23 kwietnia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)



Eric Dolphy był jednym z muzyków, którzy wzięli udział w nagrywaniu przełomowego albumu "Free Jazz: A Collective Improvisation" Ornette'a Colemana. Co ciekawe, nieco później tego samego dnia, gdy odbyła się tamta sesja - a był to 21 grudnia 1960 roku - Dolphy zarejestrował materiał na swój autorski album "Far Cry". W sesji, mającej miejsce w Van Gelder Studio, wsparli go sprawdzeni muzycy, jak pianista Jaki Byard, basista Ron Carter i perkusista Roy Haynes, a także trębacz Booker Little, z którym nie miał wcześniej okazji współpracować (przynajmniej w studiu). Na repertuar złożyły się dwie kompozycje Byarda ("Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother)", "Ode to Charlie Parker"), dwie lidera (tytułowa, "Miss Ann") oraz trzy przeróbki standardów. Cała pierwsza strona (pierwsze trzy utwory) stanowi swego rodzaju suitę poświęconą zmarłemu w 1955 roku Charliemu "Birdowi" Parkerowi - twórcy jazzu nowoczesnego.

W porównaniu z "Free Jazz", ale też z poprzednim albumem Dolphy'ego - "Out There", "Far Cry" jest albumem dość konwencjonalnym, wyraźnie tkwiącym w bopowej tradycji. Dotyczy to przede wszystkim partii Little'a i Byarda, którzy dość sztywno trzymają się przyjętych zasad. Pozostali sidemani nieco chętniej wychodzą poza schemat, czy to wzbogacając brzmienie o partie grane na kontrabasie smyczkiem, czy proponując mniej swingowe rytmy. Najwięcej, oczywiście, eksperymentuje Dolphy. Zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy (w "Mrs. Parker of K.C.", i jazzowej interpretacji piosenki z lat 40., "It's Magic") lub flet (w "Ode to Charlie Parker" oraz skomponowanym przez Mala Waldrona i Billie Holiday "Left Alone"). Największą perłą tego albumu jest jednak "Tenderly" - kolejna piosenka z lat 40., już wcześniej przerabiana przez jazzowych wykonawców. Wersja Dolphy'ego wyróżnia się tym, że lider gra tu bez żadnego akompaniamentu. W całości zagrana na saksofonie altowym zachwyca swoim wyrafinowaniem, piękną melodią, ale również za sprawą paru wręcz freejazzowych przedęć i dysonansów. Właśnie dzięki takim utworom twórczość muzyka za jego życia była nazywana anty-jazzem, zaś po jego śmierci zaczęła cieszyć się ogromnym uznaniem.

Jako całość, "Far Cry" zdecydowanie nie jest najlepszym albumem Erica Doplhy'ego, ale zawiera kilka bardzo interesujących momentów - z "Tenderly" na czele - a pozostałe nagrania nie schodzą poniżej pewnego, wciąż wysokiego poziomu. 

Ocena: 8/10



Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)

1. Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother); 2. Ode to Charlie Parker; 3. Far Cry; 4. Miss Ann; 5. Left Alone; 6. Tenderly; 7. It's Magic

Skład: Eric Dolphy - klarnet basowy (1,7), flet (2,5), saksofon altowy (3,4,6); Booker Little - trąbka (1-3); Jaki Byard - pianino; Ron Carter - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


21 kwietnia 2019

[Recenzja] Embryo - "Steig Aus" (1973)



Na przełomie lat 1971/72 grupa Embryo była bardzo aktywna twórczo. W ciągu ośmiu miesięcy powstał materiał na trzy longplaye. Jeszcze w 1972 roku ukazał się "Father, Son And Holy Ghosts", a po zmianie wytwórni (przedstawiciele dotychczasowej nie chcieli bowiem ryzykować z mniej przystępnym materiałem), już w 1973 roku, opublikowano dwa kolejne - "Steig Aus" i "Rocksession". Co ciekawe, każdy z nich zawiera nagrania zarejestrowane w nieco innym składzie, choć zawsze z udziałem Christiana Burcharda, Edgara Hofmanna (jedynych muzyków grających w Embryo od samego początku) oraz basisty Davida Kinga (grającego z grupą tylko podczas tych sesji). Na "Steig Aus" można usłyszeć ponadto grającego na gitarze i sazie Romana Bunkę, drugiego basistę Jörga Eversa, a także dwóch klawiszowców - pianistę Mala Waldrona i organistę Jimmy'ego Jacksona.

Mal Waldron to działający od początku lat 50. (do śmierci w 2002 roku) amerykański jazzman. Pierwsze lata kariery miał niezwykle udane, zarówno pod względem popularności, jak i, przede wszystkim, artystycznym. Nagrywał autorskie albumy, a także współpracował z takimi wybitnymi muzykami, jak Charles Mingus, John Coltrane czy Eric Dolphy, jak również z wokalistką Billie Holiday. Niestety, na początku lat 60. jego kariera nagle się załamała, z powodu poważnych problemów zdrowotnych, związanych z używaniem heroiny. W połowie dekady przeniósł się do Europy, gdzie kontynuował karierę, nie odnosząc już jednak takich sukcesów, jak wcześniej. W Niemczech poznał Burcharda, z którym współpracował, zanim ten ostatni założył Embryo. Jimmy Jackson to kolejny amerykański muzyk, nie mający za sobą tak ciekawej przeszłości, za to dobrze już znany na scenie krautrockowej - współpracował m.in. z Tangerine Dream, Amon Düül II i... Embryo (na "Embryo's Rache"). Obaj klawiszowcy mieli wcześniej okazję pracować również ze sobą - na początku 1971 roku, wspólnie z basistą Eberhardem Weberem i perkusistą Fredem Bracefulem, zarejestrowali album "The Call", utrzymany w stylistyce fusion.

Na "Steig Aus" znalazły się trzy nagrania - dwa krótsze, około dziesięciominutowe, na stronie A oraz jeden dłuższy, blisko dwudziestominutowy na stronie B. Jest to muzyka praktycznie całkowicie instrumentalna, o swobodnym, przynajmniej częściowo improwizowanym charakterze, wyraźnie idąca w stronę fusion, choć z wciąż obecnymi elementami psychodelii czy wpływów orientalnych. To ostatnie słychać przede wszystkim w pierwszej części otwierającego album "Radio Marakesch / Orient Express", skomponowanej przez Burcharda i Bunkę. Składa się ona z dźwięków sazu i perkusjonalii, a także arabskich zaśpiewów. Płynnie przechodzi w część drugą, której autorstwo przypisano Jacksonowi. To już fantastyczny jam z funkującymi partiami gitary i wyrazistego basu, bogatą warstwą perkusyjną, psychodelicznymi organami, jazzującym pianinem elektrycznym, ale też z typowo rockowymi solówkami gitary. Skomponowany przez Burcharda "Dreaming Girls" to bardziej nastrojowe nagranie, w klimacie kosmicznego fusion. W końcu wykazać może się Hofmann, grający ładne partie na skrzypcach, jednak atmosferę buduje tu przede wszystkim wyrazista, hipnotyzująca w krautrockowy sposób gra sekcji rytmicznej, a także partie wibrafonu, organów i elektrycznego pianina.

Wypełniający drugą stronę winylowego wydania "Call" nie przypadkiem dzieli tytuł z wspomnianym wyżej albumem "The Call" - to nowa wersja pochodzącej z niego kompozycji autorstwa Waldrona. O ile oryginalne wykonanie jest bardzo jednorodne, rozwija się stopniowo, tak wersja Embryo ma większą dynamikę i jest bardziej zróżnicowana. Przede wszystkim, doszły tutaj trzy zupełnie nowe sekcje, skomponowane kolejno przez Jacksona, Burcharda i Hofmanna. W "Organ Walk" dominują organy i fantastyczna partia basu, z dodatkiem melotronu. W "Marimba Village" słychać wyłącznie duet marimby i perkusji (na obu instrumentach zagrał oczywiście Burchard). Natomiast "Clouds" to przede wszystkim solówka skrzypiec. Kompozycja Waldrona, w znacznie przearanżowanej wersji, posłużyła natomiast jako klamra spinająca całość. Pomimo tej różnorodności i wkładu tak wielu kompozytorów, nagranie jest bardzo spójne, sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, a zarazem zachowuje improwizacyjny luz. Rezultat jest dużo ciekawszy od pierwowzoru (i tak bardzo dobrego). Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że zespół nie ustępuje w tym nagraniu wielu czołowym przedstawicielom fusion.

"Steig Aus" to najlepszy album Embryo z wydanych do tamtej pory i ścisła czołówka całej dyskografii. Najbardziej spójny, dojrzały, praktycznie pozbawiony słabszych momentów. To w znacznym stopniu zasługa Mala Waldrona i Jimmy'ego Jacksona, którzy interesująco wzbogacili brzmienie albumu, a także wnieśli mnóstwo kreatywności - jako kompozytorzy i instrumentaliści. Ich obecność na pewno zadziałała motywująco na pozostałych muzyków, którzy także pokazali pełnię swoich możliwości. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli ambitnego rocka i elektrycznego jazzu.

Ocena: 9/10



Embryo - "Steig Aus" (1973)

1. Radio Marakesch / Orient Express; 2. Dreaming Girls; 3. Call (Call - Part 1 / Organ Walk / Marimba Village / Clouds / Call - Part 2)

Skład: Mal Waldron - elektryczne pianino; Jimmy Jackson - organy, melotron; Edgar Hofmann - skrzypce; Roman Bunka - gitara, saz; Dave King - bass; Jörg Evers - bass; Christian Burchard - perkusja, marimba, wibrafon
Producent: Embryo i Zok Zokker


19 kwietnia 2019

[Recenzja] Return to Forever - "No Mystery" (1975)



Muzyka fusion w drugiej połowie lat 70. drastycznie zmieniła swój charakter. Jeszcze kilka lat wcześniej cechowała ją olbrzymia kreatywność i eksperymentalne podejście. Z czasem jednak jej twórcy postanowili otworzyć się na szersze grono mniej wymagających słuchaczy. Ich twórczość stawała się coraz bardziej przystępna, znacznie prostsza, bliża mainstreamowego rocka czy funku, niż swoich jazzowych korzeni. Aby się o tym przekonać, wystarczy prześledzić, jak w ciągu wspomnianej dekady zmieniała się twórczość Herbiego Hancocka, grupy Weather Report czy Chicka Corei i jego Return to Forever. Wszyscy oni przeszli drogę od często dość radykalnych eksperymentów z brzmieniem, rytmiką lub harmonią, do grania niezbyt wyrafinowanej, prostych prawie-piosenek.

Chick Corea jeszcze na początku lat 70. grał radykalny free jazz w kwartecie Circle. Już po skompletowaniu pierwszego składu Return to Forever zwrócił się w stronę bardziej przystępnej, delikatniejszej muzyki, przeważnie jednak bardziej finezyjnej. Jednak już "Hymn of the Seventh Galaxy" i "Where Have I Known You Before" przyniosły muzykę o bardziej rockowym charakterze, a tym samym mniej wyrafinowaną pod względem rytmicznym czy harmonicznym, Przynajmniej ten ostatni album pokazał, że i w takiej stylistyce zespół potrafi zaproponować coś interesującego. Jednak już jego następca, nagrany w tym samym składzie "No Mystery", poszedł za daleko w stronę ówczesnego mainstreamu, zdominowanego przez funkowe rytmy i plastikowe syntezatory.

Wcześniejsze albumy zespołu były zdominowane przez kompozycje lidera. Tym razem Corea nakłonił pozostałych muzyków, by też coś napisali. Efekty wypełniają pierwszą stronę winylowego wydania "No Mystery". Basista Stanley Clarke napisał "Dayride" i - wspólnie z liderem - "Jungle Waterfall", Al Di Meola zadebiutował jako kompozytor w "Flight of the Newborn", a Lenny White w "Sofistifunk", natomiast "Excerpt from the First Movement of Heavy Metal" podpisany jest przez cały skład. Utwory te są w większości krótkie - trwają około trzech minut (jedynie "Flight..." jest ponad dwukrotnie dłuższy, ale raczej niewiele by stracił, gdyby nie był). Oparte na prostych, tanecznych rytmach, którym towarzyszą rockowe partie gitary Di Meoli i tandetne, przesłodzone brzmienie syntezatorów Corei (rzadziej grającego na innych klawiszach). Swoją drogą kuriozalny jest kontrast między uproszczoną rytmiką i plastikowym brzmieniem klawiszy grających banalne melodie, a niewyzbytą skłonnością muzyków do technicznego kuglarstwa (w czym najczęściej przoduje gitarzysta). Wszystkie te nagrania są już właściwie całkiem pozbawione wyrafinowania i kreatywności, jakie można znaleźć na wcześniejszych albumach zespołu.

Sami muzycy najwyraźniej zatęsknili za czasami, gdy grali mniej komercyjną muzykę. Na to przynajmniej wskazuje druga strona winylowego wydania. W tytułowej kompozycji lidera cały skład przerzuca się na akustyczne instrumenty. Podobnie jest w "Interplay" podpisanym przez Coreę i Clarke'a, z tą różnicą, że tutaj kompozytorzy wystąpili w duecie. I są to zdecydowanie najbardziej udane momenty tego albumu. Instrumentaliści w końcu grają z większa finezją, nie popisując się za bardzo techniką, w większym stopniu stawiając na wzajemną interakcję (w końcu taki tytuł, jak "Interplay", zobowiązuje). Dwuczęściowy finał albumu, skomponowany przez Coreę "Celebration Suite", to powrót do zelektryfikowanych brzmień, ale tym razem forma jest bardziej ambitna. Wyraźne wpływy muzyki latynoskiej przypominają o takich utworach, jak "La Fiesta" z "Return to Forever" czy "Spain" z "Light as a Feather". Zespół zbliżył się tutaj do stylistyki pierwszego składu, pamiętając jednak o swoich późniejszych doświadczeniach, a efekt jest całkiem udany. Chick korzysta tutaj z szerszej palety brzmień klawiszowych, sięga i po elektryczne pianino, i po syntezator, który jednak w tym utworze nie brzmi przesadnie plastikowo, a gra muzyka jest na pewno bardziej finezyjna.

Trudno ocenić taki album, jak "No Mystery". Poszczególne strony płyty winylowej brzmią jak dwa zupełnie inne wydawnictwa. Pierwsza połowa jest oznaką całkowitej degeneracji nurtu fusion - razi banałem, sztampą, kuriozalnym połączeniem prostoty i efekciarstwa, a także śmiesznym brzmieniem syntezatora. Cały album w takim stylu nie zasługiwałby na więcej, niż 4/10. Ale jest jeszcze druga połowa, na której zespół pokazuje się od znacznie ciekawszej strony. I to już jest granie na co najmniej 8/10. Poniższa ocena jest zatem średnią ocen obu stron longplaya. Jest ona oczywiście nieco naciągnięta - uważam, że album powinien bronić się w całości, a nie fragmentami - jednak druga połowa naprawdę zasługuje na uwagę. 

Ocena: 6/10



Return to Forever - "No Mystery" (1975)

1. Dayride; 2. Jungle Waterfall; 3. Flight of the Newborn; 4. Sofistifunk; 5. Excerpt from the First Movement of Heavy Metal; 6. No Mystery; 7. Interplay; 8. Celebration Suite (Part I); 9. Celebration Suite (Part II)

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal; Al Di Meola - gitara; Stanley Clarke - bass, kontrabas, instr. klawiszowe, wokal; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea i Shelly Yakus


17 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)



"More Songs About Buildings and Food" to drugi album w dyskografii Taliking Heads i zarazem początek bardzo owocnej współpracy z Brianem Eno. Ceniony brytyjski producent i muzyk zapewnił grupie bardziej przestrzenne brzmienie i zachęcił do eksperymentowania. To pierwsze słychać już tutaj; pod względem brzmienia album stanowi znaczny postęp względem debiutu. Drugie - niekoniecznie. Zespół wciąż prezentuje tu proste, melodyjne i tak samo bezpretensjonalne piosenki. To zresztą nie powinno dziwić, bo cześć materiału powstała jeszcze przed nagraniem pierwszego longplaya. Ale i tak słychać pewien postęp w aranżacjach. Uwypuklono funkowe wpływy - praktycznie każdy kawałek opiera się na tanecznym pulsie sekcji rytmicznej, której wyrazista gra przeplata się z misternymi partiami gitar. Nieco większy udział mają tym razem brzmienia klawiszowe, za które odpowiada zarówno Jerry Harrison, jak i Eno. Nie zmienił się natomiast śpiew Davida Byrne'a, wciąż tak samo charakterystyczny i w punkowy sposób nieco niechlujny.

W utworach pojawia się więcej smaczków i wyrazistych melodii, dzięki czemu łatwiej je między sobą odróżnić. Trochę może dziwić, że na jedynym singlu promującym album wydano jedyny nieautorski utwór - "Take Me to the River" z repertuaru Ala Greena. Fakt, że okazał się pierwszym naprawdę sporym przebojem Talking Heads, dochodząc do 26. miejsca listy Billboardu i zapewne przyczyniając się do sukcesu całego longplaya, który z kolei doszedł do 29. miejsca w Stanach i 21. w Wielkiej Brytanii. To dobry utwór, zwracający uwagę głęboka partią basu i psychodelicznymi klawiszami. Ale autorskie kawałki wcale nie wypadają słabiej. Przebojowego potencjału na pewno nie brakuje w intensywnym "With Our Love", luzackim "The Good Thing" (wyróżniającym się wokalnym duetem Byrne'a z basistką Tiną Weymouth), złagodzonym brzmieniami klawiszy "The Girls Want to Be with the Girls", najbliższym typowego funku "Found a Job"... długo można tak wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na inspirowany muzyką country "The Big Country", z przyjemną gitarą slide i bez banału kojarzącego się z tą stylistyką. Do moich faworytów zaliczają się jednak przede wszystkim bardziej stonowany i klimatyczny "Warning Sign", a także najbardziej eklektyczny "Artists Only", w którym jest i funk, i psychodelia, i trochę mocniejszego grania, ale także odrobina brzmieniowych eksperymentów.

"More Songs About Buildings and Food" jest zdecydowanie ciekawszym materiałem od swojego poprzednika. Znaczna w tym zasługa Briana Eno, który potrafił docenić i wykorzystać potencjał zespołu. Najlepsze efekty tej współpracy miały jednak dopiero nastąpić.

Ocena: 8/10



Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)

1. Thank You for Sending Me an Angel; 2. With Our Love; 3. The Good Thing; 4. Warning Sign; 5. The Girls Want to Be with the Girls; 6. Found a Job; 7. Artists Only; 8. I'm Not in Love; 9. Stay Hungry; 10. Take Me to the River; 11. The Big Country

Skład: David Byrne - wokal, gitara, perkusja; Jerry Harrison - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, dodatkowy wokal (4); Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Brian Eno i Talking Heads


15 kwietnia 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)



"Symphony for Improvisers", drugi autorski album Dona Cherry'ego, ma dokładnie taką samą formę, jak jego poprzednik, "Complete Communion". Znalazły się na nim tylko dwa, blisko dwudziestominutowe nagrania o improwizowanym charakterze. Sesja odbyła się 19 września 1966 roku, ponownie w Van Gelder Studio z Alfredem Lionem jako producentem. Podobny jest też skład, choć tym razem aparat wykonawczy został rozbudowany. Oprócz wszystkich muzyków biorących udział w nagraniu poprzedniego albumu - saksofonisty Gato Barberiego, basisty Henry'ego Grimesa i perkusisty Eda Blackwella - w studiu pojawili się również Pharoah Sanders jako flecista i drugi saksofonista, francuski basista Jean-François Jenny-Clark, a także niemiecki wibrafonista i pianista Karl Berger.

Brzmienie jest tu zatem bogatsze. Szczególnie partie wibrafonu ciekawie urozmaicają kolorystykę albumu. Poza tym, zawarta tu muzyka jest bezpośrednią kontynuacją "Complete Communion". Całość dość dobrze podsumowuje tytuł, w którym zawarta została pewna sprzeczność. Symfonia kojarzy się raczej ze starannie zaplanowanym utworem, a nie improwizacją. Cherry i towarzyszący mu muzycy udowadniają, że te dwa podejścia nie muszą się wykluczać. Choć przez cały album wszyscy instrumentaliści, których w danym momencie słychać, grają równolegle solówki, pozornie nie zwracając uwagi na swoich towarzyszy, to wszystkie dźwięki doskonale się ze sobą zazębiają, sprawiając wrażenie dokładnie zaplanowanych. Grana przez septet muzyka jest, jak na wyzwolony jazz, bardzo przystępna, nie brakuje naprawdę ładnych momentów (jak np. partia Cherry'ego otwierająca "Manhattan Cry"), natomiast freejazzowy zgiełk występuje w naprawdę śladowych ilościach.

"Sympohony for Improvisers" trzyma wysoki poziom "Complete Communion". Może pod pewnymi względami za bardzo przypomina swojego poprzednika (ogólna koncepcja), jednak zawiera też nowe rozwiązania (poszerzone instrumentarium). Czy warto zatem znać oba wydawnictwa? Jak najbardziej. Tak kreatywnego grania nigdy za wiele.

Ocena: 8/10



Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)

1. Symphony for Improvisers / Nu Creative Love / What's Not Serious / Infant Happiness; 2. Manhattan Cry / Lunatic / Sparkle Plenty / Om Nu

Skład: Don Cherry - kornet; Leandro "Gato" Barbieri - saksofon tenorowy; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, flet; Karl Berger - wibrafon, pianino; Henry Grimes - kontrabas; Jean-François Jenny-Clark - kontrabas; Edward Blackwell - perkusja
Producent: Alfred Lion


13 kwietnia 2019

[Recenzja] The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)



Po nagraniu debiutanckiego "You Are Here... I Am There", grupa pozostawała aktywna koncertowo, pomimo tego, że jej członkowie zaangażowali się w inne projekty. Keith Tippett nawiązał współpracę z wokalistką Julie Driscoll (swoją późniejszą żoną) i - przede wszystkim - z grupą King Crimson. Tymczasem Elton Dean, Marc Charig i Nick Evans zostali członkami Soft Machine. Dwaj ostatni wkrótce musieli opuścić ten zespół, gdyż działalność w dużym składzie - wówczas septecie - okazała się nieopłacalna. Tylko Dean wziął udział - na początku 1970 roku - w nagrywaniu przełomowego  albumu "Third". Dla Evansa i Chariga szybko jednak znalazło się inne zajęcie - późnym latem 1970 roku dołączyli do Tippetta i King Crimson na sesję nagraniową albumu "Lizard".

Mniej więcej w tym samym czasie (dokładna data nie jest, niestety, znana), rozpoczęły się prace nad nagraniem drugiego albumu The Keith Tippett Group. Trzon zespołu pozostał bez zmian, dalej tworzyli go Tippett, Dean, Charig i Evans. Tym razem, zamiast stałej sekcji rytmicznej, towarzyszyli im liczni goście: gitarzysta Gary Boyle, basiści Roy Babbington (późniejszy członek Nucleus i Soft Machine) i Neville Whitehead, perkusiści Phil Howard (kolejny późniejszy muzyk Soft Machine), Bryan Spring (później w Nucleus i Passport) i Robert Wyatt (wiadomo), a także grający na perkusjonaliach Tony Uta. Album został zatytułowany "Dedicated to You, But You Weren't Listening" od tytułu jednego z zamieszczonych na nim utworów - kompozycji Hugha Hoppera, oryginalnie nagranej przez Soft Machine i wydanej na "Volume Two". Pozostałe utwory zostały skomponowane specjalnie na ten longplay przez Tippetta, Evansa i Deana (razem lub osobno).

Nie sposób nie zauważyć licznych związków The Keith Tippett Group i Soft Machine. Nie sposób nie usłyszeć ich także w samej muzyce. "Dedicated to You, But You Weren't Listening" to doskonała mieszanka free jazzu i fusion, wcale nie tak odległa od ówczesnych dokonań zaprzyjaźnionej grupy, choć nie tak mocno zelektryfikowana - dotyczy to przede wszystkim klawiszy, gdyż Tippett preferował akustyczne pianino, podczas gdy Mike Ratledge eksperymentował z brzmieniem elektrycznych organów. Ogólnie, klawisze nie są tu zbyt mocno wyeksponowane. Tippett w tamtym czasie wciąż uważał się przede wszystkim za kompozytora i aranżera, a w dalszej kolejności za instrumentalistę. I choć zespół firmował swoim nazwiskiem, w nagraniach zwykle oddawał pierwszy plan innym muzykom.

Album rozpoczyna się od najbardziej konwencjonalnej kompozycji. Napisany wspólnie przez Evansa i Tippetta "This Is What Happens" bliski jest bopowej tradycji, wyróżnia się chwytliwym tematem i wyrazistą melodią, nie ma tu żadnych szaleństw, kawałek jest bardzo przystępny. Tym większe wrażenie robią kolejne nagrania. Dominują takie o zdecydowanie freejazzowym charakterze, bardzo swobodne, pełne agresywnych, często atonalnych partii dęciaków i pokotłowanej gry sekcji rytmicznej. Przykładem takiego podejścia są "Gridal Suite" Deana, "Five After Dawn" Tippetta, a przede wszystkim przepotężny, nie tylko ze względu na dziesięciominutowy czas trwania, "Thoughts to Geoff", również napisany przez klawiszowca, w którym do wspomnianych wcześniej elementów dochodzą niemal nowave'owe partie gitary (choć w tamtym czasie nikt o takiej stylistyce nie słyszał).

Ale longplay zawiera też utwory bliższe stylistyki fusion. Do nich zalicza się mój ulubiony fragment całości - napisany przez lidera "Green and Orange Night Park". Muzycy grają tutaj w niesamowitym wręcz uniesieniu. Porywające partie saksofonu, kornetu i puzonu rewelacyjnie przeplatają się zarówno ze sobą, jak i z pięknie pulsującą gitarą basową, a towarzyszy im niebanalna praca perkusisty (udział Tippetta ogranicza się tu do klimatycznego wstępu). Jeszcze dalej w jazzrockowym kierunku idzie napisany przez Evansa "Black Horse", z najbardziej wyeksponowaną gitarą, prostym rockowym rytmem, a także partiami elektrycznego pianina i basu; choć nie brakuje też świetnych popisów sekcji dętej, zwłaszcza kompozytora.

Całości dopełnia wspomniany już utwór tytułowy - w tej wersji jest to tylko półminutowy temat zagrany przez same dęciaki. Muzycy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro osoba, której utwór zadedykowano i tak nie słucha, to nie ma sensu grać dłużej. Z obowiązku należy dodać, że w tym wykonaniu autorstwo nie jest przypisane samemu Hopperowi, lecz także Charigowi i Deanowi, którzy przerobili psychodeliczną piosenkę na jazzowy temat.

"Dedicated to You, But You Weren't Listening" to jeden z najdoskonalszych przykładów brytyjskiego jazzu, a zarazem jedno z najlepszych wydawnictw z okolic sceny Canterbury (może stylistycznie nie do końca tu pasuje, ale personalnie jak najbardziej). Album bliski maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)

1. This Is What Happens; 2. Thoughts to Geoff; 3. Green and Orange Night Park; 4. Gridal Suite; 5. Five After Dawn; 6. Dedicated to You, But You Weren't Listening; 7. Black Horse

Skład: Keith Tippett - pianino, elektryczne pianino; Elton Dean - saksofon altowy, saksello; Marc Charig - kornet; Nick Evans - puzon
Gościnnie: Gary Boyle - gitara; Roy Babbington - bass, kontrabas; Neville Whitehead - kontrabas; Phil Howard - perkusja; Bryan Spring - perkusja; Robert Wyatt - perkusja; Tony Uta - instr. perkusyjne
Producent: Pete King


11 kwietnia 2019

[Recenzja] Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)



Saksofonista Julian Adderley - lepiej znany pod pseudonimem Cannonball, nadanym mu ze względu na posturę (choć pierwotnie brzmiał on Canibal i odnosił się do... wielkiego apetytu) - prawdopodobnie najbardziej pamiętany jest jako członek istniejącego pod koniec lat 50. sekstetu Milesa Davisa. Jego grę można usłyszeć na tak ważnych albumach, jak "Milestones" i "Kind of Blue", a także na "Porgy and Bess". W tym samym okresie zarejestrował również własny "Somethin' Else", który również należy do niekwestionowanej klasyki jazzu. W tamtym okresie Cannonball należał do najbardziej cenionych muzyków jazzowych. Widziano w nim nawet następcę Charliego "Birda" Parkera. Niestety, w kolejnej dekadzie zaczął tracić popularność na rzecz bardziej postępowych jazzmanów. Choć w 1966 roku przypomniał o sobie przebojami "Mercy, Mercy, Mercy", a kilka lat później kolejnym - "Country Preacher" (oba zostały napisane przez jego ówczesnego pianistę, Joego Zawinula).

"Somethin' Else" został zarejestrowany 9 marca 1958 roku (zaledwie pięć dni po zakończeniu nagrywania "Milestones") w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Ciekawostką jest udział w sesji Milesa Davisa - to jeden z bardzo nielicznych występów trębacza w roli sidemana po 1955 roku. Świadczy to o szacunku, jakim darzył Cannonballa i jego umiejętności. W nagraniach wziął udział także słynny perkusista Art Blakey oraz dwaj mniej znani, a raczej słabiej dziś pamiętani, muzycy: pianista Hank Jones i basista Sam Jones (zbieżność nazwisk przypadkowa; natomiast warto wspomnieć, że pierwszy z nich był bratem słynnego perkusisty Elvina Jonesa, członka kwartetu Johna Coltrane'a). Ponieważ lider nie był kompozytorem, na repertuar sesji złożyły się głównie interpretacje cudzych kompozycji, których wyboru dokonał Davis. W sumie zarejestrowano sześć utworów, z których pięć weszło w skład oryginalnej wersji albumu.

Album rozpoczyna dziesięciominutowe wykonanie "Autumn Leaves", czyli słynnego jazzowego standardu opartego na kompozycji "Les feuilles mortes" Josepha Kosmy. Davis i Cannonball prezentują na zmianę swoje eleganckie, wyrafinowane solówki do akompaniamentu stonowanej gry sekcji rytmicznej (która przez cały album jest na dalszym planie, choć ze swojej roli wywiązująca się znakomicie). Chłodny klimat tego nagrania jest zbliżony do ówczesnej twórczości trębacza, który zresztą włączył później "Autumn Leaves" do swojego koncertowego repertuaru. Nie da się ukryć, że tutejsza wersja to przede wszystkim jego popis - partie trąbki zdecydowanie dominują nad saksofonem. "Love for Sale", kolejny jazzowy standard (autorstwa Cole'a Portera), również przeszedł do repertuaru Milesa, który niespełna trzy miesiące później nagrał go ze swoim sekstetem (dokładnie tym samym, który miał wkrótce stworzyć "Kind of Blue"). Tutejsza wersja jest bardziej zwarta i raczej nie aż tak ekscytująca, utrzymana w takim bardziej wakacyjnym klimacie. Adderley i Davis ponownie prezentują swoje solówki zamiennie, tym razem jednak dzieląc się czasem mniej więcej po równo.

Druga stronę winylowego wydania otwiera kompozycja tytułowa, napisana specjalnie na ten album przez trębacza. Hardbopowo-cooljazzowy charakter utworu kojarzy się z jego wcześniejszymi dokonaniami, z okresu Pierwszego Wielkiego Kwintetu. Tutaj obaj soliści w końcu nie grają naprzemiennie, lecz zaczynają ze sobą współpracować, uzupełniając swoje partie. Wychodzi im to świetnie i trochę szkoda, że to jedyny tego typu utwór na albumie. W pozostałych nagraniach lider w końcu wychodzi z cienia trębacza. "One for Daddy-O", napisany przez brata Cannonballa, Nata Adderleya, to utwór idealnie pasujący do stylu saksofonisty - klasyczny dwunastotaktowy blues. Swobodny klimat podkreśla zachowanie pytania zadanego przez Milesa producentowi po skończeniu tego podejścia (Is that what you wanted, Alfred?). Oryginalne wydanie albumu kończy krótka ballada "Dancing in the Dark", z ładną solówką Cannonballa, będącego tutaj jedynym solistą (Davis w ogóle w nim nie zagrał). Niektóre kompaktowe wznowienia zawierają także utwór "Bangoon" (czasem błędnie podpisany jako "Alison's Uncle") autorstwa Hanka Jonesa. Jest to najbardziej konwencjonalne nagranie z tej sesji, typowy hard bop - decyzja o pominięciu go na oryginalnym wydaniu wydaje się całkowicie uzasadniona.

"Somethin' Else" to prawdziwa perła akustycznego, nieawangardowego jazzu. Nie jest to może poziom najwybitniejszych osiągnięć Milesa Davisa czy innych jego współpracowników, ale w sumie niewiele niższy. Dla miłośników takiej stylistyki jest to pozycja obowiązkowa w kolekcji. 

Ocena: 8/10



Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)

1. Autumn Leaves; 2. Love for Sale; 3. Somethin' Else; 4. One for Daddy-O; 5. Dancing in the Dark

Skład: Julian "Cannonball" Adderley - saksofon altowy; Miles Davis - trąbka; Hank Jones - pianino; Sam Jones - kontrabas; Art Blakey - perkusja
Producent: Alfred Lion