17 sierpnia 2019

[Recenzja] Magma - "Live" (1975)



Pierwszy koncertowy album Magmy został zarejestrowany podczas występów w paryskim Taverne de l'Olympia, odbywających się w dniach 1-5 czerwca 1975 roku. Zespół promował wówczas swoje najnowsze studyjne dzieło, "Köhntarkösz", jednak w międzyczasie znacząco zmienił się skład. Z muzyków, biorących w nagraniu tamtego albumu, przetrwali tylko Christian i Stella Vanderowie oraz Klaus Blasquiz. Miejsce pozostałych instrumentalistów zajęli: klawiszowcy Benoit Widemann i Jean-Pol Asselin, gitarzysta Gabriel Federow i basista Bernard Paganotti. Ponadto skład zasilił grający na skrzypcach Didier Lockwood - wówczas mało znany, obecnie uznawany za jednego z najlepszych jazzowych skrzypków.

Na dwupłytowy album trafiło pięć utworów, których część tytułów wydaje się jakby znajoma, ale jakoś tak nie do końca. Zespół nie mógł wykorzystać oryginalnej pisowni z przyczyn prawnych, gdyż "Live" ukazał się dla innej wytwórni, niż wcześniejsze wydawnictwa. I dlatego pod nazwą "Köhntark" kryje się tytułowa kompozycja z "Köhntarkösz", "Kobah" to "Kobaïa" z eponimicznego debiutu, a "Mëkanïk Zaïn" to wariacja na temat fragmentu "Mekanïk Destruktïẁ Kommandöh" (a konkretnie części "Nebëhr Gudahtt" i "Mekanïk Kommandöh"). Jedynymi faktycznie nowymi kompozycjami są "Lïhns" i "Hhaï" (ta druga doczekała się studyjnej rejestracji w 2009 roku, jako cześć utworu "Ëmëhntëhtt-Ré").

W przypadku utworów mających już wcześniej premierę w wersjach studyjnych, zespół nie próbuje odgrywać ich wiernie, lecz podchodzi do nich w bardziej swobodny sposób. Wiele zmienia sama obecność nowych muzyków. Na pierwszy plan często wysuwają się skrzypce Lockwooda - instrument wcześniej nieobecny w twórczości grupy, znacznie większą rolę odgrywa elektryczne pianino, natomiast gra nowego gitarzysty jest dość powściągliwa, lecz również istotna dla brzmienia. Ta wersja Magmy przypomina trochę Mahavishnu Orchestra lub koncertowe oblicze King Crimson z okresu 1972-74. Ale tylko na zasadzie luźnych skojarzeń, pewnych wspólnych cech, a nie kopiowania tamtych grup. Zespół nie traci tu własnej tożsamości. Charakterystyczne dla zeuhlu partie wokalne i gra sekcji rytmicznej są na swoim miejscu.

Wspaniale wypada tutejsze wykonanie "Köhntarkösz". Doskonale odnalazł się w nim Lockwood, zarówno w tych mocniejszych fragmentach, podkreślając ich gwałtowność, jak i w tych nastrojowych, nadając im jeszcze bardziej niebiańskiego charakteru. Jeszcze więcej zyskuje w tutejszej wersji "Kobaïa", zupełnie inaczej zaaranżowana za sprawą obecności skrzypiec i elektrycznego pianina zamiast dęciaków i akustycznego pianina, z bardziej finezyjnymi partiami gitary oraz bardziej zakręconą grą basisty. Szkoda tylko, że w połowie siódmej minuty następuje wyciszenie, choć wykonanie wyraźnie trwało dłużej. Rewelacyjnie wypada także "Mëkanïk Zaïn", z dziesięciominutową, w pełni instrumentalną improwizacją na bazie "Nebëhr Gudahtt", płynnie przechodząca w ekspresyjne wykonanie "Mekanïk Kommandöh". Mniej tutaj, w porównaniu ze studyjnym pierwowzorem, odniesień do Orffa czy Stawińskiego, zamiast czego otrzymujemy świetny, natchniony popis zespołowej interakcji, porównywalny wręcz ze składami jazzowymi. A nowe kompozycje? "Lïhns" to bardzo ładny, nastrojowy utwór, tylko jakoś tak dziwnie się urywający na koniec. Przepięknie rozwija się natomiast "Hhaï", początkowo również nastrojowy, ale stopniowo nabierający na sile, dzięki budującym napięcie partiom skrzypiec i coraz intensywniejszej grze sekcji rytmicznej. Są tu też udane solówki na elektrycznym pianinie i gitarze. Aż dziwne, że tak wspaniały utwór - jeden z najlepszych w całej twórczości zespołu! - doczekał się studyjnej rejestracji dopiero trzy dekady później.

"Live" to wydawnictwo, na którym wciąż doskonale słychać ogromne, jak na zespół rockowy, umiejętności Christiana Vandera i wspierających go muzyków, a z drugiej strony, jak na Magmę, jest to całkiem przystępne granie, bliższe głównego nurtu rocka progresywnego czy jazz rocka. To wciąż ambitne, wyrafinowane granie, ale już nie tak hermetyczne - elementy rockowe, a w mniejszym stopniu jazzowe, dominują tutaj nad wpływami współczesnej muzyki poważnej i awangardowej. I z tego właśnie względu, jest to doskonałe wydawnictwo na początek znajomości z Magmą. Mnie właśnie ten album przekonał do grupy, której wcześniej nie rozumiałem. Ale nawet teraz, gdy doceniłem i polubiłem "Mekanïk Destruktïw Kommandöh", "Köhntarkösz" czy "Ëmëhntëhtt-Ré", wciąż uważam "Live" za jedno z najwspanialszych osiągnięć zespołu.

Ocena: 10/10



Magma - "Live" (1975)

LP1: 1. Köhntark (Part One); 2. Könntark (Part Two)
LP2: 1. Kobah; 2. Lïhns; 3. Hhaï; 4. Mëkanïk Zaïn

Skład: Klaus Blasquiz - wokal; Stella Vander - wokal; Didier Lockwood - skrzypce; Benoit Widemann - instr. klawiszowe; Jean-Pol Asseline - instr. klawiszowe; Gabriel Federow - gitara; Bernard Paganotti - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


16 sierpnia 2019

[Recenzja] McCoy Tyner - "Sahara" (1972)



"Sahara" to album, dzięki któremu McCoy Tyner na dobre wyszedł z cienia Johna Coltrane'a. Oczywiście, pianista już wcześniej wydawał artystycznie udane dzieła (jak opisany już przeze mnie "The Real McCoy"), jednak dopiero niniejsze wydawnictwo zwróciło na niego większą uwagę. Album sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzach i był nominowany w dwóch kategoriach do nagrody Grammy. Co należy uznać za naprawdę wielki sukces, szczególnie biorąc pod uwagę, że zdecydowanie nie jest to muzyka o komercyjnym charakterze.

Materiał na longplay został zarejestrowany w styczniu 1972 roku w nowojorskim Decca Recording Studio, a wydany pół roku później nakładem Milestone. W sesji uczestniczyli również: saksofonista Sonny Fortune (najbardziej znany z późniejszej współpracy z Milesem Davisem - można go usłyszeć na "Big Fun", "Get Up with It", "Agharta" i "Pangaea"), perkusista Alphonse Mouzon (znany chociażby z eponimicznego debiutu Weather Report czy świetnego albumu solowego "Mind Transplant"), a także praktycznie anonimowy basista Calvin Hill (później współpracował m.in. z Pharoahem Sandersem i Maxem Roachem). Wszystkie nagrania zostały skomponowane przez Tynera.

Utwory są ciekawie zróżnicowane. Album zaczyna się od dziewięciominutowego "Ebony Queen" z chwytliwym, ale niebanalnym tematem, rozbudowanymi solówkami Fortune'a na saksofonie sopranowym i Tynera na pianinie, a także intensywną, ale finezyjną grą Mouzona. Muzycy grają jak natchnieni, w niemalże uduchowiony sposób. Nie mniej udanie wypada "A Prayer for My Family", zagrany wyłącznie na pianinie, ciekawie urozmaicającego swoją grę. Zaskoczeniem przy pierwszym odsłuchu może być natomiast "Valley of Life", który za sprawą partii Tynera na koto (japońskim instrumencie widocznym na okładce) i Fortune'a na flecie, nabiera prawdziwie mistycznego charakteru. "Rebirth" to dla odmiany bardziej ekspresyjne granie, z bardziej uwypukloną rolą sekcji rytmicznej, szybkimi partiami pianina i agresywnymi, freejazzowymi solówkami na saksofonie altowym. Ponad 23-minutowy utwór tytułowy, samodzielnie zajmujący całą drugą stronę winylowego wydania, to jakby podsumowanie całości: swobodna, natchniona improwizacja, pełna ekspresji, ale raczej kierująca się w stronę bardziej uduchowionego post-bopu, niż freejazzowej agresji. Zespołowa interakcja jest tu na wysokim poziomie, a każdy muzyk ma wiele okazji do zaprezentowania własnych pomysłów, nie tylko za pomocą swojego podstawowego instrumentu.

Album "Sahara" powszechnie uznawany jest za jedno z największych solowych osiągnięć McCoya Tynera. I nie ma w tym w ogóle przesady. To naprawdę świetny album rozwijający pewne koncepcje zaproponowane przez Johna Coltrane'a, ale robiący to w sposób bardzo kreatywny, a nie odtwórczy. Pianista zresztą po raz kolejny udowodnił, ze postrzeganie go wyłącznie jako byłego współpracownika wielkiego saksofonisty jest błędem, bo sam też jest zdolnym kompozytorem i liderem umiejącym poprowadzić zespół na artystyczne wyżyny. I przy okazji odnieść sukces komercyjny.

Ocena: 8/10



McCoy Tyner - "Sahara" (1972)

1. Ebony Queen; 2. A Prayer for My Family; 3. Valley of Life; 4. Rebirth; 5. Sahara

Skład: McCoy Tyner - pianino, koto (3), flet (5), instr. perkusyjne (5); Sonny Fortune - saksofon sopranowy (1,5), flet (3,5), saksofon altowy (4); Calvin Hill - kontrabas (1,3-5), instr. dęte (3,5), instr. perkusyjne (3,5); Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne (1,3-5), trąbka (5)
Producent: Orrin Keepnews


15 sierpnia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Cyclone" (1978)



Peter Baumann definitywnie opuścił Tangerine Dream w 1977 roku. Stało się to wkrótce po zakończeniu amerykańskiej trasy i zmiksowaniu zarejestrowanej w jej trakcie koncertówki "Encore". Edgar Froese wykorzystał chwilową przerwę w działalności zespołu na nagranie swojego czwartego albumu solowego, "Ages". Podczas sesji, trwającej od sierpnia do listopada, wsparł go jedynie perkusista Klaus Krüger. Sprawdził się na tyle dobrze, że został przyjęty do Tangerine Dream. Miejsce Baumanna zajął natomiast brytyjski multiinstrumentalista Steve Jolliffe, który przewinął się już przez skład niemieckiej grupy niedługo po jej powstaniu. Wkrótce jednak wrócił do swojej ojczyzny, gdzie na krótko zasilił skład bluesrockowego Steamhammer (wziął udział w nagraniu albumu "Mk II"), a następnie zajął się tworzeniem muzyki stockowej. Ponowne zaproszenie do Tangerine Dream, mającego już wówczas ugruntowaną pozycję, było dla niego szansą, by zyskać szersza popularność.

Niestety, zarejestrowany w styczniu 1978 roku album "Cyclone" spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem fanów i krytyków. Zarzuty kierowano zwłaszcza przeciw Jollliffemu, którego rola nie ogranicza się tu tylko do grania na różnych instrumentach klawiszowych, ale także do gry na licznych instrumentach dętych i... śpiewu. "Cyclone" jest bowiem pierwszym albumem Tangerine Dream na którym pojawiły się regularne partie wokalne i teksty. Zarówno to, jak również dodanie perkusji i rosnąca rola gitary Froese'a, sprawia, że muzyka zespołu zbliżyła się do głównego nurtu rocka progresywnego, a zwłaszcza do twórczości Pink Floyd. Tym samym grupa zatoczyła koło. O ile jednak w pierwszych latach działalnością główną inspiracją był eksperymentalny "A Saucerful of Secrets", tak "Cyclone" wywołuje raczej skojarzenia z "Wish You Were Here". Tak naprawdę nie powinno to być zaskoczeniem, bo już wcześniejszy "Stratosfear" stanowi wyraźną zapowiedź tego kierunku. "Cyclone" ukazał się jednak w nieco innej muzycznej rzeczywistości, gdy krytycy i cześć słuchaczy zachłysnęli się punk rockiem, co niewątpliwie wpłynęło na odbiór tego albumu. Jolliffe miał jednak wyrzuty sumienia, że to przez niego zespół traci popularność i postanowił z niego odejść.

Longplay składa się z trzech, w większości rozbudowanych utworów. Trzynastominutowy "Bent Cold Sidewalk" rozpoczyna się od przetworzonego wokalu, a po chwili podąża w zdecydowanie rockowe rejony, z podniosłymi partiami klawiszy i mocną, ale dość finezyjną perkusją, stanowiącymi podkład dla partii wokalnej. Jolliffe zdecydowanie nie jest szczególnie uzdolnionym wokalistą, natomiast barwa jego głosu może kojarzyć się z Rogerem Watersem wymieszanym z Jonem Andersonem. W piątej minucie zaczyna się część instrumentalna, oparta na typowej dla wcześniejszych dokonań zespołu, zapętlonej elektroniki, stanowiącej jednak podkład głównie dla solówek fletu i innych dęciaków, ale też syntezatorów. I efekt jest naprawdę intrygujący (nie licząc dość kuriozalnych wstawek wokalnych). Ostatnie minuty to powrót do podniosłego, rockowego grania.

Pięciominutowy "Rising Runner Missed by Endless Sender" to nagranie o quasi-piosenkowym charakterze, z dużą ilością śpiewu, tym razem naprawdę kiepskiego. Jednak warto zwrócić uwagę na warstwę instrumentalną, z minimalistycznymi partiami gitary, syntezatorów, perkusji i elektronicznego basu, które nie są wcale dużo odległe od stylistyki synth-punku. Dwudziestominutowy "Madrigal Meridian" jest już bliższy wcześniejszej twórczości zespołu. Ten w pełni instrumentalny utwór składa się z kilku części: ambientowo-kosmicznego wstępu, przyśpieszenia z ostinatową elektroniką i perkusją, stanowiącymi podkład dla klawiszowych i gitarowych solówek, a także klimatycznej końcówki, zawierającej m.in. partie fletu i klawinetu. Może ogólny zamysł wydaje się trochę niejasny - bo równie dobrze mogłyby to być trzy różne utwory - ale to i tak najlepsze tutaj nagranie, pozbawione jakiś niepotrzebnych elementów.

Podzielam wiele zarzutów, jakie w przeszłości pojawiły się wobec "Cyclone". W kwestii brzmień elektronicznych zespół nie zaprezentował tutaj niczego nowego, jedynie powtarza pomysły stosowane już od czasu "Phaedry". Dodanie partii wokalnych to zabieg zupełnie niepotrzebny. Do tej pory muzyka Tangerine Dream doskonale broniła się bez nich, a wokalnym umiejętnościom Jolliffe'a można wiele zarzucić. Zbliżenie się do prog-rockowego mainstreamu raczej też nie wyszło na dobre (grupa zaczęła tracić własną tożsamość i unikalność), choć sam pomysł rozszerzenia instrumentarium był świetny - mam tylko wrażenie, że nie wykorzystano w pełni możliwości, jakie to dawało. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób zaprzeczyć, że "Cyclone" ustępuje kilku wcześniejszym albumom Tangerine Dream. Ale tak naprawdę, jest to wciąż ciekawe granie. A największą zaletą tego materiału jest to, że może być dobrym wprowadzeniem do muzyki elektronicznej dla rockowych słuchaczy znajdujących się na etapie Pink Floyd.

Ocena: 7/10



Tangerine Dream - "Cyclone" (1978)

1. Bent Cold Sidewalk; 2. Rising Runner Missed by Endless Sender; 3. Madrigal Meridian

Skład: Edgar Froese - syntezatory, melotron, gitara; Christopher Franke - syntezatory, melotron, elektroniczna perkusja; Steve Jolliffe - flet, rożek angielski, klarnet basowy, lyricon, klawinet, syntezatory, fortepian, elektryczne pianino, wokal; Klaus Krüger - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tangerine Dream


14 sierpnia 2019

[Recenzja] Tool - "Lateralus" (2001)



Jedno trzeba przyznać grupie, nawet jeśli kompletnie nic nie znajduje się w jej twórczości. Muzycy niezwykle dbają o aspekt wizualny. Oprawa graficzna albumów i koncertów, teledyski - wszystko jest dokładnie dopracowane. Pod tym względem Tool nie ustępuje największym grupom progresywnym. Wystarczy spojrzeć na kompaktowe wydanie "Lateralus". Pudełko zapakowano w czarne, półprzeźroczyste etui (na nim znajdują się wszystkie informacje - jak nazwa wykonawcy, tytuł albumu, lista utworów i nazwiska zaangażowanych osób - nigdzie więcej nie powtórzone), a książeczkę wydrukowano na przeźroczystej folii, dzięki czemu można stopniowo wnikać w kolejne warstwy psychodelicznej grafiki. Aż chciałoby się postawić ten album na półce ze względu na samo wydanie.

Ale sama muzyczna zawartość też prezentuje się całkiem interesująco. Ok, zespół (ponownie wsparty przez producenta Davida Bottrilla) znów przegiął z długością, wypełniając po brzegi płytę kompaktową, umieszczając po drodze kilka ewidentnych zapychaczy. Przede wszystkim miniatury "Eon Blue Apocalypse", "Mantra" i "Faaip de Oiad", które nic nie wnoszą do całości. Ale przynajmniej pasują do niej klimatem, nie są tak oderwane od wszystkiego, jak te z "Ænimy". W ciągu tych pięciu lat, dzielących oba albumy, zespół poczynił znaczne postępy. Przede wszystkim nauczył się przekuwać swoje ograniczenia w zalety. Instrumentarium wciąż nie wykracza poza gitarę, bas i perkusję, ale więcej tu kombinowania z brzmieniem (gitara czasem brzmi jak klawisze), dzięki czemu trochę więcej tu różnorodności. A do tego w poszczególnych utworach często dzieje się naprawdę sporo. Struktury są złożone, ale logiczne. Wyróżnić trzeba przede wszystkim takie nagrania, jak "The Grudge", "The Patient", "Schism", "Parabola", tytułowy "Lateralus", a także "Reflection". Ciężkie, nowoczesne brzmienie, na miarę XXI wieku, ale też bardziej klimatyczne momenty wytchnienia, całkiem pomysłowe partie uzupełniających się gitar, niebanalna perkusja i perkusjonalia, a także zróżnicowane partie wokalne - to właśnie można w nich znaleźć. A choć powstały z tych samych elementów, to nie brakuje w nich wystarczająco wyrazistych momentów, by je odróżnić. Są też utwory, w których zespół całkiem rezygnuje z metalowego ciężaru, stawiając na nastrojowe budowanie klimatu - z lepszym ("Disposition") lub mniej przekonującym efektem (nudnawy "Parabol"). Skoro mowa o słabszych momentach, to zalatujący nu metalem, nieuzasadnienie długi "Ticks & Leeches" i toporny instrumental "Triad" są tu zdecydowanie zbędne i znacząco zaniżają poziom.

"Lateralus" zdecydowanie lepiej prezentowałby się w takiej formie:



I to byłby album na solidne 8/10.

Zespół na "Lateralus" zaprezentował muzykę, która faktycznie ma wiele wspólnego z prawdziwą istotą rocka progresywnego - odejściem od utartych schematów, wyraźnym rozwojem (zarówno w kontekście własnej twórczości, jak i metalowej stylistyki) oraz na tyle unikalnym stylem, że nie dającym się pomylić z innym wykonawcą. Muzykom przydałoby się jednak więcej umiaru i bardziej krytycznego spojrzenia na swoje nagrania. Zamiast wrzucać na płytę wszystko, co udało się im nagrać, powinni dokonywać jakiejś selekcji materiału. Przesłuchanie któregokolwiek albumu Tool w całości za jednym podejściem to ogromne wyzwanie chyba dla każdego, kto nie jest ślepo oddanym fanem. Najdłuższy w dotychczasowej dyskografii "Lateralus" zdecydowanie nie jest tu wyjątkiem, choć zawiera najmniej niepotrzebnych wypełniaczy.

Ocena: 7/10



Tool - "Lateralus" (2001)

1. The Grudge; 2. Eon Blue Apocalypse; 3. The Patient; 4. Mantra; 5. Schism; 6. Parabol; 7. Parabola; 8. Ticks & Leeches; 9. Lateralus; 10. Disposition; 11. Reflection; 12. Triad; 13. Faaip de Oiad

Skład: Maynard James Keenan - wokal; Adam Jones - gitara; Justin Chancellor - bass; Danny Carey - perkusja i instr. perkusyjne, sample
Gościnnie: Eric Anest - elektronika (12)
Producent: David Bottrill i Tool


13 sierpnia 2019

[Recenzja] Anthony Williams - "Life Time" (1964)



W grudniu 1964 roku Tony Williams skończył dopiero dziewiętnaście lat. W niektórych stanach USA wciąż nie mógł kupić legalnie alkoholu (co zresztą stwarzało problemy podczas występów w lokalach, które alkohol sprzedawały). Cieszył się już za to sławą niezwykle utalentowanego bębniarza. A na koncie miał już nagrania m.in. u boku Grachana Moncura III ("Evolution"), Erica Dolphy'ego ("Out to Lunch!"), Herbiego Hancocka ("My Point of View", "Empyrean Isles"), Sama Riversa ("Fuchsia Swing Song") i przede wszystkim Milesa Davisa, jako stały członek jego nowego zespołu, wkrótce nazwanego Drugim Wielkim Kwintetem. Zdążył też przygotować jeden album pod swoim nazwiskiem, wydany właśnie w 1964 roku, nakładem Blue Note, pod tytułem "Life Time".

Nagrania na longplay odbyły się 21 i 24 sierpnia 1964 roku, oczywiście w Van Gelder Studio. Pierwszego dnia perkusiście towarzyszył saksofonista Sam Rivers oraz basiści Richard Davis i Gary Peacock. Drugiego dnia wsparli go zupełnie inni muzycy: Bobby Hutcherson, a także dwaj koledzy z kwintetu Milesa, Herbie Hancock i Ron Carter. Kompozytorem całego materiału jest Tony Williams. Ale tak naprawdę nie o kompozycje tutaj chodzi, bo tematy są często dość szczątkowe, o ile w ogóle można się ich doszukać. "Life Time" to przede wszystkim niezwykle kreatywne wykonanie, właściwie nie freejazzowe, ale bardzo swobodne, świadomie odchodzące od bopowej konwencji i schematów.

Z pierwszego dnia sesji pochodzą przede wszystkim dwie odsłony "Two Pieces of One", trwające w sumie prawie dziewiętnaście minut i wypełniające całą stronę A winylowego wydania. W pierwszej z nich, "Red", istotną rolę odgrywają partie dwóch kontrabasistów, używających różnych technik gry, ekspresyjne solówki Riversa, a także pomysłowa gra Williamsa. "Green" to już przede wszystkim nie mniej kreatywny popis ostatniej dwójki, z niewielkim udziałem kontrabasów. Bardzo awangardowe i odważne to granie. "Tomorrow Afternoon", zarejestrowany bez udziału Richarda Davisa, to już bardziej przystępne nagranie, bliskie bopowej tradycji. Co nie znaczy, że całkiem konwencjonalne. Williams i Peacock swingują, ale bardzo finezyjnie, nie unikając różnych urozmaiceń. Rivers gra bardziej melodyjnie, ale na granicy tonalności. Zwłaszcza w drugiej połowie muzycy się rozkręcają i grają naprawdę ekspresyjnie.

Nie mniej ciekawie prezentują się nagrania z drugiego dnia sesji. Szczególnie ośmiominutowy "Memory" - swobodna, abstrakcyjna improwizacja, oparta na dźwiękach perkusji i perkusjonalii Williamsa, wibrafonu i marimby Hutchersona oraz pianina Hancocka. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak finałowy "Barb's Song to the Wizard", nagrany bez udziału... lidera. To duet Hancocka i Cartera. Pierwszy gra bardzo ładne dźwięki na pianinie, podczas gdy drugi dodaje bardziej awangardowe partie kontrabasu. Williams wyszalał się w poprzednich utworach, tę kompozycję oddał natomiast swoim starszym kolegom, co było doskonalą decyzją, bo po prostu perkusja nie jest tu w ogóle potrzebna.

"Life Time" to niezwykle kreatywny popis młodego perkusisty, zachwycającego z jednej strony swoją wyrafinowaną, potężną grą, a z drugiej odważnym, niekonwencjonalnym materiałem. Oczywiście, nie można zlekceważyć wkładu pozostałych wybitnych instrumentalistów, jacy się tutaj udzielają (choć trochę szkoda, że w żadnym utworze nie gra więcej, niż trzech z nich), jednak to Tony Williams jest tu centralną postacią, nawet gdy jego rola ogranicza się tylko do wskazówek dla innych muzyków, jak w ostatnim utworze. Błyskotliwy debiut wybitnego muzyka, nie będącego już wprawdzie debiutantem, ale stojącego dopiero u samego progu wspaniałej kariery.

Ocena: 9/10



Anthony Williams - "Life Time" (1964)

1. Two Pieces of One: Red; 2. Two Pieces of One: Green; 3. Tomorrow Afternoon; 4. Memory; 5. Barb's Song to the Wizard

Skład: Tony Williams - perkusja i instr. perkusyjne (1-4); Sam Rivers - saksofon tenorowy (1-3); Gary Peacock - kontrabas (1-3); Richard Davis - kontrabas (1,2); Bobby Hutcherson - wibrafon i marimba (4); Herbie Hancock - pianino (4,5); Ron Carter - kontrabas (5)
Producent: Alfred Lion


12 sierpnia 2019

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Infest the Rats' Nest" (2019)



King Gizzard & the Lizard Wizard na swoim drugim tegorocznym albumie, "Infest the Rats' Nest", postanowili zmierzyć się ze stylistyką odległą od wszystkiego, czego próbowali wcześniej. Zresztą nie pierwszy raz w swojej karierze. Tym razem nie porwali się jednak na coś, co z dużym prawdopodobieństwem by ich przerosło (jak próba grania jazz rocka na wydanym dwa lata temu "Sketches of Brunswick East"). Wręcz przeciwnie. Sięgnęli po stylistykę, z którą żaden muzyk nie powinien mieć większych problemów. Nawet nie trzeba było angażować wszystkich członków septetu - w sesji wzięło udział tylko trzech muzyków: śpiewający gitarzysta / basista Stu Mackenzie, gitarzysta / basista Joey Walker i perkusista Michael Cavanagh. Trio postanowiło zmierzyć się z thrash metalem.

Wydany już parę miesięcy temu singiel "Planet B" prezentuje się nawet nieźle. Oprócz typowo thrashowej pracy gitary i perkusji oraz dostosowanego do tej stylistyki wokalu, pojawiają się tu też fajne zagrywki gitary basowej, a także fragment zaśpiewany w sposób przywołujący na myśl "Flying Microtonal Banana" - jak dotąd jedyny naprawdę udany album zespołu (i tak już pewnie pozostanie). Z dokładnie tych samych elementów składa się drugie singlowe nagranie "Self-Immolate". Za to zarówno trzeci singiel, "Organ Farmer", jak i zdecydowana większość pozostałych kawałków, to już wyłącznie powielanie thrashowych klisz, już bez żadnych prób urozmaicenia własnymi patentami (na upartego można je znaleźć jeszcze w "Hell") Nawet na tak krótkim wydawnictwie, trwającym niewiele ponad pół godziny, taka jednostajność męczy. Pewne urozmaicenie stanowią dwa nagrania: "March for the Rich", w którym pojawiają się nieco lżejsze momenty, trochę w stylu Motörhead (znów fajnie pulsuje bas), a także powolny, stonerowy "Superbug", z fajnym, bluesującym riffem, ale znacznie mniej udaną resztą.

Nie mam pojęcia, po co ten album w ogóle powstał. Z wcześniejszą twórczością grupy ma to tak mało wspólnego, że dotychczasowi odbiorcy prawdopodobnie nie znajdą tu nic dla siebie. Natomiast słuchacze thrash metalu od razu zorientują się, że mają do czynienia z kiepską podróbką - z muzykami, którzy podpatrzyli parę patentów i w kółko je powtarzają w bardzo schematycznych, maksymalnie uproszczonych kawałkach. Jeśli miał to być hołd, to wyszło bardzo ubogo. Jeśli pastisz - to jeszcze bardziej nieudolnie, bo w ogóle nie słychać tu humorystycznego podejścia. A parę fajnych momentów tylko pogłębia rozczarowanie, bo mogłoby być znacznie ciekawiej, gdyby metalowe elementy wzbogaciły wcześniejszy styl, a nie niemal całkiem (w jakiś 99%) go wyparły. Ciekawe, czym jeszcze zespół będzie próbował zaskoczyć? Płytą w stylu disco, nagraną przez pozostałych czterech muzyków?

Ocena: 3/10



King Gizzard & the Lizard Wizard - "Infest the Rats' Nest" (2019)

1. Planet B; 2. Mars for the Rich; 3. Organ Farmer; 4. Superbug; 5. Venusian 1; 6. Perihelion; 7. Venusian 2; 8. Self-Immolate; 9. Hell

Skład: Stu Mackenzie - wokal, gitara, bass; Joey Walker - gitara, bass; Michael Cavanagh - perkusja
Producent: -


11 sierpnia 2019

[Recenzja] Gong - "Live Etc." (1977)



"Live Etc." to uzupełnienie najciekawszego, najbardziej twórczego i kreatywnego okresu w historii grupy Gong. Na dwie płyty winylowe trafiły fragmenty koncertów, sesje radiowe i studyjne odrzuty. Wszystko zarejestrowano pomiędzy czerwcem 1973, a wrześniem 1975 roku, a więc w czasie, gdy powstały dwie ostatnie części trylogii "Radio Gnome Invisible" - "Angel's Egg", "You" - i tuż przed zmianą kierunku na "Shamal". Wydawnictwo doskonale podsumowuje i uzupełnia materiał znany ze studyjnych albumów.

Pierwszą płytę wypełniają głównie nagrania koncertowe z sierpnia i września 1973 roku (odpowiednio we Francji i Szkocji), zarejestrowane w najsłynniejszym składzie grupy, tworzonym przez Daevida Allena, Gilli Smyth, Didiera Malherbe'a, Steve'a Hillage'a, Tima Blake'a, Mike'a Howletta i Pierre'a Moerlena. Repertuar obejmuje zarówno utwory znane z albumów "Camembert Electrique" ("You Can't Kill Me", "Dynamite / I Am Your Animal") i "Flying Teapot" ("Zero the Hero and the Witch's Spell", tytułowy), wszystkie w mniej lub bardziej zmienionych wersjach, jak również melodyjną, ale zwariowaną piosenkę "Est-ce que Je Suis" z niealbumowego singla "Garçon ou fille" (wydanego w 1970 roku tylko we Francji), a także świetny jazzrockowo-psychodeliczno-orientalny jam "6/8 Tune". Brzmienie tych nagrań nie jest najlepsze, ale doskonale uchwycono w nich koncertowe szaleństwo zespołu, słychać też niemałe umiejętności jego członków.

Ten sam skład odpowiada za oba studyjne odrzuty. Zarejestrowany w czerwcu 1973 roku (na kilka miesięcy przed sesją "Angel's Egg") utwór "Ooby-Scooby Doomsday or The D-Day DJ's Got the D.D.T. Blues" to ponoć próba stworzenia przebojowego singla - wyszedł jednak tak pokręcony kawałek, że singiel nigdy się nie ukazał. Nagranie zostało pominięte na kompaktowych reedycjach "Live Etc." (dzięki temu mogły ukazać się na jednej płycie), ale za to dodano je jako bonus na wznowieniach "Angel's Egg". "Where Have All the Flowers Gone?" został z kolei zarejestrowany latem 1974 roku, pod koniec sesji nagraniowej "You". Tutaj zespół był już bliższy stworzenia radiowego kawałka, jednak nagranie nie zostało nigdy ukończone. Ciekawym smaczkiem są bluesowe partie harmonijki.

Świetnie wypadają cztery nagrania ze stycznia 1974 roku dla radia BBC, szczególnie przearanżowane, rozbudowane wersje "Radio Gnome Invisible" i "Inner Temple". Jakość brzmienia tym razem jest niemal doskonała. Pewne zmiany nastąpiły w składzie - Moerlen i Smyth zostali czasowo zastąpieni przez, odpowiednio, Roba Taita i Diane Stewart - ale nie wpływa to znacząco na wykonanie. Za to ze znacznie innym składem mamy do czynienia w czterech ostatnich nagraniach, zarejestrowanych na żywo we wrześniu 1975 roku w londyńskim Marquee Club. Z zespołu na dobre odeszli Allen, Smyth i Blake, doszli Patrice Lemoine, Mireille Bauer i Miquette Giraudy, wrócił Moerlen. Dokładnie ten sam skład zarejestrował później album "Shamal" (aczkolwiek Hillage i Giraudy wystąpili na nim jedynie w roli gości), tutaj jednak prezentuje głównie materiał z "You" ("Isle of Everywhere", "Master Builder" i wariacja na temat początku "You Never Blow Yr Trip Forever", zatytułowana "Get It Inner"), uzupełniając go fragmentem tytułowego nagrania z "Flying Teapot". Zdecydowanie mniej tutaj szaleństwa, za to nie brakuje porywających partii instrumentalnych. Jakość brzmienia, niestety, znów pozostawia trochę do życzenia.

Wielbiciele albumów "Camembert Electrique", "Flying Teapot", "Angel's Egg" i "You" mogą brać to wydawnictwo w ciemno. Wyraźnie inne wersje znanych z nich utworów, a także zupełnie nowe kompozycje, to chyba wystarczający powód. Szkoda tylko, że brzmienie nie zawsze jest równie dobre, co sama muzyka.

Ocena: 8/10



Gong - "Live Etc." (1977)

LP1: 1. You Can't Kill Me; 2. Zero the Hero and the Witch's Spell; 3. Flying Teapot; 4. Dynamite / I Am Your Animal; 5. 6/8 Tune; 6. Est-ce que Je Suis; 7. Ooby-Scooby Doomsday or The D-Day DJ's Got the D.D.T. Blues
LP2: 1. Radio Gnome Invisible; 2. Oily Way; 3. Outer Temple; 4. Inner Temple; 5. Where Have All the Flowers Gone?; 6. Isle of Everywhere; 7. Get It Inner; 8. Master Builder; 9. Flying Teapot (Reprise)

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara (LP1, LP2:1-5); Gilli Smyth - wokal (LP1, LP2:5); Didier Malherbe - saksofony, flet i instr. perkusyjne; Steve Hillage - gitara i wokal; Tim Blake - syntezatory i wokal (LP1, LP2:1-5); Mike Howlett - bass i wokal; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne (LP1, LP2:5-9); Rob Tait - perkusja i instr. perkusyjne (LP2:1-4); Diane Stewart - wokal i instr. perkusyjne (LP2:1-4); Patrice Lemoine - instr. klawiszowe (LP2:6-9); Mireille Bauer - instr. perkusyjne (LP2:6-9); Miquette Giraudy - wokal (LP2:6-9)
Producent: Mike Howlett i Phil Newell (LP1, LP2:5-9), John Walters (LP2:1-4)