8 kwietnia 2020

[Recenzja] Heldon - "Stand By" (1979)



Heldon zakończył lata 70. i swoją działalność* w wielkim stylu - publikując najlepszy album w karierze i jedno z ciekawszych wydawnictw schyłku wspomnianej dekady. Znana z poprzednich płyt mieszanka progresywnej elektroniki i ambitnego rocka, na "Stand By" została doprowadzona do perfekcji. Longplay zawiera tylko trzy nagrania: dwie rozbudowane formy i jeden dużo krótszy utwór. Całość została zarejestrowana w kwietniu i październiku 1978 roku przez kwartet złożony z Richarda Pinhasa, Patricka Gauthiera, François Augera oraz Didiera Batarda. W dwóch nagraniach wsparł ich Klaus Blasquiz, oryginalny wokalista francuskiej grupy Magma.

Wypełniający całą pierwszą stronę winylowego wydania, blisko 22-minutowy "Bolero" (podpisany przez Pinhasa i Augera) składa się, według opisu na okładce, z ośmiu części. Bardziej uzasadniony wydawałby się jednak podział na dwie, mniej więcej równe części. Pierwsza połowa nagrania zdominowana jest bowiem przez elektroniczne dźwięki generowane przez Pinhasa i Gauthiera, doskonale zespojone z perkusyjnym popisem Augera. Zespół wzbogacił swoje instrumentarium o niestosowane dotąd urządzenia, jak wokoder (głosu udzielił Blasquiz) i przede wszystkim wykorzystany na szeroką skalę sekwencer - zapętlone, ulegające stopniowym przetworzeniom dźwięki nasuwają wyraźne skojarzenia z tzw. Szkołą Berlińską, jednak w wydaniu Heldon brzmi to znacznie mroczniej i bardziej surowo. W drugiej połowie dochodzą do tego charakterystyczne solówki gitarowe Pinhasa (w których wciąż pobrzmiewa inspiracja Robertem Frippem) oraz podkreślające transowy klimat, wyraziste partie basu Batarda.

Proporcje odwracają się w czternastominutowym utworze tytułowym (autorstwa Pinhasa). Tym razem zdecydowanie dominuje ciężkie, gitarowe brzmienie - bardzo mocno kojarzące się ze stylem King Crimson z okresu 1972-74 i spokojnie mogące przypaść do gustu słuchaczom hard rocka czy metalu. Elektronika tym razem stanowi raczej dodatek, choć bardzo potrzebny, żeby album zachował spójność. Świetny jest wolniejszy fragment, w którym zapętlone dźwięki Mini-Mooga pełnią rolę akompaniamentu dla wyjątkowo melodyjnej, jak na Pinhasa, gitarowej solówki. Daje chwilę wytchnienia od potężnych riffów dominujących w tym nagraniu. Całości dopełnia zaledwie czterominutowy "Une Drôle De Journée" (napisany przez Gauthiera). Pomimo radiowej długości, dzieje się tutaj więcej, niż w pozostałych utworach. Nagranie charakteryzuje połamana rytmika, liczne kontrapunkty, brak określonej struktury. Słychać podobieństwa do Magmy (nie tylko za sprawą krótkiej wokalizy Blasquiza), Franka Zappy lub Gentle Giant, tylko brzmienie jest nieco bardziej elektroniczne.

Każdy z trzech utworów zawartych na "Stand By" wprowadza coś nowego do twórczości Heldon, wszystkie posiadają swój indywidualny charakter, ale też tworzą bardzo spójną całość, która nie wzięła się znikąd, lecz jest logicznym rozwinięciem poprzednich wydawnictw sygnowanych tą nazwą. Znamienne jest to, że im bardziej Heldon przestawał być solowym projektem Pinhasa, a stawał pełnoprawnym zespołem, tym więcej na tym zyskiwał. "Stand By" to jedyny album wydany pod tym szyldem, na którym wszystkie utwory zostały zarejestrowane przez pełen, niezmienny skład. Gauthier, Auger i Batard wnieśli tu naprawdę wiele jako instrumentaliści (dwaj pierwsi także jako kompozytorzy). To właśnie zespołowa praca, wzajemna interakcja muzyków, uczyniła ten longplay tak dobrym. I z jednej strony szkoda, że nie pociągnęli tego trochę dłużej i nic już razem nie nagrali. A z drugiej strony, o takim zakończeniu kariery większość twórców może tylko marzyć.

Ocena: 10/10

*Richard Pinhas wrócił na krótko do tego szyldu na początku obecnego wieku, wydając pod tą nazwą wyjątkowo słaby, niemający praktycznie nic wspólnego (poza obecnością Pinhasa) z wcześniejszą twórczością album "Only Chaos Is Real", utrzymany w stylistyce sztampowego, popularnego w tamtym okresie rocka "industrialnego". Najlepiej zignorować istnienie tego czegoś i uznać, że studyjna dyskografia Heldon kończy się na "Stand By".



Heldon - "Stand By" (1979)

1. Bolero; 2. Une Drôle De Journée; 3. Stand By

Skład: Richard Pinhas - gitara, syntezatory, wokoder; Patrick Gauthier - instr. klawiszowe; Didier Batard - gitara basowa; François Auger - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Klaus Blasquiz - wokal (1,2)
Producent: Richard Pinhas i François Auger


6 kwietnia 2020

[Recenzja] This Heat - "Health and Efficiency" (1980)



"Health and Efficiency" to tylko EPka. Dwa utwory, niespełna dwadzieścia minut muzyki. Dlaczego zatem poświęcam czas i miejsce na to wydawnictwo? Ponieważ doskonale została tutaj uchwycona  ewolucja zespołu. Słuchając długogrającego debiutu This Heat, a następnie "Deceit", można się zdziwić, jak bardzo zmieniła się muzyka tria pomiędzy jego dwoma albumami, których wydanie dzieli tylko dwa lata. "Health and Efficiency" pokazuje, że ten zwrot stylistyczny nie nastąpił nagle, lecz był efektem stopniowego i logicznego rozwoju. To właśnie to skromne wydawnictwo spaja całą (także bardzo skromną) dyskografię zespołu w sensowną całość.

Muzyka stała się tutaj odrobinę bardziej przystępna, ale wcale nie mniej ambitna. Pierwsze dwie minuty utworu tytułowego zaskakują wyrazistą melodią i optymizmem, choć intensywne partie instrumentalne przygotowują pod dalszą, eksperymentalną część, z zapętloną perkusją, nerwową gitarą i przeróżnymi efektami dźwiękowymi. Mieszają się tutaj przeróżne wpływy: post-punk, avant-prog, krautrock, industrial, a także muzyka elektroakustyczna i konkretna, tworząc razem niezwykle spójną całość. Zupełnym przeciwieństwem tego hałaśliwego, intensywnego i szalonego nagrania jest druga z zamieszczonych tu kompozycji: ambientowa "Graphic/Varispeed", zbudowana na dronowych dźwiękach organów. Utwory o podobnym charakterze i klimacie można znaleźć i na eponimicznym debiucie (szczególnie "Diet of Worms") i na "Deceit" ("Hi Baku Shyo"), jednak w nie aż tak minimalistycznym wydaniu.

"Health and Efficiency" to pozycja, której zdecydowanie nie powinno się ignorować, doskonale uzupełniająca i wzbogacająca dyskografię This Heat. Trochę może szkoda, że całość trwa tylko dziewiętnaście minut, ale za to otrzymujemy tu samą esencję, bez niepotrzebnego rozwadniania.

Ocena: 8/10



This Heat - "Health and Efficiency" (1980)

1. Health & Efficiency; 2. Graphic/Varispeed

Skład: Charles Bullen - gitara, klarnet, altówka, perkusja, taśmy, wokal; Charles Hayward - perkusja, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa, taśmy, wokal; Gareth Williams - gitara basowa, instr. klawiszowe, taśmy, wokal
Producent: David Cunningham


4 kwietnia 2020

[Recenzja] Penderecki, Don Cherry & The New Eternal Rhythm Orchestra ‎- "Actions" (1971)



Przed kilkoma dniami zmarł Krzysztof Penderecki - jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów i jeden z największych twórców XX wieku. Szczególnie interesujące wydają mi się jego dzieła z początków działalności, będące wspaniałym przykładem poważnej awangardy, a ściślej mówiąc, muzyki sonorystycznej. To właśnie z tego okresu pochodzi słynny "Tren - Ofiarom Hiroszimy", przeznaczony na 52 instrumenty smyczkowe, z których część dźwięków wydobywana jest w niekonwencjonalny, wówczas nowatorski sposób. Ówczesne dokonania kompozytora do dziś są chętnie wykorzystywane przez filmowców - znalazły się na ścieżkach dźwiękowych dzieł takich reżyserów, jak Stanley Kubrick ("Lśnienie"), William Friedkin ("Egzorcysta"), Martin Scorsese ("Wyspa tajemnic") czy David Lynch ("Inland Empire", trzeci sezon "Twin Peaks"), podkreślając w nich nastrój grozy. Począwszy od wczesnych lat 70., Penderecki zaczął tworzyć bardziej przystępną, komunikatywną, ale nie mniej wartościową muzykę.

Niewiele mówi się natomiast o pewnym niewielkim, ale ciekawym epizodzie w karierze Krzysztofa Pendereckiego. W 1971 roku kompozytor przygotował bowiem utwór na... orkiestrę freejazzową. Była to próba połączenia dwóch zupełnie różnych światów: starannie zaplanowanej muzyki klasycznej i stawiającego na spontaniczną improwizację free jazzu. Kompozycja "Actions" powstała na zamówienie Joachima Ernsta Berendta, niemieckiego dziennikarza i producenta silnie związanego ze sceną jazzową. Berendt zebrał też zespół, który miał wykonać ową kompozycję. W składzie "The New Eternal Rhythm Orchestra" znaleźli się czołowi przedstawiciele (głównie) europejskiej muzyki improwizowanej. Byli to: trębacze Tomasz Stańko, Manfred Schoof i Kenny Wheeler, puzoniści Albert Mangelsdorff i Paul Rutherford, saksofoniści Peter Brötzmann, Gerd Dudek i Willem Breuker, grający na flecie i klarnecie basowym Gunter Hampel, organista Fred Van Hove, gitarzysta Terje Rypdal, basiści Peter Warren i Buschi Niebergall, a także perkusista Han Bennink. Wykonanie odbyło się 17 października 1971 roku podczas Donaueschingen Music Festival. W dyrygenta wcielił się sam Penderecki i był to jego debiut w tej roli.

Kompozytor przechodził w tamtym czasie krótkotrwałą fascynację improwizatorskimi i technicznymi umiejętnościami muzyków jazzowych. Sam jednak nie najlepiej odnajdywał się w takim podejściu. Po latach zresztą przyznawał: Lubię, kiedy utwór jest zagrany dokładnie w taki sposób, jak został zapisany. A jazz to improwizacja, w której nie czuję się zbyt dobrze. (…) Cenię i znam wybitnych muzyków, którzy potrafią niesamowicie improwizować. Tylko że ja komponuję inaczej i inaczej pracuję. I nie czuję potrzeby tego zmieniać [1]. Choć przynajmniej fragmenty utworu zostały starannie skomponowane, wszystko szybko wymknęło się spod kontroli. Tomasz Stańko wspominał występ w następujący sposób: Prawie w ogóle nie było przestrzeni na improwizację. Tylko, niestety, nie wszyscy czytaliśmy dobrze te kwity. I w związku z tym w naturalny sposób improwizacja przejęła kontrolę. Wydaje mi się, że Penderecki nie był zadowolony z tego występu. Nie miał takiej kontroli, jakiej oczekiwał. On jest kompozytorem, który chce mieć całkowitą kontrolę nad swoją muzyką, a tu wszystko się wymknęło. Tam grali nierzadko muzycy o specyficznym brzmieniu, o dosyć swobodnym podejściu do notacji. Nikt z nas nie jest mistrzem czytania. (,,,) A tu były trudne nuty. I jeszcze niesforni, muzyczni anarchiści. Pamiętam taki moment, że miało być krótkie solo bębnów Hana Benninka. Bennink na próbie słuchał, jak go Penderecki wypuszczał na kilkanaście sekund, całkowicie szedł za jego ręką, ale na koncercie bezczelnie odwrócił głowę i sobie pograł. Anarchia free jazzmanów wzięła górę [2].

Krzysztof Penderecki (23.11.1933 - 29.3.2020)

Choć można tutaj wyłapać pewne punkty styczne z sonorystyczną twórczością Pendereckiego, jak niekonwencjonalne wydobywanie dźwięków, to ostatecznie "Actions for Free Jazz Orchestra" nie różni się specjalnie od tego, co w tamtym czasie grały inne freejazzowe orkiestry, jak Globe Unity Orchestra Alexandra von Schlippenbacha, Jazz Composer's Orchestra Carli Bley i Michaela Mantlera, lub też London Jazz Composers Orchestra Barry'ego Guya. Jako kolektywna improwizacja dużego składu, "Actions" sprawdza się znakomicie, pokazując duże umiejętności instrumentalistów oraz interesujące, bogate brzmienie. Ale pierwotnego zamiaru - połączenia free jazzu z muzyką klasyczną - nie udało się zrealizować. Zapewne nie jest to w ogóle możliwe, ze względu na wykluczające się wzajemnie cechy tych dwóch rodzajów muzyki - elementy którejś z nich zawsze będą wyraźnie przeważać. Szybko zdał sobie z tego sprawę Penderecki, który nie podejmował już kolejnych prób skomponowania utworu wykorzystującego improwizację. Samo "Actions for Free Jazz Orchestra" zostało praktycznie od razu zapomniane, pomimo pozytywnej reakcji uczestników festiwalu. Do drugiego wykonania doszło dopiero w 2018 roku, gdy na warsztat wzięła go dowodzona przez Matsa Gustafssona grupa Fire! Orchestra. Wykonanie odbyło się podczas szesnastej edycji krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum, a jego zapis został wydany na płycie zaledwie miesiąc temu, pod koniec lutego.

Oryginalne wykonanie "Actions for Free Jazz Orchestra" można natomiast znaleźć na albumie "Actions", opublikowanym prawdopodobnie już w 1971 roku. Warto jednak zauważyć, że to 16-minutowe nagranie zajmuje jedynie część płyty winylowej. Longplay zawiera także inne fragmenty tego samego występu The New Eternal Rhythm Orchestra - już bez udziału Krzysztofa Pendereckiego, za to z trębaczem Donem Cherrym jako liderem (część źródeł podaje, że muzyk zagrał także w "Actions", ale inne temu przeczą). To zresztą właśnie od jednego z jego albumów, "Eternal Rhythm" z 1969 roku, skład zaczerpnął swoją nazwę. Mamy tu zatem dwa dodatkowe nagrania: rozbudowaną improwizację podpisaną przez Cherry'ego "Humus - The Life Exploring Force", a także znacznie już krótsza interpretacji tradycyjnej pieśni hindustańskiej "Sita Rama Encores". Wpływy muzyki z półwyspu indyjskiego, podkreślane partiami tambury i mantrowymi wokalami, spotykają się tutaj z freejazzową improwizacją. W porównaniu z kompozycją tytułową wyraźnie słychać, że skomponowane tematy są znacznie prostsze, więcej też tutaj przestrzeni i swobody. Nagrania te wydają się też trochę przystępniejsze - w "Humus..." fragmenty, w których kilku solistów jednocześnie improwizuje, lub pojawiają się agresywne przedęcia, są tu równoważone bardziej klimatycznymi momentami, natomiast "Sita Rama Encores" to niemalże czysta muzyka hindustańska, dopiero w samej końcówce nabierająca freejazzowego charakteru.

Album "Actions" to zapis bardzo ciekawego wydarzenia. Jest to jednak wydawnictwo raczej dla wielbicieli free jazzu, niż miłośników twórczości Krzysztofa Pendereckiego, dla których będzie to raczej tylko ciekawostka, niż coś budzącego zachwyt (chyba, że jednocześnie są słuchaczami jazzu). Dlaczego zatem wybrałem właśnie ten longplay do uczczenia pamięci o kompozytorze? Ponieważ jest on najbliższy muzyki, jakiej sam chętnie słucham. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości mogę bardziej zainteresować się XX-wieczną muzyką poważną i zacząć tu o niej pisać. Powoli już zmierzam w tym właśnie kierunku. 

Ocena: 8/10

[1] Penderecki Krzysztof, Jestem za ACTA. Chodzi o zasady, a kraść nie wolno, rozm. przeprowadził Robert Ziembiński, 8 kwietnia 2012r. [dostęp online: 3.04.2020r.]
[2] Stańko Tomasz i Księżyk Rafał, Desperado. Autobiografia, Wydawnictwo Literackie, 2010r.



Penderecki, Don Cherry & The New Eternal Rhythm Orchestra ‎- "Actions" (1971)

1. Humus - The Life Exploring Force; 2. Sita Rama Encores; 3. Actions for Free Jazz Orchestra

Skład: Don Cherry - trąbka, flet i wokal (1,2); Krzysztof Penderecki - dyrygent (3); Tomasz Stańko - trąbka, kornet; Kenny Wheeler - trąbka, kornet; Manfred Schoof - trąbka, kornet;  Albert Mangelsdorff - puzon; Paul Rutherford - puzon; Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Gerd Dudek - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Willem Breuker - saksofon tenorowy, klarnet; Gunter Hampel - flet, klarnet basowy; Terje Rypdal - gitara; Buschi Niebergall - kontrabas; Peter Warren - kontrabas, gitara basowa; Han Bennink - perkusja i instr. perkusyjne; Fred Van Hove - pianino (1), organy (3); Moki Cherry - tambura (1,2); Loes Hamel - wokal (1)
Producent: Joachim Ernst Berendt


2 kwietnia 2020

[Recenzja] Area - "Crac!" (1975)



Trzeci album włoskiego zespołu kontynuuje kierunek obrany na "Arbeit macht frei" i "Caution Radiation Area", łącząc rock progresywny z jazz-rockiem, free jazzem i awangardowymi eksperymentami. Tym razem największym zaskoczeniem jest jednak nagranie, w którym zespół wypada zadziwiająco konwencjonalnie. "Gioia e Rivoluzione" to właściwie poprockowy kawałek, z piosenkową strukturą, wyrazistą melodią oraz brzmieniem zdominowanym przez pianino, akustyczną gitarę i syntezator. Gdyby nie charakterystyczna barwa głosu Demetrio Stratosa, nie sposób byłoby rozpoznać czyj to utwór. Choć nawet wokalista śpiewa tu w bardziej zachowawczy sposób, nie pokazując pełni swoich umiejętności. Fajnie, że zespół był tak wszechstronny, ale powinien to być raczej niealbumowy singiel. Na longplayu jest zupełnie wyrwany z kontekstu i nie wpływa najlepiej na jego spójność.

Na zupełnie przeciwnym biegunie mieści się "Area 5" - freejazzowa improwizacja ze swobodnymi, pozornie niezależnymi od siebie partiami pianina (trochę w stylu Cecila Taylora), kontrabasu, perkusji oraz zgrzytliwej gitary (przypominającej Sonny'ego Sharrocka lub wczesnego Terjego Rypdala), a także okrzykami Stratosa. Oprócz tych dwóch skrajnych podejść, na "Crac!" znalazło się też miejsce na nagrania bardziej wyważone - przystępniejsze od "Area 5", a zarazem ambitniejsze od "Gioia e Rivoluzione". "L'Elefante Bianc" przypomina utwory otwierające oba poprzednie albumy, za sprawą zestawienia sporej chwytliwości, silnego wpływu muzyki arabskiej oraz złożonej rytmiki. Nieco funkujący, w znacznej części instrumentalny "La Mela Di Odessa" zdaje się natomiast nawiązywać do tendencji panujących w ówczesnym fusion (na szczęście bez plastikowego brzmienia). Naprawdę ciekawie robi się jednak dopiero w "Megalopoli" oraz w pełni instrumentalnych "Nervi Scoperti" i "Implosion", w których jazzowy idiom przeważa nad prog-rockowym. Nie brakuje w nich porywających improwizacji, w których muzycy mogą w pełni pokazać swój kunszt, jest też trochę ciekawych rozwiązań brzmieniowych lub aranżacyjnych.

"Crac!" to wciąż bardzo dobre granie, jednak mam wobec niego dwa dość poważne zarzuty. Pierwszy dotyczy nagrania "Gioia e Rivoluzione", które niespecjalnie pasuje do reszty albumu i trochę też obniża jego poziom. Drugi wynika natomiast stąd, że pomijając ten kawałek i "Area 5", wszystkie pozostałe utwory właściwie nie wnoszą nowych rozwiązań do twórczości zespołu. Spokojnie mogłyby znaleźć się na poprzednim wydawnictwie, albo nawet na debiucie. Nie odstawałyby tam ani poziomem, ani stylistyką. Ale wzbogaciłyby je tylko (lub aż) o kilka minut porywającej muzyki więcej. Jest to longplay, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim wielbicielom ambitniejszego rocka oraz miłośnikom awangardowego jazzu. Jednakże poprzednie dzieła grupy cenię bardziej.

Ocena: 8/10



Area - "Crac!" (1975)

1. L'Elefante Bianco; 2. La Mela Di Odessa; 3. Megalopoli; 4. Nervi Scoperti; 5. Gioia e Rivoluzione; 6. Implosion; 7. Area 5

Skład: Demetrio Stratos - wokal, organy, klawesyn, instr. perkusyjne; Giampaolo Tofani - gitara, syntezator, flet; Patrizio Fariselli - pianino, pianino elektryczne, syntezator, klarnet basowy, instr. perkusyjne; Ares Tavolazzi - gitara basowa, kontrabas, puzon; Giulio Capiozzo - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Area


31 marca 2020

[Recenzja] Stephan Micus - "Implosions" (1977)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Stephan Micus to niemiecki multiinstrumentalista, którego twórczość najprościej można określić jako muzykę świata. Artysta nie posiada formalnego wykształcenia muzycznego, jest samoukiem. Po ukończeniu szkoły średniej zaczął podróżować po świecie, przede wszystkim tych bardziej egzotycznych krajach, kolekcjonując pochodzące stamtąd instrumenty i ucząc się na nich grać od lokalnych muzyków. Zawsze jednak próbował wypracować własny sposób gry, aby stworzyć swój własny świat dźwięków. W 1976 roku, po kilku latach praktyki, Micus wydał swój pierwszy album, zatytułowany "Archaic Concerts". Jednak większy rozgłos przyniósł mu dopiero wydany rok później, nakładem należącej do Manfreda Eichera wytwórni JAPO (oddziału ECM), album "Implosions".

Dość ciekawe jest samo wydanie wersji winylowej. W kopercie, poza samą płytą, umieszczono także tekturową wkładkę, na której znalazły się zdjęcia używanych przez Micusa instrumentów, wraz z krótkim opisem na temat ich pochodzenia, właściwości, a czasem też różnych ciekawostek. Dla osób faktycznie interesujących się muzyką był to bardzo cenny dodatek. I w sumie dalej jest, choć dziś dużo łatwiej pogłębić każdą wiedzę za pomocą internetu.

Samą płytę wypełnia pięć utworów, z których każdy zagrany jest na innym instrumencie lub instrumentach. Trwający dwadzieścia dwie minuty otwieracz "As I Crossed a Bridge of Dream" - ponoć pierwsza kompozycja Micusa, który pracował nad nią przez blisko trzy lata - opiera się na brzmieniu trzech sitarów i gitary akustycznej, którym towarzyszy partia wokalna. Stephan stworzył tutaj prawdziwie mistyczny, medytacyjny klimat, przynajmniej do pewnego momentu, gdy utwór zyskuje dynamiki, nie tracąc jednak nic ze swojego piękna i niezwykłej atmosfery. Nieco bardziej przyziemnie, choć wciąż nastrojowo, robi się w "Borkenkind", wykorzystującym brzmienie bawarskiej cytry. Egzotyczny klimaty i uduchowiony nastrój wracają jednak w trzecim utworze i pozostają już do końca płyty, czy to za sprawą japońskiego fletu shakuhachi w "Amarchaj", czy tajlandzkiego fletu i japońskiego shō (to ten instrument na okładce, w brzmieniu przypominający organy) w "For the 'Beautiful Changing Child'", czy w końcu afgańskiej lutni, rababu, w "For M'schr and Djingis Khan".

Chociaż instrumentarium zmienia się tutaj w każdym utworze, Stephan Micus zdołał stworzyć album niezwykle spójny, o bardzo jednolitym charakterze i klimacie. Jeśli ktoś lubi muzykę z egzotycznych stron świata, to nie powinien być rozczarowany zawartością "Implosions". Micus doskonale oddał mistyczno-medytacyjny nastrój wschodnich kultur, przetwarzając te wpływy na swój własny sposób, nie popadając przy tym ani w kicz, ani w trywializm.

Ocena: 9/10



Stephan Micus - "Implosions" (1977)

1. As I Crossed a Bridge of Dreams; 2. Borkenkind; 3. Amarchaj; 4. For the 'Beautiful Changing Child'; 5. For M'schr and Djingis Khan

Skład: Stephan Micus - wokal (1.2,5), sitar (1), gitara (1), cytra (2), shakuhachi (3), shō (4), flet tajlandzki (4), rabab (5)
Producent: Manfred Eicher


29 marca 2020

[Artykuł] Filmowe podsumowanie roku 2019

Pod koniec ubiegłego roku planowałem przygotowanie czterech podsumowań: trzech muzycznych (lat 2019 i 1969, dekady 2010-19) oraz jednego filmowego (rok 2019). Dwa pierwsze, tradycyjnie publikowane co roku, doszły do skutku. Na dwa dodatkowe zabrakło już czasu. W przypadku posumowania filmowego dość dużo czasu zajęło mi, zanim obejrzałem wszystkie zaplanowane filmy. Długo zastawiałem się też, czy powinienem wykraczać na tej stronie poza tematykę muzyczną - argumentem za tym, by to zrobić, jest jej nazwa, nie precyzująca o jakie chodzi recenzje, a także fakt, że tematyka filmowa wielokrotnie przewijała się w komentarzach. Pozostał więc tylko problem z brakiem czasu na napisanie większego tekstu. To się jednak zmieniło w związku z obecną sytuacją i akcją #zostańwdomu.



Nie mam pojęcia, czy to rok 2019 był wyjątkowo dobry dla kina, czy też miałem szczęście dowiedzieć się o istnieniu większej liczby udanych filmów, niż w latach poprzednich. Tak czy inaczej, nie miałem większych problemów z wyborem dziesięciu pozycji do swojego subiektywnego rankingu. Większym problemem było ułożenie ich we właściwej kolejności. W słabszym roku niemal każdy z tych filmów byłby kandydatem na podium. Większość z nich obejrzałem z pewnym opóźnieniem za pośrednictwem usługi VOD, tylko trzy widziałem w kinie (w tym "Irlandczyka", którego można było zobaczyć wyłącznie w kinach studyjnych). Na liście nie uwzględniłem czwartego filmu, który oglądałem w kinie - "Przemytnika" w reżyserii Clinta Eastwooda. Bardzo lubię Eastwooda, zarówno jako reżysera, jak i aktora, ale po pierwsze ten film światową premierę miał już w 2018 roku, a po drugie nie jest to jednak poziom "Bez przebaczenia", "Rzeki tajemnic" czy "Gran Torino" (ale też nie poziom tych najsłabszych).



Przejdźmy jednak do najważniejszej części. Przypominam, ze wybór jest całkowicie subiektywny, a jeśli masz innych faworytów - daj znać w komentarzach. Tak naprawdę kolejność filmów na liście nie ma dużego znaczenia, bo moim zdaniem wszystkie prezentują zbliżony poziom, choć cenię je nie zawsze z tych samych powodów. Za jakiś czas mógłbym ułożyć zupełnie inny ranking, ale prawdopodobnie obejmujący te same tytuły. Chociaż pewnie nie widziałem wszystkich zeszłorocznych filmów zasługujących na uwagę.


Najlepsze filmy 2019 roku



10. "Osierocony Brooklyn" ["Motherless Brooklyn"]

reżyseria i scenariusz: Edward Norton

Drugi film w reżyserii Edwarda Nortona to bardzo klasyczny kryminał w stylistyce neo-noir, z akcją osadzoną w latach 50. ubiegłego wieku. Nie jest to dzieło na miarę "Chinatown" Romana Polańskiego, ale ogląda się całkiem przyjemnie. Jest tu dość ciekawa intryga, dobre aktorstwo (oprócz grającego główną rolę Nortona warto wyróżnić Willema Dafoe, który jednak w tym roku miał jedną jeszcze lepszą rolę, o czym więcej później), sprawna realizacja i niezły scenariusz (na podstawie powieści Jonathana Lethema). Być może największą zaletą jest soundtrack, bo mamy tu i utwór Thoma Yorke'a i mnóstwo przyjemnego jazzu w stylu epoki, za którego skomponowanie odpowiada Wynton Marsalis. Jazz odgrywa zresztą dość istotną rolę w filmie - pojawia się tu fajny wątek z klubem jazzowym i postacią trębacza, wyraźnie inspirowaną Milesem Davisem.


9. "1917"

reżyseria: Sam Mendes | scenariusz: Sam Mendes i Krysty Wilson-Cairns

Mogłoby się wydawać, że kolejny film wojenny jest zupełnie niepotrzebny. Dzieło Sama Mendesa wnosi jednak do gatunku trochę świeżości. Po pierwsze, akcja nie dzieje się podczas II wojny światowej, lecz rzadziej inspirującej filmowców I wojny (do głowy przychodzi mi właściwie tylko jeden - "Ścieżki chwały" Stanleya Kubricka). Ale przede wszystkim mamy tutaj zupełnie nietypową dla filmów wojennych pracę kamery - cały film został zrealizowany w taki sposób, jakby nakręcono go w jednym ujęciu, bez cięć. Roger Deakins (zdjęcia) i Lee Smith (montaż) wykonali tutaj naprawdę kawał świetnej roboty. Wrażenie robią zwłaszcza nocne sceny, ale właściwie cały film nieustannie przyciąga uwagę. Sam scenariusz - ponoć oparty na prawdziwych zdarzeniach - jest bardzo prosty, ale historia jest ciekawa. Dobrze poradzili też sobie aktorzy - ci mniej znani, obsadzeni w głównych rolach (George MacKay i Dean-Charles Chapman), i ci bardziej znani, mający tylko krótkie epizody (m. in. Andrew Scott i Benedict Cumberbatch).


8. "Nieoszlifowane diamenty" ["Uncut Gems"]

reżyseria: Ben Safdie i Joshua Safdie | scenariusz: Ben Safdie, Joshua Safdie i Ronald Bronstein

Opisy tego filmu w różnych bazach filmowych nie są zbyt zachęcające. Trudno byłoby zresztą ciekawie streścić jego fabułę. Sama historia jest prosta i dość typowa dla thrillerów czy kina gangsterskiego, powielająca znane motywy i schematy. Ale jak fantastycznie jest to opowiedziane. I to przede wszystkim za pomocą formy (w tym także muzyki). Ten film jest tak bardzo intensywny, momentami wręcz psychodeliczny, że cholernie wciąga niezależnie od treści. Co nie znaczy, że fabuła nie odgrywa tu istotnej roli, bo sama historia też jest całkiem ciekawa (jednak przy bardziej sztampowej realizacji film naprawdę mocno by stracił). Aktorsko też jest dobrze, choć to przede wszystkim popis występującego w głównej roli Adama Sandlera, który praktycznie nie schodzi z ekranu. I naprawdę świetnie się w tej roli odnajduje.


7. "Historia małżeńska" ["Marriage Story"]

reżyseria i scenariusz: Noah Baumbach

Nie spodziewałem się, że film tego typu autentycznie mnie zaciekawi i wciągnie, ale tak właśnie się stało. To zasługa kilku rzeczy. Po pierwsze, świetnie napisanego scenariusza (błyskotliwie balansującego między dramatem i humorem), postaci oraz dialogów. Po drugie, naprawdę dobrego aktorstwa - Adam Driver i Scarlett Johansson pokazali się tutaj od najlepszej strony (scena kłótni to prawdziwe mistrzostwo i kulminacyjny punkt filmu). Aż chciałoby się oglądać ich więcej w tego typu rolach, gdzie naprawdę mają co pograć, zamiast marnować się w seriach disneyowskich blockbusterów. Ciekawym rozwiązaniem jest na pewno pokazanie historii z dwóch perspektyw, bez sugerowania widzowi czyją stronę ma trzymać. Pod względem technicznym jest to solidna robota, ale forma jest tu bardzo konwencjonalna, gdyż w tym filmie chodzi przede wszystkim o fabułę.


6. "The Lighthouse"

reżyseria: Robert Eggers | scenariusz: Robert Eggers i Max Eggers

Jeden z tych filmów, w których nie bardzo wiadomo o co chodzi i które można interpretować na różne sposoby. Niezależnie od tego, sama forma jest niezwykle atrakcyjna i intrygująca: czarno-biały obraz, wykadrowany kwadratowo, ciekawe zdjęcia i coraz bardziej popaprana fabuła, zilustrowana odpowiednio dobraną muzyką (lub jej brakiem). Do tego ponownie pochwalić muszę fantastyczne aktorstwo. Willem Dafoe i Robert Pattinson są rewelacyjni w swoich rolach, a razem stworzyli naprawdę świetny duet. Naprawdę warto zobaczyć ten film nawet tylko ze względu na to, jak to zostało zrobione i jak zostało zagrane, bo cała reszta ma tu jednak drugorzędne znaczenie i zbyt wiele nie oferuje. Osobiście nie traktuję tego jako wadę, bo przecież nie ma nic złego w tym, że film zachwyca elementami, które właśnie dla tego medium są unikalne, a nie tymi, które można przekazać za pomocą pozostałych rodzajów sztuki.


5. "Irlandczyk" ["The Irishman"]

reżyseria: Martin Scorsese | scenariusz: Steven Zaillian

Klasyczne kino gangsterskie w stylu filmów kręconych niegdyś przez Coppolę ("Ojciec chrzestny" I i II), Leone ("Dawno temu w Ameryce"), De Palmę ("Człowiek z blizną", "Życie Carlita") oraz, oczywiście, samego Scorsese ("Taksówkarz", "Chłopcy z ferajny", "Kasyno"). Kino, jakiego ostatnio brakuje i chyba nie bardzo jest na nie miejsce we współczesnym, politycznie poprawnym świecie. Świetnie było zobaczyć znów Roberta DeNiro, Ala Pacino i Joego Pesci w tego typu rolach i w końcu - po latach chałturzenia przez pierwszą dwójkę oraz niebytu trzeciego - tak dobrze zagranych. Szczególnie Pacino i Pesci wrócili w pełnej chwale. Historia jest tutaj opowiedziana w sposób typowy dla filmów gangsterskich, nieco może przewlekle, ale bez tego nie udałoby się dobrze zbudować tej opowieści. Kilka scen spokojnie może przejść do kanonu gatunku (ta z rybą - genialna!). Całość jest bardzo dobrze, choć z oczywistych względów konwencjonalnie, zrealizowana.


4. "Na noże" ["Knives Out"]

reżyseria i scenariusz: Rian Johnson

Z jednej strony jest to klasyczny kryminał w stylu Agathy Christie, z bardzo wyrazistymi postaciami i stopniowo odkrywaną intrygą, podkładając po drodze kilka mylnych tropów. A z drugiej strony, Rian Johnson dokonał tu swego rodzaju dekonstrukcji gatunku, prezentując go w mocno odświeżonej formie i wzbogacając go o elementy komediowe (i to raczej o czarny humor). A rezultat doskonale broni się zarówno jako kryminał, jak i jako komedia. Dodatkowym atutem jest świetna obsada i naprawdę dobre, zwłaszcza jak na kino o typowo rozrywkowym charakterze, aktorstwo - błyszczą przede wszystkim Daniel "James Bond" Craig, Chris "Kapitan Ameryka" Evans, Jamie Lee Curtis i Christopher Plummer. Craig stworzył zresztą na tyle interesującą postać, że planowane są kolejne filmy z jej udziałem. Jeśli w projekt będzie wciąż zaangażowany Johnson, to czekam z niecierpliwością.


3. "Parasite" ["기생충"]

reżyseria i scenariusz: Bong Joon-ho

Najbardziej chyba nagradzany film zeszłego roku. Dzieło południowokoreańskiego reżysera Bong Joon-ho jest z jednej strony bardzo koreański, a z drugiej - uniwersalny. Film ponadgatunkowy (zdominowany przez elementy dramatu, czarnej komedii i satyry, ale też odrobiną thrillera), sprawnie łączący różne konwencje w bardzo spójną i dokładnie przemyślaną całość. Każda scena zdaje się być umieszczona we właściwym miejscu i coś wnosić, czy to dla rozwoju fabuły (czasem w dość niespodziewanym kierunku), czy też lepszego poznania bohaterów. Zarówno główne, jak i drugoplanowe role są tu zagrane naprawdę dobrze, co zapewne też jest zasługą dobrego poprowadzenia aktorów przez reżysera. Również pod względem technicznym, wszystko jest tutaj idealnie dopracowane. Sporym atutem filmu jest połączenie pewnych artystycznych ambicji ze znacznymi walorami komercyjnymi - i pewnie tutaj tkwi źródło jego sukcesu.


2. "Pewnego razu w Hollywood" ["Once Upon a Time in Hollywood"]

reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino

Dziewiąty film Tarantino jest zarówno dziełem bardzo w jego stylu, jak i czymś zupełnie dla niego nowym. Całość składa się z dwóch, nierównych części. Pierwsza, zdecydowanie dłuższa, to właściwie zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą scen, będących przede wszystkim hołdem dla Hollywood 1969 roku i ówczesnego kina (ale też w mniejszym stopniu muzyki, dzięki udanemu doborowi kawałków z epoki). Jednak te sceny same w sobie są naprawdę świetnie napisane, wyreżyserowane i sfilmowane, a główni aktorzy, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, grają tu jedne ze swoich życiowych ról. W drugiej części nieśpieszna dotąd akcja nabiera tempa i prowadzi już w konkretnym - choć niekoniecznie spodziewanym przez widzów - kierunku. Robi się też zdecydowanie bardziej tarantinowsko, przede wszystkim w pełnym przemocy i czarnego humoru punkcie kulminacyjnym.


1. "Joker"

reżyseria: Todd Phillips | scenariusz: Todd Phillips i Scott Silver

Nie spodziewałem się po tym filmie wiele. Okazuje się jednak, że film o postaciach z komiksu można zrobić inaczej, ciekawiej, niż ma to miejsce w typowym kinie superbohaterskim. Historia najsłynniejszego przeciwnika Batmana została przedstawiona jako dramat psychologiczny, wprost nawiązujący do takich klasyków kina, jak "Taksówkarz" i "Król komedii" Scorsesego - z pierwszego czerpie estetykę, silnie kojarzącą się z nurtem new hollywood, zaś oba wpłynęły na fabułę (dodatkowym smaczkiem jest udział Roberta DeNiro, który grał główne role w obu tamtych filmach). Jednak to, co w tym filmie najlepsze, to tytułowa postać. Bardzo dobrze napisana (przedstawiona przy tym w inny, bardziej ludzki sposób, niż w komiksach czy innych adaptacjach), ale przede wszystkim fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa, który wspiął się tutaj na wyżyny aktorstwa i zasłużenie został nagrodzony za tę rolę Oscarem, Złotym Globem oraz innymi prestiżowymi nagrodami. Zasłużony jest także Oscar za muzykę, która doskonale podkreśla dramatyzm i klimat. Film nie jest co prawda pozbawiony wad (niektóre rzeczy niepotrzebnie są wyjaśniane w momencie, gdy widz już sam powinien się wszystkiego domyślić), co jednak nie zmienia faktu, że to właśnie "Joker" w zeszłym roku najbardziej mnie zaskoczył i zrobił na mnie największe wrażenie.



27 marca 2020

[Recenzja] Jackie McLean - "Let Freedom Ring" (1963)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Jeśli chodzi o jazz, to ostatnio skłaniam się raczej ku jego akustycznej odmianie - ale ani tej z głównego nurtu, ani tej najbardziej radykalnej. Raczej takiej utrzymanej pomiędzy tymi dwoma podejściami, czerpiącej z nich to, co najlepsze. Łączącej duże ambicje i wyrafinowanie oraz niekonwencjonalne nastawienie, z mimo wszystko sporym szacunkiem do jazzowej tradycji i ogólną przystępnością. Tego typu granie najczęściej określane jest jako avant-garde jazz lub post-bop. Właśnie taką muzykę przynosi album "Let Freedom Ring" Jackiego McLeana. Pomijając bardzo standardową balladę "I'll Keep Loving You" z repertuaru Buda Powella (nagraną przez niego w 1949 roku), znalazły się tutaj trzy porywające kompozycje lidera, które fantastycznie godzą przywiązanie do hard-bopowych korzeni i wyraźne wycieczki w stronę free jazzu, słyszalne przede wszystkim w agresywnym brzmieniu oraz swobodnej strukturze kompozycji.

Album został zarejestrowany dziewiętnastego marca 1962 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Każdy wielbiciel jazzu już na podstawie tych informacji doskonale wie, czego się spodziewać. W takim miejscu i czasie musieli zebrać się sami utalentowani instrumentaliści i nagrać co najmniej solidny longplay. I tak faktycznie było. Prawdopodobnie najmniej pamiętany z tej ekipy jest pianista Walter Davis Jr. Niesłusznie, bowiem ten aktywny od późnych lat 40. ubiegłego wieku w trakcie swojej kariery grał u boku najwybitniejszych jazzmanów, zarówno tych kojarzonych ze złotą erą bopu, jak Charlie Parker, Dizzy Gilespie, Max Roach, Art Blakey, Donald Byrd czy Sonny Rollins, ale także z przedstawicielem młodszego pokolenia i członkiem freejazzowej sceny, Archie'em Sheppem. Jego gra na "Let Freedom Ring" czerpie zarówno z doświadczeń zdobytych w epoce bebopu (staroświecko sentymentalne partie w "I'll Keep Loving You"), jak i prezentuje nowocześniejsze podejście, czego przykładem chociażby świetny temat i solówka w "Melody for Melonae", albo swobodniejsza gra w najbardziej rozluźnionym rytmicznie "Omega". Pianista wydobywa dokładnie tyle dźwięków, ile trzeba, nic ponadto, do tego zdaje się doskonale porozumiewać z każdym pozostałych muzyków.

Również basista Herbie Lewis nie jest postacią szczególnie znaną w dzisiejszych czasach, choć niektórzy Czytelnicy mogą kojarzyć jego nazwisko - zwłaszcza, że grał na bardzo przeze mnie cenionym i wielokrotnie tu wspominanym "Now!" Bobby'ego Hutchersona z 1970 roku. Już wcześniej, jeszcze przed współpracą z McLeanem, Lewis grał m. in. z Lesem McCannem, Artem Farmerem i Stanleyem Turrentine'em. Za to z pewnością bardziej rozpoznawalnym muzykiem jest perkusista Billy Higgins, który występował i nagrywał z samym Ornette'em Colemanem - można go usłyszeć na fundamentalnych dla awangardowego jazzu albumach "The Shape of Jazz to Come", "Free Jazz" i "Science Fiction". Grywał też chociażby z Sonnym Rollinsem, Herbiem Hancockiem i Dexterem Gordonem. Lewis i Higgins tworzą tu naprawdę zwartą, dobrze zgraną  (przede wszystkim ze sobą, ale też z resztą składu) sekcję. Nie zawsze jednak mają okazję pokazać, na co ich stać. W "I'll Keep Loving You" obaj chowają się w tle, a udział Higginsa sprowadza się właściwie tylko do trzymania tempa i odmierzania czasu za pomocą monotonnych uderzeń w talerze. Nieco już więcej mogą zaprezentować w "Rene", gdzie odpowiadają za wyrazisty, swingujący podkład, a perkusista zagrał kilka przejść. Najbardziej jednak błyszczą w tych utworach, w których warstwa rytmiczna jest mniej konwencjonalna, a więc "Melody for Melonae" i "Omega". W tym ostatnim Lewis jest wręcz postacią pierwszoplanową, a kontrabas traktuje jak instrument solowy, wymiatając na nim jak Scott LaFaro, Charlie Haden czy Richard Davis.

Najważniejszym muzykiem jest tu jednak bez wątpienia Jackie McLean. To bardzo ciekawa postać i jeden z najlepszych saksofonistów z bopowej i post-bopowej epoki. Muzyką interesował się od najmłodszych lat, gdyż dorastał w umuzykalnionej rodzinie i w sąsiedztwie kilku wybitnych jazzmanów: Charliego Parkera, Theloniousa Monka i Buda Powella, od których pobierał nieformalne lekcje. Wciąż uczęszczając do liceum, występował w zespole z Kennym Drew i Sonnym Rollinsem. Ten ostatni wkręcił go potem do zespołu Milesa Davisa - McLean miał wówczas dopiero dwadzieścia lat i nie posiadał karty kabaretowej umożliwiającej koncertowanie w Nowym Jorku. Gdy już ją uzyskał, szybko została cofnięta z powodu uzależnienia saksofonisty od heroiny. Występy były głównym źródłem utrzymania muzyków, podczas gdy sesje nagraniowe nie przynosiły dużych korzyści. Co prawda, Jackie zdecydował się odejść z wytwórni Prestige, dla której w latach 50. nagrał kilka albumów, i przejść pod skrzydła Blue Note, oferującej najwyższe stawki za sesję, jednak musiał bardzo ciężko pracować, by utrzymać się z grania. Stąd też na przełomie dekad wziął udział w nagraniu dziesiątek płyt, zarówno jako lider, jak i sideman. W tym okresie zaliczył współpracę z niemal każdym, no może co drugim, liczącym się muzykiem nowojorskiej sceny jazzowej (a więc tej skupiającej niemal wszystkich spośród najbardziej uznanych jazzmanów). Na jednym ze swoich albumów, "New and Old Gospel", gościł nawet Ornette'a Colemana, nieczęsto przecież występującego na płytach innych artystów.

Na początku lat 60. McLean był zresztą pod silnym wpływem Colemana, co doskonale słychać także na "Let Freedom Ring", zarówno w podejściu do kompozycji, jak i w samej grze na saksofonie altowym. Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z inspiracją, a nie imitacją, Jackie posiadał idiomatyczny styl gry, jedynie podpatrzył pewne patenty. I przemyca je nawet w nie bardzo dotąd przeze mnie chwalonym "I'll Keep Loving You". O ile na początku, podczas tematu, gra w bardzo tradycyjny sposób, tak z czasem się rozkręca, wprowadzając trochę nieznacznych dysonansów i przedęć, dzięki czemu utwór nie brzmi aż tak bardzo staromodnie. W podobny sposób ratuje "Rene" - bez niego byłby to po prostu bardzo solidny hard bop osadzony w bluesie, jednak partie lidera, tym razem jeszcze bardziej ekspresyjne, nadają mu nowocześniejszego charakteru. Najlepszy efekt jest jednak osiągany wtedy, gdy w podobnym kierunku zmierza cały kwartet. Doskonałym utworem jest najdłuższy na płycie "Melody for Melonae", w którym McLean pomysłowo wykorzystuje różne barwy swojego instrumentu, zarówno w błyskotliwym temacie, jak i podczas solówek, gdzie odważnie ociera się o freejazzowe rejony. Równie wspaniałym momentem jest "Omega", w którym lider, podobnie jak towarzyszący mu muzycy, najbardziej zbliża się do dokonań Colemana (szczególnie z wydanego parę miesięcy wcześniej "Ornette!"), choć gra tu jednak w nieco bardziej melodyjny sposób, jedynie fragmentami prezentując agresywniejsze zagrywki.

"Let Freedom Ring" to świetny album, jak przystało na efekt sesji muzyków tej klasy w renomowanym studiu Van Geldera w latach 60., wydany z logo Blue Note. Trochę tylko szkoda, że cały longplay nie jest tak bezkompromisowy, jak pierwszy i ostatni utwór. Dwa środkowe utwory idą jednak nieco za bardzo w mainstreamowym kierunku, pomimo prób lidera, by nadać im bardziej awangardowego charakteru - to jednak wciąż bardzo solidne granie, pokazujące duży kunszt instrumentalistów. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń, całość robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Takiej właśnie muzyki obecnie poszukuję.

Ocena: 8/10



Jackie McLean - "Let Freedom Ring" (1963)

1. Melody for Melonae; 2. I'll Keep Loving You; 3. Rene; 4. Omega

Skład: Jackie McLean - saksofon altowy; Walter Davis, Jr. - pianino; Herbie Lewis - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


25 marca 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Opisywanie dorobku Hawkwind zakończyłem jakiś czas temu na dwóch pierwszych albumach. Mogło to prowadzić do przekonania, że zespół nie nagrał już później nic godnego uwagi. W rzeczywistości, tych najlepszych albumów jeszcze nie zrecenzowałem. Po prostu skupiłem się na innych, moim zdaniem ciekawszych, wykonawcach. Hawkwind nie zalicza się do moich ulubionych przedstawicieli kosmicznego rocka, który w wykonaniu tej grupy brzmi bardzo topornie i surowo. Zdecydowanie preferuję bardziej finezyjne i lepiej - a przynajmniej bardziej kreatywnie - zagrane dokonania Gong, Ash Ra Tempel, Tangerine Dream czy wczesnego Pink Floyd. Hawkwind to natomiast taki space rock dla wielbicieli hard rocka, kładący nacisk przede wszystkim na gitarowy czad, a dopiero później na kosmiczny klimat, budowany za pomocą bardzo prostych środków - riffowych repetycji i świergotu syntezatorów.

Na "Doremi Fasol Latido", trzecim albumie w dyskografii zespołu, w składzie zadebiutowała nowa sekcja rytmiczna: perkusista Simon King oraz basista Ian Kilmister, lepiej znany pod pseudonimem Lemmy. Obecność przyszłego założyciela Motörhead to kolejny powód, by hardrockowi słuchacze sięgnęli po dokonania Hawkwind. Zresztą to właśnie w czasie pobytu Lemmy'ego w składzie, zespół nagrał zdecydowaną większość swoich najsłynniejszych i najbardziej cenionych albumów. "Doremi Fasol Latido" nie umieściłbym jednak na podium. To bardzo solidny album, ale w znacznej części po prostu powielający rozwiązania z poprzedniego "X in Search of Space". Odrobinę świeżości wnosi dopiero umieszczona na samym końcu "The Watcher" autorstwa Kilmistera, trochę przypominający akustyczny blues, ale tak naprawdę niezbyt bluesowy (bardziej czadowa wersja została nagrana później przez Motörhead). Jest jeszcze klawiszowa miniatura "One Change" autorstwa Dela Dettmara - miły przerywnik, ale nic ponadto. Reszta longplaya przynosi dokładnie taką muzykę, jakiej można było się po tym zespole spodziewać - sporo psychodelicznego grania o jamowym charakterze, w wersji czadowej ("Brainstorm", "Lord of Light", "Time We Left This World Today") lub łagodniejszej, z dodatkiem brzmień akustycznych ("Space Is Deep", "Down Through the Night"). Najlepiej z nich wypada jedenastominutowy otwieracz "Brainstorm", w którym za pomocą wspomnianych na wstępie środków, faktycznie udało się zbudować transowy, wciągający klimat. Reszta albumu już tak nie olśniewa, ale też nie schodzi poniżej całkiem przyzwoitego poziomu.

Jeśli oceniać ten album w kategorii kosmicznego rocka, to wypada tak sobie, zbyt jednostajnie (nie w kwestii "transowości", tylko podobieństw między poszczególnymi kawałkami) oraz dość niechlujnie pod względem brzmienia i wykonania. Natomiast jeśli te wszystkie psychodeliczne efekty traktować jako próbę ciekawego urozmaicenia hard rocka, to trzeba przyznać, że rezultat jest bardzo udany. "Doremi Fasol Latido" - i ogólnie twórczość Hawkwind - może być dobrym punktem wyjścia dla hardrockowych słuchaczy, by zainteresować się graniem o podobnym klimacie, ale już bardziej ambitnym, jak Gong i wykonawcy krautrockowi, a w końcu może nawet twórczością Herbiego Hancocka, Johna Coltrane'a czy Sun Ra.

Ocena: 7/10



Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)

1. Brainstorm; 2. Space Is Deep; 3. One Change; 4. Lord of Light; 5. Down Through the Night; 6. Time We Left This World Today; 7. The Watcher

Skład: Dave Brock - gitara, wokal;  Nik Turner - saksofon, flet, wokal; Del Dettmar - syntezator; Michael Davies - syntezator; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa, gitara, wokal; Simon King - perkusja
Producent: Dave Brock i Del Dettmar