22 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Melissa" (1983)



Na początek nowego cyklu recenzji, o wszystko mówiącej nazwie Ciężkie Poniedziałki, wybrałem jeden z najbardziej kultowych i inspirujących zespołów heavymetalowych, a zarazem główny muzyczny towar eksportowy Danii. Mercyful Fate to nazwa, z którą zetknął się chyba każdy wielbiciel ciężkiego grania (chociażby dzięki Metallice i utworowi "Mercyful Fate", będącym zlepkiem kilku kompozycji tej grupy). Dwa pierwsze albumy Duńczyków, wydane na początku lat 80., były swoistą odpowiedzią na Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu. Podobnie jak przedstawiciele tego nurtu, muzycy Mercyful Fate stworzyli swój styl w oparciu o klasykę ciężkiego grania z poprzedniej dekady, z naciskiem na Judas Priest i Black Sabbath. Połączenie ciężaru, przeważnie szybkich temp, posępnego klimatu i okultystyczno-satanistycznej tematyki tekstów w znacznym stopniu przyczyniło się - niestety! - do powstania black metalu.

"Melissa", debiutancki longplay Duńczyków, zdominowany jest przez typowo heavymetalowe kawałki w szybkim tempie, na swój sposób całkiem chwytliwe ("Evil", "Curse of Pharaohs", "Into the Coven", "Black Funeral"). Ale nie brakuje tutaj różnorodności. W "At the Sound of the Demon Bell" muzycy momentami grają w lżejszy, bardziej hardrockowy sposób. Z kolei w rozbudowanym, jedenastominutowym "Satan's Fall" wyraźnie ujawniają się wpływy progrockowe. Największym zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być jednak utwór tytułowy - będącym niemalże klasyczną rockową balladą z obowiązkowymi zaostrzeniami i długimi solówkami. Gitarowy duet, składający się z Hanka Shermanna i Michaela Dennera, błyszczy zresztą także we wszystkich pozostałych utworach świetnymi solówkami i riffami, doskonale ze sobą współpracując. Sekcja rytmiczna też spisuje się rewelacyjnie. Pod względem muzycznym nie ma do czego się przyczepić. Niestety, zdecydowanie gorzej wypada warstwa wokalna. Kim Bendix Petersen, lepiej znany pod pseudonimem King Diamond, to najsłabsze ogniwo grupy. Nie można odmówić mu szerokiej skali głosu, ale niestety preferuje on irytująco wysokie wrzaski i piski, brzmiące jakby właśnie został wykastrowany, lub śpiew o płaczliwej manierze. W rezultacie słuchanie tego albumu jest dla mnie bardzo męczącym doświadczeniem, mimo bardzo dobrej warstwy muzycznej.

"Melissa" pod względem instrumentalnym jest jednym z najlepszych albumów heavymetalowych lat 80. Z dobrym wokalistą, śpiewającym w stylu Ronniego Jamesa Dio czy Bruce'a Dickinsona, byłby to materiał zasługujący na ocenę w granicach 8-9. Niestety, wyjątkowo irytujący wokal Petersena znacząco obniża ogólny odbiór całości. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowania tak dobrych kompozycji. 

Ocena: 6/10



Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

1. Evil; 2. Curse of the Pharaohs; 3. Into the Coven; 4. At the Sound of the Demon Bell; 5. Black Funeral; 6. Satan's Fall; 7. Melissa

Skład: King Diamond - wokal; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


20 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Recorded Live" (1973)



"Recorded Live" to drugi koncertowy album Ten Years After. Muzycy wydali go w odpowiedzi na wysyp nieoficjalnych rejestracji ich występów. W zamyśle miał to być "oficjalny bootleg" (takie określenie pojawia się na okładce) i dlatego też nie dokonywano tu żadnych studyjnych dogrywek czy innych poprawek, a tracklista odzwierciedla występy grupy ze stycznia 1973 roku, podczas trasy promującej album "Rock & Roll Music to the World". Choć trzeba dodać, że jest to kompilacja czterech występów, jakie zespół dał przez cztery wieczory pod rząd w Frankfurcie, Rotterdamie, Amsterdamie i Paryżu. Do nagrań użyto słynnego mobilnego studia Rolling Stonesów, dlatego jakość brzmienia jest wyśmienita, bynajmniej nie bootlegowa.

Na żywo zespół wypadał nieporównywalnie lepiej niż w studiu, gdzie muzycy nie potrafili w pełni odtworzyć koncertowej energii. Udowadnia to już pierwsza strona koncertówki, z porywającymi wersjami "One of These Days", "You Give Me Loving" i "Good Morning Little Schoolgirl". Muzycy grają jak natchnieni, doskonale ze sobą współpracując, ale nie unikając solowych popisów. Szczególnie słychać to w instrumentalnej części "Good Morning...", podczas której Alvin Lee i Leo Lyons jednocześnie grają porywające solówki, bez wsparcia pozostałych muzyków, a następnie wraz z nimi wdają się w ekscytującą improwizację. Wersje studyjne pozostają daleko w tyle. A jeszcze więcej zyskały tu utwory z debiutu. Magicznie wypada blues "Help Me" z rewelacyjnie rosnącym napięciem i rozbudowaną, przejmującą solówką Alvina. Z kolei 16-minutowe wykonanie "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" to najwspanialszy przykład koncertowej improwizacji. Rozbudowana część instrumentalna (częściowo wydzielona jako osobny utwór, "Extension on One Chord") zachwyca perfekcyjną interakcją muzyków, ciekawymi zmianami nastroju i ogólną pomysłowością (świetne wplecenie riffu "Sunshine of Your Love"). Na pierwszy plan znów wysuwają się rewelacyjne, rozbudowane solówki Alvina, od pewnego momentu grane na rozstrojonej gitarze, która nabiera dzięki temu miażdżącego ciężaru. Świetną robotę wykonuje tutaj także Chick Churchill i sekcja rytmiczna.

ALe nawet te słabsze pod względem kompozytorskim utwory, czyli rockandrollowe "I'm Going Home" i "Choo Choo Mama", na żywo wypadają całkiem dobrze. Pierwszy z nich został tradycyjnie znacznie rozbudowany. Tutejsza wersja spokojnie może konkurować ze słynnym wykonaniem na Woodstock Festival; Alvin wciąż gra z niesamowitą - zwłaszcza jak na tamte czasy - szybkością. Repertuaru dopełniają utwory niepowtarzające się z żadnym studyjnym albumem. Choć w przypadku "Classical Thing", "Scat Thing" i "Silly Thing" określenie "utwory" są sporym nadużyciem - to tylko krótkie przerywniki, niewiele wnoszące do całości. Z kolei "Hobbit" to "obowiązkowa" solówka perkusyjna (rozpoczęta i zakończona motywem granym przez cały zespół - jak w "Toad" Cream czy "Moby Dick" Led Zeppelin). Nie jestem ich zwolennikiem, ale muszę przyznać, że Ric Lee całkiem nieźle tłucze w bębny. Prawdziwą perłą jest natomiast "Slow Blues in 'C'", o którym (prawie) wszystko mówi tytuł. To pełnoprawny utwór, z partią wokalną i kolejnymi świetnymi popisami instrumentalnymi. Ciężko zrozumieć dlaczego tak dobry utwór nie został umieszczony na żadnym albumie studyjnym, podczas gdy trafiały na nie znacznie słabsze kawałki. Szczerze jednak mówiąc, nie sądzę, żeby w wersji studyjnej wypadł równie dobrze. Ciężko byłoby odtworzyć ten koncertowy autentyzm i spontaniczność.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy dokładniej zagłębiłem się w dyskografię Ten Years After, przeoczyłem ten album. Odkryłem go dopiero kilka tygodni temu i już przy pierwszym przesłuchaniu stał się jedną z moich ulubionych koncertówek - bez wątpienia znalazłby się w pierwszej dziesiątce listy, może i pierwszej piątce. Obok takich słynnych pozycji, jak "At Fillmore East", "Made in Japan", czy "Live at Leeds".

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Recorded Live" (1973)

LP1: 1. One of These Days; 2. You Give Me Loving; 3. Good Morning Little Schoolgirl; 4. Hobbit; 5. Help Me
LP2: 1. Classical Thing; 2. Scat Thing; 3. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 1); 4. Extension on One Chord; 5. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 2); 6. Silly Thing; 7. Slow Blues in 'C'; 8. I'm Going Home; 9. Choo Choo Mama

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


19 sierpnia 2016

[Recenzja] Peter Green - "The End of the Game" (1970)



"The End of the Game", solowy debiut Petera Greena, ukazał się zaledwie kilka miesięcy po jego odejściu z Fleetwood Mac. Zawarty na nim materiał znacznie jednak odstaje od tego, co muzyk tworzył z tamtą grupą, czy wcześniej z Johnem Mayallem i Bluesbreakers. To w całości instrumentalny album, daleki od bluesa. Właściwie są to fragmenty całonocnego jamu, jaki Peter Green (ponoć pod wpływem różnych substancji) odbył z kilkoma innymi muzykami - basistą Alexem Dmochowskim (ex-The Aynsley Dunbar Retaliation), perkusistą Godfreyem Macleanem, klawiszowcem Nickiem Buckiem i pianistą George'em "Zoot" Moneyem. Całość ma bardzo swobodny charakter, bez żadnych struktur i schematów, w większości utworów wręcz freejazzowy.

"The End of the Game" to trudny w odbiorze i trudny do zrecenzowania materiał. Najłatwiejsza w odbiorze jest miniaturka "Timeless Time", z delikatną gitarą Greena, której towarzyszy tylko subtelne tło perkusyjnych talerzy. Bardzo ładny utwór, o przejmującym klimacie i dość wyrazistej melodii. To jednak jedyny tego typu fragment. Pozostałe utwory są już bardziej wymagające, ale z odpowiednim nastawieniem i choćby minimalnym doświadczeniem z tego typu muzyką, można tu znaleźć wiele dobrego. Do najciekawszych momentów z pewnością zalicza się najdłuższy, dziewięciominutowy "Bottoms Up", w którym Green daje fantastyczny gitarowy popis, na granicy jazzu i psychodelii. Świetny akompaniament zapewnia sekcja rytmiczna, grająca bardzo gęsto i intensywnie, momentami w nieco funkowy sposób; całości dopełniają jazzujące klawiszowe ozdobniki. Wpływy funkowe są jeszcze bardziej słyszalne w "Burnt Foot", kojarzącym się trochę z twórczością Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys. W nagraniu na pierwszy plan wysuwają się Dmochowski i Maclean, dając tutaj porywający pokaz swoich umiejętności; Green jedynie przygrywa im w tle. "Hidden Depth" ma podobny klimat do "Timeless Time", czaruje pięknymi partiami gitary i klawiszy, ale ze względu na bardziej freejazzowy charakter nie wszystkim przypadnie do gustu. Kończący całość utwór tytułowy to także free jazz, ale w ostrzejszym wydaniu. W wyżej wspomnianych utworach muzykom udało się zachować interakcje. Niestety nie zawsze udaje im się tak dobrze ze sobą współpracować, czego przykładem jest ocierający się o chaos "Descending Scale".

"The End of the Game" to bardzo eksperymentalny album, który może odrzucić nawet największych wielbicieli Petera Greena. Warto jednak nie zniechęcać się od razu i dać mu szansę, bo sporo tutaj fragmentów, które mogą oczarować także rockowych słuchaczy.

Ocena: 7/10



Peter Green - "The End of the Game" (1970)

1. Bottoms Up; 2. Timeless Time; 3. Descending Scale; 4. Burnt Foot; 5. Hidden Depth; 6. The End of the Game

Skład: Peter Green - gitara; Alex Dmochowski - bass; Godfrey Maclean - perkusja i instr. perkusyjne; Nick Buck - instr. klawiszowe; Zoot Money - pianino
Producent: Peter Green


17 sierpnia 2016

[Recenzja] John Mayall - "Empty Rooms" (1969)



Album "Empty Rooms" został zarejestrowany w tym samym składzie, co koncertowy "The Turning Point". Ogólna koncepcja pozostała bez zmian - żadnych gitar elektrycznych (nie licząc elektrycznego basu), ani perkusji. A jednak longplay ma zupełnie innych charakter. W studiu muzycy zrezygnowali z długich jamów. "Empty Rooms" to zbiór krótkich, bardzo konwencjonalnych utworów, którym tym razem często bliżej do country (np. "Don't Waste My Time", "People Cling Together") czy folku (np. uroczy "Don't Pick a Flower" z ładną partią fletu, albo "Thinking of My Woman"), niż kojarzonego z Johnem Mayallem bluesa (który, w akustycznej odmianie, też się tu pojawia - vide "When I Go", "Many Miles Apart"). Jest też odrobina wpływów jazzowych (np. "Something New" i trochę bardziej rozbudowany "Counting the Days" - oba z istotną rolą saksofonu - a także "To a Princess" z gościnnym udziałem basisty Canned Heat, Larry'ego Taylora, którego partie wchodzą w świetny "dialog" ze Stevenem Thompsonem). Mimo sporej różnorodności i kilku naprawdę przyjemnych fragmentów, album jest niestety dość nużący. Ten skład miał znacznie większy potencjał, co udowodnił na "The Turning Point". Brakuje tutaj tego innowacyjnego podejścia, jakie muzycy tam prezentowali.

Ocena: 6/10



John Mayall - "Empty Rooms" (1969)

1. Don't Waste My Time; 2. Plan Your Revolution; 3. Don't Pick a Flower; 4. Something New; 5. People Cling Together; 6. Waiting for the Right Time; 7. Thinking of My Woman; 8. Counting the Days; 9. When I Go; 10. Many Miles Apart; 11. To a Princess; 12. Lying in My Bed

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, gitara, instr. klawiszowe; Jon Mark - gitara; Steven Thompson - bass; Johnny Almond - saksofon i flet
Gościnnie: Larry Taylor - bass (11)
Producent: John Mayall


16 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "After Hours" (1992)



Album "Still Got the Blues" mógł być jednorazowym eksperymentem, ale po ogromnym sukcesie, jaki osiągnął, było oczywiste, że doczeka się kontynuacji. "After Hours" przygotowany został z prawie tych samych składników, według sprawdzonego przepisu. I na tym albumie wystąpili dwaj słynni bluesmani - ponownie Albert Collins, zaś miejsce Alberta Kinga zajął inny z Trzech Królów Bluesa, B.B. King. Każdy z nich wystąpił w jednym utworze (odpowiednio w "The Blues is Alright" z repertuaru Little Miltona i "Since I Met You Baby" Ivory Joe Huntera). Poza tym w nagraniach wzięli udział klawiszowiec Tommy Eyre, kilku basistów i perkusistów, oraz rozbudowana sekcja dęta, której gra niemal całkowicie zdominowała ten album, w większości utworów schodząc na dalszy plan tylko podczas solówek Moore'a.

Niestety, brakuje tutaj tak wyrazistych utworów, jakie znalazły się na poprzednim albumie. Szybszych kawałków - na czele z autorskim "Cold Day in Hell" czy coverami "Key to Love" Johna Mayalla i wspomnianego "The Blues is Alright" - słucha się świetnie, ale zaraz potem o nich zapomina. Nie lepiej prezentują się ballady, których tym razem jest nieco więcej. "Jumpin' at Shadows", oryginalnie nagrany przez Dustera Bennetta, miał być zapewne tutejszym odpowiednikiem "As the Years Go Passing By", ale nie udało się tu odtworzyć tamtego klimatu. Z kolei "Separate Ways" i "The Hurt Inside", z rozmiękczonym brzmieniem i żeńskimi chórkami, wypadają zbyt popowo, a w "Nothing's the Same" robi się już całkiem ckliwie. Jedyne, co ratuje te cztery utwory przed całkowitą porażką, są przepiękne solówki Moore'a. Zdecydowanie najlepiej wypada "Story of the Blues" z wspaniałym gitarowym popisem, oraz wyrazistą melodią, która jednak nie wypada popowo, lecz przepełniona jest bluesowym smutkiem. To jedyna prawdziwa perła, jaka się tutaj znalazła.

Podsumowując, "After Hours" to odgrzewanie danie. Wtórność (nie tylko względem poprzedniego albumu, ale także pomiędzy zawartymi tu utworami) i słabsze kompozycje czynią go gorszą kopią "Still Got the Blues". Oczywiście, większość zarzutów wynika z oceniania tego longplaya przez pryzmat poprzednika. Gdyby albumy ukazały się w odwrotnej kolejności, wówczas "After Hours" mógłby być chwalony za ciekawy i nieoczywisty zwrot stylistyczny, zaś "Still Got the Blues" - za fantastyczne rozwinięcie tego nowego stylu. Niestety, jako następca "Still Got the Blues", "After Hours" skazany jest na niekorzystne dla siebie porównania. Ocena dobra, bo mimo wtórności słucha się tego materiału dobrze - zwłaszcza jako "muzyki tła".

Ocena: 7/10



Gary Moore - "After Hours" (1992)

1. Cold Day in Hell; 2. Don't You Lie to Me (I Get Evil); 3. Story of the Blues; 4. Since I Met You Baby; 5. Separate Ways; 6. Only Fool in Town; 7. Key to Love; 8. Jumpin' at Shadows; 9. The Blues is Alright; 10. The Hurt Inside; 11. Nothing's the Same

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Graham Walker - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: B.B. King - gitara i dodatkowy wokal (4); Albert Collins - gitara (9); Will Lee, Bob Daisley, Johnny B. Gaydon - bass; Anton Fig - perkusja; Martin Drover, Frank Mead, Nick Pentelow, Nick Payn, Andrew Love, Wayne Jackson, Richard Morgan - instr. dęte; Carol Kenyon, Linda Taylor - dodatkowy wokal
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


15 sierpnia 2016

[Recenzja] Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)



Na początku lat 70. grupa Chicken Shack niemal przestała istnieć. Z jednej strony było to spowodowane konfliktem z dotychczasową wytwórnią, zakończonym zerwaniem kontraktu, a z drugiej - odejściem ze składu większości muzyków. Andy Sylvester, Dave Bidwell i Paul Raymond uciekli z tonącego okrętu, by dołączyć do znacznie lepiej prosperującego Savoy Brown. Stan Webb został sam z nazwą, która zresztą i tak niewiele była warta - dwa sygnowane nią przeboje singlowe były już odległą przeszłością, a dotychczasowa albumowa dyskografia prezentowała się bardzo nijako na tle dokonań podobnych grup. A jednak muzyk się nie poddał i zebrał nowych muzyków - basistę Johna Glascocka (późniejszego członka Jethro Tull) oraz perkusistę Paula Hancoxa - z którymi podpisał nowy kontrakt i nagrał nowy album, "Imagination Lady". Longplay uważany za największe osiągnięcie Chicken Shack. I w sumie mogę się pod tym podpisać. Aczkolwiek pamiętać trzeba, że poprzednie albumy nie ustawiły poprzeczki wysoko.

"Imagination Lady" to najcięższy z wydanych do tamtej pory albumów grupy. Takie utwory, jak "Crying Won't Help You Now", "Poor Boy", "Daughter of the Hillside" czy przeróbka "Going Down" grupy Moloch, to stuprocentowy hard rock (ok, ze śladową ilością bluesa), z ostrymi partiami gitary, gęstym, ciężkim basem i perkusyjnym łomotem. Trzy pierwsze z tych utworów pokazują, że Webb rozwinął się nieco jako kompozytor, bo dwa pierwsze mają całkiem wyraziste melodie, a w "Daugher..." był nawet spory potencjał na przebój. Chociaż pod tym względem zdecydowanie prowadzi nieco glamrockowy "The Loser" - prosty, krótki utwór, trochę popadający w banał, ale w sumie całkiem przyjemny. Nieco bardziej bluesowo zespół gra w "Telling Your Fortune", zresztą będącym nową wersją utworu z poprzedniego albumu, "Accept". W nowej odłsonie nabrał ciężaru i został znacznie wydłużony za sprawą długiej - o wiele za długiej - perkusyjnej solówki. To zdecydowanie najgorsze sześć minut tego longplaya. Hancoxowi brakowało wyobraźni, jaką miał chociażby Ginger Baker, przynajmniej momentami brzmi jak bezsensowne walenie na oślep w bębny... Całości dopełnia interesująca przeróbka "If I Were a Carpenter" Tima Hardina, która z początku zachowuje folkowy charakter oryginału, jednak szybko nabiera hardrockowego ciężaru. Muzycy grają niemal jak natchnieni, a Webb śpiewa z prawdziwą pasją.

"Imagination Lady" z całą pewnością nie jest arcydziełem. To w sumie typowy dla tamtych czasów album hardrockowy, z solidnym - ale nie wybitnym - kompozytorstwem i wykonaniem. Za to na tle wcześniejszych (i późniejszych) dokonań Stana Webba prezentuje się nieporównywalnie lepiej. Ciekawe tylko, czy to zasługa wyciągnięcia wniosków z dotychczasowych błędów, czy rezultat pracy z zupełnie nowymi muzykami i producentem. Tak czy inaczej, warto znać przynajmniej ten jeden album z dyskografii Chicken Shack.

Ocena: 8/10



Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)

1. Crying Won't Help You Now; 2. Daughter of the Hillside; 3. If I Were a Carpenter; 4. Going Down; 5. Poor Boy; 6. Telling Your Fortune; 7. The Loser

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; John Glascock - bass; Paul Hancox - perkusja i instr. klawiszowe
Producent: Neil Slaven


13 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)



Pomimo sukcesu - artystycznego i komercyjnego - albumu "A Space in Time", muzycy Ten Years After nie zamierzali iść dalej w obranym na nim kierunku. "Rock & Roll Music to the World" to stylistyczny powrót do korzeni, czyli do bluesa i - zgodnie z tytułem - rock and rolla. To pierwsze bardzo cieszy, drugie już niekoniecznie. Nie mam nic przeciwko rock and rollowi, bo to przecież on jest podstawą muzyki rockowej. Ale tego typu granie było dobre w latach 50. i w pierwszej połowie kolejnej dekady. Na początku lat 70. brzmiało już dość archaicznie. Oczywiście czasem z takich inspiracji wychodziło coś fajnego (najbardziej oczywisty przykład - "Rock and Roll" Led Zeppelin), ale przeważnie były to banalne kawałki, znacznie poniżej kompozytorskich i wykonawczych umiejętności danego wykonawczy. Tak jest niestety w przypadku Ten Years After i tego albumu. A niestety tego typu grania jest tu całkiem sporo - prawie cała druga strona winylowego wydania jest utrzymana w tym stylu.

Bardzo dobrze wypada natomiast bluesowa strona A. To naprawdę świetne granie, począwszy od porywającego bluesrockowego czadu "You Give Me Loving" (z jak zwykle rewelacyjną w tego typu kawałkach grą Alvina Lee i Chicka Churchilla, oraz rozbujaną sekcją rytmiczną), przez nieco łagodniejszy, ale wciąż energetyczny "Convention Prevention" (który za sprawą gitary akustycznej przywołuje echo poprzedniego longplaya) i bardziej klasyczny blues "Turned-Off TV Blues", aż po niesamowity "Standing at the Station" - ponad siedmiominutową kompozycję, z klimatyczną częścią wokalną, a potem długimi, porywającymi solówkami, najpierw na klawiszach, a następnie na gitarze. Gdyby druga strona longplaya była równie dobra, można by mówić o albumie na poziomie "Cricklewood Green". Niestety, jak już wspominałem, dominuje na niej nijakie, rockandrollowe granie. Wyjątek stanowi kompozycja "Religion" - dość zgrabny, łagodniejszy utwór o lekko psychodelicznym klimacie, ze świetnymi solówkami Alvina i partiami organów, które momentami brzmią jak z płyt Deep Purple.

"Rock & Roll Music to the World" potwierdza mój zarzut wobec zespołu, o którym wspominałem już w recenzji "Watt" - muzycy Ten Years After zdecydowanie za często nagrywali kolejne albumy studyjne. Alvin Lee i spółka potrafili komponować świetne utwory - co potwierdza także ten longplay - ale w niewystarczająco szybkim tempie, aby przy takiej częstotliwości nowych wydawnictw uniknąć na nich wypełniaczy i pomyłek.

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)

1. You Give Me Loving; 2. Convention Prevention; 3. Turned-Off TV Blues; 4. Standing at the Station; 5. You Can't Win Them All; 6. Religion; 7. Choo Choo Mama; 8. Tomorrow I'll Be Out of Town; 9. Rock & Roll Music to the World

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After