21 lutego 2018

[Recenzja] Funkadelic - "Funkadelic" (1970)



Grupa Funkadelic powstała jako instrumentalny zespół towarzyszący wokalnej grupie Parliament. Oba składy ściśle ze sobą współpracowały, a nagrywane przez nie wspólnie albumy były zamiennie sygnowane obiema nazwami. Te pod szyldem Parliament zawierały muzykę o bardziej komercyjnym charakterze - mieszankę funku, soulu, gospel, a później też disco z ledwie odrobiną rocka. Z kolei na albumach Funkadelic (przynajmniej tych najwcześniejszych) dominowała mocno rockowa, psychodeliczna odmiana funku, brzmiąca niczym skrzyżowanie Jimiego Hendrixa i Sly and the Family Stone.

Debiutancki, eponimiczny album Funkadelic przynosi muzykę o dość swobodnym, niemal jamowym graniu. Opartą na funkowo pulsującej grze sekcji rytmicznej, z hendrixowskimi partiami gitar, psychodelicznymi hammondami i soulowymi wokalami. Album spinają jak klamra dwa najbardziej odjechane utwory - dziewięciominutowy "Mommy, What's a Funkadelic?" i niewiele krótszy "What Is Soul" - oba pełne jamowego luzu, zanurzone w ćpuńsko-onirycznym klimacie. W pozostałych utworach te elementy również są obecne, ale zostały zepchnięte na trochę dalszy plan, ustępując miejsca większej przebojowości. "I Bet You" i "I Got a Thing, You Got a Thing, Everybody's Got a Thing" świetnie łączą chwytliwe melodie z mocnym, funkowym rytmem i kwaśnym brzmieniem, a "Good Old Music" został ponadto porywająco rozimprowizowany. Ciekawe urozmaicenie stanowią natomiast dwa pozostałe utwory: bluesowy "Qualify and Satisfy", oraz ballada "Music for My Mother", przywołująca skojarzenia z twórczością The Doors. Oba kawałki są świetnym dopełnieniem albumu.

Obok Band of Gypsys Hendrixa, Funkadelic był zdecydowanie najwybitniejszym przedstawicielem rockowego funku, a ten longplay całkowicie to potwierdza. Klasyk, którego wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



Funkadelic - "Funkadelic" (1970)

1. Mommy, What's a Funkadelic?; 2. I Bet You; 3. Music for My Mother; 4. I Got a Thing, You Got a Thing, Everybody's Got a Thing; 5. Good Old Music; 6. Qualify and Satisfy; 7. What Is Soul

Skład Funkadelic: Eddie Hazel - gitara, dodatkowy wokal; Lucius Ross - gitara; Billy Nelson - bass (3,4,6), wokal (5), dodatkowy wokal; Ramon Fulwood - perkusja (1,2,4-7); Mickey Atkins - organy (5,6,7)
Skład Parliament: George Clinton - wokal (1,7); Clarence Haskins - wokal (2,5); Calvin Simon - wokal (2,6); Ray Davis - wokal (2); Grady Thomas - wokal (2)
Gościnnie: Ray Monette - gitara (2); Bob Babbitt - bass (1,2); Brad Innis - perkusja (3); Gasper Lawal - kongi (3); Earl Van Dyke - organy (2); Bernie Worrell - organy (4); Herb Sparkman - wokal (3); Hot Buttered Soul - dodatkowy wokal
Producent: George Clinton


20 lutego 2018

[Recenzja] Fire! - "The Hands" (2018)



Rok 2018 na razie nie zapowiada się ciekawie pod względem płytowych premier, lecz przyniósł już jedno bardzo interesujące wydawnictwo. Jest nim wydany niemal równo miesiąc temu album "The Hands" szwedzkiego tria Fire!. Zespół powstał blisko dekadę temu z inicjatywy saksofonisty Matsa Gustafssona - jednego z najbardziej zapracowanych muzyków w branży, zaangażowanego w dziesiątki projektów i współpracującego z niezliczonymi artystami, głównie ze świata jazzu, choć czasem też rocka (wspomagał chociażby Sonic Youth). Od samego początku towarzyszy mu sekcja rytmiczna składająca się z basisty Johana Berthlinga i perkusisty Andreasa Werliina. Trio wydało dotąd sześć albumów studyjnych (wliczając najnowszy), a także trzy kolejne pod szyldem Fire! Orchestra, na których towarzyszy mu mocno rozbudowany skład. Stylistycznie zespół porusza się w rejonach fusion, jazz rocka i free jazzu z domieszką noise'u, psychodelii i elementów krautrocka - wymieszanych w różnych proporcach, w zależności od albumu.

Na "The Hands" muzycy postawili przede wszystkim na brudne, surowe brzmienie. Ciężka gra sekcji rytmicznej, z przesterowanym basem, budzi skojarzenia ze stoner metalem, a towarzyszą jej przeszywające, ostre dźwięki różnych saksofonów (tenorowego, barytonowego i basowego), wyraźnie zahaczające o estetykę free (tu i ówdzie brzmienie dopełniane jest jeszcze elektronicznymi szumami). Jak rewelacyjny dało to efekt, można przekonać się już w otwierającym album utworze tytułowym, napędzanym energetyczną grą perkusisty, z porywającym basowym riffem i drapieżnymi, lecz całkiem melodyjnymi solówkami saksofonu. Albo w "To Shave the Leaves. In Red. In Black.", w którym zespół dla odmiany maksymalnie zwalnia tempo - sekcja gra niemal doommetalowo, co świetnie współgra z posępnymi partiami saksofonu. Transowa monotonia i ciężki klimat tego utworu zwalają z nóg. Bardzo fajnie wypadają też pozostałe utwory łączące stonerowy czad sekcji rytmicznej z freejazzowymi odlotami saksofonu, czyli "When Her Lips Collapsed" i "Up and Down". Są tu także utwory o odmiennym charakterze - "Washing Your Heart in Filth", oparty na egzotycznie brzmiących perkusjonaliach, oraz "Touches Me With the Tips of Wonder" i "I Guard Her to Rest. Declaring Silence.", zagrane bardziej subtelne, niemalże akustycznie (nie licząc cichego elektronicznego skwierczenia). Całość trwa niespełna 37 minut, więc nie sposób odczuć znużenia - zwłaszcza, że cały czas dzieją się tu same ciekawe rzeczy.

"The Hands" udowadnia, że fuzja jazzu i rocka w XXI wieku wciąż może brzmieć świeżo i ekscytująco. Fantastyczny album. Polecam wszystkim, którzy nie boją się nowych muzycznych doznań.

Ocena: 8/10



Fire! - "The Hands" (2018)

1. The Hands; 2. When Her Lips Collapsed; 3. Touches Me With the Tips of Wonder; 4. Washing Your Heart in Filth; 5. Up and Down; 6. To Shave the Leaves. In Red. In Black.; 7. I Guard Her to Rest. Declaring Silence.

Skład: Mats Gustafsson - saksofon, elektronika; Johan Berthling - bass, kontrabas; Andreas Werliin - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fire!


19 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)



"Circle in the Round" to kolejny zbiór wcześniej niewykorzystanych nagrań z katalogu Milesa Davisa. Tym razem pochodzących z bardzo odległych sesji. Kompilacja obejmuje materiał z lat 1955-1970. W ciągu tych piętnastu lat Davis dokonywał licznych zmian składów i stylów, co negatywnie wpływa na spójność tego wydawnictwa. Za to poziom poszczególnych utworów prezentuje się bardzo wysoko. W większości są to zupełnie premierowe nagrania. Wyjątek stanowi "Love for Sale", który w tej samej wersji był już wydany na japońskiej kompilacji "1958 Miles" (1974), a także "Two Bass Hit" i "Sanctuary" - znane odpowiednio z albumów "Milestones" i "Bitches Brew", tutaj jednak zamieszczone w innych, starszych wersjach, nagranych przez inne składy.

Na pierwszej stronie cofamy się do czasów hard bopu i cool jazzu, za sprawą trzech utworów zarejestrowanych w latach 1955, 1958 i 1961. "Two Bass Hit", kompozycja  Dizzy'ego Gillespie i Johna Lewisa, została nagrana przez tzw. Pierwszy Wielki Kwintet Milesa Davisa w tym samym czasie, co album "'Round About Midnight". "Love for Sale", autorstwa Cole'a Portera, został natomiast zarejestrowany wkrótce po sesji "Milestones", już w innym składzie - tym samym sekstecie, który gra w większości utworów na "Kind of Blue". Z kolei "Blues No. 2" to odrzut z sesji "Someday My Prince Will Come". Wszystkie te utwory to typowy jazz z tamtego okresu, bardzo przyjemny, ale dziś brzmiący już trochę archaicznie. Jeśli jednak ktoś lubi ten klimat, z pewnością będzie zachwycony. Szczególnie wspaniale wypada 12-minutowy "Love for Sale", pełen doskonałych popisów solowych Davisa, Johna Coltrane'a, Cannonballa Adderleya i Billa Evansa, wspartych świetną grą sekcji rytmicznej tworzonej przez Paula Chambersa i Jimmy'ego Cobba. Nie błyszczą tu może aż tak, jak na "Kind of Blue", ale już tu słychać zalążek magii tamtego albumu.

Druga strona i większość trzeciej to już nagrania z przełomu lat 1967-68, czyli schyłkowego okresu istnienia Drugiego Wielkiego Kwintetu i pierwszych eksperymentów z elektrycznym instrumentarium. Wypełniający całą stronę tytułowy "Circle in the Round" to ponad półgodzinny jam (na potrzeby tego albumu skrócony o siedem minut), który rozpoczął tzw. elektryczny okres twórczości Davisa. Co prawda, członkowie kwintetu grają tu na akustycznym instrumentarium (ciekawostką jest wykorzystanie czelesty zamiast pianina), ale towarzyszy im Joe Beck na gitarze elektrycznej (grający tylko charakterystyczną partię rytmiczną, żadnej solówki). Utwór był prawdziwym przełomem w twórczości Davisa, a gdyby został wydany zaraz po nagraniu, można by mówić o nim jako o kamieniu milowym jazzu. Jednak nawet bez tego kontekstu, jest to po prostu porywający popis improwizatorskich umiejętności muzyków i jedno z największych arcydzieł Davisa z lat 60.

"Teo's Bag" i "Side Car I" to powrót do stricte akustycznego grania, ale niezwykle ekspresyjnego i dużo bardziej nowoczesnego. Ten drugi został tu zamieszczony także w alternatywnej wersji, zatytułowanej "Side Car II", wzbogaconej o gitarowe partie George'a Bensona. Jego gra ozdobiła także oryginalną wersję "Sanctuary" - w przeciwieństwie do tej bardziej znanej, w całości utrzymaną w delikatnym, balladowym nastroju. Wszystkie te utwory powstały w tym samym czasie, co album "Miles in the Sky". Nieco później, bo pod koniec 1968 roku, i w trochę innym składzie zarejestrowany został "Splash". Tu już słychać zupełnie inną koncepcję, wspaniale rozwiniętą wkrótce potem na albumie "In a Silent Way" - prostszy, bardziej rockowy rytm i psychodeliczne partie elektrycznych klawiszy Herbiego Hancocka, Chicka Corei i Joego Zawinula. Brakuje tylko Johna McLaughlina i jego gitary. Jest za to mnóstwo energii i porywające partie instrumentalne, przede wszystkim saksofonowa solówka Wayne'a Shortera.

Ostatni utwór, "Guinnevere", to kompozycja Davida Crosby'ego z debiutanckiego albumu folkrockowej supergrupy Crosby, Stills & Nash. Tutejsza wersja została zarejestrowana na początku 1970 roku, w tym samym czasie, co utwory "Great Expectations", "Orange Lady" i "Lonely Fire" wydane na albumie "Big Fun". "Guinnevere" utrzymany jest w tym samym stylu - bardzo klimatycznego, psychodelicznego fusion, z silnymi wpływami muzyki hindustańskiej. Sam kompozytor przyznawał, że nie słyszy tu żadnego podobieństwa do swojego utworu. Podobno miał czelność powiedzieć o tym Davisowi, gdy ten prezentował mu nagranie, za co został przez niego wykopany z jego domu. Trudno się z nim jednak nie zgodzić. Utwór zmienił się ze zgrabnej, melodyjnej piosenki w hipnotyzujący, instrumentalny jam, w którym nie słychać żadnych rozpoznawalnych motywów z oryginału. W ten sposób powstało coś zupełnie nowego, równie doskonałego w swojej kategorii.

"Circle in the Round" to bardzo chaotyczny zbiór utworów z różnych etapów kariery Milesa Davisa. Brak spójności kompilacji wynagradzają jednak same kompozycje, które zdecydowanie nie zasłużyły na to, by tak wiele czasu przeleżeć w archiwum. Dobrze więc, że takie wydawnictwo się ukazało. Do dziś stanowi świetne uzupełnienie dyskografii Davisa. Bo choć niektóre utwory są obecnie dołączane do kompaktowych reedycji właściwych albumów, tak pozostałe - w tym takie perły, jak "Circle in the Round" i "Guinnevere" - są poza tą składanką dostępne tylko w drogich i trudnych do zdobycia boksach.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)

LP1: 1. Two Bass Hit; 2. Love for Sale; 3. Blues No. 2; 4. Circle in the Round
LP2: 1. Teo's Bag; 2. Side Car I; 3. Side Car II; 4. Splash; 5. Sanctuary; 6. Guinnevere

Skład: Miles Davis - trąbka, instr. perkusyjne (LP1:4); John Coltrane - saksofon (LP1:1,2); Red Garland - pianino (LP1:1); Paul Chambers - kontrabas (LP1:1-3); Philly Joe Jones - perkusja (LP1:1,3); Cannonball Adderley - saksofon (LP1:2); Bill Evans - pianino (LP1:2); Jimmy Cobb - perkusja (LP1:2); Hank Mobley - saksofon (LP1:3); Wynton Kelly - pianino (LP1:3); Wayne Shorter - saksofon (LP1:4, LP2:1-6); Herbie Hancock - czelesta (LP1:4, LP2:6), pianino (LP2:1-3,5,6), elektryczne pianino (LP2:4,6); Ron Carter - kontrabas (LP1:4, LP2:1-3,5); Tony Williams - perkusja (LP1:4, LP2:1-5); Joe Beck - gitara (LP1:4); George Benson - gitara (LP2:3,5); Chick Corea - elektryczne pianino (LP2:4,6); Joe Zawinul - pianino (LP2:4), elektryczne pianino (LP2:6); Dave Holland - kontrabas (LP2:4,6); Bennie Maupin - klarnet basowy (LP2:6); Khalil Balakrishna - sitar (LP2:6); Harvey Brooks - bass (LP2:6); Jack DeJohnette - perkusja (LP2:6);  Billy Cobham - perkusja (LP2:6); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP2:6)
Producent: Joe McEwen i Jim Fishel


16 lutego 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1965)



"Maiden Voyage", najsłynniejszy album Herbiego Hancocka z epoki jazzu akustycznego, został zarejestrowany podczas jednodniowej sesji, 17 marca 1965 roku. Pianiście towarzyszą ci sami muzycy, co na poprzednim w jego dyskografii "Empyrean Isles" - trębacz Freddie Hubbard, basista Ron Carter i perkusista Tony Williams. Ponadto w nagraniach wziął udział saksofonista George Coleman, który parę miesięcy wcześniej przez pewien czas grał z Hancockiem, Carterem i Williamsem w kwintecie Milesa Davisa (można go usłyszeć na albumie "Seven Steps to Heaven" i kilku koncertówkach z tamtego okresu).

"Maiden Voyage" to swego rodzaju album koncepcyjny. Tytuły większości utworów nie przypadkiem kojarzą się z tematyką marynistyczną. Kompozycje mają charakter ilustracyjny, co sprawia, że nie są całkowicie abstrakcyjne, jak większość jazzu. Album składa się z pięciu kompozycji Herbiego. Jedną z nich, "Little One", pianista nagrał już kilka tygodni wcześniej (z tą samą sekcją rytmiczną), na album "E.S.P." kwintetu Davisa. W nowej wersji zachowany został subtelny klimat oryginału, ale oczywiście zupełnie inaczej są grane wszystkie solówki. Pozostałe utwory są już w pełni premierowe. Tytułowy "Maiden Voyage" - ulubiona własna kompozycja Hancocka - oraz "Dolphin Dance" stały się jazzowymi standardami. Wraz z "Little One", stanowią doskonały przykład jazzu modalnego. Dwa pozostałe, bardziej ekspresyjne nagrania, "The Eye of the Hurricane" i "Survival of the Fittest" (będący przede wszystkim popisem Williamsa), bliższe są hard bopu. Zarówno w tych szybszych, jak i w delikatniejszych utworach, muzycy zachwycają swoim zgraniem i pomysłowymi partiami solowymi.

Ten album to absolutny kanon jazzu. Osobiście podchodzę do niego jednak z pewną rezerwą. Zawarta na nim muzyka nie wyróżnia się szczególnie na tle innych ówczesnych wydawnictw. Jest zgrabnie skomponowana, świetnie wykonana, ale często sprawiająca wrażenie zbyt zachowawczej i wykalkulowanej. Wciąż jednak jest to bardzo przyjemny album.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1965)

1. Maiden Voyage; 2. The Eye of the Hurricane; 3. Little One; 4. Survival of the Fittest; 5. Dolphin Dance

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - trąbka; George Coleman - saksofon; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


15 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)



Po komercyjnej klapie "The Velvet Underground & Nico", muzycy zespołu postanowili sami pokierować swoją karierą. Odprawili Andy'ego Warhola i Nico (która w efekcie rozpoczęła karierę solową), a następnie zabrali się za nagranie drugiego albumu. Uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie próba odtworzenia w studiu muzyki, jaką grali podczas koncertów. Tym samym, całkowicie zrezygnowali z obecnych na debiucie elementów folkowych, oraz nawiązań do psychodelii. Materiał zawarty na "White Light/White Heat" ma o wiele bardziej eksperymentalny, awangardowy charakter.

Utwory można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się krótsze nagrania o quasi-piosenkowym charakterze. Tytułowy "White Light/White Heat", "Lady Godiva's Operation", "Here She Comes Now" i "I Heard Her Call My Name" mogłyby konkurować na listach przebojów z ówczesnymi singlami Stonesów, gdyby nie brzmienie. Brudne, mocno przesterowane, pełne gitarowych sprzężeń i zgrzytów, ale w przeciwieństwie do stosującego podobne dźwięki Hendrixa czy grupy Cream, jest to granie o wiele bardziej hałaśliwe, chaotyczne, atonalne. Do drugiej grupy należą utwory jeszcze bardziej niekonwencjonalne. Ośmiominutowy "The Gift" składa się z recytacji Johna Cale'a (słyszalnej tylko w lewym kanale) i jednostajnego podkładu instrumentalnego z motoryczną grą sekcji rytmicznej i zgrzytliwymi partiami gitary (obecnego tylko w prawym kanale). Z kolei finałowy "Sister Ray" to 17-minutowy jam zbudowany na ledwie trzech akordach. Pomimo agresywnego, przesterowanego brzmienia, kawałek tak hipnotyzuje, że ciężko się od niego oderwać.

"White Light/White Heat" to kolejny bardzo wpływowy album na późniejszą muzykę rockową - to zupełnie pierwszy, archetypowy przykład noise rocka. Jednak o wartości tego albumu decyduje nie tylko jego oryginalność i oddziaływanie na późniejsze pokolenia muzyków. Zawarta tutaj muzyka broni się sama, każdy utwór przyciąga czymś uwagę - jeśli nie eksperymentami, to ukrytą pod warstwą sprzężeń dobrą melodią. Samo brzmienie również robi wrażenie, zwłaszcza jak na początek 1968 roku. W tamtym czasie było to prawdziwe ekstremum, nikt nie brzmiał tak brutalnie.

Ocena: 9/10



The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)

1. White Light/White Heat; 2. The Gift; 3. Lady Godiva's Operation; 4. Here She Comes Now; 5. I Heard Her Call My Name; 6. Sister Ray

Skład: Lou Reed - wokal i gitara; John Cale - bass (1,2,4,5), instr. klawiszowe (1,4,6), skrzypce (3,4), wokal (2,3), dodatkowy wokal, efekty; Sterling Morrison - gitara, bass (3), dodatkowy wokal, efekty; Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Wilson


14 lutego 2018

[Recenzja] Captain Beefheart and his Magic Band - "Strictly Personal" (1968)



Drugi album Captaina Beefhearta i jego magicznego zespołu początkowo miał nosić tytuł "It Comes to You in a Plain Brown Wrapper" (po tym pomyśle została tylko nawiązująca do tamtego tytułu okładka) i składać się z dwóch płyt, wypełnionych porywającymi, bluesrockowymi kawałkami. Niestety, producent Bob Krasnow postanowił - za plecami muzyków - ingerować w gotowy już materiał. Nie tylko dokonał nowego miksu, ale także ponakładał przeróżne efekty, które miały nadać psychodelicznego charakteru. Było to koniunkturalne zagranie - rock psychodeliczny był w tamtych czasach bardziej popularny w Stanach od bluesa. Krasnow zadecydował także, aby album składał się z jednej płyty. Muzycy zostali postawieni przed faktem dokonanym i choć nie wszystkim efekt przypadł do gustu, nie mieli odwagi się sprzeciwiać.

Jak świetny to mógł być album, gdyby został zrealizowany po myśli muzyków, można przekonać się dzięki nagraniom, które po latach wypłynęły na różnych wydawnictwach (część już w 1971 roku, pod tytułem "Mirror Man"). Problemem "Strictly Personal" jest brzmienie. Efekty dźwiękowe zamiast faktycznie dodawać utworom psychodelicznego efektu, powodują raczej wrażenie, jakby materiał był nagrywany na wyjątkowo kiepskim sprzęcie. Partie instrumentalne zlewają się ze sobą i brzmią po prostu beznadziejnie. Szkoda, bo same utwory są całkiem udane. W przeciwieństwie do debiutanckiego "Safe as Milk", materiał jest bardziej jednorodny stylistycznie, zorientowany na granie bluesowe. Raz bliższe korzennego grania w stylu Delty Missisipi (np. "Ah Feel Like Ahcid"), kiedy indziej bluesa chicagowskiego (np. "Gimme Dat Harp Boy"), a czasem stawiające na bluesrockowy czad i improwizację (np. ekspresyjny, pełen pasji "Trust Us" - najbardziej porywający fragment albumu). Często zresztą różne odmiany bluesa mieszają w obrębie jednego kawałka.

Z odpowiednią dla takiej muzyki produkcją, album mógłby naprawdę zachwycić. Bo nie można się tu przyczepić ani do samych kompozycji, ani ich wykonania - nie brakuje tu bowiem porywających partii instrumentalnych (zwłaszcza gitarowych i harmonijkowych), a wokal Kapitana jest wciąż tak samo charyzmatyczny i charakterystyczny, jak na debiucie. Jednak to koszmarne brzmienie odbiera przyjemność ze słuchania.

Ocena: 7/10



Captain Beefheart and his Magic Band - "Strictly Personal" (1968)

1. Ah Feel Like Ahcid; 2. Safe As Milk; 3. Trust Us; 4. Son of Mirror Man - Mere Man; 5. On Tomorrow; 6. Beatle Bones 'n' Smokin' Stones; 7. Gimme Dat Harp Boy; 8. Kandy Korn

Skład: Don Van Vliet (Captain Beefheart) - wokal i harmonijka; Alex St. Clair - gitara; Jeff Cotton - gitara; Jerry Handley - bass; John French - perkusja
Producent: Bob Krasnow


13 lutego 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Bundles" (1975)



Przy okazji ósmego albumu muzycy Soft Machine zrezygnowali z tradycji tytułowania swoich wydawnictw kolejnymi cyframi. Jednak największa zmiana, jaka zaszła od czasu wydania "Seven", to poszerzenie składu o piątego muzyka, Allana Holdswortha - jednego z najlepszych jazzrockowych gitarzystów, wówczas jeszcze mało znanego (choć miał już na koncie m.in. udział w nagraniu solowego albumu Iana Carra z Nucleus, "Belladonna"). "Bundles" jest pierwszym albumem Soft Machine, na którym pojawia się gitara elektryczna. Pod względem stylistycznym stanowi on kontynuację kierunku obranego na dwóch poprzednich longplayach - czyli mainstreamowego fusion - lecz dodanie ostrych partii Holdswortha wprowadza zupełnie nową jakość, nadając muzyce zespołu bardziej rockowego charakteru.

Prawie całą stronę A winylowego wydania wypełnia cykl utworów o wspólnym tytule "Hazard Profile". Pierwsza i czwarta część to przede wszystkim porywające, mocno rockowe granie Allana (główny riff "Part One" pochodzi z kompozycji Karla Jenkinsa "Song for the Bearded Lady" z albumu "We'll Talk About It Later" Nucleus). Pomiędzy nimi znalazły się dwie miniaturki: klasycyzująca "Part Two (Toccatina)" i łagodna, lecz bardziej rockowa "Part Three". Na koniec czeka jeszcze "Part Five", w którym gitarowe riffowanie schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca syntezatorowej solówce. Na pierwszej stronie znalazło się jeszcze miejsce dla ładnej miniaturki "Gone Sailing", zagranej wyłącznie na gitarze akustycznej.

Na drugiej stronie proporcje pomiędzy elementami rockowymi i jazzowymi odwracają się na korzyść tych drugich. Choć i tutaj nie brakuje ostrych dźwięków gitary: w tytułowym "Bundles" i "Land of the Bag Snake" pełnią one pierwszoplanową rolę, a w "Peff" stanowią tło dla popisów Mike'a Rattledge'a. Ten ostatni utwór, oraz klimatyczny "The Man Who Waved at Trains", to jedyny kompozytorski wkład w ten album Rattledge'a, który coraz bardziej oddalał się od grupy. Pod większością utworów podpisany jest Jenkins, dwa dostarczył Holdsworth ("Gone Sailing" i "Land of the Bag Snake"), a perkusyjne solo "Four Gongs Two Drums" to oczywiście wkład Jamesa Marshalla - zresztą niepotrzebny, bo to najmniej ciekawy fragment całości. Zaraz potem rozbrzmiewa jednak przepiękny "The Floating World", w którym minimalistyczna elektronika stanowi podkład dla subtelnych partii fletu. Doskonały finał albumu.

"Bundles" to świetne odświeżenie stylu Soft Machine. Zespół całkowicie odszedł tutaj od awangardy, wkraczając jednocześnie do samej ekstraklasy mainstreamowego fusion. To zdecydowanie najbardziej udany album grupy z tych bardziej przystępnych i konwencjonalnych.

Ocena: 8/10



Soft Machine - "Bundles" (1975)

1. Hazard Profile Part One; 2. Hazard Profile Part Two (Toccatina); 3 Hazard Profile Part Three; 4. Hazard Profile Part Four; 5. Hazard Profile Part Five; 6. Gone Sailing; 7. Bundles; 8. Land of the Bag Snake; 9. The Man Who Waved at Trains; 10. Peff; 11. Four Gongs Two Drums; 12. The Floating World

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - instr. klawiszowe, obój, saksofon; Allan Holdsworth - gitara; Roy Babbington - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ray Warleigh - flet (12)
Producent: Soft Machine