21 lutego 2019

[Recenzja] John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)



Można pozazdrościć formy 85-letniemu Johnowi Mayallowi. Muzyk wciąż aktywnie koncertuje i nagrywa nowe albumy. Zaledwie dwa lata temu ukazał się udany "Talk About That", a do sprzedaży właśnie trafia jego następca, "Nobody Told Me" - 36. studyjny longplay w dyskografii ojca brytyjskiego bluesa. W nagraniach wzięła udział sprawdzona sekcja rytmiczna - basista Greg Rzab i perkusista Jay Davenport - a także gitarzysta rytmiczny Billy Watts. Wszystkie solowe partie gitar zostały natomiast wykonane przez mniej lub bardziej znanych gości, jak Joe Bonammasa, Carolyn Wonderland, Larry McCray i Steven Van Zandt, ale także niekojarzących się z bluesem Alexa Lifesona i Todda Rundgrena.

"Nobody Told Me" pod względem muzycznym nie przynosi żadnych zaskoczeń. John Mayall po raz kolejny cofa się do swoich korzeni i stylistyki znanej z takich albumów, jak "Blues Breakers", "A Hard Road" czy "Crusade". Pod dostatkiem tutaj typowo bluesowych zagrywek gitarowych, rockowo energicznej, a czasem niemal funkowo bujającej sekcji rytmicznej, a także urozmaicających brzmienie partii elektrycznych organów (bardzo w stylu drugiej połowy lat 60.) lub akustycznego pianina oraz gęsto się udzielającej sekcji dętej. Dziwi natomiast niewielki udział harmonijki, na której Mayall zawsze fantastycznie wymiatał. Tutaj pozwolił na to sobie jedynie w "Evil and Here to Stay", należącym zresztą do najlepszych momentów całości. Lider pozostaje za to w dobrej formie wokalnej (choć należy wziąć poprawkę na to, że nigdy nie był wybitnym wokalistą), a zaproszeni goście sprawdzili się na miejscu zajmowanym niegdyś przez Erica Claptona, Petera Greena, Micka Taylora czy niesłusznie zapomnianego Freddy'ego Robinsona.

Najwięcej, bo aż w trzech utworach, udziela się Carolyn Wonderland, która po tej sesji dostała stałą posadę w grupie Mayalla. Świetnie wypadła w energetycznym "Distant Lonesome Train", gdzie zaprezentowała grę techniką slide. Jednak w żartobliwym "Like It Like You Do" i klasycznym wolnym bluesie "Nobody Told Me" gitarowe partie są jakby na dalszym planie i nieszczególnie przyciągają uwagę. Bardzo dobre wrażenie sprawiają za to oba kawałki z udziałem Larry'ego McCraya - najbardziej żywiołowy, wręcz porywający "The Moon is Full" i wolniejszy, luzacki "The Hurt Inside". Steven Van Zandt, gitarzysta znany z współpracy z Bruce'em Springsteenem, również zachwyca swoją grą w "It's So Tough". Nawet Alex Lifeson z Rush ("Evil and Here to Stay") i Todd Rundgren ("That's What Love Will Make You Do") zaprezentowali się jak rasowi bluesmani. Jednak największym zaskoczeniem są dla mnie utwory z udziałem Joego Bonammasy ("What Have I Done Wrong" i "Delta Hurricane"). Nie przepadam za jego solowymi dokonaniami, są zbyt wyrachowane i pozbawione bluesowej naturalności. Tutaj natomiast zagrał wyjątkowo przekonująco, mniej się popisując, a bardziej wczuwając w bluesowy nastrój. Widocznie granie z jednym ze swoich idoli miało na niego dobry wpływ.

"Nobody Told Me" nie wnosi niczego nowego, ale John Mayall swoje dla muzyki zrobił już pięć dekad temu, przyczyniając się do powstania blues rocka (wydając kultowy "Blues Breakers") i dokładając nieco do rozwoju jazz rocka (na albumach "Bare Wires", "The Turning Point" i "Jazz Blues Fusion"). Od muzyka z takim wkładem i tak długą karierą nie należy wymagać nowatorstwa. Wystarczy, że będzie nagrywał tak przyjemne albumy, jak ten czy poprzedni. "Nobody Told Me" jest zresztą jednym z najlepszych wydawnictw w jego karierze. Wiadomo, że nie jest to poziom wymienionych wyżej albumów, choć z innymi z klasycznego okresu mógłby już śmiało konkurować. Kompozycje są przewidywalne, ale nadrabiają mnóstwem energii, bluesowego luzu i świetnym wykonaniem. Jeśli "Nobody Told Me" okaże się ostatnim albumem Johna Mayalla, to będzie to doskonałe zwieńczenie jego wspaniałej kariery. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników bluesa, szczególnie w brytyjskim wydaniu.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)

1. What Have I Done Wrong; 2. The Moon is Full; 3. Evil and Here to Stay; 4. That's What Love Will Make You Do; 5. Distant Lonesome Train; 6. Delta Hurricane; 7. The Hurt Inside; 8. It's So Tough; 9. Like It Like You Do; 10. Nobody Told Me

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe, harmonijka; Billy Watts - gitara; Greg Rzab - bass; Jay Davenport - perkusja
Gościnnie: Joe Bonamassa - gitara (1,6); Larry McCray - gitara (2,7); Alex Lifeson - gitara (3); Todd Rundgren - gitara (4); Carolyn Wonderland - gitara (5,9,10); Steven Van Zandt - gitara (8)
Producent: John Mayall i Eric Corne


20 lutego 2019

[Recenzja] Embryo - "Embryo's Rache" (1971)



Niektórzy wykonawcy już od pierwszego albumu zachwycają swoją dojrzałością i kreatywnością. Innym zajmuje nieco więcej czasu, by zaproponować coś naprawdę wartościowego. Grupa Embryo zdecydowanie nie zalicza się do tej pierwszej kategorii. Tworząc swój debiutancki longplay "Opal", muzycy nie byli do końca pewni w jakim pójść kierunku, a rezultat okazał się niezbyt spójny i nieco pozbawiony własnego stylu. Jednak zespół w niedługim czasie poczynił znaczne postępy. Jego kolejne wydawnictwo, wydany w następnym roku "Embryo's Rache", to już album bardziej dojrzały, i przemyślany, oryginalniejszy.

Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że w międzyczasie doszło do zmiany składu. Basista Ralph Fischer został zastąpiony przez Romana Bunke, ale co ważniejsze, odszedł też gitarzysta John Kelly, a na jego miejsce przyjęto... grającego na flecie i perkusjonaliach Hansiego Fischera (który wcześniej przewinął się przez skład Xhol Caravan). W sesji nagraniowej drugiego albumu gościnnie uczestniczył także wokalista Franz Böntgen oraz dwóch klawiszowców, Hermann Breuer i Jimmy Jackson (występujący pod pseudonimem Tabarin Man). Dzięki obecności tej ostatniej dwójki, Edgar Hofmann - na debiucie odpowiadający m.in. za grę na organach - mógł skupić się na saksofonie i nie używanych wcześniej przez grupę skrzypcach. Na albumie znalazło się sześć utworów - trzy kompozycje Christiana Burcharda, jedna Fischera ("Tausendfüßler"), jedna napisana przez nich wspólnie ("Time") i jedna autorstwa Jacksona ("Revenge")

Brak gitary sprawił, że muzyka zespołu oddaliła się od anglosaskiej psychodelii. Zbliżyła natomiast do stylistyki jazzrockowej. Choć tak naprawdę mieszają się tutaj przeróżne wpływy. Partie fletu nadają nieco folkowego klimatu (z okolic Jethro Tull), melotron dodaje progrockowego patosu, elektryczne organy przypominają o psychodelicznych początkach grupy, a skrzypce i perkusjonalia uzupełniają album o elementy etniczno-orientalne. Jazzowe są natomiast przede wszystkim partie saksofonu i elektrycznego pianina. Do tego dochodzi jeszcze krautrockowa sekcja rytmiczna, z wyrazistym, przesterowanym basem i mocną perkusją. O ile ten ostatni składnik pojawia się praktycznie w każdym nagraniu, tak pozostałe pojawiają się z różną częstotliwością, dzięki czemu nie można narzekać na monotonię. Ale całość jest zarazem bardzo spójna i przemyślana. Utwory nie posiadają jednak sztywnych struktur, mają bardzo swobodny charakter. Największe wrażenie robi najdłuższy, jedenastominutowy, bardzo transowy "Espagna Si, Franco Non". Niewiele w tyle pozostają najbardziej jazzujące "Time" i "Tausendfüßler". Właściwie przyczepić mogę się tylko do miniatury "Sittin' at the Moon" (znanej też jako "Try to Be"), w której jakby zabrakło pomysłu na rozwinięcie. Podobnie jak na debiucie, najsłabszym ogniwem są partie wokalne - na szczęście nie ma ich tu wiele.

"Embryo's Rache" można uznać za właściwy debiut zespołu, który zaprezentował tutaj oryginalną wersję krautrocka z silnymi wpływami elektrycznego jazzu i muzyki etnicznej. Styl ten interesująco rozwijano na kolejnych wydawnictwach, często osiągając jeszcze lepsze rezultaty, jednak już tutaj Embryo zaprezentował bardzo interesujący materiał - choć nie wchodzący tak łatwo, jak debiut, wymagający więcej przesłuchań, by w pełni go docenić.

Ocena: 8/10



Embryo - "Embryo's Rache" (1971)

1. Tausendfüßler; 2. Time (I Can't Wait / Eva's Wolke); 3. Revenge; 4. Espagna Si, Franco Non (Spain Yes, Franco Finished); 5. Sittin' at the Moon (Try to Be); 6. Verwandlung (Change)

Skład: Edgar Hofmann - saksofon sopranowy, skrzypce, instr. perkusyjne; Hansi Fischer - flet, instr. perkusyjne, wokal; Roman Bunka - bass; Christian Burchard - perkusja, elektryczne pianino, wokal
Gościnnie: Hermann Breuer - elektryczne pianino, organy; Tabarin Man - organy, melotron; Franz Böntgen - wokal
Producent: Embryo


18 lutego 2019

[Recenzja] Weather Report - "Sweetnighter" (1973)



Weather Report zaczynał jako dość demokratyczny zespół, by z czasem dowodzenie nad nim zdecydowanie przejął Joe Zawinul. Postanowił on skierować muzykę grupy w bardziej komercyjne rejony. Odejść od rozbudowanych improwizacji na bazie krótkich tematów na rzecz skomponowanych utworów. W tamtym czasie zaczął interesować się syntezatorami i muzyką funkową, co znacząco wpłynęło na charakter jego utworów. Przy czym bliżej im było do dokonań Herbiego Hancocka z Head Hunters, niż awangardowych eksperymentów Milesa Davisa z "On the Corner". Na albumie "Sweetnighter" Weather Report nie odchodzi jeszcze całkiem od stylu wypracowanego na poprzednich longplayach, jednak słychać już tutaj nowe podejście i wspomniane inspiracje.

Album został zarejestrowany w ciągu pięciu dni, pomiędzy 3-7 lutego 1973 roku, w Connecticut Recording Studio. Choć podstawowy skład jest tutaj dokładnie taki sam, jak na wydanych rok wcześniej "I Sing the Body Electric" i "Live in Tokyo", to Miroslav Vitouš i Eric Gravatt zostali zepchnięci na nieco dalszy plan. Obaj mieli problemy z graniem funkowych partii rytmicznych. W rezultacie, w kilku utworach Gravatta wspomaga lub zastępuje Herschela Dwellinghama, natomiast partie gitary basowej zagrał w nich Andrew White, podczas gdy Vitouš wtórował mu na kontrabasie (identyczny patent z dwoma basistami, akustycznym i elektrycznym, był już wcześniej użyty na "Bitches Brew"). White, znany już z gościnnego udziału na "I Sing the Body Electric", na którym zagrał partie rożka angielskiego, tutaj również sięga po ten instrument. Trzecim gościem wspierającym zespół był perkusjonista Muruga Booker.

Nowe oblicze Weather Report słychać przede wszystkim w dwóch najdłuższych utworach, "Boogie Woogie Waltz" i "125th Street Congress", skomponowanych przez Zawinula. Mniej tutaj znanej z poprzednich albumów zespołu nieprzewidywalności, a więcej repetycji. Oba utwory osadzone są mocno na gęstej, funkowo bujającej warstwie rytmicznej, składającej się z wyrazistych partii gitary basowej White'a, subtelniejszych dźwięków kontrabasu Vitouša, konkretnej perkusji Dwellinghama i (tylko w drugim z nich) Gravatta oraz licznych perkusjonaliów Bookera i Doma Uma Romão. Na tym akompaniamencie rozbrzmiewają świetne solówki Wayne'a Shortera i Zawinula, grającego przede wszystkim na elektrycznym pianinie (którego brzmienie czasem kojarzy się z gitarą), ale także na syntezatorze. Pomimo wyraźnego uproszczenia, względem wcześniejszych dokonań zespołu, oba utwory wypadają naprawdę fajnie, nie popadają w komercyjną tandetę, mogą być stawiane za wzór jazz-funku. W podobnym stylu utrzymany jest także znacznie krótszy "Non-Stop Home", skomponowany przez Shortera. Wyróżnia się niespodziewanym wstępem, zdominowanym przez zabawy Zawinula na syntezatorze, oraz... całkowitą absencją Vitouša. Była to niejako zapowiedź jego nadchodzącego rozstania z grupą. Druga kompozycja saksofonisty, "Manolete", łączy nowe elementy (syntezator, lekko funkowa rytmika) z nastrojem wcześniejszych albumów Weather Report. Do przeszłości jeszcze bardziej nawiązują bardzo klimatyczne "Adios" Zawinula i "Will" Vitouša, które spokojnie mogłyby znaleźć się na eponimicznym debiucie lub "I Sing the Body Electric". I nie odstawałyby poziomem od innych zawartych tam kompozycji.

"Sweetnighter" to album przejściowy, będący wyraźnym zwrotem w bardziej mainstreamowe rejony, zawierający muzykę prostszą w odbiorze, ale wciąż bardzo wyrafinowaną i niepopadającą w banał. Muzycy zaproponowali tutaj ciekawe połączenie elektrycznego jazzu, zakorzenionego w dokonaniach Milesa Davisa, z popularnym wówczas funkiem. Pomimo skojarzeń z ówczesną twórczością Herbiego Hancocka, zespół zachował własną tożsamość i rozpoznawalność, za sprawą charakterystycznego brzmienia oraz idiomatycznego stylu gry Zawinula i Shortera. Odświeżenie stylu w tym przypadku zdecydowanie nie zaszkodziło - longplay trzyma wysoki poziom swoich poprzedników.

Ocena: 8/10



Weather Report - "Sweetnighter" (1973)

1. Boogie Woogie Waltz; 2. Manolete; 3. Adios; 4. 125th Street Congress; 5. Will; 6. Non-Stop Home

Skład: Joe Zawinul - elektryczne pianino (1-5), syntezator (1,2,6), pianino (2,6); Wayne Shorter - saksofon; Miroslav Vitouš - kontrabas (1,2,4), bass (3,5); Eric Gravatt - perkusja (2,4,6); Dom Um Romão - instr. perkusyjne, flet
Gościnnie: Andrew White - bass (1,4,6), rożek angielski (3,5); Herschel Dwellingham - perkusja (1,2,4,6); Muruga Booker - instr. perkusyjne (1-4)
Producent: Weather Report


16 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Closer" (1980)



Wiosną 1980 roku Joy Division stał u progu światowej kariery. Europejscy fani wyczekiwali premiery singla "Love Will Tear Us Apart" (znanego już za sprawą radiowej sesji dla Johna Peela) i drugiego pełnowymiarowego albumu, a zespół szykował się do swojej pierwszej amerykańskiej trasy. W przeddzień wyjazdu Ian Curtis postanowił jednak zakończyć swoje życie. Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że nie można zastąpić najważniejszego, najbardziej rozpoznawalnego członka zespołu i podjęli jedyną słuszną decyzję - zakończyli działalność pod szyldem Joy Division (i kontynuowali współpracę pod nazwą New Order). Śmierć wokalisty sprawiała jednak, że przynajmniej w Europie zespół stał się niezwykle popularny - debiutancki "Unknown Pleasures" nagle zaczął pojawiać się na listach sprzedaży, a wkrótce dołączył do niego nowy album, zatytułowany "Closer".

Nie da się pisać o tym longplay pomijając powyższy kontekst. To jeden z najbardziej depresyjnych i ponurych albumów w historii fonografii, szczególnie w warstwie tekstowej - odczytywanej jako zapowiedź nadchodzącej tragedii - ale też odpowiednio dobranej muzyki. Przebój "Love Will Tear Us Apart" nie przypadkiem został pominięty - tak pogodny utwór zwyczajnie by tu nie pasował. Zespół dopracował styl z debiutanckiego albumu, jeszcze dalej odchodząc od zwykłego punku, na rzecz gotyckiej atmosfery. Głos Iana Curtisa jest tutaj jeszcze bardziej przepełniony smutkiem i odrealniony, charakterystyczne partie basu i prosta gra perkusji (lub automatu perkusyjnego) wprowadzają w niemal transowy nastrój, a wycofana gitara dodaje przestrzeni. W porównaniu z debiutem, więcej tutaj brzmień klawiszowych, które (nie zawsze) podkreślają brzmieniowy chłód.

"Atrocity Exhibition"  doskonale wprowadza w klimat całości. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wybija się jakby plemienna perkusja, której towarzyszą gitarowe sprzężenia i wyjątkowo oszczędna linia basu (efekt zamiany ról przez Sumnera i Hooka). Warstwa wokalna to już natomiast dokładnie to, czego należało spodziewać się po Curtisie. W utrzymanych w szybszym tempie "Passover", "Colony" i "A Means to an End" klimat jest równie gęsty i ponury. A potem zaczyna się najlepsza część albumu: bardzo transowy w warstwie rytmicznej "Heart and Soul", rozpędzony, wykonany z wielkim zaangażowaniem "Twenty Four Hours", a także przejmujący "The Eternal" niewątpliwie świadczą o większej dojrzałości kompozytorskiej muzyków oraz umiejętności jak najlepszego i najbardziej kreatywnego wykorzystania swoich możliwości, dzięki czemu wszelkie techniczne braki nie mają żadnego znaczenia. Finałowego "Decades" nie wymieniłem razem z poprzednią trójką tylko dlatego, że dość tandetne brzmienie syntezatora nie pasuje do posępnego klimatu tego utworu. Podobne brzmienia syntetyczne pojawiają się także w "Isolation", z tą jednak różnicą, że tutaj cały utwór wypada zaskakująco trywialnie i dość radośnie, co naprawdę szkodzi spójności albumu. Bez tych niespełna trzech minut całość i tak byłaby wystarczająco długa, a tylko by na tym zyskała.

Pomimo pewnych niedoskonałości, "Closer" to wielkie dzieło. Bez wątpienia jeden z najlepszych i najważniejszych albumów lat 80., całkowicie zasłużenie cieszący się tak wielką popularnością. Samobójstwo Curtisa niewątpliwie pomogło w odniesieniu sukcesu, jednak zawarty tu materiał broni się sam. Trochę tylko szkoda, że zespół w tym składzie nie nagrał więcej albumów. Z drugiej strony dobrze, że nie istniał na tyle długo, by spaść poniżej tego poziomu.

Ocena: 9/10



Joy Division - "Closer" (1980)

1. Atrocity Exhibition; 2. Isolation; 3. Passover; 4. Colony; 5. A Means to an End; 6. Heart and Soul; 7. Twenty Four Hours; 8. The Eternal; 9. Decades

Skład: Ian Curtis - wokal, gitara (6), melodyka (9); Bernard Sumner - gitara (2-5,7-9), bass (1), syntezator (2,6,8,9); Peter Hook - bass (2-9), gitara (1); Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


14 lutego 2019

[Recenzja] Frank Lowe - "Black Beings" (1973)



"Black Beings" to debiutancki album saksofonisty Franka Lowe'a, znanego ze współpracy m.in. z Sun Ra, Alice Coltrane, Donem Cherrym, Johnem McPhee czy Jazz Composer's Orchestra. Materiał został zarejestrowany podczas koncertu, w marcu 1973 roku. Na scenie Lowe'a (grającego na tenorze) wspomogli saksofonista Joseph Jarman (grający na sopranie i alcie), basista William Parker, perkusista Rashid Sinan, a także Raymong Lee Chang na skrzypcach. Na potrzeby oryginalnego, winylowego wydania nagrania zostały skrócone do całkowitej długości 45 minut. Na kompaktowych reedycjach przywrócono im oryginalny kształt, wydłużając album do godziny.

Tytuł pierwszego utworu, "In Trane's Name", zapowiada czego się spodziewać. To hołd dla Johna Coltrane'a, inspirowany jego późnymi dokonaniami w rodzaju "Ascension", "Meditations" i "Om". To dwadzieścia pięć (trzydzieści trzy w wersji kompaktowej) minut agresywnego, bezkompromisowego free jazzu, pełne saksofonowych przedęć i dysonansów, perkusyjnej nawałnicy i bardzo luźnych partii kontrabasu, z małym dodatkiem atonalnych dźwięków skrzypiec. Czasem z tego pozornego chaosu wyłaniają się bardziej nastrojowe i dostojne partie, będące ciekawym kontrapunktem. Duet Lowe-Jarman gra ewidentnie pod wpływem duetu Coltrane-Sanders, niemal zbliżając się do ich poziomu kreatywności i ekspresji. Niespełna pięciominutowy (w obu wersjach) "Brother Joseph" to solowy popis lidera, w którym jest miejsce i na liryzm, i freejazzową brutalność. Pozostali muzycy wracają w 16-minutowym (22-minutowym na reedycjach) "Thulani" - jedynej tutaj kompozycji autorstwa Jarmana, a nie Lowe'a. Jest to kolejna potężna porcja bardzo swobodnego grania, długimi momentami naprawdę agresywnego, choć niepozbawionego spokojniejszych, ładnych partii. Świetne są zwłaszcza te fragmenty, kiedy ostre i łagodne partie są grane jednocześnie, tworząc bardzo interesujący kontrapunkt.

"Black Beings" nie jest albumem zbyt znanym, a szkoda, bo to na prawdę solidne wydawnictwo, które doceni każdy wielbiciel freejazzowych improwizacji.

Ocena: 8/10



Frank Lowe - "Black Beings" (1973) 

1. In Trane's Name; 2. Brother Joseph; 3. Thulani

Skład: Frank Lowe - saksofon tenorowy; Joseph Jarman - saksofon sopranowy, saksofon altowy; William Parker - kontrabas; Rashid Sinan - perkusja; Raymond Lee "The Wizard" Cheng - skrzypce
Producent: - 


12 lutego 2019

[Recenzja] Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)



Nagrywając swój trzeci longplay, muzycy Art Bears przypomnieli sobie, że sztuka powinna być młotem. I w rezultacie powstał album bardzo mocno zaangażowany politycznie, o czym świadczą już same tytuły w rodzaju "Freedom" czy "Democracy". Tym samym warstwa muzyczna schodzi na nieco dalszy plan, a materiał sprawia dość jednorodne wrażenie. Co ma też swoje zalety. Jedenaście utworów, o łącznym czasie ledwo przekraczającym trzydzieści minut, tworzy bardzo spójną całość. W przeciwieństwie do dość różnorodnych "Hopes and Fears" i "Winter Songs", "The World as It Is Today" nawiązuje muzycznie przede wszystkim do kameralnej awangardy. Pod koniec albumu, w utworach od siódmego do dziesiątego, dochodzi do tego wpływ piosenki kabaretowej, co nasuwa skojarzenia z twórczością pierwszej grupy Dagmar Krause, Slapp Happy. Ogólnie zawarta tutaj muzyka nie jest zbyt radykalna - nie licząc dzikich wrzasków Krause w "Freedom" i zbliżającego się do free improvisation "Albion, Awake!" - jednak wymaga dużego skupienia i licznych przesłuchań, by wyłapać wszystkie aranżacyjne smaczki, które pozwolą odróżnić od siebie poszczególne utwory i dostrzec w nich piękno.

Na "The World as It Is Today" nie ma łatwo wpadających w ucho melodii, gitarowych riffów i efektownych solówek, prostych rytmów przy których można pomachać głową lub potupać nogą, ani innych elementów, których normalni ludzie szukają w normalnej muzyce. Twórczość Art Bears wymaga większego zaangażowania i większej otwartości, aby odsłonić przed słuchaczem swoje piękno. Ale to właśnie odróżnia prawdziwą sztukę od czysto użytkowych produktów. Niestety, "The World as It Is Today" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu, który wkrótce po jego zarejestrowaniu zakończył działalność, by już nigdy się nie reaktywować. Rozpad tria był związany z przeprowadzką Freda Fritha do Stanów, gdzie pochłaniały go inne projekty (np. post-punkowy Massacre). Chris Cutler i Dagmar Krause, z pomocą m.in. Lindsay Cooper (współpracowniczki z czasów Henry Cow), stworzyli nowy zespół, News From Babel, z którym nagrali dwa albumy.

Ocena: 8/10



Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)

1. The Song of Investment Capital Overseas; 2. Truth; 3. Freedom; 4. (Armed) Peace; 5. Civilisation; 6. Democracy; 7. The Song of the Martyrs; 8. Law; 9. The Song of the Monopolists; 10. The Song of the Dignity of Labour Under Capital; 11. Albion, Awake!

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, efekty
Producent: Art Bears i Etienne Conod


10 lutego 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)



Pod koniec lat 50. Charles Mingus był już bardzo uznanym muzykiem. Niektórzy krytycy zarzucali mu jednak zbyt ociężały, niezbyt swingujący styl gry. Stąd pomysł Nesuhiego Ertegüna z Atlantic Records, aby basista nagrał dla jego wytwórni album zawierający muzykę o zdecydowanie bardziej bujającym charakterze. Mingus na to przystał. Tworząc nowy materiał (postawił wyłącznie na autorski repertuar) postanowił sięgnąć do swoich muzycznych korzeni - do bluesa i gospel, z którymi miał do czynienia już jako dziecko, za pośrednictwem kościoła. Stąd też tytuł wydawnictwa, "Blues & Roots".

Sesja nagraniowa odbyła się 4 lutego 1959 roku w nowojorskim Atlantic Studios (trzy miesiące przed nagraniem dla innej wytwórni "Mingus Ah Um", który ukazał się wcześniej). Mingus lubił pracować z dość rozbudowanymi składami - nie inaczej było tym razem. W nagraniach wzięło udział czterech saksofonistów: John Handy i Jackie McLean na altach, Booker Ervin na tenorze oraz Pepper Adams na barytonie, dwóch puzonistów: Jimmy Knepper i Willie Dennis, perkusista Dannie Richmond, a także pianista Horace Parlan (w jednym utworze zastąpiony przez Mala Waldrona). Album wypełniło sześć mocno swingujących, opartych na bluesie utworów. Nagrania w rodzaju "Wednesday Night Prayer Meeting", "Tensions" czy najbardziej rozimprowizowanego "Moanin'" mają mnóstwo luzu i energii, niemal taneczny charakter (na ile tylko taneczny może być jazz), ale i doskonale sprawdzają się jako muzyka do słuchania, za sprawą niebanalnych partii instrumentalnych i udanej współpracy rozbudowanego składu.

"Blues & Roots" nie należy może do ścisłej czołówki dokonań Charlesa Mingusa, ale zdecydowanie należy do tych wydawnictw basisty, które warto poznać. Tym bardziej, że pokazuje nieco inne oblicze słynnego muzyka, grającego tutaj może i bardziej mainstreamowo, idąc na pewien kompromis, ale wciąż dbającego o artystyczny poziom.

Ocena: 8/10



Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)

1. Wednesday Night Prayer Meeting; 2. Cryin' Blues; 3. Moanin'; 4. Tensions; 5. My Jelly Roll Soul; 6. E's Flat Ah's Flat Too

Skład: Charles Mingus - kontrabas; John Handy - saksofon altowy; Jackie McLean - saksofon altowy; Booker Ervin - saksofon tenorowy; Pepper Adams - saksofon barytonowy; Jimmy Knepper - puzon; Willie Dennis - puzon; Dannie Richmond - perkusja; Horace Parlan - pianino (1-5); Mal Waldron - pianino (6)
Producent: Nesuhi Ertegün