18 kwietnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "Pablo Honey" (1993)



Radiohead to jeden z najbardziej przecenionych wykonawców w ogóle. A zarazem jedna z ostatnich rockowych grup, która coś do tej muzyki wniosła. Zachwyty nad jakością i innowacyjnością muzyki tego zespołu są grubo przesadzone, lecz trudno wskazać innego rockowego wykonawcę, który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza autentycznie poszukiwałby swojego własnego brzmienia, podążając w coraz bardziej eksperymentalne rejony, a mimo tego okazji cieszył się powszechnym uznaniem. To ostatnie w dużej mierze wynika oczywiście z obrazu współczesnego mainstreamu - na tle tej całej tandety i epigoństwa, jakie promują media, Radiohead jawi się nie tylko jako zespół ambitny i oryginalny, ale też po prostu potrafiący pisać dobre, niebanalne utwory. Choć początek jego kariery tego wszystkiego nie zapowiadał.

Grupa zwróciła na siebie uwagę już debiutanckim singlem "Creep", za sprawą którego została okrzyknięta "brytyjską Nirvaną". Czas pokazał, że zarówno ten utwór, jak i cały album "Pablo Honey", były tylko młodzieńczym wybrykiem, mającym się nijak do późniejszej twórczości. Etapem dość wstydliwym dla samych muzyków, którzy od dawna unikają grania tego materiału na koncertach. Zespół w tamtym czasie był zupełnie typowym przedstawicielem tak zwanej "alternatywy", przy czym jednak bliżej było mu do jej brytyjskich przedstawicieli, niż do Nirvany i reszty amerykańskiej sceny. Album "Pablo Honey" wypełniają proste, melodyjne i energiczne piosenki o zwykle dość ostrym, przybrudzonym brzmieniu (choć zdarzają się też łagodniejsze kawałki, jak np. "Lurgee" lub akustyczny "Thinking About You"). Partie gitarowe czasem ocierają się o atonalizm, lecz nie wpływa to szczególnie na piosenkowy charakter utworów, z których właściwie każdy spokojnie mógłby być zagrany w radiu. Inna sprawa, że niewiele z nich naprawdę zapada w pamieć, a przez niewielką różnorodność zlewają się ze sobą. Oprócz wspomnianego "Creep" (na ile jednak jest to zasługa samego utworu, a nie kultu jakim obrósł?), uwagę przyciąga tylko finałowy "Blow Out", wyróżniający się ciekawym klimatem, mniej oczywistą strukturą, a nawet zdradzający lekki wpływ jazzu... W tym jednym jedynym utworze otrzymujemy zapowiedź późniejszego, eksperymentującego Radiohead.

Gdyby zespół zakończył działalność po wydaniu "Pablo Honey", lub - chcąc utrzymać zdobytą nim popularność - przez resztę kariery nagrywał kolejne wersje tego albumu, raczej niewiele osób pamiętałoby dziś o istnieniu Radiohead. Na szczęście, zespół postanowił się rozwijać, nie zważając na oczekiwania swoich fanów, a jego debiut pozostaje jedynie ciekawostką. Całkiem przyjemną, ale niezapamiętywalną i kompletnie nic nie wnoszącą do muzyki. Choć muszę dodać, że pod jednym względem longplay przebija kolejne - śpiew Thoma Yorke'a jest tutaj nieco niższy i mniej egzaltowany, a tym samym bardziej znośny.

Ocena: 6/10



Radiohead - "Pablo Honey" (1993)

1. You; 2. Creep; 3. How Do You?; 4. Stop Whispering; 5. Thinking About You; 6. Anyone Can Play Guitar; 7. Ripcord; 8. Vegetable; 9. Prove Yourself; 10. I Can't; 11. Lurgee; 12. Blow Out

Skład: Thom Yorke - wokal i gitara; Jonny Greenwood - gitara i instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood  - bass; Phil Selway - perkusja
Producent: Sean Slade, Paul Q. Kolderie i Chris Hufford


16 kwietnia 2018

[Recenzja] Dire Straits - "Dire Straits" (1978)



Dire Straits to jeden z dosłownie kilku klasyków rocka, których twórczości nigdy nie potrafiłem polubić. Nie żebym jakoś szczególnie próbował. Zawsze uważałem, że to zespół w sam raz dla ludzi po czterdziestce, w sumie za bardzo muzyką się nie interesujących, dlatego wybierających takie melodyjne, spokojne i niezbyt absorbujące granie. Zapoznałem się jednak z całą studyjną dyskografią, oraz koncertowym "Alchemy" (z większością tych albumów w ciągu kilku ostatnich miesięcy), ale tylko utwierdziło mnie to w moim przekonaniu. Choć muszę przyznać, że jedno wydawnictwo wyróżnia się in plus na tle pozostałych, a jest nim album debiutancki.

W 1978 roku muzyczny mainstream zdominowany był przez punk rock. Debiut Dire Straits w takim otoczeniu wydawał się czymś z zupełnie innej epoki: bardzo melodyjne, raczej stonowane granie, czerpiące z takich gatunków jak blues, country (np. "Water of Love"), folk ("Wild West End"), czy nawet reggae ("In the Gallery"). To prosta muzyka, choć na tle punku może się wydawać bardzo wyrafinowana. Już tutaj Mark Knopfler prezentuje się jako natychmiast rozpoznawalny wokalista i gitarzysta, a jego solówki nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto bardziej ceni wyczucie, niż techniczne sztuczki i szybkość. Muzyka zespołu brzmi tu jeszcze wyjątkowo świeżo i energicznie - vide "Setting Me Up", "Southbound Again", czy przede wszystkim porywające "Down to the Waterline" i "Sultans of Swing". Ten ostatni był zresztą pierwszym wielkim przebojem zespołu. Na kolejnych albumach tego typu granie jest niestety rzadkością, co dodatkowo zwiększa atrakcyjność debiutu.

Choć debiutancki album Dire Straits robi na mnie najlepsze wrażenie z dyskografii zespołu, wciąż nie jest to muzyka budząca we mnie zachwyt, do której chciałbym wracać. Longplay nie mieści się nawet w pierwszej trzydziestce moich ulubionych płyt z 1978 roku.

Ocena: 7/10



Dire Straits - "Dire Straits" (1978)

1. Down to the Waterline; 2. Water of Love; 3. Setting Me Up; 4. Six Blade Knife; 5. Southbound Again; 6. Sultans of Swing; 7. In the Gallery; 8. Wild West End; 9. Lions

Skład: Mark Knopfler - wokal i gitara; David Knopfler - gitara, dodatkowy wokal; John Illsley - bass, dodatkowy wokal; Pick Withers - perkusja
Producent: Muff Winwood


13 kwietnia 2018

[Recenzja] East of Eden - "East of Eden" (1971)



Przed nagraniem tego albumu, ze składu East of Eden odeszli wszyscy muzycy, z wyjątkiem Dave'a Arbusa. Na ich miejsce lider zatrudnił gitarzystę Jima Roche'a (znanego z oryginalnego wcielenia Colosseum), śpiewającego basistę i okazjonalnie drugiego gitarzystę Davida Jacka, oraz perkusistę Jeffa Allena. Powstał zupełnie nowy zespół, który powinien przyjąć nową nazwę. Oczywiście, ze względów merkantylnych nie wchodziło to w rachubę. Jednak na debiutanckim albumie nowego składu (zuchwale zatytułowanym nazwą zespołu), nie zostało nic z tej charakterystycznej dla poprzednich albumów mieszanki psychodelii, folku, jazzu i muzyki wschodniej. "East of Eden" to zwrot w stronę zwyczajnego rocka. Jedynie partie Arbusa na skrzypcach, saksofonie i flecie przywołują odrobinę klimatu wcześniejszych dokonań.

Początek nie zachwyca. "Wonderful Feeling" to banalny kawałek, kojarzący się z solową twórczością Erica Claptona. Nie ratuje go nawet udana środkowa część instrumentalna - pozostaje jedynie żal, że zmarnowano ją w tak kiepskim nagraniu. Później jest już lepiej, choć bez rewelacji. Dość zgrabny, wzbogacony partiami gitary akustycznej i fletu "Goodbye" przypomina trochę ówczesną twórczość Traffic. W hardrockowych "Crazy Daisy" i "Here Comes the Day" jest sporo fajnej gitary i ciekawie urozmaicającego brzmienie saksofonu. Niestety, w takich dynamiczniejszych utworach zupełnie nie sprawdza się wokal Davida Jacka (zresztą w pozostałych tych wypada bardzo przeciętnie). W "Take What You Need" i "No Time" zespół stara się grać bardziej progresywnie, stawiając na bogatą aranżację i dynamiczne zróżnicowanie, jednak efekt nie porywa, oba utwory wydają się nieco przekombinowane i niespójne. Dobrze na zakończenie sprawdza się natomiast energetyczny "To Mrs. V", ze świetnym basem, oraz niezłymi partiami saksofonu i gitary.

"East of Eden" mimo wszystkich swoich wad jest całkiem solidnym rockowym albumem. Gdy słuchałem go kilka lat temu po raz pierwszy, zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie. Dziś mam jednak znacznie większe wymagania.

Ocena: 7/10



East of Eden - "East of Eden" (1971)

1. Wonderful Feeling; 2. Goodbye; 3. Crazy Daisy; 4. Here Comes the Day; 5. Take What You Need; 6. No Time; 7. To Mrs. V

Skład: David Jack - wokal, bass, gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon; Jim Roche - gitara; Jeff Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: East of Eden


12 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)



"The Complete Bitches Brew Sessions" to drugi z serii boksów, których celem jest skompilowanie jak największej ilości materiału pochodzącego z danego etapu kariery Milesa Davisa. W przypadku tego boksu mamy do czynienia z nagraniami dokonanymi od połowy sierpnia 1969 do połowy lutego 1970 roku. Jest to znacznie dłuższy okres, niż rzeczywista sesja nagraniowa "Bitches Brew" - cały album został zarejestrowany w ciągu trzech dni (19-21 sierpnia). Tytuł "The Complete Bitches Brew Sessions" jest tym bardziej mylący, że nie znalazły się tu żadne inne nagrania z tej właśnie sesji (jak np. dodawane do późniejszych reedycji "Bitches Brew" alternatywne wersje "Spanish Key" i "John McLaughlin").

Trafiły tutaj natomiast utwory z kilku późniejszych sesji, podczas których Davisowi za każdym razem towarzyszył nieco inny skład. Odbyły się one w następujących dniach: 19 listopada (utwory "Great Expectations", "Orange Lady", "Yaphet" i "Corrado"), 28 listopada ("Trevere", "The Big Green Serpent" i dwie wersje "The Little Blue Frog"), 27-28 stycznia ("Lonely Fire", "Guinnevere", "Feio" i "Double Image"), oraz 6 lutego ("Recollections", "Take It or Leave It" i "Medley: Gemini/Double Image"). Część z tych nagrań została już wcześniej opublikowana na albumach "Big Fun" ("Great Expectations", "Orange Lady", "Lonely Fire"), "Live-Evil" ("Medley: Gemini/Double Image"), oraz "Circle in the Round" ("Guinnevere"). Pozostałe są zupełnie premierowe (kilka z nich można znaleźć na późniejszych reedycjach albumów "Bitches Brew" i "Big Fun", inne wciąż pozostają unikalne dla tego boksu).

Podczas tych późniejszych sesji, Davis i towarzyszący mu muzycy próbowali nieco innych rzeczy, niż w trakcie sierpniowej sesji. Odeszli od ciężkiego, awangardowego fusion (może z wyjątkiem "Double Image"), na rzecz klimatycznego jazzu elektrycznego, przywołującego skojarzenia z "In a Silent Way" (szczególnie w przepięknym "Recollections"), ale wzbogaconego o silne wpływy muzyki hindustańskiej. W większości z tych nagrań wzięli udział indyjscy muzycy Khalil Balakrishna i Bihari Sharma, grający na tradycyjnych hinduskich instrumentach, jak sitar, tambura i tabla. Fantastycznie - i bardzo psychodelicznie - wypada ich połączenie ze zwykle nastrojowymi, ale zarazem intensywnymi partiami elektrycznych klawiszy, trąbki, saksofonu, gitary i sekcji rytmicznej Świetnego klimatu dodają też partie Benniego Maupina na klarnecie basowym. Dziwne, że nie wydano tego materiału od razu - bez problemu dałoby się skompilować z niego dwupłytowy album, który poziomem nie ustępowałby innym ówczesnym wydawnictwom Milesa. Pod względem stylistycznym od reszty odstaje natomiast "Medley: Gemini/Double Image" - zdominowany przez ostrą partię Johna McLaughlina, jest już wyraźną zapowiedzią kolejnego zwrotu stylistycznego, który zaowocował jazzrockowym albumem "Jack Johnson".

"The Complete Bitches Brew Sessions" to w sumie cztery i pół godziny muzyki, z czego półtora nie było wcześniej opublikowane. Zarówno znane wcześniej, jak i premierowe nagrania, trzymają bardzo wysoki poziom, lecz samo wydawnictwo pozostawia pewien niedosyt. Nie dowiadujemy się z niego niczego o powstawaniu albumu "Bitches Brew" - a tego właśnie bym oczekiwał po tak zatytułowanym boksie. W późniejszych boksach z kompletnymi sesjami (z okresów "In a Silent Way", "Jack Johnson" i "On the Corner") zamieszczono różne alternatywne podejścia i wersje sprzed ostatecznych miksów, co znacząco wpłynęło na ich atrakcyjność. "The Complete Bitches Brew Sessions" na tle późniejszych części sprawia wrażenie nieco nieprzemyślanego. Tak naprawdę powinien zostać rozbity na dwa wydawnictwa - pierwsze zachowałoby tytuł, ale jego tracklista pokrywałaby się z reedycją "Bitches Brew" z 2010 roku (oryginalny album + wersje alternatywne i singlowe + nagrania koncertowe), natomiast drugie zawierałoby materiał z późniejszych sesji.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)

CD1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew; 3. Spanish Key; 4. John McLaughlin
CD2: 1. Miles Runs the Voodoo Down; 2. Sanctuary; 3. Great Expectations; 4. Orange Lady; 5. Yaphet; 6. Corrado
CD3: 1. Trevere; 2. The Big Green Serpent; 3. The Little Blue Frog (alternate take); 4. The Little Blue Frog; 5. Lonely Fire; 6. Guinnevere
CD4: 1. Feio; 2. Double Image; 3. Recollections; 4. Take It or Leave It; 5. Medley: Gemini/Double Image

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Steve Grossman - saksofon (CD2:3-6, CD3:1-4); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz CD4:3-5); Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - elektryczne pianino (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Herbie Hancock - elektryczne pianino (CD2:3-6, CD3:1-4); Larry Young - organy i czelesta (CD1:1,3, CD3:1-4); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas (oprócz CD2:3-6); Ron Carter - kontrabas (CD2:3-6); Harvey Brooks - bass (oprócz CD2:2, CD3:1-4); Jack DeJohnette - perkusja (oprócz CD2:3-6); Don Alias - perkusja i instr. perkusyjne  (CD1, CD2:2); Lenny White - perkusja (CD1); Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Juma Santos - instr. perkusyjne (CD1, CD2:1-2); Airto Moreira - instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Khalil Balakrishna - sitar (CD2:3-6, CD3); Bihari Sharma - tabla i tambura (CD2:3-6, CD3:1-4); 
Producent: Teo Macero, Bob Belden, Michael Cuscuna


11 kwietnia 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Softs" (1976)



Zespół grający na "Softs" nie ma już nic wspólnego ani z oryginalnym, ani kilkoma późniejszymi wcieleniami Soft Machine. Co prawda, można tu jeszcze usłyszeć Mike'a Ratledge'a, jednak tylko w dwóch utworach, a na okładce podpisany jest jako gość. Z podstawowego składu najdłuższy staż ma  tutaj perkusista John Marshall, który dołączył do grupy w trakcie nagrywania jej piątego albumu. Po odejściu Ratledge'a, multiinstrumentalista Karl Jenkins postanowił skupić się całkowicie na grze na klawiszach, oddając rolę saksofonisty nowemu muzykowi - Alanowi Wakemanowi (z tych Wakemanów - to kuzyn Ricka, słynnego klawiszowca Yes). W tym samym czasie odszedł także gitarzysta Allan Holdsworth, którego miejsce zajął John Etheridge.

Ponieważ już od dłuższego czasu decydujący wpływ na kształt muzyki Soft Machine miał nie Ratledge, a Jenkins, "Softs" nie przynosi żadnej drastycznej zmiany stylistycznej. Jest raczej rozwinięciem pomysłów z kilku poprzednich albumów, przede wszystkim "Bundles". Zgodnie z tytułem, jest to jednak muzyka nieco łagodniejsza. Choć gdzieniegdzie pojawiają się ostrzejsze partie Etheridge'a, których brzmienie i szybkość przywołują na myśl Johna McLaughlina i debiut Mahavishnu Orchestra. Niestety, Etheridge jest znacznie słabszym gitarzystą, co dobitnie pokazuje jego okropny solowy popis w "The Camden Tandem". Jest to najsłabszy kawałek, obok kolejnej niepotrzebnej solówki Marshalla, "Kayoo". Zbędny jest także "Second Bundle" - zespół w przeszłości już wielokrotnie nagrywał utwory oparte na minimalistycznej, repetycyjnej elektronice i robił to ze znacznie lepszym skutkiem (żeby wspomnieć tylko "The Floating World" z "Bundles").

Album ma też jednak kilka mocnych punktów. Jak noszące pewien powiew świeżości "Ban-Ban Caliban" i "One Over the Eight", w których muzycy jamują na niemal tanecznych, funkowych podkładach rytmicznych. Albo ładna, lekko bluesowa ballada "Song of Aeolus", w której Etheridge dla odmiany wciela się w Davida Gilmoura (co jest łatwiejsze, więc wychodzi znacznie  lepiej od podrabiania McLaughlina). Świetnie wypada także stopniowo rozwijający się "The Tale of Taliesin". A częściowo akustycznemu "Out of Season" nie można odmówić uroku, choć we fragmentach z syntezatorowym tłem robi się nieco kiczowaty. Dobrym pomysłem, korespondującym z tytułem albumu, było natomiast spięcie go klamrą w postaci łagodnych miniaturek "Aubade" i "Etika".

"Softs" to bardzo przyjemny album, choć niepozbawiony wad typowych dla mainstreamowego fusion, w którym bardzo łatwo przekroczyć granicę kiczu. Jest też wyraźnie słabszy od poprzednich wydawnictw grupy (no, może "Seven" prezentuje zbliżony poziom). Wciąż jednak jest to muzyka warta poznania.

Ocena: 7/10



Soft Machine - "Softs" (1976)

1. Aubade; 2. The Tale of Taliesin; 3. Ban-Ban Caliban; 4. Song of Aeolus; 5. Out of Season; 6. Second Bundle; 7. Kayoo; 8. The Camden Tandem; 9. Nexus; 10. One Over the Eight; 11. Etika

Skład: Karl Jenkins - instr. klawiszowe; Alan Wakeman - saksofon; John Etheridge - gitara; Roy Babbington - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Ratledge - syntezator (3,4)
Producent: Soft Machine


10 kwietnia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Sun Ship" (1971)



Materiał zawarty na albumie "Sun Ship" powstał podczas jednodniowej sesji, która odbyła się 26 sierpnia 1965 roku. Wraz z zarejestrowanym tydzień później "First Meditations", są to prawdopodobnie ostatnie nagrania tak zwanego klasycznego kwartetu Johna Coltrane'a. Podczas kolejnych sesji (i na koncertach) saksofoniście towarzyszył już bardziej rozbudowany skład (m.in. o Pharoaha Sandersa), a na przełomie lat 1965/66 współpracę z nim zakończyli perkusista Elvin Jones i pianista McCoy Tyner, którym nie odpowiadał kierunek, w jakim zmierzała muzyka Trane'a.

Choć "Sun Ship" został zarejestrowany dwa miesiące po "Ascension" i ledwie miesiąc przed nagraniem "Om", zawarta na nim muzyka ma zdecydowanie mniej freejazzowy charakter. Owszem, zdarzają się saksofonowe odloty w kierunku agresywnej, swobodnej improwizacji - przede wszystkim w utworze tytułowym i "Amen" - jednak nawet wtedy Tyner i Jones trzymają wszystko w ryzach, nie pozwalając liderowi odejść za daleko od linii melodycznej. Dominują tu łagodniejsze dźwięki. Przepięknie wypadają nastrojowe "Dearly Beloved" i "Attaining" - szczególnie pierwszy z nich, ocierający się wręcz o transcendentalność. Wspaniale wypada także finałowy "Ascent", będący przede wszystkim solowym popisem Jimmy'ego Garrisona, choć zawierający również fragment z improwizacją całego kwartetu.

Choć "Sun Ship" nie wniósł niczego nowego do twórczości Johna Coltrane'a, jest to kolejny dowód jego ogromnego talentu i fantastycznego zgrania całego zespołu. Powodem opóźnienia w wydaniu tego materiału, z pewnością nie była jego jakość. Po prostu Trane nagrywał w tamtym czasie o wiele więcej muzyki, niż potrzebował na wypełnienie kontraktu. W pierwszej kolejności chciał zaś publikować materiał, który najlepiej oddawał jego aktualne poczynania - dlatego "Sun Ship" musiał ustąpić miejsca "Ascension" i "Meditations".

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Sun Ship" (1971)

1. Sun Ship; 2. Dearly Beloved; 3. Amen; 4. Attaining; 5. Ascent

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - bass; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele i John Coltrane


9 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Miles Davis Quintet 1965-68" (1998)


Tytuł tego wydawnictwa w zasadzie mówi wszystko. To po prostu zbiór wszystkich (a przynajmniej wszystkich znanych) studyjnych nagrań najsłynniejszej grupy Milesa Davisa, znanej jako Drugi Wielki Kwintet, w skład której wchodzili także Wayne Shorter, Herbie Hancock, Ron Carter i Tony Williams. Na sześciu płytach CD zebrano ponad siedem godzin muzyki, w tym cały materiał z albumów "E.S.P.", "Miles Smiles", "Sorcerer" (oprócz starszego kawałka "Nothing Like You"), "Nefertiti" i "Miles in the Sky", znaczną część longplaya "Filles de Kilimanjaro" (oprócz dwóch utworów zarejestrowanych w innym składzie), a także kompozycje rozproszone dotąd na kompilacjach "Water Babies" (tytułowa, "Capricorn", "Sweet Pea"), "Circle in the Round" ("Teo's Bag", "Sanctuary", obie wersje "Side Car") i "Directions" ("Limbo (Alternate Take)", "Water on the Pond", "Fun").

To jednak nie wszystko, bowiem znalazły się tutaj także nagrania wcześniej niepublikowane. W sporej części są to po prostu alternatywne wersje utworów znanych z albumów. Ale jest też kilka niespodzianek. Jak pełne, 34-minutowe wykonanie "Circle in the Round" (na potrzeby tak samo zatytułowanej kompilacji nagranie zostało skrócone o blisko siedem minut). Albo całkowicie unikalna dla tego wydawnictwa kompozycja Davisa "Thisness" - ballada z bardzo ładną partią pianina. Są też dwie kompozycje Hancocka, "Speak Like a Child" i "I Have a Dream", zarejestrowane podczas próby. Żaden z nich nie został ukończony przez kwintet, za to autor nagrał je później na solowe albumy (odpowiednio "Speak Like a Child" i "The Prisoner"). Tutejsze wersje brzmią bardziej surowo, co działa zdecydowanie na ich korzyść.

"Miles Davis Quintet 1965-68" to świetna alternatywa dla wymienionych na początku albumów - zakup boksu wyjdzie taniej, a muzyki jest na nim więcej. Zaletą tego wydawnictwa jest też to, że można na nim łatwo prześledzić ewolucję muzyki Milesa Davisa z akustycznego jazzu modalnego do pierwszych eksperymentów z elektrycznymi instrumentami.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Miles Davis Quintet 1965-68" (1998)

CD1: 1. E.S.P.; 2. R.J.; 3. Eighty-One; 4. Little One; 5. Iris; 6. Agitation; 7. Mood; 8. Circle; 9. Orbits; 10. Dolores; 11. Freedom Jazz Dance
CD2: 1. Gingerbread Boy; 2. Footprints; 3. Limbo (Alternate Take); 4. Limbo; 5. Vonetta; 6. Masqualero (Alternate Take); 7. Masqualero; 8. The Sorcerer; 9. Prince of Darkness; 10. Pee Wee; 11. Water Babies
CD3: 1. Nefertiti; 2. Capricorn; 3. Madness (Rehearsal Take); 4. Hand Jive (First Alternate Take); 5. Hand Jive (Second Alternate Take); 6. Hand Jive; 7. Madness (Alternate Take); 8. Madness; 9. Sweet Pea; 10. Fall; 11. Pinocchio (Alternate Take)
CD4: 1. Pinocchio; 2. Riot; 3. Thisness; 4. Circle in the Round; 5. Water on the Pond; 6. Fun; 7. Teo's Bag (Alternate Take); 8. Teo's Bag
CD5: 1. Paraphernalia; 2. I Have a Dream (Rehearsal Take); 3. Speak Like a Child (Rehearsal Take); 4. Sanctuary; 5. Side Car I; 6. Side Car II; 7. Country Son; 8. Country Son (Alternate Take); 9. Black Comedy (Alternate Take)
CD6: 1. Black Comedy; 2. Stuff; 3. Petits Machins; 4. Tout de Suite (Alternate Take); 5. Tout de Suite; 6. Filles de Kilimanjaro

Skład: Miles Davis - trąbka, instr perkusyjne; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Ron Carter - kontrabas, bass; Tony Williams - perkusja
Gościnnie: Buster Williams - kontrabas (CD2:3); Joe Beck - gitara (CD4:4,5); Bucky Pizzarelli - gitara (CD4:6); George Benson - gitara (CD5:1,2,4,6)
Producent: Teo Macero