16 sierpnia 2017

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)



Na przełomie 1969 i 1970 roku Jimi Hendrix dał cztery występy w nowojorskim Fillmore East (po dwa 31 grudnia i 1 stycznia). Towarzyszył mu wówczas nowy zespół, nazwany Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i perkusista Buddy Miles. Grupa okazała się efemerydą. Pod koniec stycznia zagrała jeszcze jeden koncert, który okazał się porażką, z powodu występującego na haju Hendrixa. Niektórzy wierzą, że to ówczesny menadżer, Michael Jeffery, podał muzykowi LSD, ponieważ chciał rozpadu Band of Gypsys i powrotu Experience. Jeżeli tak było, to osiągnął swój cel jedynie połowicznie. Band of Gypsys faktycznie się rozpadło, jednak do powrotu oryginalnego składu Experience nigdy nie doszło. Co prawda, Jimi odnowił współpracę z perkusistą Mitchem Mitchellem, lecz nie z basistą Noelem Reddingiem - zamiast z nim, wolał grać z Coxem.

Wróćmy jednak do występów w Fillmore East. Wszystkie zostały profesjonalnie zarejestrowane. Na wydanym w kwietniu 1970 roku albumie "Band of Gypsys" znalazło się jednak tylko sześć utworów z dwóch ostatnich występów. Na oficjalną publikację innych nagrań trzeba było czekać długimi latami (wciąż nie wydano wszystkich). W 1986 roku ukazał się album "Band of Gypsys 2", wbrew tytułowi tylko częściowo składający się z nagrań z tego okresu (jedno z pierwszego występu, dwa z czwartego). Z kolei w 1999 roku ukazało się bardziej obszerne wydawnictwo "Live at the Fillmore East", zawierające fragmenty wszystkich czterech występów (choć głównie dwóch ostatnich). Do kolejnej publikacji doszło dopiero w 2010 roku, gdy trzy nagrania z drugiego występu trafiły na kompilację "West Coast Seattle Boy: The Jimi Hendrix Anthology". Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat nikt nie wpadł na pomysł publikacji kompletnych zapisów wszystkich występów. Coś ruszyło dopiero w zeszłym roku, gdy ukazał się "Machine Gun: The Fillmore East First Show", zgodnie z tytułem będący pełną rejestracją pierwszego występu. Z jedenastu zawartych na nim nagrań, tylko trzy były wcześniej wydane ("Hear My Train a Comin'", "Changes" i "Izabella" - wszystkie na "Live at the Fillmore East", a pierwszy ponadto na "Band of Gypsys 2").

Pierwszy występ Band of Gypsys był zdecydowanie najciekawszym, jeśli chodzi o repertuar. Muzycy postanowili bowiem, że nie zagrają żadnego utworu z oficjalnie wydanych na albumów i singli Jimiego. Na repertuar złożyły się zatem utwory zupełnie premierowe lub wykonywane wcześniej tylko na koncertach, a także dwa covery ("Stop" Howarda Tate'a, "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa). Co ciekawe, zespół miał w zanadrzu więcej premierowych kompozycji - dwie kolejne zadebiutowały podczas drugiego występu ("Who Knows", "Stepping Stone"), a jedna dopiero na ostatnim ("We Gotta Live Together"). Na kolejnych występach, szczególnie drugim i czwartym, zespół grał także popularne utwory z czasów Experience, ograniczając tym samym ilość nowych kawałków. Prawdopodobnie zmiana repertuaru wynikała z reakcji publiczności, która przyszła słuchać znanych hitów, a nie zupełnie sobie nieznanego materiału, choćby nawet był lepszy. A moim zdaniem był lepszy.

Jimi był tego wieczoru w świetnej formie, jego gitarowe popisy olśniewają w każdym w utworze. A czarnoskóra sekcja rytmiczna dodaje do nich funkowego pulsu. Ciężka, bardzo gęsta gra Coxa i Milesa doskonale uzupełnia gitarowe partie Hendrixa, często wchodząc z nim w interakcję. Czasem lider pozwala im nawet zagrać krótkie solówki. Za czasów Experience coś takiego było nie do pomyślenia, Mitchell i Redding całkowicie ograniczali się do zapewnienia rytmicznego podkładu. O żadnej interakcji, ani tym bardziej o ich wychodzeniu na pierwszy plan, nie było mowy. W dodatku perkusista udziela się tu także wokalnie. Jego wysoki, soulowy śpiew ciekawie dopełnia niższe partie Hendrixa. A w dwóch utworach Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty - w mocno soulowym, ale niepozbawionym hardrockowego ciężaru "Changes", którego zresztą jest kompozytorem, oraz w znacznie zaostrzonej przeróbce soulowego przeboju "Stop". Taka wokalna różnorodność wychodzi zdecydowanie na dobre. Oba utwory są także świetne pod względem muzycznym.

Fuzja hard rocka i funku rewelacyjnie wyszła w takich utworach, jak "Power of Soul", "Lover Man", "Izabella" i "Ezy Ryder", w których znajdziemy mnóstwo energii, świetne melodie, odpowiednio ciężkie brzmienie i porywającą grę całego tria. Są też utwory o bardziej rozimprowizowanym charakterze. "Machine Gun", będący wizytówką tego składu, ustępuje co prawda wersji z "Band of Gypsys", ale trzeba pamiętać, że tutejsze wykonanie było zupełnie pierwszym, więc miało prawo zabrzmieć nieco mniej porywająco. Zresztą i tak jest świetne. A imitowanie karabinu maszynowego za pomocą gitary i perkusji już tutaj wyszło doskonale. W każdym calu rewelacyjne jest tutejsze wykonanie "Hear My Train a Comin'", wiele zyskujące dzięki cięższej (niż w wykonaniach innych składów), a zarazem bardzo pomysłowej grze sekcji rytmicznej. Mamy tu też jedne z najwspanialszych solówek, jakie Jimi zagrał w całej karierze. Bardzo przyjemnym urozmaiceniem jest bluesowa ballada "Bleeding Heart" - jednak i tutaj nie ma ani chwili wytchnienia, dzięki emocjonującym partiom gitary. Odrobinę słabiej, na tle całości, wypada końcówka albumu. W utworach "Earth Blues" i "Burning Desire" nie brakuje energii ani świetnych popisów instrumentalistów, ale nieco mniej ciekawa jest warstwa melodyczna, a drugi z nich ponadto jest trochę chaotyczny. Nie obniża to jednak wartości albumu.

"Machine Gun: The Fillmore East First Show" to jedna z najlepszych koncertówek w dorobku Jimiego Hendrixa. A może po prostu najlepsza. Poza świetnym repertuarem i porywającym wykonaniem, trzeba też wspomnieć o perfekcyjnym brzmieniu (bardzo wyrazistym i naturalnym, idealnie pasującym do takiej muzyki). Warto postawić ten album na swojej półce obok "Band of Gypsys". Mam nadzieję, że wydane zostaną także zapisy trzech pozostałych występów Band of Gypsys w Fillmore East. Jimi Hendrix był wówczas w niewiarygodnej formie, a sekcja rytmiczna Cox/Miles była najlepszą, z jaką występował.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)

1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass, dodatkowy wokal;  Buddy Miles - perkusja, wokal (4,7), dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott


15 sierpnia 2017

[Recenzja] John Coltrane - "My Favorite Things" (1961)



Po opuszczeniu kwintetu Milesa Davisa, John Coltrane na dobre zajął się karierą solową. Na początku postanowił zebrać stały skład. Po próbach z różnymi muzykami, zdecydował się na pianistę McCoya Tynera (właśc. Alfred McCoy Tyner), basistę Steve'a Davisa, oraz perkusistę Elvina Jonesa. W ciągu kolejnych lat basiści zmieniali się regularnie, jednak Tyner i Jones towarzyszyli Coltrane'owi aż do 1966 roku, biorąc udział w kilkudziesięciu sesjach nagraniowych i niezliczonych występach na żywo. Kwartet po raz pierwszy (i, jak się potem okazało, ostatni z Davisem) wszedł do studia w październiku 1960 roku. Podczas trzech dni intensywnej pracy (21, 24 i 26 dnia miesiąca) zarejestrowanych zostało kilkanaście utworów (oraz ich alternatywne podejścia). Jeden z nich, "Village Blues", trafił na wydany w styczniu 1961 roku album "Coltrane Jazz" (zawierający ponadto nagrania z 1959 roku, które niestety bardzo mocno się zestarzały). Pozostałe utwory wypełniły w całości aż trzy wydawnictwa: "My Favorite Things" (wydany w marcu tego samego roku), "Coltrane Plays the Blues" (lipiec '62), oraz "Coltrane's Sound" (czerwiec lub lipiec '64).

Zdecydowanie najciekawszym z tych trzech wydawnictw jest właśnie "My Favorite Things". Co ciekawe, jako jedyne nie zawiera żadnego autorskiego tematu, a jedynie cztery przeróbki popowych standardów. Wszystkie zostały jednak znacząco przearanżowane i rozbudowane. To wręcz niewiarygodne, jak wiele udało się wycisnąć z tych prościutkich, banalnych piosenek - każda z nich nabrała zupełnie innego charakteru, a także szlachetności. Coltrane w tamtym czasie eksperymentował z jazzem modalnym, co dawało niemal nieograniczone możliwości improwizacji. Warto odnotować, że "My Favorite Things" to pierwszy album, na którym John wykorzystał saksofon sopranowy - do tamtej pory instrument rzadko używany w jazzie (nie licząc Steve'a Lacy'ego, który w 1958 roku wydał album "Soprano Sax"). Nie do końca jasne są okoliczności, w jakich muzyk sięgnął po ten instrument. Według niektórych źródeł, otrzymał go od Milesa Davisa, jako podziękowanie za wieloletnią współpracę. Sam Coltrane w wywiadach podawał co najmniej dwie inne wersje. Według jednej, jechał samochodem z nieznanym sobie muzykiem, który niepostrzeżenie zniknął podczas postoju, zostawiając swój instrument. Według drugiej, John zobaczył ten instrument u swojego znajomego i z ciekawości zaczął na nim grać. Tak czy inaczej, sopran wkrótce stał się głównym instrumentem Coltrane'a i towarzyszył mu aż do końca kariery.

Album wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Pierwszą z nich wypełniają utwory o bardziej subtelnym nastroju, bardzo wyrafinowane. "My Favorite Things" (kompozycja Oscara Hammersteina II i Richarda Rodgersa, napisana w 1959 roku do musicalu "The Sound of Music") i "Ev'ry Time We Say Goodbye" (napisana w latach 40. przez Cole'a Portera) to przepiękne ballady, oparte na wspaniałej grze McCoya Tynera i niesamowitych, uduchowionych solówkach Coltrane'a na saksofonie sopranowym. Pierwszy z tych utworów, właśnie dzięki tej wersji, stał się jednym z najsłynniejszych jazzowych standardów. Stał się także obowiązkowym punktem występów Coltrane'a, podczas których rozrastał się nawet do godziny (dla porównania, wersja studyjna trwa "ledwie" czternaście minut). Druga strona zawiera bardziej ekspresyjny materiał, z agresywniejszymi partiami Johna, grającego na saksofonie tenorowym. Oba utwory to kompozycje z lat 30. autorstwa braci George'a i Iry Gershwinów: "Summertime" (z opery "Porgy and Bess") i "But Not for Me" (z musicalu "Girl Crazy"). Pierwszy z tych utworów wykonywany był przez niezliczonych wykonawców w przeróżnych gatunkach. Rockowym słuchaczom z pewnością znane jest wykonanie grupy Big Brother and the Holding Company z niezapomnianą partią wokalną Janis Joplin. W wersji Coltrane'a jest to rozbudowana i (podobnie jak pozostałe utwory) instrumentalna improwizacja, z fantastycznymi popisami całego kwartetu. Nieco słabiej wypada "But Not for Me", ze względu na dość banalny temat, choć improwizacje są równie porywające, jak w pozostałych nagraniach.

"My Favorite Things" to przełomowy album w dyskografii John Coltrane'a, który odszedł tutaj od bopowego stylu, w którym utrzymane były jego poprzednie wydawnictwa, zamiast tego proponując bardziej nowoczesne granie. O ile "Blue Train" obecnie mocno zalatuje naftaliną, a "Giant Steps", choć nadrabia ekspresją i dobrym brzmieniem, opiera się na dziś już przestarzałych rozwiązaniach, tak "My Favorite Things" jest albumem prawdziwie ponadczasowym, zarówno w kwestii brzmienia, jak i wykonania. Bez żadnych wątpliwości jest to jedno z największych osiągnięć Johna Coltrane'a.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "My Favorite Things" (1961)

1. My Favorite Things; 2. Ev'ry Time We Say Goodbye; 3. Summertime; 4. But Not for Me

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Steve Davis - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegün


14 sierpnia 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Anthem of the Sun" (1968)



Drugi album grupy Grateful Dead, "Anthem of the Sun", powstał w bardzo nietypowy sposób. Poszczególne utwory są bowiem zlepkiem różnych studyjnych podejść i koncertowych wykonań. Muzycy wykorzystali materiał z czterech sesji studyjnych, jakie odbyły się między wrześniem, a grudniem 1967 roku, a także z siedemnastu koncertów, zarejestrowanych między listopadem '67, a lutym '68. Żmudna, ciągnąca się miesiącami praca nad miksem doprowadziła do szału producenta Davida Hassingera, który w rezultacie zostawił zespół w jej trakcie. Muzycy sami wszystko dokończyli i trzeba przyznać, że poradzili sobie znakomicie, gdyż nie słychać tu żadnych cięć ani przeskoków, czasem tylko zauważalne są różnice w brzmieniu.

Dzięki temu podejściu powstał album zupełnie inny, niż "piosenkowy" debiut. Bliższy koncertowego oblicza grupy. Wyjątek stanowi króciutki, bardzo prosty "Born Cross-Eyed" (wydany także na stronie B singla "Dark Star"), który spokojnie mógłby znaleźć się na poprzednim longplayu. Utwór przelatuje niemal niezauważony, warto jednak zwrócić uwagę na partię trąbki, na której zagrał basista Phil Lesh, nadając kawałkowi trochę hiszpańskiego brzmienia. Pozostałe cztery utwory to już zdecydowanie bardziej rozbudowane kompozycje, w sporej części składające się z długich, psychodelicznych jamów. W takich momentach zespół jest w swoim żywiole. Fantastycznie wypadają pełne swobody gitarowe i klawiszowe solówki, podparte hipnotycznym basem i bogatym brzmieniem dwóch perkusji (niedługo przed rozpoczęciem pracy na "Anthem of the Sun", skład zespołu poszerzył się o drugiego bębniarza, Mickeya Harta). Perkusiści swoje przysłowiowe pięć minut mają w "Alligator", w którym grają ciekawe (!) solo o "plemiennym" charakterze. Trzeba jednak podkreślić, że te utwory to nie tylko improwizacje, ale także całkiem niezłe melodie - chociażby w spokojniejszym "New Potato Caboose".

"Anthem of the Sun" można potraktować jako "właściwy" debiut Grateful Dead, bowiem to właśnie na tym albumie zespół pokazał swoje prawdziwe oblicze, wcześniej znane tylko uczestnikom ich porywających koncertów. Co prawda, swoje wyżyny grupa osiągnęła dopiero na już w pełni koncertowym "Live/Dead", jednak "Anthem of the Sun" jest jego bardzo dobrą zapowiedzią.

Ocena: 8/10



Grateful Dead - "Anthem of the Sun" (1968)

1. That's It for the Other One; 2. New Potato Caboose; 3. Born Cross-Eyed; 4. Alligator; 5. Caution (Do Not Stop on Tracks)

Skład: Jerry Garcia - wokal (1,3), gitara, kazoo; Bob Weir - wokal (1-3), gitara, kazoo; Ron McKernan - wokal (4,5), instr. klawiszowe; Phil Lesh - bass, trąbka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, kazoo; Tom Constanten - instr. klawiszowe; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne, pianino; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne, pianino
Producent: Grateful Dead i David Hassinger


12 sierpnia 2017

[Blog] Looking Back: czerwiec / lipiec 2017



W tym odcinku tylko pokrótce opowiem o swoich nowych winylowych zdobyczach. Tym razem przybyło mi głównie reedycji, choć wygrałem też dwie licytacje ze starymi wydaniami albumów, na które dość długo polowałem.


Na początku czerwca w Biedronce po raz trzeci odbyła się akcja z tanimi winylami. Za każdym razem wywoływały one wielkie poruszenie i oburzenie nie tylko wśród zbieraczy płyt. Pojawiało się mnóstwo żartów co do jakości tych winyli, choć jak się okazało, są to te same wydania, które można kupić w innych sieciówkach, chociażby tej nie dla idiotów. Tylko o połowę taniej, co prawdopodobnie wynika wyłącznie z niższej marży narzuconej przez Biedronkę. Za pierwszym razem chciałem kupić album "Blue Train" Johna Coltrane'a, którego stare wydania osiągają astronomiczne sumy, jednak już przed południem ze wszystkich pobliskich Biedronek zniknęły wszystkie egzemplarze tego albumu, zostały tylko pojedyncze sztuki kilku mniej ciekawych tytułów. Później na giełdach winylowych widziałem mnóstwo tych płyt z Biedronki, jednak już w znacznie wyższej cenie... Za drugim razem w ofercie nie było żadnych interesujących mnie tytułów, za to za trzecim pojawiły się aż dwa - "Disraeli Gears" Cream i "Birth of the Cool" Milesa Davisa. Ponieważ stare wydania są dość drogie, w dniu promocji wstałem z samego rana - o dziewiątej ;) - i bez problemu znalazłem oba tytuły w najbliższej Biedronce. Wydane są naprawdę starannie, z dbałością o odwzorowanie pierwszych wydań (choć okładka "Disraeli Gears" mogłaby mieć nieco żywsze kolory), a brzmienie jest całkiem zadowalające - choć mam tylko porównanie do skompresowanych plików cyfrowych, a oryginalne wydania winylowe z pewnością brzmią znacznie lepiej.



W końcu postanowiono wznowić na winylach albumy Iron Maiden z ostatniego ćwierćwiecza, które oryginalnie ukazały się w niewielkich nakładach i w sprzedaży z drugiej ręki osiągały coraz bardziej absurdalne sumy. "Brave New World" był jednym z tych albumów, które chciałem mieć w kolekcji od samego początku zbierania winyli, jednak jedyny egzemplarz z jakim się zetknąłem kosztował... 700 złotych. Muzyka zawarta na tym longplayu zdecydowanie nie jest warta takiej sumy. Na szczęście tegoroczne wydanie jest dużo tańsze. Po odfoliowaniu albumu spotkała mnie miła niespodzianka - tym razem został wydany na zwykłych czarnych winylach, a nie jak poprzednio na tzw. picture discach (na których brzmienie jest przytłumione).



Jedyny album niemieckiej grupy Nosferatu oryginalnie ukazał się w bardzo ograniczonym nakładzie i przez wiele lat w ogóle nie był wznawiany. Tamto pierwotne wydanie jest jednym z najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów wydawnictw. Najtańszy egzemplarz został sprzedany na Discogs.com za 500 euro, najdroższy za 1250 euro... Bez wahania zdecydowałem się na zakup reedycji. Niestety, nie sposób było kupić ją w Polsce - zamówienie złożyłem przez eBuy w niemieckim sklepie. Był to dopiero mój drugi zakup w zagranicznym sklepie (zniechęca mnie wysoki koszt dostawy).



Album (a właściwie kompilacja, choć składająca się z utworów wcześniej wydanych co najwyżej na singlach) nie był wznawiany na winylu od początku lat 70. i jest dość trudno dostępny. Przynajmniej w Polsce, gdzie John Mayall nie cieszy się zasłużoną popularnością. Ma to jednak swoje dobre strony - w licytacji poza mną brały udział tylko dwie osoby, więc bez problemu ją wygrałem, nie tracąc na tym fortuny.


6. Miles Davis - "Get Up with It" (1st press)

Albumy Milesa Davisa z elektrycznego okresu również nie są powszechnie dostępne. W każdym razie nie ich stare, nieremasterowane wydania. W ciągu nieco ponad pół roku udało mi się zdobyć tylko trzy - "Miles in the Sky", "Agharta" i właśnie "Get Up with It". Gdy pojawiła się licytacja z tym drugim, obawiałem się, że zostanie sprzedany za więcej, niż mogłem zaoferować. Na szczęście i tym razem nie było dużego zainteresowania - obaj konkurenci zaproponowali niższą cenę. Za pierwsze wydanie zapłaciłem (niewiele) mniej, niż kosztują współczesne wznowienia.




Jeśli ktoś ma jakieś pytania - związane lub nie z powyższym tekstem - to zapraszam do komentowania ;)

11 sierpnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Ladies of the Road" (2002)



Skład King Crimson z albumu "Islands" był pierwszym, który dorobił się albumu koncertowego. Jednak wydany w 1972 roku "Earthbound" pozostawia spory niedosyt z powodu skromnego repertuaru i - przede wszystkim - fatalnej jakości brzmienia. Dopiero trzydzieści lat później koncertowe poczynania tego składu doczekały się godnego - choć niepozbawionego wad - podsumowania, w postaci dwupłytowego albumu "Ladies on the Road".

Pierwszy dysk wypełniają fragmenty trzech koncertów: z 11 maja '71 w Plymouth, 13 listopada '71 w Detroit, oraz 12 marca '72 w Denver. Kompletne zapisy tych koncertów ukazały się wcześniej na osobnych wydawnictwach z serii Collector's Club (odpowiednio pod tytułami "Live at Plymouth Guildhall", "Live in Detroit, MI" i "Live at Summit Studios"), których dostępność w tamtym czasie była ograniczona dla członków Kolekcjonerskiego Klubu King Crimson. Na drugim dysku znalazły się natomiast fragmenty z różnych wykonań "21st Century Schizoid Man" (głównie z improwizowanej części utworu), połączone w jeden, prawie godzinny utwór. Za każdym razem zespół grał trochę inaczej, jednak nie na tyle inaczej, by całość nie brzmiała monotonnie (mimo kilku wyróżniających się, naprawdę świetnych momentów). Jeśli dodać do tego nienajlepszą jakość dźwięku, to efekt jest po prostu męczący.

Całość byłaby z pewnością lepsza, gdyby obie płyty wypełniał materiał z trzech wspomnianych wyżej koncertów. Nie byłoby problemu z ich zapełnieniem, ponieważ zespół wykonywał wówczas także nieobecne tutaj utwory (własne "Cadence and Cascade", "Lady of the Dancing Water" i... dający tytuł temu wydawnictwu "Ladies of the Road", jak również interpretację jazzowego utworu "The Creator Has a Master Plan" Pharoaha Sandersa), a ponadto część utworów na potrzeby tej kompilacji drastycznie skrócono  (np. "Groon" jest krótszy o połowę, a z "The Court of the Crimson King" zostało niespełna 50 sekund).

Mimo tych wszystkich wad, pierwsza płyta robi naprawdę dobre wrażenie. Cechuje ją świetna jakość dźwięku i doskonałe wykonanie. W repertuarze dominują oczywiście utwory z albumu "Islands". Zbudowany na dynamicznych kontrastach "The Letters", przepiękny "Formentera Lady" (tutaj jeszcze bardziej jazzowy niż w oryginale) i szalony instrumental "The Sailor's Tale" nie ustępują wersjom studyjnym. Muzycy przysposobili sobie także kilka utworów wcześniejszych składów, które dobrze pasowały do ówczesnego, bardziej jazzowego kierunku. Świetnie w roli otwieracza sprawdza się "Pictures of a City" z "In the Wake of Poseidon", tutaj brzmiący ciężej, a pod koniec części instrumentalnej nabierający niemal freejazzowego charakteru. Potężniej i bardziej jazzowo zabrzmiał także "Cirkus" z "Lizard", dużo zyskujący w wokalnej interpretacji Boza Burrella i z większą rolą saksofonu. Najwięcej zyskała jednak jazzrockowa improwizacja "Groon" (oryginalnie strona B singla "Cat Food"), w wersji studyjnej zupełnie bezbarwna, a tutaj zagrana wprost rewelacyjnie, z funkowym pulsem i porywającymi solówkami. Kolejną perłą jest dynamiczna, ujazzowiona interpretacja "Get Thy Bearings" Donovana. Nie mogło zabraknąć obowiązkowego na każdym koncercie grupy "21st Century Schizoid Man", niestety w tej wersji fatalnie, pretensjonalnie i kiczowato, wypada partia wokalna Burrella. Pod względem instrumentalnym jest jednak wspaniale i taka skondensowana wersja przemawia do mnie o wiele bardziej, niż miks z drugiej płyty. Ciekawostką jest natomiast "The Court of the Crimson King" zagrany na... bluesowo! Brzmi to bardzo ciekawie, niestety utwór został brutalnie ucięty po 48 sekundach (w rzeczywistości trwał trzy i pół minuty).

"Ladies of the Road", mimo pewnych niedociągnięć, sprawdza się dobrze jako podsumowanie koncertów składu z "Islands". Jeżeli ktoś chce poznać / kupić tylko jedną koncertówkę z tego okresu, to jest najlepsze rozwiązanie. 

Ocena: 7/10



King Crimson - "Ladies of the Road" (2002)

Disc I: 1. Pictures of a City; 2. The Letters; 3. Formentera Lady; 4. The Sailor's Tale; 5. Cirkus; 6. Groon; 7. Get Thy Bearings; 8. 21st Century Schizoid Man; 9. The Court of the Crimson King
Disc II: 1-11. Schizoid Men

Skład: Boz Burrell - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Mel Collins - saksofon, flet i melotron; Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Sinfield - syntezator
Producent: Robert Fripp i David Singleton


9 sierpnia 2017

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)



Kariera Jimiego Hendrixa była bardzo krótka, lecz niezwykle intensywna. Zarejestrowanego podczas tych czterech lat materiału (zarówno studyjnego, jak i koncertowego) starczyło na dziesiątki pośmiertnych albumów wydawanych przez kolejne dekady. Nawet obecnie, po niemal pięćdziesięciu latach od śmierci tego wybitnego gitarzysty, wciąż ukazują się kolejne ekscytujące wydawnictwa. Takie, jak np. wydany przed dwoma laty "Freedom: Atlanta Pop Festival". Jest to zapis występu z tytułowego festiwalu, który miał miejsce 4 lipca 1970 roku. Jego mniej lub bardziej obszerne fragmenty były już wcześniej dostępne na różnych wydawnictwach, lecz "Freedom..." jest z nich wszystkich najbardziej kompletny (aczkolwiek, podobnie jak poprzednie, nie zawiera granego wówczas "Hey Baby (New Rising Sun)"). Album jest sygnowany nazwą Jimi Hendrix Experience, jednak zespół ten przestał istnieć w 1969 roku, gdy Hendrix zakończył współpracę z Noelem Reddingiem. Występujący tutaj skład, z basistą Billym Coxem i perkusistą Mitchem Mitchellem, oficjalnie nie używał żadnej nazwy, choć niektórzy promotorzy wykorzystywali do promocji szyld Jimi Hendrix Experience.

Repertuar ówczesnych koncertów Hendrixa składał się z utworów obu jego wcześniejszych grup, Experience i Band of Gypsys, a także z nowych kompozycji, które miały znaleźć się na nigdy nieukończonym (przynajmniej według wizji samego Jimiego) albumu "First Rays of the New Rising Sun". Nie inaczej było podczas występu w Atlancie. Trio postawiło przede wszystkim na żywiołowe, rockowe granie. Całość rozpoczyna ogniste wykonanie "Fire", któremu pod względem czadu bynajmniej nie ustępują tutejsze wersje takich utworów, jak "Spanish Castle Magic", "Freedom", "Foxy Lady", "Purple Haze", "Stone Free", czy zagranego na finał "Straight Ahead". Mnóstwo energii zawierają także funkujące kompozycje z czasów Band of Gypsys - "Lover Man", "Room Full of Mirrors" i "Message to Love". Najbardziej porywająco wypadają tu jednak trzy rozbudowane bluesy - "Red House", "Hear My Train a Comin'" i "Voodoo Child". Ich wykonania są bardzo swobodne, pełne ekscytujących solówek Hendrixa, doskonale uzupełnianych niebanalną grą sekcji rytmicznej. Tak właśnie powinno się grać na koncertach! Niestety, nie wszystko jest tu takie idealne. Zaskakująco słabo wypada tutejsze wykonanie "All Along the Watchtower" (studyjna wersja z "Electric Ladyland" to jeden najwspanialszych utworów wszech czasów!). Wyraźnie odczuwa się brak drugiej gitary, a solówki Jimiego są trochę zbyt bałaganiarskie. W dodatku jakość brzmienia jest tu zdecydowanie słabsza, niż w innych utworach. Bardzo dobrze wypada za to inny wielki przebój, "Hey Joe". Dzięki porywającym solówkom i mocnej grze sekcji rytmicznej, jest znacznie ciekawszy niż w - niezbyt przeze mnie lubianej - wersji studyjnej.

Jimi Hendrix na żywo był klasą sam dla siebie. Na "Freedom: Atlanta Pop Festival" jest w naprawdę doskonałej formie, podobnie zresztą jak Cox i Mitchell. Dobór utworów na tym koncercie to prawdziwe "the best of...", a ich wykonanie jest, z jednym wyjątkiem, perfekcyjne. Jakość brzmienia jest różna w zależności od utworu, ale zwykle nie można się do niego przyczepić. Jak na materiał sprzed prawie pięćdziesięciu lat, który nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płycie, brzmienie jest naprawdę dobre. "Freedom: Atlanta Pop Festival" zachwyci każdego wielbiciela Hendrixa, rocka z przełomu lat 60. i 70., oraz koncertowych improwizacji. 

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)

Disc I: 1. Fire; 2. Lover Man; 3. Spanish Castle Magic; 4. Red House; 5. Room Full of Mirrors; 6. Hear My Train a Comin'; 7. Message to Love
Disc II: 1. All Along the Watchtower; 2. Freedom; 3. Foxy Lady; 4. Purple Haze; 5. Hey Joe; 6. Voodoo Child (Slight Return); 7. Stone Free; 8. Star Spangled Banner; 9. Straight Ahead

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass, dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Eddie Kramer, Janie Hendrix i John McDermott


8 sierpnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Kind of Blue" (1959)



Od dawna odkładałem napisanie tej recenzji. Bo cóż jeszcze można napisać o takim klasyku? "Kind of Blue" w ciągu (niemal) sześćdziesięciu lat został omówiony na wszelkie możliwe sposoby, był tematem niezliczonej ilości recenzji, esejów i co najmniej jednej w całości mu poświęconej książki. To bezsprzecznie najsłynniejszy i najlepiej się sprzedający album jazzowy. Longplay, którego po prostu nie wypada nie znać - nawet jeśli nie słucha się takiej muzyki. Tak samo, jak nie wypada nie znać np. "The Dark Side of the Moon". Oba te albumy może i nie są najlepszymi w swoim gatunku - ba, nie są nawet najlepszymi w dyskografiach ich twórców - ale nie bez powodu właśnie one są otoczone takim kultem. Oba są bowiem bardzo przystępne i nie trzeba być doświadczonym słuchaczem, by się nimi zachwycić, a zarazem są wystarczająco ambitne, by doceniali je także ci, którym nie brakuje doświadczenia i wiedzy muzycznej. Właśnie ta uniwersalność okazała się kluczem do osiągnięcia sukcesu zarówno na polu komercyjnym, jak i artystycznym.

Przejdźmy do tła historycznego. Po powrocie z Europy do Stanów pod koniec 1957 roku roku, Miles postanowił reaktywować swój kwintet. Zaprosił nawet z powrotem Johna Coltrane'a i perkusistę Philly'ego Joego Jonesa, których zwolnił rok wcześniej za nadużywanie narkotyków i olewanie prób. Zdecydował się także poszerzyć skład o drugiego saksofonistę, grającego na saksofonie altowym Juliana Adderleya, lepiej znanego pod pseudonimem Cannonball. Sekstet wkrótce zarejestrował kilka utworów, które znalazły się na płycie "Milestones". Tytułowa kompozycja była początkiem eksperymentów Davisa z tzw. jazzem modalnym. W skrócie chodzi w num o to, aby improwizacje nie opierały się - jak w bebopie - na akordach, lecz na skalach. Tak, jak w muzyce wschodniej i afrykańskiej, czy w europejskim impresjonizmie, których wpływ słychać na "Kind of Blue", będącym rozwinięciem eksperymentów z modalnością. Zanim jednak doszło do jego nagrania, nastąpiło kilka zmian w sekstecie: nowym perkusistą został Jimmy Cobb, zaś pianistę Reda Garlanda zastąpił Bill Evans, który, zajęty własną karierą, szybko ustąpił miejsca Wyntonowi Kelly'emu.

Miles zdawał sobie sprawę, że do celu, który chciał osiągnąć w nowych nagraniach, lepiej będzie pasował styl klasycznie wyszkolonego Evansa i to właśnie jego zaprosił na nagrania. Kelly ostatecznie również został zaproszony, do zagrania w jednym utworze, "Freddie Freeloader", do którego potrzebny był pianista o bardziej bluesowym stylu gry. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna. W swojej autobiografii, Davis przyznał, że rzeczywistym autorem tego utworu jest brat Kelly'ego, Charles, który zgodził się sprzedać trębaczowi prawa autorskie pod warunkiem, że w nagraniu zagra Wynton. A skoro już mowa o kwestii autorstwa - wszystkie utwory podpisane są wyłącznie nazwiskiem Milesa, jednak wiadomo, że "Blue in Green" i "Flamenco Sketches" powstały dzięki istotnemu wkładowi kompozytorskiemu Billa Evansa.

Nagrania zostały rozłożone na dwie sesje. Pierwsza odbyła się 2 marca 1959 roku w nowojorskim Columbia 30th Street Studio. Zarejestrowano wówczas utwory "So What", "Freddie Freeloader" i "Blue in Green", które wypełniają stronę A albumu. Po ponad trzydziestu latach okazało się, że rejestrujący sesję magnetofon pracował tego dnia na zwolnionych obrotach, przez co utwory na płycie są nieznacznie szybsze, niż były grane w rzeczywistości. Druga sesja odbyła się 22 kwietnia, w tym samym miejscu. Jej owocami są utwory "All Blues" i "Flamenco Sketches", umieszczone na drugiej stronie longplaya. Ponieważ muzycy nie mieli doświadczenia w graniu modalnym, Davis postanowił dać im jak najmniej wskazówek, by nie polegali na przyzwyczajeniach i wyuczonych schematach. Nie przyniósł do studia gotowych tematów, a jedynie szkice z sugestiami, jak powinna wyglądać gra każdego instrumentalisty z osobna. Dzięki temu, musieli się przyłożyć jeszcze bardziej niż zwykle, nie tylko poświęcając więcej uwagi samym dźwiękom, ale też przerwom między nimi. W efekcie powstała muzyka jednocześnie bardzo spontaniczna i doskonale przemyślana.

Longplay nie ma słabych punktów. Już na samym początku pojawia się jeden z najsłynniejszych utworów Milesa, przez wiele lat będący stałym punktem jego występów - "So What". Rozpoczęty pięknym wstępem Evansa, przechodzącym w genialny temat, zbudowany na zespołowym "call and response", po którym następują solowe popisy muzyków - najpierw prosta, lecz niezwykle efektowna solówka Davisa, następnie niesamowicie porywające solówki Coltrane'a i Cannonballa - by na koniec, tradycyjnie, wrócić do głównego tematu. "Freddie Freeloader" to energetyczny, dość prosty blues z chwytliwym tematem, lecz nie pozbawiony świetnych popisów solowych. Pierwszą stronę kończy prześliczna, czarująca fantastycznym klimatem ballada "Blue in Green", w której wiodącą rolę odgrywają partie Evansa, nie przypadkiem kojarzące się z twórczością Debussy'ego czy Satiego. Towarzyszą im subtelne dźwięki dęciaków (na których wyjątkowo grają tylko Davis i Coltrane), oraz bardzo delikatna gra sekcji rytmicznej. Najdłuższy na płycie "All Blues", z kolejnym świetnym tematem i ekscytującymi solówkami, udowadnia, że i Evans potrafił się odnaleźć w bardziej dynamicznym, bluesowym graniu. To jedyny utwór z albumu, oprócz "So What", który był wykonywany przez Milesa podczas koncertów. Finałowa ballada "Flamenco Sketches", zgodnie z tytułem inspirowana muzyką hiszpańską, to już praktycznie zapowiedź kolejnego przedsięwzięcia Davisa - albumu "Sketches of Spain".

Koniecznie muszę też wspomnieć o brzmieniu, które jest po prostu doskonałe. O ile na innych płytach z tamtych czasów wyraźnie słychać upływ czasu, tak tutaj brzmienie jest ponadczasowe. Trudno uwierzyć, że to nagrania sprzed prawie sześćdziesięciu lat, zarejestrowane za pomocą ledwie trzyśladowego magnetofonu. Nic a nic się nie zestarzały, równie dobrze mogłyby być nagrane jutro. Same kompozycje też w ogóle nie sprawiają wrażenia archaicznych. Wciąż brzmią tak samo świeżo i ekscytująco, jak ponad pół wieku temu - choć wtedy dodatkowo zachwycały nowatorstwem. Dziś już nie zadziwiają, bowiem większość późniejszego jazzu w mniejszym lub większym stopniu opiera się na rozwiązaniach i pomysłach z "Kind of Blue".

Podsumowanie? Chyba nie mam już nic do dodania. Nie wypada, bym polecał takie arcydzieło. To przecież jak polecanie wody lub powietrza. Po co zatem ta recenzja? Bo nie wypada także, by na stronie poważnie zajmującej się muzyką nie było obszernego opisu takiego dzieła.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Kind of Blue" (1959)

1. So What; 2. Freddie Freeloader; 3. Blue in Green; 4. All Blues; 5. Flamenco Sketches

Skład: Miles Davis - trąbka; John Coltrane - saksofon; Julian "Cannonball" Adderley - saksofon (1,2,4,5); Bill Evans - pianino (1,3-5); Wynton Kelly - pianino (2); Paul Chambers - kontrabas; Jimmy Cobb - perkusja
Producent: Teo Macero i Irving Townsend


7 sierpnia 2017

[Recenzja] Tim Buckley - "Happy Sad" (1969)



Tim Buckley to ciekawy przykład artysty, który odnosił komercyjne sukcesy, lecz jego twórczość zwykle spotykała się z niezrozumieniem . Tak naprawdę dopiero po jego śmierci nagrane przez niego albumy zyskały status kultowych. Częściowo przyczyniła się do tego popularność, jaką w latach 90. zdobył jego syn, Jeff. A poniekąd także ludzkie zamiłowanie do dramatu - obaj Buckleyowie zmarli w młodym wieku, obaj w tragicznych okolicznościach. Tim, mający już za sobą problemy z narkotykami, nieświadomie zażył zabójczą dawkę heroiny, podaną przez jednego z jego przyjaciół. Jeff utopił się podczas kąpieli w rzece.

Z twórczością Tima Buckleya warto jednak zapoznać się dla niej samej. Muzyk zadebiutował w 1966 roku eponimicznym albumem, który choć pokazywał jego nieprzeciętne umiejętności wokalne, to muzycznie nie wyróżniał się niczym na tle innych folkowych wydawnictw z tamtych czasów. Już rok później ukazał się kolejny longplay, "Goodbye and Hello", zawierający nie tylko lepsze kompozycje (jak np. "Phantasmagoria in Two" czy "I Never Asked to Be Your Mountain"), ale także pokazujący większe ambicje muzyka. Warto wyróżnić przede wszystkim rozbudowany utwór tytułowy, pełen zmian tempa i nastrojów, zachwycający bogactwem motywów. Mimo folkowej, akustycznej aranżacji, będący swego rodzaju zapowiedzią rocka progresywnego... Album osiągnął nieznaczny sukces komercyjny, a krytycy zaczęli porównywać Buckleya do Dylana. On sam się z tym nie zgadzał, twierdząc, że nie jest nawet muzykiem folkowym, a jazzmanem. Co ciekawe, ta deklaracja znalazła potwierdzenie na jego następnym dziele, wydanym w 1969 roku "Happy Sad".

"Happy Sad" to przełomowy album w dorobku Buckleya, który po raz pierwszy samodzielnie stworzył wszystkie utwory (wcześniej część tekstów pisał mu Larry Beckett). Choć longplay okazał się jego największym komercyjnym sukcesem (dochodząc do 81. miejsca na liście Billboardu), zawarta na nim muzyka jest znacznie bardziej eksperymentalna, niż na poprzednich wydawnictwach, choć jeszcze nie tak awangardowa, jak na kolejnych. Na albumie przeważają dość długie, rozbudowane kompozycje (tylko jedna trwa poniżej pięciu minut, a dwie najdłuższe przekraczają dziesięć minut). Warstwa instrumentalna zdominowana jest przez dźwięki wibrafonu, którym towarzyszą partie akustycznego basu, bogate brzmienia perkusyjne, oraz nierzadko schowane w tle gitary. Wspomniana inspiracja jazzem najbardziej słyszalna jest w otwierającym album "Strange Feelin'", zbudowanym na melodii "All Blues" Milesa Davisa, a także w wielowątkowym "Love from Room 109 at the Islander" i prześlicznej balladzie "Dream Letter". Poruszające partie wokalne w tych dwóch ostatnich potwierdzają ogromny talent Tima. Pełnie jego wokalnych możliwości można natomiast podziwiać w dwunastominutowym "Gypsy Woman", wyróżniającym się bardzo swobodnym, jamowym charakterem. Nie brakuje tu jednak prostszych, bardziej piosenkowych utworów, czego dowodem bardzo melodyjny "Buzzin' Fly", oraz przypominający o folkowych korzeniach muzyka, niespełna trzyminutowy "Sing a Song for You".

"Happy Sad" to bardzo piękny album. Ambitny, dość eksperymentalny, ale niespecjalnie trudny w odbiorze - w każdym razie nie dla osób choć trochę osłuchanych z folkiem i jazzem. A nie ma przecież żadnego racjonalnego powodu, by rockowi słuchacze bali się tych gatunków. Przy całej ich różnorodności, każdy powinien znaleźć w nich coś dla siebie. 

Ocena: 8/10



Tim Buckley - "Happy Sad" (1969)

1. Strange Feelin'; 2. Buzzin' Fly; 3. Love from Room 109 at the Islander (On Pacific Coast Highway); 4. Dream Letter; 5. Gypsy Woman; 6. Sing a Song for You

Skład: Tim Buckley - wokal i gitara; Lee Underwood - gitara i instr. klawiszowe; John Miller - bass; David Friedman - wibrafon, marimba i instr. perkusyjne; Carter Collins - kongi
Producent: Zal Yanovsky i Jerry Yester