20 września 2017

[Recenzja] Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)



W drugiej połowie lat 90. muzyka rockowa sięgnęła samego dna. Największą popularnością cieszyły się wówczas tak bezwartościowe style, jak post-grunge, pop punk czy nu metal. Starsze zespoły też nie miały wiele do zaoferowania - podczas gdy jedni nagrywali kolejne, coraz słabsze wersje tych samych albumów, inni nieudolnie próbowali dostosować się do nowych trendów. Właśnie w takim okresie przyszło debiutować grupie Gov't Mule. Zespół powstał jako poboczny projekt dwóch członków The Allman Brothers Band - śpiewającego gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody'ego. Muzycy postanowili stworzyć klasyczne powertrio rockowe, inspirowane takimi grupami, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience i Free (ta ostatnia to oczywiście kwartet, ale z trzema instrumentalistami). Składu dopełnił perkusista Matt Abts, z którym Haynes współpracował już pod koniec lat 80., gdy obaj byli członkami  The Dickey Betts Band.

Początek albumu jest naprawdę wyśmienity. Po śpiewanej a capella miniaturce "Grinnin' In Your Face", rozbrzmiewa ośmiominutowa przeróbka "Mother Earth", oryginalnie nagranego w 1951 roku przez Memphisa Slima. Utwór zachwyca już od pierwszych sekund - potężne brzmienie, posępny, niemal sabbathowy riff, liczne bluesowe solówki i głęboki puls basu, a do tego wyrazista melodia. Ten utwór to całkowite przeciwieństwo tego, co było wówczas modne - klasyczny blues rock, przywołujący klimat najlepszych lat tego gatunku. Świetnie wypada też kolejny utwór, "Rockin' Horse" (napisany przez Haynesa i Woody'ego z pomocą Gregga Allmana i Jacka Pearsonsa), nieco lżejszy i bardziej pogodny, za to bardzo energetyczny i chwytliwy. Zbudowany na znakomitej, lekko funkowej grze sekcji rytmicznej i pełen fantastycznych gitarowych popisów, również powinien zachwycić wielbicieli bluesrockowego grania. Całkiem przyjemnie wypada także "Monkey Hill", oparty na niezłym riffie, zachwycający przede wszystkim solówką Haynesa.

Niestety, im dalej, tym zapadających w pamięć momentów. Utwory nie są zbyt zróżnicowane, przez co zaczynają się ze sobą zlewać. Na wyróżnienie zasługują: instrumentalny "Trane", zdradzający zainteresowanie muzyków jazzem (nie tylko pod względem muzycznym - jego tytuł to hołd dla Johna Coltrane'a); akustyczna miniaturka "Dolphineus"; przebojowy "Painted Silver Light" z kolejną świetną solówką Haynesa; oraz dziesięciominutowy finał albumu, "World of Difference", przyciągający uwagę klimatem i fragmentami instrumentalnymi, w których muzycy mogą pokazać swoje umiejętności. Gdyby album składał się wyłącznie z wspomnianych dotąd utworów, wówczas byłby to wzorowy longplay, trwający idealne 45 minut, po brzegi wypełniony fantastyczną muzyką. Niestety, muzycy popełnili częsty błąd tamtych czasów, polegający na wykorzystaniu możliwości płyt CD i upychaniu na nich wszystkich zarejestrowanych utworów, bez żadnej selekcji. W rezultacie, otrzymujemy tutaj 70 minut muzyki, w czasie których pojawia się kilka mniej wyrazistych kawałków. Najbardziej niepotrzebnym fragmentem jest dość rozlazła przeróbka "Mr. Big" z repertuaru wspomnianego Free. Bez żalu pozbyłbym się także trzech autorskich kompozycji grupy - "Temporary Saint", "Mule" i "Left Coast Groovies" - które nie wnoszą wiele do całości.

Mimo wszystko, bardzo cieszy, że w tamtych czasach pojawił się zespół przypominający o tym, co najlepsze w muzyce rockowej. Na tle większości retro-rockowych grup, Gov't Mule wypada naprawdę olśniewająco, dzięki naprawdę dobrym kompozycjom i porywającym wykonaniom. Muzycy naprawdę czują taką muzykę i rozumieją o co w niej faktycznie chodzi. Szkoda tylko, że ich debiutanckie dzieło cierpi na nadmiar materiału, który nie zawsze trzyma wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)

1. Grinnin' In Your Face; 2. Mother Earth; 3. Rockin' Horse; 4. Monkey Hill; 5. Temporary Saint; 6. Trane; 7. Mule; 8. Dolphineus; 9. Painted Silver Light; 10. Mr. Big; 11. Left Coast Groovies [For FZ]; 12. World of Difference

Skład: Warren Haynes - wokal i gitara; Allen Woody - bass; Matt Abts - perkusja
Gościnnie: Hook Herrera - harmonijka; John Popper - harmonijka
Producent: Michael Barbiero


19 września 2017

[Recenzja] Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)



Mało znany album, będący jednym z najciekawszych przykładów brytyjskiego jazz rocka. W jego nagraniu wzięli udział muzycy z najwyższej półki (przynajmniej pod względem posiadanych umiejętności, bo raczej nie popularności). Basista Hugh Hopper i saksofonista Elton Dean znani są przede wszystkim z grupy Soft Machine. Keith Tippett to wybitny pianista, którego grę można usłyszeć m.in. na kilku wczesnych albumach King Crimson, nagrał też kilka ciekawych płyt z własnym The Keith Tippett Group, jak również był pomysłodawcą projektu Centipede, w którym uczestniczyło ponad pięćdziesięciu muzyków (m.in. członków Soft Machine, King Crimson i Nucleus). Składu dopełnił amerykański perkusista Joe Gallivan (grający także na syntezatorze), mający doświadczenie jazzowe - współpracował m.in. z orkiestrą Gila Evansa i z Donaldem Byrdem.

Album "Cruel But Fair" jest kontynuacją jazzowych poszukiwań Soft Machine i The Keith Tippett Group. Muzycy zapuszczają się tutaj w rejony fusion, avant- i free jazzu, dodając do tego trochę elektroniki i zanurzając wszystko w typowym dla sceny kanterberyjskiej brzmieniu. Najbardziej oryginalnie wypadają te utwory, w których pojawiają się syntezatory. W "Jannakota" elektronicznym dźwiękom towarzyszą jedynie partie Deana na saxello, kawałek ma bardzo swobodny, freejazzowy charakter. Podobnie jest na początku "Square Enough Fire", zdominowanym przez niemal ambientowe partie syntezatora; w dalszej części utwór nabiera jednak dynamiki, dochodzi też całkiem wyrazista melodia - ten fragment nie jest wcale odległy od twórczości Milesa Davisa z elektrycznego okresu. Reszta albumu ma mniej eksperymentalny charakter. Otwierający całość "Seven Drones" to najpierw cztery minuty freejazzowego hałasu, z pokotłowanymi partami Tippetta i sekcji rytmicznej, którym towarzyszą ostre, agresywne partie Deana; w połowie utworu wyłania się natomiast całkiem ładna melodia, która jednak stopniowo zmierza w bardziej awangardowe rejony. W całości łagodny i melodyjny jest natomiast "Echoes", z delikatnymi dźwiękami pianina elektrycznego, subtelną grą sekcji rytmicznej i przepięknymi solówkami Deana. Z kolei finałowy "Soul Fate", również bardzo melodyjny i przystępny, przywołuje skojarzenia z spiritual jazzem. Całości dopełniają dwie klimatyczne miniaturki: "Rocky Recluse" i "Bjorn Free".

"Cruel But Fair" to jeden z najciekawszych albumów jazzowych nagranych przez muzyków przynajmniej częściowo związanych z rockową sceną. Co jest o tyle zaskakujące, że w 1977 roku tego typu muzyka najlepsze lata miała już dawno za sobą - zarówno jeśli chodzi o popularność, jak i o jej jakość. 

Ocena: 8/10



Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)

1. Seven Drones; 2. Jannakota; 3. Echoes; 4. Square Enough Fire; 5. Rocky Recluse; 6. Bjorn Free; 7. Soul Fate

Skład: Hugh Hopper - bass; Elton Dean - saksofon, saxello; Keith Tippett - pianino; Joe Gallivan - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator
Producent: Frode Holm


15 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)



Album "Still Life" częściowo składa się z utworów zarejestrowanych podczas tej samej sesji, co poprzedni w dyskografii "Godbluff". Oba longplaye doskonale się dopełniają. "Still Life" jest jednak nie tyle rozwinięciem i kontynuacją poprzednika, co jego przeciwieństwem. Zespół wyraźnie odchodzi tutaj od dotychczasowego stylu. Wyjątek stanowi kompozycja "La Rossa" - jedna z dwóch (obok "Pilgrims") nagranych podczas sesji "Godbluff". Porządnie pokręcona, ze zwariowanymi partiami wokalnymi Petera Hammilla i agresywnym brzmieniem saksofonu Davida Jacksona, przypominająca ciężki i mroczny klimat poprzedniego albumu. Z "dawnym" Generatorem mogą kojarzyć się także mocniejsze fragmenty "Childlike Faith in Childhood's End", znów dzięki ekspresyjnym partiom Hammilla i Jacksona, jednak ogólnie utwór wydaje się bardziej pogodny, zdominowany przez majestatyczne partie organów Hugha Bantona. Majestatyczne i pogodne są też pozostałe, zdecydowanie spokojniejsze utwory. "Pilgrims" i tytułowy "Still Life" zachwycają pięknymi melodiami i dostojnym nastrojem, budowanym przez partie organów. Hammill śpiewa w bardziej stonowany, choć wciąż niezwykle emocjonalny sposób, a gra Jacksona nabrała większej melodyjności. Dopełniająca całości ballada "My Room (Waiting for Wonderland)" początkowo wydaje się nieco przesłodzona, ale naprawdę świetnie wypada instrumentalna końcówka utworu - bardzo klimatyczna, z przepięknymi partiami gitary basowej, saksofonu i pianina.

"Still Life" to album różniący się od wcześniejszych dokonań Van der Graaf Generator, wciąż jednak bardzo udany i interesujący. Jest też chyba najbardziej przystępnym albumem zespołu z tych najważniejszych/najlepszych, więc jeśli ktoś jeszcze nie zabrał się za poznawanie Generatora, warto zacząć właśnie od tego longplaya.

Ocena: 8/10



Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)

1. Pilgrims; 2. Still Life; 3. La Rossa; 4. My Room (Waiting for Wonderland); 5. Childlike Faith in Childhood's End

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


14 września 2017

[Recenzja] Motörhead - "Under Cöver" (2017)



Grupa Motörhead w ciągu swojej długoletniej kariery nagrała wiele coverów. Tylko część z nich znalazła się na właśnie wydanej kompilacji "Under Cöver". W większości są to utwory zarejestrowane w latach dwutysięcznych, z wyjątkiem dwóch kawałków z wydanego w 1992 roku albumu "March ör Die". Większość pozostałych utworów również była już wcześniej wydana - czy to na regularnych longplayach grupy, czy też na składankach będących hołdem dla różnych wykonawców.

Jedyną premierą jest przeróbka przeboju Davida Bowiego, "Heroes", zarejestrowana w 2015 roku, podczas sesji nagraniowej ostatniego albumu zespołu, "Bad Magic". Zagrana została z typowo motörheadowym brzmieniem, a chrypiący głos Lemmy'ego drastycznie różni się od partii Bowiego, lecz poza tym utwór pozostaje wierny oryginałowi. Podobnie jest z innymi kompozycjami. Przeróbki Stonesów ("Jumpin' Jack Flash" i "Sympathy for the Devil") brzmią znacznie ciężej, ale już covery utworów metalowych (np. "Breaking the Law" Judas Priest, "Whiplash" Metalliki) i punkowych ("God Save the Queen" Sex Pistols, "Rockaway Beach" Ramones) różnią się głównie warstwą wokalną. A skoro o niej już mowa, na tle całości najbardziej wyróżnia się "Starstuck" z repertuaru Rainbow, w którym gościnnie zaśpiewał Biff Byford z Saxon. Co jest zupełnie zrozumiałe - to nie jest utwór na wokalne możliwości Lemmy'ego.

Wokal Lemmy'ego i brzmienie zespołu są na tyle charakterystyczne, że nawet bez zmian w utworach, brzmią one zupełnie jak autorskie kompozycje Motörhead. Szkoda jednak, że zespół w żadnym z tych utworów nie postanowił czymś zaskoczyć. "Under Cöver" nie ma tym samym szans zainteresować nowych słuchaczy (a obecni już mają większość tych utworów na płytach). Samej kompilacji można natomiast zarzucić też to, że nie wyczerpuje tematu. Czyżby pozostałe nagrania zostawiono na kolejną część? Cóż, zysk ze sprzedaży dwóch jednopłytowych składanek będzie większy, niż z jednej dwupłytowej. Choć może to być po prostu kwestia praw posiadanych przez różne wytwórnie.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Under Cöver" (2017)

1. Breaking the Law; 2. God Save the Queen; 3. Heroes; 4. Starstruck; 5. Cat Scratch Fever; 6. Jumpin' Jack Flash; 7. Sympathy for the Devil; 8. Hellraiser; 9. Rockaway Beach; 10. Shoot 'Em Down; 11. Whiplash

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara i dodatkowy wokal; Mikkey Dee - perkusja (1-4,6-11); Michael "Würzel" Burston - gitara (5,8)
Gościnnie: Biff Byford - wokal (4); Tommy Aldridge - perkusja (5)
Producent: Cameron Webb (1,3,4,7,9); Bob Kulick i Bruce Bouillet (2,6,10,11); Peter Solley (5); Billy Sherwood (8)


12 września 2017

[Recenzja] The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)



"Africa/Brass" to wyjątkowy album w dyskografii Johna Coltrane'a. Pierwszy, który został w bigbandowym składzie, z rozbudowaną sekcją dętą, w której pojawiły się takie nietypowe dla jazzu instrumenty, jak waltornia czy eufonium (znany też jako sakshorn barytonowy). W sumie w nagraniach wzięło udział dwudziestu jeden muzyków*. Początkowo Coltrane chciał, aby za orkiestrację kompozycji odpowiadał Gil Evans. Kiedy nic z tej współpracy nie wyszło, orkiestracją zajęli się Eric Dolphy (który w tamtym okresie często wspierał zespół Johna na koncertach) i McCoy Tyner.

Materiał został zarejestrowany podczas dwóch sesji, które odbyły się 23 maja (dwa dni przed nagraniem albumu "Olé Coltrane") i 7 czerwca 1961 roku. Na oryginalnym wydaniu albumu znalazł się tylko jeden utwór z pierwszej sesji ("Greenslaves") i dwa z drugiej (kompozycje Coltrane'a "Africa" i "Blues Minor"). Pozostałe nagrania zostały wydane na albumie "The Africa/Brass Sessions, Volume 2" (1974) i na składance "Trane's Modes" (1979). W 1995 roku ukazała się natomiast kompilacja "The Complete Africa/Brass Sessions", zawierająca cały materiał z obu sesji.

Rozpoczynający album, 16-minutowy utwór "Africa" jest efektem fascynacji Coltrane'a afrykańskimi rytmami. Dały one znacznie większe pole do popisu, niż typowe dla dotychczasowego jazzu metrum 4/4. Melodia w tym utworze została zepchnięta na dalszy plan, uwypuklono natomiast warstwę rytmiczną. Pierwszoplanowa rola przypada tu Elvinowi Jonesowi, który napędza utwór bardzo intuicyjnym rytmem; dostaje też czas na zagranie długiej solówki. Ponadto w utworze wykorzystano dwa kontrabasy - jeden grający ciągiem i drugi, którego rolą są różne patenty rytmiczne wokół głównej linii basu. Dęciaki trzymają się raczej w tle, poza momentami, kiedy Coltrane i Dolphy czarują swoimi solówkami.

"Greenslaves" to interpretacja popularnej angielskiej pieśni z XVI wieku, którą Coltrane uważał za jedną z najpiękniejszych melodii ludowych. Trudno się nie zgodzić z jego opinią. Muzycy grają utwór w oryginalnym metrum 6/8, niewiele zmieniając też w samej melodii. Całość opiera się na stałym, przykuwającym uwagę rytmie, wokół którego Coltrane, Dolphy i Tyner grają wspaniałe, przepiękne solówki. Finałowy "Blues Minor" utrzymany jest w zdecydowanie szybszym tempie, niż reszta albumu, a rozbudowana sekcja dęta w końcu zdecydowanie i wyraźnie zaznacza swoją obecność. Uwagę przyciągają jedna przede wszystkim agresywne solówki Coltrane'a.

"Africa/Brass" to kolejny bardzo udany eksperyment Johna Coltrane'a. Warto dodać, że oprócz rozbudowanego składu i inspiracji afrykańskimi rytmami, album wyróżnia się też tym, że w całości utrzymany jest w jednej tonacji. Dzięki ogromniej wyobraźni muzyków nie można jednak narzekać na nudę. 

Ocena: 8/10



The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)

1. Africa; 2. Greensleeves; 3. Blues Minor

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Eric Dolphy - saksofon, klarnet basowy i flet (1,3); Pat Patrick - saksofon; Booker Little - trąbka; Freddie Hubbard - trąbka (2); Britt Woodman - puzon (1,3); Julius Watkins - waltornia; Bob Northern - waltornia; Donald Corrado - waltornia; Robert Swisshelm - waltornia; Jim Buffington - waltornia (2); Bill Barber - tuba; Carl Bowman - eufonium (1,3); Julian Priester - eufonium (2); Charles Greenlee - eufonium (2); Garvin Bushell - flet (2); Art Davis - kontrabas (1)
Producent: Creed Taylor

* Oprócz wymienionych wyżej muzyków, w majowej sesji wziął udział także Paul Chambers - zagrał w pierwszej wersji utworu "Africa", która nie trafiła na album.


11 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)



"Live/Dead" to pierwsze z dosłownie setek koncertowych wydawnictw Grateful Dead. I zarazem najbardziej znane. Dwupłytowy album zawiera materiał zarejestrowany w pierwszym kwartale 1969 roku, w dwóch słynnych salach koncertowych w San Francisco - Fillmore West i Avalon Ballroom. Repertuar w niewielkim stopniu powtarza się ze studyjnymi albumami grupy. A nawet gdy zespół sięga po utwory, które zarejestrował wcześniej w studiu, służą one za punkt wyjścia do długich improwizacji. W takim graniu muzycy sprawdzali się najlepiej. Co udowadnia już rozpoczynający całość "Dark Star", który z niespełna trzyminutowej piosenki (wydanej na niealbumowym singlu) przeobraził się w 23-minutowy jam, pełen fantastycznych popisów solowych, tworzących kwaśny, psychodeliczny klimat. Bardziej zachowawcze jest tutejsze wykonanie "St. Stephen", nieznacznie dłuższe od studyjnej wersji z "Aoxomoxoa", choć i tutaj muzycy nieco pokombinowali w instrumentalnych fragmentach.

"The Eleven" to już w pełni premierowe nagranie, zatytułowane tak ze względu na użycie w nim nietypowego metrum 11/8. To porywająca improwizacja, zdominowana przez rewelacyjne gitarowe popisy - wcale nie ustępujące tym z "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service, a nawet "Fillmore East" The Allman Brothers Band. Podobne skojarzenia budzi "Turn On Your Love Light" - piętnastominutowa przeróbka rhythm'n'bluesowego utworu Bobby'ego Blanda. Niestety, część tego wykonania to nieprzekonujące mnie popisy perkusistów. Z nawiązką wynagradza mi to kolejna przeróbka - "Death Don't Have No Mercy" z repertuaru Reverend Gary'ego Davisa. To przepiękny wolny blues, z wspaniałymi gitarowymi solówkami. Takie utwory zawsze robią na mnie wrażenie - zwłaszcza jeśli wykonane są tak porywająco, jak ten. Kolejna improwizacja, "Feedback", to po prostu, jak zresztą wskazuje tytuł, osiem minut gitarowych sprzężeń. Brzmi to jednak niesamowicie klimatycznie i intrygująco, wręcz awangardowo. Całość kończy odśpiewany przez muzyków a capella fragment tradycyjnej pieśni "And We Bid You Goodnight".

"Live/Dead" to bez wątpienia jedna z najwspanialszych rockowych koncertówek. Niewiele zespołów dawało równie porywające koncerty, co Grateful Dead. Niektórzy wręcz twierdzą, że był to najlepszy koncertowy zespół. Cóż, ja mam innych faworytów, ale znalazłbym dla Grateful Dead miejsce w pierwszej dziesiątce, a może nawet piątce, właśnie za ten album. "Live/Dead" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli koncertowych improwizacji.

Ocena: 9/10



Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)

LP1: 1. Dark Star; 2. St. Stephen; 3. The Eleven
LP2: 1. Turn On Your Love Light; 2. Death Don't Have No Mercy; 3. Feedback; 4. And We Bid You Goodnight

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara i wokal; Ron McKernan - wokal, organy, kongi; Tom Constanten - organy; Phil Lesh - bass i wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Grateful Dead, Bob Matthews i Betty Cantor


8 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)



W połowie lat 70. czas rocka progresywnego powoli przemijał. Nurt ten wciąż cieszył się uznaniem, lecz formuła takiego grania wyraźnie zaczęła się wyczerpywać. Konsekwencją tego było m.in. rozwiązanie King Crimson, czy odejście Petera Gabriela z Genesis. W 1975 roku ukazały się jedne z ostatnich (jeśli nie ostatnie) wybitnych albumów progresywnych: "Wish You Were Here" Pink Floyd, "Free Hand" Gentle Giant, oraz bohater dzisiejszej recenzji. "Godbluff" to tryumfalny powrót Van der Graaf Generator po czteroletniej przerwie wydawniczej (wypełnionej solowymi albumami Petera Hammilla, w których nagrywaniu pomagali pozostali członkowie grupy). Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa zespołu, "Godbluff" nie odniósł sukcesu komercyjnego. Bez wątpienia jest to jednak jedno z największych dzieł nie tylko samego Generatora, lecz całego progresywnego nurtu.

Zawarta tutaj muzyka różni się nieco od wcześniejszych albumów zespołu. Wydaje się bardziej mroczna i cięższa, a zarazem bardziej wyrazista pod względem melodycznym. Na całość składają się tylko cztery, za to rozbudowane utwory. Najkrótszy utwór, otwierający album "The Undercover Man", trwa siedem i pół minuty. Kompozycja rozpoczyna się bardzo klimatycznie i melodyjnie - stonowanej, jak na Hammilla, partii wokalnej towarzyszą tylko organy, flet i perkusja. Utwór powoli, płynnie się rozwija, w drugiej połowie robi się odrobinę ostrzej, za sprawą saksofonowej solówki Davida Jacksona. W "Scorched Earth" robi się już bardziej agresywnie i posępnie - Hammill śpiewa bardziej ekspresyjnie, a towarzyszą mu przenikliwe partie saksofonu i intensywna gra Guya Evansa na perkusji. Całość łagodzą nieco organy Hugha Bantona, nie brakuje tu też wyrazistej melodii. Ostre brzmienie, mroczny klimat i wyraziste melodie jeszcze ciekawiej połączono w "Arrow". Partia wokalna to istne szaleństwo, bardzo intensywnie - i zarazem przepięknie - wypadają także solówki na saksofonie. Warto odnotować też sam wstęp utworu - zespół nigdy wcześniej nie był tak blisko jazz fusion. Najdłuższy utwór, finałowy "The Sleepwalkers", zawiera kilka ewidentnie żartobliwych motywów, ale muzycy tutaj nie odpuszczają, proponując też wiele interesujących rozwiązań harmonicznych i rytmicznych. Tym razem błyszczy przede wszystkim Banton, którego klawiszowe popisy przez większość utworu wysunięte są na pierwszy plan, lecz partie pozostałych muzyków również zachwycają.

Rewelacyjny album. Bardzo spójny i dopracowany, wszystko idealnie tutaj ze sobą współgra. Perfekcyjne wykonanie nie jest zaskoczeniem, gdyż do tego muzycy zdążyli już przyzwyczaić swoimi poprzednimi wydawnictwami. Słychać za to znaczny rozwój w kwestii kompozytorskiej - utwory (autorem wszystkich jest Hammill) stały się bardziej wyraziste melodycznie, przy zachowaniu niekonwencjonalnych struktur i innych cech progresywnego rocka. Co prawda, album podzielił słuchaczy i krytyków (wśród zarzutów często pojawia się ten o zmianę stylu, choć nie jest ona drastyczna), dla mnie jednak "Godbluff" jest najwspanialszym dziełem Van der Graaf Generator.

Ocena: 9/10



Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)

1. The Undercover Man; 2. Scorched Earth; 3. Arrow; 4. The Sleepwalkers

Skład: Peter Hammill - wokal, instr. klawiszowe, gitara; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


7 września 2017

[Recenzja] Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)



Gregg Allman w ostatnich latach życia planował nagranie albumu, który składałby się wyłącznie z premierowych kompozycji jego autorstwa. Wydawnictwo miało nosić tytuł "All Compositions By Gregg Allman" i byłoby jego pierwszym longplayem bez cudzych utworów. Niestety, pogarszający się stan zdrowia (od 2012 roku zmagał się z rakiem wątroby, którą przeszczepiono mu dwa lata wcześniej) znacznie utrudniał mu tworzenie i rejestrację materiału. W marcu 2016 roku dał radę wziąć udział w kilkudniowej sesji nagraniowej, podczas której zarejestrował partie wokalne do dziesięciu utworów. Wbrew wcześniejszym zamierzeniom, większość z nich to covery - Gregg wybrał utwory, które najlepiej oddawały jego ówczesny stan i samopoczucie, sięgając m.in. do repertuaru Tima Buckleya, Boba Dylana, Grateful Dead i Muddy'ego Watersa. Allman nie wrócił już nigdy do studia, by dokończyć pracę nad tym materiałem. To, co udało się wtedy zarejestrować, zostało dokończone już bez jego udziału (dodano m.in. harmonie wokalne) i właśnie wydano na albumie "Southern Blood".

Całość rozpoczyna jedna z dwóch premierowych kompozycji, "My Only True Friend", napisana przez Gregga wspólnie z gitarzystą Scottem Sharrardem. Utwór idealnie wprowadza w klimat albumu, który można określić takimi słowami, jak spokojny, łagodny, ciepły. Uwagę zwracają piękne partie gitary, solówka na trąbce, oraz zaskakująco udana partia wokalna Gregga, który brzmi tutaj dużo młodziej, niż na albumach The Allman Brothers Band z lat 90. Podobny nastrój przynosi większość pozostałych utworów. Przepięknie wypadają tutejsze wersje "Black Muddy River" Grateful Dead i "Once I Was" Buckleya, jak również "Song for Adam" z repertuaru Jacksona Browne'a, który zresztą wystąpił gościnnie w tym nagraniu. Dla urozmaicenia, pojawia się tutaj także kilka bardziej dynamicznych utworów bluesowych: napisany przez Williego Dixona dla Muddy'ego Watersa "I Love the Life I Live", "Blind Bats and Swamp Rats" z repertuaru Johnny'ego Jenkinsa, a także "Love Like Kerosene" - druga w pełni premierowa kompozycja, tym razem autorstwa samego Sharrarda.

"Southern Blood" to piękne pożegnanie Gregga Allmana z fanami. Przez cały album towarzyszy poczucie, że to już koniec. Trudno sobie wyobrazić lepszy materiał na zakończenie kariery i - zrządzeniem losu - na pierwszy album pośmiertny.

Ocena: 7/10



Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)

1. My Only True Friend; 2. Once I Was; 3. Going Going Gone; 4. Black Muddy River; 5. I Love the Life I Live; 6. Willin'; 7. Blind Bats and Swamp Rats; 8. Out of Left Field; 9. Love Like Kerosene; 10. Song for Adam

Skład: Gregg Allman - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Scott Sharrard - gitara; Ron Johnson - bass; Steve Potts - perkusja; Marc Quinones - instr. perkusyjne; Peter Levin - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jay Collins - saksofon; Art Edmaiston - saksofon; Marc Franklin - trąbka; Spooner Oldham - instr. klawiszowe; David Hood - bass; Buddy Miller - dodatkowy wokal; Jackson Browne - dodatkowy wokal (10)
Producent: Don Was