15 października 2018

[Recenzja] Joe McPhee - "Nation Time" (1971)



Pomimo pięciu dekad aktywnej działalności, Joe McPhee nie jest postacią szczególnie znaną. Ten urodzony na Florydzie saksofonista, trębacz i puzonista w jednej osobie, zawsze stał raczej z boku jazzowej sceny. Omijały go sesje nagraniowe słynnych albumów czy innego rodzaju współpraca z bardziej rozpoznawalnymi jazzmanami. Dopiero w późniejszych latach miał okazję współpracować z takimi osobistościami, jak Evan Parker, Peter Brötzmann czy Mats Gustafsson. Dyskografia McPhee jest bardzo bogata, ale tylko jeden album zyskał - po kilku dekadach od swojej premiery - prawdziwe uznanie wśród wielbicieli jazzu. Mowa o "Nation Time" - drugim solowym wydawnictwie muzyka. Oryginalnie wydanym w 1971 roku i niewznawianym aż do 2000 roku.

Album został zarejestrowany na żywo, podczas występów w nowojorskim Vassar College, 12 i 13 grudnia 1970 roku. Dwa z trzech utworów zostały zagrane w kwintecie - którego dopełnili klawiszowiec Mike Kull, basista Tyrone Crabb oraz perkusiści Bruce Thompson i Ernest Bostic - a w jednym skład został poszerzony do oktetu, dzięki udziałowi saksofonisty Otisa Greene'a, gitarzysty Dave'a Jonesa i grającego na elektrycznych organach Herbiego Lehmana. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia osiemnastominutowa, niesamowicie ekspresyjna improwizacja "Nation Time". Intensywne solówki McPhee zdradzają silną inspirację freejazzowymi mistrzami w rodzaju Coltrane'a, Colemana i Aylera, ale dzięki wzbogaceniu brzmienia o elektryczne instrumenty i oparcie - przynajmniej momentami - na prostszych rytmach, należy zakwalifikować ją raczej do nurtu fusion. Jeszcze dalej w tym kierunku idzie nie mniej porywająca i ekspresyjna, choć nieco krótsza improwizacja "Shakey Jake", która za sprawą partii gitary i organów zbliża się wręcz do jazz-funku. Bardziej freejazzowy charakter ma najkrótszy, ośmiominutowy "Scorpio's Dance", w którym na pierwszy plan zdają się wychodzić partie perkusyjne.

"Nation Time" nie daje wiele chwil do wytchnienia - muzycy cały czas utrzymują tempo i ekspresję, jednocześnie prezentując wirtuozerię i wzorową interakcję. Natchnienie zdecydowanie im dopisywało podczas tych występów. Zagrali nie gorzej, niż bardziej cenieni instrumentaliści. Jednak czterdzieści jeden minut muzyki pozostawia lekki niedosyt. Jeśli oba występy były w całości tak dobre, jak te fragmenty, to szkoda, że nie zdecydowano się wydać albumu dwupłytowego.

Ocena: 9/10



Joe McPhee - "Nation Time" (1971)

1. Nation Time; 2. Shakey Jake; 3. Scorpio's Dance

Skład: Joe McPhee - saksofon tenorowy, trąbka; Mike Kull - pianino, elektryczne pianino; Tyrone Crabb - kontrabas, bass, trąbka; Bruce Thompson - perkusja i instr. perkusyjne; Ernest Bostic - perkusja i instr. perkusyjne; Otis Greene - saksofon altowy (2); Herbie Lehman - organy (2); Dave Jones - gitara (2)
Producent: -


13 października 2018

[Recenzja] Popol Vuh - "Einsjäger und Siebenjäger" (1974)



Na albumie "Hosianna Mantra" Florian Fricke i wspomagający go muzycy stworzyli bardzo unikalny i ciekawy styl. Nic zatem dziwnego, że kolejny album Popol Vuh - nagrany prawie w tym samym składzie, ale bez wokalistki Djong Yun, "Seligpreisung" - jest utrzymany w podobnym, choć nie aż tak mistycznym klimacie. Efekt jest jednak mniej interesujący, co częściowo wynika z przejęcia roli wokalisty przez niemającego ku temu predyspozycji Fricke'a. Warto jednak zwrócić uwagę, że na tym albumie w szeregach grupy, czy też raczej projektu, zadebiutował Daniel Fichelscher (równolegle członek Amon Düül II). To właśnie on stał się głównym muzycznym partnerem Fricke'a na kolejne dwie dekady. "Einsjäger und Siebenjäger", kolejne wydawnictwo Popol Vuh, jest w praktyce dziełem tego duetu, wspomaganego jedynie nieznacznym udziałem gości.

Longplay pokazuje nieco bardziej rockowe oblicze Popol Vuh. Oczywiście, to wciąż bardzo subtelna i uduchowiona muzyka, ale za sprawą dodania perkusji - na której zagrał Fichelscher - nabrała odrobinę rockowej dynamiki. Nowy muzyk błyszczy tu jednak przede wszystkim jako gitarzysta. Jego wspaniałe partie zdominowały większość kompozycji. Jednak największym popisem jest napisany przez niego i samodzielnie wykonany "Morgengruß" - prześliczna kompozycja z kilkoma misternie przeplatającymi się ścieżkami gitar. Szkoda tylko, że trwa niespełna trzy minuty, pozostawiając pewien niedosyt. Drugi solowy utwór Fichelschera, "Kleiner Krieger", to tylko uroczy wstęp do albumu. Pozostałe kompozycje, autorstwa Fricke'a, zostały nagrane już z jego udziałem. W "King Minos" i "Würfelspiel" rola pianina sprowadza się do subtelnego akompaniamentu dla pięknych solówek gitary, a w drugim z nich także dla partii fletu w wykonaniu Olafa Küblera. Fricke na pierwszy plan wysuwa się dopiero w "Gutes Land" i obszernych fragmentach wypełniającego całą drugą stronę winylowego wydania utworu tytułowego. Ta dwudziestominutowa kompozycja najlepiej pokazuje współpracę duetu Fricke/Fichelscher, których partie doskonale się uzupełniają. Dodatkowo w nagraniu wystąpiła Djong Yun, której partie przywołują mistyczny klimat "Hosianna Mantra".

"Einsjäger und Siebenjäger", w przeciwieństwie do trzech pierwszych albumów Popol Vuh, mogę śmiało polecić także rockowym słuchaczom. Jest to longplay bliższy zwykłego rocka progresywnego, choć z wciąż słyszalnymi wpływami poważnej muzyki sakralnej. Oczywiście, nie każdy doceni jego subtelność i wyrafinowanie, bo wymaga to większej wrażliwości, niż słuchanie typowego rocka. Jednak każdy, kto potrafi rozróżnić piękno od kiczu, z pewnością doceni to wydawnictwo. Zaś pozostali zawsze mogą się tego jeszcze nauczyć, słuchając takich albumów, jak ten.

Ocena: 9/10



Popol Vuh - "Einsjäger und Siebenjäger" (1974)

1. Kleiner Krieger; 2. King Minos; 3. Morgengruß; 4. Würfelspiel; 5. Gutes Land; 6. Einsjäger und Siebenjäger

Skład: Florian Fricke - pianino, klawesyn; Daniel Fichelscher - gitara, instr. perkusyjne
Gościnnie: Olaf Kübler - flet (4); Djong Yun - wokal (6)
Producent: Popol Vuh


11 października 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko - "TWET" (1974)



W 1974 roku nowymi stałymi współpracownikami Tomasza Stańki zostali saksofonista i klarnecista Tomasz Szukalski oraz fiński perkusista Edward Vesala. Na początku kwietnia powyżsi muzycy, wraz z amerykańskim basistą Peterem Warrenem (znanym ze współpracy m.in. z Anthonym Braxtonem, Donem Cherrym i Jackiem DeJohnette'em), odbyli jednodniową, improwizowaną sesję w sali PWSM w Warszawie. Jej rezultat znalazł się na albumie "TWET" (zatytułowanym tak od pierwszej litery imienia lub nazwiska każdego muzyka), wydanym jeszcze w tym samym roku (nieliczne źródła podają 1975 rok) jako 39. pozycja w słynnej serii Polish Jazz. Dzięki temu, longplay - w przeciwieństwie do trzech poprzednich wydawnictw Stańki, wydanych przez małe niemieckie wytwórnie ("Jazzmessage from Poland", "Purple Sun") lub jako ekskluzywne wydawnictwo dla członków jednego stowarzyszenia ("Fish Face") - był wielokrotnie wznawiany i jest łatwo dostępny w sprzedaży.

Jak przystało na album nagrywany na żywo (choć w studiu i bez udziału publiczności) i całkowicie improwizowany materiał, "TWET" ma bardzo swobodny i spontaniczny charakter. Jednak instrumentaliści doskonale się ze sobą porozumiewali na płaszczyźnie muzycznej, dzięki czemu nie ma tu wrażenia przypadkowości. Całość doskonale rozpoczyna trzynastominutowy "Dark Awakening". Liczne przeszkadzajki i wokalizy przywołują skojarzenia z Art Ensemble of Chicago, a wraz z partiami klarnetu basowego, trąbki, harmonijki (!) i powolnego kontrabasu tworzą niezwykły, tajemniczy klimat. I choć z czasem utwór nabiera freejazzowej intensywności, nieustannie intryguje. Tytułowy "TWET" to już bardziej zwarte, choć wciąż bardzo swobodne, intensywne nagranie. Tak mógłby brzmieć "Bitches Brew", gdyby Davis nie sięgnął po elektryczne instrumenty i pozbył się swojej niechęci do free jazzu. "Mintuu Maria" to dla odmiany bardziej subtelny, wręcz balladowy utwór, wciągający klimatem, zachwycający solowymi partiami Stańki i Szukalskiego oraz budującą napięcie linią basu. Freejazzowa ekspresja wraca w kolejnym rozbudowanym nagraniu, dziesięciominutowym "Man of the North" - zatytułowany na cześć Vesali, który nie tylko perfekcyjnie napędza całość, ale też ma okazję do zagrania dwóch treściwych solówek. Ponownie pierwsza część jest bardziej luźna, by w pewnym momencie nabrać intensywności. Agresywnym solówkom saksofonu i trąbki towarzyszy zaskakująco tradycyjna, hardbopowa partia Warrena. Na zakończenie pojawia się jeszcze krótki "Night Peace", utrzymany w minorowym klimacie.

"TWET" to bez wątpienia jedna z największych pereł polskiej fonografii. Absolutnie światowy poziom, zarówno pod względem wykonania, jak i brzmienia. Nie jest to album łatwy w odbiorze, ale z kolejnymi przesłuchaniami coraz bardziej zyskuje. Na razie daję dziewiątkę, ale być może wkrótce tu wrócę, by zmienić na maksymalną ocenę. Uważam, że "TWET" powinien znaleźć się w każdej jazzowej kolekcji, a już zwłaszcza w tych należących do polskich wielbicieli gatunku. Zresztą każdy Polak powinien go przynajmniej posłuchać.

Ocena: 9/10



Tomasz Stańko - "TWET" (1974)

1. Dark Awakening; 2. Twet; 3. Mintuu Maria; 4. Man from North; 5. Night Peace

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Tomasz Szukalski - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, klarnet basowy; Peter Warren - kontrabas; Edward Vesala - perkusja
Producent: Janusz Urbański


9 października 2018

[Recenzja] Arzachel - "Arzachel" (1969)



Grupa Arzachel istniała tylko przez kilka godzin, w trakcie których zarejestrowała jeden z najbardziej kultowych - choć nieco zapomniany - albumów psychodeliczno rockowych. Był to projekt czwórki wciąż nastoletnich muzyków, którzy wcześniej występowali razem pod szyldem Uriel - gitarzysty Steve'a Hillage'a, grającego na elektrycznych organach Dave'a Stewarta, basisty Monta Campbella i perkusisty Clive'a Brooksa. Uriel był typowym dla tamtych czasów zespołem grającym blues rocka z elementami psychodelii, a na jego repertuar składały się głównie przeróbki Jimiego Hendrixa, Johna Mayalla i Cream. Gdy w połowie 1968 roku ze składu odszedł Hillage, pozostali muzycy zmienili nazwę na Egg i zaczęli grać bardziej progresywną muzykę, z czasem stając się jednym z ważniejszych przedstawicieli Sceny Canterbury. Zanim jednak zarejestrowali swój pierwszy longplay, pojawił się pomysł nagrania psychodelicznego albumu z udziałem byłego muzyka, zawierającego utwory napisane w czasach Uriel. Ponieważ jednak Egg miał już podpisany kontrakt z Deccą, a ten album miał się ukazać nakładem małej wytwórni Evolution, muzycy musieli użyć innej nazwy (i wystąpić pod pseudonimami). Zamiast wrócić do szyldu Uriel, zdecydowali się przyjąć zupełnie nowy.

Eponimiczny album Arzachel jest doskonałym przykładem psychodelii w brytyjskim wydaniu. Można co prawda zarzucać, że taka muzyka jest spóźniona o jakieś dwa lata, a garażowe brzmienie pozostawia wiele do życzenia (całkowity koszt nagrania wyniósł 250 funtów). Ale to i tak jedno z najlepszych wydawnictw w tym stylu. Całość składa się z sześciu utworów mocno zatopionych w brzmieniu organów, z przeplatającymi się partiami wokalnymi Hillage'a i Campbella, oraz (nie zawsze obecnymi) zgrabnymi gitarowymi popisami pierwszego z nich. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają cztery krótkie utwory. Otwierający całość, niespełna trzyminutowy "Garden of Earthly Delights" to po prostu typowo psychodeliczna, dość banalna piosenka. To samo można by napisać o balladowym "Azathoth", gdyby nie mocno odrealniona część instrumentalna. W instrumentalnym "Queen St. Gang" (na pierwszym wydaniu zatytułowanym "Soul Thing" - tak, jak oryginał Keitha Mansfielda) zwraca uwagę bardziej uwypuklona gra sekcji rytmicznej, z bardzo fajną linią basu, ale to znów przede wszystkim popis Stewarta. W bardziej dynamicznym "Leg" w końcu pojawia się nieco więcej gitary, przypominającej o bluesrockowych korzeniach grupy. To, co najlepsze, wypełnia jednak drugą stronę winylowego wydania. To tylko dwa, za to bardzo rozbudowane utwory, o mocno jamującym charakterze. Dziesięciominutowy "Clean Innocent Fun" to kolejne przypomnienie o korzeniach muzyków, zwracające uwagę świetnymi gitarowymi popisami Hillage'a. Z kolei blisko siedemnastominutowy "Metempsychosis" to już kompletnie zwariowany, prawdziwie psychodeliczny jam.

"Arzachel" to prawdziwy relikt hippisowskich czasów. Dziś może odrzucać swoim archaizmem, a już w chwili wydania amatorskie brzmienie musiało kłuć w uszy. Jest to momentami naiwne, choć urokliwe granie, niepozbawione jednak naprawdę pomysłowych momentów, czego dowodzi przede wszystkim najdłuższe nagranie. Dla większości wielbicieli tego typu muzyki ten album to prawdziwa perła, ja jednak nie jestem w pełni przekonany. Choć dziś jestem w stanie docenić go nieco bardziej, niż gdy poznawałem go przed laty.

Ocena: 7/10



Arzachel - "Arzachel" (1969)

1. Garden of Earthly Delights; 2. Azathoth; 3. Queen St. Gang; 4. Leg; 5. Clean Innocent Fun; 6. Metempsychosis

Skład: Simon Sasparella (Steve Hillage) - gitara, wokal; Sam Lee-Uff (Dave Stewart) - organy; Njerogi Gategaka (Mont Campbell) - bass, wokal; Basil Dowling (Clive Brooks) - perkusja
Producent: Peter D. Wicker


Po prawej: alternatywna wersja okładki (istnieją także inne warianty kolorystyczne: czerwony i niebieski)


7 października 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "The All Seeing Eye" (1966)



"The All Seeing Eye", drugi album Wayne'a Shortera wydany w 1966 roku, to efekt sesji z 15 października 1965 roku. Nagrania tradycyjnie miały miejsce w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Tym razem saksofonista postanowił jednak wykorzystać większy skład. Oprócz dwóch współpracowników z kwintetu Milesa Davisa - Herbiego Hancocka i Rona Cartera - towarzyszył mu perkusista Joe Chambers, a także rozbudowana sekcja dęta, obejmująca Freddiego Hubbarda, saksofonistę Jamesa Spauldinga i puzonistę Grachana Moncura III. Gościnnie w sesji wziął udział także Alan Shorter, starszy brat Wayne'a, który zagrał na skrzydłówce we własnej kompozycji "Mephistopheles" (autorem wszystkich pozostałych utworów jest lider).

"The All Seeing Eye" to swego rodzaju album koncepcyjny, pomyślany - według słów samego wokalisty - jako próba zobrazowania sensu życia, istnienia i natury Boga oraz wszechświata. Album jest oczywiście całkowicie instrumentalny, ale muzyka ma tutaj często charakter ilustracyjny. Tytuły i okładkowy tekst pomagają w zrozumieniu całego zamysłu. Utwór tytułowy nawiązuje zatem do wszystkowidzącego oka Boga. Pod względem muzycznym jest to akurat jeden z bardziej konwencjonalnych fragmentów longplaya, oparty na typowej strukturze, choć z długimi solówkami kierującymi się w stronę freejazzowej ekspresji (Shorter znów ujawnia swoje uwielbienie dla Coltrane'a). Ciekawym pomysłem jest umieszczenie solówki perkusyjnej zaraz po pierwszym zaprezentowaniu przewodniego tematu. W "Genesis", odnoszącym się oczywiście do stworzenia świata, struktura jest już o wiele luźniejsza i bardziej nieprzewidywalna, utwór ma bardzo ilustracyjny, pobudzający wyobraźnię charakter i intrygujący klimat. Muzycy mają wiele swobody i każdy z nich dodaje od siebie coś ciekawego.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna krótszy, bardziej zwarty "Chaos" - ilustracja wojen i nieporozumień. Pod względem muzycznym jest to po prostu szybki kawałek hardbopowy, a tytułowy chaos przedstawiony jest za pomocą tematu z kontrapunktowymi partiami sekcji dętej oraz ekspresyjnych solówek większości instrumentalistów. "Face of the Deep" jest dla odmiany najbardziej poukładanym utworem, mającym odzwierciedlać zadumę Boga, myślącego o swoim dziele. Ta subtelna ballada jest najbardziej tradycyjnym utworem na albumie. Zaraz potem następuje jednak "Mephistopheles" mający przypominać o obecności zła na świecie. Instrumentalnie jest to kolejne intrygujące dzieło o mocno ilustracyjnym charakterze, w którym muzykom udaje się wykreować naprawdę złowieszczą atmosferę. Budząca niepokój gra sekcji rytmicznej stanowi doskonały akompaniament dla przeszywających, niemal freejazzowych partii Shorterów i pozostałych muzyków z sekcji dętej.

"The All Seeing Eye" pokazuje bardziej eksperymentalne oblicze Wayne'a Shortera i bardzo mi się ono podoba. "Genesis" i "Mephistopheles" to jedne z najbardziej intrygujących i pomysłowych utworów jazzowych sprzed ery fusion i spiritual jazzu, jakie słyszałem. Nieco bardziej typowa reszta albumu to również granie na bardzo wysokim poziomie, wymagające od muzyków wielkiego kunsztu i umiejętności zespołowej interakcji. Longplay niesłusznie pozostaje w cieniu kilku innych wielkich dzieł saksofonisty.

Ocena: 9/10



Wayne Shorter - "The All Seeing Eye" (1966)

1. The All Seeing Eye; .2 Genesis; 3. Chaos; 4. Face of the Deep; 5. Mephistopheles

Skład: Wayne Shorter - saksofon tenorowy; James Spaulding - saksofon altowy; Freddie Hubbard - trąbka, skrzydłówka; Grachan Moncur III - puzon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Gościnnie: Alan Shorter - skrzydłówka (5)
Producent: Alfred Lion


5 października 2018

[Recenzja] Can - "Ege Bamyasi" (1972)



W latach 70. zespół wciąż musiał dorabiać tworzeniem muzyki do filmów i seriali. Był to jednak dobry sposób, aby zwrócić na siebie uwagę. Wydany pod koniec 1971 roku singiel "Spoon", wykorzystany jako czołówka kryminalnego serialu "Das Messer", trafił do pierwszej dziesiątki zachodnioniemieckiego notowania, rozchodząc się w ilości trzystu tysięcy egzemplarzy. Dzięki temu sukcesowi, zespół mógł wynająć lepsze studio, gdzie przygotował materiał na swój trzeci studyjny album - "Ege Bamyasi". Tytuł można dosłownie przetłumaczyć jako egejski piżmian - jadalna roślina znad Morza Egejskiego, którą sprzedawano w Niemczech w puszkach, co z kolei świetnie koresponduje z nazwą zespołu.

"Ege Bamyasi" jest albumem bardzo zwartym i spójnym stylistycznie. Tym razem zespół idzie w kierunku, który można określić jako funkowy. Ale jest to funk mocno awangardowy, dziwaczny, w charakterystyczny dla Can sposób. Najlepiej słychać to na przykładzie dwóch najdłuższych, około dziesięciominutowych utworów: "Pinch" i "Soup". O ile partie basu i gitary nie odbiegają daleko od funkowej stylistyki, tak mechaniczna perkusja (precyzyjny jak zawsze Jaki Liebezeit), syntezatorowe skwierki i piski, oraz obłąkańcze partie wokalne Damo Suzukiego, to już typowe dla zespołu wariactwa. Oba wspomniane utwory różnią się między sobą. Podczas gdy "Pinch" hipnotyzuje swoją jednostajnością, "Soup po dość konwencjonalnej pierwszej części zmienia się w kompletnie pozbawiony melodii dźwiękowy kolaż. O dziwo, pozostałe utwory są dość przystępne. Utwory w rodzaju "One More Night", "I'm So Green" i wspomnianego we wstępie "Spoon" (dodanego do repertuaru ze względu na dużą ilość wolnego miejsca) to, jak na standardy zespołu, wręcz piosenkowe granie - choć nie brakuje tu narkotycznego klimatu i transowych rytmów. Jeszcze ciekawiej udało się połączyć te elementy z przystępnością w onirycznej, niepokojącej balladzie "Sing Swan Song", a także w rewelacyjnym, hipnotyzującym obsesyjnym klimatem "Vitamin C", który brzmi tak nowocześnie (może z wyjątkiem partii organów w części instrumentalnej), że równie dobrze mógłby być nagrany wczoraj.

"Ege Bamyasi" to doskonały przykład na to, że zwariowane, awangardowe granie może iść w parze z większą przystępnością, a efekt takiego podejścia może być naprawdę bardzo dobry. Jeśli album ustępuje swojemu słynniejszemu poprzednikowi, to nieznacznie i głównie w kwestii historycznego porządku. A pod pewnymi względami - spójność, czas trwania - nawet go przewyższa.

Ocena: 9/10



Can - "Ege Bamyasi" (1972)

1. Pinch; 2. Sing Swan Song; 3. One More Night; 4. Vitamin C; 5. Soup; 6. I'm So Green; 7. Spoon

Skład: Damo Suzuki - wokal; Michael Karoli - gitara; Holger Czukay - bass; Jaki Liebezeit - perkusja; Irmin Schmidt - instr. klawiszowe
Producent: Can


3 października 2018

[Recenzja] The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)



Europejski free jazz to jeden z pierwszych i najważniejszych wkładów naszego kontynentu w muzykę jazzową. Choć free jazz jest wynalazkiem amerykańskich jazzmanów, to dopiero europejscy muzycy doprowadzili go do prawdziwej ekstremy, jeszcze dalej odchodząc od swingujących rytmów i charakterystycznego dla wcześniejszych odmian gatunku języka melodycznego. Te radykalne koncepcje wkrótce zresztą przerodziły się w osobny gatunek, zwany free improvisation, całkowicie odchodzący od jazzowych korzeni.

Czołowym reprezentantem europejskiego free jazzu jest saksofonista Peter Brötzmann, którego grę można usłyszeć na ponad setce albumów. Prawdopodobnie najważniejszym z nich i najlepiej definiującym wspomniany styl, jest jego drugie solowe wydawnictwo, zatytułowane "Machine Gun". Zawarty został na nim materiał zarejestrowany w maju 1968 roku przez międzynarodowy oktet składający się z trzyosobowej sekcji dętej (Brötzmann, Evan Parker, Willem Breuker), dwóch kontrabasistów (Peter Kowald, Buschi Niebergall), dwóch perkusistów (Sven-Åke Johansson, Han Bennink) i pianisty (Fred Van Hove). Każdy z pozostałych muzyków również jest ważną postacią na scenie europejskiego free jazzu. Album oryginalnie został wydany jako prywatne tłoczenie i sprzedawany był podczas występów. Dopiero w 1972 roku ukazał się profesjonalnie, nakładem wytwórni FMP.

"Machine Gun" był swego rodzaju odpowiedzią na ówczesną sytuację polityczną na świecie - wojnę w Wietnamie, studenckie protesty. Muzycy sympatyzowali z lewicowymi poglądami, do czego po latach Brötzmann podchodził krytycznie: wszyscy mieliśmy nadzieję, że możemy zmienić społeczeństwo, uczynić go lepszym. (...) Ruch komunistyczny był przez nas rozumiany jako rodzaj idealnej wizji ludzkiego społeczeństwa, do której należy dążyć. Z tak pojmowanym komunizmem europejski free jazz był wówczas bardzo mocno związany. (...) Dziś oczywiście wiem, że były to tylko iluzje. Wciąż jednak wierzę, że mogę dać ludziom trochę dobrych doświadczeń, wprowadzić ich do świata bardziej ludzkich przeżyć.

Na szczęście muzyka jest całkowicie instrumentalna. Słychać w niej wpływ idei Ornette'a Colemana, Cecila Taylora, Johna Coltrane'a czy Alberta Aylera. Szczególnie gra tego ostatniego miała wielki wpływ na Brötzmanna. Jednak muzyka zawarta na "Machine Gun" idzie w stronę jeszcze większej ekstremy. Trzy rozbudowane kompozycje ("Machine Gun" Brötzmanna, "Responsible" Van Hove'a, "Music for Han Bennink" Breukera) atakują naprawdę agresywnymi, brutalnymi partiami sekcji dętej (nie tylko w utworze tytułowym przypominającymi odgłosy karabinu maszynowego) i równie bezkompromisowymi partiami sekcji rytmicznej. Atonalne, przeszywające i pozornie nieskładne dźwięki wywołują prawdziwy niepokój, drażnią, a zarazem intrygują. Nie jest to jednak wyłącznie hałas - czasem spod nawałnicy chaotycznych partii wyłaniają się fragmenty nieco bardziej przystępne, a nawet śladowe melodie (zakończenie "Responsible").

"Machine Gun" to bez wątpienia jeden z najważniejszych i najlepszych europejskich albumów jazzowych, pokazujący jak daleko można przesunąć ramy tego stylu. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, nawet w porównaniu z "Free Jazz" Colemana i "Ascension" Coltrane'a wypada bardzo radykalnie i może sprawiać wrażenie nieokrzesanego chaosu. Warto z nim jednak się zapoznać, zarówno ze względu na jego historyczne znaczenie, jak i na samą muzykę, która może poszerzyć horyzonty. 

Ocena: 8/10



The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)

1. Machine Gun; 2. Responsible; 3. Music for Han Bennink

Skład: Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Evan Parker - saksofon; Willem Breuker - instr. dęte; Fred Van Hove - pianino; Peter Kowald - kontrabas; Buschi Niebergall - kontrabas; Sven-Åke Johansson - perkusja; Han Bennink  - perkusja
Producent: Peter Brötzmann


1 października 2018

[Recenzja] Henry Cow - "Unrest" (1974)



Okładka "Unrest", drugiego albumu Henry Cow, zapowiada bezpośrednią kontynuację debiutanckiego "Legend", co najwyżej utrzymaną w mroczniejszym klimacie. I faktycznie, pomimo lekko zmienionego składu (Geoff Leigh został zastąpiony przez Lindsay Cooper, wcześniej występującą w Comus), zespół wciąż gra muzykę bardzo skomplikowaną i nieprzewidywalną, ale na swój sposób piękną. Choć tym razem faktycznie utrzymaną jakby w nieco ciemniejszym nastroju. Album składa się z dwóch części. Pierwsza z nich (trzy nagrania ze strony A winylowego wydania oraz rozpoczynająca stronę B miniaturka "Solemn Music") to utwory przygotowane przez muzyków jeszcze przed rozpoczęciem sesji. Druga część to nagrania zaimprowizowane w studiu, a następnie zmodyfikowana różnymi efektami i dogrywkami.

Rozpoczynająca album kompozycja Freda Fritha "Bittern Storm Over Ulm" powstała na bazie jednego z jego ulubionych utworów - "Got to Hurry" Yardbirds. Ten prosty blues został jednak całkowicie zdemolowany i skomplikowany, przez co praktycznie nie przypomina swojego pierwowzoru. Mimo wszystko, utwór jest jeszcze dość zachowawczy w porównaniu z kolejnymi, dużo bardziej złożonymi i awangardowymi. Rozbudowane "Half Asleep / Half Awake" i "Ruins" w pełni pokazują instrumentalny i kompozytorski kunszt muzyków. Nie brakuje w nich naprawdę ładnych motywów i melodii, ale ich mnogość i całkowite odejście od piosenkowych struktur czynią je kompletnie nieprzewidywalnymi i trudnymi do zapamiętania. Jednocześnie utwory brzmią bardzo spójnie i logicznie się rozwijają (w "Ruins" rytm i harmonia zostały oparte na ciągu Fibonacciego - rozwiązanie to zaczerpnięto z twórczości węgierskiego kompozytora Béli Bartóka). "Solemn Music", choć zbudowany na atonalnych, kontrapunktowych partiach oboju (lub fagotu) i gitary, jest całkiem zgrabnym utworem, choć to tylko króciutki fragment napisanej przez zespół muzyki do "Burzy" Szekspira w reżyserii Johna Chadwicka. Być może całość tego dzieła okazałaby się lepsza od tego, co na albumie następuje w części improwizowanej. Są tutaj naprawdę świetne momenty, ale całość trochę za daleko idzie w stronę kompletnej improwizacji i przynajmniej pozornej przypadkowości (szczególnie w "Linguaphonie" odbiera mi to przyjemność ze słuchania). Wyjątek stanowi "Deluge", w którym zespół gra w bardziej stonowany i nastrojowy, ale wciąż awangardowy sposób (oprócz zaskakująco konwencjonalnej, balladowej kody ze śpiewem Johna Greavesa i akompaniamentem pianina, którą należy traktować jako żart).

"Unrest" to bardzo udane rozwinięcie pomysłów z debiutu. Nieco mniej tutaj wyraźnych skojarzeń z innymi rockowymi wykonawcami, zespół jeszcze bardziej zindywidualizował swój styl. Jednak album jest nieco nierówny i po doskonałej pierwszej połowie poziom trochę spada. Wciąż jednak jest to potężna porcja bardzo wyrafinowanej i rozwijającej muzyki.

Ocena: 9/10



Henry Cow - "Unrest" (1974)

1. Bittern Storm Over Ulm; 2. Half Asleep / Half Awake; 3. Ruins; 4. Solemn Music; 5. Linguaphonie; 6. Upon Entering the Hotel Adlon; 7. Arcades; 8. Deluge

Skład: Fred Frith - gitara, skrzypce, pianino, ksylofon; Tim Hodgkinson - organy, pianino, saksofon altowy, klarnet; Lindsay Cooper - fagot, obój, flet, głos; John Greaves - bass, pianino; Chris Cutler - perkusja
Producent: Henry Cow