28 czerwca 2014

[Artykuł] Historie okładek Led Zeppelin


Cykl "Historie okładek" wraca po krótkiej przerwie. W odświeżonej formie. Niniejsza część, w przeciwieństwie do poprzednich, nie jest poświęcona jednej, konkretnej okładce, a okładkom wszystkich studyjnych albumów Led Zeppelin. Mało który wykonawca przywiązuje aż taką wagę do graficznej oprawy swoich dzieł, jak ten zespół. W przyszłości w cyklu będą się pojawiać zarówno części przygotowane według oryginalnego konceptu (tzn. będące omówieniem jednej okładki), jak i takie zbiorcze, opisujące stronę graficzną całej dyskografii danego wykonawcy (wśród tych drugich na pewno znajdą się części poświęcone grupom Pink Floyd i The Beatles).

1. "Led Zeppelin" (1969)

Okładka albumu "Led Zeppelin" (fragment).
Nazwa zespołu pochodzi od popularnego określenia sterowców (nawiązującego do nazwiska niemieckiego konstruktora tych maszyn), nie dziwi zatem, że na okładce pierwszego albumu widnieje właśnie zeppelin. Zaprojektowanie okładki zlecono George'owi Hardiemu. Zaproponował wizerunek sterowca w chmurach; pomysł nie spotkał się jednak z aprobatą Jimmy'ego Page'a. Gitarzysta zaproponował w zamian wykorzystanie zdjęcia z katastrofy pasażerskiego liniowca LZ 129 Hindenburg, do której doszło 6 maja 1937 roku, podczas cumowania, po jego pierwszym locie przez Atlantyk. Autorem wykorzystanej fotografii był fotoreporter Gus Pasquarell z dziennika "Philadelphia Bulletin". Hardie przerobił zdjęcie, nadając mu monochromatyczny wygląd za pomocą kalki kreślarskiej. Otrzymał za to 60 funtów. W późniejszych latach projektował okładki m.in. dla Pink Floyd, Black Sabbath, Genesis, Yes i Wings.

Oryginalna fotografia Gusa Paquarella.
Na okładce pierwszego brytyjskiego wydania albumu "Led Zeppelin" nazwa zespołu i logo wytwórni Atlantic są w kolorze niebieskim; z kolei na pierwszym wydaniu CD, z 1990 roku - w żółtym. We wszystkich innych wydaniach wykorzystano kolor pomarańczowy (w różnych odcieniach).

Niebieska, pomarańczowa i żółta wersja okładki.


2. "Led Zeppelin II" (1969)

Okładka "Led Zeppelin II" (front i fragment rewersu).
Pomysłodawcą okładki drugiego albumu Led Zeppelin jest David Juniper. Wykorzystał zdjęcie jednostki lotnictwa niemieckiego Luftstreitkräfte z okresu I wojny światowej, a następnie twarze lotników zastąpił twarzami członków zespołu i innych osób - według jego słów byli to m.in.: Miles Davis (lub Blind Willie Johnson), dziewczyna Andy'ego Warhola (prawdopodobnie Mary Woronov) i astronauta Neil Armstrong. W rzeczywistości wykorzystał twarz innego astronauty, Franka Bormana. W tle widać kontur sterowca z tej samej fotografii, która znalazła się na okładce debiutanckiego albumu zespołu. Juniper stworzył także psychodeliczną ilustrację, uwieszoną po wewnętrznej stronie rozkładanej koperty winylowego wydania.

Zdjęcie, które stało się podstawą okładki "Led Zeppelin II".
Psychodeliczna ilustracja Davida Junipera.


3. "Led Zeppelin III" (1970)

Okładka "Led Zeppelin III" (fragment).
Obrotowa plansza ze środka koperty.
Okładki poprzednich albumów Led Zeppelin - zwłaszcza debiutu - przyciągały wzrok, ale prawdę mówiąc, nie były niczym nadzwyczajnym. Dopiero okładka "Trójki" wyróżnia się naprawdę nowatorskim pomysłem: rozkładana koperta, w której prawym skrzydle umieszczona została płyta winylowa, a w lewym - okrągła kartonowa plansza, umieszczona na blaszanym nicie, dzięki któremu można nią obracać i oglądać namalowaną na niej grafikę przez 11 otworów wyciętych we froncie okładki. W późniejszych wydaniach plansza nie była przymocowana do reszty okładki, a w niektórych krajach (i wszystkich wydaniach CD) w ogóle z niej zrezygnowano. Pomysłodawcą obrotowej planszy był sam Jimmy Page, zainspirowany... kalendarzami rolniczymi. Wykonaniem zajął się niejaki Richard Drew, ukrywający się pod pseudonimem Zacron. Po latach Page przyznawał jednak, że nie jest do końca zadowolony z ostatecznego wyglądu okładki. Myślę, że wygląda bardzo dziecinnie - mówił w 1998 roku. Ale goniły nas terminy i nie było już czasu na żadne poprawki. Dlatego jest tam kilka głupich fragmentów, jak małe kawałki kukurydzy i inne bzdury.


4. "Led Zeppelin IV" (1971)

Okładka "Led Zeppelin IV" (po rozłożeniu koperty).
Koperta czwartego albumu grupy wyróżnia się tym, że nie ma na niej praktycznie żadnych liter (z wyjątkiem numeru seryjnego płyty na niektórych wydaniach). Dopiero na wewnętrznej kopercie wydrukowana została lista utworów, informacje o nagraniu, oraz tekst "Stairway to Heaven". Jednak nawet tam nie umieszczono tytułu (którego notabene album oficjalnie nie ma), nazwy zespołu, ani nazwisk muzyków (z wyjątkiem Page'a, który został wymieniony jako producent). Zamiast tego pojawiły się cztery symbole, każdy reprezentujący innego członka zespołu:



Odczytując od lewej strony, symbole oznaczały odpowiednio Jimmy'ego Page'a, Johna Paula Jonesa, Johna Bonhama i Roberta Planta. O znaczeniu wszystkich symboli można przeczytać na tej stronie: [link]. Pomysłodawcą wykorzystania symboli, zamiast nazwisk i nazwy zespołu, był Page. Gitarzysta liczył na to, że jeśli zachowają anonimowość, album zostanie lepiej oceniony przez nieprzychylną grupie prasę. Na wewnętrznej kopercie można znaleźć jeszcze piąty symbol, umieszczony przy tytule "The Battle of Evermore". Oznacza on Sandy Denny - wokalistkę, która wsparła wokalnie Planta w tym utworze.


Obraz widoczny na froncie okładki to 19-wieczny obraz olejny, kupiony przez Planta w Reading. Nie wiadomo kto wykonał jego zdjęcie, nieznany jest również autor zdjęcia miasta z rewersu okładki. Wiadomo tylko, że koordynacją całego projektu graficznego zajęła się firma Graphreaks. Natomiast za wewnętrzną ilustrację pustelnika (po prawej) odpowiada Barrington Colby MOM. Inspirację stanowiła postać Pustelnika ("The Hermit") z talii kart do tarota, zaprojektowanych przez Pamelę Colman Smith.


5. "Houses of the Holy" (1973)

Ilustracja z okładki "Houses of the Holy".
Pierwsza okładka Led Zeppelin zaprojektowana przez słynną firmę designerską Hipgnosis, a konkretnie przez Aubreya Powella. Na zdjęciu (wypełniającym rewers i front okładki) widać jedenaścioro dzieci, ale w rzeczywistości pozowała tylko dwójka - siedmioletnia Samantha Gates i jej młodszy o dwa lata brat - później zaś nałożono na siebie kilka zdjęć. Fotografie Powell wykonał na północnym wybrzeżu Irlandii, na tzw. Grobli Olbrzyma. Kontrowersje budzi fakt, że rodzeństwo pozowało nago. Dziś coś takiego by nie przeszło - mówił Powell. Oskarżono by nas o mnóstwo okropnych rzeczy. Ale w tamtym czasie panowała hipisowska niewinność. Nie wszędzie. W Hiszpanii i konserwatywnych stanach USA zakazano sprzedaży albumu.

Fotografia z wewnętrznej strony koperty.
Na potrzeby albumu Aubrey Powell wykonał jeszcze jedną fotografię, którą wykorzystano na wewnętrznej stronie rozkładanej koperty longplaya. Zdjęcie zostało zrobione u podnóża zamku Dunluce, znajdującego się niedaleko Grobli Olbrzyma.


6. "Physical Graffiti" (1975)

Koperta "Physical Graffiti" (fragment).
Kolejna, po "Led Zeppelin III", "interaktywna" okładka zespołu. Mamy na niej zdjęcie dwóch kamienic, znajdujących się w Nowym Jorku przy St. Mark's Place pod numerami 96 i 98. A właściwie dwa zdjęcia - pierwsze, zrobione za dnia, trafiło na front, zaś drugie, wykonane nocą - na rewers. W miejscach okien są otwory, w których można "ustawić" jeden z czterech zestawów zdjęć, przedstawiających głównie muzyków, wydrukowanych na kopertach wewnętrznych (album jest dwupłytowy), lub skorzystać z dołączonej wkładki, na której do wyboru mamy puste okna z zasłonami, lub te same okna, ale z literami układającymi się w tytuł albumu.

Kamienice przy St. Mark's
Place.
Jako autorzy okładki "Physical Graffiti" podpisani są Peter Corriston i Mike Doud. To ja zaproponowałem zespołowi koncepcję okładki ukazującej kamienicę i jej mieszkańców, którzy mogliby się przemieszczać - mówił Corriston. Przez kilka tygodni krążyliśmy po mieście szukając odpowiedniego domu. Pomysł nie był jednak oryginalny. Dwa lata wcześniej identyczny patent zastosowano na albumie "Compartments" Jose'a Feliciano. Posiadacze tego albumu mają do wyboru jednak tylko dwie grafiki, które mogą ustawić w "oknach".

Okładka "Physical Graffiti" była dość zabawna - przyznawał John Paul Jones. Ale przyznam, że oprawa graficzna naszych płyt nigdy specjalnie mnie nie interesowała. Autorem był zazwyczaj ktoś spoza zespołu. W dodatku rzecz powstawała na samym końcu, kiedy płyta była już gotowa.


7. "Presence" (1976)

Zdjęcie z okładki "Presence".
Właściwie jest to najmniej ciekawa okładka Led Zeppelin - zdjęcie rodziny siedzącej przy stoliku gdzieś w porcie... Jedynym zastanawiającym fragmentem jest niezidentyfikowana rzecz znajdująca się na stole (pojawia się także na innych zdjęciach z koperty albumu). Do dziś nie wiadomo co to jest, ani co symbolizuje. Tajemniczy przedmiot powiększył jednak kieszenie muzyków - należąca do nich firma Swan Song wypuściła na rynek tysiąc indywidualnie numerowanych replik przedmiotu. Wracając do okładki, została ona zaprojektowana przez firmę Hipgnosis, a konkretnie przez jednego z jej pracowników - George'a Hardiego (dla przypomnienia - autora okładki debiutu Led Zeppelin).


8. "In Through the Out Door" (1978)

Fragment papierowej torby ukrywającej okładkę "In Through the Out Door".
Ostatni studyjny album Led Zeppelin, delikatnie mówiąc, nie prezentuje wysokiego poziomu artystycznego. Mówiąc wprost, zespół sięgnął tutaj dna. Aby zwiększyć sprzedaż tego nieciekawego longplaya posłużono się sprytnym chwytem marketingowym - wydano go w sześciu różnych wersjach różniących się okładkami (wszystkie są jednak równie brzydkie i bardzo do siebie podobne). Aby utrudnić fanom skompletowanie wszystkich sześciu okładek, album był pakowany w szary papier. Za projekt okładki odpowiada firma Hipgnosis.

Wszystkie wersje okładki "In Through the Out Door".

POST SCRIPTUM

Dyskografię grupy uzupełnia kilka albumów koncertowych i kompilacyjnych. Uwagę warto zwrócić przede wszystkim na - niemal identyczne - okładki dwóch boksów wydanych w 1990 roku, "Led Zeppelin Remasters" i "Led Zeppelin Boxed Set". Wykorzystano na nich pomysł, który Aubrey Powell przedstawił grupie w 1973 roku, jako potencjalną okładkę "Houses of the Holy". Miała przedstawiać symbol zespołu na płaskowyżu Nazca w Peru. Symbol miał być wycięty w specjalnie zasadzonych roślinach, a zdjęcie wykonane z powietrza - realizacja tego projektu okazała się wówczas niemożliwa.

Okładka "Led Zeppelin Remasters" (fragment).
Okładki najnowszych albumów Led Zeppelin - koncertówek "How the West Was Won" i "Celebration Day", kompilacji "Mothership" - cechuje raczej prostota. W przypadku tej pierwszej, mamy do czynienia po prostu z przerobionym zdjęciem muzyków; natomiast na ostatnie dwa trafiły proste, nieco komiksowe ilustracje.


21 czerwca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Soundgarden

Już za niespełna tydzień, 27 czerwca, zespół Soundgarden zagra swój pierwszy koncert w Polsce. Z tej okazji warto przypomnieć sobie najważniejsze utwory zespołu - część z nich na pewno zostanie zaprezentowana na zbliżającym się występie.

Soundgarden w latach 90.: Chris Cornell, Kim Thayil, Ben Shepherd i Matt Cameron.

1. "Hunted Down" (z EPki "Screaming Life", 1987)

Debiutancki singiel Soundgarden, definiujący styl zespołu: ciężkie riffy w stylu Black Sabbath, brudne brzmienie, mroczny klimat i tekst dotyczący wewnętrznych problemów. W zamierzeniach, piosenka nie miała mieć tak ciężkiego brzmienia - mówił Kim Thayil, gitarzysta i kompozytor kawałka. Dopiero gdy rozpoczęliśmy jamowanie, okazało się że piosenka jest bardzo rytmiczna, oraz że solo jest bardzo hałaśliwe.


2. "Big Dumb Sex" (z albumu "Louder Than Love", 1989)

Chociaż ponury klimat cechuje większość starszych utworów Soundgarden, ta kompozycja Chrisa Cornella jest dla odmiany humorystyczną parodią zespołów glam metalowych, których teksty dotyczą praktycznie wyłącznie seksu. "Big Dumb Sex" przysporzył jednak grupie sporo problemów - ze względu na tematykę tekstu i powtarzające się w nim co chwilę słowo "fuck" (pada przynajmniej dwadzieścia razy) ciężko było znaleźć dystrybutora albumu "Louder Than Love", na którym kawałek się znajdował. Grupa do dziś sporadycznie wykonuje "Big Dumb Sex" na koncertach.


3. "Room a Thousand Years Wide" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Utwór z wielu powodów wyjątkowy. Po pierwsze, był pierwszym nagraniem grupy z nowym basistą, Benem Shepherdem. Od tamtej pory skład grupy miał się już nie zmieniać. Po drugie, jest jedną z nielicznych kompozycji Soundgarden, w których tworzeniu nie brał udziału Chris Cornell. Muzykę napisał perkusista Matt Cameron, a słowa - Kim Thayil. Bardzo podobała mi się linia melodyczna piosenki, jednak nie mieliśmy do niej słów, a ponieważ nikt nie kwapił się do napisania tekstu, wziąłem to na swoje barki - tłumaczył gitarzysta. W rzeczywistości to nie jest o tym, co przydarzyło mi się naprawdę, tylko o ogólnych doświadczeniach i doznaniach.
Po trzecie, utwór został wydany na singlu już w 1990 roku, ale rok później został nagrany na nowo, z myślą o albumie "Badmotorfinger". I w końcu po czwarte, najbardziej zaskakujące, w obu wersjach utworu gościnnie wystąpili muzycy grający na... instrumentach dętych - Scott Granlund (saksofon) i Ernst Long (trąbka).
Singiel "Room a Thousand Years Wide" nie odniósł żadnego sukcesu w notowaniach. Utwór jest natomiast dość regularnie grany przez zespół na żywo.


4. "Jesus Christ Pose" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Przez wielu fanów utwór ten jest postrzegany jako esencja Soundgarden. Nie bez znaczenia jest fakt, że muzyka jest wspólnym dziełem wszystkich członków grupy, powstałym w wyniku jamowania. Tekst Cornella okazał się kolejnym, który wzbudził kontrowersje. "Jesus Christ Pose" został zakazany na antenie MTV, z powodu rzekomego przesłania antychrześcijańskiego. Utwór nie ma na celu ataku chrześcijaństwa, tylko krytykę osób publicznych, które wykorzystując symbole religijne do przedstawienia siebie jako nękanych i prześladowanych - wyjaśniał wokalista.
Podobnie, jak w przypadku "Room a Thousand Years Wide", singiel z "Jesus Christ Pose" nie wszedł do żadnych notowań. Utwór jest za to stałym punktem koncertów Soundgarden.


5. "Outshined" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Jeden z kilku utworów Soundgarden, którego fragmenty (a konkretnie zwrotki) są zagrane w nieparzystym metrum 7/4. Nie był to jednak zamierzony zabieg - Kim Thayil twierdził, że metrum w utworach Soundgarden jest całkowicie przypadkowe.
Myślę, że są na tym longplayu fragmenty, w których opieram się na swoich doświadczeniach - mówił Cornell. Szczerze mówiąc nigdy nie zawierałem swoich wątków biograficznym w tekstach, jednak pisząc wers "I'm looking California and feeling Minnesota" czułem się pokrzepiony. Wspomniany przez niego wers to pierwsza linijka tekstu "Outshined".
Utwór był kolejnym singlem grupy i - w przeciwieństwie do większości małych płyt Soundgarden - został odnotowany na listach sprzedaży (na UK Singles Chart, na którym doszedł do 50. miejsca). "Outshined" jest także regularnie grany na żywo.


6. "Rusty Cage" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Według portalu setlist.fm, jest to najczęściej wykonywany przez zespół utwór na jego koncertach. "Rusty Cage" był całkiem sporym przebojem (41. miejsce w Wielkiej Brytanii), jak na bardzo skomplikowany rytmicznie utwór, z wieloma zmianami metrum. Zresztą nie tylko pod tym względem kawałek się wyróżnia. Strojenie jest tu całkiem zwariowane - przyznawał Thayil. Nagrywaliśmy to z [efektem] wah wah w dolnym położeniu jako filtr. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiliśmy. To był pomysł Chrisa. Chciał uzyskać brzmienie, którego nie udałoby się uzyskać przez sam wzmacniacz. A kiedy używasz wah wah jako filtru, otrzymujesz bardzo dziwne brzmienie. Ten riff brzmi niemal jakby był odtwarzany wspak.


7. "Spoonman" (z albumu "Superunknown", 1994)

Tytuł tego utworu dosłownie tłumaczy się jako "Człowiek łyżka"... Utwór został pierwotnie nagrany na potrzeby filmu "Singles" (nie trafił na soundtrack, ale w filmie można usłyszeć jego wersję demo). Tytuł wymyślił Jeff Ament, basista grupy Pearl Jam (która także dostarczyła muzykę do "Singles"). Zainspirował go uliczny artysta, który grał na łyżkach na ulicach Santa Cruz w Kalifornii. To taki paradoks, kim w rzeczywistości jest taki artysta, a jak postrzegają go ludzie - mówił Cornell, autor utworu. On jest ulicznym muzykiem, a ludzie postrzegają go niewłaściwie. Myślą, że to bezdomny, albo ktoś, kto nie potrafi znaleźć sobie stałej pracy. Stawiają go o kilka szczebli niżej na drabinie społecznej, ponieważ tak postrzegają kogoś, kto ubiera się inaczej.
"Spoonman" był pierwszym prawdziwym przebojem Soundgarden, notowanym na listach już nie tylko w Wielkiej Brytanii (20. miejsce), ale także w wielu innych krajach, w tym Stanach Zjednoczonych (3. miejsce na Mainstream Rock Tracks). Utwór wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


8. "Black Hole Sun" (z albumu "Superunknown", 1994)

Największy przebój zespołu, ale zarazem utwór mało reprezentatywny dla grupy - oparta na brzmieniach akustycznych ballada, pozbawiona charakterystycznego dla tego zespołu ciężaru. Kompozytor kawałka, Chris Cornell miał zresztą obawy, czy w ogóle zaprezentować go swoim kolegom. W przeszłości nagrywaliśmy utwór tylko wtedy, gdy podobał się każdemu w zespole - wyjaśniał wokalista. Tym razem daliśmy sobie wzajemnie więcej swobody. Skomponowałem ten kawałek, myśląc, że nie spodoba się zespołowi. A stał się największym hitem lata.
Nie mam zielonego pojęcia, o czym Chris tu śpiewa - przyznawał Ben Shepherd. Ale pamiętam dzień, w którym tę piosenkę przyniósł. Mówił, że napisał ją w kilka chwil i pewnie nam się nie spodoba. Gdy ją zagrał, niemal spadłem z krzesła. Pomyślałem: "Jezu, to niesamowite, świetne, będzie z tego coś dużego!". Kojarzyła mi się z utworami Steviego Wondera, tej klasy kompozycjami. Nie miałem oczywiście pojęcia, że stanie się naszym najpopularniejszym utworem i że dostaniemy za nią Grammy.
Nagroda Grammy została zespołowi przyznana w 1995 roku, w kategorii "Best Hard Rock Performance". Singiel "Black Hole Sun" doszedł do 12. miejsca na brytyjskim notowaniu singli. W Stanach wszedł na różne listy magazynu Billboard, w tym na Mainstream Rock Tracks, na której osiągnął szczyt. Utwór jest regularnie wykonywany na żywo.

Soundgarden obecnie: Thayil, Cornell, Shepherd i Cameron.

9. "Fell on Black Days" (z albumu "Superunknown", 1994)

Kolejny utwór grupy grany w nietypowym metrum - tym razem 6/4 - ale, jak przyznaje Cornell, bębny są bardzo proste, więc całość nie jest aż tak dziwaczna. Wręcz przeciwnie, to jeden z najbardziej melodyjnych kawałków Soundgarden. A co za tym idzie, spory przebój (24. miejsce na UK Singles Chart, 4. na Mainstream Rock Tracks). Utwór należy do najczęściej wykonywanych przez zespół na żywo.
Tekst "Fell on Black Days" opowiada o przebudzeniu się i zdaniu sobie sprawy, że jest się w ciemnym okresie swojego życia - wyjaśniał niezbyt jasno Cornell. Podobno wokalista nawiązuje w nim do depresji, na którą cierpiał w wieku kilkunastu lat.


10. "The Day I Tried to Live" (z albumu "Superunknown", 1994)

Jeszcze jeden utwór, w którym Cornell odnosi się do mrocznego okresu swojego życia. Chodzi o to, iż próbuje wyjść z samotności, z czym zawsze miałem problem - przyznawał wokalista. Staram się być normalny, wyjść z domu i spędzać czas wśród innych ludzi. Mam tendencje do zamykania się w sobie i niewidywania się z ludźmi przez bardzo długo. Ta piosenka mimo wszystko jest pełna nadziei. Zwłaszcza wers: "Jeszcze jeden raz może to załatwić".
Utwór był jednym z singli promujących album "Superunknown", ale nie odniósł takiego sukcesu, jak trzy powyższe utwory, czy nieobecny na tej liście "My Wave". "The Day I Tried to Live" doszedł zaledwie do 42. miejsca na UK Singles Chart i do 13. na Mainstream Rock Tracks. Również na koncertach jest grany zdecydowanie rzadziej od pozostałych czterech singli z tego albumu, a nawet niesinglowego "Let Me Drown".


11. "Blow Up the Outside World" (z albumu "Down on the Upside", 1996)

Sporo ludzi twierdzi, iż ta piosenka zawiera sobie beatlesowskie elementy, ja również dostrzegam tam pierwiastek Lennona i McCarthneya - mówił Kim Thayil. Każdy z nas dorastał słuchając The Beatles i mieliśmy dla nich spory szacunek. Myślę, że wciąż mają mnóstwo fanów. Użyliśmy tu i ówdzie gitar akustycznych, dla uzyskania lepszego efektu. W środku utworu, gdy robi się coraz agresywniej, dostrzegam niewielkie podobieństwo do AC/DC, zwłaszcza w budowie riffów.
Są pewne fragmenty, które są bardzo ładne, obrazują emocjonalny kryzys i to co się dzieje wokół - twierdził Matt Cameron. Na potwierdzenie, mogę powiedzieć iż moja dziewczyna popłakała się, gdy po raz pierwszy usłyszała ten utwór.
A co autor tekstu, Chris Cornell, ma do powiedzenia na temat tytułu, znaczącego "wysadzić w powietrze zewnętrzny świat"? Przez cały czas [chciałbym to zrobić], jednak mnie to nie rusza – możesz przezimować i nie martwić się o nic - mówił.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 1. miejsca Mainstream Rock Tracks, a także do 40. na UK Singles Chart. "Blow Up the Outside World" jest ponadto najczęściej wykonywanym na żywo utworem z albumu "Down on the Upside".


12. "Black Rain" (z kompilacji "Telephantasm", 2010)

Utwór, a przynajmniej jego część, została nagrana jeszcze podczas sesji do albumu "Badmotorfinger". Przeleżał jednak w archiwach przez niemal dwie dekady - do czasu gdy zespół postanowił go dokończyć, aby mieć "nowy" utwór do promocji składanki "Telephantasm". Były rozmowy o nowym kawałku, ale to nie wchodziło w grę, bo Chris siedział w L.A., a Matt miał dużo koncertów z Pearl Jam - mówił Thayil. Muzycy postanowili zatem odkopać "Black Rain", do którego jednak Thail i Cornell nagrali nowe partie. Adam Kasper, producent nagrania, mówił: Niesamowite, że Chris nagrał nowe fragmenty wokali, a jego głos wciąż trafia w te nuty. Nie rozpoznasz, które partie pochodzą sprzed 20 lat, a które są współczesne.
Singiel z utworem "Black Rain" doszedł do 10. miejsca na liście Mainstream Rock Tracks, oraz do 109. w brytyjskim notowaniu. Utwór jest sporadycznie grany na żywo.


13. "Live to Rise" (niealbumowy singiel, 2012)

Pierwszy zupełnie nowy utwór, jaki grupa nagrała po swoim powrocie, specjalnie na ścieżkę dźwiękową do filmu "Avengers". Chris Cornell tłumaczył, że miało to pomóc przypomnieć o istnieniu zespołu, przed ukazaniem się albumu długogrającego. Dobrze jest mieć w przemyśle rozrywkowym partnera, który zaprezentuje twoje piosenki ludziom - mówił. Nie robią już tego wytwórnie płytowe. Nie mają pieniędzy. Nie mają środków. Nie potrafią.
Utwór nie został umieszczony na albumie "King Animal", być może ze względu na jego odmienny charakter. W Soundgarden jest dużo zmian tempa i tym podobnych. Czułem, że to powinno być prostsze, bo przeznaczone dla szerokiej publiczności - wyjaśniał wokalista.
"Live to Rise" nie został wydany fizycznie na singlu, był tylko dostępny w postaci cyfrowej. Mimo to, był notowany na listach Billboardu - doszedł do 110. miejsca na podstawowej liście singli, a także na szczyt Mainstream Rock Tracks. Utwór jest wykonywany czasem na koncertach.


14. "Been Away Too Long" (z albumu "King Animal", 2012)

Świetny tytuł dla utworu otwierającego i promującego na singlu pierwszy od kilkunastu lat album z premierowym materiałem. Nie było nas przez 15 lat, a teraz wróciliśmy - mówił Cornell. Najwyższy czas. Wciąż mamy coś do powiedzenia w muzyce rockowej, coś, czego nie mówią inni - twierdzę to z przekonaniem. Dodawał też, że "Been Away Too Long" to piosenka, która kojarzy mi się z okresem "Down on the Upside".
Utwór doszedł na szczyt listy Mainstream Rock Tracks. Od listopada 2012 jest stałym punktem koncertów.




15. "Bones of Birds" (z albumu "King Animal", 2012)

Inspirowało mnie bycie ojcem i towarzyszący temu stres - mówił o tekście tego utworu Cornell. Stres wynika stąd, że nie chcesz, by straciły one niewinność. Gdy do tego dochodzi, gdy dowiadują się o prawdy o świecie, to nigdy nie jest nic dobrego - wiąże się ze stratą, z przykrym wydarzeniem, z czymś, czego nie oczekiwały.
Utwór wydaje się być jednym z ważniejszych momentów najnowszego albumu, ale niestety nie sprawdzał się dobrze na żywo - zespół zrezygnował z wykonywania go na koncertach już na początku 2013 roku. Był za to wykonywany przez Chrisa Cornella na jego solowych występach, które miały miejsce pod koniec ubiegłego roku.


17 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Tubular Bells" (1973)



"Tubular Bells", nagrany niemal samodzielnie przez wówczas 19-letniego Mike'a Oldfielda, to jeden z najbardziej oryginalnych debiutów w historii muzyki. Składają się na niego zaledwie dwa, grubo ponad dwudziestominutowe, prawie instrumentalne utwory. Nad pierwszym z nich, pierwotnie zatytułowanym "Opus One", muzyk pracował już kilka lat przed wydaniem albumu. Pierwszą wersję nagrał w domu, na magnetofonie, z którego usunął głowicę kasującą - dzięki temu mógł nakładać na siebie partie różnych instrumentów. Utwór nie zrobił jednak wrażenia na przedstawicielach żadnej wytwórni, do której zgłosił się Oldfield. Na szczęście, młody muzyk w końcu trafił na niejakiego Richarda Bransona, który właśnie zakładał nową wytwórnię - Virgin. Debiut Oldfielda był jej pierwszym wydawnictwem.

Już podczas sesji nagraniowej, "Opus One" przemianowany został na "Tubular Bells, Part One"; Oldfield stworzył też drugą część dzieła. Obie kompozycje są właściwie muzycznymi kolażami, z ponakładanymi na siebie partiami wielu instrumentów: gitar akustycznych i elektrycznych, pianina, organów (np. Hammonda), czy licznych instrumentów perkusyjnych, w tym tytułowych dzwonów rurowych. Obie części "Tubular Bells" składają się z różnych, teoretycznie nie pasujących do siebie motywów, które jednak tworzą dość spójną i ciekawą całość.

"Part One" rozpoczyna się od charakterystycznego klawiszowo-dzwonkowego motywu, nierozłącznie kojarzącego się z słynnym horrorem "Egzorcysta", na którego ścieżce dźwiękowej się pojawił. Pod koniec czwartej minuty wchodzi krótka, delikatna solówka gitarowa, która kończy rozwijający się powoli wstępny motyw. Dalej zmiany tematów następują coraz częściej - pasaże na gitarze akustycznej lub pianinie co raz ustępują miejsca ostrym partiom gitary elektrycznej lub ponurym dźwiękom organów. Dzieje się tu tyle, że nie sposób wszystkiego opisać. Dopiero w osiemnastej minucie pojawia się dłuższy fragment oparty na powtarzanym jak mantra basowym motywie. Po dwóch minutach zaczynają dołączać do niej kolejne instrumenty, zapowiadane przez "mistrza ceremonii", Viviana Stanshalla. To jedyny głos, jaki pojawia się w nagraniu, jeśli nie liczyć partii chóru. Jeszcze tylko akustyczna koda i "Part One" dobiega końca.

"Part Two" wydaje się bardziej dopracowana, mniej chaotyczna. Pierwsze pięć minut to delikatny pasaż, grany przez kilka pięknie uzupełniających się gitar, z cichym tłem klawiszy, które w szóstej minucie wychodzą na pierwszy plan. W ósmej minucie gitara na chwilę przejmuje pierwszoplanową rolę, by zaraz ustąpić miejsca partiom mandoliny i chóru. Te niespełna dziewięć minut sielskiego grania nagle zostaje przełamane wejściem elektrycznej gitary... imitującej brzmienie dud. Nastrój robi się coraz bardziej niepokojący, a zwieńczeniem jest przejście (w dwunastej minucie) do kolejnej części, z bezsensownymi krzykami i charczeniem Oldfielda wcielającego się w jaskiniowca. Ponoć muzyk zdecydował się dodać tę część, gdy Branson zażądał od niego dodania do utworu tekstu...  W siedemnastej minucie utwór znów się uspokaja; pojawia się nieco floydowa partia gitary, z akompaniamentem organów. Całość kończy krótki fragment ludowej pieśni "The Sailor's Hornpipe".

Album okazał się sporym sukcesem komercyjnym, ale dla samego Oldfielda - także przekleństwem. Patrząc z perspektywy czasu, można stwierdzić, że właściwie nigdy nie uwolnił się od swojego pierwszego dzieła. Świadczy o tym przede wszystkim nagrywanie jego nowych wersji (koncertowy "The Orchestral Tubular Bells", ale też studyjne "Tubular Bells II", "Tubular Bells III" i "Tubular Bells 2003"). Jakby tego było mało, kolejne albumy muzyka z pierwszej połowy lat 70. ("Hergest Ridge", "Ommadawn") są właściwie niczym innym, jak powieleniem formuły "Tubular Bells" - wrażenie robią jednak znacznie mniejsze.

Ocena: 8/10



Mike Oldfield - "Tubular Bells" (1973)

1. Tubular Bells, Part One; 2. Tubular Bells, Part Two

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, mandolina, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Steve Broughton - instr. perkusyjne (1,2); Lindsay L. Cooper - kontrabas (1); Jon Field - flet (1); Mundy Ellis i Sally Oldfield - wokal (1,2); Vivian Stanshall - "mistrz ceremonii" (1); Tom Newman - gitara (2)
Producent: Tom Newman, Simon Heyworth i Mike Oldfield


13 czerwca 2014

[Recenzja] Bad Company - "Burnin' Sky" (1977)



Podobno nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. "Burnin' Sky" pokazuje, że jednak można. Grupa popełnia tu ten sam błąd, co na "Straight Shooter" - znów chce trafić swoją muzyką głównie do mało wymagających słuchaczy radia. Do mnie trafiły tu tylko trzy utwory: naprawdę fajny, bardzo chwytliwy - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - kawałek tytułowy; bluesowy "Leaving You", przywołujący trochę klimat Free; oraz najostrzejszy w zestawie, ale dość przebojowy, "Too Bad". Reszta longplaya niestety nie jest już tak udana. Kawałki dzielą się na banalne, pseudo-hard rockowe piosenki ("Everything I Need", "Heartbeat", "Man Needs Woman"), dziwne eksperymenty (miniatura "Knapsack", będąca parodią niemieckiej piosenki "The Happy Wanderer", oraz rozwleczony, monotonny "Master of Ceremony"), a także nudne, mdłe ballady (np. "Morning Sun", "Like Water"). Częste wydawanie nowych albumów zdecydowanie nie wychodziło Bad Company na korzyść.

Ocena: 4/10



Bad Company - "Burnin' Sky" (1977)

1. Burnin' Sky; 2. Morning Sun; 3. Leaving You; 4. Like Water; 5. Knapsack; 6. Everything I Need; 7. Heartbeat; 8. Peace of Mind; 9. Passing Time; 10. Too Bad; 11. Man Needs Woman; 12. Master of Ceremony

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara, pianino, akordeon; Mick Ralphs - gitara, instr. klawiszowe; Boz Burrell - bass; Simon Kirke - perkusja
Gościnnie: Mel Collins - saksofon (2,11,12); Tim Hinkley - instr. klawiszowe
Producent: Bad Company


12 czerwca 2014

[Recenzja] Bad Company - "Run with the Pack" (1976)



Jest znacznie lepiej, niż na poprzednim albumie. "Live for the Music" zostawia daleko w tyle otwieracze poprzednich longplayów Bad Company. W końcu grupa pokazała, że potrafi też grać z prawdziwie hardrockową zadziornością. Bardzo podoba mi się też brzmienie tego utworu, z uwypukloną partią gitary basowej. Instrument ten wyraźnie słychać także w "Simple Man" - łagodniejszym utworze o całkiem ładnej melodii. "Honey Child" to powrót do grania hardrockowego - gitara brzmi tutaj trochę zbyt delikatnie, przydałby się większy przester, ale za to znów świetnie wypada bass. Ogólnie kawałek wypada więc dobrze.

Poziom odrobinę spada w trochę przesłodzonej balladzie "Love Me Somebody". Inna sprawa, że sama melodia jest znacznie ciekawsza niż wszystkie utwory z "Straight Shooter" razem wzięte. Tytułowy "Run with the Pack" z początku sprawia wrażenie kolejnego utworu napisanego z myślą o stacjach radiowych, ale później pięknie się rozwija, nabiera niemal progrockowego rozmachu. Pierwszym ewidentnie słabszym kawałkiem jest banalny, piosenkowy "Silver, Blue & Gold". Nie przekonuje mnie także przeróbka "Young Blood" z repertuaru The Coasters. Jakby tego było mało, kolejny na płycie "Do Right by Your Woman" to w najlepszym razie wypełniacz.

Na szczęście ostatnie dwa utwory przywracają wysoki poziom z początku albumu. "Sweet Lil' Sister" to kolejny mocniejszy utwór. Tym razem gitara basowa jest bardziej schowana w miksie, ale i tak wyraźnie słyszalna. Prawdziwą perłą albumu jest jednak finałowa ballada "Fade Away". Bardzo piękna kompozycja, z partią wokalną Paula Rodgersa przypominającą najlepsze chwile grupy Free i najlepszą solówką, jaką na tej płycie zagrał Mick Ralphs. Bardzo bogata aranżacja nie wywołuje wrażenia kiczu, tylko tworzy wspaniały klimat. Jedyną wadą utworu jest czas trwania - kończy się zdecydowanie za szybko, po niespełna trzech minutach.

"Run with the Pack" przekonuje mnie o wiele bardziej niż "radiowy" "Straight Shooter", a nawet bardziej od debiutanckiego "Bad Company", na którym prawdziwy hard rock też występował tylko w śladowych ilościach. A właśnie grania takiej muzyki oczekuję od byłych muzyków Free.

Ocena: 7/10



Bad Company - "Run with the Pack" (1976)

1. Live for the Music; 2. Simple Man; 3. Honey Child; 4. Love Me Somebody; 5. Run with the Pack; 6. Silver, Blue & Gold; 7. Young Blood; 8. Do Right by Your Woman; 9. Sweet Lil' Sister; 10. Fade Away

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara, pianino; Mick Ralphs - gitara; Boz Burrell - bass; Simon Kirke - perkusja
Producent: Bad Company


11 czerwca 2014

[Recenzja] Bad Company - "Straight Shooter" (1975)



Debiutancki album Bad Company mocno mnie rozczarował - po grających na nim muzykach spodziewałem się czegoś lepszego. Jednak przynajmniej połowa zawartych tam utworów była utrzymana na całkiem wysokim poziomie. Na jego następcy, "Straight Shooter", już tyle udanych kawałków się nie znajdzie. Tym razem najlepiej wypada pierwszy utwór, "Good Lovin' Gone Bad", brzmiący jak ulepszona wersja "Can't Get Enough". Czyli znów mamy do czynienia z wygładzonym, radiowym "hard" rockiem, z tym że tutaj nie brak wyrazistego riffu, niezłych partii solowych, a dodatkową atrakcją są ciekawe zwolnienia. Później jest już jednak tylko gorzej. Zwyczajnie mdłe "Feel Like Makin' Love" i "Shooting Star", albo nudny "Weep No More" na pewno nie zachęcają mnie do wracania do tej płyty. W "Deal With the Preacher" i "Wild Fire Woman" jest w końcu trochę więcej rockowego czadu, ale kompozycje same w sobie są nijakie. Jeszcze tylko koszmarek w postaci przesłodzonego "Anna" i rozwleczony "Call on Me", i dobiega końca ten nieciekawy longplay.

Być może "Straight Shooter" po prostu rozminął się z moimi oczekiwaniami. Spodziewałem się solidnego albumu hard rockowego, o mocnym zabarwieniu bluesowym (obecność w składzie dwóch członków Free zobowiązuje). A co otrzymałem? Bardzo wygładzony rock w stylu amerykańskich grup myślących wyłącznie o tym, żeby ich twórczość nadawała się do radia.

Ocena: 4/10



Bad Company - "Straight Shooter" (1975)

1. Good Lovin' Gone Bad; 2. Feel Like Makin' Love; 3. Weep No More; 4. Shooting Star; 5. Deal With the Preacher; 6. Wild Fire Woman; 7. Anna; 8. Call on Me

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara, pianino; Mick Ralphs - gitara, instr. klawiszowe; Boz Burrell - bass; Simon Kirke - perkusja
Producent: Bad Company


9 czerwca 2014

[Recenzja] Bad Company - "Bad Company" (1974)



Bad Company to supergrupa założona przez dwóch byłych członków Free, wokalistę Paula Rodgersa i perkusistę Simona Kirke'a, oraz byłego gitarzystę Mott the Hoople, Micka Ralphsa. Składu wkrótce dopełnił basista Boz Burrell - facet z zupełnie innego muzycznego świata, mający na koncie współpracę z King Crimson. Na debiutanckim albumie Bad Company wystąpił jeszcze jeden muzyk tego zespołu, saksofonista Mel Collins. Zawarta tu muzyka nie ma jednak wspólnego z twórczością King Crimson ani w ogóle z rockiem progresywnym. To raczej oczywista kontynuacja blues rockowego Free - tak mógłby brzmieć kolejny longplay tej grupy, następca "Heartbreaker".

Album zaczyna się od "Can't Get Enough". To taki odpowiednik "All Right Now" Free, czyli najbardziej przeciętny, najbardziej banalny fragment longplaya, który nie wiadomo czemu stał się największym przebojem grupy. Nawet jeśli pominąć jego wartość artystyczną, to na albumie znalazłoby się kilka utworów, które przebijają go również pod względem potencjału komercyjnego. Nawet drugi utwór promujący album, "Movin' On", choć także niezbyt ambitny, ma o wiele bardziej wyrazistą melodię.  Sukcesu w notowaniach jednak nie odniósł. Osobiście na single wytypowałbym utwory "Rock Steady" i "Bad Company". Pierwszy wyróżnia się swoją zadziornością, ale opiera się na naprawdę nośnym riffie. Z kolei utwór tytułowy to podręcznikowy przykład kompozycji łączącej fragmenty balladowe z rockowym czadem. Oba te utwory udowadniają, że można grać muzykę chwytliwą, ale nie banalną. Słychać, że grają tu utalentowani muzycy - w przeciwieństwie do "Can't Get Enough".

Pozostałe cztery utwory pokazują łagodniejsze oblicze grupy. Wrażenie robią przede wszystkim przepiękne "Ready for Love" (z repertuaru Mott the Hoople) i "The Way I Choose". Ciężko mi wybrać, która z nich jest lepsza. Obie czarują wspaniałymi melodiami, w obu pojawia się trochę ostrzejszych dźwięków, dzięki czemu nie ma wrażenia przesłodzenia. Ale obie mają trochę inny klimat, różnią się też takimi smaczkami, jak wykorzystanie instrumentów klawiszowych (w pierwszym) i saksofonu (w drugim). A pozostałe dwa utwory? O nagranym przez samego Rodgersa "Seagull" właściwie ciężko napisać coś złego - to prosta akustyczna piosenka, mająca jednak swój urok. Gdyby nie było tu takich perełek, jak "Ready for Love" i "The Way I Choose", na pewno robiłaby o wiele lepsze wrażenie. Trudno natomiast być równie wyrozumiałym w stosunku do "Don't Let Me Down" - to właściwie plagiat utworu Beatlesów o tym samym tytule.

"Bad Company" to album nierówny. Obok bardzo dobrych utworów znalazło się tu kilka ewidentnych niewypałów. Od tak doświadczonych muzyków można wymagać o wiele więcej.

Ocena: 7/10



Bad Company - "Bad Company" (1974)

1. Can't Get Enough; 2. Rock Steady; 3. Ready for Love; 4. Don't Let Me Down; 5. Bad Company; 6. The Way I Choose; 7. Movin' On; 8. Seagull

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara (1,8), pianino (4,5); Mick Ralphs - gitara (1-7), instr. klawiszowe (3); Boz Burrell - bass (1-7); Simon Kirke - perkusja (1-7)
Gościnnie: Mel Collins - saksofon (4,6); Sue Glover i Sunny Leslie - wokal (4)
Producent: Bad Company


5 czerwca 2014

[Recenzja] Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" video (1984)



Jakiś czas temu, przeglądając dział z przecenami w pewnym sklepie, znalazłem dwupłytowe wydanie DVD filmu "The Song Remains the Same". Teoretycznie jest to zapis trzech występów Led Zeppelin w nowojorskim Madison Square Garden, które odbyły się latem 1973 roku (a więc na trasie promującej album "Houses of the Holy"). Teoretycznie, ponieważ ujęcia ze sceny przeplatają się z różnymi innymi sekwencjami. Pół biedy, jeśli są to ujęcia za kulis, fragmenty dokumentalne, czy nawet widok na Nowy Jork. Zupełnie pozbawione sensu są natomiast długie sekwencje fabularne z udziałem muzyków, które nie mają żadnego związku z koncertem. Tylko wydłużają przerwy pomiędzy poszczególnymi utworami, a czasem niepotrzebnie zastępują obraz ze sceny (przez całe "The Rain Song" w ogóle jej nie widać). Najbardziej irytującym fragmentem jest jednak "Heartbreaker" - co chwilę przerywany fragmentami materiału telewizyjnego o okradzeniu muzyków podczas trasy.

Jeżeli pominąć te wszystkie dodatki, to sam koncert też nie prezentuje się najlepiej. Długie improwizacje muzyków czasem po prostu nudzą (szczególnie perkusyjna solówka Johna Bonhama w "Moby Dick"), wybór repertuaru też nie jest do końca udany (bezbarwne "The Song Remains the Same" i "The Rain Song"). Są też jednak fragmenty naprawdę godne uwagi, jak niesamowicie energetyczne wykonania "Rock and Roll", "Black Dog" i "Whole Lotta Love", pełne pasji i ekspresji "Since I've Been Loving You", bardzo klimatyczne "No Quarter", a w końcu fantastyczne, swobodne wykonanie "Stairway to Heaven". Nie trzeba dodawać, że muzycy świetnie prezentują się na scenie - po prostu czysty rock and roll. Dla tych fragmentów warto zobaczyć "The Song Remains the Same". Albo inaczej - warto zobaczyć tylko te fragmenty filmu.

"The Song Remains the Same" nie sprawdza się ani jako dokument o zespole, ani jako zapis koncertu. Całość jest po prostu chaotyczna. Można go bronić, że był to jeden z pierwszych filmów tego typu, że nie istniał wówczas żaden wzorzec, według którego można by go stworzyć. Szkoda jednak czasu na oglądanie Roberta Planta włóczącego się po lesie i ruinach zamku, albo Johna Bonhama jeżdżącego bolidem wyścigowym. Chyba, że jest się fanatycznie oddanym fanem zespołu.

Drugi dysk zawiera dodatkowy materiał dokumentalny i cztery utwory niewykorzystane w oryginalnym filmie, w tym niepublikowane wcześniej rejestracje "Over the Hills and Far Away" i "Celebration Day".

Ocena: 4/10



Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" (1984)

DVD1: 1. Bron-Yr-Aur; 2. Rock and Roll; 3. Black Dog; 4. Since I've Been Loving You; 5. No Quarter; 6. The Song Remains the Same; 7. The Rain Song; 8. Dazed and Confused; 9. Stairway to Heaven; 10. Moby Dick; 11. Heartbreaker; 12. Whole Lotta Love
DVD2: 1. Tampa news report; 2. Over the Hills and Far Away; 3. Boating down the thames; 4. Celebration Day (cutting copy); 5. The robbery; 6. Misty Mountain Hop; 7. Original film trailer; 8. The Ocean; 9. Credits

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass i instr. klawiszowe; John Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page
Reżyser: Peter Clifton