31 lipca 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Secrets" (1976)



"Secrets" otwiera nowy rozdział w karierze Herbiego Hancocka. W nagraniach nie wspiera go już grupa Head Hunters, nie licząc udziału Benniego Maupina i Paula Jacksona. Ponadto w sesji wzięli udział gitarzyści Wah Wah Watson i Ray Parker oraz perkusiści James Levi, James Gadson i Kenneth Nash. Bardziej istotne są jednak zmiany, jakie zaszły w samej muzyce. Właśnie tym albumem klawiszowiec całkowicie przeszedł na stronę mainstreamu. To już nie fusion z elementami funku, a praktycznie czysty funk, czasem zahaczający o fusion. Materiał został w większości skomponowany przez Hancocka, Watsona i Jacksona, choć znalazło się tu także po jednej samodzielnej kompozycji Herbiego i Maupina, oraz jednej autorstwa gitarzystów.

Brzmienie albumu zdominowane jest przez proste, taneczne partie sekcji rytmicznej (z świetnie uwypuklonym, głębokim basem) i gitarzystów, którym towarzyszą łagodne i też niezbyt wyrafinowane solówki na klawiszach (głównie syntezatorach) i dęciakach. Zdecydowanie lepiej wypadają tu te bardziej energetyczne momenty, które bardzo fajnie bujają (na czele z singlowym "Doin' It", w którym pojawia się nawet partia wokalna), niż te bardziej relaksacyjne, w których robi się trochę tandetnie ("People Music", "Gentle Thoughts"). Najciekawiej wypada jednak finałowa kompozycja autorstwa Maupina, "Sansho Shima", w którym muzycy grają bardziej intensywnie i - w końcu - z  jazzową interakcją, a klimat niczym z karaibskich plaż ustępuje miejsca kosmicznym dźwiękom. Nieporozumieniem jest natomiast nowa wersja "Cantaloupe Island" (tutaj jako "Cantelope Island") z wydanego ponad dekadę wcześniej albumu "Empyrean Isles", która prawie w ogóle nie przypomina oryginału - zrezygnowano z chwytliwej melodii na rzecz różnych udziwnień w stylu dźwięków syntezatora, pogwizdywań czy egzotycznego rytmu. Jak dla mnie, nagranie to jest zupełnie niepotrzebne - oryginał wciąż brzmi świeżo, natomiast ta nowa wersja wyraźnie się zestarzała brzmieniowo. Nawet bardziej od innych utworów z "Secrets", w których syntezatory są bardziej wtopione w całość i nie dominują nad innymi instrumentami.

Jak na album muzyka, który kiedyś stworzył tak wybitne albumy, jak tzw. Trylogia Mwandishi i uczestniczył w nagrywaniu wielkich dzieł Milesa Davisa, "Secrets" jest sporym rozczarowaniem. Ale w kategorii funku jest to całkiem przyjemne wydawnictwo, choć może momentami nieco tandetne i zbyt leniwe (w sensie klimatu). Dlatego raczej nie jest to album do słuchania na co dzień, ale na wakacyjną imprezę lub wypad na plażę będzie w sam raz.

Ocena: 6/10



Herbie Hancock - "Secrets" (1976)

1. Doin' It; 2. People Music; 3. Cantelope Island; 4. Spider; 5. Gentle Thoughts; 6. Swamp Rat; 7. Sansho Shima

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, Lyricon; Wah Wah Watson - gitara, bass (1), wokal (1); Ray Parker Jr. - gitara, dodatkowy wokal (1); Paul Jackson - bass (2-7); James Levi - perkusja (2-7); James Gadson - perkusja (1); Kenneth Nash - instr. perkusyjne
Producent: David Rubinson i Herbie Hancock


30 lipca 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko Quintet - "Music for K" (1970)



Tomasz Stańko, jeden z najbardziej znanych i najwybitniejszych polskich jazzmanów, zmarł 29 lipca po kilkuletnich zmaganiach z chorobą nowotworową. Od dawna miałem w swoich recenzenckich planach omówienie jego twórczości, ale w kolejce czekało także wielu innych wybitnych twórców jazzowych. Jednak w związku z niedawną śmiercią muzyka, właściwym wydaje się jak najszybsze przypomnienie jego dokonań.

Stańko rozpoczął muzyczną edukację w wieku siedmiu lat, w 1949 roku. Początkowo uczył się grać na skrzypcach, ale z czasem zmienił instrument na trąbkę. Mimo tego, swoją przyszłość wiązał raczej z karierą plastyka. Dopiero uczestnictwo w krakowskim występie Dave'a Brubecka w 1958 roku, spowodowało zmianę planów. Profesjonalną karierę rozpoczął w 1962 roku, jako członek kwartetu Jazz Darings, uznawanego za jedną z pierwszych europejskich grup freejazzowych. Niedługo później zaczął także współpracę z Krzysztofem Komedą (m.in. wystąpił na jego słynnym albumie "Astigmatic"). W 1968 roku, po wyjeździe Komedy do Stanów, trębacz stworzył nową grupę - Tomasz Stańko Quintet z saksofonistami Januszem Muniakiem (także członkiem Jazz Darings) i Zbigniewem Seifertem, basistą Bronisławem Suchankiem, oraz perkusistą Januszem Stefańskim. Pod wpływem twórczości Ornette'a Colemana, w składzie nie znalazł się pianista.

Kwintet w styczniu 1970 roku nagrał swój debiutancki album "Music for K", dedykowany Krzysztofowi Komedzie, który zmarł w kwietniu poprzedniego roku, w wyniku wypadku, do jakiego doszło podczas jego pobytu w Los Angeles. "Music for K" ukazał się jako 22. pozycja w słynnej serii Polish Jazz (wydawanej przez Polskie Nagrania "Muza" w latach 1965-89 i ponownie od 2016 roku). Na album złożyły się cztery kompozycje (i repryza jednej z nich) autorstwa samego Stańki. Instrumentaliści przed nagraniem tego materiału grali ze sobą już od kilkunastu miesięcy, więc są bardzo dobrze zgrani. Pod względem stylistycznym najbliżej tutaj do wczesnego Colemana - jest więc dużo swobody, ale jednocześnie jest to jeszcze całkiem przystępne granie, z wyrazistymi tematami, stanowiącymi punkt wyjścia do improwizacji. Zwraca uwagę wirtuozeria i wspaniała interakcja muzyków - niebanalna, zróżnicowana gra sekcji rytmicznej tworzy fantastyczny podkład dla sprawiającej wrażenie monolitu sekcji dętej. Album rozpoczyna najbardziej agresywny "Czatownik". Następnie rozbrzmiewa pozornie spokojniejszy, ale tak naprawdę bardzo intensywny "Nieskończenie mały". W "Cry" znów pojawia się więcej dzikich, freejazzowych improwizacji, ale też przepiękna, liryczna solówka Stańki na zakończenie. Najważniejszym utworem jest jednak kilkunastominutowy, trzyczęściowy utwór tytułowy, z licznymi zmianami nastroju i solówkami wszystkich muzyków.

"Music for K" to bardzo udany debiut, a zarazem wspaniały hołd dla jednego z najlepszych europejskich jazzmanów. Takie albumy jak ten, czy wspomniany w powyższym tekście "Astigmatic", dobitnie udowadniają, że co jak co, ale polski jazz był na światowym poziomie.

Ocena: 8/10



Tomasz Stańko Quintet - "Music for K" (1970)

1. Czatownik; 2. Nieskończenie mały; 3. Cry; 4. Music for K; 5. Temat (Czatownik)

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Zbigniew Seifert - saksofon; Janusz Muniak - saksofon; Bronisław Suchanek - kontrabas; Janusz Stefański - perkusja
Producent: Wojciech Piętowski


29 lipca 2018

[Recenzja] Radiohead - "In Rainbows" (2007)



Twórczością Radiohead zainteresowałem się po obejrzeniu filmu "In Rainbows - From the Basement". To zarejestrowany w 2008 roku występ zespołu w telewizyjnym studiu londyńskiego The Hospital Club - na żywo, ale bez udziału publiczności. Materiał został później wyemitowany w telewizji, a następnie jego fragmenty udostępniono do pobrania w sklepie iTunes, oraz na DVD dołączonym do japońskiego wydania albumu "In Rainbows". Na repertuar złożyło się tylko kilka starszych kawałków (głównie z "Hail to the Thief"), a reszta materiału pochodziła z właśnie wydanego - początkowo wyłącznie w formie cyfrowych plików do ściągnięcia za dowolną kwotę, po dwóch miesiącach także fizycznie - "In Rainbows". Podczas tego występu zespół wypadł naprawdę intrygująco i porywająco, m.in. dzięki wysunięciu na pierwszy plan sekcji rytmicznej (z wyrazistymi partiami basu) i dziwaczne elektroniki, bardziej zakręconych partii gitar i mniej wyeksponowanego śpiewu.

Niestety, w albumowej wersji materiał ten już tak bardzo nie zachwyca. Początek jest nawet całkiem obiecujący. "15 Step" to kolejny w repertuarze grupy kawałek udatnie łączący elektroniczny podkład z tradycyjnymi brzmieniami gitarowymi. Natomiast następujący tuż po nim "Bodysnatchers" to dość pokręcony kawałek z mocno przesterowanym brzmieniem. Takie Radiohead lubię najbardziej. W tych dwóch kawałkach zespół najbardziej zbliżył się do tego, co zaprezentował na "From the Basement". Jednak już w trzecim na trackliście "Nude" robi się... nudno. To jedna z tych smętnych ballad, które zespół tak bardzo upodobał sobie w czasach "Ok Computer". Bardzo anemicznie i konwencjonalnie wypada także znaczna część kolejnych kawałków: "Weird Fishes / Arpeggi", akustyczny "Faust Arp", "Reckoner", a zwłaszcza do bólu zwyczajny i nijaki "House of Cards". Ciekawiej prezentuje się "All I Need" z bardziej elektronicznym podkładem i fajnym, niższym śpiewem Thoma Yorke'a. Nie można też przejść obojętnie obok bardziej dynamicznego i naprawdę chwytliwego "Jigsaw Falling into Place". A finałowa ballada "Videotape", choć znów nieco smętna i anemiczna, doskonale sprawdza się jako zakończenie albumu.

Na tym jednak nie koniec, bo niektóre fizyczne wydania albumu zawierają także dodatkowy dysk (wydany także oddzielnie, jako EP "In Rainbows Disk 2") z ośmioma bonusowymi nagraniami. Właściwie sześcioma, gdyż "MK 1" i "MK2" to tylko elektroniczne miniaturki. Pomijając smętne "Go Slowly" i "4 Minute Warning", jest to całkiem udany materiał. Utwory w rodzaju zadziornego "Up on the Ladder" i agresywnego "Bangers + Mash" zdecydowanie powinny zająć miejsce co słabszych fragmentów podstawowego wydania.

Ogólnie "In Rainbows" nie jest słabym longplayem, ale mocno nierównym (co zresztą jest problemem wszystkich albumów Radiohead, z wyjątkiem "Kid A", choć tutaj chyba najmocniej to dokucza). Jednak dzięki wersjom większości utworów z "From the Basement" można przekonać się, że to nie wina samych kompozycji, a ich wykonania, wygładzonego brzmienia i miksu, który nie uwypukla tego, co najciekawsze.

Ocena: 7/10



Radiohead - "In Rainbows" (2007)

1. 15 Step; 2. Bodysnatchers; 3. Nude; 4. Weird Fishes / Arpeggi; 5. All I Need; 6. Faust Arp; 7. Reckoner; 8. House of Cards; 9. Jigsaw Falling into Place; 10. Videotape

Bonus CD: 1. MK 1; 2. Down Is the New Up; 3. Go Slowly; 4. MK 2; 5. Last Flowers; 6. Up on the Ladder; 7. Bangers + Mash; 8. 4 Minute Warning

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino, programowanie; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, programowanie; Ed O'Brien - gitara, efekty, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass, syntezator, sampler; Philip Selway - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Matrix Music School children's choir - chór (1); The Millennia Ensemble - instr. smyczkowe
Producent: Nigel Godrich


27 lipca 2018

[Recenzja] Freddie Hubbard / Stanley Turrentine - "In Concert" (1976)



Jeśli na jednym wydawnictwie grają tacy muzycy, jak Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Ron Carter i Jack DeJohnette, to można je brak w ciemno. Wspomniani muzycy, wraz z saksofonistą Stanleyem Turrentine'em i gitarzystą Erikiem Gale'em, zagrali razem dwa koncerty: 3 marca 1973 roku w Chicago Opera House, oraz następnego dnia w Ford Auditorium w Detroit. Fragmenty tych występów w 1974 roku (choć niektóre źródła podają '73 lub '75) trafiły na dwa osobne wydawnictwa: "In Concert, Volume One" i "In Concert, Volume Two". Co ciekawe, pierwsze z nich firmowały wyłącznie nazwiska Hubbarda i Turrentine'a, podczas gdy drugie - całego sekstetu, z Hancockiem na pierwszym miejscu. W 1976 roku obie płyty wydano ponownie jako jedno wydawnictwo, "In Concert" (wykorzystując okładkę "Volume One"). Większość kompaktowych wznowień również zawiera materiał z obu wolumenów, ale ponieważ zdecydowano się na jednopłytowe wydawnictwo, pominięta została jedna wersja utworu "Hornets". Jedynie w Japonii "Volume One" i "Volume Two" zostały wydane osobno, w oryginalnej formie, także w wersji kompaktowej.

Pierwsza płyta, odpowiadająca zawartości "Volume One", zawiera dwie blisko dwudziestominutowe improwizacje na bazie kompozycji Hubbarda, "Povo" i "Gibraltar". Obie utrzymane są w stylistyce znanej ze studyjnych albumów trębacza, "Red Clay" i "Straight Life", choć brzmienie jest trochę bardziej zadziorne, a wykonanie bardziej swobodne. Całość zdominowana jest przez porywające popisy sekcji dętej, ale Hancock, Carter i DeJohnette też dostają czas na zaprezentowanie swoich umiejętności (jedynie udział Gale'a ogranicza się do pogrywania w tle, bez którego całość nic by nie straciła). Proporcje odwracają się na pierwszej stronie drugiej płyty (odpowiadającej "Volume Two"), na której Hubbard i Turrentine są nieobecni, a na pierwszy plan wychodzi Herbie. Znalazły się tu dwie wersje jego kompozycji "Hornets" (z wtedy już nagranego, ale jeszcze niewydanego albumu "Sextant"), połączone klawiszową miniaturką "Interlude". W porównaniu z wersją septetu Mwandishi, tutejsze wykonania "Hornets" są mniej zwariowane, ale zagrane prawie tak samo intensywnie, gęsto i z podobną wirtuozerią. Na drugą stronę trafiło natomiast drugie, równie wspaniałe wykonanie "Gibraltar".

Muzycy nie zawodzą, pokazując prawdziwą wirtuozerię i wzorową interakcję, jednak czegoś mi tu brakuje. Może nieco większego szaleństwa - bo mimo swobodnych struktur, gra sekcji dętej i gitarzysty wydaje się zbyt zachowawcza, a pozostali muzycy też nie zawsze mogą pokazać, na co naprawdę ich stać. Jednak w kategorii takiego bardziej (ale nie do końca) mainstreamowego fusion, jest to prawdziwie mocarne wydawnictwo.

Ocena: 8/10



Freddie Hubbard / Stanley Turrentine - "In Concert" (1976)

LP1: 1. Povo*; 2. Gibraltar**
LP2: 1. Hornets**; 2. Interlude**; 3. Hornets*; 4. Gilbraltar*

*wersja z Detroit
**wersja z Chicago

Skład: Freddie Hubbard - trąbka; Stanley Turrentine - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Eric Gale - gitara; Ron Carter - bass; Jack DeJohnette - perkusja
Producent: Creed Taylor

Po prawej: okładka "In Concert, Volume Two".



25 lipca 2018

[Recenzja] The Doors - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (2018)



Premiera najnowszego wydawnictwa The Doors przeszła praktycznie bez echa. W sumie trudno się temu dziwić, bo na przestrzeni dekad ukazało się już wiele koncertówek zespołu. "Live at the Isle of Wight Festival 1970" to jednak zapis wyjątkowego występu, zagranego 29 sierpnia 1970 na tytułowym festiwalu. Tego samego dnia wystąpili tam także m.in. Miles Davis, The Who, Ten Years After, Sly and the Family Stone i trio Emerson, Lake & Palmer (a to tylko mała część wszystkich wykonawców, którzy zagrali w trakcie sześciodniowej imprezy). Co jednak najistotniejsze, był to ostatni europejski koncert Jima Morrisona i jeden z jego ostatnich w ogóle.

Podczas godzinnego setu zespół zaprezentował siedem utworów, pochodzących głównie z dwóch pierwszych albumów. Występ rozpoczęli jednak od nagrania z wydanego pół roku wcześniej "Morrison Hotel" - "Roadhouse Blues". To świetny kawałek zarówno na otwarcie albumu, jak i występu. W tej wersji partie pianina i gitary basowej zostały zastąpione przez elektryczne organy, co nadaje jej bardziej psychodelicznego charakteru. Choć bluesowy klimat wciąż jest słyszalny, głównie za sprawą przepitego wokalu Jima Morrisona. Z najnowszego wówczas albumu muzycy zaprezentowali jeszcze rozbudowaną wersję "Ship of Fools". W sumie szkoda, że tylko tyle, bo "Morrison Hotel" po same krawędzie obu stron winyla wypełniony jest materiałem świetnie nadającym się do grania na żywo.

Reszta repertuaru to jednak utwory, które już w tamtym czasie miały status kultowych. Pochodzące z debiutu "Break on Through (to the Other Side)" i przeróbka "Back Door Man" już na początku występu podkręcają atmosferę, a zaraz po nich rozbrzmiewa niesamowity "When the Music's Over". Jednak kulminacyjnym punktem występu jest bez wątpienia rozbudowany do czternastu minut "Light My Fire". To nic, że Morrisonowi nieco załamuje się wokal - długie, fantastyczne solówki Raya Manzarka i Robby'ego Kriegera całkowicie to wynagradzają. A na zakończenie czeka jeszcze bardzo ciekawe wykonanie "The End" - przearanżowane, rozbudowane, z nowymi wersami (sekcje oznaczone w opisie jako "Across the Sea" i "Away in India"), oraz cytatami z "Cross Road Blues" Roberta Johnsona i własnego "Wake Up".

"Live at the Isle of Wight Festival 1970" nie wnosi niczego nowego do dyskografii zespołu, ani w żaden sposób nie wzbogaca wiedzy na jego temat. To jednak interesujący zapis występu jednej z najsłynniejszych i najlepszych grup rockowych. Dla fanów The Doors jest to raczej obowiązkowa pozycja, dla wszystkich pozostałych - warta poznania. Album ukazał się w różnych formatach (ale, o dziwo, nie na winylu), obejmujących także wersje wideo.

Ocena: 7/10



The Doors - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (2018)

1. Roadhouse Blues; 2. Introduction; 3. Back Door Man; 4. Break on Through (to the Other Side); 5. When the Music's Over; 6. Ship of Fools; 7. Light My Fire; 8. The End (Medley: Across the Sea / Away in India / Crossroads Blues / Wake Up)

Skład: Jim Morrison - wokal; Ray Manzarek - instr. klawiszowe; Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Producent: Jeffrey Jampol


23 lipca 2018

[Recenzja] Eddie Henderson - "Sunburst" (1975)



Trzeci album Eddiego Hendersona przynosi kilka zmian. Ta najmniej istotna to przejście z wytwórni Capricorn pod skrzydła zasłużonej dla jazzu Blue Note. Poważniejsza to znaczące przegrupowanie zespołu. Z muzyków, którzy towarzyszyli mu na "Realization" i "Inside Out", w podstawowym składzie został tylko Bennie Maupin. Rola Bustera Williamsa i Billy'ego Harta ograniczyła się do zagrania w jednym utworze - w pozostałych ich miejsca zajęli odpowiednio Alphonso Johnson (z Weather Report) i Harvey Mason (z Head Hunters). George Duke zastąpił natomiast Herbiego Hancocka i Patricka Gleesona. W sesji wziął za to udział Julian Priester, współpracujący z Hendersonem po raz pierwszy od czasu "Sextant". Stężenie członków Mwandishi jest tu zatem wciąż wysokie.

Największe zmiany zaszły jednak w kwestii muzycznego kierunku. Eddie, najwyraźniej zachęcony komercyjnym sukcesem Hancocka i jego Head Hunters, postanowił zwrócić się stronę funku. Już w rozpoczynających całość "Explodition" i "The Kumquat Kids" zwraca uwagę uproszczona, taneczna rytmika i bardziej syntetyczne brzmienie, a także potężna dawka energii. Nie brakuje w nich jednak długich i naprawdę dobrych popisów instrumentalnych. Zdecydowanie mniej ciekawie prezentuje się "Hop Scotch", w którym muzycy posunęli się za daleko w stronę czystego funku i mainstreamowego brzmienia. Kawałek jest po prostu kiepski. Za to w "Involuntary Bliss" nowa stylistyka fantastycznie miesza się z kosmicznym klimatem nagrań Mwandishi. Do stylu tej grupy bezpośrednio nawiązują natomiast takie nagrania, jak zatopiony w brzmieniu elektrycznych klawiszy tytułowy "Sunburst", hipnotyzujący "Galaxy" (w którym Maupin przypomina sobie o klarnecie basowym, rewelacyjnie wzbogacając nim nastrój), oraz - a właściwie przede wszystkim - prawdziwie transcendentny "We End in a Dream" (to właśnie w nim zagrali Williams i Hart).

"Sunburst" powinien spodobać się zarówno wielbicielom bardziej ambitnej odmiany elektrycznego jazzu, jak i osobom wolącym jego skomercjalizowaną, jazz-funkową formę. Oba te podejścia doskonale się tutaj przeplatają i uzupełniają, tworząc zaskakująco spójną całość (z której, niestety, trochę wyłamuje się jedno nagranie). Może nie jest to najlepszy solowy album Eddiego Hendersona (na to miano bardziej zasługuje na pewno "Realization"), ale prawdopodobnie mój ulubiony.

Ocena: 8/10



Eddie Henderson - "Sunburst" (1975)

1. Explodition; 2. The Kumquat Kids; 3. Sunburst; 4. Involuntary Bliss; 5. Hop Scotch; 6. Galaxy; 7. We End in a Dream

Skład: Eddie Henderson - trąbka, skrzydłówka, kornet; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy; Julian Priester - puzon; George Duke - instr. klawiszowe; Alphonso Johnson - bass i kontrabas (1-6); Harvey Mason - perkusja (1-6)
Gościnnie: Bobby Hutcherson - marimba (6); Buster Williams - kontrabas (7); Billy Hart - perkusja (7)
Producent: Skip Drinkwater


21 lipca 2018

[Recenzja] Big Brother and the Holding Company - "Cheap Thrills" (1968)



Sława Janis Joplin zdecydowanie przerosła Big Brother and the Holding Company. A przecież to właśnie jako wokalistka tego zespołu nagrała słynne "Summertime" i "Piece of My Heart". Oba utwory znalazły się na drugim albumie grupy, "Cheap Thrills" (początkowo mającym nosić tytuł "Sex, Dope and Cheap Thrills", na co nie zgodził się wydawca). Wcześniej muzycy wydali jeszcze eponimiczny debiut, trwający zaledwie 23 minuty, ale nie przyniósł im on ani sławy, ani powodu do dumy. Krótko mówiąc, pod względem muzycznym nie wyróżniał się niczym ciekawym na tle innych ówczesnych wydawnictw. Przy tak przeciętnym, szablonowym materiale (z wyjątkiem psychodelicznej wersji "All is Loneliness" Moondoga) nie pomogła nawet tak charyzmatyczna wokalistka, jak Janis (czasem zresztą spychana do roli drugiego głosu).

Popularność grupy zaczęła rosnąć po występie na festiwalu w Monterey w czerwcu 1967 roku, dzięki któremu muzycy dostali propozycję podpisania kontraktu z Columbią. Nagrany dla tej wytwórni album "Cheap Thrills" ukazał się dopiero w sierpniu 1968 roku, gdy wygasł kontrakt z poprzednim wydawcą. Na longplay składa się sześć nagrań studyjnych, z których część została ustylizowana na koncertowe (poprzez dodanie odgłosów publiczności i zapowiedzi konferansjera Billa Grahama), a także jeden utwór faktycznie zarejestrowany podczas występu. Cztery utwory to autorskie kompozycje członków grupy, pozostałe to covery. Własne kawałki to zwykle po prostu bardzo fajne granie, zgodne z duchem hipisowskiej epoki (energetyczny, nieco rhythm'n'bluesowy  "Combination of the Two", bluesująco-soulujący "I Need a Man to Love", czy najbardziej psychodeliczny "Oh, Sweet Mary", w którym rolę głównego wokalisty pełni wyjątkowo Sam Andrew). Nawet wykonany do bólu schematycznie knajpiany "Turtle Blues" przyciąga uwagę dzięki zaangażowanej partii wokalnej Janis.

Ale trzy przeróbki to już nieco wyższy poziom. Ponadczasowe klasyki, które w tych właśnie wersjach na stałe weszły do rockowego kanonu. "Summertime" to aria pochodząca z napisanej w latach 30. przez braci Gershwinów i małżeństwo Heywardów opery "Porgy and Bess" (wcześniej przerabiali ją, w wersjach instrumentalnych, m.in. Miles Davis i John Coltrane). Tutejsza wersja powala wokalną ekspresją, ale warto też docenić misterne partie gitarzystów. "Piece of My Heart", urockowiona wersja soulowego przeboju Ermy Franklin, to po prostu bardzo zgrabny kawałek, który momentalnie zapada w pamieć. Najbardziej zachwycającym momentem jest jednak finałowy "Ball and Chain" - dziewięciominutowa adaptacja dwunastotaktowego bluesa Big Mamy Thornton. To właśnie porywające wykonanie tego utworu na Monterey Pop Festival zwróciło na zespół większą uwagę. Na albumie znalazło się równie emocjonujące wykonanie z występu w Fillmore East, 8 marca 1968 roku, z wspinającą się na wyżyny wokalnej ekspresji Joplin i odpowiednio udramatyzowaną grą instrumentalistów.

Janis Joplin po śmierci stała się prawdziwą legendą, symbolem rocka. I zwykle w tym kontekście się o niej wspomina, skupiając się na jej osobie i niewątpliwym talencie wokalnym, jednocześnie spychając jej konkretne muzyczne dokonania na dalszy plan. Tymczasem "Cheap Thrills" to album, który spokojnie można postawić w jednym rzędzie z największymi osiągnięciami innych ówczesnych grup z San Francisco, jak Jefferson Airplane, Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service.

Ocena: 8/10



Big Brother and the Holding Company - "Cheap Thrills" (1968)

1. Combination of the Two; 2. I Need a Man to Love; 3. Summertime; 4. Piece of My Heart; 5. Turtle Blues; 6. Oh, Sweet Mary; 7. Ball and Chain

Skład: Janis Joplin - wokal; Sam Andrew - gitara, bass, wokal; James Gurley - gitara; Peter Albin - bass, gitara; Dave Getz - perkusja
Gościnnie: John Simon - pianino; Bill Graham - głos (1,7)
Producent: John Simon


19 lipca 2018

[Recenzja] John Handy - "Recorded Live at the Monterey Jazz Festival" (1966)



John Handy to jazzowy saksofonista, znany przede wszystkim ze współpracy z Charlesem Mingusem (można go usłyszeć m.in. na słynnym "Mingus Ah Um"). Jako lider wielkiej kariery nie zrobił, jednak pozostawił po sobie jeden wielki album. "Recorded Live at the Monterey Jazz Festival", zapis  występu z 18 września 1965 roku, to jedno z najciekawszych i najbardziej prekursorskich wydawnictw lat 60. Interesujący jest już samo instrumentarium, bo oprócz saksofonu altowego, kontrabasu i perkusji, obejmuje ono także gitarę elektryczną i skrzypce. Sama muzyka, choć grana głównie na akustycznych instrumentach (zaś gitara ma czyste, nieprzekształcone żadnymi efektami brzmienie), jest już wyraźną zapowiedzią nurtu fusion. Słychać tu wyraźne podobieństwa do późniejszych dokonań Milesa Davisa, Mahavishnu Orchestra, a nawet King Crimson.

Na album składają się tylko dwa utwory (oba są kompozycjami Handy'ego): prawie półgodzinny "If Only We Knew" i dwudziestominutowy "Spanish Lady". Pierwszy z nich wyróżnia się nieoczywistą strukturą. Po bardzo ładnym temacie na gitarę, saksofon i skrzypce, następuje długie, fantastyczne solo lidera bez żadnego akompaniamentu, momentami lekko ocierające się o stylistykę free czy może bardziej spiritual. Po krótkim temacie całego kwintetu, rozbrzmiewa kolejny porywający popis solowy, tym razem basisty Dona Thompsona, który z czasem przeradza się we wspaniały duet z gitarzystą Jerrym Hahnem. Kolejno dochodzą pozostali muzycy (czyli poza liderem także grający na skrzypcach Mike White i perkusista Terry Clarke), a ostatnie kilkanaście minut to już doskonała improwizacja całego zespołu, o prawie transcendentnym klimacie, zakończona powtórzeniem pierwszego tematu. Drugi utwór, pomijając długi saksofonowy wstęp w stylu flamenco, w całości opiera się na porywającej interakcji całego kwintetu, a każdy muzyk ma sporo okazji do zabłyśnięcia swoim talentem i wirtuozerią. Znów słychać elementy, które miały powrócić u późniejszych twórców fusion i spiritual jazzu. Warto zwrócić też uwagę na bardzo dobrą jakość dźwięku w obu nagraniach.

Na kompaktowych reedycjach z lat 1996 i 2007 dołączono bonusowy utwór "Tears of Ole Miss (Anatomy of a Riot)" (także autorstwa Handy'ego), zarejestrowany 28 czerwca 1967 roku podczas występu w nowojorskim klubie The Village Gate. Liderowi towarzyszył wówczas zupełnie inny skład, z wibrafonistą Bobbym Hutchersonem, gitarzystą Patem Martino, basistą Albertem Stinsonem i perkusistą Dougiem Sidesem. Nagranie zostało oryginalnie wydane na albumie "New View" (1967), w całości będącym zapisem wspomnianego występu. "Tears of Ole Miss" to kolejna porywająca, 23-minutowa improwizacja, momentami mocniej kierująca się w stronę free jazzu, choć nie brakuje elementów kojarzących się z fusion. Ponownie zwraca uwagę bardzo dobra jakość dźwięku.

"Recorded Live at the Monterey Jazz Festival" to zdecydowanie album wyprzedzający swój czas, zawierający sporo nowatorskich elementów, które wkrótce miały stać się normą. Do dziś ta muzyka brzmi bardzo świeżo i porywająco. Szkoda, że album jest praktycznie zapomniany i nie mówi, ani nie pisze się o nim tak wiele, na ile zasługuje. Dodam jeszcze tylko, że jest to longplay, którego koniecznie trzeba posłuchać.

Ocena: 9/10



John Handy - "Recorded Live at the Monterey Jazz Festival" (1966)

1. If Only We Knew; 2. Spanish Lady

Skład: John Handy - saksofon; Mike White - skrzypce; Jerry Hahn - gitara; Don Thompson - kontrabas; Terry Clarke - perkusja
Producent: John H. Hammond


17 lipca 2018

[Recenzja] King Crimson Collectors' Club (przegląd, część I)

"King Crimson Collectors' Club" (początkowo "D.G.M. Collectors' Club") to seria archiwalnych wydawnictw King Crimson, głównie z materiałem koncertowym, nad których przygotowaniem osobiście czuwał Robert Fripp. Dystrybucja odbywała się wyłącznie za pośrednictwem oficjalnej strony wytwórni D.G.M. - początkowo w formie fizycznych kopii wysyłanych pocztą, później pojawiła się także możliwość odpłatnego pobrania cyfrowych plików. W latach 1998-2016 ukazało się w ramach tej serii łącznie czterdzieści sześć wydawnictw.

Celem niniejszego przeglądu jest zaprezentowanie najciekawszych albumów wydanych w ramach KCCC. W pierwszej części przyjrzę się wydawnictwom zarejestrowanym przez dwa pierwsze koncertowe składy King Crimson.

Skład I
Robert Fripp - gitara, melotron; Greg Lake - bass, wokal;
Ian McDonald - saksofon, flet, melotron; Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne

Skład zespołu z debiutanckiego "In the Court of the Crimson King" zdecydowanie nie był najlepszym, jeśli chodzi o występy na żywo. Muzykom trochę brakowało umiejętności improwizowania, co w połączeniu z małą ilością materiału, powodowało, że poszczególne występy były niemalże identyczne. Nie powinno więc dziwić, że skład ten dorobił się tylko jednej oficjalnej koncertówki (wydanej w 1997 roku "Epitaph") i zaledwie trzech pozycji w serii KCCC.

KCCC 1: Live at the Marquee 1969 (1998)

Pierwszą odsłonę serii wypełnił zapis koncertu zarejestrowanego prawdopodobnie 6 lipca 1969 roku (trzy miesiące przed premierą debiutanckiego albumu) w londyńskim Marquee Club, a także jedno nagranie z 17 października w londyńskiej Fairfield Halls. Dźwięk jest zniekształcony, ale sama muzyka - porywająca. Nie można też zapomnieć o historycznej wartości tego wydawnictwa. Można tu usłyszeć przedpremierowe wykonania takich klasyków, jak "21st Century Schizoid Man" (niestety, bez pierwszych kilkudziesięciu sekund) i "Epitaph", a także jedyną zachowaną koncertową wersję "I Talk to the Wind" (jeszcze z inną linią wokalną i mocniej zaakcentowaną partią gitary). Warto też zwrócić uwagę na improwizacje: 13-minutową, nieokiełznaną "Improv" (z cytatami z "Nola" Felixa Arndta i "Étude No 7" Matteo Carcassiego) oraz 19-minutową "Trees" (to właśnie ona pochodzi z innego występu), w której, mimo naprawdę beznadziejnego brzmienia, można doszukać się zalążków kompozycji "Pictures of a City" i "Islands". Ocena: 7/10 

1. 21st Century Schizoid Man; 2. Drop In; 3. I Talk to the Wind; 4. Epitaph; 5. Mantra; 6. Travel Weary Capricorn; 7. Improv; 8. Mars: The Bringer of War; 9. Trees


KCCC 12: Live in Hyde Park, London 1969 (2002)

Prawdopodobnie najważniejszy występ w karierze zespołu. 5 lipca 1969 roku wciąż nieznana grupa wystąpiła przed półmilionowym tłumem jako jeden z supportów The Rolling Stones. King Crimson zrobił ponoć ogromne wrażenie na niespodziewającej się takiej muzyki publiczności, przyćmiewając wszystkich, włącznie z główną gwiazdą. Jakość nagrania jest niestety kiepska, ale wynagradza to świetne wykonanie. W repertuarze znalazła się m.in. prototypowa wersja "The Court of the Crimson King" i niesamowite, szalone wykonanie "Get Thy Bearings" Donovana. Pozostaje żałować, że nie zachował się filmowy zapis tego występu (poza fragmentem "21st Century Schizoid Man"). CD dodatkowo zawiera 15-minutowy wywiad z członkami oryginalnego składu, przeprowadzony w 1997 roku z okazji premiery "Epitaph", a także doskonale brzmiącą, studyjną wersję "21st Century Schizoid Man" z 1969 roku - bez partii wokalnej, ale za to z fantastycznymi popisami instrumentalistów. Ocena: 7/10

1. 21st Century Schizoid Man; 2. The Court of the Crimson King; 3. Get Thy Bearings; 4. Epitaph; 5. Mantra; 6. Travel Weary Capricorn; 7. Mars: The Bringer of War; 8. Band reunion meeting; 9. 21st Century Schizoid Man (instrumental)


Ponadto w 2004 roku ukazał się "KCCC 25: Live at Fillmore East, November 21 & 22, 1969", który oprócz przyzwoitej jakości dźwięku nie ma wiele do zaoferowania - materiał z 21 listopada znalazł się już wcześniej na wspomnianym "Epitaph" (tutaj doszedł tylko dwuminutowy fragment "The Court of the Crimson King"), a podczas występu następnego dnia zostały wykonane dokładnie te same utwory.


Skład II
Robert Fripp - gitara, melotron; Boz Burrell - bass, wokal;
Mel Collins - saksofon, flet, melotron; Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne

Przejściowe składy z albumów "In a Wake of Poseidon" i "Lizard" nie zagrały ani jednego koncertu. Dopiero podczas nagrywania "Islands" Robert Fripp zebrał ekipę, z którą mógł wyruszyć na trasę. Muzycy spędzili na niej prawie cały rok, a wiele występów zostało udokumentowanych. W sumie w serii KCCC ukazało się dziewięć albumów firmowanych przez ten skład. Poniżej przedstawiam sześć najciekawszych.

KCCC 2: Live at Jacksonville 1972 (1998)

Na pierwszy ogień poszedł jeden z ostatnich zarejestrowanych występów tego składu, z 26 lutego 1972 roku w Jacksonville na Florydzie. Słychać, że muzycy byli już świetnie zgrani, a porównując z poprzednim składem - czuli się znacznie swobodniej w improwizacjach, co potwierdza chociażby 14-minutowa wersja "Sailor's Tale" (częściowo wykorzystana na albumie "Earthbound"). Każdy z czterech wydanych do tamtej pory albumów ma tutaj swoją reprezentację, a najbardziej porywająco wypadają wykonania "Pictures of a City", "Cirkus" i "Formentera Lady", które nabrały bardziej jazzowego charakteru. Nie zabrakło oczywiście obowiązkowego "21st Century Schizoid Man" (w którym nie najlepiej radzi sobie wokalnie Burrell), ale znalazło się też miejsce dla rzadziej granego "Ladies of the Road". Dużo do życzenia pozostawia jednak brzmienie - w głośniejszych fragmentach występują zniekształcenia dźwięku. Ocena: 8/10

1. Pictures of a City; 2. Cirkus; 3. Ladies of the Road; 4. Formentera Lady; 5. Sailor's Tale; 6. 21st Century Schizoid Man


KCCC 9: Live at Summit Studios 1972 (2000)

Choćby dla tej pozycji warto zagłębić się w serię KCCC. Materiał zarejestrowany 12 marca 1972 roku w Denver wyróżnia się świetną jakością dźwięku i ciekawym repertuarem, który oprócz kilku koncertowych pewniaków ("Pictures of a City", "21st Century Schizoid Man") zawiera takie perełki, jak "Cadence and Cascade" czy fantastycznie rozbudowany do czternastu minut "Groon". Nie można nie wspomnieć o świetnym wykonaniu. Muzycy byli w fantastycznej formie, o czym świadczą długie jamy, chociażby w "Groon", "Sailor's Tale" i całkowicie zaimprowizowanym "Summit Going On". Największą niespodzianką jest jednak wykonanie... "The Creator Has a Master Plan" Pharoaha Sandersa. Muzycy zaprezentowali utwór w skróconej i uproszczonej, ale naprawdę fajnej wersji, z dodającą nowej jakości partią gitary. Utwór przechodzi w kolejną improwizację, "Summit and Something Else", w której można usłyszeć zalążki pomysłów wykorzystanych później na "Larks' Tongues in Aspic". Cały występ na tle innych tu opisanych wyróżnia się brakiem melotronu, co zaowocowało nieco innym charakterem muzyki. Ocena: 9/10

1. Pictures of a City; 2. Cadence and Cascade; 3. Groon; 4. 21st Century Schizoid Man; 5. Summit Going On; 6. My Hobby; 7. Sailor's Tale; 8. The Creator Has a Master Plan / Summit and Something Else


KCCC 14: Live at Plymouth Guildhall 1971 (2000)

Najstarszy zarejestrowany występ tego składu, z 11 maja 1971 roku w Plymouth w Wielkiej Brytanii. Na dwóch płytach zamieszczono 135 minut muzyki o całkiem dobrej jakości dźwięku (pochodzącego bezpośrednio z konsolety - jedynie brakujący początek "Get Thy Bearings" zastąpiono amatorskim, fatalnej jakości nagraniem z publiczności). W repertuarze znalazło się kilka rzadziej wykonywanych utworów, jak "The Letters", "Lady of the Dancing Water", czy nietypowe w setliście tego składu "The Court of the Crimson King" i "Mars". Niestety, słychać, że muzycy dopiero co zaczęli razem występować i dlatego większość utworów została po prostu poprawnie odegrana, nie ma tu żadnych interesujących improwizacji. Od King Crimson oczekuję czegoś więcej. Ocena: 6/10

CD1: 1. Cirkus; 2. Pictures of a City; 3. Sailor's Tale; 4. The Letters; 5. Lady of the Dancing Water; 6. Cadence and Cascade
CD2: 1. Get Thy Bearings; 2. The Court of the Crimson King; 3. Ladies of the Road; 4. 21st Century Schizoid Man; 5. Mars: The Bringer of War


KCCC 18: Live in Detroit, MI 1971 (2001)

Kolejny dwupłytowy zestaw, tym razem z zapisem występu z 13 listopada 1971 roku w Eastown Theatre w Detroit. W ciągu pół roku, jakie minęło od czasu występu w Plymouth (KCCC 14), muzycy poczynili znaczące postępy w zespołowej improwizacji, co zaowocowało porywającymi wykonaniami utworów w rodzaju "Pictures of a City", "Formentera Lady", "Sailor's Tale", "Cirkus" czy "21st Century Schizoid Man", 17-minutowym jamem na bazie "Groon", oraz zaskakującą, bluesową (!) wersją "The Court of the Crimson King" (słychać, że muzycy po prostu dobrze się bawili). Warto zwrócić też uwagę na to, że muzyka nabrała bardziej jazzowego charakteru. Brzmienie całości jest wyjątkowo dobre, prawie doskonałe (choć momentami następują spadki jakości). Szkoda tylko, że powodu czasowych ograniczeń taśmy, utwory "Groon" i "Lady of the Dancing Water" nie zostały zarejestrowane w całości. Ocena: 8/10

CD1: 1. Pictures of a City; 2. Formentera Lady; 3. Sailor's Tale; 4. Cirkus; 5. Ladies of the Road; 6. Groon
CD2: 1. 21st Century Schizoid Man; 2. Mars: The Bringer of War; 3. The Court of the Crimson King; 4. Lady of the Dancing Water


KCCC 23: Live in Orlando, FL 1972 (2003)

Dzień po występie w Jacksonville (KCCC 2), 27 lutego 1972 roku zespół zagrał równie udany koncert w Orlando. Zachwycają długie, mocno jazzowe improwizacje w "Formentera Lady", "Groon" i "21st Century Schizoid Man". Repertuar jest jednak bardzo typowy i nie przynosi żadnego utworu, którego nie byłoby na którejś z poprzednich części serii. Z wyjątkiem spontanicznego jamu "Earthbound" - ale akurat to nagranie znalazło się już na tak właśnie zatytułowanej koncertówce z 1972 roku. Niestety, rozczarowuje także brzmienie, które jest dość słabej jakości, zniekształcone w głośniejszych momentach. Jednak wykonanie jest na tyle dobre, że szkoda byłoby pominąć tę część w trakcie eksplorowania archiwum King Crimson. Ocena: 7/10

CD1: 1. Pictures of a City; 2. Formentera Lady; 3. Sailor's Tale; 4. Cirkus; 5. Ladies of the Road
CD2: 1. Groon; 2. 21st Century Schizoid Man; 3. Earthbound; 4. Cadence and Cascade


KCCC 46: Live at the Marquee 1971 (2012)

Po kilku słabszych, zwłaszcza pod względem brzmienia, wydawnictwach (KCCC 30, 35 i 40), Frippowi udało się wygrzebać z archiwum jeszcze jeden całkiem interesujący materiał. Zarejestrowano go 10 sierpnia 1971 roku w klubie Marquee. Brzmienie nie jest może idealne (czasem w głośniejszych momentach występują zniekształcenia), ale dużo lepsze niż na większości albumów z tej serii. Setlista nie przynosi żadnych niespodzianek (może z wyjątkiem "The Letters"), ale znane utwory są wykonane tutaj w porywających wersjach, często mocno przearanżowanych (np. "Sailor's Tale"). Największą niespodzianką jest jednak wyjątkowo jak na ten skład długa, prawie półgodzinna improwizacja (zatytułowana po prostu "Improv"), bardzo eksperymentalna, zahaczająca o free jazz i free improvisation - czegoś takiego nie było na żadnym z wyżej opisanych wydawnictw. Ocena: 8/10

CD1: 1. Pictures of a City; 2. Formentera Lady; 3. Sailor's Tale; 4. Cirkus; 5. The Letters; 6. Cadence and Cascade
CD2: 1. Improv; 2. Ladies of the Road; 3. RF announcement; 4. 21st Century Schiziod Man


Pozostałe albumy z występami tego składu to: "KCCC 30: Live at Brighton Dome 1971" (2005), "KCCC 35: Live in Denver, CO 1972" (2007) i "KCCC 40: Live in Boston 1972" (2009). Wszystkie z nich cechuje bardzo słaba jakość dźwięku, typowy repertuar (z jednym wyjątkiem - na KCCC 30 znalazło się jedyne znane koncertowe wykonanie przez ten skład utworu "Islands"), oraz zwykle nieco mniej porywająca gra muzyków. Warto dodać, że w 2002 roku w powszechnej sprzedaży ukazała się kompilacja "Ladies of the Road", zawierająca fragmenty KCCC 9, 14 i 18. Lepiej jednak posłuchać tych koncertów w całości, gdyż dokonana selekcja nie oddaje w pełni tego, jak dobrze skład ten prezentował się podczas występów. Choć nie był to przecież najlepszy koncertowy skład King Crimson. Ale o tym więcej w następnej części.


15 lipca 2018

[Recenzja] Eddie Henderson - "Inside Out" (1974)



Eddie Henderson ponownie zebrał mocną ekipę. Podobnie, jak na debiutanckim "Realization", towarzyszy mu tutaj prawie cały skład Mwandishi (znów bez Juliana Priestera), a także perkusista Eric Gravatt (członek Weather Report, znany też z występu na "Love, Love" Priestera) i perkusjonalista Bill Summers (członek Head Hunters Herbiego Hancocka). Sesja nagraniowa "Inside Out" - drugiego albumu Hendersona w roli lidera - odbyła się w październiku 1973 roku. Na album trafiło siedem utworów - pięć kompozycji lidera i dwie ("Moussaka", "Exit #1) Benniego Maupina.

"Inside Out" stanowi kontynuację "Realization" (a tym samym trzech albumów Mwandishi wydanych pod nazwiskiem Hancocka), jednak inne są tu proporcje między poszczególnymi instrumentami. Na pierwszym planie zdecydowanie dominują solówki Hendersona i partie basu Bustera Williamsa, które czasem dodają funkowego pulsu ("Moussaka" i przede wszystkim tytułowy "Inside Out", zaskakujący wręcz tanecznym charakterem). Istotną rolę pełni także polirytmiczna gra rozbudowanej sekcji perkusyjnej, oraz partie Maupina na różnych dęciakach, uzupełniające grę lidera. Bardziej wycofane są tym razem klawiszowe brzmienia Hancocka i Patricka Gleesona, często ograniczające się po prostu do zapewniania kosmicznego tła (albo - jak w utworze tytułowym - wzmacniania funkowej rytmiki). Wyjątek stanowi "Moussaka" - najbliższy wcześniejszych dokonań Mwandishi, ze zdecydowanie najlepszą interakcją całego składu i solowymi popisami prawie każdego muzyka. Całkiem udanymi przykładami psychodelicznych jamów są także "Discoveries", "Fusion" i "Dreams", natomiast bardziej stonowany charakter mają nastrojowe miniaturki "Omnipresence" i "Exit #1".

"Inside Out" to udany album, jednak nie tak porywający, jak wcześniejsze dokonania tych muzyków. Brakuje tutaj trochę kreatywności i nowatorstwa, jakimi cechują się albumy "Mwandishi", "Crossings", Sextant", czy nawet "Realization" i "Love, Love". Zaś próba urozmaicenia, w postaci jawnie mainstreamowego utworu tytułowego, raczej szkodzi spójności albumu, niż dodaje nowej jakości.

Ocena: 7/10



Eddie Henderson - "Inside Out" (1974)

1. Moussaka; 2. Omnipresence; 3. Discoveries; 4. Fusion; 5. Dreams; 6. Inside Out; 7. Exit #1

Skład: Eddie Henderson - trąbka, skrzydłówka, kornet; Bennie Maupin - saksofon, flet, klarnet; Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Patrick Gleeson - syntezator; Buster Williams - bass, kontrabas; Billy Hart - perkusja; Eric Gravatt - perkusja; Bill Summers - kongi
Producent: Skip Drinkwater


13 lipca 2018

[Recenzja] Funkadelic - "Free Your Mind... and Your Ass Will Follow" (1970)



Drugi album Funkadelic, przynajmniej według słów lidera grupy, George'a Clintona, został w całości nagrany pod wpływem LSD. Cóż, słuchając rozpoczynającego całość utworu tytułowego trudno w to wątpić. "Free Your Mind... and Your Ass Will Follow" to 10-minutowy jam, pełen zapętleń i sprzężeń, zanurzony w gęstej, ćpuńsko-psychodelicznej atmosferze. Jeszcze większy odlot muzycy fundują w finałowym "Eulogy and Light", w którym kuriozalnej warstwie wokalnej towarzyszą wyłącznie dźwięki z odwróconej taśmy. Pozostałe  cztery kawałki to już pozornie bardziej konwencjonalne granie, łączące wyraźny, funkowy puls sekcji rytmicznej z zadziornymi, hendrixowskimi gitarami i rozbudowaną warstwą wokalną. Pozornie, bo i nad nimi unosi się mocno narkotyczny klimat i nie brakuje dziwnych odjazdów, jak choćby to niepasujące do reszty kawałka pianino w "Funky Dollar Bill", albo coraz bardziej zamglone brzmienie czadowego "I Wanna Know If It's Good to You?". Nawet typowo bluesowy w warstwie instrumentalnej "Some More" został udziwniony w warstwie wokalnej.

Muzycy Funkadelic zafundowali sobie i słuchaczom prawdziwie psychodeliczny odlot. "Free Your Mind... and Your Ass Will Follow" pod względem ćpuńskiej atmosfery przebija nawet najbardziej odjechane nagrania Grateful Dead i 13th Floor Elevators.

Ocena: 8/10



Funkadelic - "Free Your Mind... and Your Ass Will Follow" (1970)

1. Free Your Mind and Your Ass Will Follow; 2. Friday Night, August 14th; 3. Funky Dollar Bill; 4. I Wanna Know If It's Good to You?; 5. Some More; 6. Eulogy and Light

Skład: Eddie Hazel - gitara, wokal (2,4,5,6); Tawl Ross - gitara, wokal (3); Bernie Worrell - instr. klawiszowe; Billy Nelson - bass, wokal (2,4); Tiki Fulwood - perkusja; George Clinton - wokal (1,5,6); Fuzzy Haskins - dodatkowy wokal; Ray Davis - dodatkowy wokal; Calvin Simon - dodatkowy wokal; Grady Thomas - dodatkowy wokal
Gościnnie: Telma Hopkins i Joyce Vincent - dodatkowy wokal (2)
Producent: George Clinton


11 lipca 2018

[Recenzja] Chick Corea - "Is" (1969)



Trzy miesiące po wzięciu udziału w sesji "In a Silent Way" Milesa Davisa, Chick Corea rozpoczął pracę nad własnym materiałem. W nagraniach wspomogła go sekcja rytmiczna z kwintetu Davisa - Dave Holland i Jack DeJohnette - a także rozbudowana sekcja dęta (Bennie Maupin, Woody Shaw, Hubert Laws) i drugi perkusista, Horace Arnold. Sesja odbyła się w dniach 11-13 maja 1969 roku i zaowocowała materiałem, który wypełnił aż dwa wydawnictwa. Jeszcze w tym samym roku ukazał się album "Is", natomiast pozostałe nagrania zostały opublikowane dopiero w 1972 roku na longplayu "Sundance". Trzydzieści lat później, w 2002 roku, zebrano wszystkie utwory (włącznie z niepublikowanymi wcześniej alternatywnymi podejściami) na wydawnictwie zatytułowanym "The Complete Is Sessions".

Chociaż "Is" został zarejestrowany zaledwie rok po poprzednim albumie Corei, "Now He Sings, Now He Sobs", słychać znaczącą zmianę w kierunku twórczych poszukiwań pianisty. Już na otwarcie pojawia się blisko półgodzinna freejazzowa improwizacja "Is". To wyjątkowo radykalne nagranie, w którym ciężko znaleźć choćby zalążki melodii czy rozpoznawalnych tematów. Druga strona winylowego wydania jest już zdecydowanie bardziej przystępna. Jedynie "Jamala", po spokojnym początku, stopniowo przeradza się w kolejną freejazzową improwizację. "This" to już granie zdecydowanie bliższe jazzowego mainstreamu. Chick zagrał tu na elektrycznym pianinie, którego brzmienie ewidentnie kojarzy się z "In a Silent Way". Oryginalne wydanie kończy ledwie półminutowa miniaturka "It", z ciekawymi partiami pianina i fletu.

Równie ciekawie wypada pozostały materiał z sesji, wydany na "Sundance". Nie ma tutaj co prawda aż tak radykalnych eksperymentów, jak improwizacja "Is", jednak sporo freejazzowego hałasu pojawia się w "Converge" i "The Brain". Zupełnie odmienny charakter mają dwa pozostałe nagrania, "Song of the Wind" i "Sundance" - bardziej klimatyczne, z bardzo ładnymi melodiami. Wyraźnie słychać w nich doświadczenie zdobyte w grupie Davisa - Corea w podobny sposób łączy tutaj brzmienia akustyczne z elektrycznymi. O ile jednak "Song of the Wind" ma dość tradycyjną budowę (z wyraźnym podziałem na temat i solówki muzyków), tak "Sundance" jest całkowitym odejściem od typowej struktury - nie ma tu żadnych solówek, jest tylko zbiorowa improwizacja wokół melodycznego tematu. Dziwne, że tak dobry materiał musiał czekać aż trzy lata na swoją premierę.

"Is" to bardzo interesujące rozpoczęcie nowego etapu w karierze Chicka Corei, który objawił się tutaj jako oryginalny i w pełni świadomy twórca. "Sundance" jest natomiast doskonałym uzupełnieniem "Is", dlatego najlepiej potraktować oba te wydawnictwa jako jeden dwupłytowy album i słuchać go w całości (można też po prostu sięgnąć po wspomniany zestaw "The Complete Is Sessions", aczkolwiek obecność alternatywnych podejść pozbawia go spójności). Na obu płytach muzycy wykazują się wielką wirtuozerią, a zaproponowana przez nich mieszanka free jazzu i fusion brzmi bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie.

Ocena: 8/10



Chick Corea - "Is" (1969)

1. Is; 2. Jamala; 3. This; 4. It

Chick Corea - "The Complete Is Sessions" (2002)

CD1: 1. It; 2. The Brain; 3. This; 4. Song of the Wind; 5. Sundance; 6. The Brain (alternate take); 7. This (alternate take); 8. Song of the Wind (alternate take); 9. Sundance (alternate take)
CD2: 1. Jamala; 2. Converge; 3. Is; 4. Jamala (alternate take); 5. Converge (alternate take)

Skład: Chick Corea - pianino, elektryczne pianino; Bennie Maupin - saksofon; Woody Shaw - trąbka; Hubert Laws - flet; Dave Holland - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Horace Arnold - perkusja
Producent: Sonny Lester


9 lipca 2018

[Recenzja] Out of Focus - "Out of Focus" (1971)



Niemiecki zespół Out of Focus swoją nazwę zaczerpnął od tytułu utworu grupy Blue Cheer, z kultowego albumu "Vincebus Eruptum". Nie jest to jednak dobry trop, jeśli chodzi o muzyczne inspiracje. Twórczość zespołu najłatwiej określić za pomocą terminu krautrock. Chcąc być bardziej precyzyjnym, należałoby uściślić, że grupa w mniej więcej równym stopniu czerpała z brytyjskiego proga, hard rocka i bluesa, dodając do tego odrobinę psychodelii i folku, by z czasem zwrócić się w bardziej jazzrockowymowym kierunku. W składzie, oprócz oczywiście gitarzysty, basisty i perkusisty, był także klawiszowiec i (pełniący również obowiązki wokalisty) flecista.

Debiutancki album Out of Focus, "Wake Up!", ukazał się pod koniec 1970 roku i przyniósł bardzo jednorodną muzykę na pograniczu blues rocka (partie gitary), hard rocka w stylu Deep Purple (organy elektryczne) i folku (flet). Longplay ma raczej luźny, jamowy charakter, jednak improwizacje muzyków są pozbawione kreatywności. Muzycy poczynili znaczne postępy na swoim kolejnym wydawnictwie, zatytułowanym po prostu "Out of Focus". To wciąż bardzo swobodne granie, ale znacznie ciekawsze. Instrumentarium poszerzyło się o saksofon i pianino, co jakby automatycznie popchnęło muzyków w bardziej jazzowe rejony. Może i nie mają oni szczególnie wielkich umiejętności improwizatorskich, ale słucha się tego naprawdę fantastycznie. Gitarzysta i klawiszowiec grają bardziej kreatywnie i różnorodnie, niż na poprzednim albumie, a sekcja rytmiczna zapewnia im niebanalny akompaniament. Dobrą wiadomością jest też to, że Moran Neumüller tym razem skupia się głównie na grze na saksofonie (lub, rzadziej, flecie), zamiast na śpiewaniu, bo jego wokal jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem zespołu.

Cieszy także większa różnorodność kompozycji. W otwierającym całość, energetycznym "What Can a Poor Boy Do (But to Be a Streetfighting Man)" słychać jeszcze purplowe naleciałości debiutu, choć gra muzyków jakby stała się bardziej wyrafinowana, a długie solówki saksofonu i mocno jazzujące przełamanie w drugiej połowie jednoznacznie pokazują w jakim kierunku muzycy postanowili się rozwijać. W "It's Your Life" zespół całkowicie zmienia klimat - to bardziej piosenkowy utwór, w którym partie gitary akustycznej i fletu dodają folkowego klimatu. "Whispering" po niezbyt obiecującym wstępie, zmienia się w fantastyczny, jazz-krautowy popis instrumentalny, zyskujący z każdą minutą. "Blue Sunday Morning" wyróżnia się bardziej wyrazistą melodią i świetnym, folkowo-psychodelicznym klimatem (trochę w stylu wczesnego Pink Floyd). Partie fletu, organów, basu i perkusji są naprawdę dobre, a nawet partia wokalna wypada wyjątkowo udanie. Szkoda tylko, że wyczekiwany od początku punkt kulminacyjny nie nadchodzi, a zamiast tego otrzymujemy pozbawione kreatywności przedłużanie. Utwór mógłby być o połowę krótszy i tylko by na tym zyskał. Zespół rehabilituje się naprawdę zgrabnym, balladowym "Fly Bird Fly", w którym nie ma ani jednego zbędnego dźwięku. Finałowy "Television Program" z początku jest dość nudny, przegadany. Kiedy jednak Neumüller milknie i zaczynają się solowe popisy instrumentalistów o jazzowym zabarwieniu, robi się naprawdę przyjemnie.

Choć słuchając "Out of Focus" można odnieść wrażenie, że muzycy nieco przecenili swoje umiejętności, jest to naprawdę udany album. A byłby jeszcze lepszy, gdyby go skrócić o fragmenty obnażające kompozytorską nieporadność muzyków (wstęp "Whispering", druga połowa "Blue Sunday Morning" i wokalna część "Television Program"). Polecam wszystkim wielbicielom muzyki z tamtego okresu, przede wszystkim tej opartej na długich improwizacjach.

Ocena: 8/10



Out of Focus - "Out of Focus" (1971)

1. What Can a Poor Boy Do (But to Be a Streetfighting Man); 2. It's Your Life; 3. Whispering; 4. Blue Sunday Morning; 5. Fly Bird Fly; 6. Television Program

Skład: Moran Neumüller - wokal, saksofon, flet; Remigius Drechsler - gitara; Hennes Hering - instr. klawiszowe; Stefan Wiesheu - bass; Klaus Spöri - perkusja
Producent: Out of Focus


7 lipca 2018

[Recenzja] Freddie Hubbard - "Straight Life" (1971)



"Straight Life", drugi elektryczny album Freddiego Hubbarda, został zarejestrowany w podobnym składzie, co poprzedni "Red Clay". Trębaczowi znów towarzyszyli Joe Henderson, Herbie Hancock i Ron Carter. Miejsce Lenny'ego White'a zajęli aż trzej perkusiści - Jack DeJohnette, oraz mniej znani Richard Landrum i Weldon Irvine. Ponadto doszedł gitarzysta George Benson (najbardziej chyba znany ze współpracy z Milesem Davisem - wystąpił na albumie "Miles in the Sky"). Sesja odbyła się w studiu Rudy'ego Van Geldera, pod producenckim nadzorem Creeda Taylora. Nagrania trwały zaledwie kilka godzin, w ciągu 16 listopada 1970 roku. W styczniu album trafił do sprzedaży.

Na "Straight Life" składają się trzy utwory - po jednej kompozycji Hubbarda (tytułowa) i Irvine'a ("Mr. Clean"), oraz przeróbka broadwayowskiego "Here's That Rainy Day". Autorskie nagrania wyróżniają się bardziej swobodnym charakterem - w ciągu kilkunastu minut instrumentaliści mają sporo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Nieco inaczej sprawa ma się w przypadku przekraczającego ledwie pięć minut "Here's That Rainy Day". Jednak i tutaj wykonanie jest na bardzo wysokim poziomie. Pod względem stylistycznym, jest to bezpośrednia kontynuacja "Red Clay" - dominuje granie bliskie bopu, ale z dodatkiem soulowego nastroju, podkreślanego przez częściowo zelektryfikowane instrumentarium. W utworze tytułowym rozbudowana sekcja rytmiczna i nieco latynoskie partie gitary wprowadzają egzotyczny klimat. Ważnym elementem jest także ostrzejsza solówka saksofonu Hendersona, będąca przeciwwagą dla łagodnych partii pozostałych muzyków. W "Mr. Clean" już cały skład gra bardziej dynamiczne i ostrzej (przynajmniej w pierwszej połowie), ale wciąż z prawdziwą wirtuozerią. Utwór wyróżnia się także bardzo chwytliwym tematem, jednak to przede wszystkim długie solówki czynią go najbardziej porywającym fragmentem longplaya. Ostatni utwór wypada, niestety, bardzo konwencjonalnie i archaicznie, choć te sentymentalne partie trąbki, gitary i kontrabasu niewątpliwie mają swój urok, którego jednak nie jestem w stanie w pełni docenić.

W przeciwieństwie do innych jazzmanów, którzy w tamtym czasie eksperymentowali z elektrycznym instrumentarium, Freddie Hubbard prezentował dość zachowawcze podejście, unikając eksperymentów i dbając o szeroką przystępność brzmienia. Nieszczególnie podoba mi się takie podejście, co nie zmienia faktu, że "Straight Life" jest bardzo udanym albumem - w kwestii kompozycji i wykonania naprawdę ciężko do czegokolwiek się przyczepić. Może tylko do "Here's That Rainy Day", który w porównaniu z autorskimi kompozycjami jest zbyt schematyczny i nie daje muzykom możliwości zabłyśnięcia improwizatorskim talentem. To jednak w sumie tylko taki dodatek, mało znaczący wyciszacz na koniec albumu.

Ocena: 8/10



Freddie Hubbard - "Straight Life" (1971)

1. Straight Life; 2. Mr. Clean; 3. Here's That Rainy Day

Skład: Freddie Hubbard - trąbka, skrzydłówka; Joe Henderson - saksofon; Herbie Hancock - elektryczne pianino; George Benson - gitara; Ron Carter - bass, kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Richard Landrum - perkusja i instr. perkusyjne; Weldon Irvine - instr. perkusyjne
Producent: Creed Taylor


5 lipca 2018

[Recenzja] Fela Ransome-Kuti and the Africa '70 with Ginger Baker - "Live!" (1971)



Fela Kuti to prawdziwa legenda. Jeden z najbardziej utalentowanych afrykańskich muzyków i prawdopodobnie najważniejszy z nich. To właśnie jemu przypisuje się stworzenie tzw. afrobeatu - mieszanki tradycyjnej muzyki zachodnioafrykańskiej z funkiem i jazzem. W swojej bogatej dyskografii ma wiele interesujących - choć podobnych do siebie - albumów. Zainteresowanym polecam przede wszystkim takie tytuły, jak "Shakara", "Expensive Shit" i "Sorrow, Tears and Blood" (z kolei najbardziej chyba znany "Zombie" robi na mnie mniejsze wrażenie). Do zrecenzowania wybrałem jednak wydawnictwo, które może wydać się najbardziej zachęcające, ze względu na udział samego Gingera Bakera.

Słynny perkusista przeżywał w tamtym czasie fascynację muzyką afrykańską. Po rozpadzie Blind Faith, wyruszył w podróż po Czarnym Lądzie, aby empirycznie wzbogacić swoją wiedzę o tamtejszej muzyce. Jednym z efektów było powstanie zespołu Ginger Baker's Air Force, łączącego muzykę rockową, jazz i afrykańskie rytmy. Podczas pobytu w Nigerii nawiązał natomiast przyjazne stosunki z Felą Kutim, co zaowocowało m.in. udziałem perkusisty w występie utrwalonym na albumie "Live!".

Pomimo udziału Bakera, jest to wydawnictwo całkowicie utrzymane w typowej dla Kutiego stylistyce. To połączenie typowo afrykańskich, gęstych, polirytmicznych partii perkusyjnych (oprócz Gingera i głównego perkusisty Africa '70, Tony'ego Allena, w składzie jest jeszcze pięciu muzyków obsługujących kongi i inne afrykańskie perkusjonalia) i charakterystycznych partii wokalnych Feli (mieszającego słowa z języków angielskiego i joruba) z funkowym pulsem basu i gitary, tanecznymi dęciakami, ale także z dodającymi nieco jazzowego charakteru solówkami na saksofonie, trąbce i elektrycznym pianinie. Muzyka jest jednocześnie taneczna i intrygująca. Szczególnie ciekawie robi się w "Ye Ye De Smell", w którym pojawia się fantastyczny popis perkusistów, z którym nie może się równać żadna rockowa solówka perkusyjna. Bardzo fajnie wypada także "Black Man's Cry", będący wyraźną zapowiedzią późniejszych przebojów Kutiego. Świetny klimat mają natomiast grupowe zaśpiewy w końcówce "Egbe Mi O" z towarzyszeniem szamańskich bębnów i charczącego saksofonu.

Polecam wszystkim, którzy chcieliby poszerzyć swoje horyzonty muzyczne i posłuchać czegoś zupełnie innego. "Live!" sprawdzi się idealnie jako wstęp do twórczości Feli Kutiego. Nie jest to jednak jego szczytowe osiągnięcie, dlatego warto na tym wydawnictwie nie poprzestawać.

Ocena: 8/10



Fela Ransome-Kuti and the Africa '70 with Ginger Baker - "Live!" (1971)

1. Let's Start; 2. Black Man's Cry; 3. Ye Ye De Smell; 4. Egbe Mi O

Skład: Fela Kuti - wokal, saksofon, instr. klawiszowe; Lekan Animashaun - saksofon; Igo Chiko - saksofon; Tunde Williams - trąbka; Eddie Faychum - trąbka; Peter Animashaun - gitara; Maurice Ekpo - bass; Tony Allen - perkusja; Henry Koffi, Friday Jumbo, Akwesi Korranting, Tony Abayomi, Isaac Olaleye - instr. perkusyjne
Gościnnie: Ginger Baker - perkusja
Producent: Jeff Jarratt


3 lipca 2018

[Recenzja] Julian Priester Pepo Mtoto - "Love, Love" (1973)



Julian Priester to jazzowy puzonista, aktywny od wczesnych lat 50., gdy został członkiem zespołu Sun Ra. Później wspomagał m.in. Maxa Roacha, Philly Joe Jonesa, Johna Coltrane'a (album "Africa/Brass") i Freddiego Hubbarda, aż trafił do grupy Mwandishi Herbiego Hancocka. Jako jedyny członek tego septetu, nie brał udziału w nagraniu albumu "Realization", wydanego pod nazwiskiem Eddiego Hendersona. Zamiast tego rozpoczął pracę nad własnym materiałem, który również bezpośrednio rozwijał pomysły Mwandishi.

Priesterowi udało się zainteresować współpracą Patricka Gleesona - jedynego muzyka Mwandishi grającego zarówno na "Realization", jak i na "Love, Love" - a także perkusjonalistę Leona Chanclera, który grał gościnnie na albumie "Mwandishi" (a także współpracował z tak różnymi wykonawcami, jak Miles Davis, Santana i Michael Jackson). W nagraniach uczestniczyli także saksofoniści Hadley Caliman i David Johnson, klawiszowiec Todd Cochran, gitarzysta Bill Connors (z ówczesnego składu Return to Forever), basiści Ron McClure i Henry Franklin, oraz perkusista Eric Gravatt. Longplay powstał w dwóch etapach - pierwsza sesja odbyła się 28 czerwca, druga 12 września 1973 roku.

Album składa się z dwóch, blisko dwudziestominutowych nagrań - po jednym na każdą stronę winylowego wydania. Podobnie jak na "Realization", mamy tu do czynienia z kontynuacją poczynań Mwandishi, ale i ich twórczym rozwinięciem. Transowe linie basu, powtarzające jeden motyw przez cały utwór, bogata warstwa perkusyjna, kosmiczne brzmienia klawiszy, kreujące fantastyczny nastrój, oraz długie solówki na dęciakach (tym razem zdominowane przez puzon) to elementy dobrze znane z albumów wydanych pod nazwiskiem Hancocka lub Hendersona. Nową jakością są natomiast wyraźne partie elektrycznej gitary. Genialnie wypada strona A albumu, "Prologue / Love, Love" - bardzo przestrzenne i klimatyczne nagranie, z pięknie uwypuklonym basem, ciekawym brzmieniem różnych klawiszy, oraz fantastycznie przeplatającymi się solówkami. W utworze ze strony B, "Images / Eternal Worlds / Epilogue", muzycy grają nieco gęściej, momentami zahaczając prawie o free jazz, ale nie udaje im się wytworzyć tak intrygującego klimatu, jak w poprzednim nagraniu, wciąż jednak pokazując swoją wirtuozerię.

"Love, Love" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli elektrycznego jazzu. Pozostaje tylko żałować, że Julian Priester nie nagrał więcej takich albumów.

Ocena: 8/10



Julian Priester Pepo Mtoto - "Love, Love" (1973)

1. Prologue / Love, Love; 2. Images / Eternal Worlds / Epilogue

Skład: Julian Priester - puzon, waltornia, flet, gwizdek, syntezator, instr. perkusyjne; Hadley Caliman - flet, saksofon, klarnet basowy; David Johnson - saksofon, flet; Patrick Gleeson - syntezator; Todd Cochran - instr. klawiszowe; Bill Connors - gitara (1); Ron McClure - bass (1); Henry Franklin - bass (2); Leon Chancler - perkusja; Eric Gravatt - perkusja i instr. perkusyjne (1)
Producent: Julian Priester i Patrick Gleeson


1 lipca 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Both Directions at Once: The Lost Album" (2018)



Chyba nikt się nie spodziewał, że w 2018 roku światło dzienne ujrzy nowy studyjny album Johna Coltrane'a. Jakiś czas temu rodzina Naimy Coltrane - pierwszej żony saksofonisty - odnalazła taśmę z niepublikowanym wcześniej materiałem. Przekazano ją wytwórni Impulse!, gdzie pod okiem Raviego Coltrane'a (syna Johna i jego drugiej żony, Alice) i Kena Drukera przygotowano jej zawartość do wydania. "Both Directions at Once: The Lost Album" ukazał się 29 czerwca w dwóch wersjach (każda jest dostępna w wersji winylowej i kompaktowej). Podstawowa zawiera siedem utworów, a rozszerzona czternaście (bonusy to alternatywne podejścia do części nagrań z podstawowego wydania).

Na zagubionej - i cudowanie odnalezionej po 55 latach - taśmie znalazł się zapis sesji z 6 marca 1963 roku w Van Gelder Studio. Saksofoniście towarzyszył już wówczas jego klasyczny kwartet, z pianistą McCoyem Tynerem, basistą Jimmym Garrisonem i perkusistą Elvinem Jonesem. Muzycy byli jeszcze przed nagraniem swoich największych dzieł (mowa tu oczywiście o albumach "A Love Supreme" i "Ascension"), jednak skład ten miał już blisko roczne doświadczenie wzajemnej współpracy i parę nagrań na koncie (album "Coltrane" z 1962 roku, a także część utworów z "Ballads" i koncertowego "Impressions"). Następnego dnia, 7 marca, zespół ponownie wszedł do studia, ale tym razem jako kwintet - wspólnie z wokalistą Johnnym Hartmanem. Rezultat tej sesji został wydany cztery miesiące później na albumie "John Coltrane and Johnny Hartman", mającym ewidentnie mainstreamowy charakter.

Poprzedniego dnia, jak można się w końcu przekonać, muzycy mieli zdecydowanie więcej swobody, ale i natchnienia. Instrumentaliści byli wówczas już świetnie zgrani, a lider zostawia sporo przestrzeni dla swoich współpracowników, dzięki czemu można podziwiać zarówno wzajemną interakcję kwartetu, jak i umiejętności każdego muzyka z osobna. Rewelacyjne partie Trane'a, grane na saksofonach sopranowym i tenorowym, tylko nieznacznie dominują nad całością. W tamtym czasie muzyka Johna nie była jeszcze tak uduchowiona, jak kilka lat później - pod względem stylistycznym był to wciąż jazz modalny i post-bop - ale w niektórych jego solówkach (z prawie freejazzowymi przedęciami, szczególnie w "Impressions") słychać już przyszły kierunek. Do czego zdaje się nawiązywać tytuł.

Warto zwrócić uwagę, że większość utworów jest już znana z innych wydawnictw. Do kompozycji "Nature Boy" George'a Alexandra Aberle'a (bardziej znanego jako eden ahbez) kwartet wrócił dwa lata później, przygotowując materiał na album "The John Coltrane Quartet Plays". "Impressions" i "One Up, One Down" były natomiast grane na żywo (można je znaleźć odpowiednio na albumach "Impressions" i "New Thing at Newport"). Tutejsze wersje wszystkich trzech są nieco bardziej zachowawcze, ale nie należy tego odbierać jako zarzut, bo w takiej formie też zachwycają. Z kolei kompozycja "Vilia" - w zarejestrowanej tego samego dnia, ale tutaj nieobecnej wersji - w 1965 roku trafiła na kompilację różnych wykonawców z wytwórni Impulse!, a później dołączono ją do kompaktowych wznowień "Live at Birdland". Szkoda tylko, że na podstawowym wydaniu "Both Directions at Once" wykorzystano archaicznie brzmiący "Take 3" (zamiast nowocześniejszego "Take 5" z dodatkowego dysku), co wpływa negatywnie na spójność albumu.

Całkowicie premierowe są tu zatem trzy nagrania: ponad jedenastominutowa improwizacja na bazie bluesa - "Slow Blues" (dość tradycyjna, z wyjątkiem niektórych zagrywek Trane'a), a także dwie kompozycje bez tytułów - "Untitled Original 11383" i "Untitled Original 11386" (te liczby to numery, jakie Rudy Van Gelder nadawał utworom zarejestrowanym w jego studiu). Zwłaszcza te dwa ostatnie stanowią mocne punkty wydawnictwa. Prawdziwą zaginioną perłą okazuje się "11386" z przepiękną melodią głównego tematu i porywającymi improwizacjami wydłużającymi go do niemal dziewięciu minut. Lecz bardziej zwarty "11383" także jest zaskakująco udanym nagraniem, którego niewykorzystanie na żadnym z ówczesnych wydawnictw jest sporym niedopatrzeniem.

"Both Directions at Once: The Lost Album" nie ustępuje innym nagraniom Johna Coltrane'a z tamtego okresu. Cały zespół był tego dnia w doskonałej formie i dopisywało mu natchnienie. Same kompozycje również nie ustępują tym z innych albumów. Wielbicielom Trane'a zalecam sięgnięcie po rozszerzone wydanie - alternatywne podejścia do czterech utworów (w tym trzy wersje "Impressions" i dwie "Untitled Original 11386") są co najmniej tak samo porywające, a warto pobawić się w wyłapywanie różnić między poszczególnymi wykonaniami (które zwykle nie są tak oczywiste, jak w przypadku "Vilia"). Natomiast wszystkim, którzy jeszcze nie są miłośnikami twórczości saksofonisty, polecam przesłuchanie przynajmniej podstawowej edycji.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Both Directions at Once: The Lost Album" (2018)

1. Untitled Original 11383 (Take 1); 2. Nature Boy; 3. Untitled Original 11386 (Take 1); 4. Vilia (Take 3); 5. Impressions (Take 3); 6. Slow Blues; 7. One Up, One Down (Take 1)

Deluxe Edition bonus disc: 1. Vilia (Take 5); 2. Impressions (Take 1); 3. Impressions (Take 2); 4. Impressions (Take 4); 5. Untitled Original 11386 (Take 2); 6. Untitled Original 11386 (Take 5); 7. One Up, One Down (Take 6)

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Ravi Coltrane i Ken Druker