9 marca 2014

[Recenzja] U.K. - "Danger Money" (1979)



Choć działalność U.K. przypadła na ciężkie czasy dla ambitniejszych form rocka, debiutancki album supergrupy sprzedawał się całkiem nieźle - trafiając na listy po obu stronach Atlantyku - a jego koncerty cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zespół nie był jednak w stanie przetrwać z innego powodu. Muzycy mieli różne wizje artystyczne. Eddie Jobson opowiadał się za rockiem progresywnym w jak najbardziej klasycznym wydaniu, Johna Wettona coraz bardziej ciągnęło w stronę komercyjnych piosenek, a Bill Bruford i Allan Holdsworth chcieli zwrotu w bardziej jazz-rockowym kierunku. Ostatnia dwójka wkrótce odeszła, zakładając grupę Bruford (wspólnie z Dave'em Stewartem i Jeffem Berlinem), natomiast Jobson i Wetton chwilowo zdołali się porozumieć na gruncie muzycznym i po dodaniu do składu perkusisty Terry'ego Bozzio (z zespołu Franka Zappy) zarejestrowali materiał na drugi album U.K.

Wraz z odejściem Bruforda i Holdswortha całkowicie zniknęły wpływy jazz-rockowe. Zespół zaprezentował muzykę bliższą twórczości Emerson, Lake & Palmer. Nie tylko ze względu na podobne instrumentarium (klawisze, bas i perkusja; u ELP sporadycznie dochodziła do tego gitara, u U.K. pojawiały się skrzypce). Podobne jest też chociażby brzmienie - Jobson częściej sięga tu po elektryczne organy, zamiast dominujących na debiucie syntezatorów (sądząc po brzmieniu wydanego w tym samym roku "One of a Kind" Bruford, to właśnie byli muzycy forsowali stosowanie współcześniejszych brzmień, które swoją drogą zestarzały się bardziej). Sama muzyka jest oczywiście inna, mniej złożona, nie zdradza też tak oczywistych wpływów muzyki poważnej.

Bronią się tu jednak przede wszystkim utwory, które powstały jeszcze przed rozpadem oryginalnego składu. Bardzo fajny jest "Caesar's Palace Blues", wyróżniający się prominentną rolą skrzypiec i ciężką, ale nie toporną grą sekcji rytmicznej. Zbliżony poziom prezentuje rozbudowany "Carrying No Cross". Nie zgadzam się z twierdzeniami jakoby było to dzieło porównywalne ze "Starless" King Crimson - zdecydowanie wiele mu brakuje pod względem nastroju, budowania napięcia i finezji, nie rozwija się w tak doskonały sposób, a do tego momentami drażni nieco tandetnym brzmieniem klawiszy. Wciąż jednak jest to całkiem solidne nagranie, udanie przywołujące klimat klasycznego proga. To ostatnie udaje się także w żywszym "The Only Thing She Needs", z bardzo emersonowskimi partiami organów i niebanalną grą sekcji rytmicznej. Podobać może się też śpiew Wettona, który fajnie wchodzi w nietypowe dla siebie, wyższe rejestry. Zresztą na całym albumie jego śpiew prezentuje się co najmniej przyzwoicie, z czym później było już coraz gorzej.

Zdecydowanie mniej przekonują mnie nowsze kompozycje. W tytułowym "Danger Money" wciąż słychać całkiem przyjemne nawiązania do klasycznego proga i pod względem muzycznym jest to naprawdę przyzwoite nagranie, jednak warstwa wokalna w refrenie, składającym się z powtarzania tytułu, jest strasznie banalna. Natomiast całkowicie odpychające są dla mnie kawałki singlowe. "Rendezvous 6:02" to przesłodzona ballada z anemicznym wykonaniem i kiczowatym brzmieniem. Paskudne to strasznie. A chyba jeszcze szpetniej wypada żywszy "Nothing to Lose", z podobnie tandetnym brzmieniem, bezwstydnie popadający w poprockową sztampę (sytuacji nie ratują nawet całkiem fajne partie basu i skrzypiec we fragmencie instrumentalnym). To już więcej niż zapowiedź późniejszej twórczości Wettona z grupą Asia - to już dokładnie ta sama, przeokropna stylistyka. Jeśli tak miała wyglądać przyszłość rocka progresywnego (a w pewnym sensie tak właśnie wyglądała), to pozostaje tylko się cieszyć z wybuchu tzw. "punkowej rewolucji", która zepchnęła tego typu granie na margines i zrobiła miejsce dla ciekawszych rzeczy, jak post-punk i nowa fala.

Ocena: 6/10



U.K. - "Danger Money" (1979)

1. Danger Money; 2. Rendezvous 6:02; 3. The Only Thing She Needs; 4. Caesar's Palace Blues; 5. Nothing to Lose; 6. Carrying No Cross

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa; Eddie Jobson - instr. klawiszowe i skrzypce; Terry Bozzio - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: John Wetton i Eddie Jobson


8 marca 2014

[Recenzja] U.K. - "U.K." (1978)



Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K.

Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory.

Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta.

Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts".

Ocena: 7/10



U.K. - "U.K." (1978)

1. In the Dead of the Night; 2. By the Light of Day; 3. Presto Vivace and Reprise; 4. Thirty Years; 5. Alaska; 6. Time to Kill; 7. Nevermore; 8. Mental Medication

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa; Eddie Jobson - instr. klawiszowe, skrzypce; Allan Holdsworth - gitara; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: U.K.


6 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Yesshows" (1980)



Druga koncertówka Yes. Tym razem tylko dwupłytowa. Nie powtarzają się tu żadne utwory z obecnych na "Yessongs". Materiał został zarejestrowany podczas różnych koncertów w latach 1976-78, w trakcie tras promujących albumy "Relayer", "Going for the One" i "Tormato". Repertuar pochodzi głównie z tych trzech albumów i poprzedzającego je "Tales from Topographic Oceans", ale jest też fragment znacznie starszego "Time and a Word". Całość została skompilowana przez Chrisa Squire'a i przygotowana do wydania już w 1979 roku, jednak pozostali członkowie nie byli zadowoleni z efektu i wstrzymali premierę. Blisko rok później przedstawiciele Atlantic Records zdecydowali się wydać album bez konsultacji z zespołem.

"Yesshows" prezentuje dwa różne oblicza zespołu. Nieznacznie różniące się między sobą składem - na trasie promującej "Relayer", podobnie jak i na samym albumie, grał Patrick Moraz, zastąpiony później przez Ricka Wakemana - i różniące się ogromnie pod względem muzycznym. W czasie współpracy z Morazem zespół był nastawiony przede wszystkim na rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, pełne symfonicznego rozmachu i patosu. Okres ten reprezentują tutaj dwie długie suity: 23-minutowa "The Gates of Delirium" i blisko półgodzinna "Ritual (Nous Sommes du Soleil)" (ze względu na czasowe ograniczenia płyty winylowej podzielona na dwie części). Po powrocie Wakemana, zespół zaczął stopniowo zwracać się w stronę bardziej zwartych utworów, co doskonale obrazuje pięć nagrań zarejestrowanych w trakcie koncertów promujących "Going for the One" i "Tormato". Obie wspomniane suity są - podobnie jak ich studyjne wersje - bardzo nierówne. Dużo w nich naprawdę świetnych fragmentów, ale też sporo przeciągania, w nie zawsze sensowny sposób - szczególnie w wyraźnie dłuższym od pierwowzoru "Ritual". Natomiast ten bardziej piosenkowy materiał - zarówno żywiołowe "Parallels", "Going for the One" i "Don't Kill the Whale", jak i ballada "Wonderous Stories" - doskonale sprawdził się na żywo. Wszystkie wypadają co najmniej tak samo dobrze, jak ich wersje studyjne. Zdecydowanie zyskuje natomiast tytułowe nagranie z "Time and a Word", dzięki rezygnacji z kiczowatej orkiestracji (szkoda tylko, że utwór nagle się urywa).

"Yesshows" to dobre podsumowanie twórczości zespołu z okresu od "Tales from Topographic Oceans" do "Tormato", pokazujące zarówno jego mocne, jak i słabe strony. Muzycy potrafili tworzyć naprawdę zgrabne melodie, ale często nieco nieumiejętnie kombinowali z formą utworów. Słychać też duże umiejętności wykonawcze, ale też pewną skłonność do popisywania się nimi (środkowa część "The Gates of Delirium", fragmenty "Ritual"). Do samych wykonań trudno się przyczepić. Jon Anderson jest w świetnej formie wokalnej, a instrumentaliści nierzadko grają naprawdę porywająco, choć czasem mogliby nieco bardziej odejść od studyjnych pierwowzorów. Wybór utworów też jest całkiem udany. Osobiście wolałbym inny fragment "Oceanów" i brakuje mi "Turn of the Century", ale ogólnie jest to dobry przekrój przez wspomniany okres w działalności Yes.

Ocena: 7/10

PS. Kompaktowe wznowienie z 2009 roku zawiera dwa dodatkowe nagrania z trasy promującej "Tormato": "I've Seen All Good People" i "Roundabout". Dokładnie te same wykonania zostały oryginalnie wydane na kompilacji "Classic Yes" z 1981 roku.



Yes - "Yesshows" (1980)

LP1: 1. Parallels; 2. Time and a Word; 3. Going for the One; 4. The Gates of Delirium
LP2: 1. Don't Kill the Whale; 2. Ritual (Part 1); 3. Ritual (Part 2); 4. Wonderous Stories

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe (oprócz 1.4, 2.2, 2.3); Patrick Moraz - instr. klawiszowe (1.4, 2.2, 2.3); Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (1.4); Alan White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chris Squire


5 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Drama" (1980)



Przełom dekad okazał się trudnym okresem dla Yes. Prace nad następcą "Tormato" doprowadziły do podziału zespołu na dwie frakcje. Jon Anderson i Rick Wakeman proponowali materiał o nieco lżejszym charakterze, zorientowanym na folk, podczas gdy Chris Squire, Steve Howe i Alan White optowali za cięższym brzmieniem i powrotem do bardziej złożonej muzyki. Wzajemne blokowanie swoich pomysłów zakończyło się opuszczeniem składu przez obrażonych Andersona i Wakemana. Odejście tego pierwszego oznaczało stratę w jednej chwili rozpoznawalnego frontmana i głównego pomysłodawcy materiału. Nic więc dziwnego, że gdy pozostała trójka zabrała się za kontynuowanie prac nad nowym albumem, szło im to bardzo opornie.

Z pomocą przyszedł management zespołu, który w tamtym czasie zarządzał także synthpopowym duetem The Buggles. Trevor Horn i Geoff Downes właśnie wydali swój debiutancki album "The Age of Plastic", poprzedzony ogromnie popularnym singlem "Video Killed the Radio Star". Za pośrednictwem menadżera Briana Lane'a doszło do połączenia obu składów, które zadziałało całkiem sprawnie. Nowi muzycy wnieśli do Yes trochę świeżych pomysłów, podczas gdy pozostali członkowie zadbali o to, by nie zabrakło typowych dla grupy elementów. Zaangażowano nawet dwóch dawnych współpracowników, nieobecnych od czasu "Relayer": producenta Eddiego Offorda (który zrezygnował w trakcie sesji) i grafika Rogera Deana. A jednak ostateczny efekt pozostawia mieszane odczucia.

Rozpoczynające "Dramę" nagranie "Machine Messiah" to z jednej strony zaskakująco ciężki, wręcz metalowy riff, a z drugiej - typowe dla grupy rozwiązania melodyczne i aranżacyjne. Horn usilnie stara się imitować barwę głosu i sposób śpiewania Andersona, jednak dzięki silnemu wsparciu wokalnemu Squire'a i Howe'a brzmi to całkiem przekonująco. Utwór wydaje się jednak trochę na siłę zagmatwany, jakby sama mnogość motywów - a nie ich jakość i dopasowanie - miała nadać mu wartości. Znacznie prostszym nagraniem jest "White Car" - to zaledwie półtoraminutowa miniatura, która powstała przypadkiem, podczas testowania przez Downesa syntezatora. Później dograno wokal Horna i w ciągu jednego popołudnia kawałek był gotowy. Szkoda, że nie rozwinięto tego w pełnoprawny utwór, bo ma potencjał na coś więcej, niż zapychacz służący do wyrównania długości stron płyty winylowej. Bardziej piosenkowe oblicze zespołu pokazuje natomiast "Does It Really Happen?". Partie wokalne są strasznie banalnie, ale jest tu też fajna, nieco nowofalowa linia basu i ogólnie nowocześniejsze brzmienie (dziś już wprawdzie mocno przestarzałe).

Połączenie typowych dla zespołu rozwiązań z nowocześniejszymi wpływami i brzmieniem (m.in. za sprawą wykorzystania wokodera), najciekawiej wyszło w "Into the Lens" - kolejnym rozbudowanym utworze, w którym jednak poszczególne części składają się w całkiem sensowną, spójną całość. Do tego jeszcze z całkiem zgrabnymi, chwytliwymi melodiami. Horn i Downes skomponowali ten utwór jeszcze przed dołączeniem do Yes, jednak tutejsza wersja została znacznie przearanżowana (duet nagrał później tę kompozycję w oryginalnym kształcie, pod tytułem "I Am a Camera", na drugi album Buggles, "Adventures in Modern Recording"). Warto też wspomnieć, że własnie z tego utworu pochodzi najbardziej znany w Polsce motyw Yes - wykorzystany jako dżingiel przez Program Trzeci Polskiego Radia...  Na albumie znajdują się jeszcze dwa mniej udane kawałki: prostszy "Run Through the Light" i bardziej rozbudowany "Tempus Fugit", oba zupełnie niecharakterystyczne, z wyjątkiem fajnych linii basu (w pierwszym kawałku wyjątkowo odpowiada za nią Horn).

"Drama" nie jest może dramatycznie słabym albumem, ale pozostawia sporo do życzenia. Całość nagrywana była zbyt pośpiesznie - sesja zajęła niespełna trzy miesiące, a zaczęła się natychmiast po zaangażowaniu nowych muzyków, zanim skład zdążył się zgrać. Trevor Horn i Geoff Downes wnieśli trochę dobrych pomysłów i odświeżyli brzmienie zespołu, jednak same utwory są często nie najlepiej przemyślane, a w większości powstały jeszcze w czasach największego kryzysu, jaki do tamtej pory dotknął zespół - tuż przed lub tuż po odejściu Jona Andersona. Znamienne jest to, że najlepszy utwór został przyniesiony przez nowych muzyków... Album sprzedawał się dobrze (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 18. w Stanach), a występy nowego składu zostały przyjęte pozytywnie. Jednak po powrocie z trasy Squire, White i Horn podjęli decyzję o odejściu, a Howe i Downes nie zdecydowali się na kontynuowanie działalności pod szyldem Yes z innymi muzykami. 

Ocena: 6/10



Yes - "Drama" (1980)

1. Machine Messiah; 2. White Car; 3. Does It Really Happen?; 4. Into the Lens; 5. Run Through the Light; 6. Tempus Fugit

Skład: Trevor Horn - wokal, gitara basowa (5); Steve Howe - gitara, mandolina (5), dodatkowy wokal; Geoff Downes - instr. klawiszowe, wokoder; Chris Squire - gitara basowa, pianino (5), dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Yes i Eddie Offord


3 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Tormato" (1978)



"Tormato" jest dość kontrowersyjnym albumem w dyskografii Yes. Choć nagrany został przez klasyczny skład grupy - obejmujący Jona Andersona, Chrisa Squire'a, Steve'a Howe'a, Ricka Wakemana i Alana White'a - zawiera muzykę znacznie odbiegającą, przynajmniej pod względem formy, od najbardziej cenionych dzieł zespołu. Po sukcesie "Going for the One", muzycy postanowili nagrać album o jeszcze bardziej piosenkowym charakterze. "Tormato" to zbiór ośmiu utworów, z których tylko dwa przekraczają długość sześciu minut, a żaden nie trwa powyżej ośmiu. Wielu fanów poczuło się zdradzonych komercjalizacją zespołu. Dziś już wiadomo, że nie był to jednorazowy wybryk, ale w pewnym sensie przygotowanie gruntu pod to, co miało nastąpić w kolejnej dekadzie. Wiadomo też, że późniejsze powroty Yes do bardziej ambitnego grania były kompletnym nieporozumieniem. Z dzisiejszej perspektywy "Tormato" okazuje się całkiem przyjemnym albumem, choć nie do końca udanym.

Bardzo obiecujący jest sam początek. Niespełna siedmiominutowy otwieracz "Future Times / Rejoice" zgrabnie łączy chwytliwe melodie i dość złożoną warstwę instrumentalną, jednak bez przesadnego kombinowania lub przeciągania. Jeszcze bardziej zwarty okazuje się "Don't Kill the Whale", zresztą umiarkowany przebój singlowy (36. miejsce na UK Singles Chart). Bluesrockowe partie Howe'a, nieco funkowa gra sekcji rytmicznej oraz całkiem niezła melodia tworzą całkiem zgrabną całość. Jedynie syntezatorowa solówka Wakemana wydaje się tu wciśnięta na siłę i zdaje się nie do końca pasować. Z pozostałych nagrań jako tako bronią się dwie ballady: oparta wyłącznie na akompaniamencie klawesynu i gitary akustycznej "Madrigal" oraz zorkiestrowana "Onward" - obie nieco kiczowate i przesłodzone, ale całkiem urokliwe pod względem melodycznym. Z kolei najdłuższy na płycie "On the Silent Wings of Freedom" wyróżnia się fajną linią basu Squire'a, ale wydaje się nie do końca przemyślanym jamem, do którego w paru miejscach dodano dla niepoznaki wokal Andersona. O pozostałych kawałkach nie jestem w stanie napisać już nic pozytywnego. Żywiołowy "Release, Release" nierzadko ociera się o rockową sztampę, popada w straszny banał, a jednocześnie sprawia wrażenie przekombinowanego, wręcz chaotycznego. Z kolei "Arriving UFO" wlecze się niemiłosiernie, nie mając wiele do zaoferowania (kosmiczne dźwięki syntezatora dziś brzmią strasznie naiwnie). Natomiast inspirowany muzyką reggae "Circus of Heaven" to raczej średnio udany eksperyment.

Problem z "Tormato" nie polega bynajmniej na tym, że zespół skupił się na tworzeniu piosenek, całkowicie rezygnując z bardziej rozbudowanych form. Gorzej, że wraz uproszczeniem muzyki zespół zaczął coraz częściej popadać w banał, a jednocześnie muzycy nie wyzbyli się skłonności do czasem przesadnego kombinowania. Do tego budowa niektórych utworów lub aranżacje sprawiają czasem wrażenie niedostatecznie przemyślanych. Yes wyraźnie się tutaj zagubił, zresztą nie po raz pierwszy ani ostatni w swojej karierze. Na "Tormato" ostateczny efekt nie jest tragiczny, bo są tu też momenty naprawdę udane, choć całokształt pozostawia nieco do życzenia. Nie zgadzam się natomiast z opiniami, że to najsłabszy album zespołu z lat 70. Nie ma tu bowiem ani tylu żenujących fragmentów, co na "Time and a Word", ani takich dłużyzn, jak na "Tales from Topographic Oceans". Postawiłbym go raczej na równi z "The Yes Album". Podobnie jak tam zespół dość nieporadnie poradził sobie z tworzeniem dłuższych form, tak tutaj nie do końca sprawdził się w piosenkowym materiale.

Ocena: 6/10



Yes - "Tormato" (1978)

1. Future Times / Rejoice; 2. Don't Kill the Whale; 3. Madrigal; 4. Release, Release; 5. Arriving UFO; 6. Circus of Heaven; 7. Onward; 8. On the Silent Wings of Freedom

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, mandolina, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, pianino, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Yes


2 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Going for the One" (1977)



Po kilku latach intensywnej działalności, na przemian w studiu i na trasach koncertowych, członkowie Yes postanowili zrobić sobie krótką przerwę od zespołu. W latach 1975-76 każdy z muzyków nagrał solowy album. Po zrealizowaniu indywidualnych ambicji, udali się wspólnie do szwajcarskiego Mountain Studios. Była to pierwsza sesja zespołu poza ich ojczystą Wielką Brytanią - podobnie jak wielu innych artystów w tamtym czasie, muzycy zdecydowali się zostać uchodźcami podatkowymi. Po raz pierwszy zespół pracował z zupełnie inną ekipą techniczną, bez swojego wieloletniego producenta Eddy'ego Offorda, któremu muzyka zespołu wydała się nagle nieco przestarzała. Podczas sesji doszło też do kolejnej zmiany w składzie. Jon Anderson, Chris Squire, Steve Howe i Alan White nie byli zadowoleni ze współpracy z Patrickiem Morazem. Klawiszowiec został wyrzucony, a na jego miejsce wrócił Rick Wakeman - początkowo jako muzyk sesyjny, jednak zaangażował się w prace tak mocno, że znów stał się częścią zespołu. Oznaczało to powrót składu z "Tales from Topographic Oceans". Kwintet tym razem nagrał jednak zupełnie inny album, co niejako zapowiada już sama okładka "Going for the One" - zamiast kolejnego baśniowego obrazu Rogera Deana, znalazła się na niej futurystyczna grafika przygotowana przez firmę Hipgnosis, najbardziej znaną ze współpracy z Pink Floyd.

Muzycy Yes nie pozostali obojętni na zmiany, jakie zaszły w muzyce rockowej od czasu wydania przez nich "Relayer" w 1974 roku. Rozbudowane, ambitne formy nie cieszyły się już zainteresowaniem słuchaczy ani poważaniem krytyków. Jeszcze zanim na dobre wybuchła tzw. punkowa rewolucja, fonograficzny biznes zamknął się na poszukujących twórców. Zespół, chcąc przetrwać, musiał uprościć swoją muzykę. I doskonale sobie z tym poradził, bez większej straty na jej jakości. "Going for the One" to najbardziej przebojowy album, jaki Yes nagrał do tamtej pory. Longplay sprzedawał się świetnie (szczyt brytyjskiego notowania, 8. miejsce w Stanach), przyniósł też grupie pierwsze i zarazem największe przeboje singlowe w jej ojczyźnie ("Wonderous Stories" doszedł do 7. miejsca notowania, kawałek tytułowy do 24. pozycji). Pomimo pewnych uproszczeń jest to jednak wciąż muzyka bardzo wyrafinowana i ambitna.

Dominują tu raczej krótkie utwory, trwające około pięciu minut. Jest też jeden ośmiominutowy i jeden nieznacznie przekraczający kwadrans. Zespół nie stworzył tylu zwartych utworów na jeden album od czasu "Fragile". Rozpoczynające całość nagranie tytułowe to energetyczny, chwytliwy kawałek rockowy, o nieco zeppelinowym charakterze (nawet Anderson śpiewa jakby pod Planta), choć z bardziej złożoną warstwą rytmiczną i dość obfitym wykorzystaniem syntezatora przez Wakemana. Pod względem energii, przebojowości i zwartej budowy bynajmniej nie ustępuje mu "Parallels". Wakeman tym razem zagrał na kościelnych organach, co całkiem fajnie dopełnia niemalże hardrockową grę pozostałych muzyków. Squire napisał ten utwór z myślą o swoim solowym albumie "Fish Out of Water", ale wcale nie brzmi jak odrzut i dobrze pasuje do Yes. Pomiędzy tymi dwoma nagraniami pojawia się dłuższy "Turn of the Century" - niezwykłej urody ballada z dużą ilością gitary akustycznej i bardzo ładną linią melodyczną. Świetny popis wokalny daje tu Anderson, instrumentaliści również wypadają doskonale, tylko w pewnym momencie jakby trochę zabrakło im już pomysłów. Mimo tej lekko przeciągniętej końcówki, jest to jedna z najpiękniejszych kompozycji zespołu, nieustępująca "And You And I" czy "Soon". Utrzymany w podobnym klimacie, ale znacznie bardziej zwarty "Wonderous Stories" to po prostu miła ballada. A w najdłuższym na płycie "Awaken" wraca znany z kilku poprzednich albumów patos i rozmach, są nawet partie chóru, ale utwór rozwija się całkiem sensownie, bez przynudzania i onanistycznych popisów, za to z paroma dobrymi melodiami i ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi.

Na "Going for the One" muzycy Yes nieco poskromili swoje wielkie ambicje, co wyszło zdecydowanie na dobre. Utwory wciąż są wyrafinowane, ale już nie przekombinowane, za to zwarte i treściwe, z odpowiednio uwypuklona warstwą melodyczną, która zawsze była ogromnym atutem zespołu. W moim prywatnym rankingu albumów Yes, "Going for the One" zajmuje miejsce na podium - tuż za "Close to the Edge", a jeszcze przed "Fragile".

Ocena: 8/10



Yes - "Going for the One" (1977)

1. Going for the One; 2. Turn of the Century; 3. Parallels; 4. Wonderous Stories; 5. Awaken

Skład: Jon Anderson - wokal, harfa (5); Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: Ars Laeta of Lausanne - chór (5); Richard Williams Singers - chór (5)
Producent: Yes


1 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Relayer" (1974)



Rick Wakeman opuścił Yes w wyniku artystycznych nieporozumień wynikłych w trakcie nagrywania "Tales from Topographic Oceans". Zespół dość długo szukał dla niego następcy. Chętnych było wielu, ale tylko dwóch kandydatów zdawało się pasować: byli to Vangelis i Patrick Moraz. Obaj doświadczeni, obracający się w podobnych klimatach muzycznych (pierwszy, poza solową działalnością, miał tez na koncie grę w prog rockowym zespole Aphrodite's Child, drugi występował w progowym The Refugee). Ostatecznie nowym klawiszowcem został Moraz. Kiedy jednak dołączył do składu, nowy album był już w znacznym stopniu nagrany, więc pozostało mu tylko dodanie klawiszowych partii w odpowiednich miejscach. Odcisnął jednak wyraźne piętno na charakterze całości. W przeciwieństwie do interesującego się przede wszystkim muzyką klasyczną Wakemana, na Moraza duży wpływ miał także jazz (którego słuchał od najmłodszych lat i zdarzało mu się go wykonywać), co słychać w jego grze.

Zespół wyciągnął wnioski z niektórych błędów popełnionych na "Tales from Topografic Oceans" i nagrał album o nieco innym charakterze, na pewno mniej rozpasany. Całość zmieściła się na jednej płycie winylowej, której struktura wywołuje oczywiste skojarzenia z "Close to the Edge": jedna rozbudowana, wielowątkowa kompozycja na stronie A oraz dwie krótsze, o kontrastującym ze sobą charakterze, na stronie B. "Relayer" nie jest jednak kopią wcześniejszego dzieła. Zespół postawił na rozwój, rozwijając dotychczasowe pomysły, ale też wprowadzając nowe rozwiązania. Podejście jak najbardziej godne uznania, jednak w przypadku Yes efekty były różne. Czasem poszukiwania zespołu prowadziły go na sam szczyt ("Close to the Edge"), czasem zwodziły na manowce ("Tales..."). Przypadek "Relayer" mieści się gdzieś pomiędzy. Jest tutaj wiele świetnych pomysłów, ale zdarzają się też kompletnie nietrafione.

Wypełniająca całą pierwszą stronę winylowego wydania suita "The Gates of Delirium" pod względem budowy przypomina raczej utwory z poprzedniego albumu (szczególnie "The Ancient"), niż tytułowe nagranie z "Close to the Edge", w którym różne motywy przeplatały się ze sobą, tworząc bardzo spójną i logiczną całość. "The Gates of Delirium" brzmi natomiast jak dwa różne utwory, które niekoniecznie musiały zostać połączone w całość. Bardziej dynamiczne pierwsze piętnaście minut przynosi kilka przyjemnych melodii (to zawsze był jeden z największych atutów Yes, jeśli nie największy) i nawet niezłego progowego kombinowania, ale już długie, przeplatające się ze sobą popisy solowe muzyków zdają się za bardzo iść w instrumentalny onanizm. Ostatnie sześć minut to już znacznie subtelniejsze granie, z urokliwą, ale zarazem nieco nawiną melodią i niemal za bardzo przesłodzonym brzmieniem. Fragment ten, znany jako "Soon" został wydany na singlu i trafił na niektóre składanki. Obie części łączy ze sobą tylko warstwa tekstowa.

Otwierający drugą stronę energetyczny "Sound Chaser" to utwór wnoszący najwięcej świeżości. Słychać tu wyraźne wpływy jazz rocka i trochę awangardowego proga. Jednak ogólnie wydaje się nieco przekombinowany - momentami odnoszę wrażenie, że muzycy nie mają pomysłu jak pociągnąć dany fragment, więc nagle go urywają i próbują czegoś nowego, z różnym skutkiem. Dość irytująco wypada tu też warstwa wokalna, z wyjątkiem subtelniejszej części środkowej. Jest to jeden z kilku naprawdę świetnych momentów w tym kawałku, który jako całość mnie nie przekonuje. "To Be Over" dla odmiany w całości prezentuje łagodniejsze oblicze grupy, Jest tu przyjemna melodia, są ubarwiające brzmienie orientalizmy, do tego lekko jazzujące solo Steve'a Howe'a, ale ogólnie utwór wydaje się nieco na siłę przeciągnięty.

"Relayer" uznawany jest za najtrudniejszy album zespołu, ze względu na obecne tu wpływy jazzu i rockowej awangardy - rzeczy, do których przeciętny słuchać głównonurtowego proga nie jest przyzwyczajony. Dla słuchaczy takich rzeczy problemem może być natomiast to, że zespół nieco nieporadnie czerpie z tych inspiracji, niespecjalnie odnajdując się w takim graniu. Muzycy po raz kolejny zawiesili sobie poprzeczkę zbyt wysoko. Na szczęście, tym razem album ma znacznie bardziej przystępną długość, zdaje się też tu znacznie więcej dziać (choć nie zawsze z sensem) i nie brakuje naprawdę ładnych momentów. 

Ocena: 7/10



Yes - "Relayer" (1974)

1. The Gates of Delirium; 2. Sound Chaser; 3. To Be Over

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara, elektryczny sitar, dodatkowy wokal; Patrick Moraz - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord