9 lipca 2020

[Recenzja] Dexter Gordon - "Go" (1962)



Dexter Gordon to chyba jedyny jazzman nominowany do Oscara nie za muzykę, ale za występ aktorski. W 1986 roku, u schyłku swojej kariery, saksofonista zagrał główną rolę w filmie "Round Midnight" Bertranda Taverniera (tym samym, za który wspomnianą nagrodę, ale za ścieżkę dźwiękową, zgarnął Herbie Hancock). Gordon wcielił się w postać jazzmana mieszkającego w Paryżu i zmagającego się z uzależnieniem od alkoholu. Historia jest ponoć luźno oparta na życiorysach Buda Powella i Lestera Younga, ale zdaje się nawiązywać też do życia samego Gordona, który też przez wiele lat żył w Europie. Na podobny krok zdecydowało się wielu czarnoskórych jazzmanów, mających dość rasizmu i lekceważącego stosunku do ich muzyki, z czym notorycznie spotykali się w swojej ojczyźnie. Gordon miał też problem z używkami. W latach 50. popadł w heroinowy nałóg. W tamtych czasach nie było to dobrze widziane przez amerykański przemysł muzyczny i gdyby wyszło na jaw, zrujnowałoby jego karierę.

Trwająca blisko pięćdziesiąt lat kariera saksofonisty była jednak niemalże nieprzerwanym pasmem sukcesów. Doświadczenie i rozpoznawalność przyniosły mu występy w orkiestrach Billy'ego Eckstine'a i Louisa Armstronga na początku lat 40. Wkrótce zaczął też działać na własny rachunek. Najbardziej cenione - co raczej nie powinno być zaskoczeniem - są jego albumy dla Blue Note, nagrane w pierwszej połowie lat 60., tuż po wyjściu z nałogu. Okres ten rozpoczyna tyleż banalnie, co chwytliwie zatytułowany "Go", czyli efekt sesji z 27 sierpnia 1962 roku w Van Gelder Studio. W nagraniach saksofonistę wsparli pianista Sonny Clark, basista Butch Warren i perkusista Billy Higgins. Dla Clarka była to jedna z ostatnich sesji. Zmarł w styczniu następnego roku, mając zaledwie trzydzieści jeden lat. Oficjalną przyczyną zgonu był zawał serca, ale wiadomo o problemach muzyka z heroiną.

Pomimo obecności Higginsa, najbardziej znanego ze współpracy z Ornette'em Colemanem - m.in. na wywrotowych albumach "The Shape of Jazz to Come" i "Free Jazz" - muzyka zawarta na "Go" to bardzo tradycyjny hard bop, niewykazujący żadnych ciągot w stronę awangardy. To zresztą charakterystyczne dla całej twórczości Gordona, który nie był typem innowatora. Pomimo tego, wypracował sobie idiomatyczny styl gry na saksofonie tenorowym. Jego partie z jednej strony sprawiają wrażenie luzackich, granych jakby obok melodii czy rytmu utworu, a jednocześnie bardzo starannych. Takie też właśnie podejście słychać na "Go". Począwszy od jedynej autorskiej kompozycji, "Cheese Cake", przez całą serię jazzowych i popowych standardów (w tym "Love for Sale" Cole'a Portera), zakończoną interpretacją walca "Three O'Clock in the Morning" Juliána Robledo, utrzymuje się tutaj bardzo wyluzowany klimat, przywołujący na myśl jazzowe knajpy sprzed ponad półwiecza. Jednocześnie zwraca uwagę bardzo duża precyzja instrumentalistów i ich doskonałe zgranie. Na pierwszym planie niemal niepodzielnie panuje saksofon lidera, podczas gdy sekcja rytmiczna konsekwentnie trzyma się w tyle, co jednak w takiej konwencji zupełnie nie przeszkadza.

"Go" to album, który już w chwili wydania pod pewnymi względami brzmiał staroświecko. Jednak równie dobrze mógłby być nagrany współcześnie, gdyż ten tradycyjny charakter jest tutaj celowym, w pełni świadomym wyborem. A cały kwartet, włącznie z perkusistą kojarzonym raczej z awangardowym graniem, doskonale odnajduje się w takiej stylistyce. Jeśli ktoś ma ochotę na jazz w czystym wydaniu, bez wielkich artystycznych ambicji, ale zagrany na wysokim poziomie, "Go" Dextera Gordona to doskonały wybór.

Ocena: 8/10



Dexter Gordon - "Go" (1962)

1. Cheese Cake; 2. I Guess I'll Hang My Tears Out to Dry; 3. Second Balcony Jump; 4. Love for Sale; 5. Where Are You?; 6. Three O'Clock in the Morning

Skład: Dexter Gordon - saksofon tenorowy; Sonny Clark - pianino; Butch Warren - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


7 lipca 2020

[Recenzja] Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974) + "Roxy by Proxy" (2014)



Albumy "Over-Nite Sensation" i "Apostrophe (')" były najlepiej sprzedającymi się wydawnictwami Franka Zappy, jakie ukazały się do tamtej pory. Był to efekt pewnych kompromisów artystycznych, zwrócenia się w stronę bardziej konwencjonalnego rocka. Tym samym nie w pełni wykorzystany został olbrzymi potencjał, tkwiący w ówczesnym składzie The Mothers. Nieco inaczej zespół prezentował się podczas występów. Można się o tym przekonać słuchając dwupłytowego, w wersji winylowej, "Roxy & Elsewhere". Trafił tu materiał zarejestrowany podczas różnych koncertów, przede wszystkim w trakcie kilkudniowej serii występów w hollywoodzkim Roxy Theater (8-10 grudnia 1973 roku), a także na pensylwańskim Edinboro State College oraz w chicagowskim Auditorium Theatre (odpowiednio 8 i 11 maja 1974 roku). Poszczególne nagrania czasem są miksem kilku wykonań, ponadto dokonano pewnych poprawek i dogrywek w studiu. Repertuar składa się z utworów wcześniej nie wydanych na żadnej płycie.

Można śmiało powiedzieć, że zespół w tych nagraniach znalazł złoty środek pomiędzy bardziej przystępną muzyką ze wspomnianych na wstępie płyt oraz ambitną fuzją rocka i jazzu znaną z takich dzieł, jak "Hot Rats" i "The Grand Wazoo". Dużo tutaj tego charakterystycznego zappowskiego humoru, szczególnie w pierwszych czterech, quasi-piosenkowych kawałkach oraz w najbardziej frywolnym "Cheepnis". Zdarzają się też trochę bardziej konwencjonalne momenty, jak "Son of Orange County" i "More Trouble Every Day". Choć trzeba dodać, że nawet w tych fragmentach instrumentaliści mają szansę zaprezentować swoje umiejętności w większym stopniu niż w znacznej części ówczesnych nagrań studyjnych. Najbardziej jednak cieszą mnie te nagrania, w których muzyków ogranicza jedynie wyobraźnia, a nie obecność partii wokalnych. Jak niespełna czterominutowy, ale bardzo treściwy i intensywny "Echidna's Arf (of You)" czy bardziej już rozbudowany "Don't You Ever Wash That Thing?", oba pełne rytmicznych łamańców oraz porywających solówek. Zresztą perkusyjny duet z tego drugiego nagrania tak bardzo spodobał się Philowi Collinsowi, że zaprosił Chestera Thompsona do koncertowego składu Genesis. Fantastyczne są też fragmenty najbardziej jazzowego, najdłuższego, ale w dużej części przegadanego "Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)". Te liczne gadki Zappy, pojawiające się w trakcie utworów lub pomiędzy nimi, są kompletnie niepotrzebnym dodatkiem, który obniża moją ocenę tej koncertówki o co najmniej jeden punkt dziesięciostopniowej skali.

Równie ciekawie prezentuje się wydany dokładnie czterdzieści lat później "Roxy by Proxy". Na jednej płycie kompaktowej znalazły się utwory wybrane z dwóch występów w Roxy Theater, z 9 i 10 grudnia. W tym też wykonania powtarzające się z "Roxy & Elsewhere" - tym razem jednak cały materiał ma tutaj dokładnie taki sam kształt, jak podczas koncertów, nie dokonano żadnych dogrywek ani przeróbek. W repertuarze nie brakuje utworów wydanych też w studyjnych wersjach, w tym niesamowicie porywających wykonań "Inca Roads", połączonych tu "Dog Breath Variations" i "Uncle Meat", "RDNZL", a także splecionych ze sobą "King Kong", "Chunga's Revenge" i "Mr. Green Genes". Są też kolejne bardzo udane wersje "Echidna's Arf (of You)" i "Don't You Ever Wash That Thing?", jak i świetny popis Ruth Underwood, Ralpha Humphreya i Chestera Thompsona w "Cheepnis - Percussion". Warto też na pewno wyróżnić kilkunastominutową improwizację "Dupree's Paradise", w której również nie brakuje fantastycznych partii instrumentalnych. Niestety, na tej płycie także pojawiają się monologi Zappy, w tym trzy i pół minutowy "Carved in the Rock" - rzecz ewidentnie niepotrzebna. Niemniej jednak warto mieć oba wydawnictwa. A jeśli komuś wciąż mało, to jest jeszcze DVD "Roxy the Movie" z 2015 roku, zawierające filmową rejestrację fragmentów wszystkich trzech występów w Roxy Theater, w tym nagrania nie obecne ani na "Roxy & Elsewhere", ani na "Roxy & Proxy".

Ówczesny skład The Mothers był fenomenalny, choć nie wszystkie punkty jego występów były tak samo porywające, co doskonale słychać na obu koncertówkach - długimi fragmentami ocierających się o geniusz, krótkimi momentami trochę przynudzającymi, a czasem pozostawiającymi mnie całkiem obojętnym. Na pewno mogłyby być lepiej skompilowane. Wciąż jednak jest to kawał fantastycznej muzyki.

Ocena: 8/10



Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974)

LP1: 1. Penguin in Bondage; 2. Pygmy Twylyte; 3. Dummy Up; 4. Village of the Sun; 5. Echidna's Arf (of You); 6. Don't You Ever Wash That Thing?
LP2: 1. Cheepnis; 2. Son of Orange County; 3. More Trouble Every Day; 4. Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)

Zappa / Mothers - "Roxy by Proxy" (2014)

1. Carved in the Rock; 2. Inca Roads; 3. Penguin in Bondage; 4. T'Mershi Duween; 5. Dog Breath Variations / Uncle Meat; 6. RDNZL; 7. Village of the Sun; 8. Echidna's Arf (of You); 9. Don't You Ever Wash That Thing?; 10. Cheepnis - Percussion; 11. Cheepnis; 12. Dupree's Paradise; 13. King Kong / Chunga's Revenge / Mr. Green Genes

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal; Jeff Simmons - gitara, wokal; Napoleon Murphy Brock - saksofon tenorowy, flet, wokal; Walt Fowler - trąbka, trąbka basowa; Bruce Fowler - puzon; George Duke - instr. klawiszowe, wokal; Don Preston - syntezator; Tom Fowler - gitara basowa; Ralph Humphrey - perkusja; Chester Thompson - perkusja; Ruth Underwood - instr. perkusyjne; Robert Camarena, Ruben Ladron de Guevara, Linda Sims, Debbie Wilson - dodatkowy wokal (LP2:1)
Producent: Frank Zappa


5 lipca 2020

[Recenzja] David Bowie - "Hunky Dory" (1971)



Tytuł rozpoczynającego ten longplay "Changes" jest wielce wymowny. Bowie zmieniał stylistykę niczym kameleon. W ciągu pięciu lat wydał cztery płyty, z których każda utrzymana jest w innym stylu. Po staromodnym popie (eponimiczny album z 1967 roku), folku (eponimiczny album z 1969 roku) i hard rocku ("The Man Who Sold the World"), przyszła pora na kolejne bardziej popowe, trochę też folkowe wydawnictwo, tym razem jednak jak najbardziej współczesne, na miarę początku lat 70., wyraźnie już kierujące się w stronę glamu. W nagraniach, odbywających się latem 1971 roku, wsparli go dawni współpracownicy: Mick Ronson, Rick Wakeman oraz Mick Woodmansey, a także nowy basista, Trevor Bolder. Ten ostatni wskoczył na miejsce Tony'ego Visconti, z którym Bowie się poróżnił. Oznaczało to także zmianę na stanowisku producenta, które zajął Ken Scott.

Nowy materiał zyskał tytuł "Hunky Dory", co w angielskim slangu oznacza, że wszystko jest w porządku. I doskonale pasuje to do tego wydawnictwa, które jest prawdopodobnie najbardziej pogodnym albumem artysty, przynajmniej pod względem muzycznym (tekstowo już niekoniecznie). Zdecydowanie dominują lekkie aranżacje, z dużą ilością gitary akustycznej, pianina i innych instrumentów klawiszowych, czasem też dęciaków lub smyczków. W niemal całkowitą odstawkę poszło ostrzejsze granie z poprzedniego longplaya. Co jednak najważniejsze, na tym właśnie albumie ujawnia się w pełni kompozytorski talent lidera, który podpisany jest pod wszystkimi utworami, prócz jednego. Bowie poczynił bardzo duże postępy jako kompozytor. Już wcześniej zdarzały mu się przebłyski w rodzaju "Space Oddity" czy tytułowego nagrania z "The Man Who Sold the World", ale na "Hunky Dory" tak wyraziste kawałki w końcu występują w większej ilości.

Autentyczne przeboje są tutaj dwa. Wspomniany na początku "Changes" został wydany na singlu równolegle z albumem, ale pomimo przyjemnej melodii oraz niezwykle chwytliwego refrenu nie od razu stał się wielkim hitem. Zupełnie inaczej niż w przypadku zgrabnej ballady "Life on Mars?", która natychmiast została przebojem, aczkolwiek singiel ukazał się dopiero w 1973 roku, już po innych sukcesach Bowiego. Spokojnie dałoby się wykroić stąd jeszcze parę hitów. Chociażby przebojowy "Oh! You Pretty Things", uroczy "Kooks" czy balladowy "Quicksand". W tym ostatnim o dziwo sprawdza się nieco tandetna, staromodna aranżacja, czego nie można powiedzieć o przeróbce "Fill Your Heart" Biffa Rose'a, będącej najsłabszym momentem tego albumu. Pozytywne wrażenie wrażenie robi natomiast cała seria kawałków napisanych w hołdzie dla innych artystów. Wyróżniający się największą dawką energii i najbardziej rockowym brzmieniem "Queen Bitch" nawiązuje do proto-punkowej stylistyki The Velvet Underground, natomiast "Andy Warhol" (kolejny kandydat na przebój) i "Song for Bob Dylan" oczywiste dedykacje zawierają w tytułach, choć w tym drugim także partia wokalna ewidentnie kojarzy się z Dylanem (Bowie zresztą na całym albumie pokazuje bardzo dużą wszechstronność wokalną). Pod względem muzycznym aż tak bardzo dylanowsko nie jest, ze względu na partie Ronsona i Wakemana. Z twórczością amerykańskiego artysty kojarzy się także bardziej ascetyczny finał albumu, "The Bewlay Brothers" - jeden z najważniejszych, najbardziej osobistych utworów we wczesnym dorobku Bowiego, ale też jeden z najlepszych.

"Hunky Dory" to pierwszy z wielkich albumów Davida Bowie - zbiór naprawdę zgrabnie napisanych i dobrze wykonanych (a zwłaszcza zaśpiewanych) piosenek, które są lekkie, bezpretensjonalne, a tym samym bardzo przyjemne w odbiorze. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki - ani nawet najbardziej lubiane wcielenie tego artysty - ale longplay zaskakująco mi się podoba.

Ocena: 8/10



David Bowie - "Hunky Dory" (1971)

1. Changes; 2. Oh! You Pretty Things; 3. Eight Line Poem; 4. Life on Mars?; 5. Kooks; 6. Quicksand; 7. Fill Your Heart; 8. Andy Warhol; 9. Song for Bob Dylan; 10. Queen Bitch; 11. The Bewlay Brothers

Skład: David Bowie - wokal, gitara, saksofon altowy, saksofon tenorowy, pianino; Mick Ronson - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - pianino; Trevor Bolder - gitara basowa, trąbka; Mick Woodmansey - perkusja
Producent: Ken Scott i David Bowie


3 lipca 2020

[Recenzja] Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)



Pomimo swojego tytułu, "III" jest pierwszym i jedynym wydawnictwem holenderskiego kwartetu Het Pandorra Ensemble. Równie myląca jest okładka tego albumu, sugerująca granie z okolic punku i nowej fali. Zawarta tu muzyka nie ma absolutnie nic wspólnego z taką stylistyką. Należałoby ją raczej zaklasyfikować jako rock progresywny z dużą domieszką jazzu, za to zupełnie bez symfonicznej pompy. Słyszę tu przede wszystkim dwie możliwe inspiracje. Pierwsza to scena Canterbury, z naciskiem na grupę National Health (która jednak zadebiutowała w tym samym roku). Takie skojarzenia wywołuje zwłaszcza brzmienie, ale też swobodne, bardziej jazzowe niż rockowe struktury utworów. Druga prawdopodobna inspiracja to King Crimson, szczególnie instrumentalne fragmenty "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red". Tutaj należałoby wskazać podobny sposób gry instrumentalistów.

Album zawiera pięć całkowicie instrumentalnych, zapewne przynajmniej częściowo improwizowanych utworów, z których trzy trwają powyżej dziesięciu minut, a pozostałe dwa są już znacznie krótsze. Opierają się na dwóch elektrycznych gitarach, gitarze basowej (czasem bezprogowej) oraz bębnach i perkusjonaliach, którym tylko sporadycznie towarzyszą flet lub elektryczne organy. Nie jest to szczególnie odkrywcze granie, ale fantastycznie się tego słucha dzięki porywającej grze muzyków oraz doskonałej interakcji między nimi - ich partie misternie się przeplatają i dopełniają. Trudno napisać o tej muzyce coś więcej bez wchodzenia w szczegóły, a te najlepiej odkrywać samemu. Niewątpliwie jest to jednak jedno z najwspanialszych wydawnictw, jakie dała światu Holandia. Pomimo dość późnej, jak na granie tego typu, daty wydania, album broni się znakomicie. Nawet dziś nie brzmi archaicznie - instrumentaliści nie poszli za ówczesną modą i nie nadali mu syntetycznego brzmienia - więc tym bardziej w 1978 roku nie można było mu tego zarzucić. Owszem, zespół wyraźnie nawiązywał do muzyki sprzed tzw. punkowej rewolucji, jednak raczej na zasadzie twórczej inspiracji, zmieniając proporcje na swój własny sposób.

Oryginalne winylowe wydanie ukazało się wyłącznie w Holandii. W 2012 roku album doczekał się też edycji kompaktowej, opublikowanej w Stanach i Japonii. Podstawowy materiał został na nich uzupełniony ciekawymi bonusami ze studia (dwiema improwizacjami, bardziej eksperymentalną "Stille Willie" oraz melodyjną "Rockin' Rollie", a także niezwykle intensywną miniaturą "Kanonjam-Pedaal Kwijt") i z występu w holenderskim Beverwijku (pomimo bootlegowego brzmienia można stwierdzić, że na scenie zespół prezentował się równie porywająco). Dobrze, że "III" stał się łatwiej dostępny, bo to wydawnictwo, które nie powinno rozczarować żadnego wielbiciela ambitnego rocka.

Ocena: 8/10



Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)

1. Door Mekaar; 2. Kanon Pittoresk; 3. Ritme 7000; 4. Drei; 5. Karrotten

Skład: Dolf Planteijdt - gitara; Wouter Planteijdt - gitara; Gert-Jan Blom - gitara basowa; Wilfried Snellens - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Roland Brunt - flet; Kaspar Peterson - organy
Producent: Het Pandorra Ensemble i Kaspar Peterson


1 lipca 2020

[Recenzja] Procol Harum - "Procol Harum" (1967)



Skoro wspominałem już o The Moody Blues, muszę poświęcić też parę zdań grupie Procol Harum, której wkład w powstanie rocka progresywnego jest równie istotny. Prawdopodobnie większy, bowiem to właśnie ten zespół, jako jeden z pierwszych, wprowadził do rocka elementy muzyki klasycznej i uczynił z nich jeden z podstawowych elementów swojego stylu. Nie polegało to na dodaniu, jak u Moody Blues, orkiestry symfonicznej, ale na wplataniu motywów zaczerpniętych wprost z twórczości klasycznych kompozytorów albo innego rodzaju nawiązaniach już na etapie kompozycji, a nie dopiero podczas aranżacji. Wciąż jednak były to tylko smaczki, które ubarwiały stuprocentowo rockowe kawałki, przeważnie nie wychodzące poza piosenkową strukturę.

Korzenie obu zespołów to rhythm and blues. Procol Harum wywodzi się bezpośrednio z grającego w tym stylu The Paramounts. Grupa wydała kilka singli, a także intensywnie koncertowała, głównie supportując większych od siebie - The Beatles, The Rolling Stones. Brak sukcesu i zmęczenie muzyków doprowadziło do rozwiązania tego składu. Pianista (pełniący także rolę wokalisty) Gary Brooker postanowił wówczas skupić się na samym pisaniu, nawiązując współpracę z organistą Matthew Fisherem oraz tekściarzem Keithem Reidem. Jednym z ich pierwszych dzieł był słynny "A Whiter Shade of Pale". Oryginalnie podpisany wyłącznie przez Brookera i Reida, jednak po latach prawa do tantiem wywalczył także Fisher. Utwór bardzo wiele zawdzięcza także Bachowi, wykorzystując melodię "Arii na strunie G" z III Suity orkiestrowej D-dur, BWV 1068. Brakowało jednak chętnych do wykonania tego utworu, więc Brooker i Fisher postanowili nagrać go sami, korzystając z pomocy gitarzysty Raya Royera, basisty Davida Knightsa oraz perkusisty Billa Eydena. Singiel z tą sympatyczną, sentymentalną balladą ukazał się pod szyldem Procol Harum i stał wielkim ogólnoświatowym przebojem (m.in. 1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 5. w Stanach). Było więc kwestią czasu przerodzenie się tego projektu w pełnoprawny zespół. Royer i Eyden nie byli jednak odpowiednimi instrumentalistami. Ich miejsce zajęli dawni członkowie The Paramounts, Robin Trower i B. J. Wilons.

Wiosną 1967 roku kwintet zarejestrował materiał na swój debiutancki, eponimiczny album, złożony głównie z kompozycji Brookera do tekstów Reida. W różnych krajach longplay był tłoczony i dystrybuowany przez różne wytwórnie, inny był też dobór materiału, aczkolwiek wszystkie wersje zawierały po dziesięć utworów.. Najwcześniej, bo już w wrześniu, płyta została wydana w Stanach przez Deram Records. Wersję tę rozpoczyna "A Whiter Shade of Pale". Niemiecka edycja Polydoru zamiast niego zawiera nieco mniejszy singlowy przebój, "Homburg". W grudniu album w końcu ukazał się w Wielkiej Brytanii, nakładem Regal Zonophone, a w jego repertuarze nie znalazł się żaden z singlowych hitów (rolę otwieracza przejął przeniesiony ze strony B "Conquistador", a repertuaru dopełnił "Good Captain Clack" z singla "Homburg"). Taka wersja obowiązywała także w wielu innych krajach. Jednak począwszy od 1972 roku album wznawiany jest na całym świecie pod tytułem "A Whiter Shade of Pale" i z tracklistą obejmującą jedenaście nagrań (wszystkie z poprzednich wydań poza "Homburg"), a w przypadku wielu kompaktowych reedycji - także mnóstwo bonusów.

Album wypełnia bardzo piosenkowy i łatwy w odbiorze materiał, niepopadający jednak w przesadny banał, a pomimo nawiązań do muzyki klasycznej - nie rażący przesadnym patosem. Są to całkiem przyjemne, chwytliwe, bezpretensjonalne piosenki. Czasem silniej przypominające o rhythm'n'bluesowych korzeniach zespołu (np. "Something Following Me", "Cerdes"), kiedy indziej bardziej kierujące się w stronę modnej w tamtym czasie psychodelii (np. energetyczny "Conquistador", "She Wandered Through the Garden Fence", "A Christmas Camel"). W repertuarze znalazły się także dwa pastiszowe, wodewilowe kawałki ("Mabel", "Good Captain Clack"), które jednak przez swój żartobliwy charakter wypadają słabiej od reszty, a i nie bardzo pasują do całości. Innym, ale już znacznie bardziej udanym udanym urozmaiceniem jest finałowy "Repent Walpurgis" - instrumentalna kompozycja Fishera, w której wpływ muzyki klasycznej jest zdecydowanie największy. Pomimo podniosłego charakteru, nie sprawia wrażenie pretensjonalnego lub kiczowatego, wyróżnia się za to bardzo ładnym nastrojem i melodią. Jest to jedyne tutaj nagranie, które można, nie bez pewnych wątpliwości, zaliczyć do rocka progresywnego. Pozostałe, z wyjątkiem proto-progowego "A Whiter Shade of Pale", nie zbliżają się do niego nawet pod względem stylistycznego podobieństwa.

Instrumentaliści Procol Harum nie posiadali wybitnych umiejętności, ale też nie próbowali udawać, że jest inaczej. Zresztą poza ostatnim utworem (mimo wszystko udanym, a wręcz najlepszym na tej płycie) nie mierzyli się z graniem czegoś innego niż rockowy mainstream. Do takiej stylistyki mieli wystarczające umiejętności. Robin Trower nierzadko błyszczy tutaj treściwymi solówkami o zdecydowanie bluesowym charakterze. Podobać mogą się też partie pianina i elektrycznych organów Hammonda, które to instrumenty stały się podstawą brzmienia zespołu. Natomiast Brooker nie jest wielkim wokalistą, ale ma całkiem przyjemną barwę głosu, podobną do Steve'a Winwooda z Traffic. Ogólnie słucha mi się tego albumu nieporównywalnie lepiej od "Days of Future Passed" Moody Blues. Nie jest to bardziej ambitne ani bardziej złożone granie, jednak kompozycje są na ogół zgrabniej napisane od znacznej części tamtego wydawnictwa (z wyjątkiem "Nights in White Satin", który z kolei przewyższa tutejszy materiał), nie ma tutaj tego strasznego patosu ani udawania, że to nie wiadomo jak poważna i wartościowa artystycznie muzyka. Procol Harum na swoim eponimicznym debiucie jest całkowicie świadomy tego, że gra proste, rozrywkowe piosenki. Całość jest jednak trochę niespójna, zdarzają się pewne wpadki, a naprawdę świetnych momentów nie ma wiele. Może w przypadku wersji z "A Whiter Shade of Pale" byłbym skłonny nieco zwiększyć poniższą ocenę, ale tego utworu nie ma na wszystkich wydaniach. W związku z tym mocna szóstka - w porównaniu z mocno naciąganą szóstką dla "Days of Future Passed" - wydaje się sprawiedliwą oceną.

Ocena: 6/10



Procol Harum - "Procol Harum" (1967)

US: 1. A Whiter Shade of Pale; 2. She Wandered Through the Garden Fence; 3. Something Following Me; 4. Mabel; 5. Cerdes (Outside the Gates Of); 6. A Christmas Camel; 7. Conquistador; 8. Kaleidoscope / Salad Days (Are Here Again); 9. Repent Walpurgis

UK: 1. Conquistador; 2. She Wandered Through the Garden Fence; 3. Something Following Me; 4. Mabel; 5. Cerdes (Outside the Gates Of); 6. A Christmas Camel; 7. Kaleidoscope; 8. Salad Days (Are Here Again); 9. Good Captain Clack; 10. Repent Walpurgis

Skład: Gary Brooker - wokal, pianino; Matthew Fisher - organy; Robin Trower - gitara; Dave Knights - gitara basowa; B. J. Wilson - perkusja
Producent: Denny Cordell


29 czerwca 2020

[Recenzja] This Heat - "Made Available" (1996)



Jeszcze przed swoim fonograficznym debiutem, This Heat zarejestrowali dwie sesje radiowe dla Johna Peela. Zespół podobno tak długo napastował słynnego radiowca, wysyłając do niego swoje demówki, aż ten w końcu uległ i je przesłuchał. Choć w tamtym czasie nie interesowało go nic poza czystym punkiem i reggae, materiał zrobił na nim spore wrażenie. Pierwsza sesja tria odbyła się 28 marca 1977 roku. W ciągu najbliższych tygodni materiał został wyemitowany dwukrotnie, a Peel zaprosił muzyków na jeszcze jedną sesję, 26 października. Tym razem materiał najwyraźniej nie przypadł prezenterowi do gustu, bo była to jego ostatnia oferta dla zespołu. Materiał z obu sesji został oficjalnie wydany dopiero w 1996 roku na albumie "Made Available (John Peel Sessions)".

Podczas pierwszej sesji Charles Hayward, Charles Bullen i Gareth Williams zaprezentowali trzy utwory doskonale dziś znane z eponimicznego debiutu This Heat: "Horizontal Hold", "Not Waving" oraz "The Fall of Saigon". Ale tutejsze wersje są chyba jeszcze bardziej porywające od finalnych - wykonane z większym luzem, lepiej wyprodukowane. Jednak jeszcze bardziej atrakcyjny wydaje się materiał z drugiej sesji. Oprócz wczesnej, mniej agresywnej wersji "Makeshift Swahili" (wtedy po prostu "Makeshift"), dziś znanego z "Deceit", jest to zupełnie premierowy materiał. Przedstawia on zdecydowane bardziej eksperymentalne oblicze tria. Wyróżnia się przede wszystkim rozbudowany, nieprzewidywalny, avant-progowy "Rimp Romp Ramp". Pomimo głupiego tytułu, nagranie jest porównywalne pod względem charakteru i poziomu z "Horizontal Hold", a więc z jednym z najlepszych utworów This Heat. Pozostałe trzy kawałki - "Sitting", "Basement Boy" i "Slither" - to już łagodniejsze miniaturki, które pod względem klimatu nawet bardziej kojarzą się z twórczością późniejszego zespołu Haywarda, Camberwell Now (szczególnie z EPką "Meridian", na której gościnnie wystąpił Bullen).
 
"Made Available" to bardzo interesujące i wartościowe dopełnienie podstawowej dyskografii This Heat. Absolutnie nie należy pomijać tego wydawnictwa podczas poznawania dokonań zespołu. 

Ocena: 8/10



This Heat - "Made Available (John Peel Sessions)" (1996)

1. Horizontal Hold; 2. Not Waving; 3. The Fall of Saigon; 4. Rimp Romp Ramp; 5. Makeshift; 6. Sitting; 7. Basement Boy; 8. Slither

Skład: Charles Bullen, Charles Hayward i Gareth Williams
Producent: Tony Wilson (1-3); Malcolm Brown (4-8)





Po prawej: oryginalna wersja okładki.


27 czerwca 2020

[Recenzja] Archie Shepp - "The Magic of Ju-Ju" (1967)



Archie Sheep, po wydaniu "Mama Too Tight" (oraz wcześniejszym występie na "Ascension" Johna Coltrane'a), miał już ugruntowaną pozycję na freejazzowej scenie. Dlatego też nie musiał obawiać się kolejnych eksperymentów. Album "The Magic of Ju-Ju" nie przypadkiem nawiązuje swoim tytułem do tradycyjnych wierzeń afrykańskich ludów. Muzyka zawarta na tym longplayu - skomponowana samodzielnie przez Sheppa - zdradza silny wpływ afrykańskich ceremoniałów rytualnych, odwołuje się wprost do ich pierwotnej duchowości. I przenosi je na bardziej jazzowy grunt. W wykonaniu mniej utalentowanych muzyków efekt mógłby być bardzo naiwny lub wręcz ocierać się o kicz. Ale saksofonista zebrał tu naprawdę zacną ekipę, w skład której wchodzili trębacz Martin Banks, puzon Michael Zwerin, basista Reggie Workman, perkusiści Beaver Harris i Norman Connors, a także grający na afrykańskich perkusjonaliach Ed Blackwell oraz Denis i Frank Charlesowie. Podczas sesji, odbywającej się 26 kwietnia 1967 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, nonet stworzył prawdziwie natchnioną muzykę, wywodzącą się z dawnych rytuałów, a jednocześnie bardzo świeżą, za sprawą prawdziwie freejazzowej ekspresji.

Instrumentaliści wykazują się tutaj bardzo dużymi umiejętnościami, ale przede wszystkim wielką wyobraźnią muzyczną. Najważniejszym punktem albumu jest blisko dwudziestominutowy utwór tytułowy, oparty na bardzo intensywnych, polirytmicznych partiach perkusyjnych, które mogą wręcz zahipnotyzować słuchacza. Towarzyszy im bardzo długa, pełna inwencji solówka lidera na saksofonie tenorowym, którego charczące brzmienie całkiem interesująco dopełnia rytualne perkusjonalia. Z czasem utwór atmosfera staje się jeszcze gęstsza i bardziej upalna, gdy wchodzi jazzowa sekcja rytmiczna. Zwerin i Banks dołączają dopiero w końcówce, wchodząc w ciekawą interakcję z Sheppem. Tak fantastyczne otwarcie (a właściwie cała strona A winylowego wydania) podniosła poprzeczkę bardzo wysoko. I choć już do końca płyty nie udaje się jej przeskoczyć, to pozostałe nagrania również wypadają interesująco. Niespełna dwuminutowy "You're What This Day Is All About" to dla odmiany bardzo melodyjne nagranie, w którym muzycy grają w doskonałej harmonii, a ich kunsztowne partie zdają się być starannie rozpisane. Bardziej spontaniczny "Shazam" wywodzi się z bopowych tradycji. Zbudowany jest na swingującej grze sekcji rytmicznej, ale już agresywna, nieokiełznana partia saksofonu brzmiała w chwili wydania całkowicie współcześnie. Do stylistyki tytułowego nagrania nawiązuje dziesięciominutowy finał albumu, "Sorry 'Bout That" - choć wyłącznie ze względu na powrót afrykańskich perkusjonaliów, tym razem jedynie ubarwiających brzmienie. To zdecydowanie bardziej melodyjne i pogodne nagranie, bez tego upalnego klimatu, niepozbawione wszak pewnej dawki agresji w solowych partiach liderach, improwizatorskiej swobody ani sporej ekspresji.

Za pewien mankament tego albumu można uznać wyjątkowo dużą dominację lidera - który jest tu praktycznie jedynym solistą, a jest nim niemalże przez cały czas - przez co nie w pełni zostaje wykorzystany potencjał tego składu. Oczywiście, pozostali muzycy wnoszą tu bardzo dużo, szczególnie w pierwszym i ostatnim utworze ich wkład jest nieoceniony. Oprócz świetnego wykonania warto pochwalić także same kompozycje. "The Magic of Ju-Ju" zdecydowanie należy do najbardziej udanych osiągnięć Archiego Sheppa.

Ocena: 8/10

PS. Więcej na temat free jazzu i tego, jak go odbierać, przeczytasz w moim artykule "Free Jazz: Chaos czy sztuka?" z najnowszego, 37. numeru magazynu "Lizard". Pismo można zamawiać na stronie wydawcy.



Archie Shepp - "The Magic of Ju-Ju" (1967)

1. The Magic of Ju-Ju; 2. You're What This Day Is All About; 3. Shazam; 4. Sorry 'Bout That

Skład: Archie Shepp - saksofon tenorowy; Martin Banks - trąbka, skrzydłówka; Michael Zwerin - trąbka, puzon; Reggie Workman - kontrabas; Beaver Harris - perkusja; Norman Connors - perkusja;  Eddie Blackwell - instr. perkusyjne; Denis Charles - instr. perkusyjne; Frank Charles - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


25 czerwca 2020

[Recenzja] Eskaton - "4 Visions" (1981)



Historia wydawnicza drugiego albumu Eskaton jest dość nietypowa. "4 Visions" został nagrany w 1978 lub 1979 roku, jeszcze przed debiutanckim "Ardeur". Ukazał się jednak parę miesięcy później, początkowo wyłącznie na kasecie magnetofonowej. Pierwszego wznowienia materiał doczekał się dopiero w 1995 roku, na płycie kompaktowej wydanej przez szwedzką wytwórnię Ad Perpetuam Memoriam. W tej wersji posiada zupełnie nową okładkę (widoczną powyżej), zmieniono też kolejność utworów, a nawet dodano jedno dodatkowe nagranie (z innej, późniejszej sesji), co jednocześnie trochę pozbawia sensu tytuł. Japońskie wydanie z 2003 roku jest niemalże dokładną repliką szwedzkiego, zarówno pod względem graficznym, jak i doboru materiału. Longplay doczekał się jeszcze dwóch reedycji firmowanych przez francuski label Soleil Zeuhl. Na kompakcie z 2010 roku kolejność utworów jest zgodna z dwoma poprzednimi wznowieniami, ale zupełnie inny jest materiał bonusowy (cztery nagrania zarejestrowane w latach 1984-85) i okładka. Na winylowej edycji z 2013 roku przywrócono wcześniejszą (niebieską) okładkę i nie zamieszczono żadnych bonusów.

W chwili nagrywania tych utworów Eskaton był oktetem z dwiema wokalistkami, trzema klawiszowcami, gitarzystą, basistą oraz perkusistą (na "Ardeur" skład zmniejszył się do sekstetu, tracąc jednego z klawiszowców, Erica Guillaume'a, a także gitarzystę Alaina Blesinga). Pomimo pierwotnej formy wydania (w tym oryginalnej grafiki - patrz niżej) i faktu, że połowa kompozycji została powtórzone na następnym - choć wcześniej wydanym - albumie ("Attente", "Eskaton"), zdecydowanie nie należy traktować "4 Visions" jako demówki. Przede wszystkim dlatego, że to bardzo dojrzały - i bardzo dobry - materiał, a chyba nawet staranniej wyprodukowany i lepiej brzmiący (nie dysponuję jednak oryginalnymi wydaniami, żeby to potwierdzić).

Eskaton ewidentnie był pod silnym wpływem  swoich rodaków z grupy Magma, ale już tutaj zespół zaproponował własną wizję zeuhlu, w której jest mniej patosu, mniej naśladowania Orffa czy Strawinskiego za pomocą rockowego instrumentarium i chóralnych partii wokalnych, natomiast więcej ładnych, wyrafinowanych melodii. No i teksty są śpiewane po francusku, a nie w sztucznym języku kobaiańskim. Kunsztowne, ciekawie się dopełniające partie wokalne Paule Kleynnaert i Amary Tahir już w tych najstarszych nagraniach były wyznacznikiem zespołu. W porównaniu z "Ardeur", na "4 Visions" bardziej wyrazista, uwypuklona jest warstwa rytmiczna (gęsta, transowa gra Bernardiego i Koniga wywołuje najsilniejsze skojarzenia z Magmą), mniej tu brzmień syntezatora, a więcej elektrycznego pianina, organów oraz gitary, ponadto utwory są bardziej rozbudowane, więcej w nich interesujących solowych partii instrumentalnych. Wszystkie cztery utwory są niesamowicie intensywne (jedynie w "Pitié" następują momenty wytchnienia), ale jest to jednocześnie muzyka bardzo wysublimowana, pokazująca duże możliwości muzyków, z których umiejętnie korzystają. Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, gdyż wszystkie są równie wspaniałe.

"Le Cri", utwór dodany do reedycji z lat 1995 i 2003, zdecydowanie nie odstaje poziomem, jednak wyraźnie różni się brzmieniem (ze znacznie szerszym wykorzystaniem syntezatora). Z początku charakteryzuje się bardziej melancholijnym nastrojem, który podkreślają bardzo ładne partie basu i pojedyncze dźwięki syntezatora, ale z czasem nabiera większej intensywności, zbliżając się do muzyki z "4 Visions". Na pewno warto poszukać wydania z tym utworem. To nic, że pochodzi z innej sesji - doskonale uzupełnia ten album. Natomiast cztery bonusy z 2010 roku - "Les Chutes Du Sanzu", "La Horde", "La Nuit" i "Le Gros Délire" - już tak udane nie są i zdecydowanie nie pasują tu ani pod względem brzmienia, ani stylistyki - wciąż jest to zeuhl, ale znacznie bardziej przesiąknięty elektroniką i estetyką lat 80. Może jazzujący "La Nuit" aż tak bardzo nie odstaje od podstawowego materiału, choć bardzo się od niego różni, ale cała reszta, na czele z "Le Gros Délire", nie powinna się tu znaleźć. Nieporównywalnie brzydsza jest też okładka, więc lepiej unikać tego wydania.

"4 Visions" to jeden z niewielu zeuhlowych albumów, które faktycznie można postawić w jednym szeregu z największymi dokonaniami Magmy. I w ogóle wśród najlepszych wydawnictw z kręgu rocka progresywnego. Jest też kolejnym dowodem, że 1981 był bardzo dobrym rokiem dla ambitniejszych rodzajów muzyki rockowej. To wtedy ukazały się przecież tak doskonałe albumy, jak np. "The Ascension" Glenna Branki, "Barndomens Stigar" Kultivator, "Deceit" This Heat, "Desire" Tuxedomoon, "Discipline" King Crimson, "Eros" Dün czy koncertowy "Rétrospective" Magmy.

Ocena: 9/10



Eskaton - "4 Visions" (1981)

1. Ecoute; 2. Pitié; 3. Attente; 4. Eskaton

Reedycje z lat 1995 / 2003: 
1. Eskaton; 2. Attente; 3. Ecoute; 4. Pitié; 5. Le Cri

Skład: Gilles Rozenberg - syntezator, organy; Marc Rozenberg - elektryczne pianino; Eric Guillaume - elektryczne pianino; Alain Blesing - gitara; André Bernardi - gitara basowa; Gérard Konig - perkusja; Amara Tahir - wokal; Paule Kleynnaert - wokal
Producent: Eskaton


Po prawej: okładka oryginalnego wydania na kasecie magnetofonowej.