20 marca 2013

[Recenzja] Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)



Zapowiadano album w klimacie "Violator" i "Songs of Faith and Devotion". Nic z tych rzeczy! "Delta Machine" to bezpośrednia kontynuacja trzech poprzednich wydawnictw studyjnych Depeche Mode, a zwłaszcza rozwinięcie brzmienia "Sounds of the Universe", opartego głównie na starych, analogowych syntezatorach. Gitara wciąż jest obecna, ale zwykle mocno wtopiona w elektroniczne dźwięki, przez co czasem trudna do wyłapania. Na albumie dominują jednak przede wszystkim przeróżne, często nietypowe brzmienia syntezatorów. Mam jednak wrażenie, że Martin Gore za bardzo skupił się właśnie na brzmieniu, a nie na samych kompozycjach, które w znacznej części w ogóle nie zapadają w pamięć. Co w przypadku muzyki pop, a do niej przecież należy zaliczyć Depeche Mode, jest sporą wadą.

Gore jest autorem dziesięciu z trzynastu utworów, jakie trafiły na podstawowe wydanie albumu. Pozostałe trzy - "Secret to the End", "Broken" i "Should Be Higher" - zostały napisane przez Dave'a Gahana z pomocą szerzej nieznanego Kurta Uenali. Z wymienionych utworów jedynie ten ostatni na dłużej zapada w pamięć, za sprawą ciekawego klimatu i nietypowej partii wokalnej Gahana. Dwa pozostałe kawałki są... po prostu są i nic z tego nie wynika. Podobny problem dotyczy wielu kompozycji Martina, żeby wspomnieć tylko o "Slow" czy śpiewanym przez niego "The Child Inside" (od czasu "Exciter" utwory z jego wokalem są dla mnie kompletnie nierozróżnialne). Najgorzej wypada jednak "My Little Universe", w minimalistycznej warstwie instrumentalnej zupełnie pozbawiony melodii. Nieco ratuje go partia wokalna, choć ogólnie głos Gahana wypada na całym albumie dość słabo.

Dużo tutaj momentów ocierających się o autoplagiat. "Soft Touch / Raw Nerve" i "Soothe My Soul" brzmią wręcz jak remiksy starszych przebojów - pierwszy "A Question of Time", drugi "Personal Jesus" skrzyżowanego z "John the Revelator". Gdyby nie teksty, naprawdę można by je wziąć za kolejne remiksy, jakich pełno na stronach B singli Depeche Mode - takich, w których uwypukla się taneczny charakter utworów, kosztem melodii. Z kolei partia gitary w "Goodbye" brzmi jak sampel z "Dream On". Do albumu "Exciter" nawiązuje również, skądinąd niezły, "Angel" - zbudowany na podobnej zasadzie, co "Dead of Night", z przesterowaną elektroniką w mocniejszych momentach i nagłymi spokojniejszymi zwolnieniami.

Album zawiera także kilka bardziej udanych utworów. Oprócz wspomnianych "Should Be Higher" i "Angel", są to także powoli się rozkręcający otwieracz "Welcome to My World" oraz zgrabny "Alone". Jednak zdecydowanie najlepszym momentem longplaya jest singlowy "Heaven" - bardzo ładna ballada, na tle całości wyróżniająca się bardziej organicznym akompaniamentem, w którym dominują partie pianina i gitary (zupełnie nietrafionym pomysłem było jednak dodanie sztucznego beatu, zamiast prawdziwej perkusji). To jedyny utworów na tym albumie z naprawdę wyrazistą i dobrą melodią. Choć wybór go na pierwszy singiel wydaje się dość kontrowersyjny - utwór jest zupełnie niereprezentatywny dla całości, odstaje od reszty klimatem i brzmieniem. Trudno tu jednak wskazać utwór, który lepiej nadawałby się na singiel.

Rozszerzone wydanie "Delta Machine" zawiera cztery bonusowe utwory. Napisany wspólnie przez Gore'a i Gahana "Long Time Lie" oraz skomponowany i zaśpiewany przez tego pierwszego "Always" mają dokładnie ten sam problem, co większość podstawowego wydania - kompletny brak wyrazistości. Lepiej prezentują się utwory spółki Gahan/Uenala - "Happens All the Time" i zwłaszcza "All That's Mine" (wydany także na stronie B singla "Heaven"), które brzmieniowo nawiązują do twórczości Depeche Mode z końca lat 80. Nie najgorszy melodycznie "Happens All the Time" mógłby być jednym z mocniejszych punktów podstawowego wydania, za to naprawdę mocny pod tym względem "All That's Mine" przewyższa zdecydowaną większość utworów zespołu z XXI wieku. Nie rozumiem, dlaczego tak dobre utwory skończyły jako bonusy do tak słabego albumu.

"Delta Machine" to jeden z najmniej udanych longplayów Depeche Mode. Zespół zbyt mocno wyeksploatował już swoją obecną stylistykę, do czego dochodzą coraz słabsze kompozycje (choć wciąż zdarzają się przebłyski w rodzaju "Heaven" czy "All That's Mine"). Muzycy znaleźli się w tym momencie kariery, w którym nowe albumy są wyłącznie pretekstem do wyruszenia na kolejną trasę koncertową, w trakcie której wszyscy fani i tak będą czekać tylko na stare przeboje, a nie nowości.

Ocena: 5/10



Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)

1. Welcome to My World; 2. Angel; 3. Heaven; 4 Secret to the End; 5. My Little Universe; 6. Slow; 7. Broken; 8. The Child Inside; 9. Soft Touch / Raw Nerve; 10. Should Be Higher; 11. Alone; 12. Soothe My Soul; 13. Goodbye

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Producent: Ben Hillier


19 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Live at the Filmore East 1970" (2001)



Bardzo interesujący suplement do dyskografii Ten Years After. "Live at the Fillmore East 1970" to fragmenty dwóch występów, jakie grupa dała 27 i 28 lutego 1970 roku w nowojorskim Fillmore East. Połączone tak, aby odzwierciedlić ówczesną setlistę. Repertuar dość mocno pokrywa się z zarejestrowanym trzy lata później "Recorded Live", ale są tu też utwory, których na tamtym wydawnictwie nie uświadczymy. Szczególnie cieszy obecność kompozycji z albumu "Cricklewood Green", który zespół wówczas promował. Reprezentują go trzy utwory: "Working on the Road", oraz rozbudowane wersje "Love Like a Man" i "50,000 Miles Beneath My Brain", pełne fantastycznych popisów Alvina Lee. Zespół zaprezentował także bardzo dobre, rozimprowizowane wersje "I Woke Up This Morning" i "Spoonful". Jeśli zaś chodzi o powtarzające się utwory - z "Good Morning Little Schoolgirl", "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" i "Help Me" na czele - to tutejsze wykonania są równie porywające, co na klasycznym "Recorded Live". Pod względem brzmieniowym jest może odrobinę gorzej, ale wciąż nie jest to jakość bootlegowa, a profesjonalne nagranie. Dla fanów Ten Years After i koncertowych improwizacji o bluesrockowym charakterze - pozycja gorąco polecana.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Live at the Filmore East 1970" (2001)

CD1: 1. Love Like a Man; 2. Good Morning Little Schoolgirl; 3. Working on the Road; 4. The Hobbit; 5. 50,000 Miles Beneath My Brain; 6. Skoobly-Oobley-Doobob; 7. I Can't Keep from Cryin' Sometimes / Extension on One Chord
CD2: 1. Help Me; 2. I'm Going Home; 3. Sweet Little Sixteen; 4. Roll Over Beethoven; 5. I Woke Up This Morning; 6. Spoonful

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


18 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Positive Vibrations" (1974)



"Positive Vibrations" to bardzo przekorny tytuł. Ósmy studyjny album Ten Years After powstawał w negatywnej atmosferze narastającego konfliktu między muzykami, co wkrótce miało doprowadzić do rozpadu grupy. Bez wątpienia wpłynęło też na sam album, który jest dość nierówny - zbyt zróżnicowany stylistycznie i pod względem poziomu poszczególnych utworów.

Nie brakuje tutaj udanych fragmentów. Dobrze wypadają hardrockowe "Nowhere to Run" i "Look into My Life" - oba przebojowe, z niezłymi riffami i świetnymi solówkami Alvina Lee. Bardzo przyjemnym utworem jest tytułowy "Positive Vibrations", przywodzący na myśl "Little Wing" Jimiego Hendrixa, ale mający też wiele wspólnego z balladami Lynyrd Skynyrd. Ciekawym eksperymentem jest natomiast "It's Getting Harder", kojarzący się z muzyką zydeco. Największą perłą jest jednak rozbudowany "Look Me Straight into the Eyes", z długimi fragmentami instrumentalnymi, pełnymi porywających partii gitarowych i klawiszowych.

To jednak dopiero połowa utworów, a pozostałe nie wypadają już tak ciekawie. Dużo tutaj niestety banalnego rock and rolla ("You're Driving Me Crazy", cover "Going Back to Birmingham" Little Richardsa) lub równie trywialnego boogie ("I Wanted to Boogie" - choć tutaj całkiem niezłe są gitarowe solówki). Bluesowy "Stone Me" też nie porywa, jest zbyt monotonny. Ballada "Without You" natomiast pozostawia mieszane uczucia - ma ładną melodię, a solówki Alvina wypadają przepięknie, ale partie wokalne są tu zbyt przesłodzone i banalne, momentami wręcz kiczowate.

"Positive Vibrations" jest zatem albumem udanym ledwie w połowie - jak na zespół tak uzdolnionych muzyków i kompozytorów jest to bardzo słaby wynik. To najsłabszy longplay Ten Years After z wydanych do tamtej pory, wciąż jednak zasługujący na uwagę, ze względu na tę bardziej udaną połowę utworów.

Ocena: 6/10



Ten Years After - "Positive Vibrations" (1974)

1. Nowhere to Run; 2. Positive Vibrations; 3. Stone Me; 4. Without You; 5. Going Back to Birmingham; 6. It's Getting Harder; 7. You're Driving Me Crazy; 8. Look into My Life; 9. Look Me Straight into the Eyes; 10. I Wanted to Boogie

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Ten Years After


17 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Recorded Live" (1973)



"Recorded Live" to drugi koncertowy album Ten Years After. Muzycy wydali go w odpowiedzi na wysyp nieoficjalnych rejestracji ich występów. W zamyśle miał to być "oficjalny bootleg" (takie określenie pojawia się na okładce) i dlatego też nie dokonywano tu żadnych studyjnych dogrywek czy innych poprawek, a tracklista odzwierciedla występy grupy ze stycznia 1973 roku, podczas trasy promującej album "Rock & Roll Music to the World". Choć trzeba dodać, że jest to kompilacja czterech występów, jakie zespół dał przez cztery wieczory pod rząd w Frankfurcie, Rotterdamie, Amsterdamie i Paryżu. Do nagrań użyto słynnego mobilnego studia Rolling Stonesów, dlatego jakość brzmienia jest wyśmienita, bynajmniej nie bootlegowa.

Na żywo zespół wypadał nieporównywalnie lepiej niż w studiu, gdzie muzycy nie potrafili w pełni odtworzyć koncertowej energii. Udowadnia to już pierwsza strona koncertówki, z porywającymi wersjami "One of These Days", "You Give Me Loving" i "Good Morning Little Schoolgirl". Muzycy grają jak natchnieni, doskonale ze sobą współpracując, ale nie unikając solowych popisów. Szczególnie słychać to w instrumentalnej części "Good Morning...", podczas której Alvin Lee i Leo Lyons jednocześnie grają porywające solówki, bez wsparcia pozostałych muzyków, a następnie wraz z nimi wdają się w ekscytującą improwizację. Wersje studyjne pozostają daleko w tyle. A jeszcze więcej zyskały tu utwory z debiutu. Magicznie wypada blues "Help Me" z rewelacyjnie rosnącym napięciem i rozbudowaną, przejmującą solówką Alvina. Z kolei 16-minutowe wykonanie "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" to najwspanialszy przykład koncertowej improwizacji. Rozbudowana część instrumentalna (częściowo wydzielona jako osobny utwór, "Extension on One Chord") zachwyca perfekcyjną interakcją muzyków, ciekawymi zmianami nastroju i ogólną pomysłowością (świetne wplecenie riffu "Sunshine of Your Love"). Na pierwszy plan znów wysuwają się rewelacyjne, rozbudowane solówki Alvina, od pewnego momentu grane na rozstrojonej gitarze, która nabiera dzięki temu miażdżącego ciężaru. Świetną robotę wykonuje tutaj także Chick Churchill i sekcja rytmiczna.

ALe nawet te słabsze pod względem kompozytorskim utwory, czyli rockandrollowe "I'm Going Home" i "Choo Choo Mama", na żywo wypadają całkiem dobrze. Pierwszy z nich został tradycyjnie znacznie rozbudowany. Tutejsza wersja spokojnie może konkurować ze słynnym wykonaniem na Woodstock Festival; Alvin wciąż gra z niesamowitą - zwłaszcza jak na tamte czasy - szybkością. Repertuaru dopełniają utwory niepowtarzające się z żadnym studyjnym albumem. Choć w przypadku "Classical Thing", "Scat Thing" i "Silly Thing" określenie "utwory" są sporym nadużyciem - to tylko krótkie przerywniki, niewiele wnoszące do całości. Z kolei "Hobbit" to "obowiązkowa" solówka perkusyjna (rozpoczęta i zakończona motywem granym przez cały zespół - jak w "Toad" Cream czy "Moby Dick" Led Zeppelin). Nie jestem ich zwolennikiem, ale muszę przyznać, że Ric Lee całkiem nieźle tłucze w bębny. Prawdziwą perłą jest natomiast "Slow Blues in 'C'", o którym (prawie) wszystko mówi tytuł. To pełnoprawny utwór, z partią wokalną i kolejnymi świetnymi popisami instrumentalnymi. Ciężko zrozumieć dlaczego tak dobry utwór nie został umieszczony na żadnym albumie studyjnym, podczas gdy trafiały na nie znacznie słabsze kawałki. Szczerze jednak mówiąc, nie sądzę, żeby w wersji studyjnej wypadł równie dobrze. Ciężko byłoby odtworzyć ten koncertowy autentyzm i spontaniczność.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy dokładniej zagłębiłem się w dyskografię Ten Years After, przeoczyłem ten album. Odkryłem go dopiero kilka tygodni temu i już przy pierwszym przesłuchaniu stał się jedną z moich ulubionych koncertówek - bez wątpienia znalazłby się w pierwszej dziesiątce listy, może i pierwszej piątce. Obok takich słynnych pozycji, jak "At Fillmore East", "Irish Tour '74", czy "Band of Gypsys".

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Recorded Live" (1973)

LP1: 1. One of These Days; 2. You Give Me Loving; 3. Good Morning Little Schoolgirl; 4. Hobbit; 5. Help Me
LP2: 1. Classical Thing; 2. Scat Thing; 3. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 1); 4. Extension on One Chord; 5. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 2); 6. Silly Thing; 7. Slow Blues in 'C'; 8. I'm Going Home; 9. Choo Choo Mama

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


16 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)



Pomimo sukcesu - artystycznego i komercyjnego - albumu "A Space in Time", muzycy Ten Years After nie zamierzali iść dalej w obranym na nim kierunku. "Rock & Roll Music to the World" to stylistyczny powrót do korzeni, czyli do bluesa i - zgodnie z tytułem - rock and rolla. To pierwsze bardzo cieszy, drugie już niekoniecznie. Nie mam nic przeciwko rock and rollowi, bo to przecież on jest podstawą muzyki rockowej. Ale tego typu granie było dobre w latach 50. i w pierwszej połowie kolejnej dekady. Na początku lat 70. brzmiało już dość archaicznie. Oczywiście czasem z takich inspiracji wychodziło coś fajnego (najbardziej oczywisty przykład - "Rock and Roll" Led Zeppelin), ale przeważnie były to banalne kawałki, znacznie poniżej kompozytorskich i wykonawczych umiejętności danego wykonawczy. Tak jest niestety w przypadku Ten Years After i tego albumu. A niestety tego typu grania jest tu całkiem sporo - prawie cała druga strona winylowego wydania jest utrzymana w tym stylu.

Bardzo dobrze wypada natomiast bluesowa strona A. To naprawdę świetne granie, począwszy od porywającego bluesrockowego czadu "You Give Me Loving" (z jak zwykle rewelacyjną w tego typu kawałkach grą Alvina Lee i Chicka Churchilla, oraz rozbujaną sekcją rytmiczną), przez nieco łagodniejszy, ale wciąż energetyczny "Convention Prevention" (który za sprawą gitary akustycznej przywołuje echo poprzedniego longplaya) i bardziej klasyczny blues "Turned-Off TV Blues", aż po niesamowity "Standing at the Station" - ponad siedmiominutową kompozycję, z klimatyczną częścią wokalną, a potem długimi, porywającymi solówkami, najpierw na klawiszach, a następnie na gitarze. Gdyby druga strona longplaya była równie dobra, można by mówić o albumie na poziomie "Cricklewood Green". Niestety, jak już wspominałem, dominuje na niej nijakie, rockandrollowe granie. Wyjątek stanowi kompozycja "Religion" - dość zgrabny, łagodniejszy utwór o lekko psychodelicznym klimacie, ze świetnymi solówkami Alvina i partiami organów, które momentami brzmią jak z płyt Deep Purple.

"Rock & Roll Music to the World" potwierdza mój zarzut wobec zespołu, o którym wspominałem już w recenzji "Watt" - muzycy Ten Years After zdecydowanie za często nagrywali kolejne albumy studyjne. Alvin Lee i spółka potrafili komponować świetne utwory - co potwierdza także ten longplay - ale w niewystarczająco szybkim tempie, aby przy takiej częstotliwości nowych wydawnictw uniknąć na nich wypełniaczy i pomyłek.

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)

1. You Give Me Loving; 2. Convention Prevention; 3. Turned-Off TV Blues; 4. Standing at the Station; 5. You Can't Win Them All; 6. Religion; 7. Choo Choo Mama; 8. Tomorrow I'll Be Out of Town; 9. Rock & Roll Music to the World

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


15 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "A Space in Time" (1971)



Na "A Space in Time" znalazł się największy przebój w karierze Ten Years After - "I'd Love to Change the World". Będący zarazem jednym z fajniejszych utworów w repertuarze grupy. Bardzo energetyczny, z chwytliwą melodią, oraz ciekawym zestawieniem niemal folkowych partii gitary akustycznej i stricte rockowych, porywających solówek Alvina Lee na "elektryku". Niestety, ze względu na obecność tylko jednego gitarzysty w składzie, na żywo utwór wypadał nieco słabiej i pewnie dlatego zespół rzadko wykonywał go podczas koncertów. Za to jako singiel sprawdził się idealnie, nie tylko ze względu na przebojowy charakter - był po prostu doskonałą zapowiedzią "A Space in Time", pokazującą jaką ewolucję przeszedł styl zespołu.

Jest to bowiem longplay łagodniejszy, bardziej wyciszony od wcześniejszych wydawnictw Ten Year After. Bardzo dużo tutaj brzmień akustycznych. W "Hard Monkeys", "Once There Was a Time" i "I've Been There Too" są one dopełniane gitarą elektryczną, sekcją rytmiczną i pianinem. Ale znalazł się tutaj także bardzo nastrojowy, przepiękny "Here They Come", który w całości opiera się na akompaniamencie gitary akustycznej, wspartej tylko basem i sporadycznymi klawiszowymi ozdobnikami. Z kolei w sielskim "Over the Hill" całe instrumentarium ogranicza się do "akustyka" i... skrzypiec. Aż trudno uwierzyć, że to utwór Ten Years After.

Na szczęście zespół nie zrywa tutaj całkiem z przeszłością. Znalazło się tu miejsce także dla odrobiny rock and rolla (banalny "Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You") i jazzu ("Uncle Jam"), jest też mała, lecz smakowita porcja blues rocka, w postaci utworu "One of These Days". Opartego na typowo bluesowych zagrywkach gitary i zawierającego również bardzo bluesową solówkę na harmonijce; zagranego jednak z hardrockowym ciężarem, równoważonym przez przyjemne organowe tło. To jeden z najlepszych fragmentów longplaya, ale to nie powinno dziwić, bo przecież zespół zawsze był dobry w takich klimatach. Bardzo interesującym utworem jest także "Let the Sky Fall", napędzany bluesowym motywem (nie tak odległym od riffu "Good Morning Little Schoolgirl"), ale wyróżniający się bardziej psychodelicznym nastrojem, tworzonym przez transową partię basu i różne efekty dźwiękowe.

"A Space in Time" to jeden z ciekawszych albumów Ten Years After. Zespół odświeżył tutaj swój styl, nie odcinając się całkowicie od swojej przeszłości. Choć pod względem kompozytorskim album jest dość nierówny i obok naprawdę bardzo dobrych utworów są też mniej porywające, a jeden ("Baby...") zdecydowanie odstaje poziomem na minus. Mimo tego, całości słucha się bardzo przyjemnie.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "A Space in Time" (1971)

1. One of These Days; 2. Here They Come; 3. I'd Love to Change the World; 4. Over the Hill; 5. Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You; 6. Once There Was a Time; 7. Let the Sky Fall; 8. Hard Monkeys; 9. I've Been There Too; 10. Uncle Jam

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Del Newman - aranżacja instr. smyczkowych (4)
Producent: Ten Years After


13 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Watt" (1970)



"Watt" to jeden z mniej popularnych i słabiej ocenianych albumów Ten Years After. Co prawda sprzedawał się równie dobrze, co poprzednie albumy grupy, ale nie przyniósł grupie żadnego przeboju ani koncertowego klasyka. Choć w sumie na brak dobrych utworów nie można narzekać.

Świetnie wypada otwieracz - "I'm Coming On" to potężna dawka energii, z niezłą melodią, oraz porywającymi gitarowymi popisami Alvina Lee i intensywnym podkładem rytmicznym. Całkiem niezły jest również "I Say Yeah", także energetyczny, choć nieco lżejszy brzmieniowo (większą rolę odgrywają klawisze Chicka Churchilla), z nieco funkową rytmiką i ocierającą się o jazz częścią instrumentalną. Wpływy jazzowe słychać także w "Going Run" i "She Lies in the Morning". W obu pojawiają się porywające jazzrockowe improwizacje, a drugi z nich ponadto wyróżnia się niesamowicie chwytliwą częścią "piosenkową". To najlepszy fragment całości, ex aequo z "Think About the Times" - rewelacyjną balladą z natchnioną grą instrumentalistów i takimże śpiewem Alvina, świetną melodią, oraz fantastycznym nastrojem.

Ogólnie można jednak odnieść wrażenie, że zespół za szybko wydał ten album, nie mając wystarczającej ilości pomysłów. Bo chyba tylko tak można wytłumaczyć obecność zarejestrowanego na żywo (podczas festiwalu Isle of Wight w sierpniu 1970 roku) coveru "Sweet Little Sixteen", który zresztą niespecjalnie odbiega od oryginalnej wersji Chucka Berry'ego. W dodatku jakość nagrania jest wręcz bootlegowa... A i studyjne utwory nie zawsze trzymają poziom. "My Baby Left Me" zdaje się być kompletnie wymuszonym kawałkiem, banalnym i dość chaotycznym. Zespół powinien dłużej popracować także nad "The Band With No Name", który ma całkiem ciekawy klimat (kojarzący się z westernami), ale kończy się po zaledwie półtorej minuty. Nawet jak na miniaturkę, ewidentnie tu czegoś brakuje - jakiegoś rozwinięcia i zakończenia.

"Watt" jest dość wyjątkowym albumem. Z jednej strony słychać, że muzycy Ten Years After mieli w tamtym czasie sporo świetnych pomysłów. Z drugiej zaś strony, zabrakło im czasu, aby wszystkie te pomysły dobrze zrealizować. W efekcie powstał album mający do zaoferowania sporo fajnych kawałków, ale nietrzymający równego poziomu, zawierający też kilka wpadek. Posłuchać zdecydowanie warto, byle tylko nie nastawiać się na kolejny "Cricklewood Green" lub "Ssssh".

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Watt" (1970)

1. I'm Coming On; 2. My Baby Left Me; 3. Think About the Times; 4. I Say Yeah; 5. The Band With No Name; 6. Gonna Run; 7. She Lies in the Morning; 8. Sweet Little Sixteen (live)

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


12 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Cricklewood Green" (1970)



"Cricklewood Green" to jeden z największych sukcesów - artystycznych i komercyjnych - Ten Years After. Pod względem stylistycznym album jest bardziej zróżnicowany od swojego poprzednika, "Ssssh", ale zarazem bardziej spójny od "Stonedhenge". Muzykom udało się znaleźć własne brzmienie, dzięki któremu zachowują rozpoznawalność, mimo poruszania się po różnych stylach. Przeważającym elementem oczywiście wciąż jest blues, ale już nie pełni tak dominującej roli, jak na "Ssssh", nie wspominając nawet o debiutanckim "Ten Years After".

Longplay rozpoczyna się od dwóch bardzo energetycznych i przebojowych kawałków - "Sugar the Road" i "Working on the Road". Wszystko jest tutaj na właściwym miejscu: ostre, porywające partie gitary Alvina Lee, przyjemne organowe tło Chicka Churchilla, a także ta sprawna gra Leo Lyonsa i Rica Lee. Ciekawostką jest użycie syntezatora we wstępie pierwszego z tych utworów - w chwili wydania tego albumu wciąż było to coś innowacyjnego i odważnego, jak na rockowy zespół. "50,000 Miles Beneath My Brain" to już bardziej złożona kompozycja. Utwór rozpoczyna się spokojnie, nastrój jest nieco senny, ale muzycy stopniowo zaostrzają swoje parte, a nad całością unosi się psychodeliczny klimat. Słabiej na tle całości wypada "Year 3,000 Blues", zdradzający wpływy country i akustycznego bluesa. Na szczęście to jedyny utwór odstający poziomem od reszty.

O swojej fascynacji jazzem zespół przypomina w "Me and My Baby". Utwór jest prawdziwym popisem wszystkich muzyków - długie solówki na gitarze i pianinie fantastycznie zazębiają się ze swingującą grą sekcji rytmicznej. "Love Like a Man" to kolejny majstersztyk. Rewelacyjny motyw przewodni, wspaniała linia melodyczna i długa część instrumentalna z porywającą improwizacją muzyków. Utwór był pierwszym singlowym przebojem Ten Years After (choć w znacznie gorszej wersji, skróconej z prawie ośmiu minut do trzech). Po tak ekscytującym nagraniu przydaję się chwila wytchnienia w postaci uroczego "Circles", zdradzającego wpływy folkowe. A na zakończenie czeka jeszcze jedna perełka - "As the Sun Still Burns Away", oparty na "skradającym się" motywie, najpierw granym tylko na basie, później unisono z gitarą i organami. Fantastyczne solówki Alvina pomagają budować intrygujący nastrój.

Ze wszystkich studyjnych albumów Ten Years After właśnie "Cricklewood Green" najbliższy jest ideału. Nie licząc jednego utworu, wszystkie pozostałe prezentują bardzo wysoki poziom, zaś razem składają się na naprawdę rewelacyjny album. Album różnorodny, a zarazem całkiem spójny.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Cricklewood Green" (1970)

1. Sugar the Road; 2. Working on the Road; 3. 50,000 Miles Beneath My Brain; 4. Year 3,000 Blues; 5. Me and My Baby; 6. Love Like a Man; 7. Circles; 8. As the Sun Still Burns Away

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Alvin Lee


11 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Ssssh" (1969)



"Ssssh" to pierwszy album Ten Years After, który został doceniony także po drugiej stronie Atlantyku. Zapewne był to efekt udanego występu grupy na festiwalu Woodstock, który zbiegł się w czasie z premierą longplaya (w sierpniu 1969 roku). Sukces szedł jednak w tym przypadku w parze z artystyczną wartością. "Ssssh" idealnie wpasował się w swój czas. Zespół wrócił tu do swoich bluesowych korzeni (od których oddalił się nieco na wydanym kilka miesięcy wcześniej, także w 1969 roku, "Stonedhenge"), a jednocześnie zabrzmiał ostrzej i ciężej niż kiedykolwiek wcześniej, zbliżając się do zyskującego wówczas coraz większą popularność hard rocka. Ale nie zabrakło tu eksperymentów z innymi stylami - choć tym razem są bardziej przemyślane i nie szkodzą spójności albumu.

Dwa kluczowe punkty albumu to utwory kończące każdą ze stron winylowego wydania. "Good Morning Little Schoolgirl" to porywające opracowanie bluesowego standardu, oryginalnie nagranego przez Sonny'ego Boya Williamsona w 1937 roku. W wersji Ten Years After utwór zyskał hardrockową energię i ciężar, fantastyczny riff, oraz rozbudowaną, improwizowaną część instrumentalną (z popisami Alvina Lee i Leo Lyonsa), ale także rewelacyjną, chwytliwą melodię. To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów grupy, a właściwie całego brytyjskiego blues rocka. Równie porywający jest finałowy "I Woke Up This Morning" - ciężki, dwunastotaktowy blues, jakiego nie powstydziliby się w tamtym czasie muzycy Led Zeppelin. Także w tym przypadku porywające popisy muzyków (szczególnie długie solówki Alvina) i świetna melodia, czynią ten utwór wybitnym

A reszta albumu wcale nie zostaje w tyle. Sporą dawkę energii, przebojowości, ciężaru i wirtuozerskich solówek przynoszą także "Stoned Woman" i rozpędzony otwieracz "Bad Scene". Ale, jak wspomniałem we wstępie, longplay zawiera także utwory odmienne stylistycznie. "Two Time Mama" i "The Stomp" mają zdecydowanie więcej wspólnego z "prawdziwym" bluesem - pierwszy w nieco folkowej odmianie, drugi w teksańskiej. Króciutki, niespełna dwuminutowy "I Don't Know That You Don't Know My Name", oparty na brzmieniach akustycznej, to z kolei stricte folkowe nagranie. Wyróżniające się przepiękną partią wokalną Alvina. Balladowo rozpoczyna się również "If You Should Love Me", ale ten utwór stopniowo nabiera coraz większej mocy. W końcu większą rolę odgrywa Chick Churchill, z fantastyczną partią organów. Znów jednak najwięcej uwagi przyciąga Alvin Lee, zarówno ekspresyjną partią wokalną, jak i gitarowymi popisami.

Nie jestem pewien, czy "Ssssh" to najlepszy studyjny album Ten Years After, ale z pewnością najrówniejszy z tych dobrych. Spójny zarówno pod względem stylistycznym (mimo pewnego zróżnicowania), jak i - co ważniejsze - poziomu poszczególnych utworów. Nie ma tu słabych ani średnich kompozycji - są tylko dobre, bardzo dobre i wybitne.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Ssssh" (1969)

1. Bad Scene; 2. Two Time Mama; 3. Stoned Woman; 4. Good Morning Little Schoolgirl; 5. If You Should Love Me; 6. I Don't Know That You Don't Know My Name; 7. The Stomp; 8. I Woke Up This Morning

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Chris Wright


10 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Stonedhenge" (1969)



"Stonedhenge" to najbardziej eklektyczny album Ten Years After. Zespół chętnie w tamtym czasie eksperymentował z jazzem czy psychodelią, co świetnie słychać już w rozpoczynającym longplay "Going to Try". Mimo dość krótkiego czasu trwania, utwór pełen jest zmian nastroju i dynamiki; przeplatają się w nim wpływy różnych stylów. Z drugiej strony utwór posiada także bardzo melodyjną linię wokalną - Alvin Lee daje tutaj naprawdę świetny popis swoich możliwości wokalnych. W warstwie muzycznej najbardziej błyszczy natomiast klawiszowiec Chick Churchill, grający charakterystyczny motyw na pianinie, będący jedynym powracającym fragmentem, a także długie psychodeliczne solo na organach. Innym nietypowym utworem jest ośmiominutowy "No Title", z bardzo eksperymentalną częścią instrumentalną, umieszczoną między klamrą w postaci klimatycznego wstępu i zakończenia, w której znów uwagę przyciąga świetny śpiew Alvin.

Na albumie znalazły się też bardziej konwencjonalne utwory, jak jazzujący blues "Woman Trouble", czy boogie "Hear Me Calling". Jest jeszcze subtelny "A Sad Song", w którym muzycy intrygująco budują napięcie, oraz rozpędzony "Speed Kills", z gitarową solówką Alvina Lee, która potwierdza jego status ówczesnego "najszybszego gitarzysty świata". I to by było na tyle, bowiem pozostałe cztery tytuły to około minutowe miniaturki, w których każdy muzyk po kolei prezentuje swoje umiejętności: "I Can't Live Without Lydia" to klawiszowy popis Chicka Churchilla; w "Skoobly-Oobly-Doobob" wokaliza Alvina Lee naśladuje partię gitary; "Three Blind Mice" to perkusyjna solówka Rica Lee; natomiast "Faro" jest basowym popisem Leo Lyonsa. Niestety żadna z tych miniaturek nie wnosi do albumu niczego ciekawego. Żadnego z tych popisów nie można nazwać porywającym.

"Stonedhenge" to dziwny album. Pokazuje, że muzycy mieli spore ambicje, jednak nie do końca wiedzieli jak je zrealizować. Utwory nie układają się w spójną całość, każdy z nich utrzymany jest w innym stylu. Poszczególne kompozycje (poza miniaturkami) trzymają co najmniej przyzwoity poziom, a niektóre, jak "Going to Try" czy "A Sad Song", znacznie wybijają się ponad średnią. W sumie jest to więc album warty poznania.

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Stonedhenge" (1969)

1. Going to Try; 2. I Can't Live Without Lydia; 3. Woman Trouble; 4. Skoobly-Oobly-Doobob; 5. Hear Me Calling; 6. A Sad Song; 7. Three Blind Mice; 8. No Title; 9. Faro; 10. Speed Kills

Skład: Alvin Lee - wokal, gitara, pianino; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon


9 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Undead" (1968)



Muzycy Ten Years After bardzo wcześnie zdecydowali się na wydanie pierwszego albumu koncertowego - mniej niż rok po studyjnym debiucie. Na szczęście znalazł się tutaj zupełnie inny materiał, niepowtarzający się ani z pierwszym, ani kolejnymi studyjnymi longplayami grupy. Nagrań dokonano 16 maja 1968 roku w małym londyńskim klubie jazzowym Klooks Kleek. Miejsce bynajmniej nie było przypadkowe, bo choć zespół kojarzony jest przede wszystkim z blues rockiem, w początkach kariery muzycy inspirowali się także jazzem. Nieśmiało dali temu wyraz na debiucie (miniaturka "Adventures of a Young Organ"), a w pełni potwierdzili właśnie na "Undead". Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają dwie rozbudowane jazzrockowe kompozycje. Najpierw rozbrzmiewa dziesięciominutowy "I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always", a następnie niewiele krótsza wersja "Woodchopper's Ball" z repertuaru amerykańskiego jazzmana Woody'ego Hermana. Oba opierają się na typowo jazzowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej akompaniament dla świetnych popisów instrumentalnych - błyszczy w nich przede wszystkim Alvin Lee, grający długie i skomplikowane solówki, choć Chick Churchill i Leo Lyons też dostają czas na zaprezentowanie swoich umiejętności.

Druga strona albumu nie robi już tak wielkiego wrażenia. Wolna ballada bluesowa "Spider in My Web" (pochodzący ze strony B debiutanckiego singla grypy, "Rock Your Mama") wypada bardzo stereotypowo, schematycznie. Oczywiście, przyjemnie się jej słucha, a solówki Alvina są jak zwykle porywające, ale nie wyróżnia się ona niczym szczególnym przy niezliczonej ilości podobnych utworów. Całkiem ciekawie wypada instrumentalne podejście do arii "Summertime" George'a Gershwina, ale niestety jest to tylko krótki wstęp do "Shantung Cabbage", czyli perkusyjnej solówki Rica Lee, która kompletnie nie robi na mnie wrażenia, a wręcz nuży (zresztą jak większość perkusyjnych solówek). Całości dopełnia natomiast jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli "I'm Going Home" (którego wersja studyjna została niemal równolegle wydana na singlu). Brawurowe wykonanie tego utworu rok później na festiwalu Woodstock znacznie zwiększyło zainteresowanie grupą, a Alvin Lee został okrzyknięty "najszybszym gitarzystą świata". W tutejszej wersji jego solówki są krótsze (całe wykonanie trwa kilka minut mniej), ale także ekscytujące. Sama kompozycja jest jednak dość miałka - to prosty, bardzo typowy rock and roll.

"Undead" to w sumie całkiem ciekawe wydawnictwo, z którym na pewno warto się zapoznać. Poziom jest co prawda nierówny, jednak muzycy zasługują na pochwałę za to, że zaprezentowali tu wyłącznie niealbumowe utwory. Choć z drugiej strony jeden czy dwa dobrze wybrane utwory z debiutu mogłyby podnieść poziom tej koncertówki*.

Ocena: 8/10

* Na reedycjach albumu znalazły się ciekawe wykonania "Spoonful" (nieco cięższe od wersji studyjnej) i "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" (który za sprawą długich, porywających improwizacji rozrósł się do ponad siedemnastu minut). Pozostałe bonusy to wspominany "Rock Tour Mama" - niewyróżniający się niczym szczególnym rock and rollowy kawałek - oraz "Standing at the Crossroads", czyli przeróbka "Cross Road Blues" Roberta Johnsona (niestety nie tak porywająca, jak wersja Cream). Wszystkie bonusy zostały zarejestrowane podczas tego samego występu.



Ten Years After - "Undead" (1968)

1. I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always; 2. Woodchopper's Ball; 3. Spider in My Web; 4. Summertime / Shantung Cabbage; 5. I'm Going Home

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon


8 marca 2013

[Recenzja] Ten Years After - "Ten Years After" (1967)



Przed dwoma dniami dotarła do mnie smutna informacja o śmierci Alvina Lee (właśc. Grahama Anthony'ego Barnesa), najbardziej znanego jako śpiewający gitarzysta Ten Years After. Lee był jednym z współzałożycieli ten nieco zapomnianej dziś grupy. I to właśnie on w znacznej mierze odpowiadał za jej największe sukcesy, poczynając od występu na festiwalu Woodstock w 1969 roku (ze zjawiskową solówką Alvina podczas "I' Going Home"), a kończąc na szeregu udanych albumów z pierwszej połowy lat 70., które przyniosły kilka przebojowych singli.

Ten Years After był jednym z pierwszych brytyjskich zespołów bluesrockowych. Wcześniej zadebiutowali tylko John Mayall, Cream i Savoy Brown. Debiut grupy ma oczywiście wiele wspólnego z pierwszymi albumami wymienionych wykonawców. Jak przeniesienie bluesowych patentów na rockowy grunt, czy obecność urockowionych wersji bluesowych standardów. Czymś oryginalnym było natomiast umieszczenie kilku dłuższych utworów o bardziej swobodnej, wręcz spontanicznej strukturze. Na debiutach Mayalla i Savoy Brown nie było takich utworów, a na "Fresh Cream" tylko jeden - "Spoonful". Zresztą utwór ten pojawia się także tutaj. W odrobinę krótszej wersji niż "kremowa", choć wciąż ponad dwukrotnie dłuższej od oryginalnego wykonania Howlin' Wolfa. Główne różnice, między oboma coverami, to partia organów (u TYA) zamiast harmonijki, oraz zupełnie inne popisy gitarowe - w obu jednak przypadkach wspaniałe; ponadto tutejsza wersja brzmi odrobinę lżej i bardziej pogodnie. Ciekawie rozbudowany i przearanżowany został także "I Can't Keep from Crying Sometimes" (oryginalnie nagrany rok wcześniej przez Ala Koopera). Najlepszym przykładem niczym nieskrępowanego grania jest natomiast finałowy "Help Me" - ponad dziewięciominutowy blues (z dorobku Sonny'ego Boya Williamsona II), którego sporą część stanowią porywające popisy Alvina Lee. Takiego utworu nie było do tamtej pory na żadnym brytyjskim albumie studyjnym.

Alvin Lee (19.12.1944 - 6.3.2013)

Reszta albumu, w większości autorstwa Lee, to już utwory zdecydowanie krótsze, mieszczące się w przedziale czasowym od dwóch do trzech minut. Utwory te są bardzo zróżnicowane: od energetycznego otwieracza "I Want to Know" (z repertuaru krótko istniejącej grupy Powerhouse, w skład której wchodzili m.in. Eric Clapton, Jack Bruce i Steve Winwood), przez jazzująco-psychodeliczny instrumental "Adventures of a Young Organ" i zahaczający o muzykę country "Losing the Dog", po klasyczny chicagowski blues "Don't Want You Woman". Gdzieś pomiędzy pojawiają się jeszcze typowo bluesrockowe kawałki "Feel It for Me" i "Love Until I Die". To całkiem przyjemne utwory, choć daleko im do trzech wspomnianych na początku. Może z wyjątkiem "Adventures of a Young Organ", w którym zachwycają klawiszowe partie Chick Churchill, a także krótkie, lecz efektowne solówki Alvina Lee i basisty Leo Lyonsa. W pozostałych krótszych utworach brakuje właśnie takich porywających solówek i pewnej spontaniczności.

Debiut Ten Years After, mimo wspomnianych drobnych zastrzeżeń, pozostawia bardzo dobre wrażenie. Mimo sporej różnorodności całość brzmi całkiem spójnie. A w kilku utworach muzycy pokazali ogromny talent do grania takiej muzyki, z miejsca stając się jednym z najlepszych i najbardziej ekscytujących zespołów bluesrockowych.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Ten Years After" (1967)

1. I Want to Know; 2. I Can't Keep from Crying Sometimes; 3. Adventures of a Young Organ; 4. Spoonful; 5. Losing the Dogs; 6. Feel It for Me; 7. Love Until I Die; 8. Don't Want You Woman; 9. Help Me

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon i Gus Dudgeon


7 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Clockwork Angels" (2012)



Pierwsza zapowiedź tego albumu ukazała się już w czerwcu 2010 roku. Singiel z utworami "Caravan" i "BU2B" zaostrzył apetyt na więcej, bo trio już dawno nie nagrało tak dobrych kawałków (co najmniej od czasu "Test for Echo" z 1996 roku). Oba zwracają uwagę całkiem chwytliwymi melodiami, nie do końca oczywistymi strukturami, świetną pracą sekcji rytmicznej oraz może nie tak finezyjną, jak dawniej, ale solidną grą Alexa Lifesona. Jednak na pełen album przyszło jeszcze trochę poczekać. "Clockwork Angels" ukazał się równo dwa lata i tydzień później. Premierę poprzedził jeszcze jeden singiel, wydany w kwietniu "Headlong Flight". To była już zdecydowanie mniej udana zapowiedź. Za dużo tutaj topornego riffowania i prawie metalowego ciężaru, melodycznie jest niezbyt ciekawie, jedynie gra sekcji rytmicznej trzyma wysoki poziom. W wersji albumowej "Headlong Flight" jest nieco dłuższy, ale przez to bardziej męczący.

Niestety, album jako całość nie zachwyca. Nic dziwnego, że muzycy tak długo go nagrywali, bo wyraźnie nie udało im się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, który dopadł ich jeszcze w latach 80. "Caravan" i "BU2B" to najwyraźniej przypadkowy przebłysk weny. Do ich poziomu zbliża się tylko energetyczny, chwytliwy "The Anarchist", który przywołuję odrobinę starego Rush z okresu, powiedzmy, "Pernament Waves". "Headlong Flight" od biedy można zaliczyć do bardziej udanych momentów longplaya - zresztą dałoby się uratować ten kawałek, gdyby Lifeson dał sobie spokój z metalowym napieprzaniem i wrócił do swojego charakterystycznego brzmienia z przełomu lat 70./80. A poza tym, jest tu bardzo nijako. Kolejne toporne, podmetalizowane kawałki ("Carnies", "Seven Cities of Gold") przeplatają się z miałkimi, poprockowymi piosenkami ("Halo Effect", "The Wreckers", "Wish Them Well"). Do tego dochodzą takie dziwactwa, jak chaotyczny, zmierzający donikąd utwór tytułowy, niepotrzebny przerywnik "BU2B2" i wyjątkowo smętna ballada "The Garden".

"Clockwork Angels" irytuje przede wszystkim zmarnowanym potencjałem. Longplay naprawdę posiada przebłyski, które czynią go najlepszym, obok "Test for Echo", albumem Rush po 1984 roku. Ale jednocześnie powtarza wiele błędów i wad innych wydawnictw grupy z tego okresu, jak np. za długi czas trwania (ponad godzina), niepasujące do tego zespołu metalowe naleciałości, czy nijakie, taśmowe kompozycje. Może czas pomyśleć w końcu o emeryturze?

Ocena: 5/10



Rush - "Clockwork Angels" (2012)

1. Caravan; 2. BU2B; 3. Clockwork Angels; 4. The Anarchist; 5. Carnies; 6. Halo Effect; 7. Seven Cities of Gold; 7. The Wreckers; 8. Headlong Flight; 9. BU2B2; 10. Wish Them Well; 11.The Garden

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jason Sniderman - pianino (11); David Campbell - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


6 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Snakes & Arrows" (2007)



Po pięciu latach od premiery "Vapor Trails" ukazał się jego następca "Snakes & Arrows". Tym razem brzmienie nie zostało aż tak bardzo spieprzone, choć wciąż jest zbyt głośno i za mało dynamicznie. To jednak bez znaczenia, bo album jest tak cholernie nudny, że nawet najlepsze brzmienie by go nie uratowało. Muzycy już dawno zapomnieli jak pisać dobre utwory. Za to napisali ich dużo - na albumie znalazło się aż trzynaście, o łącznym czasie trwania przekraczającym godzinę. Materiał jest tym bardziej męczący, że niewiele się tu dzieje. To zbiór przydługich piosenek, w których wyraźnie czuć brak pomysłu na cokolwiek, co by je wyróżniało - choćby na melodie, zapamiętywalne zagrywki, porywające solówki. Kolejne utwory sprawiają wrażenie snujących się bez sensu i mijają, nie pozostawiając po sobie śladu w pamięci. Sekcja rytmiczna czasem przypomina o swoim talencie ("Far Cry", "Malignant Narcissism"), ale partie Alexa Lifesona, miotające się pomiędzy mainstreamowym rockiem i nowoczesnym metalem, są rutynowe i nieinteresujące.

"Snakes & Arrows" może robić za definicję longplaya nagranego przez wypalonych artystycznie rockmanów, którzy nie mają już niczego do zaproponowania, ale wciąż wydają nową muzykę, bo tego się od nich oczekuje, a przydałby się też jakiś pretekst do kolejnej trasy koncertowej, na której publiczność i tak będzie czekać wyłącznie na przeboje sprzed kilkudziesięciu lat. Zawarta tutaj muzyka jest wymuszona, schematyczna, bezbarwna i nudna, a bardzo współczesne, przytłaczające brzmienie czyni ją jeszcze bardziej męczącą i odpychającą. Przynajmniej wciąż słychać, że muzycy potrafią grać (choć mam wątpliwości w przypadku Lifesona), w przeciwieństwie do tej całej post-grunge'owej miernoty, którą zdają się tu inspirować. Taki zespół jak Rush, który wypracował sobie kiedyś własny styl, nie powinien jednak w ogóle inspirować się czymś takim. 

Ocena: 3/10



Rush - "Snakes & Arrows" (2007)

1. Far Cry; 2. Armor and Sword; 3. Workin' Them Angels; 4. The Larger Bowl; 5. Spindrift; 6. The Main Monkey Business; 7. The Way the Wind Blows; 8. Hope; 9. Faithless; 10. Bravest Face; 11. Good News First; 12. Malignant Narcissism; 13. We Hold On

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, melotron; Alex Lifeson - gitara, mandolina; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


5 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Feedback" (2004)



W 2004 roku Rush świętował trzydziestolecie swojej działalności. Co prawda, zespół powstał już pod koniec lat 60., ale to w 1974 roku, wraz z wydaniem debiutanckiego albumu, przeszedł na profesjonalny poziom. W tym samym roku do grupy dołączył Neil Peart, a tym samym wykrystalizował się jej ostateczny skład. Obchodom trzydziestolecia towarzyszyła specjalna trasa koncertowa, nazwana R30, a także premiera EPki "Feedback", będącej hołdem dla wykonawców, którzy byli dla muzyków Rush największą inspiracją w początkowym etapie działalności.

Wydawnictwo składa się z ośmiu przeróbek. Zespół sięgnął do repertuaru The Yardbirds ("Heart Full of Soul", "Shapes of Things"), Buffalo Springfield ("For What It's Worth", "Mr. Soul"), The Who ("The Seeker") i Love ("Seven and Seven Is"), ale również Eddiego Cochrana ("Summertime Blues", tutaj inspirowany wersjami The Who i Blue Cheer) i Roberta Johnsona ("Crossroads", tutaj oparty na słynnej wersji Cream). Czyli mamy tu całkiem niezły przekrój przez muzykę hippisowskiej ery. Niestety, muzycy postanowili trzymać się jak najwierniej wersji oryginalnych (lub wcześniejszych coverów). Różnice sprowadzają się do bardziej nowoczesnego brzmienia (zabijającego klimat pierwowzorów) i nie zawsze pasującej barwy głosu Geddy'ego Lee. O ile całkiem fajnie wypadają "Summertime Blues", "The Seeker", "Mr. Soul" i "Crossroads", tak zespół niespecjalnie odnajduje się w repertuarze The Yardbirds, a zwłaszcza w "For What It's Worth" i "Seven and Seven Is", które tutaj wypadają strasznie banalnie.

W sumie przyjemne wydawnictwo, ale raczej tylko jako ciekawostka dla fanów Rush. Dla osób znających (a wstyd ich nie znać) i lubiących oryginały, będzie to raczej rozczarowanie. Muzycy mogli nieco pokombinować z aranżacjami i strukturami, zaprezentować te kawałki od nieznanej strony. Bo odgrywając je nuta w nutę, z góry skazali się na niepowodzenie. Wersje z lat 60. brzmią po prostu lepiej i współcześnie trudno odtworzyć ich klimat (udało się to co najwyżej w "Crossroads"). Ale i tak słucha się tego nieporównywalnie lepiej, niż premierowego materiału Rush z kilkunastu lat poprzedzających to wydawnictwo. Tutaj przynajmniej są dobre, wyraziste kompozycje.

Ocena: 6/10



Rush - "Feedback" (2004)

1. Summertime Blues; 2. Heart Full of Soul; 3. For What It's Worth; 4. The Seeker; 5. Mr. Soul; 6. Seven and Seven Is; 7. Shapes of Things; 8. Crossroads

Skład: Geddy Lee - wokal, bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Leonard i Rush


4 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Vapor Trails" (2002)



Poprawiając i pisząc od nowa stare recenzje, wykorzystuję nabytą później wiedzę i umiejętności, ale staram się zachować odpowiednią perspektywę, pomijając wydarzenia po dacie publikacji posta. W tym wypadku muszę jednak złamać tę zasadę, ze względu na opublikowaną 30 września 2013 roku reedycję "Vapor Trails", na której naprawiono największy, jak się przynajmniej zdawało, problem tego albumu - brzmienie. Oryginalne wydanie padło ofiarą tzw. wojny głośności (loudness war). W praktyce chodzi o to, że płyty nagrywane są przesadnie głośno, ze stratą dla dynamiki i przestrzeni, a nierzadko powodując nieprzyjemne zniekształcenia dźwięku. Amerykańscy naukowcy odkryli, że im muzyka jest głośniejsza, tym bardziej się podoba. Nie mam pojęcia, gdzie przeprowadzali swoje badania - wśród niedosłyszących emerytów czy gówniarzy nie chcących słuchać muzyki, a łomotu do machania głową - ale nie spotkałem się jeszcze nigdy z pozytywną opinią na temat tak nagrywanych płyt. Mnie, przyzwyczajonego do brzmienia z lat 60. i 70., słuchanie albumów z tak wysokim i jednostajnym natężeniem dźwięku męczy już po kilku minutach. Dlatego w przypadku tej recenzji wspomogę się wspomnianą reedycją, na której poprawiono to męczące brzmienie, nie pozwalające się skupić na samych kompozycjach i ich wykonaniu.

Brzmienie zremiksowanej wersji albumu faktycznie jest lepsze. Materiał nabrał większej dynamiki,  poszczególne instrumenty są bardziej odseparowane i nie zlewają się w jedną masę, a ponadto nie występują już żadne niezamierzone zniekształcenia (jest tylko metalowo przesterowana gitara). Po prostu brzmi bardziej klasycznie (choć raczej w stylu lat 90., niż wcześniejszych dekad). Jednak tym samym wyraźnie zostają obnażone wszystkie pozostałe wady "Vapor Trails". Album jest przede wszystkim bardzo długi (trwa niemal 70 minut), a zarazem strasznie jednostajny. Nawet na monotonnym "Counterparts" poszczególne utwory aż tak się ze sobą nie zlewały. Brakuje im czegoś wyróżniającego, choćby wyrazistych melodii. Zapewne zawiniła metoda tworzenia tego materiału - muzycy jamowali w studiu przy włączonych mikrofonach, a potem komputerowo cieli te nagrania i łączyli w utwory. A ponieważ nigdy nie był to zespół dobry w improwizowaniu (o czym świadczy maksymalnie wierne odgrywanie utworów na koncertach), efekt takiego podejścia był praktycznie skazany na porażkę. Może nie jest to longplay tak tragicznie słaby, jak kilka innych w dyskografii kanadyjskiego tria, bo zdarzają się tutaj fajne momenty (szczególnie w warstwie rytmicznej), ale poza otwierającym całość, całkiem przebojowym "One Little Victory" i może "Earthshine" (choć ten drugi przydałoby się skrócić), kawałki są zupełnie niezapamiętywane i zbyt do siebie podobne.

Warto natomiast zwrócić uwagę na warstwę tekstową, która jest bardziej niż zwykle osobista. To efekt tragedii, jakie pod koniec poprzedniego wieku przeżył Neil Peart - w krótkim odstępie czasu umarły jego córka i żona. Tradycyjnie jednak nie analizuję tekstów i nie mają one wpływu na poniższą ocenę. Ma na nią wpływ muzyka, która jest po prostu męcząca - zwłaszcza w oryginalnym miksie, gdzie do monotonii i przesadnej długości dochodzi fatalne brzmienie. Sama poprawa brzmienie nie ratuje, niestety, tego materiału.

Ocena: 4/10



Rush - "Vapor Trails" (2002)

1. One Little Victory; 2. Ceiling Unlimited; 3. Ghost Rider; 4. Peaceable Kingdom; 5. The Stars Look Down; 6. How It Is; 7. Vapor Trail; 8. Secret Touch; 9. Earthshine; 10. Sweet Miracle; 11. Nocturne; 12. Freeze; 13. Out of the Cradle

Skład: Geddy Lee - wokal, bass; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Paul Northfield


Po prawej: okładka zremiksowanej wersji albumu z 2013 roku.


3 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Test for Echo" (1996)



Początek albumu jest całkiem obiecujący. Tytułowy "Test for Echo" i "Driven" łączą ciężkie brzmienie "Counterparts" z przebojowością albumów zespołu z pierwszej połowy lat 80., a przy tym są najbardziej złożonymi kompozycjami Rush od czasu "Moving Pictures". Czyżby zespół w końcu wrócił do formy? Niestety, kolejne kawałki rozwiewają wszelką nadzieję. Już w następnym na trackliście "Half the World" robi się bardziej piosenkowo i zwyczajnie banalnie. Wielce mówiący jest natomiast fakt, że te trzy pierwsze utwory - i tylko one - zostały wydane na singlach. Później po prostu nie dzieje się już praktycznie nic godnego uwagi.

Kolejne kawałki sprawiają wrażenie taśmowych produkcji, zrobionych z tych samych elementów, co poprzednie. Z czasem wszystko coraz bardziej się ze sobą zlewa, brakuje jakichkolwiek urozmaiceń. W dodatku początek był kompletną zmyłką, bo później zdecydowanie dominują prostsze, miałkie  melodycznie kawałki (np. "The Color of Right", "Totem", "Virtuality" czy ballada "Resist"). A jeśli już zdarza się coś bardziej złożonego, to okazuje się niezbyt udane (fajnie urozmaicony w warstwie rytmicznej "Time and Motion" odpycha topornym metalowym riffowaniem, kiczowatym brzmieniem syntezatora i mdłą melodią, natomiast "Limbo" traci przez nieco syntetyczne brzmienie, głupawe wstawki wokalne i brak interesującego rozwinięcia). Jednym z najbardziej kuriozalnych momentów jest z kolei "Dog Years", który po prawdziwie punkowym otwarciu drastycznie traci impet i okazuje kolejną banalną piosenką z rozwodnioną melodią.

Do zalet "Test for Echo" zaliczyć można solidne brzmienie i grę sekcji rytmicznej, która nawet w tych najbardziej piosenkowych fragmentach nie ogranicza się do prostego akompaniamentu, a stara się jak najlepiej zaznaczyć swoją obecność. Wadami są natomiast metalowe zapędy Alexa Lifesona, nienajlepsze, zwykle po prostu banalne kompozycje, a także stylistyczne niezdecydowanie. Całość brzmi, jakby muzycy nie byli pewni, co chcą robić - grać mainstreamowego rocka, coś cięższego, czy może wrócić do bardziej skomplikowanego grania. Wymieszali więc to wszystko z zupełnie nieprzekonującym - poza dwoma pierwszymi kawałkami - efektem. A i tak jest to najlepszy album zespołu od czasu wydanego dwanaście lat wcześniej "Grace Under Pressure".

Ocena: 5/10



Rush - "Test for Echo" (1996)

1. Test for Echo; 2. Driven; 3. Half the World; 4. The Color of Right; 5. Time and Motion; 6. Totem; 7. Dog Years; 8. Virtuality; 9. Resist; 10. Limbo; 11. Carve Away the Stone

Skład: Geddy Lee - wokal, bass,  syntezator; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Collins i Rush


2 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Counterparts" (1993)



Muzycy w końcu zrezygnowali z wygładzonej produkcji, niemal całkowicie odstawili syntezatory (czasem słychać je daleko w tle) i postawili na gitarowy ciężar. "Counterparts" to najbardziej hardrockowy album Rush od czasu "Moving Pictures". Można go traktować jako swego rodzaju odpowiedź na ówczesną popularność grunge'u. Jednak poprawa brzmienia to jedno, a same kompozycje to zupełnie inna sprawa. Niestety, muzykom wciąż nie udało się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, jaki dopadł ich po wydaniu "Grace Under Pressure". Kawałki są proste, schematyczne i melodycznie zupełnie bezbarwne (np. "Stick It Out", "Alien Shore", "The Speed of Love") lub banalne ("Animate", "Between Sun & Moon", "Everyday Glory"). Jest też spora dawka nudziarstwa połączonego z pretensjonalnością w "Nobody's Hero". Odrobina dawnego kombinowania pojawia się w chaotycznym "Double Agent" i w sumie nie najgorszym, funkującym instrumentalu "Leave That Thing Alone". Tytuł tego ostatniego mówi wszystko: zostawcie go samego, a resztę albumu wyrzućcie. "Counterparts" jest cholernie nudnym, jednostajnym wydawnictwem, którego jedynymi atutami są brzmienie i cztery minuty instrumentalnego grania nieco lepszego od pozostałych pięćdziesięciu minut.

Ocena: 4/10



Rush - "Counterparts" (1993)

1. Animate; 2. Stick It Out; 3. Cut to the Chase; 4. Nobody's Hero; 5. Between Sun & Moon; 6. Alien Shore; 7. The Speed of Love; 8. Double Agent; 9. Leave That Thing Alone; 10. Cold Fire; 11. Everyday Glory

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Webster - instr. klawiszowe; Michael Kamen - orkiestracja (4)
Producent: Peter Collins i Rush


1 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Roll the Bones" (1991)



"Roll the Bones" to bezpośrednia kontynuacja "Presto". Ze wszystkimi wadami tamtego albumu. Rush wciąż gra prostą, banalną muzykę, tworzoną dla nie wiadomo kogo. Zbyt wypolerowaną brzmieniowo i ogólnie ugrzecznioną, by uznać ją za dobry rock. I zbyt nijaką melodycznie, by mogła robić za dobry pop. Oczywiście nie ma tu też nic z dawnego, bardziej złożonego grania. No dobrze, nie jest to album aż tak bezpłciowy, jak jego poprzednik. Takie "Dreamline" i "Ghost of a Chance" mogłyby być naprawdę fajne, gdyby dać im bardziej surowe brzmienie, trochę skomplikować rytmikę i odjąć nieco melodycznego lukru (a w tym drugim najlepiej w ogóle zrezygnować z łagodnych zwolnień). Natomiast w  funkującym instrumentalu "Where's My Thing?" w sumie wystarczyłoby poprawić brzmienie i już by było naprawdę dobrze. Jednak nie brakuje tu naprawdę koszmarnych momentów, jak prostackie, zalatujące glamem lub AORem "Face Up", "The Big Wheel" i "You Bet Your Life", albo popowo smętne "Heresy" i "Neurotica". Jest jeszcze kontrowersyjny utwór tytułowy, z okropnie kiczowatymi syntezatorami, strasznie banalnym refrenem i niby rapowaną wstawką w drugiej połowie. Ogólnie jest więc znów kiepsko. Może i brzmienie jest bardziej gitarowe, niż na albumach z lat 80., ale całość jest właściwie tak samo tandetna, jak trzy poprzednie studyjne wydawnictwa Rush.

Ocena: 3/10



Rush - "Roll the Bones" (1991)

1. Dreamline; 2. Bravado; 3. Roll the Bones; 4. Face Up; 5. Where's My Thing?; 6. The Big Wheel; 7. Heresy; 8. Ghost of a Chance; 9. Neurotica; 10. You Bet Your Life

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezator; Alex Lifeson - gitara, dodatkowy wokal; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rupert Hine - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Joe Berndt - efekty dźwiękowe
Producent: Rush i Rupert Hine