30 kwietnia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Interstellar Space" (1974)



"Interstellar Space", zarejestrowany podczas jednodniowej sesji w lutym 1967 roku (pomiędzy nagraniami, które trafiły na "Expression"), to nietypowy album w dorobku Johna Coltrane'a. Nie tylko ze względu na niesztampową okładkę (w końcu coś nowego i to w całkiem dobrym guście), ale przede wszystkim na fakt, że saksofoniście towarzyszy tu jedynie perkusista Rashied Ali. Sama koncepcja saksofonowo-perkusyjnego duetu nie była, oczywiście, niczym nowym w twórczości Trane'a - już przecież na "Kulu Sé Mama" znalazł się utwór "Vigil", będący jego duetem z Elvinem Jonesem. Jednak nagranie całego albumu w tym stylu to już pomysł dość szalony i zarazem odważny. I być może właśnie dlatego muzyk odłożył ten materiał na półkę, a po jego śmierci dość długo zwlekano z publikacją.

Co nie znaczy, że nie są to udane nagrania. Wręcz przeciwnie. Muzycy musieli wykazać się sporą inwencją, by przy tak ograniczonym instrumentarium nagrać album ciekawy i nie popadający w monotonię. Na pewno nie jest to dzieło łatwe w odbiorze i jego przesłuchanie może być wyzwaniem nawet dla osób mających już doświadczenie z free jazzem. W praktyce jest to ponad półgodzinna, niezwykle intensywna perkusyjna solówka, wzbogacona zwykle agresywnymi partiami saksofonu tenorowego, pełnymi przedęć i atonalnych dźwięków. Choć nie brakuje tu również melodyjnych tematów (przede wszystkim w odrobinę łagodniejszym "Venus"), stanowiących punkt wyjścia do bardzo swobodnych improwizacji. Choć przy pierwszym kontakcie mogą one wydawać się kompletnie chaotyczne, po uważnym wsłuchaniu nabierają zupełnie nowego wymiaru, hipnotyzują, zabierają w prawdziwie międzygwiezdną, transcendentną podróż.

"Interstellar Space" należy do najbardziej radykalnych wydawnictw Johna Coltrane'a, ale też najbardziej intrygujących i natchnionych. Trane i Ali doskonale poradzili sobie z wypełnieniem przestrzeni, dzięki czemu w ogólnie nie odczuwa się braku kontrabasu i pianina.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Interstellar Space" (1974)

1. Mars; 2. Venus; 3. Jupiter; 4. Saturn

Skład: John Coltrane - saksofon, instr. perkusyjne; Rashied Ali - perkusja
Producent: John Coltrane


28 kwietnia 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "The Battle of Los Angeles" (1999)



Tym razem przygotowanie nowego materiału zajęło muzykom odrobinę mniej czasu. I może dlatego na "The Battle of Los Angeles" jest, w porównaniu z "Evil Empire", znacznie więcej energii i konkretnego czadu, zamiast wysilonego wydziwiania. Świetnym przykładem są wszystkie cztery single promujące album: "Testify", "Guerrilla Radio", "Calm Like a Bomb", oraz oparty na bardzo klasycznie rockowym riffie "Sleep Now in the Fire". Sporą dawkę energii i przebojowości zawierają także takie kawałki, jak "Maria" czy "War Within a Breath". Jednak i tutaj zdarzają się próby wyjścia ze schematu. Czasem naprawdę udane, jak właściwie stricte-hiphopowy "Mic Check", zbudowany na bardzo intrygującym podkładzie. Ciekawych dźwięków nie brakuje też w ostrzejszym "Born as Ghosts". Ale czasem eksperymenty są zbyt zachowawcze, jak "Born of a Broken Man", którego balladowe (!) zwrotki wprowadzają do muzyki Rage Against the Machine zupełnie nową jakość, ale zaostrzenia za bardzo zbliżają go do innych utworów grupy. "The Battle of Los Angeles" ma jednak podobną wadę, co jego poprzednicy - w drugiej połowie albumu robi się nieco nudno, zespół nie proponuje już nic nowego, zdarzają się też zwykłe wypełniacze ("Voice of the Voiceless", "Ashes in the Fall" i przede wszystkim "New Millennium Homes").

Trzeci album Rage Against the Machine to, obok kultowego debiutu, najlepsze wydawnictwo w ubogiej dyskografii zespołu. Muzykom nie udało się uniknąć niektórych błędów, jakie już popełniali w przeszłości, lecz ogólnie album pozostawia raczej pozytywne wrażenie.

Ocena: 7/10



Rage Against the Machine - "The Battle of Los Angeles" (1999)

1. Testify; 2. Guerrilla Radio; 3. Calm Like a Bomb; 4. Mic Check; 5. Sleep Now in the Fire; 6. Born of a Broken Man; 7. Born as Ghosts; 8. Maria; 9. Voice of the Voiceless; 10. New Millennium Homes; 11. Ashes in the Fall; 12. War Within a Breath

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass; Brad Wilk - perkusja
Producent: Brendan O'Brien, Rage Against the Machine


26 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete In a Silent Way Sessions" (2001)


"The Complete In a Silent Way Sessions" wypełnia lukę pomiędzy boksami "Miles Davis Quintet 1965-68" i "The Complete Bitches Brew Sessions". Tytuł, podobnie jak w przypadku kilku innych pozycji z tej serii, wprowadza w błąd, gdyż znalazł się tutaj materiał z różnych sesji, nie tylko tej, której wynikiem jest album "In a Silent Way". Boks zawiera nagrania dokonane pomiędzy 24 września 1968 roku (pierwsza sesja Davisa z Chickiem Coreą i Davidem Hollandem), a 20 lutego 1969 roku (ostatnia sesja przed europejską trasą koncertową, a następnie przystąpieniem do nagrania "Bitches Brew"). Skład zespołu Milesa był w tamtym czasie dość niestabilny. Podczas wszystkich sesji towarzyszyli mu Corea, Holland i Wayne Shorter, za perkusją na zmianę zasiadali Tony Williams, Jack DeJohnette i Joe Chambers, ponadto w większości nagrań udział wzięli Herbie Hancock i Joe Zawinul, a na dwie ostatnie sesje (z 18 i 20 lutego) dołączył John McLaughlin.

Tym razem cały materiał zmieścił się na ledwie trzech płytach. Niestety, znaczna jego część była już wcześniej wydana. Oprócz całego albumu "In a Silent Way", znalazły się tutaj także dwa utwory z "Filles de Kilimanjaro" ("Mademoiselle Mabry", "Frelon Burn"), oraz nagrania ze składanek "Water Babies" ("Two Faced", "Dual Mr. Anthony Tillmon Williams Process"), "Circle in the Round" ("Splash") i "Directions" ("Ascent", "Directions I", "Directions II"). Choć skompilowanie ich wszystkich na jednym wydawnictwie też ma swoje zalety. Ktoś, kto zdecyduje się na zakup boksów z tej serii, nie musi już zawracać sobie głowy albumami studyjnymi ani składankami.

Co nowego przynosi to wydawnictwo? Chociażby pozostałe nagrania dokonane 18 lutego '69, czyli w trakcie rzeczywistej sesji nagraniowej "In a Silent Way". Są to: wcześniejsze, zupełnie inne wykonanie "Shhh / Peaceful", a także próbna, mniej nastrojowa wersja kompozycji tytułowej (ze znacznie mniejszą rolą gitary McLaughlina), oraz te same nagrania utworu tytułowego i "It's About That Time", co na albumie, ale w pełnych wersjach, sprzed zmiksowaniem ich przez Teo Macero. Świetnie, że coś takiego się tu pojawiło - dzięki temu tytuł Kompletne sesje "In a Silent Way" nie jest kompletnie oderwany od rzeczywistej zawartości (jak w przypadku boksu firmowanego nazwą "Bitches Brew"), a słuchacze mogą faktycznie dowiedzieć się czegoś o powstawaniu tytułowego albumu.

Największą atrakcją są jednak trzy zupełnie premierowe kompozycje: "Splashdown", zarejestrowana 25 listopada '68 (pierwsza sesja z Zawinulem), oraz "The Ghetto Walk" i "Early Minor", nagrane dwa dni po sesji "In a Silent Way", czyli 20 lutego '69 (jedyna sesja z Chambersem). "Splashdown" to po prostu drugie podejście do zarejestrowanego kilkanaście dni wcześniej "Splash", jednak dzięki obecności Zawinula i jego prominentnej w miksie partii organów elektrycznych, utwór nabrał bardziej psychodelicznego klimatu. Nowa wersja jest ponadto bardziej zwarta i dynamiczna. "The Ghetto Walk" to porywająca, 27-minutowa improwizacja, w bardziej intensywnych momentach będąca dość wyraźną zapowiedzią kierunku, w jakim Davis podążył wkrótce potem na "Bitches Brew". "Early Minor" to dla odmiany spokojniejszy utwór, utrzymany w dość nokturnowym nastroju, bliskim tych bardziej klimatycznych momentów "In a Silent Way".

Warto dodać, że wszystkie siedem premierowych utworów do tej pory nie zostało powtórzone na żadnym innym wydawnictwie. Pozostają unikalne dla tego boksu, co dodatkowo zwiększa jego kolekcjonerską wartość.

"The Complete In a Silent Way Sessions" jeszcze bardziej uświadamia, jak bardzo kreatywny był elektryczny okres twórczości Milesa Davisa. Sesje z przełomu lat 1968/69 zaowocowały nie tylko wspaniałym albumem "In a Silent Way", ale także wieloma innymi genialnymi nagraniami, z których można by stworzyć jeszcze jeden, wcale nie gorszy longplay. Oprócz obecności tych utworów, zaletą boksu jest także możliwość prześledzenia rozwoju muzyki Davisa, od jeszcze nieco niepewnych eksperymentów z brzmieniami elektrycznymi, do wypracowania z ich pomocą dojrzałego stylu.

Pewne kontrowersje może budzić obecność utworów z albumu "Filles de Kilimanjaro" (zdecydowanie nie powstały one podczas sesji "In a Silent Way"), ale przecież celem tych boksów jest zebranie wszystkich wcześniej wydanych utworów trębacza i wzbogacenie ich premierowym materiałem - a oba te utwory bardziej pasowały tutaj, niż do "Miles Davis Quintet 1965-68", zbierającego nagrania Drugiego Wielkiego Kwintetu.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "The Complete In a Silent Way Sessions" (2001)

CD1: 1. Mademoiselle Mabry; 2. Frelon Burn (Brown Hornet); 3. Two Faced; 4. Dual Mr. Anthony Tillmon Williams Process; 5. Splash; 6. Splashdown
CD2: 1. Ascent; 2. Directions I; 3. Directions II; 4. Shhh / Peaceful (alternate take); 5. In a Silent Way (rehearsal); 6. In a Silent Way (unedited version); 7. It's About That Time (unedited version)
CD3: 1. The Ghetto Walk; 2. Early Minor; 3. Shhh / Peaceful / Shhh; 4. In a Silent Way / It's About That Time / In a Silent Way

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Chick Corea - elektryczne pianino i organy; Herbie Hancock - elektryczne pianino (oprócz CD1:1,2); Josef Zawinul - elektryczne pianino i organy (oprócz CD1:1-5); John McLaughlin - gitara (CD2:4-7, CD3); Dave Holland - kontrabas i bass; Tony Williams - perkusja i instr. perkusyjne (CD1, CD2:4-7, CD3:3,4); Jack DeJohnette - perkusja i instr. perkusyjne (CD2:1-3); Joe Chambers - perkusja (CD3:1,2)
Producent: Teo Macero, David Redfern, Seth Rothstein


24 kwietnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "The Bends" (1995)



W trakcie dwóch lat, jakie dzieli wydanie "The Bends" od premiery debiutanckiego "Pablo Honey", muzycy Radiohead poczynili spore postępy jako kompozytorzy. To znów bardzo piosenkowy materiał, jednak tym razem zawierający więcej naprawdę dobrych i zgrabnych melodii. Chociażby w utworze tytułowym, wzorowym przykładzie pop rocka - jest przebojowo, ale bez popadania w sztampę. Zapamiętywanych melodii nie brakuje ani w tych łagodniejszych, częściowo akustycznych momentach albumu ("High and Dry", "Fake Plastic Trees"), ani tych bardziej hałaśliwych ("Planet Telex"), ani w łączących oba te podejścia ("My Iron Lung").

Niestety, im dalej, tym album staje się coraz bardziej przewidywalny, powtarzalny i nużący. Poszczególne utwory bronią się słuchane oddzielnie (choć te niewymienione z tytułów pozostają w cieniu tych, które tu wspominam), ale razem tworzą zbyt monotonny zbiór, w którym jedynym urozmaiceniem jest zmiana natężenia brzmienia gitar. Dopiero na sam finał pojawia się utwór o nieco innym charakterze. "Street Spirit (Fade Out)" to już nie zwyczajna, melodyjna piosenka, a przepiękna kompozycja, która mimo swojej prostoty intryguje i zachwyca klimatem. W tym jednym utworze słychać prawdziwą dojrzałość muzyków. I nawet androgeniczny wokal Thoma Yorke'a nie odbiera przyjemności z jego słuchania. A właśnie - wokalista śpiewa tutaj dużo wyższym głosem, niż na debiucie, co na pewno nie poprawia odbioru tego albumu.

Lepsze kompozycje nie pomogły nagrać dużo lepszego dzieła. Jako całość, "The Bends" jest tylko nieznacznie lepszy od "Pablo Honey". Na tym etapie kariery Radiohead nie był wcale lepszy od innych odnoszących w tamtym czasie sukcesy grup, w rodzaju Oasis czy Blur. Jednak już wkrótce miał nastąpić prawdziwy przełom...

Ocena: 6/10



Radiohead - "The Bends" (1995)

1. Planet Telex; 2. The Bends; 3. High and Dry; 4. Fake Plastic Trees; 5. Bones; 6. (Nice Dream); 7. Just; 8. My Iron Lung; 9. Bullet Proof..I Wish I Was; 10. Black Star; 11. Sulk; 12. Street Spirit (Fade Out)

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, flet; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Gościnnie: Caroline Lavelle - wiolonczela; John Matthias - skrzypce, altówka
Producent: John Leckie, Radiohead (3,10), Jim Warren (3), Nigel Godrich (10)


22 kwietnia 2018

[Recenzja] Blue Effect & Jazz Q Praha ‎- "Coniunctio" (1970)



Album "Coniunctio" jest wynikiem współpracy dwóch czechosłowackich, a ściślej mówiąc praskich zespołów: bluesrockowo-psychodelicznego Blue Effect (później używającego nazwy Modrý Efekt i grającego w bardziej jazzowo-progrockowym stylu), oraz freejazzowego (później jazzrockowego) Jazz Q Praha. Z pierwszej z tych grup wywodzą się gitarzysta Radim Hladík, basista Jiří Kozel, oraz perkusista Vlado Čech, natomiast z drugiej - klawiszowiec i trębacz Martin Kratochvíl, saksofonista i flecista Jiří Stivín, kontrabasista Jiří Pellant, oraz perkusista Milan Vitoch. Dla obu zespołów "Coniunctio" był fonograficznym debiutem, chociaż Blue Effect zarejestrował wcześniej (jeszcze z wokalistą Vladimírem Mišíkem) materiał na wydany nieco później w 1970 roku album "Meditace". Jazz Q swój pierwszy samodzielny album, "Pozorovatelna / The Watch-Tower", wydał dopiero w 1973 roku, gdy w składzie z wyżej wymienionych muzyków pozostał tylko Kratochvíl.

Główną atrakcję albumu stanowią dwie odsłony utworu tytułowego - wypełniający całą pierwszą stronę wydania winylowego "Coniunctio I (In Memoriam Lubomíra Pristofa)", oraz zamykający drugą stronę "Coniunctio II". To rewelacyjne improwizacje, z doskonałą współpracą i interakcją muzyków obu zespołów, którzy w niezwykle twórczy i oryginalny sposób połączyli elementy free jazzu, fusion, bluesa, a momentami nawet hard rocka (gitarowe riffy i solówki Hladika nierzadko kojarzą się z Hendrixem), tworząc intensywne, wielobarwne, bogate brzmieniowo i porywające dzieła, łączące rockową dynamikę z jazzowym wyrafinowaniem i skomplikowaniem. O ile pierwsza część może wydawać się rockowym słuchaczom zbyt radykalna i całkowicie odchodząca od schematów, tak w druga, mimo braku standardowej struktury, jest już bardziej przystępna, dzięki wyrazistej linii melodycznej, dominującej roli gitary i ograniczeniu freejazzowych odlotów.

Odmienny charakter mają dwa środkowe utwory. "Návštěva U Tety Markéty, Vypití Šálku Čaje", zarejestrowany wyłącznie przez muzyków Blue Effect (z małą pomocą Jiříego Stivína, grającego na flecie w łagodniejszych momentach), jest już zdecydowanie bliższy rockowych korzeni tej grupy - to całkiem melodyjny utwór, znów zdominowany przez gitarę, wspartą energetyczną grą sekcji rytmicznej. "Asi Půjdem Se Psem Ven" to z kolei samodzielne dzieło muzyków Jazz Q Praha, a zatem, jak można się spodziewać - najbardziej jazzowy fragment albumu, abstrakcyjna improwizacja ukierunkowana na freejazzowy radykalizm, jednak bez popadania w kompletny chaos.

"Coniunctio" to prawdziwie światowy poziom. Muzyka zaproponowana przez Czechów w niczym nie ustępuje najlepszym dokonaniom jazzrockowych grup z zachodniej Europy czy Stanów. Zarówno w kwestii wykonania, jak i brzmienia (a z tym za żelazną kurtyną zwykle było kiepsko), nie ma do czego się tutaj przyczepić. Nie jest to album, który każdemu się spodoba, ale zdecydowanie warto się z nim zapoznać, żeby wiedzieć, że również za naszą południową granicą powstawała wybitna muzyka.

Ocena: 9/10



Blue Effect & Jazz Q Praha ‎- "Coniunctio" (1970)

1. Coniunctio I (In Memoriam Lubomíra Pristofa); 2. Návštěva U Tety Markéty, Vypití Šálku Čaje; 3. Asi Půjdem Se Psem Ven; 4. Coniunctio II

Skład: Radim Hladík - gitara (1,2,4); Jiří Stivín - saksofon i flet; Martin Kratochvíl - instr. klawiszowe i trąbka (1,3,4); Jiří Kozel - bass (1,2,4); Jiří Pellant - kontrabas (1,3,4); Vlado Čech - perkusja (1,2,4); Milan Vitoch - perkusja i instr. perkusyjne (1,3,4)
Producent: Antonín Matzner


20 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" (2001)



Album zwiera zapis dwóch występów, jakie Miles Davis dał 7 marca 1970 roku w nowojorskim Fillmore East. Były to prawdopodobnie jego ostatnie występy z udziałem Wayne'a Shortera, który odszedł do założonego wspólnie z Joe Zawinulem zespołu Weather Report. W ówczesnym koncertowym sekstecie Davisa występowali także Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette, oraz perkusjonalista Airto Moreira. Zespół skupił się na swoim najnowszym, elektrycznym repertuarze, przede wszystkim z nagranego już pół roku wcześniej, ale wydanego dopiero pod koniec marca "Bitches Brew". Muzycy wykonali również zupełnie świeżą kompozycję "Willie Nelson", która dopiero w następnym roku została wydana na albumie "Jack Johnson".

Podczas pierwszego występu sekstet zaprezentował niesamowicie intensywny i żywiołowy set. Nawet na tle innych koncertówek Davisa z elektrycznego okresu, wypada on niezwykle agresywnie, momentami wręcz freejazzowo. Tutejsze wykonanie "Directions" jest najbardziej ekstremalnym, jakie słyszałem, w czym zasługa przede wszystkim grającego w zupełnie dla siebie nietypowy, brutalny sposób Shortera. Freejazzowy fragment z jego solówką, a następnie duetem Hollanda i Corei w "It's About That Time" również zaskakuje. Takiej muzyki w wykonaniu zespołu Milesa wcześniej nie można było usłyszeć - zapewne on sam za życia blokował jej publikację. W trakcie drugiego występu zespół grał już nieco wolniej i nie tak intensywnie, za to bardziej melodyjnie. Wciąż jednak z ogromną dawką energii i porywającymi popisami instrumentalistów (czasem znów podążającymi w stronę free jazzu, jak solówka Shortera w, mimo wszystko, łagodniejszym wykonaniu "Directions").

"Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" znacznie ubogaca wiedzę na temat koncertowych poczynań Milesa Davisa w elektrycznym okresie. Przede wszystkim jest to jednak porywający materiał, który można postawić obok innych koncertówek z tego etapu kariery trębacza.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" (2001)

CD1: 1. Directions; 2. Spanish Key; 3. Masqualero; 4. It's About That Time / The Theme
CD2: 1. Directions; 2. Miles Runs the Voodoo Down; 3. Bitches Brew; 4. Spanish Key; 5. It's About That Time / Willie Nelson / The Theme

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Chick Corea - elektryczne pianino; Dave Holland - bass i kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero, Bob Belden


18 kwietnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "Pablo Honey" (1993)



Radiohead to jeden z najbardziej przecenionych wykonawców w ogóle. A zarazem jedna z ostatnich rockowych grup, która coś do tej muzyki wniosła. Zachwyty nad jakością i innowacyjnością muzyki tego zespołu są grubo przesadzone, lecz trudno wskazać innego rockowego wykonawcę, który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza autentycznie poszukiwałby swojego własnego brzmienia, podążając w coraz bardziej eksperymentalne rejony, a mimo tego okazji cieszył się powszechnym uznaniem. To ostatnie w dużej mierze wynika oczywiście z obrazu współczesnego mainstreamu - na tle tej całej tandety i epigoństwa, jakie promują media, Radiohead jawi się nie tylko jako zespół ambitny i oryginalny, ale też po prostu potrafiący pisać dobre, niebanalne utwory. Choć początek jego kariery tego wszystkiego nie zapowiadał.

Grupa zwróciła na siebie uwagę już debiutanckim singlem "Creep", za sprawą którego została okrzyknięta "brytyjską Nirvaną". Czas pokazał, że zarówno ten utwór, jak i cały album "Pablo Honey", były tylko młodzieńczym wybrykiem, mającym się nijak do późniejszej twórczości. Etapem dość wstydliwym dla samych muzyków, którzy od dawna unikają grania tego materiału na koncertach. Zespół w tamtym czasie był zupełnie typowym przedstawicielem tak zwanej "alternatywy", przy czym jednak bliżej było mu do jej brytyjskich przedstawicieli, niż do Nirvany i reszty amerykańskiej sceny. Album "Pablo Honey" wypełniają proste, melodyjne i energiczne piosenki o zwykle dość ostrym, przybrudzonym brzmieniu (choć zdarzają się też łagodniejsze kawałki, jak np. "Lurgee" lub akustyczny "Thinking About You"). Partie gitarowe czasem ocierają się o atonalizm, lecz nie wpływa to szczególnie na piosenkowy charakter utworów, z których właściwie każdy spokojnie mógłby być zagrany w radiu. Inna sprawa, że niewiele z nich naprawdę zapada w pamieć, a przez niewielką różnorodność zlewają się ze sobą. Oprócz wspomnianego "Creep" (na ile jednak jest to zasługa samego utworu, a nie kultu jakim obrósł?), uwagę przyciąga tylko finałowy "Blow Out", wyróżniający się ciekawym klimatem, mniej oczywistą strukturą, a nawet zdradzający lekki wpływ jazzu... W tym jednym jedynym utworze otrzymujemy zapowiedź późniejszego, eksperymentującego Radiohead.

Gdyby zespół zakończył działalność po wydaniu "Pablo Honey", lub - chcąc utrzymać zdobytą nim popularność - przez resztę kariery nagrywał kolejne wersje tego albumu, raczej niewiele osób pamiętałoby dziś o istnieniu Radiohead. Na szczęście, zespół postanowił się rozwijać, nie zważając na oczekiwania swoich fanów, a jego debiut pozostaje jedynie ciekawostką. Całkiem przyjemną, ale niezapamiętywalną i kompletnie nic nie wnoszącą do muzyki. Choć muszę dodać, że pod jednym względem longplay przebija kolejne - śpiew Thoma Yorke'a jest tutaj nieco niższy i mniej egzaltowany, a tym samym bardziej znośny.

Ocena: 6/10



Radiohead - "Pablo Honey" (1993)

1. You; 2. Creep; 3. How Do You?; 4. Stop Whispering; 5. Thinking About You; 6. Anyone Can Play Guitar; 7. Ripcord; 8. Vegetable; 9. Prove Yourself; 10. I Can't; 11. Lurgee; 12. Blow Out

Skład: Thom Yorke - wokal i gitara; Jonny Greenwood - gitara i instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood  - bass; Phil Selway - perkusja
Producent: Sean Slade, Paul Q. Kolderie i Chris Hufford


16 kwietnia 2018

[Recenzja] Dire Straits - "Dire Straits" (1978)



Dire Straits to jeden z dosłownie kilku klasyków rocka, których twórczości nigdy nie potrafiłem polubić. Nie żebym jakoś szczególnie próbował. Zawsze uważałem, że to zespół w sam raz dla ludzi po czterdziestce, w sumie za bardzo muzyką się nie interesujących, dlatego wybierających takie melodyjne, spokojne i niezbyt absorbujące granie. Zapoznałem się jednak z całą studyjną dyskografią, oraz koncertowym "Alchemy" (z większością tych albumów w ciągu kilku ostatnich miesięcy), ale tylko utwierdziło mnie to w moim przekonaniu. Choć muszę przyznać, że jedno wydawnictwo wyróżnia się in plus na tle pozostałych, a jest nim album debiutancki.

W 1978 roku muzyczny mainstream zdominowany był przez punk rock. Debiut Dire Straits w takim otoczeniu wydawał się czymś z zupełnie innej epoki: bardzo melodyjne, raczej stonowane granie, czerpiące z takich gatunków jak blues, country (np. "Water of Love"), folk ("Wild West End"), czy nawet reggae ("In the Gallery"). To prosta muzyka, choć na tle punku może się wydawać bardzo wyrafinowana. Już tutaj Mark Knopfler prezentuje się jako natychmiast rozpoznawalny wokalista i gitarzysta, a jego solówki nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto bardziej ceni wyczucie, niż techniczne sztuczki i szybkość. Muzyka zespołu brzmi tu jeszcze wyjątkowo świeżo i energicznie - vide "Setting Me Up", "Southbound Again", czy przede wszystkim porywające "Down to the Waterline" i "Sultans of Swing". Ten ostatni był zresztą pierwszym wielkim przebojem zespołu. Na kolejnych albumach tego typu granie jest niestety rzadkością, co dodatkowo zwiększa atrakcyjność debiutu.

Choć debiutancki album Dire Straits robi na mnie najlepsze wrażenie z dyskografii zespołu, wciąż nie jest to muzyka budząca we mnie zachwyt, do której chciałbym wracać. Longplay nie mieści się nawet w pierwszej trzydziestce moich ulubionych płyt z 1978 roku.

Ocena: 7/10



Dire Straits - "Dire Straits" (1978)

1. Down to the Waterline; 2. Water of Love; 3. Setting Me Up; 4. Six Blade Knife; 5. Southbound Again; 6. Sultans of Swing; 7. In the Gallery; 8. Wild West End; 9. Lions

Skład: Mark Knopfler - wokal i gitara; David Knopfler - gitara, dodatkowy wokal; John Illsley - bass, dodatkowy wokal; Pick Withers - perkusja
Producent: Muff Winwood


13 kwietnia 2018

[Recenzja] East of Eden - "East of Eden" (1971)



Przed nagraniem tego albumu, ze składu East of Eden odeszli wszyscy muzycy, z wyjątkiem Dave'a Arbusa. Na ich miejsce lider zatrudnił gitarzystę Jima Roche'a (znanego z oryginalnego wcielenia Colosseum), śpiewającego basistę i okazjonalnie drugiego gitarzystę Davida Jacka, oraz perkusistę Jeffa Allena. Powstał zupełnie nowy zespół, który powinien przyjąć nową nazwę. Oczywiście, ze względów merkantylnych nie wchodziło to w rachubę. Jednak na debiutanckim albumie nowego składu (zuchwale zatytułowanym nazwą zespołu), nie zostało nic z tej charakterystycznej dla poprzednich albumów mieszanki psychodelii, folku, jazzu i muzyki wschodniej. "East of Eden" to zwrot w stronę zwyczajnego rocka. Jedynie partie Arbusa na skrzypcach, saksofonie i flecie przywołują odrobinę klimatu wcześniejszych dokonań.

Początek nie zachwyca. "Wonderful Feeling" to banalny kawałek, kojarzący się z solową twórczością Erica Claptona. Nie ratuje go nawet udana środkowa część instrumentalna - pozostaje jedynie żal, że zmarnowano ją w tak kiepskim nagraniu. Później jest już lepiej, choć bez rewelacji. Dość zgrabny, wzbogacony partiami gitary akustycznej i fletu "Goodbye" przypomina trochę ówczesną twórczość Traffic. W hardrockowych "Crazy Daisy" i "Here Comes the Day" jest sporo fajnej gitary i ciekawie urozmaicającego brzmienie saksofonu. Niestety, w takich dynamiczniejszych utworach zupełnie nie sprawdza się wokal Davida Jacka (zresztą w pozostałych tych wypada bardzo przeciętnie). W "Take What You Need" i "No Time" zespół stara się grać bardziej progresywnie, stawiając na bogatą aranżację i dynamiczne zróżnicowanie, jednak efekt nie porywa, oba utwory wydają się nieco przekombinowane i niespójne. Dobrze na zakończenie sprawdza się natomiast energetyczny "To Mrs. V", ze świetnym basem, oraz niezłymi partiami saksofonu i gitary.

"East of Eden" mimo wszystkich swoich wad jest całkiem solidnym rockowym albumem. Gdy słuchałem go kilka lat temu po raz pierwszy, zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie. Dziś mam jednak znacznie większe wymagania.

Ocena: 7/10



East of Eden - "East of Eden" (1971)

1. Wonderful Feeling; 2. Goodbye; 3. Crazy Daisy; 4. Here Comes the Day; 5. Take What You Need; 6. No Time; 7. To Mrs. V

Skład: David Jack - wokal, bass, gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon; Jim Roche - gitara; Jeff Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: East of Eden


12 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)



"The Complete Bitches Brew Sessions" to drugi z serii boksów, których celem jest skompilowanie jak największej ilości materiału pochodzącego z danego etapu kariery Milesa Davisa. W przypadku tego boksu mamy do czynienia z nagraniami dokonanymi od połowy sierpnia 1969 do połowy lutego 1970 roku. Jest to znacznie dłuższy okres, niż rzeczywista sesja nagraniowa "Bitches Brew" - cały album został zarejestrowany w ciągu trzech dni (19-21 sierpnia). Tytuł "The Complete Bitches Brew Sessions" jest tym bardziej mylący, że nie znalazły się tu żadne inne nagrania z tej właśnie sesji (jak np. dodawane do późniejszych reedycji "Bitches Brew" alternatywne wersje "Spanish Key" i "John McLaughlin").

Trafiły tutaj natomiast utwory z kilku późniejszych sesji, podczas których Davisowi za każdym razem towarzyszył nieco inny skład. Odbyły się one w następujących dniach: 19 listopada (utwory "Great Expectations", "Orange Lady", "Yaphet" i "Corrado"), 28 listopada ("Trevere", "The Big Green Serpent" i dwie wersje "The Little Blue Frog"), 27-28 stycznia ("Lonely Fire", "Guinnevere", "Feio" i "Double Image"), oraz 6 lutego ("Recollections", "Take It or Leave It" i "Medley: Gemini/Double Image"). Część z tych nagrań została już wcześniej opublikowana na albumach "Big Fun" ("Great Expectations", "Orange Lady", "Lonely Fire"), "Live-Evil" ("Medley: Gemini/Double Image"), oraz "Circle in the Round" ("Guinnevere"). Pozostałe są zupełnie premierowe (kilka z nich można znaleźć na późniejszych reedycjach albumów "Bitches Brew" i "Big Fun", inne wciąż pozostają unikalne dla tego boksu).

Podczas tych późniejszych sesji, Davis i towarzyszący mu muzycy próbowali nieco innych rzeczy, niż w trakcie sierpniowej sesji. Odeszli od ciężkiego, awangardowego fusion (może z wyjątkiem "Double Image"), na rzecz klimatycznego jazzu elektrycznego, przywołującego skojarzenia z "In a Silent Way" (szczególnie w przepięknym "Recollections"), ale wzbogaconego o silne wpływy muzyki hindustańskiej. W większości z tych nagrań wzięli udział indyjscy muzycy Khalil Balakrishna i Bihari Sharma, grający na tradycyjnych hinduskich instrumentach, jak sitar, tambura i tabla. Fantastycznie - i bardzo psychodelicznie - wypada ich połączenie ze zwykle nastrojowymi, ale zarazem intensywnymi partiami elektrycznych klawiszy, trąbki, saksofonu, gitary i sekcji rytmicznej Świetnego klimatu dodają też partie Benniego Maupina na klarnecie basowym. Dziwne, że nie wydano tego materiału od razu - bez problemu dałoby się skompilować z niego dwupłytowy album, który poziomem nie ustępowałby innym ówczesnym wydawnictwom Milesa. Pod względem stylistycznym od reszty odstaje natomiast "Medley: Gemini/Double Image" - zdominowany przez ostrą partię Johna McLaughlina, jest już wyraźną zapowiedzią kolejnego zwrotu stylistycznego, który zaowocował jazzrockowym albumem "Jack Johnson".

"The Complete Bitches Brew Sessions" to w sumie cztery i pół godziny muzyki, z czego półtora nie było wcześniej opublikowane. Zarówno znane wcześniej, jak i premierowe nagrania, trzymają bardzo wysoki poziom, lecz samo wydawnictwo pozostawia pewien niedosyt. Nie dowiadujemy się z niego niczego o powstawaniu albumu "Bitches Brew" - a tego właśnie bym oczekiwał po tak zatytułowanym boksie. W późniejszych boksach z kompletnymi sesjami (z okresów "In a Silent Way", "Jack Johnson" i "On the Corner") zamieszczono różne alternatywne podejścia i wersje sprzed ostatecznych miksów, co znacząco wpłynęło na ich atrakcyjność. "The Complete Bitches Brew Sessions" na tle późniejszych części sprawia wrażenie nieco nieprzemyślanego. Tak naprawdę powinien zostać rozbity na dwa wydawnictwa - pierwsze zachowałoby tytuł, ale jego tracklista pokrywałaby się z reedycją "Bitches Brew" z 2010 roku (oryginalny album + wersje alternatywne i singlowe + nagrania koncertowe), natomiast drugie zawierałoby materiał z późniejszych sesji.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)

CD1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew; 3. Spanish Key; 4. John McLaughlin
CD2: 1. Miles Runs the Voodoo Down; 2. Sanctuary; 3. Great Expectations; 4. Orange Lady; 5. Yaphet; 6. Corrado
CD3: 1. Trevere; 2. The Big Green Serpent; 3. The Little Blue Frog (alternate take); 4. The Little Blue Frog; 5. Lonely Fire; 6. Guinnevere
CD4: 1. Feio; 2. Double Image; 3. Recollections; 4. Take It or Leave It; 5. Medley: Gemini/Double Image

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Steve Grossman - saksofon (CD2:3-6, CD3:1-4); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz CD4:3-5); Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - elektryczne pianino (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Herbie Hancock - elektryczne pianino (CD2:3-6, CD3:1-4); Larry Young - organy i czelesta (CD1:1,3, CD3:1-4); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas (oprócz CD2:3-6); Ron Carter - kontrabas (CD2:3-6); Harvey Brooks - bass (oprócz CD2:2, CD3:1-4); Jack DeJohnette - perkusja (oprócz CD2:3-6); Don Alias - perkusja i instr. perkusyjne  (CD1, CD2:2); Lenny White - perkusja (CD1); Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Juma Santos - instr. perkusyjne (CD1, CD2:1-2); Airto Moreira - instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Khalil Balakrishna - sitar (CD2:3-6, CD3); Bihari Sharma - tabla i tambura (CD2:3-6, CD3:1-4); 
Producent: Teo Macero, Bob Belden, Michael Cuscuna


11 kwietnia 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Softs" (1976)



Zespół grający na "Softs" nie ma już nic wspólnego ani z oryginalnym, ani kilkoma późniejszymi wcieleniami Soft Machine. Co prawda, można tu jeszcze usłyszeć Mike'a Ratledge'a, jednak tylko w dwóch utworach, a na okładce podpisany jest jako gość. Z podstawowego składu najdłuższy staż ma  tutaj perkusista John Marshall, który dołączył do grupy w trakcie nagrywania jej piątego albumu. Po odejściu Ratledge'a, multiinstrumentalista Karl Jenkins postanowił skupić się całkowicie na grze na klawiszach, oddając rolę saksofonisty nowemu muzykowi - Alanowi Wakemanowi (z tych Wakemanów - to kuzyn Ricka, słynnego klawiszowca Yes). W tym samym czasie odszedł także gitarzysta Allan Holdsworth, którego miejsce zajął John Etheridge.

Ponieważ już od dłuższego czasu decydujący wpływ na kształt muzyki Soft Machine miał nie Ratledge, a Jenkins, "Softs" nie przynosi żadnej drastycznej zmiany stylistycznej. Jest raczej rozwinięciem pomysłów z kilku poprzednich albumów, przede wszystkim "Bundles". Zgodnie z tytułem, jest to jednak muzyka nieco łagodniejsza. Choć gdzieniegdzie pojawiają się ostrzejsze partie Etheridge'a, których brzmienie i szybkość przywołują na myśl Johna McLaughlina i debiut Mahavishnu Orchestra. Niestety, Etheridge jest znacznie słabszym gitarzystą, co dobitnie pokazuje jego okropny solowy popis w "The Camden Tandem". Jest to najsłabszy kawałek, obok kolejnej niepotrzebnej solówki Marshalla, "Kayoo". Zbędny jest także "Second Bundle" - zespół w przeszłości już wielokrotnie nagrywał utwory oparte na minimalistycznej, repetycyjnej elektronice i robił to ze znacznie lepszym skutkiem (żeby wspomnieć tylko "The Floating World" z "Bundles").

Album ma też jednak kilka mocnych punktów. Jak noszące pewien powiew świeżości "Ban-Ban Caliban" i "One Over the Eight", w których muzycy jamują na niemal tanecznych, funkowych podkładach rytmicznych. Albo ładna, lekko bluesowa ballada "Song of Aeolus", w której Etheridge dla odmiany wciela się w Davida Gilmoura (co jest łatwiejsze, więc wychodzi znacznie  lepiej od podrabiania McLaughlina). Świetnie wypada także stopniowo rozwijający się "The Tale of Taliesin". A częściowo akustycznemu "Out of Season" nie można odmówić uroku, choć we fragmentach z syntezatorowym tłem robi się nieco kiczowaty. Dobrym pomysłem, korespondującym z tytułem albumu, było natomiast spięcie go klamrą w postaci łagodnych miniaturek "Aubade" i "Etika".

"Softs" to bardzo przyjemny album, choć niepozbawiony wad typowych dla mainstreamowego fusion, w którym bardzo łatwo przekroczyć granicę kiczu. Jest też wyraźnie słabszy od poprzednich wydawnictw grupy (no, może "Seven" prezentuje zbliżony poziom). Wciąż jednak jest to muzyka warta poznania.

Ocena: 7/10



Soft Machine - "Softs" (1976)

1. Aubade; 2. The Tale of Taliesin; 3. Ban-Ban Caliban; 4. Song of Aeolus; 5. Out of Season; 6. Second Bundle; 7. Kayoo; 8. The Camden Tandem; 9. Nexus; 10. One Over the Eight; 11. Etika

Skład: Karl Jenkins - instr. klawiszowe; Alan Wakeman - saksofon; John Etheridge - gitara; Roy Babbington - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Ratledge - syntezator (3,4)
Producent: Soft Machine


10 kwietnia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Sun Ship" (1971)



Materiał zawarty na albumie "Sun Ship" powstał podczas jednodniowej sesji, która odbyła się 26 sierpnia 1965 roku. Wraz z zarejestrowanym tydzień później "First Meditations", są to prawdopodobnie ostatnie nagrania tak zwanego klasycznego kwartetu Johna Coltrane'a. Podczas kolejnych sesji (i na koncertach) saksofoniście towarzyszył już bardziej rozbudowany skład (m.in. o Pharoaha Sandersa), a na przełomie lat 1965/66 współpracę z nim zakończyli perkusista Elvin Jones i pianista McCoy Tyner, którym nie odpowiadał kierunek, w jakim zmierzała muzyka Trane'a.

Choć "Sun Ship" został zarejestrowany dwa miesiące po "Ascension" i ledwie miesiąc przed nagraniem "Om", zawarta na nim muzyka ma zdecydowanie mniej freejazzowy charakter. Owszem, zdarzają się saksofonowe odloty w kierunku agresywnej, swobodnej improwizacji - przede wszystkim w utworze tytułowym i "Amen" - jednak nawet wtedy Tyner i Jones trzymają wszystko w ryzach, nie pozwalając liderowi odejść za daleko od linii melodycznej. Dominują tu łagodniejsze dźwięki. Przepięknie wypadają nastrojowe "Dearly Beloved" i "Attaining" - szczególnie pierwszy z nich, ocierający się wręcz o transcendentalność. Wspaniale wypada także finałowy "Ascent", będący przede wszystkim solowym popisem Jimmy'ego Garrisona, choć zawierający również fragment z improwizacją całego kwartetu.

Choć "Sun Ship" nie wniósł niczego nowego do twórczości Johna Coltrane'a, jest to kolejny dowód jego ogromnego talentu i fantastycznego zgrania całego zespołu. Powodem opóźnienia w wydaniu tego materiału, z pewnością nie była jego jakość. Po prostu Trane nagrywał w tamtym czasie o wiele więcej muzyki, niż potrzebował na wypełnienie kontraktu. W pierwszej kolejności chciał zaś publikować materiał, który najlepiej oddawał jego aktualne poczynania - dlatego "Sun Ship" musiał ustąpić miejsca "Ascension" i "Meditations".

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Sun Ship" (1971)

1. Sun Ship; 2. Dearly Beloved; 3. Amen; 4. Attaining; 5. Ascent

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - bass; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele i John Coltrane


9 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Miles Davis Quintet 1965-68" (1998)


Tytuł tego wydawnictwa w zasadzie mówi wszystko. To po prostu zbiór wszystkich (a przynajmniej wszystkich znanych) studyjnych nagrań najsłynniejszej grupy Milesa Davisa, znanej jako Drugi Wielki Kwintet, w skład której wchodzili także Wayne Shorter, Herbie Hancock, Ron Carter i Tony Williams. Na sześciu płytach CD zebrano ponad siedem godzin muzyki, w tym cały materiał z albumów "E.S.P.", "Miles Smiles", "Sorcerer" (oprócz starszego kawałka "Nothing Like You"), "Nefertiti" i "Miles in the Sky", znaczną część longplaya "Filles de Kilimanjaro" (oprócz dwóch utworów zarejestrowanych w innym składzie), a także kompozycje rozproszone dotąd na kompilacjach "Water Babies" (tytułowa, "Capricorn", "Sweet Pea"), "Circle in the Round" ("Teo's Bag", "Sanctuary", obie wersje "Side Car") i "Directions" ("Limbo (Alternate Take)", "Water on the Pond", "Fun").

To jednak nie wszystko, bowiem znalazły się tutaj także nagrania wcześniej niepublikowane. W sporej części są to po prostu alternatywne wersje utworów znanych z albumów. Ale jest też kilka niespodzianek. Jak pełne, 34-minutowe wykonanie "Circle in the Round" (na potrzeby tak samo zatytułowanej kompilacji nagranie zostało skrócone o blisko siedem minut). Albo całkowicie unikalna dla tego wydawnictwa kompozycja Davisa "Thisness" - ballada z bardzo ładną partią pianina. Są też dwie kompozycje Hancocka, "Speak Like a Child" i "I Have a Dream", zarejestrowane podczas próby. Żaden z nich nie został ukończony przez kwintet, za to autor nagrał je później na solowe albumy (odpowiednio "Speak Like a Child" i "The Prisoner"). Tutejsze wersje brzmią bardziej surowo, co działa zdecydowanie na ich korzyść.

"Miles Davis Quintet 1965-68" to świetna alternatywa dla wymienionych na początku albumów - zakup boksu wyjdzie taniej, a muzyki jest na nim więcej. Zaletą tego wydawnictwa jest też to, że można na nim łatwo prześledzić ewolucję muzyki Milesa Davisa z akustycznego jazzu modalnego do pierwszych eksperymentów z elektrycznymi instrumentami.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Miles Davis Quintet 1965-68" (1998)

CD1: 1. E.S.P.; 2. R.J.; 3. Eighty-One; 4. Little One; 5. Iris; 6. Agitation; 7. Mood; 8. Circle; 9. Orbits; 10. Dolores; 11. Freedom Jazz Dance
CD2: 1. Gingerbread Boy; 2. Footprints; 3. Limbo (Alternate Take); 4. Limbo; 5. Vonetta; 6. Masqualero (Alternate Take); 7. Masqualero; 8. The Sorcerer; 9. Prince of Darkness; 10. Pee Wee; 11. Water Babies
CD3: 1. Nefertiti; 2. Capricorn; 3. Madness (Rehearsal Take); 4. Hand Jive (First Alternate Take); 5. Hand Jive (Second Alternate Take); 6. Hand Jive; 7. Madness (Alternate Take); 8. Madness; 9. Sweet Pea; 10. Fall; 11. Pinocchio (Alternate Take)
CD4: 1. Pinocchio; 2. Riot; 3. Thisness; 4. Circle in the Round; 5. Water on the Pond; 6. Fun; 7. Teo's Bag (Alternate Take); 8. Teo's Bag
CD5: 1. Paraphernalia; 2. I Have a Dream (Rehearsal Take); 3. Speak Like a Child (Rehearsal Take); 4. Sanctuary; 5. Side Car I; 6. Side Car II; 7. Country Son; 8. Country Son (Alternate Take); 9. Black Comedy (Alternate Take)
CD6: 1. Black Comedy; 2. Stuff; 3. Petits Machins; 4. Tout de Suite (Alternate Take); 5. Tout de Suite; 6. Filles de Kilimanjaro

Skład: Miles Davis - trąbka, instr perkusyjne; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Ron Carter - kontrabas, bass; Tony Williams - perkusja
Gościnnie: Buster Williams - kontrabas (CD2:3); Joe Beck - gitara (CD4:4,5); Bucky Pizzarelli - gitara (CD4:6); George Benson - gitara (CD5:1,2,4,6)
Producent: Teo Macero


6 kwietnia 2018

[Recenzja] East of Eden - "Snafu" (1970)



Debiutancki album East of Eden - zrecenzowany przeze mnie lata temu "Mercator Projected" - to jeden z najbardziej kultowych NKR-ów. Choć zaliczanie akurat tej grupy do tzw. nieznanego kanonu rocka, jest dość kontrowersyjne. Nie był to bowiem zupełnie nieznany zespół - na początku kariery odnosił dość znaczące sukcesy komercyjne w ojczystej Wielkiej Brytanii. Pod względem popularności, ale też liczby wydanych albumów, bliżej mu raczej do Atomic Rooster czy Budgie (pomijam tu wielbienie tego drugiego przez Polaków), niż T2 lub Night Sun. Inna sprawa, że z biegiem lat zespół faktycznie stał się nieco zapomniany. Szkoda, bo jego twórczość jest naprawdę interesująca. Nie tylko na wspomnianym "Mercator Projected" - kolejne dwa albumy również trzymają wysoki poziom. Pora przyjrzeć się bliżej pierwszemu z nich.

"Snafu" został wydany równo rok po debiucie, w lutym 1970 roku. W międzyczasie zdążyła zmienić się sekcja rytmiczna - basistę Steve'a Yorka (który odszedł do Manfred Mann Chapter Three) i perkusistę Dave Dufont zastąpili Andy Sneddon i Geoff Britton. To nie jedyna zmiana, gdyż rolę głównego wokalisty, oryginalnie pełnioną przez gitarzystę Geoffa Nicholsona, przejął saksofonista Ron Caines (który na debiucie śpiewał tylko w jednym kawałku).

Sama muzyka również przeszła znaczącą metamorfozę. O ile na debiucie dominuje psychodeliczno-orientalne granie, z domieszką folku, hard rocka, bluesa i jazzu, tak tutaj zdecydowanie wzrosło znaczenie elementów jazzowych. "Leaping Beauties for Rudy / Marcus Junior" składa się z freejazzowej introdukcji i jazzrockowego rozwinięcia, a w "In the Snow for a Blow" umieszczono cytat z "Better Git It in Your Soul" Charlesa Mingusa. Nawet w pozornie folkowym "Confucius" pojawiają się zdecydowanie jazzowe solówki saksofonu. Znajdziemy tu jednak także utwory bliższe poprzedniego longplaya, jak dynamiczny "Have to Whack It Up", z ostrą, wręcz hardrockową gitarą, czy rewelacyjny "Nymphenburger", łączący rockowy czad z tworzącą niesamowity klimat partią skrzypiec. Nie brakuje tu psychodelicznych zabaw z odwracaniem taśm ("Xhorkom", "Uno Transito Clapori", "Habibi Baby"), pojawiają się też wpływy muzyki arabskiej ("Ramadhan", "Gum Arabic"). Reedycje albumu zawierają ponadto fantastyczny, celtycko-folkrockowy kawałek "Jig-a-Jig" (spory przebój singlowy). A wszystko to składa się na zaskakująco spójną całość.

"Snafu" jest z pewnością albumem bardziej eksperymentalnym i bardziej dojrzałym od "Mercator Projected", choć chyba nie tak dobrym pod względem kompozytorskim. Nie da się też ukryć, że muzycy East of Eden, choć utalentowani, nie byli na tyle sprawnymi instrumentalistami, by grać jazz rocka na poziomie chociażby Soft Machine. Mimo wszystko, świetny to album.

Ocena: 8/10



East of Eden - "Snafu" (1970)

1. Have to Whack It Up; 2. Leaping Beauties for Rudy / Marcus Junior; 3. Xhorkom / Ramadhan / In the Snow for a Blow (Part I) / Better Git It in Your Soul / In the Snow for a Blow (Part III); 4. Uno Transito Clapori; 5. Gum Arabic / Confucius; 6. Nymphenburger; 7. Habibi Baby / Boehm Constrictor / Beast of Sweden; 8. Traditional: Arranged by East of Eden

Skład: Ron Caines - wokal (1,3,8), saksofon (1-3,5-7), pianino (3,8), syntezator (5); Dave Arbus - skrzypce (1,2,5-7), saksofon (2), flet (3,5,7), trąbka (3), dudy (5), instr. perkusyjne (5); Geoff Nicholson - gitara, harmonijka (3), wokal (6,7), instr. smyczkowe (7,8), pianino (8); Andy Sneddon - bass, instr. smyczkowe (7); Geoff Britton - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Hitchcock, Ritchie Gottehrer, East of Eden


5 kwietnia 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "Evil Empire" (1996)



Aż cztery lata muzycy Rage Against the Machine kazali czekać na następcę swojego kultowego debiutu. Słuchając "Evil Empire" można jednak odnieść wrażenie, że pomiędzy obiema sesjami nagraniowymi minęło co najwyżej kilka tygodni. Trudno się dziwić muzykom, że postawili na sprawdzone patenty - autorska mieszanka metalu, rapu i funku przyniosła im przecież ogromny sukces. A dzięki rzeszy naśladowców, tego typu granie zyskiwało coraz większą popularność. Drugi album zespołu był zatem skazany na sukces - i faktycznie, w chwili wydania sprzedawał się jeszcze lepiej od debiutu (choć do dziś nie wyprzedził go w ilości sprzedanych egzemplarzy i raczej nie ma na to żadnej szansy).

"Evil Empire" nie jest jednak dokładną kopią debiutu. Różnicę słychać przede wszystkim w grze Toma Morello, który tutaj jeszcze bardziej udziwnia swoje partie, praktycznie rezygnując z tradycyjnych solówek. Te wszystkie zgrzyty, piski i sprzężenia na dłuższą metę stają się męczące, lecz czasem efekt jest naprawdę niezły. Szczególnie wtedy, gdy dodają niemal psychodelicznego klimatu, jak w "Revolver". Nie sposób przeoczyć prób urozmaicenia materiału: "Tire Me" wyróżnia się punkowym charakterem, w "Without a Face" i "Roll Right" wpływy hiphopowe zdają się przenikać także do warstwy instrumentalnej, zaś "Year of tha Boomerang" zaskakuje nietypowym metrum. Szkoda tylko, że te wszystkie eksperymenty są tak zachowawcze. Stwarzają jedynie iluzję różnorodności, podczas gdy album tak naprawdę jest bardzo jednorodny. Przede wszystkim brakuje tu jednak dobrych kompozycji. Czegoś na poziomie tych energicznych kawałków z zapamiętywanymi riffami i bujającą sekcją rytmiczną, jakie dominowały na debiucie. Ponad średnią wyróżniają się tylko utwory "Vietnow", wspomniany "Year of tha Boomerang" oraz przede wszystkim świetny instrumentalnie "Down Rodeo".

"Evil Empire" pozostawia mieszane odczucia, wśród których przeważa jednak rozczarowanie. Album jest ewidentną kontynuacją debiutu, niestety słabszą od pierwowzoru. Pozbawioną jego świeżości, mniej udaną pod względem kompozytorskim, niepotrzebnie udziwnioną, a zarazem zbyt zachowawczą w próbach wyjścia ze schematu. Zespół miał na ten materiał jakiś pomysł, ale podczas jego realizacji zatrzymał się nawet nie w połowie drogi, a na samym jej początku.

Ocena: 6/10



Rage Against the Machine - "Evil Empire" (1996)

1. People of the Sun; 2. Bulls on Parade; 3. Vietnow; 4. Revolver; 5. Snakecharmer; 6. Tire Me; 7. Down Rodeo; 8. Without a Face; 9. Wind Below; 10. Roll Right; 11. Year of tha Boomerang

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass; Brad Wilk - perkusja
Producent: Brendan O'Brien, Rage Against the Machine


3 kwietnia 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Head Hunters" (1973)



W Mwandishi Herbie Hancock mógł się wyszaleć artystycznie, jednak granie tak eksperymentalnej muzyki nie przynosiło korzyści finansowych i komercyjnych. O ile jemu samemu niespecjalnie to przeszkadzało - zarabiał sporo na tantiemach za swój wczesny przebój "Watermelon Man" - tak dla pozostałych muzyków było to coraz bardziej frustrujące. Wkrótce po wydaniu "Sextant" zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu. Niedługo potem Herbie zmontował nową grupę, która przybrała nazwę Head Hunters. Ze składu Mwandishi trafił do niej tylko Bennie Maupin. Nowymi muzykami zostali natomiast basista Paul Jackson, perkusista Harvey Mason, oraz perkusjonista Bill Summers.

We wrześniu 1973 muzycy zarejestrowali materiał na album, który nazwano po prostu "Head Hunters". Zawarta na nim muzyka znacząco odbiega od tego, co Herbie tworzył z Mwandishi. To już nie eksperymentalne wariacje na temat "In a Silent Way" i "Bitches Brew", a wyraźny zwrot w kierunku mainstreamu. Hancock dał wyraz swojego uwielbienia dla muzyki funkowej - podobnie jak Miles Davis, był w tamtym czasie pod wrażeniem twórczości Sly and the Family Stone. Klawiszowiec nawiązał do niej jednak bardziej dosłownie. W rezultacie uproszczeniu uległa warstwa rytmiczna, a dominujące nad całością syntezatory nie brzmią już tak intrygująco, jak na "Sextant" - zamiast tego zbliżają się nieco do dyskotekowego kiczu (choć na albumie wykorzystane zostały także klawinet i elektryczne pianino). "Head Hunters" to jednak wciąż granie niepozbawione pewnych artystycznych ambicji, co przejawia się pod postacią zwykle rozbudowanych i nieoczywistych struktur utworów.

Już na otwarcie pojawia się ponad 15-minutowy "Chameleon". Utwór doskonale pokazuje, że także na prostszym, wręcz tanecznym podkładzie rytmicznym można zaprezentować porywające i interesujące solówki. To dowód na to, że można zarazem grać ambitnie i prosto (dało się nawet wykroić z tego nagrania niespełna trzyminutowy singiel). Podobny charakter ma niewiele krótszy "Sly" (zadedykowany wiadomo komu), w którym chyba jeszcze ciekawiej wypada improwizacyjna interakcja muzyków. Zaskakującą zmianę klimatu przynosi natomiast finałowy "Vein Melter", w którym zespół postawił na budowanie subtelnego nastroju, zamiast funkowej przebojowości. A skoro mowa o hitach, to zupełnie nie przekonuje mnie nowa wersja "Watermelon Man" - w przeciwieństwie do oryginału, mocno ocierająca się o banał i kicz. Niektóre partie saksofonu i syntezatora brzmią niczym soundtrack do ówczesnego filmu porno. Podoba mi się jedynie mocna gra sekcji rytmicznej.

"Head Hunters" osiągnął niewiarygodny sukces komercyjny. Do dziś pozostaje drugim - po "Kind of Blue" - najlepiej sprzedającym się albumem w historii jazzu (choć można polemizować, czy to jeszcze jazz). Popularność longplaya wkurzyła Davisa, który rok wcześniej próbował dotrzeć do tej samej publiczności albumem "On the Corner". Jego wersja funku była jednak dużo bardziej eksperymentalna i awangardowa, podczas gdy Herbie postawił na przystępność. "Head Hunters" na pewno nie jest dziełem wybitnym, ale doskonale się sprawdza jako imprezowa, lecz nie odmóżdżająca muzyka.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Head Hunters" (1973)

1. Chameleon; 2. Watermelon Man; 3. Sly; 4. Vein Melter

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, flet; Paul Jackson - bass, marimbula; Harvey Mason - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Producent: Herbie Hancock i David Rubinson


2 kwietnia 2018

[Recenzja] The 13th Floor Elevators - "Easter Everywhere" (1967)



Drugi album teksańskiej grupy The 13th Floor Elevators, "Easter Everywhere", nie jest tak ważnym i wpływowym dziełem, jak debiutancki "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators". Nie ma też na nim tak zapamiętywalnych kompozycji, jak przebojowy "You're Gonna Miss Me" czy oniryczny "Kingdom of Heaven". Jest natomiast albumem bardziej dojrzałym, na którym muzycy w bardziej świadomy sposób eksperymentują z psychodelicznym klimatem. Odchodzą tutaj od surowego, garażowego brzmienia debiutu. Zamiast tego, utwory zanurzone są w gęstej, narkotycznej atmosferze, tworzonej za pomocą pogłosów, sfuzzowanych gitar i unikalnych dla tego zespołu dźwięków zelektryfikowanego dzbanka.

O większej dojrzałości kompozytorskiej świadczą takie utwory, jak rozbudowany do ośmiu minut i przez cały ten czas intrygujący "Slip Inside This House", czy bardzo zgrabny i melodyjny "Slide Machine". Warto też zwrócić uwagę na przeróbkę "It's All Over Now, Baby Blue" Boba Dylana, której zespół nadał własnego brzmienia. Za to autorski "I Had to Tell You" został zaaranżowany w stylu folkowych ballad Dylana, ciekawie urozmaicając album. Wpływy folkowe słychać także w "Dust", w którym jednak zostały zestawione z typowymi dla grupy elementami, co również daje ciekawy efekt. Na wyróżnienie zasługuje także nieco jamowy finał albumu, "Postures (Leave Your Body Behind)". Pozostałe nagrania wypadają jednak dość bezbarwnie.

Przyjemny album, ale niewiele ponadto. O ile debiutancki album zespołu odegrał istotną rolę w powstaniu rocka psychodelicznego, tak "Easter Everywhere" to już tylko jeden z wielu wydanych w 1967 roku albumów w tym stylu. Zdecydowanie nienależący do czołówki najlepszych, choć przecież całkiem udany.

Ocena: 7/10



The 13th Floor Elevators - "Easter Everywhere" (1967)

1. Slip Inside This House; 2. Slide Machine; 3. She Lives (In a Time of Her Own); 4. Nobody to Love; 5. It's All Over Now, Baby Blue; 6. Earthquake; 7. Dust; 8. I've Got Levitation; 9. I Had to Tell You; 10. Postures (Leave Your Body Behind)

Skład: Roky Erickson - wokal, gitara, harmonijka; Tommy Hall - dzbanek; Stacy Sutherland - gitara; Dan Galindo - bass; Danny Thomas - perkusja
Gościnnie: Ronnie Leatherman - bass (3); John Ike Walton - perkusja (3); Clementine Hall - dodatkowy wokal (9)
Producent: Lelan Rogers