4 grudnia 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Come Out Fighting Ghengis Smith" (1968)



Debiutancki album Roya Harpera, "Sophisticated Beggar", zwrócił na niego uwagę przedstawicieli wytwórni CBS Records, którzy zdecydowali się podpisać z nim kontrakt. Dzięki temu, kolejny album,  "Come Out Fighting Ghengis Smith", powstawał w bardziej profesjonalnych warunkach, pod okiem producenta Shela Talmy'ego (znanego m.in. z współpracy z The Who). Pod względem stylistycznym, longplay jest kontynuacją debiutu. Tym razem jest nawet jeszcze bardziej ascetycznie - aranżacje wszystkich utworów ograniczają się do śpiewu i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partiami smyczków lub pianina.

Pierwszą stronę winylowego wypełnia sześć krótszych kompozycji, bardzo przyjemnych melodycznie i - pomimo ograniczonego instrumentarium - całkiem różnorodnych. Otrzymujemy tu bowiem i lekko orientalizujący "Freak Street", i celtyckofolkowy "In a Beautiful Rambling Mess" (chyba najpiękniejszy utwór na albumie), a radosne piosenki "You Don't Need Money" i "Ageing Raver" kontrastują z melancholijnymi "All You Need Is" i "What You Have". Druga strona zawiera trzy bardziej eksperymentalne utwory. Około dziesięciominutowy "Circle" składa się z kilku części, o różnych melodiach (i wszystkich świetnych), połączonych w spójną całość. Irytować może tylko fragment z monologiem Harpera a cappella. A skoro o tym mowa - "Highgate Cemetery" w całości śpiewany jest a capella, włącznie z wokalizą imitującą fragment instrumentalny. Naprawdę intrygujące nagranie, bardzo klimatyczna, szkoda tylko, że bardzo krótkie. Całość zamyka utwór tytułowy, który z kolei trwa bardzo długo, chociaż niewiele się w nim dzieje - wszystko przez bardzo długi tekst, częściowo znów mówiony bez żadnego akompaniamentu. Gdyby tak skrócić poszczególne fragmenty, byłby to kolejny bardzo dobry utwór, ale w takiej formie nieco nudzi.

"Come Out Fighting Ghengis Smith" to album bardziej ambitny i spójniejszy od debiutu, pokazujący rozwój Roya Harpera jako twórcy i potwierdzający jego talent do pisania rewelacyjnych melodii, choć muzyk czasem się gubi w tych eksperymentach. Najlepsze albumy były wciąż przed nim, stąd też zachowawcza ocena.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Come Out Fighting Ghengis Smith" (1968)

1. Freak Street; 2. You Don't Need Money; 3. Ageing Raver; 4. In a Beautiful Rambling Mess; 5. All You Need Is; 6. What You Have; 7. Circle; 8. Highgate Cemetery; 9. Come Out Fighting Ghengis Smith

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: Keith Mansfield - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Shel Talmy


2 grudnia 2016

[Blog] Looking Back: październik / listopad

Okres ten był bardzo udany pod względem zakupów płytowych. Liczba winylowych wydawnictw w mojej kolekcji przekroczyła 200 sztuk, ale co najważniejsze - zdobyłem kilka od dawna poszukiwanych albumów. Zaczęło się od "Crusade" Johna Mayalla i Bluesbreakers, który już kilkakrotnie miałem nabyć, ale ktoś mnie przelicytował. Następny w kolejności był "East-West" The Butterfield Blues Band w bardzo ładnym, japońskim wydaniu. Kupiony zaskakująco tanio, bo nikt prócz mnie nie licytował, mimo że ten album rzadko trafia do sprzedaży w nieremasterowanej wersji winylowej. Kolejny zakup to strzał w ciemno - "In Concert" Taste. Nie znałem tego wcześniej, bo nie miałem możliwości posłuchania, więc wykorzystałem możliwość zakupu. Brzmienie okazało się bootlegowe, ale wykonanie rewelacyjne - jak zawsze u Rory'ego Gallaghera. Przy okazji okazało się, że sprzedawca ma także album "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service, którego poszukiwałem od dawna. To była największa korzyść z zakupu "In Concert".


Koniec października dla odmiany przyniósł coś premierowego - debiutancki album lidera Witchcraft, Magnusa Pelandera, "Time". Już myślałem, że będzie to pierwszy rok od dawna, kiedy nie kupię nic wydanego w tym okresie, ale wszystko się zmieniło, gdy usłyszałem ten longplay. Listopad przyniósł natomiast kilka kolejnych wygranych licytacji. Szczególnie cieszy wygrana albumu "Free" grupy Free. Wcześniej tylko raz natknąłem się na ten album, w sklepie stacjonarnym, za... 700 złotych (sic). Na aukcji cena ledwo przekroczyła stówę. Pozostałe wygrane licytacje to "Islands" King Crimson i "The Song Remains the Same" Led Zeppelin.


Pod koniec listopada wybrałem się na giełdę winylową, która trochę mnie rozczarowała. Nie znalazłem tego, na co najbardziej liczyłem. Słaby wybór albumów Ten Years After, nic Soft Machine, a "Halfbreed" Keef Hartley Band w znacznie zawyżonej cenie (sprzedawca twierdził, że jeszcze do niego wrócę po ten album, ale ja z doświadczenia wiem, że takie rarytasy można zdobyć tanio na aukcjach, tylko trzeba poczekać). Ostatecznie nie wyszedłem jednak z niczym. Sprawiłem sobie trzypłytowy zestaw "największych hitów" The Yardbirds (nie lubię składanek, ale w przypadku rocka z pierwszej połowy lat 60. ich zakup ma większy sens, niż albumów studyjnych), a także "Kind of Blue" Milesa Davisa, bo koniecznie chciałem mieć jakiś jazz w kolekcji.





Powoli zbliża się koniec roku, czas podsumowań. W grudniu chciałbym skupić się przede wszystkim na pisaniu o tegorocznych albumach, aby ich recenzje pojawiły się jeszcze przed moim podsumowaniem roku, które tradycyjnie zostanie opublikowane w okresie świątecznym (oczywiście nie zabraknie w tym miesiącu także recenzji rockowej klasyki). Korzystając z okazji, zachęcam do udziału w ankiecie na najlepszy album roku (znajduje się na dole strony). Umieściłem w niej zarówno albumy już zrecenzowane, jak i dopiero czekające na recenzje, ale też kilka ważnych premier, o których w ogóle nie mam zamiaru pisać.

PS. Jak zwykle, chętnie odpowiem na pytania Czytelników niekoniecznie związane z moim wpisem. Posty z tego cyklu są najlepszym miejscem na ich zadawanie (w przeciwieństwie do recenzji).


1 grudnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)



Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Może w ten sposób zespół chciał zatoczyć pełen krąg i wrócić do swoich korzeni (choć przecież nawet na pierwszych albumach, oprócz licznych coverów, były też autorskie kompozycje). A może chodziło po prostu o trochę dobrej zabawy w gronie sprawdzonej ekipy. W nagraniach, oprócz oczywiście członków grupy, uczestniczyli bowiem także stali współpracownicy - basista Darryl Jones, oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford - jak również zaprzyjaźnieni muzycy - Eric Clapton i Jim Keltner. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę.

I być może dlatego słucha się tego materiału naprawdę przyjemnie. Kompozycje zachowały swój bluesowy charakter, ale nabrały większej energii. Mnóstwo tutaj świetnej harmonijki i do bólu klasycznych, ale pewnie dzięki temu tak udanych gitarowych zagrywek i solówek. A wprost powalający jest wokal Micka Jaggera, który mimo swoich 73 lat śpiewa z witalnością, jakiej pozazdrościć mogą niezliczeni młodsi wokaliści. Jeśli zaś chodzi o repertuar - muzycy sięgnęli po niego do dorobków takich klasyków bluesa, jak Willie Dixon, Howlin' Wolf, Little Walter, Memphis Slim, czy Eddie Taylor. Wybrali jednak mniej znane kompozycje, zamiast ogranych standardów. Wyjątek stanowi "I Can't Quit You Baby" Otisa Rusha i akurat ten utwór mogli sobie darować, bo nie wnieśli do niego niczego, co przebiłoby słynną wersję Led Zeppelin. Choć przyznaję, partie Claptona zachwycają. Podobnie jak w drugim utworze, w którym zagrał, "Everybody Knows About My Good Thing" Johnny'ego Taylora - tym większa szkoda, że na swoich solowych albumach nie chce grać w ten sposób. Z pozostałych utworów wyróżniłbym przede wszystkim wydane na singlach, bardzo przebojowe "Just Your Fool" Buddy'ego Johnsona i "Hate to See You Go" Waltera, które porwały mnie od pierwszego przesłuchania i znacznie zwiększyły moje oczekiwania wobec całości. Niestety, równie porywająco wypada jeszcze tylko "Commit a Crime" Wolfa, oraz udramatyzowana ballada "Blue and Lonesome" Slima. A reszta? Poprawny blues rock, dość sztampowy, ale nadspodziewanie dobrze zagrany.

"Blue & Lonesome", mimo swoich niezaprzeczalnych wad, jest najlepszą rzeczą, jaką Stonesi wypuścili od dekad. W końcu grają na pełnym luzie, z energią, jakiej nie było w ich nagraniach od dawna. A sięgnięcie po cudze kompozycje może i było szczytem lenistwa, ale kiedy ostatnio panowie Jagger i Richards sami napisali coś na poziomie np. "Just Your Fool"? Całkiem możliwe, że trzeba by się cofnąć aż do końca lat 70. i  wydanego wówczas albumu "Some Girls". Wydanie albumu z coverami było zatem najsłuszniejszym posunięciem. Słucha się tego o wiele lepiej i przyjemniej, niż wymęczonych wypocin Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza albo i dłuższego okresu.

Ocena: 8/10

PS. Rozważałem nawet zakup tego albumu, ale okazało się, że w wersji winylowej został wydany na dwóch płytach, mimo czasu trwania wynoszącego 42 minuty (co daje po ok. 10 minut na stronę - o ponad połowę mniej niż wynosi ich optymalna pojemność). Nie będę przepłacał za coś, co spokojnie mogło być wydane na jednej płycie i dzięki temu kosztować mniej o co najmniej 1/3 aktualnej ceny.



The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)

1. Just Your Fool; 2. Commit a Crime; 3. Blue and Lonesome; 4. All of Your Love; 5. I Gotta Go; 6. Everybody Knows About My Good Thing; 7. Ride 'Em On Down; 8. Hate to See You Go; 9. Hoo Doo Blues; 10. Little Rain; 11. Just Like I Treat You; 12. I Can't Quit You Baby

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Eric Clapton - gitara (6,12); Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Jim Keltner - instr. perkusyjne (9)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


30 listopada 2016

[Recenzja] John Mayall - "Jazz Blues Fusion" (1972)



Po wydaniu kilku albumów, które udowodniały - z lepszym lub gorszym efektem - że można grać bluesa bez elektrycznej gitary i perkusji, John Mayall postanowił spróbować czegoś innego. A konkretnie  - połączyć blues, rock i jazz. Próbował już tego wcześniej, na albumach "Bare Wires" i "The Turning Point", jednak w dość jeszcze zachowawczy sposób - elementy jazzowe były tylko dodatkiem. Tym razem postanowił pójść na całość. W tym celu nawiązał współpracę z afroamerykańskimi muzykami, mającymi we krwi zarówno blues, jak i jazz. Byli to: popularny jazzowy trębacz Blue Mitchell, gitarzysta Freddy Robinson (wcześniej grający m.in. z Howlin' Wolfem, Little Walterem i Rayem Charlesem), perkusista Ron Selico (mający za sobą współpracę z Frankiem Zappą), oraz mniej znany saksofonista Clifford Solomon. Na stanowisku basisty pozostał Larry Taylor, występujący z Mayallem już od kilku lat.

Pod koniec 1971 roku nowy zespół wyruszył w trasę po Stanach Zjednoczonych, a fragmenty trzech występów - z 18 listopada w Bostonie, oraz 3 i 4 grudnia w Nowym Jorku - zostały wydane na albumie "Jazz Blues Fusion". Na repertuar złożyły się wyłącznie premierowe kompozycje, wszystkie autorstwa Mayalla. Początek jest jeszcze bardzo zachowawczy. "Country Road" to praktycznie typowy 12-taktowy blues, z dużą rolą harmonijki i świetnym solowym popisem Robinsona, jedynie podczas saksofonowej solówki nabierający bardziej jazzowego charakteru. Tuż potem pojawia się stricte bluesrockowy "Mess Around" - najbardziej konwencjonalny i tym samym najmniej porywający fragment albumu. Ciekawsze rzeczy zaczynają dziać się od "Good Times Boogie". Pierwsza, wokalna część bliższa jest jeszcze bluesa, ale w drugiej, instrumentalnej, sekcja rytmiczna zaczyna grać w jazzowy sposób, tworząc akompaniament dla fantastycznych, zdecydowanie jazzowych popisów Robinsona i Solomona. Naprawdę intrygująco robi się w momencie, gdy pojawia się harmonijka, a utwór zmierza w kierunku, którego nie sposób jednoznacznie przypisać ani do jazzu, ani do bluesa - to prawdziwa fuzja tych gatunków.

"Change Your Ways" to kolejny rewelacyjny utwór, oparty na funkowym pulsie gitary i sekcji rytmicznej, oraz doskonale wplecionymi dęciakami. Solówki Robinsona utwierdzają mnie w przekonaniu, że to najlepszy gitarzysta w zespole Mayalla od czasu Micka Taylora. "Dry Throat" podtrzymuje wysoki poziom. To nieco wolniejszy utwór, prowadzony prostą partią organów, raczej bluesowy, choć z nadającymi jazzujący klimat dęciakami. Uwagę znów przyciągają gitarowe solówki. Na tle całości na pewno wyróżnia się "Exercise in C Major for Harmonica" - długi, niemal w całości instrumentalny jam, będący przede wszystkim popisem Larry'ego Taylora, Rona Selico i oczywiście samego Mayalla, który zgodnie z tytułem pokazuje tu swoje umiejętności gry na harmonijce. Początek co prawda nasuwa skojarzenia z "Room to Move" (co jest o tyle ciekawe, że w innym momencie albumu Mayall tłumaczy domagającej się tego kawałka publiczności, że podczas tego koncertu będą grać zupełnie inny materiał), ale potem improwizacja rozwija się w innym kierunku, znów na pograniczu bluesa i jazzu. Finałowy "Got to Be This Way" to kolejny świetny blues, z porywającymi solówkami i dodającymi jazzowego smaczku dęciakami.

"Jazz Blues Fusion" to jedno ze szczytowych osiągnięć Johna Mayalla. Dobre kompozycje, interesująco łączące wpływy bluesa, jazzu i rocka, porywająco zagrane przez świetnych instrumentalistów. Finalny efekt moim zdaniem jest jeszcze lepszy, niż na - bardzo dobrym przecież - "The Turning Point". "Jazz Blues Fusion" to kolejna obowiązkowa pozycja, nie tylko dla fanów Mayalla, a wszystkich wielbicieli dobrej muzyki.

Ocena: 9/10



John Mayall - "Jazz Blues Fusion" (1972)

1. Country Road; 2. Mess Around; 3. Good Time Boogie; 4. Change Your Ways; 5. Dry Throat; 6. Exercise in C Major for Harmonica; 7. Got to Be This Way

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Freddy Robinson - gitara; Larry Taylor - bass; Ron Selico - perkusja i instr. perkusyjne; Clifford Solomon - saksofon; Blue Mitchell - trąbka
Producent: John Mayall


29 listopada 2016

[Recenzja] Soft Machine - "Third" (1970)



Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się muzyka Soft Machine w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, dzielących publikację albumów "Volume Two" i "Third". Z grupy grającej rock psychodeliczny, dość w sumie nieśmiało zdradzającej inspirację jazzem, zespół stał się jednym z najbardziej jazzowych przedstawicieli jazz rocka. Muzycy zaczęli prezentować podobne podejście, co Miles Davis na swoich elektrycznych albumach  - szczególnie na "Bitches Brew", wydanym w marcu 1970 roku, czyli w czasie, gdy Soft Machine już pracowało nad zawartymi tutaj kompozycjami. Część z nich powoli nabierała ostatecznego kształtu podczas koncertów w drugiej połowie 1969 roku. W tamtym okresie skład grupy poszerzył się do septetu, wzbogacony o czterech muzyków grających na instrumentach dętych; saksofonistów Eltona Deana i Lyna Dobsona, puzonistę Nicka Evansa, oraz grającego na skrzydłówce Marka Chariga. Z czasem jednak skurczył się do kwintetu (bez Evansa i Charinga), a następnie kwartetu (po odejściu Dobsona). Właśnie w czteroosobowym składzie została zarejestrowana większość tego longplaya.

Ze względów finansowych, zespół nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na nagrania. Podstawowa sesja odbyła się w kwietniu 1970 roku i trwała nie dłużej niż kilka dni - zespół musiał wspomagać się wcześniej zarejestrowanymi nagraniami koncertowymi i demo. Kolejna sesja miała miejsce na początku maja. Wówczas prawdopodobnie dograno tylko partie dodatkowych muzyków - Nicka Evansa, flecisty Jimmy'ego Hastingsa i skrzypka Raba Spalla. Całość została szybko i niestety dość niedbale zmiksowana. 6 czerwca album trafił już do sprzedaży. Złożyły się na niego tylko cztery utwory, ale tak rozbudowane (wszystkie trwają po 18-19 minut), że w czasach płyt winylowych musiano wydać je na dwóch krążkach - po jednym na każdej stronie.

Pierwszą stronę albumu wypełnia kompozycja "Facelift", zarejestrowana podczas dwóch styczniowych koncertów grupy, występującej wówczas w kwartecie. Miejsce złączenia, a właściwie nałożenia na siebie tych dwóch nagrań jest wyraźnie słyszalne, co brzmi bardzo amatorsko. Samo wykonanie jest jednak rewelacyjne. Pierwsza cześć (nagrana 4 stycznia w Fairfield Hall w Croydon) brzmi zdecydowanie ciężej, momentami wręcz agresywnie, za sprawą przesterowanych organów Mike'a Ratledge'a w introdukcji, oraz ostrym partiom saksofonów, wspartych intensywną grą sekcji rytmicznej (fragment ten kojarzy się z instrumentalną częścią "21st Century Schizoid Man" King Crimson). Druga część (zarejestrowana 11 stycznia w Mother's Club w Birmingham) jest łagodniejsza, bardziej jazzowa. Pojawia się w niej ładne solo Lyna Dobsona na flecie, a kończy ją podniosły motyw grany unisono przez saksofon i organy, odtworzony potem wspak w przyśpieszonym tempie.

"Slightly All the Time" to już utwór w całości bardzo jazzowy. Przez pierwsze kilka minut utwór płynie swobodnie i spokojnie, powoli rozwijając główny temat. Na pierwszym planie słyszymy cudowne solówki Deana, Evansa i Hastingsa, do prostego, subtelnego akompaniamentu Ratledge'a i grającej w skomplikowanym metrum sekcji rytmicznej. W pewnym momencie muzycy przyśpieszają tempo, a na pierwszy plan zaczynają wychodzić partie klawiszowca lub basowe popisy Hugha Hoppera. Utwór cały czas zachowuje swój transowy charakter, coraz bardziej wciągając słuchacza. Wręcz chciałoby się, aby muzycy grali tak w nieskończoność... Niestety, w trzynastej minucie następuje nagłe cięcie i zaczyna się kolejna część utworu, o podtytule "Backwards" - jeszcze bardziej subtelna i bardzo ładna, ale moim zdaniem lepiej sprawdziłaby się jako osobny utwór. Na koniec następuje powrót do wcześniejszego tematu, tym razem grany szybciej i nieco ostrzej.

Najbardziej konwencjonalnym - i przez to najbardziej kontrowersyjnym - utworem jest "Moon in June". Kompozycja Roberta Wyatta pokazująca, że jego wizja rozwoju Soft Machine była nieco inna, niż pozostałych muzyków. Pierwsza część utworu nie jest wcale odległa od tego, co zespół grał na poprzednich albumach. Fragment ten został zarejestrowany przez Wyatta jako demo, zupełnie samodzielnie - zagrał tu nie tylko na perkusji, ale także na basie i klawiszach. I to nie tylko partie rytmiczne i melodyczne, ale także solowe (klawiszowa solówka wyszła trochę nieporadnie, za to basowa całkiem nieźle). Najważniejsza jest tu jednak obecność partii wokalnej - jedynej na tym albumie i zarazem ostatniej w karierze Soft Machine. Wyatt napisał bardzo długi (śpiewany przez niemal całe dziewięć minut tej części), poetycki tekst. Druga, w większości instrumentalna, połowa kompozycji została nagrana już w studiu, z pomocą Ratledge'a, grającego wspaniałe klawiszowe solówki, i Hoppera, ozdabiającego utwór przesterowanymi partiami basu, które wprowadzają bardzo niepokojący nastrój. W nagraniu pojawia się także partia skrzypiec, wykorzystana w nieco kakofonicznej, atonalnej końcówce.

Ostatni utwór, "Out-Bloody-Rageous", jest najbardziej eksperymentalny i innowacyjny. Rozpoczyna go długi klawiszowy popis Ratledge'a, o zdecydowanie elektronicznym, minimalistycznym, wręcz ambientowym brzmieniu, powstałym poprzez studyjną obróbkę taśm. Inspiracji dostarczyła twórczość amerykańskiego minimalisty Terry'ego Rileya. Dopiero pod koniec piątek minuty zaczyna się dynamiczna, bardzo jazzowa część grana przez cały zespół. Pierwszoplanową rolę odgrywa fantastycznie pulsujący bas Hoppera i solówki na dęciakach. W środku na chwile wracają brzmienia elektryczne, szybko ustępujące miejsca przepięknej, ciepłej partii fortepianu, do której zaraz dołączają pozostałe instrumenty, rozpoczynając kolejną jazzową improwizację, tym razem o bardziej subtelnym charakterze - dopiero pod koniec na chwilę robi się nieco intensywniej. Koda tej kompozycji to oczywiście kolejny elektroniczny popis Ratledge'a.

Niesamowity album. Każda z czterech kompozycji robi ogromne wrażenie. Choć łączenie rocka i jazzu nie było w tamtym czasie już niczym zaskakującym, to muzycy Soft Machine zrobili to w naprawdę nowatorski sposób. Zazwyczaj, gdy rockowi muzycy brali się za granie jazz rocka, to okazywało się, że ich umiejętnościom sporo brakuje w porównaniu z jazzmanami. Tutaj jednak taka sytuacja nie ma miejsca - muzycy mają wystarczające umiejętności i talent do grania takiej muzyki. Trochę traci ten materiał przez niedbałą produkcję, ale poza tym nie ma do czego się przyczepić.

Ocena: 10/10



Soft Machine - "Third" (1970)

LP1: 1. Facelift; 2. Slightly All the Time
LP2: 1. Moon in June; 2. Out-Bloody-Rageous

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - perkusja, wokal (3), instr. klawiszowe (3), bass (3); Elton Dean - saksofon (1,2,4)
Gościnnie: Lyn Dobson - saksofon i flet (1); Jimmy Hastings - flet i klarnet basowy (2,4); Nick Evans - puzon (2,4); Rab Spall - skrzypce (3)
Producent: Soft Machine


27 listopada 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)



Roy Harper jest dobrze znany wśród fanów muzyki rockowej. Szkoda tylko, że bardziej dzięki Pink Floyd (to właśnie on zaśpiewał w utworze "Have a Cigar") i Led Zeppelin (którzy oddali mu hołd tytułując jeden z utworów "Hats Off to (Roy) Harper", czyli "Czapki z głów przed Royem Harperem"), niż swojej własnej twórczości. A przecież mówimy o jednym z najważniejszych wykonawców folkrockowych i jednym z najlepszych gitarzystów akustycznych. Jego wpływu na takich wykonawców, jak Jethro Tull czy Led Zeppelin (ten bardziej folkowy), nie da się przecenić. Na jego albumach wielokrotnie występowały wielkie rockowe gwiazdy, jak Paul McCartney, David Gilmour, Jimmy Page, Alvin Lee, czy Ian Anderson (i popowe, jak Kate Bush), dla których możliwość współpracy z Harperem była sporym zaszczytem.

Roy zadebiutował w 1966 roku (według niektórych źródeł rok później) albumem "Sophisticated Beggar". Zarejestrowany został w raczej prymitywnych warunkach, na zwyczajnym magnetofonie szpulowym, co w sumie doskonale pasowało do intymnego charakteru większości kompozycji. Składają się one z partii wokalnej i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partią drugiej, także akustycznej gitary. W nagraniach wsparło Harpera kilku gitarzystów - m.in. John Renbourn i Bert Jansch z folkowej grupy Pentagle, a także pracujący wówczas jako muzyk sesyjny Ritchie Blackmore - jednak w opisie albumu brakuje dokładnych informacji w których utworach wystąpili. Mimo podobnych aranżacji utwory nie sprawiają wrażenia monotonnych. Kompozycje różnią się klimatem - czasem jest bardziej subtelnie (np. w nieco orientalizującym utworze tytułowym), kiedy indziej dość energetycznie i po prostu przebojowo (przede wszystkim "Big Fat Silver Aeroplane"). Nie brakuje też wyrazistych, dobrych melodii - często naprawdę urzekających, jak w "Forever", "Girlie", "Goldfish", "Legend" czy "October the Twelfth".

Nie wszystkie jednak utwory cechują się takim ascetyzmem. W rozpoczynającym album "China Girl" wykorzystano efekt odtworzonej od tyłu taśmy. Z kolei w "Mr. Station Master" gitara schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca psychodelicznej partii organów. Niestety, ich brzmienie bardzo się zestarzało, co sprawia, że ten utwór - najbardziej nowoczesny w chwili wydania albumu - dziś brzmi bardzo archaicznie, czego nie można zarzucić pozostałym kompozycjom. I chyba właśnie dlatego, jest to moim zdaniem najsłabszy fragment longplaya, kompletnie niepasujący do reszty. Pod względem stylistycznym od całości odstaje także finałowy "Committed" - w warstwie muzycznej po prostu rockowy, z podkładem sekcji rytmicznej (złożonej z anonimowych muzyków) i gitarą elektryczną (prawdopodobnie to właśnie w tym utworze zagrał Blackmore). Trochę przypomina to wczesny, barrettowski Pink Floyd. Warstwa wokalna jest natomiast ewidentnie żartobliwa, z nagłymi wybuchami śmiechu, fałszowaniem i śpiewaniem falsetem. To kolejny utwór, który nie bardzo pasuje do tego longplaya, ale można go potraktować jako celowo kontrastujący z resztą bonus.

"Sophisticated Beggar" to udany debiut, pokazujący, że już na tym etapie kariery Roy Harper miał sporo do zaoferowania. Naprawdę dobrze skomponowane i równie wspaniale wykonane utwory. A brzmienie, choć ascetyczne, to (poza dwoma kawałkami) absolutnie nic się nie zestarzało. To niewątpliwa zaleta akustycznego instrumentarium. Większość utworów równie dobrze mogłaby zostać nagrana wczoraj i brzmiałaby tak samo. Czapki z głów przed Royem Harperem.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)

1. China Girl; 2. Goldfish; 3. Sophisticated Beggar; 4. My Friend; 5. Big Fat Silver Aeroplane; 6. Blackpool; 7. Legend; 8. Girlie; 9. October the Twelfth; 10. Black Clouds; 11. Mr. Station Master; 12. Forever; 13. Committed

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: John Renbourn - gitara; Bert Jansch - gitara; Ritchie Blackmore - gitara; Paul Brett - gitara; Lon Goddard - gitara
Producent: Peter Richards


24 listopada 2016

[Recenzja] Queen - "On Air: The Complete BBC Sessions" (2016)



To już tradycja, że w listopadzie ukazuje się nowe wydawnictwo z archiwalnym materiałem Queen. Zapewne związane jest to z datą śmierci Freddiego Mercury'ego, który odszedł 24 listopada 1991 roku - równo ćwierć wieku temu. Tym razem nie jest to jednak zapis jednego występu (jak wydany dwa lata temu "Live at the Rainbow '74" i zeszłoroczny "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975"), a zbiór sześciu sesji radiowych, jakie zespół dał na przestrzeni lat 1973-77. Dotąd oficjalnie opublikowane były tylko dwie z tych sesji - pierwsza i trzecia (na wydanym w 1989 roku albumie "Queen at the Beeb"). "On Air: The Complete BBC Sessions" zawiera także pozostałe cztery sesje, które do tej pory nie miały oficjalnej premiery.

Aż pięć sesji odbyło się w latach 1973-74. Dominują tu zatem utwory z pierwszych trzech, najbardziej hardrockowych albumów grupy ("Queen", "Queen II" i "Sheer Heart Attack"). O ile jednak w studiu te hardrockowe zapędy muzyków zostały nieco pohamowane wygładzoną produkcją, tak podczas radiowych sesji zespół zagrał ciężej, bardziej energetycznie, nie unikając dłuższych solówek - zupełnie jak podczas ówczesnych koncertów. Tak jest chociażby w "Son and Daughter", "Liar", "Ogre Battle", "Great King Rat", "Now I'm Here", nie wspominając o rozpędzonych "Stone Cold Crazy" i "Modern Times Rock 'n' Roll". Grupę zawsze cechował jednak spory eklektyzm. I dlatego usłyszeć możemy tu także urocze ballady ("White Queen", "Nevermore"), trochę typowego dla grupy pastiszu ("My Fairy King", "Doing All Right"), a nawet odrobinę rzadkiego w jej twórczości bluesa ("See What a Fool I've Been", pochodzący ze strony B singla "Seven Seas of Rhye"). Niektóre utwory się powtarzają, ale dzięki temu można chociażby przekonać się, jak z czasem ewoluowała solówka Briana Maya w "Son and Daughter".

Ostatnia sesja odbyła się dopiero 28 października 1977 roku - dokładnie w dniu premiery albumu "News of the World". I złożyły się na nią utwory właśnie z tego longplaya. Zabrakło co prawda tego najsłynniejszego, "We're the Champions", są natomiast dwie wersje "We Will Rock You" - pierwsza nawiązująca do wersji albumowej, choć krótsza, druga zaś znacznie przyśpieszona, z hardrockową grą na instrumentach zamiast oszczędnego klaskania i tupania. Muzycy zaprezentowali także świetną balladę "Spread Your Wings", oraz dwa mniej porywające kawałki - "It's Late" i "My Melancholy Blues". To już zupełnie inny zespół, niż podczas wcześniejszych sesji. Tam muzycy wciąż jeszcze walczyli o zdobycie popularności i dlatego grali z niesamowitym zaangażowaniem. Tutaj natomiast mają już za sobą pierwsze wielkie sukcesy i sprawiają wrażenie nieco już zblazowanych gwiazd, które po prostu odgrywają utwory tak, jak zostały zarejestrowane w studiu. Chociażby dla możliwości bezpośredniego porównania tych dwóch oblicz Queen, warto zapoznać się z "On Air".

Podstawowe wydanie albumu zawiera dwie płyty kompaktowe z opisaną wyżej zawartością. Rozszerzona edycja to aż sześć dysków, w tym trzy z radiowymi wywiadami z członkami zespołu (głównie z Freddiem Mercurym i Brianem Mayem, rzadziej z Rogerem Taylorem i ani razu z Johnem Deaconem), oraz jeden z fragmentami trzech występów Queen z różnych okresów działalności - z 13 września '73 w Londynie, 20 marca '81 w São Paulo, oraz 21 czerwca '86 w Mannheim (w sumie 24 utwory, głównie przeboje, kilka rockandrollowych przeróbek, a na deser niealbumowy utwór "Alright Alright"). Rzecz to jednak raczej tylko dla największych fanów. Wszystkim pozostałym polecam raczej sięgnięcie po wspomniany "Live at the Rainbow '74" z porywającymi występami początkującego Queen, a z późniejszego okresu - "Live Killers" lub "Queen Rock Montreal". Po podstawowe wydanie "On Air" także warto sięgnąć, nawet nie będąc zagorzałym miłośnikiem Queen. Sporym mankamentem jest, niestety, kiepska jakość tych nagrań. Poza tym słucha się tego świetnie, a i wartości historycznej nie można temu wydawnictwu odmówić.

Ocena: 8/10



Queen - "On Air: The Complete BBC Sessions" (2016)

Disc 1: 1. My Fairy King; 2. Keep Yourself Alive; 3. Doing All Right; 4. Liar; 5. See What a Fool I've Been; 6. Keep Yourself Alive; 7. Liar; 8. Son and Daughter; 9. Ogre Battle; 10. Modern Times Rock 'n' Roll; 11. Great King Rat; 12. Son and Daughter
Disc 2: 1. Modern Times Rock 'n' Roll; 2. Nevermore; 3. White Queen (As It Began); 4. Now I'm Here; 5. Stone Cold Crazy; 6. Flick of the Wrist; 7. Tenement Funster; 8. We Will Rock You; 9. We Will Rock You (fast); 10. Spread Your Wings; 11. It's Late; 12. My Melancholy Blues

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino; Brian May - gitara, wokal; John Deacon - bass; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Josh Macrae i Kris Fredriksson