22 maja 2018

[Recenzja] Radiohead - "Kid A" (2000)



Po ogromnym sukcesie "OK Computer" mogli spocząć na laurach. Nagrywać kolejne przebojowe albumy w tym stylu i nie martwić się o zyski. Wybrali jednak inną drogę. Bardziej ambitną i odważną. Postanowili zbudować swój styl na nowo, odchodząc od dawnej przystępności i przebojowości, a także od typowo rockowego brzmienia. Poświęcili wiele czasu na tworzenie nowego materiału - napisali w sumie około czterdziestu utworów, z których nagrali około połowę. Dziesięć z nich ukazało się na albumie "Kid A", jedenaście kolejnych na wydanym rok później "Amnesiac". Wydając pierwszy z nich, niemal całkowicie zrezygnowano z tradycyjnych form promocji - żadnych singli, teledysków, nawet trasy koncertowej. Zamiast tego, wykorzystano na szeroką skalę możliwości internetu, co było prawdziwie nowatorskim rozwiązaniem. Choć "Kid A" ukazał się jeszcze w XX wieku, tak naprawdę wprowadził muzykę w XXI wiek.

Pod względem ściśle muzycznym nie jest to zupełnie nowatorski album, jednak zespół w bardzo twórczy i interesujący sposób czerpie na nim ze swoich inspiracji. A te również są bardzo ciekawe: od krautrocka i nowoczesnego jazzu, po muzykę elektroniczną i współczesną awangardę. Muzycy postanowili skupić się przede wszystkim na rytmie - a nie, jak dawniej, na melodiach - dodając do niego sporą dawkę nowoczesnych brzmień elektronicznych, a czasem smyczki lub sekcję dętą. Gitary wciąż są tu obecne, ale jakby na dalszym planie, dopełniając brzmienie. Te wszystkie zmiany najlepiej oddaje chyba utwór "The National Anthem", oparty na transowej partii basu, pełen dziwnych brzmień elektronicznych i dodających jazzowego, a nawet freejazzowego klimatu dęciaków. Do tego dochodzi jakby oderwana od warstwy muzycznej warstwa wokalna. Brzmi to naprawdę dziwnie i zarazem intrygująco, a przy okazji nasuwa pytanie: co oni ćpali? Mimo nowoczesnego brzmienia, czuć tu podobne podejście, jakie przyświecało wielu wykonawcom na przełomie lat 60./70., polegające na poszerzaniu ram muzyki i własnej świadomości.

W klimat całości doskonale wprowadzają dwa pierwsze, właściwie stricte-elektroniczne utwory: w całości utrzymany w subtelnym nastroju "Everything in Its Right Place" i tytułowy "Kid A", który po łagodnym początku robi się coraz dziwniejszy. "How to Disappear Completely" bliższy jest wcześniejszej twórczości zespołu - jest tu bardzo ładna, choć nieco zbyt melancholijna partia wokalna, której towarzyszy gitara akustyczna i smyczkowe tło, a w drugiej połowie także grająca raczej rockowo sekcja rytmiczna. Po instrumentalnym, ambientowym przerywniku "Treefingers", następuje kolejna seria bardziej eksperymentalnych kawałków. W energetycznym "Optimistic" pojawiają się wyraziste partie gitary, ale jest tu także zupełnie nierockowa warstwa rytmiczna i sporo atonalnych dźwięków w tle. Jednocześnie utwór posiada całkiem wyrazistą melodię. Narkotyczny klimat ma łagodniejszy "In Limbo", w którym następuje doskonała symbioza brzmień gitarowych i elektronicznych. "Idioteque" jest natomiast jednym z najbardziej zwariowanych (i najlepszych) fragmentów albumu, o niemal tanecznym charakterze, ale zarazem zbyt dziwny, by sprawdził się na parkiecie. "Morning Bell" to znów łagodniejszy, ale oparty na wyrazistym rytmie utwór, z ładną melodią, ale dość irytująco zaśpiewany. Na zakończenie pojawia się jeszcze wyciszony, znów całkiem elektroniczny "Motion Picture Soundtrack".

O ile dwa pierwsze albumy Radiohead zawierają konwencjonalny rock, a "OK Computer" był dość nieśmiałą próbą odświeżenia brzmienia, tak "Kid A" jest tym albumem, na którym wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Zespół zaprezentował tu swój dojrzały, całkiem oryginalny styl. Choć same kompozycje nie są tu lepsze, niż te z wcześniejszych albumów (ale i nie gorsze), to aranżacje zachwycają pomysłowością i dziwnością. Na swój sposób jest to jednak wciąż całkiem przebojowe granie, na pewno nie trudne w odbiorze, choć może takie być dla osób przyzwyczajonych do gitarowego łojenia. Warto jednak spróbować otworzyć się i na taką muzykę. Jeśli nie uda się na trzeźwo, to można inaczej.

Ocena: 9/10



Radiohead - "Kid A" (2000)

1. Everything in Its Right Place; 2. Kid A; 3. The National Anthem; 4. How to Disappear Completely; 5. Treefingers; 6. Optimistic; 7. In Limbo; 8. Idioteque; 9. Morning Bell; 10. Motion Picture Soundtrack

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Gościnnie: Orchestra of St John's - instr. smyczkowe; Andy Bush - trąbka (3); Steve Hamilton, Martin Hathaway, Andy Hamilton, Mark Lockheart, Stan Harrison - saksofony (3); Liam Kerkman, Mike Kearsey - puzony (3); Henry Binns - sample (3)
Producent: Nigel Godrich i Radiohead


20 maja 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Man-Child" (1975)



Herbie Hancock postanowił nagrać ten album w znacznie poszerzonym składzie. W sesji wzięło udział równo dwudziestu instrumentalistów, w tym wszyscy członkowie Head Hunters (włącznie z byłym perkusistą Harveyem Masonem), a także tacy muzycy, jak chociażby Wayne Shorter, Stevie Wonder, czy gitarzysta Wah Wah Watson. Album "Man-Child" stanowi logiczne rozwinięcie "Head Hunters" i "Thrust" - Herbie odchodzi tu jeszcze dalej od swoich jazzowych korzeni, na rzecz typowego funku. Ograniczone zostały improwizacje, które na dwóch poprzednich albumach wciąż odgrywały istotną rolę. Zamiast tego otrzymujemy zbiór dość krótkich (jak na standardy Hancocka), zwartych kawałków o zdecydowanie tanecznym charakterze (np. singlowy "Hang Up Your Hang Ups", "Heartbeat", czy "Steppin' in It" zbudowany na linii basu podobnej do tej z "Chameleon"), uzupełnionych dwiema łagodnymi balladami ("Sun Touch" i nieco mniej komercyjna "Bubbles" prowadzona ładną partią gitary).

Nie da się ukryć, że "Man-Child" to granie bliskie ówczesnego mainstreamu. Ta cała plejada znakomitych instrumentalistów, nie bardzo ma tu możliwość zaprezentowania pełni swoich umiejętności. Za bardzo dają się ograniczać konwencji, grają zbyt prosto i monotonnie, jak na swoje możliwości. Choć z drugiej strony, udaje im się utrzymać pewien poziom i uniknąć popadania w sztampę i kicz. Niemniej jednak jest to już ten moment w karierze Herbiego, gdy jego muzyka przestaje mnie ekscytować. 

Ocena: 6/10



Herbie Hancock - "Man-Child" (1975)

1. Hang Up Your Hang Ups; 2. Sun Touch; 3. The Traitor; 4. Bubbles; 5. Steppin' in It; 6. Heartbeat

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, flet, instr. perkusyjne; Wayne Shorter - saksofon; Ernie Watts - saksofon i flet; Jim Horn - saksofon i flet; Jay DaVersa - trąbka; Bud Brisbois - trąbka; Dick Hyde - tuba i puzon; Garnett Brown - puzon; Wah Wah Watson - gitara i syntezator; Dewayne McKnight - gitara; David T. Walker - gitara; Paul Jackson - bass; Henry E. Davis - bass; Louis Johnson - bass; Mike Clark - perkusja; Harvey Mason - perkusja; James Gadson - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Gościnnie: Stevie Wonder - harmonijka (5)
Producent: David Rubinson i Herbie Hancock


18 maja 2018

[Recenzja] Yatha Sidhra - "A Meditation Mass" (1974)



Niemieckie trio Yatha Sidhra pozostawiło po sobie tylko jeden album. Jeden, ale za to jakże piękny. "A Mediatation Mass" w całości wypełnia tytułowa czteroczęściowa suita, będąca wspaniałą mieszanką krautrocka, psychodelii, folku i jazz rocka, przesiąkniętą klimatem środkowo-południowej Azji. Choć całość jest bardzo spójna, nie bez powodu podzielono ją na części. "Part 1" - najdłuższa, 18-minutowa część - ma medytacyjny charakter i hipnotyzujący nastrój, tworzony przez przepiękne partie fletu, którym towarzyszy jednostajny podkład gitary i egzotycznych perkusjonaliów, oraz elektroniczne szumy w tle. Pojawiają się też partia wokalna o nieco wschodnim charakterze.  Krótki, ledwie trzyminutowy "Part 2", jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej części, ale zmienia się instrumentarium - tym razem partii fletu towarzyszy elektryczne pianino, transowa partia elektrycznego basu, oraz dość zwyczajna perkusja. W drugiej połowie milknie flet, a pozostałe instrumenty zaczynają grać w bardziej jazzowy sposób. Znów dłuższy, dwunastominutowy "Part 3" łączy medytacyjny charakter pierwszej części i motywy z drugiej; w środkowym fragmencie robi się natomiast bardziej dynamicznie, a na pierwszy plan wysuwa się zadziorne solo gitary. Finałowy "Part 4" to siedmiominutowa repryza pierwszej części - doskonała klamra spinająca album.

"A Meditation Mass" to raczej nie najlepszy, ale zdecydowanie najładniejszy NKR, jaki słyszałem. Album powinien przypaść do gustu zarówno wielbicielom hipisowskiej muzyki z drugiej połowy lat 60., jak i krautrocka, a przede wszystkim miłośnikom muzyki z silnymi wpływami orientalnymi, zwłaszcza hindustańskimi.

Ocena: 8/10



Yatha Sidhra - "A Meditation Mass" (1974)

1. Part 1; 2. Part 2; 3. Part 3; 4. Part 4

Skład: Rolf Fichter - gitara, instr. klawiszowe, wibrafon, flet, wokal; Matthias Nicolai - gitara i bass; Klaus Fichter - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Elbracht - flet
Producent: Winfried Schmidt, Achim Reichel i Frank Dostal



Po prawej: okładka niektórych reedycji.



16 maja 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete On the Corner Sessions" (2007)


"The Complete On the Corner Sessions" to ostatni boks z tej serii i zarazem najlepszy. Na sześciu kompaktach zebrano materiał z trzyletniego okresu poprzedzającego długą przerwę od grania, jaką Miles zrobił sobie w połowie lat 70. Ściślej mówiąc, nagrań dokonano podczas kilkunastu różnych sesji, mających miejsce od marca 1972 do maja 1975 roku. Davis, po krótkim etapie jazzrockowym, wrócił wówczas do tworzenia bardziej eksperymentalnej muzyki. Razem z towarzyszącymi mu instrumentalistami, stworzył niesamowitą i bardzo oryginalną fuzję jazzu, funku, rocka, psychodelii, muzyki hindustańskiej i afrykańskiej, oraz współczesnej awangardy, kładąc nacisk przede wszystkim na warstwę rytmiczną, której podporządkowana została cała reszta.

W nagraniach, jak zwykle, trębacza wspomagało mnóstwo wspaniałych, kreatywnych muzyków. Podczas sesji z czerwca i lipca '72, których wynikiem był album "On the Corner", towarzyszyła mu prawdziwa śmietanka sceny fusion, m.in. John McLaughlin, Herbie Hancock, Chick Corea, Jack DeJohnette, Bennie Maupin, Billy Hart i Lonnie Liston Smith. Podczas kolejnych sesji, Davis chętniej korzystał z muzyków o raczej funkowych (a czasem rockowych lub bluesowych), niż stricte jazzowych korzeniach. Wykrystalizował się zespół, którego podstawę stanowiła sekcja rytmiczna złożona z Michaela Hendersona, Ala Fostera i Jamesa Mtume'a (cała trójka grała również na "On the Corner"), oraz gitarzyści Reggie Lucas i Pete Cosey (a przez pewien czas także Dominique Gaumont). Zmieniali się jedynie saksofoniści (rolę tę pełnili m.in. Dave Liebman, Carlos Garnett i Sonny Fortune), oraz klawiszowcy (do czasu, aż Davis osobiście zajął się grą na organach elektrycznych). Okazjonalnie w nagraniach brali też udział muzycy grający na indyjskich instrumentach.

Jak zawsze w przypadku boksów z tej serii, część materiału była już wcześniej wydana. Znajdziemy tu cały album "On the Corner" i prawie cały "Get Up with It" (z wyjątkiem zarejestrowanego wcześniej "Honky Tonk"), a także utwór "Ife" z albumu "Big Fun", oraz nagrania "Big Fun" i "Holly-wuud" z wydanego w 1973 roku singla. Dodatkowo otrzymujemy niemal trzy i pół godziny premierowego materiału. Czasem są to po prostu alternatywne podejścia lub miksy. "Mtume (take 11)" to po prostu krótsze wykonanie utworu znanego z "Get Up with It", ale w "On the Corner (take 4)" różnice są już znaczące - w tym podejściu utwór jest znacznie bardziej zwarty i przystępny, dzięki wyraźniejszej melodii. Są tu też trzy nagrania podpisane jako "unedited master" - to dokładnie te same wersje, które trafiły na album "On the Corner", ale jeszcze przed ostatecznym miksem. I o ile tytułowy "On the Corner" i "Helen Butte / Mr. Freedom X" praktycznie nie różnią się od ostatecznych wersji, tak "One and One" jest o jedenaście minut dłuższy i zawiera chociażby świetne solówki gitary i saksofonu, które wycięto w wersji albumowej. Znajdziemy tu także dwa podejścia do energetycznego nagrania zatytułowanego tutaj "Big Fun / Holly-wuud", ponieważ to właśnie fragmenty jednej wersji ("take 3") wykorzystano na wspomnianym wyżej singlu.

Zostaje zatem dziesięć utworów, które wcześniej były kompletnie nieznane. I jest to materiał na absolutnie najwyższym poziomie. Przeważnie są to dość długie improwizacje hipnotyzujące niesamowitym klimatem i transową grą sekcji rytmicznej. Niezwykle bogate jest instrumentarium. Te wszystkie flety, klarnety, sitary, egzotyczne perkusjonalia i elektryczne klawisze tworzą naprawdę intrygujący nastrój w takich nagraniach, jak chociażby "Jabali", "Chieftain", "Turnaround" (i jego krótszej wersji, "U-turnaround"), czy "Hip-Skip". Genialnie wypada niesamowicie intensywny "The Hen". Energetyczny "What They Do", zdominowany przez agresywne brzmienie gitar, jest natomiast najbliższy temu, co Davis prezentował wówczas podczas koncertów. Bardziej stonowany charakter mają natomiast "Peace" i "Mr Foster", z przepięknymi partiami fletu i gitary w pierwszym, oraz saksofonu w drugim. Wszystkie te utwory wypadają nawet lepiej, niż znaczna część "Get Up with It". Naprawdę trudno zrozumieć dlaczego odłożono je do archiwum, zamiast zrobić z nich album, który być może byłby nawet najwspanialszym ze studyjnych wydawnictw Milesa.

Odmienny charakter ma natomiast kawałek "Minnie" - króciutki, niespełna czterominutowy kawałek o niemal piosenkowym charakterze, z prostą, zgrabną melodią, egzotycznym klimatem i - do czasu - łagodnym brzmieniem (w drugiej połowie nabiera intensywności). Jako jednorazowy eksperyment jest to całkiem przyjemne, ale cały album w takim stylu byłby sporym rozczarowaniem. Utwór został zarejestrowany 5 maja 1975 roku - była to ostatnia sesja nagraniowa Davisa przed przerwą. Wiadomo, że zarejestrowane zostało wówczas znacznie więcej materiału, ale zdecydowano się opublikować tylko ten jeden fragment. Być może w archiwum pozostaje jeszcze więcej niepublikowanych nagrań, także z poprzednich sesji. W boksie na pewno brakuje natomiast zawartości wydanego w 1972 roku singla "Molester" (czyli alternatywnej wersji "Black Satin").

"The Complete On the Corner Sessions" utwierdza mnie w przekonaniu, że lata 1972-75 były najlepszym, najbardziej twórczym i kreatywnym okresem w trwającej na przestrzeni sześciu dekad działalności Milesa Davisa. Zarówno na żywo (to przecież wtedy zostały zarejestrowane "Agharta", "Pangaea" i "Dark Magus"), jak w studiu, trębacz i jego współpracownicy tworzyli naprawę niesamowitą, bardzo pomysłową i ambitną muzykę, która wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom. Albumy "On the Corner" i "Get Up with It" tylko w pewnym stopniu pokazują, na co było ich stać w warunkach studyjnych. Dopiero ten boks ukazuje w pełni ich geniusz.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "The Complete On the Corner Sessions" (2007)

CD1: 1. On the Corner (unedited master); 2. On the Corner (take 4); 3. One and One (unedited master); 4. Helen Butte / Mr. Freedom X (unedited master); 5. Jabali
CD2: 1. Ife; 2. Chieftain; 3. Rated X; 4. Turnaround; 5. U-turnaround
CD3: 1. Billy Preston; 2. The Hen; 3. Big Fun / Holly-wuud (take 2); 4. Big Fun / Holly-wuud (take 3); 5. Peace; 6. Mr Foster
CD4: 1. Calypso Frelimo; 2. He Loved Him Madly
CD5: 1. Maiysha; 2. Mtume; 3. Mtume (take 11); 4. Hip-Skip; 5. What They Do; 6. Minnie
CD6: 1. Red China Blues; 2. On the Corner / New York Girl / Thinkin' of One Thing and Doin' Another / Vote for Miles; 3. Black Satin; 4. One and One; 5. Helen Butte / Mr. Freedom X; 6. Big Fun; 7. Holly-wuud

Skład: Miles Davis - trąbka, organy (CD3:1,3-6, CD4, CD5, CD6:6,7); Dave Liebman - saksofon i flet (CD1:1,2, CD3:2-6, CD4, CD6:3,6,7); Carlos Garnett - saksofon (CD1:3-5, CD2:1,4,5, CD3:1, CD6:2,4,5); John Stubblefield - saksofon (CD3:6, CD4:1); Sonny Fortune - saksofon (CD5:1-5); Sam Morrison - saksofon (CD5:6); Bennie Maupin - klarnet basowy (CD1:3-5, CD2:1, CD6:2,4,5); Harold I. Williams - instr. klawiszowe (CD1, CD2:1, CD6:2-5); Herbie Hancock - instr. klawiszowe (CD1:1-4 CD6:2-5); Chick Corea - instr. klawiszowe (CD1:1,2, CD6:3); Lonnie Liston Smith - instr. klawiszowe (CD1:3-5, CD2:1, CD6:2,4,5); Cedric Lawson - instr. klawiszowe (CD2:2-5, CD3:1,2); John McLaughlin - gitara (CD1:1-4, CD6:2-5); David Creamer - gitara (CD1:3,4, CD6:2,4,5); Reggie Lucas - gitara (CD2:2-5, CD3, CD4, CD5, CD6:6,7); Pete Cosey - gitara (CD3:3-6, CD4, CD5, CD6:6,7); Dominique Gaumont - gitara (CD4:2, CD5:1-5); Cornel Dupree - gitara (CD6:1); Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja (CD1:1-4, CD6:2-5); Billy Hart - perkusja i instr. perkusyjne (CD1, CD2:1, CD6:2-5); Don Alias - instr. perkusyjne (CD1:1-4, CD6:2-5); James Mtume - instr. perkusyjne; Al Foster - perkusja (CD1:5, CD2, CD3, CD4, CD5, CD6:1,6,7); Bernard Purdie - perkusja (CD6:1); Collin Walcott - sitar (CD1:1-4, CD6:2-5); Khalil Balakrishna - sitar (CD2:2-5, CD3:1,2); Badal Roy - tabla (CD1, CD2, CD3:1,2, CD6:2-5); Paul Buckmaster - wiolonczela (CD1:1-4, CD6:2-5); Wally Chambers - harmonijka (CD6:1)
Producent: Teo Macero


14 maja 2018

[Recenzja] Cargo - "Cargo" (1972)



Holenderski Wishbone Ash. Tak najprościej można opisać należącą do nieznanego kanonu rocka grupę Cargo. Skojarzenia z angielskim zespołem wywołują przeplatające się partie dwóch gitar solowych i pulsujące partie basu, oraz charakterystyczne dla lat 70. brzmienie. Zespół pozostawił po sobie tylko jeden longplay, a także parę singli i EPek, wydanych jeszcze pod szyldem September. Album "Cargo" ukazał się w 1972 roku i przeszedł praktycznie niezauważony. Dopiero kompaktowa reedycja z 1993 roku zwróciła na dawno już nieistniejący zespół uwagę szerszego grona miłośników klasycznego rocka.

Longplay wypełniają zaledwie cztery, w większości rozbudowane kompozycje, o dość swobodnych, raczej jamowych strukturach. Dominuje instrumentalne granie, z długimi solówkami braci De Hont, podpartymi wyrazistą grą sekcji rytmicznej. Dwa najdłuższe utwory, "Sail Inside" i "Summerfair" łączą rockowy czad z łagodniejszymi momentami, o niemal pastoralnym nastroju, tak typowym dla spokojniejszych nagrań Wishbone Ash. Dwa pozostałe kawałki, "Cross Talking" i "Finding Out", to już cięższe, prawie hardrockowe granie, choć momentami zahaczające o funkową rytmikę. Niestety, muzykom wyraźnie brakuje wyobraźni i kreatywności, choćby na poziomie właśnie Wishbone Ash (o wykonawcach w rodzaju The Allman Brothers Band, Cream czy Hendrixa nie warto nawet wspominać), przez co niewiele z tego grania wynika. Kompletnym brakiem inwencji razi szczególnie instrumentalny "Cross Talking", który najbardziej obnaża warsztatowe braki gitarzystów. Zespół nie potrafił też tworzyć zapamiętywalnych motywów, ani dobrych melodii - wyjątek stanowi całkiem zgrabny "Summerfair", choć muzycy niepotrzebnie rozciągnęli ten utwór do ponad kwadransa kolejnymi nudnymi improwizacjami.

Twórczość Cargo ma licznych zwolenników, którzy będą się upierać, że zespół grał na poziomie największych rockowych grup, a także mnożyć powody - oczywiście nie mające związku z samą muzyką - przez które zespół nie odniósł komercyjnego sukcesu. Prawda jest jednak taka, że była to absolutnie podrzędna kapela, grająca jak wiele innych w tamtym czasie, tylko słabiej. Muzykom brakowało zarówno zdolności kompozytorskich, jak i improwizatorskich, tak koniecznych w wybranej przez nich konwencji. Mimo wszystko, słucha się tego całkiem przyjemnie, choć to chyba głównie zasługa unoszącego się nad całością klimatu lat 70.

Ocena: 6/10



Cargo - "Cargo" (1972)

1. Sail Inside; 2. Cross Talking; 3. Finding Out; 4. Summerfair

Skład: Willem de Vries - wokal i bass; Ad De Hont - gitara; Jan De Hont - gitara; Dennis Whitbread - perkusja
Producent: John B. van Setten


12 maja 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Live in Japan" (1991)



Latem 1966 roku John Coltrane udał się na swoją jedyną trasę koncertową po Japonii. Towarzyszył mu jego ostatni zespół, w skład którego wchodzili Pharoah Sanders, Alice Coltrane, Jimmy Garrison i Rashied Ali. Co najmniej dwa z tych występów - z 11 i 22 lipca w Tokio - zostały profesjonalnie zarejestrowane i na przestrzeni lat ukazały się liczne wydawnictwa zawierające ich fragmenty lub całość. Najpełniejszy obraz przynosi wydany w 1991 roku boks "Live in Japan", który na czterech płytach CD zawiera prawdopodobnie kompletne zapisy obu występów. Wcześniej ukazały się m.in.:

Okładka "Concert in Japan".
  • "Concert in Japan" (1973) - 2 LP z fragmentami występu z 22 lipca (bez "My Favorite Things").
  • "Coltrane in Japan" (1973) - 3 LP, pełny (?) zapis z 22 lipca. Wydany tylko w Japonii.
  • "Second Night in Tokyo" (1977) - 3 LP, pełny (?) zapis z 11 lipca, oraz wywiad z liderem. Wydany tylko w Japonii.
  • "Live in Japan Vol. 1" i "Live in Japan Vol. 2" (1987) - dwa zestawy po 2 CD, każdy z pełnym (?) zapisem jednego występu. Wydane tylko w Niemczech. Dokładnie ten sam materiał powtórzono w boksie "Live in Japan" .


Winylowe wydania mają w przypadku tego materiału jedną poważną wadę - poszczególne utwory są na nich podzielone na kilka części, z powodów ograniczeń czasowych analogów. Na kompaktach zmieściły się w całości. I tak właśnie powinny być słuchane, aby mogły wywrzeć odpowiednie wrażenie na słuchaczu. Cały zespół był wówczas w niesamowitej formie, u szczytu swojej kreatywności. Co zaowocowało bardzo długimi improwizacjami. Najkrótsze są obie wersje "Peace on Earth" - jedynego utworu, zagranego podczas obu występów - trwające niewiele ponad dwadzieścia pięć minut. "Afro-Blue" i "Leo" mają już długość około czterdziestu minut, a "Crescent" i "My Favorite Things" zbliżają się do godziny (wliczając kilkunastominutowe solówki Garrisona, rozpoczynające każdy z tych dwóch utworów). Żadne z tych nagrań jednak ani przez moment nie nudzi. Wręcz przeciwnie - wciągają swoim nieziemskim, mistycznym klimatem i rewelacyjną interakcją między muzykami, którzy zdają się oddziaływać na siebie za pomocą telepatii. Piękno i chaos łączą się tu w niezwykłą całość. A tutejsze wykonanie "Crescent" jest być może najwspanialszym osiągnięciem Johna Coltrane'a - przynajmniej z nagrań koncertowych.

"Live in Japan" to kolejny, po "Live in Seattle", przykład niesamowitego natchnienia i kreatywności, a zarazem prawdziwej instrumentalnej wirtuozerii. Nie jest to łatwa w odbiorze muzyka, dlatego nie polecam tego albumu osobom, które nie mają dobrze osłuchanych studyjnych wydawnictw Trane'a. A tych, którzy mają to już za sobą, z pewnością nie muszę dodatkowo zachęcać. 

Ocena: 10/10



John Coltrane - "Live in Japan" (1991)

CD1: 1. Afro-Blue; 2. Peace on Earth
CD2: 1. Crescent
CD3: 1. Peace on Earth; 2. Leo
CD4: 1. My Favorite Things

Skład: John Coltrane - saksofon, instr. perkusyjny; Pharoah Sanders - saksofon, klarnet basowy, instr. perkusyjne; Alice Coltrane - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Rashied Ali  - perkusja
Producent: Alice Coltrane i Ed Michel


10 maja 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "Renegades" (2000)



Muzycy Rage Against the Machine wyjątkowo szybko - jak na swoje standardy - uporali się z nagraniem czwartego albumu, który do sprzedaży trafił niewiele ponad rok po "The Battle of Los Angeles". Nie ma w tym jednak niczego nadzwyczajnego, gdyż "Renegades" to po prostu album z coverami. Zespół sięgnął głównie do repertuaru wykonawców hiphopowych (jak np. Cypress Hill czy Afrika Bambaataa) i około-punkrockowych (The Stooges, MC5, Minor Threat). Są też mniej oczywiste wybory, jak utwory Boba Dylana, The Rolling Stones i Bruce'a Springsteena.

Za każdym razem zespół nadaje jednak coverom własnego stylu, całkowicie rezygnując z elementów charakterystycznych dla oryginalnych twórców, dzięki czemu brzmią jak jego autorskie kawałki. Z jednym wyjątkiem. "Beautiful World" nowofalowego Devo został przerobiony na... łagodną balladę, z subtelnym śpiewem Zacka de la Rochy i akompaniamentem nieprzesterowanej gitary. To całkowite zaprzeczenie stylu zespołu, co stanowi bardzo miłe urozmaicenie. Z pozostałych kawałków warto wyróżnić oparte na głębokich liniach basu "Microphone Fiend" hiphopowego duetu Eric B. & Rakim i "I'm Housin'" EPMD, oraz chwytliwe "Renegades of Funk" Afrika Bambaataa i "How I Could Just Kill a Man" Cypress Hill, a także wzbogacone niezłymi riffami "The Ghost of Tom Joad" Springsteena i "Maggie's Farm" Dylana. Żaden z tych kawałków nie jest jednak równie udane, co najlepsze z autorskich kompozycji grupy z poprzednich longplayów. A już zupełnie nie przekonuje mnie Rage w wersji punkowej ("In My Eyes" Minor Threat, "Kick Out the Jams" MC5, "Down on the Street" Stooges), podobnie jak udziwniona wersja stonesowskiego "Street Fighting Man".

"Renegades" niewiele wnosi do dyskografii Rage Against the Machine - z wyjątkiem, oczywiście, zaskakująco zaaranżowanego "Beautiful World". Wydawnictwo należy traktować raczej jako dodatek do podstawowej dyskografii, niż pełnoprawny album. Jest to jednak całkiem udany materiał, choć nie pozbawiony słabszych momentów. Jest to także ostatnie studyjne wydawnictwo zespołu, który rozpadł się jeszcze przed jego wydaniem, a późniejsze reaktywacje nie przyniosły nowego materiału.

Ocena: 6/10 



Rage Against the Machine - "Renegades" (2000)

1. Microphone Fiend; 2. Pistol Grip Pump; 3. Kick Out the Jams; 4. Renegades of Funk; 5. Beautiful World; 6. I'm Housin'; 7. In My Eyes; 8. How I Could Just Kill a Man; 9. The Ghost of Tom Joad; 10. Down on the Street; 11. Street Fighting Man; 12. Maggie's Farm

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass, dodatkowy wokal; Brad Wilk - perkusja
Producent: Rick Rubin i Rage Against the Machine, Brendan O'Brien (9)