18 sierpnia 2018

[Recenzja] The Stooges - "Fun House" (1970)



"Fun House", podobnie jak poprzedzający go eponimiczny debiut The Stooges, w chwili wydania nie cieszył się wielką popularnością, ale z czasem został należycie doceniony. To jeden z ciekawszych rockowych albumów tamtego okresu, udanie łączący proto-punkową wściekłość i surowość z prawdziwie awangardowymi elementami - i mam tu na myśli nie są samą innowacyjność, a faktyczne nawiązania do awangardy. Co ciekawe, producentem albumu nie był już obracający się w takich klimatach John Cale, a Don Gallucci - klawiszowiec grającej prosty rock grupy The Kingsmen.

Ideą albumu było jak najlepsze oddanie żywiołowych występów The Stooges. Utwory były rejestrowane na żywo - każdy w kilku podejściach, z których potem wybrano najlepsze. Po latach, w 1999 roku, ukazał się siedmiopłytowy boks "1970: The Complete Fun House Sessions", zawierający prawdopodobnie wszystkie podejścia zarejestrowane w trakcie dwutygodniowej sesji z maja 1970 roku. Jednak przesłuchanie tak obszernego wydawnictwa, zawierającego nawet po kilkanaście wersji jednego utworu pod rząd, proponuję zostawić największym fanatykom i skupić się na podstawowym, oryginalnym wydaniu "Fun House".

Początek albumu jest jeszcze dość zachowawczy. Rozpędzone "Down on the Street", "Loose" i "T.V. Eye" to właściwie typowo proto-punkowe napieprzanie, chociaż sporo w nich jakby jamowego luzu, a przesterowane, nieco atonalne partie gitary pozostawiają sporo przestrzeni dla przyjemnie pulsującego basu. Pierwszy z tych utworów został wydany na singlu w nieco innej wersji, z dograną przez Gallucciego partią elektrycznych organów w stylu Raya Manzarka z The Doors. W sumie trochę szkoda, że taka wersja nie trafiła na album, bo byłoby to ciekawe urozmaicenia.

Na brak ciekawych rozwiązań nie można jednak narzekać, bo już w "Dirt" następuje zmiana klimatu. Wolne tempo, hipnotyzująca partia basu, wysunięta do przodu perkusja i bardzo psychodeliczne brzmienie gitary, tworzą naprawdę świetny nastrój. "1970" to teoretycznie powrót do bardziej prostackiego grania, ale pod koniec pojawia się ostra saksofonowa solówka, pełna wręcz freejazzowych przedęć i dysonansów. Opowiada za nią nowy członek zespołu, Steve Mackay. W tytułowym "Fun House" saksofon pełni już rolę równorzędną do pozostałych instrumentów. Sam utwór to świetny, psychodeliczno-jazzujący jam z ciężkim, zadziornym brzmieniem i fantastycznie dopełniającymi się tu partiami gitary, basu i saksofonu. Największym zaskoczeniem jest jednak finałowy "L.A. Blues" - dzika, kompletnie pozbawiona melodii improwizacja. To już nie proto-punk z jazzowymi naleciałościami, a praktycznie czyste free improvisation.

Muzycy The Stooges, w ciągu roku, jaki minął od nagrania debiutu, poczynili ogromny postęp. "Fun House" to doskonałe połączenie prosto-punkowej prostoty i agresji z bardziej ambitnymi wpływami awangardowo-freejazzowymi i odrobiną psychodelii. Można krytykować zespół za to, że zainspirował niezliczenie wiele beztalenci do sięgnięcia po instrumenty, ale jego twórczość sama w sobie zdecydowanie nie jest pozbawiona ambicji ani wartości. Czego najlepszym dowodem ten właśnie album.

Ocena: 8/10



The Stooges - "Fun House" (1970)

1. Down on the Street; 2. Loose; 3. T.V. Eye; 4. Dirt; 5. 1970; 6. Fun House; 7. L.A. Blues

Skład: Iggy Pop - wokal; Ron Asheton - gitara; Dave Alexander - bass; Scott Asheton - perkusja; Steve Mackay - saksofon (5-7)
Producent: Don Gallucci


16 sierpnia 2018

[Recenzja] Spjärnsvallet - "Spjärnsvallet" (1975)



Jeden z najdziwniejszych i najbardziej intrygujących albumów, jakie słyszałem, to debiutanckie dzieło szwedzkiego kwartetu Spjärnsvallet. Zespół tworzyli multiinstrumentaliści Christer Bothén i Kjell Westling, basista Nicke Ström i perkusista Bengt Berger. Każdy z nich miał już wcześniej na koncie liczne dokonania, a Bothén i Berger zaliczyli nawet współpracę z Donem Cherrym. Pierwszy album kwartetu (i jedyny do 2014 roku) ukazał się w 1975 roku, wyłącznie w Szwecji i od tamtego czasu nie został ani razu wznowiony. Tym samym jest to prawdziwy biały kruk fonografii. I jeden z najlepszych powszechnie nieznanych albumów. Już sama okładka zapowiada, że nie jest to zwyczajny longplay.

Niezwykle bogate jest instrumentarium, obejmujące różne saksofony i klarnety, flet, pianino, skrzypce, wiolonczelę, gitarę basową, perkusję, a także afrykańskie instrumenty guimbri i balafon. A muzyka wypełniająca "Spjärnsvallet" to bardzo oryginalne i niepowtarzalne połączenie free/spiritual jazzu z wpływami muzyki orientalnej, afrykańskiej i... nordyckiego folku. Wpływy te mieszają się w różnych proporcjach w zależności od utworu. Najdoskonalszą ich fuzję otrzymujemy w najdłuższej, trzyczęściowej kompozycji "Desireless / Bougouni / Vals Från Orsa". Pierwsza część opiera się na przepięknym spirtualjazzowym temacie z saksofonową solówką w stylu Pharoaha Sandersa, ale z czasem melodia staje się bardziej skoczna, folkowa, by na koniec wrócić do pierwszego tematu, a potem płynnie przejść w kolejną część (podpisaną przez Cherry'ego), opartą na dynamicznym, prawie rockowym akompaniamencie sekcji rytmicznej, stanowiącym podkład dla freejazzowych solówek na saksofonie i klarnecie basowym. Gdy dęciaki ustępują miejsca smyczkom, zaczyna się ostatnia część, oparta na tradycyjnej folkowej pieśni "Vals Från Orsa". Wspaniały utwór.

Pięknym przykładem fuzji jazzu i melodyki charakterystycznej dla nordyckiego folku jest także "Pojkarna". Prawie stricte folkowe są natomiast takie utwory, jak "Haga", "Elvan" i "Mali". Wpływy jazzowe dominują z kolei w "Ballad", opartym na kompozycji Ornette'a Colemana "Orn 2", oraz kojarzącej się z twórczością Art Ensemble of Chicago pierwszej połowie "Pryllåten / Ballasong". Druga część tego ostatniego to natomiast dźwięki egzotycznych perkusjonaliów, kojarzące się z początkiem "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" King Crimson. Jakby tego było mało, na albumie znalazł się jeszcze nawiązujący do muzyki karnatackiej "Melodier Från Sydindien" (z charakterystycznymi dla niej partiami perkusjonaliów, stanowiących akompaniament dla długiej solówki na flecie), a także popis na afrykańskim instrumencie strunowym guimbri - "Gunbri".

Eklektyzm tego albumu może być odbierany jako wada - pokazuje, że muzycy nie mieli do końca sprecyzowanej wizji albumu jako całości i nie potrafili swoich szerokich inspiracji przekuć w spójny styl. Z drugiej strony - ten stylistyczny bałagan sprawia, że album jest jeszcze dziwniejszy, nieprzewidywalny i niepowtarzalny. A w tym właśnie (i kilku naprawdę pięknych momentach) moim zdaniem tkwi jego siła. Polecam wszystkim, którzy chcieliby posłuchać czegoś niekonwencjonalnego, poszerzającego muzyczne horyzonty. Album jest na szczęście dostępny w internecie (choć trzeba trochę wytrwałości, by go znaleźć). Mam jednak nadzieję, że w końcu zostanie wznowiony, bo chętnie postawiłbym go na swojej półce z płytami, a oryginalny winyl jest poza moim zasięgiem.

Ocena: 8/10



Spjärnsvallet - "Spjärnsvallet" (1975)

1. Pryllåten / Ballasong; 2. Desireless / Bougouni / Vals Från Orsa; 3. Haga; 4. Pojkarna; 5. Melodier Från Sydindien; 6. Elvan; 7. Ballad; 8. Mali; 9. Gunbri; 10. Orn 2

Skład: Christer Bothén - saksofon, klarnet, klarnet basowy, pianino, guimbri, balafon; Kjell Westling - saksofon, klarnet basowy, flet, skrzypce, wiolonczela, pianino; Nicke Ström - bass; Bengt Berger - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Lars Westin (1,2,4,6,8), Spjärnsvallet (3,5,7,9,10)


14 sierpnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "A Moon Shaped Pool" (2016)



"A Moon Shaped Pool", ostatni jak dotąd album Radiohead, ukazał się dwa lata temu, po dotychczas najdłuższej, pięcioletniej przerwie wydawniczej. Oczekiwania były spore, zwłaszcza że znów nie było wiadomo, w jaką stronę pójdzie zespół. Czy będzie kontynuował mocno elektroniczny kierunek "The King of Limbs", czy może wróci do bardziej organicznego brzmienia z "In Rainbows". Muzycy zdecydowali się jednak na bezpieczne rozwiązanie i nagranie czegoś pomiędzy. "A Moon Shaped Pool" to album, będący swego rodzaju podsumowaniem dotychczasowego dorobku grupy. Ale tym samym niemal całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zaskoczeń.

Początek jest całkiem obiecujący, gdyż "Burn the Witch" - będący jednocześnie singlem promującym album - zaskakuje wysunięciem na pierwszy plan partii instrumentów smyczkowych, które owszem, od dawna były przez zespół używane, ale na zasadzie dodatku, nigdy tak uwypuklonego w miksie. Utwór jest intrygujący i wnosi coś nowego do twórczości Radiohead (co ciekawe, muzycy zaczęli tworzyć ten kawałek już w czasach "Kid A"). Reszta albumu to już jednak powielanie sprawdzonych patentów. Czasem naprawdę udane, jak w elektronicznym, mocno zrytmizowanym "Ful Stop", albo po prostu przyzwoite, jak w dość ładnych balladach "Desert Island Disk" i "Glass Eyes". Często jednak robi się strasznie smętnie i anemicznie, czego przykładem np. "Decks Dark", "Identikit" lub kolejne ballady, które zdecydowanie występują tu w nadmiarze - "Daydreaming", "Present Tense", "True Love Waits". Zapewne na żywo przynajmniej część tych utworów wypada znacznie lepiej, jednak w studiu jak zwykle zespół postawił na zbyt wygładzoną produkcję, uwypuklającą partię wokalne, zamiast hipnotyzujących podkładów rytmicznych.

"A Moon Shaped Pool" pokazuje, że zespół znalazł się w miejscu, z którego muzycy nie potrafią lub nie chcą zrobić kolejnego kroku. Zamiast tego powielają stare patenty - niestety zwykle zupełnie bez pomysłu i energii, przez co całości bliżej do smęcenia z "Ok Computer", niż ciekawych eksperymnetów z kolejnych albumów. Pozory ambitnego grania zostały tu zachowane, ale album jest po prostu nudny, z paroma niezłymi przebłyskami. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys.

Ocena: 5/10



Radiohead - "A Moon Shaped Pool" (2016)

1. Burn the Witch; 2. Daydreaming; 3. Decks Dark; 4. Desert Island Disk; 5. Ful Stop; 6. Glass Eyes; 7. Identikit; 8. The Numbers; 9. Present Tense; 10. Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man Poor Man Beggar Man Thief; 11. True Love Waits

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino, programowanie; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, programowanie; Ed O'Brien - gitara, efekty, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass, syntezator, sampler; Philip Selway - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: London Contemporary Orchestra - instr. smyczkowe; Clive Deamer - perkusja (5)
Producent: Nigel Godrich


12 sierpnia 2018

[Recenzja] Komeda Quintet - "Astigmatic" (1966)



Polski jazz stał na światowym poziomie. Wspominałem już o tym kilkakrotnie, bo warto o tym pamiętać. A prawdopodobnie największym na to dowodem jest właśnie ten album - "Astigmatic" Krzysztofa Komedy. Ceniony nie tylko w Polsce, lecz także przez zagranicznych krytyków i słuchaczy. I nie sposób się temu dziwić, gdyż pod każdym względem - kompozycji, wykonania, a nawet brzmienia - jest to absolutnie światowy poziom, nie odbiegający od ówczesnych standardów.

Krzysztof Komeda, a właściwie Krzysztof Trzciński, urodził się w 1931 roku w Poznaniu. Od siódmego roku życia uczył się grać na fortepianie. W 1955 ukończył jednak studia medyczne i rozpoczął pracę jako laryngolog. Jazzem zainteresował się nieco wcześniej, ale musiał go grać po kryjomu, gdyż był zakazany przez stalinowskie władze, jako muzyka niezgodna z zasadami socrealizmu. W tamtym własnie okresie przybrał pseudonim Komeda. Wkrótce jednak zdjęto zakaz wykonywania jazzu - choć władza wciąż nieufnie do niego podchodziła - dzięki czemu pianista mógł całkowicie poświęcić się muzyce. Zaistniał przede wszystkim jako twórca muzyki filmowej - jego kompozycje można usłyszeć w ponad sześćdziesięciu produkcjach, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Ostatnim filmem, do którego stworzył ścieżkę dźwiękową, jest "Dziecko Rosemary" - słynne dzieło Romana Polańskiego z 1968 roku. Niestety, jeszcze przed końcem tego roku, podczas pobytu w Stanach, Komeda uległ wypadkowi, który doprowadził do jego przedwczesnej śmierci.

Za życia pianisty ukazało się bardzo niewiele jego materiału - zaledwie pięć studyjnych albumów, w tym soundtrack "Rosemary's Baby". Tak naprawdę wystarczyłby jednak sam "Astigmatic", żeby zapewnić mu nieśmiertelność i stałe miejsce wśród najwybitniejszych europejskich jazzmanów. Impulsem do zarejestrowania tego albumu był występ z 4 grudnia 1965 roku na festiwalu Jazz Jamboree. Pianista wystąpił wówczas w kwartecie, razem z Tomaszem Stańko, basistą Januszem Kozłowskim i szwedzkim perkusistą Rune Carlssonem. Muzycy wykonali wówczas utwory "Astigmatic" i "Kattorna". Pojawił się pomysł, aby zarejestrować je także w studiu. Komeda przegrupował zespół, zastępując Kozłowskiego Günterem Lenzem (pożyczonym od Alberta Mangelsdorffa, także biorącego udział w Jazz Jamboree) i dodając saksofonistę Zbigniewa Namysłowskiego. W ciągu dwóch nocy (a według Namysłowskiego tylko jednej), między 5-7 grudnia, zarejestrowano trzy utwory (do wspomnianych wyżej dołączył "Svantetic"), które wypełniły album "Astigmatic" (wydany już w następnym roku, jako 5. pozycja z serii Polish Jazz).

Choć cały materiał był już wcześniej grany na koncertach (a "Kattorna" został zarejestrowany także w studiu, na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu duńskiego reżysera Henninga Carlsena), wszystkie kompozycje zostały zaaranżowane na nowo, aby jak najlepiej wykorzystać możliwości tego efemerycznego kwintetu. Wszystko było na łapu-capu - wspominał Namysłowski. Właściwe próby do nagrania i samo nagrywanie odbywały się w tym samym czasie. Wszystkiego uczyliśmy się w chwili nagrywania. Sekcja rytmiczna i w ogóle cały skład grupy powstał zupełnie przypadkowo. Mimo tego, instrumentalistom udało się doskonale ze sobą porozumieć na płaszczyźnie muzycznej i zabrzmieć jak dobrze zgrany zespół. Jak już wspominałem, muzyka na "Astigmatic" nie odstaje od nowoczesnych, zachodnich wzorców. Gra sekcji rytmicznej może kojarzyć się z ówczesnymi dokonaniami kwintetu Milesa Davisa, gra Namysłowskiego dodaje do tego inspirację wczesną twórczością Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana, a Stańko wprowadza odrobinę free jazzu. Całość spajają wyrafinowane partie Komedy, który nie będąc wielkim wirtuozem, potrafił fantastycznie pokierować całym składem. Jego charakterystyczny styl gry wprowadza ponadto pewną nową jakość, ma w sobie swojską, słowiańską melodykę (nie przypadkiem Komeda uznawany jest za inicjatora tzw. polskiej szkoły jazzu), choć słychać w nim też wpływy Billa Evansa czy Dave'a Brubecka.

"Astigmatic" jest zatem nie tylko doskonałym przykładem ówczesnego jazzu, nieodstającym od zachodnich wzorców, ale także ich oryginalnym, ciekawym rozwinięciem. Wpływ tego albumu na całą polską scenę jazzową, ale i częściowo na europejską, jest nie do przecenienia. Ale przede wszystkim jest to doskonale skomponowana/zaimprowizowana oraz porywająco i wciągająco zagrana muzyka. Jeden z tych albumów, których po prostu wstyd nie znać, nawet nie będąc wielbicielem gatunku, do którego przynależy.

Ocena: 10/10



Komeda Quintet - "Astigmatic" (1966)

1. Astigmatic; 2. Kattorna; 3. Svantetic

Skład: Krzysztof Komeda - pianino; Tomasz Stańko - trąbka; Zbigniew Namysłowski - saksofon; Günter Lenz - kontrabas; Rune Carlsson - perkusja
Producent: Wojciech Piętowski


10 sierpnia 2018

[Recenzja] Janis Joplin - "Pearl" (1971)



Współpraca w zespole Kozmic Blues Band nie układała się najlepiej. A atmosfery nie poprawiało słabe przyjęcie przez krytyków i fanów albumu "I Got Dem Ol' Kozmic Blues Again Mama!". Na początku 1970 roku Janis postanowiła więc pożegnać się z większością muzyków, z wyjątkiem gitarzysty Johna Tilla (który doszedł już po nagraniu albumu, a tuż przed występem na Woodstock Festival) i basisty Brada Campbella. To właśnie oni zaproponowali, aby Joplin po prostu połączyła siły z ich grupą Full Tillt Boogie Band (w jej skład wchodzili także: perkusista Clark Pierson, pianista Richard Bell i organista Ken Pearson). Muzycy usunęli dodatkowe "L" ze słowa "Tillt" (które sugerowało, że to Till jest liderem) i rozpoczęli intensywne koncertowanie. Wzięli m.in. udział w kanadyjskiej trasie Festival Express, podczas której wraz z innymi jej uczestnikami (jak Grateful Dead czy The Band) podróżowali specjalnym pociągiem.

We wrześniu zespół wszedł do studia, gdzie pod okiem Paula Rothchilda - producenta znanego ze współpracy z The Doors i Butterfield Blues Band - rozpoczął nagrywanie materiału, który miał stać się drugim solowym albumem Janis Joplin. Sesja zakończyła się 4 października, wraz ze śmiercią wokalistki po przypadkowym przedawkowaniu heroiny. Zarejestrowanego materiału wystarczyło, aby Rothchild mógł zmontować album, choć nie wszystkie utwory zostały dokończone (Joplin nie zdążyła zarejestrować partii wokalnej do "Buried Alive in the Blues"). Jednak przede wszystkim, "Pearl" - jak zatytułowano longplay, od pseudonimu wokalistki - pozbawiony jest jakiejkolwiek myśli przewodniej.

Wydawnictwo sprawia wrażenie zupełnie przypadkowego zbioru niepasujących do siebie kawałków, wśród których znalazły się dwie kompozycje samej Janis ("Move Over", "Mercedes Benz"), utwory napisane specjalnie dla niej przez innych twórców ("Buried Alive in the Blues" Nicka Gravenitesa, "Trust Me" Bobby'ego Womacka, "A Woman Left Lonely" Dana Penna i Spoonera Oldhama, "Half Moon" Johna i Johanny Hall), a także przeróbki ("Cry Baby" i "My Baby" z repertuaru Garneta Mimmsa, "Me and Bobby McGee" Krisa Kristoffersona, "Get It While You Can" Howarda Tate'a). Ich jedynym wspólnym mianownikiem jest charakterystyczny i jak zwykle bardzo ekspresyjny głos Janis. Pod względem instrumentalnym panuje tu jednak chaos. Energetyczne utwory rockowe (świetny "Move Over") lub bluesrockowe ("Buried Alive in the Blues") mieszają się tutaj z popowymi balladami w nieco staroświeckim stylu ("Cry Baby", "My Baby", "A Woman Left Lonely"), bardziej współczesnym popem ("Trust Me"), funkiem ("Half Moon"), country ("Me and Bobby McGee") i soulem ("Get It While You Can"), a całości dopełnia żartobliwy kawałek a capella (słynny "Mercedes Benz", będący ostatnim utworem zarejestrowanym przez wokalistkę).

Być może taki właśnie miał być ten album - bardzo eklektyczny, pokazujący wokalną wszechstronność Janis Joplin, która fantastycznie odnajduje się w każdym z tych stylów. Nie zmienia to faktu, że sesja nagraniowa została przerwana nagle i zupełnie niespodziewanie. Znając perfekcjonizm Rothchilda, można przypuszczać, że gdyby nie śmierć wokalistki, nagrania trwałyby znacznie dłużej, a tym samym - ostateczny kształt "Pearl" byłby z pewnością inny, może bardziej spójny. Do poszczególnych utworów nie mogę się przyczepić, ale nie tworzą one całości. Co nie przeszkodziło albumowi odnieść ogromnego sukcesu. Można jednak zadać sobie pytanie, na ile jest to zasługa jego muzycznej zawartości, a na ile okoliczności wydania. Odpowiedź nie jest wcale oczywista.

Ocena: 7/10



Janis Joplin - "Pearl" (1971)

1. Move Over; 2. Cry Baby; 3. A Woman Left Lonely; 4. Half Moon; 5. Buried Alive in the Blues; 6. My Baby; 7. Me and Bobby McGee; 8. Mercedes Benz; 9. Trust Me; 10. Get It While You Can

Skład: Janis Joplin - wokal, gitara (7); John Till - gitara; Brad Campbell - bass; Clark Pierson - perkusja; Richard Bell - pianino; Ken Pearson - organy
Gościnnie: Bobby Womack - gitara (9); Bobbye Hall - instr. perkusyjne; Sandra Crouch - instr. perkusyjne; Phil Badella, John Cooke, Vince Mitchell - dodatkowy wokal
Producent: Paul A. Rothchild


8 sierpnia 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "V.S.O.P." (1977)



"V.S.O.P." to zapis bezprecedensowego występu Herbiego Hancocka na nowojorskiej edycji Newport Jazz Festival, 29 czerwca 1976 roku. Nowatorstwo tego koncertu polegało na tym, że lider wystąpił w towarzystwie kolejno trzech różnych składów, z każdym z nich grając inną odmianę jazzu. Dzięki temu, "V.S.O.P." stanowi swego rodzaju podsumowanie i przegląd dotychczasowej kariery klawiszowca.

Występ rozpoczął się od solowego popisu Herbiego na pianinie elektrycznym ("Piano Introduction"). Następnie dołączają do niego Freddie Hubbard, Wayne Shorter, Ron Carter i Tony Williams. Skład ten przypomina zarówno Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa (ale z Hubbardem na miejscu Davisa), jak i skład z "Maiden Voyage" (ale z Shorterem zamiast George'a Colemana). Muzycy zagrali z tego albumu dwa utwory: tytułowy i "Eye of the Hurricane" (pierwszy w wersji prawie dwukrotnie dłuższej od studyjnego pierwowzoru, drugi ponad trzykrotnie dłuższej), a ponadto sięgnęli po kompozycję Shortera "Nefertiti" (z tak samo zatytułowanego albumu Davisa). Wykonanie jest porywające, wyraźnie słychać chemię panującą pomiędzy instrumentalistami. Muzykom tak dobrze się razem grało, że postanowili kontynuować współpracę. Kwintet przyjął nazwę V.S.O.P. i pozostawił po sobie kilka koncertówek, a nawet jeden album studyjny.

Kolejna część występu to powrót składu Mwandishi - jako sekstet z Benniem Maupinem, Eddiem Hendersonem, Julianem Priesterem, Busterem Williamsem i Billym Hartem (natomiast bez Patricka Gleesona). Muzycy zaczęli jednak od starszego utworu "Toys" z albumu "Speak Like a Child", który Hancock nagrał z zupełnie innym składem. Choć utwór został znacznie rozbudowany i wzbogacony elektrycznym pianinem, nie przypomina kosmicznego jazzu z albumów tego składu. Dopiero w "You'll Know When You Get There" z "Mwandishi", zaprezentowanym w nieco skróconej wersji, pojawia się trochę tego klimatu, a w drugiej części robi się nawet bardziej eksperymentalnie. Ogólnie ta część występu mocno rozczarowuje - jest dużo bardziej zachowawcza, niż można by się spodziewać po tym składzie. Repertuar też mógłby być lepiej dobrany. Utwory w rodzaju "Ostinato" lub "Hornets" byłby o wiele bardziej reprezentacyjne dla tego etapu kariery Herbiego. Przyczepić nie można się natomiast do samej gry muzyków i interakcji między nimi.

Ostatnia część występu to już Hancock w pełni zelektryfikowany, jazz-funkowy. Towarzyszy mu skład z najnowszego wówczas albumu "Secrets", a więc: Bennie Maupin, Paul Jackson, Wah Wah Watson, Ray Parker, James Levi i Kenneth Nash. Muzycy zaprezentowali rozbudowane wersje kawałków "Hang Up Your Hang Ups" (z "Man-Child") i "Spiders" (z "Secrets"), które na żywo znacznie zyskują, są bardziej swobodne i większą rolę odgrywa w nich zespołowa improwizacja. Z funkowych przebojów zmieniły się w porywające utwory fusion, z długimi solowymi popisami na tle intensywnej, gęstej gry sekcji rytmicznej, wciąż jednak nadającej tanecznego charakteru.

"V.S.O.P." może być dobrym wstępem do poznawania twórczości Herbiego Hancocka i - w zależności od tego, która część najbardziej się spodoba - wskazówką, po które albumy sięgnąć następnie. Natomiast dla osób, które już znają wcześniejsze dokonania klawiszowca, jest to świetne dopełnienie.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "V.S.O.P." (1977)

LP1: 1. Piano Introduction; 2. Maiden Voyage; 3. Nefertiti; 4. Introduction of Players / Eye of the Hurricane
LP2: 1. Toys; 2. Introductions; 3. You'll Know When You Get There; 4. Hang Up Your Hang Ups; 5. Spider

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Freddie Hubbard - trąbka i skrzydłówka (LP1: 2-4); Wayne Shorter - saksofon (LP1: 2-4); Ron Carter - kontrabas (LP1: 2-4); Tony Williams - perkusja (LP1: 2-4); Eddie Henderson - trąbka i skrzydłówka (LP2: 1,3); Bennie Maupin - flet (LP2: 1,3), saksofon (LP2: 4,5); Julian Priester - puzon (LP2: 1,3); Buster Williams - kontrabas (LP2: 1,3); Billy Hart - perkusja (LP2: 1,3); Wah Wah Watson - gitara (LP2: 4,5); Ray Parker, Jr. - gitara (LP2: 4,5); Paul Jackson - bass (LP2: 4,5); James Levi - perkusja (LP2: 4,5); Kenneth Nash - instr. perkusyjne (LP2: 4,5)
Producent: David Rubinson


6 sierpnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "The King of Limbs" (2011)



Po bardziej konwencjonalnym, rockowym "In Rainbows", muzycy postanowili wrócić do dziwniejszych brzmień. "The King of Limbs" to album mocno elektroniczny, mocno zrytmizowany, wypełniony utworami dalekimi od piosenkowych, schematycznych form. Gitary, jeśli w ogóle się w nich pojawiają, to na dalszym planie, wtopione w elektroniczne brzmienia. Efekt jest dość intrygujący, ale po pewnym czasie ten krótki album - znalazło się na nim osiem utworów o łącznym czasie trwanie nieprzekraczającym czterdziestu minut - zaczyna razić brakiem świeżości i wyrazistych kompozycji, a także nieco wysiloną dziwnością.

Utwory w rodzaju "Bloom" i instrumentalnego "Feral" przyciągają uwagę jedynie ciekawym brzmieniem, bo melodycznie są kompletnie nijakie. W przeszłości te wszystkie dziwaczne eksperymenty zwykle szyły w parze z dobrymi melodiami. Tutaj udaje się to właściwie tylko w "Morning Mr Magpie", "Little by Little" i "Lotus Flower" - choć ten ostatni tylko do momentu, gdy Thom Yorke przechodzi w irytujący falset, a melodia zanadto się rozmywa. Męczące są także partie wokalne w "Give Up the Ghost" i "Separator". Paradoksalnie, najbardziej udanym utworem jest ten najbardziej konwencjonalny, czyli "Codex" - po prostu zgrabna, nastrojowa ballada z fortepianem.

Podobnie, jak w przypadku "In Rainbows", materiał z "The King of Limbs" ciekawiej prezentuje się w wersji "From the Basement" - wideo przestawiające zespół grający na żywo, ale bez udziału publiczności, zostało wydane samodzielnie na DVD i Blu-rayu. Oprócz ciekawszych wersji wszystkich ośmiu albumowych utworów (z większym udziałem tradycyjnych instrumentów, ale wcale nie mniejszą rolą elektroniki, ponadto z lepszym brzmieniem, uwypuklającym linie basu), repertuar obejmuje dwie dodatkowe kompozycje: dość konwencjonalną balladę "The Daily Mail" i mocno elektroniczny, rytmiczny "Staircase", który okazuje się jednym z najlepszych momentów występu. Studyjne wersje tych utworów zostały wydane na niealbumowym singlu - jednym z dwóch wydanych w 2011 roku (na drugim znalazły się dwa inne odrzuty: "Supercollider" i "The Butcher").

Studyjny "The King of Limbs" pozostawia niestety sporo do życzenia. Szkoda, że muzycy nie chcą / nie potrafią zabrzmieć i zagrać w studiu tak, jak na koncertach - swobodniej, bardziej dynamicznie, z lepiej wyważonymi proporcami między poszczególnymi instrumentami i wokalem. Nagrywanie na żywo, zamiast trwającego wiele miesięcy dopracowywania, zdecydowanie wyszłoby im na dobre. A już na pewno wyszłoby na dobre słuchaczom.

Ocena: 6/10



Radiohead - "The King of Limbs" (2011)

1. Bloom; 2. Morning Mr Magpie; 3. Little by Little; 4. Feral; 5. Lotus Flower; 6. Codex; 7. Give Up the Ghost; 8. Separator

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino, programowanie; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, programowanie; Ed O'Brien - gitara, efekty, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass, syntezator, sampler; Philip Selway - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Noel Langley - skrzydłówka (1,6); Yazz Ahmed - skrzydłówka (1,6); The London Telefilmonic Orchestra - instr. smyczkowe (6)
Producent: Nigel Godrich


4 sierpnia 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "Night Dreamer" (1964)



Wayne Shorter to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych jazzowych saksofonistów i kompozytorów. Sławę przyniosły mu przede wszystkim występy z Jazz Messengers Arta Blakeya, kwintetem Milesa Davisa, oraz z własnym Weather Report. Zdecydowanie mniej uwagi poświęca się jego solowym dokonaniom. A szkoda, bo są równie interesujące. Shorter zadebiutował w roli lidera w 1960 roku albumem "Introducing Wayne Shorter", wydanym przez wytwórnię Vee-Jay (dwa lata później jej nakładem ukazał się jeszcze "Wayning Moments", a w latach 70. archiwalny "Second Genesis"). Jednak swoje największe dzieła nagrał po przejściu pod skrzydła Blue Note. Pierwszym albumem nagranym dla tej wytwórni był "Night Dreamer".

Materiał został zarejestrowany 29 kwietnia 1964 roku (mniej więcej w tym czasie Wayne dołączył do zespołu Davisa) w studiu Rudy'ego Van Geldera, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. W sesji uczestniczył prawdziwie gwiazdorski skład: pianista McCoy Tyner, perkusista Elvin Jones, basista Reggie Workman i trębacz Lee Morgan. Chyba nie przypadkiem każdy z nich miał na koncie współpracę z Johnem Coltrane'em (Morgan grał na "Blue Train", a pozostała trójka dołączyła do jego kwartetu na początku lat 60., Tyner i Jones pozostali w nim aż do przełomu lat 1965/66). W końcu to właśnie Trane był mentorem i główną, przynajmniej w tamtym czasie, inspiracją Shortera. Na "Night Dreamer" złożyło się sześć kompozycji lidera, wyraźnie inspirowanych wczesnymi dokonaniami Coltrane'a.

Całość ma dość minorowy, nocny nastrój. Album pięknie rozpoczyna utwór tytułowy, z niemal spirytualną grą sekcji rytmicznej, będącą tłem dla nośnego tematu sekcji dętej i indywidualnych popisów Shortera, Morgana i Tynera, z których błyszczy przede wszystkim ten lidera. Podobny klimat przynosi "Oriental Folk Song", oparty na motywie starej chińskiej pieśni. Znów zachwycają solówki saksofonisty. Jednocześnie można zauważyć, że w tej modalnej stylistyce nie do końca odnajduje się hardbopowiec Morgan. Jego partiom nie można nic zarzucić, poza tym, że nie do końca pasują do klimatu tego albumu. Z wyjątkiem dwóch nagrań, które same w sobie zdają nieco wyrwane z kontekstu całości - "Virgo" to urokliwa, ale nieco sentymentalna i dość staroświecka ballada, natomiast "Charcoal Blues" to też nieco archaiczny (poza solówkami Shortera) blues. Podobne utwory zdarzały się jednak także na albumach Trane'a. "Black Nile" i "Armageddon" to natomiast kolejne modalne, post-bopowe perełki, z charakterystycznym dla tego albumu klimatem i porywającymi popisami lidera.

Na "Night Dreamer" słychać już wielki talent Wayne Shortera, zarówno jako kompozytora, jak i instrumentalisty. Jednak ten album to dopiero skromna zapowiedź jego największych dzieł. Trochę zabrakło tutaj lepszego zgrania między całym składem. Shorter trochę za bardzo przejął się rolą lidera, nie zostawiając wiele miejsca dla sekcji rytmicznej. Do tego niezbyt trafiony okazał się wybór trębacza. Sam materiał jest natomiast lekko niespójny, lecz w większości naprawdę udany i warty poznania.

Ocena: 7/10



Wayne Shorter - "Night Dreamer" (1964)

1. Night Dreamer; 2. Oriental Folk Song; 3. Virgo; 4. Black Nile; 5. Charcoal Blues; 6. Armageddon

Skład: Wayne Shorter - saksofon; Lee Morgan - trąbka; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman  - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alfred Lion