31 lipca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "20 Years of Jethro Tull" (1988)



W 1988 roku wypadło dwudziestolecie premiery debiutanckiego albumu Jethro Tull, "This Was". Ian Anderson postanowił hucznie uczcić dwie dekady profesjonalnej działalności swojego zespołu. Do sprzedaży trafiło podsumowujące dotychczasową karierę wydawnictwo "20 Years of Jethro Tull". Dostępnych było kilka wersji. Najbardziej budżetowe, w postaci pojedynczego kompaktu lub dwóch winyli, zawierają skromny wybór siedemnastu utworów. Duże wrażenie robi natomiast boks składający się z trzech kompaktów lub pięciu winyli, na których zebrano aż sześćdziesiąt dwa utwory, z których znaczna część była wcześniej trudna do znalezienia lub w ogóle niedostępna. Dziś sytuacja zmieniła się o tyle, że większość tego materiału dołączono na kompaktowych wznowieniach regularnych albumów. Jednak dla kolekcjonerów płyt winylowych taki zestaw wciąż jest niezwykle cennym uzupełnieniem dyskografii Jethro Tull.

Winylowy boks składa się z pięciu tematycznych dysków:
  • "The Radio Archives" - głównie nagrania z radiowych sesji BBC (z lat 1968-69, 1975 i 1977), ale też fragmenty regularnych koncertów z lat 80.
  • "Rare Tracks (Released But Only Just)" - trudniej dostępne utwory, wydane wcześniej wyłącznie na singlach i EPkach.
  • "Flawed Gems (Dusted Down)" - nagrania wcześniej niepublikowane.
  • "The Other Sides of Tull" - głównie akustyczny materiał, częściowo znany z wcześniejszych wydawnictw (czasem w alternatywnych wersjach), częściowo zupełnie premierowy.
  • "The Essential Tull" - bardzo wybrakowany przegląd przebojów zespołu, większość utworów zaprezentowana w wersjach koncertowych, zarejestrowanych w 1987 roku (z gościnnym udziałem Dona Aireya na klawiszach).

Dużo lepszym pomysłem byłoby podzielenie tego materiału na trzy osobne wydawnictwa: jedno z sesjami radiowymi (zapewne sporo ich jeszcze znalazłoby się w archiwach), drugie z nagraniami koncertowymi, a trzecie z rarytasami. Zamiast tego wydano obszerny boks, który jest bardzo niekonsekwentny. Jeśli miał być kompletnym podsumowaniem dotychczasowej kariery zespołu, to czemu brakuje tu tak ważnych utworów, jak "Nothing Is Easy", "My God", "Cross-Eyed Mary", "Too Old to Rock'n'Roll; To Young to Die!" czy "Heavy Horses"? Jeśli zaś chodzi o pozostałe hity, to wiele z nich zaprezentowano w nienajlepszych wersjach koncertowych z lat 80. lub kiepsko brzmiących wykonaniach radiowych. Bynajmniej nie chodziło o to, by nie powtarzać fragmentów regularnych albumów, bo takie powtórki też się zdarzają. Co gorsze, boks nie wyczerpuje tematu nagrań niealbumowych. Pominięto chociażby "Rainbow Blues" i "Glory Row" z wydanych pod koniec lat 70. składanek, ale też wiele singlowych kawałków, które opublikowano już na "Living in the Past" (z wyjątkiem "The Witch's Promise" i "Teacher", zamieszczonych tu w oryginalnych wersjach, a także "Love Story", "Living in the Past" i "Sweet Dreams", pojawiających się w alternatywnych wykonaniach). Wybiorczo potraktowano też EPkę "Life's a Long Song" (tylko dwa z pięciu kawałków). Przeszkadza mi tu również brak chronologii, która pozwalałaby prześledzić, jak muzyka Jethro Tull zmieniała się na przestrzeni tych dwudziestu lat. Nie da się jednak zaprzeczyć, że "20 Years..." ma sporo do zaoferowania fanom.

Wydawnictwo zawiera chociażby dwa najstarsze nagrania zespołu. "Aeroplane" zarejestrowano pod koniec 1967 roku, gdy muzycy wciąż używali nazwy John Evan Band, a "Sunshine Day" kilka miesięcy później, gdy przyjęto już nazwę Jethro Tull. Oba nagrania znalazły się na tym samym singlu, omyłkowo sygnowanym przez Jethro Toe. Pod względem stylistycznym nie mają kompletnie nic wspólnego z późniejszą twórczością. Utrzymane są w stylu psychodelicznego popu i nie wyróżniają się niczym szczególnym spośród dziesiątek podobnych piosenek. Nawet głos Andersona brzmiał wtedy całkiem inaczej, w dodatku było to jeszcze zanim muzyk zaczął grać na flecie. Instrument ten pojawia się za to w lekko jazzującym instrumentalu "One for John Gee" (z drugiego singla zespołu, "A Song for Jeffrey"), brzmiącym jak mniej porywający pierwowzór "Bourée". Styl zespołu jest już w pełni wykrystalizowany w "17", jednak zupełnie nie dziwi, że kawałek ten skończył na stronie B singla ("Sweet Dreams"). Ten wczesny etap działalności reprezentowany jest także przez liczne nagrania radiowe. Oprócz fragmentów albumów "This Was" i "Stand Up" oraz niealbumowego singla "Love Story", znalazło się tu także wykonanie starego bluesa "Stormy Monday Blues" z repertuaru orkiestry Earla Hinesa. Brzmienie tych utworów nie jest jednak najlepsze.

Bardzo dobrze udokumentowano tutaj lata 70. Pomijając kompozycje znane z albumów lub singli (czasem w tych samych wersjach), znalazł się tutaj chociażby "Lick Your Fingers Clean", odrzut z sesji "Aqualung", a zarazem wczesna, bardziej surowa wersja "Two Fingers" z "War Child". Są też fragmenty niesławnej sesji we francuskim Château d'Hérouville. "The Chateau D'Isaster Tapes" to jedenastominutowy fragment, składający się z trzech utworów: "Scenario", "Audition" i "No Rehearsal". Zespół nie odszedł w nich od stylistyki dopiero co wydanego "Thick as a Brick", ale brakuje tu równie chwytliwych motywów. Z okresu wspomnianego "War Child" pochodzi "Saturation", w sumie nienajgorsze połączenie hard rocka z fletem i syntezatorami. Na tamtym albumie - najsłabszym z wydanych przez zespół w owej dekadzie - znalazło się kilka zdecydowanie słabszych momentów. Bardzo silnie reprezentowany jest tutaj okres "Minstrel in the Gallery". "Summerday Sands" skończył wówczas jako strona B singla z tytułowym kawałkiem, natomiast "Pan Dance" i "March the Mad Scientist" wydano rok później na świątecznej EPce "Ring Out, Solstice Bells". Wszystkie trzy pokazują bardziej folkowe oblicze grupy. Wszystkie trzy charakteryzują się dość wyrazistymi melodiami i przyjemnymi, w znacznej mierze akustycznymi aranżacjami.

"Strip Cartoon", odrzut z albumu "Too Old to Rock'n'Roll; Too Young to Die!", a zarazem strona B singla "The Whistler", łączy z kolei akustyczne brzmienia z hardrockowymi zaostrzeniami, jednak jest to tylko dość banalna piosenka. Podobny patent lepiej udał się w niepublikowanym wcześniej "Beltane" - ale to już nagranie z okresu "Songs from the Woods", zdecydowanie mocniej przesiąknięte folkowym klimatem i ciekawiej zaaranżowane. Słabiej wypada niealbumowy singiel "A Stitch in Time" z 1978 roku, zepsuty fatalnym refrenem. Natomiast dwa niepublikowane wcześniej utwory, folkowy "Living in These Hard Times" i folk-rockowy "Kelpie", zdecydowanie nie powinny skończyć jako odrzuty z odpowiednio "Heavy Horses" i "Stormwatch". Drugi z nich to chyba w ogóle najlepszy utwór, jaki powstał podczas tamtej sesji. Nieźle wypada też inny wcześniej nieznany odrzut z tego czasu, hardrockowy "Crossword". Natomiast interpretację "King Henry's Madrigal", autorstwa króla Henry'ego VIII, znaną już z EPki "Home", można potraktować jako bardzo przyjemną ciekawostkę. Nie jest to poziom "Bouree", ale też wcale nie dużo niższy. Jest jeszcze improwizacja "Blues Instrumental", kolejne dotąd niewydane nagranie z okresu "Heavy Horses", przypominające o bluesowych korzeniach grupy. Okazuje się, że do takiej stylistyki całkiem nieźle pasuje nie tylko flet, ale też syntezator. 

Lata 80. w historii Jethro Tull to bardzo nieciekawy okres, w którym Ian Anderson próbował za wszelką cenę utrzymać się w mainstreamie, nie mając za bardzo pomysłu, jak sensownie połączyć dawny styl z nowymi trendami, których chyba za bardzo nie rozumiał. Ta dekada również ma tutaj sporo reprezentantów. Aż siedem nagrań pochodzi z sesji z 1981 roku, która w całości została odłożona do szuflady. Część tego materiału wypłynęła po pewnym czasie na stronach B singli ("Jack Frost and the Hooded Crow", "Down at the End of Your Road", "Too Many Too", "I'm Your Gun"), pozostałe dopiero tutaj mają premierę ("Jack-a-Lynn", "Mayhem, Maybe", "Overhang"). Co ciekawe, materiał ten prezentuje się lepiej od nagranego i wydanego niedługo później "The Broadsword and the Beast". Szczególnie dotyczy to takich kawałków, jak "Jack Frost and the Hooded Crow", "Jack-a-Lynn" i "Mayhem, Maybe", w których powraca ten świetny klimat folkowy z końca poprzedniej dekady, nie brakuje też całkiem wyrazistych, dobrych melodii. Co prawda, pierwszy z nich zepsuto nieco tandetną elektroniką (na szczęście jeszcze nie tak nachalną, jak na wspomnianym wyżej albumie), a drugi niepotrzebnym zaostrzeniem, jednak wciąż są to najlepsze rzeczy nagrane przez zespół w owej dekadzie. Pozostałe kawałki z tej sesji, to już niestety zapowiedź stylistyki i nijakości "The Broadsword and the Beast", choć przynajmniej śpiew Andersona wypada w nich nieco lepiej. Podobnie prezentuje się odrzut z tego longplaya, "Motoreyes". Całkowicie pominięto tu okres najbardziej elektronicznego "Under Wraps". Jest za to niealbumowy singiel "Coronach" z 1986 roku, w rzeczywistości będący nagraniem byłego muzyka zespołu, Davida Palmera, z gościnnym udziałem Andersona, ale z przyczyn merkantylnych sygnowanym nazwą Jethro Tull. Tu znów powraca folkowy klimat, ale kawałek ogólnie  jest dość nudnawy. Jest jeszcze demo z 1988 roku, "Part of the Machine" - kolejny nieco folkowy, dość przyjemny kawałek, niestety z Andersonem śpiewającym pod Marka Knopflera.

"20 Years of Jethro Tull" sprawia trochę wrażenie, jakby chciano tu wrzucić jak najwięcej materiału unikalnego lub dotąd rozproszonego na trudniej dostępnych, małych wydawnictwach, zachęcając fanów do kupna, a zarazem dowalić jak najwięcej powtórek z regularnych płyt, by bardziej podnieść cenę tego zestawu. To jednak wciąż całkiem niezły zbiór, przynoszący sporo ciekawej muzyki. Cieszą szczególnie niealbumowe nagrania z lat 1975-81, z których dałoby się skompilować naprawdę dobry longplay. Alternatywnym sposobem ich zdobycia na fizycznym nośniku jest zakup kompaktowych reedycji "Minstrel in the Gallery", "Songs from the Woods", "Heavy Horses", "Stormwatch" i "The Broadsword and the Beast", co może wyjść nieco drożej i jest niezbyt praktyczne, jeśli już ma się inne wydania tych albumów.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "20 Years of Jethro Tull" (1988)

LP1 ("The Radio Archives"): 1. A Song For Jeffrey (BBC Session); 2. Love Story (BBC Session); 3. Fat Man (BBC Session); 4. Bourée (BBC Session); 5. Stormy Monday Blues (BBC Session); 6. A New Day Yesterday (BBC Session); 7. Cold Wind to Valhalla (BBC Session); 8. Minstrel in the Gallery (BBC Session); 9. Velvet Green (BBC Session); 10. Grace (BBC Session); 11. Clasp (live); 12. Pibroch (Pee Break) / Black Satin Dancer (live); 13. Fallen on Hard Times (live)
LP2 ("The Rare Tracks (Released But Only Just)"): 1. Jack Frost and the Hooded Crow; 2. I'm Your Gun; 3. Down at the End of Your Road; 4. Coronach; 5. Summerday Sands; 6. Too Many Too; 7. March the Mad Scientist; 8. Pan Dance; 9. Strip Cartoon; 10. King Henry's Madrigal; 11. A Stitch in Time; 12. 17; 13. One for John Gee; 14. Aeroplane; 15. Sunshine Day
LP3 ("Flawed Gems (Dusted Down)"): 1. Lick Your Fingers Clean; 2. The Chateau D'Isaster Tapes; 3. Beltane; 4. Crossword; 5. Saturation; 6. Jack-A-Lynn; 7. Motoreyes; 8. Blues Instrumental; 9. Rhythm in Gold
LP4 ("The Other Sides of Tull"): 1. Part of the Machine; 2. Mayhem, Maybe; 3. Overhang; 4. Kelpie; 5. Living in These Hard Times; 6. Under Wraps 2; 7. Only Solitaire; 8. Cheap Day Return; 9. Wond'ring Aloud (live); 10. Dun Ringill (live); 11. Salamander; 12. Moths; 13. Nursie; 14. Life's a Long Song; 15. One White Duck / 0^10 = Nothing at All
LP5 ("The Essential Tull"): 1. Songs from the Wood (live); 2. Living in the Past (live); 3. Teacher; 4. Aqualung (live); 5. Locomotive Breath (live); 6. Witch's Promise; 7. Bungle in the Jungle; 8. Farm on the Freeway (live); 9. Thick as a Brick (live); 10. Sweet Dream (live)

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, gitara basowa, harmonijka, saksofon, instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Mick Abrahams - gitara, wokal; Glenn Cornick - gitara basowa; Jeffrey Hammond - gitara basowa; John Glascock - gitara basowa; Dave Pegg - gitara basowa, mandolina; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; Gerry Conway - perkusja i instr. perkusyjne; Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe, aranżacja orkiestry; Peter-John Vettese - instr. klawiszowe
Gościnnie: Pat Halling - skrzypce (LP1: 10); Neil Smith - gitara (LP2: 14);  Martin Allcock - instr. klawiszowe (LP4: 1); Don Airey - instr. klawiszowe (LP4: 9; LP5: 1,2,8,9)
Producent: Ian Anderson; Terry Ellis (LP2: 12,13; LP4: 8; LP5: 3,6)


29 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Fresh Evidence" (1990)



Rory Gallagher przeważnie nie spędzał dużo czasu w studiu. Z jednej strony było to spowodowane napiętym grafikiem koncertowym, a z drugiej - muzyk po prostu nie przepadał za graniem w studiu, w przeciwieństwie do występów na żywo. Wiele spośród jego albumów powstało w czasie krótszym niż dwa tygodnie. Ale nie "Fresh Evidence" - jego jedenaste i, jak się okazało, ostatnie studyjne wydawnictwo. Tym razem nagrania trwały pół roku. Było to spowodowane staranniejszym niż zwykle podejściem do produkcji. Gallagherowi zależało na uzyskaniu brzmienia vintage, które osiągnął używając starych mikrofonów zaworowych i innego dawnego sprzętu do nagrywania. Oswojenie się z taką techniką wymagało czasu. Ponadto, przez studio przewinęło się wielu gości, jak znani z wcześniejszych płyt Lou Martin i Mark Feltham, ale też sekcja dęta czy muzyk grający na akordeonie. Udział tylu dodatkowych muzyków odróżnia "Fresh Evidence" od wcześniejszych albumów Irlandczyka.

Longplay przynosi także kilka niespodzianek muzycznych. Największa z nich to "The King of Zydeco", utrzymany właśnie w stylu zydeco, czyli wywodzącej się z Luizjany mieszanki bluesa, r&b oraz muzyki kreolskiej. Inspiracją była przede wszystkim twórczość Cliftona Cheniera, którego Gallagher nazywał B.B. Kingiem zydeco. Istotną rolę w tym utworze pełni akordeon, ale nie brakuje też świetnych solówek lidera. Po raz pierwszy na jego płycie pojawiły się też utwory instrumentalne. Nagrany z dużym udziałem sekcji dętej "The Loop" przypomina mi instrumentalne kawałki Johna Mayalla z pierwszych płyt Blues Breakers. Podstawą jest więc blues, ale zagrany z prawdziwie rockową energią i brzmieniem, a na pierwszym planie rozbrzmiewa wyśmienite solo gitarowe. "Alexis" to już mnie typowe nagranie, z funkową rytmiką i dęciakami, ale też z bluesowymi solówkami harmonijki i gitary. 

Nie da się ukryć, że to album przede wszystkim bluesowy. Całość rozpoczyna się od nieco banalnego, ale nadrabiającego sporą energią "Kid Gloves". Przykładami bardziej tradycyjnego podejścia do bluesa są inspirowany twórczością Slima Harpo "Middle Name", nawiązujący do twórczości Roberta Johnsona "Heaven's Gate", ośmiominutowy, nieco jamowy "Ghost Blues" czy akustyczny, zaczerpnięty z repertuaru Sona House'a "Empire State Express". Taka muzyka zawsze była bliska Gallagherowi i także w tych nagraniach słychać, że granie jej sprawiało mu dużo radości. Całości dopełnia przebojowy blues rock "Walkin' Wounded" - wyróżniający fantastyczną solówką gitary slide, ale też fajnymi popisami na harmonijce i saksofonie - a także nieznacznie ostrzejszy od pozostałych kawałków, oparty na wyrazistym riffie "Slumming Angel".

"Fresh Evidence" trudno nazwać wybitnym dziełem, ale to wciąż bardzo przyjemny album, pokazujący, w czym Rory Gallagher był naprawdę dobry, ale też zawierający trochę nowych rozwiązań. To jego pierwsze wydawnictwo od końca lat 70., które faktycznie coś wniosło do dyskografii (inna sprawa, że lata 80. nie obfitowały w sygnowany przez niego materiał) i zawiera naprawdę przyzwoity, wyrazisty repertuar. Coraz bardziej nasilające się problemy zdrowotne lidera znajdują tu odbicie w warstwie tekstowej, ale na szczęście nie w wykonaniu - Irlandczyk wciąż błyszczy jako gitarzysta. Na pewno nie tak, jak w czasach "Irish Tour '74", ale wciąż na poziomie nieosiągalnym dla większości bluesrockowych muzyków.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Fresh Evidence" (1990)

1. Kid Gloves; 2. The King of Zydeco (to Clifton Chenier); 3. Middle Name; 4. Alexis; 5. Empire State Express; 6. Ghost Blues; 7. Heaven's Gate; 8. The Loop; 9. Walkin' Wounded; 10. Slumming Angel

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, dulcimer, mandolina, sitar; Gerry McAvoy - gitara basowa; Brendan O'Neill - perkusja; John Cooke - instr. klawiszowe
Gościnnie: Lou Martin - pianino; Mark Feltham - harmonijka; Geraint Watkins - akordeon; John Earle - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Ray Beavis - saksofon tenorowy; Dick Hanson - trabka
Producent: Rory Gallagher


27 lipca 2015

[Recenzja] Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)



Jeff Beck kojarzony jest przede wszystkim ze stylistyką bluesrockową. Jednak jego pierwsze solowe albumy bliższe są raczej bardzo popularnego w tamtym czasie fusion. Gitarzysta zainteresował się taką muzyką po zapoznaniu się z albumem "Spectrum" Billy'ego Cobhama, byłego perkusisty Milesa Davisa i Mahavishnu Orchestra. Po raz pierwszy usłyszał go podczas przejażdżki nowym sportowym autem Carmine'a Appice'a. Beck był pod tak dużym wrażeniem, że zrezygnował z dalszej pracy nad drugim studyjnym longplayem Beck, Begert & Appice, który ponoć został już częściowo nagrany. Zamiast tego przygotował swój pierwszy prawdziwy album solowy (sygnowany jego nazwiskiem "Truth" to tak naprawdę dzieło The Jeff Beck Group). W nagraniu "Blow by Blow" wspomogli go tacy muzycy, jak klawiszowiec Max Middleton (dawny współpracownik z czasów drugiego wcielenia Jeff Beck Group), basista Phil  Chen oraz perkusista Richard Bailey, który w ostatniej chwili zajął miejsce Appice'a. Przez studio przewinął się też Stevie Wonder, a za produkcję odpowiadał George Martin, znany przede wszystkim jako wieloletni pomocnik The Beatles, mający jednak na koncie także współpracę z Mahavishnu Orchestra.

"Blow by Blow", wypełniony głównie instrumentalnymi kompozycjami Becka i Middletona, faktycznie mocno nawiązuje do jazzowo-funkowo-rockowej stylistyki Cobhama, czy też ogólniej rzecz biorąc - do ówczesnego fusion. Tego typu muzyka w tamtym czasie bardzo mocno odeszła już od swoich eksperymentalnych korzeni, gdy twórcy w rodzaju Milesa Davisa, Herbiego Hancocka czy Weather Report poszukiwali nowych form i brzmień. W połowie lat 70. fusion uległo znacznemu uproszczeniu oraz skomercjalizowaniu. "Blow by Blow" wpisuje się w te trendy. Album skażony jest właściwie wszystkimi wadami późnego fusion. Utwory w rodzaju "You Know What I Mean", "AIR Blower", "Thelonius" (jedna z dwóch kompozycji Wondera) czy "Constipated Duck" opierają się na raczej prostej, funkowej rytmice, której nierzadko towarzyszy modne w tamtym czasie, plastikowe brzmienie syntezatorów. Na takim tle lider prezentuje swoje solowe popisy, w których jego dawny bluesrockowy styl przeplata się z bardziej jazzowymi zagrywkami. Te solówki często same sobie wypadają bardzo fajnie. Szkoda tylko, że cała reszta ma mocno pretekstowy charakter. Wspomniane utwory są pozbawione jakichś faktycznie zapamiętywalnych motywów, wręcz trudno je od siebie rozróżnić, a jednocześnie niewiele mają do zaoferowania poza walorami użytkowymi - nadają się w sam raz na jakąś imprezę w klimacie późnych lat 70. 

Na albumie znalazła się też przeróbka mało znanej kompozycji Beatlesów, "She's a Woman" (ze strony B singla "I Feel Fine"), w której funk ustępuje miejsca rytmice kojarzącej się raczej z Jamajką. Beck za pomocą przepuszczonej przez talkboxa gitary imituje linię wokalną zwrotek, ale jest to raczej efekciarska sztuczka niż coś wnoszącego tu jakąkolwiek wartość. Bardzo ładne są natomiast jego partie w finałowej balladzie "Diamond Dust", skomponowanej przez Berniego Hollanda, z którym Middleton współtworzył wówczas grupę Hummingbird. Tyle, że gitarze towarzyszy tu dość nużący podkład z rzewną orkiestracją oraz leniwą grą sekcji rytmicznej. Nieco ciekawiej, pomimo niepotrzebnej orkiestracji, prezentuje się natomiast "Scatterbrain". Zawdzięcza to przede wszystkim bardziej intensywnej i abstrakcyjnej grze muzyków. To już granie bliższe wczesnego Mahavishnu Orchestra, nawet jeśli Beckowi sporo jednak brakuje do Johna McLaughlina - przynajmniej w takim bardziej jazzującym graniu. Nieźle wypada też bardziej bluesrockowy "Freeway Jam". Jednak najlepszym utworem jest tutaj bardzo ładna ballada "Cause We've Ended as Lovers", skomponowana przez Wondera, ale zagrana w stylu Roya Buchanana, któremu Beck ją zadedykował. Akurat te trzy nagrania najbardziej odchodzą od kiczu późnego fusion, który trochę jednak odrzuca mnie od pozostałych kawałków.

"Blow by Blow" cieszy się sporym uznaniem, przede wszystkim wśród wielbicieli gitarowego talentu Jeffa Becka - to faktycznie czołówka jego albumów, jeśli brać pod uwagę wyłącznie grane przez niego solówki - ale też słuchaczy, którym odpowiada taka stylistyka i nie przeszkadza ta wygładzona, krystalicznie czysta produkcja oraz nierzadko tandetne brzmienia syntezatora. Mnie to akurat zniechęca, podobnie jak zwykle nijakie kompozycje, choć znajduję tu też pewne pozytywy, a momentami czerpię nawet pewną, choć stosunkowo niewielką przyjemność ze słuchania tej muzyki.

Ocena: 6/10



Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)

1. You Know What I Mean; 2. She's a Woman; 3. Constipated Duck; 4. AIR Blower; 5. Scatterbrain; 6. Cause We've Ended as Lovers; 7. Thelonius; 8. Freeway Jam; 9. Diamond Dust

Skład: Jeff Beck - gitara; Max Middleton - instr. klawiszowe; Phil Chen - gitara basowa; Richard Bailey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: George Martin - orkiestracja (5,9); Stevie Wonder - klawinet (7)
Producent: George Martin


25 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)



Rzadko się zdarza, by najpopularniejszy album danego wykonawcy był koncertówką. Jeszcze rzadziej, by takie wydawnictwo sprzedało się w nakładzie przekraczającym milion egzemplarzy i było obecne na większości liczących się listach płyt wszech czasów. A tak właśnie wygląda sytuacja z The Allman Brothers Band i kultowym "At Fillmore East". Przed jego wydaniem zespół nie odnosił znaczących sukcesów, jednak media muzyczne coraz częściej donosiły o jego porywających występach na żywo. Do takich zdecydowanie należała seria koncertów z marca 1971 roku w nowojorskim Fillmore East. Gdy tylko ukazał się dwupłytowy album prezentujący fragmenty tego wydarzenia, spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem recenzentów oraz słuchaczy, którzy pobiegli wykupywać szybko wyczerpujący się nakład. Nie da się zaprzeczyć, że to doskonały dokument tamtych czasów, gdy na rockowych koncertach nie chodziło o odegranie kilku przebojów. Wykonawcy często stawali na mniej oczywisty repertuar, nierzadko ograniczając ilość własnych kompozycji na rzecz bluesowych standardów, traktując je raczej jako punkt wyjścia do ekscytujących improwizacji, zaczerpniętych od jazzmanów. The Allman Brothers Band byli w takim graniu niemalże bezkonkurencyjni. Podobne stylistycznie zespoły, dające równie porywające koncerty, mogę wymienić na palcach jednej ręki: Cream, Jimi Hendrix z okresu Band of Gypsys, Quicksilver Messenger Service, Grateful Dead oraz kwartet Rory'ego Gallaghera.

Oryginalne wydanie "At Fillmore East" składa się z siedmiu utworów umieszczonych na dwóch płytach winylowych. Celowo lub nie, pierwszy dysk wypełniają standardy, a drugi autorskie kompozycje. Początek jest jeszcze dość zachowawczy. "Statesboro Blues" z repertuaru Blind Williego McTella oraz "Done Somebody Wrong" Elmore'a Jamesa zostały zaprezentowane w niewiele ponad czterominutowych wersjach. Tyle jednak wystarczyło, by wydobyć z tych klasycznych bluesów wszystko, co najlepsze, zachowując wyluzowany klimat pierwowzorów i wzbogacając je o potężną dawkę rockowego czadu. Cały skład, wsparty przez przygrywającego na harmonijce Thoma Doucette'a, pokazuje się tu od najlepszej strony. Muzycy są fantastycznie zgrani, a ich grze nie można odmówić kreatywności. Jednak naprawdę rewelacyjne rzeczy zaczynają się dziać od ośmiominutowego wykonania "Stormy Monday" T-Bone Walkera, z rozbudowaną częścią środkową, z porywającymi solówkami gitarzystów Duane'a Allmana i Dickeya Bettsa oraz Gregga Allmana na organach. Tego typu granie w tamtych czasach było niezwykle popularne, jednak rzadko aż tak porywające. A z każdym kolejnym utworem muzycy osiągają wyższy poziom zespołowego grania. Już "You Don't Love Me" Williego Cobbsa, rozimprowizowany do niemalże dwudziestu minut, wydaje się absolutnym szczytem takiego grania. Szczególnie ciekawie wypada moment, gdy milknie wszystko, z wyjątkiem gitary Duane'a, dającego wspaniały popis, po którym następuje nie mniej ciekawa, już zespołowa improwizacja o lekko jazzującym charakterze.

A przecież potem jest jeszcze lepiej. Instrumentalny jam "Hot 'Lanta", mimo że skondensowany do pięciu minut, w jeszcze wspanialszy sposób pokazuje talent muzyków do wspólnego improwizowania. Wszyscy kolejno prezentują tutaj swoje popisy, nie zapominając jednak o zachowaniu interakcji z pozostałymi. Jednak muzycy przebijają to wszystko genialnym wykonaniem kompozycji Bettsa "In Memory of Elizabeth Reed", która przecież już na "Idlewild South" była niezwykle porywającym nagraniem. Utwór rozrósł się tutaj ponad dwukrotnie, muzycy fantastycznie rozbudowali znane już tematy i wprowadzili zupełnie nowe, dzięki czemu kompozycja nabrała zupełnie nowej jakości. Wydawać by się mogło, że tak ekscytującego wykonania - nie pod względem technicznym, ale kreatywności i wyczucia - nie da się już przebić. Muzycy znów to jednak zrobili. Finałowe wykonanie "Whipping Post", doskonałej kompozycji Gregga Allmana z eponimicznego debiutu grupy, to absolutne apogeum całej twórczości The Allman Brothers Band. Zgrabna piosenka rozrosła się tutaj do blisko dwudziestopięciominutowej formy, która pozostawia daleko w tyle niemal całą pozostałą muzykę bluesrockową. To niezwykłe zaangażowanie i wzorowa współpraca całego składu, te wszystkie solówki, grane z niesamowitą pasją, to niespodziewane, klimatyczne zwolnienie w połowie - tego już naprawdę nie udałoby się przebić. Album słusznie się w tym miejscu kończy. Już nic lepszego nie mogło się na nim znaleźć.

Cóż więcej można dodać? "At Fillmore East" to po prostu klasyczny album, który każdy szanujący się wielbiciel rocka i bluesa powinien znać. Być może właśnie tutaj bezpretensjonalne rockowe granie, bez żadnych skrzywień w stronę jazzu (nie licząc pożyczenia improwizacji), muzyki poważnej czy awangardy, osiągnęło swój najwyższy szczyt? Ja w każdym razie nie znajduję tu żadnych wad, a jedynie coraz więcej powodów do zachwytu. Ocena nie może być inna niż maksymalna.

Ocena: 10/10



The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)

LP1: 1. Statesboro Blues; 2. Done Somebody Wrong; 3. Stormy Monday; 4. You Don't Love Me
LP2: 1. Hot 'Lanta; 2. In Memory of Elizabeth Reed; 3. Whipping Post

Skład: Gregg Allman - wokal, instr. klawiszowe; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - gitara basowa; Jai Johanny Johanson - perkusja, instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja, instr. perkusyjne
Gościnnie: Thom Doucette - harmonijka (LP1: 2-4); Jim Santi - tamburyn
Producent: Tom Dowd


23 lipca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)



Podczas 31. ceremonii Grammy Award, w ramach której rozdawano nagrody za 1988 rok, po raz pierwszy wprowadzono kategorię "Best Hard Rock/Metal Performance Vocal or Instrumental". Zdecydowanym faworytem była Metallica ze swoim czwartym albumem "...And Justice for All". Tymczasem statuetka powędrowała do grupy Jethro Tull za album "Crest of the Knave" - nie dość, że wydany już w 1987 roku, to mający niewiele wspólnego z hard rockiem, a jeszcze mniej z metalem. Decyzja o uhonorowaniu tego właśnie albumu spotkała się z ogromną krytyką. W wyniku tego już rok później nowa kategoria została podzielona na dwie osobne, "Best Hard Rock Performance" i "Best Metal Performance". Tego rozwiązania trzymano się aż do 2012 roku, gdy w związku ze słabnącym znaczeniem oraz popularnością cięższych odmian rocka powrócono do pierwotnego pomysłu.

Jethro Tull, poza samą statuetką, zyskał potrzebny w tamtym czasie rozgłos. Niewłaściwe decyzje artystyczne Iana Andersona i nieumiejętność odnalezienia się w nowych realiach muzycznych skutkowały słabnącą popularnością zespołu. Poprzedni w dyskografii album "Under Wraps" był najgorzej sprzedającym się w dotychczasowej karierze, a filtr z synthpopem odstraszył wielu dotychczasowych wielbicieli. Anderson na szczęście zdał sobie sprawę, że w takiej stylistyce nie może równać się z młodszymi twórcami, którzy potrafią zrobić lepszy użytek z brzmień elektronicznych. Na "Crest of a Knave" nie próbuje już zjednać sobie zapatrzonej w nowe trendy młodzieży, lecz trafić do starszych słuchaczy. Zamiast jednak zaproponować coś własnego, nawet jeśli miałby to być powrót do dawnego stylu, zdecydował się na kolejne bardzo kontrowersyjne posunięcie - imitowanie jednego z najpopularniejszych w tamtym czasie zespołów rockowych, Dire Straits. Nie ograniczono się jednak do podobieństw stylistycznych i brzmieniowych. Zarówno sposób śpiewania Andersona, jak i gra Martina Barre'a na gitarze, ewidentnie naśladują Marka Knopflera. Co prawda słychać tu jeszcze pewne pozostałości po elektronicznych eksperymentach z poprzednich lat, trochę hard rocka, a nawet sporo nawiązań do klasycznych dokonań Jethro Tull, ale raczej na zasadzie ubarwienia typowo knopflerowskiego grania. Anderson i spółka zdecydowanie przekroczyli granicę dzielącą inspirację od naśladowania.

W znacznej części brzmi to tak, jakby muzycy Dire Straits postanowili nagrać album z udziałem flecisty. Pewien wyjątek stanowią "Steel Monkey", "Raising Steam" i "Dogs in the Midwinter". Wszystkie są okropną mieszanką tandetnej, typowej dla ejtisowego mainstreamu elektroniki, prymitywnego beatu perkusyjnego automatu, beznamiętnego śpiewu oraz sztampowo hardrockowych partii gitary (w dwóch pierwszych) lub folkowego fletu (w ostatnim). W pozostałych kawałkach brzmienie jest już bardziej organiczne. Większość z nich została nagrana z prawdziwymi bębniarzami: Gerrym Conwayem, znanym już z albumu "The Broadsword and the Beast", lub Doane'em Perrym, który wkrótce potem stał się pełnoprawnym członkiem zespołu. I w tych nagraniach podobieństwo do Dire Straits jest już uderzające. W przypadku takiego "Said She Was a Dancer" można mieć wątpliwości, czy dla żartu nie trafił tu utwór naprawdę nagrany przez grupę Knopflera. Ale w "Farm on the Freeway", "Jump Start" czy "Budapest" jedynie typowo tullowe partie fletu powstrzymują przed podobną konkluzją. Akurat te utwory - na tle kompletnie niecharakterystycznej reszty - wypadają odrobinę lepiej pod względem melodycznym, jednak wszystkie wydają się nieco przeciągnięte, na siłę wydłużone. Taki "Farm on the Freeway" byłby całkiem zgrabnym kawałkiem, gdyby kończył się dwie minuty wcześniej, bo po tym czasie właściwie zaczyna się drugi raz, nic nowego nie wnosząc. 

"Crest of a Knave" nie jest aż tak koszmarnym albumem, jak dwa poprzednie, ale wciąż bardzo wiele można mu zarzucić: nachalne kopiowanie innego wykonawcy, niepotrzebne i nieumiejętne korzystanie z technologicznych nowinek, równie zbyteczne wplatanie hardrockowej sztampy, na ogół zupełnie niecharakterystyczne kompozycje, nietrafione aranżacje czy jakby pozbawione zaangażowania wykonanie. Wśród plusów mogę natomiast wymienić nieco znośniejsze brzmienie większości utworów - choć szkoda, że to brzmienie Dire Straits, a nie Jethro Tull - parę nienajgorszych melodii oraz większą ilość fletu i to by było na tyle. Zdecydowanie nie jest to płyta, do której chciałbym wracać. Po tym albumie zespół nagrał jeszcze cztery z premierowym materiałem, wszystkie już o jednoznacznie rockowym charakterze i stopniowo coraz mniej kojarzące się ze stylistyką Dire Straits, ale już kompletnie nic nie wnoszące do dyskografii Jethro Tull, a przy tym wyjątkowo nijakie pod względem kompozycji, aranżacji i wykonania. To takie płyty, których słuchają wyłącznie najwięksi wielbiciele danego wykonawcy, którzy czują potrzebę poznania wszystkich dokonań, ale nawet oni z reguły uważają je za słabsze. Natomiast "Crest of a Knave" to jeszcze longplay, który ma pewne grono zwolenników, a swego czasu odbił się szerokim echem w muzycznym świecie, dlatego postanowiłem dojść z recenzjami regularnych płyt zespołu do tego momentu.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)

1. Steel Monkey; 2. Farm on the Freeway; 3. Jump Start; 4. Said She Was a Dancer; 5. Dogs in the Midwinter*; 6. Budapest; 7. Mountain Men; 8. The Waking Edge*; 9. Raising Steam

* Pominięte na wydaniu winylowym.

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - gitara basowa
Gościnnie: Doane Perry - perkusja (2,7); Gerry Conway - perkusja (3,4,6,8); Ric Sanders - skrzypce (CD: 6)
Producent: Jethro Tull


21 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Defender" (1987)



Przerwy pomiędzy kolejnymi albumami Gallaghera zaczęły się wydłużać. Na następcę "Jinx" wielbiciele artysty musieli czekać całe pięć lat. "Defender" nie przynosi jednak żadnych niespodzianek. Irlandczyk pozostał całkowicie obojętny na to, co działo się wówczas w muzyce. Zamiast tego proponuje album jeszcze mocniej osadzony w bluesie. Przykładem tego takie utwory, jak "Loanshark Blues", "Continental Op" (nie tak odległy od dużo starszego "In Your Town"), nieco cięższy "Road to Hell", rozpędzony "Doing Time", bardzo klasyczny "Don't Start Me Talkin'" (zaczerpnięty z repertuaru Sonny'ego Boya Williamsona II) czy akustyczny "Seven Days" (nagrany z pomocą dawnego kompana, pianisty Lou Martina). To granie całkowicie anachroniczne, ale świetnie tu słychać, że właśnie w takiej stylistyce Gallagher czuł się najlepiej.

I o ile same kompozycje nie wyróżniają się właściwie niczym, tak zdecydowanie na plus trzeba zaliczyć pełne energii oraz luzu wykonanie. Lider niemal w każdym utworze błyszczy świetnymi solówkami. Niestety, zdarzają się też nieco słabsze momenty, jak ocierający się o stylistykę Bad Company "Kickback City", a zwłaszcza wyjątkowo banalny, oparty na zaskakująco sztampowym riffie "Failsafe Day". Kilkanaście lat wcześniej miałyby szansę stać się umiarkowanymi przebojami, jednak nagrywanie takich kawałków pod koniec lat 80. nie miało większego sensu. O wiele lepiej wypadają "Seems to Me" i "No Peace for the Wicked" - ten drugi wyróżnia się fajnymi solówkami slide - których brakuje na większości wydań winylowych, a na pozostałych są dodane w postaci bonusowego singla.

"Defender" to jeden z tych licznych albumów, które dostarczą wiele radości wielbicielom ich twórcy lub stylistyki, w której są utrzymane, ale dla wszystkich innych będące kolejnym niczym nie wyróżniającym się i nic nie wnoszącym wydawnictwem. "Defender", pomimo naprawdę dobrego wykonania, trzeba zaliczyć do najsłabszych albumów Rory'ego Gallaghera. Na innych jego płytach większość utworów byłaby jedynie przyjemnymi wypełniaczami. Większość, ponieważ "Failsafe Day" przyjemnym nazwać nie można - żadna z opublikowanych do tamtej pory kompozycji Irlandczyka nie robi na mnie tak złego wrażenia.

Ocena: 6/10



Rory Gallagher - "Defender" (1987)

1. Kickback City; 2. Loanshark Blues; 3. Continental Op; 4. I Ain't No Saint; 5. Failsafe Day; 6. Road to Hell; 7. Doing Time; 8. Smear Campaign; 9. Don't Start Me Talkin'; 10. Seven Days; 11. Seems to Me*; 12. No Peace for the Wicked*

* Tylko na CD lub bonusowym 7-calowym singlu.

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Brendan O'Neill - perkusja
Gościnnie: John Cooke - instr. klawiszowe; Mark Feltham - harmonijka (9); Bob Andrews - pianino (9); Lou Martin - pianino (10)
Producent: Rory Gallagher i Alan O'Duffy


19 lipca 2015

[Recenzja] Billy Cobham - "Spectrum" (1973)



"Spectrum" to debiutancki solowy album Billy'ego Cobhama, jednego z czołowych bębniarzy nurtu fusion. Panamski muzyk zaczynał karierę w będącej jednym z prekursorów jazz-rocka grupie Dreams. Już wtedy pokazał niemały talent, dzięki czemu do współpracy zaprosił go sam Miles Davis. Cobham wziął udział w kilku sesjach nagraniowych trębacza, a nagrane z nim utwory można usłyszeć m.in. na albumach "Jack Johnson", "Big Fun" oraz "Get Up with It". To właśnie w tym okresie poznał Johna McLaughlina, który wkrótce złożył mu ofertę dołączenia do Mahavishnu Orchestra. Po rozpadzie pierwszego wcielenia zespołu, Cobham postanowił zrobić coś na własny rachunek.

Swoją debiutancką sesję w roli solisty zorganizował w nowojorskim Electric Lady Studios w maju 1973 roku. Nagrania trwały ledwie trzy dni, a album został zarejestrowany praktycznie na żywo, z nielicznymi dogrywkami. Perkusista zebrał całkiem ciekawy skład, w którym znalazł się jego kompan z  oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, klawiszowiec Jan Hammer, ale też tacy muzycy, jak Ron Carter - jeden z najczęściej nagrywających basistów jazzowych, w latach 1964-68 członek Drugiego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa - czy saksofonista Joe Farrell z innej popularnej grupy fusion - Return to Forever, a nawet... przyszły gitarzysta Deep Purple, Tommy Bolin. Zaangażowanie tego ostatniego było ryzykowanym posunięciem, gdyż brakowało mu doświadczenia i wiedzy, w tym umiejętności czytania nut, jakie mieli pozostali muzycy. Bolin spisał się jednak doskonale, dzięki swojemu talentowi i zdolności do zespołowej interakcji. A przecież muzykom musiał wystarczyć jeden dzień, aby się ze sobą zgrać i nauczyć skomponowanych przez Cobhama utworów.

Jak nietrudno się domyślić, album utrzymany jest w stylistyce jazz fusion. Jednak elementy jazzowe wcale tutaj nie dominują, a często wręcz dają się stłamsić funkowej rytmice oraz rockowemu brzmieniu gitary. Utwory w rodzaju "Quadrant 4", "Taurian Matador", "Red Baron" i przede wszystkim najbardziej porywającego "Stratus" przywołują skojarzenia ze stylistyką Mahavishnu Orchestra, choć jest to już granie prostsze, bardziej poukładane, próbujące pozyskać szerszą publiczność. Podobne wrażenie sprawia tytułowy "Spectrum" oraz "Le Lis", w których gitara ustępuje miejsca dęciakom, a kontrabas zastępuje elektryczny bas. Utwory wcale nie brzmią dzięki temu bardziej jazzowo, raczej podkreślony zostaje aspekt funkowy. Całości dopełnia parę miniaturek. "Searching for the Right Door" i "Anxiety" to perkusyjne solówki Cobhama, potwierdzające jak świetnym jest muzykiem. W "Snoopy's Search" lider wchodzi w dialog z dość tandetnie brzmiącym syntezatorem Hammera. "To the Women in My Life" to natomiast solowy popis klawiszowca, tym razem grającego na pianinie, w dość ładny, nieco klasycyzujący, ale też trochę naiwny sposób.

"Spectrum" to legendarny album, bez którego nie byłoby wielu późniejszych płyt fusion i jazz-funkowych, przeważnie gorszych od niego. Jest to całkiem przyjemna, lekka i przystępna muzyka, która jednak poza walorami rozrywkowymi za wiele nie oferuje. Oczywiście, jest to wszystko zagrane na całkiem dobrym poziomie - błyszczy przede wszystkim Cobham, a dobre momenty mają też Bolin, Carter czy Hammer, abstrahując już od nierzadko tandetnego brzmienia jego klawiszy - lecz trudno doszukać się tu czegoś wybitnego. Porównując z muzyką, jak lider grał u boku Davisa czy McLaughlina, "Spectrum" to wyraźny spadek jakości. Zabrakło przede wszystkim kreatywności, bo zawarta tu muzyka prezentuje się bardzo konwencjonalnie.

Ocena: 7/10



Billy Cobham - "Spectrum" (1973)

1. Quadrant 4; 2. Searching for the Right Door; 3. Spectrum; 4. Anxiety; 5. Taurian Matador; 6. Stratus; 7. To the Women in My Life; 8. Le Lis; 9. Snoopy's Search; 10. Red Baron

Skład: Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Tommy Bolin - gitara (1,5,6,10); Lee Sklar - gitara basowa (1,5,6,10); Joe Farrell - saksofon i flet (3,8); Jimmy Owens - skrzydłówka i trąbka (3,8); Ron Carter - kontrabas (3,8); Ray Barretto - kongi (3,8); John Tropea - gitara (8)
Producent: Billy Cobham


17 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)



The Allman Brothers Band nie kazali czekać długo na następcę swojego eponimicznego debiutu. "Idlewild South" ukazał się zaledwie dziesięć miesięcy później. Materiał powstawał od lutego do lipca 1970 roku, w kilku różnych studiach. Podczas prac w Capricorn Sound Studios w Macon oraz Criteria Studios w Miami muzykom towarzyszył doświadczony producent i realizator dźwięku Tom Dowd, współpracujący wcześniej z tak różnymi wykonawcami, jak John Coltrane, Ornette Coleman, Ray Charles, Aretha Franklin czy Cream. Był to początek długoletniej relacji. Nawiasem mówiąc, to właśnie za pośrednictwem Dowda doszło do spotkania Erica Claptona i Duane'a Allmana. Wynikiem tego był udział tego drugiego w sesjach "Layla and Other Assorted Love Songs", które rozpoczęły się tuż po zakończeniu prac nad "Idlewild South". Ostatnie nagrania na drugi album Allmanów, w nowojorskim Regent Sound Studios, odbyły się jednak bez udziału Dowda, który miał inne zobowiązania. Jego miejsce zajął Joel Dorn, który również miał okazję pracować z przedstawicielami bardzo różnych gatunków muzycznych.

W porównaniu z debiutem, jest to zdecydowanie bardziej różnorodny longplay. Oczywiście, zespół nie odchodzi tu całkiem od blues rocka, czego najlepszym dowodem "Hoochie Coochie Man", kompozycja Willie'ego Dixona, oryginalnie nagrana przez Muddy'ego Watersa. Utwór zachowuje stuprocentowo bluesowy charakter, nabierając jednocześnie prawdziwie rockowego czadu. Co ciekawe, w roli wokalisty po raz pierwszy i ostatni wystąpił basista Barry Oakley. Poradził sobie całkiem nieźle, choć głos Gregga Allmana pasuje do takiej stylistyki o wiele bardziej. Nie brakuje tu za to świetnych gitarowych popisów Duane'a Allmana i Dickeya Bettsa. W podobnym stylu utrzymany jest jeszcze nieco lżejszy "Don't Keep Me Wonderin'", z istotną rolą harmonijki i organów, ale też fajnymi slide'ami Duane'a. Inny odcień bluesa prezentuje ballada "Please Call Home", dająca więcej pola do popisu Greggowi - jako wokaliście i instrumentaliście - choć drugi z Allmanów dodaje trochę bardzo ładnych ozdobników. Oba utwory napisał Gregg, ale nie są to wyżyny jego kompozytorskich umiejętności, jeśli porównać z utworami z debiutu. A już na pewno nie są wykonane równie porywająco, jak tamten materiał.

Młodszy z braci Allmanów jest także współautorem "Midnight Rider" (wraz z roadie grupy, Robertem Payne'em) oraz autorem "Leave My Blues at Home". Oba z nich wyraźnie odchodzą od bluesowych korzeni. Ten pierwszy to nieco mdła piosenka mocno w klimacie amerykańskiego południa,którą tylko trochę ratują solowe partie gitar. Trudno uwierzyć, że to jeden z najsłynniejszych kawałków zespołu. Za to drugi uważam za jeden z fajniejszych momentów albumu. To nieco jamowy kawałek z bardziej wyeksponowaną oraz ciekawszą niż w innych utworach grą sekcji rytmicznej, stylistycznie ciążący w stronę funku, a nawet wzbogacony lekko jazzującymi solówkami gitary. Twórcą dwóch pozostałych utworów jest Betts. "Revival", choć rozpoczęty fajnym instrumentalnym wstępem, po około minucie zmienia się w wyjątkowo banalną piosenkę, znów wyraźnie inspirowaną graniem z południowych Stanów. O wiele ciekawiej prezentuje się w całości instrumentalny "In Memory of Elizabeth Reed", w którym zespół wręcz ociera się o granie jazz-rockowe, trochę w klimacie grupy Santana, ale bez latynoskich wtrętów. To zdecydowanie najbardziej porywający fragment albumu, w którym wszyscy muzycy pokazują się od najlepszej strony.

"Idlewild South", podobnie jak wcześniej debiut, nie osiągnął znaczącego sukcesu komercyjnego. Dopiero porywające występy na żywo, które zespół dawał niemal każdego wieczora, zwróciły na niego uwagę, co znalazło odbicie w sprzedaży wydanej w następnym roku słynnej koncertówki "At Fillmore East", ale też kolejnych płyt. Natomiast albumy "The Allman Brothers Band" i "Idlewild South" stały się przebojem w 1973 roku, gdy przepakowano je w jedno wydawnictwo, zatytułowane "Beginnings".

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)

1. Revival; 2. Don't Keep Me Wonderin'; 3. Midnight Rider; 4. In Memory of Elizabeth Reed; 5. Hoochie Coochie Man; 6. Please Call Home; 7. Leave My Blues at Home

Skład: Gregg Allman - wokal, instr. klawiszowe; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - gitara basowa, wokal (5), dodatkowy wokal (3); Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne;
Gościnnie: Thom Doucette - harmonijka, instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd (1-5,7); Joel Dorn (6)


15 lipca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)



W 1983 roku Ian Anderson w końcu zrealizował swój pomysł z wydaniem albumu solowego. W nagraniu "Walk Into Light" wspomógł go ówczesny klawiszowiec Jethro Tull, Peter-John Vettese. A choć nie brakuje tam charakterystyczny partii fletu i głosu Andersona, to całość niewiele ma wspólnego z twórczością jego macierzystego zespołu. To album w zasadzie synthpopowo-nowofalowy, zdominowany przez brzmienie syntezatorów oraz automatu perkusyjnego. Tego typu muzyka cieszyła się wówczas ogromną popularnością, więc longplay sprzedawał się całkiem nieźle. Ale i tak wyraźnie słabiej od dokonań Jethro Tull. I prawdopodobnie właśnie dlatego kolejny album Andersona, będący bezpośrednią kontynuacją "Walk Into Light", ukazał się pod szyldem zespołu. Co prawda, w nagrania zaangażowano także Martina Barre'a i Dave'a Pegga, co miało uzasadnić powrót do tej nazwy, jednak ich partie zwykle giną pod grubą warstwą elektroniki. 

"Under Wraps" powszechnie uchodzi za najgorsze wydawnictwo w całej dyskografii Jethro Tull. Oczywiście, najczęściej pojawiają się zarzuty dotyczące brzmienia oraz odejścia od dotychczasowego stylu. To jednak dobrze, że Anderson nie trzymał się kurczowo utartych schematów i nie pozostawał obojętny na to, co działo się wówczas w muzyce. Nawet jeśli stały za tym głównie względy merkantylne, to przecież wciąż byłoby możliwe wykorzystanie technologicznych nowinek w ciekawy sposób. Próba połączenia ich z dawnym stylem na albumach "A" i "The Broadsword and the Beast" nie wyszła, więc może całkowite odejście od dotychczasowych rozwiązań dało lepszy rezultat? Poniekąd tak. Przynajmniej nie ma tu tego wrażenia, że muzycy nieudolnie i topornie zestawiają ze sobą rzeczy, które nijak do siebie nie pasują. Do tego Ian Anderson śpiewa tutaj znacznie lepiej niż na "Pałaszu i Bestii", nie sprawiając już wrażenia zmęczonego i znużonego. Jakby zmiana stylistyki sprawiła, że znów nabrał zapału do pracy.

Wciąż jednak "Under Wraps" skażony jest praktycznie wszystkimi wadami elektronicznego popu lat 80. Syntezatory i automat perkusyjny, które przecież można ciekawie wykorzystać, brzmią tutaj przeważnie strasznie tandetnie. To taki typowy dla ejtisowego mainstreamu plastik. Razi też znaczne uproszczenie muzyki, szczególnie w warstwie rytmicznej, gdyż ówczesne automaty nie pozwalały na wiele. Całość jednak mogłoby uratować wyraziste kompozycje. I faktycznie ma to miejsce w takim "European Legacy", gdzie akurat istotną role odgrywają partie fletu oraz gitary, dość nieźle połączone z elektroniką. W żadnym wypadku nie jest to wybitna kompozycja, ale sama melodia się broni. Niestety, z trudem przychodzi mi znalezienie równie wyrazistych kawałków. Może "Lap of Luxury", "Radio Free Moscow" lub wzbogacony jakby post-punkową gitarą "Paparazzi", choć wszystkie trzy popadają w trochę za duży banał. Zdecydowana większość tego materiału już na etapie kompozycji jest strasznie nijaka. A dochodzą do tego jeszcze niemalże identyczne aranżacje, przez co poszczególne utwory trudno od siebie odróżnić. Dopiero pod koniec pojawia się w całości akustyczny "Under Wraps #2", przywołujący trochę klimatu dawnego Jethro Tull, ale i tak będący dość przeciętnym kawałkiem, którego jedynym charakterystycznym elementem jest niepotrzebnie udziwniona warstwa wokalna.

Mógłbym polemizować, czy "Under Wraps" faktycznie jest najgorszym albumem w dyskografii zespołu. Przemawiają za tym w większości kompletnie nijakie kompozycje - z nielicznymi przebłyskami na poziomie wyraźnie poniżej średniego - które ciężko od siebie odróżnić, a także zupełny brak pomysłu na ciekawe wykorzystanie elektroniki, po którą sięgnięto wyłącznie z przyczyn merkantylnych. Jednak daje się też zauważyć, że w porównaniu z poprzednim "The Broadsword and the Beast", muzycy nauczyli się trochę lepiej łączyć tradycyjne instrumenty z brzmieniami syntetycznymi. Dużo bardziej udana jest też warstwa wokalna. Nie mam jednak wątpliwości, że niezależnie od tego, który album z tej dwójki wypada słabiej, o obu pamięta się wyłącznie dlatego, że wydano je pod szyldem Jethro Tull. To jednak bardzo kiepski powód, by do nich wracać. W dyskografii zespołu nie brakuje znacznie lepszych pozycji, a w stylistykach synthpopu i new wave nieporównywalnie lepiej odnajdowali się całkiem inni, młodsi wykonawcy.

Ocena: 3/10



Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)

1. Lap of Luxury; 2. Under Wraps #1; 3. European Legacy; 4. Later, That Same Evening; 5. Saboteur; 6. Radio Free Moscow; 7. Astronomy*; 8. Tundra*; 9. Nobody's Car; 10. Heat; 11. Under Wraps #2; 12. Paparazzi; 13. Apogee; 14. Automotive Engineering*; 15. General Crossing*

* Utwory pominięte na wydaniu winylowym.

Skład: Ian Anderson - wokal, syntezator, flet, gitara; Peter-John Vettese - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - gitara basowa
Producent: Ian Anderson


13 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Jinx" (1982)



Przez całe lata 70. Rory Gallagher wydawał albumy niemal każdego roku. Czasem i dwa. Znacznie skromniej prezentuje się dorobek Irlandczyka z kolejnej dekady, obejmujący zaledwie trzy wydawnictwa, w tym jedno koncertowe. To już ten czas, gdy muzyk coraz bardziej pogrążał się w alkoholowym nałogu, co wyraźnie wpływało na jego kreatywność. Zresztą już druga połowa lat 70. była pod tym względem nieco słabsza. Gallagher zakończył tamtą dekadę albumami "Photo-Finish" i "Top Priority", dość dalekimi od ideału, ale przynajmniej w jakiś sposób odświeżającymi jego dyskografię. Natomiast "Jinx", wydany trzy lata po poprzednim studyjnym materiale, to wyraźny krok wstecz. Nie pomogła kolejna zmiana na stanowisku perkusisty - nowym bębniarzem został Brendan O'Neill - ani udział kilku dodatkowych muzyków. I tak nie mieli żadnego wpływu na całokształt.

"Jinx" spokojnie mógłby ukazać się gdzieś pomiędzy "Against the Grain" i "Calling Card". Już na tamtych wydawnictwach dało się zauważyć, że kolejne albumy Irlandczyka są tworzone według pewnego schematu, polegającego na mieszaniu ze sobą różnych stylów. Dokładnie to samo dzieje się tutaj. Dominują, oczywiście, różne odmiany bluesa ("Double Vision", "Jinxed", "Bourbon", "Ride O Red, Ride On", "Loose Talk"), ale trafia się też trochę rock and rolla ("The Devil Made Me Do It") czy hard rocka ("Big Guns"), a do kompletu nie mogło zabraknąć tradycyjnej rockowej ballady ("Easy Come, Easy Go"). Absolutnie nic nie wskazuje tu na to, że to album nagrany na początku lat 80. - stylistycznie i brzmieniowo tkwi bardzo mocno w poprzedniej dekadzie. Dla wielu jest to niewątpliwie zaletą, dla mnie niekoniecznie. Bo "Jinx" nie wytrzymuje porównania z najlepszymi wydawnictwami Gallaghera z tamtego okresu.

Oczywiście, wciąż sporo tu dobrego. Mój faworyt to chwytliwy "Signals", wyróżniający się charakterystycznym riffem o jakby irlandzkim zabarwieniu. Tuż za nim muszę wymienić "Easy Come, Easy Go" - takie utwory zawsze świetnie wychodziły Rory'emu. Bardzo fajne są też "Double Vision", "Loose Talk" i nieco bogatszy brzmieniowo "Jinxed". Warto też wyróżnić "Ride On Red, Ride On", będący przede wszystkim popisem basisty Gerry'ego McAvoya. Natomiast lider praktycznie w każdym kawałku błyszczy porywającymi solówkami. A całość aż kipi energią. Jedynie banalny "The Devil Made Me Do It" kompletnie mnie nie przekonuje. Wciąż jednak wszystkie te nagrania - może z wyjątkiem "Signals" - mają lepsze, nierzadko znacznie lepsze odpowiedniki na wcześniejszych płytach Irlandczyka. Zestawienie np. "Easy Come, Easy Go" z chociażby "I Fall Apart" czy "A Million Miles Away" wypada wręcz miażdżąco dla tego pierwszego. Nie słychać w nim już takiego nakładu emocji, a melodia czy wykonanie wypadają jednak dużo bardziej zwyczajnie.

Problemem "Jinx" jest zatem to, że nie wnosząc absolutnie nic nowego, nie ma też do zaoferowania kompletnie nic ponad to, co można znaleźć na poprzednich wydawnictwach Rory'ego Gallaghera. A choć wciąż jest to bardzo solidne granie, to w płytowym dorobku artysty znajduje się wiele podobnych, ale nierzadko lepszych albumów od tego. "Jinx" mogę polecić wyłącznie największym wielbicielom irlandzkiego muzyka lub ogólnie blues rocka. Dla nich będzie to prawdopodobnie bardzo przyjemnie spędzone czterdzieści minut. Jeśli jednak ktoś po taką muzykę sięga co najwyżej sporadycznie, to nie ma żadnego sensu w słuchaniu akurat tego albumu.

Ocena: 6/10



Rory Gallagher - "Jinx" (1982)

1. Signals; 2. The Devil Made Me Do It; 3. Double Vision; 4. Easy Come Easy Go; 5. Big Guns; 6. Jinxed; 7. Bourbon; 8. Ride On Red, Ride On; 9. Loose Talk

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka (6,8); Gerry McAvoy - gitara basowa; Brendan O'Neill - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Bob Andrews - instr. klawiszowe (3,7); Ray Beavis - saksofon (6); Dick Parry - saksofon (6)
Producent: Rory Gallagher


11 lipca 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "The Lost Trident Sessions" (1999)



Komuś chyba bardzo zależało, by już na starcie zniechęcić do tego wydawnictwa. Bezpłciowy, czysto informacyjny tytuł "The Lost Trident Sessions" oraz tania, tandetna okładka mogą sugerować, że nie jest to materiał wart usłyszenia. Szczególnie, że to archiwalne nagrania, zarejestrowane ćwierć wieku wcześniej. Nic bardziej mylnego. To zapis ostatniej studyjnej sesji oryginalnego, niewątpliwie najlepszego składu Mahavishnu Orchestra. Pomiędzy 25 a 27 lipca 1973 roku kwintet pracował w londyńskim Trident Studios nad swoim trzecim albumem, następcą doskonałego muzycznie "The Inner Mounting Flame" oraz cieszącego się ogromnym powodzeniem komercyjnym "Birds of Fire". Instrumentaliści wciąż byli w doskonałej formie i u szczytu swojej kreatywności. Prace zostały przerwane wyłącznie przez dyktatorskie zapędy Johna McLaughlina, który nie mógł pogodzić się z tym, że pozostali muzycy chcieli grać także własne kompozycje. Aby zachować swój monopol, lider rozwiązał ten skład i wstrzymywał wydanie tego materiału przez dwadzieścia sześć lat. Być może za jego sugestią forma wydania jest tak strasznie nieatrakcyjna. W przeciwieństwie do muzyki.

Same kompozycje były w większości znane już na długo przed premierą "The Lost Trident Sessions".Wiele z nich wykonywano w tamtym czasie na koncertach. "Dream", "Trilogy" oraz skomponowany przez Jana Hammera "Sister Andrea" są doskonale znane z koncertówki "Between Nothingness & Eternity", zarejestrowanej podczas jednych z ostatnich występów tego składu, z sierpnia 1973 roku. Z kolei kompozycje "I Wonder" Jerry'ego Goodmana oraz "Steppings Tones" Ricka Lairda zostały ponownie nagrane przez Hammera i Goodmana na ich wspólny album "Like Children", zarejestrowany niedługo po rozpadzie oryginalnego wcielenia Mahavishnu Orchestra. Jednym w pełni premierowym utworem jest tu zatem "John's Song #2". Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie nagrania w zawartych tu wersjach są unikalne dla tego wydawnictwa. Warto podkreślić, że nie są to żadne demówki ani szkice, ale ukończone, dopracowane nagrania, charakteryzujące się naprawdę dobrym brzmieniem. Prawdę mówiąc jest ono nieco lepsze niż na "The Inner Mounting Flame", na którym za słabo słychać Lairda. 

Kwintet wspaniale połączył tutaj energię debiutu z bardziej komunikatywnym graniem w stylu "Birds of Fire". Fantastycznie słychać to już w otwierającym całość "Dream". Utwór jest tu znacznie krótszy od wersji koncertowej, ale zawiera chyba wszystko, z czego słynęła grupa - rockowy czad, jazzową finezję, mistyczny klimat, świetną współpracę całego składu, ekscytujące popisy solowe, dość dużą melodyjność. W "Trilogy" jeszcze większy nacisk położono na kompozycję, momentami jest tu niemalże przebojowo, ale i ten utwór daje muzykom pełne pole do zaprezentowana możliwości. Prawdopodobnie muzycy zdawali sobie sprawę ze zbliżającego się końca i dlatego tym razem dali z siebie wszystko, unikając błędów popełnionych na drugim albumie, gdzie wiele utworów miało pretekstowy charakter i dopiero na koncertach objawiał się ich pełen potencjał. Choć raczej nie byli zgodni co do kierunku. Równie dobrze zagrane zostały pozostałe, krótsze utwory: zaczynający się jak rockowa piosenka, ale ciekawie się rozwijający "Sister Andrea", ballada "I Wonder" z pięknym solem McLauglina oraz potężną grą Billy'ego Cobhama, trzymający w napięciu "Stepping Tones", czy w końcu najbardziej abstrakcyjny "John's Song #2". To może nie są utwory na miarę tych z debiutu, najlepszych fragmentów jego następcy czy dwóch pierwszych utworów z tego albumu, ale wciąż trzymają naprawdę wysoki poziom.

Podczas gdy wielu wykonawców wydaje kolejne bezwartościowe albumy, inni przez kilka dekad przetrzymują w archiwach naprawdę interesujący materiał. Londyńska sesja Mahavishnu Orchestra została opublikowana dopiero ćwierć wieku po nagraniu, choć poziom tych nagrań przebija chyba wszystko, co przez ten czas proponował John McLaughlin. "The Lost Trident Sessions" to zdecydowanie jedno z najciekawszych dokonań, jakie pozostawiła po sobie Mahavishnu Orchestra, z niepojętych względów przechowywane w archiwach przez tak długi czas. Bez wątpienia należy je traktować jako pełnoprawny trzeci studyjny album grupy. I to taki, który moim zdaniem ustępuje jedynie "The Inner Mounting Flame" i "Between Nothingness & Eternity", pozostawiając w tyle "Birds of Fire", nie wspominając o innych wydawnictwach.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "The Lost Trident Sessions" (1999)

1. Dream; 2. Trilogy; 3. Sister Andrea; 4. I Wonder; 5. Steppings Tones; 6. John's Song #2

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - gitara basowa; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Belden i Mahavishnu Orchestra


9 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)



Ojczyzną bluesa są Stany Zjednoczone. Jednak łączenie bluesa z rockiem to już przede wszystkim domena wykonawców z Wysp Brytyjskich. Ale od każdej reguły zdarzają się wyjątki. Znakomity przykład amerykańskiego blues rocka to The Allman Brothers Band. Zespół co prawda kojarzony jest głównie z southern rockiem, będąc obok Lynyrd Skynyrd wręcz sztandarowym przedstawicielem tego stylu. Jednak początki tej grupy to rasowy blues rock. A zaczęło się wszystko od pomysłu Duane'a Allmana - do tamtej pory działającego głównie jako gitarzysta sesyjny - na zespół składający się z dwóch gitarzystów solowych oraz dwóch perkusistów. Szybko pozyskał chętnych do współpracy. Drugim wioślarzem został specjalizujący się w graniu techniką slide Dickey Betts, za bębnami zasiedli Butch Trucks i Jai Johanny Johanson (właśc. John Johnson), a składu dopełnili basista Berry Oakley oraz klawiszowiec Reese Wynans. Obowiązki wokalne początkowo dzielili między siebie Allman, Oakley i Betts, ale nie wypadało to najlepiej. Rozwiązania nie trzeba było jednak szukać daleko. Lider postanowił zaangażować swojego młodszego brata, Gregga Allmana, zdolnego wokalistę i kompozytora, a ponadto klawiszowca, który zajął miejsce Wynansa. W tym właśnie momencie sekstet stał się zespołem braci Allman i taką też przyjął nazwę.

The Allman Brothers Band swój pierwszy koncert dał zaledwie cztery dni po ukształtowaniu się tego składu, pod koniec marca 1969 roku. Natomiast już w sierpniu muzycy weszli do nowojorskiego Atlantic Studios, gdzie w ciągu dziesięciu dni zarejestrowali materiał na swój eponimiczny debiut. Więcej czasu nie było potrzebne, ponieważ zespół tworzył w tamtym okresie bardzo szczerą, wywodzącą się wprost z bluesa muzykę, która nie wymagała żadnych udziwnień aranżacyjnych. Na repertuar złożyło się pięć kompozycji Gregga Allmana, a także dwie przeróbki: "Trouble No More" bluesmana Muddy'ego Watersa oraz "Don't Want You No More" brytyjskiego The Spencer Davis Group. Właśnie ten drugi otwiera album i jest dobrą zapowiedzią tego, czego można spodziewać się po całości. To cholernie energetyczny instrumental, wyróżniający się doskonałą współpracą wszystkich muzyków. Na pierwszym planie są, oczywiście, porywające solówki gitarzystów, ale sporo dodaje to organowe tło oraz rozbudowana sekcja rytmiczna. Utwór płynnie przechodzi w "It's Not My Cross to Bear", klasyczny dwunastotaktowy blues w średnim tempie, ze wspaniale budowaną dramaturgią. Tym razem najwięcej uwagi przyciągają nie instrumentaliści, ale pełen pasji śpiew Gregga.

W zadziornym "Black Hearted Woman" muzycy znów przyspieszają tempo. Utwór opiera się na charakterystycznym gitarowym riffie, ale uwagę przykuwają przede wszystkim bogatsze brzmienia perkusyjne. Właśnie tutaj najlepiej słychać obecność dwóch perkusistów. Jest nawet fragment, w którym milkną wszystkie pozostałe instrumenty - naprawdę świetny, ale niestety dość szybko przerwany wejściem niepotrzebnej wokalizy. Wspomniana już przeróbka "Trouble No More" zagrany jest, oczywiście, z rockową - a momentami wręcz hardrockową - mocą, ale zachowuje bluesowego ducha oryginału. "Every Hungry Woman" to kolejny zadziorny utwór, całkiem chwytliwy, choć w sumie najmniej wyrazisty z tego longplaya. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast łagodniejszy i właściwie całkiem odchodzący od bluesa "Dreams". Ponad siedmiominutowa kompozycja o zdecydowanie psychodelicznym nastroju, z wysuniętą na pierwszy plan partią organów młodszego Allmana, ale dająca pole do popisu także pozostałym muzykom. A na koniec czeka jeszcze najwspanialszy utwór, "Whipping Post". Rozpoczęty genialnym w swojej prostocie basowym motywem, do którego po chwili dołączają świetne, kąśliwe partie gitar, mocna perkusja, delikatne organowe tło i zapadająca w pamięć linia wokalna. Prawdziwa esencja wczesnego The Allman Brothers Band, skondensowana w niewiele ponad pięciu minutach. A na koncertach utwór rozrastał się nawet do kilkudziesięciu minut, jeszcze lepiej pokazując na co stać zespół.

Debiutancki longplay The Allman Brothers Band to jeden z najlepszych albumów bluesrockowych, śmiało mogący konkurować z dziełami brytyjskich grup. Grającym tutaj muzykom nie można odmówić sporych umiejętności technicznych - jak przystało na profesjonalistów, mających już za sobą pewne doświadczenie - przede wszystkim jednak słychać, że wszyscy po prostu czują bluesa - tak w przenośni, jak i dosłownie. Bardzo dobrze wypada również kompozytorska strona albumu. Każdy utwór broni się osobno, a razem tworzą bardzo udaną, właściwie doskonałą całość. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli takiej stylistyki.

Ocena: 10/10



The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)

1. Don't Want You No More; 2. It's Not My Cross to Bear; 3. Black Hearted Woman; 4. Trouble No More; 5. Every Hungry Woman; 6. Dreams; 7. Whipping Post

Skład: Gregg Allman - wokal, organy; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - gitara basowa, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja, kongi; Butch Trucks - perkusja, instr. perkusyjne
Producent: Adrian Barber


7 lipca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)



Przez kilkanaście lat, w okresie 1968-80, grupie Jethro Tull udawało się wydawać każdego roku nowy album. W 1981 roku nie pojawiło się jednak żadne nowe wydawnictwo sygnowane tą nazwą. Zespół przechodził zresztą w tamtym czasie kolejny kryzys. Po zakończeniu trasy promującej "A" ze składu odeszli Eddie Jobson i Mark Craney. Ian Anderson próbował ściągnąć z powrotem któregoś z byłych klawiszowców, Johna Evana lub Dave'a Palmera, jednak obaj omówili. Ostatecznie lider wziął na siebie tę rolę, a towarzyszyć mieli mu wyłącznie Martin Barre, Dave Pegg oraz nowy bębniarz Gerry Conway, były muzyk Steeleye Span i Cata Stevensa. Kwartet nagrał wystarczająco utworów, by skompilować nowy album, jednak Anderson nie był zadowolony z efektów. Przede wszystkim zaś ze swoich partii klawiszowych. Materiał opublikowano dopiero po latach, częściowo w boksie "20 Years of Jethro Tull" (1988), a resztę nagrań na kompilacji "Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991" (1993). Kolejne podejście do stworzenia nowego albumu odbyło się już w pięcioosobowym składzie, z klawiszowcem Peter-Johnem Vettesem. Anderson przygotował zupełnie nowe kompozycje, nie wracając do utworów z poprzedniej sesji. Tym razem rezultat okazał się zadowalający. Przynajmniej dla zespołu.

W przeciwieństwie do "A", "The Broadsword and the Beast" od razu powstawał jako album Jethro Tull. Zapewne właśnie dlatego o wiele więcej tutaj nawiązań do przeszłości, w postaci folkowych melodii oraz częściej pojawiających się partii gitary akustycznej i fletu. To jednak tylko część prawdy o tym albumie, który konsekwentnie kontynuuje bardziej elektroniczny kierunek swojego bezpośredniego poprzednika. W zdecydowanej większości utworów istotną rolę pełnią brzmienia elektroniczne, o bardzo ejtisowym charakterze. Łączenie folku z synthpopową elektroniką oraz pojawiającą się tu i ówdzie hardrockową gitarą, to raczej karkołomne zadanie. Nie przekonuje mnie takie połączenie, a przede wszystkim nie podoba mi się toporny sposób, w jaki zrobili to muzycy Jethro Tull. Metody komponowania i aranżowania Andersona nie zmieniły się w ogóle, po prostu więcej tutaj syntezatorów, które można było wykorzystać w bardziej kreatywny sposób. Co jednak najgorsze, same kompozycje są bardzo przeciętne. Trudno tu o chociaż jeden w całości dobry kawałek, choć takie zdarzają się nawet na najgorszych z wcześniejszych płyt, włącznie z "War Child".

Nie pamiętam, żeby któryś z wcześniejszych albumów zespołów miał tak słabe otwarcie, jakim jest "Beastie" - kawałek kompletnie nijaki melodycznie, łączący typową dla tamtych czasów elektronikę z zupełnie niecharakterystycznymi partiami gitary oraz praktycznie nie zwracającą uwagi sekcją rytmiczną. W dodatku głos Andersona sprawia wrażenie, jakby muzyk był strasznie zmęczony i za bardzo mu się nie chciało. Odrobinę, ale naprawdę tylko odrobinę, lepiej prezentują się "Clasp" i "Falling on Hard Times", głownie za sprawą tych typowo tullowych partii fletu (słychać też mandolinę) i nieco folkowej melodyki, jednak zestawienie tych elementów z elektroniką wypada dość kuriozalnie, a lider dalej wydaje się całkiem wyczerpany. Tak zresztą jest już do końca płyty i w ukryciu tego nie pomogło wykorzystanie w kilku miejscach vocodera. Warstwa muzyczna okazuje się bardziej różnorodna, ale niewiele to pomaga przy tak przeciętnych kompozycjach i nietrafionych aranżacjach.

Naprawdę źle wypada "Flying Colours", rozpoczęty pełnym patosu wstępem z akompaniamentem pianina, a następnie przeradzający się w jakąś dziwaczną hybrydę hard rocka i disco, strasząc przy tym okropną, banalną melodią. Pewną nadzieję daje folkowy początek "Slow Marching Band", który jednak szybko zmienią się w nieznośnie smętną balladę. Absolutnie bezbarwny "Broadsword" przynajmniej nie obniża już bardziej poziomu, choć też go nie podnosi. Na tle całości pozytywnie wyróżnia się "Pussy Willow", łączący klasyczny styl Jethro Tull z graniem w stylu Dire Straits. Gdzie indziej byłby to wypełniacz, ale przy tak fatalnym otoczeniu wypada całkiem nieźle. Tyle tylko, że to dobre wrażenie już po chwili rujnuje "Watching Me, Watching You", w którym wyjątkowo tandetnie wykorzystano syntezatory, a o ich zestawieniu z resztą elementów nie ma nawet co wspominać. Po czymś tak beznadziejnym można już przymknąć oko na fatalnie wpasowaną elektronikę w kolejnej smętnej balladzie, "Seal Driver". To już i tak nie ma znaczenia, bo ten album i tak nie oferuje niczego, do czego warto byłoby wracać. Nawet stricte folkowy finał, "Cheerio", wypada zupełnie przeciętnie. Zresztą to tylko kilkudziesięciosekundowa miniaturka.

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że odrzucony materiał - nad którym zespół pracował jeszcze jako kwartet - nie jest może pozbawiony wad, ale zawiera kompozycje bardziej wyraziste od tych z tego albumu. Posłuchajcie tylko "Jack Frost and the Hooded Crow", "Jack-a-Lynn", "Mayhem, Maybe" czy "Commons Brawl" - utworów stylistycznie bliskich klasycznego Jethro Tull, całkiem zgrabnych melodycznie, a do tego dużo lepiej zaśpiewanych przez Andersona (co najwyżej można przyczepić się do niektórych rozwiązań aranżacyjnych). W porównaniu z nimi, "The Broadsword and the Beast" brzmi jak sklecony na szybko album, który po prostu miał wpisywać się w aktualne trendy. I w sumie się to muzykom opłaciło, bo niewielkim kosztem - bez starania się o jakość kompozycji, aranżacji czy wykonania - odnieśli nienajgorszy sukces komercyjny (19. miejsce w USA, 27. w UK, a do dziś longplay pokrył się w tym drugim kraju srebrem). Jednak "Pałasz i Bestia", bo tak tłumaczy się ten tytuł, to obecnie jedynie relikt dawno minionej epoki, który nie zniósł próby czasu - zresztą już w chwili wydania nie oferował kompletnie niczego, poza modnymi brzmieniami. 

Ocena: 3/10



Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)

1. Beastie; 2. Clasp; 3. Fallen on Hard Times; 4. Flying Colours; 5. Slow Marching Band; 6. Broadsword; 7. Pussy Willow; 8. Watching Me, Watching You; 9. Seal Driver; 10. Cheerio

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, syntezator; Peter-John Vettese - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - gitara basowa, mandolina, dodatkowy wokal; Gerry Conway - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Paul Samwell-Smith


5 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Stage Struck" (1980)



Trzeci album koncertowy Rory'ego Gallaghera. W przeciwieństwie do "Live in Europe" i "Irish Tour '74" znalazł się tutaj wyłącznie autorski materiał, znany już ze studyjnych albumów Irlandczyka. Zresztą obecne na wcześniejszych koncertówkach przeróbki bluesowych standardów nie pasowałaby do reszty materiału. "Stage Struck" to podsumowanie najbardziej hardrockowego okresu w twórczości Gallaghera. Zwieńczenie nieformalnej trylogii, tworzonej wraz z nagranymi w tym samym składzie, z basistą Gerrym McAvoyem i perkusistą Tedem McKenną, albumami "Photo-Finish" i "Top Priority". Oba mają tu silną reprezentację: pierwszy w postaci czterech utworów ("Shin Kicker", "Brute Force and Ignorance", "The Last of the Independents", "Shadow Play"), drugi dwóch ("Wayward Child", "Follow Me"), aczkolwiek na kompaktowych reedycjach doszły kolejne dwa ("Bad Penny", "Keychain"). Z nieco starszego repertuaru są tylko "Moonchild" z "Calling Card", doskonale zresztą tu pasujący, a także "Bought & Sold" z "Against the Grain", który zagrano znacznie mocniej, dzięki czemu też wcale nie odstaje od całości.

Taki dobór materiału, bez żadnych ballad, folkowych piosenek czy nawet odrobiny bluesa, sprawia, że jest to zdecydowanie najbardziej czadowe wydawnictwo Gallaghera, Tym bardziej, że koncertowe wykonania zagrane są jeszcze bardziej energetycznie i charakteryzują się cięższym brzmieniem. Ale też często nabierają większego polotu za sprawą bardziej spontanicznej a przy tym kreatywnej gry instrumentalistów. Fantastycznie wypadają nieco rozimprowizowane wersje "Moonchild", "Bad Penny" czy "Keychain". Trochę szkoda, że tych dwóch ostatnich nie ma na oryginalnym wydaniu, choć niestety dość wyraźnie odstają pod względem brzmienia. Na żywo, za sprawą większej dawki czadu, zyskały też kawałki, które niespecjalnie przekonują mnie w wersjach studyjnych, czyli "Shin Kicker", "Wayward Child" i "The Last of the Independents". Z drugiej strony, w takim "Brute Force and Ignorance" trochę brakuje mi partii mandoliny, obecnej w wersji studyjnej, choć ogólnie to wykonanie ma lepsze, mocniejsze brzmienie. Spore rozczarowanie przynosi natomiast "Shadow Play". Zespół zagrał naprawdę porywająco, ale irytuje nagłe wyciszenie w momencie, gdy zaczyna się fantastyczna - jak można się domyślać po tych paru sekundach - improwizacja. Spieprzenie tego w taki sposób jest niewybaczalne tym bardziej, że pełna wersja najprawdopodobniej bezpowrotnie przepadła. Tymczasem to chyba najlepiej brzmiący zapis tego utworu, a jeśli całość została wykonana równie wspaniale, jak te pięć minut, mógł to być nawet najlepszy moment w karierze Gallaghera po "Irish Tour '74".

"Stage Struck" jest być może najsłabszą z trzech pierwszych koncertówek Irlandczyka, ale to wciąż rewelacyjny materiał. Udowadnia, że nawet z takich prostszych, hardrockowych kawałków można wiele wydobyć, jeśli posiada się prawdziwy talent. Rory Gallagher w tym najbardziej czadowym wcieleniu wciąż błyszczy finezją i wirtuozerią. Zresztą sekcja rytmiczna też sporo od siebie daje, nie będąc jedynie tłem dla lidera. Co prawda, są tu pewne niedoskonałości (skrócenie "Shadow Play", brak "Bad Penny" i "Keychain" na podstawowym wydaniu i ich inne brzmienie na reedycji, plus może jeszcze całkowity brak takich kawałków, jak "Philby", "Off the Handle" czy "The Mississippi Sheiks"), niemniej jednak jest to bardzo udane wydawnictwo. 

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Stage Struck" (1980)

1. Shin Kicker; 2. Wayward Child; 3. Brute Force and Ignorance; 4. Moonchild; 5. Follow Me; 6. Bought and Sold; 7. The Last of the Independents; 8. Shadow Play

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Gerry McAvoy - gitara basowa; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher


3 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Strangers in the Night" (1979)



"Strangers in the Night" to zwieńczenie i podsumowanie okresu, gdy grupa UFO odnosiła największe sukcesy komercyjne. Ich cena była jednak wysoka. Po nagraniu na początku lat 70. dwóch albumów łączących hard rock ze space rockiem, z zespołu odszedł lub został wyrzucony Mick Bolton. Gitarzysta o faktycznie niewielkich zdolnościach technicznych, ale nadrabiający wyobraźnią. Pozostali muzycy szukali jednak kogoś potrafiącego grać w bardziej efektowny sposób. Przez kilka miesięcy próbowali zgrać się z Larrym Wallisem, późniejszym członkiem Pink Faires i Motörhead, jednak bez większych efektów. Jego miejsce zajął Bernie Marsden, z którym szło już na tyle dobrze, że postanowiono wkrótce wejść w tym składzie do studia. Wcześniej zaplanowano jednak koncerty w Niemczech. Po dotarciu do brytyjskiej granicy okazało się, że gitarzysta zapomniał paszportu. Choć miał jak najszybciej dołączyć do reszty, nigdy nie dotarł na miejsce. Zmusiło to zespół, by skorzystać z pomocy muzyka sportującej ich lokalnej grupy Scorpions. Wyszło chyba na dobre dla wszystkich. UFO znalazło gitarzystę jakiego szukali w osobie Michaela Schenkera, który zyskał szansę grania w bardziej znanym zespole. Natomiast Marsden w późniejszym czasie dołączył do odnoszącego podobne sukcesy Whitesnake.

Michael Schenker w latach 1974-78 nagrał z UFO pięć albumów studyjnych. Już pierwszy z nich "Phenomenon" stanowił całkowite odejście od wcześniejszej stylistyki. Nawiązania do kosmicznych klimatów pozostały jedynie w tytule i tekście utworu "Space Child". Muzycznie zespół postawił na piosenkowe formy, zwracając się w stronę sztampowego hard rocka, choć proponując też wiele spokojniejszych, niewyróżniających się kawałków. Na kolejnych albumach - "Force It", "No Heavy Petting", "Lights Out" i "Obsession" - dominuje już zdecydowanie hardrockowe granie, uzupełniane jedną lub kilkoma ckliwymi balladami. Zespół powielał wszystkie typowe dla takiej muzyki schematy, nie dodając nic od siebie. Schenkerowi zdarzało się czasem zagrać niezły riff, ale już w solówkach pokazywał kompletny brak kreatywności, skupiając się wyłącznie na szybkości i technicznych patentach. Gitarzysta nawet nie próbował zaproponować czegoś więcej niż ograne, typowe dla hard rocka rozwiązania. Jeśli dodać do tego przeważnie miałkie, wysilone melodie oraz nierzadko wypolerowane brzmienie, pozbawiające muzykę prawdziwego czadu (jedno i drugie najbardziej doskwiera na "Force It"), staje się jasne, że ówczesny UFO to co najwyżej drugorzędny zespół hardrockowy. Odnoszący sukcesy wyłącznie dzięki podpięciu się pod popularną wtedy stylistykę, grając w jak najbardziej bezpieczny i zachowawczy sposób. Trzeba też pamiętać, że nie było jeszcze zbyt licznej konkurencji, co znacznie ułatwiało przebicie się.

"Strangers in the Night" to podsumowanie właśnie tego okresu. Nie jest to składanka, ale album koncertowy, zarejestrowany podczas amerykańskich występów w październiku 1978 roku. Choć składanka w sumie też - to już te czasy, gdy od wykonawców wymagało się, by odgrywali swoje największe przeboje, najlepiej w wersjach maksymalnie zbliżonych do studyjnych pierwowzorów. Sięganie po mniej znane kompozycje czy improwizacje nie były już w modzie. Podobne podejście słychać też na innych koncertówkach z tamtego okresu, jak "Live and Dangerous" Thin Lizzy, "Tokyo Tapes" Scorpions czy "Live Killers" Queen. A zatem na jednej płycie - a właściwie na dwóch, jeśli mówimy o wydaniu winylowym - zebrano praktycznie wszystkie wyróżniające się kawałki UFO z czasów pobytu w grupie Schenkera. I to jest pierwszy plus, bo na studyjnych płytach te lepsze fragmenty są przysłaniane przez liczne wypełniacze. Zespół postawił przede wszystkim na czadowy repertuar, rezygnując z tych wszystkich tanich balladek. Natomiast drugi plus to wykonanie. Na żywo zespół brzmiał ciężej i bardziej energetycznie, co w takiej muzyce ma bardzo duże znaczenie. Co prawda wciąż jest to typowy hard rock, praktycznie całkiem pozbawiony artystycznych pobudek, ale w swojej stylistyce całkiem dobry, Zresztą nawet mi - pomimo niechęci do tego typu grania - nie dzieje się podczas słuchania żadna krzywda.

"Strangers in the Night" to niemalże idealny substytut pięciu poprzedzających go albumów. Może trochę szkoda, że nie powtórzono "Alone Again Or" z "Lights Out", aczkolwiek to i tak tylko przeróbka utworu amerykańskiej grupy psychodelicznej Love, którego lepiej posłuchać w oryginale. Poza tym żadnych braków nie stwierdzam. Kulminacyjny punkt całości to "Rock Bottom", który jako jedyny naprawdę mocno odstaje od wersji studyjnej. W tym wykonaniu został fajnie wzbogacony o tło elektrycznych organów, ale przede wszystkim rozbudowany do ponad jedenastu minut za sprawą długiego i zaskakująco udanego popisu Schenkera. To zdecydowanie najlepsze, co gitarzysta zagrał na płytach UFO, a w całej karierze bardziej błyszczał chyba tylko na "Lonesome Crow" Scorpionsów. Niemal tak samo mocnym punktem jest "Love to Love" - najambitniejsza kompozycja zespołu z okresu schenkerowskiego, łącząca nieco mniej oczywistą budowę z całkiem zgrabną melodią. Ponownie wyjątkowo dobrze wypadł gitarzysta, a od najlepszej strony pokazują się także wokalista Phil Mogg i klawiszowiec Paul Raymond. Na dobre wyszła rezygnacja z obecnej w wersji studyjnej orkiestracji, która dodawała zbyt wiele patosu. Oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć hiciora "Doctor Doctor", prawdopodobnie najbardziej chwytliwego - w dobrym tego słowa znaczeniu - kawałka w dorobku UFO. Nie do końca przekonuje mnie zamiana gitary na klawisze we wstępie, natomiast dalsza cześć zyskuje za sprawą mocniejszego brzmienia. Równie świetnie wypada "Lights Out", będący być może drugim najbardziej przebojowym kawałkiem w karierze zespołu, zagranym tu z jeszcze większym czadem.

Pozostałe nagrania wypadają poprawnie, ale nie przyciągają mojej uwagi. W sumie można było skrócić całość do jednej płyty. Wówczas nie trzeba by decydować się na tak dziwne posunięcie, jak zamieszczenie tu utworów "Mother Mary" i "This Kid's" w... wersjach studyjnych, zresztą dokładnie tych samych, które znalazły się na "Force It", aczkolwiek nieco skracając drugi z nich, a także dodając do obu odgłosy publiczności. W materiale z koncertów ponoć też trochę grzebano, podmieniając część partii wokalnych i instrumentalnych. Jedynie Schenker nie zgodził się na nagranie nakładek, a wręcz opuścił zespół zniesmaczony takim posunięciem. Po tym wydarzeniu na chwilę powrócił do Scorpions - zagrał w kilku utworach z albumu "Lovedrive", w tym kawałku tytułowym będącym w zasadzie nową wersją "Lights Out" - a później działał głównie solowo. Poprawianie koncertowych nagrań często spotyka się z krytyką, ale kompletnie nie rozumiem dlaczego. Jeśli ma to podnieść jakość materiału, to jest jak najbardziej pożądanym rozwiązaniem. "Strangers in the Night" zapewne sporo by stracił przez różne wokalne lub instrumentalne niedociągnięcia. Straciłby też status jednej z najlepszych rockowych koncertówek. Akurat tego też nie rozumiem. To dobry longplay - najlepszy w dorobku UFO bez Boltona - ale gdzie mu tam do najlepszych albumów na żywo, nagranych przez znacznie bardziej kreatywnych rockmanów.

Ocena: 7/10



UFO - "Strangers in the Night" (1979)

LP1: 1. Natural Thing; 2. Out in the Street; 3. Only You Can Rock Me; 4. Doctor Doctor; 5. Mother Mary; 6. This Kid's; 7. Love to Love
LP2: 1. Lights Out; 2. Rock Bottom; 3. Too Hot to Handle; 4. I'm a Loser; 5. Let It Roll; 6. Shoot Shoot

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Paul Raymond - gitara i instr. klawiszowe; Pete Way - gitara basowa; Andy Parker - perkusja
Producent: Ron Nevison