10 maja 2021

[Recenzja] Nils Petter Molvær - "Khmer" (1997)



Zdarzają się opinie, że z katalogu wciąż działającej wytwórni ECM warto sięgać jedynie po płyty z lat 70. Takie przekonanie nie bierze się znikąd. Po tym okresie Manfred Eicher faktycznie poszedł w kierunku czegoś, co eufemistycznie określiłbym jako muzykę tła. Jednak poza tą główną linią programową ukazywały się też płyty w innym stylu, wśród których można znaleźć trochę interesujących tytułów. Niewątpliwie należy do nich "Khmer", debiutanckie dzieło Nilsa Pettera Molvaera, norweskiego trębacza i współtwórcy future jazzu. Zaprezentowane na tym albumie połączenie jazzowych solówek ze współczesną - jak na lata 90. - elektroniką, wykorzystując na szeroką skalę sample i inne technologiczne nowinki, okazało się zaskakująco udanym pomysłem na granie, ale też sposobem na odświeżenie wówczas już mocno skostniałego gatunku.

Sądzę, że do dość podobnego efektu mógłby dojść Miles Davis, gdyby pożył parę lat dłużej i kontynuował ścieżkę obraną w latach 80. Zawsze inspirowały go przecież aktualne trendy, nie tylko te ze świata jazzu. We wspomnianej dekadzie filtrował z popem, a tuż przed śmiercią zafascynował się hip-hopem. W zasadzie niewielki krok dzieliłby go od sięgnięcia po nieco bardziej ambitną elektronikę. Zamiast niego zrobił to jednak Molvaer. Pomijając kwestię inspiracji, "Khmer" zdaje się wyrastać z podobnego pomysłu, co schyłkowe dokonania Davisa. Na pierwszym planie rozbrzmiewają jazzujące partie trąbki, którym towarzyszy w zasadzie zupełnie niejazzowy akompaniament. Mówiąc półżartem, "Khmer" to taki "Tutu", tylko udany. Różnica polega nie tylko na innych, nowszych wpływach, ale przede wszystkim na bardziej pomysłowym i wyrafinowanym podejściu do podkładów. Davis celował wówczas w mainstream, a Molvaer zdaje się raczej realizować artystyczne ambicje.

Jak to wszystko przedstawia się w praktyce? Melancholijne solówki lidera - który jest naprawdę zdolnym trębaczem - rozbrzmiewają na tle elektronicznych dźwięków, często z towarzyszeniem dość ostrych partii gitarowych oraz potężnych bębnów, zdecydowanie kojarzących się z trip-hopem lub nawet downtempo. Świetnym przykładem takiego połączenia są chociażby porywające "Tløn" i dwuczęściowy "Song of Sand", albo pełen luzu "Platonic Years". Zgodnie z tym, co sugeruje egzotyczny tytuł wydawnictwa, bardzo mocno pobrzmiewają też wpływy etniczne, które na pierwszy plan wychodzą w tych spokojniejszych nagraniach, jak tytułowe czy "Exit". Słuchacze preferujący gitarowe brzmienia powinni natomiast zwrócić szczególną uwagę na "On Stream", wyróżniający się bardzo ładną, subtelną solówką gitary. Trudno tu zresztą wskazać jakieś słabsze momenty. 

Łączenie pozornie lub faktycznie odległych stylistyk było wówczas czymś od dawna praktykowanym, jednak Nils Petter Molvaer chyba jako pierwszy dokonał akurat takiej fuzji. Co jednak najważniejsze, zrobił to z autentycznie niesamowitym efektem. "Khmer" to wciągający, wręcz transowy album o naprawdę świetnym klimacie. To wszystko sprawia, że debiut Molvaera należy do moich ulubionych pozycji z katalogu ECM, wliczając w to także wydawnictwa z lat 70. 

Ocena: 8/10



Nils Petter Molvær - "Khmer" (1997)

1. Khmer; 2. Tløn; 3. Access / Song of Sand I; 4. On Stream; 5. Platonic Years; 6. Phum; 7. Song of Sand II; 8. Exit

Skład: Nils Petter Molvær - trąbka (1-7), sampler (1-8), gitara basowa (2-5,7), gitara (3,7), instr. perkusyjne (1); Eivind Aarset - gitara (1-5,7,8), sampler (1,5), talk box (2); Morten Mølster - gitara (2,4,5); Roger Ludvigsen - dulcimer i instr. perkusyjne (1), gitara (6,8); Rune Arnesen - perkusja (1-3,5,7); Ulf Holand - sampler (2-4,7); Raidar Skår - efekty (3)
Producent: Manfred Eicher i Ulf Holand


8 maja 2021

[Recenzja] Squid - "Bright Green Field" (2021)



W poprzednich latach wielokrotnie narzekałem na współczesną kondycję muzyki rockowej. Czasy, gdy w ciągu roku ukazywało się po kilka, a nawet kilkanaście wybitnych albumów z tego gatunku, już dawno minęły. Zdawałoby się, że bezpowrotnie. Jednak ostatnie miesiące napełniają optymizmem. Nie tak dawno przecież zachwalałem pierwsze pełnowymiarowe dzieło grupy Black Country, New Road, a tu znów do sprzedaży i streamingu trafił bardzo obiecujący debiut. Squid wywodzi się z tej samej brytyjskiej sceny, co wspomniany przed chwilą BCNR czy szykujący się właśnie do wydania drugiej płyty black midi. Właściwie nie do końca mamy tu do czynienia z debiutantami, ponieważ Squid działa od połowy poprzedniej dekady i przez ten czas dorobił się kilku singli oraz EPek. Już pierwsze nagrania pokazywały spory potencjał, a z czasem młodzi muzycy zaczęli coraz bardziej komplikować swoją muzykę, nadając jej coraz ciekawszego kształtu. "Bright Green Field" to zwieńczenie tej ewolucji.

Trzeba przyznać, że muzycy Squid naprawdę umieją w post-punk. Jest tu ta intensywność i nerwowość, które niegdyś charakteryzowały najlepszych przedstawicieli nurtu w rodzaju Gang of Four, Pere Ubu, The Pop Group, This Heat, Tuxedomoon czy Talking Heads. Słychać zwłaszcza podobieństwa do ostatniej z tych grup, albo do kolorowego King Crimson. Znerwicowany wokal Olliego Judge'a ma wiele wspólnego ze śpiewem Davida Byrne'a lub Adriana Belew, a i warstwa instrumentalna - z niemal tanecznym pulsem sekcji rytmicznej oraz precyzyjnymi, misternie splatającymi się partiami gitar, podchodzącymi wręcz pod math-rock - wywołuje dość oczywiste skojarzenia. Całości intrygująco dopełniają świetnie wplecione dęciaki oraz dość współcześnie brzmiące dźwięki elektroniczne. Możliwości zespołu doskonale pokazały trzy znakomite single zapowiadające album: trwające powyżej ośmiu minut "Narrator" i "Pamphlets" oraz tylko nieco krótszy, sześciominutowy "Paddling". Wszystkie z nich charakteryzują się niesamowitą energią, wysmakowanymi aranżacjami, inteligentnie rozbudowanymi formami, całkiem złożonym wykonaniem oraz wyrazistymi, choć poszarpanymi melodiami.

Przyznaję, że miałem pewne obawy, gdy ujawniono długość albumu, wynoszącą blisko pięćdziesiąt pięć minut. W dodatku trzy opublikowane przed premierą nagrania, choć świetne, sugerowały raczej dość jednorodne wydawnictwo. Po przesłuchaniu całości mogę stwierdzić, że faktycznie w poszczególnych utworach często powtarzają się te same patenty. Nie brakuje jednak zaskoczeń, do których należy zaliczyć przede wszystkim drugą, mocno elektroniczną część "Boy Racers" czy bardziej klimatyczny "Global Groove", w którego warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wysuwa się perkusja i saksofon. W pozostałych nagraniach też pojawiają się różne aranżacyjne smaczki: nagłe zmiany tempa i klimatu, jazzujące lub elektroniczne wstawki (albo jedne i drugie naraz, jak w "G.S.K." czy "Documentary Filmmaker"), a także krautrockowe naleciałości w warstwie rytmicznej. We wspomnianym wcześniej "Narrator" dochodzi jeszcze gościnny udział wokalistki Marthy Skye Murphy. Może w drugiej połowie płyty zdarzają się momenty w zasadzie nic nowego niewnoszące - jak "2010" czy "Peel St." - ale to wciąż bardzo fajne kawałki, a ich brak byłby jednak sporą stratą. Jeśli już miałbym cokolwiek stąd wyrzucić, to chyba tylko dwie instrumentalne miniaturki, nietrwające razem nawet dwóch minut ("Resolution Square", "The Flyover").

Trochę się czepiam, ale te drobne zarzuty wcale nie odbierają mi przyjemności ze słuchania "Bright Green Field". W ciągu ostatnich dwóch dni wracałem do niego naprawdę często, a wcześniej intensywnie katowałem single. Te trzy zwiastuny skutecznie rozbudziły apetyt na więcej, ale też bardzo wysoko podniosły moje oczekiwania. Mogę jednak powiedzieć, że cały album okazał się w pełni satysfakcjonujący. To już drugi tak mocny debiut w tym roku, po wspomnianym "For the First Time" Black Country, New Road. Oba mają zresztą wiele ze sobą wspólnego. Łączą je zbliżone inspiracje, tak samo potężna dawka młodzieńczej energii oraz wyjątkowo dobry, szczególnie na tak młodych instrumentalistów, warsztat techniczny. Pod tym ostatnim względem Squid wypada jeszcze lepiej. Z drugiej strony, wolałem niedosyt pozostawiony przez "For the First Time" od lekkiego przesytu po pierwszym odsłuchu "Bright Green Field". Album wydaje się odrobinę za długi, jak na dzieło tak bardzo intensywne. Z drugiej strony, poszczególne nagrania trzymają naprawdę równy poziom i ciężko byłoby ten longplay skrócić. Wychodzi więc na to, że muzyka rockowa wciąż ma się świetnie, chociaż - jak wszystko inne - wyłącznie poza ścisłym mainstreamem.

Ocena: 9/10



Squid - "Bright Green Field" (2021)

1. Resolution Square; 3. G.S.K.; 3. Narrator; 4. Boy Racers; 5. Paddling; 6. Documentary Filmmaker; 7. 2010; 8. The Flyover; 9. Peel St.; 10. Global Groove; 11. Pamphlets

Skład: Ollie Judge - wokal, perkusja; Louis Borlase - gitara, gitara basowa, dodatkowy wokal; Anton Pearson - gitara, gitara basowa, dodatkowy wokal; Laurie Nankivell - gitara basowa, instr. dęte, dodatkowy wokal; Arthur Leadbetter - instr. klawiszowe, instr. smyczkowe, instr. perkusyjne
Gościnnie: Martha Skye Murphy - wokal (3)
Producent: Dan Carey


6 maja 2021

[Recenzja] Cluster - "Cluster" (1971)



Cluster zdaje się nieco niesłusznie pozostawać w cieniu innych wywodzących się z krautrocka grup w rodzaju Kraftwerk czy Tangerine Dream. Słuchając dziś jego dokonań trudno nie znaleźć podobieństw z różnymi współczesnymi nurtami muzyki elektronicznej. Nawet jeśli nie wynika to z bezpośredniego wpływu niemieckiego zespołu, to niewątpliwie świadczy o jego kreatywności i wizjonerstwie. Wszystko zaczęło się pod koniec lat 60. w Berlinie Zachodnim, gdy współpracę nawiązało trzech muzyków: Hans-Joachim Roedelius, Dieter Moebius oraz najbardziej z nich doświadczony Conrad Schnitzler, który w tym samym czasie współpracował ze wspomnianym Tangerine Dream. Trio przyjęło nazwę Kluster i dokonało kilku eksperymentalnych nagrań. Paradoksalnie, najciekawsze rzeczy powstały dopiero po odejściu Schnitzlera, po którym dwaj pozostali muzycy zdecydowali się zmienić nazwę na bardziej światową.

Materiał na debiutancki album duetu powstał w styczniu 1971 roku, z istotną pomocą producenta Conny'ego Planka. Muzycy zwrócili się w nieco bardziej przystępnym kierunku, w porównaniu z tym, co robili pod szyldem Kluster. To jednak wciąż granie o zupełnie abstrakcyjnym charakterze, złożone z dronowych, proto-ambientowych plam dźwięku, pozbawionych rytmu, potocznie rozumianej melodii czy jasno określonych struktur. Tę całą abstrakcyjność jeszcze bardziej podkreślają tytuły poszczególnych utworów, a w zasadzie ich brak - to po prostu czasy trwania kolejnych ścieżek. Prezentowane tu przez zespół nagrania mają więcej wspólnego z twórczością chociażby Karlheinza Stockhausena, niż jakimkolwiek przedstawicielem ówczesnej szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Dziś tego typu dźwięki wydają się czymś oczywistym, jednak w tamtych czasach ich wygenerowanie wymagało sporo wysiłku. Muzycy nie mieli do dyspozycji nawet syntezatorów, które co prawda były już od jakiegoś czasu w użytku, ale kosztowały fortunę. Posłużono się zatem tradycyjnymi instrumentami, jak organy elektryczne, gitara hawajska czy wiolonczela, a także prymitywnymi generatorami dźwięku. Następnie wykorzystano klasyczne techniki obróbki, jak manipulowanie taśmami. Zrobiono to na tyle dobrze, że trudno wyłapać tu naturalne brzmienie instrumentów, zastąpione przez przeróżne szumy, buczenie, skwierczenie, pulsowanie lub syczenie. I wcale nie brzmi to wszystko jak bezmyślny hałas, lecz tworzy logiczną całość o intrygującym klimacie.

Eponimiczny album Cluster to, wraz z wczesnymi dokonaniami Tangerine Dream i Kraftwerk, przykład najbardziej eksperymentalnego podejścia w całym krautrocku, polegającego na całkowitym odejściu od konwencjonalnych rozwiązań stosowanych przez grupy rockowe. Przy czym efekt wydaje się bardziej udany od pierwszych prób tamtych bardziej popularnych przedstawicieli nurtu. Roedelius i Moebius zdawali się od początku wiedzieć, co chcą osiągnąć i jakich użyć do tego środków. Debiut Cluster nie jest może arcydziełem, jednak kreatywnością wyprzedza znaczą część płyt wydanych w tamtych czasach, a proponowane tu idee wciąż są aktualne. I właśnie dlatego jest to album, który bezsprzecznie należy znać, jeśli chce się mieć jakieś pojęcie o muzyce.

Ocena: 8/10



Cluster - "Cluster" (1971)

1. 15:33; 2. 7:38; 3. 21:17

Skład: Hans-Joachim Roedelius - organy, wiolonczela, generator dźwięku, elektronika; Dieter Moebius - organy, gitara, generator dźwięku, elektronika
Gościnnie: Conny Plank - elektronika, efekty
Producent: Conny Plank


4 maja 2021

[Recenzja] Ride - "Going Blank Again" (1992)



Drugi album Ride, "Going Blank Again", to całkiem udana kontynuacja debiutanckiego "Nowhere". Zespół zachował dotychczasowe elementy, tworzące jego styl, by wspomnieć tylko o ścianie dźwięku w stylu My Bloody Valentine, tanecznej rytmice i stadionowych melodiach bliskich The Stone Roses czy podpatrzonych u The Smiths partiach gitarowych. Jest to przy tym nieco bardziej różnorodny materiał, choć jednocześnie nie broniący się tak dobrze jako całość. Poprzeczkę bardzo wysoko ustawia ośmiominutowy "Leave Them All Behind", w którym zespół doprowadził swój styl do perfekcji, a bardziej rozbudowana forma nie wyklucza naprawdę dobrej, chwytliwej melodii. Później album już ani przez chwilę nie osiąga tego poziomu, co jednak wcale nie oznacza, że pozostałe utwory są dużo słabsze. Na ogół wypadają naprawdę fajnie, by wspomnieć tylko o tych najbardziej charakterystycznych, jak mocno smithowska "Twisterella", subtelniejszy, nieco oniryczny "Chrome Waves" oraz równie silny melodycznie "Making Judy Smile", którego inspiracje zdają się sięgać bezpośrednio lat 60.

Tym, co działa na niekorzyść całości, jest na pewno długość albumu. "Going Blank Again" to w podstawowej wersji aż pięćdziesiąt minut muzyki, a nie każdy utwór coś tutaj wnosi. Zdarza się także, że muzycy nie do końca potrafią nadać odpowiedniego kształtu swoim utworom. Najbardziej dojmującym tego przykładem "Time Machine". Początek jest niezwykle obiecujący: najpierw słychać jedynie nastrojowe klawisze, do których po pewnym czasie dochodzi rewelacyjna gra sekcji rytmicznej, wprowadzająca w transowy nastrój. Pojawia się jednak tylko po to, by już po chwili nastąpiło wyciszenie, po którym rozbrzmiewa kompletnie inny utwór - sam w sobie nie najgorszy, ale dużo słabszy niż to, co mogłoby powstać po rozwinięciu tamtego wstępu. Pozostałe nagrania praktycznie nie różnią się poziomem od czterech - a w zasadzie trzech pierwszych - kawałków dołączonych na niektórych reedycjach, a które oryginalnie wydano jako strony B singli "Twisterella" i "Leave Them All Behind". Wśród tych bonusów na plus zdecydowanie wyróżnia się "Grasshopper" - jedenastominutowy, w pełni instrumentalny jam, może nie zachwycający jakoś bardzo pod względem technicznym, ale naprawdę świetnie brzmiący i mający w sobie coś wciągającego.

Ogólnie oceniam ten album pozytywnie, bo nie brakuje na nim naprawdę świetnych momentów, a pozostałe nagrania też nie schodzą poniżej całkiem przyzwoitego poziomu. W najgorszym razie rozczarowują pewne decyzje muzyków, jak porzucenie pomysłu z początku "Time Machine", niewykorzystanie na oryginalnym wydaniu "Grasshopper" czy nieograniczenie się do klasycznej długości czterdziestu minut. W ogólnym rozrachunku wygląda to tak, że "Going Blank Again" zawiera moje ulubione kawałki Ride, ale jako całość zdecydowanie wolę "Nowhere".

Ocena: 7/10



Ride - "Going Blank Again" (1992)

1. Leave Them All Behind; 2. Twisterella; 3. Not Fazed; 4. Chrome Waves; 5. Mouse Trap; 6. Time of Her Time; 7. Cool Your Boots; 8. Making Judy Smile; 9. Time Machine; 10. OX4

Skład: Mark Gardener - gitara, wokal (1-3,5,9,10); Andy Bell - gitara, wokal (1,3-10); Steve Queralt - gitara basowa; Laurence Colbert - perkusja
Producent: Alan Moulder i Ride


2 maja 2021

[Recenzja] Krzysztof Sadowski and His Group - "Three Thousands Points" (1975)



Początki muzyki fusion w Polsce nie były może jakoś bardzo imponujące - by przypomnieć recenzowane albumy Adama Makowicza czy Spisku Sześciu - jednak wkrótce i ten nurt dogonił światowy poziom. Jednym z najlepszych tego dowodów album "Three Thousands Points" sygnowany przez Krzysztofa Sadowskiego i jego Grupę Organową. Materiał rozwija pomysły ze starszego o trzy lata "Na kosmodromie" (wydanego poza serią Polish Jazz), jeszcze odważniej - i nieco ciekawiej - wykorzystując możliwości elektrycznego instrumentarium. W porównaniu z poprzednikiem, longplay jest także spójniejszy, bardziej konsekwentny stylistycznie. Kluczem do sukcesu okazał się również trafiony dobór własnych i cudzych kompozycji. Ponadto trzeba wspomnieć o znakomitym składzie. A w zasadzie dwóch. Trafiły tu bowiem nagrania dokonane podczas dwóch różnych okazji na przestrzeni ośmiu miesięcy, w całkiem innych okolicznościach.

Całą pierwszą stronę płyty winylowej wypełnia trzyczęściowa "Suita trzy tysiące", zarejestrowana 29 października 1974 roku w studiu Polskiego Radia w trakcie XVII edycji festiwalu Jazz Jamboree. Oprócz Sadowskiego - grającego wyjątkowo nie tylko na swoim podstawowym instrumencie, czyli organach Hammonda, ale także na elektrycznym pianinie - w nagraniu wzięła udział jego żona, flecistka Liliana Urbańska, basista Wojciech Bruślik, pochodzący z Bułgarii saksofonista Veselin Nikolov, bębniarz Zbigniew Kitliński oraz perkusjonalista Andrzej Zieliński. "Suita trzy tysiące" to przede wszystkim porywające wykonanie, z licznymi solówkami na saksofonie flecie i klawiszach, a także potężnej, jazzrockowej grze sekcji rytmicznej z bardzo wyrazistymi, lekko przesterowanymi partiami gitary basowej. Oczywiście, nie jest to kompletna improwizacja. Całość opiera się na kilku skomponowanych wcześniej motywach, nie brakuje też zaplanowanych zmian klimatu i innych zwrotów akcji (w pewnym momencie pojawia się nawet bardziej klasyczna, swingująca wstawka). Sadowski najwyraźniej doskonale czuł się w takiej formule, co sugerowało już tytułowe nagranie z "Na kosmodromie".

O ile na poprzednim wydawnictwie tytułowej kompozycji towarzyszy zbiór krótszych, nadto eklektycznych kawałków. tak tym razem cała płyta jest utrzymana w zbliżonym stylu. Udało się to osiągnąć pomimo tego, że pozostałe nagrania powstały po dłuższej przerwie, w dniach 17-18 czerwca 1975 roku w warszawskiej Filharmonii Narodowej, w znacznie odmienionym składzie. Z poprzedniego wcielenia Grupy Organowej zostali tylko Bruślik, Urbańska oraz, co oczywiste, Sadowski. Basista ściągnął swoich dawnych kompanów z rockowej grupy System, gitarzystę Wincjusza Chrósta i perkusistę Wojciecha Morawskiego (w międzyczasie obaj zasilili też skład Breakout, z którym nagrali album "Kamienie"). Ponadto do zespołu dołączył fantastyczny saksofonista Tomasz Szukalski oraz grająca na perkusjonaliach Bożena Bruszewska.

Najważniejszym momentem tej sesji wydaje się "Ten nasz zwyczajny świat", kolejna trzyczęściowa suita, choć tu pojawiają się tylko jej pierwsza i ostatnia część. Środkowy, piosenkowy fragment już wcześniej ukazał się na solowym albumie "Liliana" Urbańskiej. Prawdę mówiąc, jego brak wyszedł na dobre, bo zupełnie by tu nie pasował. Zostało świetne, instrumentalne (choć z wokalizami Liliany) granie na pograniczu fusion i rocka progresywnego, a nawet z jakby folkową wstawką gitary akustycznej i elementami muzyki konkretnej. Pozostałe dwa nagrania to już interpretacje cudzych kompozycji. Świetnie wypada przeróbka "Sorcery", napisanego przez Keitha Jarretta dla Charlesa Lloyda, który w porównaniu z oryginałem nabiera jazzrockowego czadu, ale wcale nie traci finezji. Kapitalny jest moment, gdy milkną wszystkie instrumenty poza pastoralną partią fletu, która stopniowo ustępuje dźwiękom organów. W oryginale tego nie było, a naprawdę fajnie wzbogaca ten utwór. Na warsztat wzięto też "Syrinx" Claude’a Debussy’ego, oryginalnie napisany na flet solo, tutaj zaś grany z towarzyszeniem innych instrumentów. Utwór nabrał dynamiki, zbliżając się trochę do prog rocka (kojarzy mi się z "Bouree" Bacha w wersji Jethro Tull). Zagrano go w całkiem wysmakowany sposób; szczególnie udanie wypada partia Urbańskiej.

"Three Thousands Points" nie jest z pewnością albumem odkrywczym. Wręcz przeciwnie, można mu zarzucić wręcz pewną wtórność względem zachodnich wykonawców. Warto jednak docenić, że Grupa Organowa Krzysztofa Sadowskiego czerpie ze światowego fusion wyłącznie dobre wzorce, nie ulegając ówczesnej modzie na plastikowe brzmienia i taneczne rytmy. Jeśli dodać do tego świetne wykonanie i udane kompozycje, "Three Thousands Points" ukazuje się jedną z kilku, w najgorszym razie kilkunastu najlepszych płyt w serii Polish Jazz.

Ocena: 8/10



Krzysztof Sadowski and His Group - "Three Thousands Points" (1975)

1. Suita trzy tysiące = Suite of Three Thousand; 2. Sorcery; 3. Ten nasz zwyczajny świat (cz. I i III) = Our Common World; 4. Syrinx

Skład: Krzysztof Sadowski - organy, elektryczne pianino, instr. perkusyjne; Liliana Urbańska - flet, instr. perkusyjne, wokal (3); Wojciech Bruślik - gitara basowa; Winicjusz Chróst - gitara (2-4); Veselin Nikolov - saksofon sopranowy (1); Tomasz Szukalski - saksofon sopranowy i tenorowy (2-4); Zbigniew Kitliński - perkusja (1); Wojciech Morawski - perkusja (2-4); Andrzej Zieliński - instr. perkusyjne (1); Bożena Bruszewska - instr. perkusyjne (2-4)
Producent: Janina Słotwińska


30 kwietnia 2021

[Recenzja] Merope - "Salos" (2021)



W tym roku zdecydowanie nie mogę narzekać na brak interesujących muzycznych odkryć. Kolejne z nich to międzynarodowe trio Merope, dowodzone przez litewską wokalistkę Indrė Jurgelevičiūtė. Podstawowego składu dopełniają belgijski gitarzysta Bert Cools oraz francuski flecista Jean-Christophe Bonnafous. Na ich czwartym studyjnym albumie, zatytułowanym "Salos", towarzyszą im liczni dodatkowi muzycy, w tym wileński chór Jauna muzika dyrygowany przez Vaclovasa Augustinasa. Repertuar składa się wyłącznie z interpretacji starych litewskich pieśni folkowych, zaaranżowanych w taki sposób, aby nie tracąc swojego oryginalnego, ludowego klimatu, brzmiały nieco bardziej współcześnie. Stąd też pojawiają się takie smaczki, jak np. powściągliwe wykorzystanie syntezatorów. Na trwający niewiele ponad pół godziny album składa się siedem utworów, które łączy niezwykle subtelny nastrój oraz łagodne, lecz dość zniuansowane brzmienie.

Album urzeka już od pierwszych sekund rozpoczynającego go "Ei Dvipa". Otwierają go przepiękne, wspaniale dopełniające się partie gitary akustycznej i litewskiej cytry kankles, do których po chwili dołącza równie urokliwa solówka na indyjskim flecie bansuri, z czasem ustępująca nowocześniejszym dźwiękom syntezatora Mooga. Pod koniec utworu wszystkie instrumenty milkną, robiąc miejsce dla fantastycznie zaaranżowanych przez Augustinasa polifonicznych partii chóru oraz towarzyszącego im śpiewu Jurgelevičiūtė. Naprawdę świetnie to wszystko ze sobą współgra, pokazując wielki kunszt aranżacyjny tria i jego współpracowników. Kolejne utwory czerpią z podobnych rozwiązań, ale zmieniają się proporcje, dochodzą też pewne nowe elementy. Drugi na płycie "Bitinelis" opiera się głównie na wokalu Indrė i hipnotycznych perkusjonaliach w duchu muzyki karnatackiej, z delikatnym wsparciem innych instrumentów oraz chóru, co razem tworzy prawdziwie mistyczny nastrój. Z kolei "Alma" i "Vilna" wyróżniają się niemal ambientowym charakterem. Jednak dominują tu raczej wpływy litewskiego folku, jak w zdominowanym w warstwie instrumentalnej przez flet "Oi Toli", wzbogaconym o wiolonczelę i elektryczne pianino "Sakale" czy "Leliumoj", w którym najbardziej wyeksponowano dźwięki kankles.

"Salos" to muzyka bardzo przystępna, lekka, całkowicie bezpretensjonalna, czarująca fantastycznym klimatem, misternymi aranżacjami oraz urokliwymi melodiami, zaczerpniętymi z litewskiego folku. Nie każdemu zapewne podpasuje muzyka o tak subtelnym, pastoralnym charakterze, czerpiąca w dodatku inspiracje głównie z tradycji raczej odległej dla polskich słuchaczy, pomimo małego dystansu geograficznego. Dla mnie jest to jednak jedna z najlepszych tegorocznych płyt. A na pewno, jak dotąd, najładniejsza.

Ocena: 8/10



Merope - "Salos" (2021)

1. Ei Dvipa; 2. Bitinelis; 3. Oi Toli; 4. Alma; 5. Vilnia; 6. Sakale; 7. Leliumoj

Skład: Indrė Jurgelevičiūtė - wokal, kankles; Bert Cools - gitara, syntezator; Jean-Christophe Bonnafous - bansuri
Gościnnie: Jauna muzika - chór; Vaclovas Augustinas - dyrygent chóru; Shahzad Ismaily - syntezator (1,6); Kjartan Sveinsson - elektryczne pianino (6); Gyða Valtýsdóttir - wiolonczela (6)
Producent: Stijn Cools i Arūnas Zujus


28 kwietnia 2021

[Recenzja] Otay:onii - "冥冥 (Míng Míng)" (2021)



Wyobraźcie sobie album, na którym śpiewa Björk, tylko jakby z chińskim akcentem. Towarzyszą temu głównie elektroniczne podkłady, zahaczające o post-industrial, drone, ambient czy glitch. Nad całością unosi się klimat tradycyjnej muzyki z Państwa Środka oraz mistyczny nastrój w duchu dokonań Dead Can Dance. Taki właśnie jest "冥冥 (Míng Míng)", drugi solowy album chińskiej - choć zamieszkującej w Nowym Jorku - artystki Lane Shi Otayonii. Debiutancki "Nag" sprzed trzech lat przeszedł praktycznie niezauważony. Inaczej jest w przypadku nowego dzieła, które stopniowo podbija tegoroczny ranking Rate Your Music. Niewątpliwie jest to album, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Całość trwa niespełna 37 minut, wiec nie trzeba na to poświęcać wiele czasu. Choć docenienie tej muzyki może zająć nieco dłużej.

Szczególnie otwieracz "From Me II to Me" zdaje się ustawiać poprzeczkę dość wysoko i sugerować muzykę trudniejszą w odbiorze. To niemal wyłącznie jednostajne, drone'owe szumy, spod których ledwo przebija się zawodzenie Otayonii. Autorka stworzyła tu naprawdę świetny, oniryczny klimat. Już drugi na płycie "Child No.22" posiada bardziej piosenkowy, a raczej quasi-piosenkowy charakter. Tym razem na pierwszym planie jest wokal, brzmiący nieco dziwnie i jakby dziecinnie, w stylu wspomnianej Björk. Z początku towarzyszą mu delikatne dźwięki, kojarzące się z chińską muzyką ludową, jednak z czasem muzyka podąża w bardziej eksperymentalne rejony, pełne dziwnych, industrialnych i elektronicznych dźwięków. Taki jest cały album. Bardziej przystępne elementy mieszają się tutaj z zupełnie pokręconym graniem. Nie jest to jednak jakaś bardzo niekomunikatywna muzyka. Jest po prostu dość nietypowa, przez co z dużym prawdopodobieństwem odstraszy miłośników konwencjonalnego podejścia do sztuki.

Jednak warto spróbować. Aż kipi tutaj od świetnych pomysłów aranżacyjnych czy zabaw z dźwiękiem, a przy tym ma to wszystko fantastyczny klimat. Przykłady można mnożyć. Świetny jest "Through Death a Cup of Coffee", brzmiący jak jakiś radykalny remiks któregoś z björkowych hitów. Albo ambientowo-glitchowy "In Between Angel and Fly", w którym pomimo nowocześnie brzmiącej elektroniki, pojawia się być może najwięcej mistycyzmu. Podobnie mogłoby dziś grać Dead Can Dance, gdyby trochę bardziej poszło z duchem czasu, zamiast okopywać się na bezpiecznej pozycji. Warto też wspomnieć o finałowym "Un deciphered", w którym znalazły się zarówno najbardziej agresywne, jak i chyba najsubtelniejsze momenty tej płyty, całkiem przekonująco się ze sobą łącząc. Jeśli natomiast ktoś szuka bardziej melodyjnego grania, to znajdzie je w środkowej części albumu, z takimi utworami, jak "Subhuman Sings" i "Blackheart Breakables" - w obu jednak pojawia się też sporo dziwniejszych dźwięków - a zwłaszcza w "Intentions and Emotions", który w dużej części opiera się na zaskakująco zwyczajnym akompaniamencie pianina, co stanowi całkiem fajne urozmaicenie.

"冥冥 (Míng Míng)" to kolejny mocarny kandydat do tegorocznego podsumowania najlepszych płyt. Na tę chwilę nie wyobrażam go sobie poza moją pierwszą dziesiątką, ale jeszcze wiele może się zmienić przez kolejne miesiące. Album polecam przede wszystkim wielbicielom Björk, Dead Can Dance - z wyjątkiem tych nastawionych na kopię 1:1 - oraz szeroko pojętej współczesnej elektroniki.

Ocena: 8/10



Otay:onii - "冥冥 (Míng Míng)" (2021)

1. From Me II to Me; 2. Child No.22; 3. Through Death a Cup of Coffee; 4. Subhuman Sings; 5. Blackheart Breakables; 6. Intentions and Emotions; 7. In Between Angel and Fly; 8. Un deciphered

Skład: Lane Shi Otayonii - wokal, elektronika, wszystkie instrumenty
Producent: Lane Shi Otayonii


26 kwietnia 2021

[Recenzja] Pink Floyd - "Live at Knebworth 1990" (2021)



Premiera kolejnych archiwalnych wydawnictw Pink Floyd to zawsze spore wydarzenie. Szkoda, że tym razem tak mało ekscytujące. Akurat koncertowe poczynania ze schyłkowego okresu działalności grupy zostały już solidnie udokumentowane, zarówno w wersji audio, jak i wideo. "Delicate Sound of Thunder" (niedawno wznowiony w rozbudowanej wersji) i "Pulse" w zasadzie wyczerpały temat. Co więcej, występ zespołu z 30 czerwca 1990 roku podczas Silver Clef Award Winners Concert w Knebworth House został już oficjalnie opublikowany w ramach boksu "The Later Years 1987-2019". Niby dobrze, że można dostać go teraz także osobno, bez wydawania fortuny na tamten zestaw. Jednak czemu wyróżniono w ten sposób akurat ten materiał, a nie nagrania z wcześniejszego "The Early Years 1965-1972"? Tamten wczesny okres wciąż wydaje się nieco ignorowany, podczas gdy właśnie wtedy muzycy osiągali swoje artystyczne szczyty.

Co przynosi "Live at Knebworth 1990"? Kolejne wersje doskonale znanych utworów. Na repertuar składają się po dwa utwory z trzech najsłynniejszych albumów Pink Floyd, "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" i "The Wall", a także jeden z wówczas najnowszego "A Momentary Lapse of Reason". Niestety, wykonania są bardzo przewidywalne. Muzycy - trzy czwarte klasycznego składu oraz liczni współpracownicy - raczej wiernie trzymają się oryginalnych wersji. Nawet jeśli część utworów trochę rozbudowano w stosunku do studyjnych pierwowzorów, to już w porównaniu z innymi koncertowymi wykonaniami z tego okresu różnice są praktycznie niezauważalne. Wszyscy zdają się tu grać w rzemieślniczy, wyuczony sposób. Troszkę więcej luzu i spontaniczności pojawia się jedynie w partiach solowych Davida Gilmoura oraz saksofonistki Candy Dulfer (szczególnie zyskuje na tym "Money"), jednak i oni nie próbują pociągnąć tych utworów w jakimś innym, mniej oczywistym kierunku.

Same kompozycje to, oczywiście, niekwestionowana klasyka rocka i trudno cokolwiek im zarzucić. Nawet młodszy "Sorrow" - jeden z lepszych kawałków post-watersowskiej ery - dobrze wpasował się w repertuar. Jednak wykonania są zbyt bezpieczne, jak na koncertówkę zespołu, który dawniej - w czasach "Ummagumma" i "Live at Pompeii" - traktował skomponowany materiał jako punkt wyjścia do zaprezentowania czegoś nowego. "Live at Knebworth 1990" to niepotrzebny album, który absolutnie nic nie wnosi do dyskografii Pink Floyd, nie pokazuje znanych utworów w inny sposób. Żadnych niespodzianek nie przynosi też tracklista, która wyłącznie powiela tytuły obecne zarówno na "Delicate Sound of Thunder", jak i na "Pulse". Choć może wydanie takiej bardziej skondensowanej koncertówki z tego okresu, bez ewidentnie słabszych momentów, nie było aż tak bardzo bezsensownym pomysłem.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "Live at Knebworth 1990" (2021)

1. Shine on You Crazy Diamond (Parts 1-5); 2. The Great Gig in the Sky; 3. Wish You Were Here; 4. Sorrow; 5. Money; 6. Comfortably Numb; 7. Run Like Hell

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Michael Kamen - instr. klawiszowe; Candy Dulfer - saksofon; Tim Renwick - gitara, dodatkowy wokal; Guy Pratt - gitara basowa, dodatkowy wokal; Gary Wallis - instr. perkusyjne; Clare Torry - wokal (2), dodatkowy wokal; Sam Brown, Vicki Brown, Durga McBroom - dodatkowy wokal
Producent: David Gilmour i Andy Jackson