14 grudnia 2017

[Recenzja] Lotto - "VV" (2017)



W tym roku nie można narzekać na brak ciekawych polskich wydawnictw. Oczywiście należy ich szukać nie w mainstreamie, a w ofercie niezależnych wytwórni. Jednym z takich albumów jest "VV" - trzecie wydawnictwo warszawskiego tria Lotto, tworzonego przez gitarzystę Łukasza Rychlickiego, basistę Mike'a Majkowskiego i perkusistę Paweł Szpura. Choć skład wygląda na bardzo tradycyjny, sama muzyka zdecydowanie taka nie jest. Twórczość grupy określana jest mianem post-rocka; dla mnie brzmi raczej jak jakaś odmiana elektroniki, mieszcząca się gdzieś między noisem, industrialem, post-minimalizmem i ambientem. Materiał w znacznej części składa się z różnych szumów, pisków, pogłosów, a całość ma bardzo mechaniczny, repetycyjny charakter. Na tle całości na pewno wyróżnia się "Paperchase", za sprawą czystego brzmienia gitary, która występuje tu w głównej roli. Uwagę zwraca także najbardziej dynamiczny "Heel" - nie jest to jednak rockowa dynamika, bliżej jej do dynamiki muzyki... techno. Mnie ten utwór kojarzy się trochę z "On the Run" Pink Floyd, aczkolwiek więcej tu awangardowych dźwięków. Co ciekawe, motoryczny początek "Soil" również wywołuje floydowe skojarzenia i to jeszcze silniejsze - tym razem z "Welcome to the Machine". Największe wrażenie robi na mnie jednak finałowy "Ote", z pierwszoplanową partią kontrabasu, która rewelacyjnie buduje napięcie i wprowadza w trans.

Na pewno nie jest to album łatwy w odbiorze, przystępny dla każdego słuchacza, ale za to naprawdę intrygujący i wciągający. To bez wątpienia jedno z najciekawszych tegorocznych wydawnictw, które miałem okazję przesłuchać.

Ocena: 7/10



Lotto - "VV" (2017)

1. Soil; 2. Hazze; 3. Paperchase; 4. Heel; 5. Ote

Skład: Łukasz Rychlicki - gitara; Mike Majkowski - bass, kontrabas; Paweł Szpura - perkusja
Producent: -


12 grudnia 2017

[Recenzja] Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)



Kiepsko jest z kondycją rockowej sceny, jeśli jej objawieniem i nadzieją zostaje ogłoszony bodajże najbardziej wtórny i pozbawiony własnej tożsamości zespół, jaki dane było mi słyszeć. Muzycy amerykańskiej grupy Greta Van Fleet (naprawdę nie da się już wymyślić lepszej nazwy?) postanowili zostać jak najwierniejszym sobowtórem Led Zeppelin. I muszę przyznać, że to imitowanie wychodzi im naprawdę doskonale. Parę miesięcy temu przypadkiem słuchałem radia (celowo nie robię tego od lat) i akurat był odtwarzany jeden z ich utworów, a ja zastanawiałem się, czy nie przegapiłem informacji o opublikowaniu jakiegoś niewydanego wcześniej utworu Led Zeppelin. Stylizowane na lata 70. brzmienie to norma u retro-rockowych grup, ale ten zespół prócz tego posiada wokalistę, który potrafi śpiewać dokładnie tak, jak młody Robert Plant i bynajmniej nie ustępuje mu możliwościami.

Szkoda tylko, że swoje umiejętności i naturalne warunki głosowe wykorzystuje w najgorszy możliwy sposób. Maksymalnie odtwórczy, całkowicie pozbawiając się własnego charakteru. Ten sam problem dotyczy instrumentalistów, choć im akurat brak umiejętności, jakie mieli Jimmy Page, John Paul Jones i John Bonham. Riffy i solówki nie są nawet w połowie tak świetne, jak na albumach Led Zeppelin, a sekcja rytmiczna, cóż, po prostu gra prosty rytm, praktycznie nie zwracając na siebie uwagi. Otrzymujemy więc zespół, który brzmi dokładnie tak, jak inny zespół, ale pozostający za nim daleko w tyle, zarówno pod względem kompozytorskim, jak i wykonawczym (nie licząc wokalu). No więc po jaką cholerę tego słuchać? Spotkałem się z opinią, że to zespół dla ludzi, którzy bardzo lubią Led Zeppelin, ale już się osłuchali z jego nagraniami i chcieliby posłuchać nowych. Z doświadczenia wiem jednak, że przyjemność ze słuchania retro-rocka kończy się po najwyżej kilku przesłuchaniach. Potem, gdy przyjdzie ochota na słuchanie takiej muzyki, i tak wybierze się osłuchany oryginał, gdyż jest po prostu znacznie lepszy.

Czas przyjrzeć się bliżej wydawnictwu, które jest pretekstem do tej recenzji. "From the Fires" to druga pozycja w dyskografii zespołu, po wydanej wcześniej w tym roku EPce "Black Smoke Rising". Nowe wydawnictwo również kwalifikowane jest jako EPka, choć to w sumie pół godziny muzyki i aż osiem utworów. W czasach, gdy działał Led Zeppelin, nikt nie wahałby się z kwalifikowaniem tego materiału jako regularnego albumu. Repertuar składa się z całego materiału z poprzedniej EPki ("Safari Song", "Flower Power", "Highway Tune" i "Black Smoke Rising"), dwóch nowych kompozycji zespołu ("Edge of Darkness" i "Talk on the Street"), oraz dwóch przeróbek ("A Change Is Gonna Come" Sama Cooke'a i "Meet on the Ledge" Fairport Convention).

Wiele z tych kawałków w bezwstydny sposób nawiązuje do konkretnych kompozycji Led Zeppelin. Podobieństwa nigdy jednak nie przekraczają magicznej liczby czterech taktów, dzięki czemu muzycy unikną procesu o plagiat (Jimmy Page nie był tak sprytny). Przykłady? "Highway Tune" sporo czerpie z "The Rover", akustyczny "Flower Power" melodycznie i aranżacyjnie przypomina "Hey Hey What Can I Do", a w "Safari Song" słychać echa "In My Time of Dying". Zwróćcie uwagę, że nie są to jedne z najpopularniejszych utworów Led Zeppelin, a więc mniej obeznanym słuchaczom mogą wydawać się świeższe, niż są w rzeczywistości. W "Black Smoke Rising" i dwóch nowych autorskich kawałkach nie ma może aż tak oczywistych nawiązań do konkretnych utworów, ale to wciąż do bólu klasyczny hard rock, nieodbiegający daleko od stylistyki wiadomej grupy. Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast oba covery, które pomimo uhardrockowienia, nie brzmią aż tak zeppelinowo, jak pozostałe, a wokalista zrezygnował z podrabiania Planta. W "A Change Is Gonna Come" pozostało nawet trochę soulowego klimatu oryginału, zaś "Meet on the Ledge" zdecydowanie zyskuje dzięki większej dawce energii i przebojowości.

Te dwie przeróbki pokazują, że zespół stać na odrobinę więcej, niż ślepe naśladowanie Led Zeppelin. To oczywiście wciąż za mało, by uznać go za objawienie czy choćby sensację na rockowej scenie. Przede wszystkim, muzycy musieliby nauczyć się pisać lepsze utwory i odnaleźć własną tożsamość. Mimo wszystko, "From the Fires" słucha się zaskakująco przyjemnie. Pod względem muzycznym jest to naprawdę solidne rzemiosło, a wokalu mogłaby pozazdrościć zdecydowana większość retro-rockowych grup. Wiem jednak, że już nigdy nie wrócę do tego wydawnictwa. Gdy najdzie mnie ochota na granie w stylu Led Zeppelin, sięgnę po pierwowzór.

Ocena: 6/10



Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)

1. Safari Song; 2. Edge of Darkness; 3. Flower Power; 4. A Change Is Gonna Come; 5. Highway Tune; 6. Meet on the Ledge; 7.Talk on the Street; 8. Black Smoke Rising

Skład: Joshua Michael Kiszka - wokal; Jacob Thomas Kiszka - gitara; Samuel Francis Kiszka - bass; Daniel Robert Wagner - perkusja
Producent: Al Sutton i Marlon Young


11 grudnia 2017

[Recenzja] Ulver - "The Assassination of Julius Caesar" (2017)



Norweski Ulver zaczynał od grania black metalu, by z czasem zwrócić się w stronę ambientowej elektroniki i post-rocka (w międzyczasie flirtując też z innymi stylistykami). W ostatnim czasie muzycy najwyraźniej doszli do wniosku, że dotychczasowa formuła się wyczerpała (lub po prostu takie granie przestało być opłacalne) i czas na kolejną zmianę stylu. Efektem jest tegoroczny album "The Assassination of Julius Caesar". To wciąż muzyka przepełniona brzmieniami elektronicznymi, lecz odświeżonymi żywszą rytmiką i wyrazistymi melodiami. Ten longplay to po prostu hołd dla elektronicznego popu lat 80., ale z zachowaniem dobrego smaku, bez popadania w przesadny kicz lub banał.

Skojarzenia idą przede wszystkim w stronę Depeche Mode. To ten sam rodzaj przebojowej, a zarazem dość mrocznej elektroniki. I zdecydowanie bliżej tutaj do późniejszych albumów brytyjskiej grupy, na których dźwięki generowane z syntezatorów są dopełniane brzmieniem tradycyjnych instrumentów. Utwory na "The Assassination of Julius Caesar" opierają się na rytmie prawdziwej perkusji, nierzadko pojawiają się też ostre partie gitary i saksofonu, świetnie wtapiające się w elektronikę. Porównując jednak ten album z ostatnimi dokonaniami Depeche Mode, dzieło Ulver okazuje się zdecydowanie ciekawsze. Już samo brzmienie jest lepsze, nie tak przytłumione i minimalistyczne. Niezwykle ważne w takiej muzyce są też nośne melodie. Na tegorocznym "Spirit" Depeszy ewidentnie ich brakuje. Byłby to znacznie lepszy album, gdyby znalazły się na nim takie kawałki, jak "Nemoralia" (trafnie wybrany na singiel), "Southern Gothic", czy "Transverberation". Całkiem nieźle wyszły tu też utwory o bardziej balladowym charakterze - "So Falls the World" i "Angelus Novus". Jedynie "1969" zespół zapędza się zbyt daleko w popowe rejony. Z drugiej strony, są tu też momenty, które wskazują na to, że Ulver jest zespołem z nie tylko komercyjnymi ambicjami. Najdłuższy na płycie "Rolling Stone" zaczyna się co prawda jak popowa piosenka, ale potem zmierza w nieco mniej przystępne rejony, ocierając się o atonalność. Z kolei finałowy "Coming Home" to dość intrygujące połączenie industrialu i ambientu, niemal całkiem pozbawione przebojowości reszty albumu.

"The Assassination of Julius Caesar" powinien spodobać się przede wszystkim wielbicielom Depeche Mode, szczególnie tym rozczarowanym ostatnimi dokonaniami tego zespołu i szukającymi substytutu. Ulver znakomicie odnalazł się w tej stylistyce.

Ocena: 7/10



Ulver - "The Assassination of Julius Caesar" (2017)

1. Nemoralia; 2. Rolling Stone; 3. So Falls the World; 4. Southern Gothic; 5. Angelus Novus; 6. Transverberation; 7. 1969; 8. Coming Home

Skład: Kristoffer Rygg - wokal, programowanie; Tore Ylvisaker - instr. klawiszowe, programowanie; Ole Alexander Halstensgård - instr. klawiszowe; Jørn H. Sværen - "różności"
Gościnnie: Ivar Thormodsæter - perkusja; Anders Møller - instr. perkusyjne; Stian Westerhus - gitara (1,2); Nik Turner - saksofon (2); Sisi Sumbundu - dodatkowy wokal (2,7); Rikke Normann - dodatkowy wokal (2); Daniel O'Sullivan - gitara (4,6); Håvard Jørgensen - gitara (7); Dag Stiberg - saksofon (8)
Producent: Ulver


8 grudnia 2017

[Recenzja] Saagara - "2" (2017)



Jednym z najciekawszych albumów mijającego roku okazuje się dzieło polskiego klarnecisty Wacława Zimpela i indyjskich instrumentalistów, współpracujących pod szyldem Saagara. Projekt ten narodził się w 2013 roku, a dwa lata później ukazał się debiutancki album, zatytułowany po prostu "Saagara". Zawarta na nim muzyka to połączenie klasycznej muzyki karnatackiej (czyli południowoindyjskiej) i jazzu, w podobny sposób, w jaki robiła to grupa Shakti Johna McLaughlina (tylko z klarnetem zamiast gitary). Wydany na początku bieżącego roku "2" przynosi nieco inną muzykę. Do powyższych inspiracji doszły wpływy minimalistycznej elektroniki. Podobne brzmienia pojawiły się już na dwóch zeszłorocznych albumach Zimpela (solowym "Lines" i "LAM" tak samo nazwanego tria), nagranych z istotną pomocą producenta Maurycego "Mooryca" Zimmermanna, który powraca w tej roli na "Dwójce" Saagary.

Co ciekawe, elektronika nie jest tu tylko dodatkiem, a szkieletem, wokół którego zbudowane są kompozycje. Tym samym, dominujące na debiucie partie indyjskich muzyków, tutaj są tylko jednym z elementów urozmaicających brzmienie. Zmieniła się też forma utworów, która stała się bliższa muzyce zachodniej. Zimpel w zapowiedzi albumu tłumaczył to w następujący sposób: Chciałem stworzyć materiał, w którym brzmienie hinduskie podporządkowane jest logice zachodnich form. Chciałem trochę odwrócić sytuację. Pierwszy album Saagary wymagał ode mnie bardzo dużego kroku w stronę tradycji karnatyckiej, która bez reszty mnie fascynuje. Ale pogodziłem się w końcu z tym, że nie zostanę hinduskim muzykiem klasycznym i postanowiłem pociągnąć muzyków z Saagary w zachodnią stronę. Zależało mi na odnalezieniu naszego oryginalnego brzmienia.

Faktycznie, zespół stworzył tutaj całkiem unikalne połączenie brzmień elektronicznych, jazzowych i orientalnych. Choć szkoda, że tych ostatnich jest znacznie mniej, niż na debiucie. Bogate brzmienia egzotycznych perkusjonaliów, determinujące brzmienie poprzedniego albumu, tutaj zwykle stanowią dodatek do elektronicznych bitów, lub ewentualnie się z nimi uzupełniają (np. w "Hoofbeat", "Ebb and Flow"). Jedyny wyjątek od tej reguły to najbardziej organiczny "Uprise". Mniejszą rolę odgrywają także skrzypce, które wyraźnie zaznaczają swoją obecność tylko w "Spring Fever", "Hot Blooded" i wspomnianym już "Uprise". Na przeciwnym biegunie leży natomiast "Morphidia", w którym w ogóle nie słychać indyjskich instrumentów.

Mimo wszystko, ostateczny efekt wydaje mi się dużo ciekawszy od dość monotonnego i niezbyt oryginalnego debiutu. Utwory są bardziej różnorodne, nie tylko ze względu na poszerzenie instrumentarium, ale także większego zróżnicowania klimatu (oprócz utworów o typowym dla muzyki indyjskiej, kontemplacyjnym charakterze, pojawiają się też trochę żywsze momenty, jak "Lanes" i "Morphida"). Jednak największą zaletą tego albumu są przepiękne, ciepłe partie klarnetu. Solówki na tym instrumencie w takich utworach, jak "Daydream", "Ebb and Flow" i "Lanes", to prawdopodobnie najładniejsze dźwięki, jakie słyszałem na tegorocznych albumach.

Ocena: 8/10



Saagara - "2" (2017)

1. Daydream; 2. Spring Fever; 3. Hoofbeat; 4. Uprise; 5. Hot Blooded; 6. Ebb and Flow; 7. Lanes; 8. Morphidia

Skład: Wacław Zimpel - klarnet, khaen; Mysore N. Karthik - skrzypce; Giridhar Udupa - ghatam; Bharghava Halambi - kanjira;  K Raja - thavil; Pramath Kiran - tabla, drumla
Gościnnie: Maurycy "Mooryc" Zimmermann - instr. klawiszowe
Producent: Maurycy "Mooryc" Zimmermann


6 grudnia 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)



"The John Coltrane Quartet Plays", wydany pół roku po słynnym "A Love Supreme", nie był tak wielkim sukcesem komercyjnym, jak jego poprzednik. Dlatego i dziś nie wymienia się go jednym tchem z innymi ważnymi dziełami saksofonisty. Niewątpliwie jest to jednak ważny album w jego karierze, stanowiący swego rodzaju pomost pomiędzy wcześniejszymi, melodyjnymi dokonaniami Trane'a, a jego późniejszymi eksperymentami na gruncie free jazzu. Gra Johna stała się tutaj bardziej agresywna i atonalna, momentami lekko drażniąca. Na pewno nie jest to tak przystępna muzyka, jak ta zaproponowana na "A Love Supreme". Nie zostało tu też nic z uduchowionego charakteru poprzedniego albumu - zastąpił go pewien niepokój, mroczniejszy nastrój. McCoy Tyner i Jimmy Garrison dbają jednak o utrzymanie melodii, niejako poskramiając freejazzowe zapędy lidera.

Materiał zawarty na albumie nie jest w pełni premierowy. Kompozycja "Brazilia" była wykonywano na żywo już na początku lat 60. (chociażby na pamiętnych występach w klubie Village Vanguard), natomiast "Song of Praise" po raz pierwszy został zarejestrowany rok wcześniej, w trakcie sesji nagraniowej "Crescent" (oba utwory to kompozycje Coltrane'a). Repertuaru dopełniają przeróbki: "Chim Chim Cheree" z musicalu "Mary Poppins", oraz "Nature Boy" nagranego po raz pierwszy przez Nata Kinga Cole'a.

Oba cudzesy zmieniły się nie do poznania, z prostych, w sumie banalnych piosenek stając się fantastycznymi przykładami awangardowego jazzu. Skomplikowano warstwę rytmiczną, dodano długie solówki. "Chim Chim Cheree" opiera się na typowym dla wcześniejszych dokonań Coltrane'a schemacie (solo na saksofonie - solo na pianinie - solo na saksofonie), ale jego gra jest znacznie bardziej agresywna; chyba nigdy wcześniej jego saksofon sopranowy nie brzmiał aż tak ostro i przeszywająco. Ale ten utwór to jeszcze nic przy naprawdę niesamowitym "Nature Boy". Zaczyna się balladowo, ze świetnym klimatem i piękną melodią, by stopniowo nabierać coraz bardziej atonalnego charakteru. Gościnnie w utworze wystąpił drugi kontrabasista - częsty współpracownik Trane'a, Art Davis - którego partie, grane smyczkiem, doskonale wpasowują się w awangardowy charakter kompozycji.

Nie gorzej wypada autorski materiał. Początek "Brazilia", z samym saksofonem i perkusją, to wyraźna zapowiedź późniejszych eksperymnetów Johna (przede wszystkim wydanego pośmiertnie "Interstellar Space", na którym słychać tylko te dwa instrumenty), lecz dalsza część osadzona jest jeszcze w bopowej stylistyce. To jednak nie przeszkadza, bo gra i współpraca kwartetu jest wyśmienita. Ten utwór to przede wszystkim popis Elvina Jonesa, którego mocne bębnienie zdecydowanie wybija się na pierwszy plan. Z kolei "Song of Praise" zaczyna się od świetnej, ponad dwuminutowej solówki Garrisona (od czasu dołączenia Jimmy'ego do kwartetu Coltrane'a, solówki na kontrabasie stały się regularnym elementem jego twórczości). Zasadnicza część utworu to ballada, ale nie żadne tam archaiczne smęcenie, tylko piękny utwór z niebanalną grą instrumentalistów, momentami zahaczający o bardziej awangardowe rejony.

"The John Coltrane Quartet Plays" to kolejne wielkie dzieło Johna Coltrane'a, a zarazem chyba jego najbardziej niedoceniany album - pomijany we wszelakich zestawieniach i traktowany po macoszemu w biograficznych materiałach na temat saksofonisty. Moim zdaniem dzieje się tak wyłącznie dlatego, że longplay ukazał się pomiędzy dwoma nieporównywalnie bardziej niezwykłymi i inspirującymi dziełami - "A Love Supreme" i "Ascension".

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)

1. Chim Chim Cheree; 2. Brazilia; 3. Nature Boy; 4. Song of Praise

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Art Davis - kontrabas (3)
Producent: Bob Thiele


4 grudnia 2017

[Recenzja] Television - "Marquee Moon" (1977)



Punkrockowa rewolucja niewątpliwie miała wiele negatywnych następstw. Takich jak całkowita zmiana oblicza przemysłu fonograficznego i muzycznego mainstreamu, które odcięły się od bardziej ambitnych rodzajów muzyki. Lecz z drugiej strony, równolegle z punk rockiem pojawiły się takie nurty, jak post-punk czy new wave, ściśle z nim powiązane, ale pod wieloma względami będące jego przeciwieństwem. Przede wszystkim była to muzyka znacznie bardziej wartościowa artystycznie, nie tak prostacka i prymitywna. W tzw. podziemiu działało wiele grup, które eksperymentowały i poszukiwały nowych rozwiązań, niejako przejmując rolę pełnioną dotychczas przez progrockowych gigantów, którzy w tamtym czasie woleli się skupiać na pisaniu popowych przebojów, aby tylko utrzymać się w mainstreamie.

Co ciekawe, więcej ambitnego punku (choć brzmi to jak oksymoron, wcale nim nie jest) powstawało w Stanach, niż w Wielkiej Brytanii. Wiele interesujących rzeczy działo się na scenie nowojorskiej, której jednym z najważniejszych i najlepszych przedstawicieli jest grupa Television. Zespół rozpoczął karierę w 1973 roku, a cztery lata później opublikował swój debiutancki album "Marquee Moon", uważany za jedno z najbardziej wpływowych dzieł muzyki rockowej. Od razu warto zaznaczyć, że zawarta na nim muzyka niewiele ma wspólnego z prymitywną twórczością Ramones czy Sex Pistols. Punkowa jest tu tylko warstwa wokalna. Śpiew Toma Varlaine'a nie jest może tak bełkotliwy, jak u Joeya Ramone'a czy Johnny'ego Rottena, ale i tak jego maniera bywa irytująca. Warstwa instrumentalna jest natomiast nieporównywalnie bardziej wyrafinowana, niż u wspomnianych wykonawców. Muzycy na pewno potrafią grać. Sekcja rytmiczna stara się urozmaicać swoją grę, a partie dwóch uzupełniających się gitar są wręcz porywające. Przoduje pod tym względem zwłaszcza dziesięciominutowy utwór tytułowy, w którym blisko połowę zajmują świetne gitarowe popisy. Choć do Television przylgnęła etykietka grupy post-punkowej, wyraźnie słychać tu inspiracje klasycznym rockiem (aczkolwiek nie brakuje również nowocześniejszych rozwiązań, charakterystycznych dla późnych lat 70. i kolejnej dekady). Wiele solówek, a także melodii, przypomina mi wczesną twórczość Quicksilver Messenger Service (szczególnie "Venus", ale też np. instrumentalna część tytułowego), kiedy indziej słyszę podobieństwa do Stonesów (zwłaszcza w balladzie "Guiding Light"). A skoro już mowa o melodiach, to te są często kapitalne, żeby wymienić tylko "See No Evil", "Prove It", czy najbardziej chwytliwy "Venus". Wspomnieć należy także o niesamowitym, podniosłym, lecz nie popadającym w pretensjonalność, finale albumu - "Torn Curtain".

"Marquee Moon" nie jest może szczególnie nowatorskim albumem - mamy tu raczej do czynienia z uwspółcześnieniem klasycznego rocka, a nie czymś zupełnie nowym - ale za to bardzo wpływowym. Do dziś czerpie z niego cała rockowa alternatywna (zarówna ta prawdziwa, jak i ta alternatywna tylko z nazwy). A że niewielu naśladowców - o ile jakikolwiek - tworzyło tak interesującą muzykę, to już nie wina Television.

Ocena: 9/10



Television - "Marquee Moon" (1977)

1. See No Evil; 2. Venus; 3. Friction; 4. Marquee Moon; 5. Elevation; 6. Guiding Light; 7. Prove It; 8. Torn Curtain

Skład: Tom Verlaine - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Lloyd - gitara, dodatkowy wokal; Fred Smith - bass, dodatkowy wokal; Billy Ficca - perkusja
Producent: Andy Johns i Tom Verlaine


1 grudnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Live-Evil" (1971)



"Live-Evil" to dość specyficzny album koncertowy. Koncertowy materiał przeplata się tutaj z nagraniami studyjnymi, zaś same nagrania z występów zostały poddane drastycznej obróbce studyjnej, za którą tradycyjnie odpowiada Teo Macero. Większość materiału została zarejestrowana w waszyngtońskim klubie The Cellar Door. Miles występował tam przez cztery wieczory z rzędu, pomiędzy 16-19 grudnia 1970 roku. Towarzyszyli mu wówczas Keith Jarrett, Michael Henderson, Jack DeJohnette, Airto Moreira, oraz nowy saksofonista Gary Bartz. Ponadto, ostatniego dnia dołączył do nich John McLaughlin. I właśnie nagrania z 19 grudnia (ściślej mówiąc: z drugiego i trzeciego setu) zostały wykorzystane na "Live-Evil".

Choć tytuły poszczególnych ścieżek mogą sugerować zupełnie premierowy materiał, często kryją się pod nimi znane motywy: "Sivad" to fragmenty wykonań "Directions" i "Honky Tonk" z drugiego setu (Macero wykorzystał tu także urywek studyjnej wersji "Honky Tonk"), natomiast "Funky Tonk" i "Inamorata" to skrót trzeciego setu - na ten pierwszy utwór złożyły się fragmenty "Directions" i improwizacji "Funky Tonk", a na drugi dalsza część "Funky Tonk" oraz skrócone "Sanctuary" i "It's About That Time", jak również zarejestrowana w studiu recytacja Conrada Robertsa oraz fragmenty wykonań "Sanctuary" i "It's About That Time" z innych występów (data i miejsce ich nagrania są nieznane). Jedynie improwizacja "What I Say" z drugiego setu została zamieszczona tutaj w całości (oprócz ostatnich kilkunastu sekund). Wszystkie te utwory to niesamowicie intensywne, mocno improwizowanie granie, o brudnym, ciężkim brzmieniu, czasem ocierające się wręcz o kakofonię. Sekcja rytmiczna gra w mocny, rockowy sposób, często dodając funkowy puls. Ostre solówki Davisa i Bartza brzmią przeszywająco, zaś klawisze Jarretta czasem dodają nieco subtelności i wyrazistych melodii, by kiedy indziej atakować przesterowanym brzmieniem. Nie można zapomnieć o gitarze McLaughlina, która zwykle brzmi tu tak samo agresywnie, jak na nagranym jakiś czas później debiucie Mahavishnu Orchestra, a w "Honky Tonk" podkreśla bluesowy charakter.

Cztery utwory studyjne stanowią, pod względem czasowym, niewielki procent całości - to w sumie ledwie kwadrans ze 100-minutowego wydawnictwa. Najstarszy utwór, "Medley: Gemini / Double Image", zarejestrowany został w lutym 1970 roku, w nieco innym składzie, niż nagrania koncertowe - z Waynem Shorterem zamiast Bartza, Chickiem Coreą i Joem Zawinulem zamiast Jarretta, Davem Hollandem w miejsce Hendersona, oraz Billym Cobhamem jako drugim perkusistą. Jest to dość nietypowe nagranie w dorobku Davisa, zdominowane przez bardzo ostrą, przesterowaną partię gitary. Gra pozostałych muzyków jest dla odmiany bardzo stonowana, co tworzy ciekawy kontrapunkt. Pozostałe utwory, "Little Church", "Nem Um Talvez" i "Selim", zostały natomiast nagrane w czerwcu, znów w nieco innym składzie, obejmującym Davisa, McLaughlina, DeJohnette'a, Moreirę, oraz Steve'a Grossmana na saksofonie, Rona Cartera lub Dave'a Hollanda na basie, trzech klawiszowców - Jarretta, Coreę i Herbiego Hancocka, oraz śpiewającego perkusistę Hermeto Pascoala. Pomimo różnych tytułów, wszystkie trzy utwory to różne podejścia do tego samego, balladowego tematu, skomponowanego przez Pascoala (na okładce albumu ich autorstwo zostało przypisane jednak Davisowi, co wkurzyło rzeczywistego twórcę i zakończyło jego współpracę z trębaczem). Fajnie, że pojawiło się takie urozmaicenie, choć byłoby chyba lepiej, gdyby zamieszczono tylko jedną wersję, a zamiast zamiast dwóch pozostałych wybrano coś innego (podczas sesji do "Jacka Johnsona" powstało mnóstwo znacznie ciekawszego materiału, który wydano dopiero po latach).

W 2005 roku ukazał się obszerny, 6-płytowy boks "The Cellar Door Sessions 1970", zawierający zapis znacznej części grudniowych występów zespołu Davisa w The Cellar Door. Na każdej płycie znalazła się pełna rejestracja jednego setu: po jednym z pierwszego i drugiego dnia, oraz po dwa z trzeciego i czwartego. Dwie ostatnie płyty są zatem rozszerzoną wersją tego, co znalazło się na "Live-Evil" (nie licząc nagrań studyjnych, które wydano w innych boksach: "Medley" w "The Complete Bitches Brew Sessions", a pozostałe w "The Complete Jack Johnson Session"). Repertuar podczas każdego setu był bardzo zbliżony (choć podczas najwcześniejszego zagrano "Yesternow" zamiast "Honky Tonk"), jednak wykonania znacznie się różnią - warto je wszystkie przesłuchać, porównać, wyłapać różnice. Jeśli ktoś jednak woli poznać samą esencję - "Live-Evil" daje bardzo dobry pogląd na to, jak wyglądały ówczesne występy Milesa Davisa.

Ocena: 9/10
dot. oryginalnego albumu



Miles Davis - "Live-Evil" (1971)

LP1: 1. Sivad (live); 2. Little Church; 3. Medley: Gemini / Double Image; 4. What I Say (live); 5. Nem Um Talvez
LP2: 1. Selim; 2. Funky Tonk (live); 3. Inamorata (live)

Skład: Miles Davis - trąbka; Gary Bartz - saksofon i flet (LP1: 1,4, LP2: 2,3); Steve Grossman - saksofon (LP1: 2,5, LP2: 1); Wayne Shorter - saksofon (LP1: 3); John McLaughlin - gitara (LP1: 1-4, LP2: 2,3); Keith Jarrett - instr. klawiszowe (oprócz LP1: 3); Herbie Hancock - instr. klawiszowe (LP1: 2,5, LP2: 1); Chick Corea - instr. klawiszowe (LP1: 2,3,5, LP2: 1); Joe Zawinul - instr. klawiszowe (LP1: 3); Michael Henderson - bass (LP1: 1,4, LP2: 2,3); Dave Holland - bass i kontrabas (LP1: 2,3); Ron Carter - kontrabas (LP1: 5, LP2: 1); Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne; Hermeto Pascoal - wokal i perkusja (LP1: 2,5, LP2: 1), elektryczne pianino (LP1: 2); Billy Cobham - perkusja (LP1: 3); Khalil Balakrishna - sitar (LP1: 3)
Gościnnie: Conrad Roberts - narracja (LP2: 3)
Producent: Teo Macero


Miles Davis - "The Cellar Door Sessions 1970" (2005)

CD1: December 16 (first set): 1. Directions; 2. Yesternow; 3. What I Say; 4. Improvisation #1; 5. Inamorata
CD2: December 17 (second set): 1. What I Say; 2. Honky Tonk; 3. It's About That Time; 4. Improvisation #2; 5. Inamorata; 6. Sanctuary
CD3: December 18 (second set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say
CD4: December 18 (third set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say; 4. Sanctuary; 5. Improvisation #3; 5. Inamorata
CD5: December 19 (second set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say
CD6: December 19 (third set): 1. Directions; 2. Improvisation #4; 3. Inamorata; 4. Sanctuary; 5. It's About That Time

Skład: Miles Davis - trąbka; Gary Bartz - saksofon i flet; Keith Jarrett - instr. klawiszowe; Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne (oprócz CD1); John McLaughlin - gitara (CD5,6)
Producent: Teo Macero

Uwaga: Tytuł "Inamorata" na "Live-Evil" dotyczy miksu ostatnich kilkunastu minut "Funky Tonk", fragmentów "Sanctuary" i "It's About That Time", oraz narracji Conrada Robertsa. Na "The Cellar Door Sessions 1970" tytuł ten nie powinien się zatem w ogóle pojawić, jednak użyto go błędnie zamiast tytułu "Funky Tonk".


30 listopada 2017

[Recenzja] Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)



Zwykle pierwszą recenzję danego wykonawcy zaczynam od krótkiej notki biograficznej. Tym razem jest to zupełnie zbyteczne. Herbie Hancock to jeden z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać. Jeden z najpopularniejszych twórców współczesnego jazzu, mający na koncie zarówno wybitne albumy, doceniane przez znawców i koneserów, jak i spore sukcesy w mainstreamie (nie tylko jazzowym). Sądzę, że większość Czytelników miała kontakt z jego twórczością. Jeśli nie poprzez jego liczne solowe albumy lub nie mniej liczne albumy innych wykonawców, na których się udzielał, to dzięki filmom, do których nagrywał muzykę.

Najważniejszy, pod względem artystycznym, okres solowej twórczości Herbiego przypadł na początek lat 70. Dokonania z poprzedniej dekady - a w każdym razie te dla wytwórni Blue Note, utrzymane w stylistyce hard bopu i jazzu modalnego - to naprawdę przyjemna muzyka, perfekcyjnie wykonana, ale też dość bezpieczna i zachowawcza, bez eksperymentów, jakie cechowały ówczesną twórczość Johna Coltrane'a, Milesa Davisa, czy Ornette'a Colemana. Nie ma co ukrywać, że takie granie dziś trafia do dość wąskiego grona odbiorców. Raczej nie ma szans zainteresować np. słuchaczy rocka (w przeciwieństwie do późniejszych dokonań Hancocka). Dlatego omówię tu tylko najważniejsze albumy z tego okresu, zaczynając od czwartego w dyskografii "Empyrean Isles". A jeśli komuś się spodobają - zachęcam do sięgnięcia także po pozostałe, bo prezentują one zbliżony poziom.

"Empyrean Isles" został zarejestrowany 17 czerwca 1964 roku w słynnym Van Gelder Studio. Herbiemu w nagraniach towarzyszyli basista Ron Carter, perkusista Tony Williams, oraz grający na kornecie Freddie Hubbard. Hancock, Carter i Williams od blisko roku występowali razem w kwintecie Milesa Davisa. Pianista współpracował już wcześniej także z Hubbardem, więc muzycy dobrze się rozumieją. Longplay składa się z czterech, dość rozbudowanych kompozycji. O ile utwory z pierwszej strony winylowego wydania - "One Finger Snap" i oparty na fajnym basowym temacie "Oliloqui Valley" - to po prostu świetnie zagrany, rozimprowizowany hard bop, tak strona B ociera się już o prawdziwy geniusz. "Cantaloupe Island" został zbudowany na rewelacyjnym bluesowym motywie, będącym doskonałym punktem wyjścia do improwizacji. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej chwytliwych tematów jazzowych. Z kolei finałowy, niemal 15-minutowy "The Egg", to najambitniejszy utwór w wczesnym dorobku Hancocka, nawiązujący do współczesnej muzyki klasycznej. Ciekawie wypadają partie Cartera, używającego smyczka do gry na kontrabasie.

"Empyrean Isles" to zdecydowanie mój ulubiony z akustycznych albumów Herbiego Hancocka. a nawet jedno z ulubionych jazzowych wydawnictw dekady lat 60. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)

1. One Finger Snap; 2. Oliloqui Valley; 3. Cantaloupe Island; 4. The Egg

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - kornet; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion