22 października 2019

[Recenzja] Heldon - "Electronique Guerilla" (1974)



Francja ma niezwykle bogatą ofertę ambitnej muzyki. Ograniczając się tylko do ostatniego półwiecza i okolic muzyki rockowej, należy wymienić przede wszystkim zespół Gong, niemal całą scenę zeuhlową, z Magmą, Eskaton i Dün na czele, Art Zoyd, Lard Free czy Heldon. Pomysłodawcą tego ostatniego był Richard Pinhas, doktor z Sorbony, w wolnych chwilach grający na gitarze w amatorskich kapelach bluesrockowych i psychodelicznych (jego główną inspiracją w tamtym czasie był Jimi Hendrix). Nieco poważniejszym przedsięwzięciem był zespół Schizo, który pozostawił po sobie dwa single, wydane na początku lat 70. Jeden z nich, "Le Voyageur", powstał z pomocą filozofa Gillesa Deleuze'a, recytującego fragmenty książki "Ludzkie, arcyludzkie" Friedricha Nietzschego. Filozofia była bowiem największą, obok muzyki, pasją Pinhasa. Po usłyszeniu wspólnego albumu Roberta Frippa i Briana Eno, zdecydował się stworzyć nowy projekt, któremu nadał nazwę Heldon (zaczerpniętą z powieści "The Iron Dream" amerykańskiego pisarza Normana Spinrada).

Co ciekawe, na debiutanckim albumie Heldon, "Electronique Guerilla" (tytuł zainspirowała twórczość innego amerykańskiego pisarza, Williama S. Burroughsa), powtórzony został wspomniany wyżej "Le Voyageur" - tu jako "Ouais, Marchais, Mieux Qu'en 68 (Ex : Le Voyageur)", ale jest to dokładnie to samo nagranie. Słychać w nim jeszcze mocne przywiązanie do rockowej tradycji, za sprawą gitarowych riffów i wyrazistego rytmu; wykorzystano też syntezatory, ale w dość klasyczny, konwencjonalny sposób. Nie jest to jednak typowy kawałek rockowy, bo nie występuje w nim podział na zwrotki i refreny; ma bardziej jednostajny, transowy charakter. Dlatego też nie odstaje drastycznie od reszty albumu, która została zarejestrowana przez Pinhasa praktycznie samodzielnie, wyłącznie za pomocą syntezatora EMS Synthi AKS i gitary Gibson Les Paul z 1954 roku; jedynie w nagraniu "Northernland Lady" towarzyszy mu gitarzysta rytmiczny Alain Renaud. Utwory obierają się na zapętlonych sekwencjach z syntezatora, którym zwykle towarzyszą gitarowe solówki, nierzadko przetworzone za pomocą elektronicznych efektów. Wyraźnie słychać wpływ Frippa i Eno, szczególnie w partiach gitarowych, ponadto można wyłapać pewne podobieństwa do progresywnej elektroniki ze Szkoły Berlińskiej, jednak Pinhas już na tym albumie stworzył swój indywidualny styl, trudny do pomylenia z innymi twórcami, czego najlepszym przykładem utwory "Back to Heldon" i "Circulus Vitiosus".

Styl ten był interesująco rozwijany i udoskonalany na kolejnych albumach wydawanych pod szyldem Heldon. "Electronique Guerilla" to dopiero wprawka przed tym, co Richard Pinhas zaprezentował na następnych wydawnictwach. Jednak już tutaj słychać wielki potencjał i oryginalny pomysł na swoją twórczość.

Ocena: 7/10



Heldon - "Electronique Guerilla" (1974)

"Guerilla Electronique" William Burroughs: 1. Zind; 2. Back to Heldon; 3. Northernland Lady; Special Thanks to Norman Spinrad: 4. Ouais, Marchais, Mieux Qu'en 68 (Ex : Le Voyageur); 5. Circulus Vitiosus; 6. Ballade Pour Puig Antich, Révolutionnaire Assassiné En Espagne

Skład: Richard Pinhas - gitara, syntezator
Gościnnie: Alain Renaud - gitara (3); Patrick Gauthier - pianino i syntezator (4); Georges Grünblatt - syntezator (4); Pierrot Roussel - bass (4); Coco Roussel - perkusja (4); Gilles Deleuze - głos (4)
Producent: Richard Pinhas


20 października 2019

[Recenzja] Prince Lasha & Sonny Simmons - "Firebirds" (1968)



Okładka może i nie zachęca do sięgnięcia po "Firebirds", ale muzyka zawarta na drugim wspólnym albumie Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa zdecydowanie zasługuje na uwagę. Już sam skład robi wrażenie. Oprócz dwójki liderów, w sesji nagraniowej (odbywającej się w dniach 28 i 29 września 1967 roku) udział wzięli wibrafonista Bobby Hutcherson, basista Buster Williams (najbardziej znany ze współpracy z Herbiem Hancockiem w okresie Mwandishi) oraz perkusista Charles Moffett (występujący wcześniej m.in. z Ornette'em Colemanem). Obaj liderzy zagrali na saksofonach altowych, a ponadto Lasha wykorzystał flet i klarnet altowy, zaś Simmons tak rzadko spotykany w jazzie instrument, jak rożek angielski (Sonny uczył się na nim grać jako nastolatek, zanim zdecydował się na saksofon). Bardzo ciekawie urozmaica i wzbogaca to brzmienie albumu.

Muzyka zawarta na "Firebirds" mieści się gdzieś pomiędzy jazzowym mainstreamem, a jazzową awangardą, gdzieś pomiędzy bopową tradycją, a wyraźnymi odniesieniami do free jazzu. Jest to granie jeszcze przystępne, ale już ambitne. Przeważają dość długie nagrania: "Psalm of Solomon" i tytułowy "Firebirds" przekraczają długość dziesięciu minut, a "The Island Song" zbliża się do dziewięciu, choć znalazły się tu także niespełna czterominutowy "Prelude to Bird" oraz trwający pięć i pół minuty "The Loved Ones". Materiał jest zróżnicowany. Rozpoczynający całość energetyczny "The Island Song" jest mocno zanurzony w bopowej tradycji, zwłaszcza za sprawą swingującej gry Williamsa i Moffetta, choć nie brakuje tu też zbliżających się do freejazzowej ekspresji solówek saksofonów, a swobodne partie wibrafonu mają post-bopowy charakter. Całkowicie odmiennie prezentuje się "Psalm of Solomon", nastrojowy utwór zbudowany na bardziej subtelnej grze sekcji rytmicznej, ze świetnie dopełniającymi się partiami liderów, którzy tym razem porzucają saksofony na rzecz fletu, klarnetu i różka, których brzmienie naprawdę fantastycznie wzbogaca ten utwór. Króciutki "Prelude to Bird" to bardzo liryczny utwór, z wyrazistą melodią, a także pięknie przeplatającymi się solówkami liderów na klarnecie i saksofonie. Liryczny nastrój podtrzymuje "The Loved Ones", jeszcze bardziej subtelny, a przy tym pozbawiony określonej struktury, z pięknymi partiami rożka, klarnetu i wibrafonu. Dla odmiany, finałowy "Firebirds" to najbardziej ekspresyjny utwór na albumie, z agresywnymi solówkami saksofonów i energetyczną grą sekcji rytmicznej (szczególnie Moffetta podczas jego solówki).

"Firebirds" sprostał wymaganiom, które można było wobec niego mieć po poprzednim wspólnym dziele Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa, "The Cry!" z 1963 roku. A nawet wydaje się nieco bardziej dojrzały i przemyślany od swojego poprzednika. Na dobre wyszła większa swoboda poszczególnych kompozycji, których jest mniej, ale za to z każdej wyciągnięto jak najwięcej. Doskonałym pomysłem było wzbogacenie brzmienia o rożek angielski i wibrafon. To wszystko jednak, w moim przekonaniu, stawia "Firebirds" tylko nieznacznie wyżej od - bardzo dobrego przecież - "The Cry!". I dlatego wystawiam taką samą ocenę, jednocześnie mocno rekomendując oba albumy wszystkim wielbicielom ambitnego jazzu.

Ocena: 8/10



Prince Lasha & Sonny Simmons - "Firebirds" (1968)

1. The Island Song; 2. Psalm of Solomon; 3. Prelude to Bird; 4. The Loved Ones; 5. Firebirds

Skład: Prince Lasha - saksofon altowy, klarnet altowy, flet; Sonny Simmons - saksofon altowy, rożek angielski; Bobby Hutcherson - wibrafon; Buster Williams - kontrabas; Charles Moffett - perkusja
Producent: Lester Koenig


18 października 2019

[Recenzja] Planet Gong - "Live Floating Anarchy 1977" (1978)



Pod koniec lat 70. na muzycznej scenie zaroiło się od zespołów kontynuujących dziedzictwo grupy Gong. Wystarczy tylko popatrzyć na ich nazwy: Pierre Moerlen's Gong, Planet Gong, Mother Gong, New York Gong. We wszystkich z nich występowali muzycy oryginalnego zespołu. Często jednak proponowali zupełnie inną muzykę. Inaczej sprawa ma się jednak z Planet Gong. Co nie powinno dziwić, bowiem jego inicjatorami byli współzałożyciele pierwotnej grupy - Daevid Allen i Gilli Smyth. Składu dopełnili członkowie brytyjskiej grupy spacerockowej Here & Now (wówczas istniejącej już kilka lat, ale jeszcze nie mającej na koncie żadnego albumu). Planet Gong okazał się efemerydą. Zespół zagrał ledwie kilka koncertów we Francji i Wielkiej Brytanii. Występy były darmowe, ale wśród publiczności zbierano datki na benzynę i inne potrzeby muzyków. Koncert z 6 listopada 1977 roku we francuskim Toulouse został zarejestrowany, a jego fragmenty (wyłącznie wcześniej niewydane kompozycje) opublikowano na albumie "Live Floating Anarchy 1977". Na wydawnictwie znalazło się też jedyne studyjne nagranie tego składu, "Opium for the People" (wydane także na singlu, wraz z utworem "Poet for Sale", pochodzącym z solowego albumu Allena z 1977 roku, "Now is the Happiest Time of Your Life" - niezbyt udanego, choć ten akurat utwór może sugerować coś zupełnie innego).

Zawartość "Live Floating Anarchy 1977" stanowi bezpośrednią kontynuację tego, co Allen i Smyth robili w Gong. Są tu charakterystyczne wokale, gitarowe glissanda, kosmiczne klawisze i mnóstwo humoru, co natychmiast wywołuje skojarzenia z twórczością tamtego zespołu od debiutanckiego "Magick Brother" do ostatniej części trylogii "Radio Gnome Invisible", czyli albumu "You". Nie jest to jednak tylko sentymentalna podróż w czasie o kilka lat wstecz. Allen (kompozytor całego materiału) i jego towarzysze nie pozostali obojętni na zmiany, jakie w tamtym czasie zaszły w muzyce rockowej. W rezultacie, można tu usłyszeć także wyraźnie wpływy punk rocka. Singlowy "Opium for the People" to niemalże stricte punkowy kawałek - energetyczna, prosta piosenka z odpowiednio stylizowanym śpiewem Allena, ale także z żeńskimi głosami i syczącymi dźwiękami syntezatora. Elementy punkowe pojawiają się też w nagraniach koncertowych, szczególnie w energetycznych, dość krótkich "Floating Anarchy" i "Stoned Innocent Frankenstein". Ale nieco więcej tu już typowo gongowych elementów. Te ostatnie całkowicie dominują natomiast w pełniącym rolę wstępu "Psychological Overture", a także w najbardziej rozbudowanych, kilkunastominutowych "New Age Transformation Try: No More Sages" i "Allez Ali Baba Black Sheep Have You Any Bullshit: Mama Maya Mantram". Te dwa ostatnie to zwariowane psychodeliczne jamy, które spokojnie mogłyby trafić na którąś z części "Radio Gnome Invisible" i wcale nie odstawałyby tam poziomem (choć do tych najlepszych kawałków, jak "Master Builder" czy "Isle of Everywhere", trochę jednak brakuje, przynajmniej pierwszemu z nich).

 "Live Floating Anarchy 1977" to naprawdę świetna kontynuacja allenowskiego Gongu. Dodanie elementów punkowych zadziałało tu naprawdę dobrze i stanowi ciekawe urozmaicenie albumu. Choć największe wrażenie robią tu jednak nagrania utrzymane w klasycznym stylu, znanym z "Camembert Electrique" i "Radio Gnome Invisible". Dla wielbicieli Gong jest to zatem pozycja obowiązkowa. Słuchacze punk rocka, ci nie wychodzący poza swoją niszę, raczej nie znajdą tu wiele dla siebie. 

Ocena: 8/10



Planet Gong - "Live Floating Anarchy 1977" (1978)

1. Psychological Overture; 2. Floating Anarchy; 3. Stoned Innocent Frankenstein; 4. New Age Transformation Try: No More Sages; 5. Opium for the People; 6. Allez Ali Baba Black Sheep Have You Any Bullshit: Mama Maya Mantram

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Stephan Lewry - gitara, dodatkowy wokal; Keith Bailey - bass; Frank Honest - perkusja; Gavin Allardyce - syntezator; Anni Wombat, Suze Da Blooz - dodatkowy wokal
Producent: - 


16 października 2019

[Recenzja] Cecil Taylor - "Silent Tongues" (1975)



W latach 70., po rozwiązaniu grupy Unit, Cecil Taylor skupił się na występach solowych. W bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu - bez żadnych dodatkowych instrumentalistów, jedynie z towarzyszeniem pianina marki Bösendorfer. Okres ten podsumowuje kilka albumów, z których powszechnie najbardziej cenionym jest "Silent Tongues". To zapis występu z 2 lipca 1974 roku na szwajcarskim Montreux Jazz Festival. Na 50-minutowy album składa się tytułowa, pięcioczęściowa kompozycja Taylora, a także zagrane na bis jej fragmenty.

W tym samym roku ukazał się także bodajże najsłynniejszy album na fortepian solo, "The Köln Concert" Keitha Jarretta. Dzieło Taylora znacząco różni się od tamtego wydawnictwa. Podczas gdy Jarrett czerpał głównie z jazzowego mainstreamu, nawiązując też do muzyki klasycznej, Taylor nagrał album o zdecydowanie freejazzowym charakterze, z silnymi wpływami poważnej, współczesnej awangardy. "Silent Tongues" to swego rodzaju fortepianowy odpowiednik "For Alto" Anthony'ego Braxtona. Tylko jeden instrument, ale niezliczona ilość technik gry i ogromna kreatywność czynią ten materiał niezwykle interesującym i nie pozwalają na odrobinę nudy. Pianista doprowadza tu do perfekcji swój styl, polegający na niezwykle potężnej i intensywnej, perkusyjnej grze, nierzadko w zawrotnym tempie, pełnej dysonansów i atonalnych dźwięków, pomiędzy którymi zdarzają się jednak bardziej liryczne momenty. Tutaj Taylor wspina się na wyżyny solowej improwizacji. Wielu krytyków muzycznych uważa, że właśnie tutaj instrumentalista osiągnął swoje twórcze apogeum.

Osobiście preferuję jednak Cecila Taylora grającego z zespołem, przede wszystkim z okresu współpracy z Blue Note ("Unit Structures", "Conquistador"). Jednak to kameralne oblicze jego twórczości również zasługuje na podziw, nawet większy, gdyż niewielu potrafiłoby grac przez prawie godzinę z tak niesamowitą energią i w tak kreatywny sposób, by używając tylko jednego instrumentu zaprezentować tak wiele.

Ocena: 8/10



Cecil Taylor - "Silent Tongues: Live at Montreux '74" (1975)

1. Abyss (First Movement) / Petals & Filaments (Second Movement) / Jitney (Third Movement); 2. Crossing (Fourth Movement) Part One; 3. Crossing (Fourth Movement) Part Two; 4. After All (Fifth Movement); 5. Jitney No. 2; 6. After All No. 2

Skład: Cecil Taylor - pianino
Producent: Alan Bates i Michael Cuscuna


14 października 2019

[Recenzja] Hoenig / Göttsching - "Early Water" (1995)



Współpraca Manuela Göttschinga (Ash Ra Tempel) i Michaela Hoeniga (Agitation Free, Tangerine Dream) mogła być w latach 70. sporym wydarzeniem na krautrockowej i elektronicznej scenie. Niestety, o tym, że w ogóle do niej doszło, mało kto wówczas wiedział. Sam pomysł pojawił się wkrótce po nagraniu przez Göttschinga albumu "New Age of Earth". Muzyk otrzymał propozycję zagrania trasy po Francji. Ponieważ potrzebował dodatkowego instrumentalisty, który pomógłby mu w obsłudze wszystkich elektronicznych urządzeń, zaprosił do współpracy Hoeniga. Jesienią 1976 roku instrumentaliści przez blisko trzy tygodnie przygotowywali się do występów, by dosłownie w przeddzień wyjazdu otrzymać wiadomość, że trasa została odwołana. O całym przedsięwzięciu szybko zapomniano, jednak po prawie dwóch dekadach Göttsching odnalazł taśmę zarejestrowaną podczas ostatniego dnia prób. Przekazał ją Hoenigowi, który zajął się odrestaurowaniem nagrań. Wkrótce potem materiał został opublikowany pod tytułem "Early Water".

Trwający niemal pięćdziesiąt minut longplay w całości składa się z jednego utworu. Klimat przywodzi na myśl "Departure from the Northern Wasteland" Hoeniga lub wspomniany "New Age of Earth", gdzieś tam pobrzmiewają też echa Tangerine Dream czy twórczości Klausa Schulze'a (co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę liczne powiązania na berlińskiej scenie muzyki elektronicznej), ale nagranie stanowi przede wszystkim zapowiedź słynnego "E2-E4" Göttschinga, nagranego pięć lat później. Podobnie jak tam, całość oparta jest na ostinatowej sekwencji elektronicznych brzmień, nawiązując do nurtu minimalizmu (reprezentowanego m.in. przez Terry'ego Rileya i Steve'a Reicha). Repetycje wprowadzają w hipnotyzujący nastrój, ale nie można tu mówić o monotonii. Fakturę wzbogacają różne dodatkowe partie instrumentów klawiszowych (syntezatorów i organów), a zwłaszcza gitarowe solówki Göttschinga. Jego subtelna, finezyjna gra doskonale wtapia się w elektroniczne brzmienia i klimat albumu. Właśnie ten medytacyjno-relaksacyjny nastrój odróżnia "Early Water" od tanecznego "E2-E4", który przecież świetnie sprawdził się na klubowych parkietach.

Szkoda, że materiał ten nie ukazał się zaraz po nagraniu, bo dziś bez wątpienia należałby do ścisłego kanonu progresywnej elektroniki. Przez spóźnioną premierę jest tylko archiwalną ciekawostką. Co jednak nie czyni zawartej tu muzyki mniej interesującą, a jedynie mniej znaną. Dla wielbicieli takiej stylistyki jest to rzecz obowiązkowa. Wszystkich pozostałych też zachęcam do odsłuchu - być może "Early Water" pomoże w poszerzeniu muzycznych horyzontów. 

Ocena: 8/10



Hoenig / Göttsching - "Early Water" (1995)

1. Early Water

Skład: Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Manuel Göttsching - instr. klawiszowe, gitara, efekty
Producent: Michael Hoenig i Manuel Göttsching


12 października 2019

[Recenzja] Miroslav Vitouš - "Infinite Search" (1970)



Miroslav Vitouš to jeden z najsłynniejszych jazzowych basistów, najbardziej znany z pierwszej inkarnacji grupy Weather Report. Urodził się w Pradze, w 1947 roku. Już w wieku sześciu lat uczył się gry na skrzypcach, jednak z czasem zdecydował się na kontrabas. Mając kilkanaście lat grywał w amatorskich kapelach jazzowych, z których warto wspomnieć o Junior Trio, w którym rolę pianisty pełnił późniejszy członek Mahavishnu Orchestra, Jan Hammer (składu dopełniał brat Miroslava, Alan Vitouš na perkusji). Studiował muzykę w praskim konserwatorium, a po wygraniu konkursu w Wiedniu (w którego jury zasiadał sam Julian "Cannonball" Adderley) uzyskał stypendium na bostońskim Berklee College of Music. Na uczelni nie zagrzał jednak długo miejsca, rozczarowany faktem, że może się tam uczyć jedynie podstaw, które już dawno opanował.

Po wyjeździe do Stanów, Vitouš szybko zwrócił na siebie uwagę środowiska jazzowego. W 1967 roku występował z trębaczem Clarkiem Terrym. To właśnie wtedy zainteresował się nim Miles Davis. Gdy jakiś czas potem słynny muzyk potrzebował chwilowego zastępcy dla Rona Cartera, zwrócił się właśnie do Vitouša. Współpraca trwała około tygodnia. W kolejnych miesiącach czeski basista brał udział w sesjach m.in. Chicka Corei ("Now He Sings, Now He Sobs", marzec 1968), Wayne'a Shortera ("Super Nova", sierpień i wrzesień 1969) oraz Joego Zawinula ("Zawinul", sierpień-październik 1970), zanim wspólnie z ostatnią dwójką założył Weather Report. W międzyczasie otrzymał propozycję dołączenia na stałe do zespołu Milesa, z którym właśnie rozstał się Dave Holland. Szybko jednak stało się jasne, że Davis i Vitouš mają zupełnie inną koncepcję wykorzystania basu. Trębacz szukał basisty, który grałby ostinatowe, hipnotyzujące motywy podszyte funkowym pulsem (znalazł go w osobie Michaela Hendersona). Tymczasem Vitouš uważał takie podejście za niewolnicze i zbyt konwencjonalne; sam dążył do tego, by uczynić kontrabas (lub gitarę basową) instrumentem wiodącym, wchodzącym w dialog z innymi solistami, całkowicie wyemancypowanym z sekcji rytmicznej.

Takie właśnie podejście doskonale słychać na debiutanckim albumie Czecha, zarejestrowanym 8 października 1969 roku "Infinite Search" (niektóre reedycje noszą tytuł "Mountain in the Clouds" lub "The Bass"). O tym, jak wielkim uznaniem Vitouš cieszył się na jazzowej scenie, świadczą nazwiska muzyków, którzy wzięli udział w tej sesji: Joe Henderson, John McLaughlin, Herbie Hancock, Jack DeJohnette i Joe Chambers. Co ciekawe, wszyscy mieli na koncie mniej lub bardziej owocną współpracę z Milesem Davisem. McLaughlin i DeJohnette niespełna dwa miesiące wcześniej wzięli udział w nagraniu "Bitches Brew", a pół roku wcześniej Hancock i McLaughlin przyczynili się do powstania "In a Silent Way". Nie przypadkiem o tym wspominam, bowiem "Infinite Search" wyraźnie nawiązuje do davisowskich eksperymentów z elektrycznym brzmieniem. Przy czym bliżej mu jednak do "In a Silent Way", ze względu na mały skład i podobne brzmienie - z jednej strony zanurzone w subtelnych dźwiękach elektrycznego pianina, a z drugiej kontrastowane ostrymi partiami elektrycznej gitary. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Nie ma tu w ogóle trąbki, a Henderson gra wyłącznie na saksofonie tenorowym, w przeciwieństwie do Shortera używającego łagodniejszego sopranu. Z kolei gra DeJohnetta lub (w jednym utworze) Chambersa jest zdecydowanie bardziej jazzowa od inspirowanych rockiem, uproszczonych partii Tony'ego Williamsa. Natomiast kontrabas lidera jest znacznie bardziej wysunięty do przodu i pełni zupełnie inną rolę - solową, nie rytmiczną.

Na repertuar oryginalnego wydania winylowego składa się sześć utworów, z których pięć to autorskie kompozycje Vitouš. Wyjątek stanowi otwierający całość "Freedom Jazz Dance" - kompozycja Eddiego Harrisa, najbardziej chyba jednak znana z wykonania Milesa Davisa (z zarejestrowanego pod koniec 1966 roku "Miles Smiles"). Obok równie rozbudowanego - oba trwają po jedenaście minut - "I Will Tell Him on You", jest to najbardziej porywający fragment albumu. Oba utwory są bardzo ekspresyjne, z rozszalałymi partiami basu, przeplatającymi się z agresywnymi dźwiękami gitary i saksofonu oraz odpowiednio mocną, jednak wyrafinowaną grą DeJohnette'a, ale też z nieco łagodzącymi brzmienie dźwiękami pianina. Wspaniała jest tu współpraca instrumentalistów, którzy doskonale odnajdują się w takiej zespołowej improwizacji. Sporo ekspresji ma także miniatura "Mountain in the Clouds", zagrana przez Vitouša, McLaughlina i DeJohnette'a w trio. Pozostałe utwory - "When Face Gets Pale", "Infinite Search" i "Epilogue" - to już granie o zdecydowanie subtelniejszym nastroju, utrzymane w wolniejszym tempie, ale na swój sposób intensywne, z tak samo swobodnymi, pięknie się uzupełniającymi partiami instrumentalistów.

Miroslav Vitouš do dziś jest aktywnym muzykiem, ale już nigdy nie wydał pod własnym nazwiskiem równie dobrego albumu, jak autorski debiut (albumy z Weather Report to inna kwestia). "Infinite Search" to pozycja z absolutnego kanonu elektrycznego jazzu, której nie powinien zignorować żaden wielbiciel takiej stylistyki.

Ocena: 8/10



Miroslav Vitouš - "Infinite Search" (1970)

1. Freedom Jazz Dance; 2. Mountain in the Clouds; 3. When Face Gets Pale; 4. Infinite Search; 5. I Will Tell Him on You; 6. Epilogue

Skład: Miroslav Vitouš - kontrabas; Joe Henderson - saksofon tenorowy; John McLaughlin - gitara; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Jack DeJohnette - perkusja (1-5); Joe Chambers - perkusja (6)
Producent: Herbie Mann

Po prawej: okładka "Mountain in the Clouds". Tytuł ten noszą wszystkie wznowienia "Infinite Search" wydane w latach 70. przez Atlantic Records (aczkolwiek wydanie z 1977 roku zawiera jeszcze inną okładkę). Niemieckie wydanie z 1972 i brytyjskie z 2016 roku noszą tytuł "The Bass" i również posiadają własną okładkę. Na pozostałych reedycjach przywrócono oryginalny tytuł i okładkę, znane z pierwszego wydania wytwórni Embryo.


10 października 2019

[Recenzja] Ginger Baker's Air Force - "Ginger Baker's Air Force" (1970)



Zmarły przed kilkoma dniami Peter Edward Baker, lepiej znany jako Ginger Baker, był jednym z najwybitniejszych brytyjskich perkusistów. Karierę muzyczną zaczynał w latach 50., grając w różnych jazzowych składach. W 1963 roku zasilił skład jazzowo-rhythm'n'bluesowego The Graham Bond Organisation, w którym występował m.in. u boku Johna McLaughlina, Jacka Bruce'a i Dicka Heckstall-Smitha. Prawdziwą sławę przyniosła mu jednak współpraca z Bruce'em i Erikiem Claptonem pod szyldem Cream. Trio zrewolucjonizowało muzykę rockową, wprowadzając do niej jazzowe improwizacje i cięższe brzmienie. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyła się kolejna krótko istniejąca supergrupa, Blind Faith, tworzona przez Bakera, Claptona oraz Steve'a Winwooda i Rica Grecha. W późniejszych latach Ginger nie odnosił już tak wielkich sukcesów komercyjnych, choć wciąż był aktywnym muzykiem. Współpracował m.in. z nigeryjskim mistrzem afrobeatu Felą Kutim, z Paulem McCartneyem i jego Wings, ale też ze space-rockowym Hawkwind czy post-punkowym Public Image Ltd. Współtworzył także kilka kolejnych efemerycznych supergrup, jak chociażby Ginger Baker's Air Force, z którą dał wyraz swojej fascynacji muzyką afrykańską, nie zapominając o jazzowo-bluesowo-rockowych doświadczeniach.

Air Force istniał przez około rok i pozostawił po sobie dwa albumy, oba nagrane i wydane w 1970 roku: dwupłytowy, zarejestrowany na żywo eponimiczny debiut, a także jednopłytowy, studyjny "Ginger Baker's Air Force 2". Ciekawszy jest ten pierwszy. Chociażby ze względu na skład, w którym nie zabrakło znanych nazwisk. 15 stycznia 1970 na scenę Royal Albert Hall weszli Graham Bond, Denny Laine z Wings, Steve Winwood i Chris Wood z Traffic, późniejszy członek tej grupy Ric Grech, jazzmani Harold McNair i Phil Seamen, nigeryjski perkusista Remi Kabaka, a także dodatkowa wokalistka Jeanette Jacobs oraz, oczywiście, sam Baker. Dziesięcioosobowy skład zaproponował muzykę mającą dość spontaniczny, improwizowany charakter, utrzymaną na pograniczu rocka, bluesa i jazzu z silnymi wpływami muzyki afrykańskiej.

Ginger Baker (19.8.1939 - 6.10.2019)

Zaczyna się od energetycznej kompozycji McNaira "Da Da Man", w której wszystkie wymienione wyżej inspiracje łączą się w mniej więcej równych proporcjach. Zwracają uwagę długie solówki Winwooda na elektrycznych organach, Laine'a na gitarze i Bonda na saksofonie altowym, a także świetna współpraca trzech perkusistów (Baker, Seamen, Kabaka), co świetnie urozmaica warstwę rytmiczną. Dwa dodatkowe saksofony (McNair i Wood) oraz potężny bas Grecha dopełniają całości. Nie mniej udanie wypada rozbudowana interpretacja tradycyjnego bluesa "Early in the Morning", z wokalnym duetem Bakera i Laine'a oraz długim fragmentem instrumentalnym, podczas którego nie brakuje niezłych solówek, czasem granych niezależnie od siebie przez kilku muzyków na raz. Szczególnie partie fletu są tu miłym dodatkiem. Mniej przekonująco wypada natomiast kompozycja Bakera i Winwooda "Don't Care". Piosenkowa część - z wyrazistym tematem saksofonu, chwytliwą partią wokalną Winwooda i Jacobs oraz organową solówką - wypada całkiem przyjemnie. Z czasem jednak utwór przeradza się w spontaniczną improwizację, a muzykom tym razem trochę zabrakło pomysłów, by ciekawie ją wypełnić, zaś powracający wciąż motyw przewodni zaczyna w końcu coraz bardziej irytować. Pierwszą płytę kończy jednak ciekawa wersja creamowego "Toad", z bogatszym brzmieniem części zespołowej i solówkami na trzy perkusje.

"Aiko Biaye", podpisany przez Kabakę i Teddy'ego Osei, to nagranie, w którym najmocniej uwydatniają się wpływy afrykańskie, zarówno w warstwie wokalnej (tym razem za śpiew odpowiadają głównie Bond i Jacobs), jak i instrumentalnej, zdominowanej przez polirytmiczne perkusjonalia, jazzowe saksofony i taneczny bas. Fantastycznie wypada długa improwizacja grana przez większość składu w pierwszej połowie. Nieco przydługi jest natomiast kolejny popis perkusistów z drugiej połowy, który ma fajny klimat, ale za mało się w nim dzieje, więc z czasem zaczyna nużyć. Dla odmiany, bardzo zwartym nagraniem jest kolejny na płycie "Man of Constant Sorrow" - interpretacja tradycyjnej amerykańskiej pieśni folkowej, śpiewanej przez Laine'a z akompaniamentem głównie gitary i skrzypiec (w wykonaniu Grecha). Ta nieco dylanowska ballada jest kompletnie wyrwana z kontekstu, w ogóle nie pasuje do reszty albumu. I choć wypada przyjemnie, to tylko szkodzi całości. Na właściwe tory wracamy w "Do What You Like", kompozycji Bakera znanej już z jedynego, eponimicznego albumu Blind Faith. Tutejsza wersja - również z długim popisem perkusyjnym, a dodatkowo wzbogacona o sekcję dętą - wypada porównywalnie dobrze. To przede wszystkim popis Winwooda jako wokalisty i klawiszowca. Finałowy instrumental "Doin' It", autorstwa Gingera i Grecha, zwraca uwagę niemal freejazzowymi popisami sekcji dętej, ale ogólnie jest to najmniej wyrazisty fragment całości.

"Ginger Baker's Air Force" to bardzo nierówny longplay, pełen świetnych momentów, ale niepozbawiony wyraźnie słabszych lub po prostu niepasujących fragmentów. Skrócenie całości do jednej płyty winylowej wyszłoby na dobre. Przeszkadzać może duża ilość długich popisów perkusyjnych - fakt, lepszych od stricte rockowych solówek perkusyjnych, ale jest ich tu po prostu zbyt wiele. Nie zawsze na dobre wyszło wykorzystanie rozbudowanego składu - czasem partie poszczególnych instrumentów zbijają się w niezbyt przyjemną ścianę dźwięku, brakuje przestrzeni, muzycy zdają się za bardzo wchodzić sobie nawzajem w drogę. Zapewne udałoby się tego uniknąć, gdyby Baker zatrudnił samych jazzmanów - większość składu stanowią jednak muzycy rockowi, którzy nie zawsze się odnajdują w takim improwizowanym graniu. Ale pomimo tych wszystkich mankamentów, na pewno warto posłuchać tego materiału i samemu ocenić.

Ocena: 7/10



Ginger Baker's Air Force - "Ginger Baker's Air Force" (1970)

LP1: 1. Da Da Man; 2. Early in the Morning; 3. Don't Care; 4. Toad
LP2: 1. Aiko Biaye; 2. Man of Constant Sorrow; 3. Do What You Like; 4. Doin' It

Skład: Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (1:2); Denny Laine - gitara, wokal (1:2, 2:2); Steve Winwood - organy, wokal (1:3, 2:3), bass (2:2); Graham Bond - saksofon altowy, organy, wokal (2:1); Chris Wood - saksofon tenorowy, flet; Harold McNair - saksofon altowy, saksofon tenorowy, flet altowy; Ric Grech - bass, skrzypce (2:2); Remi Kabaka - perkusja i instr. perkusyjne; Phil Seamen - perkusja i instr. perkusyjne; Jeanette Jacobs - dodatkowy wokal
Producent: Ginger Baker i Jimmy Miller


9 października 2019

[Recenzja] Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)



Przełom lat 1963/64 był niezwykle pracowity dla Andrew Hilla. W ciągu pół roku pianista nagrał cztery autorskie albumy dla Blue Note: "Black Fire", "Smoke Stack" (choć nagrany jako drugi, wydany jako ostatni, dopiero w 1966 roku), "Judgment!" oraz "Point of Departure". I na każdym z nich udało mu się utrzymać bardzo wysoki poziom. Był w końcu niezwykle utalentowanym kompozytorem (samodzielnie skomponował cały materiał na wspomniane albumy) i instrumentalistą, w dodatku zawsze dobierającym sobie współpracowników z najwyższej półki. W przypadku albumu "Point of Departure" - zarejestrowanego 21 marca 1964 roku w Van Gelder Studio - byli to: Eric Dolphy, Joe Henderson, Kenny Dorham, Richard Davis i Tony Williams. Te nazwiska mówią same za siebie. Warto natomiast zauważyć, że Hill po raz pierwszy skorzystał z tak rozbudowanego składu. Do tamtej pory preferował granie w kwartecie, z basistą, perkusistą i - w zależności od albumu - saksofonistą ("Black Fire"), wibrafonistą ("Judgment!") lub drugim basistą ("Smoke Stack"). Tym razem postanowił jednak wykorzystać rozbudowaną sekcję dętą, składającą się z trzech muzyków, ale grających na pięciu różnych instrumentach.

Brzmienie "Point od Departure" jest zatem bardzo bogate. Szczególnie słychać to na przykładzie "Spectrum", w którym - zgodnie z tytułem - zaprezentowano całe spektrum instrumentalne. Dolphy zagrał tutaj na trzech różnych instrumentach (saksofonie altowym, klarnecie basowym i flecie), Henderson na dwóch (saksofonie tenorowym i flecie), do tego dochodzi jeszcze trąbka, pianino, kontrabas i bębny. Przy całym tym bogactwie udało się uniknąć chaosu. Wszystko zdaje się tu być dokładnie przemyślane i rozplanowane. A przy tym wciąż jest to muzyka niepozbawiona jazzowej spontaniczności i swobody. Poszczególne utwory są przeważnie wystarczająco długie (tylko "Flight 19" nie przekracza pięciu minut, zaś najdłuższy "Refuge" trwa ponad dwanaście), by każdy instrumentalista mógł pokazać swoje umiejętności. Oczywiście, poza solowymi popisami jest tu też wzorowa współpraca czy to całego zespołu, czy poszczególnych muzyków w różnych duetach, triach, itd. Może nie ma między nimi aż tak telepatycznej więzi, jak między Hillem, Davisem i Royem Hayensem na "Black Fire" - bo i chyba w tak dużym składzie nie byłoby to możliwe - jednak wszyscy doskonale się tutaj porozumiewają. Szczególnie porywające pod tym względem są dwa najdłuższe nagrania, czyli wspomniane już "Refuge" i "Spectrum", choć pozostałe nie zostają daleko w tyle.

"Point of Departure" uznawany jest często za największe osiągnięcie Andrew Hilla. Nie do końca się z tym zgadzam, bo zarówno wcześniejsze "Black Fire" i "Judgment!", jak i późniejszy "Compulsion", to także wspaniałe wydawnictwa. Nie mam natomiast wątpliwości, że "Point of Departure" to fantastyczny album, należący do ścisłego kanonu post-bopu. Hill, Dolphy, Henderson, Dorham, Davis i Williams są tutaj w szczytowej formie (ten pierwszy także kompozytorskiej), a mowa tu przecież o jednych z najwybitniejszych przedstawicieli nowoczesnego jazzu.

Ocena: 8/10



Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)

1. Refuge; 2. New Monastery; 3. Spectrum; 4. Flight 19; 5. Dedication

Skład: Andrew Hill - pianino; Eric Dolphy - saksofon altowy (1-3), klarnet basowy (3-5), flet (3); Joe Henderson - saksofon tenorowy, flet (3); Kenny Dorham - trąbka; Richard Davis - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion