31 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "Album of the Year" (1997)



Album roku? Co skłoniło muzyków do wyboru takiego właśnie tytułu - zbytnia pewność siebie czy poczucie humoru? A może był to zabieg marketingowy, podsunięty przez ludzi z wytwórni? Nie, to po prostu sarkazm. Sami muzycy byli z tego materiału niezadowoleni i zdawali sobie sprawę, że to ich najgorsze wydawnictwo, odkąd do składu dołączył Mike Patton. "Album of the Year" jest nużącym zbiorem słabych piosenek. Słabych i nudnych. "She Loves Me Not" czy "Pristina" są tak smętne, że po prostu nie mogę ich wysłuchać w całości. Nie przekonują mnie też eksperymenty zespołu z elektroniką - w "Stripsearch" pełni ona dominującą rolę, całkiem sporo jej także w "Last Cup of Sorrow" i "Ashes to Ashes". Fakt, że klawisze były obecne w twórczości grupy od zawsze, ale wcześniej miały bardziej rockowy charakter. W ogóle na płycie jest mało mocniejszych fragmentów - "Collision", "Naked in Front of the Computer", "Got That Feeling" i to by było na tyle. Zespół powiela w nich patenty z poprzednich albumów, ale robi to jakby zupełnie bez przekonania, na siłę. Brakuje im tego szaleństwa, które miały kawałki z "Angel Dust" i "King for a Day... Fool for a Lifetime".

Niedługo po wydaniu "Album of the Year" zespół rozpadł się na kilkanaście lat, co było potwierdzeniem wypalenia się muzyków. Obecnie pracują w tym samym składzie nad nowym materiałem - oby tym razem wyszło z tego coś lepszego.

Ocena: 4/10



Faith No More - "Album of the Year" (1997)

1. Collision; 2. Stripsearch; 3. Last Cup of Sorrow; 4. Naked in Front of the Computer; 5. Helpless; 6. Mouth to Mouth; 7. Ashes to Ashes; 8. She Loves Me Not; 9. Got That Feeling; 10. Paths of Glory; 11. Home Sick Home; 12. Pristina

Skład: Mike Patton - wokal; Jon Hudson - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Roli Mosimann i Bill Gould


30 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)



Przez trzy lata, które minęły między wydaniem "Angel Dust", a ukazaniem się jego następcy, zdążył zmienić się gitarzysta (Jamesa Martina zastąpił Trey Spruance) oraz - po raz kolejny - styl. "King for a Day... Fool for a Lifetime" to najbardziej rockowy/metalowy album Faith No More w dotychczasowej dyskografii. Elementy innych gatunków wciąż są obecne, ale stanowią tylko dodatek (z wyjątkiem nielicznych utworów, w których wybijają się na pierwszy plan). Już na otwarcie czeka stricte rockowy "Get Out", oparty na ciężkim gitarowym riffowaniu i mocnej grze sekcji rytmicznej (ten bas!). Żadnych klawiszy. W tym samym stylu utrzymany jest jeszcze singlowy "Digging the Grave", z bardziej wyrazistą melodią, ale tak samo ciężkim brzmieniem. Oba utwory utrzymane są w szybkim tempie, ale podobne patenty sprawdzają się świetnie także w wolniejszych, bardzo melodyjnych "Ricochet" i "The Last to Know" (choć akurat w nich w tle słychać lekkie klawiszowe ubarwienie). Jest jeszcze półtytułowy "King for a Day", który zdaję się być pomostem, między tą nową, "normalniejszą" odsłoną Faith No More, a tą bardziej zwariowaną z poprzednich albumów.

Są tutaj też zdecydowanie cięższe, bardziej agresywne i pokręcone utwory, często z wokalem Mike'a Pattona momentami zbliżającym się do growlu: "The Gentle Art of Making Enemies", "Cuckoo for Caca" (w którym schizofreniczny klimat pogłębiają klawisze),  "Ugly in the Morning" i "What a Day". Z drugiej strony, na albumie jest wyjątkowo dużo spokojniejszych, balladowych utworów: np. "Caralho Voador", "Take This Bottle", "Just a Man". Wspominałem też o utworach zdradzających inspirację innymi gatunkami. "Evidence" to właściwie czysty soul, zbudowany na świetnej, głębokiej linii basu, z delikatnymi partiami gitary i pianina. Świetnie w soulowej stylistyce odnalazł się także Patton. To w ogóle jeden z najlepszych utworów w repertuarze grupy. Zupełnie inny od wszystkiego co zespół stworzył, ale dzięki temu jeszcze bardziej intrygujący. Drugim wyjątkiem jest funkowy "Star A.D." z udziałem sekcji dętej. To już nieco mniej udany eksperyment.

"King for a Day... Fool for a Lifetime" to najbardziej gitarowy album Faith No More, całkowicie pozbawiony elementów hip hopowych i z niewielką rolą instrumentów klawiszowych. Już to wystarczyłoby, żebym uznał go za najlepszy w dyskografii grupy. Ale zawarte tu utwory (przynajmniej część z nich) stanowią jakość samą w sobie.

Ocena: 8/10



Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)

1. Get Out; 2. Ricochet; 3. Evidence; 4. The Gentle Art of Making Enemies; 5. Star A.D.; 6. Cuckoo for Caca; 7. Caralho Voador; 8. Ugly in the Morning; 9. Digging the Grave; 10. Take This Bottle; 11. King for a Day; 12. What a Day; 13. The Last to Know; 14. Just a Man

Skład: Mike Patton - wokal; Trey Spruance - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Andy Wallace


29 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "Angel Dust" (1992)



Drugi album Faith No More z Mikem Pattonem przez wielu fanów i krytyków uznawany jest za szczytowe dzieło grupy; longplay zajmuje też wysokie pozycje na listach najlepszych i najbardziej inspirujących płyt lat 90. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "The Real Thing" na pewno lepsze jest brzmienie, a zdecydowanie na korzyść zmieniły się proporcje między składnikami stylu grupy - elementy hip hopowe idą w odstawkę, a zwiększa się rola patentów metalowych (momentami jest naprawdę ciężko - vide "Malpractice" i "Jizzlobber"). A jednak osobiście stawiam ten album odrobinę niżej od jego poprzednika. Na "The Real Thing" jest kilka naprawdę wspaniałych utworów, z tytułowym na czele; tutaj nie ma aż takich highlightów. Jest natomiast kilka fragmentów, które ewidentnie mnie odpychają. Przede wszystkim "RV" - pastisz piosenki kabaretowej, oraz po prostu tragiczny "Be Aggressive" z rapowaniem Pattona i okropnymi żeńskimi chórkami. Nie przekonuje też "Crack Hitler" z zniekształconym wokalem, trochę niepotrzebny wydaje się też zamykający całość "Midnight Cowboy" - interpretacja filmowego tematu autorstwa Johna Barry'ego.

Oczywiście "Angel Dust" ma też dobre fragmenty. Przede wszystkim singlowy przebój "Midlife Crisis", z śpiewającym na niezliczoną ilość sposobów Pattonem. Jak przystało na ten zespół, jest to utwór bardzo pokręcony, ale jednocześnie przebojowy. Podobną mieszankę znajdziemy w "Everything's Ruined". Choć pod względem chwytliwości żaden utwór na albumie nie może się równać "Kindergarten". Świetnym, orientalnym klimatem porywa "Smaller and Smaller", a łagodniejsze oblicze grupa prezentuje w "A Small Victory". Całkiem niezły jest też początek albumu - "Land of Sunshine", oparty na klangującym basie i klawiszowym tle, brzmiącym jak z jakiegoś horroru, oraz równie pokręcony "Caffeine", w którym na pierwszy plan wybija się ciężki gitarowy riff, ale w tle znów słychać te przerażające klawisze. O czymś zapomniałem? Tak, jest jeszcze utwór włączony do repertuaru albumu na reedycjach. Przeróbka napisanego przez Lionela Richiego hitu Commodores, "Easy". To jeden z największych i najbardziej rozpoznawalnych przebojów Faith No More, co zupełnie nie powinno dziwić - ta łagodna, prosta piosenka znacznie odbiega od zwariowanego, cięższego materiału zaprezentowanego na "Angel Dust". Co w zależności od punktu widzenia, może być wadą lub zaletą. Mnie ten kawałek specjalnie nie rusza, ale i nie odpycha.

Jak już wcześniej pisałem, "Angel Dust" nie jest albumem pozbawionym wad. Ale wypada go znać - chociażby po to, żeby wiedzieć, że rock lat 90. to nie tylko grunge, komercyjny hard rock Guns N' Roses i nowoczesny thrash metal Pantery.

Ocena: 7/10



Faith No More - "Angel Dust" (1992)

1. Land of Sunshine; 2. Caffeine; 3. Midlife Crisis; 4. RV; 5. Smaller and Smaller; 6. Everything's Ruined; 7. Malpractice; 8. Kindergarten; 9. Be Aggressive; 10. A Small Victory; 11. Crack Hitler; 12. Jizzlobber; 13. Midnight Cowboy

Skład: Mike Patton - wokal, harmonijka klawiszowa (13); James Martin - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Matt Wallace i Faith No More


28 sierpnia 2014

[Recenzja] Faith No More - "The Real Thing" (1989)



W drugiej połowie lat 80. popularne stało się łączenie rocka i metalu z zupełnie innymi, praktycznie niepasującymi, gatunkami, jak hip hop czy muzyka elektroniczna. Starsi wykonawcy wówczas byli raczej niechętni takim eksperymentom (wyjątki to np. wspólny utwór Arerosmith i Run-D.M.C., "Walk This Way", lub pastiszowy "I'm the Man" Anthrax), ale powstało wówczas wiele nowych grup, które swój styl zbudowały właśnie przez połączenie elementów różnych gatunków muzycznych. Wśród nich był także kalifornijski Faith No More. Grupa zadebiutowała w 1985 roku albumem "We Care a Lot", dość mocno tkwiącym w brzmieniu tamtej dekady (charakterystyczne brzmienie klawiszy), choć już wtedy muzycy łączyli rock z funkiem i skandowanymi partiami wokalnymi. Wydany dwa lata później "Introduce Yourself" nie przyniósł wielkich zmian stylistycznych, choć pod względem brzmieniowym wypadał znacznie lepiej. Najsłabszym ogniwem grupy był wokalista Chuck Mosley, który nie dysponował ani ciekawą barwą głosu, ani umiejętnościami.

Przełomowym momentem w historii zespołu była zmiana wokalisty na Mike'a Pattona - choć jego głos może irytować, to nie można mu odmówić talentu. W praktycznie każdym utworze śpiewa na kilka różnych sposobów. Już pierwszy nagrany z nim album, "The Real Thing", okazał się wielkim sukcesem - przede wszystkim komercyjnym.  Pod względem muzycznym jest to niespotykana wcześniej mieszanka rocka, metalu, funku i hip hopu, z lekkimi wpływami jazzu i soulu. Całość otwiera najbardziej chyba zachowawczy "From Out of Nowhere", z punk rockowo prostym riffem, przyjemnie pulsującym basem i z klawiszowym tłem. Większość utworu utrzymana jest w szybkim tempie, ale pojawiają się dwa zwolnienia. W "Epic" dzieje się już o wiele więcej - funkowe zwrotki z rapowaniem, popowy, śpiewany refren, typowo rockowa solówka i spokojne fortepianowe zakończenie. Nikt wcześniej czegoś takiego nie nagrał i pewnie dlatego singiel z tym utworem osiągnął ogromny sukces. Według mnie o wiele większy potencjał komercyjny ma jednak "Falling to Pieces" - melodyjny kawałek oparty na wyrazistej partii basu i mocno zmiękczony klawiszami (także wydany na singlu, ale notowany niżej od "Epic").

W "Surprise! You're Dead!" pojawia się thrash metalowy riff i agresywne skandowanie Pattona. "Zombie Eaters" dla odmiany rozpoczyna się delikatnym motywem na gitarze akustycznej, z odpowiednio łagodną partią wokalną i znów z klawiszowym tłem. Balladowy nastrój kończy się jednak po dwóch minutach, kiedy utwór nabiera ciężaru. Na podobnych kontrastach zbudowany jest utwór tytułowy - od spokojnych fragmentów utrzymanych w dość mrocznym nastroju, do ciężkiego riffowania. To najbardziej rozbudowany (trwający ponad osiem minut) i zróżnicowany (i muzycznie, i wokalnie) utwór w całej dyskografii zespołu. Być może także najlepszy. Po klimatycznym "The Real Thing" rozbrzmiewa radosny, funkowo-popowy "Underwater Love", a następnie znów mroczniejszy i cięższy "The Morning After". Instrumentalny "Woodpecker from Mars" to dziwne połączenie metalowego riffowania, funkowej gry sekcji rytmicznej i wschodniobrzmiących klawiszy. Na tym utworze kończyło się winylowe wydanie albumu, ale pozostałe formaty zawierają dwa dodatkowe utwory.

Zupełnie nie rozumiem sensu umieszczenia na albumie przeróbki "War Pigs" z repertuaru Black Sabbath. Gdyby chociaż zespół zagrał ją we własnym stylu... Ale muzycznie jest praktycznie identyczna co oryginał - nie licząc brzmienia, które jest oczywiście nowocześniejsze. Nawet Patton śpiewa do tej samej linii wokalnej, co Ozzy Osbourne. Utwór kilka lat później znalazł się na kompilacji-hołdzie dla Black Sabbath, "Nativity in Black" (1994), i tam sprawiał o wiele lepsze wrażenie. Tutaj nie bardzo pasuje, odstaje od reszty. Szkoda natomiast, że na winylowe wydanie "The Real Thing" nie trafił autorski "Edge of the World". To jeden z bardziej eksperymentalnych utworów grupy, zdradzający silny wpływ jazzu. Dominującym instrumentem jest pianino, a w końcówce słychać saksofon (być może wygenerowany z syntezatora, bo w opisie albumu nie ma żadnej informacji o udziale saksofonisty). Utwór wyróżnia się też świetną melodią - równiez pod tym względem stanowi jeden z ciekawszych fragmentów całości.

Wolę tradycyjny rock, bez tych wszystkich udziwnień typu rapowane partie wokalne, ale "The Real Thing" to kawał świetnej i ciekawej muzyki. W chwili wydania album był bardzo nowatorski, a do dzisiaj brzmi świeżo i porywająco.

Ocena: 8/10



Faith No More - "The Real Thing" (1989)

1. From Out of Nowhere; 2. Epic; 3. Falling to Pieces; 4. Surprise! You're Dead!; 5. Zombie Eaters; 6. The Real Thing; 7. Underwater Love; 8. The Morning After; 9. Woodpecker from Mars; 10. War Pigs; 11. Edge of the World

Skład: Mike Patton - wokal; James Martin - gitara; Bill Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Matt Wallace i Faith No More


22 sierpnia 2014

[Recenzja] Blues Pills - "Blues Pills" (2014)



Blues Pills to młody zespół założony w 2011 roku w Szwecji, przez międzynarodowy skład - szwedzkie pochodzenie ma tylko wokalistka Elin Larsson, a poza nią w grupie grają francuski gitarzysta Dorian Sorriaux i amerykańska sekcja rytmiczna Zack Anderson / Cory Berry (obaj grali wcześniej w Radio Moscow). W swojej twórczości nawiązują do muzyki z przełomu lat 60. i 70., do wykonawców bluesrockowych i psychodelicznych, takich jak Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Free, Jimi Hendrix, Cream, a momentami nawet do mocniejszego grania w stylu Led Zeppelin. Głos Elin Larsson brzmi natomiast jak połączenie Janis Joplin z... Adele.

Muzyka zawarta na debiutanckim albumie grupy jest bardzo surowa, oparta na podstawowym instrumentarium; rzadko wzbogacana brzmieniami klawiszowymi w tle (pianino w "No Hope Left For Me", organy w "Astraplane"). Dominuje tutaj bardzo energetyczne granie, na pograniczu bluesa i hard rocka, z zadziornym śpiewem Larsson (np. "High Class Woman", "Ain't No Change", "Jupiter", "Devil Man"). Jak na około czterominutowe utwory całkiem sporo się w nich dzieje. Na szczególne wyróżnienie zasługuje "Black Smoke", w którym piękne balladowe fragmenty przeplatają się z riffowym czadem. To jeden z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów albumu, dzięki nośnym riffom, melodii i świetnym solówkom Sorriauxa.

Świetnie wypadają też utwory, w których spokojne granie dominuje. Jak prześliczny "River", bazujący przede wszystkim na psychodelicznym nastroju. To tutaj Elin Larsson w pełni pokazuje na co ją stać, a Dorian Sorriaux błyszczy najlepszymi solówkami. Zespół równie dobrze wypada w bardziej bluesowych balladach  "No Hope Left For Me" i "Astraplane", jak również w wyraźnie inspirowanej Hendrixem "Little Sun" (nie tylko tytułem przypominającej "Little Wing"), która perfekcyjnie zamyka longplay. Wszystkie te utwory są ciekawą równowagą dla tych bardziej energetycznych kawałków, a właściwie oczywistym ich dopełnieniem. Od reszty utworów odstaje natomiast "Gypsy" (oryginalnie wykonywany przez Chubby 'ego Checkera), w którym zgodnie z tytułem pojawia się lekko cygański klimat.

"Blues Pills" to bardzo udany debiut. Zespół ma spory potencjał i za kilka lat może zdobyć naprawdę wielką popularność. Brakuje dziś takiej muzyki, a muzycy Blues Pills opanowali ją niemal do perfekcji.

Ocena: 7/10



Blues Pills - "Blues Pills" (2014)

1. High Class Woman; 2. Ain't No Change; 3. Jupiter; 4. Black Smoke; 5. River; 6. No Hope Left For Me; 7. Devil Man; 8. Astraplane; 9. Gypsy; 10. Little Sun

Skład: Elin Larsson - wokal; Dorian Sorriaux - gitara;  Zack Anderson - bass; Cory Berry - perkusja
Gościnnie: Robert Wallin - instr. klawiszowe (6,8); Joel Westberg - instr. perkusyjne
Producent: Don Alsterberg


21 sierpnia 2014

[Recenzja] Opeth - "Pale Communion" (2014)



Wszyscy, którzy chcieliby powrotu do twórczości Opeth elementów death metalu, mogą w ogóle nie tracić czasu na poznawanie najnowszego dzieła zespołu. "Pale Communion" to w pewnym sensie kontynuacja wydanego trzy lata temu "Heritage" - nie ma tu żadnych growli, a cięższe gitary pojawiają się tylko jako urozmaicenie w kilku utworach. Zamiast tego grupa jeszcze bardziej idzie w stronę rocka progresywnego w klimacie lat 70. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę - od razu przywodzącą na myśl "Pictures at an Exhibition" Emerson, Lake & Palmer (choć jest też mrok znany z okładek Opeth sprzed "Heritage"). O ile jednak poprzedni album Opeth sprawiał wrażenie dziwnego - i momentami niezbyt udanego - eksperymentu, tak tutaj słychać, że muzycy doskonale czują się w takim graniu. Że odnaleźli swój nowy styl, będący wypadkową "dawnego" Opeth i wyraźnej inspiracji muzyką sprzed czterech dekad.

Pierwsza kompozycja, "Eternal Rains Will Come", rozpoczyna się dość mocnym wstępem. Charakterystyczne brzmienie klawiszy i gra sekcji rytmicznej zdradzają inspirację wspomnianym już ELP, choć w tle pojawia się też mocna gitara. Po minucie następuje całkowite wyciszenie, słychać tylko delikatny motyw - już nie emersonowych - klawiszy. Po chwili rozbrzmiewa śliczny gitarowy temat, a następnie dochodzą pozostałe instrumenty i partia wokalna. Utwór powoli się rozwija, aż do mocnego finału. W międzyczasie pojawia się zgrabna solówka gitarowa, jednak tym, co najbardziej tutaj urzeka, jest wspaniała melodia. Świetna rzecz na otwarcie albumu i jedna z lepszych kompozycji, jakie w ostatnim czasie słyszałem.

Singlowy "Cusp of Eternity" to jedyny utwór na albumie, który w całości oparty jest na ciężkim metalowym riffie, równoważonym jednak przez melodyjny śpiew Mikaela Åkerfeldta i klawiszowe tło. Początkowo utwór wydawał mi się trochę monotonny, ale to właśnie ta powtarzalność, w połączeniu z nieco orientalnym klimatem, stanowi o sile tego utworu. Jeśli ktoś jednak tęskni za "dawnym" Opeth, to prawdopodobnie najbardziej ucieszy go "Moon Above, Sun Below". Najdłuższa, ponad dziesięciominutowa kompozycja, pełna zmian motywów i nastrojów - od momentów z metalowym riffowaniem i mocniejszym śpiewem (choć dalekim od growlu) do fragmentów balladowych z brzmieniami akustycznymi. Zaskoczeniem może być dłuższy fragment, w którym gitara całkowicie ustępuje miejsca klawiszom - i znów skojarzenia biegną w stronę ELP.

Środek albumu to dwa najkrótsze utwory. "Elysian Woes" spokojnie mógłby znaleźć się na albumie "Damnation" (dla przypomnienia - pierwszym w dyskografii Opeth, na którym w ogóle nie było elementów death metalu). Ma ten sam nastrój, co kompozycje z tamtego longplaya, nieodległą melodię, a nawet podobne instrumentarium (dużo gitary akustycznej, melotron). Z kolei "Goblin" nie przypomina niczego, co grupa wcześniej nagrała - jest to bardzo intrygujący, zróżnicowany utwór instrumentalny. Tytuł pochodzi od nazwy włoskiego zespołu prog rockowego, założonego w 1972 roku i z przerwami istniejącego do dzisiaj, który zainspirował Åkerfeldta do stworzenia tego utworu (muzyk już wcześniej dawał swoim utworom i albumom tytuły od nazw mniej znanych grup, jak Still Life, Blackwater Park, czy The Masters Apprentices).

Najbardziej zaskakującym momentem albumu jest "River". Pierwsza cześć tego utworu to najbardziej radosne i pozytywne trzy minuty muzyki, jakie kiedykolwiek stworzyła ta grupa. Oparte na bardzo piosenkowym motywie, granym na gitarze akustycznej, z nietypowo wysokim śpiewem Åkerfeldta, pięknymi solówkami gitarowymi i organowym tłem. Dalej klimat się zmienia, zostaje tylko partia wokalna i organy, po chwili dołącza jednak typowo opethowa partia gitary. Pozostała część utworu to głównie instrumentalny popis wszystkich muzyków, czasami przypominających o swoich metalowych korzeniach, jednak nad całą kompozycją unosi się przede wszystkim duch rocka progresywnego lat 70. Niesamowity utwór. Może nawet najwspanialszy w całej dotychczasowej twórczości grupy.

Ostatnie dwa utwory charakteryzują się sporym, niemal symfonicznym rozmachem. "Voice of Treason", mimo licznych zaostrzeń, bazuje przede wszystkim na nastroju. Uwagę zwraca w nim jednak przede wszystkim nietypowa końcówka, w której partii wokalnej towarzyszy tylko fortepianowy akompaniament. Nieco więcej dzieje się w "Faith in Others". Początek brzmi jak hołd dla King Crimson, niemal jak cytat z kompozycji w rodzaju "Epitaph", "In the Wake of Poseidon" i "Starless" (oczywiście to nie ten poziom). Później utwór się rozwija, wielokrotnie zmieniają się motywy, dochodzą charakterystyczne dla grupy partie gitar, ale crimsonowy klimat jest dalej wyczuwalny. Podniosły klimat idealnie pasuje na zakończenie albumu.

"Pale Communion" to bardzo bogaty i różnorodny, a zarazem spójny album, wymagający wielu przesłuchań, zanim słuchacz odkryje wszystkie ukryte na nim smaczki. Piękny longplay, na którym muzycy garściami czerpią z muzyki lat 70., ale jednocześnie zachowują swój własny charakter. Trudno powiedzieć czy to najbardziej udane dzieło Opeth w całej karierze - jest zbyt nowe, żeby je w pełni obiektywnie ocenić. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że to najpiękniejszy album zespołu.

Ocena: 8/10



Opeth - "Pale Communion" (2014)

1. Eternal Rains Will Come; 2. Cusp of Eternity; 3. Moon Above, Sun Below; 4. Elysian Woes; 5. Goblin; 6. River; 7. Voice of Treason; 8. Faith in Others

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Fredrik Åkesson - gitara; Joakim Svalberg - instr. klawiszowe; Martín Méndez - bass; Martin Axenrot - perkusja
Gościnnie: Dave Stewart - aranżacja instr. smyczkowych; Steven Wilson - dodatkowy wokal
Producent: Mikael Åkerfeldt


16 sierpnia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory AC/DC

Jak na zespół, który "w kółko nagrywa ten sam utwór", AC/DC ma wyjątkowo dużo przebojów. Dla wielu z nich znalazło się miejsce na poniższej liście. Wybrałem też dwa utwory mniej znane, za to wyróżniające się na tle dyskografii nieco odmiennym charakterem. Lista zawiera utwory zarówno z czasów Bona Scotta, jak i Briana Johnsona.

AC/DC w drugiej połowie lat 70.: Malcolm Young, Bon Scott, Angus Young, Cliff Williams i Phil Rudd.


1. "It's a Long Way to the Top" (z albumu "High Voltage", 1976)

Pełny tytuł utworu brzmi "It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll)". Oryginalnie był wydany na drugim australijskim albumie zespołu, "T.N.T."; był też jednym z promujących go singli (doszedł do 9. miejsca w australijskim notowaniu, co było największym singlowym sukcesem grupy przez całe lata 70.). Następnie utwór - w wersji krótszej o kilka sekund - został powtórzony na ogólnoświatowym debiucie AC/DC, "High Voltage". Ze względu na swój tytuł, idealnie nadawał się na pierwszy międzynarodowy singiel zespołu (nie tylko nie powtórzył jednak australijskiego sukcesu, ale w ogóle nie wszedł do notowań).
Pod względem muzycznym jest to typowy dla grupy utwór - prosty, chwytliwy hard rock - ale wyróżniający się instrumentarium. Poza gitarami, basem i perkusją, słychać tu także... dudy. Zagrał na nich wokalista Bon Scott, który - podobnie jak gitarzyści, Angus i Malcolm Youngowie - miał szkockie korzenie. Pomysłodawcą wykorzystania tego instrumentu był współproducent albumu, George Young (starszy brat gitarzystów).
Kawałek był stałym punktem koncertów grupy w latach 1975-76, muzycy sporadycznie wykonywali go także przez trzy kolejne lata.


2. "T.N.T." (z albumu "High Voltage", 1976)

Historia wydawnicza podobna, jak w przypadku poprzedniego utworu - utwór najpierw wylądował na australijskim albumie "T.N.T.", a następnie na ogólnoświatowym "High Voltage". Na singlu "T.N.T." było jednak wydane wyłącznie w Australii. W tamtejszym notowaniu doszło do - w zależności od źródła - 11. lub 19. miejsca.
Zalążkiem utworu była kompozycja "Quick Reaction" zespołu Marcus Hook Roll Band, w którym występowali George, Malcolm i Angus Youngowie.
Jedna z linijek tekstu, "Lock up your wife", po drobnej modyfikacji na "Lock up your daughters", posłużyła jako nazwa pierwszej brytyjskiej trasy AC/DC. Utwór jest regularnie wykonywany na wszystkich trasach zespołu. Według portalu setlist.fm jest 3. najczęściej granym przez grupę utworem.


3. "Problem Child" (z albumu "Dirty Deeds Done Dirt Cheap", 1976)

Amerykański wydawca zespołu uznał album "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" za zbyt słaby, aby opublikować go na tamtejszym rynku (ostatecznie zrobił to w 1981 roku, po sukcesie "Back in Black"), ale jeden z zawartych na nim utworów - właśnie "Problem Child" - uznał za wystarczająco dobry, aby umieścić na amerykańskim wydaniu następnego albumu AC/DC, "Let There Be Rock" (zamiast "Crabsody in Blue"). "Amerykańska" wersja "Problem Child" jest jednak o ok. 20 sekund krótsza od oryginalnej.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1976-81, oraz na trasie z 2001 roku.


4. "Ride On" (z albumu "Dirty Deeds Done Dirt Cheap", 1976)

Nietypowy utwór w dorobku grupy - długa bluesowa ballada w wolnym tempie. Chociaż "Ride On" nie był przebojem, nie należał nawet do najbardziej rozpoznawalnych utworów AC/DC, to w 1986 roku został powtórzony na soundtrackowym albumie "Who Made Who" (jako jedyny utwór z czasów Bona Scotta).
Na żywo "Ride On" został wykonany tylko jeden jedyny raz - 22 czerwca 2001 roku we Francji, jako ostatni bis.


5. "Let There Be Rock" (z albumu "Let There Be Rock", 1977)

Jeden z kilku hymnów zespołu. Tekst - napisany w biblijnym stylu - opowiada o tym, jak powstał rock and roll. Fragment "Tchaikovsky had the news" nawiązuje do słów "Tell Tchaikovsky the news" z utworu "Roll Over Beethoven" Chucka Berry'ego - ulubionego wykonawcy braci Young.
Podczas rejestracji utworu zdarzył się mały wypadek z ustawionym zbyt głośno wzmacniaczem... Pod koniec nagrywania piec wybuchł! - mówił Angus. Widać było dym i iskry, lampy się żarzyły. Ale George krzyczał: "Graj dalej, graj dalej!".
Utwór został wydany na singlu - doszedł do 82. miejsca australijskiego notowania. Ponadto stał się stałym punktem koncertów - jest 4. najczęściej wykonywanym przez grupę utworem.


6. "Whole Lotta Rosie" (z albumu "Let There Be Rock", 1977)

Bohaterką utworu jest niejaka Rosie. Bon poznał ją po koncercie w Tasmanii - wyjaśniał Angus Young. Zauważyła go na ulicy i wydarła się na cały głos: "Hej, Bonie Scott!". Bon obejrzał się i uznał, ze coś może z tego być. Podszedł więc do niej, a po zaledwie kilku słowach zaproponowała, by ją odwiedził. Bon nie był facetem, który odrzuciłby taką propozycję. Wylądował więc w pokoju, który zajmowała razem z koleżanką. Najpierw gadali trochę w trójkę i wtedy Rosie pochwaliła się, ze zaliczyła już dwudziestu ośmiu sławnych facetów w tym miesiącu. A gdy rano wygrzebał się z pościeli, zobaczył jak Rosie potrząsa koleżankę za ramię i mówi do niej z triumfem: "Dwudziesty dziewiąty!".
Tytuł nawiązuje do "Whole Lotta Love" Led Zeppelin, choć bracia Young nigdy nie kryli - delikatnie mówiąc - braku sympatii do tej grupy (Angus uważał ją za marną imitację The Who). Pierwotna wersja utworu nosiła tytuł "Dirty Eyes" (można ją znaleźć na kompilacji "Volts").
"Whole Lotta Rosie" był pierwszym singlem grupy, który nie trafił do australijskiego notowania. A zarazem pierwszym notowanym poza ojczyzną muzyków - doszedł do 68. miejsca UK Singles Chart.
Utwór jest 2. najczęściej wykonywanym przez zespół na żywo (wyprzedza go tylko "The Jack" z "T.N.T."/międzynarodowego "High Voltage").


7. "Highway to Hell" (z albumu "Highway to Hell", 1979)

Jeden z najsłynniejszych rockowych riffów wszech czasów (autorstwa Malcolma Younga) i tekst z wersami w rodzaju "Hey Satan, payed my dues", które przyczyniły się do oskarżeń zespołu o satanizm (oczywiście w konserwatywnych Stanach). W rzeczywistości utwór dotyczy trasy koncertowej. Gdy jesteś w trasie z tymi wszystkimi facetami, śpisz z nimi w autobusie i czujesz zapach śmierdzących skarpetek przy twarzy - to jest właśnie droga do piekła - wyjaśniał Angus Young.
Utwór został wydany na singlu i był notowany w wielu krajach - m.in. w Australii (24. miejsce), Wielkiej Brytanii (56. miejsce) i - po raz pierwszy - w Stanach (47. miejsce). Utwór został wydany a singlu jeszcze raz, w 2013 roku (doszedł aż do 4. miejsca na UK Singles Chart). W międzyczasie ukazała się jeszcze mała płytka z koncertową wersją utworu, pochodzącą z wydanego w 1992 roku albumu "Live" (ta z kolei doszła do 29. miejsca w Australii i 14. w Wielkiej Brytanii).
"Highway to Hell" na stałe wszedł do koncertowego repertuaru grupy. Jest 5. najczęstszej wykonywanym przez nią utworem.


8. "Back in Black" (z albumu "Back in Black", 1980)

Po śmierci Bona Scotta (19 lutego 1980 roku) pozostali muzycy AC/DC myśleli o zakończeniu działalności, ale zdecydowali się ją kontynuować. Częściowo ze względu na to, że jeszcze za życia wokalisty zdążyli stworzyć część utworów. Nie wykorzystano jednak tekstów napisanych przez Scotta. Bracia Young i nowy wokalista, Brian Johnson, napisali zupełnie nowe teksty. Część z nich - z "Back in Black" na czele - była hołdem dla zmarłego muzyka. Tekst tego utworu, napisany przez Johnsona, ma jednak - zgodnie z sugestią pozostałych członków zespołu - pozytywny wydźwięk, bez popadania w żałobny nastrój.
Słynny riff utworu - tak samo rozpoznawalny jak ten z "Highway to Hell" - to znów dzieło Malcolma Younga. Gitarzysta początkowo nie był jednak przekonany do swojego pomysłu. Od razu przypadł natomiast do gustu Angusowi, który ponoć powiedział swojemu bratu: Jeśli tobie się nie podoba, to powiem, że sam to napisałem.
Utwór został wydany na singlu - był notowany w Australii (65. miejsce), Wielkiej Brytanii (27.) i Stanach (37.) - oraz wszedł na stałe do koncertowego repertuaru (wśród najczęściej wykonywanych utworów grupy na żywo zajmuje 6. miejsce).


9. "You Shook Me All Night Long" (z albumu "Back in Black", 1980)

Jeden z najbardziej melodyjnych utworów zespołu. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że to właśnie on został wybrany jako pierwszy singiel z albumu. Słuszność tego wyboru potwierdzają wyniki na listach sprzedaży - w Australii udało się pobić dotychczasowy rekord, należący do "It's a Long Way to the Top" ("You Shook Me All Night Long" zaszedł o jedno miejsce wyżej - do 8. pozycji), całkiem nieźle radził sobie także w Wielkiej Brytanii i Stanach (odpowiednio 38. i 35. miejsce). W 1986 roku utwór został ponownie wydany na singlu, tym razem w ramach promocji soundtrackowego "Who Made Who". Tym razem jednak odniósł nieco mniejszy sukces (70. miejsce w Australii, 46. w Wielkiej Brytanii).
"You Shook Me All Night Long" na stałe wszedł do koncertowej setlisty zespołu - zamyka pierwszą dziesiątkę najczęściej wykonywanych przez niego utworów na żywo.


10. "Hells Bells" (z albumu "Back in Black", 1980)

Na początku utworu słychać bicie dzwonów. Muzycy zamówili dzwon, który mieli zabrać w trasę, u ludwisarza z Loughborough - wspominał inżynier dźwięku Tony Platt. Nie był jednak gotowy, gdy przystąpiliśmy do nagrywania albumu. Znaleźliśmy więc dzwon na wieży nieopodal studia i przygotowałem cały sprzęt, by nagrać jego uderzenia. Nie wiedzieliśmy jednak, że na dzwonnicy mieszka mnóstwo ptaków. I kiedy dzwon zaczął bić, było słychać tylko ogłuszający świergot i trzepot skrzydeł.
"Hells Bells" stał się kolejnym obowiązkowym punktem koncertów grupy (jest 7. najczęściej wykonywanym przez zespół utworem), a podczas jego wykonywania na scenie pojawiał się wspomniany dzwon z logiem zespołu, ważący półtora tony, w który bije Brian Johnson. Myśleliśmy, ze ludzie mają już serdecznie dosyć dzwonu - mówił po latach Angus Young. Ale kiedy zjeżdża na początku "Hells Bells", a wszyscy zaczynają wiwatować, dochodzimy do wniosku, że po prostu nie możemy z niego zrezygnować.
Utwór doszedł do 7. miejsca australijskiego notowania singli. W Wielkiej Brytanii i Stanach nie został wydany na małej płycie, co jednak nie przeszkodziło mu dotrzeć do 50. pozycji na amerykańskiej liście Mainstream Rock Tracks.


11. "Shoot to Thrill" (z albumu "Back in Black", 1980)

Utwór od samego początku był stałym punktem koncertów (jest 9. najczyściej wykonywanym na żywo), a jego popularność wzrosła w ostatnich latach, kiedy trafił na ścieżkę dźwiękową filmu "Iron Man 2" z 2010 roku (wówczas powstał do niego teledysk) i w końcu został wydany na singlu (w koncertowej wersji promującej album "Live at River Plate", 2011; mała płytka doszła do 98. miejsca na UK Singles Chart).


12. "For Those About to Rock" (z albumu "For Those About to Rock We Salute You", 1981)

Kolejny hymn zespołu, być może ten najważniejszy. Mieliśmy ten riff z refrenu, który brzmiał zabójczo - opowiadał o powstaniu kompozycji Angus. Staraliśmy się dobrać do tego dobry tytuł. Miałem starą książkę o rzymskich gladiatorach pod tytułem "For Those About to Die We Salute You". Wymyśliliśmy "For Those About to Rock", co brzmi odrobinę lepiej, niż "idący na śmierć". Ten utwór ma w sobie mnóstwo znaczeń. Jest bardzo inspirujący. Sprawia, że zyskujesz poczucie mocy - myślę, że o to chodzi w rock'n'rollu.
Fanom zespołu utwór nierozerwalnie kojarzy się z... armatami. Nie tylko ze względu na okładkę albumu, ale także na fragment tekst utworu ("Pick up your balls and load up your cannon") i słyszalne w nim odgłosy wystrzału. Wpadliśmy na to w czasie wesela Charlesa i Diany - wyjaśniał Angus. Byliśmy w Paryżu, nagrywaliśmy wersje demo kawałków. W tej piosence zatrzymaliśmy się i usłyszeliśmy odpalane armaty. Ktoś miał włączony telewizor z transmisją wesela... Powiedziałem, że brzmi to świetnie, żeby spróbowac tego użyć. Gitarzysta wyjaśniał także: Chciałem czegoś silnego, czegoś męskiego i rock'n'rollowego. A cóż jest bardziej męskiego od działa? Ładuje się je, odpala i niszczy. Armaty szybko stały się kolejnym elementem koncertowej scenografii grupy.
Utwór na stałe wszedł do koncertowego repertuaru zespołu. Był też wydany na singlu (doszedł do 15. miejsca w Wielkiej Brytanii i do 4. na amerykańskiej liście Mainstream Rock Tracks; w Australii nie był notowany).


13. "Who Made Who" (z albumu "Who Made Who", 1986)

Jeden z trzech utworów (obok instrumentalnych "D.T." i "Chase the Ace") specjalnie napisanych przez zespół do filmu "Maksymalne przyśpieszenie" ("Maximum Overdrive", 1986) na podstawie tak samo zatytułowanej książki Stephena Kinga, który był także reżyserem. Chociaż sam utwór "Who Made Who" okazał się sukcesem (także komercyjnym: 9. miejsce w Australii, 16. w Wielkiej Brytanii, 23. na Mainstream Rock Tracks), muzycy nie byli zadowoleni z całego przedsięwzięcia. Gdy pracowaliśmy nad muzyką, znaliśmy tylko scenariusz i na tym etapie film zapowiadał się wspaniale - mówił Angus. Ale kiedy zaczęto go kręcić, coś się ulotniło. Zrobiliśmy to tylko dla Stephena, bo jest wielkim fanem zespołu.
Ówczesny perkusista, Simon Wright, stwierdził, że "Who Made Who" to najlepszy utwór AC/DC od dawna. Kompozycja nie zagrzała jednak długo miejsca w koncertowej setliście; była regularnie grana tylko do 1991 roku, później można ją było usłyszeć tylko na kilku koncertach na trasie z 1996 roku.


14. "Thunderstruck" (z albumu "The Razors Edge", 1990)

Ostatni wielki przebój zespołu (4. miejsce w Australii, 13. w Wielkiej Brytanii, 5. na Mainstream Rock Tracks), jedyny utwór z późniejszych albumów zespołu, który na stałe wszedł do koncertowego repertuaru. Zaczęło się od mojej zagrywki gitarowej - opisywał powstanie utworu Angus. Zagrałem ją Malowi, który powiedział: "Mam pomysł na rytm, który będzie tu świetnie pasował". Na tej podstawie zbudowaliśmy utwór. Pracowaliśmy nad tym kilka miesięcy, zanim wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Jeśli chodzi o tekst, to wystarczyło tylko znaleźć dobry tytuł. Wpadliśmy na taki i zdawał się pasować. AC/DC = moc. To podstawowa rzecz.



15. "The Razors Edge" (z albumu "The Razors Edge", 1990)

Bardzo nietypowy utwór w dyskografii zespołu. Utrzymany w wolnym tempie i ponurym nastroju nie przypomina niczego, co grupa nagrała wcześniej lub później. Również tekstowo odstaje od wesołych, rozrywkowych tekstów z których grupa słynie. Angus i Malcolm Youngowie (autorzy wszystkich tekstów na albumie) poruszają tutaj temat niepokojącej sytuacji politycznej na świecie. Niestety, utwór do dziś pozostaje aktualny.
"The Razors Edge" był wykonywany tylko podczas trasy promującej album, trwającej w latach 1990-91.

2 sierpnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Argus" Wishbone Ash

W kolejnej części cyklu "Historie okładek" przedstawiam jedną z najbardziej rozpoznawalnych okładek stworzonych przez słynną firmę designerską Hipgnosis.


Okładkę "Argusa" zaprojektowali ludzie z agencji Hipgnosis - mówił Andy Powell, wokalista/gitarzysta Wishbone Ash. Umieścili na niej postać wojownika wziętą z filmu "Diabły" Kena Russella. Uważali, że wygląda ona bardzo tajemniczo. Poszliśmy tym tropem i daliśmy płycie tytuł "Argus". Słowo to oznacza jednookiego obserwatora, strażnika. Według mitologii greckiej Argus rzeczywiście był strażnikiem, ale posiadającym "sto wiecznie czuwających oczu". Tytuł zaproponował perkusista grupy, Steve Upton, który w tamtym czasie był zafascynowany grecką mitologią. Postać wojownika nawiązuje do dwóch utworów z albumu - "Warrior" i "Throw Down the Sword".


Okładkowe zdjęcie zostało wykonane w okolicach przełomu rzeki Verdun, w południowej Francji. Andy Powell uważa, że do zdjęcia wykorzystany został ten sam kostium, który został użyty w wspomnianym filmie "Diabły" ("The Devils", 1971). Jeśli się dobrze przypatrzeć okładce, można zauważyć, że wojownik nie spogląda na krajobraz, lecz na... statek kosmiczny. Na tylnej okładce można dostrzec statek kosmiczny - przyznawał Powell. Wygląda jak jakaś machina z czasów starożytnych, a zarazem jak coś bardzo nam współczesnego.

Na okładce nie został podany pomysłodawca okładki ani autor zdjęcia (jest jedynie informacja: Cover design and outer photograph by Hipgnosis), jednak według Andy'ego Powella była to wizja Storma Thorgersona, współzałożyciela firmy. Za zdjęcia członków zespołu z wewnętrznej strony okładki odpowiada Barry Wentzell. Okładka albumu "Argus" tak spodobała się Jimmy'emu Page'owi, że postanowił zlecić firmie Hipgnosis przygotowanie okładki piątego albumu Led Zeppelin, "Houses of the Holy".