20 października 2017

[Recenzje] Agitation Free - "Malesch" (1972)



Szwabski rock, czyli krautrock, to jeden z najbardziej interesujących nurtów w muzyce (nie tylko) rockowej. Praktycznie nie sposób wskazać innego, który byłby równie inspirujący i różnorodny. Bo choć jego przedstawiciele niewątpliwie mieli pewne cechy wspólne (jak zamiłowanie do tworzenia hipnotycznych, granych z mechaniczną precyzją utworów), to w sumie więcej ich dzieliło, niż łączyło. W jednych zespołach grali muzycy o jazzowych korzeniach, w drugich o korzeniach folkowych, inne grupy inspirowały się brytyjskim progiem, a kolejne amerykańską psychodelią lub brzmiało podobnie dzięki wpływom tradycyjnej muzyki z Wschodu, nie brakowało też wykonawców odważnie eksperymentujących z elektroniką. Zwykle te wszystkie (lub niektóre z nich) inspiracje mieszały się ze sobą w najróżniejszych proporcjach, dzięki czemu każdy przedstawiciel niemieckiej sceny miał swój własny, rozpoznawalny styl.

Jedną z najciekawszych odmian krautrocka zaproponowała grupa Agitation Free. Zespół powstał w 1967 roku i początkowo wykonywał dość typowy rock o psychodeliczno-progresywnych naleciałościach. Pod koniec dekady, podczas podróży po Egipcie, Jordanii, Grecji i Cyprze, muzycy zafascynowali się tamtejszą kulturą i muzyką, co znacząco wpłynęło na ich dalszą twórczość. Wydany w 1972 roku debiutancki album "Malesch" przesiąknięty jest przede wszystkim bliskowschodnim klimatem. Jednocześnie zachowuje typowo rockową ekspresję. Momentami jest naprawdę ostro i agresywnie (vide druga połowa "Sahara City"), częściej jednak muzycy starają się stworzyć "kosmiczny", spacerockowy klimat. Z doskonałym skutkiem, unikając monotonii. Improwizowany charakter tej muzyki dodaje też odrobinę jazzowego posmaku. Warto zwrócić uwagę na rozbudowane instrumentarium, obejmujące nie tylko gitary, bass, perkusję i organy, ale także cytrę, syntezator i przeróżne mniej lub bardziej egzotyczne perkusjonalia. Dodatkowo w całość wtopiono dźwięki zarejestrowane przez zespół podczas wspomnianej wyprawy - przede wszystkim fragmenty arabskich śpiewów i ulicznych rozmów (poza tym nie ma tu żadnych wokali).

Świetny album. I bardzo oryginalny. Muzycy rockowi, jeśli już inspirują się muzyką orientalną, to zwykle hindustańską, prawie nigdy arabską. A już na pewno nie z tak dobrym skutkiem. Ta niecodzienna inspiracja może być jednak przeszkodą dla osób nieosłuchanych z bliskowschodnią muzyką, aby doceniły ten album. Mnie przy pierwszym przesłuchaniu wydawał się zaledwie dobry, doceniłem go dopiero kilka miesięcy później, przy drugim odsłuchu, a zachwycił przy jeszcze kolejnych. Ale to cecha najlepszych albumów - zyskują z kolejnymi przesłuchaniami. Dlatego nie należy się poddawać, gdy za pierwszym razem nie podejdzie.

Ocena: 9/10



Agitation Free - "Malesch" (1972)

1. You Play for Us Today; 2. Sahara City; 3. Ala Tul; 4. Pulse; 5. Khan el Khalili; 6. Malesch; 7. Rücksturz

Skład: Lutz Ulbrich - gitara, cytra, organy; Jörg Schwenke - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Michael Hamel - organy; Uli Pop - bongosy (1)
Producent: Wolfgang Sandner i Peter Strecker


19 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)



W drugiej połowie lat 60. muzyka rockowa przeszła gwałtowną rewolucję. Przestała być już tylko prostymi piosenkami do tańca, zaczęła nabierać znamion prawdziwej sztuki. Zmiany te dostrzegł także Miles Davis. Zachwycony brzmieniowymi eksperymentami takich gitarzystów, jak Jimi Hendrix i Eric Clapton, a także możliwościami elektrycznego instrumentarium, postanowił zaadoptować pewne elementy rocka do swojej twórczości. Począwszy od grudnia 1967 roku, zaczął wykorzystywać w swoich nagraniach elektryczne instrumenty klawiszowe, gitarę basową, a nawet gitarę elektryczną. Nowe oblicze muzyki Milesa Davisa zostało ujawnione w lipcu następnego roku, na albumie "Miles in the Sky" (tytuł jest nawiązaniem do beatlesowskiego "Lucy in the Sky with Diamonds").

W większości wypełniają go utwory zarejestrowane podczas sesji, która miała miejsce w dniach 15-17 maja 1968 roku. Wyjątek stanowi utwór "Paraphernalia" - kompozycja Wayne'a Shortera, nagrana 16 stycznia, z gościnnym udziałem gitarzysty George'a Bensona. Jego partia wpisuje się jednak w jazzowe standardy (kłania się twórczość Wesa Montgomery'ego), więc trudno w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fuzji z rockiem (sam utwór jest jednak bardzo udany, a gitara Bensona dodaje muzyce kwintetu nowej jakości). Co innego podpisany nazwiskiem Davisa "Stuff" - pierwszy opublikowany utwór, w którym Herbie Hancock i Ron Carter grają na elektrycznych instrumentach. W połączeniu z uproszczoną warstwą rytmiczną, dodaje to utworowi nieco rockowego charakteru. Ten 17-minutowy jam to pierwsza tak odważna i udana próba połączenia jazzu i rocka, jaka została wydana na płycie. Warto też dodać, że "Stuff" jest pierwszym utworem Milesa, w który ingerował producent Teo Macero, sklejając go z kilku podejść, wzorem George'a Martina i The Beatles (do tamtej pory wszystkie utwory nagrywane były "na setkę", w kilku podejściach, po czym wybierano najlepsze).

Pozostałe dwa utwory - "Black Comedy" Tony'ego Williamsa i "Country Son" Davisa - to już w całości akustyczne granie, bliższe wcześniejszych dokonań Drugiego Wielkiego Kwintetu, choć znów zbudowane na prostszych podziałach rytmicznych. Oba utwory cechuje sporo energii i duża swoboda wykonania, jakby muzycy w ogóle nie przejmowali się ograniczeniami czasowymi płyty winylowej. "Miles in the Sky" trwa zresztą wyjątkowo długo, jak na album z tamtych czasów - niemal równe 51 minut. W tym miejscu warto wspomnieć o dziwnym rozmieszczeniu utworów - strona A trwa około pół godziny, a strona B o blisko dziesięć mniej. Uzasadnione jest to tym, że na pierwszej znalazły się utwory z elektrycznym instrumentarium, a na drugiej stricte akustyczne. Skutkuje to jednak tym, że (przynajmniej na moim wydaniu, z 1977 roku) druga strona jest wyraźnie głośniejsza od pierwszej! Wynika to ze specyfiki płyt winylowych - żeby na pojedynczej stronie zmieścić więcej niż standardowe 20 minut, trzeba nie tylko zagęścić zapis (węższy rowek), ale także ściszyć nagranie. Z drugiej strony - nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby ściszyć także stronę B.

"Miles in the Sky" to milowy kamień w twórczości Milesa Davisa - pojawiają się tutaj koncepcje, które trębacz rozwijał przez kolejną dekadę, przez wielu (włącznie z niżej podpisanym) uznawaną za najbardziej ekscytującą, twórczą i inspirująco w całej jego karierze. To także album ważny z perspektywy całej muzyki, bowiem nie było wcześniej tak udanego połączenia jazzu i rocka, jak w kompozycji "Stuff". Jest to jednocześnie naprawdę rewelacyjny album, na którym każdy z czterech zamieszczonych na nim utworów zachwyca wykonaniem, warstwą melodyczną i brzmieniem. Niestety, jest to także album na ogół niedoceniany, pozostający w cieniu swoich wielkich następców - "In a Silent Way" i "Bitches Brew". A przecież już tutaj pojawiło się wiele elementów, które czynią tak wspaniałymi tamte longplaye.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)

1. Stuff; 2. Paraphernalia; 3. Black Comedy; 4. Country Son

Skład: Miles Davis - trąbka, kornet (1,4); Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino, pianino elektryczne (1); Ron Carter - kontrabas, bass (1); Tony Williams - perkusja
Gościnnie: George Benson - gitara (2)
Producent: Teo Macero


18 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Nefertiti" (1968)



"Nefertiti" to czwarty album Drugiego Wielkiego Kwintetu, a zarazem ostatnie w całości akustyczne wydawnictwo Davisa. Na repertuar składają się wyłącznie kompozycje członków kwintetu: trzy Wayne'a Shortera (tytułowa, "Fall" i "Pinocchio"), dwie Herbiego Hancocka ("Madness" i "Riot"), oraz jedna Tony'ego Williamsa ("Hand Jive"). Materiał zarejestrowano podczas trzech sesji nagraniowych w czerwcu i lipcu 1967 roku. Ostatnia z nich odbyła się 19 lipca - dwa dni po niespodziewanej śmierci Johna Coltrane'a. Tego dnia zarejestrowano m.in. pełną zadumy balladę "Fall", mającą wiele wspólnego z klimatem "Kind of Blue", której charakter raczej nie jest przypadkiem. Coltrane był przecież przez kilka lat bliskim współpracownikiem Davisa, był także przyjacielem i główną inspiracją Shortera (który w okresie największej fascynacji muzyką Johna, zatrudniał muzyków jego kwartetu do nagrywania swoich albumów).

Podobny do wspomnianego "Fall", nokturnowy charakter ma także kompozycja tytułowa, zarejestrowana jednak na samym początku czerwca. Ten utwór to przede wszystkim popis szalejącego na perkusyjnym stołku Williamsa. Partie pozostałych instrumentalistów zdają się być bardziej wycofane i praktycznie ograniczają się do powtarzania przewodniego motywu (nie licząc kilku ozdobników zagranych przez Hancocka). Reszta longplaya to już utwory utrzymane w zdecydowanie szybszym tempie, łączące bopową energię z modalnością. Wyjątkowo dynamicznie i zwięźle wypada "Riot", natomiast pozostałe trzy kawałki cechuje bardziej improwizacyjne podejście. Choć Drugi Wilki Kwintet od samego początku zachwycał bardzo dobrym zgraniem i wzajemnym porozumieniem muzyków, to z płyty na płytę było pod tym względem jeszcze lepiej. Lekkość, z jaką muzycy zamieniają się solówkami w "Hand Jive", "Madness" i "Pinocchio", po prostu musi budzić podziw.

Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to do kolejności utworów na trackliście. Umieszczenie dwóch najspokojniejszych utworów na samym początku to dość dziwne posunięcie, nawet na albumie jazzowym. Sugerują one, że reszta materiału będzie równie subtelna, tymczasem jego dalsza część to już zdecydowanie żywsze granie. 

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Nefertiti" (1968)

1. Nefertiti; 2. Fall; 3. Hand Jive; 4. Madness; 5. Riot; 6. Pinocchio

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


17 października 2017

[Recenzja] Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)



Niespełna dwa lata po powrocie Van der Graaf Generator, nad zespołem znów zawisły czarne chmury. W krótkim czasie grupa straciła połowę składu. Najpierw, w grudniu 1976 roku, odszedł Hugh Banton, a zaledwie kilka tygodni później jego śladami podążył David Jackson (obaj zrezygnowali głównie z przyczyn finansowych - zespół nieustannie tkwił w długach). To mógł być koniec Generatora. I w pewnym sensie był. Nie ukrywajmy, że choć Peter Hammill jest rozpoznawalnym wokalistą, a Guy Evans jednym z najlepszych rockowych perkusistów, to o brzmieniu i charakterze muzyki zespołu decydowały przede wszystkim nie dające się podrobić organy Bantona i równie niepowtarzalny saksofon Jacksona. Pozostali muzycy nawet nie próbowali ich zastąpić - zamiast tego, w nowym składzie znaleźli się grający na skrzypcach Graham Smith, oraz (ponownie) basista Nic Potter. Hammill i Evans zdawali sobie sprawę, że bez Jacksona i Bantona jest to zupełnie inny zespół, a przynajmniej jego uboższa, wykastrowana wersja - podjęli więc decyzję o skróceniu nazwy do Van der Graaf.

Jedyny studyjny album zarejestrowany w tej konfiguracji personalnej, "The Quiet Zone / The Pleasure Dome", przyniósł, jak należało się spodziewać, zupełnie inną muzykę, niż dzieła sygnowane pełną nazwą. Właściwie jedyne, co go z nimi łączy, to charakterystyczny sposób śpiewania Hammilla. Nie jest to wyłącznie kwestia braku monumentalnych organów i ocierających się o free jazz partii saksofonu. Zespół zrezygnował bowiem także z rozbudowanych, progrockowych kompozycji, na rzecz krótszych utworów, wyraźnie inspirowanych twórczością młodych, nowofalowych i post-punkowych kapel. O dziwo, zespół w takiej stylistyce wypada naprawdę dobrze. Utwory stały się bardziej przebojowe, ale dzięki ciekawym aranżacjom nie popadają w banał (vide "Lizard Play", "The Habit of the Broken Heart", "The Sphinx in the Face" lub częściowo balladowy "The Siren Song"), choć czasem bywa nieco zbyt rzewnie ("The Wave", pierwsza połowa "Last Frame", fragmenty "Chemical World"), lecz dla równowagi pojawia się też nieco punkowej wręcz agresji ("Cat's Eye", interesująco, płynnie przechodzący w łagodny "Yellow Fever (Running)"). Ciekawostką jest gościnny udział Davida Jacksona w utworze "The Sphinx in the Face" i jego repryzie "The Sphinx Returns". Saksofon nie dodaje im jednak bardziej "generatorowego" charakteru, a doskonale wtapia w nowe brzmienie Van der Graaf.

"The Quiet Zone / The Pleasure Dome" nie jest albumem na miarę dzieł klasycznego składu grupy, ale to naprawdę przyjemne wydawnictwo, ciekawie odświeżające styl zespołu. Warto poznać.

Ocena: 7/10



Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)

1. Lizard Play; 2. The Habit of the Broken Heart; 3. The Siren Song; 4. Last Frame; 5. The Wave; 6. Cat's Eye / Yellow Fever (Running); 7. The Sphinx in the Face; 8. Chemical World; 9. The Sphinx Returns

Skład: Peter Hammill - wokal, pianino, gitara; Graham Smith - skrzypce; Nic Potter - bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Jackson - saksofon (7,9)
Producent: Peter Hammill


16 października 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)



King Crimson grał jedne z najbardziej porywających koncertów w historii muzyki. Szczególnie w okresie, gdy w jego składzie, obok Roberta Frippa, występowali John Wetton, Bill Bruford i David Cross (oraz, przez krótki czas, Jamie Muir). Muzycy byli ze sobą niezwykle zgrani, co owocowało długimi improwizacjami, pełnymi swobody i wzajemnego porozumienia. Zrecenzowane przeze mnie dotąd koncertówki - "USA" i "The Night Watch" - nie oddają w pełni tego, na co było stać ten skład. Dla pełnego obrazu należy zapoznać się z "The Great Deceiver: Live 1973-1974". Na czterech płytach kompaktowych zebrano niemal pięć godzin muzyki, zarejestrowanej podczas występów wspomnianego składu (już bez Muira). Znaczna część tego materiału to długie, nieskrępowane improwizacje, nierzadko czerpiące z awangardy, jazzu i muzyki poważnej. A utwory znane ze studyjnych albumów często brzmią tu zupełnie inaczej.

Całą pierwszą płytę i kawałek drugiej wypełnia materiał zarejestrowany 30 czerwca 1974 roku w Providence. Częściowo znany już wcześniej: improwizacja "Providence" została umieszczona na albumie "Red", a porywające wykonanie "21st Century Schizoid Man" na "USA". To jednak niewielka część tego ekscytującego występu. Rewelacyjnie wypadły utwory z "Larks' Tongues in Aspic" ("Larks' Tongues in Aspic (Part Two)", "Exiles", oraz prawdopodobnie najlepsza wersja "Easy Money", jaką słyszałem) i "Starless and Bible Black" ("Lament", "Fracture"), podobnie zresztą, jak "Starless" z wtedy jeszcze niewydanego "Red" (tutaj nieco inaczej zaaranżowany, z partią skrzypiec zamiast saksofonu). Centralnym punktem jest jednak niesamowita, piętnastominutowa improwizacja "A Voyage to the Centre of the Cosmos", w której muzycy wchodzą na wyżyny zespołowej improwizacji.

Druga płyta, poza końcówką występu w Providence, to przede wszystkim nagrania z Glasgow, zarejestrowane 23 października 1973 roku. Improwizacja "We'll Let You Know" z tego koncertu została wykorzysta na albumie "Starless and Bible Black"; pozostałe utwory nie były wcześniej wydane. Wśród nich są dwie kolejne improwizacje: "Sharks' Lungs in Lemsip" to alternatywny wstęp do "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" - ciekawy, choć nie tak klimatyczny, jak perkusjonalia Muira z wersji studyjnej - oraz dziewięciominutowa "Tight Scrummy", będąca przede wszystkim popisem Bruforda. Warto zwrócić uwagę na obecność dwóch rzadko wykonywanych utworów z niedocenianego "In the Wake of Poseidon" - "Peace - A Theme" i "Cat Food". Ten drugi wypada tu bardziej zadziornie, za sprawą agresywnej, przesterowanej partii basu Wettona, oraz przeszywających dźwięków skrzypiec. Na wyróżnienie zasługuje także bardzo ładne wykonanie "Book of Saturday". Co ciekawe, większość utworu "The Night Watch" pochodzi z innego występu (z Zurychu - więcej jego fragmentów znalazło się na czwartej płycie). Fripp zdecydował się na ten zabieg, ponieważ taśma była w tym miejscu uszkodzona, a nie chciał pomijać tego utworu.

Na płycie zmieścił się także fragment występu z 29 czerwca 1974 roku w Pensylwanii - nietypowa, znacznie skrócona i mroczniejsza wersja "Easy Money", płynnie przechodząca w fantastyczną, niepokojącą swoim klimatem improwizację "It is for You, but Not for Us". Inny fragment tego koncertu - kolejna fantastyczna, dynamiczna improwizacja, "Is There Life Out There?", przypominająca "Asbury Park" z "USA" (zarejestrowany dzień wcześniej) - znalazł się na trzecim dysku. Dominują na nim jednak utwory z innego występu, także z Pensylwanii, ale zagranego dokładnie dwa miesiące wcześniej. W repertuarze znalazło się miejsce dla rzadko wykonywanego na żywo "The Great Deceiver", jak również dla niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Doctor Diamond", który mimo partii wokalnej brzmi jak kolejna improwizacja. Tych tu zresztą nie brakuje - "Bartley Butsfordd", "Daniel Dust" (obie łagodne, trochę w klimacie "Trio" z "Starless..."), oraz ostrzejsza "Wilton Carpet". Poza tym, kilka utworów powtarza się z poprzednimi dyskami, dochodzi natomiast "The Talking Drum", w którym znów popisać mógł się Bruford.

Ostatnia płyta zawiera fragmenty występów w Ontario (24 czerwca 1974) i Zurychu (15 listopada 1973). Z tego pierwszego zamieszczono tylko cztery utwory, w tym dwie rozbudowane improwizacje: ciężką, pokręconą "The Golden Walnut", oraz "Clueless and Slightly Slack", w której na pierwszy plan wysuwa się Cross. Improwizacje z drugiego występu to dwie wariacje na temat "Walk On ... No Pussyfooting" - odtwarzanego z taśmy intra poprzedzającego koncerty grupy, będącego fragmentem albumu "(No Pussyfooting)", nagranego w 1972 przez Frippa i Briana Eno - a także niezwykły "The Law of Maximum Distress", niestety pozbawiony środkowej części (fragment ten został wycięty z taśmy i przerobiony na utwór "The Mincer", wydany na "Starless..." - nie udało się go odzyskać). Pozostałe utwory pojawiły się już, w innych wersjach, na poprzednich płytach tego zestawu.

"The Great Deceiver: Live 1973-1974" może przytłaczać ilością materiału, jaki się na nim znalazł, jednak jakościowo jest to materiał z najwyższej półki. O wirtuozerii muzyków i ich zdolnościach do zespołowej improwizacji można by długo pisać. A pojawiające się między improwizacjami "normalne" utwory to przecież niekwestionowana klasyka muzyki rockowej. Tutejsze wersje nierzadko są ciekawsze od studyjnych, a przynajmniej nie są od nich słabsze. Kolejna sprawa to doskonałe brzmienie. A całość wydana została w eleganckim boksie, wzbogaconym grubą książeczką z wspomnieniami muzyków. Dziś to oryginalne wydanie jest warte sporo grosza. Mniej atrakcyjnie pod względem wizualnym prezentuje się reedycja z 2007 roku - materiał został podzielony na dwa osobne 2-płytowe albumy, wydane w standardowych, plastikowych pudełkach, z zupełnie nową, gorszą szatą graficzną. Muzyka pozostała na szczęście taka sama i nawet w takiej wersji jest to jedna z najwspanialszych koncertówek wszech czasów.

Ocena: 10/10



King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)

CD1: Things Are Not as They Seem...
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 3. Lament; 4. Exiles; 5. Improv: A Voyage to the Centre of the Cosmos; 6. Easy Money; 7. Improv: Providence; 8. Fracture; 9. Starless
CD2: Sleight of Hand (or Now You Don't See It Again) and...
1. 21st Century Schizoid Man; 2. Walk off from Providence ... No Pussyfooting; 3. Improv: Sharks' Lungs in Lemsip; 4. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 5. Book of Saturday; 6. Easy Money; 7. Improv: We'll Let You Know; 8. The Night Watch; 9. Improv: Tight Scrummy; 10. Peace - A Theme; 11. Cat Food; 12. Easy Money...; 13. Improv: ...It is for You, but Not for Us
CD3: ...Acts of Deception (the Magic Circus, or Weasels Stole Our Fruit)
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. The Great Deceiver; 3. Improv: Bartley Butsfordd; 4. Exiles; 5. Improv: Daniel Dust; 6. The Night Watch; 7. Doctor Diamond; 8. Starless; 9. Improv: Wilton Carpet; 10. The Talking Drum; 11. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 12. Applause and announcement; 13. Improv: Is There Life Out There?
CD4: ...But Neither Are They Otherwise
1. Improv: The Golden Walnut; 2. The Night Watch; 3. Fracture; 4. Improv: Clueless and Slightly Slack; 5. Walk On ... No Pussyfooting; 6. Improv: Some Pussyfooting; 7. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 8. Improv: The Law of Maximum Distress (Part One); 9. Improv: The Law of Maximum Distress (Part Two); 10. Easy Money; 11. Improv: Some More Pussyfooting; 12. The Talking Drum

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce i instr. klawiszowe
Producent: Robert Fripp


13 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Sorcerer" (1967)



Album "Sorcerer" zawiera głównie materiał zarejestrowany przez Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa w maju 1967 roku. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "Miles Smiles", longplay sprawia wrażenie mniej ekspresyjnego, nastawionego raczej na budowanie subtelnego klimatu. Tego wrażenia nie zmieniają nawet dwa utwory utrzymane w szybszym tempie - "Prince of Darkness" i tytułowy "The Sorcerer". Jednak w takim graniu kwintet wypada równie wspaniale. Umiejętności muzyków i ich wzajemna interakcja wciąż budzą zachwyt. Na wyżyny wspinają się w rozbudowanym "Masqualero" (jedynym utworze z tego albumu, który wszedł do koncertowego repertuaru), w którym pokazują zarówno talent do zespołowej improwizacji, jak i budowania interesującego klimatu. Inną perełką jest przepiękna ballada "Pee Wee", nagrana, co ciekawe, bez udziału Davisa. Warto też odnotować, że to pierwsza kompozycja napisana dla kwintetu przez Tony'ego Williamsa. Za pozostałe kompozycje z majowej sesji odpowiada Wayne Shorter, z wyjątkiem tytułowej, autorstwa Herbiego Hancocka. Miles tym razem nie jest podpisany pod żadnym utworem.

Całości dopełnia jedno starsze nagranie, "Nothing Like You" (dedykowane ówczesnej partnerce Davisa, Cicely Tyson, której zdjęcie znalazło się na okładce albumu). Kompozycja została zarejestrowana w sierpniu 1962 roku, a więc w znacznie różniącym się składzie. Z muzyków Drugiego Wielkiego Kwintetu, poza Milesem, gra tu tylko Shorter - było to ich pierwsze wspólne nagranie, na długo zanim saksofonista na stałe dołączył do zespołu Davisa. Utwór został napisany przez Boba Dorougha i Frana Landesmana - pierwszy z nich wystąpił w nagraniu jako pianista i... wokalista. Jest to jedno z niewielu wokalnych nagrań w karierze Milesa. Ale wcale nie z tego powodu nie pasuje do całości. Po prostu jest to zwyczajna, prosta piosenka, nie mająca nic wspólnego z bardziej ambitną resztą albumu. Najlepiej więc potraktować "Nothing Like You" jako żart (bo i w sumie przypomina te wszystkie żartobliwe utwory, które rockowe zespoły wrzucają czasem na koniec albumu). Jego obecność w żadnym wypadku nie umniejsza jednak wielkości "Sorcerer", będącemu kolejnym potwierdzeniem wielkości Drugiego Wielkiego Kwintetu.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Sorcerer" (1967)

1. Prince of Darkness; 2. Pee Wee; 3. Masqualero; 4. The Sorcerer; 5. Limbo; 6. Vonetta; 7. Nothing Like You

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino (1-6); Ron Carter - kontrabas (1-6); Tony Williams - perkusja (1-6); Bob Dorough - wokal i pianino (7); Frank Rehak - puzon (7); Paul Chambers - kontrabas (7); Jimmy Cobb - perkusja (7); Willie Bobo - bongosy (7)
Producent: Teo Macero


12 października 2017

[Recenzja] Robert Plant - "Carry Fire" (2017)



Darzę sporym szacunkiem Roberta Planta. Za to, że konsekwentnie odmawia propozycjom reaktywowania Led Zeppelin, odrzucając nawet najbardziej lukratywne oferty. Za to, że zamiast tego gra i nagrywa taką muzykę, jaka jest mu obecnie najbliższa. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy chcieliby słuchać, jak Robert - od dawna stroniący od hard rocka, nie tylko z powodu słabnących możliwości wokalnych - męczy się wykonując taki repertuar. Osobiście wolę posłuchać go wykonującego muzykę, której granie daje mu radość i satysfakcję, co znaczy, że robi to szczerze, z prawdziwej pasji, nie oglądając się na oczekiwania fanów czy panujące mody.

"Carry Fire" to najnowsze solowe wydawnictwo Planta. Podobnie, jak na wydanym przed trzema laty "Lullaby and... The Ceaseless Roar", wokaliście towarzyszy zespół Sensational Space Shifters. Pod względem stylistycznym również mamy do czynienia z kontynuacją tamtego longplaya. Dominuje tu więc raczej spokojne granie, utrzymane gdzieś na pograniczu rocka i folku, z silnymi wpływami muzyki bliskowschodniej. Oprócz tradycyjnego instrumentarium - gitar, perkusji i klawiszy - wykorzystano tutaj także bardziej egzotyczne instrumenty, w tym przeróżne perkusjonalia, jak również oud, czyli bezprogowy rodzaj lutni, pochodzenia arabskiego. Ten ostatni znalazł zastosowanie przede wszystkim w utworze tytułowym - jednej z najbardziej niesamowitych kompozycji w solowym dorobku Roberta. Stworzono tu rewelacyjny nastrój za pomocą nadających bardzo orientalnego klimatu partiom na oudzie, hipnotycznej gry sekcji rytmiczniej, dyskretnej elektroniki, oraz smyczkowych ozdobników. Świetnie wypada także partia wokalna Planta, który na całym albumie brzmi zaskakująco młodo. Nie ma tu więcej utworów tego kalibru, co tytułowy, jednak reszta albumu trzyma bardzo równy poziom i naprawdę może się podobać. Singlowy "The May Queen", przywołujący skojarzenia z "III", czy najbardziej rockowe "New World..." i "Bones of Saints", mogą spodobać się zwolennikom łagodniejszego wcielenia Led Zeppelin. Warto zwrócić też uwagę na lekko eksperymentalną końcówkę albumu, w której pojawia się więcej elektronicznych brzmień  - vide "Keep It Hid" i niemal ambientowy "Heaven Sent", który doskonale wieńczy całość.

"Carry Fire" niewiele nowego wnosi do dorobku Roberta Planta, jednak jest to jedno z najbardziej udanych wydawnictw w jego solowym dorobku. W końcu ktoś ze słynnych rockowych wykonawców wydał w tym roku album, którego warto posłuchać.

Ocena: 7/10



Robert Plant - "Carry Fire" (2017)

1. The May Queen; 2. New World...; 3. Season's Song; 4. Dance with You Tonight; 5. Carving up the World Again... A Wall and Not a Fence; 6. A Way with Words; 7. Carry Fire; 8. Bones of Saints; 9. Keep It Hid; 10. Bluebirds over the Mountain; 11. Heaven Sent

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adam - gitara, oud, instr. perkusyjne; John Baggott - gitara, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Liam Tyson - gitara; Billy Fuller - bass, instr. klawiszowe; Dave Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Seth Lakeman - skrzypce i altówka; Redi Hasa - wiolonczela; Chrissie Hynde - wokal (10)
Producent: Robert Plant


11 października 2017

[Recenzja] Love - "Forever Changes" (1967)



Zanim grupa Love przystąpiła do rejestracji swojego trzeciego albumu, ze składu odeszli klawiszowiec Alban Pfisterer i saksofonista Tjay Cantrelli. Pozostali muzycy nie zdecydowali się przyjąć nikogo na ich miejsce, za to podczas sesji nagraniowej "Forever Changes" skorzystali z pomocy kilkunastu muzyków sesyjnych, w tym rozbudowanej sekcji smyczkowej i sekcji dętej. Pod względem stylistycznym, album jest odejściem od garażowych korzeni zespołu w stronę bardziej folkowego grania, kojarzącego się z The Byrds lub Crosby, Stills & Nash. Zwrot ten został zasugerowany przez Jaca Holzmana, założyciela Elektra Records, dla której zespół nagrywał. Muzycy wywiązali się wzorowo ze swojego zadania. "Forever Changes" to zbiór bardzo melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek, opartych głównie na akompaniamencie gitar akustycznych i smyczków. Kwintesencją tego nowego stylu grupy jest otwierająca album kompozycja "Alone Again Or", śpiewana w świetnym dwugłosie przez Arthura Lee i Bryana MacLeana. Utwór był później wielokrotnie kowerowany, m.in. przez grupę UFO. Pozostałe nagrania wypadają równie przyjemnie, choć przy pierwszych przesłuchaniach mogą się ze sobą zlewać, ze względu na zbliżone aranżacje. Największym urozmaiceniem są ostrzejsze, zdecydowanie rockowe partie gitar w "A House Is Not a Motel" i "Live and Let Live". Jednak z każdym kolejnym odsłuchem, album tylko zyskuje.

Ocena: 8/10



Love - "Forever Changes" (1967)

1. Alone Again Or; 2. A House Is Not a Motel; 3. Andmoreagain; 4. The Daily Planet; 5. Old Man; 6. The Red Telephone; 7. Maybe the People Would Be the Times or Between Clark and Hilldale; 8. Live and Let Live; 9. The Good Humor Man He Sees Everything Like This; 10. Bummer in the Summer; 11. You Set the Scene

Skład: Arthur Lee - wokal i gitara; Bryan MacLean - gitara, wokal (1,5), dodatkowy wokal; Johnny Echols - gitara; Ken Forssi - bass; Michael Stuart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Strange - gitara (3,4); Carol Kaye - bass (3,4); Hal Blaine - perkusja (3,4); Don Randi - pianino (3,4,10); Robert Barene, Arnold Belnick, James Getzoff, Marshall Sosson, Darrel Terwilliger - skrzypce; Norman Botnick - altówka; Jesse Ehrlich - wiolonczela; Chuck Berghofer - kontrabas; Bud Brisbois, Roy Caton, Ollie Mitchell - trąbka; Richard Leith - puzon; David Angel - orkiestracja
Producent: Arthur Lee i Bruce Botnick