29 listopada 2020

[Recenzja] Sonic Youth - "Sister" (1987)



Słuchając kolejnych płyt Sonic Youth z lat 80., wyraźnie daje się zauważyć bardzo konsekwentny rozwój. Na każdym następnym albumie noise'owy zgiełk coraz bardziej ustępuje wyrazistym melodiom. Już na "EVOL" te ostatnie objawiły się w całej okazałości, jednak wciąż dominowało bardziej hałaśliwe granie. Na kolejnym w dyskografii "Sister" proporcje uległy odwróceniu. I jest to być może najciekawszy etap ewolucji zespołu. Z jednej strony to wciąż ten bezkompromisowy Sonic Youth z wcześniejszych wydawnictw, który nie chce się ograniczać konwencjonalnymi strukturami i nawet w najbardziej melodyjnych kawałkach w końcu musi przejść do jazgotu. Ale z drugiej strony, to już ten bardziej komunikatywny Sonic Youth, którego twórczość trafia także do osób, dla których muzyka pełni przede wszystkim, lub wyłącznie, rolę użytkową. To już granie momentami bliskie indie rocka, ale stroniące od piosenkowych schematów i tylko czasem, choć częściej niż dotychczas, bardziej ugrzecznione pod względem brzmieniowym.

"Sister" to luźny album koncepcyjny oparty na prozie i życiu  Philipa K. Dicka, amerykańskiego autora książek science fiction. Tytuł odnosi się do jego zmarłej tuż po urodzeniu siostry bliźniaczki. Tak samo pierwotnie nazywać miała się kompozycja "Schizophrenia", która rozpoczyna album i robi to w sposób jasno dający do zrozumienia, że zespół nie chce stać w miejscu. Pierwsza, quasi-piosenkowa część to najbardziej melodyjne i pogodne dwie minuty w dotychczasowej karierze Sonic Youth. Jednak tytuł zobowiązuje, więc utwór z czasem zmierza w mniej konwencjonalne, nieco mroczniejsze rejony. Podobny patent zastosowano też w "Tuff Gnarl" czy "Kotton Krown", które do pewnego momentu udają całkiem zwyczajne piosenki, z bardzo melodyjnymi zagrywkami gitar oraz partiami wokalnymi - w tym drugim pojawia się wręcz popowy duet Thurstona Moore'a i Kim  Gordon - ale prędzej lub później zaczynają się w nich dziać zupełnie odjechane rzeczy. "Pacific Coast Highway" dla odmiany zawiera łagodniejszy fragment w środku. Z kolei "Beauty Lies in the Eye" jest z kolei w całości oparty na kontraście dość wyrazistej melodii i subtelniejszego brzmienia z budującymi nieco niepokojący nastrój partiami gitar. Świetnie wypada "(I Got a) Catholic Block", w którym muzycy grają z niesamowitą energią, w autentycznie przebojowy - w dobrym znaczeniu - sposób, ale też dość agresywnie, czasem popadając w zgiełk, choć całkowicie nad nim panując. W nieco podobnym stylu utrzymane są także "Stereo Sanctity", "Pipeline / Kill Time" i "White Kross", choć ten pierwszy nie ma aż tak dobrej melodii, a dwa pozostałe wręcz celowo tego unikają, skupiając się raczej na tworzeniu mroczniejszego klimatu. 

Nie przekonuje mnie tu jedynie przeróbka "Hot Wire My Heart" z repertuaru mało znanej punkrockowej grupy Crime, co prawda wzbogacona bardziej noise'owym brzmieniem, ale poza tym będąca schematycznym, banalnym kawałkiem punkowym. To raczej coś, co powinno skończyć na stronie B singla, EPce lub w szufladzie. Pomijając ten kawałek, "Sister" to najbardziej dotąd dojrzały album Sonic Youth, choć jeszcze niepozbawiony tej pierwotnej dzikości. Zespół znalazł tu złoty środek między przystępnością a hałasem. Longplay nie okazał się co prawda sukcesem w chwili wydania - podobnie jak poprzednie wydawnictwa grupy nie wszedł do notowań - ale dziś powszechnie postrzega się go jako jedno z największych osiągnieć Sonic Youth. Całkowicie zasłużenie.

Ocena: 8/10



Sonic Youth - "Sister" (1987)

1. Schizophrenia; 2. (I Got a) Catholic Block; 3. Beauty Lies in the Eye; 4. Stereo Sanctity; 5. Pipeline / Kill Time; 6. Tuff Gnarl; 7. Pacific Coast Highway; 8. Hot Wire My Heart; 9. Kotton Krown; 10. White Kross

Skład: Thurston Moore - gitara (1,2,4-10), gitara basowa (3), syntezator (5), wokal (1,2,4,6,8-10); Lee Ranaldo - gitara, wokal (5,8); Kim Gordon - gitara basowa (1,2,4-10), wokal (1,3,7-9); Steve Shelley - perkusja
Producent: Sonic Youth


Po prawej: okładka wydań kompaktowych.


27 listopada 2020

[Recenzja] Kult - "Spokojnie" (1988)



Kto pamięta taki zespół jak Kult? Okazuje się, że całkiem sporo osób, w tym też takich, co się na muzyce znają. Jakiś czas temu, zachęcony pozytywnymi opiniami na temat wczesnych dokonań tej grupy, postanowiłem po raz pierwszy przesłuchać w całości któryś z jej albumów. Wcześniej znałem tylko radiowe przeboje, z których część zachęcała, a inne zniechęcały do bliższej znajomości. Mój wybór padł właśnie na "Spokojnie", który faktycznie prezentuje się znacznie ciekawiej od większości tego, co wcześniej z repertuaru grupy słyszałem. Longplay właściwie już przy pierwszym przesłuchaniu wylądował w czołówce moich ulubionych polskich płyt rockowych.

Identycznie jak w przypadku poprzedzającego go "Posłuchaj to do Ciebie", "Spokojnie" dzieli swój tytuł z utworem, który znalazł się na jego poprzedniku. To zresztą niejedyne podobieństwo. Także ten album znany jest powszechnie w nieco innej formie niż pierwotnie został wydany. Rozpoczynający większość wydań utwór "Czarne słońca" dodano dopiero na drugiej kompaktowej edycji, opublikowanej w 1993 roku. Wcześniej nie było to nawet możliwe, ponieważ został zarejestrowany dopiero w 1992 roku, na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu w reżyserii Jerzego Zalewskiego. I w sumie szkoda, że zdecydowano się na takie, moim zdaniem kompletnie nietrafione rozwiązanie. Nie dość, że utwór powstał w nieco już innym składzie, a głos Kazika wyraźnie się przez ten czas zmienił, to jeszcze nagranie kompletnie odstaje od reszty materiału pod względem brzmieniowym oraz stylistycznym. Psuje też oryginalny zamysł albumu, który tworzył zamkniętą całość.

Oryginalny repertuar "Spokojnie" zarejestrowano na przełomie stycznia i lutego 1988 roku. W porównaniu z "Posłuchaj to do Ciebie", skład zespołu powiększył się o gitarzystę Piotra Morawca oraz grającego na waltorni, trąbce i kontrabasie Krzysztofa "Banana" Banasika. W nagraniach wzięło też udział kilku gości, w tym kolejny gitarzysta, Sławomir Pietrzak. Dzięki takiemu rozwiązaniu odpowiadający dotąd za partie gitary Janusz Grudziński mógł skupić się przede wszystkim na organach, których brzmienie odgrywa tu istotną rolę, nadając całości bardzo psychodelicznego charakteru. Album spaja jednak klamra w postaci dwóch niemalże czysto punkowych kawałków, "Patrz!" i "Wstać!" (właśnie ze względu na nią nie powinno tu być żadnych bonusów). Znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się pomiędzy nimi, zaczynając od słynnej "Arahji", a kończąc na być może najlepszym w całej dyskografii zespołu "Tan". "Arahja", pomimo niemiłosiernego ogrania przez stacje radiowe, wciąż robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie, głównie za sprawą świetnych partii basu i organów. Pojawia się tu też całkiem zgrabne solo Pietrzaka. "Jeźdźcy" zdają się nawet jeszcze bardziej nawiązywać do psychodelicznego klimatu późnych lat 60., z okolic ówczesnej twórczości Pink Floyd. Lekko jazzującym partiom saksofonu, wibrafonu oraz gitary towarzyszy wyrazista gra sekcji rytmicznej, budująca napięcie przed mocnym finałem. Jednak zespół nawiązuje tu nie tylko do dość już odległej przeszłości. Frenetycznemu "Axe" bliżej do stylistyki cold wave, zresztą już sam tytuł celowo kojarzy się z jej najsłynniejszym polskim przedstawicielem, grupą Siekiera.

Nieco kontrowersyjny może wydawać się umieszczenie tu "Do Ani" - kompozycji znanej już z debiutanckiego singla zespołu z 1986 roku, zresztą będącej kolejnym z największych hitów Kultu. To jednak zupełnie nowa wersja, zagrana lepiej i bardziej dojrzale, choć w sposób zdający się parodiować kawiarniany jazz. Istotną rolę w tej wersji odgrywają partie kontrabasu, wibrafonu oraz dęciaków, wsparte quasi-jazzową perkusją, a w dalszej części także gitarą i organami, tworząc całkiem fajny klimat. Z kolei w "Niejeden" świetnie połączono brzmienie waltorni z psychodelicznymi organami, post-punkową gitarą i funkującym basem, czego efekt wypada bardzo spójnie i oryginalnie. Od całości nieco odstawać zdają się "Landy", oparte głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, z gościnnym udziałem Marka Jaszczura na harmonijce i Jerzego Pomianowskiego na tabli, a także z Kazikiem próbującym imitować Dylana. To ewidentnie humorystyczne nagranie, dające trochę odpoczynku przed tym najważniejszym utworem. Dwunastominutowy "Tan" rozpoczyna się od klimatycznych dźwięków tabli, do której stopniowo dołączają kolejne elementy: charakterystyczny basowy motyw, psychodeliczne, a przy tym bardzo chwytliwe organy, funkowa gitara, mocniejsza perkusja, wokal, a w końcu także lekko jazzowe partie dęciaków. Wszystkie te składniki doskonale się ze sobą przeplatają, tworząc fantastyczną całość. Choć tytuł "Tan" odnosi się - jak tłumaczył później Kazik - do pana na włościach, to równie dobrze mogłoby chodzić o taniec, bo utwór rewelacyjnie buja. A przy tym wciąga świetnym klimatem oraz pomysłową, wielowarstwową aranżacją.

Kult na "Spokojnie" wspaniale rozwinął stylistykę obu wcześniejszych albumów, wzbogacając ją o nowe inspiracje oraz szersze instrumentarium, podpierając to lepszym wykonaniem, dzięki czemu ta kultowa mieszanka post-punku z innymi wpływami stała się jeszcze bardziej interesująca. Poszerzenie składu o nowych muzyków i gości, a także zwrot w bardziej psychodelicznym kierunku, okazały się doskonałymi pomysłami, za sprawą których ciekawa już wcześniej stylistyka zyskała naprawdę wiele. Mimo wszystko, całość uważam za trochę nierówną pod względem jakości. Nie ma tu co prawda fragmentów ewidentnie zaniżających poziom, co zdarzało się grupie na wcześniejszych wydawnictwach. Jednak takie utwory, jak "Arahja", "Jeźdźcy", "Axe", "Niejeden", a zwłaszcza "Tan", znacząco wybijają się ponad resztę albumu.

Ocena: 8/10



Kult - "Spokojnie" (1988)

1. Patrz!; 2. Arahja; 3. Jeźdźcy; 4. Axe; 5. Do Ani; 6. Niejeden; 7. Landy; 8. Tan; 9. Wstać!

Skład: Kazik Staszewski - wokal; Janusz Grudziński - organy, wibrafon, gitara; Piotr Morawiec - gitara; Paweł Szanajca - saksofon; Krzysztof Banasik - waltornia, trąbka, kontrabas; Ireneusz Wereński - gitara basowa; Tadeusz Kisieliński - perkusja
Gościnnie: Sławomir Pietrzak - gitara; Marek Jaszczur - harmonijka; Jerzy Pomianowski - tabla
Producent: Ryszard Gloger


25 listopada 2020

[Recenzja] Jerzy Milian Trio - "Baazaar" (1969)



Przyznam szczerze, że nie potrafię wymienić wielu jazzowych wibrafonistów. W pierwszej chwili przychodzi mi na myśl Bobby Hutcherson, grający na wielu spośród moich ulubionych albumów jazzowych. Zaraz potem pojawiają się takie nazwiska, jak Milt Jackson i Gary Burton - których twórczość nie do końca trafia w moje gusta - ale też Jerzy Milian. Bycie jazzowym wibrafonistą w Polsce, na początku lat 50. ubiegłego wieku, stwarzało spore problemy. Z jednej strony ówczesne władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej były przeciwne promowaniu amerykańskiej kultury i robiły, co mogły, by uniemożliwiać muzykom granie jazzu. Natomiast z drugiej, sam wibrafon był bardzo rzadkim instrumentem w naszym kraju, więc Milian musiał wypożyczać go na próby i występy od orkiestr symfonicznych. Muzyk zaczynał od innych instrumentów. Jako dziecko, jeszcze w czasie II wojny światowej, uczył się gry na skrzypcach i organach, później studiował w klasie fortepianu. Jeszcze w czasie nauki współtworzył jazzowe składy, z którymi organizował potajemne próby.

Przełomem w karierze Jerzego Miliana było spotkanie z Krzysztofem Komedą. Muzycy zaczęli ze sobą grać i występować. Milian miał jednak poczucie, że jako pianista odstaje od Komedy. Początkowo więc próbowali wymieniać się instrumentami - najpierw jeden z nich grał na pianinie, a drugi na akordeonie, a następnie odwrotnie. Jednak w pewnym momencie Komeda zasugerował Milianowi wibrafon, który, pomimo trudności ze zdobyciem, szybko stał się jego podstawowym instrumentem. W połowie lat 50. wystartował sekstet Komedy z Janem Ptaszynem Wróblewskim na klarnecie, saksofonistą Stanisławem Pludrą, basistą Józefem Stolarzem, perkusistą Janem Zyblerem oraz właśnie Jerzym Milianem na wibrafonie. Była to ponoć pierwsza polska grupa grająca jazz nowoczesny. Ponieważ w tamtym czasie jazz przestał być tępiony przez władze, muzycy mogli wystąpić na pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego w Sopocie (w późniejszym czasie impreza ta przekształciła się w warszawski Jazz Jamboree). Po rozpadzie sekstetu, wibrafonista grywał m.in. z Andrzejem Kurylewiczem, Ptaszynem Wróblewskim czy ponownie z Komedą, współpracował z belgijską orkiestrą radia BRT, przyczynił się do powstania Orkiestry Rozrywkowej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach, dużo komponował i aranżował, a w międzyczasie pobierał prywatne nauki od samego Bogusława Schaeffera.

W 1966 roku założył natomiast własny zespół jazzowy, Jerzy Milian Trio, którego składu dopełnili basista Jacek Bednarek oraz perkusista Grzegorz Gierłowski. Właśnie ci muzycy - wsparci przez członków Novi Singers, flecistę Janusza Mycha i wokalistkę Ewę Wanat - w czerwcu 1969 roku zarejestrowali materiał na album "Baazaar", opublikowany w serii Polish Jazz. Było to pierwsze wydawnictwo sygnowane nazwiskiem wibrafonisty, w pewnym sensie podsumowujące jego piętnastoletnią karierę. Pomysłów przez ten czas nazbierało się sporo, dlatego album jest bardzo różnorodny. Rozpoczyna go go utwór "Memory of Bach", który tak naprawdę powinien nazywać się tu "Memory of Komeda". To kompozycja Miliana i Komedy z czasów ich współpracy, nagrana w hołdzie dla pianisty, który zmarł zaledwie dwa miesiące przed tą sesją. Pod względem muzycznym jest to dość prosty, swingujący kawałek z nieco banalnym tematem wibrafonu, jednak już podczas improwizacji lider fantastycznie się rozkręca, a jeszcze ciekawiej robi się w momencie, gdy basista przechodzi do gry arco. "My Favourite Band", dedykowany belgijskiej orkiestrze, to utwór napisany pierwotnie na większy zespół, jednak w takiej kameralnej wersji, na trzy instrumenty i wokalizę, wypada bardzo udanie. Muzycy grają bardzo subtelnie, a przy tym dość swobodnie. "Rewelacyjny Luciano" to przede wszystkim... rewelacyjny Milian, tym razem grający głównie na marimbie (instrumencie zbliżonym do wibrafonu, ale z drewnianymi, a nie metalowymi sztabkami).

Jeszcze ciekawsze rozwiązania przynosi "Szkice ludowe", w którym wykorzystano brzmienie takich instrumentów, jak flet i pochodzący ze wschodu gidjak, które bardzo ciekawie dopełniają partie wibrafonu, kontrabasu, perkusji oraz wokalu. To tak naprawdę fragment większej kompozycji, skomponowanej przez lidera dla orkiestry BRT, jednak ta krótsza wersja nie sprawia wrażenia szkicu, lecz kompletnego utworu, o całkiem interesującym klimacie. Milian sięgnął także po fragmentu muzyki, którą napisał do baletu Konrada Drzewieckiego, "Tempus Jazz 67". Identycznie zatytułowany utwór to najbardziej delikatny kawałek na tym albumie, z wysunięta na pierwszy plan wokalizą Ewy Wanat. Za to w kolejnych dwóch utworach słychać tylko podstawowe trio. "Bazar w Aszchabadzie" przykuwa uwagę hipnotyzującym ostinatem sekcji rytmicznej, świetnie dopełnianej solówkami na wibrafonie i marimbie. Natomiast w drugiej części utworu na pierwszy plan wychodzi gidjak, nadając bliskowschodniego klimatu. Na instrumencie tym zagrał Bednarek, będący przede wszystkim świetnym basistą, co udowadnia chociażby w niespełna dwuminutowym "Serial Rag", w którym przez kilka sekund gra solo, a później kontynuuje swój popis już ze wsparciem pozostałych muzyków. Jednak jeszcze ciekawiej wypada jego gra na początku finałowego "Valse ex Cathedra", będącym wyprawą w bardziej awangardowe rejony. Zaraz jednak muzycy wracają do bardziej komunikatywnego, post-bopowego grania, a partie instrumentalne znów uzupełnia śpiew Wanat.

"Baazaar" niewątpliwie należy do najciekawszych pozycji w serii Polish Jazz. Wykonawczo i kompozytorsko nie odbiega znacząco od tych najsłynniejszych albumów, natomiast wyróżnia się przede wszystkim nieszablonowym instrumentarium. I to nie tylko na polskie warunki. O ile jeszcze sam wibrafon często można usłyszeć na ówczesnych zachodnich płytach jazzowych, tak marimba, a zwłaszcza gidjak to już kompletna egzotyka. Do największych zalet tego albumu należy także duże zróżnicowanie kompozycji, podobnie jak podejmowane próby wykroczenia poza jazzowy idiom. Jednocześnie jest to płyta bardzo spójna, w czym pewnie pomaga charakterystyczne brzmienie wibrafonu, słyszane niemalże przez całą długość longplaya. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to uważam, że muzyka doskonale obroniłaby się bez wokaliz Ewy Wanat, które czasem niepotrzebnie odwracają uwagę od kunsztu instrumentalistów.

Ocena: 8/10



Jerzy Milian Trio - "Baazaar" (1969)

1. Memory of Bach; 2. My Favourite Band; 3. Rewelacyjny Luciano; 4. Szkice ludowe; 5. Tempus Jazz 67; 6. Bazar w Aszchabadzie; 7. Serial Rag; 8. Valse ex Cathedra

Skład: Jerzy Milian - wibrafon, marimba (3,6); Jacek Bednarek - kontrabas, gidjak (4,6); Grzegorz Gierłowski - perkusja
Gościnnie: Ewa Wanat - wokal (2-5,8); Janusz Mych - flet (4)
Producent: -


23 listopada 2020

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Live in Maui" (2020)

 

Rok bez nowego wydawnictwa Jimiego Hendrixa to rok stracony. Tym razem jest to znów koncertówka. I bardzo dobrze, bo po pięćdziesięciu latach eksploatowania studyjnych archiwów nie zostało tam już nic ciekawego. A na żywo Hendrix zawsze wypadał doskonale, właśnie przed publicznością pokazując na co naprawdę go stać. Nawet pełne technicznych problemów występy na festiwalach w Woodstock i na Isle of Wight miały wspaniałe momenty. Tym razem przyszła pora na zapis dwóch setów, jakie słynny gitarzysta, wsparty przez Billy'ego Coxa i Mitcha Mitchella, dał 30 lipca 1970 na Hawajach. "Live in Maui", podobnie jak wiele koncertówek Jimiego z ostatnich lat, nie przynosi w pełni premierowego materiału. Fragmenty tych występów znalazły się już w filmie "Rainbow Bridge", wielokrotnie wydawanym na VHS i DVD. Samo audio było już wcześniej rozprowadzane na bootlegach, jednak oficjalnie ukazały się tylko dwa fragmenty - "Hey Baby / In From the Storm" i "Foxy Lady" - rozproszone na różnych kompilacjach. "Live in Maui" jest zatem pierwszym oficjalnym wydawnictwem, na którym znalazł się pełny zapis obu setów w wersji audio. Wydawnictwo dostępne jest jako zestaw trzech płyt winylowych lub dwóch kompaktowych z dodatkowym dyskiem Blu-ray, zawierającym dokument i fragmenty koncertu (szkoda, że nie pomyślano o wersji z płytą DVD).

Całkiem fajnie prezentuje się repertuar. Składają się na niego kompozycje znane z czterech wydanych do tamtej pory albumów, ale też utwory, które studyjnej premiery doczekały się dopiero po śmierci Hendrixa, nierzadko w niedokończonych wersjach. Co istotne, trio nie skupia się na prezentowaniu największych przebojów. Przypadkowy uczestnik koncertu mógł kojarzyć "Foxy Lady" i "Purple Haze", może jeszcze "Voodoo Child (Slight Return)". Wszystkie zresztą zostały zagrane w okolicach połowy pierwszego setu, jakby muzycy chcieli mieć już je za sobą i skupić się na nowszym materiale. Akurat te nagrania, podobnie jak "Spanish Castle Magic", "Fire" i bluesowa ballada "Red House" (by wyczerpać temat utworów dostępnych wcześniej w wersjach studyjnych) czy "Stone Free" (ze strony B singla "Hey Joe", z którego krótki cytat się tu zresztą pojawia), doskonale sprawdzały się na żywo, wiele zyskując w takich bardziej spontanicznych i żywiołowych wykonaniach. Jednak bardziej cieszy obecność mniej znanych kawałków, jak "In From the Storm", "Midnight Lightning" czy jak zawsze wspaniałego "Hear My Train A-Comin'", które też fantastycznie sprawdzały się na żywo. Poza tym trafiły tu dwa świetne jamy, "Villanova Junction" oraz "Jam Back at the House". Mam też jednak pewne zastrzeżenia odnośnie tego materiału. Rozczarowuje na pewno kiepska jakość rejestracji. Istnieją lepiej brzmiące zapisy występów tego składu, dlatego jest to raczej wydawnictwo wyłącznie dla największych wielbicieli Hendrixa, którzy muszą znać wszystko. Ale i oni raczej nie będą chętnie tu wracać, mając ciekawsze koncertówki do wyboru. Po drugie, przydałaby się tu jednak pewna selekcja nagrań, bo całość jest bardzo długa, co przy tak kiepskim brzmieniu męczy podwójnie.

Pod względem wykonawczym nie mam do czego się przyczepić. Hendrix, Cox i Mitchell byli świetnie zgranym triem, które na żywo zawsze wypadało porywająco i ten koncert nie był wyjątkiem Fajny jest też dobór materiału. Jednak wspomniane wyżej wady, zwłaszcza w kontekście istnienia lepszych koncertówek tego składu ("Isle of Wight", "Freedom: Atlanta Pop Festival"), nie pozwalają mi wystawić wyższej oceny. Jestem na tak dla wydawania kolejnych rejestracji występów Jimiego Hendrixa, ale niech będą to nagrania o bardziej przyzwoitym brzmieniu. Zapewne niewiele już takich zostało w archiwach, o ile w ogóle, więc lepiej na nic się nie nastawiać.

Ocena: 6/10



The Jimi Hendrix Experience - "Live in Maui" (2020)

CD1: 1. Chuck Wein introduction; 2. Hey Baby (New Rising Sun); 3. In From the Storm; 4. Foxy Lady; 5. Hear My Train A-Comin'; 6. Voodoo Child (Slight Return); 7. Fire; 8. Purple Haze; 9. Spanish Castle Magic; 10. Lover Man; 11. Message to Love
CD2: 1. Dolly Dagger; 2. Villanova Junction; 3. Ezy Rider; 4. Red House; 5. Freedom; 6. Jam Back at the House; 7. Straight Ahead; 8. Hey Baby (New Rising Sun) / Midnight Lightning; 9. Stone Free
Blu-ray: 1. Music, Money, Madness... Jimi Hendrix in Maui (dokumentary); Concert Footage: 2. Chuck Wein introduction; 3. Hey Baby (New Rising Sun); 4. In From the Storm; 5. Foxy Lady; 6. Hear My Train A-Comin'; 7. Voodoo Child (Slight Return); 8. Fire; 9. Purple Haze; 10. Dolly Dagger; 11. Villanova Junction; 12. Red House; 13. Freedom; 14. Stone Free

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Janie Hendrix, George Scott i John McDermott


21 listopada 2020

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "K.G." (2020)



Ostatnie dokonania King Gizzard & the Lizard Wizard, publikowane w zastraszającym tempie, tak bardzo mnie rozczarowały, że miałem już nie słuchać kolejnych płyt. Dowiedziałem się jednak dość przypadkiem, że najnowsze wydawnictwo Australijczyków ma być bezpośrednią kontynuacją "Flying Microtonal Banana" sprzed trzech lat. Jak dotąd jedynego ich albumu, który zrobił na mnie wyłącznie pozytywne wrażenie, prezentując całkiem świeże podejście do rocka psychodelicznego, poprzez wykorzystanie skali mikrotonowych. Już utrzymana w podobnej kolorystyce okładka stanowi wyraźne nawiązanie. Natomiast widoczny na niej napis "Volume 2" jasno daje do zrozumienia, że to właśnie "K.G." jest drugą odsłoną cyklu "Explorations Into Microtonal Tuning", rozpoczętego przez "Flying Microtonal Banana" (dotąd błędnie brałem za nią następny w dyskografii "Murder of the Universe"). Czy po kilku - ściśle mówiąc sześciu - nienajlepszych albumach wydanych w międzyczasie muzykom udało się wrócić do formy?

Sam jestem zaskoczony, ale odpowiedź brzmi twierdząco. "K.G." to dokładnie taki King Gizzard, jakiego nie znalazłem na żadnej innej płycie zespołu, z wyjątkiem "Flying Microtonal Banana". Jest tu spora dawka zabawy i dziwności, są orientalne smaczki - zupełnie naturalne, skoro to właśnie ze wschodniej muzyki wywodzi się mikrotonowość (a raczej to, co tak jest odbierane z perspektywy europejskiego podziału oktawy na dwanaście tonów) - oraz całkiem wyraziste melodie. Dziesięć utworów, w tym instrumentalne intro, jest ze sobą płynnie połączone, tworząc czterdziestominutową, spójną całość. Poszczególne fragmenty nie zlewają się jednak w całość, panuje tu całkiem spora różnorodność. Nie brakuje bardziej intensywnego grania, jak chociażby znane już przed premierą "Automation" i "Some of Us". a także "Oddlife" czy finałowy "The Hungry of Fate", który nawet zdradza pewien wpływ Black Sabbath. Jednak nawet w takich czadowych kawałkach pojawia się wiele ciekawych rozwiązań melodycznych lub brzmieniowych. Jeszcze więcej ich w utworach subtelniejszych, a więc np. "Minimum Brain Size" czy w znacznej mierze opartym na akustycznych i elektronicznych brzmieniach "Straws in the Wind" - najlepszym z ujawnionych wcześniej fragmentów. Moim płytowym faworytem jest jednak "Intrasport", brzmiący jak jakaś bliskowschodnia wersja disco. W dwóch ostatnich, wspomnianych przeze mnie kawałkach - i może jeszcze w "The Hungry of Fate" - zespół bardzo fajnie rozwinął stylistykę "Flying Microtonal Banana", podążając w nieco inne rejony, nie odchodząc jednak od przyjętej koncepcji. Pozostałych nagrań słucham z taką samą przyjemnością, mam jednak wrażenie powtórki z rozrywki.

O takie King Gizzard & the Lizard Wizard nic nie robiłem, ale w końcu dostałem jeszcze jeden album sygnowany tą nazwą, który naprawdę mnie przekonuje. Szkoda tylko, że robi to trochę kosztem muzycznego postępu, do którego ten zespół zawsze zdawał się dążyć, chyba nie nagrywając dotąd dwóch podobnych płyt. Po nieco ponad trzech latach od premiery "Flying Microtonal Banana" przydałoby się tu więcej niespodzianek w rodzaju "Intrasport". Dobrze jednak, że muzycy wrócili do eksplorowania mikrotonów, bo w takiej stylistyce po prostu wypadają najciekawiej, udowadniając, że mają na siebie całkiem oryginalny pomysł. Dlatego kolejne części "Explorations Into Microtonal Tuning" jak najbardziej mają sens, ale tylko pod warunkiem, że zespół będzie starał się rozwijać taką stylistykę.

Ocena: 7/10



King Gizzard & the Lizard Wizard - "K.G." (2020)

1. K.G.L.W; 2. Automation; 3. Minimum Brain Size; 4. Straws in the Wind; 5. Some of Us; 6. Ontology; 7. Intrasport; 8. Oddlife; 9. Honey; 10. The Hungry Wolf of Fate

Skład: Stu Mackenzie - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Ambrose Kenny-Smith - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Joey Walker - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Cook Craig - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Lucas Harwood - gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Stu Mackenzie, Joey Walker i Cook Craig


19 listopada 2020

[Recenzja] EABS - "Discipline of Sun Ra" (2020)



Twórczość Sun Ra, jednego z największych innowatorów jazzu, wciąż inspiruje kolejne pokolenia muzyków. Przykładów nie trzeba szukać daleko, bo potwierdza to wydany przed paroma tygodniami album "Discipline of Sun Ra" wrocławskiego sekstetu EABS. Zespół ma już na koncie podobne wydawnictwo z kompozycjami Krzysztofa Komedy. Historia tego projektu sięga natomiast zeszłego roku. Zespół wziął udział w koncercie promującym właśnie wydany album "Live in Kalisz", na którym znalazł się zapis pierwszego polskiego występu Sun Ra i jego Arkestry, trzydzieści trzy lata wcześniej. Zapewne na tym by się skończyło, jednak obecna sytuacja spowodowała, że zespół musiał zrezygnować z koncertowych planów na ten rok. Część składu zajęła się pobocznym projektem Błoto, z którym nagrali już dwa albumy: "Erozje" i "Kwiatostan". Udało się też zebrać w kompletnym składzie, czego wynikiem jest właśnie "Discipline of Sun Ra".

Podczas prac nad albumem muzycy starali się podejść do tego materiału w sposób, w jaki zrobiłby to Sun Ra, który zawsze wymagał od siebie oraz swoich współpracowników zarówno dyscypliny, jak i kreatywności. Odegranie wszystkiego tak, jak w oryginale, w ogóle nie wchodziło w rachubę. Sekstet dokonał kompletnej dekonstrukcji siedmiu kompozycji Sun Ra z lat 1957-1979. Całość rozpoczyna się dokładnie od tego samego utworu, który otwiera debiutancki album pianisty, "Jazz by Sun Ra". "Brainville" w oryginale jest raczej zachowawczym, hardbopowym kawałkiem, dziś brzmiącym dość archaicznie. Tutaj zachowuje stuprocentowo jazzowy charakter, bliższy jednak estetyki fusion - przede wszystkim ze względu na brzmienie elektrycznego pianina i sekcji rytmicznej - a przy tym ze zdecydowanie współczesną produkcją. No, może z wyjątkiem tych kosmicznych szmerów Mooga, które bardzo mocno kojarzą się z przełomem lat 60. i 70. Ogólnie słychać tu duże poszanowanie dla jazzowej tradycji, ale jednocześnie wyraźnie słychać, że to muzyka grana obecnie. Post-bopowy w oryginale "Interstellar Low Ways" zachowuje swój subtelny nastrój, ale zagrany jest w sposób jeszcze bardziej nowoczesny od poprzedniego nagrania, niemalże całkiem odchodząc od jazzowego idiomu w okolice bliskie kameralnej elektroniki. Marek Pędziwiatr gra tutaj znakomite, przepiękne solo na syntezatorze - instrumencie chętnie stosowanym przez Sun Ra, choć w bardziej niekonwencjonalny sposób.

Ale skoro mowa o mniej konwencjonalnym podejściu, to "The Lady with the Golden Stockings (The Golden Lady)", pochodzący z okresu pierwszych awangardowych eksperymentów rzekomego mieszkańca Saturna, w nowej wersji brzmi niemalże jak podkład do kawałka hiphopowego. Ale taka aranżacja nie powinna w przypadku EABS dziwić, skoro w podobny sposób przerabiali już Komedę na swoim debiucie "Repetitions". Bardzo pasuje takie podejście do albumu w hołdzie Sun Ra, który przecież też nie pozostawał obojętny na inne style muzyczne. Oryginalna wersja wieńczącego ten album "UFO" to przecież niemalże czysty funk. Tutaj kawałek zachowuje taneczny charakter, ale odwołuje się do współczesnej muzyki tanecznej, w jakby house'owym wydaniu, choć nie brakuje też jazzowych partii dęciaków. Bardzo nowoczesna, znów bliższa muzyki elektronicznej, rytmika wzbogaciła także "Discipline 27", który jednak dzięki sekcji dętej i partiom klawiszy zachował chociaż odrobinę uduchowionego klimatu pierwowzoru. "Neo-Project #2" jest z kolei jakby bardziej poukładany od oryginału, ale poza tym najbliżej mu do typowego jazzu - słychać tu nawet swingujący bas, a prym wiedzie zadziorne solo saksofonu, choć w tle pojawiają się też różne kosmiczne dźwięki. Od klimatu wersji Sun Ra nie odchodzi również "Trying to Put the Blame on Me", aczkolwiek w oryginale słychać jedynie pianino, a tutaj obudowano je innymi instrumentami, czyniąc ten utwór bardziej kompletnym.

EABS podeszli do twórczości Sun Ra w kreatywny sposób, nadając jego kompozycjom często zupełnie inny charakter. W dodatku grają tutaj bardzo komunikatywnie i zdecydowanie pod młodsze pokolenia, które mogły nawet jeszcze nie mieć okazji zainteresować się jazzem lub odstrasza ich sama nazwa tego gatunku. Tego albumu na pewno nie należy się bać. Jest to w sumie taki nie do końca jazzowy jazz (z pewnymi wyjątkami, jak "Neo-Project #2" czy "Trying to Put the Blame on Me"), który może spodobać się np. słuchaczom house'u lub hip-hopu. Całość broni się zresztą po prostu jako album, a nie tylko jako hołd dla Sun Ra. Oczywiście, po "Discipline of Sun Ra" koniecznie powinni sięgnąć też wielbiciele tego artysty. Świeże spojrzenie na znane - lub jeszcze nieznane, bo wybór repertuaru nie jest wcale oczywisty - kompozycje to zawsze ciekawe doświadczenie, nawet jeśli nie przypadną do gustu ze względu na swoją stylistykę. A może właśnie pozwolą się odtworzyć na nowocześniejsze granie? Warto więc posłuchać bez względu na upodobania.

Ocena: 8/10



EABS - "Discipline of Sun Ra" (2020)

1. Brainville; 2. Interstellar Low Ways; 3. The Lady with the Golden Stockings (The Golden Lady); 4. Discipline 27; 5. Neo-Project #2; 6. Trying to Put the Blame on Me; 7. UFO

Skład: Marek Pędziwiatr - instr. klawiszowe; Olaf Węgier - saksofon altowy, sopranowy i tenorowy; Jakub Kurek - trąbka; Paweł Stachowiak - gitara basowa, syntezator; Marcin Rak - perkusja i instr. perkusyjne; Spisek Jednego (Piotr Skorupski) - instr. perkusyjne, efekty
Producent: EABS i Sebastian Jóźwiak


17 listopada 2020

[Recenzja] Magma - "Rïah Sahïltaahk" (2014) / "Šlag Tanz" (2015)

 


We wrześniu 2013 roku Magma wróciła do studia, by nagrać następcę "Félicité Thösz". Efektem kilkumiesięcznej sesji było powstanie aż dwóch wydawnictw. Równo rok po rozpoczęciu nagrań ukazał się "Rïah Sahïltaahk", a kilka miesięcy później "Šlaǧ Tanz". Choć oba, zgodnie z wolą zespołu, uznawane są za pełnoprawne albumy, ze względu na czas trwania - odpowiednio dwadzieścia cztery i pół oraz dwadzieścia jeden minut - należałby raczej sklasyfikować je jako EPki. Cały materiał spokojnie zmieściłby się nie tylko na płycie kompaktowej, ale nawet na pojedynczym winylu. Decyzja o rozdzieleniu go na dwa osobne wydawnictwa ma jednak sens. Każde z nich tworzy zamkniętą całość. Oba albumy, pomimo podziału na kilka ścieżek, składają się tylko z jednej kompozycji. Przy czym "Rïah Sahïltaahk" to nowe opracowanie utworu znanego już z drugiego albumu zespołu, "1001° Centigrades", natomiast "Šlaǧ Tanz" jest całkowicie premierowym dziełem.

"Rïah Sahïltaahk"

Charakterystyczny styl Magmy objawił się w pełni dopiero na trzecim albumie zespołu, kultowym "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh". Dwa wcześniejsze wydawnictwa, eponimiczny debiut oraz wspomniany "1001° Centigrades" (znany też pod prostszym tytułem "2"), brzmiały już całkiem oryginalnie, ale wciąż brakowało na nich wielu istotnych elementów. Zrozumieć można zatem decyzję Christiana Vandera, który postanowił po latach odświeżyć swoją najambitniejszą kompozycję z tamtego okresu, nadając jej zupełnie nowego kształtu. W praktyce - i w pewnym uproszczeniu - polega to na rezygnacji z udziału sekcji dętej, dodaniu quasi-operowych partii wokalnych oraz wyraźniej zaakcentowanej i bardziej transowej warstwy rytmicznej. Nowa wersja jest na pewno bardziej dojrzała. Zachwyca przede wszystkim większym kunsztem aranżacyjnym. Warstwa muzyczna może początkowo wydawać się bardziej jednostajna niż w pierwowzorze, ze względu na ograniczenie instrumentarium głównie do pianina, basu i perkusji, jednak sporo tu także pomysłowo wplecionego wibrafonu, sporadycznie odzywa się gitara, a do tego w samej warstwie rytmicznej dzieje się naprawdę wiele. Jeszcze bogatsza jest warstwa wokalna, tym razem rozpisana na dwa męskie i dwa żeńskie głosy (w oryginale śpiewa tylko Klaus Blasquiz), które bardzo finezyjnie i kreatywnie się ze sobą przeplatają. Pomimo tych niewątpliwych zalet, jest też druga strona medalu. "Rïah Sahïltaahk" z 1971 roku niewątpliwie wyróżnia się na tle całej dyskografii Magmy, natomiast ten z 2014 brzmi bardzo podobnie do innych dzieł grupy z XXI wieku.

Ocena: 7/10

"Šlaǧ Tanz"

Tutaj sprawa wygląda inaczej, bo choć ten utwór również nie odchodzi daleko od tego, co grupa Christiana Vandera proponowała w ciągu poprzednich lat, to ponownie przesuwa pewne akcenty. O ile na "Félicité Thösz" muzycy - praktycznie ci sami, nie licząc zmiany na stanowisku klawiszowca - pokazali swoje delikatniejsze oblicze, tak "Šlaǧ Tanz" prezentuje Magmę w zdecydowanie brutalniejszym wydaniu. W materiałach promocyjnych określili nawet ten album mianem symphony of jazz metal. Wpływy muzyki poważnej i jazzu były obecne od zawsze w twórczości zespołu. Natomiast z tym metalem najprawdopodobniej chodzi o wyjątkowo ciężkie brzmienie. W znacznej mierze wynika ono z wysunięcia na pierwszy plan basu, kosztem instrumentów klawiszowych oraz wibrafonu. Zresztą Vander i basista Philippe Bussonnet grają tutaj jeszcze gęściej i bardziej intensywnie niż zwykle. Właśnie dlatego utwór brzmi tak ciężko i brutalnie. Wciąż jednak jest to bardzo wyrafinowana muzyka, z kunsztownymi partiami wokalnymi oraz finezyjnymi, jazzującymi wstawkami gitary. Zdarzają się tu też pewne momenty wytchnienia, przede wszystkim w finałowym segmencie "Wohldünt", opartym wyłącznie na akompaniamencie pianina, ale też wcześniej muzycy trochę kombinują z dynamiką. Zatem podobnie jak "Rïah Sahïltaahk", "Šlaǧ Tanz" to monolityczna, ale nie monotonna kompozycja. A zarazem ciekawsze z tych dwóch wydawnictw, bo więcej wnoszące do dyskografii.

Ocena: 8/10



Magma - "Rïah Sahïltaahk" (2014)

1. Watseï Kobaïa; 2. Di Mahnter Sahïltaahk; 3. Süri Sï Toïdo; 4. Ün Zoïn Glaö; 5. Ïss Walomëhn Dëm; 6. Bradïa Ëtnah; 7. Mem Loïlë; 8. Wöleï

Magma - "Šlaǧ Tanz" (2015)

1. Imëhntösz (Alerte); 2. Slag; 3. Dümb; 4. Vers La Nuit; 5. Dümblaê (Le Silence Des Mondes); 6. Zü Zaïn; 7. Slag Tanz; 8. Wohldünt

Skład: Stella Vander - wokal; Isabelle Feuillebois - wokal; Hervé Aknin - wokal; Jérémie Ternoy - pianino; James Mac Gaw - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, pianino, wokal; Benoît Alziary - wibrafon
Producent: Magma


15 listopada 2020

[Recenzja] David Bowie - "Young Americans" (1975)



"Young Americans" to album, na którym Bowiemu w końcu udało się całkowicie zerwać z postacią Ziggy'ego Stardusta oraz glamową stylistyką. Zwrot w stronę muzyki soulowej nie był może zupełnie niespodziewany, bo na takie fascynacje wskazywały już niektóre fragmenty płyt "Aladdin Sane" i "Diamond Dogs", nie mówiąc już o koncertowym "David Live", niemniej jednak niewielu chyba się spodziewało, że Bowie nagra w tym stylu cały album. Ściślej mówiąc inspirowany stylistyką filadelfijskiego soulu, bardzo popularnego w tamtym czasie wśród afroamerykańskiej młodzieży. W aranżacjach bardzo dużą rolę odgrywa saksofon, instrumenty klawiszowe oraz żeńskie chórki, w żywszych utworach dochodzi do tego funkowy puls sekcji rytmicznej i dopasowane do takiej stylistyki, ma ogół dość powściągliwe partie gitary. W nagraniach wokalistę ponownie wsparł Mike Garson, ale poza nim towarzyszyli mu zupełnie nowi współpracownicy, jak związany ze sceną R&B Luther Vandross, perkusista Andy Newmark znany z epizodu w funkowym Sly and the Family Stone, a także latynoski gitarzysta Carlos Alomar.

Dziś o tym albumie pamięta się przede wszystkim za sprawą "Fame" - pierwszego autentycznego przeboju Bowiego w Stanach (i nieco mniejszego w Wielkiej Brytanii). Stworzony podczas wspólnego jamowania z Johnem Lennonem, który wziął też udział w jego nagraniu, wyróżnia się najbardziej chyba intensywnym, świetnie bujającym rytmem, ale też nieco ostrzejszym, bardziej surowym brzmieniem. Melodia nie jest może szczególnie atrakcyjna, jednak w takiej muzyce liczy się przede wszystkim rytm, a ten chodzi tutaj jak trzeba. W podobnym stylu utrzymane są jeszcze tytułowy "Young Americans" (trochę mniejszy przebój), "Fascination", "Right" oraz "Somebody Up There Likes Me", wszystkie z większą rolą saksofonu i chórków, ale równie fajnie bujające. Mam jednak do wszystkich, włącznie z "Fame", to samo zastrzeżenie. Wszystkie trwają po około pięć minut, najdłuższy "Somebody..." zbliża się nawet do siedmiu, ale tak naprawdę niewiele w nich treści, składają się głównie ze zwrotek i strasznie przedłużanych refrenów. Skoro już te utwory musiały tyle trwać, to przydałyby się dłuższe fragmenty instrumentalne. Muzyka o tak luzackim klimacie aż prosi się o więcej instrumentalnej swobody. 

Lennon udziela się także w przeróbce swojego starego kawałka z czasów The Beatles, "Across the Universe". Nowa wersja wyszła jednak słabo, głównie bez nieco pretensjonalny i wymęczony wokal Bowiego, w dodatku trudno mówić tu o jakimś ubogaceniu tej kompozycji, a tym samym niezbyt pasuje ona do całości. Lepiej prezentują się dwie pozostałe, mocno soulowe ballady "Win" i "Can You Here Me?", nawet jeśli sprawiają wrażenie - szczególnie druga z nich - nieco przeprodukowanych, przesłodzonych aranżacyjnie. Pomimo narzekań na głos Davida w "Across the Universe", muszę przyznać, że reszta albumu została przez niego zaśpiewana rewelacyjnie. Z wielkim powodzeniem imituje tutaj czarnoskórych wokalistów, pokazując w pełni swoje możliwości. Ogólnie jednak album niespecjalnie mnie przekonuje. Uważam, że Bowie zbyt dosłownie zainspirował się amerykańskim R&B, starając się jak najwierniej naśladować taką muzykę, zamiast przedstawić swoje własne spojrzenie. "Young Americans" zapewnia rozrywkę na całkiem przyzwoitym poziomie, ale nie ma do zaoferowania żadnych głębszych przeżyć estetycznych, będąc muzyką z założenia pozbawioną artystycznych walorów. 

Ocena: 6/10



David Bowie - "Young Americans" (1975)

1. Young Americans; 2. Win; 3. Fascination; 4. Right; 5. Somebody Up There Likes Me; 6. Across the Universe; 7. Can You Hear Me?; 8. Fame

Skład: David Bowie - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Mike Garson - pianino; David Sanborn - saksofon; Carlos Alomar - gitara; Earl Slick - gitara; Willie Weeks - gitara basowa (1-5,7); Andy Newmark - perkusja (1-5,7)
Gościnnie: John Lennon - wokal i gitara (6,8); Emir Ksasan - gitara basowa (6,8); Dennis Davis - perkusja (6,8); Larry Washington - instr. perkusyjne; Pablo Rosario - instr. perkusyjne (6,8); Ralph MacDonald - instr. perkusyjne (6,8); Ava Cherry, Robin Clark, Luther Vandross - dodatkowy wokal; Jean Fineberg, Jean Millington - dodatkowy wokal (6,8)
Producent: David Bowie, Harry Maslin i Tony Visconti


13 listopada 2020

[Recenzja] Mary Halvorson's Code Girl - "Artlessly Falling" (2020)



Amerykańska gitarzystka jazzowa Mary Halvorson działa od blisko dwóch dekad, jednak większe uznanie przyniósł jej chyba dopiero projekt Code Girl sprzed dwóch lat. Na długim, półtoragodzinnym albumie o tym właśnie tytule zaprezentowała w pełni swoje możliwości wykonawcze i kompozytorskie. Za pomocą gitary elektroakustycznej, grając różnymi technikami, stworzyła interesujące, a przy tym różnorodne dzieło, wykraczające poza jazzową szufladę. Na jakość tamtego albumu niemały wpływ mieli również pozostali muzycy: trębacz Ambrose Akinmusire, basista Michael Formanek i perkusista Tomas Fujiwara, a zwłaszcza niezwykle uzdolniona wokalistka Amirtha Kidambi (o której wspominałem już rok temu, przy okazji drugiego albumu jej własnego zespołu, Elder Ones). W obliczu artystycznego sukcesu "Code Girl" należało spodziewać się kontynuacji. Jest nią opublkowany przed dwoma tygodniami "Artlessly Falling". W porywaniu z poprzednim wydawnictwem trochę zmienił się skład. Miejsce Akinmusire'a zajął Adam O'Farrill, dołączyła też saksofonistka Maria Grand. Podczas sesji nagraniowej w studiu pojawił się też jeden gość, którego obecność powinna zainteresować tym albumem nie tylko jazzowych słuchaczy. W kilku utworach swojego głosu użyczył sam Robert Wyatt.

Właśnie od jednego z nich rozpoczyna się ten - krótszy od poprzednika - album. "The Lemon Trees" dość niespodziewanie przywołuje klimat słynnego "Rock Bottom". Nie tylko za sprawą głosu Wyatta, którzy brzmi starzej, ale natychmiast można go rozpoznać. Utwór charakteryzuje się takim samym, subtelnym i melancholijnym nastrojem, a także budową podobną do kawałków z tamtego albumu, bliższą całkowicie swobodnej improwizacji niż piosenkowej struktury. W warstwie muzycznej dominują melodyjne partie trąbki, którym towarzyszą delikatne dźwięki gitary i kontrabasu, ale też dość intensywna partia perkusji, której w pewnym momencie ustępują miejsca wszyscy pozostali muzycy. To nieczęsto spotykane, by już w pierwszym nagraniu na płycie pojawiło się dłuższe solo na bębnach. Fujiwara gra jednak w na tyle ciekawy sposób, że utwór tylko na tym zyskuje. Klimat "Rock Bottom" jeszcze silniej zostaje przywołany w "Bigger Flames", w którym również bębny brzmią delikatniej. Dołącza za to saksofon, który bardzo ładnie uzupełnia się z trąbką. Były muzyk Soft Machine udziela się także w najkrótszym na płycie "Walls and Roses", tym razem dzieląc się obowiązkami wokalnymi z Kidambi. A sam utwór interesująco przeplata łagodniejsze, quasi-piosenkowe fragmenty z szalonymi zaostrzeniami o wręcz avant-progowym charakterze. W tych instrumentalnych sekcjach w końcu na pierwszy plan wychodzi Halvorson, prezentująca dość niekonwencjonalne podejście do gry na gitarze.

Nie mniej interesująco wypadają pozostałe nagrania, w których instrumentaliści mają więcej swobody, a mikrofon całkowicie przejmuje śpiewająca bardziej różnorodnie Kidambi. Wciąż dominuje łagodniejszy nastrój, jak w bardzo ładnych "Last-Minute Smears" (będącym przede wszystkim popisem sekcji dętej), "Muzzling Unwashed" (z odrobiną gitarowego szaleństwa we fragmentach instrumentalnych) czy tytułowego "Artlessly Falling" (w którym uwagę przyciąga wokal i jakby rozstrajająca się gitara), co odróżnia ten album od zorientowanego w większym stopniu na bardziej dynamiczne i ekspresyjne granie "Code Girl". Choć i tutaj takich momentów nie brakuje, czego dowodzi potężny finał kompozycji "Mexican War Streets (Pittsburgh)" - być może najwspanialszy moment całego albumu - lub czerpiący z freejazzowych patentów "A Nearing".

Mimo wszystko, całość nie robi na mnie takiego wrażenia, jakie wywołał poprzedni album Halvorson. Czego tu brakuje? Być może większej różnorodności i większej ilości szaleństwa, dzięki czemu te wszystkie ładne, subtelne nagrania sprawiałyby wrażenie bardziej wyjątkowych. Uważam też, że poza udziałem Roberta Wyatta i wniesionym przez niego nastrojem "Rock Bottom", nie wprowadzono tu wielu nowych rozwiązań. A samo podobieństwo do albumu sprzed czterech i pół dekady może być odebrane jako wada. "Code Girl" w całości brzmiał bardzo współcześnie oraz w większym stopniu unikalnie, co było jego niewątpliwą zaletą. "Artlessly Falling" to jednak wciąż bardzo ciekawa muzyka, która polecam przede wszystkim osobom zainteresowanym współczesnym jazzem, jak i ciekawych tego, jak poradził sobie dziadek Wyatt.

Ocena: 7/10



Mary Halvorson's Code Girl - "Artlessly Falling" (2020)

1. The Lemon Trees; 2. Last-Minute Smears; 3. Walls and Roses; 4. Muzzling Unwashed; 5. Bigger Flames; 6. Mexican War Streets (Pittsburgh); 7. A Nearing; 8. Artlessly Falling 

Skład: Mary Halvorson - gitara; Maria Grand - saksofon tenorowy; Adam O'Farrill - trąbka; Michael Formanek - kontrabas, gitara basowa; Tomas Fujiwara - perkusja i instr. perkusyjne; Amirtha Kidambi - wokal
Gościnnie: Robert Wyatt - wokal (1,3,5)
Producent: Mary Halvorson, Nick Lloyd i David Breskin


11 listopada 2020

[Recenzja] Nico - "The Marble Index" (1968)

Nico - The Marble Index


Christa "Nico" Päffgen, urodzona tuż przed wojną w nazistowskich Niemczech, karierę zaczynała przede wszystkim jako modelka i aktorka. Wystąpiła m.in. w "Słodkim życiu" Federico Felliniego, a jej podobizna znalazła się na okładce "Moon Beams" słynnego jazzowego pianisty Billa Evansa. Jako wokalistka po raz pierwszy wystąpiła w 1965 roku na singlu "I'm Not Sayin'", nagranym z pomocą Briana Jonesa i Jimmy'ego Page'a. Jednak jej kariera muzyczna na dobre rozpoczęła się dopiero dwa lata później, gdy po sugestii Andy'ego Warhola dołączyła do The Velvet Underground. Odegrała stosunkowo niewielką, ale znaczącą rolę na słynnym albumie z bananową okładką. Mimo tego, wiele osób postrzegało ją wyłącznie jako urodziwą ozdobę zespołu, pozbawioną muzycznego talentu. Zarówno to, jak i niechęć pozostałych muzyków, doprowadziło do odejścia Nico z zespołu. Nie zamierzała jednak kończyć z muzyczną działalnością. Solową karierą dowiodła swojej wartości.

Początek nie był jeszcze szczególnie obiecujący. Debiutancki album "Chelsea Girl" został nagrany z udziałem prawie całego składu The Velvet Underground oraz gitarzysty Jacksona Browne'a, którzy odpowiadali też za kompozycje (repertuaru dopełniły utwory Boba Dylana i Tima Hardina). Niestety, producent ignorował wszelkie pomysły Nico, nie zgadzając się np. na udział sekcji rytmicznej, za to dodając bez jej zgody i wiedzy partie muzyków grających na instrumentach smyczkowych oraz flecie. Wkład artystki ograniczył się zatem do zaśpiewania cudzych kompozycji. Ogólnie powstał dość przyjemny longplay (na czele ze świetną kompozycją Browne'a, "These Days"), ale będący wyraźnie już spóźnioną odpowiedzią na mający za sobą najlepsze czasy amerykański folk, nieszczególnie wyróżniający się na tle podobnych wydawnictw - z wyjątkiem charakterystycznego głosu Nico oraz zwykle nietrafionych, przesłodzonych aranżacji.

Późniejszy o rok "The Marble Index" to już całkiem inna sprawa. Za namową Jima Morrisona oraz pod wpływem zaprezentowanych przez niego dzieł literackich, Nico samodzielnie napisała teksty i przy pomocy fisharmonii stworzyła do nich muzykę. Jak sama przyznawała, napisane przez nią melodie, często oparte na jednym lub dwóch akordach, przypominają muzykę średniowieczną. Podczas sesji nagraniowej, odbywającej się we wrześniu 1968 roku w studiu Elektra Records, wokalistce towarzyszył praktycznie tylko jeden współpracownik, dawny znajomy z The Velvet Underground, John Cale. Chociaż oficjalnie producentem albumu był Frazier Mohawk, tak naprawdę rolę tę pełnił Cale. Nadał także ostatecznego kształtu muzyce, dopracowując aranżacje i dodając inne instrumenty. Dzięki wykorzystaniu technik z XX-wiecznej muzyki poważnej, utwory stały się mniej drone'owe, aczkolwiek zachowując pierwotny nastrój. Powstało dzieło autentycznie unikalne i ponadczasowe. Jeśli już miałbym porównać je z czymkolwiek wcześniejszym, to przypomina trochę twórczość średniowiecznej kompozytorki Hildegardy z Bingen, jednak przeniesioną we współczesne realia.

Z dwunastu nagranych utworów na album trafiło tylko osiem, których łączny czas trwania ledwo przekracza pół godziny. Jest za to dziełem niezwykle spójnym, przemyślanym jako całość, intrygująco się rozwijając. Przy pierwszych odsłuchać może wydawać się monotonne, ale tak naprawdę każdy utwór jest zupełnie inny. "Prelude", zgodnie z tytułem, stanowi krótki wstęp, doskonale wprowadzający w mroczny, nieco gotycki klimat całości. Zbudowana wyłącznie z dźwięków pianina i dzwonków miniaturka płynnie przechodzi w pierwszy właściwy utwór, "Lawns of Dawns", w którym wciąż słychać dzwonki, nadające dość dziwaczny rytm, ale tym razem w towarzystwie burdonowych partii fisharmonii oraz atonalnych wstawek gitary. Nad wszystkim unosi się charakterystyczny kontralt Nico, śpiewającej w dość posępny sposób z tym swoim nietypowym akcentem i lekceważącym stosunkiem do trzymania się tonacji. To wszystko razem tworzy niesamowity, niepowtarzalny nastrój. Bardzo ciekawie wypada również "No One Is There", z intrygującym śpiewem, któremu towarzyszą jedynie kameralne partie kwartetu smyczkowego (na wszystkich instrumentach zagrał Cale). "Ari's Song" to najbardziej emocjonalny utwór, napisany przez Nico dla jej ciężko wówczas chorego syna, który prawdopodobnie przypadkowo żarzył należące do niej narkotyki. Przepełnionej bólem partii wokalnej akompaniują głównie dźwięki fisharmonii. Najbardziej eksperymentalnie brzmi natomiast "Facing the Wind", w którym dość jednostajnej partii pianina towarzyszą różne dziwne dźwięki i przetworzony śpiew.

Ciekawe pomysły na szczęście nie kończą się na pierwszej stronie winylowego wydania i także druga połowa albumu ma sporo do zaoferowania. "Julius Caesar (Memento Hodié)", z doskonale uzupełniającymi się partiami fisharmonii i altówki, jednocześnie brzmi bardzo drone'owo i na swój sposób chwytliwie, nieco jakby w klimatach dawnego folku. Świetne jest też wokalna interpretacja Nico, która może i miała techniczne braki, ale potrafiła doskonale wczuć się w klimat muzyki i zaproponować ciekawą linię melodyczną. Z kolei "Frozen Warnings" faktycznie brzmi bardzo chłodno, wręcz ascetycznie, co wynika nawet nie tyle z dość ubogiego instrumentarium - prawdopodobnie ograniczającego się do fisharmonii i organów piszczałkowych - co oparcia całości na jednym akordzie. I znów brzmi to niesamowicie intrygująco, szczególnie pod względem klimatu. Ale najlepszy utwór zostawiono na koniec. Hipnotyzujący "Evening of Light" to kolejny wokalny popis Nico, z fantastycznie udramatyzowanym akompaniamentem klawesynu, fisharmonii oraz coraz bardziej agresywnych partii wiolonczeli. Nico i Cale osiągnęli tu mistrzostwo w budowaniu klimatu.

"The Marble Index" w chwili wydania był albumem jedynym w swoim rodzaju, zaś z perspektywy czasu słychać jak bardzo wizjonerskim dziełem się okazał. Podobną, choć głównie pod względem nastroju, muzykę zaczęto grać dopiero dobrą dekadę później, czego dowodem dokonania Dead Can Dance, Joy Division, Bauhaus, Sisters of Mercy, Siouxsie and the Banshees czy The Cure. Wielu z tych wykonawców zresztą powoływało się na inspirację twórczością Nico. Niektórzy krytycy uznają ją za prekursorkę rocka gotyckiego - choć tak naprawdę po odejściu z The Velvet Underground niewiele miała z rockiem wspólnego. Z nowszych rzeczy można wskazać na pewne podobieństwa z dark ambientem czy różnymi współczesnymi drone'ami. Pomimo tego "The Marble Index" wciąż pozostaje albumem niepowtarzalnym, nie licząc może późniejszych płyt Nico, a tym samym nieustannie brzmi tak samo świeżo i intrygująco, jak te pięćdziesiąt dwa lata temu.

Ocena: 10/10



Nico - "The Marble Index" (1968)

1. Prelude; 2. Lawns of Dawns; 3. No One Is There; 4. Ari's Song; 5. Facing the Wind; 6. Julius Caesar (Memento Hodié); 7. Frozen Warnings; 8. Evening of Light

Skład: Nico - wokal, fisharmonia; John Cale - gitara, instr. klawiszowe, instr. smyczkowe, instr. perkusyjne
Producent: John Cale i Frazier Mohawk


8 listopada 2020

[Recenzja] The Pretty Things - "S.F. Sorrow" (1968)

Pewtty Things - S.F. Sorrow


The Pretty Things zaczynał bardzo niepozornie. Trzy pierwsze płyty, opublikowane w latach 1965-67, były niezbyt ciekawą i delikatnie spóźnioną odpowiedzią na dokonania grup w rodzaju The Rolling Stones czy The Animals. A potem nagle ukazał się "S.F. Sorrow" - prawdopodobnie pierwsza opera rockowa w historii fonografii i zarazem jedno z największych dzieł brytyjskiego rocka psychodelicznego, porównywalne z najlepszymi albumami Beatlesów, Pink Floyd i Traffic w tej stylistyce. To jedna z największych przemian muzycznych, jakie kiedykolwiek nastąpiły w tak krótkim czasie. Jeszcze wydany w poprzednim roku "Emotions" silnie osadzony jest w muzyce pierwszej połowy dekady, jedynie sporadycznie zdradzając, że członkom zespołu nie obce są współczesne trendy. "S.F. Sorrow" to już w każdym calu muzyka na miarę końca lat 60., zaaranżowana ze znacznie większym kunsztem i kreatywnością, a przy tym o wiele bardziej różnorodna, wyrazista i finezyjna pod względem melodycznym. Praktycznie każdy utwór zwraca uwagę świetną melodią i pomysłową aranżacją.

W recenzjach tego albumu zwykle podkreśla się fakt, że był to pierwszy album koncepcyjny, na którym poszczególne utwory łączyła nie tylko zbliżona tematyka, ale obecność fabuły. Rok później zbiór kawałków opowiadających jedną historię opublikował The Who i to właśnie na potrzeby zaszufladkowania "Tommy'ego" dziennikarze muzyczny ukuli termin opera rockowa. W powszechnej opinii to "Tommy" zapisał się jako pierwszy taki album, choć w rzeczywistości wcześniej ukazał się "S.F. Sorrow". Jednak wcale nie w tym tkwi wielkość dzieła The Pretty Things. Teksty w muzyce mają zawsze drugorzędne znaczenie, nie są tak naprawdę jej częścią. Tymczasem "Tommy" czy floydowski "The Wall", po odjęciu tej całej otoczki, okazują się tylko przydługimi i niezbyt spójnymi zbiorami raz lepszych, raz słabszych piosenek. "S.F. Sorrow" broni się po prostu jako muzyka. Każdy utwór czymś się wyróżnia i czymś zachwyca, a razem tworzą bardzo spójny album o przyzwoitej długości czterdziestu minut.

Utworów jest trzynaście, więc łatwo obliczyć, że nie trwają zbyt długo. Muzycy zadbali jednak, by nie zmarnować ani sekundy, nasycając je muzyczną treścią. Charakteryzują się przeważnie kunsztownymi aranżacjami, wykorzystującymi bogate instrumentarium (akustyczne i elektryczne gitary, organy, melotron, sitar, flet, trąbka czy przeróżne perkusjonalia), bardzo zróżnicowanymi partiami uzdolnionego wokalisty Phila Maya, któremu często towarzyszą harmonie pozostałych muzyków, a także typowymi dla tamtych czasów eksperymentami studyjnymi (zniekształcanie brzmienia, nadużywanie efektu stereo). Duży wkład w powstanie albumu miał producent Norman Smith, znany z wcześniejszej współpracy z The Beatles i Pink Floyd. Jako ciekawostkę warto w tym miejscu wspomnieć, że w czasie gdy muzycy Pretty Things nagrywali swoje dzieło w studiu przy Abbey Road, w sąsiadujących pomieszczeniach trwały ponoć prace nad "The White Album" i "A Saucerful of Secrets". 
 
Spoiler Alert:
Nie czytaj dalej, jeśli nie słuchałeś albumu i chcesz samodzielnie odkrywać wszystkie jego niuanse.

Album zaczyna się od jeszcze całkiem niepozornego "S.F. Sorrow Is Born", z fajnie pomyślanymi partami gitary akustycznej, do której w dalszej części dołączają melotron i trąbka. Psychodeliczny nastrój podkreśla natomiast pulsujący bas. Na całość muzycy idą już w drugim na płycie "Bracelets of Fingers". To najbardziej złożony tutaj utwór, z kilkoma zaskakującymi przejściami, bogatym brzmieniem obejmującym nadające nieco orientalnego klimatu partie sitara, a także największą ilością studyjnych sztuczek. Trochę rozczarowuje kolejny na płycie "She Says Good Morning" - energetyczny, nieco ostrzejszy brzmieniowo kawałek, w sumie bliższy wcześniejszych dokonań grupy. Broni się chwytliwą melodią i niezłym wykonaniem, ale nieszczególnie pasuje do reszty albumu. Znów ciekawiej prezentuje się nieco folkowy "Private Sorrow", z rewelacyjnie dopełniającymi się partiami gitary akustycznej, fletu i perkusji, a także jedną z najbardziej wyrazistych i finezyjnych melodii. Rozpędzony "Balloon Burning" zwraca uwagę połączeniem ostrzejszych, niemalże proto-punkowych partii gitary i energetycznej gry sekcji rytmicznej z fajnym dodatkiem akustyka oraz klawiszy, a także bardzo melodyjną i kunsztowną, wielogłosową partią wokalną. Wieńczący pierwszą stronę "Death" to już znacznie wolniejsze nagranie, w którym dźwięki sitara i gra sekcji rytmicznej budują bardzo interesujący klimat.

Strona B już na otwarcie przynosi jeden z najbardziej zwariowanych fragmentów albumu, "Baron Saturday" - kolejny z ostrzejszych kawałków, tym razem o nieco bardziej kabaretowym charakterze, w który ciekawie wpleciono fragment z rytualnymi bębnami. "The Journey" rozpoczyna się jak zwyczajna piosenka, ale z czasem zmienia się w prawdziwie psychodeliczny odlot. Bardziej piosenkowy charakter ma "I See You", łączący subtelne fragmenty, nie tak odległe od ówczesnej twórczości Moody Blues, ze zdecydowanie ostrzejszym graniem. Instrumentalny "Well of Destiny" sugeruje zainteresowanie muzyków awangardą, ale już po niespełna dwóch minutach rozbrzmiewa kolejna piosenka. "Trust" to chyba szczytowy moment tego albumu pod względem kompozytorskiego i aranżacyjnego kunsztu, choć skorzystano z bardzo prostych środków. Z łagodnym charakterem tego utworu kontrastuje najbardziej zadziorny "Old Man Going", z wyjątkowo ciężkim riffem i agresywną partią wokalną. Gdyby nie akustyczne i klawiszowe wstawki oraz harmonie dodatkowych wokalistów, byłby to właściwie czysty proto-punk. Finałowy "Loneliest Person" zaskakuje natomiast bardzo ascetyczną aranżacją - emocjonalnemu i pełnemu zadumy śpiewowi Maya towarzyszy jedynie gitara akustyczna. Pomimo takiej prostoty, jest to niezwykle efektowne zakończenie, urzekające wspaniałą melodią i pozostawiające z ogromnym poczuciem niedosytu, ponieważ trwa zaledwie półtora minuty.

Koniec Spoilerów

"S,F. Sorrow" często jest pomijany przy okazji różnych podsumowań i rankingów, pozostając w cieniu dokonań innych wykonawców z tamtego okresu. To jednak jeden z najlepszych muzycznych reliktów tamtych czasów, doskonale oddający ich klimat i charakter. Brytyjska psychodelia rzadko była aż tak dobra, tylko czasem zachwycając podobnym bogactwem pomysłów, z którego wyniknęłaby tak zgrabna płyta. Szkoda jedynie, że "S.F. Sorrow" to w dyskografii Pretty Things album niepowtarzalny. W podobnym stylu utrzymane są jeszcze tylko nagrania z dwóch niealbumowych singli, "Defecting Grey" / "Mr. Evasion" oraz "Talkin' About the Good Times" / "Walking Through My Dreams". Można je znaleźć na kompaktowych wznowieniach "S.F. Sorrow". I choć sam pomysł, by cokolwiek dodawać do albumu będącego tak dobrze przemyślaną i zamkniętą całością, jest kompletnie bez sensu, to przynajmniej bonusy prezentują zbliżony poziom do podstawowego materiału. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się zakup albumu i singli na winylach, ale w ostateczności można wybrać opcję budżetową, czyli kompakt z dodatkami. Zresztą nie trzeba od razu kupować, bo obecnie istnieją inne, jeszcze prostsze sposoby legalnego odsłuchu. Natomiast znać ten album trzeba bezwzględnie.

Ocena: 8/10



The Pretty Things - "S.F. Sorrow" (1968)

1. S.F. Sorrow Is Born; 2. Bracelets of Fingers; 3. She Says Good Morning; 4. Private Sorrow; 5. Balloon Burning; 6. Death; 7. Baron Saturday; 8. The Journey; 9. I See You; 10. Well of Destiny; 11. Trust; 12. Old Man Going; 13. Loneliest Person

Skład: Phil May - wokal; Dick Taylor - gitara, dodatkowy wokal; Wally Waller - gitara basowa, gitara, flet, trąbka, dodatkowy wokal; Jon Povey - instr, klawiszowe, sitar, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Skip Alan - perkusja; Twink - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Norman Smith


6 listopada 2020

[Recenzja] Jazz Q - "Pori Jazz 72" (2020)

Jazz Q - Pori Jazz 72


Wydawnictwo GAD Records od lat robi świetną robotę, publikując archiwalne materiały wykonawców z naszej części Europy. Jedną z najnowszych pozycji w jej katalogu jest zapis koncertu, jaki czechosłowacka grupa Jazz Q Praha zagrała 15 lipca 1972 roku na fińskim festiwalu Pori Jazz. Zespół jedynie rozgrzewał publiczność przed występem Chicka Corei, dostając zaledwie czterdzieści minut, co nie przeszkodziło mu zagrać w absolutnie porywający sposób. Przez długie lata można było tylko się tego domyślać. Bo przecież gdyby występ się nie udał, to muzycy pewnie nie byliby skłonni zamieszczać na swoim albumie "Pozorovatelna (The Watch Tower)" utworu upamiętniającego to wydarzenie - napisanego zresztą specjalnie na ten występ "Pori 72". Dopiero w ostatniej dekadzie, w archiwum fińskiego nadawcy telewizyjno-radiowego YLE, znaleziono taśmy z zapisem koncertu. Jednak lider zespołu, Martin Kratochvíl, wcale nie był przekonany do publikacji tego materiału, doszukując się potknięć muzyków. Nieco ustąpił dwa lata temu, przy okazji reedycji "Pozorovatelni", umożliwiając dodanie fragmentów nagrania wśród innych bonusów. Publikacja całego zapisu nastąpiła dopiero w sierpniu bieżącego roku.

"Pori Jazz 72" ukazuje zespół w ciekawym momencie. Już po rozpadzie oryginalnego składu i odejściu od freejazzowych korzeni (tamten etap utrwalono, w nie do końca oddający go sposób, jedynie na albumie "Coniunctio", nagranym wspólnie z bluesrockowym Blue Effect), ale jeszcze przed zarejestrowaniem "Pozorovatelna (The Watch Tower)". Ówczesny skład - w którym grającemu na klawiszach Kratochvilowi towarzyszyli gitarzysta Luboš Andršt, basista Vladimír Padrůněk oraz perkusista Michal Vrbovec - był pod silnym wpływem muzyki fusion, przede wszystkim ówczesnych dokonań Milesa Davisa, Herbiego Hancocka czy wspomnianego Chicka Corei. Nagrany pół roku później longplay charakteryzuje się jednak raczej subtelnym nastojem, natomiast na żywo kwartet połączył jazzowe wyrafinowanie ze zdecydowanie rockowym czadem i ciężarem. Kompozycje, w znacznej części powtórzone na studyjnym wydawnictwie, zaprezentowano w porażających żywiołowością wykonaniach. Wszyscy muzycy byli wówczas w doskonałej formie i nawet jeśli faktycznie zdarzały się jakieś potknięcia, to nie mają najmniejszego znaczenia przy tak porywająco zagranej muzyce.

Występ rozpoczęli od zwartego "Kartágo", napisanego jakiś czas wcześniej na występ w Kartaginie. W późniejszej wersji studyjnej jest to wolny, bardzo subtelny - nieco w klimacie "In a Silent Way" - utwór, w którym istotną rolę odgrywają skrzypce. Tutaj wykonanie jest o wiele żywsze, z zupełnie inną, szybszą i bardziej swingującą grą sekcji rytmicznej. Natomiast miejsce skrzypiec z powodzeniem zajęła gitara, ciekawie naśladując tamten instrument. Dwa kolejne utwory, "Pori 72" oraz "Pozorovatelna", są już zagrane w sposób bliższy tego, jak zaprezentowano je na albumie studyjnym. Jednak ten pierwszy ma tutaj jeszcze więcej energii, a Andršt gra niemalże jak McLaughlin na "Bitches Brew". To właśnie gitarzysta zdaje się być pierwszoplanową postacią w tej porywającej improwizacji, szczególnie podczas znakomitej, bardziej rockowej niż jazzowej solówki w ostatnich minutach, jednak świetne solo gra też lider, a sekcja rytmiczna nie zdaje się sprowadzić do prostej roli akompaniatorów. Doskonale słychać świetne zgranie całego składu. Subtelniejsza "Pozorovatelna" daje chwilę wytchnienia. Znów zwraca uwagę partia gitary, która w tej wersji jeszcze lepiej pasuje do ogólnego nastroju. Do bardziej energetycznego grania powracają w finałowym "Slez" i jest to jedyny utwór, którego nie powtórzyli w studiu. Nie bardzo by nawet pasował do reszty płyty. W tym nagraniu jest zdecydowanie najwięcej rockowego czadu, w stylu koncertów Jimiego Hendrixa z Band of Gypsys, choć gra Kratochvíla i brzmienie jego elektrycznego pianina nadają bardziej jazzowego charakteru. Całości nie brakuje, oczywiście, sporej finezji, choć w tak żywiołowym graniu łatwo byłoby ją utracić.

"Pori Jazz 72" to zapis świetnego koncertu jednej z najlepszych europejskich grup wykonujących jazz-rocka, w dodatku wyróżniający się znakomitym brzmieniem, co przecież nie jest normą w przypadku archiwalnych materiałów koncertowych. Dzięki temu można w pełni cieszyć się tą wspaniałą muzyką. Powiedziałbym nawet, że te nagrania jakością przebijają nagrany pół roku później album. I nie mam tu na myśli wyłącznie brzmienia.

Ocena: 8/10



Jazz Q - "Pori Jazz 72" (2020)

1. Kartago; 2. Pori 72; 3. Pozorovatelna; 4. Slez

Skład: Martin Kratochvíl - elektryczne pianino; Luboš Andršt - gitara; Vladimír Padrůněk - gitara basowa; Michal Vrbovec - perkusja
Producent: Michał Wilczyński i Łukasz Hernik


4 listopada 2020

[Recenzja] Autechre - "PLUS" (2020)



Bez żadnej wcześniejszej zapowiedzi, zaledwie dwanaście dni po premierze "SIGN", duet Autechre wypuścił drugi w tym roku album. Fizyczna wersja "PLUS" pojawi się dopiero za jakieś dwa tygodnie, ale całość można już legalnie odsłuchać na Bandcampie i w serwisach streamingowych. Zarówno tytuł, jak i przede wszystkim okładka "PLUS", zdają się sugerować, że to bezpośrednia kontynuacja lub jedynie suplement do poprzedniego wydawnictwa Brytyjczyków. Takie domysły nie znajdują jednak potwierdzenia. Po pierwsze, to pełnoprawny album, który broni się jako samodzielne dzieło. Po drugie, to wydawnictwo o zupełnie innym charakterze. W pewnym sensie jednak uzupełnia bardzo komunikatywny "SIGN", bo pokazuje bardziej eksperymentalne i abstrakcyjne, choć wcale nie jakoś bardzo trudne w odbiorze, oblicze Seana Bootha i Roba Browna. Swoją drogą ciekawe, czy planowana jest jakaś kontynuacja. Album o tytule "MINUS" mógłby być ciekawym domknięciem trylogii, podsumowując dwie poprzednie części lub prezentując wyłącznie ambientowe nagrania (wówczas to "SIGN" byłby ogniwem łączącym całość), albo zawierając coś całkiem innego. Zresztą ilość symboli matematycznych daje muzykom bardzo duże możliwości w kontynuowaniu tej serii.

Odkładając na bok dywagacje, warto na razie skupić się na zawartości "PLUS", bo to album nie mniej intrygujący od poprzedniego. W klimat całości wprowadza pełniący rolę intro "DekDre Scap B", zbudowany na nietypowej rytmice, z mnóstwem glitchów (zniekształceń), ale też bardziej melodyjnymi dźwiękami, jakby wycofanymi na dalszy plan. Mniej więcej to samo, ale w bardziej rozwiniętej formie przynosi następny na płycie "7FM ic", w którym duet wręcz agresywnie, choć z dużą finezją wykręca elektroniczne dźwięki. Dla odmiany "marhide" charakteryzuje się dość dużą repetycyjnością, choć narastające i wyciszające się szumy sugerują, że zaraz coś się wydarzy. Tym czymś okazuje się jednak dopiero następny na płycie, a zarazem najdłuższy "ecol4". Jest to też być może najbardziej intrygujący utwór, rozwijający się w zupełnie niespodziewany sposób, pokazując niesamowitą wyobraźnię muzyków w ich brzmieniowych eksploracjach. Nagraniami podobnego kalibru, nie tylko pod względem długości, są "X4" i "TM1 open". Pomiędzy nimi trafiają się jednak utwory, które aż tak bardzo nie odstawałyby na poprzednim krążku. Mam tu na myśli przede wszystkim melodyjny, wręcz przebojowy, a przy tym bardzo subtelny "lux 106 mod", a także troszkę bardziej zakręcone "ii.pre esc" i "esle 0". 

Autechre z zaskoczenia wydał album równie udany, co poprzedni, choć niemal kompletnie inny. Łączyć je zdaje się przede wszystkim bardziej emocjonalny charakter w porównaniu z wręcz odhumanizowanymi płytami Browna i Bootha z poprzedniej dekady. Jeśli jednak "SIGN" jest albumem bardziej dla osób preferujących wczesne dokonania duetu, tak "PLUS" bardziej koresponduje z jego twórczością z początku XXI wieku. Oczywiście, w żadnym wypadku nie można tu mówić o kopiowaniu wcześniejszych dokonań. Oba wydawnictwa brzmią świeżo, na miarę 2020 roku. Wielbicieli współczesność elektroniki raczej nie muszę zachęcać do słuchania, więc polecam te albumy wszystkim tym, którzy chcą się dowiedzieć, jak brzmi teraźniejszość. Całkiem inaczej niż muzyka z XX wieku, ale też niezwykle ciekawie.

Ocena: 9/10



Autechre - "PLUS" (2020)

1. DekDre Scap B; 2. 7FM ic; 3. marhide; 4. ecol4; 5. lux 106 mod; 6. X4; 7. ii.pre esc; 8. esle 0; 9. TM1 open

Skład: Rob Brown; Sean Booth
Producent: Autechre


2 listopada 2020

[Recenzja] Wobbler - "Dwellers of the Deep" (2020)

Wobbler - Dwellers of the Deep


Paradoks głównego nurtu rocka progresywnego polega na tym, że wykonawcy, którzy sami poszukiwali nowych rozwiązań, nie byli w stanie do podobnych poszukiwań zainspirować swoich naśladowców. Muzyka, która zgodnie ze swoją nazwą miała stale się rozwijać, poszerzając granice rocka, okazała się ślepą uliczką. Zarówno dla tych oryginalnych przedstawicieli tego nurtu, dla których obrana konwencja szybko stała się ograniczeniem, jak i dla ich epigonów, którzy nawet nie próbują zaproponować czegoś własnego, a jedynie imitują muzykę z przełomu lat 60. i 70. Często zresztą w zupełnie nieudolny sposób, albo przez brak wystarczających umiejętności kompozytorskich, aranżacyjnych i wykonawczych, albo przez brak dobrego poczucia smaku, przez co czerpią z proga te niekoniecznie dobre pomysły. Nierzadko całkowicie wypaczają istotę takiej muzyki, błędnie zakładając, że chodzi w niej o granie jak najdłuższych utworów, przeładowanych mnogością motywów, zmian nastroju i popisowych solówek, najlepiej w jak najbardziej patetyczny, smętny i rozwleczony sposób. Zapominając, że twórczość takich grup, jak Pink Floyd, King Crimson, Yes, Gentle Giant, Van der Graaf Generator, Jethro Tull, Genesis czy ELP była przede wszystkim kreatywna, wyrazista, przeważnie zwarta i energiczna, ale też bardzo melodyjna.

Jednak także wśród pogrobowców, których twórczość najtrafniej opisuje wewnętrznie sprzeczne określenie retro-prog (nie mylić z neo-progiem), zdarzają się wykonawcy grający może i w kompletnie nie odkrywczy sposób, ale poza tym faktycznie udanie nawiązujące do klasycznego proga. Należy do nich norweski Wobbler, który właśnie opublikował swój piąty studyjny album, "Dwellers of the Deep". Longplay spokojnie mógłby ukazać się we wczesnych latach 70. Zespół gra tutaj w sposób bardzo zbliżony do ówczesnego Yes, z niewielką domieszką Gentle Giant (podobna czasem rytmika) i, powiedzmy, King Crimson (dużo melotronu). I robi to na poziomie zbliżonym do np. "Fragile" czy eponimicznego debiutu Łagodnego Olbrzyma. A więc nie najlepiej jak się da, ale zdecydowanie powyżej średniej. Natomiast porównując z wcześniejszymi wydawnictwami Wobbler, to jest tu na pewno lepiej niż na poprzednim, nieco nudnawym i przekombinowanym "From Silence to Somewhere" z 2017 roku, nie mówiąc już o dwóch pierwszych, momentami wręcz chaotycznych longplayach (nagranych jeszcze z innym, śpiewającym bardziej pretensjonalnie wokalistą). Najbliżej mu do najlepszego moim zdaniem "Rites at Down" z 2011 roku.

"Dwellers of rhe Deep" składa się z zaledwie czterech utworów, o łącznym czasie trwania trzech kwadransów, a więc nawet długością nawiązuje do płyt sprzed pięćdziesięciu lat (album, wydany w różnych formatach, ukazał się też na pojedynczym winylu). Bardzo fajnie wypada czternastominutowy otwieracz, "By the Banks", w którym sporo kombinowania, ale całość zdaje się dobrze przemyślana. Nie brakuje tu wyrazistych melodii, jest też spora dawka energii, przede wszystkim za sprawą sekcji rytmicznej z basistą grającym bardzo w stylu Chrisa Squire'a. Skojarzenia z Yes jeszcze bardziej potęguje wokalista, bardzo starający się brzmieć jak Jon Anderson, choć nie wychodzi mu to tak czysto. Do tego tu i ówdzie pobrzmiewa trochę Gentle Giant. Te same patenty dały chyba jeszcze lepszy efekt w "Five Rooms", który jest o kilka minut krótszy, a dzięki temu jeszcze bardziej zwarty. Trochę mniej przekonująco wypada natomiast dwudziestominutowy "Merry Macabre", gdzie muzycy powrzucali już trochę za dużo wszystkiego, aczkolwiek wciąż sporo tu energii, melodycznej wyrazistości oraz bardzo dobrych, choć niezbyt oryginalnych, pomysłów aranżacyjnych (świetny jest np. ta końcówka z syntezatorem, bardzo w stylu GG). Od tych trzech utworów wyraźnie odstaje "Nalad Dreams" - najkrótszy, najprostszy i najłagodniejszy w zestawie, zdominowany przez gitarę akustyczną i melotron. Niby ładny, ale trochę jednak zbyt rozwlekły i smętnie wykonany, szczególnie w kwestii wokalnej.

Wobbler pokazuje tutaj jak grać retro-proga, by faktycznie przypominało to dokonania klasycznych przedstawicieli rocka progresywnego, a nie jakieś popłuczyny po nich. "Dwellers of the Deep" nie jest albumem pozbawionym wad, nie wnosi do muzyki absolutnie nic nowego, ale słucha mi się go zadziwiająco dobrze. To dlatego, że muzycy zadbali o to, by prezentowana przez nich muzyka była wyrazista i ekspresyjna, a do tego dobrze przemyślana, a nie tylko jak najbardziej bombastyczna.

Ocena: 7/10



Wobbler - "Dwellers of the Deep" (2020)

1. By the Banks; 2. Five Rooms; 3. Naiad Dreams; 4. Merry Macabre

Skład: Andreas Wettergreen Strømman Prestmo - wokal, gitara, gitara basowa, flet, instr. perkusyjne; Lars Fredrik Frøislie - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Marius Halleland - gitara, dodatkowy wokal; Kristian Karl Hultgren - gitara basowa; Martin Nordrum Kneppen - perkusja
Gościnnie: Åsa Ree - skrzypce, dodatkowy wokal
Producent: Lars Fredrik Frøislie (1,2,4); Andreas Wettergreen Strømman Prestmo  (3)