23 czerwca 2019

[Recenzja] Tuxedomoon - "Half-Mute" (1980)



Post-punk przejął rolę, jaką dekadę wcześniej pełnił rock progresywny. Podczas gdy dawni innowatorzy zwrócili się w stronę bezpieczniejszej muzyki, a ich bezpośredni naśladowcy ograniczali się do nudnego epigoństwa, to właśnie wykonawcy post-punkowi przejęli eksperymentalne, poszukujące podejście. Jednym z najlepszych dowodów na udowodnienie tej tezy, jest twórczość kalifornijskiego tria Tuxedomoon. Zespół powstał w 1977 roku z inicjatywy dwóch studentów muzyki elektronicznej, Stevena Browna i Blaine'a L. Reiningera. W ciągu pierwszych lat działalności towarzyszyli im różni muzycy, aż w końcu wykrystalizował się trzyosobowy skład, uzupełniony przez Petera Dacherta (występującego pod pseudonimem Peter Principle). Inspiracje zespołu obejmowały przede wszystkim punk rock i muzykę elektroniczną, ale można usłyszeć też wyraźne wpływy progowej awangardy, jazzu, noise'u, muzyki kabaretowej i innych stylów. Jeszcze w latach 70. ukazały się dwie EPki ("No Tears" i "Scream with a View"), które zapewniły grupie rozpoznawalność na post-punkowej scenie. W 1980 roku został natomiast wydany pełnowymiarowy debiut, zatytułowany "Half-Mute".

Nagrywając ten longplay, muzycy grali na wszystkim, co akurat wpadło im w ręce. Instrumentarium obejmuje zatem gitary, bas, altowy i sopranowy saksofon, skrzypce, klawisze, a także programowane bębny. Brzmienie jest jednak bardzo chłodne, minimalistyczne - szczególnie, gdy akompaniament ogranicza się do syntezatorów i automatu perkusyjnego (np. "Loneliness", "James Whale"). Często jednak elektronika jest ciekawie dopełniania przez saksofon (np. "Nazca". "Fifth Column", "KM / Seeding the Clouds") lub skrzypce ("Tritone", "Volo Vivace", oba kojarzące się z twórczością grup avant-progowych). Dziesięć zawartych tu utworów (skomponowanych przez cały zespół) charakteryzuje spora różnorodność. Nierzadko same w sobie są złożone z pozornie niepasujących do siebie elementów, jak np. "59 to 1", w którym pojawia się niechlujny punkowy wokal, funkujący bas, minimalistyczna partia bębnów i niemalże freejazzowe partie saksofonu. Poszczególne nagrania tworzą jednak bardzo spójną całość, za sprawą podobnego klimatu. Zawarta tu muzyka jest posępna, niepokojąca. Jedynie singlowy "What Use?" wyróżnia się bardziej przebojowym charakterem i zdecydowanie mniej ponurym nastrojem. Pozostałe utwory, nawet jeśli pojawia się w nich wokal - którego jest tu stosunkowo mało - dalekie są od piosenkowych schematów. Są za to bardzo intrygujące (np. "Loneliness", "7 Years").

Zgodnie z punkowym etosem, album cechuje podejście zrób to sam, jednak wszelkie braki techniczne - zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i wykonanie - nadrabiane są kreatywnością typową raczej dla wykonawców progresywnych. Muzycy może i nie byli wirtuozami, ale czerpiąc z przeróżnych stylistyk, stworzyli swój własny, oryginalny styl. Brzmienie z kolei może wydawać się nieco niedopracowane, zbyt surowe, ale doskonale podkreśla posępny nastrój albumu i również jest bardzo charakterystyczne. "Half-Mute" to bardzo udany debiut. I kolejny dowód, że w latach 80. nie brakowało ciekawej, ambitnej muzyki.

Ocena: 8/10



Tuxedomoon - "Half-Mute" (1980)

1. Nazca; 2. 59 to 1; 3. Fifth Column; 4. Tritone (Musica Diablo); 5. Loneliness; 6. James Whale; 7. What Use?; 8. Volo Vivace; 9. 7 Years; 10. KM / Seeding the Clouds

Skład: Steven Brown - saksofon altowy, saksofon sopranowy, instr. klawiszowe, programowanie, wokal; Blaine L. Reininger - gitara, bass, skrzypce, instr. klawiszowe, programowanie, głos (2); Peter Dachert - bass, gitara, syntezator, programowanie
Producent: Tuxedomoon


21 czerwca 2019

[Recenzja] Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)



Jeden z najbardziej niezwykłych, oryginalnych, zwariowanych, a zarazem wyrafinowanych i ambitnych albumów w dziejach muzyki rockowej. Już oba wcześniejsze dzieła francuskiej Magmy, eponimiczny debiut i "1001° Centigrades", pokazały, że jest to zespół nietuzinkowy, niepowtarzalny. Ale dopiero na "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" jego styl całkowicie się wykrystalizował, wzbogacony o nowe elementy, które na stałe wpisały się zeuhlową estetykę. Nie wszystkim muzykom odpowiadał ten rozwój, dlatego z poprzedniego składu zostali tylko Christian Vander, Klaus Blasquiz i Teddy Lasry. W nowym wcieleniu zespołu dołączyli do nich: klarnecista basowy René Garber, klawiszowiec Jean-Luc Manderlier, gitarzysta Claude Olmos i basista Jannick Top, a także żeński chór złożony ze Stelli Vander, Muriel Streisfield, Evelyne Razymovski, Michele Saulnier i Doris Reinhardt.

Na trackliście "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" widnieje siedem ścieżek, jednak w rzeczywistości album zawiera jedną, niespełna czterdziestominutową kompozycję. Bardzo spójną, pozornie jednostajną, lecz ulegającą pewnym przetworzeniom, co uzasadnia podział na osobne utwory. Całość została skomponowana samodzielnie przez Vandera. Muzyk w bardzo inteligentny, przemyślany sposób czerpie tutaj z muzyki klasycznej, przede wszystkim z twórczości Carla Orffa (wyraźne podobieństwa do jego dzieła "Carmina Burana") i Igora Strawińskiego. I choć przenosi te inspiracje na rockowy grunt, to efekt wcale nie sprawia wrażenia strywializowanej kopii muzyki poważnej (choć nie mogło obyć się bez pewnych uproszczeń). Vander wykazał się prawdziwym kompozytorskim kunsztem. Udało mu się też dobrać wystarczająco utalentowanych współpracowników, by zrealizować swoje wielkie ambicje. Nowym elementem w twórczości zespołu są operowe wielogłosy, bardzo starannie, interesująco zaaranżowane. Towarzyszy im potężna gra sekcji rytmicznej, z transową, ale zmienną perkusją i wyrazistym basem, hipnotyzujący motyw grany na pianinie, a także typowo rockowe solówki gitary i jazzujące partie dęciaków, przypominające o fascynacji Vandera twórczością Johna Coltrane'a. Całość zachwyca niezwykłym - jak na muzykę będącą, mimo wszystko, rockiem - bogactwem i wyrafinowaniem.

Dość pretensjonalny termin rockowa opera, używany przez muzycznych dziennikarzy w stosunku do zbiorów zwyczajnych rockowych piosenek z wspólną warstwą tekstową, jak "Tommy" czy "The Wall", o wiele lepiej pasuje właśnie do zawartości "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh". Przy czym w przypadku Magmy całkowicie traci swój pretensjonalny wydźwięk - zespół posiadał wystarczające umiejętności, by zrealizować tak ambitny projekt. Nie ma tu ani odrobiny patosu lub kiczu, ani instrumentalnego onanizmu mającego ukryć instrumentalne i kompozytorskie niedostatki. Nie jest to oczywiście poziom muzyki poważnej, ale muzycy wcale nie udają, że grają muzykę poważną, nie ukrywają swoich rockowych korzeni. Jednocześnie prezentując dzieło znacznie bardziej przemyślane i dopracowane, niż zdecydowana większość rockowych albumów. Całość nie jest przy tym szczególnie trudna w odbiorze. Ale wymaga wielu przesłuchań w skupieniu, by się nią naprawdę zachwycić. Początkowo, zwłaszcza przy niezbyt uważnym słuchaniu, może wydawać się zbyt monotonna. Jednak przy dokładniejszym odsłuchu album odsłania mnóstwo rytmicznych i harmonicznych zmian, a także wiele innych aranżacyjnych smaczków. Dlatego nie należy się zniechęcać, tylko słuchać, słuchać, słuchać, a zachwyt w końcu sam przyjdzie.

Ocena: 10/10



Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)

1. Hortz Fur Dëhn Štekëhn Ẁešt; 2. Ïma Sürï Dondaï; 3. Kobaïa Iss Dëh Hündïn; 4. Da Zeuhl Ẁortz Mëkanïk; 5. Nëbëhr Gudahtt; 6. Mëkanïk Kömmandöh; 7. Kreühn Köhrmahn Ïss Dëh Hündin

Skład: Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal; Muriel Streisfield - wokal; Evelyne Razymovski - wokal; Michele Saulnier - wokal; Doris Reinhardt - wokal; René Garber - klarnet basowy, wokal; Teddy Lasry - saksofon, klarnet, flet; Jean-Luc Manderlier - instr. klawiszowe; Claude Olmos - gitara; Jannick Top - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, organy, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


19 czerwca 2019

[Recenzja] Fire! Orchestra - "Arrival" (2019)



Fire! Orchestra powróciła niedawno z czwartym albumem. Zacznę jednak od wprowadzenia, niezbędnego dla osób, które dotąd nie miały do czynienia z tym projektem. Jest to rozbudowana wersja szwedzkiego tria Fire! (o którym pisałem już przy okazji zeszłorocznego albumu "The Hands"). Trzon tworzą zatem saksofonista Mats Gustafsson, basista Johan Berthling i perkusista Andreas Werliin. W bigbandowej wersji zespołu wspomagają ich liczni goście - często ważne postaci na współczesnej scenie muzyki improwizowanej. W pierwszych wcieleniach Orkiestry występowali jedynie muzycy skandynawskiego pochodzenia, później także innej narodowości. W 2013 roku ukazał się zarejestrowany na żywo album "Exit!", na którym w bardzo interesujący sposób połączono free jazz, fusion, awangardowy rock z odrobiną bluesa. Wydany rok później studyjny "Enter" okazał się bardzo ciekawym rozwinięciem tego stylu. Z czasem jednak formuła zaczęła się wyczerpywać, co pokazał trzeci album, "Ritual" (2016). Muzycy musieli być tego świadomi, gdyż na swoim kolejnym wydawnictwie postanowili zaprezentować coś innego.

Album "Arrival" został zarejestrowany na początku tego roku, w dniach 7-9 stycznia, w sztokholmskim Atlantis Studio. W składzie tym razem znalazło się zaledwie czternastu muzyków (w przeszłości bywało ich nawet powyżej dwudziestu). Oprócz Gustafssona, Berthlinga i Werliina, w nagraniach wzięło udział także wielu innych muzyków związanych wcześniej z Orkiestrą: klarnecista basowy Christer Bothén (znany też ze współpracy z Donem Cherrym i własną grupą Spjärnsvallet), klawiszowiec Tomas Hallonsten, trębaczka Susana Santos Silva, oboista i klarnecista Per "Texas" Johansson, a także wokalistki Mariam Wallentin i Sofia Jernberg. Nowym nabytkiem jest saksofonista i klarnecista Isak Hedtjärn, a także - to zupełna nowość w twórczości tego big bandu - sekcja smyczkowa złożona z grających na skrzypcach Anny Lindal, Josefin Runsteen i Katt Hernandez oraz wiolonczelisty Leo Svenssona.

Na albumie znalazło się siedem utworów, w tym pięć autorskich (skomponowanych przez Berthlinga, Wallentin i Gustafssona, z wyjątkiem "Weekends" autorstwa samej Wallentin, która napisała też wszystkie teksty) oraz dwie przeróbki ("Blue Crystal Fire" Robbiego Basho i "At Last I am Free" z repertuaru... disco-funkowej grupy Chic). W porównaniu z wcześniejszymi longplayami, dużo więcej tutaj partii wokalnych, w warstwie instrumentalnej zdają się dominować smyczki, klarnety i elektryczne organy, zaś mniej tutaj freejazzowego napieprzania. Podstawę wciąż jednak stanowią charakterystyczne, nieśpieszne, ale wyraziste partie kontrabasu lub gitary basowej, w których to właśnie słychać inspirację bluesem. Odświeżenie stylu przyniosło pożądany efekt. Nie słychać tu już zmęczenia dotychczasową konwencją, jak w przypadku "Ritual". Wróciła świeżość i dawna energia. Szczególnie interesująco wypadają dwa najdłuższe utwory, trzynastominutowy "(I am a) Horizon" i prawie szesnastominutowy "Silver Trees", w których rozbudowany skład świetnie buduje napięcie, pozwala też sobie na więcej freejazzowej swobody. Nie mniej ciekawie robi się gdy zespół pokazuje bardziej... piosenkowe oblicze, co ma miejsce w "Blue Crystal Fire". Z kolei "Weekends (the Soil is Calling)" doskonale łączy oba te podejścia. Mam natomiast zastrzeżenia do "Dressed in Smoke. Blown Away" - to po prostu nowa wersja "To Shave the Leaves. In Red. In Black" z "The Hands", z dodanymi organami, smyczkami i wokalem, co wcale nie czyni go ciekawszym - a także do finałowego "At Last I am Free", który w tej wersji jest ładną, subtelną balladą, jednak gdzieś tak o połowę za długą, biorąc pod uwagę jej jednostajność.

Album trwa ponad godzinę, więc spokojnie można było go skrócić o te mniej udane fragmenty. Wtedy całość robiłaby jeszcze większe wrażenie. Ale i tak bardzo cieszy, że zespół wciąż się rozwija i wrócił do wysokiej formy.

Ocena: 8/10



Fire! Orchestra - "Arrival" (2019)

1. (I am a) Horizon; 2. Weekends (the Soil is Calling); 3. Blue Crystal Fire; 4. Silver Trees; 5. Dressed in Smoke. Blown Away; 6. (Beneath) the Edge of Life; 7. At Last I am Free

Skład: Mats Gustafsson - saksofon barytonowy; Isak Hedtjärn - saksofon altowy, klarnet; Susana Santos Silva - trąbka; Christer Bothén - klarnet basowy, klarnet kontrabasowy; Per "Texas" Johansson - obój, klarnet basowy, klarnet kontrabasowy; Tomas Hallonsten - instr. klawiszowe; Johan Berthling - kontrabas, bass; Andreas Werliin - perkusja; Anna Lindal, Josefin Runsteen, Katt Hernandez - skrzypce; Leo Svensson - wiolonczela; Mariam Wallentin, Sofia Jernberg - wokal
Producent: Andreas Werliin


16 czerwca 2019

[Recenzja] Gong - "You" (1974)



Album "You" to trzecia część trylogii "Radio Gnome Invisible". Nie sposób jednak znaleźć tej informacji na okładce, która pod względem graficznym wyraźnie odstaje od obu poprzednich. Był to prawdopodobnie efekt kolejnych spięć w zespole. Klawiszowiec Tim Blake uważał bowiem, że charakterystyczne dla Gong elementy humorystyczne - jak dziwaczne wokale i głupie teksty - sprawiają, że zespół nie jest traktowany poważnie przez krytyków i zwykłych słuchaczy. Blake długo dyskutował na ten temat z Daevidem Allenem, aż obaj muzycy doszli do porozumienia - zespół miał w większym stopniu skupić się na tworzeniu interesującej muzyki, a ograniczyć wygłupy.

Sesja nagraniowa "You" odbyła się latem 1974 roku, ponownie (bowiem właśnie tam nagrano pierwszą części trylogii, "Flying Teapot", a także zmiksowano drugą, "Angel's Egg") w brytyjskim studiu The Manor. Udało się zebrać ponownie cały skład z poprzedniego albumu. A zatem, oprócz Allena i Blake'a, w studiu zameldowali się także Gilli Smyth, Didier Malherbe, Steve Hillage, Mike Howlett, Pierre Moerlen i Mireille Bauer. Ponadto, skład został poszerzony o dwoje nowych muzyków: grającego na perkusjonaliach Benoita Moerlena (brata Pierre'a) i dodatkową wokalistkę Miquette Giraudy. Ta ostatnia już wcześniej wspomagała zespół podczas koncertów, zastępując ciężarną Smyth. Podczas występów kilkakrotnie zmieniał się też perkusista, gdyż Pierre Moerlen ciągle odchodził i wracał. Wśród jego tymczasowych zastępców znalazł się zarówno były członek grupy, Rob Tait, jak również tak uznani muzycy, jak Chris Cutler (z Henry Cow) czy Bill Bruford.

Album rozpoczyna seria miniaturowych utworów, trwających w sumie niewiele ponad pięć minut. "Thoughts for Naught", "A P.H.P.'s Advice" i "Magick Mother Invocation" zdominowane są przez wokalne wygłupy Allena i Smyth, a tym samym bliskie wcześniejszej twórczości Gong. Ostatnia z nich pełni rolę wstępu do pierwszej dłuższej kompozycji, sześciominutowego "Master Builder" (znanego tez jako "Om Riff"). A to już rzecz naprawdę intrygująca: psychodeliczno-jazzrockowy jam, zbudowany wokół transowej gry sekcji rytmicznej, z kosmicznym tłem klawiszy, fantastycznymi solówkami saksofonu i gitary, a także stosunkowo niewielką ilością partii wokalnych (zachowujących humorystyczny charakter).

Jeszcze bardziej zaskakuje dziewięciominutowy "A Sprinkling of Clouds". Utwór całkowicie instrumentalny, o zdecydowanie bardziej poważnym charakterze. To doskonałe połączenie dalekowschodniego klimatu, kosmicznej elektroniki, a także jazzujących partii gitary, saksofonu i fletu. Blake, Hillage i Malherbe w końcu mogli pokazać pełnię swoich instrumentalnych możliwości, a towarzyszy im nie mniej porywająca, wyrafinowana gra rozbudowanej sekcji rytmicznej. Allen i Smyth nie odegrali w tym nagraniu żadnej roli. Poniekąd wynagradzili to sobie w "Perfect Mystery" - niewiele ponad dwuminutowym kawałku, w warstwie instrumentalnej będącym konwencjonalną piosenką, jednak urozmaiconą humorystyczną warstwą wokalną.

Daje to chwilę oddechu przed kolejnym fantastycznym jamem. Dziesięciominutowy "The Isle of Everywhere" zbudowany jest na rewelacyjnej grze sekcji rytmicznej, o wyraźnie tanecznym, funkowym pulsie, ale zarazem interesująco urozmaiconej. Na tym tle rozbrzmiewają kosmiczne szepty Smyth, elektronika Blake'a, a także kolejne wspaniałe, rozbudowane solówki Malherbe'a i Hillage'a. Cały zespół wspina się tutaj na wyżyny. A to jeszcze nie koniec, bo na finał pojawia się najdłuższy, ponad jedenastominutowy "You Never Blow Yr Trip Forever". Kolejny jam, ale tym razem z dużą ilością zwariowanych partii wokalnych. Stanowi zatem podsumowanie albumu, a także całej trylogii. Najciekawiej wypadają tutaj pierwsze dwie minuty, z warstwą instrumentalną przypominającą... hiphopowe podkłady. W dalszej części również nie brakuje interesujących momentów, ale całość wydaje się nieco chaotyczna, a wokalne wygłupy ograniczają instrumentalistów. Jednak taki utwór niewątpliwie był potrzebny, aby właściwie zamknąć trylogię.

"You" niewątpliwie jest kompromisem osiągniętym przez muzyków mających różne artystyczne wizje. I właśnie za sprawą tego kompromisu udało się stworzyć wspaniały, niepowtarzalny album. Dzięki wygłupom Daevida Allena i Gilli Smyth zachowane zostało charakterystyczne dla Gong poczucie dystansu, typowy humor i swoboda, a także natychmiastowa rozpoznawalność. Natomiast artystyczne ambicje pozostałych muzyków zaowocowały interesującym rozwojem dotychczasowej stylistyki, wzbogaceniem jej o nowe elementy. Nie brakuje tutaj naprawdę genialnych utworów, świadczących o większej dojrzałości zespołu. Jednak z drugiej strony, te bardziej humorystyczne kawałki wypadają wyraźnie słabiej, nie tylko w porównaniu z resztą albumu, ale też z podobnymi utworami z dwóch poprzednich albumów. Nie przeszkadza mi to podczas słuchania "You", do którego od paru tygodni często wracam i wciąż wywołuje taki sam zachwyt. Jednak powstrzymuje mnie to przed daniem maksymalnej oceny, nad którą poważnie się zastanawiałem.

Ocena: 9/10



Gong - "You" (1974)

1. Thoughts for Naught; 2. A P.H.P.'s Advice; 3. Magick Mother Invocation; 4. Master Builder; 5. A Sprinkling of Clouds; 6. Perfect Mystery; 7. The Isle of Everywhere; 8. You Never Blow Yr Trip Forever

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Didier Malherbe - saksofony, flet, dodatkowy wokal; Tim Blake - syntezatory, melotron; Steve Hillage - gitara; Mike Howlett - bass; Pierre Moerlen  - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne; Benoit Moerlen - instr. perkusyjne; Miquette Giraudy - dodatkowy wokal
Producent: Simon Heyworth i Gong


15 czerwca 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Components" (1966)



Drugi album wibrafonisty Bobby'ego Hutchersona został nagrany w równie gwiazdorskiej obsadzie, co debiutancki "Dialogue". W składzie ponownie znaleźli się Freddie Hubbard i Joe Chambers, a ponadto dołączyli Herbie Hancock, Ron Carter oraz grający na saksofonie i flecie James Spaulding. Sesja odbyła się 14 czerwca 1965 roku, tradycyjnie w Van Gelder Studio, z Alfredem Lionem w roli producenta. Materiał został wydany dopiero w listopadzie 1966 roku pod tytułem "Components". Wypełniło go osiem premierowych kompozycji.

O ile poprzedni album Hutchersona wypełniają wyłącznie kompozycje napisane przez sidemanów (Chambersa i Andrewa Hilla), tak na "Components" autorem połowy materiału jest lider. Cztery napisane przez niego utwory wypełniają pierwszą stronę winylowego wydania. Pod względem stylistycznym nie wychodzą poza granice hard bopu. Są jednak dość zróżnicowane: nagranie tytułowe wyróżnia się dużą ekspresją; "Tranquillity" to subtelna, bardzo ładna ballada; "Little B's Poem" charakteryzuje się lekkością, podkreśloną zamianą saksofonu na flet; natomiast "West 22nd Street Theme" zdradza inspirację bluesem. Druga stronę winyla wypełniają kompozycje Chambersa, mające bardziej awangardowy charakter. "Movement" i "Juba Dance" cechują się bardzo swobodnym podejściem, a kompletne rozluźnienie następuje w ocierającym się o free jazz "Air". Na zakończenie pojawia się jednak bardziej poukładany "Pastoral", o którego charakterze wszystko mówi tytuł. Przepiękny finał albumu.

Na "Components" Bobby Hutcherson udowodnił, że jest całkiem sprawnym kompozytorem. Jednak jeszcze lepiej wypada tu druga część, z bardziej eksperymentalnymi kompozycjami Joego Chambersa, intrygującymi swoim abstrakcyjnym charakterem. Całość jest oczywiście bardzo dobrze wykonana, jak przystało na muzyków tej klasy.

Ocena: 8/10



Bobby Hutcherson - "Components" (1966)

1. Components; 2. Tranquillity; 3. Little B's Poem; 4. West 22nd Street Theme; 5. Movement; 6. Juba Dance; 7. Air; 8. Pastoral

Skład: Bobby Hutcherson - wibrafon; James Spaulding - saksofon altowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


14 czerwca 2019

[Recenzja] Rory Gallagher - "Blues" (2019)



Dokładnie dwadzieścia cztery lata temu, 14 czerwca 1995 roku, zmarł jeden z najwybitniejszych bluesrockowych gitarzystów, Rory Gallagher. W Polsce artysta wciąż pozostaje kompletnie zapomniany. W innych krajach raczej nie jest pod tym względem lepiej (poza rodzimą Irlandią i może jeszcze Wielką Brytanią, Niemcami czy Francją). Co jakiś czas podejmowane są jednak kroki, by zmienić taki stan rzeczy. W tym roku ukazały się reedycje studyjnych longplayów, a także zupełnie nowa kompilacja "Blues". Składanka zawiera niepublikowany wcześniej materiał - odrzuty ze studia, nagrania dla radia BBC i irlandzkiej telewizji RTE, fragmenty występów na żywo, a także inne utwory spoza regularnych płyt Irlandczyka. Choć zostały zarejestrowane na przestrzeni dwóch dekad, w latach 1971-92, to dzięki zastosowanemu kluczu, tworzą całkiem spójną całość. Jak wyjaśnia już sam tytuł, wybrano utwory o najbardziej bluesowym charakterze, z których wiele to interpretacje bluesowych standardów. Podstawowe wydanie (jedna płyta kompaktowa lub dwie winylowe) zawiera w sumie piętnaście ścieżek, a na wersji "deluxe" (trzy kompakty) jest ich aż o dwadzieścia więcej, nie licząc bonusu w postaci wywiadu.

W recenzji postanowiłem przybliżyć podstawową edycję. Z piętnastu utworów tylko dwa były wcześniej wydane w dokładnie tych samych wersjach. "I'm Ready" to kompozycja Muddy'ego Watersa, pochodząca z jego albumu "The London Muddy Waters Sessions" (1992). Rory był jednym z kilku europejskich muzyków, którzy wystąpili na nim w roli sidemanów. Z kolei "Born Under a Bad Sign" - kompozycja Alberta Kinga, swego czasu rozpropagowana przez trio Cream - to nagranie z występu dla niemieckiego programu Rockpalast z 1990 roku (a nie 1991, jak podano w opisie), dostępne wcześniej na DVD "The Complete Rockpalast Collection". Był to fragment krótkiego setu, podczas którego do zespołu Gallaghera dołączył Jack Bruce w roli basisty i wokalisty. Akurat te dwa utwory odstają nieco od całości - oba ze względu na wokal, a pierwszy dodatkowo przez brzmienie zdominowane przez sekcję dętą. Dobrze znanym utworem jest też kompozycja Petera Greena, "Leaving Town Blues" - w wersji Irlandczyka znana już z kilku kompilacji dedykowanych byłemu muzykowi Bluesbreakers Johna Mayalla i Fleetwood Mac. Tutaj pojawia się jednak w wersji zremiksowanej. Ten utwór akurat doskonale pasuje do całości, a w dodatku jest jednym z jej najciekawszych fragmentów, za sprawą fantastycznych partii Rory'ego na gitarze i mandolinie.

Znaczną część kompilacji stanowią odrzuty. Wśród nich znalazły się alternatywne wersje doskonale znanych utworów, jak np. akustyczne podejścia do "Should've Learnt My Lesson" z sesji "Deuce" czy "Who's That Coming" z "Tattoo", nagrane przez lidera bez sekcji rytmicznej. Z kolei  "Nothin' But the Devil", znany dotąd właśnie z akustycznego wykonania (nagranego w 1980 roku) tutaj pojawia się w elektrycznej wersji na cały zespół (zarejestrowanej w 1975 roku, podczas prac nad "Against the Grain"). Jest też zespołowa, elektryczna wersja kompozycji Tony'ego  Joego White'a "As the Crow Flies" (z sesji "Tattoo"), dotąd znanego z surowego wykonania zamieszczonego na "Irish Tour '74". Te dwa ostatnie utwory nieco zyskują w tutejszych wersjach, podczas gdy dwa wcześniej wspomniane stanowią przyjemną ciekawostkę. W temacie studyjnych odrzutów trzeba jeszcze wspomnieć o trzech utworach: jednym z sesji "Jinx" - przeróbce "Don't Start Me Talkin'" Sonny'ego Boya Williamsona, oraz dwóch z sesji "Blueprint" - interpretacji "Tore Down" Sonny'ego Thompsona (znanego już z koncertowych wykonań Rory'ego) i nieznanej wcześniej, autorskiej kompozycji Gallaghera "Prison Blues", nagranej przez niego wyłącznie z pomocą pianisty Lou Martina.

Niemniej ciekawie prezentują się nagrania koncertowe. Szczególnie fragmenty sesji dla radia BBC: porywające wykonanie "Off the Handle", brzmiące znacznie lepiej niż studyjna wersja z "Top Priority", a także przepięknie zagrany "A Million Miles Away" z "Tattoo", porównywalny z wersją z "Irish Tour '74". Ciekawostką jest natomiast solowe, akustyczne wykonanie "Secret Agent" dla telewizji RTE, pokazujące zupełnie inne spojrzenie na utwór z "Calling Card". Całości dopełniają trzy utwory zarejestrowane podczas regularnych koncertów. Oprócz wspomnianego już "Born Under a Bad Sign", są to interpretacje tradycyjnego bluesa "What in the World" i "Garbage Man Blues" z repertuaru Muddy'ego Watersa (oba, w innych wykonaniach, zostały wydane już m.in. na "BBC Sessions"). Szczególnie wspaniale wypada "What in the World" - archetypowy dwunastotaktowy blues, z rewelacyjnie budowanym napięciem i mnóstwem emocji. Ale i pozostałym nagraniom trudno coś zarzucić. Jest tu swoboda i wirtuozeria znana z innych koncertowych rejestracji Irlandczyka.

"Blues" to doskonałe uzupełnienie podstawowej dyskografii Rory'ego Gallaghera. Odrzuty wcale nie brzmią jak utwory gorszej kategorii, a nagrania na żywo prezentują lidera i towarzyszących mu muzyków w doskonałej formie. Nie brakuje porywającego blues rocka, ale są też liczne fragmenty o bardziej intymnym charakterze. A całość brzmi naprawdę fantastycznie, jakby została zarejestrowana wczoraj (nieco odstaje tylko ten nieszczęsny "I'm Ready"). Takie granie po prostu się nie starzeje. I choć od dłuższego czasu rzadko wracam do takiej muzyki, to tej kompilacji słuchało mi się naprawdę wyśmienicie przy każdym z kilku przesłuchań. I chętnie jeszcze do niej wrócę. Tak więc zdecydowanie polecam to wydawnictwo wszystkim wielbicielom irlandzkiego artysty. A dla tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z jego twórczością, może to być doskonały wstęp. Byle tylko na tym nie poprzestać i w dalszej kolejności sięgnąć przede wszystkim po "Irish Tour '74", eponimiczny debiut i "Deuce". Jedne z najwspanialszych albumów w dziejach blues rocka.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Blues" (2019)

1. Don't Start Me Talkin'; 2. Nothin' But the Devil; 3. Tore Down; 4. Off the Handle; 5. A Million Miles Away; 6. Leaving Town Blues; 7. As the Crow Flies; 8. Secret Agent; 9. Should've Learnt My Lesson; 10. Prison Blues; 11. Who's That Coming; 12. I'm Ready; 13. What In the World; 14. Garbage Man Blues; 15. Born Under a Bad Sign

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - bass (1-5,7,13,14); Brendan O'Neill - perkusja (1,4,13,15); Bob Andrews - pianino (1); Lou Martin - instr. klawiszowe (2,3,5,7,10,14); Rod de'Ath - perkusja (2,3,5,7,14); Jim Leverton - bass (6); Richard Newman - perkusja (6); Wilgar Campbell - perkusja (9); Muddy Waters - wokal (12); Sammy Lawhorn - gitara (12); Rick Grech - bass (12); Herbie Lovelle - perkusja (12); Georgie Fame - instr. klawiszowe (12); Carey Bell Harrington - harmonijka (12); Seldon Powell - saksofon (12); Ernie Royal - trąbka (12); Joe Newman - trąbka (12); Garnett Brown - puzon (12); Jack Bruce - wokal i bass (15); Geraint Watkins - instr. klawiszowe (15); Mark Feltham - harmonijka (15)
Producent: Rory Gallagher


12 czerwca 2019

[Recenzja] Embryo - "We Keep On" (1973)



Album "We Keep On" to efekt współpracy niemieckiej grupy Embryo (której skład zredukował się do Christiana Burcharda, Romana Bunki i nowego klawiszowca, Dietera Miekautscha) i amerykańskiego saksofonisty Charliego Mariano (znanego ze współpracy m.in. z Charlesem Mingusem, McCoyem Tynerem czy Elvinem Jonesem). Jak wielu jazzmanów w tamtym okresie, Mariano przeprowadził się na początku lat 70. do Europy. Zamieszkał w Niemczech, w Kolonii. Wkrótce poznał Dietera Dierksa, słynnego inżyniera dźwięku, który zaproponował mu nagranie albumu z Embryo. Zarówno Mariano, jak i członkowie grupy, byli zafascynowani muzyką z Dalekiego Wschodu, więc szybko znaleźli wspólny język. Nagrania odbyły się w grudniu 1972 roku, w studiu Dierksa mieszczącym się według opisu z okładki longplaya we Włoszech, a w rzeczywistości w niemieckim Stommeln (właściciel unikał w ten sposób płacenia podatku).

Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa Embryo, "We Keep On" to połączenie krautrockowej psychodelii, jazz-rocka i inspiracji muzyka dalekowschodnią. Proporcje między tymi wpływami zawsze są jednak inne. Tym razem na pierwszy plan wychodzi ta ostatnia inspiracja. Słychać to szczególnie na przykładzie takich utworów, jak "Flute and Saz" czy "Hackbrett-Dance". Pierwszy z nich opiera się wyłącznie na dźwiękach fletu, sazu i egzotycznych perkusjonaliów, a pod koniec także saksofonu sopranowego. W drugim Mariano zagrał na instrumencie dętym indyjskiego pochodzenia - nadaswaramie, a towarzyszy mu jedynie bogaty akompaniament perkusjonaliów. W "Abdul Malek" pojawia się więcej rockowej dynamiki za sprawą sekcji rytmicznej, jest też jazzujące solo saksofonu, jednak wciąż dominują wpływy dalekowschodnie, podkreślane partiami sazu i perkusjonalii. Więcej jazz-rockowego grania pojawia się w dwóch najdłuższych, nieco jamowych utworach, "No Place to Go" (tylko tytułem nawiązujący do "A Place to Go" z "Rocksession") i "Ehna, Ehna, Abu Lele", w których pojawia się parę świetnych popisów gitarowych, saksofonowych i klawiszowych. Na zakończenie pojawia się jeszcze stonowana ballada "Don't Come Tomorrow" o niemalże piosenkowym charakterze (od czego zespół do tamtej pory całkowicie stronił), wyróżniająca się ładnymi partiami fletu i wibrafonu.

"We Keep On" to na pewno album intrygujący, mający wiele do zaoferowania w kwestii klimatu czy instrumentalnej wirtuozerii (nie popadając przy tym w przesadę). Niestety, nie jest pozbawiony wad. Pierwszą z nich są naprawdę okropne partie wokalne Burcharda i Bunki, pojawiające się w większości utworów, choć przecież całkowicie zbędne w takiej muzyce. Po drugie, całość wydaje się jednak nieco niespójna stylistycznie, szczególnie pierwszy i ostatni utwór odstają od całości. Tym samym, album wydaje się krokiem wstecz względem "Steig Aus" i "Rocksession". Poszczególne utwory prezentują jednak bardzo wysoki poziom w warstwie instrumentalnej.

Ocena: 8/10



Embryo featuring Charlie Mariano - "We Keep On" (1973)

1. No Place to Go; 2. Flute and Saz; 3. Ehna, Ehna, Abu Lele; 4. Hackbrett-Dance; 5. Abdul Malek; 6. Don't Come Tomorrow

Skład: Charlie Mariano - saksofon sopranowy, saksofon altowy, flet, nadaswaram; Roman Bunka - gitara, bass, saz, instr. perkusyjne, wokal; Dieter Miekautsch - pianino, elektryczne pianino, klawinet; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, dulcimer, melotron, wokal
Producent: Embryo i Othmar Schreckeneder