10 grudnia 2019

[Recenzja] Heldon - "Third" (1975)



Jedną z przewag płyt winylowych nad kompaktowymi jest ich pojemność. Optymalna długość winyla wynosi trzy kwadranse. W czasach przed wprowadzeniem znacznie pojemniejszych kompaktów, wymuszało to na wykonawcach i producentach dokonywanie większej selekcji nagranego materiału. Dzięki temu albumy były krótsze, ale przeważnie równiejsze, pozbawione dłużyzn. Zdarzały się jednak przypadki, gdy album wydawano na dwóch płytach winylowych. O ile w przypadku nagrań koncertowych było to w pełni uzasadnione, tak dwupłytowce z premierowym materiałem studyjnym przeważnie okazywały się nie tyle dowodem niespotykanej kreatywności twórczej muzyków, co ich nieuzasadnioną wiarą w jakość skomponowanych właśnie utworów. Błędu tego nie uniknął Richard Pinhas wydając trzeci album pod szyldem Heldon, banalnie zatytułowany "Third" (z przewrotnym podtytułem "It's Always Rock'n'Roll").

Jest to właściwie solowe dokonanie Pinhasa, który samodzielnie skomponował osiem z dziewięciu utworów, a także zarejestrował część z nich bez pomocy innych muzyków. Georges Grünblatt, mający bardzo istotny udział w powstaniu poprzedniego w dyskografii "Allez-Téia", tym razem zagrał tylko w dwóch utworach: "Cotes De Cachalot À La Psylocybine" i skomponowanym przez siebie "Ocean Boogi". W "Mechamment Rock" udziela się perkusista Gilbert Artman z awangardowo-progresywno-elektronicznego Lard Free. Z kolei w "Doctor Bloodmoney" można usłyszeć znanego już z debiutu Heldon, "Electronique Guerilla", klawiszowca Patricka Gauthiera, a także perkusistę Jean-My Truonga z zeuhlowego ZAO. Natomiast w "Aurore" wystąpili grający na indyjskiej fisharmonii Ariel Kalma i... pies Aurore.

Dominują tu nagrania oparte wyłącznie lub przede wszystkim na brzmieniu syntezatorów, stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy ambientem, a Szkołą Berlińską ("Ics Machinique", "Cotes De Cachalot À La Psylocybine", "Cocaine Blues", "Aurore", "Doctor Bloodmoney"). Pomiędzy nimi znajdują się jednak utwory o bardziej rockowym charakterze, przynajmniej pod względem użytego instrumentarium. W "Mechamment Rock" pojawia się bardzo tradycyjna sekcja rytmiczna, tworząca solidny podkład dla atonalnych dźwięków gitary i syntezatorowych syków. W przywołujących stylistykę "Allez-Téia" utworach "Virgin Swedish Blues" i "Ocean Boogi" słychać czyste partie gitary rytmicznej i frippowskie solówki, a w drugim z nich także melotron. Z kolei "Zind Destruction (Bouillie Blues)", bluesowa wariacja na temat "Zind" z "Electronique Guerilla", opiera się głównie na gitarowych sprzężeniach.

Problem w tym, że we wszystkich nagraniach niewiele się dzieje, mają bardzo repetycyjny charakter, a często trwają dość długo - "Aurore" i "Doctor Bloodmoney" po kilkanaście minut, parę innych zbliża się do dziesięciu. Album mógłby tylko zyskać, gdyby część z nich została nieco skrócona. Bez większej straty można by całkiem pominąć parę innych (proponowałbym wyrzucić brzmiące jak odrzuty z poprzedniego albumu "Virgin Swedish Blues" i "Ocean Boogi", najbardziej monotonny "Ics Machinique", a także nieco bezsensowną improwizację "Doctor Bloodmoney"). Taki jednopłytowy longplay byłby prawdopodobnie jednym z mocniejszych wydawnictw w dyskografii Heldon. Materiał ten nie jest jednak wystarczająco mocny, by uzasadnić wydanie podwójnego albumu.

Co ciekawe, gdy w 1991 roku dyskografia Heldon została wznowiona w wersji kompaktowej, "Third" wydano jako dwa osobne albumy, gdyż trwająca 85 minut całość nie zmieściłaby się na pojedynczym CD. Została zachowana oryginalna kolejność (i długość) utworów, a zatem na "Third: Volume 1" trafiły nagrania z pierwszej płyty winylowego wydania, a na "Third: Volume 2" z drugiej. Takie rozwiązanie wyszło na dobre (choć wciąż nie jest doskonałe): zamiast jednego zdecydowanie zbyt długiego, bardzo nierównego albumu, wydano dwa longplaye o odpowiedniej długości i znacznie bardziej wyrównanym poziomie. Przy czym jednak poziom ten jest wyraźnie wyższy w przypadku "Volume 1", zawierającego właściwie wszystkie najlepsze pomysły i niewiele zbytecznych momentów, niż "Volume 2", który sprawia wrażenie zbioru odrzutów.

Ocena: 6/10
7/10 dla "Volume 1", 5/10 dla "Volume 2"



Heldon - "Third («It's Always Rock'n'Roll»)" (1975)

LP1 / Volume 1: 1. Ics Machinique; 2. Cotes De Cachalot À La Psylocybine; 3. Mechamment Rock; 4. Cocaine Blues; 5. Aurore
LP2 / Volume 2: 1. Virgin Swedish Blues; 2. Ocean Boogi; 3. Zind Destruction (Bouillie Blues); 4. Doctor Bloodmoney

Skład: Richard Pinhas - syntezatory, melotron, gitara, bass (1.2, 2.2), efekty
Gościnnie: Georges Grünblatt - gitara (1.2, 2.2), melotron (1.2, 2.2); Gilbert Artman - perkusja (1.3); Ariel Kalma - fisharmonia (1.5); Aurore - głos (1.5); Patrick Gauthier - syntezator (2.4); Jean-My Truong - perkusja (2.4)
Producent: Joe Chip


7 grudnia 2019

[Recenzja] Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)



Pod pewnymi względami jest to przełomowe wydawnictwo w dorobku Boba Dylana. W przeciwieństwie do obu poprzednich, znalazły się na nim wyłącznie autorskie kompozycje (aczkolwiek w warstwie instrumentalnej często oparte na tradycyjnych pieśniach z Irlandii i Szkocji). Podobnie jak podczas nagrywania eponimicznego debiutu, a w przeciwieństwie do sesji "The Freewheelin' Bob Dylan", cały materiał został zarejestrowany bez udziału żadnych dodatkowych instrumentalistów. Nagrania odbyły się w ciągu kilku sesji, w sierpniu i październiku 1963 roku. Oprócz przygrywającego sobie na gitarze akustycznej i harmonijce pieśniarza, w studiu obecny był jedynie producent Tom Wilson. Dziesięć utworów składa się na prawdopodobnie najbardziej zaangażowany społecznie i politycznie album Dylana, zatytułowany od jednego z nich "The Times They Are a-Changin'".

Materiał zdaje się bardziej jednorodny od swoich poprzedników. Tym razem artysta rezygnuje z wpływów bluesowych, prezentując jedynie folkowe ballady. Aranżacje pozostały bardzo ascetyczne, a budowa poszczególnych kompozycji składa się właściwie z jednostajnych repetycji jednego gitarowego motywu, często urozmaiconych solowymi partiami harmonijki. Jednak w tych prostych partiach instrumentalnych słychać ogromne zaangażowanie Dylana, jeszcze silniej ujawniające się w warstwie wokalnej. Teksty są tu oczywiście świetnie napisane, ale już sam sposób, w jaki artysta je opowiada, przyciąga uwagę. Śpiewa w taki sposób, że nie trzeba nawet skupiać się na znaczeniu słów, by dać się im porwać.

Materiał jest ogólnie bardzo równy, niemniej jednak warto wyróżnić te najciekawsze momenty. Tytułowy otwieracz "The Times They Are a-Changin'" to jedna z najsłynniejszych kompozycji Dylana, która umocniła jego status głosu pokolenia, zdobyty parę miesięcy wcześniej za sprawą "Blowin' in the Wind" (wydanego na poprzednim longplayu). Oba utwory powstały według tego samego przepisu: łączą kontestujące teksty z przystępną formą muzyki rozrywkowej i atrakcyjną warstwą melodyczną. Choć kawałek tytułowy jest najbardziej znanym fragmentem tego albumu, moim zdaniem znalazły się tu przynajmniej trzy ciekawsze utwory. "Ballad of Hollis Brown", "North Country Blues" (tylko tytułem przypominający "Girl from the North Country" z "Freewheelin'") i "The Lonesome Death of Hattie Carroll" wyróżniają się świetnymi melodiami, bardzo zaangażowanym wykonaniem, fantastycznym klimatem oraz bardzo dobrze napisanymi historiami. Trochę ustępuje im "With God on Our Side", posiadający co prawda te same zalety, aczkolwiek długość siedmiu minut (wymuszona przez tekst) wydaje się zupełnie nieadekwatna do muzycznej treści. Przyjemnym kontrastem dla tych emocjonalnych utworów są utrzymany w żywszym tempie i pogodniejszym nastroju "When the Ship Comes In" oraz leniwy finał albumu, "Restless Farewell".

"The Times They Are a-Changin'" pokazuje coraz większą dojrzałość Boba Dylana jako kompozytora i tekściarza. Podobnie jak na obu wcześniejszych wydawnictwach, zawarta tu muzyka wciąż brzmi bardzo atrakcyjnie - nic się nie zestarzała. Jedynie część tekstów zdradza, kiedy album został nagrany. Ale przecież muzyki nie słucha się dla tekstów.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)

1. The Times They Are a-Changin'; 2. Ballad of Hollis Brown; 3. With God on Our Side; 4. One Too Many Mornings; 5. North Country Blues; 6. Only a Pawn in Their Game; 7. Boots of Spanish Leather; 8. When the Ship Comes In; 9. The Lonesome Death of Hattie Carroll; 10. Restless Farewell

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka
Producent: Tom Wilson


5 grudnia 2019

[Artykuł] Jeszcze parę fajnych albumów z 2019, które mogłeś przeoczyć

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, prezentuję drugą część tegorocznych albumów, które nie doczekały się pełnoprawnych recenzji, ale chciałbym je polecić. Na drugiej liście znalazły się albumy, których nie uwzględniłem poprzednim razem - choć w sumie mógłbym, bo w większości nie odstają poziomem od tamtych z poprzedniej listy - a także te, które odsłuchałem dopiero w ciągu ostatnich trzech tygodni. Zaprezentowane tu wydawnictwa nie dostały osobnych recenzji nie dlatego, że na to nie zasługują, a z niezależnych od nich samych przyczyn. Rozrzut stylistyczny znów jest spory: od rocka i popu, przez różnoraki jazz, po rozmaite odmiany współczesnej elektroniki. Wszystkie albumy można odsłuchać w serwisie Spotify i/lub Bandcamp.

A tutaj link do części I




Africa Express - "Egoli" 6/10
Projekt Damona Albarna (Blur, Gorillaz) ciekawie łączący różne rodzaje muzyki afrykańskiej z europejską elektroniką sprzed dwóch dekad.

Andy Stott - "It Should Be Us" 7/10
Teoretycznie jest to tylko EPka, ale w praktyce - aż 47 minut nowoczesnej elektroniki.

Chemical Brothers - "No Geography" 7/10
Elektroniczny duet wrócił tym albumem do formy z lat 90.

Ciśnienie - "JazzArt Underground" 7/10
Cztery rozbudowane, improwizowane utwory na pograniczu post-rocka i jazz-rocka, interesujące połączenie dźwięków skrzypiec, waltorni, brzmień klawiszowych oraz potężnej sekcji rytmicznej.

Cykada - "Cykada" 7/10
Debiut londyńskiego sekstetu to nowocześnie brzmiące fusion z dużą ilością gitary - niezbyt oryginalne, ale przyjemne granie.

Evan Parker & Kinetics - "Chiasm" 6/10
Europejski free jazz w wykonaniu słynnego brytyjskiego saksofonisty i duńsko-finlandzkiego tria - nic nowego do gatunku nie wnosi, ale może zainteresować jego wielbicieli

Fennesz - "Agora" 7/10
Ładne ambientowe drony tworzone za pomocą przetworzonej gitary.

FKA twigs - "Magdalene" 7/10
Współczesny artpop w najlepszym wydaniu - ładne melodie plus ambitne podejście do aranżacji i produkcji.

Katharos XIII - "Palindrome" 6/10
Połączenie black metalu z dark jazzem mogło chyba dać ciekawszy efekt, ale brawa za sam pomysł.

Maurice Louca - "Elephantine" 7/10
Bardzo ładna mieszanka zachodniego jazzu oraz muzyki arabskiej i afrykańskiej, grana przez międzynarodowy, 12-osobowy skład (w instrumentarium m.,in. gitara, oud, wibrafon i przeróżne dęciaki).

Michael Kiwanuka - "Kiwanuka" 7/10
Zgrabne piosenki, nawiązujące do klasycznego soulu, ale ze współczesnym brzmieniem.

Nat Birchall Quartet - "The Storyteller - A Musical Tribute to Yusef Lateef" 7/10
Przyjemny, choć raczej zbyt zachowawczy, jazz o egzotycznym zabarwieniu, nagrany w hołdzie zmarłemu parę lat temu Lateefowi, ale składający się głównie z premierowych kompozycji Birchalla.

Non Violent Communication - "Obserwacje" 7/10
Debiut projektu złożonego z muzyków m.in. progowego Merkabah i post-hardcore'owego So Slow, to cztery improwizowane utwory w stylistyce dark jazzu, trochę jednak za mało zróżnicowane.

Oh Sees - "Face Stabber" 6/10
22. album w dyskografii istniejącej od 20. lat kapeli to całkiem fajna retro-psychodelia, z odniesieniami do krautrocka i space rocka, jednak zdecydowanie przegięto tu z długością (80 minut), a nie brakuje słabszych momentów.

Palmer Eldritch - "[dog]" 7/10
Kolejny świetny projekt z polskiego niezalu, tym razem w klimatach downtempo i ambient techno, regularnie publikujący nowy materiał, trzymając wysoki poziom.

Sun Ra Arkestra - "Live in Kalisz 1986" 7/10
Tytuł brzmi dość zabawnie, w samej muzyce nie brakuje humorystycznych aspektów, ale przeważa kosmiczny free jazz na wysokim poziomie.



Wraz z ukończeniem tego tekstu, kończę przesłuchiwanie tegorocznych wydawnictw. Zapewne pominąłem parę ciekawych albumów, ale cóż, wszystkiego usłyszeć się nie da. Do nowej muzyki powrócę w podsumowaniu roku, które tradycyjnie zostanie opublikowane 25 grudnia. A tymczasem zapraszam do udziału w corocznej ankiecie:



3 grudnia 2019

[Recenzja] Elder Ones - "From Untruth" (2019)



Na współczesnej scenie jazzowej wciąż dzieją się ciekawe rzeczy. Przykładem może być twórczość nowojorskiego kwartetu Elder Ones. Zespół powstał w obecnej dekadzie z inicjatywy Amirthy Kidambi, posiadającej klasyczne wykształcenie i doświadczenie w śpiewaniu kompozycji takich twórców, jak Karlheinz Stockhausen czy Luigi Nono. W autorskiej działalności nawiązuje także do swoich karnatyckich korzeni, jak i do fascynacji muzyką Alice i Johna Coltrane'ów. Składu Elder Ones dopełnili: saksofonista Matt Nelson, perkusista Max Jaffe, a także basista Brandon Lopes, z czasem zastąpiony przez Nicka Dunstona. Kwartet zadebiutował w 2016 roku bardzo dobrym albumem "Holy Science", a w tym roku opublikował kolejny, nie mniej udany "From Untruth".

Nie sposób uniknąć - ze względu na połączenie żeńskiego śpiewu ze swobodnym, freejazzowym graniem - skojarzeń z dokonaniami Matany Roberts czy Fire! Orchestra. Elder Ones posiada jednak swój własny styl i rozpoznawalne brzmienie, w którym istotną rolę odgrywają partie Kidambi na indyjskiej fisharmonii. Doskonały efekt dało połączenie tego instrumentu z przeważnie agresywnymi, a czasem bardziej subtelnymi dźwiękami saksofonu sopranowego, hipnotyzującą grą kontrabasu i perkusji, a także interesującym, dalekim od konwencjonalnego jazzu wokalnego śpiewem. Na "From Untruth" doszły do tej fascynującej mieszanki jeszcze partie analogowych syntezatorów (grają na nich Kidambi i Nelson), czyniące brzmienie kwartetu jeszcze bardziej oryginalnym. Na albumie znalazły się cztery rozbudowane kompozycje liderki, w których fantastycznie łączą się w spójną całość wpływy free i spiritual jazzu, XX-wiecznej awangardy oraz muzyki karnatyckiej, czasem dochodzi też transowa motoryczność kojarząca się z francuską Magmą, a nawet trochę humoru przywołującego na myśl Gong (wokalne zabawy np. w ósmej minucie "Eat the Rich" i końcówce "Dance of the Subaltern"). Muzyka kwartetu brzmi potężnie, czasem niemalże dziko, ale nie brakuje też bardziej nastrojowych i niemalże konwencjonalnie melodyjnych fragmentów, choć należą tu raczej do rzadkości i szybko kontrapunktowane są bardziej typowymi dla zespołu rozwiązaniami.

Elder Ones od początku swojego istnienia tworzy muzykę bardzo oryginalną, kreatywną i dojrzałą. I choć debiutancki "Holy Science" przeszedł praktycznie bez echa, to wydanie "From Untruth" zostało lepiej odnotowane (zapewne wpływ na to miał udział Amirthy Kidambi na zeszłorocznych albumach "Code Girl" Mary Halvorson i "Voices Fall From the Sky" Williama Parkera), co daje nadzieję, że twórczość kwartetu zyska w końcu należny rozgłos. Ze swojej strony polecam go wszystkim wielbicielom awangardowego jazzu i rocka. 

Ocena: 8/10



Elder Ones - "From Untruth" (2019)

1. Eat the Rich; 2. Dance of the Subaltern; 3. Decolonize the Mind; 4. From Untruth

Skład: Amirtha Kidambi - wokal, fisharmonia, syntezator; Matt Nelson - saksofon sopranowy, syntezator; Nick Dunston - kontrabas; Max Jaffe - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Elder Ones


1 grudnia 2019

[Recenzja] Quantum Trio - "Red Fog" (2019)



Quantum Trio został założony w 2012 roku w Rotterdamie, jednak w jego skład wchodzą dwaj polscy instrumentaliści - saksofonista Michał Jan Ciesielski i pianista Kamil Zawiślak - a także chilijski perkusista Luis Mora Matus. Muzycy poznali się na tamtejszym konserwatorium. Od tamtej pory działają głównie w Holandii i Polsce, ale swój najnowszy album - zatytułowany "Red Fog" - nagrali we Włoszech, w mieszczącym się niedaleko Rzymu studiu Tube Recording. O ile poprzednie wydawnictwa tria - dwa studyjne longplaye i jeden zarejestrowany podczas koncertu - nie należą do krótkich (wszystkie przekraczają godzinę), tak "Red Fog" nie trwa nawet trzech kwadransów. Ta zwięzłość wychodzi mu zdecydowanie na dobre. Utwory (skomponowane przez wszystkich trzech muzyków - indywidualnie lub zespołowo) są tym razem nie tylko bardziej treściwe, ale również bardziej różnorodne, a czasem nawet wyraźnie wykraczają poza jazzowy idiom. Co stanowi ogromny postęp w stosunku do zbyt jednostajnego, w całości utrzymanego w melancholijnym nastroju, sprawiającego wrażenie wystudiowanego i sterylnego debiutu "Gravity", ale także względem pokazującego większą wszechstronność, niepozbawionego bardziej żywiołowych, swobodnych momentów, jednak chyba przesadnie napompowanego materiałem, wydanego na dwóch kompaktach "Duality: Particles & Waves".

W przypadku "Red Fog" w czasie czterdziestu jeden minut udało się zawszeć wystarczającą ilość pomysłów, by nie zanudzić słuchacza monotonią, ani nie przytłoczyć go ich nadmiarem. Poszczególne nagrania mają swój indywidualny charakter, a zarazem tworzą spójną całość. Album ma odpowiednią dynamikę i przyciąga uwagę od pierwszych dźwięków. Do najmocniejszych punktów całości z pewnością zaliczyć można otwieracz "Interference". Rozpoczęty freejazzowym saksofonem, do którego po chwili dołącza ciekawa partia fortepianu, której nie powstydziliby się wykonawcy avant-progowi, a następnie mocna partia perkusji, która doskonale dopełnia pozostałe instrumenty. Pomimo skromnego i dość nietypowego - pozbawionego kontrabasu lub gitary basowej - instrumentarium, muzykom udaje się osiągnąć bardzo pełne brzmienie. W "Hawk In" dużo ciekawego dzieje się w warstwie rytmicznej, a intensywnej grze Zawiślaka i Matusa towarzyszą tym razem nieco bardziej liryczne, ale niepozbawione odpowiedniej ekspresji partie Ciesielskiego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje także najbardziej energetyczny, brzmiący zaskakująco nowocześnie "Liquid Fire", napędzany naprawdę potężną, kreatywną grą perkusisty, świetnie dopełnianą przez pozostałych muzyków. Warto jeszcze zwrócić uwagę na najdłuższy na płycie, dziewięciominutowy utwór tytułowy, w którym trio znów fajnie kombinuje z rytmiką i dynamiką, buduje klimat w sposób niekoniecznie typowy dla jazzu, ale dodaje też odrobinę freejazzowej agresji w partiach saksofonu. W pozostałych utworach muzycy przypominają, że lubią pograć sobie bardziej nastrojowo, wychodzi im to ładnie i przyjemnie (zwłaszcza w najbardziej subtelnym "IBBI"), świetnie urozmaica całość, ale raczej nie ekscytuje tak bardzo, jak reszta albumu.

Quantum Trio wyrasta na jednego z ciekawszych współczesnych przedstawicieli polskiego jazzu. O ile dwa poprzednie studyjne albumy polsko-chillijskiego tria pokazywały, że mamy do czynienia ze sprawnymi instrumentalistami, ale w sumie niewiele ponadto, tak "Red Fog" ukazuje ich jako całkiem kreatywnych, bardziej dojrzałych twórców, nieobawiających się wykraczać poza jazzowe schematy. Najnowsze wydawnictwo Quantum Trio to taki jazz nie tylko dla wielbicieli jazzu. Duża dynamika znacznej części utworów i dość ciężkie brzmienie (szczególnie perkusji) może przypaść do gustu rockowym słuchaczom. Patrząc na okładkę "Red Fog" można wręcz odnieść wrażenie, że zdobycie zainteresowania takiej właśnie publiczności jest celem tria.

Ocena: 8/10



Quantum Trio - "Red Fog" (2019)

1. Interference; 2. Hawk In; 3. Streams; 4. Liquid Fire; 5. Passing Time; 6. Red Fog; 7. IBBI

Skład: Michał Jan Ciesielski - saksofon tenorowy, saksofon altowy; Kamil Zawiślak - fortepian; Luis Mora Matus - perkusja
Producent: Quantum Trio


28 listopada 2019

[Recenzja] Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)



The Jazz Messengers był prawdziwym zespołem-instytucją. Nierozerwalnie związanym z osobą wybitnego perkusisty Arta Blakeya, który zaczynał karierę w latach 40. ubiegłego wieku, występując u boku m.in. Theloniousa Monka, Charliego Parkera i Dizzy'ego Gillespiego, przyczyniając się do stworzenia nowoczesnego, bopowego stylu gry na perkusji. Na początku następnej dekady nawiązał współpracę z pianistą Horace'em Silverem, która w 1954 roku zaowocowała powstaniem kwintetu The Jazz Messengers. Początkowo Blakey i Silver dzielili się funkcją lidera lub pełnili ją zamiennie, a po odejściu ze składu pianisty niekwestionowanym liderem i jedynym stałym członkiem błyskawicznie zmieniających się składów został perkusista, co dobitnie podkreślił rozszerzając szyld do Art Blakey and the Jazz Messengers. Grupa istniała aż do jego śmierci w 1990 roku. W międzyczasie była prawdziwą kuźnią talentów, gdyż Blakey lubił się otaczać się młodymi, obiecującymi instrumentalistami. To właśnie w Jazz Messengers pierwsze poważne kroki stawiali tacy muzycy, jak np. Donald Byrd, Wayne Shorter, Freddie Hubbard, Lee Morgan czy Keith Jarrett, by wymienić kilku spośród tych najbardziej znanych.

W ciągu trzydziestu pięciu lat działalności, The Jazz Messengers nagrał blisko pięćdziesiąt albumów ze studyjnym materiałem i kilkadziesiąt koncertowych. Pomimo tego bogactwa, krytycy i słuchacze są na ogół zgodni, że największym osiągnięciem zespołu jest eponimiczny "Art Blakey and the Jazz Messengers", zarejestrowany 30 października 1958 roku w Van Gelder Studio pod okiem Alfreda Liona. W tamtym czasie kwintet składał się z trębacza Lee Morgana, saksofonisty Benny'ego Golsona, pianisty Bobby'ego Timmonsa, basisty Jymiego Merritta oraz, oczywiście, samego Blakeya. Na oryginalną winylową wersję albumu - wydaną w styczniu 1959 roku nakładem Blue Note - trafiło pięć premierowych kompozycji (głównie autorstwa Golsona) oraz interpretacja "Come Rain or Come Shine" z musicalu "St. Louis Woman", skomponowana przez Harolda Arlena (do tekstu Johnny'ego Mercera) w połowie lat 40.

Album rozpoczyna się od niezwykle popularnego standardu "Moanin'". Utwór cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że począwszy od 1966 roku, album jest przeważnie wznawiany pod nowym tytułem, wziętym właśnie od tego utworu. Jest to jedyna tutaj kompozycja, pod którą został podpisany Timmons. Za cztery inne odpowiada, jak już wspomniałem, Golson. Co ciekawe, saksofonista był członkiem grupy przez dość krótki czas, a to jedyne nagrane w Stanach wydawnictwo z jego udziałem (wziął jeszcze udział w wyprawie kwintetu do Europy, gdzie zarejestrowano materiał na kilka koncertówek oraz ścieżkę dźwiękową do francuskiego filmu "Des Femmes Disparaissent", na którym znalazło się kilka jego kompozycji; po powrocie został zastąpiony przez Wayne'a Shortera).

Pod względem stylistycznym, jest to wręcz archetypowy przykład hard bopu z końcówki lat 50., mocno zakorzenionego w bluesie, zdradzającego tez pewne wpływy muzyki gospel. Takie akustyczne granie w klimacie zadymionej knajpy z czarno-białego filmu, w którym wszyscy męscy bohaterowie chodzą w garniturach, kapeluszach i z nieodłącznym papierosem w ustach. Jednocześnie jest to jedna z najlepszych ówczesnych płyt w tym stylu. Tematy są bardzo charakterystyczne - pod tym względem przoduje, oczywiście, ten ze słynnego "Moanin'", ale tylko nieznaczne ustępują mu motywy napisane przez Golsona. Gra wszystkich instrumentalistów jest po prostu wyśmienita - bardzo wyrafinowana, elegancka, ale również naturalna, niepozbawiona spontaniczności. Nie ma tu żadnego przesadnego popisywania się umiejętnościami, muzycy stawiają raczej na granie zespołowe. Oczywiście, nie brakuje fantastycznych solówek, w których przodują Golson i Morgan, choć Timmons i Merritt również mają swoje momenty. Lider trzyma natomiast wszystko w ryzach, dyskretnie dyrygując zespołem zza swojego zestawu perkusyjnego, skupiając się przede wszystkim na zapewnianiu rytmicznego pokładu, raczej unikając zwracania na siebie uwagi (choć jego gra jest mocno wysunięta w miksie). Na nieco więcej pozwala sobie jedynie w trzyczęściowym "The Drum Thunder Suite", który zgodnie z zamysłem Golsona miał być przede wszystkim popisem perkusisty.

Na niektórych kompaktowych reedycjach można znaleźć dwa dodatkowe nagrania: alternatywne podejście do "Moanin'", zamieszczone na końcu płyty, a także wykorzystany w roli wstępu, kilkudziesięciosekundowy fragment rozgrzewki zespołu oraz dialogu między Lee Morganem i Rudym Van Gelderem. O ile druga wersja popularnego standardu wnosi do całości bardzo mało (choć jest zagrana porywająco, to dokonano słusznego wyboru wybierając inne wykonanie na oryginalny album), tak ten krótki fragment na początku ma naprawdę rewelacyjny klimat i dodanie go było genialnym posunięciem.

Trudno o lepszy hard bop, niż ten zaprezentowany na "Art Blakey and the Jazz Messengers". Absolutny klasyk jazzu.

Ocena: 9/10



Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)

1. Moanin'; 2. Are You Real; 3. Along Came Betty; 4. The Drum Thunder Suite; 5. Blues March; 6. Come Rain or Come Shine

Skład: Art Blakey - perkusja; Benny Golson - saksofon tenorowy; Lee Morgan - trąbka; Bobby Timmons - pianino; Jymie Merritt - kontrabas
Producent: Alfred Lion


25 listopada 2019

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)



Blisko pięćdziesiąt lat temu, na przełomie lat 1969/1970, prowadzone przez Jimiego Hendrixa trio Band of Gypsys dało cztery występy (po dwa dziennie) w nowojorskim klubie Fillmore East. Był to jeden z najciekawszych momentów w karierze słynnego gitarzysty. Wspierany przez nową, czarnoskórą sekcję rytmiczną - basistę Billy'ego Coxa i perkusistę Buddy'ego Milesa - odświeżył swoją hardrockowo-bluesową twórczość o wyraźne wpływy funku i soulu. Trio rozpadło się niedługo potem, a Hendrix po raz kolejny podążył w nieco innym muzycznym kierunku. Przez lata jedyną pamiątką po tym okresie był wydany już w kwietniu 1970 roku album "Band of Gypsys". Wydawnictwo tyleż zachwycające swoją zawartością muzyczną, co rozczarowujące skromną objętością - to tylko sześć utworów, zarejestrowanych podczas obu występów z 1 stycznia 1970 roku.

W ciągu kolejnych dekad wypłynęło jeszcze trochę materiału z tych występów. W 1986 roku trzy utwory - jeden z pierwszego setu z 31 grudnia '69, dwa z pierwszego setu następnego dnia -  zostały opublikowane na "Band of Gypsys 2" (wbrew tytułowi zawierającym też nagrania z późniejszych koncertów, już bez Milesa w składzie). Na kolejne otwarcie archiwum trzeba było czekać aż do 1999 roku, gdy ukazał się "Live at the Fillmore East", składający się z dwóch płyt kompaktowych, zawierających w sumie szesnaście utworów ze wszystkich czterech występów (w tym część wydanych już wcześniej). Wówczas wydano tez DVD "Hendrix: Band of Gypsys" z fragmentami filmowej rejestracji. Trzy kolejne utwory (wszystkie z drugiego setu) wypłynęły w 2010 roku w boksie "West Coast Seattle Boy". Rok 2016 przyniósł natomiast wydawnictwo o wszystko mówiącym tytule "Machine Gun: The Fillmore East First Show".

Po jego wydaniu spodziewałem się kontynuacji w postaci wydawanych jako osobne wydawnictwa rejestracji pozostałych trzech występów. Zamiast tego, tuż przed ich pięćdziesiątą rocznicą, do sprzedaży trafia boks "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts", zbierający na pięciu płytach CD lub ośmiu płytach winylowych (dostępny jest też w streamingu) cały materiał rozproszony dotąd na wspomnianych wyżej wydawnictwach, ale też nagrania nie mające dotąd oficjalnej premiery. Całość została na nowo zmiksowana przez Eddiego Kramera i Chandlera Harroda (z wyjątkiem nagrań z pierwszego występu - wykorzystano miksy Kramera, Harroda i Spencera Guerry sprzed trzech lat, dokonane na potrzeby "Machine Gun..."), starano się jednak zachować oryginalny kształt nagrań. Dzięki temu okazuje się, że na potrzeby albumu "Band of Gypsys" drastycznie skrócono nie tylko "We Gotta Live Together" (w którym akurat wyraźnie słuchać cięcie, a ponadto pełne wykonanie pojawiło się już na "Live at the Fillmore East"), ale także "Power of Soul" i "Changes", które dopiero teraz można usłyszeć w pełnych, blisko dziesięciominutowych wykonaniach.

Po sprawdzeniu tracklisty "Songs for Groovy Children" i porównaniu z dostępnymi materiałami, okazuje się, niestety, że nie jest to kompletny zapis serii występów w Fillmore East. O ile pierwszy set z 31 grudnia jest ponoć kompletny, tak na pewno brakuje pięciu utworów z drugiego występu z tego dnia: "Stepping Stone", "Burning Desire", "Power of Soul", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze". Żadne z tych konkretnych wykonań nie zostało nigdy opublikowane, więc można tylko zgadywać, skąd decyzja o ich pominięciu. Może wystąpiły jakieś techniczne problemy podczas nagrywania? Może zespół zaliczył jakieś wpadki? Zapis pierwszego setu z 1 stycznia prawdopodobnie również jest wybrakowany - niektóre źródła podają, że w jego trakcie został zagrany także "Hear My Train' a Comin'", choć nie jest to potwierdzona informacja. Za to ostatni występ trafił tu najprawdopodobniej w całości. W kompaktowej wersji boksu jako jedyny został zamieszczony na dwóch płytach, a nie jednej.

Najciekawiej pod względem repertuaru prezentował się pierwszy set z pierwszego dnia - choć nie dla osób, które przyszły na koncert, by posłuchać przebojów. Trio zaprezentowało wyłącznie utwory, które jeszcze nie pojawiły się na żadnym wydawnictwie sygnowanym nazwiskiem Hendrixa. Blisko połowa z nich była już wcześniej grana na żywo, podczas gdy inne miały koncertową premierę właśnie tego dnia ("Changes", "Machine Gun", "Ezy Ryder", "Burning Desire"). Repertuaru dopełniły dwie przeróbki (grany już wcześniej "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa i zaprezentowany po raz pierwszy "Stop" Howarda Tate'a). Podczas kolejnego setu zespół powtórzył wszystkie z premierowych utworów (włącznie z "Stop"), wprowadzając do repertuaru jeszcze dwie nowości ("Who Knows" i "Stepping Stone"). Jednak poza nimi wykonał wiele popularnych, wydanych na płytach kawałków, jak "Fire", "Stone Free" (w świetnej, rozbudowanej do ponad 17 minut wersji, wzbogaconej cytatami z "Sunshine of Your Love" Cream i własnego "Outside Woman Blues"), "Foxy Lady", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze", czy znany już z występu na Woodstocku "Message to Love" (płytowa premiera tej kompozycji odbyła się dopiero na "Band of Gypsys"), a całości dopełniła instrumentalna przeróbka noworocznej piosenki "Auld Lang Syne". Trzeci występ - pierwszy drugiego dnia - składał się wyłącznie z utworów granych już poprzedniego dnia, ale trio znów skupiło się na mniej znanych kompozycjach (robiąc wyjątek dla "Foxy Lady"). Podczas ostatniego występu znów zagrano więcej powszechnie znanych przebojów ("Stone Free", "Message to Love", "Voodoo Child (Slight Return)", "Hey Joe", "Purple Haze" czy przeróbkę "Wild Things" The Troggs, którą Jimi wykonał już chociażby podczas pamiętnego występu na Monetey Pop Festival w 1967 roku), ale pojawiła się też kolejna premiera ("We Gotta Live Together") i zagrana tylko wtedy przeróbka "Steal Away" Jimmy'ego Hughesa.

No dobra, to w końcu ile utworów z "Songs for Groovy Children" jest unikalnych dla tego wydawnictwa? Tak naprawdę, jedynie osiem nie zostało dotąd wydane w żadnej formie, a dwa kolejne - "Changes" i "Earth Blues" z trzeciego setu - pojawiły się wyłącznie w filmowej rejestracji. Wśród tej premierowej ósemki przeważają kompozycje doskonale znane z innych wykonań: "Ezy Ryder", "Changes", "Message to Love" i "Stop" z drugiego występu, a także "Lover Man", "Hey Joe" i "Purple Haze" z ostatniego. Oczywiście, sam fakt, że są to inne wykonania, zmienia wszystko w przypadku muzyki w znacznej mierze opartej na jamowaniu. A tak właśnie grał Band of Gypsys, osiągając wyżyny rockowej improwizacji. Nawet "Hey Joe", który nigdy mnie nie przekonywał, tutaj wypada całkiem zacnie, choć kawałek ten niespecjalnie pasuje do tego składu. Najbardziej ekscytującą informacją była jednak obecność utworu, który dotąd w żadnej wersji nie zagościł w dyskografii Hendrixa. Do czasu ogłoszenia zawartości "Songs for Groovy Children" mało kto zdawał sobie w ogóle sprawę, że muzyk go kiedykolwiek wykonywał. Mowa oczywiście o wspomnianym już wyżej "Steal Away" - wolnym bluesie zaśpiewanym przez Milesa (perkusista pełni rolę głównego wokalisty także we wszystkich wersjach "Stop" oraz swoich autorskich "Changes" i "We Gotta Live Together", a ponadto często wspiera Jimiego soulowymi chórkami). Zdecydowanie nie jest to jeden z najbardziej porywających fragmentów całości - zespół gra tutaj tak strasznie przewidywalnego i schematycznego bluesa, że aż wstyd. Po takich improwizatorach oczekuję znacznie więcej.

"Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" pozostawia mieszane odczucia. Trudno przyczepić się do tego, co na scenie zaprezentował zespół. Repertuar wybrano świetny, zarówno jeśli chodzi o kawałki z wcześniejszego dorobku Hendrixa, przeróbki (z wyjątkiem "Steal Away"), jak i premierowy materiał, który moim zdaniem przewyższa dużą część tego, co ukazało się wcześniej na płytach gitarzysty. A wykonanie jest fenomenalne - naprawdę niewiele rockowych zespołów (nie licząc tych progresywnych i awangardowych) potrafiło osiągnąć taki poziom. Niewątpliwie cieszy, że w końcu zebrano wszystkie te utwory w jednym miejscu (dodając kilka wcześniej niepublikowanych), podobnie jak to, że w końcu można usłyszeć niektóre z nich w pełnych wersjach, a dużą część ze znacznie lepszym brzmieniem (przede wszystkim w porównaniu z "Live at the Fillmore East"). Z drugiej strony, mam też pewne zastrzeżenia. Rozczarowuje na pewno brak kilku nagrań. Ponadto, obszerność (i cena) tego boksu sprawiają, że jest to typowe wydawnictwo wyłącznie dla najzagorzalszych fanów artysty, którzy muszą mieć na półce wszystko, nawet jeśli znaczna część tego będzie się tylko kurzyć. Nie podoba mi się też to, jak potraktowano wszystkich - w tym i mnie - którzy zakupili "Machine Gun: The Fillmore East First Show", dając im do wyboru albo ponowne zapłacenie za dokładnie ten sam materiał, albo dalsze czekanie, aż zapisy pozostałych trzech występów ukażą się osobno, jeśli w ogóle zostaną tak wydane. Podsumowując - muzyczna zawartość zasługuje na najwyższą ocenę, ale forma jej wydania jest daleka od doskonałości.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)

CD1 (12/31/69 1st Set): 1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire
CD2 (12/31/69 2nd Set): 1. Auld Lang Syne; 2. Who Knows; 3. Fire; 4. Ezy Ryder; 5. Machine Gun; 6. Stone Free; 7. Changes; 8. Message to Love; 9. Stop; 10. Foxy Lady
CD3 (1/1/70 1st Set): 1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Stepping Stone; 6. Foxy Lady; 7. Stop; 8. Earth Blues; 9. Burning Desire
CD4 (1/1/70 2nd Set, Part I): 1. Stone Free; 2. Power of Soul; 3. Changes; 4. Message to Love; 5. Machine Gun; 6. Lover Man; 7. Steal Away; 8. Earth Blues
CD5 (1/1/70 2nd Set, Part II): 1. Voodoo Child (Slight Return); 2. We Gotta Live Together; 3. Wild Thing; 4. Hey Joe; 5. Purple Haze

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass, dodatkowy wokal; Buddy Miles - perkusja, wokal, dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott



Bonus: setlisty wszystkich czterech występów Band of Gypsys w Fillmore East. Pogrubienie tytułu oznacza, że dany utwór jest obecny na "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts". W nawiasach kwadratowych podano wcześniejszą dostępność.

31 grudnia 1969 - pierwszy występ [w całości wydany na "Machine Gun: The Fillmore East First Show"]:

Power of Soul
Lover Man
Hear My Train a Comin' ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Changes ["Live at the Fillmore East"] 
Izabella ["Live at the Fillmore East"]
Machine Gun
Stop
Ezy Ryder
Bleeding Heart
Earth Blues
Burning Desire

31 grudnia 1969 - drugi występ:

Auld Lang Syne ["Live at the Fillmore East"] 
Who Knows ["Live at the Fillmore East"] 
Stepping Stone
Burning Desire
Fire ["West Coast Seattle Boy"]
Ezy Ryder
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul
Stone Free ["West Coast Seattle Boy"]
Changes
Message to Love
Stop
Foxy Lady ["West Coast Seattle Boy"]
Voodoo Child (Slight Return)
Purple Haze

1 stycznia 1970 - pierwszy występ:

Who Knows ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Band of Gypsys"]
Changes ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Power of Soul ["Live at the Fillmore East"]
Stepping Stone ["Live at the Fillmore East"]
Foxy Lady ["Band of Gypsys 2"]
Stop ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Hear My Train' a Comin'
Earth Blues ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Burning Desire ["Live at the Fillmore East"]

1 stycznia 1970 - drugi występ:

Stone Free ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul ["Band of Gypsys"]
Changes ["Band of Gypsys"]
Message to Love ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Lover Man
Steal Away
Earth Blues ["Live at the Fillmore East"]
Voodoo Child (Slight Return) ["Live at the Fillmore East"]
We Gotta Live Together ["Band of Gypsys", "Live at the Fillmore East"]
Wild Thing ["Live at the Fillmore East"]
Hey Joe
Purple Haze


22 listopada 2019

[Recenzja] Robert Wyatt - "Rock Bottom" (1974)



Pisanie o takich albumach właściwie nie powinno mieć sensu. Czymś powszechnym powinna być ich znajomość i docenianie zawartej na nich muzyki. Niestety, tak nie jest. Komercyjne media muzyczne wolą skupiać się na promowaniu muzyki na ogół zupełnie nieistotnej i bezwartościowej, przez co nawet tak ważny i utalentowany twórca jak Robert Wyatt (czasem w tych mediach obecny), jest postacią niezbyt znaną przeciętnemu odbiorcy. Dlatego też pokrótce - choć mam nadzieję, że jednak niepotrzebnie - przypomnę jego dokonania. Uznanie zdobył jako członek grupy Soft Machine, z którą nagrał cztery albumy; w 1970 roku zadebiutował jako solista freejazzowym albumem "The End of an Ear", później dowodził supergrupą Matching Mole, w międzyczasie znajdując czas na liczne występy gościnne, chociażby na płytach Syda Barretta, Kevina Ayersa, Daevida Allena czy Keitha Tippetta. Punktem zwrotnym w jego karierze okazało się tragiczne - choć wynikające z własnej głupoty -wydarzenie. 1 czerwca 1973 roku, podczas przyjęcia urodzinowego Gilli Smyth, odurzony Wyatt wypadł z okna na drugim piętrze, doznając złamania kręgosłupa, w wyniku czego został trwale sparaliżowany od pasa w dół.

Podczas trwającego miesiącami pobytu w szpitalu, Wyatt miał dużo czasu, by zastanowić się nad swoją dalszą działalnością muzyczną. Był świadomy, że już nigdy nie będzie mógł grac na perkusji, ani jeździć w trasy koncertowej. Dało mu to jednak, jak sam przyznawał, nowy rodzaj wolności. Mógł skoncentrować się na komponowaniu, aranżacjach, śpiewie i pracy studyjnej, za każdym razem dobierając współpracowników odpowiednich do danego dzieła, nie będąc ograniczonym graniem w stałym zespole. Jeszcze w szpitalu muzyk zaczął pracować nad nowymi utworami, których komponowanie zaczął jednak jeszcze przed wypadkiem, pod koniec 1972 roku, podczas pobytu w Wenecji - Wyatt towarzyszył tam swojej dziewczynie (polskiego pochodzenia), Alfredzie Benge, która pracowała jako asystentka przy montażu filmu "Nie oglądaj się teraz" (org. "Don't Look Now") w reżyserii Nicolasa Roega. Utwory były tworzone z myślą o trzecim albumie Matching Mole, do którego nagrania nigdy nie doszło.

W listopadzie 1973 roku muzycy Pink Floyd zorganizowali specjalny koncert, z którego dochód - dziesięć tysięcy funtów - został przeznaczony na pomoc Wyattowi. Muzyk mógł sfinansować swój pierwszy album po wypadku, "Rock Bottom", nagrywany w rożnych brytyjskich studiach na przestrzeni pierwszej połowy 1974 roku. Liderowi - występującemu w roli wokalisty i grającemu na przeróżnych instrumentach klawiszowych, a w jednym nagraniu także na gitarze  - udało się zebrać interesujących współpracowników. W nagraniach udział wzięli basiści Richard Sinclair (Caravan, Hatfield and the North) i Hugh Hopper (Soft Machine), perkusista Laurie Allan (Gong), grający na altówce Fred Frith (Henry Cow), występujący w roli gitarzysty Mike Oldfield, ponadto jazzowi instrumentaliści Mongezi Feza i Gary Windo, a nawet szkocki poeta Ivor Cutler. Produkcją zajął się natomiast Nick Mason z Pink Floyd. Za ascetyczną okładkę - stanowiąca kontrast dla grafik z reguły zdobiących albumy progrockowe - odpowiada Alfreda Benge. Ona sama zaś stanowiła inspirację dla zawartych tu tekstów Wyatta. Para pobrała się 26 lipca 1974 roku, w dniu premiery "Rock Bottom".

Album utrzymany jest w bardzo melancholijnym nastroju, ale wcale nie sprawia przez to wrażenia nudnej, smętnej czy przygnębiającej - wręcz przeciwnie, jest to bardzo wyraziste i intensywne granie, nie pozbawione pewnych humorystycznych akcentów, jak przystało na album czołowego przedstawiciela sceny Canterbury. Jest to muzyka jednocześnie przystępna i bardzo ambitna. Trudno nie ulec urokowi przepięknych melodii wokalnych, przepełnionych smutkiem, ale bardzo wyrafinowanych, nigdy nie popadających w banał czy pretensjonalność. Warstwa instrumentalna nie jest jakoś mocno skomplikowana, ale zawsze daleka od schematycznych rozwiązań. Utwory rozwijają się swobodnie, nie ma w nich żadnych przewodnich motywów czy refrenów. Są za to bardzo pomysłowe, wielowarstwowe aranżacje. Same partie klawiszowe Wyatta tworzą bogate faktury, a zawsze ciekawie wzbogacają je inne instrumenty. Warto wyróżnić "A Last Straw" z subtelnymi dźwiękami gitary lidera i wyrazistą linią basu Hoppera (nie tak odległą od tej z "Slightly All the Time" Soft Machine). Albo "Little Red Riding Hood Hit the Road" z podkreślającą psychodeliczny nastrój partią trąbki Fezy, tudzież "Alfie" z freejazzowymi odlotami Windo na klarnecie basowym i saksofonie tenorowym. Nie można też zapomnieć o "Little Red Robin Hood Hit the Road" z popisem Oldfielda w pierwszej części i zwariowaną częścią drugą, z wygłupami Cutlera do akompaniamentu altówki, fisharmonii i koncertyny. Nie mniej ciekawie wypadają jednak utwory o skromniejszych aranżacjach, jak "Sea Song" i przywołujący klimat "In a Silent Way" Milesa Davisa "Alifib".

Wyattowi udała się tu rzecz niezwykła. Nagrał album absolutnie ponadczasowy, stroniący od modnych ówcześnie rozwiązań, zaś zawierający elementy do dziś chętnie wykorzystywane przez współczesnych twórców. Będący w zasadzie dziełem bardzo progresywnym, wręcz awangardowym (w kontekście rocka), ale unikającym sięgania po te środki muzycznego wyrazu, które często prowadzą progrockowych wykonawców na manowce (np. stosowanie patosu, rozbudowanych form, popisywanie się wirtuozerią czy nadmierne komplikowanie). Wyatt stawia na zwięzłość, pamięta o melodiach, ale stara się też, by w utworach cały czas coś się działo, cały czas się jakoś rozwijały, niekoniecznie w oczywistym kierunku. "Rock Bottom", będąc bardzo ambitną muzyką, jest też muzyką bardzo przystępną, zarówno ze względu na brzmienie, nastrój, jak i chyba przede wszystkim wspomniane melodie, które są tu naprawdę wyjątkowe - przejmujące, wyrafinowane i po prostu bardzo ładne. Longplay z pewnością zachwyci wszystkie osoby posiadające wrażliwość muzyczną pozwalającą docenić coś więcej, niż rockowe napieprzanie. Tak więc jeśli ktoś jeszcze nie zna "Rock Bottom" - a mam nadzieję, że niewiele jest takich osób - polecam jak najszybciej nadrobić zaległości, bo to jeden z tych albumów, których wstyd nie znać, a których naprawdę nie trzeba się obawiać.

Ocena: 10/10



Robert Wyatt - "Rock Bottom" (1974)

1. Sea Song; 2. A Last Straw; 3. Little Red Riding Hood Hit the Road; 4. Alifib; 5. Alife; 6. Little Red Robin Hood Hit the Road

Skład: Robert Wyatt - wokal, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne (1,3,5), gitara (2); Richard Sinclair - bass (1,3,6); Hugh Hopper - bass (2,4,5); Laurie Allan - perkusja (2,6); Mongezi Feza - trąbka (3); Ivor Cutler - głos (3,6), koncertyna barytonowa (6); Gary Windo - klarnet basowy (5), saksofon tenorowy (5); Alfreda Benge - głos (5); Mike Oldfield - gitara (6); Fred Frith - altówka (6)
Producent: Nick Mason

Po prawej: okładka reedycji z 1998 roku (również autorstwa Alfredy Benge).