24 lutego 2017

[Recenzja] Camel - "Camel" (1973)



Grupa Camel zaliczana jest do najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów z nurtu rocka progresywnego. Można z tym polemizować, gdyż nie była ona nigdy ani szczególnie oryginalna, ani wybitna. Większość dyskografii Wielbłąda to właściwie trochę bardziej ambitny pop. Na początku swojej działalności zespół nagrał jednak kilka wartościowych albumów, zawierających trochę bardziej ambitną - ale tylko odrobinę bardziej skomplikowaną od "zwykłego" rocka - muzykę. Za jego największe osiągnięcia powszechnie uznaje się longplaye od drugiego do czwartego, czyli "Mirage", "The Snow Goose" i "Moonmadness". W ich cieniu pozostaje debiut - wydany w małym nakładzie bez żadnej promocji, w związku z czym przez wiele lat był prawdziwym białym krukiem. Bez wątpienia jest to jednak jedno z najciekawszych wydawnictw Camel.

Zawarte na nim utwory brzmią jak Wishbone Ash bez porywających solówek gitarowego duetu, albo jak wczesny Santana bez elementów latynoskich. To drugie skojarzenie pogłębia podobne brzmienie elektrycznych organów, które dominują tu nad innymi instrumentami. Przeważają łagodne, melancholijne, ale zarazem dynamiczne kompozycje, jak "Slow Yourself Down", "Mystic Queen", "Curiosity" i "Never Let Go". Najciekawiej wypada ten ostatni, dzięki bogatszej aranżacji, z instrumentarium poszerzonym o flet, melotron i syntezatory. To także najbardziej znany fragment debiutu, dzięki stałej obecności w koncertowej setliście. "Curiosity" z kolei jest odrobinkę bardziej złożony, wywołując nawet lekkie skojarzenia z twórczością Gentle Giant. We wszystkich tych utworach pojawiają się natomiast ostre, rockowo zadziorne gitarowe solówki, które znacznie je ożywiają. Zaś najbardziej zadziornym i energetycznym utworem jest "Separation".

Istotnym problemem zespołu jest brak wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Partie wokalne dzielą tu między sobą gitarzysta Andrew Latimer, klawiszowiec Peter Bardens i basista Doug Ferguson - niestety, wszyscy trzej śpiewają równie beznamiętnie, wręcz usypiająco. Co w bardziej dynamicznych momentach jest dość irytujące. Nic dziwnego, że z czasem grupa zminimalizowała rolę partii wokalnych i zaczęła wykonywać głównie instrumentalną muzykę. Już na debiucie znalazły się dwa instrumentalne utwory. Łagodniejszy "Six Ate", najbliższy luzackiego klimatu wczesnego Santany, to przede wszystkim popis Bardensa, grającego długie solówki na organach i syntezatorze, choć nie brakuje też solówek Latimera. "Arubaluba" to z kolei najcięższy utwór na albumie, momentami oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, a zarazem najbardziej złożony.

Debiutancki album Camel wypełnia bardzo przyjemna i melodyjna, przeważnie łagodna, oraz nieszczególnie - jak na rock progresywny - skomplikowana muzyka. Nie jest to wybitny album - takiego Wielbłąd nigdy nie nagrał - ale jeśli akurat ma się ochotę na coś lżejszego, lecz trzymającego poziom, to słucha się go naprawdę przyjemnie. Podobnie jak kilku kolejnych albumów Camel - ale o nich napiszę innym razem.

Ocena: 8/10



Camel - "Camel" (1973)

1. Slow Yourself Down; 2. Mystic Queen; 3. Six Ate; 4. Separation; 5. Never Let Go; 6. Curiosity; 7. Arubaluba

Skład: Andrew Latimer - gitara, wokal (1,4), flet (5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (5); Doug Ferguson - bass, wokal (2,6); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Williams


22 lutego 2017

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)



Nazwa Fleetwood Mac kojarzona jest obecnie przede wszystkim z kilkoma poprockowymi albumami z drugiej połowy lat 70., które odniosły spory sukces komercyjny. Dekadę wcześniej był to zupełnie inny zespół, zarówno pod względem personalnym, jak i stylistycznym. Założony został w 1967 roku przez brytyjskiego gitarzystę Petera Greena, który kilkanaście miesięcy wcześniej zasłynął jako następca Erica Claptona w grupie Bluesbreakers Johna Mayalla, z którą nagrał album "A Hard Road" i kilka singli. To właśnie tam poznał basistę Johna McVie, a także zasugerował liderowi wyrzucenie perkusisty Aynsleya Dunbara (który wyraził swoje rozgoryczenie formując grupę The Aynsley Dunbar Retaliation, co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara") i ściągnięcie na jego miejsce Micka Fleetwooda, z którym grał już wcześniej. Peterowi tak dobrze współpracowało się z tą sekcją rytmiczną, że zaproponował im stworzenie nowej grupy, a jako dodatkową zachętę postanowił ochrzcić ją nazwą łączącą ich nazwiska - Fleetwood Mac.

Fleetwood od razu się zgodził. McVie, który współpracował z Mayallem już kilka lat, początkowo był niechętny. Wziął jeszcze udział w nagraniu kolejnego albumu Bluesbreakers, "Crusade" (na którym zadebiutował nastoletni Mick Taylor, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, zaś perkusistą został Keef Hartley), zanim zdecydował się wesprzeć Greena i Fleetwooda, którzy w międzyczasie zdążyli już zatrudnić jako basistę Boba Brunninga. Po dołączeniu McViego, bezrobotny Brunning związał się na krótko z grupą Savoy Brown, a następnie wycofał się całkowicie z muzycznego biznesu. Składu Fleetwood Mac dopełnił Jeremy Spencer. Co ciekawe, początkowo miał być jedynie pianistą, ale ostatecznie został jednym z dwóch śpiewających gitarzystów. Regułą stało się jednak, że w ogóle nie udzielał się w utworach śpiewanych przez Greena, natomiast w śpiewanych przez siebie grał solowe partie gitary (wyłącznie techniką slide), zaś partie rytmiczne wykonywał w nich Green.

Jak wszyscy w tamtym czasie, muzycy postanowili grać bluesa, wzbogaconego rockową energią. Szybko podpisali kontrakt z wytwórnią Blue Horizon należącą dla Mike'a Vernona - wielkiego propagatora muzyki bluesowej na Wyspach Brytyjskich, który jako producent wspierał m.in. takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, The Aynsley Dunbar Retaliation, czy Chicken Shack. Również kilka pierwszych albumów Fleetwood Mac zostało nagrane pod producenckim nadzorem Vernona. Nie przypadkiem wspominam powyżej tak wiele nazw i nazwisk - stanowią one bowiem doskonały przegląd tego, co działo się wówczas na brytyjskiej scenie muzycznej, na której dominował blues rock. Debiutancki album Fleetwood Mac to dokładnie taka sama muzyka, jaką można znaleźć na ówczesnych wydawnictwach wspomnianych wykonawców.

I podobnie jak na innych bluesrockowych debiutach, część repertuaru to przeróbki bluesowych standardów. Muzycy wzięli na warsztat m.in. kompozycje Howlin' Wolfa ("No Place to Go"), Roberta Johnsona ("Hellhound on My Trail") i Elmore'a Jamesa ("Shake Your Moneymaker"). Zdecydowana większość utworów to jednak autorskie kompozycje Greena lub Spencera. Energetyczne kawałki bluesrockowe (np. "My Heart Beat Like a Hammer", "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub rockandrollowe ("Shake Your Moneymaker") przeplatają się z wolniejszymi, potraktowanymi bardziej tradycyjnie bluesami (np. "Merry Go Round", "Cold Black Night") i melancholijnymi kompozycjami Greena ("Looking for Somebody", "I Loved Another Woman", oraz akustyczny "The World Keep on Turning"). W większości opierają się na podstawowym instrumentarium - dwóch gitarach, basie i perkusji - czasem tylko z dodatkiem harmonijki (np. "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub pianina ("Hellhound on My Trail"). Brzmienie jest dość ostre, ale niespecjalnie ciężkie, w przeciwieństwie do tego, co wówczas prezentowali Cream, The Jimi Hendrix Experience, czy Jeff Beck Group. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to do zdecydowanie zbyt krótkich solówek Greena. Nie brakuje tu natomiast świetnych popisów Spencera (np. w "My Baby's Good to Me").

"Fleetwood Mac" to bardzo dobry i - jak na ten styl - zróżnicowany album. Zawarta na nim muzyka może obecnie wydawać się nieco archaiczna, zwłaszcza osobom nieosłuchanym z latami 60., ale słucha się tego naprawdę przyjemnie.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)

1. My Heart Beat Like a Hammer; 2. Merry Go Round; 3. Long Grey Mare; 4. Hellhound on My Trail; 5. Shake Your Moneymaker; 6. Looking for Somebody; 7. No Place to Go; 8. My Baby's Good to Me; 9. I Loved Another Woman; 10. Cold Black Night; 11. The World Keep on Turning; 12. Got to Move

Skład: Peter Green - wokal (2,3,6,7,9,11), gitara i harmonijka; John McVie - bass (1,2,4-12); Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (1,4,5,8,10,12), pianino (4)
Gościnnie: Bob Brunning - bass (3)
Producent: Mike Vernon


21 lutego 2017

[Recenzja] Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)



Koncertowy album Jeff Becka nagrany z pomocą grupy Jana Hammera, byłego klawiszowca Mahavishnu Orchestra, który współpracował z Beckiem już na longplayu "Wired". Materiał zarejestrowano podczas amerykańskiej trasy, na przełomie lata i jesieni 1976 roku - nie wiadomo jednak kiedy dokładnie i podczas ilu koncertów. Na repertuar złożyły się utwory zarówno z albumów Becka (trzy z "Blow by Blow", jeden z "Wired"), jak również Hammera (dwa z sygnowanego wspólnie z Jerrym Goodmanem "Like Children" i jeden z solowego "The First Seven Days"). Już po zapoznaniu się z tracklistą wiadomo, czego się spodziewać - kolejnego longplaya z muzyką fusion. Jeff gra tutaj bardziej agresywnie i ostrzej, niż na dwóch wspomnianych wyżej albumach, co w połączeniu z charakterystyczną grą Hammera na pianinie elektrycznym i syntezatorach, oraz obecnością skrzypiec, na których zagrał Steve Kindler, wywołuje uzasadnione skojarzenia z twórczością Mahavishnu Orchestra (przede wszystkim tutejsza wersja "Scatterbrain").

Nie jest to oczywiście poziom "The Inner Mounting Flame" czy "Birds of Fire". Mamy tutaj do czynienia z późnym fusion, ze wszystkimi jego wadami. Pod koniec lat 70. styl ten zaczął zmierzać w mniej interesującym kierunku, nastawionym na zainteresowanie masowych słuchaczy. Stąd też uproszczona gra sekcji rytmicznej, a także dość tandetne brzmienie syntezatorów, zwiastujące zbliżanie się najbardziej kiczowatej dekady w dziejach - lat 80. O komercyjnych zapędach Becka najdobitniej świadczy tutejsza wersja "She's a Woman", ze zmienionym rytmem na modłę reggae, który to styl w tamtym czasie osiągnął apogeum swojej popularności. Przypadek? Nie sądzę. Największą wadą tego materiału jest jednak obecność partii wokalnych w utworach "Earth (Still Our Only Home)" i "Full Moon Boogie", które brzmią naprawdę okropnie. Odpowiadają za nie odpowiednio Hammer i perkusista Tony Smith, którzy zdecydowanie powinni pozostać przy samym graniu na instrumentach. Na szczęście, dominuje tutaj granie instrumentalne, które - pomijając poruszoną już kwestię brzmienia klawiszy - wypada naprawdę dobrze, żeby wspomnieć tylko o bardzo udanych wykonaniach "Freeway Jam", "Scatterbrain" i "Blue Wind", pełnych świetnych popisów muzyków.

"Live", mimo swoich wad, to dobre uzupełnienie jazzrockowego okresu twórczości Jeffa Becka. Jeśli komuś nie podoba się zawartość "Blow by Blow" i "Wired", to również tutaj nie znajdzie nic dla siebie, ale dla wszystkich wielbicieli tych longplayów będzie to świetny suplement.

Ocena: 7/10



Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)

1. Freeway Jam; 2. Earth (Still Our Only Home); 3. She's a Woman; 4. Full Moon Boogie; 5. Darkness / Earth in Search of a Sun; 6. Scatterbrain; 7. Blue Wind

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, bass (3); Jan Hammer - instr. klawiszowe, wokal (2); Fernando Saunders - bass, gitara (3), dodatkowy wokal; Tony Smith - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4); Steve Kindler - skrzypce, gitara (7)
Producent: Jan Hammer


19 lutego 2017

[Recenzja] Comus - "First Utterance" (1971)



Comus to jeden z najbardziej oryginalnych, ale i najdziwniejszych, zespołów, jakie dane mi było słyszeć. Jego historia zaczęła się w 1969 roku, gdy dwaj brytyjscy gitarzyści, Roger Wootton i Glenn Goring, stworzyli folkowy duet. Nazwa została zainspirowana dramatem XVII-wiecznego angielskiego poety Johna Miltona, a tytułowy Comus to grecki bóg pijaństwa, rozpusty i chaosu. Z czasem skład rozrósł się do sekstetu, korzystającego z bogatego instrumentarium - poza gitarami akustycznymi i basową, obejmującego także flet, obój, skrzypce, altówkę i przeróżne perkusjonalia. Grupa pozostała przy graniu folku, ale robiła to na swój własny, bardzo niekonwencjonalny, wręcz awangardowy sposób. Partie wokalne dzielili między sobą Wootton, dysponujący dziwnym, "kwaśnym" głosem, oraz śpiewająca bardziej subtelnie Bobbie Watson, zaś śpiewane przez nich teksty dotykają takich tematów, jak przemoc, morderstwa, gwałty, szaleństwo i pogańskie wierzenia.

W 1971 roku ukazał się debiutancki album Comus, zatytułowany "First Utterance". W chwili wydania był praktycznie niezauważony, a dziś otoczony jest prawdziwym kultem - wystarczy zajrzeć na RateYourMusic, gdzie zajmuje miejsce w trzeciej setce rankingu najlepiej ocenionych albumów wszech czasów, wyprzedając niezliczoną liczbę bardziej znanych longplayów. Co dziwi tym bardziej, że nie jest to łatwa w odbiorze muzyka. Już pierwszy utwór, "Diana" (z tekstem wyraźnie inspirowanym wspomnianym dramatem Miltona), może zniechęcić do przesłuchania całości. Mamy tutaj dziwny, nie do końca współbrzmiący duet wokalny Woottona i Watson, z akompaniamentem atonalnej partii skrzypiec i perkusjonaliów, kojarzących się z jakimś pogańskim obrzędem. Dopiero kolejne przesłuchania ujawniają piękno tkwiące w tej kompozycji. Podobnie mieszane odczucia budzi we mnie "The Bite" - dość konwencjonalny pod względem muzycznym, z dynamicznym i melodyjnym podkładem gitar, skrzypiec i fletu, za to z bardzo pokręconymi wokalami.

Największe i najbardziej pozytywne wrażenie robią na mnie bardziej rozbudowane utwory, mieszczące się w czasie trwania od sześciu do dwunastu minut. Jak "Drip Drip" i "Song of Comus", zbudowane na dynamicznych kontrastach i interesująco łączące całkiem chwytliwe melodie z różnymi intrygującymi udziwnieniami, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Albo najdłuższy i najpiękniejszy "The Herald", z wyjątkowo subtelną partią wokalną - wyjątkowo w wykonaniu samej Watson. To tez najłatwiejszy w odbiorze utwór, obok finałowego "The Prisoner", wyróżniającego się prostszą i bardziej wyrazistą melodią, choć w warstwie wokalnej znów jest bardzo niekonwencjonalnie. Wszystkie te cztery utwory zachwycają fantastycznymi, misternymi partiami gitar, interesująco dopełnianymi skrzypcami i fletem, oraz bardzo specyficznym, niepowtarzalnym klimatem, takim wręcz paranoicznym w co dziwniejszych momentach. Całości dopełnia instrumentalna miniaturka "Bitten", brzmiąca jak soundtrack jakiegoś starego horroru.

Muzyczna zawartość "First Utterance" jest doprawdy niezwykła, dziwna i szalona, prawdziwie awangardowa. A zarazem nadzwyczaj piękna, urzekająca prześlicznymi, folkowymi melodiami. To trudna muzyka, ale warto się do niej przekonać.

Ocena: 8/10



Comus - "First Utterance" (1971)

1. Diana; 2. The Herald; 3. Drip Drip; 4. Song to Comus; 5. The Bite; 6. Bitten; 7. The Prisoner

Skład: Roger Wootton - wokal i gitara; Bobbie Watson - wokal i instr. perkusyjne; Glenn Goring - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Andy Hellaby - bass, dodatkowy wokal; Colin Pearson - skrzypce i altówka; Rob Young - flet, obój i instr. perkusyjne
Producent: Barry Murray


17 lutego 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Interview" (1976)



Twórczość Gentle Giant wyraźnie dzieli się na dwa etapy. Pierwszy, obejmujący lata 1970-75, to rock progresywny w najlepszym wydaniu. Siedem wydanych w tym czasie albumów zawiera muzykę bardzo oryginalną, innowacyjną, skomplikowaną i niekonwencjonalną, a zarazem niespecjalnie pretensjonalną i pełną humoru. Drugi okres, czyli lata 1977-80, to zaskakujący zwrot stylistyczny w stronę prostszego, niezbyt ambitnego grania. Słuchając takich albumów, jak "Giant for a Day" czy "Civilian" aż trudno uwierzyć, że ten miałki pop grany jest przez tych samych muzyków, którzy stworzyli "The Power and the Glory" i "Free Hand", nie wspominając o "In a Glass House". Gdyby chociaż ta zmiana przyniosła im od dawna wyczekiwany sukces, jak stało się w przypadku Yes i Genesis, dałoby to chociaż jeden argument w obronie muzyków. Jednak spopowiona wersja Gentle Giant nie zainteresowała masowych odbiorców, za to pomogła pozbyć się dotychczasowych słuchaczy.

Łącznikiem pomiędzy tymi dwoma okresami jest album "Interview". Longplay wyraźnie ukierunkowany na nieco prostsze, bardziej przystępne i przebojowe granie (vide "Another Show" i przerażająco banalny - jak na ten zespół - "Timing"), ale wciąż pokazujący wielki talent muzyków do tworzenia intrygujących kompozycji i złożonych, starannie przemyślanych aranżacji. O ile jednak na poprzednich albumach muzykom udawało się doskonale łączyć świetne melodie i wirtuozerię, tak tutaj mam wrażenie, że zespół czasem na siłę i niepotrzebnie komplikuje proste pomysły, jak w reggae'owym (!) "Give It Back" - swoją drogą, całkiem ciekawym eksperymencie -  czy skądinąd bardzo ładnej balladzie "Empty City", ze świetnymi wielogłosami i zgrabną melodią. Bardziej naturalnie wyszło to w tytułowym "Interview", w którym chwytliwa melodia idealnie stapia się z połamanym, funkowym rytmem i typowymi dla grupy, nieco dziwnymi wstawkami klawiszowymi. Albo w finałowym "I Lost My Head", składającym się z bardzo charakterystycznego dla wczesnego Gentle Giant, nieco awangardowego początku i... właściwie stricte hardrockowego rozwinięcia. Utworem najbardziej niekonwencjonalnym, a zarazem najbardziej typowym dla grupy, jest "Design" - kolejna, po "Knots" i "On Reflection", zabawa z polifonicznymi partiami wokalnymi wszystkich muzyków, z niemal ambientowym podkładem instrumentalnym.

"Interview" wypada zdecydowanie słabiej od wcześniejszych albumów Gentle Giant, ale to wciąż solidna porcja bardzo intrygującego i pomysłowego grania. Nieporównywalnie lepszego od wszystkiego, co grupa nagrała później. "Interview" na pewno nie przynosi jej wstydu.

Ocena: 7/10



Gentle Giant - "Interview" (1976)

1. Interview; 2. Give It Back; 3. Design; 4. Another Show; 5. Empty City; 6. Timing; 7. I Lost My Head

Skład: Derek Shulman - wokal, saksofon (5,6), instr. perkusyjne (3); Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,7), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (2,3); Gary Green - gitara, flet (7), dodatkowy wokal; Ray Shulman - bass, skrzypce (5-7), gitara (5), instr. perkusyjne (3), dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Phil Sutcliffe - głos (1,3,6,7)
Producent: Gentle Giant


14 lutego 2017

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)



"Between Nothingness & Eternity" to pierwsza koncertówka w dyskografii Mahavishnu Orchestra, a zarazem ostatnie na wiele lat wydawnictwo oryginalnego składu grupy. W 1973 roku coraz bardziej narastał konflikt między mającym dyktatorskie zapędy Johnem McLaughlinem, a pozostałymi instrumentalistami, którzy chcieli przełamać jego kompozytorski monopol. Pod koniec czerwca odbyła się ostatnia studyjna sesja muzyków, podczas której zarejestrowano sześć kompozycji (trzy McLaughlina, oraz po jednej Jana Hammera, Jerry'ego Goodmana i Ricka Lairda). Materiał ten mógł stać się trzecim albumem zespołu, jednak McLaughlin wstrzymał jego wydanie na prawie trzy dekady (ostatecznie został wydany w 1999 roku, pod tytułem "The Lost Trident Sessions"). Zanim gitarzysta zakończył współpracę z resztą ówczesnego składu (zatrzymując prawa do nazwy). zespół zagrał jeszcze kilka koncertów, m.in. w nowojorskim Central Parku, 18 sierpnia. Właśnie jego fragmenty składają się na zawartość "Between Nothingness & Eternity".

Pocieszeniem dla fanów, którzy nie dostali trzeciego studyjnego albumu oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, był fakt, że "Between Nothingness & Eternity" składa się wyłącznie z premierowego materiału. A ściślej mówiąc, z trzech utworów, których studyjne wersje zostały opublikowane dopiero na "The Lost Trident Sessions". W wersji koncertowej materiał ten robi jeszcze większe wrażenie. Wykonania są bardziej rozbudowane, zachwycają wirtuozerskimi popisami, a jednocześnie mnóstwo w nich luzu, swobodnej interakcji pomiędzy muzykami. Całość fantastycznie rozpoczyna kompozycja "Trilogy", składająca się z trzech części: melodyjnej, nieśpiesznej "Sunlit Path", z ciekawym "dialogiem" gitary, klawiszy i basu; wyciszonej, niemalże ambientowej "La Mere de la Mer" z solową partią skrzypiec i "kosmicznymi" dziękami syntezatora; oraz rozpędzonej, agresywnej "Tomorrow's Story Not the Same", z niesamowicie szybką grą McLaughlina i Billy'ego Cobhama. Kolejny na płycie "Sister Andrea" to pierwszy wydany utwór Mahavishnu Orchestra łamiący kompozytorski monopol McLaughlina - jego kompozytorem jest Jan Hammer. Stylistycznie skłania się w stronę jazz-funku. Roztańczona gra sekcji rytmicznej i partie pianina elektrycznego kontrastują jednak z zadziornymi, ostrymi solówkami gitary. Drugą stronę winylowego wydania wypełnia ponad 20-minutowa kompozycja "Dream", z początku utrzymana w rzeczywiście nieco sennym, eterycznym klimacie, tworzonym za pomocą stonowanych partii gitary i skrzypiec. Jednak z czasem sen zmienia się w koszmar i muzycy zaczynają grać bardziej agresywnie, momentami wręcz stricte hardrockowo. Pojawia się tu nawet cytat z "Sunshine of Your Love" Cream.

"Between Nothingness & Eternity" potwierdza zasadę, że każdy zespół grający w drugiej połowie lat 60. i w latach 70., znacznie lepiej wypadał na żywo, niż w studiu. Niczym nieskrępowane, rozbudowane improwizacje, grane przez naprawdę utalentowanych instrumentalistów, dawały niesamowite efekty. Co słychać także na tym albumie.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)

1. Trilogy: Sunlit Path / La Mere de la Mer / Tomorrow's Story Not the Same; 2. Sister Andrea; 3. Dream

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent; John McLaughlin


13 lutego 2017

[Recenzja] Deep Purple - "Time for Bedlam" EP (2017)



Deep Purple kończy karierę. Aż chciałoby się dodać: "nareszcie!". Choć prawdę mówiąc, już i tak za późno, by zespół zszedł ze sceny z godnością. Ostatni naprawdę wartościowy longplay grupy, "Perfect Strangers" ukazał się ponad trzydzieści lat temu. Potem bywało różnie. Zdarzały się albumy całkiem przyzwoite, ale i prawdziwie katastrofalne, podkopujące legendę zespołu (jak "Slaves & Masters" czy "Bananas"). Trudno pogodzić się z faktem, że zespół, który niegdyś nagrywał tak wiekopomne albumy, jak "In Rock", "Made in Japan", "Burn" czy "Come Taste the Band", stoczył się do tworzenia mdławego, sztampowego hard rocka, będącego ledwie cieniem i marną kopią dawnych dokonań, nie wspominając już o obciachowych, folwarcznych kawałkach popowych w rodzaju "All the Time in the World" (to akurat singiel z wydanego przed trzema laty "Now What?!").

Niedawno jednak muzycy ogłosili, że zamierzają przestać odcinać kupony od swoich osiągnięć z lat 70. i zejść ze sceny. Ok, nie do końca takich słów użyli. Ponoć taka decyzja spowodowana jest problemami zdrowotnymi Iana Paice'a (muzyka o najdłuższym stażu w grupie), utrudniającymi mu granie koncertów. W tym kontekście dziwi, że zespół ma zagrać jeszcze jedną trasę, zapowiadaną jako ostatnią (jak jednak wiadomo, nikt nie kończy kariery po "pożegnalnej" trasie, więc Paice'a czeka jeszcze sporo wysiłku). Występy poprzedzi oczywiście premiera nowego materiału studyjnego, zarejestrowanego w zeszłym roku, pod okiem producenta Boba Ezrina (z którym Purple pracowali już przy okazji "Now What?!"). Album "Infinite", dwudziesty w dyskografii zespołu, zapowiedziany jest na 7 kwietnia. Oczekiwanie ma umilić fanom wydana już na początku lutego EPka "Time for Bedlam".

Minialbum składa się z czterech kompozycji, w tym znany już z poprzedniego albumu "Uncommon Man" - tutaj jednak zaprezentowany w instrumentalnej wersji - oraz trzy premierowe utwory. Całość rozpoczyna tytułowy "Time for Bedlam", który będzie także otwieraczem albumu. Zasadnicza część utworu to typowo purplowy hard rock - w stylu ostatnich płyt, czyli bardzo wygładzony i ugrzeczniony brzmieniowo - bazujący na niemiłosiernie ogranych przez lata patentach, a do tego bardzo nijaki melodycznie. Fatalnie wypada śpiew Iana Gillana (ja wiem, że facet ma 71 lat, ale starszy od niego Mick Jagger jakoś potrafi śpiewać jakby miał o połowę lat mniej). Bardzo kuriozalnie wypada wstęp i zakończenie kawałka, z komputerowo przetworzoną melodeklamacją Gillana do elektronicznego akompaniamentu. Chcieli zabrzmieć nowocześnie, a wyszło pretensjonalnie i po prostu śmiesznie. Ogólnie utwór jest bardzo przeciętny. Taki do posłuchania raz i zapomnienia o nim.

Naprawdę beznadziejny jest natomiast "Paradise Bar" (którego na albumie, na szczęście, nie będzie). Zaczyna się od żenującego klawiszowego motywu, brzmiącego jak melodyjka ze świątecznej reklamy. Główny riff, grany unisono przez gitarę i syntezator, kojarzy się natomiast z "Jump" Van Halen. Całość zalatuje "ejtisowym" chłamem. Za to zaskakująco nieźle wypada wokal Gillana, śpiewającego z większym luzem. Dobra jest też klawiszowa solówka Dona Aireya. Ale to i tak za mało, by uratować ten gniot. Ostatni utwór, "Hip Boots", znajdzie się na albumie, ale w innej wersji. Tutaj trafiło instrumentalne nagranie z próby (nie wiadomo czy wersja albumowa będzie zawierać partię wokalną). To całkiem przyzwoity hardrockowy jam, choć nie ma tu ani porywających popisów, ani choćby zapamiętywalnych motywów. Jeśli porównać to np. do "Son of Alerik" (jamu zarejestrowanego w trakcie sesji nagraniowej "Perfect Strangers"), to różnica jest kolosalna - na korzyść starszej kompozycji, oczywiście. Wciąż jednak jest to najlepsza z trzech nowości.

Jeśli te trzy nowe utwory są reprezentatywne dla "Infinite", to szykuje się naprawdę słaby album. Tylko czy ktokolwiek jeszcze liczy na powrót Deep Purple do formy sprzed trzydziestu lat? Przez ten czas zespół stracił dwóch kluczowych muzyków - Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda - a pozostali znacznie posunęli się w latach i od dawna nie są w stanie stworzyć czegoś wartościowego. 

Ocena: 3/10



Deep Purple - "Time for Bedlam" (2017)

1. Time for Bedlam; 2. Paradise Bar; 3. Uncommon Man (instrumental); 4. Hip Boots (rehearsal)

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Ezrin (1-3), James Paice (4)