28 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "1987" (1987)



Pewnych rzeczy absolutnie nie toleruję w muzyce. Zaliczają się do nich: kicz, banał, wtórność, pretensjonalność, efekciarstwo, infantylizm, brak jakichkolwiek walorów artystycznych. Elementy te często występują razem. W przypadku dokonań Whitesnake z przełomu lat 80. i 90., pojawiają się wszystkie, może z wyjątkiem pretensjonalności. Niemałe sukcesy, jakie zespół odnosił na początku działalności, okazały się niewystarczające dla Davida Coverdale'a. Muzyk postanowił podbić dotąd dość obojętną Amerykę. W tym celu całkiem porzucił niemodne wpływy bluesa i podążył za aktualnymi trendami. A ponieważ pod koniec lat 80. promowano praktycznie tylko najgorszą tandetę i sztampę... dokładnie to znalazło się na albumie zatytułowanym "1987" (a w Stanach, żeby tamtejsi fani mogli zapamiętać, nie posiadającym tytułu wcale).

Z oryginalnego składu zespołu, poza samym Coverdale'em, pozostał tylko basista Neil Murray. Pewien staż miał już też gitarzysta John Sykes, w zespole występujący od 1983 roku (wcześniej członek Thin Lizzy). Natomiast specjalnie na tę sesję ściągnięty został Aynsley Dunbar - perkusista, który na początku swojej kariery otarł się o współpracę z Jimim Hendrixem, potem występował u boku Johna Mayalla i Franka Zappy, by z czasem grać w coraz bardziej podrzędnych grupach hardrockowych. W nagraniach gościnny udział wzięli klawiszowcy Don Airey (kumpel Murraya z jazz-rockowego Colosseum II) i Bill Cuomo, a w jednym kawałku gitarowe solo zagrał Adrian Vanderberg. Murray, Sykes i Dunbar zostali usunięci z zespołu tuż po nagraniu albumu. W promujących go teledyskach Coverdale'owi towarzyszą zupełnie inni muzycy: Vanderberg, drugi gitarzysta Vivian Campbell (ex-Dio) oraz sekcja rytmiczna znana ze współpracy z Ozzym Osbourne'em: basista Rudy Sarzo i perkusista Tommy Aldridge. Wszyscy, z wyjątkiem Campbella, wzięli udział w trasie promującej ten album.

O ile w przypadku wcześniejszych wydawnictw Whitesnake, pomimo ich licznych wad, jestem w stanie wskazać także pewne zalety, tak tutaj jest zdecydowanie gorzej. Coverdale zwrócił się w stronę mieszanki sztampowego metalu i kiczowatego AORu. Nagrania w szybkim tempie, w rodzaju "Still of the Night", "Give Me All Your Love", "Straight for the Heart" czy "Children of the Night", charakteryzują się topornymi, pozbawionymi choćby odrobiny finezji riffami, efekciarskimi solówkami, banalną grą sekcji rytmicznej, szablonową strukturą, niewyszukanymi melodiami o stadionowym zacięciu, a także przesadnie wygładzonym brzmieniem, w którym istotną rolę odgrywają tandetne brzmienia z syntezatora. Oczywiście, na płycie nie zabrakło także wolniejszych kawałków, jak ballady "Is This Love" i "Looking for Love" czy pioseneczki "Here I Go Again" i "Don't Turn Again", w których stężenie kiczu sięga zenitu. Wszystkie nagrania bez wyjątku sprawiają wrażenie taśmowych produkcji, skompilowanych z najbardziej oklepanych schematów tego typu muzyki. Co ciekawe, zespół musiał podpierać się starszymi kompozycjami, oryginalnie wydanymi już w 1982 roku na albumie "Saint & Sinners". Wspomniany "Here I Go Again" na tamtym wydawnictwie wypada równie banalnie, ale przynajmniej ma znośniejsze brzmienie. Natomiast "Crying in the Rain", w oryginale  ciężki, powolny i dość posępny blues, tutaj został niepotrzebnie przyśpieszony, podmetalizowany i wygładzony, całkiem tracąc klimat i wszystko, co mogłoby go wyróżniać.

Jedyne, co pozytywnego mogę napisać o tym albumie, to wciąż dobry - choć marnie wykorzystywany - wokal Coverdale'a, a także dwa utwory, które na poziomie kompozycji są całkiem przyzwoite, lecz zaaranżowane, zagrane i wyprodukowane zostały w przeokropny sposób. Pierwszym z nich jest oczywiście "Crying in the Rain", co potwierdza jego oryginalna wersja. Drugim - i to zapewne będzie zaskoczenie - jest przebój "Is This Love", który uważam za całkiem zgrabnie napisaną piosenkę pop (Coverdale chciał ją zresztą oddać Tinie Turner, ale nie pozwolił na to wydawca), która w mniej tandetnej, może akustycznej wersji, mogłaby być naprawdę znośna. Wszystko inne jest tu kompletnie do niczego, a choć istnieją gorsze albumy od tego, to nie zawiera on absolutnie nic, do czego warto byłoby wracać.

Ocena: 2/10



Whitesnake - "1987" (1987)

1. Still of the Night; 2. Bad Boys; 3. Give Me All Your Love; 4. Looking for Love; 5. Crying in the Rain; 6. Is This Love; 7. Straight for the Heart; 8. Don't Turn Away; 9. Children of the Night; 10. Here I Go Again; 11. You're Gonna Break My Heart Again

Skład: David Coverdale - wokal; John Sykes - gitara, dodatkowy wokal; Neil Murray - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Don Airey  - instr. klawiszowe; Bill Cuomo - instr. klawiszowe; Adrian Vandenberg - gitara (10)
Producent: Mike Stone i Keith Olsen


26 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Ready an' Willing" (1980)



David Coverdale to postać, którą trudno szanować. Jest to wokalista posiadający dobrą, bluesową barwę głosu i niemałe umiejętności, który jednak nie potrafił - lub, co gorsze, po prostu nie chciał - robić z tego dobrego użytku. Dopóki nagrywał i występował z Deep Purple, dawał z siebie wiele. Ale tam śpiewał materiał skomponowany przez innych, zdolniejszych od siebie twórców. Gdy po rozpadzie zespołu zaczął działać na własny rachunek, szybko stało się jasne, że nie ma szczególnych zdolności kompozytorskich ani praktycznie żadnych artystycznych ambicji, że interesuje go granie sztampowej muzyki, która zapewni mu sławę, bogactwo i kobiety. Takie były jego pierwsze solowe albumy, wydane jeszcze w latach 70., taka też okazała się jego cała późniejsza kariera, nierozerwalnie związana z stworzonym przez niego zespołem Whitesnake.

Zasadniczo, twórczość zespołu można podzielić na dwa etapy. Pierwszy, trwający mniej więcej do 1982 roku, to czas, gdy Coverdale łączył swoje merkantylne pobudki z fascynacją bluesem, a u jego boku występowali instrumentaliści, którzy przynajmniej czasem byli w stanie trochę podnieść poziom. Drugi etap to już granie skrajnie komercyjnej muzyki. Najbardziej znanym i cenionym albumem z pierwszego okresu jest wydany w 1980 roku "Ready an' Willing" - trzecie wydawnictwo pod szyldem Whitesnake. W ówczesnym składzie zespołu znaleźli się także dwaj inni członkowie Deep Purple: klawiszowiec Jon Lord i perkusista Ian Paice, a ponadto basista Neil Murray, do tamtej pory grający głównie w grupach jazz-rockowych, jak Colosseum II, Bruford czy National Health, oraz dwaj gitarzyści: Bernie Marsden (wyciągnięty z projektu Paice Ashton Lord) i Micky Moody (grający z Coverdalem od samego początku jego post-purplowej kariery, a wcześniej członek różnych podrzędnych grup bluesrockowych).

Dominują tutaj krótkie, energetyczne kawałki, o najbardziej oczywistych, piosenkowych strukturach. To zupełnie niewyszukane granie, czasem nawet dość sympatyczne - jak w singlowym hicie "Fool for Your Loving" czy zdradzającym funkowe wpływy kawałku tytułowym - częściej jednak popadające w straszną sztampę, czego przykładem "Carry Your Load", "Sweet Talker" i "She's a Woman". Dwa ostatnie zdradzają wyraźne wpływy Led Zeppelin, nawet Coverdale stara się imitować Planta (w późniejszych latach zaczął się do niego coraz bardziej upodabniać), ale jest to co najwyżej poziom słabszych kawałków z "Physical Graffiti". Bardzo zeppelinowo jest także w "Ain't Gonna Cry No More", ale tutaj efekt jest znacznie ciekawszy, pojawia się dużo gitary akustycznej, trochę syntezatora i bardziej pomysłowe riffy w ostrzejszej części, co daje odrobinę wytchnienia od hardrockowej sztampy. Szkoda, że inne urozmaicenia nie wypadają równie ciekawie. "Blindman", znany już z solowego debiutu Coverdale'a (zatytułowanego... "White Snake"), to dość ładna, ale przewidywalna ballada w purpurowym klimacie. Bluesowy "Love Man" kojarzy się z wolniejszymi kawałkami AC/DC z czasów Bona Scotta, a "Black and Blue" to typowy rock and roll - oba kawałki wypadają zupełnie niecharakterystycznie.

"Ready an' Willing" niewątpliwie ma swoje zalety. Trudno przyczepić się do solówek Lorda i gitarzystów, sekcji rytmicznej zdarza się - rzadko, ale jednak - wyjść poza typowy akompaniament (zwłaszcza w kawałku tytułowym), a głos Coverdale'a wciąż brzmi tak samo dobrze, jak w czasach Deep Purple (ale używany jest gorzej). Cóż jednak z tego, skoro możliwości muzyków są wykorzystywane do grania zupełnie nijakich (może z wyjątkiem tytułowej i "Ain't Gonna Cry No More"), nieambitnych i banalnie skomponowanych piosenek, pozbawionych czegokolwiek, co wyróżniałoby je na tle innych grup hardrockowych z lat 70. - co w 1980 roku świadczyło o pewnym zacofaniu. W swojej stylistyce jest to solidna płyta, może nawet bardzo dobra (jak sam kiedyś twierdziłem), ale trzeba naprawdę mocno lubić hard rocka, żeby chcieć do niej wracać. W przeciwnym razie jest to album do jednorazowego przesłuchania i zapomnienia.

Ocena: 5/10



Whitesnake - "Ready an' Willing" (1980)

1. Fool for Your Loving; 2. Sweet Talker; 3. Ready an' Willing; 4. Carry Your Load; 5. Blindman; 6. Ain't Gonna Cry No More; 7. Love Man; 8. Black and Blue; 9. She's a Woman

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Neil Murray - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Producent: Martin Birch


24 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Keys to Ascension" (1996) / "Keys to Ascension 2" (1997)

 


Zjednoczenie Yes nie trwało długo. Ośmioosobowy skład rozpadł się tuż po zakończeniu trasy promującej album "Union". Muzycy w tamtym czasie nie mieli kompletnie pomysłu na dalszą działalność. W przeciwieństwie do ich wydawcy, który zasugerował powrót składu z "90125" i "Big Generator", ale z Rickiem Wakemanem zamiast Tony'ego Kaye'a. Wakeman nie mógł jednak wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, więc album "Talk" został ostatecznie nagrany w dokładnie tym samym składzie, co dwa wspomniane wydawnictwa z lat 80. Wypełniły go banalne piosenki bliskie AOR-u i jedno dłuższe nagranie, będące nieudaną próbą nawiązania do dokonań Yes z klasycznego okresu. Wkrótce potem Trevor Rabin i Tony Kaye postanowili opuścić zespół, a Jon Anderson, Chris Squire i Alan White wpadli wówczas na całkiem niegłupi pomysł - zaproszenie Steve'a Howe'a i Ricka Wakemana. Obaj podeszli do tego entuzjastycznie, co oznaczało powrót składu z albumów "Tales from Topographic Oceans", "Going for the One" i "Tormato".

Jesienią 1995 roku odrodzony zespół zaczął pracę nad nowym materiałem, kontynuowaną na przestrzeni blisko roku. W międzyczasie, na początku marca 1996 roku, zagrał trzy udane koncerty w Fremont Theater w kalifornijskim San Luis Obispo, prezentując na nich jedynie utwory z lat 70. Wszystko zdawało się zmierzać w dobrym kierunku. Przynajmniej do czasu, gdy wydawca wpadł na pomysł, by zamiast pojedynczego albumu wydać dwa dwupłytowe (w wersji kompaktowej) zestawy, zawierające zarówno premierowy materiał studyjny, jak i koncertowe nagrania z marcowych występów. Przyczyny takiej decyzji nie są oficjalnie znane, lecz zapewne obawiano się o powodzenie nowej muzyki (zresztą nie bez powodu, do czego jeszcze wrócę), więc dorzucono klasyczne kompozycje, aby zachęcić fanów do kupna. Pierwsza część "Keys to Ascension" ukazała się w październiku 1996 roku i przyniosła głównie koncertowy materiał, wzbogacony dwoma rozbudowanymi utworami studyjnymi. "Keys to Ascension 2" - zawierający jedną płytę koncertową i jedną studyjną - pojawił się w sklepach dopiero w listopadzie 1997 roku. W międzyczasie z zespołu po raz kolejny odszedł Wakeman, a pozostali muzycy zdążyli zarejestrować kolejny album, "Open Your Eyes", który ukazał się zaledwie trzy tygodnie później.

Koncertowe nagrania z obu zestawów prezentują się naprawdę świetnie. Fakt, repertuar w znacznym stopniu powtarza się z "Yessongs" i "Yesshows" (ponownie pojawia się cały materiał z "Close to the Edge" i parę innych klasycznych kompozycji), ale nie brakuje też pewnych niespodzianek. Pod tym względem lepiej wypada pierwszy zestaw. Oprócz takich oczywistości, jak "Siberian Khatru", "Roundabout" i "Starship Trooper", pojawiają się tu też chociażby niegrane od bardzo dawna "The Revealing Science of God" - najlepszy, bo najbardziej spójny, utwór z "Tales from Topographic Oceans" - i "America" z repertuaru Simon & Garfunkel (zespół grał ten utwór regularnie na początku lat 70. i zarejestrował wersję studyjną, wydaną jako niealbumowy singiel), a nawet niegrany nigdy wcześniej "Onward". Jest też "Awaken" z bardzo klimatyczną częścią instrumentalną, rozszerzoną względem albumowej wersji. Drugi zestaw przynosi już tylko jedną, ale jakże przyjemną niespodziankę - dawno nie grany "Turn of the Century". A reszta repertuaru to jak zawsze genialne "Close to the Edge" i "And You and I", doskonale sprawdzający się na żywo "Going for the One" oraz dwie melodyjne piosenki: "I've Seen All Good People" i "Time and a Word" (ten ostatni w końcu zabrzmiał jak należy - bez tandetnej orkiestracji, jak w studyjnym pierwowzorze, ani nie urywający się tak nagle, jak wersja z "Yesshows").

Wykonanie jest zaskakująco dobre. Jon Anderson śpiewa tak samo dobrze, jak dwie dekady wcześniej, a jego głos niemal w ogóle nie zdradza upływu czasu. Steve Howe znów gra w ten swój charakterystyczny, bardzo finezyjny sposób, jakby całkiem zapomniał o swoich niechlubnych dokonaniach z poprzedniej dekady. Rick Wakeman jest z kolei bardziej powściągliwy, niż w nieodległych przecież czasach ABWH i "Union", grając dokładnie tyle, ile trzeba, i nie sięgając po tak tandetne brzmienia. W końcu wróciło też to charakterystyczne, chropowate brzmienie basu Chrisa Squire'a. Natomiast Alan White robi po prostu to, co do niego należy - tylko i aż tyle. Poszczególne kompozycje w większości nie różnią się szczególnie od studyjnych pierwowzorów, ale nabrały jakby więcej przestrzeni. Brzmieniowo jest za to bardzo dobrze - na pewno lepiej, niż na "Yessongs" i "Yesshows". Nie będzie więc chyba przesadą, gdy stwierdzę, że to najlepszy koncertowy materiał Yes, jaki (przynajmniej do tamtej pory) został wydany. Gdyby wszystkie te nagrania zebrano na jednym wydawnictwie, niezawierającym nic ponadto (i mam tu na myśli wydawnictwo z samym dźwiękiem, bo filmowy odpowiednik tego materiału ukazał się na VHS i DVD), byłby to album na bardzo wysoką ocenę - osiem, może nawet dziewięć w skali dziesięciostopniowej.

Ale są jeszcze nagrania studyjne. I tu już tak pięknie nie jest. Choć stylistycznie i brzmieniowo nawiązują do klasycznego okresu, a wykonane są na wysokim poziomie, to same kompozycje nie mają wiele do zaoferowania. A już na pewno nie tyle, ile sugeruje ich długość. Kompletnie bezsensowne wydają mi się oba nagrania z pierwszej części "Keys to Ascension". "Be the One" trwa niemal dziesięć minut, a "That, That Is" zbliża się do dwudziestu, ale nie zapamiętałem z nich ani jednego motywu czy melodii, nie porwała mnie żadna solówka, nie zainteresował mnie ani klimat, ani cokolwiek innego. Oba utwory są kompletnie bezbarwne i nie ratuje ich usilne nawiązywanie do przeszłości. Nieco już lepiej prezentuje się studyjna płyta z "Keys to Ascension 2", choć na pewno nie jest to równy materiał. Kolejna dwudziestominutowa suita, "Mind Drive" (której korzenie sięgają jeszcze czasów współpracy Squire'a i White'a z Jimmym Page'em, a więc początku lat 80.), prezentuje się odrobinę lepiej, choć to głównie zasługa bardzo przyjemnego klimatu. Wciąż jednak trudno znaleźć uzasadnienie dla nadania jej tak rozbudowanej formy. Z kolei w "Foot Prints" pojawia się w końcu bardziej wyrazista melodia, ale mając pomysł na trzyminutową piosenkę, muzycy nagrali dziewięciominutowy utwór pełen nieuzasadnienie rozciągniętych lub po prostu niepotrzebnych fragmentów. "Bring Me to the Power" i "Children of the Light" sprawiają natomiast wrażenie poskładanych ze ścinków kilku różnych kompozycji - jednych fajnych, innych okropnych, a na pewno nie tworzących spójnej całości. "Sign Language" to już tylko gitarowe solo Howe'a z kiczowatym akompaniamentem Wakemana.

W 2001 roku wszystkie studyjne nagrania z obu "Keys to Ascension" ukazały się na wydawnictwie zatytułowanym "Keystudio". Jeśli traktować je nie jako składankę, lecz regularny longplay, to jest to prawdopodobnie najlepszy album Yes wydany po "90125". Inna sprawa, że konkurencję ma marną, a na tle klasycznych dzieł zespołu wypada już bardzo blado. Anderson, Squire i Howe - główni twórcy zarówno materiału z lat 70., jak i z tego albumu - całkiem już zapomnieli jak tworzyć dobre melodie i rozbudowane utwory o inteligentnie rozwijającej się budowie. Z tym drugim zresztą mieli problem już od czasów "Tales from Topographic Oceans", więc nie jest żadnym rozczarowaniem, że niemal ćwierć wieku później nie udało im się nagrać dzieła na miarę "Close to the Edge". Tak naprawdę, studyjne nagrania z obu "Keys to Ascension" są znacznie lepsze, niż można było spodziewać się na podstawie tego, co zostało zaprezentowane na "Union" i "Talk". Nie jest to wielki powrót do formy, ale pewna jest zwyżka jest zauważalna. To jednak wciąż co najwyżej średni materiał, który mogę polecić jedynie największym wielbicielom klasycznych dokonań Yes. Zupełnie inaczej prezentują się nagrania koncertowe - to faktycznie był powrót w wielkim stylu. Szkoda tylko, że skończyło się na trzech występach, a granie tych wszystkich kompozycji nie przełożyło się na jakość nowego materiału.

"Keys to Ascension": 7/10
"Keys to Ascension 2": 6/10

"Keys to Ascension" (video): 8/10
"Keystudio": 5/10



Okładka "Keystudio".
Yes - "Keys to Ascension" (1996)

CD1: 1. Siberian Khatru (live); 2. The Revealing Science of God (live); 3. America (live); 4. Onward (live); 5. Awaken (live)
CD2: 1. Roundabout (live); 2. Starship Trooper (live); 3. Be the One; 4. That, That Is

Yes - "Keys to Ascension 2" (1997)

CD1: 1. I've Seen All Good People (live); 2. Going for the One (live); 3. Time and a Word (live); 4. Close to the Edge (live); 5. Turn of the Century (live); 6. And You and I (live)
CD2: 1. Mind Drive; 2. Foot Prints; 3. Bring Me to the Power; 4. Children of the Light; 5. Sign Language

Yes - "Keys to Ascension" VHS/DVD (1998)

1. Siberian Khatru; 2. Close to the Edge; 3. I've Seen All Good People; 4. Time and a Word; 5. And You and I; 6. The Revealing Science of God; 7. Going for the One; 8. Turn of the Century; 9. America; 10. Onward; 11. Awaken; 12. Roundabout; 13. Starship Trooper

Yes - "Keystudio" (2001)

1. Foot Prints; 2. Be the One; 3. Mind Drive; 4. Bring Me to the Power; 5. Sign Language; 6. That, That Is; 7. Children of the Light

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, harfa; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Billy Sherwood i Yes


20 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Union" (1991)



Na początku lat 90. Jon Anderson, Bill Bruford, Rick Wakeman i Steve Howe, wsparci przez basistę Tony'ego Levina i producenta Jonathana Eliasa, zabrali za tworzenie drugiego albumu pod szyldem Anderson Bruford Wakeman Howe. Nagrania szły sprawnie, jednak przedstawiciele wytwórni narzekali na brak potencjalnego singla. Tymczasem grupa Yes, w składzie obejmującym Chrisa Squire'a, Trevora Rabina, Tony'ego Kaye'a i Alana White'a, wciąż męczyła się nad stworzeniem następcy "Big Generator". Brakowało nie tylko materiału, ale i odpowiedniego wokalisty. Rozwiązanie problemów obu grup pojawiło się przypadkiem, gdy Anderson odnowił znajomość z Rabinem. Po zapoznaniu się z demówkami gitarzysty, wokalista zaproponował swój udział w nagraniu kolejnego albumu Yes - pod warunkiem, że Rabin napisze przebój dla ABWH. Pomysł ten tak bardzo spodobał się managementowi grup, że wymuszono na muzykach obu składów zjednoczenie się i wydanie wspólnego albumu pod szyldem Yes.

W teorii wyglądało to bardzo interesująco. Na jednym longplayu mieli wystąpić wszyscy muzycy, którzy brali udział (w różnych konfiguracjach) w nagraniach takich albumów, jak "Fragile", "Close to the Edge", "Going for the One" czy "90125". Żeby jeszcze bardziej podkręcić atmosferę, przygotowanie grafiki zdobiącej wydawnictwo zlecono nikomu innemu, jak Rogerowi Deanowi. W praktyce już tak ciekawie nie jest. Znaczna część materiału na "Union" została zarejestrowana jeszcze przed tytułowym zjednoczeniem obu zespołów. Cała współpraca ograniczyła się do tego, że Anderson zaśpiewał w kawałkach Yes, a Squire dodał trochę chórków w nagraniach ABWH. Innymi słowy, album składa się z materiału zarejestrowanego przez dwa różne zespoły, które łączy jedynie ten sam wokalista. Do kolejnego kontrowersyjnego posunięcia doszło już na etapie składania całości do kupy. Elias, mając poparcie Andersona, zaangażował licznych muzyków sesyjnych, których zadaniem było - w zależności od źródła - zarejestrowanie partii, których nie zdążyli nagrać Howe i Wakeman, lub wręcz zastąpienie niektórych z zarejestrowanych przez tę dwójkę.

To wszystko nie miałoby jednak większego znaczenia, gdyby połączenie materiału obu grup i partie dodatkowych instrumentalistów zaowocowało albumem na poziomie klasycznych dokonań Yes. Tak się jednak nie stało. Wręcz fatalnie wypadają nagrania składu ze Squire'em, Rabinem, Kaye'em i White'em. Chyba nie przypadkiem na czternaście kawałków tylko cztery zostały nagrane przez nich. Grupa albo proponuje AOR-ową sztampę ("Lift Me Up", "Saving My Heart" i "Miracle of Life" - największe gnioty, jakie do tamtej pory ukazały się pod szyldem Yes), albo próbuje stworzyć coś bardziej klimatycznego, popadając w okropną nudę ("The More We Live - Let Go"). Nieznacznie lepiej prezentuje się materiał ABWH. W przeciwieństwie do swojego debiutu, tym razem zespól zaprezentował bardziej piosenkowy materiał, stylistycznie i brzmieniowo nawiązujący do "90125" i "Big Generator", przeważnie popadający w banał (np. "I Would Have Waited Forever", "Dangerous") lub kompletną nijakość (np. "Silent Talking", "Holding On"), choć czasem nawet znośny (nie najgorszy melodycznie "Shock to the System"). Ukłonem w stronę wielbicieli klasycznego Yes są natomiast "Masquerade" (solowy popis Howe'a na gitarze akustycznej) oraz ballady "Take the Water to the Mountain" i "Without Hope You Cannot Start the Day" - wszystkie średnie, dwa pierwsze wręcz nużące, ale utrzymane raczej na poziomie co słabszych momentów "The Yes Album" i "Tormato", niż kompletnego dna, co można śmiało powiedzieć o znacznej części "Union".

Można spotkać się z opiniami, że to najsłabsze wydawnictwo Yes. Na pewno jest to najbardziej koszmarny album zespołu z wydanych do tamtej pory. Wypełniony miałkimi piosenkami, w lepszym wypadku po prostu nudnymi, w gorszym - niedającymi się słuchać przez swój banał. W dodatku brzmienie albumu jest typowe dla poprzedniej dekady. Na pewno nie pomogło to w czasach, gdy triumfy znów odnosiły zespoły grające w bardziej surowy sposób. Nawet jeśli zdarzają się tu pewne przebłyski, to "Union" jest całkowicie zbędnym wydawnictwem, które należy omijać szerokim łukiem.

Ocena: 3/10



Yes - "Union" (1991)

1. I Would Have Waited Forever; 2. Shock to the System; 3. Masquerade; 4. Lift Me Up; 5. Without Hope You Cannot Start the Day; 6. Saving My Heart; 7. Miracle of Life; 8. Silent Talking; 9. The More We Live - Let Go; 10. Angkor Wat; 11. Dangerous (Look in the Light of What You're Searching For); 12. Holding On; 13. Evensong; 14. Take the Water to the Mountain

Skład: Jon Anderson - wokal (1,2,5-12,14), dodatkowy wokal (4); Steve Howe - gitara (1-3,5,8-14), dodatkowy wokal (1,2,5,8.10-14); Rick Wakeman - instr. klawiszowe (1,2,5,8,10-14); Chris Squire - gitara basowa (4,6,7,9), dodatkowy wokal (1,4,5,11); Bill Bruford - perkusja (1,2,5,8,10-14); Trevor Rabin - gitara (4,6,7,9), wokal (4,6), dodatkowy wokal (7,9); Tony Kaye - instrumenty klawiszowe (4,6,7,9), dodatkowy wokal (4); Alan White - perkusja (4,6,7,9), dodatkowy wokal (4)
Gościnnie (w 1,2,5,8,10-14): Tony Levin - gitara basowa; Jimmy Haun - gitara; Richard Baker, Gary Barlough, Jerry Bennett, Jim Crichton, Jonathan Elias, Sherman Foote, Brian Foraker, Chris Fosdick, Rory Kaplan, Alex Lasarenko, Steve Porcaro - instr. klawiszowe; Allan Schwartzberg, Jerry Bennett - instr. perkusyjne; Danny Vaughn, Deborah Anderson, Gary Falcone, Ian Lloyd, Jonathan Elias, Michael Sherwood, Tommy Funderburk - dodatkowy  wokal
Producent: Jonathan Elias i Jon Anderson (1,2,5,8,10-14); Steve Howe (3); Trevor Rabin (4,6,7); Eddy Offord (7,9); Mark Mancina (7); Billy Sherwood (9)


18 marca 2014

[Recenzja] Anderson Bruford Wakeman Howe - "Anderson Bruford Wakeman Howe" (1989)



Jon Anderson nie potrafił dogadać się z pozostałymi muzykami Yes w sprawie dalszego kierunku artystycznego zespołu. Postanowił więc odejść i... stworzyć własną wersję Yes. Udało mu się pozyskać do współpracy byłych członków grupy: Steve'a Howe'a, Ricka Wakemana i Billa Bruforda. Do pełnej reaktywacji klasycznego składu z "Fragile" i "Close to the Edge" zabrakło więc tylko, z oczywistych przyczyn, Chrisa Squire'a. Jego miejsce zajął Tony Levin, współpracownik Bruforda z kolorowej inkarnacji King Crimson. Zaangażowano też Rogera Deana, autora wielu okładek Yes z klasycznego okresu. Nie powiodło się natomiast z uzyskaniem praw do nazwy - sąd przyznał je grupie dowodzonej przez Squire'a. Zdecydowano się zatem na nieco banalny i przesadnie długi szyld Anderson Bruford Wakeman Howe.

Jedyny, jak się okazało, eponimiczny album ABWH stanowi próbę powrotu do klasycznego stylu Yes, ale z wykorzystaniem późniejszych doświadczeń muzyków. Powróciły zatem rozbudowane formy, podniosły nastrój, instrumentalna finezja i natchnione, choć naiwne teksty. A jednocześnie można odnieść wrażenie, że Anderson i Howe zasmakowali w sukcesach komercyjnych, jakie pierwszy z nich odniósł za sprawą współpracy z Vangelisem i "90125", a drugi graniem w skrajnie merkantylnym projektach Asia i GTR. Brzmienie też jest dość ejtisowe (Bruford był w tamtym czasie zafascynowany elektroniczną perkusją, której używa tu na przemian z akustycznymi bębnami), choć nie tak efekciarskie, jak na produkcjach Trevora Horna. Połączenie starego podejścia z nowym wyszło tu odrobinę lepiej, niż na "Big Generator", aczkolwiek wciąż jest to muzyka, której można bardzo wiele zarzucić.

Bardzo zwarty "Fist of Fire" ma najwięcej wspólnego z cyferkowym Yes, choć nie dorównuje przebojowością singlom tamtego składu. Kuriozalnie wypada zaś połączenie prostej melodii i takiej też struktury z bombastycznymi popisami klawiszowymi Wakemana. Nijak to do siebie nie pasuje. Z kolei "Birthright" zaczyna się nie najgorzej: subtelna gra Howe'a i takiż śpiew Andersona przywołują klimat dawnego Yes, melodycznie też jest nieźle. Jednak toporne wejścia przesterowanej gitary w refrenie są chybionym pomysłem, a całość kompletnie rujnuje pretensjonalny popis w wykonaniu, oczywiście, Wakemana. Po czymś tak okropnym nie ma już znaczenia, że ostatnie dwie minuty absolutnie nic już nie wnoszą. Okrutnym żartem wydaje się natomiast "Teakbois", łączący inspirację muzyką karaibską z nieznośnie kiczowatym brzmieniem. Pomijając już jakość tego nagrania, zwyczajnie nie pasuje ono stylistycznie do reszty albumu.

Niestety, muzycy nie popisali się też w bardziej złożonych formach. W "Themes" wszystko sprowadza się do upchnięcia w niespełna sześciu minutach jak największej ilości motywów i solowych popisów. Nadmiar prezentowanych tematów jednak nie wystarcza, by ukryć ich kompletną nijakość. Natomiast w około dziesięciominutowych "Brother of Mine", "Quartet" i "Order of the Universe" zespół poszedł w zupełnie przeciwnym kierunku, niemiłosiernie powtarzając i/lub przeciągając poszczególne cześć. Fatalnie wypada ostatni z nich - prostą, banalną melodycznie piosenkę, którą spokojnie można było zagrać w trzy minuty, rozwleczono do dziewięciu. Nieco lepiej prezentują się dwa pozostałe utwory. Początek "Brother of Mine" jest nawet nie najgorszy - przyjemna melodia, odległe echa dawnego Yes, tylko brzmienie raczej kiczowate. Po siedmiu minutach (które można było zmieścić w czterech) zaczyna się jednak naprawdę żenująca część o podtytule "Long Lost Brother of Mine" (jej współautorem jest Geoff Downes, główny współtwórca repertuaru Asii, co wszystko wyjaśnia), kompletnie rujnująca ten kawałek. Podobny problem dotyczy "Quartet" - są tu fragmenty ładne, ale też momenty dużo mniej udane, są tu finezyjne partie Howe'a, ale też kiczowate brzmienia Wakemana i smyczków, a całość jest zdecydowanie za długa.

Całości dopełniają dwa znacznie prostsze, balladowe utwory. w "The Meeting" Anderson śpiewania wyłącznie z akompaniamentem pianina Wakemana i delikatnej orkiestracji. Brzmi to dość kiczowato, ale przynajmniej bardziej sensownie od większości z zawartych tutaj utworów. Znacznie bardziej udany okazuje się finałowy "Let's Pretend" (napisany z pomocą Vangelisa). Tym razem partii wokalnej towarzyszy jedynie akompaniament gitary akustycznej Howe'a. Obaj muzycy pokazują się tutaj od najlepszej strony. I właśnie w tym skromnym nagraniu udało się najlepiej przywołać klimat klasycznego Yes.  Jest to też jedyny utwór z tego albumu, który mógłby znaleźć się na dowolnym wydawnictwie zespołu z lat 70. - może z wyjątkiem "Close to the Edge" - i na pewno nie byłby tam najsłabszym punktem.

Pod względem kompozytorskim nie jest tutaj nawet najgorzej. Zdarzają się co prawda okropne momenty ("Long Lost Brother of Mine", "Order of the Universe"), ale w pozostałych był pewien potencjał, który został w większości zaprzepaszczony zupełnie nietrafionymi pomysłami aranżacyjnymi i raczej tandetnym brzmieniem. Jedynie krótkimi momentami, w których zespół postawił na prostotę i naturalniejsze brzmienie ("Let's Pretend", fragmenty innych utworów z "Quartet" na czele), robi się naprawdę znośnie. Ale przecież po muzykach, którzy w przeszłości zachwycali swoją kreatywnością w bardziej złożonym graniu - na albumach "Close to the Edge" i "Fragile" - można było spodziewać się znacznie więcej. Jak widać, a raczej słychać, niemoc twórcza dotknęła nie tylko muzyków ze składu "90125"/"Big Generator", ale również pozostałych byłych członków Yes.

Ocena: 4/10



Anderson Bruford Wakeman Howe - "Anderson Bruford Wakeman Howe" (1989)

1. Themes (Sound / Second Attention / Soul Warrior); 2. Fist of Fire; 3. Brother of Mine (The Big Dream / Nothing Can Come Between Us / Long Lost Brother of Mine); 4. Birthright; 5. The Meeting; 6. Quartet (I Wanna Learn / She Gives Me Love / Who Was the First / I'm Alive); 7. Teakbois; 8. Order of the Universe (Order Theme / Rock Gives Courage / It's So Hard to Grow / The Universe); 9. Let's Pretend

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Tony Levin - gitara basowa, Chapman stick, dodatkowy wokal; Matt Clifford - instr. klawiszowe, programowanie, orkiestracja, dodatkowy wokal; Milton McDonald - gitara; Deborah Anderson, Frank Dunnery, Carol Kenyon, Chris Kimsey, Tessa Niles - dodatkowy wokal
Producent: Jon Anderson i Chris Kimsey


17 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Big Generator" (1987)



Po sukcesie "90125" nad zespołem wisiała spora presja względem następnego albumu. Wydawca naciskał na kolejne hity w stylu "Owner of a Lonely Heart". Tworzenie ich szło jednak dość opornie. Muzycy nie byli w dodatku zgodni w jakim pójść kierunku. Liczne sprzeczki doprowadziły do rezygnacji w pewnym momencie Trevora Horna - funkcję producenta przejął wówczas Paul De Villers, sporo do powiedzenia w tej kwestii miał też Trevor Rabin. Prace nad albumem były kontynuowane przez około dwa lata, w międzyczasie kilkakrotnie zmieniano studia nagraniowe. Ostateczny efekt jest wynikiem kompromisu: z jednej strony stanowi kontynuację przebojowego stylu z "90125", a z drugiej - w większym stopniu nawiązuje do klasycznych dokonań grupy. Zespół, niestety, poległ na obu frontach.

O ile na poprzednim longplayu zespół starał się jakoś ciekawie urozmaicić ten przebojowy materiał, tak tutaj idzie bezwstydnie w piosenkowy banał. Produkcja wciąż jest efekciarska, jednak Horn jedynie powtarza znane już sztuczki. Zestarzało się to brzmienie strasznie. W kategorii popowych hitów jako tako bronią się "Rhythm of Love" i śpiewany głównie przez Rabina "Love Will Find a Way", oba zresztą wydane na singlach. To całkiem przyjemne nagrania, z niewyszukanymi, ale zapadającymi w pamięć melodiami. W tytułowym "Big Generator" i zabarwionym soulowo "Almost Like Love" jest już zdecydowanie słabiej, a nachalne sztuczki Horna nieudolnie próbują przysłonić miałkość samych kompozycji. W dodatku oba odpychają prostackimi, topornymi riffami Rabina.

Niestety, niewiele ciekawiej prezentuje się ta, powiedzmy, ambitniejsza część albumu. W "Shoot High Aim Low" zespół próbuje przywołać ten charakterystyczny dla swojej wcześniejszej twórczości, nieco mistyczny nastrój, jednak w połączeniu z ejtisowym brzmieniem i ogólną miałkością, efekt jest strasznie kiczowaty, a całość dodatkowo pogrąża anemiczny, rozwleczony refren. Zaskakująco dobrze wypadają za to "Final Eyes", "I'm Running" i "Holy Lamb". Ten pierwszy, za sprawą brzmienia akustycznej gitary i typowo yesowej melodyki, przywołuje odległe skojarzenia z "And You And I" - oczywiście, bardzo daleko mu do poziomu pierwowzoru, brakuje mu jego finezji, nie jest jest tak wyrafinowany melodycznie i nie rozwija się w tak ciekawy sposób, gdyż został wciśnięty w piosenkowe ramy. "Holy Lamb" brzmi natomiast jak próba stworzenia nowego "Wonderous Stories", ale znów finezja ustępuje miejsca banałowi, a toporne wstawki Rabina rujnują klimat. Bardziej rozbudowany jest natomiast "I'm Running" i gdyby nie brzmienie, można by wziąć go za jakiś odrzut z sesji "Tormato". Tutaj w końcu zespół próbuje jakoś ciekawie wzbogacić aranżację (znów sięgając po inspirację do gamelanu), ale melodycznie ociera się długimi fragmentami o straszny banał.

"Big Generator" świadczy o stylistycznym niezdecydowaniu i twórczym wypaleniu zespołu. Częściowo jest to nieudane podejście do zdyskontowania sukcesu "90125" - album nie powtórzył jednak sukcesu swojego poprzednika - a częściowo jest to nieudolna próba wplecenia w nowe brzmienie elementów dawnego stylu. Muzykom nie udało się jednak stworzyć ani kolejnego hitu na miarę "Owner of a Lonely Heart", ani równie interesującej muzyki, co ich klasyczne dokonania. Bez wątpienia jest to najsłabsze wydawnictwo, jakie do tamtej pory wyszło pod szyldem Yes.

Ocena: 4/10



Yes - "Big Generator" (1987)

1. Rhythm of Love; 2. Big Generator; 3. Shoot High Aim Low; 4. Almost Like Love; 5. Love Will Find a Way; 6. Final Eyes; 7. I'm Running; 8. Holy Lamb (Song for Harmonic Convergence)

Skład: Jon Anderson - wokal; Trevor Rabin - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Jimmy Zavala - instr. dęte (4), harmonijka (5); Lee R. Thornburg, Nick Lane, Greg Smith - instr. dęte (4)
Producent: Yes, Trevor Horn i Paul De Villiers

Po prawej: alternatywna wersja okładki.


15 marca 2014

[Recenzja] Yes - "90125" (1983)



Różnie potoczyły się losy muzyków Yes na początku lat 80. Niektórzy z nich postanowili śmiało ruszyć na podbój list przebojów, całkowicie wyrzekając się jakichkolwiek ambicji artystycznych (Steve Howe i Geoff Downes w supergrupie Asia, Jon Anderson we wspólnym projekcie z Vangelisem), lub porzucić scenę i stać się rozchwytywanym producentem (Trevor Horn), podczas gdy innym układało się zdecydowanie słabiej. Chris Squire i Alan White bynajmniej nie próżnowali. Wiosną 1981 roku nawiązali współpracę z Jimmym Page'em. Trio przybrało nazwę XYZ (skrót od ex-Yes/Zeppelin) i zajęło tworzeniem materiału. Niewiele zabrakło, by do zespołu dołączył Robert Plant. Obaj byli muzycy Led Zeppelin szybko jednak stracili zainteresowanie i zajęli innymi sprawami. Squire i White po dłuższym czasie znaleźli nowego gitarzystę, Trevora Rabina. Składu wkrótce dopełniło dwóch innych byłych muzyków Yes: klawiszowiec Tony Kaye oraz mający pełnić rolę wokalisty, ale ostatecznie decydujący się na bycie producentem Horn. Na tym etapie nie było jeszcze mowy o powrocie do dawnej nazwy, lecz przyjęto nową: Cinema. Wszystko zmieniło się, gdy do zespołu dołączył Anderson.

Zawartość albumu "90125" - zatytułowanego tak od jego numeru katalogowego - nie ma jednak wiele wspólnego z wcześniejszą twórczością Yes. Kompozycje są zdecydowanie prostsze, zbudowane na piosenkowych schematach. Nic dziwnego, skoro głównym kompozytorem materiału jest Rabin, grający dotąd prostego rocka, a pozostałe pomysły wyszły głównie od Squire'a, który już od pewnego czasu celował raczej w tworzenie melodyjnych piosenek. Wkład Andersona był niewielki, gdyż dołączył do składu, gdy album był już praktycznie gotowy - dokonał jedynie drobnych poprawek w aranżacjach i tekstach. W grze instrumentalistów również słychać zupełnie inne podejście. Od razu słychać zmianę gitarzysty. Rabinowi daleko do finezji Howe'a, wyraźnie ciągnie go w stronę hard rocka. Sekcja rytmiczna wyraźnie uprościła swoją grę, a bas Squire stracił to charakterystyczne, chropowate brzmienie. Bardzo proste są też klawisze Kaye'a (czy też Horna, bo ponoć to on zagrał większość partii), a znana z wcześniejszych albumów szeroka paleta brzmień klawiszowych została tutaj ograniczona niemal wyłącznie do syntezatorów. Jedynie głos Andersona jest dokładnie taki sam, jak dawniej, chociaż... w paru momentach rolę głównego wokalisty przejmuje Rabin.

"90125", podobnie jak promujący go singiel "Owner of a Lonely Heart", okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym (zwłaszcza w Stanach, choć w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach również sprzedawał się dobrze). Do dziś jest to najbardziej znany album Yes, choć wśród fanów wcześniejszej twórczości zespołu mający raczej nienajlepszą opinię. Czy jednak rzeczywiście jest to tak słabe wydawnictwo? Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony, Anderson , Squire i White tworzyli w przeszłości znacznie ciekawsze rzeczy, stawiając artystyczną wartość ponad względy merkantylne ("Close to the Edge", "Fragile", "Relayer") lub umiejętnie łącząc wciąż duże ambicje z większą przystępnością ("Going for the One"). Tymczasem  na "90125" proporcje wyraźnie się odwracają. Jest to materiał o ewidentnie komercyjnym charakterze. A z drugiej strony, całość trzyma jednak pewien poziom. Nie jest to tak całkowita kapitulacja artystyczna, jaką w tamtym czasie uskuteczniała grupa Asia. Niby też chodzi tu przede wszystkim o przystępność i przebojowość, ale jednocześnie zespół stara się - z różnym efektem - nie popadać w banał, czy to za pomocą ciekawych aranżacji, czy też starannej, bardzo nowoczesnej, jak na tamte czasy, produkcji. Ta produkcja, oczywiście, mocno z biegiem lat się zestarzała. Te wszystkie studyjne sztuczki Horna  z dzisiejszej perspektywy wydają się zbyt nachalne, efekciarskie i raczej tandetne.

Nie jestem wielbicielem tego materiału. W części utworów znajduję mniej więcej po równo wad i zalet, w pozostałych zdecydowanie przeważają negatywne odczucia. Do tej pierwszej grupy zalicza się na pewno wspomniany "Owner of a Lonely Heart" - moim zdaniem naprawdę świetne nagranie w kategorii popowego przeboju, z tyleż fajną i zapadającą w pamięć, co niezbyt wyszukaną melodią oraz tyleż charakterystycznym, co topornym riffem, a do tego z mnóstwem studyjnych efektów (w tym samplami), które zostały całkiem zgrabnie wkomponowane w nagranie, a jednak obecnie brzmią po prostu kiczowato. "Hold On" to kolejny kawałek, w którym fajne elementy (wokalne zabawy w stylu dawnego Yes, bluesowe zabarwienie solówek) mieszają z chybionymi (topornie hardrockowe zagrywki Rabina, stadionowy, okropnie sztampowy refren). W "It Can Happen" fajny klimat tworzą partie sitaru i tambury, ale melodycznie momentami jest naprawdę banalnie. "Changes" to z kolei mój faworyt, wyróżniający się misternymi partiami instrumentalnymi, momentami jakby inspirowanymi muzyką gamelan, a także całkiem niezłą, choć wciąż niewyszukaną melodią oraz wokalnym duetem Rabina (zwrotki) i Andersona (refren), co jest fajnym urozmaiceniem. Nie podoba mi się jednak ten prostacki riff w refrenie. Kolejny z bardziej udanych utworów pojawia się dopiero na zakończenie: "Hearts" to nastrojowe nagranie, przywołujące w największym stopniu ten nieco mistyczny klimat klasycznych nagrań Yes, choć brzmienie nieustannie przypomina, że to już lata 80.

Całości dopełniają cztery zdecydowanie słabsze nagrania, skumulowane na stronie B winylowego wydania. "Cinema" to zupełnie niecharakterystyczny instrumental. Oryginalnie był to wstęp do dwudziestominutowego utworu o tytule "Time" - na szczęście muzycy wycofali się z tego pomysłu. Okropnie wypada "Leave It", który jest praktycznie wyłącznie popisem producenckich umiejętności Horna, brzmi jak zlepek nie pasujących do siebie pomysłów. Strasznie sztampowe są natomiast "Our Song" i "City of Love", co zresztą doskonale oddają już same tytuły.

"90125" nie ma wiele wspólnego z wcześniejszą twórczością Yes. Jednak w kategorii ejtisowego pop rocka wypada naprawdę solidnie. Nie brakuje tu kiczu i banału, cech nieodzownie wpisanych w taką stylistykę, ale muzycy zespołu mieli wystarczająco talentu i umiejętności, by jednak utrzymać pewien poziom. Utwory, przynajmniej niektóre, mają do zaoferowania więcej, niż tylko chwytliwe melodie - ciekawe pomysły aranżacyjne, czasem nawet jakieś przebłyski dawnej progresywności. Mocnym punktem całości są też na pewno partie wokalne Andersona, którego głos nic się nie zestarzał, a ułożone przez niego linie wokalne czasem przywołują dawną finezję Yes (np. "Hearts", fragmenty "Hold On"). Zespół nigdy później nie nagrał już niczego równie dobrego - ani w tej stylistyce, ani podejmując próby grania w swoim wcześniejszym stylu.

Ocena: 6/10



Yes - "90125" (1983)

1. Owner of a Lonely Heart; 2. Hold On; 3. It Can Happen; 4. Changes; 5. Cinema; 6. Leave It; 7. Our Song; 8. City of Love; 9. Hearts

Skład: Jon Anderson - wokal; Trevor Rabin - gitara, instr. klawiszowe, wokal (4,6), dodatkowy wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator, dodatkowy wokal
Gościnnie: Deepak Khazanchi - sitar i tambura (3); Graham Preskett - skrzypce (6); Trevor Horn - dodatkowy wokal
Producent: Trevor Horn


11 marca 2014

[Recenzja] Asia - "Asia" (1982)



Pod względem personalnym była to prawdziwa supergrupa. W składzie Asii znaleźli się z muzycy z czołowych grup z nurtu rocka progresywnego: śpiewający basista John Wetton z King Crimson i U.K., gitarzysta Steve Howe i klawiszowiec Geoff Downes z Yes, a także perkusista Carl Palmer z Emerson, Lake & Palmer. Jeśli jednak ktoś spodziewał się po nich dzieła na miarę "Red", "Close to the Edge" czy "Trilogy", to srodze się zawiódł. Muzycy całkowicie porzucili artystyczne ambicje i zaczęli tworzyć materiał, który pozwolił odnieść im ogromny sukces w latach 80. - dekadzie, której muzyczny mainstream był zdominowany przez plastikowe brzmienie i miałkie melodie.

I taki jest właśnie debiutancki album zespołu. To zbiór prostych piosenek, o tyleż chwytliwych, co niesamowicie wręcz banalnych i sztampowych melodiach, a także tyleż nowoczesnym w chwili wydania, co tandetnym i przestarzałym obecnie brzmieniu. Kompozycje są pozbawione jakiejkolwiek kreatywności, wszystkie zostały stworzone według tego samego, zwrotkowo-refrenowego schematu. Wykonanie jest zaś zdecydowanie poniżej poziomu grających tu instrumentalistów (a przynajmniej trzech z nich). Znany dotąd z niezwykłej finezji Howe gra tutaj w zaskakująco toporny sposób, jak podrzędny gitarzysta z AOR-owej grupy. Wetton i Palmer ograniczają się natomiast do jak najprostszego, zupełnie nie absorbującego uwagi słuchacza akompaniamentu rytmicznego, choć przecież w przeszłości mieli do zaoferowania znacznie więcej. Jedynie Downes jakoś szczególnie nie obniżył poziomu, bo i w sumie nie miał właściwie z czego, będąc przeciętnym klawiszowcem, który przypadkiem dostał angaż do Yes i zagrał tylko na nie najlepszym przecież (ale wciąż znacznie lepszym od Asii) "Drama". A to właśnie jego partie na kiczowato brzmiących syntezatorach są dominującym elementem brzmienia grupy.

Eponimiczny album Asii o tyle wyróżnia się na tle dość obszernej dyskografii zespołu, że obok okropnie mdłych i żenujących piosenek - w rodzaju wielkiego przeboju "Heat of the Moment" oraz dużo już mniejszego "Only Time Will Tell" - znalazły się tutaj też pewne, niewielkie wszakże, przebłyski. "Cutting It Fine" ma całkiem fajną melodię i nie najgorsze partie wybijającej się wyjątkowo na pierwszy plan gitary, ale też zupełnie niepotrzebne klasycyzujące zakończenie, które brzmi strasznie pretensjonalnie i kiczowato. Podobny problem dotyczy ballady "Without You", z jednej strony wyróżniającej się na plus całkiem zgrabną melodią i dobrym śpiewem Wettona w zwrotkach, z drugiej charakteryzującej się zupełnie kuriozalnym połączeniem patosu z kiczowatym brzmieniem i ogólną prostotą. "Time Again" to z kolei nie do końca udana próba połączenia niemalże hardrockowego czadu z quasi-progrockowymi wstawkami - niby muzycy grają tutaj w nieznacznie bardziej złożony sposób, ale efekt wciąż jest toporny i okraszony banalnym refrenem. Mimo wszystko, te trzy utwory można uznać za dość przyzwoity radiowy rock z lat 80., skalany praktycznie wszystkimi wadami takiej estetyki, ale nie wywołujący aż tak jednoznacznie negatywnych odczuć i nie wprawiający w aż takie zażenowanie, jak reszta albumu (i zawartość następnych wydawnictw zespołu).

Trudno zrozumieć, jak to w ogóle możliwe, że muzycy mający tak wspaniałe osiągnięcia, jak Howe, Wetton i Palmer, nagle zaczęli grać taką chałturę, koniunkturalnie obliczoną na wielki sukces komercyjny. Poszli o wiele dalej w stronę bezwartościowego banału kompozytorskiego, wykonawczej nijakości i tandetnego brzmienia, niż inni progrockowi wykonawcy próbujący w tym trudnym okresie utrzymać się w mainstreamie (Genesis, Yes). Aczkolwiek debiutancki album przynajmniej momentami - nielicznymi i krótkimi - nadaje się do słuchania, czego nie można powiedzieć o kolejnych płytach Asii. Jednak sama stylistyka i estetyka są przeokropne.

Ocena: 2/10



Asia - "Asia" (1982)

1. Heat of the Moment; 2. Only Time Will Tell; 3. Sole Survivor; 4. One Step Closer; 5. Time Again; 6. Wildest Dreams; 7. Without You; 8. Cutting It Fine; 9. Here Comes the Feeling

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa; Geoff Downes - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mike Stone


9 marca 2014

[Recenzja] U.K. - "Danger Money" (1979)



Choć działalność U.K. przypadła na ciężkie czasy dla ambitniejszych form rocka, debiutancki album supergrupy sprzedawał się całkiem nieźle - trafiając na listy po obu stronach Atlantyku - a jego koncerty cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zespół nie był jednak w stanie przetrwać z innego powodu. Muzycy mieli różne wizje artystyczne. Eddie Jobson opowiadał się za rockiem progresywnym w jak najbardziej klasycznym wydaniu, Johna Wettona coraz bardziej ciągnęło w stronę komercyjnych piosenek, a Bill Bruford i Allan Holdsworth chcieli zwrotu w bardziej jazz-rockowym kierunku. Ostatnia dwójka wkrótce odeszła, zakładając grupę Bruford (wspólnie z Dave'em Stewartem i Jeffem Berlinem), natomiast Jobson i Wetton chwilowo zdołali się porozumieć na gruncie muzycznym i po dodaniu do składu perkusisty Terry'ego Bozzio (z zespołu Franka Zappy) zarejestrowali materiał na drugi album U.K.

Wraz z odejściem Bruforda i Holdswortha całkowicie zniknęły wpływy jazz-rockowe. Zespół zaprezentował muzykę bliższą twórczości Emerson, Lake & Palmer. Nie tylko ze względu na podobne instrumentarium (klawisze, bas i perkusja; u ELP sporadycznie dochodziła do tego gitara, u U.K. pojawiały się skrzypce). Podobne jest też chociażby brzmienie - Jobson częściej sięga tu po elektryczne organy, zamiast dominujących na debiucie syntezatorów (sądząc po brzmieniu wydanego w tym samym roku "One of a Kind" Bruford, to właśnie byli muzycy forsowali stosowanie współcześniejszych brzmień, które swoją drogą zestarzały się bardziej). Sama muzyka jest oczywiście inna, mniej złożona, nie zdradza też tak oczywistych wpływów muzyki poważnej.

Bronią się tu jednak przede wszystkim utwory, które powstały jeszcze przed rozpadem oryginalnego składu. Bardzo fajny jest "Caesar's Palace Blues", wyróżniający się prominentną rolą skrzypiec i ciężką, ale nie toporną grą sekcji rytmicznej. Zbliżony poziom prezentuje rozbudowany "Carrying No Cross". Nie zgadzam się z twierdzeniami jakoby było to dzieło porównywalne ze "Starless" King Crimson - zdecydowanie wiele mu brakuje pod względem nastroju, budowania napięcia i finezji, nie rozwija się w tak doskonały sposób, a do tego momentami drażni nieco tandetnym brzmieniem klawiszy. Wciąż jednak jest to całkiem solidne nagranie, udanie przywołujące klimat klasycznego proga. To ostatnie udaje się także w żywszym "The Only Thing She Needs", z bardzo emersonowskimi partiami organów i niebanalną grą sekcji rytmicznej. Podobać może się też śpiew Wettona, który fajnie wchodzi w nietypowe dla siebie, wyższe rejestry. Zresztą na całym albumie jego śpiew prezentuje się co najmniej przyzwoicie, z czym później było już coraz gorzej.

Zdecydowanie mniej przekonują mnie nowsze kompozycje. W tytułowym "Danger Money" wciąż słychać całkiem przyjemne nawiązania do klasycznego proga i pod względem muzycznym jest to naprawdę przyzwoite nagranie, jednak warstwa wokalna w refrenie, składającym się z powtarzania tytułu, jest strasznie banalna. Natomiast całkowicie odpychające są dla mnie kawałki singlowe. "Rendezvous 6:02" to przesłodzona ballada z anemicznym wykonaniem i kiczowatym brzmieniem. Paskudne to strasznie. A chyba jeszcze szpetniej wypada żywszy "Nothing to Lose", z podobnie tandetnym brzmieniem, bezwstydnie popadający w poprockową sztampę (sytuacji nie ratują nawet całkiem fajne partie basu i skrzypiec we fragmencie instrumentalnym). To już więcej niż zapowiedź późniejszej twórczości Wettona z grupą Asia - to już dokładnie ta sama, przeokropna stylistyka. Jeśli tak miała wyglądać przyszłość rocka progresywnego (a w pewnym sensie tak właśnie wyglądała), to pozostaje tylko się cieszyć z wybuchu tzw. "punkowej rewolucji", która zepchnęła tego typu granie na margines i zrobiła miejsce dla ciekawszych rzeczy, jak post-punk i nowa fala.

Ocena: 6/10



U.K. - "Danger Money" (1979)

1. Danger Money; 2. Rendezvous 6:02; 3. The Only Thing She Needs; 4. Caesar's Palace Blues; 5. Nothing to Lose; 6. Carrying No Cross

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa; Eddie Jobson - instr. klawiszowe i skrzypce; Terry Bozzio - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: John Wetton i Eddie Jobson


8 marca 2014

[Recenzja] U.K. - "U.K." (1978)



Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K.

Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory.

Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta.

Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts".

Ocena: 7/10



U.K. - "U.K." (1978)

1. In the Dead of the Night; 2. By the Light of Day; 3. Presto Vivace and Reprise; 4. Thirty Years; 5. Alaska; 6. Time to Kill; 7. Nevermore; 8. Mental Medication

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa; Eddie Jobson - instr. klawiszowe, skrzypce; Allan Holdsworth - gitara; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: U.K.


6 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Yesshows" (1980)



Druga koncertówka Yes. Tym razem tylko dwupłytowa. Nie powtarzają się tu żadne utwory z obecnych na "Yessongs". Materiał został zarejestrowany podczas różnych koncertów w latach 1976-78, w trakcie tras promujących albumy "Relayer", "Going for the One" i "Tormato". Repertuar pochodzi głównie z tych trzech albumów i poprzedzającego je "Tales from Topographic Oceans", ale jest też fragment znacznie starszego "Time and a Word". Całość została skompilowana przez Chrisa Squire'a i przygotowana do wydania już w 1979 roku, jednak pozostali członkowie nie byli zadowoleni z efektu i wstrzymali premierę. Blisko rok później przedstawiciele Atlantic Records zdecydowali się wydać album bez konsultacji z zespołem.

"Yesshows" prezentuje dwa różne oblicza zespołu. Nieznacznie różniące się między sobą składem - na trasie promującej "Relayer", podobnie jak i na samym albumie, grał Patrick Moraz, zastąpiony później przez Ricka Wakemana - i różniące się ogromnie pod względem muzycznym. W czasie współpracy z Morazem zespół był nastawiony przede wszystkim na rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, pełne symfonicznego rozmachu i patosu. Okres ten reprezentują tutaj dwie długie suity: 23-minutowa "The Gates of Delirium" i blisko półgodzinna "Ritual (Nous Sommes du Soleil)" (ze względu na czasowe ograniczenia płyty winylowej podzielona na dwie części). Po powrocie Wakemana, zespół zaczął stopniowo zwracać się w stronę bardziej zwartych utworów, co doskonale obrazuje pięć nagrań zarejestrowanych w trakcie koncertów promujących "Going for the One" i "Tormato". Obie wspomniane suity są - podobnie jak ich studyjne wersje - bardzo nierówne. Dużo w nich naprawdę świetnych fragmentów, ale też sporo przeciągania, w nie zawsze sensowny sposób - szczególnie w wyraźnie dłuższym od pierwowzoru "Ritual". Natomiast ten bardziej piosenkowy materiał - zarówno żywiołowe "Parallels", "Going for the One" i "Don't Kill the Whale", jak i ballada "Wonderous Stories" - doskonale sprawdził się na żywo. Wszystkie wypadają co najmniej tak samo dobrze, jak ich wersje studyjne. Zdecydowanie zyskuje natomiast tytułowe nagranie z "Time and a Word", dzięki rezygnacji z kiczowatej orkiestracji (szkoda tylko, że utwór nagle się urywa).

"Yesshows" to dobre podsumowanie twórczości zespołu z okresu od "Tales from Topographic Oceans" do "Tormato", pokazujące zarówno jego mocne, jak i słabe strony. Muzycy potrafili tworzyć naprawdę zgrabne melodie, ale często nieco nieumiejętnie kombinowali z formą utworów. Słychać też duże umiejętności wykonawcze, ale też pewną skłonność do popisywania się nimi (środkowa część "The Gates of Delirium", fragmenty "Ritual"). Do samych wykonań trudno się przyczepić. Jon Anderson jest w świetnej formie wokalnej, a instrumentaliści nierzadko grają naprawdę porywająco, choć czasem mogliby nieco bardziej odejść od studyjnych pierwowzorów. Wybór utworów też jest całkiem udany. Osobiście wolałbym inny fragment "Oceanów" i brakuje mi "Turn of the Century", ale ogólnie jest to dobry przekrój przez wspomniany okres w działalności Yes.

Ocena: 7/10

PS. Kompaktowe wznowienie z 2009 roku zawiera dwa dodatkowe nagrania z trasy promującej "Tormato": "I've Seen All Good People" i "Roundabout". Dokładnie te same wykonania zostały oryginalnie wydane na kompilacji "Classic Yes" z 1981 roku.



Yes - "Yesshows" (1980)

LP1: 1. Parallels; 2. Time and a Word; 3. Going for the One; 4. The Gates of Delirium
LP2: 1. Don't Kill the Whale; 2. Ritual (Part 1); 3. Ritual (Part 2); 4. Wonderous Stories

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe (oprócz 1.4, 2.2, 2.3); Patrick Moraz - instr. klawiszowe (1.4, 2.2, 2.3); Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (1.4); Alan White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chris Squire


5 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Drama" (1980)



Przełom dekad okazał się trudnym okresem dla Yes. Prace nad następcą "Tormato" doprowadziły do podziału zespołu na dwie frakcje. Jon Anderson i Rick Wakeman proponowali materiał o nieco lżejszym charakterze, zorientowanym na folk, podczas gdy Chris Squire, Steve Howe i Alan White optowali za cięższym brzmieniem i powrotem do bardziej złożonej muzyki. Wzajemne blokowanie swoich pomysłów zakończyło się opuszczeniem składu przez obrażonych Andersona i Wakemana. Odejście tego pierwszego oznaczało stratę w jednej chwili rozpoznawalnego frontmana i głównego pomysłodawcy materiału. Nic więc dziwnego, że gdy pozostała trójka zabrała się za kontynuowanie prac nad nowym albumem, szło im to bardzo opornie.

Z pomocą przyszedł management zespołu, który w tamtym czasie zarządzał także synthpopowym duetem The Buggles. Trevor Horn i Geoff Downes właśnie wydali swój debiutancki album "The Age of Plastic", poprzedzony ogromnie popularnym singlem "Video Killed the Radio Star". Za pośrednictwem menadżera Briana Lane'a doszło do połączenia obu składów, które zadziałało całkiem sprawnie. Nowi muzycy wnieśli do Yes trochę świeżych pomysłów, podczas gdy pozostali członkowie zadbali o to, by nie zabrakło typowych dla grupy elementów. Zaangażowano nawet dwóch dawnych współpracowników, nieobecnych od czasu "Relayer": producenta Eddiego Offorda (który zrezygnował w trakcie sesji) i grafika Rogera Deana. A jednak ostateczny efekt pozostawia mieszane odczucia.

Rozpoczynające "Dramę" nagranie "Machine Messiah" to z jednej strony zaskakująco ciężki, wręcz metalowy riff, a z drugiej - typowe dla grupy rozwiązania melodyczne i aranżacyjne. Horn usilnie stara się imitować barwę głosu i sposób śpiewania Andersona, jednak dzięki silnemu wsparciu wokalnemu Squire'a i Howe'a brzmi to całkiem przekonująco. Utwór wydaje się jednak trochę na siłę zagmatwany, jakby sama mnogość motywów - a nie ich jakość i dopasowanie - miała nadać mu wartości. Znacznie prostszym nagraniem jest "White Car" - to zaledwie półtoraminutowa miniatura, która powstała przypadkiem, podczas testowania przez Downesa syntezatora. Później dograno wokal Horna i w ciągu jednego popołudnia kawałek był gotowy. Szkoda, że nie rozwinięto tego w pełnoprawny utwór, bo ma potencjał na coś więcej, niż zapychacz służący do wyrównania długości stron płyty winylowej. Bardziej piosenkowe oblicze zespołu pokazuje natomiast "Does It Really Happen?". Partie wokalne są strasznie banalnie, ale jest tu też fajna, nieco nowofalowa linia basu i ogólnie nowocześniejsze brzmienie (dziś już wprawdzie mocno przestarzałe).

Połączenie typowych dla zespołu rozwiązań z nowocześniejszymi wpływami i brzmieniem (m.in. za sprawą wykorzystania wokodera), najciekawiej wyszło w "Into the Lens" - kolejnym rozbudowanym utworze, w którym jednak poszczególne części składają się w całkiem sensowną, spójną całość. Do tego jeszcze z całkiem zgrabnymi, chwytliwymi melodiami. Horn i Downes skomponowali ten utwór jeszcze przed dołączeniem do Yes, jednak tutejsza wersja została znacznie przearanżowana (duet nagrał później tę kompozycję w oryginalnym kształcie, pod tytułem "I Am a Camera", na drugi album Buggles, "Adventures in Modern Recording"). Warto też wspomnieć, że własnie z tego utworu pochodzi najbardziej znany w Polsce motyw Yes - wykorzystany jako dżingiel przez Program Trzeci Polskiego Radia...  Na albumie znajdują się jeszcze dwa mniej udane kawałki: prostszy "Run Through the Light" i bardziej rozbudowany "Tempus Fugit", oba zupełnie niecharakterystyczne, z wyjątkiem fajnych linii basu (w pierwszym kawałku wyjątkowo odpowiada za nią Horn).

"Drama" nie jest może dramatycznie słabym albumem, ale pozostawia sporo do życzenia. Całość nagrywana była zbyt pośpiesznie - sesja zajęła niespełna trzy miesiące, a zaczęła się natychmiast po zaangażowaniu nowych muzyków, zanim skład zdążył się zgrać. Trevor Horn i Geoff Downes wnieśli trochę dobrych pomysłów i odświeżyli brzmienie zespołu, jednak same utwory są często nie najlepiej przemyślane, a w większości powstały jeszcze w czasach największego kryzysu, jaki do tamtej pory dotknął zespół - tuż przed lub tuż po odejściu Jona Andersona. Znamienne jest to, że najlepszy utwór został przyniesiony przez nowych muzyków... Album sprzedawał się dobrze (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 18. w Stanach), a występy nowego składu zostały przyjęte pozytywnie. Jednak po powrocie z trasy Squire, White i Horn podjęli decyzję o odejściu, a Howe i Downes nie zdecydowali się na kontynuowanie działalności pod szyldem Yes z innymi muzykami. 

Ocena: 6/10



Yes - "Drama" (1980)

1. Machine Messiah; 2. White Car; 3. Does It Really Happen?; 4. Into the Lens; 5. Run Through the Light; 6. Tempus Fugit

Skład: Trevor Horn - wokal, gitara basowa (5); Steve Howe - gitara, mandolina (5), dodatkowy wokal; Geoff Downes - instr. klawiszowe, wokoder; Chris Squire - gitara basowa, pianino (5), dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Yes i Eddie Offord


3 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Tormato" (1978)



"Tormato" jest dość kontrowersyjnym albumem w dyskografii Yes. Choć nagrany został przez klasyczny skład grupy - obejmujący Jona Andersona, Chrisa Squire'a, Steve'a Howe'a, Ricka Wakemana i Alana White'a - zawiera muzykę znacznie odbiegającą, przynajmniej pod względem formy, od najbardziej cenionych dzieł zespołu. Po sukcesie "Going for the One", muzycy postanowili nagrać album o jeszcze bardziej piosenkowym charakterze. "Tormato" to zbiór ośmiu utworów, z których tylko dwa przekraczają długość sześciu minut, a żaden nie trwa powyżej ośmiu. Wielu fanów poczuło się zdradzonych komercjalizacją zespołu. Dziś już wiadomo, że nie był to jednorazowy wybryk, ale w pewnym sensie przygotowanie gruntu pod to, co miało nastąpić w kolejnej dekadzie. Wiadomo też, że późniejsze powroty Yes do bardziej ambitnego grania były kompletnym nieporozumieniem. Z dzisiejszej perspektywy "Tormato" okazuje się całkiem przyjemnym albumem, choć nie do końca udanym.

Bardzo obiecujący jest sam początek. Niespełna siedmiominutowy otwieracz "Future Times / Rejoice" zgrabnie łączy chwytliwe melodie i dość złożoną warstwę instrumentalną, jednak bez przesadnego kombinowania lub przeciągania. Jeszcze bardziej zwarty okazuje się "Don't Kill the Whale", zresztą umiarkowany przebój singlowy (36. miejsce na UK Singles Chart). Bluesrockowe partie Howe'a, nieco funkowa gra sekcji rytmicznej oraz całkiem niezła melodia tworzą całkiem zgrabną całość. Jedynie syntezatorowa solówka Wakemana wydaje się tu wciśnięta na siłę i zdaje się nie do końca pasować. Z pozostałych nagrań jako tako bronią się dwie ballady: oparta wyłącznie na akompaniamencie klawesynu i gitary akustycznej "Madrigal" oraz zorkiestrowana "Onward" - obie nieco kiczowate i przesłodzone, ale całkiem urokliwe pod względem melodycznym. Z kolei najdłuższy na płycie "On the Silent Wings of Freedom" wyróżnia się fajną linią basu Squire'a, ale wydaje się nie do końca przemyślanym jamem, do którego w paru miejscach dodano dla niepoznaki wokal Andersona. O pozostałych kawałkach nie jestem w stanie napisać już nic pozytywnego. Żywiołowy "Release, Release" nierzadko ociera się o rockową sztampę, popada w straszny banał, a jednocześnie sprawia wrażenie przekombinowanego, wręcz chaotycznego. Z kolei "Arriving UFO" wlecze się niemiłosiernie, nie mając wiele do zaoferowania (kosmiczne dźwięki syntezatora dziś brzmią strasznie naiwnie). Natomiast inspirowany muzyką reggae "Circus of Heaven" to raczej średnio udany eksperyment.

Problem z "Tormato" nie polega bynajmniej na tym, że zespół skupił się na tworzeniu piosenek, całkowicie rezygnując z bardziej rozbudowanych form. Gorzej, że wraz uproszczeniem muzyki zespół zaczął coraz częściej popadać w banał, a jednocześnie muzycy nie wyzbyli się skłonności do czasem przesadnego kombinowania. Do tego budowa niektórych utworów lub aranżacje sprawiają czasem wrażenie niedostatecznie przemyślanych. Yes wyraźnie się tutaj zagubił, zresztą nie po raz pierwszy ani ostatni w swojej karierze. Na "Tormato" ostateczny efekt nie jest tragiczny, bo są tu też momenty naprawdę udane, choć całokształt pozostawia nieco do życzenia. Nie zgadzam się natomiast z opiniami, że to najsłabszy album zespołu z lat 70. Nie ma tu bowiem ani tylu żenujących fragmentów, co na "Time and a Word", ani takich dłużyzn, jak na "Tales from Topographic Oceans". Postawiłbym go raczej na równi z "The Yes Album". Podobnie jak tam zespół dość nieporadnie poradził sobie z tworzeniem dłuższych form, tak tutaj nie do końca sprawdził się w piosenkowym materiale.

Ocena: 6/10



Yes - "Tormato" (1978)

1. Future Times / Rejoice; 2. Don't Kill the Whale; 3. Madrigal; 4. Release, Release; 5. Arriving UFO; 6. Circus of Heaven; 7. Onward; 8. On the Silent Wings of Freedom

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, mandolina, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, pianino, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Yes


2 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Going for the One" (1977)



Po kilku latach intensywnej działalności, na przemian w studiu i na trasach koncertowych, członkowie Yes postanowili zrobić sobie krótką przerwę od zespołu. W latach 1975-76 każdy z muzyków nagrał solowy album. Po zrealizowaniu indywidualnych ambicji, udali się wspólnie do szwajcarskiego Mountain Studios. Była to pierwsza sesja zespołu poza ich ojczystą Wielką Brytanią - podobnie jak wielu innych artystów w tamtym czasie, muzycy zdecydowali się zostać uchodźcami podatkowymi. Po raz pierwszy zespół pracował z zupełnie inną ekipą techniczną, bez swojego wieloletniego producenta Eddy'ego Offorda, któremu muzyka zespołu wydała się nagle nieco przestarzała. Podczas sesji doszło też do kolejnej zmiany w składzie. Jon Anderson, Chris Squire, Steve Howe i Alan White nie byli zadowoleni ze współpracy z Patrickiem Morazem. Klawiszowiec został wyrzucony, a na jego miejsce wrócił Rick Wakeman - początkowo jako muzyk sesyjny, jednak zaangażował się w prace tak mocno, że znów stał się częścią zespołu. Oznaczało to powrót składu z "Tales from Topographic Oceans". Kwintet tym razem nagrał jednak zupełnie inny album, co niejako zapowiada już sama okładka "Going for the One" - zamiast kolejnego baśniowego obrazu Rogera Deana, znalazła się na niej futurystyczna grafika przygotowana przez firmę Hipgnosis, najbardziej znaną ze współpracy z Pink Floyd.

Muzycy Yes nie pozostali obojętni na zmiany, jakie zaszły w muzyce rockowej od czasu wydania przez nich "Relayer" w 1974 roku. Rozbudowane, ambitne formy nie cieszyły się już zainteresowaniem słuchaczy ani poważaniem krytyków. Jeszcze zanim na dobre wybuchła tzw. punkowa rewolucja, fonograficzny biznes zamknął się na poszukujących twórców. Zespół, chcąc przetrwać, musiał uprościć swoją muzykę. I doskonale sobie z tym poradził, bez większej straty na jej jakości. "Going for the One" to najbardziej przebojowy album, jaki Yes nagrał do tamtej pory. Longplay sprzedawał się świetnie (szczyt brytyjskiego notowania, 8. miejsce w Stanach), przyniósł też grupie pierwsze i zarazem największe przeboje singlowe w jej ojczyźnie ("Wonderous Stories" doszedł do 7. miejsca notowania, kawałek tytułowy do 24. pozycji). Pomimo pewnych uproszczeń jest to jednak wciąż muzyka bardzo wyrafinowana i ambitna.

Dominują tu raczej krótkie utwory, trwające około pięciu minut. Jest też jeden ośmiominutowy i jeden nieznacznie przekraczający kwadrans. Zespół nie stworzył tylu zwartych utworów na jeden album od czasu "Fragile". Rozpoczynające całość nagranie tytułowe to energetyczny, chwytliwy kawałek rockowy, o nieco zeppelinowym charakterze (nawet Anderson śpiewa jakby pod Planta), choć z bardziej złożoną warstwą rytmiczną i dość obfitym wykorzystaniem syntezatora przez Wakemana. Pod względem energii, przebojowości i zwartej budowy bynajmniej nie ustępuje mu "Parallels". Wakeman tym razem zagrał na kościelnych organach, co całkiem fajnie dopełnia niemalże hardrockową grę pozostałych muzyków. Squire napisał ten utwór z myślą o swoim solowym albumie "Fish Out of Water", ale wcale nie brzmi jak odrzut i dobrze pasuje do Yes. Pomiędzy tymi dwoma nagraniami pojawia się dłuższy "Turn of the Century" - niezwykłej urody ballada z dużą ilością gitary akustycznej i bardzo ładną linią melodyczną. Świetny popis wokalny daje tu Anderson, instrumentaliści również wypadają doskonale, tylko w pewnym momencie jakby trochę zabrakło im już pomysłów. Mimo tej lekko przeciągniętej końcówki, jest to jedna z najpiękniejszych kompozycji zespołu, nieustępująca "And You And I" czy "Soon". Utrzymany w podobnym klimacie, ale znacznie bardziej zwarty "Wonderous Stories" to po prostu miła ballada. A w najdłuższym na płycie "Awaken" wraca znany z kilku poprzednich albumów patos i rozmach, są nawet partie chóru, ale utwór rozwija się całkiem sensownie, bez przynudzania i onanistycznych popisów, za to z paroma dobrymi melodiami i ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi.

Na "Going for the One" muzycy Yes nieco poskromili swoje wielkie ambicje, co wyszło zdecydowanie na dobre. Utwory wciąż są wyrafinowane, ale już nie przekombinowane, za to zwarte i treściwe, z odpowiednio uwypuklona warstwą melodyczną, która zawsze była ogromnym atutem zespołu. W moim prywatnym rankingu albumów Yes, "Going for the One" zajmuje miejsce na podium - tuż za "Close to the Edge", a jeszcze przed "Fragile".

Ocena: 8/10



Yes - "Going for the One" (1977)

1. Going for the One; 2. Turn of the Century; 3. Parallels; 4. Wonderous Stories; 5. Awaken

Skład: Jon Anderson - wokal, harfa (5); Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: Ars Laeta of Lausanne - chór (5); Richard Williams Singers - chór (5)
Producent: Yes


1 marca 2014

[Recenzja] Yes - "Relayer" (1974)



Rick Wakeman opuścił Yes w wyniku artystycznych nieporozumień wynikłych w trakcie nagrywania "Tales from Topographic Oceans". Zespół dość długo szukał dla niego następcy. Chętnych było wielu, ale tylko dwóch kandydatów zdawało się pasować: byli to Vangelis i Patrick Moraz. Obaj doświadczeni, obracający się w podobnych klimatach muzycznych (pierwszy, poza solową działalnością, miał tez na koncie grę w prog rockowym zespole Aphrodite's Child, drugi występował w progowym The Refugee). Ostatecznie nowym klawiszowcem został Moraz. Kiedy jednak dołączył do składu, nowy album był już w znacznym stopniu nagrany, więc pozostało mu tylko dodanie klawiszowych partii w odpowiednich miejscach. Odcisnął jednak wyraźne piętno na charakterze całości. W przeciwieństwie do interesującego się przede wszystkim muzyką klasyczną Wakemana, na Moraza duży wpływ miał także jazz (którego słuchał od najmłodszych lat i zdarzało mu się go wykonywać), co słychać w jego grze.

Zespół wyciągnął wnioski z niektórych błędów popełnionych na "Tales from Topografic Oceans" i nagrał album o nieco innym charakterze, na pewno mniej rozpasany. Całość zmieściła się na jednej płycie winylowej, której struktura wywołuje oczywiste skojarzenia z "Close to the Edge": jedna rozbudowana, wielowątkowa kompozycja na stronie A oraz dwie krótsze, o kontrastującym ze sobą charakterze, na stronie B. "Relayer" nie jest jednak kopią wcześniejszego dzieła. Zespół postawił na rozwój, rozwijając dotychczasowe pomysły, ale też wprowadzając nowe rozwiązania. Podejście jak najbardziej godne uznania, jednak w przypadku Yes efekty były różne. Czasem poszukiwania zespołu prowadziły go na sam szczyt ("Close to the Edge"), czasem zwodziły na manowce ("Tales..."). Przypadek "Relayer" mieści się gdzieś pomiędzy. Jest tutaj wiele świetnych pomysłów, ale zdarzają się też kompletnie nietrafione.

Wypełniająca całą pierwszą stronę winylowego wydania suita "The Gates of Delirium" pod względem budowy przypomina raczej utwory z poprzedniego albumu (szczególnie "The Ancient"), niż tytułowe nagranie z "Close to the Edge", w którym różne motywy przeplatały się ze sobą, tworząc bardzo spójną i logiczną całość. "The Gates of Delirium" brzmi natomiast jak dwa różne utwory, które niekoniecznie musiały zostać połączone w całość. Bardziej dynamiczne pierwsze piętnaście minut przynosi kilka przyjemnych melodii (to zawsze był jeden z największych atutów Yes, jeśli nie największy) i nawet niezłego progowego kombinowania, ale już długie, przeplatające się ze sobą popisy solowe muzyków zdają się za bardzo iść w instrumentalny onanizm. Ostatnie sześć minut to już znacznie subtelniejsze granie, z urokliwą, ale zarazem nieco nawiną melodią i niemal za bardzo przesłodzonym brzmieniem. Fragment ten, znany jako "Soon" został wydany na singlu i trafił na niektóre składanki. Obie części łączy ze sobą tylko warstwa tekstowa.

Otwierający drugą stronę energetyczny "Sound Chaser" to utwór wnoszący najwięcej świeżości. Słychać tu wyraźne wpływy jazz rocka i trochę awangardowego proga. Jednak ogólnie wydaje się nieco przekombinowany - momentami odnoszę wrażenie, że muzycy nie mają pomysłu jak pociągnąć dany fragment, więc nagle go urywają i próbują czegoś nowego, z różnym skutkiem. Dość irytująco wypada tu też warstwa wokalna, z wyjątkiem subtelniejszej części środkowej. Jest to jeden z kilku naprawdę świetnych momentów w tym kawałku, który jako całość mnie nie przekonuje. "To Be Over" dla odmiany w całości prezentuje łagodniejsze oblicze grupy, Jest tu przyjemna melodia, są ubarwiające brzmienie orientalizmy, do tego lekko jazzujące solo Steve'a Howe'a, ale ogólnie utwór wydaje się nieco na siłę przeciągnięty.

"Relayer" uznawany jest za najtrudniejszy album zespołu, ze względu na obecne tu wpływy jazzu i rockowej awangardy - rzeczy, do których przeciętny słuchać głównonurtowego proga nie jest przyzwyczajony. Dla słuchaczy takich rzeczy problemem może być natomiast to, że zespół nieco nieporadnie czerpie z tych inspiracji, niespecjalnie odnajdując się w takim graniu. Muzycy po raz kolejny zawiesili sobie poprzeczkę zbyt wysoko. Na szczęście, tym razem album ma znacznie bardziej przystępną długość, zdaje się też tu znacznie więcej dziać (choć nie zawsze z sensem) i nie brakuje naprawdę ładnych momentów. 

Ocena: 7/10



Yes - "Relayer" (1974)

1. The Gates of Delirium; 2. Sound Chaser; 3. To Be Over

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara, elektryczny sitar, dodatkowy wokal; Patrick Moraz - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord