28 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground - "The Velvet Underground" (1969)



Trzeci, eponimiczny album The Velvet Underground przynosi drastyczną zmianę kierunku muzycznego. Wraz z odejściem Johna Cale'a (którego miejsce zajął Doug Yule), niemal całkiem zniknęły elementy awangardowe i eksperymentalne. Lou Reed doszedł do - w sumie słusznego - wniosku, że nie ma sensu nagrywać albumu podobnego do poprzedniego. W rezultacie, "The Velvet Underground" w znacznej części składa się z prostych, melodyjnych piosenek, bliskich folku lub popu. Często naprawdę ładnych i uroczych, żeby wspomnieć tylko o "Candy Says", "Pale Blue Eyes" czy "After Hours" (śpiewanych odpowiednio przez Yule'a, Reeda i perkusistkę Maureen Tucker). Nawet gdy zespół gra bardziej energicznie, rockowo, to zawsze z wyłączonym przesterem ("What Goes On", "Beginning to See the Light"). O poprzednim, poszukującym wcieleniu grupy, przypomina jedynie 9-minutowy "The Murder Mystery". Cóż to jednak za porąbany kawałek - inspirowany hindustańskimi ragami, z psychodelicznymi organami i kontrapunktowymi partiami wokalnymi całego zespołu  - Reed i gitarzysta Sterling Morrison recytują zwrotki, a Yule i Tucker śpiewają w refrenach, przy czym głosy w obu duetach są całkowicie od siebie odseparowane (w każdym kanale słychać tylko jeden z nich) i jednocześnie mówią lub śpiewają inny tekst.

"The Velvet Underground" nie jest może tak ekscytującym albumem, jak dwa poprzednie, ale za to ciekawie odświeża dyskografię zespołu. Zwykle, gdy rockowe zespoły decydują się na zmianę stylu, zwłaszcza na bardziej przystępny, nie wychodzi to najlepiej. Jednak Lou Reed i spółka doskonale odnaleźli się w takim łagodniejszym graniu. 

Ocena: 8/10



The Velvet Underground - "The Velvet Underground" (1969)

1. Candy Says; 2. What Goes On; 3. Some Kinda Love; 4. Pale Blue Eyes; 5. Jesus; 6. Beginning to See the Light; 7. I'm Set Free; 8. That's the Story of My Life; 9. The Murder Mystery; 10. After Hours

Skład: Lou Reed - wokal (2-9), gitara, pianino; Doug Yule - wokal (1,5,9), bass, organy, dodatkowy wokal; Sterling Morrison - gitara, wokal (9), dodatkowy wokal; Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (9,10), dodatkowy wokal
Producent: The Velvet Underground


27 lutego 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Transition" (1970)



Albumy pośmiertne wywołują wiele kontrowersji. Popularna opinia głosi, że wydaje się je jedynie z chęci zysku, aby zarobić na różnych odpadkach, których ich twórcy nie mieli zamiaru wydawać. W przypadku muzyki rockowej czy szeroko pojętego popu, jakość takich albumów zwykle potwierdza taką teorię. Inaczej wygląda jednak w przypadku jazzu, gdzie pośmiertne albumy często prezentują równie wysoki poziom, co dzieła muzyków wydane za życia. W znacznej mierze wynika to z samego podejścia muzyków jazzowych, którzy rzadko myśleli w kategorii albumów. O ile w muzyce rockowej proces nagrywania wygląda tak, że najpierw pojawia się pomysł stworzenia nowego albumu, a dopiero potem powstają na niego utwory, tak jazzmani po prostu co jakiś czas organizowali sesje, w trakcie których dawali ujście swojej twórczej energii. W ten sposób rejestrowane było znacznie więcej muzyki, niż było potrzebne do wypełnienia kontraktu. I dlatego właśnie cześć materiału była odkładana na później, a nie z powodu gorszej jakości tych nagrań.

Nie inaczej jest w przypadku "Transition". To drugie, po "Om", pośmiertne wydawnictwo Johna Coltrane'a (trzecie, jeśli liczyć "Cosmic Music", sygnowany wspólnie z Alice Coltrane - ale tam John wystąpił tylko w połowie utworów). Zawiera materiał zarejestrowany w maju i czerwcu 1965 roku, a więc wkrótce po "The John Coltrane Quartet Plays" i tuż przed "Ascension". Był to przejściowy okres pomiędzy już mocno uduchowionym, ale wciąż bardzo melodyjnym graniem z "A Love Supreme", a całkowitym przejściem w pozornie chaotyczną estetykę free jazzową. Stąd też tytuł tego wydawnictwa - transition, czyli właśnie przejście, choć w kontekście twórczości i życiorysu saksofonisty, właściwsze wydaje się tłumaczenie tego tytułu jako przemiana. Bo chodzi tu także o przemianę, jaka zaszła u samego Trane'a, gdy zwalczył swoje nałogi i zwrócił się ku Bogu.

Doskonałym przykładem przejściowego charakteru tego albumu, jest kompozycja tytułowa. Ten ponad 15-minutowy utwór w całości wypełnia genialna solówka Johna, który płynnie przechodzi od grania pięknych melodii do bardziej hałaśliwych, agresywnych partii i na odwrót. Rola pozostałych muzyków sprowadza się tu do akompaniamentu, co dodatkowo podkreśla sam miks utworu, eksponujący saksofon, kosztem innych instrumentów. Na podobnych kontrastach zbudowany jest także kilkuczęściowy "Suite" - tym razem jednak większa jest jednak interakcja pomiędzy Trane'em i resztą muzyków, już nie schowanych w miksie i także grających solówki. Pomiędzy tymi dwiema kompozycjami umieszczony został jeszcze bardziej konwencjonalny "Dear Lord" - dość typowa, nieco sentymentalna ballada. Co ciekawe, niektóre kompaktowe wydania "Transition" zamiast "Dear Lord" zawierają inne utwory zarejestrowane w tym okresie - "Welcome" i "Vigil". Oba ciekawsze, ale już wcześniej wydane na albumie "Kulu Sé Mama".

Bez tego albumu dyskografia Johna Coltrane'a byłaby zdecydowanie uboższa i to bynajmniej nie tylko pod względem ilościowym. "Transition" znacznie ułatwia prześledzenie i zrozumienie muzycznej przemiany, jaka zaszła w twórczości Trane'a pomiędzy "A Love Supreme" i "Ascension". Warto go też poznać dla samej gry muzyków, która jest, jak zwykle, fenomenalna. Nie dajcie się zniechęcić beznadziejnej okładce.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Transition" (1970)

1. Transition; 2. Dear Lord; 3. Suite

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alice Coltrane


26 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Directions" (1981)



Jeszcze jedna kompilacja z odrzutami. Podobnie, jak na wydanym dwa lata wcześniej "Circle in the Round", znalazły się tu utwory zarejestrowane na przestrzeni wielu lat. Materiał powstawał od 1960 do 1970 roku. Rozrzut stylistyczny też jest spory: od jazzu orkiestrowego ("Song of Our Country" z sesji "Sketches of Spain"), przez bebop (koncertowe wykonanie "'Round Midnight" w składzie z "Someday My Prince Will Come") i jazz modalny ("So Near, So Far" z sesji "Seven Steps to Heaven" i alternatywna wersja "Limbo" z "Sorcerer"), po jazz elektryczny i jazz rock. Zdecydowanie dominują utwory w tych ostatnich dwóch stylach, które zajmują aż trzy z czterech stron winylowego wydania.

Dwa pierwsze są utwory są bardzo ładne i przyjemne, ale wyraźnie słychać, że to muzyka sprzed prawie sześćdziesięciu lat, która dziś nie znajduje wielu wielbicieli. Nieco bardziej współcześnie brzmią oba modalne utwory - szczególnie "Limbo", zarejestrowany w czasach Drugiego Wielkiego Kwintetu, ale wyjątkowo w trochę innym składzie, z Busterem Williamsem zamiast Rona Cartera na kontrabasie. Najciekawsze dla współczesnego słuchacza rzeczy zaczynają się jednak dopiero od utworów "Water on the Pond" i "Fun". Zarejestrowane zostały na przełomie lat 1967/68 - tuż po nagraniu kompozycji "Circle in the Round". Oba rozwijają eksperymenty z elektrycznym brzmieniem - tym razem oprócz gitary elektrycznej (zagrali na niej odpowiednio Joe Beck i Bucky Pizzarelli), wykorzystane zostało także pianino elektryczne - ale mają znacznie bardziej przystępną formę od "Circle in the Round". Brzmią jak brakujące ogniowo między jazzem i rockiem psychodelicznym.

Kolejne trzy utwory zostały nagrane 27 listopada 1968 roku w podobnym składzie do tego na albumie "In a Silent Way" - z Waynem Shorterem, Davidem Hollandem, oraz trzema klawiszowcami, Herbiem Hancockiem, Chickiem Coreą i Josefem Zawinulem, ale z Jackiem DeJohnette'em zamiast Tony'ego Williamsa i bez Johna McLaughlina. Dający tytuł temu wydawnictwu "Directions" przez ponad dwa lata rozpoczynał występy Davisa, lecz dopiero tutaj płytową premierę ma wersja studyjna. A ściślej mówiąc dwie wersje: pierwsza bardziej rozimprowizowana, druga bardziej zwarta. Obie zachwycają mnóstwem energii i świetnymi popisami muzyków, choć na żywo utwór wypadał jeszcze lepiej. Prawdziwą perłą jest natomiast 15-minutowy "Ascent", koncepcyjnie bliski już stylistyce "In a Silent Way" - bardzo klimatyczny, niemal ambientowy utwór, zatopiony w dźwiękach elektrycznych klawiszy, z subtelną grą sekcji rytmicznej, oraz wysublimowanymi solówkami Davisa i Shortera. Do pełni brzmienia z "In a Silent Way" brakuje tylko gitary, ale chyba nawet nie bardzo by tu pasowała, a utwór doskonale broni się bez niej.

Na "Directions" znalazły się również trzy kilkunastominutowe nagrania z okresu sesji na album "Jack Johnson". "Duran" to jeden z tych utworów Davisa, w których najlepiej słychać wpływ Jimiego Hendrixa i Sly and the Family Stone. Zbudowany na wyrazistym, bardzo chwytliwym basowym motywie Hollanda, z ostrymi partiami gitary McLaughlina i mocną, rockową perkusją Billy'ego Cobhama. Trąbka Milesa przejmuje tu natomiast rolę, jaką w muzyce rockowej i funkowej pełnią partie wokalne. Zaś w miejscu solówki jest fajny duet saksofonu Shortera i klarnetu basowego Benniego Maupina, który dodaje tu lekko freejazzowego posmaku. Zdecydowanie kolejna perła tego wydawnictwa. Dość dziwnym (m.in. ze względu na brak basisty), ale ciekawym, bardzo psychodelicznym utworem jest natomiast "Konda". Znalazło się tu także alternatywne podejście do "Williego Nelsona", bardziej klimatyczne, intensywne i wciągające od wersji umieszczonej na "Jacku Johnsonie".

"Directions" ma te same wady i zalety, co "Circle in the Round". Zatem jedynym mankamentem jest pomysł zestawienia utworów z różnych etapów kariery Milesa Davisa, które nie tworzą razem spójnej całości. Za to zdecydowanie na plus zaliczyć trzeba samą zawartość muzyczną, która prezentuje wysoką jakość. Kilka utworów to ten sam poziom, co największe osiągnięcia trębacza, pozostałe nie schodzą poniżej wysokiej średniej jego dokonań z lat 1955-1975.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Directions" (1981)

LP1: 1. Song of Our Country; 2. 'Round Midnight (live); 3. So Near, So Far; 4. Limbo; 5. Water on the Pond; 6. Fun; 7. Directions I; 8. Directions II
LP2: 1. Ascent; 2. Duran; 3. Konda; 4. Willie Nelson

Skład: Miles Davis - trąbka, skrzydłówka (LP1:1); Paul Chambers - kontrabas (LP1:1,2); Jimmy Cobb - perkusja (LP1:1,2); Hank Mobley - saksofon (LP1:2); Wynton Kelly - pianino (LP1:2); George Coleman - saksofon (LP1:3); Victor Feldman - pianino (LP1:3); Ron Carter - kontrabas (LP1:3,5,6); Frank Butler - perkusja (LP1:3); Wayne Shorter - saksofon (LP1:4-8, LP2: 1,2); Herbie Hancock - pianino (LP1:4), elektryczne pianino (LP1:5-8, LP2: 1); Buster Williams - kontrabas (LP1:4); Tony Williams - perkusja (LP1:4-6); Joe Beck - gitara (LP1:5); Bucky Pizzarelli (LP1:6); Chick Corea - elektryczne pianino (LP1:7,8, LP2: 1); Joe Zawinul - instr. klawiszowe (LP1:7,8, LP2: 1); Dave Holland - bass (LP1:7,8, LP2: 1,2,4); Jack DeJohnette - perkusja (LP1:7,8, LP2: 1,3,4); Bennie Maupin - klarnet basowy (LP2:2); John McLaughlin - gitara (LP2:2-4); Billy Cobham - perkusja (LP2:2); Keith Jarrett - elektryczne pianino (LP2:3); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP2:3); Steve Grossman - saksofon (LP2:4)
Gościnnie (LP1:1): Gil Evans - aranżer i dyrygent; Johnny Coles, Bernie Glow, Ernie Royal - trąbki; James Buffington, Tony Miranda, Joe Singer - waltornie; Frank Rehak, Dick Hixon - puzony; Bill Barber - tuba; Albert Block, Harold Feldman - flety; Danny Bank - klarnet; Jack Knitzer - fagot; Romeo Penque - obój; Janet Putnam - harfa; Elvin Jones - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


23 lutego 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Blow-Up" (1967)



"Blow-Up" to ścieżka dźwiękowa do tak samo zatytułowanego filmu Michelangela Antonioniego (w Polsce znanego jako "Powiększenie"), twórcy słynnego "Zabriskie Point" (w którym wykorzystane zostały m.in. utwory Pink Floyd, The Doors i Grateful Dead). Soundtrack "Blow-Up" został w większości skomponowany i wykonany przez Herbiego Hancocka. Ponadto, w filmie wykorzystane zostały utwory brytyjskich grup rockowych The Yardbirds i Tomorrow, a także dwa covery grupy The Lovin' Spoonful w wykonaniu anonimowych brytyjskich muzyków. Na oryginalnym winylowym wydaniu albumu znalazły się wyłącznie kompozycje Hancocka i Yardbirds; nagrania pozostałych wykonawców dołączono dopiero przy okazji kompaktowych reedycji.

Herbie nagrał najpierw swoją muzykę w Londynie z pomocą tamtejszych muzyków studyjnych. Lecz rozczarowany efektem, postanowił wrócić do Nowego Jorku i tam zarejestrować materiał ponownie, tym razem z udziałem uznanych jazzmanów. Podczas tej drugiej sesji towarzyszyli mu m.in. Freddie Hubbard, Ron Carter i Jack DeJohnette, a także saksofonista Joe Henderson, gitarzysta Jim Hall i grający na hammondach Jimmy Smith (aczkolwiek niektóre źródła twierdzą, że na organach tak naprawdę grał Paul Griffin). Nagrania są bardzo eklektyczne pod względem stylistycznym. Oprócz różnych odcieni jazzu (np. bebopowy "Verushka (Part 2)", hardbopowy "End Title", czy niemal freejazzowy "The Naked Camera"), pojawiają się też utwory bluesowe (np. "Verushka (Part 1)"), a nawet psychodeliczne (np. "Bring Down the Birds", "The Thief"). Czasem też różne gatunki mieszają się ze sobą w jednym utworze, niejako zapowiadając nadejście muzyki fusion. Cała ścieżka dźwiękowa Hancocka doskonale oddaje klimat tamtych czasów, początku drugiej połowy lat 60.

Wkład The Yardbirds to jeden utwór - rozpędzone, iście hardrockowe wykonanie "Stroll On" (wariacji na temat bluesowego standardu "Train Kept A-Rollin'" Tiny'ego Bradshawa), będące prawdopodobnie najcięższym rockowym utworem, jaki powstał do czasu jego nagrania. To także jeden z zaledwie dwóch utworów grupy, w których można usłyszeć gitarowy duet Jeffa Becka i Jimmy'ego Page'a. Co ciekawe, zespół nie tylko dostarczył utwór, ale też "wykonał" go w filmie - w scenie, w której główny bohater grany przez Davida Hemmingsa przychodzi do klubu, w którym właśnie trwa koncert grupy. Początkowo w filmie miała wystąpić grupa The Velvet Underground, ale przeszkodziły kwestie prawne. Zaangażowano więc The Who, ale po kłótni z muzykami zastąpił ich The Yardbirds. Fragment sceny, w którym Beck niszczy swoją gitarę, wyraźnie został napisany pod Pete'a Townshenda, który dewastował swój instrument w trakcie występów The Who.

"Blow-Up" zdecydowanie nie należy do najwybitniejszych osiągnięć Herbiego Hancocka, ale doskonale sprawdza się w roli soundtracku. Utwór The Yardbirds jest natomiast świetnym dopełnieniem, które, o dziwo, nie sprawia wrażenia umieszczonego na niewłaściwym albumie, lecz doskonale wpisuje się w klimat całości.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Blow-Up" (1967)

1. Main Title; 2. Verushka (Part 1); 3. Verushka (Part 2); 4. The Naked Camera; 5. Bring Down the Birds; 6. Jane's Theme; 7. Stroll On; 8. The Thief; 9. The Kiss; 10. Curiosity; 11. Thomas Studies Photos; 12. The Bed; 13. End Title

Skład (1-6,8-13): Herbie Hancock - pianino, melodyka; Freddie Hubbard - trąbka; Joe Newman - trąbka; Joe Henderson - saksofon; Phil Woods - saksofon; Jimmy Smith - organy; Paul Griffin - organy; Jim Hall - gitara; Ron Carter - kontrabas, bass; Jack DeJohnette - perkusja
Skład (7): Keith Relf - wokal, harmonijka; Jeff Beck - gitara; Jimmy Page - gitara; Chris Dreja - bass; Jim McCarty - perkusja
Producent: James Austin i Julie D'Angelo


21 lutego 2018

[Recenzja] Funkadelic - "Funkadelic" (1970)



Grupa Funkadelic powstała jako instrumentalny zespół towarzyszący wokalnej grupie Parliament. Oba składy ściśle ze sobą współpracowały, a nagrywane przez nie wspólnie albumy były zamiennie sygnowane obiema nazwami. Te pod szyldem Parliament zawierały muzykę o bardziej komercyjnym charakterze - mieszankę funku, soulu, gospel, a później też disco z ledwie odrobiną rocka. Z kolei na albumach Funkadelic (przynajmniej tych najwcześniejszych) dominowała mocno rockowa, psychodeliczna odmiana funku, brzmiąca niczym skrzyżowanie Jimiego Hendrixa i Sly and the Family Stone.

Debiutancki, eponimiczny album Funkadelic przynosi muzykę o dość swobodnym, niemal jamowym graniu. Opartą na funkowo pulsującej grze sekcji rytmicznej, z hendrixowskimi partiami gitar, psychodelicznymi hammondami i soulowymi wokalami. Album spinają jak klamra dwa najbardziej odjechane utwory - dziewięciominutowy "Mommy, What's a Funkadelic?" i niewiele krótszy "What Is Soul" - oba pełne jamowego luzu, zanurzone w ćpuńsko-onirycznym klimacie. W pozostałych utworach te elementy również są obecne, ale zostały zepchnięte na trochę dalszy plan, ustępując miejsca większej przebojowości. "I Bet You" i "I Got a Thing, You Got a Thing, Everybody's Got a Thing" świetnie łączą chwytliwe melodie z mocnym, funkowym rytmem i kwaśnym brzmieniem, a "Good Old Music" został ponadto porywająco rozimprowizowany. Ciekawe urozmaicenie stanowią natomiast dwa pozostałe utwory: bluesowy "Qualify and Satisfy", oraz ballada "Music for My Mother", przywołująca skojarzenia z twórczością The Doors. Oba kawałki są świetnym dopełnieniem albumu.

Obok Band of Gypsys Hendrixa, Funkadelic był zdecydowanie najwybitniejszym przedstawicielem rockowego funku, a ten longplay całkowicie to potwierdza. Klasyk, którego wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



Funkadelic - "Funkadelic" (1970)

1. Mommy, What's a Funkadelic?; 2. I Bet You; 3. Music for My Mother; 4. I Got a Thing, You Got a Thing, Everybody's Got a Thing; 5. Good Old Music; 6. Qualify and Satisfy; 7. What Is Soul

Skład Funkadelic: Eddie Hazel - gitara, dodatkowy wokal; Lucius Ross - gitara; Billy Nelson - bass (3,4,6), wokal (5), dodatkowy wokal; Ramon Fulwood - perkusja (1,2,4-7); Mickey Atkins - organy (5,6,7)
Skład Parliament: George Clinton - wokal (1,7); Clarence Haskins - wokal (2,5); Calvin Simon - wokal (2,6); Ray Davis - wokal (2); Grady Thomas - wokal (2)
Gościnnie: Ray Monette - gitara (2); Bob Babbitt - bass (1,2); Brad Innis - perkusja (3); Gasper Lawal - kongi (3); Earl Van Dyke - organy (2); Bernie Worrell - organy (4); Herb Sparkman - wokal (3); Hot Buttered Soul - dodatkowy wokal
Producent: George Clinton


20 lutego 2018

[Recenzja] Fire! - "The Hands" (2018)



Rok 2018 na razie nie zapowiada się ciekawie pod względem płytowych premier, lecz przyniósł już jedno bardzo interesujące wydawnictwo. Jest nim wydany niemal równo miesiąc temu album "The Hands" szwedzkiego tria Fire!. Zespół powstał blisko dekadę temu z inicjatywy saksofonisty Matsa Gustafssona - jednego z najbardziej zapracowanych muzyków w branży, zaangażowanego w dziesiątki projektów i współpracującego z niezliczonymi artystami, głównie ze świata jazzu, choć czasem też rocka (wspomagał chociażby Sonic Youth). Od samego początku towarzyszy mu sekcja rytmiczna składająca się z basisty Johana Berthlinga i perkusisty Andreasa Werliina. Trio wydało dotąd sześć albumów studyjnych (wliczając najnowszy), a także trzy kolejne pod szyldem Fire! Orchestra, na których towarzyszy mu mocno rozbudowany skład. Stylistycznie zespół porusza się w rejonach fusion, jazz rocka i free jazzu z domieszką noise'u, psychodelii i elementów krautrocka - wymieszanych w różnych proporcach, w zależności od albumu.

Na "The Hands" muzycy postawili przede wszystkim na brudne, surowe brzmienie. Ciężka gra sekcji rytmicznej, z przesterowanym basem, budzi skojarzenia ze stoner metalem, a towarzyszą jej przeszywające, ostre dźwięki różnych saksofonów (tenorowego, barytonowego i basowego), wyraźnie zahaczające o estetykę free (tu i ówdzie brzmienie dopełniane jest jeszcze elektronicznymi szumami). Jak rewelacyjny dało to efekt, można przekonać się już w otwierającym album utworze tytułowym, napędzanym energetyczną grą perkusisty, z porywającym basowym riffem i drapieżnymi, lecz całkiem melodyjnymi solówkami saksofonu. Albo w "To Shave the Leaves. In Red. In Black.", w którym zespół dla odmiany maksymalnie zwalnia tempo - sekcja gra niemal doommetalowo, co świetnie współgra z posępnymi partiami saksofonu. Transowa monotonia i ciężki klimat tego utworu zwalają z nóg. Bardzo fajnie wypadają też pozostałe utwory łączące stonerowy czad sekcji rytmicznej z freejazzowymi odlotami saksofonu, czyli "When Her Lips Collapsed" i "Up and Down". Są tu także utwory o odmiennym charakterze - "Washing Your Heart in Filth", oparty na egzotycznie brzmiących perkusjonaliach, oraz "Touches Me With the Tips of Wonder" i "I Guard Her to Rest. Declaring Silence.", zagrane bardziej subtelne, niemalże akustycznie (nie licząc cichego elektronicznego skwierczenia). Całość trwa niespełna 37 minut, więc nie sposób odczuć znużenia - zwłaszcza, że cały czas dzieją się tu same ciekawe rzeczy.

"The Hands" udowadnia, że fuzja jazzu i rocka w XXI wieku wciąż może brzmieć świeżo i ekscytująco. Fantastyczny album. Polecam wszystkim, którzy nie boją się nowych muzycznych doznań.

Ocena: 8/10



Fire! - "The Hands" (2018)

1. The Hands; 2. When Her Lips Collapsed; 3. Touches Me With the Tips of Wonder; 4. Washing Your Heart in Filth; 5. Up and Down; 6. To Shave the Leaves. In Red. In Black.; 7. I Guard Her to Rest. Declaring Silence.

Skład: Mats Gustafsson - saksofon, elektronika; Johan Berthling - bass, kontrabas; Andreas Werliin - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fire!


19 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)



"Circle in the Round" to kolejny zbiór wcześniej niewykorzystanych nagrań z katalogu Milesa Davisa. Tym razem pochodzących z bardzo odległych sesji. Kompilacja obejmuje materiał z lat 1955-1970. W ciągu tych piętnastu lat Davis dokonywał licznych zmian składów i stylów, co negatywnie wpływa na spójność tego wydawnictwa. Za to poziom poszczególnych utworów prezentuje się bardzo wysoko. W większości są to zupełnie premierowe nagrania. Wyjątek stanowi "Love for Sale", który w tej samej wersji był już wydany na japońskiej kompilacji "1958 Miles" (1974), a także "Two Bass Hit" i "Sanctuary" - znane odpowiednio z albumów "Milestones" i "Bitches Brew", tutaj jednak zamieszczone w innych, starszych wersjach, nagranych przez inne składy.

Na pierwszej stronie cofamy się do czasów hard bopu i cool jazzu, za sprawą trzech utworów zarejestrowanych w latach 1955, 1958 i 1961. "Two Bass Hit", kompozycja  Dizzy'ego Gillespie i Johna Lewisa, została nagrana przez tzw. Pierwszy Wielki Kwintet Milesa Davisa w tym samym czasie, co album "'Round About Midnight". "Love for Sale", autorstwa Cole'a Portera, został natomiast zarejestrowany wkrótce po sesji "Milestones", już w innym składzie - tym samym sekstecie, który gra w większości utworów na "Kind of Blue". Z kolei "Blues No. 2" to odrzut z sesji "Someday My Prince Will Come". Wszystkie te utwory to typowy jazz z tamtego okresu, bardzo przyjemny, ale dziś brzmiący już trochę archaicznie. Jeśli jednak ktoś lubi ten klimat, z pewnością będzie zachwycony. Szczególnie wspaniale wypada 12-minutowy "Love for Sale", pełen doskonałych popisów solowych Davisa, Johna Coltrane'a, Cannonballa Adderleya i Billa Evansa, wspartych świetną grą sekcji rytmicznej tworzonej przez Paula Chambersa i Jimmy'ego Cobba. Nie błyszczą tu może aż tak, jak na "Kind of Blue", ale już tu słychać zalążek magii tamtego albumu.

Druga strona i większość trzeciej to już nagrania z przełomu lat 1967-68, czyli schyłkowego okresu istnienia Drugiego Wielkiego Kwintetu i pierwszych eksperymentów z elektrycznym instrumentarium. Wypełniający całą stronę tytułowy "Circle in the Round" to ponad półgodzinny jam (na potrzeby tego albumu skrócony o siedem minut), który rozpoczął tzw. elektryczny okres twórczości Davisa. Co prawda, członkowie kwintetu grają tu na akustycznym instrumentarium (ciekawostką jest wykorzystanie czelesty zamiast pianina), ale towarzyszy im Joe Beck na gitarze elektrycznej (grający tylko charakterystyczną partię rytmiczną, żadnej solówki). Utwór był prawdziwym przełomem w twórczości Davisa, a gdyby został wydany zaraz po nagraniu, można by mówić o nim jako o kamieniu milowym jazzu. Jednak nawet bez tego kontekstu, jest to po prostu porywający popis improwizatorskich umiejętności muzyków i jedno z największych arcydzieł Davisa z lat 60.

"Teo's Bag" i "Side Car I" to powrót do stricte akustycznego grania, ale niezwykle ekspresyjnego i dużo bardziej nowoczesnego. Ten drugi został tu zamieszczony także w alternatywnej wersji, zatytułowanej "Side Car II", wzbogaconej o gitarowe partie George'a Bensona. Jego gra ozdobiła także oryginalną wersję "Sanctuary" - w przeciwieństwie do tej bardziej znanej, w całości utrzymaną w delikatnym, balladowym nastroju. Wszystkie te utwory powstały w tym samym czasie, co album "Miles in the Sky". Nieco później, bo pod koniec 1968 roku, i w trochę innym składzie zarejestrowany został "Splash". Tu już słychać zupełnie inną koncepcję, wspaniale rozwiniętą wkrótce potem na albumie "In a Silent Way" - prostszy, bardziej rockowy rytm i psychodeliczne partie elektrycznych klawiszy Herbiego Hancocka, Chicka Corei i Joego Zawinula. Brakuje tylko Johna McLaughlina i jego gitary. Jest za to mnóstwo energii i porywające partie instrumentalne, przede wszystkim saksofonowa solówka Wayne'a Shortera.

Ostatni utwór, "Guinnevere", to kompozycja Davida Crosby'ego z debiutanckiego albumu folkrockowej supergrupy Crosby, Stills & Nash. Tutejsza wersja została zarejestrowana na początku 1970 roku, w tym samym czasie, co utwory "Great Expectations", "Orange Lady" i "Lonely Fire" wydane na albumie "Big Fun". "Guinnevere" utrzymany jest w tym samym stylu - bardzo klimatycznego, psychodelicznego fusion, z silnymi wpływami muzyki hindustańskiej. Sam kompozytor przyznawał, że nie słyszy tu żadnego podobieństwa do swojego utworu. Podobno miał czelność powiedzieć o tym Davisowi, gdy ten prezentował mu nagranie, za co został przez niego wykopany z jego domu. Trudno się z nim jednak nie zgodzić. Utwór zmienił się ze zgrabnej, melodyjnej piosenki w hipnotyzujący, instrumentalny jam, w którym nie słychać żadnych rozpoznawalnych motywów z oryginału. W ten sposób powstało coś zupełnie nowego, równie doskonałego w swojej kategorii.

"Circle in the Round" to bardzo chaotyczny zbiór utworów z różnych etapów kariery Milesa Davisa. Brak spójności kompilacji wynagradzają jednak same kompozycje, które zdecydowanie nie zasłużyły na to, by tak wiele czasu przeleżeć w archiwum. Dobrze więc, że takie wydawnictwo się ukazało. Do dziś stanowi świetne uzupełnienie dyskografii Davisa. Bo choć niektóre utwory są obecnie dołączane do kompaktowych reedycji właściwych albumów, tak pozostałe - w tym takie perły, jak "Circle in the Round" i "Guinnevere" - są poza tą składanką dostępne tylko w drogich i trudnych do zdobycia boksach.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)

LP1: 1. Two Bass Hit; 2. Love for Sale; 3. Blues No. 2; 4. Circle in the Round
LP2: 1. Teo's Bag; 2. Side Car I; 3. Side Car II; 4. Splash; 5. Sanctuary; 6. Guinnevere

Skład: Miles Davis - trąbka, instr. perkusyjne (LP1:4); John Coltrane - saksofon (LP1:1,2); Red Garland - pianino (LP1:1); Paul Chambers - kontrabas (LP1:1-3); Philly Joe Jones - perkusja (LP1:1,3); Cannonball Adderley - saksofon (LP1:2); Bill Evans - pianino (LP1:2); Jimmy Cobb - perkusja (LP1:2); Hank Mobley - saksofon (LP1:3); Wynton Kelly - pianino (LP1:3); Wayne Shorter - saksofon (LP1:4, LP2:1-6); Herbie Hancock - czelesta (LP1:4, LP2:6), pianino (LP2:1-3,5,6), elektryczne pianino (LP2:4,6); Ron Carter - kontrabas (LP1:4, LP2:1-3,5); Tony Williams - perkusja (LP1:4, LP2:1-5); Joe Beck - gitara (LP1:4); George Benson - gitara (LP2:3,5); Chick Corea - elektryczne pianino (LP2:4,6); Joe Zawinul - pianino (LP2:4), elektryczne pianino (LP2:6); Dave Holland - kontrabas (LP2:4,6); Bennie Maupin - klarnet basowy (LP2:6); Khalil Balakrishna - sitar (LP2:6); Harvey Brooks - bass (LP2:6); Jack DeJohnette - perkusja (LP2:6);  Billy Cobham - perkusja (LP2:6); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP2:6)
Producent: Joe McEwen i Jim Fishel


16 lutego 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1966)



"Maiden Voyage", najsłynniejszy album Herbiego Hancocka z epoki jazzu akustycznego, został zarejestrowany podczas jednodniowej sesji, 17 marca 1965 roku. Pianiście towarzyszą ci sami muzycy, co na poprzednim w jego dyskografii "Empyrean Isles" - trębacz Freddie Hubbard, basista Ron Carter i perkusista Tony Williams. Ponadto w nagraniach wziął udział saksofonista George Coleman, który parę miesięcy wcześniej przez pewien czas grał z Hancockiem, Carterem i Williamsem w kwintecie Milesa Davisa (można go usłyszeć na albumie "Seven Steps to Heaven" i kilku koncertówkach z tamtego okresu).

"Maiden Voyage" to swego rodzaju album koncepcyjny. Tytuły większości utworów nie przypadkiem kojarzą się z tematyką marynistyczną. Kompozycje mają charakter ilustracyjny, co sprawia, że nie są całkowicie abstrakcyjne, jak większość jazzu. Album składa się z pięciu kompozycji Herbiego. Jedną z nich, "Little One", pianista nagrał już kilka tygodni wcześniej (z tą samą sekcją rytmiczną), na album "E.S.P." kwintetu Davisa. W nowej wersji zachowany został subtelny klimat oryginału, ale oczywiście zupełnie inaczej są grane wszystkie solówki. Pozostałe utwory są już w pełni premierowe. Tytułowy "Maiden Voyage" - ulubiona własna kompozycja Hancocka - oraz "Dolphin Dance" stały się jazzowymi standardami. Wraz z "Little One", stanowią doskonały przykład jazzu modalnego. Dwa pozostałe, bardziej ekspresyjne nagrania, "The Eye of the Hurricane" i "Survival of the Fittest" (będący przede wszystkim popisem Williamsa), bliższe są hard bopu. Zarówno w tych szybszych, jak i w delikatniejszych utworach, muzycy zachwycają swoim zgraniem i pomysłowymi partiami solowymi.

Ten album to absolutny kanon jazzu. Osobiście podchodzę do niego jednak z pewną rezerwą. Zawarta na nim muzyka nie wyróżnia się szczególnie na tle innych ówczesnych wydawnictw. Jest zgrabnie skomponowana, świetnie wykonana, ale często sprawiająca wrażenie zbyt zachowawczej i wykalkulowanej. Wciąż jednak jest to bardzo przyjemny album.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1966)

1. Maiden Voyage; 2. The Eye of the Hurricane; 3. Little One; 4. Survival of the Fittest; 5. Dolphin Dance

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - trąbka; George Coleman - saksofon; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


15 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)



Po komercyjnej klapie "The Velvet Underground & Nico", muzycy zespołu postanowili sami pokierować swoją karierą. Odprawili Andy'ego Warhola i Nico (która w efekcie rozpoczęła karierę solową), a następnie zabrali się za nagranie drugiego albumu. Uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie próba odtworzenia w studiu muzyki, jaką grali podczas koncertów. Tym samym, całkowicie zrezygnowali z obecnych na debiucie elementów folkowych, oraz nawiązań do psychodelii. Materiał zawarty na "White Light/White Heat" ma o wiele bardziej eksperymentalny, awangardowy charakter.

Utwory można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się krótsze nagrania o quasi-piosenkowym charakterze. Tytułowy "White Light/White Heat", "Lady Godiva's Operation", "Here She Comes Now" i "I Heard Her Call My Name" mogłyby konkurować na listach przebojów z ówczesnymi singlami Stonesów, gdyby nie brzmienie. Brudne, mocno przesterowane, pełne gitarowych sprzężeń i zgrzytów, ale w przeciwieństwie do stosującego podobne dźwięki Hendrixa czy grupy Cream, jest to granie o wiele bardziej hałaśliwe, chaotyczne, atonalne. Do drugiej grupy należą utwory jeszcze bardziej niekonwencjonalne. Ośmiominutowy "The Gift" składa się z recytacji Johna Cale'a (słyszalnej tylko w lewym kanale) i jednostajnego podkładu instrumentalnego z motoryczną grą sekcji rytmicznej i zgrzytliwymi partiami gitary (obecnego tylko w prawym kanale). Z kolei finałowy "Sister Ray" to 17-minutowy jam zbudowany na ledwie trzech akordach. Pomimo agresywnego, przesterowanego brzmienia, kawałek tak hipnotyzuje, że ciężko się od niego oderwać.

"White Light/White Heat" to kolejny bardzo wpływowy album na późniejszą muzykę rockową - to zupełnie pierwszy, archetypowy przykład noise rocka. Jednak o wartości tego albumu decyduje nie tylko jego oryginalność i oddziaływanie na późniejsze pokolenia muzyków. Zawarta tutaj muzyka broni się sama, każdy utwór przyciąga czymś uwagę - jeśli nie eksperymentami, to ukrytą pod warstwą sprzężeń dobrą melodią. Samo brzmienie również robi wrażenie, zwłaszcza jak na początek 1968 roku. W tamtym czasie było to prawdziwe ekstremum, nikt nie brzmiał tak brutalnie.

Ocena: 9/10



The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)

1. White Light/White Heat; 2. The Gift; 3. Lady Godiva's Operation; 4. Here She Comes Now; 5. I Heard Her Call My Name; 6. Sister Ray

Skład: Lou Reed - wokal i gitara; John Cale - bass (1,2,4,5), instr. klawiszowe (1,4,6), skrzypce (3,4), wokal (2,3), dodatkowy wokal, efekty; Sterling Morrison - gitara, bass (3), dodatkowy wokal, efekty; Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Wilson


14 lutego 2018

[Recenzja] Captain Beefheart and His Magic Band - "Strictly Personal" (1968)



Drugi album Captaina Beefhearta i jego magicznego zespołu początkowo miał nosić tytuł "It Comes to You in a Plain Brown Wrapper" (po tym pomyśle została tylko nawiązująca do tamtego tytułu okładka) i składać się z dwóch płyt, wypełnionych porywającymi, bluesrockowymi kawałkami. Niestety, producent Bob Krasnow postanowił - za plecami muzyków - ingerować w gotowy już materiał. Nie tylko dokonał nowego miksu, ale także ponakładał przeróżne efekty, które miały nadać psychodelicznego charakteru. Było to koniunkturalne zagranie - rock psychodeliczny był w tamtych czasach bardziej popularny w Stanach od bluesa. Krasnow zadecydował także, aby album składał się z jednej płyty. Muzycy zostali postawieni przed faktem dokonanym i choć nie wszystkim efekt przypadł do gustu, nie mieli odwagi się sprzeciwiać.

Jak świetny to mógł być album, gdyby został zrealizowany po myśli muzyków, można przekonać się dzięki nagraniom, które po latach wypłynęły na różnych wydawnictwach (część już w 1971 roku, pod tytułem "Mirror Man"). Problemem "Strictly Personal" jest brzmienie. Efekty dźwiękowe zamiast faktycznie dodawać utworom psychodelicznego efektu, powodują raczej wrażenie, jakby materiał był nagrywany na wyjątkowo kiepskim sprzęcie. Partie instrumentalne zlewają się ze sobą i brzmią po prostu beznadziejnie. Szkoda, bo same utwory są całkiem udane. W przeciwieństwie do debiutanckiego "Safe as Milk", materiał jest bardziej jednorodny stylistycznie, zorientowany na granie bluesowe. Raz bliższe korzennego grania w stylu Delty Missisipi (np. "Ah Feel Like Ahcid"), kiedy indziej bluesa chicagowskiego (np. "Gimme Dat Harp Boy"), a czasem stawiające na bluesrockowy czad i improwizację (np. ekspresyjny, pełen pasji "Trust Us" - najbardziej porywający fragment albumu). Często zresztą różne odmiany bluesa mieszają w obrębie jednego kawałka.

Z odpowiednią dla takiej muzyki produkcją, album mógłby naprawdę zachwycić. Bo nie można się tu przyczepić ani do samych kompozycji, ani ich wykonania - nie brakuje tu bowiem porywających partii instrumentalnych (zwłaszcza gitarowych i harmonijkowych), a wokal Kapitana jest wciąż tak samo charyzmatyczny i charakterystyczny, jak na debiucie. Jednak to koszmarne brzmienie odbiera przyjemność ze słuchania.

Ocena: 7/10



Captain Beefheart and His Magic Band - "Strictly Personal" (1968)

1. Ah Feel Like Ahcid; 2. Safe As Milk; 3. Trust Us; 4. Son of Mirror Man - Mere Man; 5. On Tomorrow; 6. Beatle Bones 'n' Smokin' Stones; 7. Gimme Dat Harp Boy; 8. Kandy Korn

Skład: Don Van Vliet (Captain Beefheart) - wokal i harmonijka; Alex St. Clair - gitara; Jeff Cotton - gitara; Jerry Handley - bass; John French - perkusja
Producent: Bob Krasnow


13 lutego 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Bundles" (1975)



Przy okazji ósmego albumu muzycy Soft Machine zrezygnowali z tradycji tytułowania swoich wydawnictw kolejnymi cyframi. Jednak największa zmiana, jaka zaszła od czasu wydania "Seven", to poszerzenie składu o piątego muzyka, Allana Holdswortha - jednego z najlepszych jazzrockowych gitarzystów, wówczas jeszcze mało znanego (choć miał już na koncie m.in. udział w nagraniu solowego albumu Iana Carra z Nucleus, "Belladonna"). "Bundles" jest pierwszym albumem Soft Machine, na którym pojawia się gitara elektryczna. Pod względem stylistycznym stanowi on kontynuację kierunku obranego na dwóch poprzednich longplayach - czyli mainstreamowego fusion - lecz dodanie ostrych partii Holdswortha wprowadza zupełnie nową jakość, nadając muzyce zespołu bardziej rockowego charakteru.

Prawie całą stronę A winylowego wydania wypełnia cykl utworów o wspólnym tytule "Hazard Profile". Pierwsza i czwarta część to przede wszystkim porywające, mocno rockowe granie Allana (główny riff "Part One" pochodzi z kompozycji Karla Jenkinsa "Song for the Bearded Lady" z albumu "We'll Talk About It Later" Nucleus). Pomiędzy nimi znalazły się dwie miniaturki: klasycyzująca "Part Two (Toccatina)" i łagodna, lecz bardziej rockowa "Part Three". Na koniec czeka jeszcze "Part Five", w którym gitarowe riffowanie schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca syntezatorowej solówce. Na pierwszej stronie znalazło się jeszcze miejsce dla ładnej miniaturki "Gone Sailing", zagranej wyłącznie na gitarze akustycznej.

Na drugiej stronie proporcje pomiędzy elementami rockowymi i jazzowymi odwracają się na korzyść tych drugich. Choć i tutaj nie brakuje ostrych dźwięków gitary: w tytułowym "Bundles" i "Land of the Bag Snake" pełnią one pierwszoplanową rolę, a w "Peff" stanowią tło dla popisów Mike'a Rattledge'a. Ten ostatni utwór, oraz klimatyczny "The Man Who Waved at Trains", to jedyny kompozytorski wkład w ten album Rattledge'a, który coraz bardziej oddalał się od grupy. Pod większością utworów podpisany jest Jenkins, dwa dostarczył Holdsworth ("Gone Sailing" i "Land of the Bag Snake"), a perkusyjne solo "Four Gongs Two Drums" to oczywiście wkład Jamesa Marshalla - zresztą niepotrzebny, bo to najmniej ciekawy fragment całości. Zaraz potem rozbrzmiewa jednak przepiękny "The Floating World", w którym minimalistyczna elektronika stanowi podkład dla subtelnych partii fletu. Doskonały finał albumu.

"Bundles" to świetne odświeżenie stylu Soft Machine. Zespół całkowicie odszedł tutaj od awangardy, wkraczając jednocześnie do samej ekstraklasy mainstreamowego fusion. To zdecydowanie najbardziej udany album grupy z tych bardziej przystępnych i konwencjonalnych.

Ocena: 8/10



Soft Machine - "Bundles" (1975)

1. Hazard Profile Part One; 2. Hazard Profile Part Two (Toccatina); 3 Hazard Profile Part Three; 4. Hazard Profile Part Four; 5. Hazard Profile Part Five; 6. Gone Sailing; 7. Bundles; 8. Land of the Bag Snake; 9. The Man Who Waved at Trains; 10. Peff; 11. Four Gongs Two Drums; 12. The Floating World

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - instr. klawiszowe, obój, saksofon; Allan Holdsworth - gitara; Roy Babbington - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ray Warleigh - flet (12)
Producent: Soft Machine


12 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Dark Magus" (1977)



Album "Dark Magus" - podobnie jak wcześniej "Black Beauty" i "Pangaea" - pierwotnie ukazał się wyłącznie w Japonii. W Stanach i Europie po raz pierwszy oficjalnie wydano ten materiał dopiero w 1997 roku. Dwie dekady wcześniej przedstawiciele Columbia Records stanowczo się temu sprzeciwiali, mając zapewne w pamięci komercyjne niepowodzenie kilku wcześniejszych wydawnictw Milesa Davisa. Zupełnie inaczej wyglądało to w Japonii, gdzie masowo kupowano wszystkie albumy wykonawców, którzy odwiedzili z koncertami Kraj Kwitnącej Wiśni.

"Dark Magus" to zapis występu w nowojorskiej Carnegie Hall, 30 marca 1974 roku. Nie sposób uniknąć porównań z zarejestrowanymi niemal rok później w Japonii albumami "Agharta" i "Pangaea". Bardzo podobny jest skład - na "Dark Magus" Davisowi towarzyszą gitarzyści Reggie Lucas i Pete Cosey, basista Michael Henderson, perkusista Al Foster, perkusjonalista James Mtume, oraz saksofonista Dave Liebman (a nie, jak później w Japonii, Sonny Forune). Ponadto, druga część występu była jednocześnie przesłuchaniem dwóch nowych kandydatów do zespołu: saksofonisty Azara Lawrence'a i gitarzysty Dominique'a Gaumonta. Lawrence już nigdy więcej z Davisem nie grał, za to Gaumont wziął później udział w nagraniu kilku utworów na "Get Up with It".

Podobny charakter ma także sama muzyka. "Dark Magus" to jedna wielka improwizacja, doskonale łącząca elementy fusion, funku i rocka psychodelicznego. Trwający sto minut materiał został podzielony na cztery około 25-minutowe utwory (po jednym na każdą stronę winylowego wydania), zatytułowane kolejnymi cyframi od jeden do cztery w afrykańskim języku swahili. W przeciwieństwie do japońskich występów, całość wydaje się nieco bardziej melodyjna, poukładana i przemyślana (co w żadnym wypadku nie jest zarzutem wobec "Agharty" i "Pangaei"). Każdy z czterech utworów sprawia wrażenie zamkniętej całości, składającej się z dwóch kontrastujących części: jednej intensywnej, drugiej nastawionej na budowanie klimatu. Muzycy rzadko sięgają po tematy znane ze studyjnych albumów - wyjątkiem jest druga połowa "Tatu", oparta na "Calypso Frelimo", oraz pierwsza część "Nne", zbudowana na motywach "Ife".

Wykonanie jest wprost niewiarygodne. Ależ oni tu napieprzają. W szybszych, bardziej ekspresyjnych momentach dominuje niesamowicie gęsta gra sekcji rytmicznej, wsparta rockowymi zagrywkami i solówkami gitarzystów w stylu Hendrixa, oraz porywającymi popisami Davisa i Liebmana, z dopełniającymi czasem brzmienie elektrycznymi organami. Z kolei w wolniejszych fragmentach muzycy tworzą naprawę niesamowity nastrój, przypominający kosmiczno-orientalne odloty co lepszych grup psychodelicznych; nie brakuje tu przepięknych solówek sekcji dętej i gitarzystów. Interakcja pomiędzy instrumentalistami jest fenomenalna. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że nie grają przećwiczonego wcześniej materiału - te utwory były tworzone na bieżąco podczas koncertu. Co więcej, Lawrence i Gaumont nigdy wcześniej nie grali ani ze sobą, ani z nikim z septetu. Obaj doskonale się tu jednak odnaleźli. Cały album jest genialnie wykonany, ale gdybym miał wskazać najlepszy moment, to bez wahania wybrałbym "Wili", w którym znalazły się najbardziej porywające i najpiękniejsze momenty, a jako całość najlepiej chyba pokazuje doskonałą współpracę muzyków.

Ze wszystkich genialnych koncertówek Milesa Davisa chyba właśnie "Dark Magus" robi na mnie największe wrażenie (chociaż "Pangaea" jest bardzo blisko). Fantastyczne, pełne pomysłów wykonanie przez całe sto minut przyciąga uwagę, nie dając ani chwili wytchnienia. Warto też wspomnieć o rewelacyjnym brzmieniu, nie pozbawionym brudu i ciężaru, ale zarazem bardzo czytelnym, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami. "Dark Magus" to album, z którym każdy powinien się zapoznać. Także ci, których odstrasza słowo "jazz". Zwłaszcza, że zawarta tutaj muzyka znacznie odbiega od tego, z czym zapewne kojarzą to słowo.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Dark Magus" (1977)

LP1: 1. Moja; 2. Wili
LP2: 1. Tatu; 2. Nne

Skład: Miles Davis - trąbka, organy; Dave Liebman - saksofon; Reggie Lucas - gitara; Pete Cosey - gitara; Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne
Gościnnie: Azar Lawrence - saksofon (LP2); Dominique Gaumont - gitara (LP2)
Producent: Teo Macero


9 lutego 2018

[Recenzja] Jack DeJohnette - "Sorcery" (1974)



Jack DeJohnette to jeden z czołowych perkusistów muzyki fusion. Znany przede wszystkim z współpracy z Milesem Davisem (grał podczas większości jego sesji i koncertów w latach 1969-72), występował także z wieloma innymi słynnymi jazzmanami. Posiada też bogaty dorobek solowy. Album "Sorcery" nie należy może do jego najwybitniejszych osiągnięć, lecz wciąż jest to bardzo interesujący longplay. Już sam skład przyspiesza bicie serca: Dave Holland na basie, John Abercrombie na gitarze i Bennie Maupin na klarnecie basowym. Ponadto w nagraniach wzięli udział gitarzysta Mick Goodrick i puzonista Michael Fellerman. Album powstał podczas dwóch sesji: strona A zawiera nagrania z marca 1974 roku, a strona B z maja tego samego roku (na drugiej z nich grali tylko DeJohnette, Holland i Fellerman).

"Sorcery" rozpoczyna się od trzynastominutowego utworu tytułowego, będącego doskonałym połączeniem fusion i spiritual jazzu, momentami zahaczając nawet o granie free. Nieziemski klimat budowany jest przez hipnotyzującą linię basu, oraz długie solówki Abercrombiego i Maupina. Oczywiście, towarzyszy temu fantastyczna gra DeJohnette'a. Gdyby cały album był utrzymany w takim stylu i równie porywająco wykonany, byłby to bez wątpienia poziom największych dokonań Pharoaha Sandersa czy Alice Coltrane. Niestety, każdy z pozostałych utworów utrzymany jest w innym stylu, a z ich poziomem bywa różnie. Fajnie wypada bardzo energetyczny i melodyjny "The Rock Thing" - zgodnie z tytułem, bardziej rockowy, niż jazzowy, choć oprócz wyrazistej gry sekcji rytmicznej i ostrych partii gitarowych Goodricka, istotną rolę odgrywają solówki Maupina. Dość interesujący jest freejazzowy "The Reverend King Suite", będący rozwinięciem kompozycji "Reverend King" Johna Coltrane'a, w którym DeJohnette występuje także w roli klawiszowca i saksofonisty. Natomiast finałowy "Epilog" to po prostu zgrabny, melodyjny kawałek, ze świetną grą sekcji rytmicznej. Gorsze wrażenie sprawia żartobliwy "Four Levels of Joy", rażący banalną melodią. Kompletną pomyłką jest natomiast "The Right Time" z okropnymi wokalami a capella.

"Sorcery" to strasznie niespójny album, na którym nic się ze sobą nie klei, mający zarówno genialne, jak i beznadziejne momenty. Jednak sama tytułowa kompozycja podnosi znacząco poziom całości i choćby dla tego jednego fragmentu warto zapoznać się tym wydawnictwem. Warto dodać, że współpraca DeJohnette'a, Hollanda i Abercrombiego układała się tak dobrze, że wkrótce potem założyli trio Gateway i wydali pod tym szyldem kilka bardzo cenionych albumów.

Ocena: 7/10



Jack DeJohnette - "Sorcery" (1974)

1. Sorcery, No. 1; 2. The Right Time; 3. The Rock Thing; 4. The Reverend King Suite; 5. Four Levels of Joy; 6. Epilog

Skład: Jack DeJohnette - perkusja, instr. klawiszowe (4-6), saksofon (4); Dave Holland - kontrabas, bass; Michael Fellerman - metafon (1,3,4), puzon (4); Bennie Maupin - klarnet basowy (1,3); John Abercrombie - gitara (1); Mick Goodrick - gitara (3)
Producent: Jack DeJohnette


8 lutego 2018

[Recenzja] Killing Floor - "Out of Uranus" (1970)



W 1971 roku Rory Gallagher zatrudnił do swojego zespołu dwóch nowych muzyków - pianistę Lou Martina i perkusistę Roda de'Atha - przyczyniając się tym samym do rozpadu grupy Killing Floor, w której obaj występowali. Zespół, nazwany tak prawdopodobnie od utworu Howlin' Wolfa, powstał w 1968 roku w Londynie i w ciągu swojej krótkiej działalności zdążył wydać dwa albumy studyjne (Martin wystąpił na obu z nich, de'Ath dołączył już po ich zarejestrowaniu). Debiutancki "Killing Floor" z 1969 roku to nieco spóźniona odpowiedź na brytyjski blues. W roku, w którym debiutował Led Zeppelin, już nie sposób było przebić się z takim materiałem. Rozumieli to główni przedstawiciele nurtu, którzy postanowili iść w innym kierunku: John Mayall przerzucił się na granie akustyczne o jazzowym zabarwieniu ("The Turning Point"), Eric Clapton stworzył eklektyczny Blind Faith, a Peter Green ze swoim Fleetwood Mac nagrał w dużej mierze folkowy, zaś momentami niemal hardrockowy "Then Play On". Zrozumieli to też muzycy Killing Floor, którzy na swoim drugim longplayu, "Out of Uranus", zaproponowali znacznie bardziej zróżnicowany materiał.

Bluesowe korzenie grupy wciąż wyraźnie słychać w takich utworach, jak "Where Nobody Ever Goes" czy "Milkman". Ale już taki "Lost Alone" to całkiem oryginalne połączenie bluesa, rock and rolla i jazzu. W rozpędzonym, ciężkim rock and rollu "Sun Keeps Shining" również pojawia się przejście o jazzującym charakterze, przypominające eksperymenty Ten Years After. Zespół czerpie także inspiracje z nowszych nurtów: hard rocka (m.in. utwór tytułowy, "Acid Bean") i rocka psychodelicznego (stonowany "Soon There Will Be Everything", wzbogacony partiami skrzypiec i melotronu). Świetną symbiozą hardrockowego ciężaru i kwaśnej atmosfery psychodelii jest "Son of Wet" (trochę zepsuty nic nie wnoszącą solówką perkusyjną). Znalazł się tu nawet proto-punkowy "Call for the Politicians", choć to akurat najsłabszy fragment wydawnictwa... Na całym albumie zwraca uwagę świetna gra sekcji rytmicznej (szczególnie basisty, którego partie zostały fantastycznie uwypuklone w miksie), ciekawie urozmaicająca utwory. Sporo tu także fajnej harmonijki, podkreślającej bardziej bluesowe momenty. Przeciętnie wypada natomiast wokal i gitara, a klawisze - poza jednym utworem - są praktycznie nieobecne. Zaś same kompozycje, choć słucha się ich przyjemnie, niestety nie zapadają w pamięć.

"Out of Uranus" jest typowym dzieckiem swoich czasów - eklektycznym albumem czerpiącym z tego, co najlepsze w ówczesnym rocku. Z dobrym, ale zdecydowanie nie porywającym efektem. Longplay zainteresuje raczej tylko największych miłośników takiej muzyki.

Ocena: 7/10



Killing Floor - "Out of Uranus" (1970)

1. Out of Uranus; 2. Soon There Will Be Everything; 3. Acid Bean; 4. Where Nobody Ever Goes; 5. Sun Keeps Shining; 6. Call for the Politicians; 6. Fido Castrol; 7. Lost Alone; 8. Son of Wet; 9. Milkman

Skład: Bill Thorndycraft - wokal, harmonijka; Mike Clarke - gitara; Stuart Macdonald - bass, dodatkowy wokal; Bazz Smith - perkusja; Lou Martin - instr. klawiszowe
Gościnnie: Paul Spencer Mac - skrzypce (2)
Producent: John Edward


7 lutego 2018

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "(turn it over)" (1970)



Debiutancki album The Tony Williams Lifetime, "Emergency!", miał tylko dwie, za to dość poważne wady. Brak basisty i okropne partie wokalne Williamsa. Na drugim longplayu grupy, "(turn it over)", rozwiązany został przynajmniej jeden z tych problemów. Na początku 1970 roku, John McLaughlin zabrał Tony'ego Williamsa na nowojorski występ byłego członka Cream, Jacka Bruce'a (z którym już wcześniej kilkakrotnie współpracował, przede wszystkim w grupie The Graham Bond Organisation). Od razu po koncercie Williams udał się za kulisy, gdzie zaproponował muzykowi dołączenie do składu Lifetime. Niestety, na nagranym z nim albumie nie wykorzystano wszystkich talentów Bruce'a, który był nie tylko utalentowanym basistą, ale także dobrze radził sobie jako wokalista. Jedyny zaśpiewany przez Jacka utwór, "One World", został wydany na niealbumowym singlu (do repertuaru albumu dołączono go przy okazji niektórych kompaktowych reedycji), zaś wszystkie partie wokalne w albumowych utworach wykonał Tony.

Na szczęście, wokal pojawia się tylko w trzech najbardziej psychodelicznych utworach, zatopionych w dźwiękach elektrycznych organów: stonowanych "This Night This Song" i "Once I Loved" (przeróbce "O Amor em Paz" brazylijskiego piosenkarza Agostinho dos Santosa), oraz bardziej dynamicznym "A Famous Blues". Cała reszta albumu to granie instrumentalne, łączące jazzową swobodę z ciężkim, w pełni rockowym brzmieniem. Dominują ostre gitarowe popisy McLaughlina i potężne perkusyjne uderzenia Williamsa. Partie Bruce'a są raczej schowane w tle, ale i tak zapewniają dużo lepsze, mocniejsze i głębsze brzmienie, niż na "Emergency!". Dzięki jego obecności zwiększyła się rola Larry'ego Younga, który nie musząc już grac linii basu, częściej udziela się jako solista. Największe pole do popisu ma w interpretacji "Big Nick" Johna Coltrane'a i skomponowanym przez siebie "Allah Be Praised" - dwóch najbardziej melodyjnych fragmentach całości - ale dodaje też sporo dobrego w pozostałych, bardziej agresywnych utworach, czyli dwuczęściowym "To Whom It May Concern" (autorstwa Chicka Corei), "Vuelta Abajo" i niemalże punkowym "Right On".

"(turn it over)" to bardzo udana kontynuacja "Emergency!", może odrobinę mniej porywająca pod względem wykonania i samych utworów, ale nadrabiająca lepszym brzmieniem. Wielka szkoda, że poprzedni album nie został nagrany w tym składzie... Po wydaniu "(turn it over)" zespół intensywnie koncertował, ale wkrótce - z przyczyn niezależnych od muzyków (ponoć zawinił management) -doszło do rozpadu. John McLaughlin założył wówczas Mahavishnu Orchestra, a Jack Bruce wrócił do grania solo. Tony Williams i Larry Young, wraz z nowymi muzykami, wydali jeszcze dwa, mniej udane albumy pod szyldem The Tony Williams Lifetime, po czym i to wcielenie grupy zakończyło działalność. Kolejny skład, z Williamsem i zupełnie nowymi muzykami, zmienił nazwę na The New Tony Williams Lifetime i również zostawił po sobie dwa albumy: udany "Believe It", oraz komercyjny, bardziej funkowy "Million Dollar Legs".

Ocena: 8/10



The Tony Williams Lifetime - "(turn it over)" (1970)

1. To Whom It May Concern - Them; 2. To Whom It May Concern - Us; 3. This Night This Song; 4. Big Nick; 5. Right On; 6. Once I Loved; 7. Vuelta Abajo; 8. A Famous Blues; 9. Allah Be Praised

Skład: Tony Williams - perkusja i wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy; Jack Bruce - bass
Producent: Tony Williams, Jack Lewis i Monte Kay


6 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground & Nico - "The Velvet Underground & Nico" (1967)



Jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych albumów w dziejach muzyki. Longplay, na którym rock stracił swoje dziewictwo. W czasach niewinnych i naiwnych piosenek o miłości i pokoju, muzycy The Velvet Underground zaproponowali materiał o znacznie bardziej dosadnej tematyce, łamiącej wszelkie tabu. Narkotyki, seks i przeróżne dewiacje były w tekstach grupy na porządku dziennym. Nie mniej przełomowa była sama warstwa muzyczna. Eksperymentalny charakter muzyki i brudne brzmienie doskonale dopełnia całości. W 1967 roku świat nie był jeszcze na coś takiego gotowy. Sklepy odmawiały sprzedaży albumu, stacje radiowe - emisji jego fragmentów, a w prasie nie było recenzji.  Zespół w czasie swojego istnienia był niemal nieznany. Jego twórczość powszechnie doceniono dopiero dekadę później, gdy okazało się, jak wielki wpływ wywarła ona na twórczość kolejnego pokolenia muzyków.

The Velvet Underground powstał w 1964 roku (początkowo jako The Primitives, lecz nazwa ta okazała się już zajęta) z inicjatywy śpiewającego gitarzysty Lou Reeda i multiinstrumentalisty Johna Cale'a. Kariera zespołu nabrała rozpędu dopiero po kilku miesiącach, gdy zainteresował się nią słynny popartowy artysta Andy Warhol. Pod jego skrzydłami zespół wypracował swój prekursorski wizerunek i styl. Za jego sugestią, do składu grup dołączyła niemiecka wokalistka (a także modelka i aktorka) Christa Päffgen, lepiej znana pod pseudonimem Nico. Wiosną 1966 roku zespół zarejestrował swój debiutancki album (jedyny z udziałem Nico). Producentem podczas sesji był Warhol - tak przynajmniej zostało napisane na okładce, jednak przez kolejne lata pojawiło się na ten temat wiele sprzecznych informacji. Warhol bez wątpienia jest natomiast autorem słynnej okładki, przedstawiającej banana, którego na oryginalnym winylowym wydaniu można było odkleić (pod spodem również znajdował się banan, lecz... obrany). Co ciekawe, na okładce nie pojawiła się nazwa zespołu, a nazwisko jej autora.

Album w dużej mierze składa się z dość konwencjonalnych - nawet jak na tamte czasy - piosenek. Brudnych, lecz melodyjnych rockowych kawałków, śpiewanych przez Reeda ("I'm Waiting for the Man", "Run Run Run", "There She Goes Again") i folkowych ballad z głosem Nico ("Femme Fatale", "I'll Be Your Mirror"). Otwierający całość "Sunder Morning" to wręcz popowe nagranie, o nieco odrealnionym, psychodelicznym klimacie. A z drugiej strony, znalazły się tu także eksperymentalne, prawdziwie awangardowe nagrania. Jak genialne "Venus in Furs" i "Heroin", w których atonalne partie skrzypiec i gitarowe zgrzyty stanowią kontrapunkt dla melodyjnych linii wokalnych Reeda. Albo "All Tomorrow's Parties" - pozornie kolejnej balladzie śpiewanej przez Nico, ale wzbogaconej atonalnymi solówkami gitary, dodającymi bardzo psychodelicznego klimatu. Najbardziej eksperymentalne, atonalne, prawie chaotyczne utwory zostawiono jednak na koniec: "The Black Angel's Death Song" ma jeszcze pewne znamiona piosenki, ale "European Son" to już improwizacja na całego. Świetny finał, doskonale pokazujący niekonwencjonalne podejście muzyków.

"The Velvet Underground & Nico" to jednak nie tylko jeden z najważniejszych rockowych albumów, ale też po prostu kawał świetnej muzyki, z bardzo dobrze wyważonymi proporcjami pomiędzy przystępnością, a eksperymentem. Wstyd nie znać!

Ocena: 9/10



The Velvet Underground & Nico - "The Velvet Underground & Nico" (1967)

1. Sunday Morning; 2. I'm Waiting for the Man; 3. Femme Fatale; 4. Venus in Furs; 5. Run Run Run; 6. All Tomorrow's Parties; 7. Heroin; 8. There She Goes Again; 9. I'll Be Your Mirror; 10. The Black Angel's Death Song; 11. European Son

Skład: Lou Reed - wokal (oprócz 3,6,9) i gitara, efekty (11), dodatkowy wokal (3); John Cale - skrzypce (1,4,6,7,10), pianino (1,2,3,6), bass (2,3,5,8-11), czelesta (1), efekty (10,11), dodatkowy wokal (8); Sterling Morrison - gitara (oprócz 1,4,6), bass (1,4,6), dodatkowy wokal (3,5,8); Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne; Nico - wokal (3,6,9), dodatkowy wokal (1)
Producent: Andy Warhol


5 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Water Babies" (1976)



Niedługo po powrocie z japońskiej trasy, zespół Davisa kontynuował intensywne koncertowanie w swojej ojczyźnie. Lider był coraz bardziej zmęczony nieustannymi występami, do tego pochłaniał go narkotykowy nałóg, a w rezultacie coraz bardziej podupadał na zdrowiu. W sierpniu 1975 roku podjął decyzję o tymczasowej przerwie w działalności - odwołał ostatni z zaplanowanych koncertów i odstawił trąbkę na półkę. Wziął ją z powrotem do ręki dopiero cztery lata później... Niespecjalnie zmartwiło to jego wydawcę, który miał dostęp do bogatego archiwum muzyka - niezliczonych nagrań studyjnych i koncertowych, których dotąd nie opublikowano, wystarczyłoby na zapełnienie dziesiątek albumów.

Tym bardziej dziwi, dlaczego dysponując taką ilością materiału, w pierwszej kolejności wydano właśnie "Water Babies". Są to nagrania z dwóch różnych sesji, z czerwca 1967 roku i listopada 1968 roku. Wypełniające pierwszą stronę kompilacji utwory "Water Babies", "Capricorn", "Sweet Pea" powstały w tym samym czasie, co album "Nefertiti", w najsłynniejszym kwintecie Davisa, z Herbiem Hancockiem, Waynem Shorterem, Tonym Williamsem i Ronem Carterem. Jest to całkiem sprawnie zagrany post-bop, ale ten skład było stać na więcej - zarówno w kwestii kompozytorskiej, jak i wykonawczej. Nic zatem dziwnego, że właśnie dla tych kawałków zabrakło miejsca na wspomnianym albumie. Bo choć słucha się ich przyjemnie, zupełnie nie dają powodów do zachwytu.

Utwory ze strony B, "Two Faced" i "Dual Mr. Anthony Tillmon Williams Process", powstały pomiędzy sesjami do albumów "Filles de Kilimanjaro" i "In a Silent Way", w nieco innym składzie, z Davem Hollandem na miejscu Cartera i Chickiem Coreą jako drugim pianistą. W tych nagraniach zespół eksperymentuje z jazzem elektrycznym (ściślej mówiąc, zelektryfikowane są tu tylko pianina), ale efekt jest nieporównywalnie mniej ciekawy od "In a Silent Way". "Two Faced" jest jednak całkiem przyjemnym, choć może nieco za długim jamem, sprawnie łączącym stylistykę Drugiego Wielkiego Kwintetu z nowocześniejszym brzmieniem. Mniej przekonująco wypada drugi utwór, rażący dość banalnymi melodiami.

"Water Babies" bez wątpienia zasługuje na miano zbioru odrzutów. Nie jest to oczywiście bezwartościowa muzyka - większość zawartego tu materiału prezentuje całkiem solidny poziom. Problem jednak w tym, że Miles Davis przyzwyczaił do wybitnych rzeczy. Praktycznie każde jego wydawnictwo z dekady poprzedzającej wydanie "Water Babies" jest od niego nieporównywalnie lepsze.

Ocena: 7/10



Miles Davis - "Water Babies" (1976)

1. Water Babies; 2. Capricorn; 3. Sweet Pea; 4. Two Faced; 5. Dual Mr. Anthony Tillmon Williams Process

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino (1-3), elektryczne pianino (4,5); Tony Williams - perkusja; Ron Carter - kontrabas (1-3); Chick Corea - elektryczne pianino (4,5); Dave Holland - kontrabas (4,5)
Producent: Teo Macero


2 lutego 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Om" (1968)



Pierwsze pośmiertne wydawnictwo Johna Coltrane'a to zapis niespełna półgodzinnej improwizacji, jaka odbyła się 1 października 1965 roku. Było to zatem niemal równo miesiąc po pierwszym podejściu do nagrania suity "Meditations" (opublikowanym po latach jako "First Meditations (for Quartet)"), a niecałe dwa tygodnie przed zarejestrowaniem utworu "Kulu Sé Mama". Z kolei dzień wcześniej, 30 września, Coltrane zagrał koncert w Seattle (wydany w 1971 roku jako "Live in Seattle"). Podczas występu towarzyszył mu skład złożony z Pharoaha Sandersa, McCoya Tynera, Jimmy'ego Garrisona, Elvina Jonesa, oraz grającego na klarnecie i kontrabasie Donalda Garretta. Dzień później w studiu pojawili się ci sami muzycy plus flecista Joe Brazil.

O sesji nagraniowej "Om" krąży legenda, według której Coltrane lub cały skład grali pod wpływem LSD. Inna plotka mówi natomiast, że saksofonista nie chciał ujawniać tego nagrania, lecz po jego śmierci Bob Thiele - producent i szef Impulse! Records - postanowił je opublikować, licząc na zainteresowanie wielbicieli rocka psychodelicznego. Zdecydowanie nie jest to jednak muzyka, jaką potrafiłby przyswoić przeciętny słuchacz rocka. Nawet wielbiciele wcześniejszych dokonań Trane'a na gruncie freejazzowym mogą mieć problem ze zrozumieniem i docenieniem tego wydawnictwa. Jest to bowiem najbardziej radykalne i ekstremalne dzieło saksofonisty.

Pomijając wstęp i zakończenie, z wokalizami Johna i Pharoaha imitujących hinduskie medytacje, nagranie sprawia wrażenie kompletnego chaosu i bezsensownego hałasu. Muzycy zdają się w ogóle nie zwracać uwagi na to, co grają pozostali, a ich atonalnym, zupełnie niemelodyjnym (poza nielicznymi momentami) towarzyszą jakieś wrzaski i inne pozamuzyczne dźwięki. Nic dziwnego, że album przez wielu krytyków i słuchaczy został uznany za najsłabszy w dorobku Coltrane'a. Sam potrzebowałem czasu, żeby się z nim oswoić. Przy pierwszym przesłuchaniu wytrzymałem ledwie kilka minut. Przy drugim wciąż słyszałem głównie chaos, ale zacząłem dostrzegać w nim ciekawą koncepcję. Przy trzecim już w ogóle nie drażniło, a intrygowało.

Podobnie jak "Kulu Sé Mama" (nagrany zresztą w podobnym składzie), "Om" kojarzy się z jakimś pierwotnym, dzikim rytuałem (choć nie afrykańskim, a hinduskim). Wykonanie jest bardziej ekstremalne, obłąkane i chaotyczne, ale zarazem tworzy niesamowity, naprawdę mroczny i niepokojący klimat. Jeżeli do nagranego kilka miesięcy wcześniej "Ascension" pasował tytuł "wniebowstąpienie", tak ten album można by nazwać wstąpieniem do piekła (ale "Om" to też fajny tytuł, łatwy do zapamiętania).

"Om" bez wątpienia jest najtrudniejszym w odbiorze albumem Johna Coltrane'a, ale zdecydowanie nie najsłabszym. Wręcz przeciwnie - to jedno z jego najciekawszych dokonań, lecz ze względu na swój charakter bardzo hermetyczne, mogące się podobać nielicznemu gronu słuchaczy.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Om" (1968)

1. Om (Part I); 2. Om (Part II)

Skład: John Coltrane - saksofon; Pharoah Sanders - saksofon; Donald Rafael Garrett - klarnet i kontrabas; Joe Brazil - flet; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


1 lutego 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Seven" (1973)



Przed nagraniem tego albumu, ze składu Soft Machine odszedł kolejny ważny muzyk. Hugh Hopper, niezadowolony z kierunku narzuconego przez Karla Jenkinsa, postanowił zająć się innymi rzeczami, w tym solową karierą. Nowym basistą został znany już z gościnnych występów na albumach "Fourth" i "Fifth" Roy Babbington - kolejny były muzyk Nucleus, jaki zasilił szeregi Soft Machine. Co oznacza, że w nagraniu "Seven" uczestniczyło więcej dawnych członków Nucleus, niż muzyków klasycznego składu Soft Machine, z których pozostał już tylko Mike Rattledge.

"Seven" kontynuuje ścieżkę wytoczoną przez poprzedni album. Zespół porzucił awangardę i zbliżył się do bardziej mainstreamowego fusion. Longplay rozpoczyna się zaskakująco prostym i banalnym, niemalże piosenkowym "Nettle Bed". Dalej na szczęście jest dużo lepiej, ale wciąż wyjątkowo, jak na ten zespół, przystępnie. Dominują bardziej stonowane utwory. Na wyróżnienie zasługuje bardzo ładny i delikatny "Carol Ann", ze zgrabnym wykorzystaniem elektroniki, jak również żwawszy "Down the Road", oparty na wyrazistej grze sekcji rytmicznej. Najciekawiej wypadają tu jednak kolejne eksperymenty z minimalistyczną, repetycyjną elektroniką: subtelny "Snodland" płynnie przechodzący w rytmiczny "Penny Hitch", oraz ambientowy finał albumu w postaci "The German Lesson" i "The French Lesson" (będących w rzeczywistości jednym utworem).

"Seven" zasługuje na mocne siedem, jednak zdecydowanie wolę Soft Machine w bardziej awangardowym wydaniu.

Ocena: 7/10



Soft Machine - "Seven" (1973)

1. Nettle Bed; 2. Carol Ann; 3. Day's Eye; 4. Bone Fire; 5. Tarabos; 6. D.I.S.; 7. Snodland; 8. Penny Hitch; 9. Block; 10. Down the Road; 11. The German Lesson; 12. The French Lesson

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - saksofon, flet, obój, pianino elektryczne; Roy Babbington - bass, kontrabas; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Soft Machine