31 grudnia 2018

[Recenzja] Donald Byrd - "Ethiopian Knights" (1972)



Najlepszy jazz-funk grali Miles Davis i Herbie Hancock. To nie podlega dyskusji. Stworzonego przez nich materiału w tym stylu - na czele z "On the Corner", "Get Up with It", "Head Hunters" i "Flood" - starczyłoby na niejedną imprezę. Co jednak, gdy chcemy większej różnorodności? Są jeszcze oczywiście albumy Billy'ego Cobhama, Alphonse'a Mouzona, Stanleya Clarke'a, Weather Report czy Donalda Byrda. Nagrany przez tego ostatniego "Ethiopian Knights" to doskonała propozycja na (nie tylko) sylwestrową imprezę. Nie tak eksperymentalna, jak wspomniany "On the Corner", ale też nie idąca za daleko w stronę muzyki czysto użytkowej.

Trębacz Donald Byrd to ważna postać w świecie jazzu, mająca na koncie donioślejsze dokonania, niż "Ethiopian Knights". Zaczynał jeszcze w czasach bopu, w połowie lat 50. Nagrywał m.in. z Jazz Messengers Arta Blakeya, Cannonballem Adderleyem, Kennym Burrellem, Johnem Coltrane'em, Hankiem Mobleyem czy Jackiem McLeanem, a w następnej dekadzie także z Erikiem Dolphym. Sporo nagrywał też jako lider. Warto też dodać, że to właśnie on odkrył Herbiego Hancocka, proponując mu dołączenie do swojego zespołu, a potem pomagając w zaistnieniu jako lider i w dołączeniu do kwintetu Davisa. W latach 60. Byrd nie dał się porwać modzie na free jazz, za to już pod koniec tej dekady dołączył do nurtu fusion. Najważniejszym albumem z tego okresu jest prawdopodobnie "Electric Byrd" (1970), zdradzający silną inspirację davisowskim "In a Silent Way", ale dodający elementy latynoskie (w nagraniu brał udział m.in. Airto Moreira).

Kolejnym wydawnictwem Byrda jest właśnie "Ethiopian Knights". Materiał na album został zarejestrowany w dniach 25-26 sierpnia 1971 roku w Los Angeles i wydany następnego roku przez Blue Note. Nagrań dokonano w rozbudowanym składzie: trzyosobowa sekcja dęta, dwóch klawiszowców, trzech gitarzystów (ale nie więcej niż dwóch na utwór), basista, perkusista, perkusjonalista i wibrafonista. Trębacz wybrał raczej mniej znanych muzyków - z wyjątkiem Bobby'ego Hutchersona, być może najsłynniejszego jazzowego wibrafonisty, oraz sesyjnej perkusjonalistki Bobbye Hall, znanej m.in. ze współpracy z Bobem Dylanem, Janis Joplin, The Doors i Pink Floyd. Na album złożyły się trzy kompozycje lidera.

W przeciwieństwie do nastrojowego "Electric Byrd", "Ethiopian Knights" ma bardziej taneczny charakter. Przynajmniej w dwóch najdłuższych nagraniach - naprawdę porywającym, piętnastominutowym "The Emperor" i prawie tak samo dobrym, osiemnastominutowym "The Little Rasti". Oparte na wyrazistych, świetnie bujających partiach gitary basowej Wiltona Feldera, mocnej, nieskomplikowanej grze perkusisty Eda Greene'a, oraz funkowo pulsujących gitarach (a w drugim z tych utworów gitary momentami przypominają nieco grę Jimiego Hendrixa). Wibrafon, perkusjonalia i elektryczne klawisze doskonale wzbogacają brzmienie, a całości dopełniają ekspresyjne solówki dęciaków. To muzyka, która równie dobrze sprawdza się na parkiecie, jak i do zwykłego słuchania, podczas którego można podziwiać świetną współpracę tego rozbudowanego składu i wyłapywać kolejne smaczki w partiach poszczególnych muzyków. Znacznie mniej interesująco wypada zdecydowanie krótszy, nawet nie czterominutowy "Jamie" - to już bardziej oszczędne, balladowe granie, o zbyt sentymentalnym nastroju (partia trąbki wprawia mnie prawie w zażenowanie).

"Ethiopian Knights" zdecydowanie nie jest dziełem wybitnym, ale zapewnia bardzo przyjemną i nieuwłaczającą rozrywkę. Bardziej to funk, niż jazz, ale wystarczająco wyrafinowany, by nie wprawiał w zażenowanie (poza krótkim fragmentem o odmiennym, zupełnie nietanecznym charakterze). Jest to zarazem album bardzo przystępny i zawierający wystarczająco dużo elementów kojarzących się z rockiem, by zainteresować słuchaczy tego gatunku. Może właśnie dzięki temu wydawnictwu ktoś zdecyduje się bardziej zagłębić w jazz.

Ocena: 8/10



Donald Byrd - "Ethiopian Knights" (1972)

1. The Emperor; 2. Jamie; 3. The Little Rasti

Skład: Donald Byrd - trąbka; Harold Land - saksofon tenorowy; Thurman Green - puzon; Bobby Hutcherson - wibrafon; Joe Sample - organy; Bill Henderson III - elektryczne pianino; Don Peake - gitara; Greg Poree - gitara (1,2); David T. Walker - gitara (3); Wilton Felder - bass; Ed Greene - perkusja; Bobbye Hall - instr. perkusyjne
Producent: George Butler


30 grudnia 2018

[Recenzja] Ashra - "New Age of Earth" (1976)



"New Age of Earth" jest uznawany za pierwsze wydawnictwo kolejnego projektu Manuela Göttschinga, nazwanego przez niego Ashra. Kiedy jednak materiał ten ukazał się po raz pierwszy - w 1976 roku, wyłącznie we Francji - został podpisany nazwiskiem muzyka i nazwą nieistniejącego już wtedy Ash Ra Tempel. Nazwa Ashra, wraz z zupełnie inną okładką, pojawiła się już w 1977 roku, gdy album został opublikowany w innych krajach zachodniej Europy. Właśnie ta druga wersja jest obecnie uznawana za oficjalną, choć album był wznawiany także z oryginalną okładką i pod nazwiskiem Göttschinga (m.in. pierwsze amerykańskie wydanie, opublikowane dopiero w 2008 roku).

"New Age of Earth" to kolejne, po "Inventions for Electric Guitar", wydawnictwo przygotowane przez Göttschinga zupełnie samodzielnie. Tym razem wykorzystał jednak nie tylko gitarę, ale także przeróżne syntezatory (ARP Odyssey, Farfisa Syntorchestra, EMS Synthi A, EKO Computerhythm), które znacząco wpłynęły na charakter tego wydawnictwa. Longplay składa się z czterech utworów - trzech krótszych (w wersji winylowej wypełniają stronę A) i jednego długiego (na winylu znajdującego się na stronie B). Najbliższy poprzedniego albumu jest siedmiominutowy otwieracz, "Sunrain" (zgodnie z tytułem, opierający się na kontraście pogodnej i melancholijnej melodii), z nakładającymi się na siebie ścieżkami z zapętlonymi dźwiękami gitary, ale też z wnoszącymi nową jakość partiami syntezatorów. Podobnie transowy i energetyczny charakter, a do tego jeszcze bardziej elektroniczne brzmienie, posiada nieznacznie krótszy "Deep Distance", natomiast dwa najdłuższe nagrania - trzynastominutowy "Ocean of Tenderness" i ponad dwudziestominutowy "Nightdust" - to już bardziej wyciszona muzyka, hipnotyzująca nie rytmem, a swoim ambientowym nastrojem, z dźwiękami syntezatorów przypominających szum fal (choć w tym drugim pojawiają się też bardziej rytmiczne momenty, a w zakończeniu na pierwszy plan wychodzą dość tradycyjne dźwięki gitary).

Muzyka zawarta na "New Age of Earth" brzmi niezwykle nowocześnie, jak na czas nagrania. I choć wpisuje się w ówczesne nurty, znane jako progresywna elektronika i szkoła berlińska, a brzmienie syntezatorów jest typowe dla tamtej epoki, to wiele pomysłów wyprzedziło swój czas i do dziś czerpią z nich liczni twórcy muzyki elektronicznej. Manuel Göttsching bardzo interesująco rozwinął tutaj koncepcję "Inventions for Electric Guitar", proponując jeszcze bardziej kreatywny, dojrzały i intrygujący materiał.

Ocena: 8/10



Ashra - "New Age of Earth" (1976)

1. Sunrain; 2. Ocean of Tenderness; 3. Deep Distance; 4. Nightdust

Skład: Manuel Göttsching - syntezatory, gitara
Producent: Manuel Göttsching






Po prawej: okładka francuskiego wydania z 1976 roku.


29 grudnia 2018

[Recenzja] Weather Report - "Weather Report" (1971)



Weather Report to jeden z najsłynniejszych przedstawicieli jazz fusion. Zespół został założony pod koniec 1970 roku przez Joego Zawinula, Wayne'a Shortera i Miroslava Vitouša (choć wkład tego ostatniego był późnej umniejszany przez pierwszą dwójkę). W oryginalnym składzie znaleźli się także Alphonse Mouzon i Airto Moreira. Cała piątka jest z pewnością doskonale znana Czytelnikom, więc nie będę przypominał ich obszernych dokonań (od czego jest zresztą wyszukiwarka?). W dniach 16-18 i 22 lutego oraz 17 marca 1971 roku ci właśnie muzycy zarejestrowali materiał na debiutancki, eponimiczny album Weather Report, wydany w maju tamtego roku.

Rozpoczynający całość "Milky Way" to swego rodzaju wstęp, zbudowany niemal wyłącznie z dźwięków elektrycznego pianina tworzących ambientowy nastrój. Zupełnie innych charakter mają dwa kolejne utwory, "Umbrellas" i "Seventh Arrow". Charakterystyczne brzmienie elektrycznych klawiszy, przeszywające dźwięki saksofonu sopranowego (w drugiej połowie "Seventh Arrow" ocierające się o free jazz), masywny bas (w "Umbrellas" wzmocniony przesterem) i energetyczna gra Mouzona wywołują skojarzenia z koncertowymi dokonaniami Milesa Davisa z okresu po wydaniu "Bitches Brew" (np. występem na Isle of Wight Festival). Potem następuje zmiana klimatu, choć wpływy byłego pracodawcy Shortera i Zawinula wciąż są słyszalne. Tym razem muzycy nawiązują jednak do studyjnej twórczości trębacza z przełomu lat 1969/70, której niewielka część została wydana na "Big Fun" w 1974 roku, a reszta dopiero w boksie "The Complete 'Bitches Brew' Sessions". Utwór "Orange Lady" został zresztą oryginalnie nagrany podczas tamtych sesji (i wydany na obu wspomnianych wyżej wydawnictwach). A ponieważ w chwili nagrywania tego albumu nie było w planach opublikowania wersji Davisa, nie powinno dziwić, że Zawinul postanowił wrócić do tej kompozycji, będącej jedną z najpiękniejszych, jakie napisał. Tutejsza wersja jest nieco oszczędniejsza, ale równie interesująca, głównie za sprawą bogatych partii perkusjonalii. Podobnie subtelny, medytacyjny charakter mają "Morning Lake" i "Waterfall". Ale już "Tears", choć wciąż dość klimatyczny, zagrany jest bardziej żywiołowo. Natomiast finałowy "Eurydice" swinguje w tradycyjnie bopowy sposób, lecz brzmienie klawiszy przypomina, że to jednak nagranie z początku lat 70.

"Weather Report" to kolejny przykład na to, jak interesująco rozwijały się kariery współpracowników Milesa Davisa z elektrycznego okresu jego twórczości. Joe Zawinul i Wayne Shorter niewątpliwie inspirowali się muzyką, którą grali z trębaczem, jednak w zupełnie inny sposób, niż Herbie Hancock w Mwandishi, Chick Corea w Return to Forever czy John McLaughlin w Mahavishnu Orchestra. Zawartości tego albumu najbliżej do pierwowzoru, czasem może nawet za bardzo, ale w końcu Shorter i Zawinul w niemałym stopniu odpowiadają za stworzenie tej stylistyki. Bez ich kompozycji i brzmienia ich instrumentów twórczość Davisa z okresu "Bitches Brew" miałaby z pewnością odmienny charakter. Debiutanckie dzieło Weather Report stanowi zresztą tak udaną kontynuację tamtego longplaya, że naprawdę trudno mieć o to pretensję. Przyczepić się mogę natomiast do tego, że poszczególnym utworom - z wyjątkiem "Orange Lady" i "Umbrellas" - trochę brakuje wyrazistości, przez co przy pierwszych przesłuchaniach za bardzo się ze sobą zlewały. Jednak wraz z kolejnymi odsłuchami, całość zdecydowanie zyskiwała.

Ocena: 8/10



Weather Report - "Weather Report" (1971)

1. Milky Way; 2. Umbrellas; 3. Seventh Arrow; 4. Orange Lady; 5. Morning Lake; 6. Waterfall; 7. Tears; 8. Eurydice

Skład: Joe Zawinul - elektryczne pianino, pianino; Wayne Shorter - saksofon sopranowy; Miroslav Vitouš - bass, kontrabas; Alphonse Mouzon - perkusja, głos; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Gościnnie: Don Alias - instr. perkusyjne; Barbara Burton - instr. perkusyjne
Producent: Weather Report


28 grudnia 2018

[Recenzja] Art Bears - "Hopes and Fears" (1978)



Na początku 1978 roku grupa Henry Cow (z nową basistką, Georgie Born) przystąpiła do nagrywania kolejnego albumu. Okazało się jednak, że muzycy nie mają spójnej wizji tego wydawnictwa. Materiał, skomponowany głównie przez Freda Firtha i Chrisa Cutlera, zdaniem Tima Hodgkinsona i Lindsay Cooper był za bardzo zorientowany na utwory z partiami wokalnymi. W ramach kompromisu, postanowiono wydać dwa różne albumy. Większość nagrań ze styczniowej sesji została przejęta przez Art Bears - zespół sformowany przez Firtha, Cutlera i Dagmar Krause. W marcu trio nagrało już samodzielnie cztery dodatkowe utwory, a w maju całość ukazała się na albumie "Hopes and Fears". W lipcu Henry Cow (bez Krause i Born) wrócił do studia i nagrał kilka instrumentalnych utworów, które wraz z niewykorzystanym materiałem ze styczniowej sesji wypełniły wydany w następnym roku album "Western Culture". Był to ostatni w pełni premierowy, niearchiwalny materiał sygnowany nazwą Henry Cow, natomiast trio Art Bears nagrało później jeszcze dwa albumy.

Utwory zawarte na "Hopes and Fears" są w większości dość krótkie, ale bardzo treściwe. Pozbawione struktur, cały czas się rozwijające, pełne atonalnych dźwięków i dysonansów, stanowiących podkład dla zawodzenia Krause. To wszystko niewiele ma już wspólnego z rockiem progresywnym, zmierza raczej w stronę kameralnej awangardy. A wpływy jazzowe tym razem ustąpiły miejsca wyraźnymi nawiązaniami do folku - przede wszystkim w utworach "Terrain", "The Dance" i "Moeris Dancing". Te folkowe wstawki to jedne z bardziej przystępnych momentów albumu, choć całe utwory są bardzo zakręcone i awangardowe. Bardziej konwencjonalnie zespół wypada w ładnej fortepianowej balladzie "The Pirate Song", a także w najdłuższym na płycie, ośmiominutowym "In Two Minds". Ten ostatni to zresztą najbardziej kontrowersyjny utwór, jaki kiedykolwiek został nagrany przez Henry Cow lub Art Bears, wliczając w to album "Desperate Straights". Budzący tak wielkie zdumienie swoją... zwyczajnością. Jest to utwór o zdecydowanie rockowym charakterze, momentami brzmi jak The Who (a konkretnie "Baba O'Riley") - muzycy zresztą nie zaprzeczali, że zespół ten był dla nich inspiracją. Wyszło jednak ciekawie, uwagę zwracają zwłaszcza świetne partie basu. Fajnie, że członkowie zespołu są tak wszechstronni.

"Hopes and Fears" to muzyka trudna, z początku mogąca drażnić i zniechęcać, wymagająca wielu przesłuchań. Z czasem jednak coraz bardziej zachwycająca swoim wyrafinowaniem, pomysłowymi aranżacjami oraz swoją różnorodnością, przy zachowaniu bardzo spójnego charakteru całości. Takie albumy, jak ten, udowadniają, że po roku 1977 wciąż powstawała interesująca i ambitna muzyka.

Ocena: 9/10



Art Bears - "Hopes and Fears" (1978)

1. On Suicide; 2. The Dividing Line; 3. Joan; 4. Maze; 5. In Two Minds; 6. Terrain; 7. The Tube; 8. The Dance; 9. The Pirate Song; 10. Labyrinth; 11. Riddle; 12. Moeris Dancing; 13. Piers

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, skrzypce, altówka, pianino, fisharmonia, ksylofon, bass (6,7); Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, szumy; Tim Hodgkinson* - organy, klarnet, pianino (9); Lindsay Cooper* - fagot, obój, saksofon sopranowy, flet; Georgie Born* - bass, wiolonczela, wokal (4)
Producent: Dagmar Krause, Fred Frith, Chris Cutler i Etienne Conod

*oprócz utworów 6-8 i 13


27 grudnia 2018

[Recenzja] David Holland Quartet - "Conference of the Birds" (1973)



Jako jeden z nielicznych współpracowników Milesa Davisa z elektrycznego okresu, Dave Holland nie był zainteresowany dalszym eksplorowaniem stylistyki fusion. Po odejściu z zespołu trębacza (co nastąpiło w drugiej połowie 1970 roku, niedługo po występie na Isle of Wight Festival) odstawił gitarę basową i wrócił do kontrabasu. W tamtym okresie jego muzyczne zainteresowania oscylowały wokół free jazzu. Na początku lat 70. współpracował m.in. z Johnem Surmanem, Joem Hendersonem, Barre Phillipsem i Derekiem Baileyem, a najczęściej z Chickiem Coreą - do czasu, gdy w 1972 roku pianista zdecydował się pójść w stronę fusion, doprowadzając do rozpadu swojego ówczesnego kwartetu Circle z Hollandem, Anthonym Braxtonem i Barrym Altschulem.

Basista postanowił wówczas nagrać swój pierwszy album w roli lidera. Sesja nagraniowa odbyła się 30 listopada 1972 roku w nowojorskim Allegro Studio. Stworzony przez Hollanda kwartet był w pewnym sensie kontynuacją Circle - znaleźli się w nim także Braxton i Altschul - choć zamiast pianisty składu dopełnił drugi saksofonista i flecista, Sam Rivers (znany m.in. ze współpracy z Milesem Davisem, Bobbym Hutchersonem i Cecilem Taylorem). Muzycy zarejestrowali sześć utworów - wszystkie autorstwa Hollanda - które w następnym roku wydano na albumie "Conference of the Birds".

Pomimo podobnego składu, jest to muzyka o innym charakterze, niż dokonania Circle. Nie ma tu ani tak radykalnych freejazzowych odlotów, ani nie słychać inspiracji współczesną awangardą. Jedynie kompozycja "Q & A" - grana zresztą już podczas koncertów Circle - zawiera elementy kojarzące się z free improvisation. Reszta repertuaru to już bardziej przystępne granie, stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy post-bopem, a free jazzem. Połowa utworów - "Four Winds", "Interception" i "See-Saw" - opiera się na melodyjnych tematach, które ustawiają tonację i tempo dla ekspresyjnych improwizacji, podczas których Braxton i Rivers nierzadko prezentują swoje solówki równolegle. Trzy czwarte tego składu grały ze sobą już od dłuższego czasu, natomiast nowy muzyk doskonale się wpasował, dzięki czemu interakcja jest tu doskonała. Ale album zachwyca nie tylko samym wykonaniem, lecz także kompozycjami. Holland pokazał swój talent w tej dziedzinie przede wszystkim w utworze tytułowym. "Conference of the Birds" prowadzony jest zaskakująco melodyjną partią kontrabasu, do którego dołączają uzupełniające się partie fletu i saksofonu sopranowego oraz klimatyczne perkusjonalia. To niezwykła kompozycja, bardzo oryginalna i urzekająca prawdziwym pięknem. Taki spokojniejszy nastrój posiada także "Now Here (Nowhere)" - to już jednak utwór o bardziej swobodnej strukturze, intrygujący klimatem, ale nie tak zaskakujący, jak tytułowy.

"Conference of the Birds", jak mało który album, może zainteresować zarówno zwolenników bardziej mainstreamowego jazzu (przynajmniej tych otwartych na pewnie mniej tradycyjne rozwiązania), jak i wielbicieli jazzowej awangardy. Przystępność nie wyklucza tutaj artystycznych ambicji. Z jednej strony są tu zgrabne tematy, wyraziste linie melodyczne i ogólne jest to bardzo wyrafinowana muzyka, ale dość niekonwencjonalna i nie brakuje tu agresywnych, dysonansowych, choć nieprzesadnie radykalnych, partii solowych. Poza rewelacyjnym wykonaniem i bardzo dobrymi kompozycjami warto też zwrócić uwagę na fantastyczne brzmienie, z wyeksponowanym kontrabasem. Szkoda tylko, że to jedyne wydawnictwo tego składu. Poszczególni muzycy współpracowali jeszcze ze sobą, ale już nigdy nie zagrali dokładnie w takiej konfiguracji. Najbliżej było na albumach "Five Pieces 1975" Braxtona, nagranym z udziałem Hollanda, Altschula i trębacza Kenny'ego Wheelera, oraz "Rendez-Vous" Sama Riversa i Mario Schiano z udziałem Hollanda i Altschula. 

Ocena: 9/10



David Holland Quartet - "Conference of the Birds" (1973)

1. Four Winds; 2. Q & A; 3. Conference of the Birds; 4. Interception; 5. Now Here (Nowhere); 6. See-Saw

Skład: Dave Holland - kontrabas; Anthony Braxton - saksofony, flet; Sam Rivers - saksofony, flet; Barry Altschul - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


25 grudnia 2018

[Artykuł] Podsumowanie roku 2018

Czy 2018 był dobrym rokiem dla muzyki? Na podstawie ilości recenzji premierowych wydawnictw, jakie pojawiły się tu w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, można dojść do wniosku, że niezbyt dobrym. Przesłuchałem jednak znacznie więcej albumów, z czego około czterdziestu mógłbym z większym lub mniejszym przekonaniem polecić. O większości z nich jednak tu z różnych powodów nie pisałem. Pominąłem większość jazzowych nowości, uważając, że w pierwszej kolejności powinienem opisać tu albumy wybitne, ważne i/lub wpływowe, zamiast przyjemnych, ale wtórnych i jednak wyraźnie słabszych współczesnych wydawnictw. Z kolei w przypadku muzyki elektronicznej, jestem świadomy swojej małej wiedzy w temacie i braku wystarczających punktów odniesienia, by recenzować tego typu granie. Natomiast obecna sytuacja w muzyce rockowej jest tak fatalna, że po prostu nie było o czym pisać.



Część I: Przegląd tegorocznych wydawnictw

Poniższy przegląd ma bardzo subiektywny charakter i wspominam w nim wyłącznie o albumach, których słuchałem (lub próbowałem).

Rock

Jeżeli jednym z najlepszych tegorocznych wydawnictw rockowych jest kolejny pośmiertny album Jimiego Hendrixa ("Both Sides of the Sky"), skompilowany z nagrań, których nie wykorzystano w trakcie prawie 50-letniej eksploatacji dorobku gitarzysty, to chyba jakikolwiek komentarz jest już zbędny. Ogólnie rok ten był przepełniony nudnymi i wtórnymi albumami rockowych dinozaurów i ich nieudolnymi naśladowcami. Ogromny sukces komercyjny jednego z tych klonów wciąż mnie zadziwia, choć sądząc po pojawiających się tu i ówdzie komentarzach, jest to wyłącznie efekt szeroko zakrojonych działań marketingowych. Mniej mainstreamowych dziennikarzy i słuchaczy zachwycił natomiast najnowszy album noise'owo-industrialnej grupy Daughters, "You Won't Get What You Want". Ale i w tym przypadku nie rozumiem zachwytów - przyzwoity album, jednak niczego wybitnego się tu nie dosłuchałem.

Przejdę może zatem do wydawnictw, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Tutaj muszę wspomnieć o dwóch albumach wydanych przez Instant Classic - "Czarna woda" grupy Alameda 4 oraz "One Eye Sees Red" zespołu Lonker See. Niespodziewanie udanym wydawnictwem okazał się "Beyondless" post-punkowego Iceage. Parę niezłych momentów zaproponowała grupa Oh Sees na inspirowanym krautrockiem "Smote Reverser". Nie rozczarował mnie najnowszy longplay prześmiewców z Ghost, którzy na "Prequelle" poszli w ewidentnie żartobliwym kierunku (niewiarygodne, że niektórzy wciąż biorą ich twórczość na poważnie). Stoner/doom-metalowy Sleep powrócił natomiast z całkiem udanym "The Sciences". Natomiast największym pozytywnym zaskoczeniem był "Another Shape of Psychedelic Music" Mythic Sunship - zespół, który dotąd grał dość bezbarwne psychodeliczne jamy, po poszerzeniu składu o saksofonistę nagrał naprawdę dobry album na pograniczu rocka psychodelicznego i jazz rocka.

Jednym zdaniem: współczesny rock jest wtórny i nieciekawy.

Jazz

Z kolei liderowane przez Matsa Gustafssona trio Fire! na swoim szóstym albumie, "The Hands", fantastycznie połączyło elementy free jazzu z stonerowym brudem i ciężarem, potwierdzając, że wciąż można interesująco łączyć jazz i rock, nie kopiując utartych rozwiązań. Gdybym miał wybrać najlepszy album tego rocku, to byłby najmocniejszy kandydat. Inne tegoroczne jazzy okazały się mniej oryginalne, choć parę przyjemnych wydawnictw się trafiło. Zwłaszcza wśród tych inspirowanych spiritual jazzem, żeby wspomnieć tylko o "Alive in the East?" Binker and Moses, "An Angel Fell" Idrisa Ackamoora i The Pyramids, "Heaven and Earth" Kamasiego Washingtona czy "There Is a Place" zespołu Maisha.

Koniecznie muszę też zwrócić uwagę na kwartet Ill Considered, który pobił zeszłoroczny rekord King Gizzard & the Lizard Wizard, wydając w tym roku aż siedem albumów (w tym trzy koncertówki i płytę świąteczną). Przy takiej ilości można mieć problem z utrzymaniem jakości (co dobitnie pokazał KG&LW). Jak jest w przypadku Ill Considered nie jestem w stanie powiedzieć, bo przesłuchałem tylko dwa albumy (z których przynajmniej "Ill Considered 3" zasługuje na wspomnienie w tym tekście), ale na korzyść zespołu działa fakt, że gra muzykę całkowicie improwizowaną. W podobnej stylistyce całkiem nieźle radzi sobie także kwartet Quoan, który zadebiutował albumem "Fine Dining".

Muszę też wspomnieć o dwóch archiwalnych wydawnictwach z udziałem Johna Coltrane'a - "The Final Tour: The Bootleg Series, Vol. 6", zawierającym zapisy jednych z ostatnich występów kwintetu Milesa Davisa z udziałem Trane'a (z okresu wkrótce po wydaniu "Kind of Blue"), a zwłaszcza "Both Directions at Once: The Lost Album", nagrany przez saksofonistę już z własnym kwartetem w 1963 roku. Skoro mowa o Davisie i jego współpracownikach, to album z premierowym materiałem wydał w tym roku Dave Holland. Nagrany w kwartecie m.in. z Evanem Parkerem "Uncharted Territories" to już jednak granie bliższe free improvisation, niż jazzu.

Jednym zdaniem: Jazz wciąż ma się świetnie, choć mógłby oferować więcej czegoś nowego.

Inne

Nowy album Dead Can Dance, "Dionysus", spotkał się z raczej nie najlepszym przyjęciem. Mnie się podobał, choć nie jest to oczywiście poziom poprzedniego w dyskografii "Anastasis" ani klasycznych albumów z lat 80. Bardzo dobrym tegorocznym albumem o klimacie podobnym do tamtych starszych wydawnictw DCD jest natomiast "Dead Magic" Anny von Hausswolff. Przesłuchałem (lub przynajmniej próbowałem, jak w przypadku Autechre) w tym roku kilkanaście innych albumów z szeroko pojętej elektroniki, ale poza kilkoma wyjątkami ("Konoyo" Tima Heckera, "Rausch" GASa, "Sidereal" Palmer Eldritch i "Flux" Kapital z udziałem znanego z Heldon Richarda Pinhasa) kompletnie mi nie podeszły.

Jednym zdaniem: W przyszłym roku muszę poświęcić więcej czasu na lepsze zrozumienie elektroniki.



Część II: Wyniki ankiety na album roku

Tegoroczna ankieta na album roku nie cieszyła się taką popularnością, jak te z poprzednich lat, co zapewne miało związek z jej nową formą - z jednej strony utrudniającą oddanie kilku głosów przez jedną osobę, a z drugiej mogącą zniechęcać koniecznością podania adresu mailowego i odpowiedzi na niewygodne pytania. Liczba osób biorących udział w zabawie była jednak całkiem satysfakcjonująca. Odpowiedzi były bardzo zróżnicowane.

Pierwsza dziesiątka najlepszych albumów według Czytelników przedstawia się następująco:

1. Jimi Hendrix - "Both Sides of the Sky" [Recenzja]
2. John Coltrane - "Both Directions at Once: The Lost Album" [Recenzja]
3. Dead Can Dance - "Dionysus"
3. Fire! - "The Hands" [Recenzja]
3. Judas Priest - "Firepower"
3. Mythic Sunship - "Another Shape of Psychedelic Music" [Recenzja]
7. Ghost - "Prequelle" [Recenzja]
7. Iceage - "Beyondless" [Recenzja]
9. Anna von Hausswolff - "Dead Magic"
9. Binker and Moses - "Alive in the East?"

Natomiast największymi rozczarowaniami dla Czytelników były:

1. Greta Van Fleet - "Anthem of the Peaceful Army" [Recenzja]
2. Alice in Chains - "Rainier Fog" [Recenzja]
3. Daughters - "You Won't Get What You Want"
3. Dead Can Dance - "Dionysus"
3. Franz Ferdinand - "Always Ascending"
3. Katarzyna Nosowska - "Basta"
3. Saxon - "Thunderball"
3. Soft Machine - "Hidden Details"
3. The Smashing Pumpkins - "Shiny and Oh So Bright"
3. Therion - "Beloved Antichrist"



Część III: Najchętniej czytane posty z 2018 roku

Do tej pory najwięcej wyświetleń zdobyły następujące tegoroczne teksty:

1. [Recenzja] Sex Pistols - "Never Mind the Bollocks" (1977)
2. [Recenzja] Greta Van Fleet - "Anthem of the Peaceful Army" (2018)
3. [Artykuł] Lubisz Led Zeppelin i szukasz więcej muzyki w tym stylu? Są lepsze możliwości, niż Greta Van Fleet
4. [Recenzja] Alice in Chains - "Rainier Fog" (2018)
5. [Recenzja] The Beach Boys - "Pet Sounds" (1966)
6. [Recenzja] Riverside - "Wasteland" (2018)
7. [Recenzja] Jimi Hendrix - "Both Sides of the Sky" (2018)
8. [Recenzja] Dire Straits - "Dire Straits" (1978)
9. [Recenzja] Marillion - "Misplaced Childhood" (1985)
10. [Recenzja] Radiohead - "OK Computer" (1997)
11. [Recenzja] Rage Against the Machine - "Rage Against the Machine" (1992)
12. [Recenzja] Komeda Quintet - "Astigmatic" (1966)
13. [Recenzja] John Coltrane - "Ascension" (1966)
14. [Recenzja] Radiohead - "Pablo Honey" (1993)
15. [Recenzja] The Velvet Underground & Nico - "The Velvet Underground & Nico" (1967)
16. [Recenzja] Ghost - "Prequelle" (2018)
17. [Recenzja] The Stone Roses - "The Stone Roses" (1989)
18. [Recenzja] Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)
19. [Recenzja] Can - "Tago Mago" (1971)
20. [Recenzja] Miles Davis - "Agharta" / "Pangaea" (1975)



Część IV: Tegoroczne zakupy płytowe

Drugi rok z rzędu nie kupiłem żadnego premierowego wydawnictwa. Uzupełniłem natomiast trochę braków (choć jeszcze więcej nie udało się uzupełnić). W sumie kupiłem 34 winyle (dwa kolejne są aktualnie w drodze) i 12 kompaktów, głównie z jazzem i rockiem progresywnym. Pełna lista znajduje się pod tym adresem (link).



Na koniec przypomnę jeszcze muzyków, którzy zmarli w tym roku. Byli to m.in.: Leon "Ndugu" Chancler (perkusista znany ze współpracy m.in. z Herbiem Hancockiem, Milesem Davisem i Santaną), Jerzy Milian (słynny polski wibrafonista jazzowy), Cecil Taylor (wielki jazzowy pianista, jeden z prekursorów free jazzu), Glenn Branca (awangardowy gitarzysta i kompozytor), Reggie Lucas (gitarzysta, kolejny współpracownik Milesa Davisa), Danny Kirwan (gitarzysta i wokalista we wczesnym Fleetwood Mac), Jon Hiseman (perkusista znany z Colosseum i John Mayall & the Heartbreakers), Tomasz Stańko (wielki polski trębacz), Ed King (gitarzysta Lynyrd Skynyrd) oraz Otis Rush (słynny bluesman).


23 grudnia 2018

[Recenzja] Popol Vuh - "Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" aka "Nosferatu" (1978)



W 1978 roku Popol Vuh miał po raz kolejny okazję współpracować z Wernerem Herzogiem. Tym razem tworząc muzykę do horroru "Nosferatu wampir" (org. "Nosferatu: Phantom der Nacht"). Fragmenty tej ścieżki dźwiękowej znalazły się na dwóch różnych wydawnictwach zespołu z tego roku. Jako pierwszy ukazał się "Nosferatu (On the Way to a Little Way)". Wbrew tytułowi, jest to dość dziwny zbiór utworów zarejestrowanych na przestrzeni kilku lat, z których tylko niewielki procent można usłyszeć w filmie. Obok premierowej muzyki, znalazły się tam także alternatywne, inaczej zatytułowane wersje już znanych kompozycji, czasem sięgające aż czasów "In den Gärten Pharaos". Z efektu niezadowolony był Florian Fricke, który podjął decyzję o nagraniu niektórych fragmentów na nowo i uzupełnienie nowym materiałem.

Tak powstał album "Brüder des Schattens - Söhne des Lichts", wydany w dwóch wersjach, z tym samym numerem katalogowym, ale z zupełnie innymi okładkami. Jedna z nich (patrz wyżej) nie zawiera żadnych odniesień do filmu Herzoga, natomiast druga (patrz niżej) powstała w oparciu o oryginalny plakat filmu. Jeszcze więcej zamętu wprowadziło wydanie w 2004 roku kompilacji "Nosferatu: The Vampyre (Original Soundtrack)" z bardzo podobną, filmową okładką, ale zawierającą tylko część repertuaru "Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" (utwór tytułowy skrócono o część "Söhne des Lichts", choć odgrywa ona istotną rolę w ścieżce dźwiękowej filmu), dodano natomiast cały repertuar "Nosferatu (On the Way to a Little Way)". Zdecydowanie najlepiej z tych wydawnictw prezentuje się oryginalna wersja "Brüder des Schattens..." i właśnie ją najlepiej zakupić - choć ani oryginalne wydanie winylowe, ani współczesne reedycje winylowe i kompaktowe, nie należą do łatwo dostępnych.

Popol Vuh w tamtym okresie był duetem, tworzonym przez pianistę Floriana Fricke'a i gitarzystę Daniela Fichelschera, ale w nagraniach wspomogło ich kilku gości: oboista Robert Eliscu (znany już z albumu "Hosianna Mantra"), muzycy grający na indyjskich instrumentach, a także kościelny chór z Monachium. Znalazły się tutaj cztery, a właściwie pięć utworów, skomponowanych samodzielnie przez Fricka'a, lub z udziałem Fichelschera ("Das Schloß des Irrtums", "Die Umkehr").

Dziewiętnastominutowa kompozycja tytułowa, wypełniająca pierwszą stronę winylowego wydania, to w rzeczywistości dwa utwory o skrajnie odmiennym nastroju. Fragmenty obu można usłyszeć na początku filmu. Mroczniejszym scenom towarzyszy "Brüder des Schattens", z rzeczywiście budzącymi niepokój partiami męskiego chóru, syntezatora i oboju. "Söhne des Lichts" ma dla odmiany bardzo pogodny charakter, dlatego pojawia się w sielankowych scenach. Utwór składa się z przeplatających się partii akustycznej gitary i pianina, wspartych w tle sitarem i tamburą. Przepiękna, pozornie monotonna melodia (ulegająca jednak stopniowo pewnym przetworzeniom) intryguje i hipnotyzuje. Podobny charakter mają trzy krótsze utwory ze strony B, niewykorzystane w filmie, choć by pasowały: zdominowany przez pianino "Höre, der du wagst" oraz przede wszystkim gitarowe "Das Schloß des Irrtums" i "Die Umkehr". Wszystkie trzy tak samo piękne i wciągające, mimo iż niewiele się w nich dzieje.

Dość problematyczne jest zakwalifikowanie tego albumu do konkretnego stylu. Na pewno nie jest to już krautrock, a wbrew temu, co sugeruje np. Wikipedia, nie jest to też żaden new age. Budowa poszczególnych kompozycji sugerowałaby muzykę elektroniczną, ale zagrane zostały przecież na tradycyjnych instrumentach, głównie pianinie i gitarze akustycznej. Dobrym określeniem wydaje się akustyczny ambient, choć z drugiej strony nie jest to muzyka tła - pomimo swojej jednostajności przyciąga uwagę, zachwyca nastrojem, pięknymi melodiami i wyrafinowaną grą muzyków. 

Ocena: 10/10



Alternatywna wersja okładki.
Popol Vuh - "Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" (1978)

1. Brüder des Schattens - Söhne des Lichts; 2. Höre, der du wagst; 3. Das Schloß des Irrtums; 4. Die Umkehr

Popol Vuh - "Nosferatu: The Vampyre (Original Soundtrack)" (2004)

1. Brüder des Schattens; 2. Höre, der du wagst; 3. Das Schloss des Irrtums; 4. Die Umkehr; 5. Mantra 1; 6. Morning Sun; 7. Venus Principle; 8. Mantra 2; 9. Die Nacht der Himmel; 10. Der Ruf der Rohrflöte; 11. To a Little Way; 12. Through Pain to Heaven; 13. On the Way; 14. Zwiesprache der Rohrflöte

Skład: Florian Fricke - pianino, syntezator; Daniel Fichelscher - gitara, instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Eliscu - obój; Alois Gromer - sitar; Ted de Jong - tambura; Münchner Kirchenchor - chór
Producent: Gerhard Augustin


21 grudnia 2018

[Recenzja] Chick Corea - "Return to Forever" (1972)



Rok 1972 przyniósł istotne zmiany w karierze i życiu Chicka Corei. Muzyk postanowił skierować swoją twórczość w zupełnie innym kierunku. Powodów podjęcia takiej decyzji było kilka. Na pewno było wśród nich zniechęcenie graniem trudniejszej muzyki, którą nie były zainteresowane wytwórnie fonograficzne, a tym samym nie dawało to żadnych finansowych perspektyw. W tym samym okresie Chick zainteresował się scjentologią, zmieniając swoją życiową filozofię, co z pewnością przełożyło się na charakter granej przez niego muzyki. Porzucił free jazz na rzecz klimatycznego grania wpisującego się w modną wówczas stylistykę fusion, łącząc jazz z elektrycznym brzmieniem i wpływami latynoskimi.

Ponieważ jego dotychczasowi współpracownicy - Anthony Braxton, Dave Holland i Barry Altschul - nie byli zainteresowani graniem takiej muzyki, pianista zebrał zupełnie nowy skład. Znaleźli się w nim: saksofonista / flecista Joe Farrell, basista Stanley Clarke, perkusista Airto Moreira oraz wokalistka Flora Purim (prywatnie żona Moreiry). W dniach 2-3 lutego 1972 roku kwintet zarejestrował materiał na album zatytułowany "Return to Forever", wydany we wrześniu nakładem ECM. Choć longplay ukazał się pod nazwiskiem Corei, jego tytuł szybko zaczął funkcjonować jako nazwa grającego na nim zespołu (i jego późniejszych, znacznie odmiennych wcieleń).

Na album złożyły się cztery utwory - wszystkie skomponowane przez Coreę, ostatni wspólnie z Farellem i Clarkiem; za teksty "What Game Shall We Play Today" i "Sometime Ago" odpowiada natomiast Neville Potter. W klimat całości doskonale wprowadza tytułowy "Return to Forever" - dwunastominutowy utwór, oparty na subtelnym, wręcz eterycznym brzmieniu elektrycznego pianina, któremu towarzyszą partie fletu, wokaliza Purim i energetyczna gra sesji rytmicznej. Piękny utwór, zachwycający swoim połączeniem lekkości i dynamiki, a także perfekcyjnym wykonaniem. Osobiście wolałbym jednak wersję instrumentalną, nic nie ujmując wokalnym umiejętnościom Purim. Jedynym utworem na pierwszej stronie winylowego wydania bez jej wokalnego udziału jest kolejny na trackliście "Crystal Silence" - bardzo nastrojowy, z bardzo ładnymi partiami saksofonu sopranowego i elektrycznego pianina, z niewielkim dodatkiem perkusjonalii. Zupełnie odmienny charakter ma "What Game Shall We Play Today" - to już nie eteryczny jazz z lekkimi wpływami latynoskimi, a latynoska piosenka, w której jedynie partie Corei i Farella momentami dodają odrobinę jazzowego charakteru. Utwór nie jest zły, podoba mi się partia gitary basowej, ale niezbyt pasuje do całości.

Drugą stronę winylowego wydania wypełnia dwudziestotrzyminutowy "Sometime Ago / La Fiesta". To tak naprawdę trzy różne utwory, które tworzą jedną ścieżkę prawdopodobnie dlatego, że były w ten sposób grane w studiu. Pierwsza część to dość luźna improwizacja Corei, Clarke'a i Farella. Ten fragment najbardziej zbliża się do wcześniejszej twórczości pianisty - partia kontrabasu ma bardzo freejazzowy charakter, jednak łagodne brzmienie elektrycznego pianina i melodyjna partia fletu czynią całość znacznie bardziej przystępną. Druga część, "Sometime Ago", to kolejna latynoska piosenka, tym razem jednak ze znacznie większą rolą elementów jazzowych, zwłaszcza w bardzo udanych, przyciągających uwagę fragmentach instrumentalnych. W całości instrumentalna "La Fiesta", inspirowana muzyką flamenco, to jeden z najbardziej żywiołowych fragmentów longplaya, ze świetnymi popisami instrumentalistów. I prawdopodobnie najsłynniejszy temat w solowym dorobku Corei.

"Return to Forever" okazał się albumem na tyle przystępnym i chwytliwym, że zachwycił zarówno muzyczną krytykę, jak i słuchaczy, zapewniając Chickowi długo wyczekiwany sukces. Choć longplay ma swoje mankamenty - czasem za bardzo oddala się od jazzu w stronę latynoskich piosenek - to jednak w większości wypełnia go naprawdę piękne, klimatyczne granie. W dodatku brzmienie bardzo dobrze zniosło próbę czasu, czego nie można powiedzieć o wielu późniejszych dokonaniach Corei i Return to Forever. 

Ocena: 8/10



Chick Corea - "Return to Forever" (1972)

1. Return to Forever; 2. Crystal Silence; 3. What Game Shall We Play Today; 4. Sometime Ago / La Fiesta

Skład: Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Farrell - saksofon sopranowy, flet; Stanley Clarke - bass (1,3), kontrabas (4); Airto Moreira - perkusja i instr. perkusyjne; Flora Purim - wokal, instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


19 grudnia 2018

[Recenzja] Dün - "Eros" (1981)



Dün to jeden z ciekawszych zespołów spoza głównego nurtu, grający muzykę dość trudną w odbiorze, a tym samym niezbyt popularny nawet wśród wielbicieli tzw. NKR-ów. Ta francuska grupa działała przez krótki okres - od 1978 do 1983 roku - i zostawiła po sobie tylko jeden album, zatytułowany "Eros". Nagrany własnym sumptem i tak samo wydany, w nakładzie tysiąca sztuk, sprzedawanych podczas występów. Dopiero w 2000 roku ukazało się pierwsze profesjonalne wydanie. Od tamtej pory album doczekał się kilku francuskich reedycji (w tym na winylu) i jednej japońskiej. Niestety, nawet te wznowienia nie są dziś łatwe do kupienia - zdobycie ich w Polsce jest praktycznie niemożliwe, a zakup za granicą wiąże się ze sporymi kosztami. Zawarta tu muzyka jest jednak warta takich cen. Na pewno warto rozważyć zakup wersji z bonusami, ciekawie urozmaicającymi całość.

Muzycy powoływali się przede wszystkim na inspirację twórczością Franka Zappy - podobieństwa słychać zwłaszcza w podobnym podejściu, zabawie muzyką, ale też w warstwie rytmicznej. Ponadto wyraźnie zauważalne są tu wpływy takich wykonawców, jak Magma (stąd Dün często zaliczany jest, nie do końca chyba słusznie, do zeuhlu), Henry Cow (zespół był bliski dołączenia do organizacji Rock in Opposition), a w mniejszym stopniu King Crimson i Gentle Giant, a może nawet Mahavishnu Orchestra. Dün dzieli z nimi wszystkimi umiejętność łączenia ambitnego rocka, jazzu (szczególnie fusion) i XX-wiecznej awangardy. Instrumentarium stosowane przez grupę oczywiście wykracza poza gitarę, bas i perkusję - obejmuje również flet, pianino, czasem syntezator, a także pełniące bardzo istotną rolę wibrafon i ksylofon.

Album, w oryginalnej wersji, wypełniają cztery rozbudowane kompozycje. Całkowicie instrumentalne (co mocno odróżnia je od Magmy i ogólnie typowego zeuhlu, czy Gentle Giant i większości twórczości Zappy), nie licząc paru wokalnych odgłosów w drugiej połowie płyty. Utwory mają bardzo swobodny charakter, pełno w nich rytmicznych łamańców, dynamicznych skoków i często zmieniających się motywów. Nieprzewidywalne struktury przypominają dokonania Henry Cow. Instrumentaliści nie zapomnieli, że najważniejszy jest efekt całościowy - zadbali o to, aby kolejne motywy logicznie wynikały z poprzednich, dlatego ich mnogość nie wprowadza chaosu, a zachwyca pomysłowością. Klimat albumu jest dość mroczny, jednak gra muzyków nierzadko ma bardzo frywolny charakter, co nasuwa skojarzenia z Zappą i Gentle Giant. Z King Crimson kojarzą się natomiast niektóre partie gitary, przede wszystkim w "Bitonio". Nad całością unosi się natomiast wpływ Magmy, która w podobny - lecz z zupełnie innym efektem - sposób czerpała z jazzu i awangardy.

Wspomniane wcześniej bonusy to przede wszystkim wersje demo, znacznie różniące się od ostatecznych wersji z albumu. Podczas sesji z 1978 ("Arrakis", "Eros") i 1979 roku ("Bitonio", "Arrakis") zespół brzmiał bardziej zeuhlowo (np. krótkie chóralne wokalizy w obu wersjach "Arrakis"), a zarazem silniej słyszalne są wpływy jazzu (obecność saksofonisty Philippe'a Portejoie'a w "Eros" i późniejszej wersji "Arrakis"; partia gitary bardzo w stylu Johna McLaughlina na początku "Bitonio"). Nagrania te dają możliwość przekonania się, jak rozwijały się pomysły zespołu. To cenny dodatek, ale jeszcze ciekawszym bonusem jest nieznana wcześniej kompozycja "Acoustic Fremen" (z 1978 roku), zgodnie z tytułem pokazująca akustyczne, może nawet lekko folkowe wcielenie zespołu - jest to jednak niewiele mniej zakręcone granie, co znane z podstawowego albumu.

Choć lata 80. przyniosły mnóstwo interesującej i wartościowej muzyki z okolic awangardowego rocka progresywnego, skrótowo nazywanego avant-progiem, nie był to czas sprzyjający takiej twórczości. Wykonawcy z tych kręgów działali całkowicie poza mainstreamem i nie mieli żadnych szans na przebicie się, przez co działalność nie była w ogóle opłacalna pod względem materialnym. Nic dziwnego, że wiele grup szybko się poddawało. Tak było i w tym wypadku. Na pewno szkoda, że Dün nie pozostawił po sobie więcej materiału. Jednak ten jeden album całkowicie wystarcza, by podtrzymywać pamięć o takim zespole. "Eros" to jedno z najciekawszych wydawnictw z szeroko pojętej muzyki progresywnej, wyprzedzając swoją kreatywnością i fantastycznym wykonaniem nie jeden bardziej uznany album. Nie jest to oczywiście muzyka, która każdego zainteresuje, ale raczej przez brak chęci muzycznego rozwoju niektórych słuchaczy, niż faktyczną nieprzystępność.

Ocena: 9/10



Dün - "Eros" (1981)

1. L'épice; 2. Arrakis; 3. Bitonio; 4. Eros

Skład: Jean Geeraerts - gitara; Bruno Sabathe - pianino, syntezator; Alain Termolle - wibrafon, ksylofon, instr. perkusyjne; Pascal Vandenbulcke - flet; Thierry Tranchant - bass; Laurent Bertaud - perkusja
Producent: Dün


17 grudnia 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "Super Nova" (1969)



Muzykę jazzową - przynajmniej tę graną z pomocą elektrycznych instrumentów - można podzielić na przed i po "Bitches Brew". Album Milesa Davisa okazał się niezwykle inspirujący, a jego wpływ słychać praktycznie na wszystkich późniejszych wydawnictwach z nurtu fusion. Wielu muzyków, którzy współpracowali w tamtym czasie z trębaczem, założyło własne zespoły, w których rozwijały jego koncepcje. Choć na myśl w pierwszej kolejności przychodzą dokonania Herbiego Hancocka czy grup Mahavishnu Orchestra, Weather Report i Return to Forever, bezsprzecznie pierwszym wydawnictwem czerpiącym z "Bitches Brew" jest solowy album Wayne'a Shortera, "Super Nova".

Zaledwie osiem dni po zakończeniu nagrań na album Davisa, 29 sierpnia 1969 roku, saksofonista zorganizował własną sesję. Zaprosił kilku muzyków, z którymi grał na "Bitches Brew" - Johna McLaughlina, Chicka Coreę (tutaj występującego w nietypowej dla siebie roli... perkusisty) i Jacka DeJohnette'a - a także gitarzystę Sonny'ego Sharrocka, perkusjonalistę Airo Moreirę (obaj wkrótce potem także wsparli Davisa) oraz basistę Miroslava Vitouša. Muzycy zarejestrowali wówczas cztery utwory. O tym, że cała sesja została zorganizowana w pośpiechu, świadczy fakt, że tylko kompozycja "Supernova" była zupełnie nowa. Pozostałe trzy - "Swee-Pea", "Water Babies" i "Capricorn" - zostały po raz pierwszy zarejestrowane już w czerwcu 1967 roku przez tzw. Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa (ale tamtych wersji nie wydano aż do 1976 roku, gdy ukazały się na kompilacji "Water Babies"). Tutaj oczywiście zostały przearanżowane na niemal zupełnie inne, elektryczne instrumentarium i wykonane z większą swobodą, co znacząco zmieniło ich charakter. Wpływ "Bitches Brew" słychać przede wszystkim w brzmieniu (choć tutaj nie jest aż tak potężne), jednak niemalże freejazzowe solówki lidera i jakby proto-no-wave'owe partie gitar dodają unikalności.

Kolejna sesja odbyła się 2 września, w podobnym składzie, ale już bez udziału McLaughlina. Zarejestrowano wówczas tylko dwa nagrania. "More Than Human" ma najbardziej freejazzowo-nowave'owy charakter i doskonale uzupełnia utwory z poprzedniej sesji. Ale już "Dindi" jest nagraniem w nieco innym stylu. To interpretacja standardu bossa nova, autorstwa Antônia Carlosa Jobima. O ile początek i zakończenie, z intrygującymi partiami perkusjonalii na pierwszym planie, pasują do reszty albumu za sprawą gitarowo-saksofonowych dysonansów, tak środkowy fragment - z gitarowo-wokalnym duetem Waltera i Marii Bookerów (występujących tylko w nim) - wydaje się kompletnie wyrwany z kontekstu, jakby przypadkiem ktoś wkleił tu fragment zupełnie innego wydawnictwa. Naprawdę nie rozumiem po co tutaj ta wstawka, nie pasuje ona do niczego, ani nie podoba mi się sama w sobie (ale to pewnie przez ogólną niechęć do muzyki latynoskiej). Może chodziło o wyrównanie długości obu stron płyty winylowej, a muzycy dostarczyli za mało materiału. Tak czy inaczej, trochę psuje to odbiór całości.

Według najbardziej wiarygodnych źródeł, "Super Nova" ukazał się jeszcze w 1969 roku (choć dokładna data lub chociaż miesiąc nie są nigdzie podane), a więc na co najmniej trzy miesiące przed "Bitches Brew", który wydano dopiero pod koniec marca 1970 roku. Jest to oczywiście prawdopodobne, skoro sesje nagraniowe odbyły się na przełomie sierpnia i września, jednak zwykle Blue Note wydawała z większym opóźnieniem (poprzedni album Shortera, "Schizophrenia", ukazał się ponad dwa lata po nagraniu). Możliwe jednak, że przedstawiciele wytwórni po prostu dostrzegli potencjał tego albumu i nowatorstwo, dlatego spieszyli się, żeby wydać go jak najszybciej, może nawet celowo wyprzedzając premierę "Bitches Brew".  

Ocena: 9/10



Wayne Shorter - "Super Nova" (1969)

1. Supernova; 2. Swee-Pea; 3. Dindi; 4. Water Babies; 5. Capricorn; 6. More Than Human

Skład: Wayne Shorter - saksofon sopranowy; Sonny Sharrock - gitara; John McLaughlin - gitara (1,2,4,5); Miroslav Vitouš - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja, zanza; Chick Corea - perkusja, wibrafon; Airto Moreira - instr. perkusyjne; Niels Jakobsen - klawesy; Walter Booker - gitara (3); Maria Booker - wokal (3)
Producent: Alfred Lion


15 grudnia 2018

[Recenzja] Henry Cow - "Concerts" (1976)



Tytuł tego wydawnictwa mówi wszystko. "Concerts" to album koncertowy, zarejestrowany podczas różnych występów. Nagrań dokonano pomiędzy wrześniem 1974, a październikiem 1975 roku. Materiał został ułożony według pewnego klucza. Na pierwszą płytę trafiły utwory wcześniej skomponowane. Wybrano po jednym z każdego studyjnego albumu, a dodatkowo niealbumowy "Ottawa Song" oraz przeróbki "Gloria Gloom" z repertuaru Matching Mole i "Little Red Riding Hood Hits the Road" z solowego albumu Roberta Wyatta, "Rock Bottom". Na drugiej płycie znalazły się natomiast kompletne improwizacje.

Całą pierwszą stronę wypełniają nagrania z sesji dla radia BBC, zarejestrowane w sierpniu 1975 roku i wyemitowane później w audycji Johna Peela. Na drugiej stronie znalazły się natomiast dwa fragmenty ("Bad Alchemy", "Little Red Riding...") występu z maja tego samego roku w New London Theatre, z gościnnym udziałem Wyatta, a także jeden utwór ("Ruins") zarejestrowany w październiku w Palamostre Auditorium we włoskim Udine. Nagrania te pokazują przystępniejszą stronę Henry Cow (do którego składu na stałe dołączyła Dagmar Krause). Czasem niemalże piosenkową ("Ottawa Song", "Gloria Gloom", "Little Red Riding..."), choć nie brakuje też bardziej awangardowych momentów - "Nirvana for Mice" i "Ruins" są w tych wersjach jeszcze bardziej złożone i nieprzewidywalne.

Więcej takiego grania przynosi druga płyta: półgodzinną improwizację "Oslo" (z lipca 1975 roku), a także znacznie krótsze "Groningen" i "Groningen Again" (wrzesień '74, jeszcze bez Krause w składzie) oraz "Udine" (z tego samego występu, co "Ruins"). Wszystkie zostały zatytułowane od miast, w których je zarejestrowano. To już nagrania o bardzo spontanicznym i radykalnym charakterze, inspirowane XX-wieczną awangardą, utrzymane w stylu free improvisation. Nie jest to jednak zwykły zgiełk, a bardzo wyrafinowane improwizacje, wymagające od muzyków doskonałej interakcji. Zresztą oprócz fragmentów brzmiących jak ścieżka dźwiękowa horroru, jest tutaj też wiele prawdziwie pięknych momentów. Warto dodać, że w nagraniach z Groningen słychać zalążki pomysłów rozwiniętych później w kompozycji "Living in the Heart of the Beast" z albumu "In Praise of Learning".

"Concerts" doskonale podsumowuje i dopełnia dyskografię Henry Cow do momentu wydania. Pomimo tego, nie jest to jednak dobry album na początek, gdyż dla większości słuchaczy może okazać się zbyt trudny w odbiorze. O ile pierwsza płyta mogłaby nawet zainteresować fanów głównonurtowego proga, tak druga byłaby dla nich prawdziwym sprawdzianem cierpliwości i wytrzymałości. Do takiej muzyki najlepiej podchodzić stopniowo. Dobrym przygotowaniem będą koncertowe dokonania King Crimson z lat 1972-74, a także twórczość najpopularniejszych przedstawicieli Sceny Canterbury. A gdy już przyjdzie pora na Henry Cow, lepiej najpierw sięgnąć po debiutancki "Legend", a potem słuchać po kolei następnych wydawnictw.

Ocena: 9/10



Henry Cow - "Concerts" (1976)

LP1: 1. Beautiful as the Moon - Terrible as an Army with Banners; 2. Nirvana for Mice; 3. Ottawa Song; 4. Gloria Gloom; 5. Beautiful as the Moon (Reprise); 6. Bad Alchemy; 7. Little Red Riding Hood Hits the Road; 8. Ruins
LP2: 1. Oslo; 2. Groningen; 3. Udine; 4. Groningen Again

Skład: Dagmar Krause - wokal, pianino; Fred Frith - gitara, skrzypce, pianino, ksylofon; Tim Hodgkinson - organy, saksofon altowy, klarnet; Lindsay Cooper - obój, fagot, flet, pianino; John Greaves - bass, pianino, czelesta, wokal; Chris Cutler - perkusja, pianino
Gościnnie: Robert Wyatt - wokal (LP1:6,7)
Producent: Henry Cow


13 grudnia 2018

[Recenzja] Joe Zawinul - "Zawinul" (1971)



Joe Zawinul to jeden z najsłynniejszych jazzowych pianistów i zarazem jeden z pionierów stylu fusion - był wśród pierwszych jazzmanów używających elektrycznego pianina, a następnie syntezatorów. Urodził się w Austrii, gdzie od najmłodszych lat zdobywał klasyczne wykształcenie muzyczne. Z czasem jednak zafascynowała go muzyka jazzowa. Wkrótce po wyjeździe do Stanów, gdzie miał kontynuować naukę w bostońskiej Berklee School of Music, dołączył do zespołu trębacza Maynarda Fergusona (wtedy też po raz pierwszy zetknął się z Wayne'em Shorterem). Niedługo później, w 1961 roku, przeszedł do kwintetu Cannonballa Adderleya, z którym grał do końca lat 60. Tam po raz pierwszy miał okazję grać na elektrycznym pianinie, co zwróciło uwagę Milesa Davisa, który pod koniec dekady nawiązał współpracę z pianistą. Zawinul znacząco wpłynął na kształt albumów "In a Silent Way" i "Bitches Brew". Współpraca nie trwała jednak długo, bo już pod koniec 1970 roku Zawinul i Shorter założyli grupę Weather Report.

Powstanie zespołu poprzedziło nagranie solowego albumu "Zawinul". Sesje nagraniowe odbywały się pomiędzy 6 sierpnia, a 28 października 1970 roku. Wzięli w nich udział tacy muzycy, jak np. Herbie Hancock, trębacz Woody Shaw, grający na perkusjonaliach Jack DeJohnette, Billy Hart i Joe Chambers, basista Miroslav Vitouš (kolejny późniejszy członek Weather Report), wspomniany już Wayne Shorter, oraz oczywiście sam Joe Zawinul. Na repertuar złożyło się pięć kompozycji lidera, w tym dwie nagrane już wcześniej z Davisem - tytułowa z "In a Silent Way" oraz "Double Image", która po raz pierwszy została wydana dopiero w boksie "The Complete 'Bitches Brew' Sessions" (nie licząc alternatywnej wersji "Medley: Gemini/Double Image" z "Live-Evil"). Nie jest tajemnicą, że Zawinul nie był zadowolony z tego, co Miles zrobił z "In a Silent Way" (Słyszałem piękno melodii napisanej przez Joe, ale zaśmiecało ją to całe badziewie. Podczas nagrywania wywaliłem wszystkie zapisy z akordami i kazałem wszystkim grać samą melodię, nic poza tym - wyjaśniał trębacz w swojej autobiografii*), dlatego zapewne zdecydował się nagrać własną wersję.

Materiał zawarty na tym longplayu jest rozwinięciem elektrycznego jazzu z albumu "In a Silent Way". Oba wydawnictwa mają podobny, subtelny klimat. O ile jednak na dziele Davisa był on kontrapunktowany ostrzejszymi partiami gitary Johna McLaughlina i mocniejszą perkusją Tony'ego Williamsa, zdradzając inspirację muzyką rockową, tak na "Zawinul" takie wpływy są praktycznie nieobecne. Brzmienie opiera się na dwóch pianinach elektrycznych, saksofonie sopranowym, trąbce, flecie, dwóch kontrabasach i różnych perkusjonaliach. Instrumentaliści grają bardzo swobodnie, a ich partie interesująco się przeplatają i uzupełniają. Najciekawiej wypada to chyba w czternastominutowym otwieraczu "Doctor Honoris Causa", w którym instrumentalnej wirtuozerii towarzyszy piękny nastrój. Doskonałe otwarcie, bardzo reprezentatywne dla całości. "In a Silent Way" w tej wersji ma bardziej złożoną fakturę, ale czy wyszło to na dobre? Raczej rację miał Davis, podkreślając piękno tej melodii bardziej ascetyczną aranżacją. Co ciekawe, kolejny utwór, "His Last Journey", został zaaranżowany w taki oszczędniejszy sposób i brzmi to naprawę ładnie. W "Double Image" nastrojowe granie z czasem ustępuje miejsca partiom o wręcz freejazzowym charakterze (tutaj najlepiej wykorzystano obecność dwóch basistów). Całość zamyka eksperymentalna miniatura "Arrival in New York".

Album "Zawinul" z pewnością zostanie doceniony przez wszystkich wielbicieli "In a Silent Way" czy wczesnych wydawnictw Weather Report, które są jego bezpośrednią kontynuacją. 

Ocena: 8/10

* Davis M. i Troupe Q., "Miles Davis. Autobiografia", Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017.



Joe Zawinul - "Zawinul" (1971)

1. Doctor Honoris Causa; 2. In a Silent Way; 3. His Last Journey; 4. Double Image; 5. Arrival in New York

Skład: Joe Zawinul - elektryczne pianino, pianino; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Earl Turbinton - saksofon sopranowy (1-3,5); Wayne Shorter - saksofon sopranowy (4); Woody Shaw - trąbka (1,2,4,5); Jimmy Owens - trąbka (3); George Davis - flet (1-3,5); Hubert Laws - flet (4); Miroslav Vitouš - kontrabas; Walter Booker - kontrabas; Billy Hart - instr. perkusyjne;  Joe Chambers - instr. perkusyjne; David Lee - instr. perkusyjne; Jack DeJohnette - melodyka (3), instr. perkusyjne (4)
Producent: Joel Dorn


11 grudnia 2018

[Recenzja] Manuel Göttsching - "Inventions for Electric Guitar" (1975)



Choć na okładce większości wydań "Inventions for Electric Guitar" widnieje nazwa Ash Ra Tempel, jest to w rzeczywistości pierwszy solowy album Manuela Göttschinga. Solowy w bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu, bowiem muzyk nagrał go zupełnie samodzielnie, wykorzystując jedynie gitarę, podłączoną do efektów i odpowiednio spreparowanego magnetofonu. Inspiracją były dokonania twórców minimalistycznej elektroniki, w rodzaju Terry'ego Rileya i Steve'a Reicha.

Dwie około dwudziestominutowe kompozycje, "Echo Waves" i "Plurais", składają się z wielu nakładających się na siebie ścieżek z zapętlonymi dźwiękami gitary i układającymi się w repetycyjne figury rytmiczne, które ulegają stopniowym przekształceniom. W obu nagraniach, pod koniec, pojawiają się bardziej tradycyjne gitarowe solówki, stanowiące łącznik z twórczością Ash Ra Tempel. Odmienny charakter ma krótsza, sześciominutowa "Quasarsphere" - bardziej wyciszona, ambientowa, z przeciągłymi dźwiękami gitary, przypominającymi raczej syntezator. Naturalnie nasuwają się skojarzenia z ówczesną twórczością efemerycznego projektu Fripp & Eno.

"Inventions for Electric Guitar" zawiera muzykę niezwykle wciągającą, intrygującą i hipnotyzującą, zachwycającą kreatywnością i pięknym, krystalicznie czystym brzmieniem gitary. Podczas gdy albumy Ash Ra Tempel ukazują Manuela Göttschinga przede wszystkim jako zdolnego improwizatora i niekonwencjonalnego gitarzystę, ten longplay pokazał go jako jednego z najbardziej wartościowych twórców tzw. progresywnej elektroniki.

Ocena: 8/10



Manuel Göttsching - "Inventions for Electric Guitar" (1975)

1. Echo Waves; 2. Quasarsphere; 3. Pluralis

Skład: Manuel Göttsching - gitara
Producent: Manuel Göttsching


9 grudnia 2018

[Recenzja] Circle - "Paris Concert" (1972)



Circle to efemeryczny zespół istniejący na przełomie lat 1970-71. Powstał po dołączeniu Anthony'ego Braxtona do ówczesnego tria Chicka Corei z Davidem Hollandem i Barrym Altschulem. Kwartet intensywnie koncertował, odbył też kilka studyjnych sesji. Większość studyjnego materiału ukazała się dopiero w 1975 roku, na sygnowanych wyłącznie nazwiskiem Corei albumach "Circling In" i "Circulus". Było to już po sukcesie osiągniętym przez klawiszowca z grupą Return to Forever. Wcześniej wydaniem materiału z czasów Circle zainteresowani byli wyłącznie Japończycy (w 1971 roku wyłącznie u nich ukazały się koncertowy "Circle 1: Live in Germany Concert" i studyjny "Circle 2: Gathering") oraz wytwórnia ECM, której nakładem opublikowany został "Paris Concert".

To ostatnie wydawnictwo, zarejestrowane 21 lutego 1971 roku, pokazuje kwartet u szczytu formy. Muzycy zaproponowali półtoragodzinny, nieskrępowany, bezkompromisowy set, łączący freejazzową ekspresję i inspirację poważną awangardą. Całość rozpoczyna się od kolejnej interpretacji "Nefertiti" Wayne'a Shortera (trio Corei nagrało ten utwór już na albumy "The Song of Singing" i "A.R.C."), tym razem rozbudowanej do blisko dwudziestu minut i nabierającej odmiennego charakteru za sprawą partii Braxtona, przechodzących od melodyjnego tematu do freejazzowych odlotów. Pozostali muzycy również grają bardzo swobodnie i kreatywnie; w grze Chicka wyraźnie słychać inspirację Cecilem Taylorem i powojenną awangardą. "Song for the Newborn" to interesujący solowy popis Hollanda, który w pewnym zaczyna traktować swój kontrabas w zupełnie niekonwencjonalny sposób. Z kolei w "Duet" można podziwiać kreatywność i interakcję Corei i Braxtona, nierzadko ocierających się tu o free improvisation. Swoje pięć minut ma również Altschul, którego perkusyjny popis jest wstępem do interpretacji kompozycji Dave'a Liebmana, "Lookout Farm" (z tak samo zatytułowanego albumu tego saksofonisty), połączonej z "73 Degrees Kelvin" Braxtona. Kwartet proponuje tu dość radykalny free jazz. Trochę subtelniejszego grania pojawia się w również połączonych ze sobą "Toy Room" i "Q & A" - obie to kompozycje Hollanda (pierwsza została wydana na "The Song of Singing", druga znalazła się później na sygnowanym jego nazwiskiem "Conference of the Birds") - choć i tutaj nie brakuje radykalnych odjazdów, jest nawet bardzo swobodny fragment z Coreą grającym na strunach fortepianu. Na zakończenie muzycy zaproponowali 18-minutową interpretację standardu z lat 30., "No Greater Love". Jest to nagranie najbliższe tradycyjnie rozumianego jazzu, choć i tutaj w pewnym momencie robi się bardziej awangardowo.

"Paris Concert" to porywający zapis niezwykle kreatywnego i energetycznego występu. Jednak jego objętość i momentami bardzo radykalny charakter sprawiają, że nie jest to album, którego mógłbym słuchać na co dzień.

Ocena: 9/10



Circle - "Paris Concert" (1972)

LP1: 1. Nefertiti; 2. Song for the Newborn; 3. Duet; 4. Lookout Farm / 73 Degrees Kelvin [Variation 3]
LP2: 1. Toy Room / Q & A; 2. No Greater Love

Skład: Anthony Braxton - saksofony, instr. perkusyjne; Chick Corea - pianino; David Holland - kontrabas, wiolonczela; Barry Altschul - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


7 grudnia 2018

[Recenzja] Soft Machine - "The Peel Sessions" (1990)



Działalność Soft Machine definitywnie zakończyła się w 1978 roku. Wydany trzy lata później pod nazwą zespołu "Land of Cockayne" jest w rzeczywistości solowym albumem Karla Jenkinsa, stylistycznie odległym nawet od "Softs" i "Alive and Well". Z kolei tegoroczny "Hidden Details" został nagrany przez muzyków późniejszych składów (Johna Marshalla, Roya Babbingtona i Johna Etheridge'a, z pomocą Theo Travisa) i jest zwykłym żerowaniem na sentymencie fanów, niezbyt udanym pod względem artystycznym. Warto natomiast zwrócić uwagę na liczne wydawnictwa koncertowe, dokumentujące działalność zespołu z okresu jego rzeczywistej aktywności. Zwłaszcza, że doskonale uzupełniają one podstawową dyskografię, pokazując jak błyskawicznie rozwijała się muzyka zespołu pomiędzy poszczególnymi albumami. Czasem nawet pokazując wcześniej nieznane oblicza Soft Machine.

Jednym z pierwszych archiwalnych wydawnictw (poprzedzonym przez nie do końca satysfakcjonujący "Live at the Proms 1970" z 1988 roku) jest dwupłytowy zestaw "The Peel Sessions", oryginalnie wydany w 1990 roku. To po prostu zbiór wszystkich nagrań, zarejestrowanych przez zespół w studiach BBC, na potrzeby audycji Johna Peela. W sumie zespół odbył sześć takich sesji, z których większość odbyła się pomiędzy czerwcem 1969, a czerwcem 1971 roku. A więc w najsłynniejszym składzie, z albumów "Third" i "Fourth", obejmującym Roberta Wyatta, Mike'a Rattledge'a, Hugh Hoppera i Eltona Deana. Jedynie ostatnia sesja, z listopada 1971 roku, odbyła się już z następcą Wyatta, Philem Howardem.

Szczególnie interesujące są sesje z 1969 roku (częściowo wydane już wcześniej na kompilacji "Triple Echo"), podczas których zespół zaprezentował głównie utwory z jeszcze nawet nie nagranego "Third". W czerwcu zespół, wciąż jako trio (gościnnie wsparte przez saksofonistę Briana Hoppera) zaprezentował wczesne wersje "Moon in June", "Facelift" i "Slightly All the Time" (dwa ostatnie znalazły się na jednej ścieżce, opisanej jako "Facelift") - wyraźnie krótsze i bardziej zwarte od albumowych, ale nie mniej interesujące. I przede wszystkim wyraźnie lepsze jest ich brzmienie. W listopadzie zespół pojawił się w studiu w efemerycznym, siedmioosobowym składzie, z rozbudowaną sekcją dętą (Elton Dean, Lyn Dobson, Nick Evans i Mark Charig). "Mousetrap / Noisette / Backwards / Mousetrap Reprise" to wczesna, znacznie krótsza wersja "Slightly All the Time" z "Third", natomiast "Esther's Nose Job" z "Volume Two" został drastycznie i bardzo ciekawie przearanżowany, prawie całkiem pozbawiono go wokalu, który zastąpiono partiami dęciaków, nadając mu bardziej jazzowy charakter i tym samym upodabniając do utworów z "Third".

Kolejna sesja odbyła się w maju 1970 roku (w składzie zredukowanym do kwartetu), a więc w tym samym czasie, gdy nagrywany był "Third". Zespół zaprezentował wówczas fragmenty pochodzących z niego utworów "Slightly All the Time" i "Out-Bloody-Rageous", a także niewydany na żadnym albumie "Eamonn Andrews" - wszystkie trzy zagrane bez przerw, jako piętnastominutowy, porywający jam. Skrócone, ale za to niesamowicie żywiołowe wykonanie "Virtually" to już efekt grudniowej sesji, niedługo po zakończeniu nagrań na album "Fourth", z którego ten utwór pochodzi. W czerwcu następnego roku odbyła się ostatnia sesja dla Peela z udziałem Wyatta. Zespół wykonał niealbumowy utwór "Neo-Caliban Grides" - bardzo swobodny, zdradzający wpływy free jazzu i davisowskiego fusion - a także psychodeliczny "Dedicated to You But You Weren't Listening" z "Volume II", mocno odbiegający od innych utworów z tej kompilacji. Listopadowa sesja, już z udziałem Howarda, to znane z nagranego (częściowo) w tym składzie "Fifth" utwory "Drop" i "As If". Mocny styl gry perkusisty niekoniecznie pasował do gry pozostałych muzyków, co niestety słychać także w tych dwóch nagraniach. To najsłabsze momenty tego wydawnictwa.

"The Peel Sessions" od kilkunastu lat ma znacznie ciekawszą alternatywę: w 2003 roku ukazały się dwie dwupłytowe kompilacje, "BBC Radio: 1967-1971" i "BBC Radio: 1971-1974", zbierające wszystkie radiowe sesje zespołu, nie tylko te emitowane w audycjach Johna Peela. Wydawnictwa te jeszcze lepiej wzbogacają wiedzę o twórczości zespołu i dla fanów są bezcenne. Dlaczego zatem recenzję poświęciłem nie im, a uboższemu "The Peel Sessions"? Ponieważ to mniej obszerne wydawnictwo może być doskonałym wstępem do Soft Machine dla tych słuchaczy, którzy dopiero planują poznać ten zespół. Z jednej strony jest to całkiem dobre podsumowanie najbardziej ambitnego okresu działalności grupy (przypadającego na albumy "Third", "Fourth" i "Fifth"), a z drugiej - wiele utworów zaprezentowano tu w bardziej przystępnych wersjach; choć nie brakuje też bardziej radykalnych momentów, jak "Neo-Caliban Grides", pokazujących z czym przyjdzie się zmierzyć, po zabraniu się za regularne albumy.

Ocena: 8/10



Soft Machine - "The Peel Sessions" (1990)

CD1: 1. Moon in June; 2. Esther's Nose Job; 3. Mousetrap / Noisette / Backwards / Mousetrap Reprise; 4. Slightly All the Time / Out-Bloody-Rageous / Eamonn Andrews
CD2: 1. Facelift; 2. Virtually; 3. Neo-Caliban Grides; 4. Drop; 5. As If; 6. Dedicated to You But You Weren't Listening

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe (oprócz CD2:6); Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - perkusja (oprócz CD2:4,5), wokal (CD1:1,2); Elton Dean - saksofon altowy i saxello (CD1:2-4, CD2:2-5); Lyn Dobson - saksofon sopranowy i tenorowy (CD1:2,3); Nick Evans - puzon (CD1:2,3); Mark Charig - trąbka i kornet (CD1:2,3); Phil Howard - perkusja (CD2:4,5)
Gościnnie: Brian Hopper - saksofon tenorowy i sopranowy (CD2:2)
Producent: John Walters


Soft Machine - "BBC Radio: 1967-1971" (2003)

CD1: 1. Clarence in Wonderland; 2. We Know What You Mean; 3. Certain Kind; 4. Hope for Happiness; 5. Strangest Scene (aka Lullaby Letter); 6. Facelift / Mousetrap / Noisette / Backwards / Mousetrap Reprise; 7. Moon in June; 8. Instant Pussy; 9. Slightly All the Time / Out-Bloody Rageous / Eamonn Andrews
CD2: 1. Virtually; 2. Fletcher's Blemish; 3. Neo-Caliban Grides; 4. Dedicated to You But You Weren't Listening; 5. Eamonn Andrews / All White; 6. Mousetrap / Noisette / Backwards / Mousetrap Reprise / Esther's Nose Job

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe (oprócz CD2:4); Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - wokal i perkusja; Kevin Ayers - wokal, gitara i bass (CD1:1-5); Elton Dean - saksofon altowy i saxello (CD1:9, CD2:1-3,5,6); Lyn Dobson - saksofon sopranowy i tenorowy (CD2:6); Nick Evans - puzon (CD2:6); Mark Charig - trąbka i kornet (CD2:6)
Gościnnie: Brian Hopper - saksofon tenorowy i sopranowy (CD1:6)
Producent: Bernie Andrews i John Walters


Soft Machine - "BBC Radio: 1971-74" (2003)

CD1: 1. As If; 2. Drop; 3. Welcome to Frillsville; 4. Fanfare / All White / MC / Drop; 5. Stanley Stamp's Gibbon Album; 6. Hazard Profile (Part 1)
CD2: 1. Sinepost; 2. Down the Road; 3. North Point; 4. The Man Who Waved at Trains; 5. Hazard Profile (Parts 1-4)

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Hugh Hopper - bass (CD1:1-4); Elton Dean - saksofon altowy i saxello (CD1:1-3); Phil Howard - perkusja (CD1:1-3); Karl Jenkins - saksofony i elektryczne pianino (CD1:4,5, CD2:1-5); John Marshall - perkusja (CD1:4,5, CD2:1-5); Roy Babbington - bass (CD1:5, CD2:1-5); Alan Holdsworth - gitara (CD2:3-5)
Producent: John Walters i Tom Wilson


5 grudnia 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "Schizophrenia" (1969)



Choć materiał zawarty na "Schizophrenia" został zarejestrowany już w 1967 roku, ukazał się dopiero dwa lata później. Opóźnienie nie było jednak spowodowane jakością tego materiału. Po prostu jazzmani zakontraktowani przez Blue Note tworzyli w takim tempie, że wytwórnia nie nadążała z wydawaniem kolejnych płyt swoich podopiecznych. Zarejestrowanie jednego albumu zwykle zajmowało około dwóch dni. Muzycy po prostu wchodzili do studia, nagrywali na żywo kilka podejść każdego utworu, po czym wystarczyło wybrać najlepsze wersje - żadna studyjna obróbka nie była potrzebna. Sesja nagraniowa "Schizophrenia" zamknęła się w ciągu jednego dnia, 10 marca 1967 roku (a więc odbyła się już ponad pół roku przed wydaniem "Adam's Apple").

Wayne Shorter wrócił tu do bardziej rozbudowanego składu, podobnie jak podczas sesji "The All Seeing Eye". Zresztą Herbie Hancock, Ron Carter, Joe Chambers i saksofonista (tutaj także flecista) James Spaulding zagrali na obu tych albumach. Jedynie miejsce puzonisty tym razem zajął Curtis Fuller (zamiast Grachana Moncura III). No i zabrakło Freddiego Hubbarda. Ponadto, po raz pierwszy w przypadku albumu Shortera nagranego dla Blue Note, producentem nie był Alfred Lion, a Francis Wolff. Sesja miała natomiast tradycyjnie miejsce w studiu Rudy'ego Van Geldera.

Pięć utworów skomponował sam lider, szósty ("Kryptonite") jest autorstwa Spauldinga. Żaden z tych tematów nie stał się standardem, w przeciwieństwie do innej kompozycji Shortera z tamtego okresu, "Nefertiti", którą saksofonista nagrał z kwintetem Milesa Davisa. To jednak wciąż bardzo fajny post-bop, nastawiony na zespołową interakcję, co daje wiele pola do popisu tym doświadczonym i doskonale zgranym muzykom. Najbardziej podobają mi się utwory "Go" i "Kryptonite", za sprawą solówek Spauldinga na flecie, co wnosi pewien powiew świeżości - nie jest to przecież instrument popularny w jazzie, a już na pewno nie takim (kojarzy się raczej ze spiritual jazzem, ewentualnie fusion). Oczywiście na albumie nie brak też porywających popisów Shortera, Hancocka i Fullera, a Carter i Chambers swoją wyrafinowaną grą spajają wszystko w całość. Na wyróżnienie zasługują też ekspresyjne wykonane utwory "Tom Thumb", "Schizophrenia" i "Playground", a ballada "Miyako" przynosi odrobinę potrzebnego wytchnienia.

Pomimo dość psychodelicznej okładki, "Schizophrenia" to album niewykraczający daleko poza post-bopowe ramy. Jednak wykonanie i kompozycje są tu na najwyższym poziomie. Po słabszym, w mojej opinii, "Adam's Apple", ten longplay stanowi powrót Wayne'a Shortera do bardzo wysokiej formy, aczkolwiek pod względem kreatywności nieznacznie ustępuje on "Juju" i "The All Seeing Eye".

Ocena: 8/10



Wayne Shorter - "Schizophrenia" (1969)

1. Tom Thumb; 2. Go; 3. Schizophrenia; 4. Kryptonite; 5. Miyako; 6. Playground

Skład: Wayne Shorter - saksofon tenorowy; James Spaulding - saksofon altowy, flet; Curtis Fuller - puzon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Francis Wolff


3 grudnia 2018

[Recenzja] Tangerine Dream - "Alpha Centauri" (1971)



Drugi album Tangerine Dream przynosi pewne istotne zmiany. Nie mogło być inaczej, skoro znacząco zmienił się skład. Po odejściu Klause'a Schulze'a (do Ash Ra Tempel) i Conrada Schnitzlera (do Kluster), Edgar Froese nawiązał współpracę z klawiszowcem Steve'em Schroyderem i byłym perkusistą Agitation Free, Christopherem Franke'em. Ten ostatni zagrzał miejsce w zespole na dłużej i znacząco przyczynił się do stylistycznego zwrotu w kierunku muzyki elektronicznej. Już na "Alpha Centauri" można usłyszeć jego grę na analogowym syntezatorze VCS3, choć brzmienie albumu wciąż zdominowane jest przez tradycyjne instrumenty, jak organy, flet, pianino, gitara czy cytra.

Zmiany w muzyce zespołu są jednak wyraźnie słyszalne. Zamiast improwizowanych jamów, muzycy kreują kosmiczne pejzaże dźwiękowe. Na album składają się tylko trzy utwory, podpisane przez Froese'a. Zaledwie czterominutowy otwieracz "Sunrise in the Third System" (zainspirowany kompozycją "Song of the Youths" Stockhausena) stanowi swego rodzaju introdukcję, z podniosłym tłem organów oraz pojedynczymi dźwiękami cytry i syntezatora. "Fly and Collision of Comas Sola" to już dłuższy, trzynastominutowy utwór. Początek to wyłącznie syntezatorowe szumy, z czasem prawie całkiem ustępujące miejsca partiom organów, gitary, fletu i pojawiającej się po dłuższym czasie perkusji. Brzmi to trochę jak kolejna wariacja na temat floydowskiego "A Saucerful of Secrets", jednak o zdecydowanie swobodniejszym charakterze. Najważniejszym utworem jest tu jednak tytułowy, trwający ponad dwadzieścia minut i wypełniający całą drugą stronę winylowego wydania. To nagranie najmocniej zapowiada późniejsze dokonania Tangerine Dream, ze swoim ambientowym klimatem i większą rolą elektronicznych efektów, choć nie brakuje też bardziej tradycyjnych dźwięków, głównie pod postacią ładnych partii fletu i organowego tła.

Co ciekawe, podczas sesji nagraniowej "Alpha Centauri" powstało też znacznie bardziej rockowe nagranie "Ultima Thule", kojarzące się z Pink Floyd z czasów Syda Barretta lub grupą Arzachel. Utwór wydano na singlu (gdzie został podzielony na dwie części), a obecnie można go znaleźć na kompaktowych wznowieniach drugiego longplaya Tangerine Dream.

"Alpha Centauri" to album przejściowy, wciąż będący eksperymentalną wariacją na temat rocka psychodelicznego, ale już wyraźnie kierujący się w bardziej elektroniczne rejony. Brzmi to całkiem intrygująco, tak w teorii, jak i praktyce. 

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Alpha Centauri" (1971)

1. Sunrise in the Third System; 2. Fly and Collision of Comas Sola; 3. Alpha Centauri

Skład: Edgar Froese - gitara, organy, bass, efekty; Steve Schroyder - organy, głos, efekty; Christopher Franke - perkusja i instr. perkusyjne, flet, cytra, pianino, syntezator
Gościnnie: Udo Dennebourg - flet, głos; Roland Paulyck - syntezator
Producent: Tangerine Dream


1 grudnia 2018

[Recenzja] Joe Henderson - "The Elements" (1974)



"The Elements" to wyjątkowy album w dorobku Joego Hendersona. Saksofonista postanowił na chwilę zrezygnować ze swoich ówczesnych eksperymentów z fusion i funkiem, a zamiast tego spróbować sił w spiritual jazzie. Udało mu się zebrać fantastyczny skład, obejmujący między innymi Alice Coltrane, basistę Charliego Hadena (znanego z najsłynniejszych albumów Ornette'a Colemana), perkusistę Leona Chanclera (znanego chociażby z występów na "Mwandishi" Herbiego Hancocka i "Love Love" Juliana Priestera) oraz grającego na skrzypcach Michaela White'a (którego można usłyszeć także na "Recorded Live" Johna Handy'ego czy "Thembi" Pharoaha Sandersa).

Sesja nagraniowa odbyła się w ciągu dwóch dni, 15 i 17 października 1973 roku w studiu The Village Recorder w Los Angeles. Przyjęto dość nietypowy dla jazzu sposób nagrywania, bowiem zastosowano overdubbing, a więc niektóre partie instrumentalne zostały dołożone podczas miksowania. W sumie zarejestrowano cztery kompozycje napisane przez lidera. Każda z nich odnosi się do jednego z czterech żywiołów. "Fire" opiera się na bujającej partii basu, wywołującej skojarzenia z tańczącymi płomieniami. Towarzyszy jej bogata aranżacja z przeróżnymi perkusjonaliami oraz solówki kolejno na saksofonie, skrzypcach i harfie. Całość wywołuje skojarzenia z jakimś plemiennym rytuałem. "Air" ma bardziej zwiewny charakter. Swobodne partie perkusjonaliów, kontrabasu i pianina tworzą akompaniament dla długiej, momentami zbliżającej się do freejazzowej ekspresji solówki Hendersona, do którego pod koniec dołącza White. "Water" opiera się z kolei na dronowych partiach tambury, mogących symbolizować fale. Bardziej tym razem stonowane partie kontrabasu i perkusjonalii budują napięcie, a na pierwszy plan wysunięte są przetworzone dźwięki saksofonu. Najbardziej niesamowitym utworem jest "Earth", wywołujący skojarzenia z muzyką starożytną. Hipnotyzujący rytm rozbudowanej sekcji rytmicznej, monotonny podkład tambury i jakby egipska melodia grana na saksofonie, a później także na skrzypcach. Do tego solówka na kontrabasie oraz duet fletu i harfy. Tak bogatego instrumentarium nie było nawet w ówczesnych nagraniach Milesa Davisa. Wszystkie te instrumenty doskonale się uzupełniają i tworzą niezwykle intrygującą całość.

"The Elements" to obok takich albumów, jak "Karma" Pharoaha Sandersa i "Journey in Satchidananda" Alice Coltrane, najwspanialszy przykład rozwinięcia koncepcji uduchowionego jazzu Johna Coltrane'a. Choć w połowie lat 70. potencjał spiritual jazzu mógł wydawać się wyczerpany, Joe Henderson zaproponował bardzo świeże i oryginalne - choć, oczywiście, wiele czerpiące od poprzedników - podejście do tego nurtu. Szkoda tylko, że nie nagrał w tym stylu niczego więcej. Ale to czyni "The Elements" jeszcze bardziej wyjątkowym i niepowtarzalnym dziełem.

Ocena: 9/10



Joe Henderson featuring Alice Coltrane - "The Elements" (1974)

1. Fire; 2. Air; 3. Water; 4. Earth

Skład: Joe Henderson - saksofon tenorowy, flet, flet altowy; Alice Coltrane - instr. klawiszowe, harfa (1,4), tambura (3,4); Michael White - skrzypce (1,2,4); Charlie Haden - kontrabas; Leon "Ndugu" Chancler - perkusja (1,4); Kenneth Nash - instr. perkusyjne, flet (3), głos (4); Baba Duru Oshun - instr. perkusyjne
Producent: Orrin Keepnews