. Wild Nights, Hot & Crazy Days; 8. Hot for Love; 9. Reckless

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara, syntezator gitarowy; Glenn Tipton - gitara, syntezator gitarowy; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


13 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Defenders of the Faith" (1984)



Album "Screaming for Vengeance" spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Zespół postanowił więc kuć żelazo póki gorące i kolejny album wypełnić materiałem dokładnie w tym samym stylu. Nawet okładka "Defenders of the Faith" opiera się na identycznym pomyśle. Na poprzednim albumie znalazła się grafika przedstawiająca hybrydę drapieżnego ptaka i samolotu bojowego, tutaj - hybrydę tygrysa i czołgu. Swoją drogą, nie były to oryginalne koncepcje, bowiem podobne stwory można zobaczyć na okładce longplaya "Tarkus" tria Emerson, Lake & Palmer. Pomimo niewątpliwej naiwności, tam wykonanie było jednak w nieco lepszym guście, nie tak tandetne i toporne.

Na temat samej muzyki mogę natomiast powtórzyć dokładnie to samo, co pisałem w recenzji "Screaming for Vengeance". Miłośnicy heavy metalu znajdą tu wszystko, co w tym stylu uwielbiają. Zaś osoby, które w takim graniu słyszą przede wszystkim kicz i infantylność, nie znajdą tu niczego, co zrewidowałoby ich poglądy. Tym razem materiał jest jeszcze bardziej jednorodny. Nie ma tu eksperymentów w rodzaju "(Take This) Chains" z poprzednika. Co prawda, zespół znów skorzystał z pomocy autora tamtego kawałka, Roberta Halligana Juniora, jednak tym razem dostarczył on kompozycję o bardziej heavymetalowym charakterze ("Some Heads Are Gonna Roll"). Urozmaicenie stanowi natomiast "Night Comes Down" - klasyczna ballada z zaostrzeniami. Reszta materiału to już typowo metalowe czady w przeważnie szybkim tempie, ze schematycznymi strukturami, oraz efekciarskimi popisami gitarzystów i Roba Halforda (dopełnianymi prostą grą sekcji rytmicznej). Czasem zespół gra znacznie agresywniej, niż do tamtej pory (speedmetalowy wręcz "Freewheel Burning"), czasem próbuje zagrać - ze średnim skutkiem - coś mniej przewidywalnego ("The Sentinel", "Love Bites"), dopełniając całość tandetnym stadionowym hymnem (w spisie utworów figurujące jako dwa różne utwory, ale stanowiące jedność "Heavy Duty" i "Defenders of the Faith").

Album okazał się kolejnym wielkim sukcesem komercyjnym zespołu (19. miejsce w UK, 18. w US), ale nie przekłada się to na inne wartości. Zawarta tu muzyka jest taka sama, jak okładka - próbuje być groźna i efektowna, ale śmieszy swoją infantylnością, a za technicznymi popisami kryje się banał. W porównaniu z poprzednikiem, "Defenders of the Faith" jest (jeszcze) bardziej przewidywalny i częściej popada w sztampę (szczególnie dotyczy to drugiej połowy albumu, z apogeum w postaci tytułowego kawałka), dlatego ocena musi być niższa.

Ocena: 3/10



Judas Priest - "Defenders of the Faith" (1984)

1. Freewheel Burning; 2. Jawbreaker; 3. Rock Hard Ride Free; 4. The Sentinel; 5. Love Bites; 6. Eat Me Alive; 7. Some Heads Are Gonna Roll; 8. Night Comes Down; 9. Heavy Duty; 10. Defenders of the Faith

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


11 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Screaming for Vengeance" (1982)



Album "Point of Entry" spotkał się z niezbyt dobrym przyjęciem, co dało do myślenia muzykom Judas Priest. Na kolejnym albumie postanowili zaprezentować dokładnie to, czego oczekiwali fani. A oczekiwali grania czystego heavy metalu. "Screaming for Vengeance" przypomina wręcz płytę demonstracyjną, mającą na celu pokazanie, czym jest ten styl. Nie brakuje tu zatem szybkich galopad, ostrego brzmienia, typowych riffów, efekciarskich solówek, przerysowanych partii wokalnych ani stadionowych refrenów. Przeważają kawałki stawiające na metalowy czad (np. "Electric Eye", "Bloodstone", tytułowy), ale jest też coś w sam raz do radiowej promocji ("You've Got Another Thing Comin'" i kojarzący się z AC/DC "Devil's Child"), a nawet pretensjonalne intro ("The Helion") i coś na kształt metalowej ballady ("Fever"). Pewne kontrowersje, wśród fanów zespołu, może budzić jedynie "(Take These) Chains" - gdyby tylko gitarzyści całkowicie zrezygnowali z przesterów, byłby to kawałek czysto poprockowy. Nagranie pokazuje, że zespół całkiem nieźle odnalazłby się w takiej stylistyce i mógłby być poważną konkurencją dla ówczesnego Fleetwood Mac czy solowego Phila Collinsa. W sumie szkoda, że nie poszedł w takim kierunku, bo to najfajniejszy kawałek na tym albumie. Zwraca uwagę niezłą partią wokalną Roba Halforda, który unika tutaj wyższych dźwięków, a także bardzo chwytliwym, choć dość banalnym refrenem.

Miłośnicy heavy metalu znajdą na "Screaming for Vengeance" wszystko, za co uwielbiają ten styl. Natomiast przeciwnicy takiego grania - wszystko, co ich w nim śmieszy lub irytuje. Ja zdecydowanie zaliczam się do tych drugich i razi mnie tu przewidywalność, schematyczność, nadmierna prostota oraz naiwność, co razem sprawia dość karykaturalne wrażenie, choć na tle dwóch wcześniejszych wydawnictw Judas Priest, ten album jest dla mnie nieco bardziej słuchalny. Doceniam też to, że zespół - mimo presji wywieranej przez fanów - podjął pewne próby urozmaicenia tego materiału, w tym jedną dość odważną. Szkoda tylko, że pod względem artystycznym nie przedstawiają one większej wartości, nie różniąc się pod tym względem od reszty albumu.

Ocena: 4/10



Judas Priest - "Screaming for Vengeance" (1982)

1. The Hellion; 2. Electric Eye; 3. Riding on the Wind; 4. Bloodstone; 5. (Take These) Chains; 6. Pain and Pleasure; 7. Screaming for Vengeance; 8. You've Got Another Thing Comin'; 9. Fever; 10. Devil's Child

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


10 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Point of Entry" (1981)



Wydany pomiędzy dwoma najsłynniejszymi albumami Judas Priest - "British Steel" i "Screaming for Vengeance" - "Point of Entry" jest zdecydowanie mniej znanym i lubianym przez fanów wydawnictwem. Trudno się temu właściwie dziwić. Zespół odpuścił sobie tworzenie metalowych hymnów i podążył w kierunku bardziej... imprezowym. Wiele zawartych tu kawałków brzmi jak podmetalizowana wariacja na temat stylu AC/DC, żeby wspomnieć tylko o "Don't Go", "Turning Circles", "All the Way" czy "Troubleshooter". Pozostałe nagrania nie odbiegają daleko od takich klimatów. Materiał jest bardzo jednorodny, pozbawiony jakichkolwiek urozmaiceń. Z perspektywy przeciętnego fana Judas Priest, taka muzyka ma zdecydowanie zbyt komercyjny charakter (czego apogeum zostało osiągnięte w okropnym "You Say No"). Jednak prawdziwym problemem tego albumu jest to, że przebojowość idzie tu w jednym szeregu ze strasznym banałem i nadmierną prostotą, objawiającą się zwłaszcza w zwrotkowo-refrenowych schematach. Ponadto, zespół nie potrafił grać takiej muzyki w równie bezpretensjonalny sposób, co AC/DC czy Motörhead. Wyrachowane popisy gitarzystów i nieustannie szarżujący swoim głosem Rob Halford - często wchodząc w te najbardziej irytujące rejestry - sprawiają, że zawarta tu muzyka jest nieznośnie sztampowa i kiczowata. Pod tym względem "Point of Entry" nie różni się od innych albumów Judas Priest z tego okresu.

Ocena: 2/10



Judas Priest - "Point of Entry" (1981)

1. Heading Out to the Highway; 2. Don't Go; 3. Hot Rockin'; 4. Turning Circles; 5. Desert Plains; 6. Solar Angels; 7. You Say Yes; 8. All the Way; 9. Troubleshooter; 10. On the Run

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Judas Priest i Tom Allom


7 czerwca 2013

[Recenzja] Black Sabbath - "13" (2013)



To był najbardziej wyczekiwany album ostatnich lat. Wciąż pamiętam tę ekscytacje, kiedy 11 listopada 2011 roku (11.11.11) Tony Iommi, Ozzy Osbourne, Geezer Butler i Bill Ward - oryginalni muzycy Black Sabbath - ogłosili rozpoczęcie prac nad nowym albumem. Pierwszym w tym składzie od czasu wydanego w 1978 roku "Never Say Die!". Później jednak z obozu zespołu zaczęły dobiegać niepokojące wieści - o konflikcie z Wardem (muzycy nie mogli dogadać się w kwestiach finansowych, więc perkusista zrezygnował z dalszej współpracy)  i poważniej chorobie Iommiego. Ostatecznie jednak udało się dokończyć longplay, który otrzymał niezbyt pomysłowy tytuł "13" (od roku, w którym go wydano).

Już od pierwszych sekund nie ma żadnych wątpliwości, z jakim zespołem mamy do czynienia. "End of the Beginning" to niemalże nowa wersja kultowego "Black Sabbath" - wolne tempo, posępny klimat, ciężkie brzmienie, a także bardzo charakterystyczna gra Iommiego i rozpoznawalny głos Ozzy'ego. Wokalista jest w naprawdę dobrej formie (albo sprawnie poprawiono jego partie za pomocą studyjnych sztuczek), podobnie zresztą, jak Tony i Geezer. Świetnie radzi tu sobie także zastępca Warda, Brad Wilk (znany z Rage Against the Machine i Audioslave). Kolejny utwór, ujawniony już przed premierą albumu "God Is Dead?", składa się z dwóch części - pierwsza łączy balladowe zwrotki z bardziej typowymi dla grupy zaostrzeniami, natomiast w drugiej następuje przyśpieszenie, pojawia się świetny riff (przypominający trochę  ten z "Hole in the Sky"), a w tle świetnie pulsuje bas. Po tych dwóch dłuższych utworach pora na coś bardziej zwartego - "Loner" to bardzo chwytliwy kawałek, zbudowany na bardzo nośnym riffie w stylu "N.I.B.". "Zeitgeist" to dla odmiany oniryczna ballada w klimacie "Planet Caravan", całkiem zresztą zgrabna pod względem melodycznym.

Czyli co, zespół tylko kopiuje swoje pomysły sprzed czterech dekad? Na szczęście nie. Utwory z drugiej połowy nie wywołują aż tak konkretnych skojarzeń, choć nad wszystkimi unosi się klimat klasycznego Sabbath. Bardzo fajnym utworem jest "Age of Reason" pełen charakterystycznych riffów Iommiego. Słabiej wypada "Live Forever"  - kolejny krótszy, przebojowy kawałek - nrażący nieco banałem (zwłaszcza w warstwie tekstowej: I don't wanna live forever, but I don't wanna die). Za to sporym - i to jak najbardziej pozytywnym - zaskoczeniem jest "Damaged Soul", utrzymany w stylistyce bluesrockowej. Zespół wprost nawiązuje tutaj do swoich muzycznych korzeni. Są nawet partie harmonijki w wykonaniu Osbourne'a (jak niegdyś w "The Wizard"). Wyszło naprawdę fajnie i w sumie szkoda, że nie ma tu więcej tego typu niespodzianek. Bo finałowy "Dear Father" to znów typowy Sabbath - ciężki, wolny i posępny. To jednak także mocny punkt tego albumu. Wielkie wrażenie robi jego zakończenie, wprost nawiązujące do początku debiutanckiego longplaya. Trudno wyobrazić sobie lepsze zwieńczenie dla prawdopodobnie ostatniego studyjnego wydawnictwa zespołu.

Jako podsumowanie wystarczyłyby w sumie słowa Ozzy'ego mówiącego, że to płyta, którą powinniśmy zrobić po "Sabbath Bloody Sabbath". Rzeczywiście, są tutaj wszystkie elementy, dzięki którym pierwszych pięć albumów grupy było tak wspaniałych, bez psującego kolejne albumy oryginalnego składu kombinowania na oślep. Mam natomiast poważne zastrzeżenia do zbyt współczesnego brzmienia - "13" jest kolejną ofiarą tzw. loudness war, czego zresztą można było się spodziewać po płycie produkowanej przez Ricka Rubina (vide "Death Magnetic" Metalliki). Szczególnie przeszkadza to w łagodniejszych fragmentach ("Zeitgeist", zwrotki "God Is Dead?"), które są tak samo głośne, jak reszta albumu. Takie nieustannie wysokie natężenie dźwięku, brak dynamiki i przestrzeni, jest bardzo męczące dla uszu. Choć niewątpliwym plusem jest dobrze słyszalna gitara basowa.

Pewnym problemem jest tez to, że "13" nic nie wnosi do twórczości zespołu, a same kompozycje, oczywiście, nie dorównują tym z klasycznego okresu (choć w większości wypadają solidnie). Tak naprawdę mogłoby tego albumu w ogóle nie być. Należy go jednak traktować jako prezent dla fanów, którzy od dawna nie mogli się doczekać powrotu Ozzy'ego Osbourne'a do Black Sabbath i nowych utworów w tym składzie, które będą nawiązywać do przeszłości. Często robią to nieco zbyt nachalnie, ale inaczej się chyba nie dało.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "13" (2013)

1. End of the Beginning; 2. God Is Dead?; 3. Loner; 4. Zeitgeist; 5. Age of Reason; 6. Live Forever; 7. Damaged Soul; 8. Dear Father

Skład: Ozzy Osbourne - wokal, harmonijka (7); Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Brad Wilk - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rick Rubin


6 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "British Steel" (1980)



O tym albumie napisano już wiele. Wiele dobrego. Pora na nieco równowagi. "British Steel" to najsłynniejszy i przez wielu najbardziej ceniony album Judas Priest. Muzycy trafili z tym materiałem w odpowiedni moment, gdy prasa muzyczna, zwłaszcza brytyjska, zachwycała się dokonaniami młodych grup zaliczanych do tak zwanej nowej fali brytyjskiego heavy metalu. Judasi byli jedną z głównych inspiracji tego nurtu, w którym z grubsza chodziło o łączenie elementów klasycznego hard rocka z iście punkowym podejściem - a więc grać szybciej, agresywniej, prościej. W dokładnie tym samym kierunku od pewnego czasu zmierzała muzyka Judas Priest, nic więc dziwnego, że "British Steel" osiągnął tak wielki sukces, a z czasem stał się klasykiem takiego grania.

Te wszystkie zachwyty są, oczywiście, mocno na wyrost. To album, na którym wszystkie typowe dla heavy metalu elementy są tak przerysowane, że całość sprawia wrażenie parodii. W prawdziwe politowanie wprawiają mnie te wszystkie w zamyśle drapieżne, a w rzeczywistości infantylne i tandetne zaśpiewy Roba Halforda, toporne, do bólu sztampowe riffy i solówki Glenna Tiptona i K.K. Downinga, basowe galopady Iana Hilla oraz wyjątkowo siermiężna gra nowego perkusisty, Dave'a Hollanda (nie mylić z wybitnym jazzowym basistą o tym samym imieniu i nazwisku!). Utwory są maksymalnie uproszczone, oparte na tym samym zwrotkowo-refrenowym schemacie. Pierwsze cztery kawałki są tak do siebie podobne, że trudne do rozróżnienia. Wszystkie zbudowano na tym samym pomyśle: jeden riff powtarzany przez większość nagrania, wysilony śpiew Halforda w zwrotkach, popowy refren do śpiewania z publicznością na festynie koncercie (szczególnie w "Metal Gods" i "Breaking the Law"), plus efekciarskie, ale wcale nie skomplikowane solo. W wolniejszym "United", próbie stworzenia kolejnego koncertowego hymnu, zespół bije rekord muzycznej żenady. Tak tandetna melodia w infantylno-patetycznej oprawie nawet na tle reszty albumu wypada komicznie. I pomyśleć, że oni tak na serio... Dwa kolejne nagrania, "You Don't Have to Be Old to Be Wise" i przebój "Living After Midnight", to po prostu podmetalizowany i wzbogacony sporą dawką kiczu rock and roll. "The Rage" zaskakuje wstawkami w rytmie reggae, co stanowi jedyne urozmaicenie tego albumu, nawet fajne, jednak sam kawałek jest kompletnie bezbarwny. A finałowy "Steeler" to jeszcze jeden kawałek w stylu pierwszych czterech (a przy okazji brzmiący jak uproszczona wersja "Sinner" z "Sin After Sin"). Na koniec jeszcze uwaga na temat brzmienia, które niby jest ostre, ale jakieś takie sterylne i płaskie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o zdefiniowanie słowa "kicz", włączyłbym mu ten album. "British Steel" niesamowicie przejaskrawia wszystkie charakterystyczne (i najbardziej tandetne) cechy heavy metalu, będąc jednocześnie granym z tak wielkim zaangażowaniem, że prawie współczuję muzykom, że nieświadomie wystawili się na takie pośmiewisko. Choć sądząc po recenzjach, większość słuchaczy również nie jest świadoma komizmu i kiczu tej muzyki.

Ocena: 2/10



Judas Priest - "British Steel" (1980)

1. Rapid Fire; 2. Metal Gods; 3. Breaking the Law; 4. Grinder; 5. United; 6. You Don't Have to Be Old to Be Wise; 7. Living After Midnight; 8. The Rage; 9. Steeler

Skład: Rob Halford - wokal; Glenn Tipton - gitara; K.K. Downing - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


5 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Killing Machine" (1978)



"Killing Machine" (w Stanach wydany pod tytułem "Hell Bent for Leather") to zwieńczenie ewolucji, jaką zespół przechodził w latach 70., grając coraz prościej, szybciej i bardziej melodyjnie, wygładzając brzmienie oraz rezygnując ze stylistycznej różnorodności. To już właściwie prawie takie samo granie, jak na wydanym kilka miesięcy później "British Steel". "Killing Machine" nie odniósł jednak takiego sukcesu komercyjnego, jak jego następca, choć przyniósł grupie pierwszy przebój, "Take on the World" - z późniejszych singli wyżej notowane w Wielkiej Brytanii były tylko te z "British Steel". Wraz z ukształtowaniem stylu, muzycy stworzyli także rozpoznawalny image, przywdziewając skóry, ćwieki i łańcuchy, podpatrzone przez Roba Halforda w gejowskim środowisku.

Album wypełniają zupełnie nijakie, heavymetalowe kawałki (np. "Delivering the Goods", oba tytułowe), przeplatane kilkoma jeszcze bardziej żenującymi momentami, ewidentnie stworzonymi pod szerszą publiczność. Do tych ostatnich należą: pełen banału i patosu "Take on the World"; naiwny, nieznośnie przesłodzony "Evening Star"; a także akustyczna ballada "Before the Dawn" - trochę zbyt prosta i niczym szczególnym się nie wyróżniająca, ale na tle całości znośna. Najlepsza kompozycja trafiła wyłącznie na amerykańskie wydanie (i kompaktowe wznowienia). Jednak od razu trzeba zaznaczyć, że autorem "The Green Manalishi (with the Two-Pronged Crown)" nie są muzycy zespołu, a bluesowy gitarzysta Peter Green, który nagrał ten utwór w 1970 roku z grupą Fleetwood Mac. W wersji Judas Priest całkowicie, niestety, przepadł intrygujący klimat oryginału, zastąpiony większym ciężarem i zupełnie pozbawionym finezji, topornym wykonaniem. Tym, którzy nie znają, polecam sięgnąć po pierwowzór i w ogóle po twórczość Fleetwood Mac z Peterem Greenem - zespół grał wówczas bardzo fajny blues rock, czasem nawet ocierając się o hard rock.

"Killing Machine" / "Hell Bent for Leather" rozpoczyna najbardziej komercyjny etap działalności Judas Priest, uwielbiany przez większość fanów zespołu (choć nie za ten akurat album), ale mogący zainteresować wyłącznie miłośników heavy metalu, gdyż nie ma tu niczego wykraczającego poza ciasne ramy tej stylistyki. W porównaniu z wcześniejszą twórczością - nawet z już wyraźnie zapowiadającym takie oblicze grupy "Stained Class" - słychać wyraźny spadek jakości. Kompozycje stały się przesadnie proste, banalne, a wykonanie zbyt sztampowe.

Ocena: 3/10




Judas Priest - "Killing Machine" (1978)  / "Hell Bent for Leather" (1979)

1. Delivering the Goods; 2. Rock Forever; 3. Evening Star; 4. Hell Bent for Leather; 5. Take on the World; 6. Burnin' Up; 7. The Green Manalishi (with the Two-Pronged Crown)*; 8. Killing Machine; 9. Running Wild; 10. Before the Dawn; 11. Evil Fantasies

* tylko na wydaniu US / kompaktowych reedycjach

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, instr. klawiszowe; Ian Hill - bass; Les Binks - perkusja
Producent: Judas Priest i James Guthrie