31 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)



Na koniec stycznia 1969 roku zaplanowana została pierwsza amerykańska trasa Savoy Brown. Muzycy koniecznie chcieli wcześniej ukończyć i opublikować swój trzeci album. Nie dysponowali jednak wystarczającą ilością materiału. Nie było już czasu na zorganizowanie sesji, jedynym rozwiązaniem było zarejestrowanie kilku utworów podczas koncertu. Zespół zaoferował darmowy występ na terenie City of Leicester College of Education, który odbył się 6 grudnia 1968 roku. Nagrania z tego koncertu, wraz ze studyjnym materiałem, trafiły na album zatytułowany "Blue Matter" W tamtym czasie takie kompilacje studyjnych i koncertowych nagrań były na porządku dziennym, żeby wspomnieć tylko o "Wheels of Fire" i "Goodbye" tria Cream, "Ummugummie" Pink Floyd czy "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service.

Pierwsza strona winylowego wydania zawiera pięć studyjnych kawałków, prezentujących różne odcienie bluesa. Całość rozpoczyna pogodna, skoczna piosenka "Train to Nowhere", w której zespołowi towarzyszy sekcja dęta złożona z pięciu puzonistów. zaraz potem rozbrzmiewa minorowa, natchniona ballada bluesowa "Tolling Bells", która bardzo mocno kojarzy się z ówczesnym Fleetwood Mac - zarówno wyjątkowo dobra partia wokalna Chrisa Youldena, jak i gitara Kima Simmondsa świetnie imitują styl Petera Greena. Jest tu też fantastyczna gra pianisty Boba Halla. To zdecydowanie najlepszy utwór, jaki zespół nagrał do tamtej pory. "She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand" to dla odmiany bardziej wyluzowane i nieco ostrzejsze nagranie. Natomiast akustyczny "Vicksburg Blues", w którym partii wokalnej towarzyszy tylko pianino, fajnie kontrastuje z iście hardrockową przeróbką "Don't Turn Me From Your Door" Johna Lee Hookera, w którym na pierwszy plan wybija się przesterowana partia basu. Pomimo sporego eklektyzmu, jest to naprawdę fajny zbiór kawałków.

Część koncertowa została co ciekawe zarejestrowana w okrojonym składzie, bez Youldena, który wówczas cierpiał na zapalenie migdałków i nie mógł wystąpić z zespołem. W roli wokalisty wystąpił gitarzysta Dave Peverett, dysponujący raczej bezbarwnym głosem. Stronę B rozpoczyna napisany przez niego "May Be Wrong" - bardzo klasyczny blues w wolnym tempie, z ostrymi solówkami gitary. Repertuaru dopełniają natomiast rozbudowane interpretacje "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa oraz "It Hurts Me Too", którego pierwotnym wykonawcą był Tampa Red. Nie należy jednak oczekiwać porywających improwizacji całego zespołu w stylu Cream czy The Allman Brothers Band - co najwyżej pojawiają się dłuższe solówki Simmondsa, jak w "Louisiana Blues". Savoy Brown stawia raczej na budowanie bluesowego klimatu, co jak najbardziej się tutaj udaje, aczkolwiek jest to bardzo przewidywalne granie. Podoba mi się, ale nie zachwyca mnie.

"Blue Matter" był pierwszym albumem zespołu, który zaznaczył swoją obecność na listach sprzedaży. Trudno jednak mówić tu o jakimś wielkim sukcesie - doszedł zaledwie do 182. miejsca amerykańskiego notowania. Ogólnie jest to całkiem fajna płyta, która nie rozczaruje wielbicieli bluesa, jednak niemalże słychać tutaj ten pośpiech, w jakim była przygotowywana. Niewątpliwie mógł to być jeszcze lepszy longplay, gdyby zespół miał więcej czasu na jego ukończenie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)

1. Train to Nowhere; 2. Tolling Bells; 3. She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand; 4. Vicksburg Blues; 5. Don't Turn Me From Your Door; 6. May Be Wrong (live); 7. Louisiana Blues (live); 8. It Hurts Me Too (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-5), gitara (5)Kim Simmonds - gitara, pianino (2), harmonijka; Dave Peverett - gitara, wokal (6-8); Rivers Jobe - gitara basowa (1,2,4)Tony Stevens - gitara basowa (3,5-8); Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Alan Moore, Terry Flannery, Keith Martin, Brian Perrin i Derek Wadsworth - puzony (1); Mike Vernon - instr. perkusyjne (1)
Producent: Mike Vernon


29 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)



Po wydaniu debiutanckiego "Shake Down", skład Savoy Brown kompletnie się posypał. W zespole pozostali tylko gitarzysta Kim Simmonds oraz pianista Bob Hall (który na pierwszym albumie ledwie zaznaczył swoją obecność, grając tylko w trzech kawałkach). Miejsce wokalisty Brice'a Portiusa i gitarzysty Martina Stone'a zajęli odpowiednio Chris Youlden i Dave Peverett. Dłużej trwały poszukiwania odpowiedniej sekcji rytmicznej. Przez krótki czas w zespole występowali basista Bob Brunning oraz perkusiści Hughie Flint (wcześniej w grupie Johna Mayalla) i Bill Bruford (później w Yes i King Crimson), zanim role te objęli Rivers Jobe i Roger Earl. Kiedy już skład się w miarę ustabilizował, muzycy przystąpili do nagrywania drugiego albumu, "Getting to the Point".

Tym razem w repertuarze znalazł się przede wszystkim autorski materiał, napisany głównie przez Simmondsa i Youldena, z małym udziałem Peveretta i Halla. Są też trzy przeróbki bluesowych standardów: "Honey Bee" Muddy'ego Watersa, tradycyjny "Give Me a Penny", a także "You Need Love" Williego Dixona, czyli pierwowzór zeppelinowego "Whole Lotta Love" (jeszcze bez tego powalającego riffu). Stylistycznie jest to wciąż zachowawcze granie na pograniczu bluesa i rocka, z przewagą tego pierwszego, choć średnia długość utworów trochę się wydłużyła. Najlepszym elementem wciąż są gitarowe solówki Simmondsa. Słabo wypada natomiast nowy wokalista, którego maniera jest dość irytująca (na szczęście całkiem porzucił ją na kolejnych albumach). Nie najlepszym pomysłem było rozpoczęcie albumu od balladowego "Flood in Houston". W roli otwieracza lepiej sprawdziłby się któryś z bardziej energetycznych kawałków, "Stay with Me Baby", instrumentalne "The Incredible Gnome Meets Jaxman" i "Getting to the Point" lub nieco jamowy "You Need Love", a nawet utrzymany w wolnym tempie, ale wyróżniający się niemal hardrockowym ciężarem "Give Me a Penny". Najciekawiej, pod względem kompozycji i wykonania, prezentuje się "Mr. Downchild" - z początku bardzo subtelny, ale z czasem nabierający intensywności (m.in. za sprawą lekko przesterowanego basu), w który muzycy włożyli najwięcej emocji. Nawet wokal Youldena, śpiewającego trochę niżej, zupełnie mi tu nie przeszkadza.

Jako całość "Getting to the Point" jest niestety bardzo przewidywalnym i schematycznym albumem, niczym się nie wyróżniającym na tle dziesiątek wydawnictw w podobnym stylu, wydanych w drugiej połowie lat 60. Album podzielił zresztą los swojego poprzednika i nie został odnotowany na listach sprzedaży. 

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)

1. Flood in Houston; 2. Stay with Me Baby; 3. Honey Bee; 4. The Incredible Gnome Meets Jaxman; 5. Give Me a Penny; 6. Mr. Downchild; 7. Getting to the Point; 8. Big City Lights; 9. You Need Love

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Rivers Jobe - gitara basowa; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


27 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Shake Down" (1967)



Po sukcesie John Mayall and the Bluesbreakers doszło do wysypu brytyjskich grup grających muzykę na pograniczu bluesa i rocka. Aby wymienić tylko te najważniejsze, trzeba wspomnieć o Cream, Ten Years After, Groundhogs, Fleetwood Mac, Chicken Shack, The Jeff Beck Group, The Aynsley Dunbar Retaliation czy Savoy Brown. Większość z nich już dawno zakończyła działalność, niektóre są kojarzone dziś z zupełnie inną muzyką. Wyjątek stanowi ostatni z wymienionych, który wciąż koncertuje i nagrywa (z gitarzystą Kimem Simmondsem jako jedynym członkiem oryginalnego składu), pozostając wiernym swoim bluesowym korzeniom.

Podobnie jak w przypadku wielu innych grup z tego nurtu, sporą część wczesnego repertuaru Savoy Brown stanowiły przeróbki bluesowych standardów. Na debiutanckim "Shake Down" znalazła się tylko jedna w pełni premierowa kompozycja - instrumentalny "The Doormouse Rides the Rails", podpisany przez gitarzystę Martina Stone'a. Poza tym muzycy wzięli na warsztat kompozycje napisane m.in. przez Williego Dixona ("I Ain't Superstitious", "Let Me Love You Baby", "Little Girl"), Johna Lee Hookera ("It's My Own Fault"), a także trzech królów bluesa: B.B. Kinga ("Rock Me Baby"), Alberta Kinga ("Oh! Pretty Woman") i Freddy'ego Kinga ("High Rise"). Wszystkie utwory zagrane są z rockową energią i brzmieniem, choć zdarzają się też subtelniejsze momenty, w postaci dwóch klasycznie bluesowych ballad ("Black Night", "It's My Own Fault"). Muzycy nie kombinują, grają te utwory w dość zachowawczy sposób, choć w finałowym "Shake 'Em on Down" zespół pozwala sobie na nieco więcej. Zdecydowanie najlepiej na tym albumie wypadają partie gitar, trzymające się typowo bluesowych zagrywek, ale mające ostrzejsze, rockowe brzmienie. Z kolei wokalista i sekcja rytmiczna raczej niczym się nie wyróżniają, ani na plus, ani na minus.

W rodzimej Wielkiej Brytanii album przeszedł praktycznie niezauważony, a w Stanach nie został wydany aż do 1990 roku, jednak sympatykom takiego grania z pewnością przypadnie do gustu. Głównym problem tego wydawnictwa jest to, że absolutnie niczym się nie wyróżnia wśród wielu podobnych, jakie ukazały się w zbliżonym okresie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Shake Down" (1967)

1. I Ain't Superstitious; 2. Let Me Love You Baby; 3. Black Night; 4. High Rise; 5. Rock Me Baby; 6. I Smell Trouble; 7. Oh! Pretty Woman; 8. Little Girl; 9. The Doormouse Rides the Rails; 10. It's My Own Fault; 11. Shake 'Em on Down

Skład: Brice Portius - wokal; Kim Simmonds - gitara; Martin Stone - gitara; Ray Chappell - gitara basowa; Leo Mannings - perkusja; Bob Hall - pianino (1,8,11)
Producent: Mike Vernon


25 grudnia 2014

[Artykuł] Podsumowanie roku 2014

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2014 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2014 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).




Kolejny rok zbliża się ku końcowi, najwyższa więc pora na tradycyjne (w końcu już po raz trzeci) przedstawienie subiektywnej listy najlepszych albumów mijającego roku. Jaki on był? Przez pierwsze sześć miesięcy niewiele działo się na rynku wydawniczym; miałem poważne obawy, że w tym roku w ogóle będę musiał zrezygnować z podsumowania. W drugiej połowie roku było już znacznie lepiej, chociaż ilość wydanych wówczas albumów niekoniecznie przekładała się na jakość. Niemniej jednak udało mi się wybrać z nich dziesięć, a właściwie jedenaście, godnych uwagi pozycji (jedyny album z pierwszego półrocza, który brałem pod uwagę - "Blue Horizon" Wishbone Ash - ostatecznie nie znalazł się w zestawieniu). Czy będę do nich wracał w przyszłości? Obawiam się, że nie do wszystkich, ale kilka na pewno zostanie ze mną na dłużej.

W przeciwieństwie do podsumowań z poprzednich lat, tym razem przy ustalaniu kolejności nie brałem pod uwagę ocen, które wystawiłem w recenzjach. Przy ocenianiu nowości często staram się być w miarę obiektywny i wyrozumiały - daje im kredyt zaufania, tzn. pozytywną ocenę mimo mieszanych odczuć, bo istnieje możliwość, że przy kolejnych przesłuchaniach bardziej przypadną mi do gustu. Ale przeważnie nie dochodzi już do kolejnych przesłuchań. Zapominam o tych albumach i już nigdy ich nie słucham. Dlatego tym razem ważniejszym kryterium było czy - i jak często - wracałem do poszczególnych pozycji. Stąd też np. na siódmym miejscu znalazł się album z oceną 8/10, a na trzecim - z 6/10. Oczywiście częstotliwość słuchania nie była najważniejszym wyznacznikiem. Album z pierwszego miejsca wcale nie był tym najczęściej przeze mnie słuchanym. Decydującym kryterium była jakość danego wydawnictwa - oszacowana całkowicie subiektywnie.

Listę wszystkich recenzji albumów wydanych w 2014 roku znajdziesz pod tym linkiem.




Najlepsze albumy 2014:


10. Jack Bruce - "Silver Rails"

Prawdopodobnie przeoczyłbym fakt wydania tego albumu, gdyby nie śmierć Jacka Bruce'a zaledwie siedem miesięcy po premierze "Silver Rails". Longplay stał się tym samym muzycznym epitafium tego wybitnego muzyka, znanego przede wszystkim z supergrupy Cream, ale aktywnie działającego także po jej rozpadzie (chociaż od wydania poprzedniego w solowej dyskografii "More Jack than God" minęło aż jedenaście lat). Na "Silver Rails" Bruce nie obawiał się eksplorować nowych dla siebie rejonów (zaskakująco nowoczesny "Drone"), ale przede wszystkim nawiązywał do swojej przeszłości - nie mogło więc zabraknąć ani bluesa ("Rusty Lady" i najlepszy na albumie "Keep It Down" ze świetnymi organami Johna Medeskiego i porywającą gitarą Berniego Marsdena) ani hard rocka ("No Surrender"). Najwięcej tutaj jednak grania o balladowym charakterze. Z tych spokojniejszych fragmentów największe wrażenie robią ascetyczny "Industrial Child" oraz trochę żywsza "Don't Look Now", w której piękną, bardzo floydową solówkę zagrał syn Jacka, Malcolm.


9 . Uriah Heep - "Outsider"

Poważną wadą tego albumu jest mała ilość Uriah Heep w Uriah Heep. Z muzyków, którzy współtworzyli zespół w latach 70. (czasie jego największych - a właściwie jedynych - sukcesów), pozostał tylko gitarzysta Mick Box. Także pod względem stylistycznym jest to już zupełnie inna grupa - bez bogatych harmonii wokalnych i gitarowo-Hammondowych współbrzmień (brzmienia gitarowe wysuwają się tutaj na pierwszy plan, klawisze stanowią tylko tło), czyli charakterystycznych cech "oryginalnego" - żeby nie napisać "prawdziwego" -  Uriah Heep. Nazwa użyta jest więc tutaj wyłącznie ze względów marketingowych. A jednak, "Outsider" - 24. longplay sygnowany tą nazwą - to solidna porcja grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Bez fragmentów wybitnych lub szczególnie porywających, jednak żaden wielbiciel klasycznego ciężkiego rocka nie może być zawiedziony takimi czadowymi kompozycjami, jak "The Law", "The Outsider", "Looking at You" czy "Say Goodbye" (w dwóch ostatnich pojawia się trochę przyjemnych brzmień organowych, kojarzących się - a jednak! - ze "starym, dobrym" Uriah Heep). Brakuje tutaj tylko "obowiązkowej" na takich płytach ballady. Ale może to i lepiej - muzycy z takim stażem mają skłonność do przesładzania tego typu nagrań.


8. Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar"

Podczas gdy Jimmy Page ogranicza swoją muzyczną działalność do produkowania kolejnych niepotrzebnych remasterów Led Zeppelin, Robert Plant wciąż tworzy premierową muzykę. Na swoich solowych albumach nie odcina kuponów od swojej przeszłości w Led Zeppelin, a eksploruje zupełnie inne muzyczne terytoria - czego najlepszym dowodem jest właśnie ten album. Zamiast ciężkiego bluesa, czy nawet akustycznego folku, otrzymujemy tutaj łagodną muzykę, przesiąkniętą afrykańskim klimatem. Dominują tutaj brzmienia etniczne i egzotyczne instrumenty, takie jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti. Oczywiście, Plant nie odchodzi tutaj całkiem od muzyki rockowej; zdarzają się też utwory w których wyraźnie słychać gitary ( "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill"). Do najciekawszych kompozycji należy ascetyczna, ale bardzo przejmująca ballada "A Stolen Kiss", a także najbardziej dynamiczny i przebojowy "Somebody There". Nie wszystkie utwory trzymają jednak wysoki poziom, zdarzają się też mniej ciekawe fragmenty, jak banalny "House of Love", czy zbyt eksperymentalny "Arbaden (Maggie's Babby)".


7. Foo Fighters - "Sonic Highways"

Jedno z moich największych zaskoczeń tego roku - zespół, który dotychczas specjalizował się w tworzeniu radiowych hitów o bezwstydnie komercyjnym charakterze, nagle nagrał album przemyślany od początku do końca. Co prawda, sam koncept (dla przypomnienia: każdy utwór został nagrany w innym amerykańskim mieście, z udziałem pochodzących stamtąd muzyków i w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do muzycznych tradycji danego regionu), jest znacznie ciekawszy od zawartych tu kompozycji, niemniej jednak znalazłem tutaj kilka interesujących fragmentów. Single okazały się tym razem niezbyt porywające ("Something from Nothing", "The Feast and the Famine", "Congregation"), świetnej melodii nie można za to odmówić nagranemu w Los Angeles "Outside". Uwypuklona w miksie partia basu oraz solówka Joe'a Walsha z The Eagles od razu przypadły mi do gustu. Przebojowości, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić także "In the Clear", w którym rockowy czad został wzbogacony sekcją dętą (nagrywanie w Nowym Orleanie zobowiązuje). I w końcu muszę wspomnieć także o perełce w postaci "Subterranean" - spokojnej, akustycznej piosence, w której wspaniale udało się oddać charakter deszczowego Seattle.


6. Judas Priest - "Redeemer of Souls"

Legenda heavy metalu w świetnej formie. Pomimo odejścia K. K. Downinga - gitarzysty, jednego z głównych kompozytorów i współzałożyciela grupy - "Redeemer of Souls" okazał się najlepszym albumem Judas Priest od wielu, wielu lat. Co najmniej od czasu kultowego "Painkiller" z 1990 roku. Jeżeli ktoś się obawiał kolejnego pretensjonalnego i patetycznego albumu w stylu "Nostradamus" (2008), to musiał się mile rozczarować. "Redeemer of Souls" to longplay nagrany z myślą o wielbicielach klasycznych dokonań zespołu. Przygotowany w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Oczywiście najwięcej tutaj nawiązań do albumów z lat 1980-84, czyli największej popularności Judas Priest (np. "Down in Flames", "Battle Cry"), albo do wspomnianego "Painkillera" (np. "Secrets of the Dead"), ale z drugiej strony znalazły się tutaj także utwory bliższe twórczości zespołu z lat 70. (bluesowo-hardrockowy "Crossfire", sabbathowy "March of the Damned"). Stylistycznie od reszty albumu nieco odstaje finałowa ballada "Beginning of the End" - ale na szczęście nie jest to żadna ckliwa "pościelówka", a przyjemny, spokojny utwór.


5. Overkill - "White Devil Armory"

Overkill to dziś czołowy przedstawiciel thrash metalu, który wciąż ma coś do zaoferowania - w przeciwieństwie do tzw. "Wielkiej Czwórki", której przedstawiciele od lat odcinają kupony od swoich dokonań z lat 80., bo współcześnie nie tworzą niczego wartościowego. Albo w ogóle niczego nowego nie tworzą. Tymczasem Overkill regularnie co dwa lata dostarcza fanom nowe albumy, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W obecnie trwającej dekadzie jeszcze bardziej podniósł sobie poprzeczkę, najpierw wydając rewelacyjny "Ironbound" (2010), na którym muzycy zaprezentowali swoje bardziej progresywne oblicze, a następnie "The Electric Age" (2012), pokazujący bardziej agresywną twarz zespołu. Najnowsze dzieło Overkill, "White Devil Armory", jest swego rodzaju podsumowaniem obu poprzednich albumów, ich syntezą. Z jednej strony znalazły się tutaj stricte thrash metalowe, rozpędzone i agresywne czady (np. "Armorist", "Where There's Smoke...", "King of the Rat Bastards"), jak i kompozycje wolniejsze, bardziej rozbudowane - czasem mogące kojarzyć się z twórczością Black Sabbath ("Bitter Pill"), a kiedy indziej z klasycznym heavy metalem ("In the Name"). Dzięki tej różnorodności, "White Devil Armory" powinien zachwycić wszystkich wielbicieli thrash metalu, bez względu na to, jaką jego odmianę preferują.


4. Blues Pills - "Blues Pills"

Najlepszy tegoroczny debiut został nagrany przez szwedzko (wokalistka) - francusko (gitarzysta) - amerykański (sekcja rytmiczna) zespół Blues Pills, czerpiący garściami z muzyki przełomu lat 60. i 70., przede wszystkim blues rocka i rocka psychodelicznego. Młodym muzykom nieobce są dokonania Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Cream, Jimiego Hendrixa, Free czy Led Zeppelin. Największym atutem zespołu jest natomiast utalentowana wokalistka Elin Larsson, dysponująca barwą głosu zbliżoną do Janis Joplin (w bardziej zadziornych fragmentach) lub Adele (w tych bardziej subtelnych).
Na albumie dominuje dość surowe, bardzo energetyczne i niezbyt złożone granie (np. singlowe "High Class Woman" i "Devil Man"), ale grupa potrafi także urzec bardziej klimatycznym, balladowym graniem (np. "River", "Astraplane", "Little Sun"). W przekonujący sposób potrafią także połączyć oba te oblicza, czego dowodem jedyny trochę (ale naprawdę tylko "trochę") bardziej skomplikowany kawałek - "Black Smoke". Wszystko to razem tworzy naprawdę udaną całość. Dla wielbicieli klasycznego rocka - szczególnie tego z bluesowym pierwiastkiem - pozycja obowiązkowa.


3. Pink Floyd - "The Endless River"

Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna premiera tego roku - dla jednych arcydzieło, dla innych - niepotrzebnie wydane odrzuty. Prawda leży gdzieś pośrodku. Im więcej jednak czytałem tych negatywnych opinii na temat "The Endless River", tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to album genialny. Nie, nie pod względem muzycznym. Genialny, ponieważ wkurzył wszystkich, którzy mieli z góry wyrobione oczekiwania jaka muzyka powinna się na nim znaleźć, a potem się rozczarowali, bo okazało się, że jego zawartość nie przypomina niczego, co zespół wcześniej nagrał. A przecież to własnie było zawsze istotą Pink Floyd - ciągły rozwój. Nigdy nie nagrali albumu, który brzmiał jak coś z przeszłości. Zawsze poszukiwali nowych środków wyrazu (pierwszy z brzegu przykład - po zdominowanym przez brzmienia klawiszowe i subtelne gitarowe solówki albumie "Wish You Were Here", nagrali bardzo gitarowy, agresywny "Animals").
Pozostaje pytanie czy to, co zaprezentowali tym razem, jest dobre. Niestety, nie do końca. Zdarzają się fragmenty bardzo dobre i rewelacyjne (przede wszystkim "It's What We Do", "Allons-y", "Autumn '68", oraz "Talkin Hawkin'", w których słychać przebłyski dawnego geniuszu), ale też bardzo słabe (banalne "Louder Than Words", "Anisina" i "Surfacing"). Irytować może też zbyt duża ilość ambientowych przerywników, w których prawie nic się nie dzieje - dlatego lepiej słuchać "The Endless River" jako całości, bez zwracania uwagi na sztuczny podział na ścieżki.


2. Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam"

Czwarty album Lunatic Soul znacznie różni się od wcześniejszych, folkowo-etnicznych albumów zespołu. Na "Walking on the Flashlight Beam" Mariusz Duda skierował się w stronę brzmień elektronicznych... Spokojnie, nie jest to żadne techno ani inne tego typu wynalazki, a raczej granie z okolic Depeche Mode (wpływ tej grupy jest szczególnie słyszalny w singlowym "Cold"), z prawdziwą perkusją i istotną rolą gitary. Rockowi słuchacze nie powinni mieć zatem większych problemów z zaakceptowaniem zawartej tu muzyki.
Najciekawsze fragmenty albumu to: powoli się rozwijający "Shutting Out the Sun"; przebojowy, niemal piosenkowy "Treehouse"; oraz przepiękny tytułowy "Walking on a Flashlight Beam".



1. Opeth - "Pale Communion"

Nigdy nie przepadałem za elementami death metalowymi (szczególnie zaś za growlem) w twórczości Opeth, zawsze natomiast podobały mi się te spokojniejsze fragmenty, zdradzające inspirację rockiem progresywnym. Pierwszym albumem, na którym grupa całkowicie zrezygnowała z elementów metalowych, był "Damnation" z 2003 roku - ale ten longplay był akurat dopełnieniem wydanego rok wcześniej "Deliverance" (oba zostały nagrane podczas jednej sesji i początkowo miały tworzyć całość). Nieco inaczej wygląda sprawa z przedostatnim w dyskografii "Heritage" (2011), który jasno dawał do zrozumienia, że muzyków znudziło granie ekstremalnej muzyki. Niestety, dając wyraz swojej fascynacji rockiem progresywnym z lat 70., stracili wszystkie rozpoznawalne cechy swojego stylu. Na szczęście, na "Pale Communion" problem ten udało się całkowicie rozwiązać. To znów album przesiąknięty muzyką sprzed czterdziestu lat (szczególnie w moich ulubionych "Eternal Rains Will Come" i "River", w których mamy i fantastycznie przebojowe melodie, i dużo progrockowego kombinowania). Tym razem jednak jest też sporo charakterystycznego dla Opeth klimatu (np. "Elysian Woes" spokojnie mógłby trafić na wspomniany "Damnation"). Wróciły nawet patenty metalowe ("Cusp of Eternity" w całości oparty jest na metalowym riffie, dużo ciężkich brzmień pojawia się także np. w "Moon Above, Sun Below"), ale na szczęście Mikael Åkerfeldt ani przez chwilę nie stosuje tutaj growlu.
"Pale Communion" to według mnie najlepszy longplay w dyskografii Opeth, z największym naciskiem położonym na zapadające w pamieć melodie, ale jednocześnie ambitny w warstwie instrumentalnej.




Specjalne wyróżnienie:


Queen - "Live at the Rainbow '74"

Album ten umieściłem poza rankingiem, ponieważ w przeciwnym razie musiałby znaleźć się na jego podium. A obecność na nim albumu koncertowego - i to nagranego 40 lat temu - byłaby trochę niesprawiedliwa wobec albumów z premierowym materiałem zarejestrowanym współcześnie.
Nie ukrywam jednak, że to właśnie "Live at the Rainbow '74" najbardziej mnie w tym roku zachwycił. To genialny dokument czasów, kiedy koncerty były czymś o wiele bardziej wyjątkowym, niż obecnie. Muzycy nie ograniczali się wówczas do odgrywania utworów tak, jak zostały nagrane w studiu. Albumowe wersje były tylko punktem wyjścia do tworzenia tych utworów praktycznie na nowo. Często nabierały dzięki temu zupełnie innego charakteru, nowej jakości. Nie inaczej jest w tym przypadku. A ponadto, "Live at Rainbow '74" pokazuje Queen w ciekawym momencie kariery. Jeszcze przed wydaniem przełomowego albumu "A Night at the Opera" i przed komercyjnym sukcesem singla "Bohemian Rhapsody". W 1974 roku zespół wciąż musiał ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Dlatego muzycy grają tu z niesamowitym zaangażowaniem. Te wczesne, w większości jeszcze stricte hardrockowe, utwory grupy zyskały tutaj niesamowitą energię. Wręcz rozsadzającą takie kompozycje, jak "Son and Daughter", "Father to Son", "Liar", "Stone Cold Crazy" czy "Modern Times Rock'n'Roll". Ale kiedy trzeba, jest też bardzo nastrojowo ("White Queen (As It Began)"), lub po prostu przebojowo ("Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen"). Dziś już nikt nie nagrywa takich koncertówek.





Najchętniej czytane posty z tego roku:

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zostało na nim opublikowane w sumie 224 postów, czyli mniej niż w poprzednich latach (366 w 2013, 240 w 2012). Spadek liczby postów był jednak wprost proporcjonalny do liczby odwiedzin bloga, która w ubiegłym roku wynosiła 137819 wejść, co stanowi 64,5% wszystkich dotychczasowych odwiedzin. Poniżej przedstawiam listy dziesięciu najpopularniejszych recenzji i artykułów. Z recenzji najczęściej czytane były oczywiście opisy tegorocznych premier, ale w pierwszej dziesiątce znalazło się też miejsce dla jednego starszego albumu (dużo starszego, bo z... 1967 roku). Na liście najczęściej czytanych artykułów dominują natomiast posty z cyklu "Najważniejsze utwory...", co również nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo posty z tej serii zawsze były bardzo poczytne. Zaskoczeniem było dla mnie natomiast to, która część znalazła się na pierwszym miejscu - nie spodziewałem się, że właśnie ona będzie miała najwięcej wyświetleń z tego roku.


Recenzje:


1. Pink Floyd - "The Endless River" (1501 wyświetleń)
2. AC/DC - "Rock or Bust" (655 wyświetleń)
3. Judas Priest - "Redeemer of Souls" (621 wyświetleń)
4. Opeth - "Pale Communion" (443 wyświetleń)
5. Queen - "Queen Forever" (328 wyświetleń)
6. Slash - "World on Fire" (238 wyświetleń)
8. Queen - "Live at the Rainbow '74" (235 wyświetleń)
9. Phil Rudd - "Head Job" (227 wyświetleń)
10. Wishbone Ash - "Blue Horizon" (216 wyświetleń)



Artykuły:


1. Najważniejsze utwory Depeche Mode (536 wyświetleń)
3. Płyty winylowe vs. kompaktowe (389 wyświetleń)
4. Najlepsze albumy koncertowe (355 wyświetleń)
5. Najważniejsze utwory Judas Priest (300 wyświetleń)
6. Najważniejsze utwory Alice in Chains (275 wyświetleń)
7. Najważniejsze utwory AC/DC (260 wyświetleń)
8. Najważniejsze utwory Megadeth (235 wyświetleń)
10. Najważniejsze utwory The Rolling Stones (227 wyświetleń)





Albumy, które kupiłem w tym roku:

  1. Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" LP (1970)
  2. Black Sabbath - "The Eternal Idol" LP (1986)
  3. Black Sabbath - "Tyr" LP (1990)
  4. Blind Faith - "Blind Faith" LP (1969)
  5. Cream - "The Best of Cream" LP (1984)
  6. Deep Purple - "Made in Europe" LP (1976)
  7. Dio - "The Last in Line" LP (1984)
  8. Genesis - "Nursery Cryme" LP (1971)
  9. Genesis - "Foxtrot" LP (1972)
  10. Iron Maiden - "Sanctuary" SP (1980; reedycja 2014)
  11. Iron Maiden - "Maiden England '88" DVD (2013)
  12. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" LP (1976)
  13. Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" LP (1986)
  14. Pink Floyd - "The Division Bell" LP (1996; reedycja 2014)
  15. Pink Floyd - "The Endless River" LP (2014)
  16. Queen - "Queen" LP (1973)
  17. Queen - "Queen II" LP (1974)
  18. Queen - "Live Killers" LP (1979)
  19. Queen - "Live at the Rainbow '74" LP (2014)
  20. Queen - "Live at the Rainbow '74" DVD (2014)
  21. Rainbow - "Live in Munich 1977" DVD (2006)
  22. Rush - "2112" LP (1976)
  23. Rush - "Archives" LP (1978)
  24. Rush - "Moving Pictures" LP (1981)
  25. Rush - "Signals" LP (1982)
  26. Rush - "Grace Under Pressure" LP (1984)
  27. Scorpions - "Lovedrive" LP (1979)
  28. Scorpions - "Best of Rockers N' Ballads" LP (1989)
  29. Thin Lizzy - "Bad Reputation" LP (1977)
  30. Whitesnake - "Lovehunter" LP (1979)
  31. Whitesnake - "Ready an' Willing" LP (1980)
  32. Whitesnake - "Live... in the Heart of the City" LP (1980)
  33. Whitesnake - "Come an' Get It" LP (1981)



2015?


Na chwilę obecną, na 2015 rok zapowiedziane zostały tylko dwa interesujące mnie albumy: 23 lutego ukaże się "Return to Forever" grupy Scorpions, a cztery dni później "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona (lidera Porcupine Tree). Po Scorpionsach nie spodziewam się wiele - tym bardziej, że od 30 lat nie nagrali niczego naprawdę interesującego, a promujący "Return to Forever" na singlu utwór "We Built This House" jest wyjątkowo kiepski, nawet na tle ostatnich dokonań zespołu (najbliżej mu chyba do przesłodzonego albumu "Pure Instinct"). Nie mogę się natomiast doczekać drugiego z tych albumów, zwłaszcza że poprzednie dzieło Wilsona, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)", jest jednym z najlepszych albumów ostatnich lat.

Nowe albumy na przyszły rok zapowiadają także m.in. Black Sabbath, Deep Purple, David Gilmour, Faith No More, Slayer, Megadeth i Testament; nie są znane jednak żadne szczegóły na ich temat. Osobiście najbardziej czekam na to, żeby w końcu ukazał się nowy album Iron Maiden - od premiery "The Final Frontier" minęły już ponad cztery lata, co jest największą przerwą wydawniczą w przypadku tej grupy. Nadzieję, że zespół w końcu wyda coś premierowego, zwiększa niedawno opublikowana kartka świąteczna:



13 grudnia 2014

[Recenzja] Message - "From Books and Dreams" (1973)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 7/13

Założona w Düsseldorfie pod koniec lat 60. grupa Message nie zdobyła nigdy większego rozgłosu. I to pomimo wydania kilku niezłych płyt oraz wsparcia Dietera Dierksa - producenta i inżyniera dźwięku, który pomógł zaistnieć takim grupom, jak chociażby Ash Ra Tempel, Embryo, Tangerine Dream czy Scorpions. To właśnie dzięki Dierksowi muzycy Message podpisali kontrakt z należącą do Petera Hauke'a wytwórnią Bacillus Records. W tamtym czasie w skład grupy wchodzili aż trzej Brytyjczycy - śpiewający saksofonista i klawiszowiec Tommy McGuigan oraz gitarzyści Allan Murdoch i Billy Tabbert - a także dwóch Niemców, basista Horst Stachelhaus (wcześniej członek Birth Control) i perkusista Gerhard Schaber.

Tych właśnie muzyków można usłyszeć na debiutanckim "The Dawn Anew Is Coming" (1972), zawierającym całkiem przyjemną mieszankę psychodelii z elementami hard rocka oraz rocka progresywnego, wyraźnie nawiązującą do twórczości brytyjskich i amerykańskich grup. Głównymi problemami tego wydawnictwa są całkowity brak własnej tożsamości oraz niezbyt charakterystyczne kompozycje. Znacznie ciekawiej prezentuje się kolejny longplay zespołu, nagrany już bez udziału Tabberta i Schabera, za to z nowym perkusistą Güntherem Klingelem. Już sama okładka "From Books and Dreams" zapowiada, że zespół zwrócił się w nieco mroczniejsze rejony. To wciąż muzyka czerpiąca przede wszystkim z anglosaskiego rocka głównego nurtu, aczkolwiek tym razem lekko zbliżająca się do krautrocka (przede wszystkim w warstwie rytmicznej i za sprawą dość ćpuńskiego klimatu) oraz jazz-rocka (dzięki większej roli saksofonu). Jednak najbliższą rzeczywistości etykietą będzie heavy psych. Zdecydowanie nie jest to - jak twierdzą niektórzy - rock progresywny, gdyż utwory mają raczej jamowy charakter.

Całość rozpoczyna się od intrygującego, choć trochę przydługiego intra "Sleep!", które po niespełna trzech minutach przechodzi w trzynastominutowy, rozpędzony "Dreams and Nightmares (Dreams)", w którym przeplata się kilka charakterystycznych tematów i niezłych solówek. Sfuzzowane brzmienie gitary z pewnością zachwyci każdego miłośnika rocka przełomu lat 60. i 70., mnie jednak najbardziej podoba się w nim gra sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie ogranicza się do najprostszego akompaniamentu. Całkiem fajnie wpleciono tu też partie saksofonu, natomiast mniej udanym elementem są partie wokalne McGuigana, których na szczęście nie ma tu wiele. Utwór bardzo płynnie przechodzi w kolejny, "Turn Over!" - z początku nastrojowy, z czasem bardziej intensywny. Tym razem w pierwszoplanowej roli występuje saksofon, nadający lekko jazzowego charakteru. Nagranie jest w zasadzie instrumentalne, jeśli nie liczyć finałowej recytacji zakończonej zapętlonymi słowami z tytułu - to sygnał, że pora przewrócić winyl na drugą stronę (aczkolwiek fragment ten zostawiono także na kompaktowych reedycjach). Strona B rozpoczyna się bardzo pogodnie i piosenkowo, kontrastując z poprzednimi nagraniami. Choć w drugiej połowie "Sigh" pojawia się dłuższy fragment instrumentalny o zupełnie innym nastroju i charakterze, w którym słychać nawet niemal freejazzową partię saksofonu. Finałowy i najdłuższy "Dreams and Nightmares (Nightmares)" już w całości utrzymany jest w klimacie znanym z poprzedniej strony. Balladowy początek z melotronowym tłem nawiązuje do rocka progresywnego, ale już po chwili muzycy wracają do bardziej hałaśliwego i jamowego grania, by później jeszcze parę razy zmienić klimat. Na plus można znów zaliczyć partie saksofonu i sekcji rytmicznej, a mniejszą kreatywnością wykazuje się gitarzysta, choć granym przez niego motywom nie można odmówić wyrazistości.

"From Books and Dreams" wydaje się trochę spóźniony względem brytyjskich i amerykańskich grup, ze względu na brzmienie i jamowy charakter kompozycji (gdybym nie wiedział, obstawiałbym, że to album najpóźniej z 1971 roku), aczkolwiek trudno mi wskazać inny faktycznie podobny album. Muzycy Message połączyli znane rozwiązania na swój własny sposób, całkiem zresztą ciekawy. I właśnie dlatego "From Books and Dreams" jest albumem, o którego istnieniu warto przypominać. Nie można tego niestety powiedzieć o kolejnych wydawnictwach stale zmieniającego skład i stylistykę zespołu, które najlepiej pominąć milczeniem.

Ocena: 7/10



Message - "From Books and Dreams" (1973)

1. Sleep!; 2. Dreams and Nightmares (Dreams); 3. Turn Over!; 4. Sigh; 5. Dreams and Nightmares (Nightmares)

Skład: Tommy McGuigan - wokal, saksofon, melotron; Allan Murdoch - gitara; Horst Stachelhaus - gitara basowa; Günther Klingel - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Hauke