Posty

[Recenzja] Brian Eno - "Ambient 1: Music for Airports" (1978)

Obraz
Co łączy Briana Eno i Ornette'a Colemana? Obaj wydali album, który może nie tyle zapoczątkował nowy nurt, co ostatecznie go zdefiniował, a nawet dał mu nazwę swoim tytułem. Początków ambientu można doszukiwać się już w  musique d’ameublement Erika Satie, kompozytora tworzącego na przełomie XIX i XX wieku, a także w niektórych eksperymentach Johna Cage'a. Już od wczesnych lat 70. twórcy wywodzący się z krautrocka, ale też sam Eno w swoich różnych projektach, tworzyli muzykę, która pod koniec dekady zyskała własne określenie. Już w innej recenzji opisałem, w jaki sposób brytyjski artysta doszedł do zdefiniowania tej stylistyki i określenia jej muzyką otoczenia - bo niczym otaczająca nas przestrzeń może być nieangażującym tłem, ale równie dobrze można poświęcić jej całą uwagę. Geneza albumu "Ambient 1: Music for Airports" ściśle wiąże się z inną anegdotą. Brian Eno nie przepadał za lataniem, podróż samolotem była dla niego zawsze stresująca. Tymczasem jego muzyczne zobo

[Recenzja] Mtume - "Rebirth Cycle" (1977)

Obraz
Możliwe, że dowiecie się tego z tej recenzji, gdyż informacja nie została podana chyba w żadnym z polskich serwisów muzycznych. Nawet tych specjalizujących się w jazzie. Kilka dni temu, 9 stycznia, zmarł James "Mtume" Forman, multiinstrumentalista najbardziej znany z grania na perkusjonaliach u Milesa Davisa - można usłyszeć go m.in. na "On the Corner", "Get Up with It", "Dark Magus", "Agharta" i "Pangaea" - a także z popowych hitów, które tworzył w latach 80. dla własnej grupy Mtume i innych wykonawców. W międzyczasie współpracował też z wieloma innymi jazzmanami, jak Art Farmer, Harold Land, Sonny Rollins, Pharoah Sanders, Lonnie Liston Smith, Buddy Terry czy McCoy Tyner. Wybór kariery jako muzyka jazzowego wydawał się w jego przypadku oczywisty. Był przecież synem znanego jazzowego saksofonisty Jimmy'ego Heatha (nazwisko Forman nosił po ojczymie, mało znanym pianiście jazzowym Jamesie "Hen Gates" Formanie), a

[Recenzja] New Order - "Brotherhood" (1986)

Obraz
Mogło się wydawać, że po sukcesach singla "Blue Monday" oraz albumu "Low-Life", New Order będzie dalej podążał wytyczoną na tych wydawnictwach ścieżką. Zapowiadający kolejny longplay singiel "Bizarre Love Triangle" zdawał się to tylko potwierdzać. To kolejny chwytliwy numer z taneczną rytmiką i mocno elektronicznym brzmieniem. Okazał się jednak kompletnie niereprezentatywny dla całego albumu, który w pierwszej połowie stawia na bardziej organiczne brzmienia, z wracającą na pierwszy plan gitarą ("Weirdo", "As It Is When It Was", "Broken Promise", "Way of Life") i syntezatorami użytymi co najwyżej do dopełnienia aranżacji ("Paradise"). Dopiero w drugiej części płyty, czyli na stronie B winylowego wydania, pojawia się więcej syntetycznych dźwięków, choć jedynie wspomniany "Bizarre Love Triangle" sprawdziłby się na parkiecie. Poza nim znalazły się tu spokojniejsze "All Day Long" i "Ever

[Recenzja] Dälek - "Absence" (2005)

Obraz
Hip-hop należy do gatunków, do których przekonałem się zdecydowanie najpóźniej. Wciąż nie jest to muzyka, której słuchałam regularnie, jednak stopniowo przybywa płyt, do których z przyjemnością wracam. Jedną z nich jest niewątpliwie "Absence", trzeci album Dälek - czwarty licząc kolaborację z Faust - który tak po prawdzie mogę nazwać swoją ulubioną płytą hip-hopową. Poprzednie, także bardzo przeze mnie cenione, wydawnictwa tego składu były próbą znalezienia swojego stylu, raz bardziej, raz mniej przekonującą. Na "Absence" styl tria wyraźnie okrzepł, utwory stały się bardziej homogeniczne, co mogłoby też być wadą, jednak ta stylistyczna konsekwencja daje tu znakomity efekt, mogąc naprawdę przytłoczyć słuchacza. Muzycy przyznają, że okres, w którym powstawał ten materiał, był dla nich bardzo trudny. Przełożyło się to na charakter muzyki, która brzmi znacznie mroczniej, ale też bardziej intensywnie i gęsto w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami. Pomysł na kolejne ut

[Recenzja] Toruńska Orkiestra Improwizowana - "SE02" (2021)

Obraz
Zapewne już niedługo zacznę opisywać premierowe wydawnictwa z 2022 roku. Na razie jednak wrócę jeszcze na chwilę do poprzedniego, aby zaprezentować jeszcze jeden ciekawy album wydany w trakcie minionych dwunastu miesięcy. "SE02", jak tytuł wskazuje, to część większego projektu, znanego pod nazwą "S3RI4L NVMB3RS". Zgodnie z opisem wydawcy, seria ma prezentować, a także promować improwizowane oraz eksperymentalne nagrania, dokonane przez efemeryczne składy złożone z reprezentantów niezależnej sceny. Seria ruszyła w listopadzie, wraz z albumem "SE01", firmowanym przez trio Kowalski/Kowalski/Zadrużyński, czyli gitarzystę Daniela Kowalskiego, perkusistę Damiana Kowalskiego oraz grającego na syntezatorze i bębnach Wojtka Zadrużyńskiego. Cała trójka powraca na opublikowanym po około miesiącu "SE02". Tym razem w towarzystwie wielu innych instrumentalistów i pod szyldem Toruńskiej Orkiestry Improwizowanej. Historia TOI jest nieco dłuższa od projektu płyto

[Recenzja] Thinking Plague - "In This Life" (1989)

Obraz
Lata 80. stoją nie tylko dobrym post-punkiem, nową falą i wszelaką elektroniką, ale także wieloma interesującymi pozycjami z kręgu avant-proga. Doskonałym tego przykładem dokonania amerykańskiej grupy Thinking Plague. Jej historia sięga początku dekady, kiedy to Mike Johnson i Bob Drake, multiinstrumentaliści występujący dotąd w różnych coverbandach, postanowili tworzyć własny materiał. Wkrótce dołączyła do nich klasycznie wyszkolona wokalistka Sharon Bradford, a także klawiszowiec Harry Fleishman oraz perkusista Rick Arsenault, którego szybko zastąpił Mark Fuller. Kwintet zarejestrował swój debiutancki materiał "...A Thinking Plague" (1984) w studiu mieszczącym się w piwnicy nieczynnej rzeźni. Oryginalny skład nie utrzymał się długo. Już na kolejnym wydawnictwie, "Moonsongs" (1986), miejsce Bradford i Fleishmana zajęli odpowiednio Susanne Lewis oraz Eric Jacobson; doszedł także dodatkowy perkusista Mark McCoin. Na przestrzeni kolejnych miesięcy dokooptowano jeszcze

[Recenzja] Cybotron - "Enter" (1983)

Obraz
Detroit to miasto o długiej muzycznej historii. Od połowy poprzedniego wieku działały tam kolejno silne sceny muzyki bluesowej, jazzowej, soulowej, rockowej, aż w końcu, od początku lat 80., elektronicznej. To właśnie tam, za sprawą czarnoskórej młodzieży, narodziło się techno, czerpiąc inspiracje zarówno z europejskiego synthpopu, jak i afroamerykańskiego electro, będącego w zasadzie uwspółcześnioną wersją funku. Niegdyś dobrze prosperujące miasto przemysłowe, wówczas popadające w coraz większą ruinę, pełne opuszczonych fabryk, było idealnym miejscem do tworzenia muzyki o tak zdehumanizowanym, futurystycznym charakterze. Wśród najważniejszych prekursorów techno, a zarazem najbardziej reprezentatywnych dla jego odmiany z Detroiht, niewątpliwie należy wymienić grupę Cybotron. Do jej powstania doszło w 1980 roku z inicjatywy Juana Atkinsa - jednego z tzw. trójki z Belleville - oraz Richarda Davisa (nie mylić z wybitnym basistą jazzowym), do których wkrótce dołączył gitarzysta John Housel

[Recenzja] Robin Kenyatta - "Girl From Martinique" (1971)

Obraz
"Girl From Martinique" to jeden z pierwszych albumów w katalogu ECM Records. Niektóre źródła twierdzą, że zdążył się ukazać jeszcze w 1970 roku, a więc w trakcie dwóch miesięcy od nagrania - sesja odbyła się 30 października. Strona wytwórni podaje jednak precyzyjną datę premiery: 15 marca 1971 roku. Szkoda, że o samym albumie ECM zdaje się nie pamiętać. Ostatnie wznowienie na fizycznym nośniku miało miejsce w 1979 roku, a tym samym nigdy nie ukazał się na płycie kompaktowej. Z drugiej strony, od pewnego czasu można znaleźć ten materiał w oficjalnym streamingu, więc zapoznanie się z nim stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. A zdecydowanie warto go posłuchać. Występujący tu w roli lidera Robin Kenyatta to amerykański saksofonista i flecista, początkowo silnie związany ze sceną freejazzową. W połowie lat 60. dołączył do zespołu towarzyszącego Billowi Dixonowi, był też związany z The Jazz Composer's Orchestra. Na przełomie dekad tego typu muzyka straciła jednak na

[Recenzja] The Cure - "Three Imaginary Boys" (1979) / "Boys Don't Cry" (1980)

Obraz
Debiutancki album The Cure początkowo ukazał się jedynie w Europie, pod tytułem "Three Imaginary Boys". Niemal rok później trafił do sprzedaży w Stanach, Kanadzie i Australii, tym razem zatytułowany "Boys Don't Cry", z nową okładką i ze znacznie zmienioną tracklistą. Każda wersja składa się z trzynastu utworów, jednak tylko osiem powtarza się na obu. Niby większość, jednak zmiany w repertuarze przekładają się na nieco inny charakter tych wydawnictw. Edycja europejska - z takimi kawałkami, jak "So What", "It's Not You" czy surowa, zarejestrowana w trakcie próby przeróbka hendrixowego "Foxy Lady" - wypada bardziej punkowo, podczas gdy obecne w drugiej wersji hity singlowe - "Boys Don't Cry", "Killing an Arab" i "Jumping Someone Else's Train" - zwiększają przebojowy potencjał albumu. Dodać trzeba jednak, że ani na "Three Imaginery Boys" nie brakuje chwytliwych melodii, ani na "B

[Artykuł] 50 lat temu... 1971

Obraz
Na początku lat 70., a nawet później, mówiło się o zmierzchu rocka. Podobne opinie były związane z rozpadem The Beatles, a także śmiercią takich muzyków, jak Jimi Hendrix, Janis Joplin czy - już w 1971 roku - Jim Morrison i Duane Allman. W rzeczywistości doszło jedynie do zmiany warty. Nie miał racji Joachim Ernst Berend w swojej książce "Od raga do rocka. Wszystko o jazzie" - swoją drogą bardzo pomocnej pozycji dla osób chcących lepiej zorientować się w jazzie - pisząc, że muzyka rockowa  nagle straciła swój rozpęd. Nie pojawiały się żadne nowe wybitne grupy . Było zupełnie na odwrót. Rok 1971 to prawdziwy rozkwit tej bardziej ambitnej strony rocka. Jedne ze swoich najlepszych płyt wydali wówczas m.in. Gentle Giant ("Acquiring the Taste"), King Crimson ("Islands") czy Van der Graaf Generator ("Pawn Hearts"), rozwijały się też takie nurty, jak scena Canterbury czy krautrock, a także debiutowali nowi, bardzo interesujący i oryginalni twórcy, jak C