29 czerwca 2020

[Recenzja] This Heat - "Made Available" (1996)



Jeszcze przed swoim fonograficznym debiutem, This Heat zarejestrowali dwie sesje radiowe dla Johna Peela. Zespół podobno tak długo napastował słynnego radiowca, wysyłając do niego swoje demówki, aż ten w końcu uległ i je przesłuchał. Choć w tamtym czasie nie interesowało go nic poza czystym punkiem i reggae, materiał zrobił na nim spore wrażenie. Pierwsza sesja tria odbyła się 28 marca 1977 roku. W ciągu najbliższych tygodni materiał został wyemitowany dwukrotnie, a Peel zaprosił muzyków na jeszcze jedną sesję, 26 października. Tym razem materiał najwyraźniej nie przypadł prezenterowi do gustu, bo była to jego ostatnia oferta dla zespołu. Materiał z obu sesji został oficjalnie wydany dopiero w 1996 roku na albumie "Made Available (John Peel Sessions)".

Podczas pierwszej sesji Charles Hayward, Charles Bullen i Gareth Williams zaprezentowali trzy utwory doskonale dziś znane z eponimicznego debiutu This Heat: "Horizontal Hold", "Not Waving" oraz "The Fall of Saigon". Ale tutejsze wersje są chyba jeszcze bardziej porywające od finalnych - wykonane z większym luzem, lepiej wyprodukowane. Jednak jeszcze bardziej atrakcyjny wydaje się materiał z drugiej sesji. Oprócz wczesnej, mniej agresywnej wersji "Makeshift Swahili" (wtedy po prostu "Makeshift"), dziś znanego z "Deceit", jest to zupełnie premierowy materiał. Przedstawia on zdecydowane bardziej eksperymentalne oblicze tria. Wyróżnia się przede wszystkim rozbudowany, nieprzewidywalny, avant-progowy "Rimp Romp Ramp". Pomimo głupiego tytułu, nagranie jest porównywalne pod względem charakteru i poziomu z "Horizontal Hold", a więc z jednym z najlepszych utworów This Heat. Pozostałe trzy kawałki - "Sitting", "Basement Boy" i "Slither" - to już łagodniejsze miniaturki, które pod względem klimatu nawet bardziej kojarzą się z twórczością późniejszego zespołu Haywarda, Camberwell Now (szczególnie z EPką "Meridian", na której gościnnie wystąpił Bullen).
 
"Made Available" to bardzo interesujące i wartościowe dopełnienie podstawowej dyskografii This Heat. Absolutnie nie należy pomijać tego wydawnictwa podczas poznawania dokonań zespołu. 

Ocena: 8/10



This Heat - "Made Available (John Peel Sessions)" (1996)

1. Horizontal Hold; 2. Not Waving; 3. The Fall of Saigon; 4. Rimp Romp Ramp; 5. Makeshift; 6. Sitting; 7. Basement Boy; 8. Slither

Skład: Charles Bullen, Charles Hayward i Gareth Williams
Producent: Tony Wilson (1-3); Malcolm Brown (4-8)





Po prawej: oryginalna wersja okładki.


27 czerwca 2020

[Recenzja] Archie Shepp - "The Magic of Ju-Ju" (1967)



Archie Sheep, po wydaniu "Mama Too Tight" (oraz wcześniejszym występie na "Ascension" Johna Coltrane'a), miał już ugruntowaną pozycję na freejazzowej scenie. Dlatego też nie musiał obawiać się kolejnych eksperymentów. Album "The Magic of Ju-Ju" nie przypadkiem nawiązuje swoim tytułem do tradycyjnych wierzeń afrykańskich ludów. Muzyka zawarta na tym longplayu - skomponowana samodzielnie przez Sheppa - zdradza silny wpływ afrykańskich ceremoniałów rytualnych, odwołuje się wprost do ich pierwotnej duchowości. I przenosi je na bardziej jazzowy grunt. W wykonaniu mniej utalentowanych muzyków efekt mógłby być bardzo naiwny lub wręcz ocierać się o kicz. Ale saksofonista zebrał tu naprawdę zacną ekipę, w skład której wchodzili trębacz Martin Banks, puzon Michael Zwerin, basista Reggie Workman, perkusiści Beaver Harris i Norman Connors, a także grający na afrykańskich perkusjonaliach Ed Blackwell oraz Denis i Frank Charlesowie. Podczas sesji, odbywającej się 26 kwietnia 1967 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, nonet stworzył prawdziwie natchnioną muzykę, wywodzącą się z dawnych rytuałów, a jednocześnie bardzo świeżą, za sprawą prawdziwie freejazzowej ekspresji.

Instrumentaliści wykazują się tutaj bardzo dużymi umiejętnościami, ale przede wszystkim wielką wyobraźnią muzyczną. Najważniejszym punktem albumu jest blisko dwudziestominutowy utwór tytułowy, oparty na bardzo intensywnych, polirytmicznych partiach perkusyjnych, które mogą wręcz zahipnotyzować słuchacza. Towarzyszy im bardzo długa, pełna inwencji solówka lidera na saksofonie tenorowym, którego charczące brzmienie całkiem interesująco dopełnia rytualne perkusjonalia. Z czasem utwór atmosfera staje się jeszcze gęstsza i bardziej upalna, gdy wchodzi jazzowa sekcja rytmiczna. Zwerin i Banks dołączają dopiero w końcówce, wchodząc w ciekawą interakcję z Sheppem. Tak fantastyczne otwarcie (a właściwie cała strona A winylowego wydania) podniosła poprzeczkę bardzo wysoko. I choć już do końca płyty nie udaje się jej przeskoczyć, to pozostałe nagrania również wypadają interesująco. Niespełna dwuminutowy "You're What This Day Is All About" to dla odmiany bardzo melodyjne nagranie, w którym muzycy grają w doskonałej harmonii, a ich kunsztowne partie zdają się być starannie rozpisane. Bardziej spontaniczny "Shazam" wywodzi się z bopowych tradycji. Zbudowany jest na swingującej grze sekcji rytmicznej, ale już agresywna, nieokiełznana partia saksofonu brzmiała w chwili wydania całkowicie współcześnie. Do stylistyki tytułowego nagrania nawiązuje dziesięciominutowy finał albumu, "Sorry 'Bout That" - choć wyłącznie ze względu na powrót afrykańskich perkusjonaliów, tym razem jedynie ubarwiających brzmienie. To zdecydowanie bardziej melodyjne i pogodne nagranie, bez tego upalnego klimatu, niepozbawione wszak pewnej dawki agresji w solowych partiach liderach, improwizatorskiej swobody ani sporej ekspresji.

Za pewien mankament tego albumu można uznać wyjątkowo dużą dominację lidera - który jest tu praktycznie jedynym solistą, a jest nim niemalże przez cały czas - przez co nie w pełni zostaje wykorzystany potencjał tego składu. Oczywiście, pozostali muzycy wnoszą tu bardzo dużo, szczególnie w pierwszym i ostatnim utworze ich wkład jest nieoceniony. Oprócz świetnego wykonania warto pochwalić także same kompozycje. "The Magic of Ju-Ju" zdecydowanie należy do najbardziej udanych osiągnięć Archiego Sheppa.

Ocena: 8/10

PS. Więcej na temat free jazzu i tego, jak go odbierać, przeczytasz w moim artykule "Free Jazz: Chaos czy sztuka?" z najnowszego, 37. numeru magazynu "Lizard". Pismo można zamawiać na stronie wydawcy.



Archie Shepp - "The Magic of Ju-Ju" (1967)

1. The Magic of Ju-Ju; 2. You're What This Day Is All About; 3. Shazam; 4. Sorry 'Bout That

Skład: Archie Shepp - saksofon tenorowy; Martin Banks - trąbka, skrzydłówka; Michael Zwerin - trąbka, puzon; Reggie Workman - kontrabas; Beaver Harris - perkusja; Norman Connors - perkusja;  Eddie Blackwell - instr. perkusyjne; Denis Charles - instr. perkusyjne; Frank Charles - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


25 czerwca 2020

[Recenzja] Eskaton - "4 Visions" (1981)



Historia wydawnicza drugiego albumu Eskaton jest dość nietypowa. "4 Visions" został nagrany w 1978 lub 1979 roku, jeszcze przed debiutanckim "Ardeur". Ukazał się jednak parę miesięcy później, początkowo wyłącznie na kasecie magnetofonowej. Pierwszego wznowienia materiał doczekał się dopiero w 1995 roku, na płycie kompaktowej wydanej przez szwedzką wytwórnię Ad Perpetuam Memoriam. W tej wersji posiada zupełnie nową okładkę (widoczną powyżej), zmieniono też kolejność utworów, a nawet dodano jedno dodatkowe nagranie (z innej, późniejszej sesji), co jednocześnie trochę pozbawia sensu tytuł. Japońskie wydanie z 2003 roku jest niemalże dokładną repliką szwedzkiego, zarówno pod względem graficznym, jak i doboru materiału. Longplay doczekał się jeszcze dwóch reedycji firmowanych przez francuski label Soleil Zeuhl. Na kompakcie z 2010 roku kolejność utworów jest zgodna z dwoma poprzednimi wznowieniami, ale zupełnie inny jest materiał bonusowy (cztery nagrania zarejestrowane w latach 1984-85) i okładka. Na winylowej edycji z 2013 roku przywrócono wcześniejszą (niebieską) okładkę i nie zamieszczono żadnych bonusów.

W chwili nagrywania tych utworów Eskaton był oktetem z dwiema wokalistkami, trzema klawiszowcami, gitarzystą, basistą oraz perkusistą (na "Ardeur" skład zmniejszył się do sekstetu, tracąc jednego z klawiszowców, Erica Guillaume'a, a także gitarzystę Alaina Blesinga). Pomimo pierwotnej formy wydania (w tym oryginalnej grafiki - patrz niżej) i faktu, że połowa kompozycji została powtórzone na następnym - choć wcześniej wydanym - albumie ("Attente", "Eskaton"), zdecydowanie nie należy traktować "4 Visions" jako demówki. Przede wszystkim dlatego, że to bardzo dojrzały - i bardzo dobry - materiał, a chyba nawet staranniej wyprodukowany i lepiej brzmiący (nie dysponuję jednak oryginalnymi wydaniami, żeby to potwierdzić).

Eskaton ewidentnie był pod silnym wpływem  swoich rodaków z grupy Magma, ale już tutaj zespół zaproponował własną wizję zeuhlu, w której jest mniej patosu, mniej naśladowania Orffa czy Strawinskiego za pomocą rockowego instrumentarium i chóralnych partii wokalnych, natomiast więcej ładnych, wyrafinowanych melodii. No i teksty są śpiewane po francusku, a nie w sztucznym języku kobaiańskim. Kunsztowne, ciekawie się dopełniające partie wokalne Paule Kleynnaert i Amary Tahir już w tych najstarszych nagraniach były wyznacznikiem zespołu. W porównaniu z "Ardeur", na "4 Visions" bardziej wyrazista, uwypuklona jest warstwa rytmiczna (gęsta, transowa gra Bernardiego i Koniga wywołuje najsilniejsze skojarzenia z Magmą), mniej tu brzmień syntezatora, a więcej elektrycznego pianina, organów oraz gitary, ponadto utwory są bardziej rozbudowane, więcej w nich interesujących solowych partii instrumentalnych. Wszystkie cztery utwory są niesamowicie intensywne (jedynie w "Pitié" następują momenty wytchnienia), ale jest to jednocześnie muzyka bardzo wysublimowana, pokazująca duże możliwości muzyków, z których umiejętnie korzystają. Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, gdyż wszystkie są równie wspaniałe.

"Le Cri", utwór dodany do reedycji z lat 1995 i 2003, zdecydowanie nie odstaje poziomem, jednak wyraźnie różni się brzmieniem (ze znacznie szerszym wykorzystaniem syntezatora). Z początku charakteryzuje się bardziej melancholijnym nastrojem, który podkreślają bardzo ładne partie basu i pojedyncze dźwięki syntezatora, ale z czasem nabiera większej intensywności, zbliżając się do muzyki z "4 Visions". Na pewno warto poszukać wydania z tym utworem. To nic, że pochodzi z innej sesji - doskonale uzupełnia ten album. Natomiast cztery bonusy z 2010 roku - "Les Chutes Du Sanzu", "La Horde", "La Nuit" i "Le Gros Délire" - już tak udane nie są i zdecydowanie nie pasują tu ani pod względem brzmienia, ani stylistyki - wciąż jest to zeuhl, ale znacznie bardziej przesiąknięty elektroniką i estetyką lat 80. Może jazzujący "La Nuit" aż tak bardzo nie odstaje od podstawowego materiału, choć bardzo się od niego różni, ale cała reszta, na czele z "Le Gros Délire", nie powinna się tu znaleźć. Nieporównywalnie brzydsza jest też okładka, więc lepiej unikać tego wydania.

"4 Visions" to jeden z niewielu zeuhlowych albumów, które faktycznie można postawić w jednym szeregu z największymi dokonaniami Magmy. I w ogóle wśród najlepszych wydawnictw z kręgu rocka progresywnego. Jest też kolejnym dowodem, że 1981 był bardzo dobrym rokiem dla ambitniejszych rodzajów muzyki rockowej. To wtedy ukazały się przecież tak doskonałe albumy, jak np. "The Ascension" Glenna Branki, "Barndomens Stigar" Kultivator, "Deceit" This Heat, "Desire" Tuxedomoon, "Discipline" King Crimson, "Eros" Dün czy koncertowy "Rétrospective" Magmy.

Ocena: 9/10



Eskaton - "4 Visions" (1981)

1. Ecoute; 2. Pitié; 3. Attente; 4. Eskaton

Reedycje z lat 1995 / 2003: 
1. Eskaton; 2. Attente; 3. Ecoute; 4. Pitié; 5. Le Cri

Skład: Gilles Rozenberg - syntezator, organy; Marc Rozenberg - elektryczne pianino; Eric Guillaume - elektryczne pianino; Alain Blesing - gitara; André Bernardi - gitara basowa; Gérard Konig - perkusja; Amara Tahir - wokal; Paule Kleynnaert - wokal
Producent: Eskaton


Po prawej: okładka oryginalnego wydania na kasecie magnetofonowej.


23 czerwca 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Warrior on the Edge of Time" (1975)



To już tradycja: kolejny album i kolejna zmiana składu. Tym razem szeregi Hawkwind opuścił odpowiedzialny za brzmienia elektroniczne Del Dettmar. Nie szukano dla niego następcy, bo już wcześniej część partii klawiszowych wykonywali Dave Brock i Simon House. Do składu dodano za to drugiego perkusistę, Alana Powella. W tworzeniu "Warrior on the Edge of Time" gościnnie uczestniczył także Michael Moorcock, brytyjski autor powieści fantasy i science fiction, który napisał kilka tekstów, a część z nich także wyrecytował. Była to jednocześnie ostatnia sesja z udziałem Lemmy'ego. Basista został wyrzucony ze składu podczas trasy promującej ten album. Przesądziło o tym zatrzymanie go na kanadyjskiej granicy z proszkiem przypominającym heroinę (w rzeczywistości była to amfetamina - w tamtym czasie dozwolona w Kanadzie), przez co nie mógł uczestniczyć w części koncertów. Ale już wcześniej dochodziło do różnych konfliktów. Lemmy i Dettmar ćpali inne substancje niż reszta zespołu, przez co funkcjonowali w  nieco inny sposób. Dochodziło też do konfliktów na tle artystycznym. Jedyna nowa kompozycja basisty, "Motorhead", nie weszła na album, natomiast on sam odmówił zagrania w "Opa-Loka", który uważał za pieprzony śmieć.

Mimo tego, na "Warrior on the Edge of Time" udało się utrzymać wysoki poziom. Zawarte tu utwory są bardzo spójne pod względem klimatu i brzmienia, tworząc zwartą całość, a jednocześnie nie brakuje tu różnorodności. Jest kosmiczna psychodelia w wydaniu z chwytliwymi melodiami (połączone ze sobą "Assault and Battery" i "The Golden Void", "Magnu", "Dying Seas") lub o całkiem jamowym charakterze (instrumentalne "Opa-Loka" i "Spiral Galaxy 28948"), są elektroniczne miniaturki z przetworzonymi recytacjami ("The Wizard Blew His Horn", "Standing at the Edge", "Warriors"), a także trochę łagodniejszego grania z dużą ilością gitary akustycznej ("The Demented Man") oraz proto-punkowego czadu ("Kings of Speed" i dołączony na reedycjach "Motorhead"). Dwa ostatnie trochę za bardzo zbliżają się do rockowej sztampy, miniatury też mnie nie powalają, ale cala reszta to już materiał na najwyższym poziomie, jaki ten zespół był w stanie osiągnąć. Podobnie, jak na poprzednim "Hall of the Mountain Grill", uwagę zwraca bardzo bogate brzmienie, obejmujące różne instrumenty klawiszowe oraz skrzypce. Mam tylko wątpliwości, czy rzeczywiście potrzebny był drugi perkusista. Jednak moim zdecydowanym faworytem z tego longplaya - wbrew zdaniu Lemmy'ego - jest podpisany przez obu bębniarzy "Opa-Loka", oparty na motorycznym, krautrockowym rytmie (w stylu Neu! lub wczesnego Kraftwerk) i uwypuklonej, hipnotycznej linii basu, którym towarzyszy cichy melotron oraz różne efekty dźwiękowe.

"Warrior on the Edge of Time" zamyka pewien okres w twórczości tego aktywnego do dzisiaj zespołu. Kolejne albumy nie tylko nie powtórzyły komercyjnych sukcesów wydawnictw z lat 1971-75, ale i nie przynosiły już tak udanej muzyki, choć w większości są utrzymane w bardzo zbliżonej stylistyce. Taka formuła chyba po prostu się wyczerpała. Ale na tym albumie jeszcze nic tego nie zapowiada. To jedno z najlepszych, a może nawet najlepsze ze studyjnych dokonań Hawkwind. Bo nawet jeśli nie wszystkie fragmenty przekonują mnie tak samo, to w kontekście całości nawet one wydają się mieć sens i doskonale tu pasują, właśnie w tych miejscach, w których się pojawiają. Nie jest to bowiem tylko zbiór przypadkowych nagrań, ale bardzo spójny album.

Ocena: 8/10



Hawkwind - "Warrior on the Edge of Time" (1975)

1. Assault and Battery (Part 1); 2. The Golden Void (Part 2); 3. The Wizard Blew His Horn; 4. Opa-Loka; 5. The Demented Man; 6. Magnu; 7. Standing at the Edge; 8. Spiral Galaxy 28948; 9. Warriors; 10. Dying Seas; 11. Kings of Speed

Skład: Dave Brock - gitara, instr. klawiszowe, wokal, gitara basowa (4); Nik Turner - saksofon, flet, wokal (7,10); Simon House - skrzypce, instr. klawiszowe; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa; Simon King - perkusja i instr. perkusyjne; Alan Powell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Michael Moorcock - głos (3,9)
Producent: Hawkwind


21 czerwca 2020

[Recenzja] Centipede - "Septober Energy" (1971)



Przed paroma dniami zmarł Keith Tippett - wybitny muzyk, o którym kilkakrotnie już pisałem na łamach tej strony, dlatego nie będę po raz kolejny zamieszczał jego biogramu. Dodam tylko, że był prawdziwym artystą, dla którego liczyła się sztuka, a nie sukces czy zyski, które traktował jako ewentualne korzyści, a nie cel sam w sobie. Niech muzyka nigdy nie będzie sposobem na zarabianie pieniędzy [1] - tymi słowami wyjaśniał, dlaczego odrzucił propozycję Roberta Frippa i nie dołączył na stałe do składu King Crimson, co byłoby korzystne pod względem finansowym, ale ograniczyłoby jego swobodę artystyczną. Najbardziej ambitnym przedsięwzięciem Tippetta był projekt Centipede, który zagrał kilka koncertów oraz pozostawił po sobie jeden album. "Septober Energy" to blisko półtoragodzinny utwór w czterech częściach, utrzymany na pograniczu nowoczesnego jazzu i ambitnego rocka, odwołujący się także do współczesnej muzyki poważnej. Podobne próby były w tamtym okresie często podejmowane, ale nigdy aż z takim rozmachem. W występach i nagraniach uczestniczyło bowiem ponad pięćdziesięciu muzyków. Stąd też nazwa projektu. Centipede, którą powszechnie tłumaczy się jako stonoga, ale oznaczającą skolopendrę  - gatunek jadowitego wija o licznych parach odnóży.

W składzie tego efemerycznego zespołu znalazło się wiele muzyków z tej ambitniejszej części ówczesnej brytyjskiej sceny muzycznej. Z tych bardziej znanych warto wymienić saksofonistów Eltona Deana, Iana McDonalda, Alana Skidmore'a i Karla Jenkinsa, trębaczy Iana Carra i Marka Chariga, puzonistę Nicka Evansa, basistów Roya Babbingtona i Jeffa Clyne'a, perkusistów Roberta Wyatta i Johna Marshalla, wokalistów Boza Burrella i Julie Tippetts, a także samego Roberta Frippa, który na koncertach grał na gitarze, a w studiu zajął się produkcją. Byli to zatem głównie członkowie takich zespołów, jak The Keith Tippett Group, King Crimson, Soft Machine oraz Nucleus. Wielu zresztą występowało lub współpracowało z kilkoma z nich [2]. W tamtym czasie grupy te łączyły także podobne inspiracje, obejmujące przede wszystkim jazz elektryczny, szczególnie dokonania Milesa Davisa ("Bitches Brew", "In a Silent Way") oraz The Tony Williams' Lifetime ("Emergency!"), ale też dzieła muzyki współczesnej. Te same wpływy, choć w innych proporcjach oraz ilościach, można usłyszeć również na "Septober Energy". Pod względem struktury album wywołuje silne skojarzenia z "Third" Soft Machine, który także wypełniają cztery blisko dwudziestominutowe nagrania. Tippett zaproponował jednak muzykę o bardziej akustycznym brzmieniu, wywodzącą się raczej z free jazzu niż fusion.

Pianista - sam uważający się przede wszystkim za kompozytora i aranżera - pracę nad "Septober Energy" rozpoczął już w drugiej połowie lat 60., tuż przed sformowaniem The Keith Tippett Group. Choć utwór w znacznej części miał opierać się na improwizacjach, skomponowanie wszystkich tematów i rozpisanie ich na tak duży aparat wykonawczy, zajęło artyście kilka lat. W międzyczasie miał też oczywiście inne zajęcia. Jednak po nagraniu dwóch albumów z własną grupą ("You Are Here... I Am There", "Dedicated to You, But You Weren't Listening") oraz dwóch z King Crimson ("In the Wake of Poseidon", "Lizard"), zaczął zbierać odpowiedni skład. Oprócz muzyków ze swojego i zaprzyjaźnionych zespołów, zaprosił także licznych przedstawicieli brytyjskiej sceny jazzowej oraz studentów London School of Music grających na instrumentach smyczkowych. Po kilku próbach, 15 listopada 1970 roku na deskach londyńskiego Lyceum Theatre odbyło się premierowe wykonanie "Septober Energy". Wkrótce odbyły się kolejne występy - we Francji, Holandii i ponownie w Wielkiej Brytanii. Wiosną następnego roku Tippett zakontraktował Centipede z Neon Records, pododdziałem RCA.  W czerwcu odbyła się sesja nagraniowa, na którą wydawca nie dał muzykom zbyt wiele czasu - studio zostało wynajęte zaledwie na trzy dni.

Keith Tippett (25.8.1947 - 14.6.2020)

Było to zdecydowanie zbyt krótko, by ogarnąć tak potężne przedsięwzięcie. Fripp, wsparty przez inżyniera dźwięku Mike'a Thompsona, miał tak dużo pracy jako producent, że nie zdołałby już zarejestrować przygotowanych przez siebie partii gitary (jego miejsce zajął Brian Godding). Pewien problem stwarzał też fakt, że studio było po prostu zbyt małe, by pomieścić wszystkich muzyków naraz. Musieli czekać na zewnątrz, czekać na wywołanie, po czym rejestrować swoje partie. W ten sposób zabrakło interakcji, jaka miała miejsce podczas koncertów. Wiele osób zaangażowanych w tej projekt zgodnie twierdziło, że wspólne występy były wiekopomnym wydarzeniem, ale w studiu nie udało się osiągnąć równie porywającego efektu. Nie istnieją niestety żadne zapisy koncertów, więc nie można sprawdzić, jak było naprawdę. Jednak album pozostawia dość mieszane odczucia u większości słuchaczy i krytyków, rzadko budzi wyłącznie zachwyt lub negatywne wrażenia.

Fragmenty otwierające każdą z płyt, czyli "Part 1" i "Part 3", kierują się przede wszystkim w stronę  muzyki granej przez freejazzowe bigbandy z poprzedniej dekady. We fragmentach starannie skomponowanych i zaaranżowanych (jak początek np. pierwszej części, z grającymi w trio Deanem, Charigiem i Evansem, a następnie subtelną solówką na skrzypcach Wilfa Gibsona) słychać duży kunszt Tippetta oraz grających instrumentalistów, jednak podczas improwizacji w większym gronie trochę się to chyba zaczyna wymykać spod kontroli. Same przejścia pomiędzy tymi nieokiełznanymi i tymi staranniej poukładanymi, wydają się trochę zbyt toporne. Wciąż można tutaj wyłapać wiele fantastycznych partii, tylko czasem one po prostu nie bardzo się ze sobą kleją, a ich nagromadzenie jest zbyt przytłaczające. Dla odmiany, "Part 2" oraz "Part 4" są już znacznie bardziej uporządkowane, bliższe jazz rocka, więcej w nich melodii i charakterystycznych motywów (w tym też niemal hardrockowych, choć bardziej wyrafinowanych, gitarowych riffów). Ostatnia cześć to zresztą po prostu znacznie rozbudowana wersja kompozycji "Green and Orange Night Park" Tippetta, znanej już z "Dedicated to You, But You Weren't Listening". Wszystkim czterem fragmentom mogę natomiast zarzucić pewną rozwlekłość i nie do końca spójny charakter. Natomiast na plus, poza świetnymi partiami instrumentalnymi, można też zaliczyć zróżnicowaną warstwę wokalną, czasem przypominającą afrykańskie zaśpiewy, czasem kojarzącą się z francuską Magmą, a kiedy indziej z jeszcze czymś innym.

"Septober Energy" to naprawdę unikalny, imponujący, bezkompromisowy i bardzo ambitny projekt. Jego realizacja co prawda nieco przerosła Keitha Tippetta i zaproszonych przez niego muzyków, ale wciąż jest to album wart uwagi i godny podziwu, bo przy takich założeniach i tak krótkim czasie na pracę w studiu, łatwo było o popełnienie znacznie gorszych błędów. Pewnie korzystne byłoby skrócenie całości do jednej płyty i najbardziej esencjonalnych fragmentów, bo całość jest dość nierówna. Ale w tych bardziej udanych momentach naprawdę świetna.

Ocena: 7/10

[1] Smith Sid, Na dworze Karmazynowego Króla, wydawnictwo KAGRA, 2003

[2] Elton Dean, Marc Charig i Nick Evans stanowili trzon The Keith Tippett Group, a w 1969 roku zasilili też skład Soft Machine. Dean utrzymał się w nim przez parę lat, Charing i Evans musieli odejść po paru miesiącach. Obaj wraz z Tippettem wzięli udział w nagraniu "Lizard" King Crimson. Na płytach The Keith Tippett Group można usłyszeć także Roberta Wyatta z Soft Machine oraz Jeffa Clyne'a i Roya Babbingtona z Nucleus. Babbington, John Marshall i Karl Jenkins to muzycy Nucleus, którzy w późniejszych latach zasilili skład Soft Machine. Na "Septober Energy" wystąpili również Ian McDonald i Boz Burrell (w różnym czasie członkowie King Crimson), Ian Carr z Nucleus, a także Gary Windo i Mongezi Feza (obaj zagrali później na "Rock Bottom" Wyatta). 



Centipede - "Septober Energy" (1971)

Okładka wydania amerykańskiego.
LP1: 1. Septober Energy (Part 1); 2. Septober Energy (Part 2)
LP2: 1. Septober Energy (Part 3); 2. Septober Energy (Part 4)

Pianino: Keith Tippett
Instr. dęte: Elton Dean - saksofon altowy, saxello; Ian McDonald - saksofon altowy; Dudu Pukwana - saksofon altowy; Jan Steel - saksofon altowy, flet; Larry Stabbins - saksofon tenorowy; Alan Skidmore - saksofon tenorowy; Brian Smith - saksofon tenorowy; Gary Windo - saksofon tenorowy; Karl Jenkins - saksofon barytonowy, obój; Dave White - saksofon barytonowy, klarnet; John Williams - saksofon sopranowy, saksofon basowy; Ian Carr - trąbka, skrzydłówka; Marc Charig - skrzydłówka; Mick Collins - trąbka; Mongezi Feza - trabka kieszonkowa; Peter Parkes - trąbka; Dave Amis - puzon; Nick Evans - puzon; Dave Perrottet - puzon; Paul Rutherford - puzon
Gitara: Brian Godding
Sekcja rytmiczna: Roy Babbington - gitara basowa, kontrabas; Brian Belshaw - kontrabas; Jeff Clyne - kontrabas; Gill Lyons - kontrabas; Dave Markee - kontrabas; Harry Miller - kontrabas; Tony Fennell - perkusja; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne; Robert Wyatt - perkusja
Skrzypce: Esther Burgi; Mica Gomberti; Wilf Gibson; Louise Jopling; Colin Kitching; Garth Morton; Steve Rowlandson; Channa Salononson; Philip Saudek; Roddy Skeaping; Carol Slater; Wendy Treacher; John Trussler
Wiolonczele: Catherine Finnis; Michael Hurwitz; Timothy Kramer; John Rees-Jones; Katherine Thulborn; Suki Towb
Wokal: Boz Burrell; Zoot Money; Maggie Nicols; Mike Patto; Julie Tippetts
Producent: Robert Fripp


19 czerwca 2020

[Recenzja] Amon Düül II ‎- "Carnival In Babylon" (1972)



Choć twórczość grup krautrockowych początkowo spotykała się z pewnym lekceważeniem, dość szybko zainteresowały się nimi duże ogólnoświatowe koncerny fonograficzne. Amon Düül II podpisał kontrakt z amerykańskim United Artists Records. Wkrótce nakładem tej wytwórni zostały wznowione trzy dotychczasowe albumy: "Phallus Dei", "Yeti" oraz "Tanz der Lemminge", a niedługo potem dołączył do nich zupełnie premierowy "Carnival In Babylon". Skład nie zmienił się znacząco od poprzedniego longplaya - dołączył drugi perkusista, Daniel Fichelscher (późniejszy członek Popol Vuh, w którym pełnił głównie rolę gitarzysty), znacznie zwiększył się udział wokalistki Renate Knaup, za to klawiszowiec Falk Rogner wystąpił tylko w charakterze gościa. Bardziej znaczące zmiany zaszły w samej muzyce. Nie trudno odnieść wrażenie, że nowy wydawca zażądał bardziej przystępnego materiału.

Nie znaczy to bynajmniej, że zespół zaczął grać pop. Choć nie da się ukryć, że nastąpił tu zwrot w stronę krótszych, bardziej konwencjonalnych piosenek w stylu amerykańskich czy brytyjskich grup psychodelicznych lub folk-rockowych. W takich utworach, jak "C.I.D. in Uruk", momentami zadziwiająco zgrabnych oraz subtelnych "All the Years 'Round" i "Shimmering Sand" czy nietrwających nawet po cztery minuty "Kronwinkl 12" i "Tables Are Turned", nacisk położono przede wszystkim na melodie, właściwie całkiem rezygnując z dawnego szaleństwa i bardzo ograniczając ilość instrumentalnych popisów. W "Tables Are Turned" tych ostatnich nie ma wcale - słychać za to inspirację country, co raczej nie wyszło na dobre. To pierwszy tak strasznie banalny kawałek w dorobku grupy. Ogólnie muzyka zespołu stała się na tym albumie bardziej uporządkowana i nieco łagodniejsza, ale też jakby bogatsza brzmieniowo. Często jednak przebija się tu sporo z dawnego Amon Düül II, jak choćby w instrumentalnej końcówce "All the Years 'Round", fragmentach "Shimmering Sand" czy partiach basu i gitar z "Kronwinkl 12", przede wszystkim zaś w finałowym "Hawknose Harlequin". To blisko dziesięciominutowe nagranie, w znacznej części będącej świetną improwizacją z ostrymi, nieco bluesowymi partiami gitar oraz hipnotycznym akompaniamentem w trochę jakby space-rockowym klimacie. Takie nagrania zawsze dobrze im wychodziły, a to nie jest żaden wyjątek od tej reguły.

Ale cały album na tle poprzednich wydawnictw Amon Düül II wypada zdecydowanie słabiej. Broni się bardzo dobrymi fragmentami, ale nie brakuje też momentów, delikatnie mówiąc, mniej ekscytujących. Ostatecznie mam raczej pozytywne wrażenia. 

Ocena: 7/10



Amon Düül II ‎- "Carnival In Babylon" (1972)

1. C.I.D. in Uruk; 2. All the Years 'Round; 3. Shimmering Sand; 4. Kronwinkl 12; 5. Tables Are Turned; 6. Hawknose Harlequin

Skład: Chris Karrer - gitara, skrzypce, saksofon sopranowy, wokal; John Weinzierl - gitara, wokal; Karl-Heinz Hausmann - instr. klawiszowe; Lothar Meid - gitara basowa, wokal; Peter Leopold - perkusja i instr. perkusyjne; Daniel Fichelscher - perkusja i instr. perkusyjne; Renate Knaup - wokal
Gościnnie: Falk Rogner - organy; Olaf Kübler - saksofon sopranowy, efekty; Joy Alaska - dodatkowy wokal
Producent: Amon Düül II i Olaf Kübler


17 czerwca 2020

[Recenzja] Sun Ra & His Solar Arkestra - "The Magic City" (1966)



Sun Ra był jedną z najbardziej barwnych i ekscentrycznych postaci na jazzowej scenie. Urodził się w 1914 roku w Alabamie jako Herman Poole Blount, choć sam uważał się za przybysza z kosmosu, który przyszedł na świat na Saturnie. Nie do końca jest jasne, czy to tylko element artystycznej kreacji, skutek niezdiagnozowanej choroby psychicznej, czy może efekt mistycznych przeżyć, o których chętnie opowiadał. Tak czy inaczej, oficjalnie zmienił swoje nazwisko Le Sony'r Sun Ra. Pomimo różnych dziwactw, był też prawdziwym nowatorem i niezwykle wpływowym muzykiem. Jako jeden z pierwszych grał muzykę inspirowaną kosmosem, co w praktyce polegało na stosowaniu przez niego i członków jego zespołu - The Arkestra - nietypowych instrumentów (jako jeden z pierwszych jazzmanów sięgnął po syntezator), a te bardziej typowe używano w niekonwencjonalny sposób. Był też jednym z pionierów wykorzystywania na szeroką skalę improwizacji, dlatego też jest uznawany za prekursora free jazzu. Warto też dodać, że w składzie Arkestry karierę zaczynało wielu cenionych muzyków, m.in. Don Cherry, Eddie Gale, John Gilmore, Clifford Jarvis, Julian Priester, James Spaulding czy Pharoah Sanders. Ten ostatni swój sceniczny pseudonim zawdzięcza właśnie Blountowi.

Pianista pozostawił po sobie niesamowitą ilość muzyki. Oficjalna dyskografia Sun Ra obejmuje blisko dwie setki studyjnych i koncertowych wydawnictw (wiele z nich ukazało się już po śmierci Blounta w 1993 roku), nie licząc singli, EPek oraz kompilacji. Jest to jedna z najbardziej obszernych dyskografii w historii muzyki. Znaczną część swoich płyt Blount opublikował we własnej, niezależnej wytwórni El Saturn Records. Poszczególne tytuły, z ręcznie wykonywanymi okładkami, ukazywały się zwykle w ilości kilkudziesięciu egzemplarzy, rozprowadzanych podczas koncertów. Jak łatwo się domyślić, nie należą one dziś do tanich ani łatwo dostępnych. Na szczęście, wiele z tych wydawnictw doczekało się wznowień przez profesjonalne, prestiżowe wytwórnie. Sun Ra i The Arkestra zaczęli swoją działalność w latach 50. ubiegłego wieku. Najwcześniejsze dokonania są, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, raczej konwencjonalne. Z czasem jednak muzyka coraz bardziej się radykalizowała, czego apogeum nastąpiło w połowie lat 60. - to właśnie wtedy ukazały się albumy, które należy uznać za jedne z najbardziej istotnych dla free jazzu. Doskonałym przykładem jest "The Magic City", zarejestrowany wiosną i jesienią 1965 roku, następnie wydany własnym sumptem, a w 1973 roku wznowiony nakładem Impulse! Records.

To właśnie na tym wydawnictwie zaczęły się eksperymenty Sun Ra z elektroniką. Ściślej mówiąc muzyk zagrał tutaj nie tylko na pianinie, ale również na instrumencie o nazwie clavioline - jednym z pierwszych syntezatorów analogowych. Jego możliwości zostały zaprezentowane w blisko półgodzinnym nagraniu tytułowym. W bardziej nastrojowych momentach - bo nie brakuje tu też intensywnego grania, z atonalnymi dźwiękami pianina oraz rzężącymi dęciakami -  Blount kreuje na tym urządzeniu niezwykłą, retro-futurystyczną atmosferę. Do jego brzmieniowych eksploracji stopniowo dołącza 14-osobowy zespół. Pomimo tak licznego aparatu wykonawczego, utwór posiada mnóstwo przestrzeni - całkiem swobodne partie występujących w różnych konfiguracjach zdają się być jednocześnie niezależne od siebie i tworzyć spójną całość. Im silniej jednak na siebie oddziałują, wchodzą we wzajemną interakcję, tym mniej w nich harmonii. To zestawienie chaosu i ładu zdaje się być całkiem dobrym przedstawieniem kosmosu za pomocą dźwięków. Pozostałe trzy nagrania, wypełniające stronę B, powstały parę miesięcy wcześniej i w nich słychać wyłącznie akustyczne instrumentarium. Jest to granie równie radykalne, nieokrzesane, a jednocześnie bardzo przestrzenne, które nie tylko w momentach subtelniejszych (należących do rzadkości) przywołuje kosmiczną atmosferę.

"The Magic City" w bardzo udany sposób rozpoczyna najbardziej eksperymentalny i najtrudniejszy w odbiorze okres w twórczości Sun Ra. Inne ciekawe wydawnictwa zarejestrowane i wydane w tym czasie, to m.in. dwuczęściowy "The Heliocentric Worlds of Sun Ra", "Other Planes of There" oraz koncertowy "Nothing Is...". Nie poświęcę im osobnych recenzji, ponieważ w ogólnym charakterze są do siebie bardzo podobne, jednak wielbicielom free jazzu - tym, którzy jakimś cudem jeszcze nie znają któregoś z tych albumów lub w ogóle nie dotarli do dokonań pianisty - a także miłośnikom kosmicznych klimatów, z czystym sumieniem polecam każde z tych wydawnictw.

Ocena: 8/10

PS. w zbliżającym się 37. numerze magazynu "Lizard" zostanie opublikowany mój artykuł na temat free jazzu, w którym wspominam także o tym albumie. Pismo można zamówić tutaj.



Sun Ra & His Solar Arkestra - "The Magic City" (1966)

1. The Magic City; 2. The Shadow World; 3. Abstract Eye; 4. Abstract 'I'

Skład: Sun Ra - instr. klawiszowe; John Gilmore - saksofon tenorowy; Marshall Allen - saksofon altowy, flet, obój; Danny Davis - saksofon altowy, flet; Harry Spencer - saksofon altowy; Pat Patrick - saksofon barytonowy, flet, instr. perkusyjne; Robert Cummings - klarnet basowy; Walter Miller - trąbka; Chris Capers - trąbka; Ali Hassan - puzon; Teddy Nance - puzon; Bernard Pettaway - puzon; Ronnie Boykins - kontrabas; Roger Blank - perkusja i instr. perkusyjne; Jimhmi Johnson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Alton Abraham

Po prawej: okładka wydania Impulse! Records (1973).


14 czerwca 2020

[Recenzja] The Moody Blues - "Days of Future Passed" (1967)



The Moody Blues to jeden z kilku zespołów - obok Procol Harum, The Nice czy Vanilla Fudge - które niewątpliwie wskazały drogę późniejszym twórcom rocka progresywnego. Same grały muzykę, którą najprościej można określić mianem proto-proga. Pomimo pewnych nowatorskich rozwiązań, ich twórczość była bardzo mocno osadzona w popularnych w połowie lat 60. stylach, jak rock psychodeliczny czy baroque pop. The Moody Blues zaczynali zresztą od grania muzyki na pograniczu rhythm'n'bluesa i popu. Oryginalny skład, złożony z klawiszowca Mike'a Pindera, grającego na harmonijce i flecie Raya Thomasa, perkusisty Graeme'a Edge'a, a także gitarzysty Denny'ego Laine'a (późniejszego członka Wings) oraz basisty Clinta Warwicka - wszyscy z nich dzielili się obowiązkami wokalnymi - zadebiutował singlem "Go Now", który okazał się wielkim przebojem w rodzimej Wielkiej Brytanii. Nie powtórzyły go jednak ani kolejne single, ani debiutancki album "The Magnificent Moodies", co doprowadziło do popadnięcia w długi, a w konsekwencji do rozpadu grupy.

Z pomocą przyszedł wydawca grupy, Decca Records, który postanowił zaangażować zespół w swój nowy projekt. W tamtym czasie wytwórnia eksperymentowała z wykorzystaniem technologii stereofonicznej do nagrywania płyt z muzyką klasyczną. Przy okazji pojawił się pomysł, aby zarejestrować "IX symfonię e-moll" Antonína Dvořáka z udziałem zespołu rockowego. Udział zaproponowano Pinderowi, który reaktywował The Moody Blues - z Thomasem i Edge'em, a także dwoma nowymi muzykami, gitarzystą Justinem Haywardem oraz basistą Johnem Lodge'em. Sesja nagraniowa, pod nadzorem producentów Tony'ego Clarke'a i Michaela Dacre-Barclaya, rozpoczęła się 9 maja 1967 roku i trwała do początku listopada. Zespół nie miał jednak zamiaru nagrywać kompozycji Dvořáka, lecz przygotował własny materiał. Następnie zarejestrowane zostały partie The London Festival Orchestra, zaaranżowane przez Petera Knighta, który wystąpił również w roli dyrygenta.

Zaledwie tydzień po zakończeniu nagrań, album "Days of Future Passed" trafił do sprzedaży. Wydawnictwo było z kilku powodów prekursorskie. Przede wszystkim był to pierwszy album nagrany przez zespół rockowy razem z orkiestrą symfoniczną (aczkolwiek trzeba pamiętać, że pojedyncze utwory tego typu ukazywały się już wcześniej, np. na płytach The Beatles). Po drugie, to pierwszy longplay, na którym na tak szeroką skalę wykorzystano brzmienie melotronu - instrumentu, po których chętnie sięgali później progresywni twórcy, z King Crimson na czele (jednak znów trzeba nadmienić, że melotron pojawiał się już we wcześniej wydanych nagraniach, np. w "Stawberry Fields Forver" Beatlesów). I po trzecie - był to jeden z pierwszych albumów koncepcyjnych, a więc tworzących pewną całość, z tekstami skupionymi wokół jednego tematu.

Efekt pozostawia jednak moim zdaniem sporo do życzenia. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że zespół i orkiestra nigdy nie spotkali się w studiu. Praca nad albumem wyglądała w ten sposób, że najpierw muzycy The Moody Blues zarejestrowali swoje piosenki, a następnie do studia weszli członkowie orkiestry i nagrali swoje partie, z których tylko niewielka część została nałożona na utwory zespołu - cała reszta to samodzielnie wykonane interludia (co najwyżej z recytacjami Pindera). Na płycie słychać więc obie grupy naprzemiennie, co sprawia dość kuriozalne wrażenie. Choć mnie najbardziej przeszkadza pretensjonalne zestawienie symfonicznego rozmachu z ogólną prostotą. Pretensjonalny jest już sam pomysł, żeby z taką pompą zaaranżować album opowiadający o... zwyczajnym dniu. Ale nie klei się to nawet w samym wymiarze muzycznym. Partie orkiestry przypominają mi raczej ścieżki dźwiękowe starych filmów niż muzykę klasyczną - są bardzo naiwne, ckliwe i niezbyt finezyjne pod względem harmonicznym czy jakimkolwiek innym. Ale gdyby ich tu nie było, to materiał zespołu kompletnie nie wyróżniałby się na tle innych ówczesnych wydawnictw. To zupełnie typowa dla tamtych czasów mieszanka rhythm'n'bluesa i popu, rzadziej coś bardziej psychodelicznego ("Evening" z partiami sitaru i tambury). To są bardzo proste, banalne kawałki, w dodatku o niezbyt charakterystycznych melodiach. Chlubnym wyjątkiem jest tu oczywiście ballada "Nights in White Satin", która mimo / dzięki swojej naiwności jest jedną z najbardziej uroczych piosenek tamtej dekady, posiadającą naprawdę ładną melodię. W dodatku bardzo wiele zawdzięcza jej debiutancki album King Crimson, na którym jednak tego typu granie brzmi znacznie bardziej dojrzale i wyrafinowanie.

Poza tym jednym klasycznym nagraniem, które naprawdę lubię, słucha mi się tego albumu po prostu źle. Strasznie się ta muzyka zestarzała (i to już niedługo po wydaniu), zarówno pod względem brzmienia, sposobu pisania rockowych piosenek, jak i ogólnej koncepcji. Jednak przede wszystkim nie jestem w stanie zaakceptować tak bombastycznych aranżacji w tak prostej muzyce, bo jest to po prostu dobranie niewłaściwych środków wyrazu do danej kompozycji. Doceniam jednak rolę tego albumu w kształtowaniu się ciekawszej muzyki - członkom The Moody Blues zabrakło umiejętności i wyobraźni do zrealizowania swoich ambicji, ale wielu następców już je posiadało - więc wystawiam pozytywną ocenę i zaznaczam, że jest to wydawnictwo na tyle istotne, że nie wypada go nie znać (szczególnie jeśli ktoś uważa się za wielbiciela rocka progresywnego). Lubić natomiast nie trzeba i ja nie zamierzam, ale też nikomu tego nie zabraniam.

Ocena: 6/10



The Moody Blues - "Days of Future Passed" (1967)

1. The Day Begins: The Day Begins / Morning Glory; 2. Dawn: Dawn Is a Feeling; 3. The Morning: Another Morning; 4. Lunch Break: Peak Hour; 5. The Afternoon: Forever Afternoon (Tuesday?) / (Evening) Time to Get Away; 6. Evening: The Sunset / Twilight Time; 7. The Night: Nights in White Satin / Late Lament / Resolvement

Skład: Mike Pinder - instr. klawiszowe, tambura (6), gong (7), wokal (1,2,6,7), dodatkowy wokal; Ray Thomas - flet, pianino, instr. perkusyjne, wokal (3,6), dodatkowy wokal; Justin Hayward - gitara, sitar (6), pianino, wokal (2,5,7), dodatkowy wokal; John Lodge - gitara basowa, wokal (4,5), dodatkowy wokal; Graeme Edge - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Peter Knight - dyrygent, aranżacja orkiestry; The London Festival Orchestra
Producent: Tony Clarke i Michael Dacre-Barclay


12 czerwca 2020

[Recenzja] Bob Dylan - "Pat Garrett & Billy the Kid" (1973)



Dwunasty studyjny album Boba Dylana jest jednocześnie pierwszą nagraną przez niego ścieżką dźwiękową. Zawarte tu utwory zostały napisane specjalnie do filmu "Pat Garrett & Billy the Kid" w reżyserii Sama Peckinpaha. Autor scenariusza, Rudy Wurlitzer, był znajomym Dylana i właśnie od niego wyszła ta propozycja. Kiedy muzyk pojawił się na planie, Peckinpah zaproponował mu także jedną z drugoplanowych ról, na co ten chętnie przystał. Był to jego debiut w fabularnym filmie na dużym ekranie. Niestety, wyraźnie widać zarówno, że jego postać została dodana w ostatniej chwili i pomimo dość częstej obecności przed kamerą nie ma właściwie żadnego znaczenia dla fabuły, jak i jego brak aktorskiego doświadczenia. Co jednak gorsze, dostarczona przez niego muzyka też nie robi dużego wrażenia. Dylan w tamtym czasie przechodził dość poważny kryzys twórczy, czego dowodem są dwa poprzednie longplaye, "Self Portrait" i "New Morning", ale też wydany tuż potem "Dylan". Szczególnie ten pierwszy boleśnie świadczy o wypaleniu artysty. Pozostałe są po prostu przeciętne i pozbawione czegokolwiek charakterystycznego.

"Pat Garrett & Billy the Kid" utrzymany jest gdzieś na pograniczu country i folku, co akurat całkiem dobrze pasuje do westernu. Zresztą w filmie muzyka sprawia całkiem dobre wrażenie. Gorzej jednak prezentuje się na płycie, ponieważ zdecydowana większość nagrań ma bardzo szczątkowy charakter - przypominają raczej zalążki utworów niż gotowe kompozycje. Demówkowy charakter tego wydawnictwa podkreśla obecność aż czterech podejść do przewodniego motywu filmu, zatytułowanego "Billy". Ponadto większość nagrań jest instrumentalna, co stanowi ewenement w dyskografii Dylana. Jest jednak jeden powód, dla którego w ogóle opisuję to wydawnictwo i dlaczego warto po nie sięgnąć. To właśnie tutaj po raz pierwszy został opublikowany słynny "Knockin' on Heaven's Door", spopularyzowany dzięki późniejszym wykonaniom Erica Claptona i Guns N' Roses. Za przeróbkami nie przepadam, ale oryginał to naprawdę zgrabna kompozycja, o wyrazistej melodii i jakby gospelowym zabarwieniu. Na tle reszty albumu jest na pewno najbardziej dopracowana i pokazuje, że Dylan na początku drugiej dekady działalności jeszcze nie całkiem zapomniał jak tworzyć niezapomniane utwory. Zresztą także w filmie nagranie towarzyszy najbardziej chyba zapamiętywanej scenie.

Ogólnie jest to dość miła muzyka tła, ale gdyby nie "Knockin' on Heaven's Door", to nie miałoby w ogóle sensu przypominanie o tym albumie. Daleko mu do największych dokonań Boba Dylana, zarówno tych wcześniejszych, jak i późniejszych - bo już niedługo potem artysta wrócił do naprawdę dobrej formy jako kompozytor. Natomiast zamiast słuchania "Pat Garrett & Billy the Kid" proponuję raczej obejrzenie filmu.

Ocena: 6/10



Bob Dylan - "Pat Garrett & Billy the Kid" (1973)

1. Main Title Theme (Billy); 2. Cantina Theme (Workin' for the Law); 3. Billy 1; 4. Bunkhouse Theme; 5. River Theme; 6. Turkey Chase; 7. Knockin' on Heaven's Door; 8. Final Theme; 9. Billy 4; 10. Billy 7

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka; Carol Hunter - gitara, dodatkowy wokal; Bruce Langhorne - gitara; Roger McGuinn - gitara; Booker T. Jones - gitara basowa; Terry Paul - gitara basowa, dodatkowy wokal; Jim Keltner - perkusja; Russ Kunkel - instr. perkusyjne; Byron Berline - skrzypce, dodatkowy wokal; Fred Katz - wiolonczela; Ted Michel - wiolonczela; Gary Foster - flet; Carl Fortina - fisharmonia; Jolly Roger - bandżo; Priscilla Jones, Brenda Patterson, Donna Weiss - dodatkowy wokal
Producent: Gordon Carroll


10 czerwca 2020

[Recenzja] Jazz Sabbath - "Jazz Sabbath" (2020)



Angielskie trio jazzowe Jazz Sabbath nie miało szczególnie udanej kariery. Sformowane w 1968 roku przez pianistę Miltona Keanesa, basistę Jacque'a T'Fono oraz perkusistę Juana Take'a zdążyło przygotować materiał na debiutancki album. Premiera miała się odbyć na początku 1970 roku, jednak w przededniu Keanes zapadł w śpiączkę, a wydawca nie chciał publikować albumu, który nie mógł być promowany koncertami. Keanes wybudził się dopiero we wrześniu i nie czekały go dobre wieści. W międzyczasie taśmy z albumem spłonęły, co postanowili wykorzystać muzycy rockowej grupy, która przyjęła nazwę Black Sabbath i przywłaszczyła sobie kompozycje Jazz Sabbath. Rozczarowani jazzmani, niemający jak udowodnić, że to oni są ich autorami, postanowili całkowicie zerwać z muzycznym biznesem. Dopiero 50 lat później przypadkiem odnalezione zostały taśmy z nagraniami, grupy, uważane dotąd za zaginione. Materiał ten wypełnił eponimiczny album Jazz Sabbath, wydany w kwietniu tego roku.

Oczywiście, cała ta historyjka jest jedynie marketingowym zabiegiem. Tak naprawdę są to współcześnie nagrane przeróbki siedmiu utworów z repertuaru Black Sabbath (w tym "Evil Woman", którego twórcą i oryginalnym wykonawcą jest amerykańska grupa Crow). Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest klawiszowiec Adam Wakeman, syn Ricka, mający na koncie współpracę zarówno z Black Sabbath, jak i Ozzym Osbourne'em. Podstawowego składu dopełnili basista Jerry Meehan z zespołu Robbiego Williamsa oraz perkusista Ash Soan, grający w różnych poprockowych grupach. W nagraniach wzięło też udział paru gości, głównie gitarzystów.

Sam pomysł, aby przerobić hardrockowe (niektórzy powiedzieliby: metalowe) riffy Black Sabbath na jazzowe tematy, będące punktem wyjścia do improwizacji, był świetny. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie każdy rockowy motyw nadaje się do takiej przeróbki. A patrząc na tracklistę "Jazz Sabbath" łatwo dojść do wniosku, że o wyborze utworów przynajmniej częściowo decydowała ich popularność. Znalazły się tu zatem aż cztery nagrania z "Paranoid" (na szczęście bez tytułowego), a także po jednym z debiutu, "Master of Reality" i "Vol. 4". Po drugie, trzeba pamiętać, że do grania jazzu, a zwłaszcza do improwizowania, potrzeba doskonałej znajomości teorii, wybitnych umiejętności instrumentalnej, ale także wyobraźni. Tymczasem w skład tego tria wchodzą muzycy do tej pory chyba niewiele mający wspólnego z ambitniejszymi rodzajami muzyki.

Ich gra na tym albumie jest bardzo zachowawcza, polega raczej na imitowaniu jazzowej rytmiki, harmonii i melodii, a także brzmienia, niż na faktycznym graniu jazzu. Najwięcej do zaoferowania zdaje się mieć Wakeman, choć podejrzewam, że w jego partiach nie ma wiele prawdziwej improwizacji, może nie ma jej wcale. Sekcja rytmiczna praktycznie ogranicza się do raczej prostego, często swingującego akompaniamentu. Efekty są jednak różne. Początek okazuje się niezbyt zachęcający, bo "Faires Wear Boots" i "Evil Woman" w tych wersjach brzmią jak jakieś pseudo-jazzowe granie do kotleta, które mogłoby być grane w jakieś snobistycznej restauracji lub kawiarni. Ale potem jest już przeważenie lepiej. "Rat Salad" podoba mi się wręcz dużo bardziej od oryginału. Akurat ten riff doskonale nadawał się do przerobienia na jazzowy temat, który zostaje rozwinięty w coś przypominającego klasyczną hardbopową improwizację. Nie ten poziom, co u prawdziwych jazzmanów, ale i tak bardzo fajnie to wyszło.

Ciekawie wypada też "Iron Man", składający się z dwóch części. W pierwszej, granej solo przez Wakemana, utwór został przerobiony na staroświecką balladę. Warto zwrócić uwagę na to, co klawiszowiec zrobił tutaj ze słynnym riffem, bo potraktował go w nie do końca oczywisty sposób. Druga część jest już bardziej energetyczna, swingująca, ale do pewnego momentu nie stara się w zbyt namacalny sposób nawiązywać do oryginału, co na pewno jest plusem. Jednak w finale jest już trochę zbyt dosłownie. Przyczepić nie mogę się do "Hand of Doom", którego główny motyw dało się świetnie przełożyć na język jazzu, a i potem jest całkiem przyjemnie, szczególnie podczas gitarowej solówki Wesa Tostrayera (zapewne kolejny pseudonim, ale nie znalazłem informacji, kto się za nim kryje), która ma bardzo jazzowy posmak. Sporym zgrzytem jest natomiast "Changes", który już w oryginale opiera się na akompaniamencie pianina. Początkowy motyw jest zagrany identycznie, a potem Wakeman po prostu podąża za melodią, a dodanie jazzującej gry sekcji rytmicznej za bardzo nie zmienia charakteru tej kompozycji. Dopiero po dłuższym czasie muzycy próbują trochę dodać od siebie, ale niewiele z tego wynika. Wrażenie poprawia finałowy "Children of the Grave", który nie dość, że dobrze nadaje się do grania w jazzowy sposób (choć szkoda, że muzycy trzymają się bardzo sztywno oryginalnej budowy), to jeszcze pojawia się tu sporo dodatkowych instrumentów - nie tylko gitara, ale też saksofon i elektryczne organy - które fajnie urozmaicają brzmienie.

Na uznanie na pewno zasługuje szata graficzna, nawiązująca do starych płyt jazzowych, zarówno na froncie (patrz wyżej), jak i na rewersje, gdzie zamieszczono esej na temat zespołu i tego wydawnictwa (przedstawiając oczywiście spreparowaną historię, o której wspominałem na wstępie). Warto też dodać, że album ukazał się w różnych formatach: na płycie kompaktowej, płycie winylowej (materiał ma zresztą czas odpowiednio dostosowany właśnie do takiej wersji), kasecie magnetofonowej, a także w bezstratnym formacie cyfrowym. Tylko w wersji cyfrowej dostępny jest także miks monofoniczny, opisany jako "1969 Mono Mix".

Myślę, że jest to wydawnictwo raczej dla fanów Black Sabbath (tych bardziej otwartych na inne rodzaje muzyki), niż dla miłośników jazzu. Jako album jazzowy jest to muzyka zbyt zachowawcza, wystudiowana, ugrzeczniona, a często po prostu trywialna, choć w sumie całkiem przyjemna. Natomiast dla słuchaczy Black Sabbath bardzo ciekawym doświadczeniem może być usłyszenie tych kompozycji w zupełnie innych wersjach. Będą też mogli wyłapywać wszelkie podobieństwa i różnice. Trzeba też podkreślić, że jest to płyta bardzo łatwa w odbiorze, nie wymagająca, jak sądzę, właściwie żadnego osłuchania z jazzem. Pewnie nawet łatwiej będzie im docenić ten album, jeśli nie będą mieć porównania z prawdziwym jazzem. "Jazz Sabbath" może mieć nawet pewien walor edukacyjny i zachęcić takie osoby do muzycznego rozwoju w tym kierunku. Ja, jako wielbiciel zarówno tego gatunku, jak i wczesnych dokonań Black Sabbath mam mieszane odczucia. Sam pomysł uważam za świetny, ale mam też świadomość, że mógł być zrealizowany znacznie bardziej kreatywnie i odważnie, gdyby wzięli się za to muzycy jazzowi (z drugiej strony, mogło być też znacznie gorzej, skoro wzięli się za to rockmani). Dlatego ocena będzie odpowiednio powściągliwa.

Ocena: 6/10



Jazz Sabbath - "Jazz Sabbath" (2020)

1. Fairies Wear Boots; 2. Evil Woman; 3. Rat Salad; 4. Iron Man; 5. Hand of Doom; 6. Changes; 7. Children of the Grave

Skład: Milton Keanes - pianino; Jacque T'Fono - kontrabas; Juan Take - perkusja
Gościnnie: Steven Stringer - gitara (1); Wes Tostrayer - gitara (5); Chester Drawes - gitara (7); Fenton Breezley - saksofon (7); Leighton B'Zard - organy (7)
Producent: -

Po prawej: okładka "Jazz Sabbath - 1969 Mono Mix".


8 czerwca 2020

[Recenzja] Frank Zappa - "Apostrophe (')" (1974)



Z niezwykle bogatej dyskografii Franka Zappy, "Apostrophe (')" jest właśnie tym albumem, który osiągnął najwyższą pozycję amerykańskiego notowania. Longplay doszedł aż do 10. miejsca listy Billboardu, przyniósł też artyście pierwszy umiarkowany przebój, "Don't Eat the Yellow Snow". Paradoks polega na tym, że wydawnictwo jest w praktyce zbiorem odrzutów z lat 1969-74. Cała pierwsza strona winylowego wydania to nagrania dokonane równolegle z albumem "Over-Nite Sensation". Strona B została natomiast skompilowana ze starszego materiału, który na przełomie lat 1973/74 poddano studyjnej obróbce i wzbogacono nowymi partiami. Ostateczny efekt brzmi zaskakująco spójnie. Ogólnie jest to wydawnictwo o charakterze zbliżonym do wspomnianego "Over-Nite Sensation" - dominuje bardziej przystępne granie, pokazujące komediowe oblicze Zappy.

Cała pierwsze strona to coś na kształt quasi-suity, której tekstowym tematem przewodnim jest potężny... żółty śnieg. Również pod względem muzycznym nie jest zbyt poważnie. Kolejne, płynnie przechodzące między sobą utwory to pastisze różnych stylów, od lubianego przez Zappę doo-wopu, przez jazz, blues i funk po klasyczny rock. Wpływy te mieszają się w różnych proporcjach w zależności od utworu. Dominuje humorystyczne podejście, ale nie brakuje też bardziej ambitnego grania, przede wszystkim w złożonych rytmicznie "St. Alfonzo's Pancake Breakfast" i "Father O'Blivion", dających fantastyczne pole do popisu dla grającej na wibrafonie i innych perkusjonaliach Ruth Underwood. Rockowych słuchaczy bardziej pewnie zainteresują świetne gitarowe solówki lidera w "Nanook Rubs It" i "Cosmik Debris". Moim zdaniem trochę jednak za dużo tutaj wygłupów, które prowadzą muzykę w mniej ciekawym kierunku, nierzadko wymuszają liczne uproszczenia, przez co nie zostaje wykorzystany w pełni potencjał tego składu, złożonego z wielu uzdolnionych instrumentalistów.

Pozostałe nagrania również są całkiem eklektyczne. Jeśli chodzi o czas rejestracji, to dwa utwory zawierają partie nagrane na przełomie dekad. W przypadku "Excentrifugal Forz" jest to ścieżka perkusji Johna Guerina z sesji "Hot Rats", natomiast cały podkład "Stink-Foot" powstał podczas prac nad "Chunga's Revenge". Ten pierwszy to zaledwie półtoraminutowy drobiazg, w którym jednak pojawia się partia wokalna i całkiem treściwa, ciekawa warstwa instrumentalna. Drugi to już znacznie bardziej rozbudowany utwór, z bardziej mówiącym niż śpiewającym Zappą oraz bardzo przyjemnym akompaniamentem, właściwie bluesrockowym, choć z jazzującymi momentami. Dwa pozostałe utwory to już nagrania z 1972 roku. Tytułowy "Apostrophe'" to porywający jazz-rockowy jam, spontanicznie zagrany przez Zappę, Tony'ego Durana, Jacka Bruce'a i Jima Gordona. Wyróżnia się przede wszystkim potężnym brzmieniem basu Bruce'a (on sam po latach twierdził, że zagrał tu tylko wstęp na wiolonczeli - problem w tym, że takiego instrumentu w ogóle nie słyszę), ale też świetnymi partiami gitary. "Uncle Remus" to już bardziej konwencjonalna piosenka, z przymrużeniem oka nawiązująca do rockowych hymnów (nie brakuje też lekkich naleciałości soulowych i jazzowych), za to w warstwie tekstowej znacznie poważniejsza od innych utworów (porusza, z różnych perspektyw, problem rasizmu).

Choć "Apostrophe (')" został złożony z materiału zarejestrowanego na przestrzeni wielu lat, sprawia wrażenie bardzo dobrze przemyślanego wydawnictwa. Longplay nie przypadkiem osiągnął tak duży sukces komercyjny, bo to jedno z łatwiejszych w odbiorze wydawnictw Zappy. Dla mniej zaawansowanych słuchaczy może to być dobry album na początek (wraz z poprzedzającym go "Over-Nite Sensation"). Osobiście wolałbym jednak, żeby znalazło się tu więcej fragmentów w stylu nagrania tytułowego lub tych utworów z bardziej skomplikowaną rytmiką, a trochę mniej wygłupów, które nie są zbyt zróżnicowane.

Ocena: 7/10



Frank Zappa - "Apostrophe (')" (1974)

1. Don't Eat the Yellow Snow; 2. Nanook Rubs It; 3. St. Alfonzo's Pancake Breakfast; 4. Father O'Blivion; 5. Cosmik Debris; 6. Excentrifugal Forz; 7. Apostrophe'; 8. Uncle Remus; 9. Stink-Foot

Skład: Frank Zappa - wokal, gitara, gitara basowa; George Duke - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Ian Underwood - saksofon; Napoleon Murphy Brock - saksofon, dodatkowy wokal; Sal Marquez - trąbka; Bruce Fowler - puzon; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce;  Jean-Luc Ponty - skrzypce; Alex "Erroneous" Dmochowski - gitara basowa; Tom Fowler - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja; Ralph Humphrey - perkusja; Ruth Underwood - instr. perkusyjne; John Guerin - perkusja (6); Tony Duran - gitara (7); Jack Bruce - gitara basowa lub wiolonczela (7); Jim Gordon - perkusja (7); Robert Camarena, Ray Collins, Ruben Ladron De Guevara, Susie Glover, Kerry McNabb, Linda Sims, Tina Turner & The Ikettes, Debbie Wilson - dodatkowy wokal
Producent: Frank Zappa


6 czerwca 2020

[Recenzja] David Bowie - "The Man Who Sold the World" (1970)



"The Man Who Sold the World" przynosi znaczące zmiany w twórczości Davida Bowie. Na ostateczny kształt albumu istotny wpływ miał nowy współpracownik, gitarzysta Mick Ronson. Choć zawarta tu muzyka jest tak naprawdę dziełem całego zespołu, którego rdzeń tworzyli także Tony Visconti (ponownie pełniący rolę basisty i producenta) oraz perkusista Mick Woodmansey. W części nagrań wziął też udział grający na syntezatorze Ralph Mace. Ponieważ przed wejściem do studia Bowie miał gotowe tylko dwie kompozycje, reszta materiału powstała w wyniku zespołowego jamowania. I takie podejście doskonale tutaj słychać - pomimo przeważnie piosenkowych struktur, muzyka posiada sporo luzu.

Album zdominowany jest przez energetyczne utwory o zdecydowanie hardrockowym brzmieniu. W nagraniach w rodzaju rozbudowanego, ośmiominutowego "The Width of a Circle", "All the Madman", "Saviour Machine" czy najcięższego "She Shook Me Cold", nie brakuje gitarowego czadu, ani mocnej gry sekcji rytmicznej, z bardzo fajnie uwypuklonymi partiami basu. Brzmienie przypomina to znane z koncertów Cream i Jimiego Hendrixa, a momentami zbliża się nawet do ciężaru Black Sabbath, jednak nierzadko urozmaicone jest wstawkami gitary akustycznej, fletu lub syntezatora. Na płycie znalazło się też parę momentów wytchnienia. "After All" to w znacznej mierze akustyczna, oniryczno-folkowa ballada, będąca echem wcześniejszej twórczości twórcy "Space Oddity". Z kolei najbardziej znany z tego albumu utwór tytułowy (spopularyzowany dzięki późniejszym przeróbkom popowej wokalistki Lulu oraz, oczywiście, Nirvany) to melodyjna, łagodna piosenka oparta na wyraźnie latynoskiej rytmice.

Album ma bardzo przyjemne brzmienie, szczególnie w tych ostrzejszych kawałkach. Uwagę zwraca tez wszechstronność wokalna Bowiego. W "Black Country Rock" udanie parodiuje Marca Bolana z T.Rex, a w "She Shook Me Cold" można pomylić go z Gregiem Lake'em. Niestety, same kompozycje - z wyjątkiem tytułowej i może jeszcze singlowego "All the Madman" - nie są szczególnie wyraziste. I zapewne to było przyczyną komercyjnego niepowodzenia albumu. W Stanach - gdzie ukazał się już w listopadzie 1970 roku - nie wszedł nawet do pierwszej setki listy Billboardu, pomimo ogromnej popularności poprzedniego longplaya. Nieco lepiej było w Wielkiej Brytanii, gdzie "The Man Who Sold the World" ukazał się dopiero w kwietniu 1971 roku, wzbogacony nową, kontrowersyjną okładką. Być może właśnie dzięki niej wydawnictwo dotarło do 21. miejsca notowania. 

Ocena: 7/10



Dawid Bowie - "The Man Who Sold the World" (1970)

1. The Width of a Circle; 2. All the Madmen; 3. Black Country Rock; 4. After All; 5. Running Gun Blues; 6. Saviour Machine; 7. She Shook Me Cold; 8. The Man Who Sold the World; 9. The Supermen

Skład: David Bowie - wokal, gitara, stylofon, organy, saksofon; Mick Ronson - gitara, dodatkowy wokal; Tony Visconti - gitara basowa, gitara, pianino, flet, dodatkowy wokal; Mick Woodmansey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ralph Mace - syntezator
Producent: Tony Visconti 

Po prawej: okładka brytyjskiego wydania.


3 czerwca 2020

[Przegląd] Nowe płyty, które warto sprawdzić

W drugiej części przeglądu tegorocznych płyt, które z różnych powodów nie dostaną pełnych recenzji - choć często powinny! - skupię się tych wydawnictwach, które faktycznie zasługują na polecenie. Wybrałem dziesięć najciekawszych tytułów. Niektóre z nich ukazały się już dość dawno temu, ale nie znałem ich jeszcze w chwili tworzenia poprzedniego przeglądu. Nie zasługują jednak na przeoczenie, dlatego musiały znaleźć się na tej liście. Wiem też, że niektórzy Czytelnicy czekają przede wszystkim na krytyczne opisy nowych popłuczyn powszechnie cenionych wykonawców, dlatego na końcu umieściłem też album, który należy omijać szerokim łukiem. Jeśli właśnie dla takich tekstów tu weszliście, możecie od razu przewinąć stronę do dołu. Wszystkich pozostałych, których interesuje poznanie ciekawych przykładów współczesnej muzyki, zachęcam do przeczytania całości. Rozrzut stylistyczny jest spory, bo obejmuje różne odmiany rocka, jazzu, muzyki elektronicznej, popu, a nawet hip hopu.


Aksak Maboul - "Figures" 7/10
Wydany: 15.05 |  awangardowy pop, RiO

Belgijski Aksak Maboul to avant-rockowy zespół, niegdyś działający w ramach ruchu Rock in Opposition. Na przełomie lat 70. i 80. wydał dwa albumy, by potem na wiele lat zniknąć ze sceny. Od niedawna jest jednak znów aktywny i właśnie opublikował swoje trzecie wydawnictwo z premierowym materiałem. Nieco bardziej przystępne od wcześniejszych, kierujące się w bardziej popowym kierunku, ale prezentujące wciąż wysoki poziom artystyczny. Co szczególnie istotne, zespół nie pozostał obojętny na to, co działo się w muzyce przez ostatnie 40 lat i nagrał album bardzo współczesny.


Astrokot - "Astrokot i przyjaciele z odległych galaktyk" 7/10
Wydany: 20.04 | space rock

Zgodnie z tym, co sugeruje nazwa tego projektu, tytuł jego debiutanckiego longplaya oraz nazwy poszczególnych utworów, mamy tu do czynienia z mocno odjechanym graniem. To blisko 40-minutowy jam (podzielony na pięć ścieżek), przesiąknięty kosmicznym klimatem. Oprócz psychodelii słychać też wpływy ambientu, jazzu (istotna rola saksofonu i klarnetu), a może nawet krautrocka. Szkoda tylko, że humor ogranicza się do całej otoczki wokół, a w samej muzyce jedynym zabawnym akcentem są wokalizy prawdziwego kota.


Dynasonic - "#2" 7/10
Wydany: 30.04 | dub, elektronika

W ostatnich latach wielokrotnie chwaliłem poczynania wytwórni Instant Classic, która ponoć kończy swoją działalność. Na pocieszenie jej katalog został poszerzony o jeszcze jedną bardzo ciekawą pozycję - drugą EPkę dubowego Dynasonic. To tylko 25 minut muzyki, całkowicie jednak wciągającej hipnotyzującymi rytmami, z wysuniętym na pierwszy plan basem, którym towarzyszą jedynie minimalistyczne dźwięki elektroniki, przetworzonej gitary lub wibrafonu.


Fire! Orchestra - "Actions" 8/10
Wydany: 28.02 | free jazz

O kompozycji "Actions", jednorazowej przygodzie Krzysztofa Pendereckiego z free jazzem, pisałem już w tej recenzji. Pod koniec 2018 roku utwór doczekał się drugiego wykonania, tym razem przez Fire! Orchestra. I właśnie zapis tego występu trafił na ten album. Nowa, uwspółcześniona wersja wypada nie mniej ciekawie. Choć dwukrotnie dłuższa, wydaje się też bardziej zwarta, a zachowując swobodę i brutalność, sprawia wrażenie bardziej przemyślanej. Można więc przypuszczać, że jest bliższa zamysłu kompozytora, który próbował połączyć improwizację ze ścisłymi regułami muzyki klasycznej.


Horse Lords - "The Common Task" 7/10
Wydany: 13.03 | math rock

Horse Lords to kwartet złożony z gitarzysty, saksofonisty, basisty i perkusisty, grający muzykę czerpiącą z minimalizmu, wykorzystującą mikrotonowość oraz polirytmię. Efektem są hipnotyzujące kompozycje, zbudowane na złożonych i wręcz matematycznie precyzyjnych partiach instrumentalnych. Skojarzenia mogą iść w stronę King Crimson z lat 80., Talking Heads lub Camberwell Now, ale jest to muzyka całkowicie odchodząca od piosenkowości. Choć fragmenty, na czele z "People's Park", brzmią na swój sposób bardzo chwytliwie.


The Necks - "Three" 8/10
Wydany: 3.02 | jazz

21. album australijskiego tria przynosi trzy rozbudowane kompozycje w stylistyce bardzo współczesnego jazzu (choć nie brakuje skojarzeń z sekcją rytmiczną najsłynniejszego kwartetu Johna Coltrane'a). Każda z nich posiada własny charakter i zachwyca w nieco inny sposób. Energetyczny "Bloom" opiera się na transowej rytmice oraz pięknych partiach klawiszowych. "Lovelock" posiada bardziej swobodną strukturę i skupia się na kreowaniu nastroju, natomiast "Further" to najbardziej uduchowione nagranie. Jeden z najładniejszych albumów tego roku.


Richard Pinhas & Norman Spinrad - "Flesh Empire" 7/10
Wydany: 9.01 | elektronika

Choć album "Flesh Empire" został przygotowany jako muzyka mająca towarzyszyć czytaniu powieści graficznej science-fiction Yanna Legendre o tym samym tytule, broni się jako samodzielne dzieło. Słychać pewne nawiązania do twórczości Richarda Pinhasa pod szyldem Heldon (szczególnie w partiach gitarowych), niemniej jednak nie jest to muzyka archaiczna, lecz taka, która całkiem dobrze wpisuje się w obraz współczesnej elektroniki. Całość utrzymana jest w dość mrocznym, ale intrygującym nastroju.


Oranssi Pazuzu - "Mestarin kynsi" 8/10
Wydany: 17.04 | black metal, rock psychodeliczny

Jeśli już szukać w muzyce metalowej artystycznych ambicji, to najwięcej do zaoferowania zdają się mieć zespoły black metalowe. W tej stylistyce najczęściej można spotkać wykonawców czerpiących inspiracje z innych gatunków i za ich pomocą ciekawie urozmaicających swoją twórczość. Doskonałym przykładem jest fiński Oranssi Pazuzu, który typowo blackmetalowe patenty (w tym skrzeczący wokal) interesująco łączy z elektroniką, czystymi gitarami oraz krautrockową perkusją, raczej z przewaga tych niemetalowych elementów. Bardzo kreatywna i oryginalna muzyka.


R.A.P. Ferreira - "Purple Moonlight Pages" 7/10
Wydany: 6.03 | jazz rap

Hip hop nie jest muzyką, po jaką często sięgam, ale potrafię ją docenić za dobrze zrobione podkłady. Tak jest w przypadku tego albumu. Rory Allen Philip Ferreira, znany tez pod pseudonimem Milo, nawija tutaj do pomysłowo skompilowanych, głównie z jazzowych sampli, akompaniamentów. Jest tu nawet wariacja na temat "The Creator Has a Masterplan" Pharoaha Sandersa! Całość jest może o kilka utworów i kilkanaście minut za długa, ale słucham tego albumu z zadziwiającą przyjemnością.


Yves Tumor - "Heaven to a Tortured Mind" 7/10
Wydany: 3.04 | glam rock, neo-psychodelia, soul

Jeśli ktoś myśli, że glam nie ma współcześnie nic do zaoferowania, koniecznie powinien sprawdzić ten album. Podobnie, jak inne pozycje na tej liście, w żadnym wypadku nie jest to muzyka brzmiąca archaicznie. To album na miarę 2020 roku. Do tego bardzo udanie udało się połączyć świetne, popowe melodie (np. "Kerosene!", "Gospel for a New Century") z niebanalnymi aranżacjami, pełnymi soulowo-psychodelicznych smaczków, a także solidnym wykonaniem (bardzo podobają mi się partie basu). Longplay w dodatku jest bardzo krótki, więc nie sposób się nudzić.



Płyta, której sprawdzać nie warto:


Pearl Jam - "Gigaton" 3/10
Wydany: 27.03 | rock

Nie ma chyba na świecie nic bardziej niepotrzebnego, niż albumy rockowych dinozaurów. Zdecydowana większość nowego albumu Pearl Jam brzmi jak odrzuty z kilku poprzednich płyt, które przecież też niewiele - jeśli cokolwiek - miały do zaoferowania. Pewną nowością jest tylko singlowy "Dance of the Clairvoyants", który brzmi, jakby grupa podstarzałych muzyków, cierpiących na anemię i różne choroby współistniejące, postanowiła zagrać w stylu Talking Heads. Ale przecież tych ludzi bardziej obchodzi robienie polityki niż muzyki, więc jak to ma być dobre?



1 czerwca 2020

[Recenzja] Jackie McLean - "Destination... Out!" (1964)



Już w okładkowej notce "One Step Beyond", napisanej przez samego McLeana, saksofonista zapowiadał następny album nagrany w tym samym składzie, na którym obierze jeszcze nowocześniejszy i bardziej swobodny kierunek. Stąd też tytuł kolejnego wydawnictwa, "Destination... Out!", w wolnym tłumaczeniu: "Cel osiągnięty". W nagraniach, tradycyjnie odbywających się w studiu Rudy'ego Van Geldera, uczestniczył jednak nieco inny zespół - z poprzedniego składu, poza liderem, zostali tylko Grachan Moncur III i Bobby Hutcherson. Tony Williams był już najwyraźniej pochłonięty współpracą z Milesem Davisem, a jego miejsce zajął inny ceniony bębniarz, Roy Haynes. Funkcję basisty tym razem objął mniej znany Larry Ridley.

Na przestrzeni 1963 roku McLean, Moncur i Hutcherson odbyli razem aż trzy sesje; podczas pierwszej i ostatniej towarzyszył im Williams. W kwietniu zarejestrowali "One Step Beyond", we wrześniu "Destination... Out!", a w listopadzie - "Evolution". Ten ostatni ukazał się już pod nazwiskiem Moncura. Ciekawe, że rola puzonisty rosła z każdą sesją. Na pierwszym z tych wydawnictw wraz z liderem dostarczyli po równo kompozycji, ale już na następnym jego utwory dominują w stosunku trzy do jednego (na trzecim jest już jedynym kompozytorem). Tak więc choć "Destination... Out!" nominalnie jest albumem saksofonisty, to jednak większy wpływ na jego charakter miał prawdopodobnie Moncur. To zresztą jego tematy, jego pomysły aranżacyjne, typowy dla niego minorowy nastrój oraz charakterystyczne brzmienie puzonu - instrumentu wcale nie tak częstego w muzyce jazzowej - najbardziej przykuwają tutaj uwagę, na równi z wyeksponowanymi partiami wibrafonu Hutchersona. Do gry McLeana trudno się przyczepić, ale często zdaje się postacią niemal drugoplanową. Także sekcja rytmiczna, choć ze swoich obowiązków wywiązująca się wzorowo. konsekwentnie pozostaje w tle.

Jedyna kompozycja lidera, wyróżniająca się bardziej żywiołowym charakterem "Kahlil the Prophet", z całkiem porywającymi solówkami altu, to po prostu bardzo przyjemny, bardzo solidny, ale raczej standardowy hard bop, który niknie wśród setek podobnych nagrań. Natomiast trzy kompozycje Moncura, z tym swoim wieczorowym, czasem wręcz nieco onirycznym nastrojem, ale też naprawdę błyskotliwymi tematami oraz takim wykonaniem, to już dużo wyższa półka. I to właśnie dzięki nim "Destination... Out!" jest nie tylko jednym z wielu jazzowych albumów lat 60., ale jednym z tych, o których faktycznie warto pamiętać i polecać kolejnym pokoleniom słuchaczy. Choć prawdziwe mistrzostwo zostało osiągnięte dopiero na "Evolution", gdy stery całkowicie przejął Grachan Moncur.

Ocena: 8/10



Jackie McLean - "Destination... Out!" (1964)

1. Love and Hate; 2. Esoteric; 3. Kahlil the Prophet; 4. Riff Raff

Skład: Jackie McLean - saksofon altowy; Grachan Moncur III - puzon; Bobby Hutcherson - wibrafon; Larry Ridley - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Alfred Lion