28 lutego 2021

[Recenzja] King Gizzard & The Lizard Wizard - "L.W." (2021)



King Gizzard & The Lizard Wizard słynie z częstych zmian stylu, dokonywanych nierzadko z albumu na album. Tym razem jednak po raz trzeci w karierze, a drugi z rzędu, proponuje zabawy ze skalami mikrotonowymi, psychodelią i orientalizmami. Jako trzecia część tego mikrotonowego cyklu, rozpoczętego przez "Flying Microtonal Banana" w 2017 roku, a zarazem bezpośrednia kontynuacja zeszłorocznego "K.G.", "L.W." przynosi raczej przewidywalną muzykę. Nie poczytuję tego za wadę, gdyż stylistyczne poszukiwania i wybory Australijczyków często bywają niezbyt trafne, natomiast w takim graniu odnajdują się wyjątkowo dobrze, a przy tym brzmi dość oryginalnie. Zastanawiam się jednak, czy kompozycje na dwa najnowsze albumy powstawały równolegle, a jeśli tak, to czy nie lepszym rozwiązaniem byłaby selekcja tych najlepszych i opublikowanie ich na jednym longplayu?

"K.G." i "L.W." można traktować jako całość. dwie płyty tego samego albumu. Stylistyka jest identyczna, podobnie jak pomysł, by wszystkie utwory płynnie przechodziły w kolejne. Poprzednik wydaje się jednak trochę bardziej eklektyczny, natomiast ten album - przynajmniej do pewnego momentu - okazuje się bardzo równy stylistycznie. Pierwsze osiem utworów można w zasadzie potraktować jak jedno długie nagranie. Pomimo pewnych zmian nastroju czy natężenia dźwięków, tworzą naprawdę spójną całość, czerpiącą przeważnie ze sprawdzonych rozwiązań. Większość motywów i melodii brzmi bardzo charakterystycznie dla tej grupy, wręcz balansując na granicy autoplagiatu. Są przy tym wciąż tak samo dziwne, a zarazem autentycznie przebojowe (np. "O.N.E.", "Ataraxia"), co akurat działa niewątpliwie na ich korzyść. Dzięki temu słucha mi się ich naprawdę dobrze, pomimo wrażenia powtórki z rozrywki. A zdarzają się też pewne drobne urozmaicenia, jak funkowa rytmika w "If Not Now, Then When?", bardziej egzotyczne brzmienia w "Static Electricity", "East West Link" czy "See Me", albo wplecione tu i ówdzie syntezatory lub inne klawisze.

Niestety, jest też pewien zgrzyt. Po raz kolejny muzycy postanowili zwieńczyć całość cięższym utworem. O ile jednak w kończącym poprzednika "The Hungry Wolf of Fate" sabbathowy riff jest tylko dodatkiem do typowej dla nich piosenki, tak tym razem poszli jeszcze dalej. "K.G.L.W." jedynie przez pierwsze czterdzieści sekund - w których powraca motyw z tak samo zatytułowanego intra poprzedniego albumu - utrzymane jest w stylu reszty materiału. Potem jednak utwór nabiera ciężaru i w zasadzie staje się typowo doom metalowym kawałkiem. Sam w sobie nie jest zły - choć nie za bardzo znajduję uzasadnienie dla długości przekraczającej osiem minut - ale nie pasuje do reszty albumu i rozwala jego budowaną przez ponad pół godziny spójność. Na wcześniejszym longplayu zdarzają się utwory o odrębnym charakterze - jak wspomniany "The Hungry Wolf of Fate", bardziej akustyczny "Straws in the Wind" czy taneczny "Intrasport" - jednak wszystkie pasują do całości. "K.G.L.W" jest natomiast kompletnie wyrwany z kontekstu.

Pomijając to niepasujące zakończenie, bardzo mi odpowiada takie oblicze zespołu. Obawiam się tylko, że muzykom brakuje pomysłów, by dalej je rozwijać. "K.G." i "L.W." to w zasadzie kopie "Flying Microtonal Banana", różniące się głównie jakością poszczególnych kompozycji (i to raczej na własną niekorzyść). Pod względem brzmienia, aranżacji czy melodycznej różnorodności słychać bardzo mały postęp i to tylko w niektórych kawałkach, głównie z poprzedniego albumu. To chyba faktycznie powinien to być jeden album, zawierający tylko te najlepsze - i pasujące do siebie - nagrania. Może wtedy byłoby to wydawnictwo bliższe poziomu pierwszej części mikrotonowego cyklu. A tak powstały dwie zaledwie dobre płyty.

Ocena: 7/10



King Gizzard & The Lizard Wizard - "L.W." (2021)

1. If Not Now, Then When?; 2. O.N.E.; 3. Pleura; 4. Supreme Ascendancy; 5. Static Electricity; 6. East West Link; 7. Ataraxia; 8. See Me; 9. K.G.L.W.

Skład: Stu Mackenzie - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Ambrose Kenny-Smith - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Joey Walker - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Cook Craig - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Lucas Harwood - gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: King Gizzard & The Lizard Wizard


26 lutego 2021

[Recenzja] The Notwist - "Vertigo Days" (2021)



Niemiecka grupa The Notwist działa już od ponad trzydziestu lat i ma kilkanaście wydawnictw na koncie. Z szerszym zainteresowaniem i uznaniem spotkał się jednak tylko jeden album, "Neon Golden" z 2002 roku. To akurat całkiem przyjemny przykład tzw, indietroniki, czyli mieszanki indie popu z różnymi formami elektroniki. Kolejnym płytom nie udało się powtórzyć sukcesu. Mogło to być jedną z przyczyn odejścia klawiszowca Martin Gretschmann, mającego niemały wpływ na graną przez zespół muzykę. Niedługo później nastąpiła wieloletnia przerwa wydawnicza. Dopiero miesiąc temu bracia Markus i Micha Acher, wsparci przez nowego muzyka Christopha Becka oraz licznych gości, powrócili z nowym albumem. Podobno najlepszym od lat. "Vertigo Days" to mój pierwszy kontakt z muzyką The Notwist. I to naprawdę udany.

Ten nieprzesadnie długi, co bardzo mnie cieszy, longplay składa się z czternastu utworów, tworzących razem bardzo spójną całość. Czasem wręcz trudno zorientować się się, gdzie kończy się jedna, a zaczyna kolejna kompozycja. To nie tylko zasługa samego miksu, ale też specyficznego klimatu całości. Dominuje tu raczej subtelny, lekko psychodeliczny nastrój i elektroniczne brzmienia, w które nierzadko wpleciono jakby krautrockową motorykę (np. druga połowa "Into Love / Stars", "Exit Strategy to Myslef", "Al Sur"), wyraźniejsze partie gitar i basu (np. "Exit Strategy to Myself", "Ship", "Night's Too Dark"), skrzypce ("Sans Soleil"), a nawet jazzujące dęciaki ("Into the Ice Age"). Choć album jest bardzo zwarty, to poszczególne nagrania wciąż zachowują indywidualny charakter, zarówno za sprawą wyrazistych melodii, jak i przeróżnych aranżacyjnych oraz brzmieniowych smaczków. Popowa przystępność spotyka się tu z eksperymentem. I robi to w naprawdę udany sposób. Z jednej strony melodie są naprawdę atrakcyjne, urocze i przebojowe (do moich ulubionych zaliczają się te z "Where You Find Me", "Into the Ice Age", "Oh Sweet Fire", a nade wszystko "Loose Ends"). A jednocześnie ani przez chwilę nie jest to muzyka błaha, w czym zasługa kunsztownych, wielopłaszczyznowych aranżacji oraz niemniej bogatego brzmienia. Może tylko w finałowym "Into Love Again" - nagranym w pełnej kooperacji w japońską grupą Zayaendo - robi się trochę zbyt rzewnie i bardziej konwencjonalnie pod względem brzmienia, mimo wykorzystania naprawdę wielu instrumentów.

The Notwist na "Vertigo Days" nie odkrywa może niczego nowego - co najwyżej robi to w kontekście swojej własnej twórczości - jednak proponuje naprawdę świetny album, wypełniony całkiem niegłupimi piosenkami. Polecam wszystkim, którzy potrafią docenić muzykę inną od tej, jaką grano pięćdziesiąt i więcej lat temu. W XXI wieku wciąż powstaje mnóstwo ciekawych rzeczy, a obecny rok zaczął się naprawdę mocarnie. Ten longplay jest tego doskonałym przykładem.

Ocena: 8/10



The Notwist - "Vertigo Days" (2021)

1. Al Norte; 2. Into Love / Stars; 3. Exit Strategy to Myself; 4. Where You Find Me; 5. Ship; 6. Loose Ends; 7. Into the Ice Age; 8. Oh Sweet Fire; 9. Ghost; 10. Sans Soleil; 11. Night's Too Dark; 12. * Stars *; 13. Al Sur; 14. Into Love Again

Skład: Markus Acher, Micha Acher, Christoph Beck - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, elektronika, perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Max Punktezahl - gitara; Fabiana Striffler - skrzypce; Theresa Loibl - klarnet, klarnet basowy; Ullrich Wangenheim - flet altowy, klarnet, klarnet basowy; Mathias Götz - puzon; Karl Ivar Refseth - wibrafon, instr. perkusyjne; Saya Ueno - wokal (2,5,14), melodyka (14); Angel Bat Dawid - klarnet (7); Ben LaMar Gay - wokal (8); Juana Molina - instr. klawiszowe (13), elektronika (13), wokal (13); Satomi Endo - saksofon sopranowy (14); Ken Manabe - saksofon tenorowy (14); Kanako Veda - klarnet (14); Kiriko Kawamatsu - puzon (14); Yutaka Hirose - tuba (14); Kiyokazu Onozaki - melodyka (14); Tomoaki Saito - mandolina (14); Takashi Ueno - bandżo (14); Mitsuru Tanaka - instr. perkusyjne (14)
Producent: The Notwist


24 lutego 2021

[Recenzja] Elephant9 - "Arrival of the New Elders" (2021)



Norweskie trio Elephant9 działa już od kilkunastu lat i zdążyło wydać kilka albumów, jednak dotąd nie miałem okazji recenzować jego dokonań. Wspominałem co prawda o dwóch koncertówkach o wspólnym tytule "Psychedelic Backfire", które uznałem za jedne z najlepszych płyt 2019 roku, jednak pełnych recenzji nie było. Zespół nie każe jednak długo czekać na swoje kolejne wydawnictwa, a ja w końcu postanowiłem poświęcić mu trochę miejsca. Opublikowany w tym miesiącu "Arrival of the New Elders", szósta pozycja w studyjnej dyskografii grupy, to w zasadzie longplay niewiele różniący się od poprzednich. Muzycy pozostają wierni dotychczasowym inspiracjom, obejmującym takich wykonawców, jak Miles Davis, The Tony Williams Lifetime, Mahavishnu Orchestra, Weather Report, King Crimson czy Hawkwind. Konsekwencję zespołu widać już po samej okładce, utrzymanej w stylu poprzednich, a także po instrumentarium, tradycyjnie ograniczającym się do różnych klawiszy, basu oraz perkusji, z okazjonalnie pojawiającą się gitarą (tej ostatniej jest nieco więcej na płytach nagranych z udziałem Reine'ego Fiske'a, który jednak tym razem nie wspomógł tria).

Na album składa się tylko osiem utworów o łącznym czasie trwania zbliżającym się do czterdziestu czterech minut. Podoba mi się ta tendencja, jaką zaobserwowałem też na innych tegorocznych albumach, powrotu do winylowej długości płyt. Wydawanie dłuższych płyt z premierowym materiałem naprawdę nie ma przeważnie sensu. Trudno wówczas utrzymać równy poziom i zbudować odpowiednią dramaturgię. "Arrival of the New Elders" te problemy nie dotyczą. Całkiem trafionym pomysłem okazało się rozpoczęcie albumu dość subtelnym, nieśpiesznym utworem tytułowym, zdominowanym przez brzmienia elektrycznych instrumentów klawiszowych Ståle'a Storløkkena, wspartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, a momentami także fortepianem. Tempo wzrasta dopiero w drugim na płycie "Rite of Accession", napędzanym energetyczną grą sekcji rytmicznej, której towarzyszą ostrzejsze, przesterowane dźwięki elektrycznego pianina lub organów. Jednak dla równowagi wpleciono tu także partie melotronu oraz sporo akustycznej gitary, na której zagrał basista Nikolai Hængsle. Pomimo nieco innego instrumentarium, nagranie kojarzy mi się z pierwszym wcieleniem Mahavishnu Orchestra. Skojarzenia z tą grupą, tylko tym razem jej łagodniejszymi nagraniami, wywołuje także początek "Sojourn". I tak album sobie płynie, częściej stawiając na tworzenie nastroju ("Tales of Secrets", "Throughout the Worlds", "Solar Song") niż bardziej dynamicznego granie ("Chasing the Hidden", "Chemical Boogie" - oba utrzymane na pograniczu wczesnego fusion i krimzonowania). 

Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie się tego wszystkiego słucha. Świetne jest brzmienie, z tymi wszystkimi oldskulowymi klawiszami i wyrazistą sekcją rytmiczną. Podoba mi się też gra muzyków, z jednej strony wyrafinowana, świadcząca o dużym warsztacie instrumentalnym, ale całkowicie pozbawiona popisywania się umiejętnościami. Trio stawia zdecydowanie na grę zespołową. Nie mogę też przyczepić się do aranżacji, które pomimo skromnego składu, zdają się całkiem bogate i kunsztowne. Natomiast pewnym problemem są kompozycje, którym brakuje czegoś charakterystycznego. Właściwie tylko w "Rite of Accession" pojawia się bardziej wyrazisty motyw i w ogóle ten utwór moim zdaniem bardzo wybija się na tle pozostałych. Zupełnie nie przeszkadza mi to podczas słuchania "Arrival of the New Elders" w całości, ale wątpię, bym kiedyś poczuł chęć powrotu do tego albumu. Pomimo tego, zdecydowanie polecam go wszystkim wielbicielom muzyki na pograniczu jazzowego mainstreamu początku lat 70. oraz ambitniejszego rocka tego okresu. Elephant9 całkiem udanie przywołuje ten klimat, co zresztą udowodnił już na wcześniejszych płytach.

Ocena: 7/10



Elephant9 - "Arrival of the New Elders" (2021)

1. Arrival of the New Elders; 2. Rite of Accession; 3. Sojourn; 4. Tales of Secrets; 5. Throughout the Worlds; 6. Chasing the Hidden; 7. Chemical Boogie; 8. Solar Song

Skład: Ståle Storløkken - instr. klawiszowe; Nikolai Hængsle - gitara basowa, gitara (2); Torstein Lofthus - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Elephant9


22 lutego 2021

[Recenzja] Fire! - "Defeat" (2021)



Mats Gustafsson, Johan Berthling i Andreas Werliin niemal co roku prezentują premierową muzykę. Czy to nagraną w trio pod szyldem Fire!, czy też w bardziej rozbudowanym składzie i pod stosownie zmodyfikowaną nazwą Fire! Orchestra. Nie minął jeszcze rok od premiery koncertowego "Actions" - składającego się z odświeżonej wersji tytułowej kompozycji Krzysztofa Pendereckiego - a już do sklepów i na serwisy streamingowe trafiło kolejne wydawnictwo. Tym razem zarejestrowane w bardziej kameralnym składzie, po raz pierwszy od wydanego trzy lata temu "The Hands". Jednak podstawowy skład został tu wsparty przez dwóch muzyków bigbandowego wcielenia grupy: trębacza Gorana Kajfesa oraz grającego na puzonie i suzafonie Matsa Äleklinta. To nie jedyna zmiana. "Defeat" całkowicie odchodzi od bardziej rockowego brzmienia "The Hands", a Gustafsson chyba po raz pierwszy w karierze uczynił swoim głównym instrumentem flet.

Longplay składa się z pięciu utworów o łącznym czasie trwania nieznacznie przekraczającym trzydzieści sześć minut. To bardzo krótko, szczególnie na współczesne standardy. Ale taka długość działa na korzyść. Nie ma tu żadnego zbędnego przedłużania, a słuchacz nie zdąży się znudzić. Na dłuższą metę prezentowana tu muzyka - dość konsekwentnie bazująca na podobnych w sumie rozwiązaniach - mogłaby zacząć nużyć. A tak pozostawia raczej niedosyt, zachęcając do kolejnych odsłuchów. Każde nagranie ma przy tym trochę inny charakter, choć w zasadzie wszystkie, pisząc w sporym uproszczeniu, sprowadzają się do grania solówek instrumentów dętych z towarzyszeniem zapętlonej gry sekcji rytmicznej. Jednak partie Berthlinga i Werlina są całkiem pomysłowe i bynajmniej nie stanowią jedynie akompaniamentu. To taka muzyka, w której każdy instrument wydaje się równie istotny.

Album zaczyna się od najbardziej melodyjnego "A Random Belt. Rats You Out", w którym na tle niemal tanecznej gry sekcji rytmicznej rozbrzmiewają solówki różnych dęciaków, z czasem ciekawie się uzupełniające i coraz bardziej intensywne. Szczególnie świetnie wypada partia fletu, przerywana zabawnymi odgłosami Gustafssona, co - mimo zupełnie innej stylistyki - wywołuje skojarzenia z Ianem Andersonem i Jethro Tull. Mniej przystępnie rozpoczyna się pierwsza odsłona dwuczęściowego "Each Millimeter of the Toad", jednak z czasem saksofonowe rzężenie ustępuje miejsca klimatycznej partii fletu, lecz tworzącej raczej niepokojący nastrój, świetnie budowany z pomocą sekcji rytmicznej. W drugiej odsłonie dla odmiany robi się bardziej pogodnie, choć partie dęciaków nierzadko ocierają się o freejazzową agresję. Równie intensywnie brzmią w znanym już przed premierą "Defeat (Only Further Apart...)", gdzie dla odmiany towarzyszą im bardziej plemienne bębny. Największe wrażenie robi na mnie jednak finałowy "Alien (to My Feet)", najbardziej tutaj subtelny utwór, w którym muzykom udaje się stworzyć naprawdę świetny nastrój.

"Defeat" to kolejne potwierdzenie, że Fire! - podobnie, jak i Fire! Orchestra - to obecnie jedna z najmocniejszych jazzowych marek. Kolejne albumy, choć tak często wydawane, niemal zawsze trzymają bardzo wysoki poziom. W dodatku zespół zawsze stara się zaprezentować coś innego, zamiast powielać te same schematy. Mimo tego, pewne podobieństwa na poszczególnych wydawnictwach są zauważalne, co świadczy o tym, że muzycy wypracowali sobie charakterystyczny styl gry. To cechy tych najlepszych wykonawców.

Ocena: 8/10



Fire! - "Defeat" (2021)

1. A Random Belt. Rats You Out; 2. Each Millimeter of the Toad, Part 1; 3. Each Millimeter of the Toad, Part 2; 4. Defeat (Only Further Apart...); 5. Alien (to My Feet)

Skład: Mats Gustafsson - flet, saksofon barytonowy, elektronika; Johan Berthling - gitara basowa; Andreas Werliin - perkusja
Gościnnie: Goran Kajfes - trąbka; Mats Äleklint - puzon, suzafon
Producent: Fire!


20 lutego 2021

[Recenzja] Sun Ra - "Disco 3000" (1978)



Sun Ra przeważnie występował i nagrywał w dużych, kilkunastoosobowych grupach. Czasem jednak decydował się na mniejszy skład. Tak było podczas występu z 23 stycznia 1978 roku w Mediolanie. Liderowi towarzyszyli wówczas jedynie saksofonista John Gilmore, trębacz Michael Ray oraz perkusista Luqman Ali. Z fragmentami tego koncertu można zapoznać się dzięki opublikowanemu niedługo później albumowi "Disco 3000". Podobnie jak wiele innych pozycji z obszernej dyskografii rzekomego mieszkańca Saturna, longplay ukazał się własnym sumptem, w niewielkim nakładzie rozprowadzanym podczas występów. Oryginalne, bardzo trudne do zdobycia, kopie zawierały różne, własnoręcznie wykonane okładki. Powyższa grafika, inspirowana jednym z pierwotnych projektów, pochodzi z europejskiej reedycji winylowej z 2009 roku. Przy okazji warto wspomnieć o wznowieniach kompaktowych, które na dwóch płytach CD zawierają kompletny zapis mediolańskiego występu. W tej recenzji skupię się jednak na pierwotnie opublikowanym materiale.

Pomimo nienajlepszej jakości nagrania, dobrze, że nagrania te ujrzały światło dzienne. To wyjątkowy album w dyskografii Sun Ra, nie tylko ze względu na bardziej kameralny skład. Zawarta tu muzyka przypomina fascynacji lidera elektroniką. Jednak w przeciwieństwie do jego pierwszych eksperymentów z syntezatorami - jak "My Brother the Wind" - zawierający muzykę o nieco bardziej uporządkowanym charakterze. Zbliżającą się w sumie do tego, co prezentowali ówcześni przedstawiciele elektronicznego mainstreamu. najważniejszym utworem jest tu bez wątpienia tytułowy "Disco 3000", ponad dwudziestominutowa improwizacja, zajmująca stronę A winyla. Sun Ra korzysta tutaj z wielu nowinek technicznych, jak automat perkusyjny, czy - prawdopodobnie - sekwencer, dzięki którym utwór momentami nasuwa skojarzenia ze Szkołą Berlińską progresywnej elektroniki. Jednak to tylko dodatki do bardziej jazzowych improwizacji na organach, syntezatorze oraz dęciakach. Innego rodzaju smaczkiem jest krótki cytat ze słynnego "Space Is the Place". Całość jest naprawdę unikalnym połączeniem awangardowego jazzu i głównonurtowej elektroniki. Z tą ostatnią jeszcze bardziej kojarzy się jedenastominutowy "Dance of the Cosmo-Aliens", w całości oparty na elektronicznych repetycjach, stanowiących tło dla solowych popisów lidera na organach. Ewidentnie jazzowy charakter ma natomiast znany już z innych wydawnictw "Third Planet", zdominowany przez partie pianina, saksofonu oraz intensywną perkusję. Bębniarz może wykazać się również w miniaturowym "Friendly Galaxy", który rozpoczyna się jego popisem.

"Disco 3000" nie zawsze jest wymieniany wśród polecanych płyt Sun Ra, co należy uznać za spore niedopatrzenie. Takie kameralne, mocno elektroniczne oblicze jego muzyki wypada bardzo ciekawie i intrygująco. Na szczęście obecnie można zapoznać się z tym materiałem bez większych trudności. Zdecydowanie nie warto pomijać tego albumu, jeśli chce się mieć w miarę kompletne pojęcie o dokonaniach Sun Ra.

Ocena: 8/10



Sun Ra - "Disco 3000" (1978)

1. Disco 3000; 2. Third Planet; 3. Friendly Galaxy; 4. Dance of the Cosmo-Aliens

Skład: Sun Ra - instr. klawiszowe, automat perkusyjny, wokal; John Gilmore - saksofon tenorowy, perkusja, wokal; Michael Ray - trąbka, wokal; Luqman Ali - perkusja, wokal
Producent: Sun Ra


18 lutego 2021

[Recenzja] David Bowie - "'Heroes'" (1977)



Zaraz po zakończeniu prac nad albumem "Lust for Life" Iggy'ego Popa, latem 1977 roku, David Bowie przystąpił do przygotowania kolejnej odsłony swojej Trylogii Berlińskiej. "'Heroes'" (cudzysłów jest częścią tytułu) jako jedyna część tego cyklu faktycznie została w całości zarejestrowana w Berlinie Zachodnim, które to miasto ponownie dostarczyło inspiracji zarówno do tekstowej, jak i muzycznej warstwy albumu. Nagrania odbyły się na przełomie lipca i sierpnia w Hansa Studio. Bowie ponownie skorzystał z pomocy Briana Eno i Tony'ego Visconti, którzy mieli istotny wpływ na ostateczny kształt "Low", a także swojego zespołu wspierającego, wówczas wciąż składającego się z Carlosa Alomara, George'a Murraya i Dennisa Davisa. W studiu pojawiła się też nowa postać - Robert Fripp we własnej osobie, którego charakterystyczna gitara ubarwiła niektóre z nowych utworów.

Struktura longplaya przypomina poprzednie wydawnictwo. Pierwszą połowę albumu, czyli winylową stronę A, wypełniają kawałki o bardziej piosenkowym charakterze, łączące w zasadzie popowe melodie z całkiem pomysłowymi aranżacjami. Sztandarowym utworem jest tu oczywiście tytułowy "'Heroes'", jedno z najsłynniejszych nagrań Bowiego w ogóle, choć jako singiel odniósł raczej umiarkowany sukces w notowaniach. Popularność tego kawałka wynika w znacznym stopniu z charakterystycznej, opartej na dwóch dźwiękach zagrywki Frippa, wymyślonej wszakże przez lidera i Eno. To faktycznie bardzo przyjemna piosenka, choć niekoniecznie najciekawsza na tym albumie. Inne kawałki zdają się dużo ciekawsze pod względem aranżacyjnym, nie tracąc przy tym na przebojowości. Wymieć trzeba drugi, znacznie mniej znany singiel, "Beauty and the Beast", zbudowany na dość tanecznej rytmice, ale pełen gitarowych i klawiszowych smaczków, ze świetną partią wokalną Bowiego, wspartego przez żeński chórek. Albo "Joe the Lion" z kolejnym wyrazistym motywem przewodnim oraz fajną zmianą nastroju w środkowej części. Spokojniejszy "Sons of Silent Age", z istotną rolą saksofonu i brzmień klawiszowych, to kolejny mocny punkt. Od całości nie odstaje też żywszy "Blackout", w którym pojawiają się najbardziej frippowskie partie gitary.

Druga strona albumu to przede wszystkim cykl czterech (prawie) instrumentalnych utworów, płynnie ze sobą połączonych. Skojarzenia z drugą połową "Low" są jak najbardziej na miejscu, choć na początek pojawia się bardziej motoryczny "V-2 Schneider". Nagranie nie tylko za sprawą tytułu oddaje hołd dla Floriana Schneidera i Kraftwerk. Jednak oprócz sporej dawki brzmień elektronicznych, charakterystycznej, jednostajnej rytmiki oraz tekstu składającego się z pojedynczych słów, pojawia się tutaj także ciekawa partia saksofonu. W tym nagraniu Bowie zdecydowanie najbardziej zbliżył się do swojej krautrockowej fascynacji. Pozostałe trzy nagrania to już takie bardziej ambientowe pejzaże, w których nieoceniony jest wkład Eno. "Sense of Doubt" i "Neuköln" - pierwszy mocno elektroniczny, drugi wzbogacony przejmującymi partiami saksofonu oraz posępną gitarą - doskonale oddają ponury klimat ówczesnego Berlina, w którym II wojna światowa nie wydawała się czymś odległym i definitywnie zakończonym. Trochę wytchnienia daje umieszczony pomiędzy nimi "Moss Garden", z ładną partią koto i ogólnie subtelniejszym nastrojem, choć i tutaj nie brakuje dość niepokojących momentów. Szkoda jedynie, że Bowie postanowił zakończyć ten album bardziej optymistycznym akcentem. Piosenka "The Secret Life of Arabia", oparta na bardzo tanecznym rytmie, trochę nie pasuje do zbudowanego przez poprzednie utwory klimatu. Sama w sobie wypada jednak całkiem fajnie.

"'Heroes'" potwierdza, że nagranie "Low" nie było przypadkiem, a David Bowie naprawdę przeobraził się z twórcy zbiorów zgrabnych piosenek w dojrzałego, lecz wciąż poszukującego artystę, myślącego o albumie muzycznym jako o całości. Druga część Berlińskiej Trylogii wydaje mi się jednak mniej ciekawa. O ile instrumentalne utwory interesująco rozwijają koncepcje z poprzednika, tak piosenkowy materiał oceniam trochę niżej - nie słyszę w tych kawałkach dużego postępu, a czasem nawet bardziej zachowawcze podejście (tytułowy, "The Secret Life of Arabia"). Nie do końca wykorzystano też możliwości, jakie nastały wraz z pojawieniem się w studiu Frippa. To jednak wciąż bardzo udany album i niewątpliwie jedno z największych osiągnię w całej karierze Bowiego.

Ocena: 8/10



David Bowie - "'Heroes'" (1977)

1. Beauty and the Beast; 2. Joe the Lion; 3. "Heroes"; 4. Sons of the Silent Age; 5. Blackout; 6. V-2 Schneider; 7. Sense of Doubt; 8. Moss Garden; 9. Neuköln; 10. The Secret Life of Arabia

Skład: David Bowie - wokal, instr. klawiszowe, saksofon, gitara, koto, instr. perkusyjne; Brian Eno - instr. klawiszowe; Robert Fripp - gitara; Carlos Alomar - gitara; George Murray - gitara basowa; Dennis Davis - perkusja i instr. perkusyjne; Tony Visconti - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: David Bowie i Tony Visconti


16 lutego 2021

[Recenzja] Iggy Pop - "Lust for Life" (1977)



Identycznie, jak w przypadku "The Idiot", w powstawanie kolejnego albumu Iggy'ego Popa mocno zaangażował się David Bowie. Brytyjski artysta znalazł czas pomiędzy pracą nad swoimi dwoma wielkimi dziełami, "Low" i "'Heroes'", by wspomóc Amerykanina w jego solowej karierze. Zaraz po zakończeniu nagrań na "Low" zebrał zespół, z którym Pop mógł wyruszyć na światową trasę promującą "The Idiot". Znalazł się w nim gitarzysta Ricky Gardiner, wcześniej członek Beggars Opera, a także znani ze współpracy z Toddem Rundgrenem bracia Sales, basista Tony i perkusista Hunt. Bowie osobiście zasiadł za klawiszami. Zaraz po zakończeniu koncertów kwintet udał się do berlińskiego Hansa Studio, celem przygotowania nowego materiału. Prace tym razem nie przebiegały pod dyktando Bowiego. Pop poczuł się zdecydowanie pewniej w roli lidera. Samodzielnie napisał wszystkie teksty, a także muzykę do kawałka "Sixteen". Nalegał też, aby w komponowanie zaangażowani byli wszyscy instrumentaliści, a następnie sam pozmieniał część melodii. Sesja przebiegała dość chaotycznie, a Bowie próbował ratować sytuację angażując dodatkowych muzyków: swojego stałego współpracownika w tamtym okresie, gitarzystę Carlosa Alomara, a także klawiszowca Warrena Peace'a.

"Lust for Life", jak zatytułowano album, nie kontynuuje eksperymentów z "The Idiot". Pop zaproponował całkiem inny kierunek, stawiając na proste, energetyczne i melodyjne granie rockowe, nierzadko wywołujące skojarzenia z The Rolling Stones, bardziej piosenkowymi momentami The Velvet Underground czy z muzycznymi początkami Popa w The Stooges. Longplay przyniósł aż dwa spore przeboje: tytułowy oraz "The Passenger", skomponowane odpowiednio przez Bowiego i Gardinera. Tych kawałków nie trzeba chyba nikomu przybliżać. Podobnych nagrań, tylko przeważnie nieco ostrzej zagranych i nie aż tak chwytliwych, jest tutaj znacznie więcej, by wspomnieć tylko o "Sixteen" i "Some Weird Sin". Przebojowości nie można natomiast odmówić najbardziej pogodnemu "Success". Jednak moim faworytem jest nieco bardziej stonowany "Neighborhood Threat". Zarówno ten utwór, jak i wyróżniający się większą rolą brzmień klawiszowych "Tonight" zostały później nagrane przez Bowiego na album nazwany tytułem drugiego z nich. "Lust for Love" przynosi także balladę "Turn Blue" o staroświeckim, nieco bluesowym klimacie. Jest jeszcze dość lekki, wyluzowany "Fall in Love with Me", znów z bardziej wyeksponowanymi, przyjemnymi klawiszami. Ciekawostką jest zamiana ról Gardinera i braci Sales, którzy pozamieniali się instrumentami, co jednak nie ma większego wpływu na muzykę.

"Lust for Life" nawet przez moment nie zbliża się do wyjątkowości "The Idiot", ale w swojej kategorii bezpretensjonalnego, energetycznego i przebojowego grania broni się naprawdę dobrze. Potwierdza niestety, że o charakterze poprzedniego albumu zadecydował przede wszystkim wkład Bowiego. Gdy Iggy Pop zaczął sam kierować swoją karierą, jego muzyka od razu stała się bardziej zwyczajna, choć przyjemna i doskonale spełniająca swoją użytkową rolę.

Ocena: 7/10



Iggy Pop - "Lust for Life" (1977)

1. Lust for Life; 2. Sixteen; 3. Some Weird Sin; 4. The Passenger; 5. Tonight; 6. Success; 7. Turn Blue; 8. Neighborhood Threat; 9. Fall in Love with Me

Skład: Iggy Pop - wokal; David Bowie - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carlos Alomar - gitara, dodatkowy wokal; Ricky Gardiner - gitara (1-8), perkusja (9), dodatkowy wokal; Tony Sales - gitara basowa (1-8), gitara (9), dodatkowy wokal; Hunt Sales - perkusja (1-8), gitara basowa (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Warren Peace - instr. klawiszowe (7), dodatkowy wokal (7)
Producent: David Bowie, Iggy Pop i Colin Thurston


14 lutego 2021

[Recenzja] Sonny Sharrock - "Ask the Ages" (1991)



Warren "Sonny" Sharrock, nazywany nie bez powodu Hendrixem jazzu lub Coltrane'em gitary, na instrumencie nauczył się grać stosunkowo późno. Karierę muzyczną zaczynał pod koniec lat 50. jako wokalista w amatorskiej grupie doo-wopowej. Jazzem zainteresował się pod wpływem "Kind of Blue" Milesa Davisa, a szczególnie gry Johna Coltrane'a. Sam chciał początkowo zostać właśnie saksofonistą, jednak z powodu astmy musiał zmienić instrument. Zdecydował się więc na gitarę, wkrótce wyrabiając sobie swój własny sposób gry, zdradzający inspirację zarówno Trane'em, jak i Jimim Hendrixem. Na jazzowej scenie zaistniał pod koniec lat 60. Wyraźnie ciągnęło go w stronę ambitniejszego grania, czego dowodem udział w sesjach takich muzyków, jak Pharoah Sanders, Don Cherry, Wayne Shorter czy Miles Davis. Jednocześnie był stałym współpracownikiem Herbiego Manna, z którym tworzył bardziej komunikatywne rzeczy. Ważną postacią w karierze Sharrocka był też Bill Laswell, z którym pracował przy różnych okazjach, przede wszystkim w kwartecie Last Exit, łączącym free jazz, jazz rock i noise.

Sonny pozostawił po sobie też wiele płyt solowych, z których najsłynniejsze to pierwsza i ostatnia. Debiutancki "Black Woman" nie specjalnie przypadł mi do gustu, ze względu na zbyt wyeksponowane wokalizy Lindy Sharrock, ówczesnej żony gitarzysty. O wiele bardziej przekonuje mnie "Ask the Ages", wydany w 1991 roku, na trzy lata przed nieco przedwczesną śmiercią muzyka. Jeżeli ktoś sądzi, że w latach 90. jazz nie miał już nic do zaoferowania, to ten album powinien zweryfikować taką opinię. Jest to co prawda granie mocno zakorzenione w stylach popularnych dobre dwadzieścia lat wcześniej, jednak Sharrock przedstawia tu własną wizję takiej muzyki. A trzeba dodać, że dobrał sobie znakomitych współpracowników. Takie nazwiska, jak Pharoah Sanders i Elvin Jones mówią same za siebie. Basista Charnett Moffett to również postać, której nie powinno się ignorować. W opisie albumu znalazł się też Laswell, choć tym razem wyłącznie w roli współproducenta.

Sześć premierowych kompozycji lidera nawiązuje do różnych jazzowych nurtów. Zdecydowanie najjaśniejszymi punktami są tutaj dwa najdłuższe nagrania. Świetnie sprawdzający się w roli otwieracza post-bopowy "Promises Kept" już na otwarcie zwraca uwagę świetnym gitarowym tematem, a następnie porywającymi, zahaczającymi o estetykę free jazzu popisami Sandersa i Sharrocka, którym towarzyszy dość swobodna, ale przy tym bardzo potężna oraz energetyczna gra sekcji rytmicznej, która zresztą dostaje też sporo czasu na własny, nie mniej fascynujący popis. Z kolei w "Many Mansions" już od mocarnego wejścia Jonesa, do którego dopiero po pewnym czasie dołączają pozostali instrumentaliści, budowany jest fantastyczny, uduchowiony nastrój. Pharoah, Sonny i Elvin wspięli się tu na wyżyny swoich umiejętności, jednak nieoceniony jest także wkład Moffetta, dostarczającego hipnotyczny podkład. Trudno uniknąć skojarzeń z najsłynniejszymi dokonaniami Alice Coltrane czy samego Sandersa, jednak wyeksponowana gitara nadaje pewnej unikalności. 

Co nie znaczy, że pozostałe kawałki pozostają daleko w tyle. Warto na pewno zwrócić uwagę na spokojniejszy "Who Does She Hope to Be?", w którym kwartet pokazuje bardziej subtelne oblicze, bez popadania w przesadną rzewność lub tani sentymentalizm. To także jeden z mocniejszych fragmentów całości. Przyjemnie wypada swingujący "Little Rock", świadczący o sporym szacunku do tradycji. Z grą całego składu ciekawie kontrastuje ostre brzmienie gitary, które kojarzy się raczej z muzyką rockową. Mniej przekonuje mnie "As We Used to Sing", w którym sekcja rytmiczna gra trochę zbyt monotonnie, a partie Sonny'ego i Pharoaha ocierają się o chaos, momentami przekraczając tę granicę. Z kolei w "Once Upon a Time" niespecjalnie pasuje mi bardzo intensywna gra Jonesa, która niekoniecznie pasuje do tego, co grają pozostali instrumentaliści. Zapewne taki właśnie był zamysł, ale moim zdaniem nie wyszło to przekonująco.

Pomimo pewnych zastrzeżeń, uważam "Ask the Ages" za bardzo udany album i chyba szczytowe osiągniecie Sonny'ego Sharrocka, wliczając w to jego wkład w dokonania innych muzyków. Wszyscy instrumentaliści znakomicie się tutaj spisali, A efekt może zainteresować nie tylko wielbicieli jazzu. Ostre, rockowe brzmienie gitary lidera może przekonać także słuchaczy, którzy raczej stronią od muzyki jazzowej.

Ocena: 8/10



Sonny Sharrock - "Ask the Ages" (1991)

1. Promises Kept; 2. Who Does She Hope to Be?; 3. Little Rock; 4. As We Used to Sing; 5. Many Mansions; 6. Once Upon a Time

Skład: Sonny Sharrock - gitara; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Charnett Moffett - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bill Laswell i Sonny Sharrock