28 września 2016

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)



Po rewelacyjnym debiucie, "Halfbreed", oczekiwania wobec Keef Hartley Band musiały być spore. Zespół zdecydował się jednak na nieoczywiste posunięcie i zamiast pójść za ciosem, zmienił nieco koncepcję swojej muzyki. W nagraniu "The Battle of North West Six", drugiego longplaya grupy, wzięła udział rozbudowana sekcja dęta, licząca osiem osób. I często to właśnie dęciaki pełnią pierwszoplanową rolę. Szczególnie w łagodniejszych utworach, o jazzowym odcieniu, których jest tutaj nadspodziewanie dużo - przebojowe "Don't Give Up" i "Waiting Around", instrumentalny "Hickory" (z bardzo ładną partią fletu w wykonaniu Barbary Thompson), oraz najładniejszy z nich, bardzo zgrabny "Believe in You" (nagrany z gościnnym udziałem Micka Taylora). W takich klimatach użycie instrumentów dętych jest w pełni uzasadnione, a wręcz trudno wyobrazić sobie te utwory bez nich.

Ale już w bardziej dynamicznych, ostrzejszych kawałkach bluesrockowych, jak "Me and My Woman" i "Not Foolish, Not Wise", wysunięcie ich na pierwszy plan jest dość kontrowersyjnym i w sumie niepotrzebnym posunięciem. Na szczęście, są też utwory, w których dęciaki są tylko dodatkiem i pojawiają się jedynie na zasadzie ozdobników. Tak właśnie jest w dwóch instrumentalach: "The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread" - z porywającym gitarowym popisem Spita Jamesa w roli głównej, oraz fantastyczną grą sekcji rytmicznej - i typowo bluesrockowym jamie "Tadpole". Zaś w zadziornym i bardzo energetycznym "Don't Be Afraid" w ogóle nie ma instrumentów dętych, jest za to świetne organowe tło i dużo gitary. Te trzy ostatnie utwory mają najwięcej wspólnego z poprzednim albumem zespołu. Czymś zupełnie nowym jest natomiast "Poor Mabel (You're Just Like Me)", czyli wycieczka w stronę... country. Niepotrzebny eksperyment, zaniżający poziom longplaya.

Pomimo stylistycznego zwrotu, jest to wciąż bardzo dobra (z wspomnianymi wyjątkami) muzyka, wykonywana przez bardzo utalentowanych muzyków. Polecana przede wszystkim wielbicielom bardziej jazzowych dokonań Johna Mayalla, a może nawet grupy Colosseum.

Ocena: 8/10



Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)

1. The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread; 2. Don't Give Up; 3. Me and My Woman; 4. Hickory; 5. Don't Be Afraid; 6. Not Foolish, Not Wise; 7. Waiting Around; 8. Tadpole; 9. Poor Mabel (You're Just Like Me); 10. Believe in You

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - instr. dęte, skrzypce; Jim Jewell - saksofon
Gościnnie: Mick Weaver - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Mike Davis - trąbka; Harry Beckett - trąbka, skrzydłówka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Barbara Thompson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon; Ray Warleigh - flet; Mick Taylor - gitara (10)
Producent: Neil Slaven


26 września 2016

[Recenzja] Led Zeppelin - "The Complete BBC Sessions" (2016)



Grupa Led Zeppelin zawsze była wyjątkowo powściągliwa w wydawaniu albumów koncertowych. W czasie działalności zespołu ukazała się zaledwie jedna koncertówka, "The Song Remains the Same". Kolejna ujrzała światło dzienne dopiero dwadzieścia jeden lat później. Wtedy właśnie, pod koniec 1997 roku, wydany został album "BBC Sessions". Wydawnictwo przyniosło naprawdę solidną porcję muzyki - dwie płyty kompaktowe, zawierające 24 utwory o łącznym czasie trwania przekraczającym dwie i pół godziny. Niestety, był też pewien mankament - album nie wyczerpał tematu radiowych sesji zespołu. Część nagrań została celowo pominięta z powodu braku miejsca, inne uważano za zaginione. Niemal dwadzieścia lat trzeba było czekać na ich publikację. Właśnie wydany album "The Complete BBC Session" zawiera zarówno materiał znany z "BBC Sessions", jak i trzeci kompakt (dostępne jest także pięciopłytowe wydanie winylowe) z dziewięcioma dodatkowymi utworami, z których aż osiem nie było nigdy wcześniej opublikowane.

Pierwsza płyta zawiera fragmenty kilku sesji zespołu dokonanych w studiach należących do BBC pomiędzy marcem a czerwcem 1969 roku. Na ich repertuar, z oczywistego powodu, złożyły się głównie utwory z debiutanckiego albumu grupy (w tym trzy wersje "Communication Breakdown", a także po dwie "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby"), uzupełnione przedpremierowymi wykonaniami dwóch utworów z "Dwójki" ("What Is and What Should Never Be" i "Whole Lotta Love"), oraz trzema przeróbkami, których próżno szukać na studyjnych albumach zespołu. Zatrzymajmy się na chwile właśnie przy tych ostatnich. Świetnie wypada zaostrzona, energetyczna wersja "The Girl I Love She Got Long Black Wavy Hair" Sleepy Johna Estesa, oparta na fantastycznym riffie, który muzycy wykorzystali później w kawałku "Moby Dick". "Travelling Riverside Blues" Roberta Johnsona bliski jest bluesowego pierwowzoru, choć oczywiście więcej w nim rockowej energii. Najmniej ciekawie wypada "Somethin' Else" z repertuaru Eddiego Cochrana - ot, prosty rockandrollowy kawałek, ostrzejszy od oryginału, ale na tym skończyła się inwencja muzyków Led Zeppelin.

Utwory powtarzające się ze studyjnymi albumami grupy, w większości są zagrane bardzo podobnie do płytowych wersji. Jedynie brzmienie jest trochę bardziej surowe, nie tak dopieszczone. Co oczywiście w żadnym wypadku nie jest wadą - zwłaszcza, że same kompozycje absolutnie nic w tych wersjach nie tracą. Największe wrażenie robią jednak te fragmenty, które wyraźnie odbiegają od wersji studyjnych. A więc przede wszystkim porywające, rozimprowizowane do ponad dziesięciu minut wykonania "You Shook Me" (z rewelacyjnymi popisami Jimmy'ego Page'a na gitarze i Johna Paula Jonesa na organach) i "How Many More Times" (połączony z - nieoblikowanym jeszcze wtedy - "The Lemon Song") - oba zarejestrowane podczas ostatniej radiowej sesji zespołu, nagranej 27 czerwca 1969 roku do audycji "One Night Stand". Warto też wyróżnić wczesną wersję "Whole Lotta Love" (zarejestrowaną zaledwie trzy dni wcześniej, do programu "Top Gear" słynnego Johna Peela), zagraną nieco bardziej agresywnie i z trochę inną częścią środkową.

Całą drugą płytę wypełniają nagrania z występu grupy w londyńskim Paris Theatre, 1 kwietnia 1971 roku. Koncert został zarejestrowany przez ekipę BBC i trzy dni później wyemitowany w programie "In Concert". Niestety, nie jest to kompletny zapis. Choć i tak robi wrażenie. Czadowe wykonania "Imigrant Song" i "Heartbreaker" (z zupełnie inną częścią instrumentalną) rewelacyjnie rozpoczynają całość. Jako trzeci utwór pojawia się balladowy "Since I've Been Loving You", który jednak zamiast uspokojenia przynosi ogromną dawkę emocji. To chyba najbardziej emocjonujące wykonanie tej kompozycji ze wszystkich, które słyszałem. Zaraz potem rozbrzmiewa kolejny czad, "Black Dog", a następnie niemal dwudziestominutowe, fantastyczne wykonanie "Dazed and Confused", z obowiązkowym popisem Page'a grającego smyczkiem na gitarze. Wyjątkowo słabo wypadł "Stairway to Heaven", w którym Robert Plant położył partię wokalną. Krótki set akustyczny, z utworami "Going to California" i "That's the Way", przynosi chwilę wytchnienia przed kolejnym porywającym fragmentem - znacznie rozbudowaną, ponad trzynastominutową wersją "Whole Lotta Love", w którą ciekawie wpleciono cytaty z różnych rockandrollowych standardów. W rzeczywistości utwór był jeszcze dłuższy, ale przycięto go na potrzeby radiowej emisji lub tego wydawnictwa. Na zakończenie pojawia się jeszcze przyjemny "Thank You", który nie wiedzieć czemu nie był zbyt często wykonywany przez zespół na żywo.

Bonusowy dysk przyniósł kilka kolejnych nagrań, dokonanych podczas tych samych sesji, których fragmenty znalazły się na pierwszym dysku, w tym kolejne wykonania "Communication Breakdown", "What Is and What Should Never Be" i "Dazed and Confused" (rozbudowanego do jedenastu minut), a także akustyczną, instrumentalną kompozycję "White Summer", napisaną przez Page'a jeszcze w czasach The Yardbirds, będącą zalążkiem zeppelinowego "Black Mountain Side". Trafiły tu także dwa kolejne utwory z koncertu w Paris Theatre - "What Is and What Should Never Be" i "Communication Breakdown". Największą atrakcją są jednak trzy utwory z uważanej do niedawna za zaginioną sesji z 19 marca 1969 roku do audycji "Rhythm and Blues" prowadzonej przez Alexisa Kornera. Brzmienie jest niestety fatalne, a dwie kolejne wersje "I Can't Quit You Baby" i "You Shook Me" nie wnoszą nic do całości. W przeciwieństwie do "Sunshine Woman", kompozycji podpisanej przez wszystkich muzyków, która do tej pory nie została oficjalnie wydana w żadnej formie. To bardzo energetyczny, bluesrockowy kawałek z istotną rolą pianina i harmonijki, ale także z ciężkim riffowaniem Page'a i dzikim śpiewem Planta. W sumie nic wielkiego, ale uczucie towarzyszące poznaniu nieznanego dotąd utworu Led Zeppelin - bezcenne.

"The Complete BBC Sessions" to wydawnictwo raczej tylko dla największych wielbicieli Led Zeppelin. Nie sądzę, żeby ktoś inny miał ochotę na słuchanie pięciu podobnych do siebie wersji "Communication Breakdown", czy innych powtórek. Dla wielbicieli grupy jest to jednak obowiązkowa pozycja, przede wszystkim ze względu na unikalne dla tego wydawnictwa utwory, ale też kilku naprawdę porywających, przewyższających studyjne wersje, wykonań klasycznych kompozycji zespołu. Czy warto jednak kupować "The Complete BBC Sessions", jeśli już posiada się "BBC Session"? Moim zdaniem - nie. Dodatkowy dysk niewiele wnosi do całości, poza tylko "White Summer" (a to akurat ten utwór, który był już wcześniej wydany) i "Sunshine Woman". Jedynie w przypadku nieposiadania wcześniejszego wydawnictwa, można zastanowić się nad wyborem nowego. Choć różnica w cenie jest wyższa, niż poziom bonusów.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "The Complete BBC Sessions" (2016)

CD1: 1. You Shook Me; 2. I Can't Quit You Baby; 3. Communication Breakdown; 4. Dazed and Confused; 5. The Girl I Love She Got Long Black Wavy Hair; 6. What Is and What Should Never Be; 7. Communication Breakdown; 8. Travelling Riverside Blues; 9. Whole Lotta Love; 10. Somethin' Else; 11. Communication Breakdown; 12. I Can't Quit You Baby; 13. You Shook Me; 14. How Many More Times
CD2: 1. Immigrant Song; 2. Heartbreaker; 3. Since I've Been Loving You; 4. Black Dog; 5. Dazed and Confused; 6. Stairway to Heaven; 7. Going to California; 8. That's the Way; 9. Whole Lotta Love; 10. Thank You
CD3: 1. Communication Breakdown; 2. What Is and What Should Never Be; 3. Dazed and Confused; 4. White Summer; 5. What Is and What Should Never Be; 6. Communication Breakdown; 7. I Can't Quit You Baby; 8. You Shook Me; 9. Sunshine Woman

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, dodatkowy wokal; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


23 września 2016

[Recenzja] Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)



Paice Ashton Lord to efemeryczny zespół, w którym Jon Lord i Ian Paice występowali między rozpadem Deep Purple, a ich dołączeniem do Whitesnake. Trzecią ważną postacią był wokalista i klawiszowiec Tony Ashton, znany między innymi z grup Medicine Head, Family, oraz tria Ashton, Gardner and Dyke. Składu dopełnili gitarzysta Bernie Marsden (kolejny późniejszy członek Whitesnake) i basista Paul Martinez (późniejszy współpracownik Roberta Planta). Zespół wydał tylko jeden album, "Malice in Wonderland". Zawarta na nim muzyka brzmi tak, jak mógłby brzmieć kolejny (po "Come Taste the Band") album Deep Purple, gdyby zespół kontynuował swoje eksperymenty z funkiem i soulem, a zarazem zaczął grać łagodniej, odchodząc od swoich hardrockowych korzeni.

Dominuje tu bowiem granie o właśnie funkowym charakterze, oparte na wyrazistym rytmie, z głębokim, bujającym basem i istotną rolą syntezatorów, a nierzadko z udziałem sekcji dętej i żeńskich chórków o soulowym posmaku. Gitara, przeważnie schowana w tle, pełni drugorzędną rolę i zazwyczaj wpasowuje się w funkowy klimat. Marsden na pierwszy plan wybija się tylko momentami, jak w przebojowym "Remember the Good Times" - który ozdobił świetnym, funkowym motywem przewodnim, oraz zagrał krótką, lecz udaną solówkę - albo w chwytliwym "On the Road Again" i bardziej zadziornym "Silas & Jerome", w których wyjątkowo gra stricte hardrockowe riffy i solówki. Zgrabne gitarowe solówki pojawiają się także w zdecydowanie mniej rockowym "Sneaky Private Lee". Na tle całości wyróżniają się brzmiące bardziej staroświecko "Dance with Me Baby" (kojarzący się z - późniejszym - projektem Honeydrippers Roberta Planta) i ballada "I'm Gonna Stop Drinking". Koniecznie trzeba wspomnieć także o hipnotyzującym "Ghost Story", który intrygująco rozpoczyna ten album. O ile jednak warstwa instrumentalna we wszystkich utworach wypada co najmniej dobrze, tak bardzo przeciętne są partie wokalne Ashtona, który nie miał ani ciekawej barwy głosu, ani szczególnych predyspozycji do śpiewania.

Mimo wszystko, "Malice in Wonderland" to całkiem przyjemny album. Niekoniecznie przeznaczony dla fanów Deep Purple czy Whitesnake, którzy mogą nie znaleźć tu wiele dla siebie. Longplay może się podobać natomiast wszystkim, którzy lubią granie na pograniczu funku i rocka, a zarazem nie mają uczulenia na dęciaki i żeńskie chórki. Nie jest to szczególnie ambitne czy wybitne granie, ale nie o to przecież chodzi w tym stylu. Chodzi w nim tylko o dobrą zabawę, a to "Malice in Wonderland" całkowicie zapewnia.

Ocena: 7/10



Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)

1. Ghost Story; 2. Remember the Good Times; 3. Arabella (Oh Tell Me); 4. Silas & Jerome; 5. Dance with Me Baby; 6. On the Road Again, Again; 7. Sneaky Private Lee; 8. I'm Gonna Stop Drinking; 9. Malice in Wonderland

Skład: Tony Ashton - wokal i instr. klawiszowe; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Bernie Marsden - gitara, dodatkowy wokal; Paul Martinez - bass
Producent: Ian Paice, Tony Ashton, Jon Lord i Martin Birch


21 września 2016

[Recenzja] John Mayall - "USA Union" (1970)



"USA Union" to owoc współpracy Johna Mayalla z zupełnie nowymi instrumentalistami. Zgodnie z tytułem, byli to muzycy pochodzenia amerykańskiego: gitarzysta Harvey Mandel i basista Larry Taylor (obaj znani z grupy Canned Heat), oraz Don "Sugarcane" Harris, grający na... skrzypcach. Użycie tego instrumentu to zupełna nowość w twórczości Mayalla. Koncepcja pozostała jednak podobna jak na dwóch poprzednich albumach artysty - w nagraniach w ogóle nie ma perkusji, wróciły natomiast solówki na gitarze elektrycznej, choć są bardziej stonowane niż dawnej. Niestety, nie jest to tak pomysłowy i intrygujący materiał, jak na "The Turning Point", a nawet w porównaniu z mniej udanym "Empty Rooms" wypada niezbyt udanie. Utwory przeważnie są dość długie, nierzadko przekraczając pięć minut, a zarazem bardzo jednostajne, niewiele się w nich nie dzieje. W dodatku kolejne utwory są do siebie bardzo podobne, w większości utrzymane w tym samym, leniwym tempie i sielskim nastroju. Nawet te trochę żwawsze kawałki, jak "You Must Be Crazy" czy "Where Did My Legs Go", brzmią jakby muzycy byli zmęczeni i uleciała z nich cała energia. Szczególnie słychać to w partiach wokalnych Mayalla. Zdarzają się tu co prawda ciekawe momenty (jak jazzujący "Off the Road" oparty na świetnej partii basu, albo chwytliwy "Took the Car"), ale jako całość album jest bardzo monotonny i po prostu nudny. W chwili wydania "USA Union" był najsłabszym albumem Johna Mayalla. Niestety, nawet największym zdarzają się takie potknięcia.

Ocena: 5/10



John Mayall - "USA Union" (1970)

1. Nature's Disappearing; 2. You Must Be Crazy; 3. Night Flyer; 4. Off the Road; 5. Possessive Emotions; 6. Where Did My Legs Go; 7. Took the Car; 8. Crying; 9. My Pretty Girl; 10. Deep Blue Sea

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara; Larry Taylor - bass; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce
Producent: John Mayall


19 września 2016

[Recenzja] Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)



W recenzjach z cyklu "Ciężkich poniedziałków" niejednokrotnie będę wspominał o grupach Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. To właśnie albumy tych zespołów wydane na przełomie lat 60. i 70. zdefiniowały pojęcie hard rocka i stanowią punkt odniesienia. Oczywiście było też wiele innych wykonawców, którzy przyczynili się do rozwoju tego stylu, a pod względem wykonawczym i kompozytorskim prezentowali równie wysoki warsztat. Takie zespoły, jak Uriah Heep, Wishbone Ash, czy nieco później Judas Priest, także odegrały ważną rolę w kształtowaniu się stylu. A z kolei gdyby nie Cream, Jimi Hendrix, The Who oraz The Jeff Beck Group, w ogóle mogłoby nie dojść do jego powstania. Mógłbym wymienić jeszcze kilka ważnych nazw i nazwisk, ale nie sądzę by w sumie było ich więcej niż kilkanaście. Oczywiście grających na poziomie wykonawców hardrockowych jest znacznie więcej, ale nie prawdziwych innowatorów.

Niestety, można zaobserwować występującą u dziennikarzy muzycznych tendencję do "odkrywania" zapomnianych grup sprzed lat, które rzekomo mogły być nowym Sabbathem czy Zeppelinem, ale mimo rzekomego ogromnego potencjału, nie miały wystarczająco dużo szczęścia. Co gorsze, są ludzie, którzy to kupują i tak rodzi się kult wokół w sumie mało istotnych i niezbyt utalentowanych grup pokroju Blue Cheer czy Sir Lord Baltimore. O ile jeszcze w przypadku tej pierwszej można to w pewnym stopniu zrozumieć - wszak zaczynała już w 1968 roku i brzmiała jak nikt inny w tamtym czasie - tak kreowanie drugiej na prekursorów czegokolwiek jest już sporym nadużyciem. Debiutancki album zespołu, "Kingdom Come", ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku, czyli w czasie gdy pierwsze nakłady debiutu i "dwójki" Zeppelinów, albumów "Black Sabbath" i "Paranoid", oraz "In Rock", już dawno zdążyły się rozejść po świecie. Longplay Sir Lord Baltimore nie przyniósł niczego naprawdę nowatorskiego. Owszem, jest bardziej surowy i agresywny od wspomnianych albumów, ale i to nie było w 1970 roku szczególnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że już wcześniej ukazały się takie albumy, jak "Vincebus Eruptum" Blue Cheer czy "Kick Out the Jams" MC5.

Może więc pod względem wykonawczym i/lub kompozytorskim mamy do czynienia z czymś wybitnym? Niestety, też nie. Pod względem muzycznym jest nawet całkiem nieźle. Tu czy tam trafia się jakiś świetny riff lub porywająca solówka, sporo dobrego robi też sekcja rytmiczna. Nieco gorzej wypada warstwa melodyjna, choć zdarzają się całkiem zgrabne kompozycje. Zresztą to, co najlepsze, sprytnie umieszczono na najbardziej strategicznych pozycjach, a więc na początku każdej strony winylowego wydania. "Master Heartache" (zbudowany na wyraźnej, przesterowanej partii basu) i tytułowy "Kingdom Come", aż kipią energią, miażdżą ciężarem, a zarazem wyróżniają się naprawdę chwytliwymi melodiami. Jedyne do czego można się przyczepić, to fatalne, pretensjonalne partie wokalne w wykonaniu perkusisty Johna Garnera. Jeszcze bardziej przeszkadzają w pozostałych utworach, zazwyczaj utrzymanych w szybkich tempach, za którymi wokalista nie zawsze nadąża. Kawałki w rodzaju "Lady of Fire" czy "Hell Hound" brzmią jak Hendrix na przyśpieszonych obrotach, z bardziej przesterowanym brzmieniem i znacznie gorszą warstwą wokalną. Na tle całości wyróżnia się łagodna ballada "Lake Isle of Innersfree" z istotną rolą gitary akustycznej. Podejrzewam, że powstała pod naciskiem wytwórni, która nie chciała wydać albumu z samymi ciężkimi utworami. Kompozycja kompletnie nie pasuje do reszty longplaya, ale jest całkiem przyjemna i nawet wokal jest mniej drażliwy.

"Kingdom Come" niewątpliwie można uznać za jeden z najwcześniejszych - jeszcze bardzo surowych i niedopracowanych - przykładów heavy metal. Jednak jego wpływ na rozwój tego stylu jest znacznie przecenianych przez niektórych współczesnych recenzentów. W 1970 roku ukazało się tyle wspaniałej muzyki, że dość przeciętny materiał Sir Lord Baltimore po prostu nie miał szans zainteresować w tamtym czasie szerszej publiczności. Grupa szybko popadła w zapomnienie i dopiero po latach zaczęła zyskiwać status kultowej. A tymczasem "Kingdom Come" to tylko jeden z wielu proto-metalowych albumów z tamtych lat, ani specjalnie innowacyjny, ani przełomowy.

Ocena: 6/10



Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)

1, Master Heartache; 2. Hard Rain Fallin'; 3. Lady of Fire; 4. Lake Isle of Innersfree; 5. Pumped Up; 6. Kingdom Come; 7. I Got a Woman; 8. Hell Hound; 9. Helium Head (I Got a Love); 10. Ain't Got Hung on You

Skład: John Garner - wokal i perkusja; Louis Dambra - gitara; Gary Justin - bass
Producent: Mike Appel i Jim Cretecos


16 września 2016

[Recenzja] Ghost - "Popestar" EP (2016)



Muzycy Ghost nie dają o sobie zapomnieć. Zupełnie niespodziewanie dyskografia zespołu poszerzyła się o nową EPkę, "Popestar". Wydawnictwo można traktować zarówno jako suplement do zeszłorocznego albumu "Meliora", jak i kontynuację wydanej przed trzema laty EPki z coverami "If You Have Ghost". Także tutaj na repertuar złożyły się głównie przeróbki innych wykonawców, uzupełnione jednym własnym utworem - zupełnie premierowym "Square Hammer". Jeżeli utwór ten powstał w trakcie tej samej sesji co "Meliora", to łatwo zgadnąć dlaczego nie pojawił się na tym longplayu. O ile tam zespół pokazał swoje mroczniejsze i cięższe oblicze, tak ten kawałek jest o wiele bardziej pogodny i łagodniejszy brzmieniowo, utrzymany raczej w stylu albumu "Infestissumam". Za to jak zwykle u Ghost mamy do czynienia z momentalnie zapadającą w pamięć, przebojową melodią, oraz świetnym zestawieniem ostrych gitar i wręcz popowych klawiszy.

Wybór czterech utworów, które muzycy postanowili przerobić, jest dość zaskakujący (ale przecież "If You Have Ghost" też pod tym względem zaskakiwał). Sięgnęli do repertuaru popowego Eurythmics, elektronicznego Simian Mobile Disco, oraz post-punkowych Echo & the Bunnymen i Imperiet. "Nocturnal Me" z repertuaru Echo & the Bunnymen zachował swój posępny klimat, w tej wersji dodatkowo podkreślony ciężkimi gitarami i brzmieniem organów. Bardzo dobrze wypada "I Believe" Simian Mobile Disco - z dyskotekowego gniota zrobiono zgrabną balladę z fantastyczną linią wokalną i delikatnym, klawiszowym akompaniamentem. "Missionary Man" Eurythmics jest dość bliski oryginału, choć brzmienie jest oczywiście cięższe. Znów świetnie wpleciono organy, a także... harmonijkę. Mniej udanym fragmentem jest według mnie "Bible", oryginalnie wykonywany przez szwedzki "Imperiet". Zaczyna się całkiem obiecująco - bardzo ładnej partii wokalnej towarzyszy subtelny akompaniament pianina i gitary - jednak podobnie jak w wersji oryginalnej, utwór jest zbyt rozwlekły.

"Popestar" to przyjemne wydawnictwo, umilające oczekiwanie na kolejny pełnowymiarowy album Ghost (na który, mam nadzieję, nie będzie trzeba długo czekać). Zespół zachowuje tu swoje rozpoznawalne od pierwszych sekund brzmienie, także wykonując utwory innych, odległych stylistycznie wykonawców. "Popestar" z pewnością nie przekona do grupy osób, które dotąd nie zachwyciły się twórczością Ghost, za to obecnych fanów na pewno nie zniechęci.

Ocena: 7/10



Ghost - "Popestar" EP (2016)

1. Square Hammer; 2. Nocturnal Me; 3. I Believe; 4. Missionary Man; 5. Bible

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghoul △ - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul ▽ - bass; Nameless Ghoul - perkusja; Nameless Ghoul - instr. klawiszowe
Producent: Tom Dalgety


[Recenzja] Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)



W połowie lat 70. Jeff Beck postanowił nagle opuścić grupę Beck, Bogert & Appice (mimo zaawansowanych prac nad drugim albumem studyjnym) i rozpocząć solową działalność. Szybko zebrał nowy skład, w którym znalazł się dawny kompan z drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, klawiszowiec Max Middleton, oraz nowa sekcja rytmiczna - basista Phil Chen i perkusista Richard Bailey (choć początkowo tą ostatnią rolę miał pełnić Carmine Appice). Muzycy weszli do studia, by pod okiem samego George'a Martina (słynnego producenta The Beatles), zarejestrować materiał na debiutancki album Becka, zatytułowany "Blow by Blow".

Swojego wsparcia udzielił także Stevie Wonder, który podarował Jeffowi dwie kompozycje - "Cause We've Ended as Lovers" (którą rok wcześniej nagrał ze swoją ówczesną żoną, Syreetą Wright, na album "Stevie Wonder Presents: Syreeta") i zupełnie premierową "Thelonius". W drugim z tych utworów Wonder wystąpił osobiście, grając na klawinecie (choć nie zostało to odnotowane w opisie albumu. Pozostałe utwory to głównie kompozycje Becka i Middletona, stworzone razem lub osobno, a w jednym przypadku ("AIR Blower") z pomocą Chena i Baileya. "Diamond Dust" to kompozycja niejakiego Berniego Hollanda - gitarzysty grupy Hummingbird, utworzonej po rozpadzie drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, przez jego członków: Middletona i wokalistę Bobby'ego Trencha. Całości dopełnia przeróbka "She's a Woman" Beatlesów.

Zawartość "Blow by Blow" znacznie się różni od bluesowo-hardrockowej twórczości The Yardbirds, The Jeff Beck Group i Beck, Bogert & Appice. To zbiór instrumentalnych utworów o bardzo jamowym charakterze. Spora część utworów opiera się na intensywnej, bardzo funkowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład do wirtuozerskich, niemal jazzowych popisów Becka ("You Know What I Mean", "Constipated Duck", "AIR Blower", "Thelonius"). Rola Middletona w tych kawałkach czasem ogranicza się do tła (np. "You Know What I Mean", "Constipated Duck"), kiedy indziej zaś muzyk wychodzi na pierwszy plan, grając solówki na przemian z Beckiem ("AIR Blower"). Dynamicznie jest także w "Freeway Jam", ale tutaj Beck i sekcja rytmiczna grają w bardziej rockowy sposób, z czym kontrastują jazzujące partie Middletona.

Pozostałe utwory mają już trochę odmienny charakter. "She's a Woman" został znacznie zwolniony i nabrał nieco latynoskiego klimatu, przez co kojarzyć się może z twórczością Santany. W nagraniu wykorzystany został talk box, dzięki czemu mamy tu namiastkę partii wokalnej. Wolnym tempem charakteryzuje się także początek "Scatterbrain", z piękną partią gitary i delikatnym, jazzującym akompaniamentem. W pewnym momencie utwór nabiera jednak mocy, za sprawą rozszalałej partii perkusji, oraz zadziornych solówek Middletona i Becka. Ciekawym kontrastem jest smyczkowe tło zaaranżowane przez Martina. Orkiestracja odgrywa jeszcze większą rolę w finałowym "Diamond Dust", który w całości jest dość stonowany. Tworzące podniosły nastrój smyczki i jazzująca gra Middletona stanowią podkład dla prześlicznych partii Becka. Najwspanialszym utworem na albumie jest jednak "Cause We've Ended as Lovers" - kolejna ballada z jazzowym podkładem, oraz cudowną solówką solówką Becka, wyjątkowo bardziej bluesową, w stylu Roya Buchanana, któremu zresztą utwór jest dedykowany.

"Blow by Blow" okazał się największym komercyjnym sukcesem w całej karierze Jeffa Becka (4. miejsce na liście w Stanach, a zarazem jedyne w pierwszej dziesiątce). Niewątpliwie jest to także jeden z jego największych artystycznych sukcesów. Tak naprawdę dopiero na tym albumie gitarzysta w pełni zaprezentował swój kunszt i wirtuozerię. Osobiście co prawda preferuje jego dokonania z The Jeff Beck Group i Beck, Boggert & Appice, które są mi bliższe stylistycznie, ale muzyka zawarta na "Blow by Blow" również wywiera na mnie wielkie wrażenie. Coraz bardziej przekonuję się do albumów w całości instrumentalnych.

Ocena: 8/10



Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)

1. You Know What I Mean; 2. She's a Woman; 3. Constipated Duck; 4. AIR Blower; 5. Scatterbrain; 6. Cause We've Ended as Lovers; 7. Thelonius; 8. Freeway Jam; 9. Diamond Dust

Skład: Jeff Beck - gitara, bass; Max Middleton - instr. klawiszowe; Phil Chen - bass; Richard Bailey - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - orkiestracja (5,9); Stevie Wonder - klawinet (7)
Producent: George Martin