Posty

Wyświetlanie postów z 2016

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" (1970)

Obraz
Van der Graaf Generator to ostatni z wielkich progresywnych zespołów, którego jeszcze nie recenzowałem. Grupa, podobnie jak Gentle Giant, nigdy nie zdobyła popularności na miarę Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis, Jethro Tull i Emerson, Lake & Palmer, choć tworzyła równie interesującą i nowatorską muzykę. Stało się tak bynajmniej nie bez powodu. O ile tamte zespoły potrafiły pogodzić eksperymentalne podejście i instrumentalny kunszt z przystępnością, tak twórczość Generatora okazała się zbyt trudna w odbiorze, by porwać tłumy. Grupa została doceniona jedynie przez prawdziwych wielbicieli rocka progresywnego (tych, dla których nie kończy się on na "Ciemnej stronie księżyca", "Dworze Karmazynowego Króla" i innych popularnych, łatwo przyswajalnych wydawnictwach). Korzenie Van der Graaf Generator sięgają 1967 roku. Początkowo zespół składał się z trzech muzyków: śpiewającego gitarzysty Petera Hammila, grającego na perkusji i dęciakach Chrisa Judge'a S

[Recenzja] Nucleus - "We'll Talk About It Later" (1971)

Obraz
Drugi album jazzrockowego sekstetu Nucleus przynosi kilka zmian. W przeciwieństwie do debiutanckiego "Elastic Rock", nie sprawia wrażenia jednej długiej improwizacji, na potrzeby albumu podzielonej na kilkanaście ścieżek. Tym razem każdy utwór stanowi odrębną całość. Zmieniała się też sama muzyka. O ile debiut zdaje się czerpać mniej więcej po równo z jazzu i rocka, tak tutaj zauważalny jest zwrot w kierunku tego drugiego gatunku. Gra sekcji rytmicznej stała się znacznie bardziej energetyczna i większą rolę zaczęła odgrywać gitara, nadająca cięższego, surowego brzmienia. Najlepiej słychać to na przykładzie dynamicznych "We'll Talk About It Later", "Song for the Bearded Lady" i "Ballad of Joe Pimp". Pierwszy z nich to przede wszystkim psychodeliczny, stopniowo zaostrzający się popis Chrisa Speddinga. W drugim dominują solówki sekcji dętej, ale pojawia się też iście hardrockowy gitarowy riff (wykorzystany później przez Karla Jenkinsa w inn

[Artykuł] Podsumowanie roku 2016

Obraz
UWAGA:  Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2016 roku, które w większości nie są aktualne. W tym roku wyjątkowo niechętnie zabierałem się do przygotowania podsumowania. Nie był to dobry rok dla muzyki. Wręcz tragiczny, jeśli wziąć pod uwagę liczbę muzyków, który w tym czasie odeszli. Byli to m.in. Greg Lake i Keith Emerson, Jimmy Bain, Piotr Grudziński, Nick Menza, David Bowie, Glenn Frey, Leonard Cohen, Leon Russell, Mose Allison, a także producent George Martin. Najgorsza jest świadomość, że kolejne lata będą jeszcze smutniejsze. Wielcy muzycy będą coraz częściej odchodzić, a następców jakoś nie widać. Wracając jednak do 2016 roku - nie był on również zbyt udany pod względem nowych wydawnictw. Z trudem uzbierałem dziesięć pozycji do rankingu. Choć muszę przyznać, że oprócz rozczarowań, nie zabrakło w tym roku także pozytywnych zaskoczeń, jak zaskakująco dobre nowe albumy Rolling Stonesów i Metalliki, czy kilka obiecujących debiutów, które dają cień

[Recenzja] Gentle Giant - "Three Friends" (1972)

Obraz
Każdemu, kto dopiero planuje zmierzyć się z twórczością Gentle Giant, a trochę się boi przez te wszystkie opinie o niekonwencjonalnym, dziwnym czy awangardowym charakterze muzyki, polecałbym zacząć od trzeciego albumu grupy, "Three Friends". Tym razem zespół nieco wyluzował ze swoimi artystycznymi ambicjami i nagrał płytę bliższą takiego typowego rocka progresywnego, a momentami nawet hard rocka. Jednocześnie nie brakuje tu jednak - w przeciwieństwie do debiutu - grania bardziej zakręconego, w ten idiomatyczny dla Gentle Giant sposób. "Three Friends" to pierwszy album koncepcyjny w dorobku grupy. Poszczególne utwory w warstwie tekstowej opowiadają historię trzech przyjaciół z dzieciństwa, których drogi się rozeszły, znaleźli pracę w różnych zawodach, ale niezadowoleni ze swojego obecnego życia, postanowili odnowić dawną znajomość. Bardzo prosta, bezpretensjonalna opowieść, tak odmienna od sporej części płyt tego rodzaju. Wszystko zaczęło się od jednego motywu, za

[Recenzja] Soft Machine - "Fourth" (1971)

Obraz
Czwarty album Soft Machine - tradycyjnie zatytułowany liczebnikiem porządkowym, w tym przypadku "Fourth" - powstawał w nienajlepszej atmosferze. Nasilił się konflikt pomiędzy Robertem Wyattem, a resztą zespołu. Perkusista pragnął dalej wykonywać utwory wokalne, które pozostali muzycy konsekwentnie odrzucali. Mike Ratledge, Hugh Hopper i Elton Dean mieli odmienną wizję artystyczną: całkowicie instrumentalnego grania, o już niemal jednoznacznie jazzowym charakterze. To ostatnie akurat nie było dla Wyatta problemem. Sam dopiero co wydał pod własnym nazwiskiem inspirowany jazzem free album "The End of an Ear" - tam jednak mogł sobie pozwolić na charakterystyczne dla siebie zabawy z głosem. W przypadku Soft Machine nie było już na nie miejsca, a w rezultacie konflikt narastał i w końcu artysta opuścił grupę - lub został z niej wylany, w zależności od tego, kto relacjonuje - niespełna rok po nagraniu "Czwórki". Album rozpoczyna najbardziej hermetyczny okres

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "The Aerosol Grey Machine" (1969)

Obraz
Debiuty najważniejszych przedstawicieli rocka progresywnego mają to do siebie, że często mocno odstają od muzyki, z którą poszczególne zespoły są kojarzone. Bardziej dojrzałe albumy, utrzymane już w stylu rozwijanym przez kolejne lata - takie, jak pierwszy King Crimson - należą do zdecydowanej mniejszości. Innym słynnym grupom, by wymienić Pink Floyd, Yes, Genesis czy Jethro Tull, nieco dłużej zajęło wypracowanie rozpoznawalnego stylu. Do tej drugiej grupy należy także Van der Graaf Generator - jeden z najbardziej oryginalnych przedstawicieli proga, który na debiutanckim albumie "The Aerosol Grey Machine" niczym w zasadzie nie różni się od dziesiątek innych trzecioligowych kapel rockowych z tamtych czasów. A tak naprawdę nawet nie jest to album Van der Graaf Generator, choć nazwa ta pojawia się na okładce. Niecodzienna nazwa zespołu - zainspirowana generatorem elektrostatycznym wysokiego napięcia, wynalezionym w 1929 roku przez Roberta J. Van de Graaffa, którego nazwisko niez

[Recenzja] Santana - "Caravanserai" (1972)

Obraz
"Caravanserai" to punkt zwrotny w karierze grupy Santana. Pierwszy album nagrany bez dwóch oryginalnych członków - basisty Davida Browna i perkusjonalisty Michaela Carabello - a zarazem ostatni przed odejściem Gregga Roliego i Neala Schona, którzy już tutaj nie wystąpili we wszystkich utworach. Ale przede wszystkim longplay przyniósł zwrot stylistyczny. Elementy latynoskie i rockowe zdecydowanie ustąpiły miejsca wpływom jazzowym. Dominują tutaj utwory instrumentalne, utrzymane w niespiesznym tempie, stonowane brzmieniowo, o raczej melancholijnym, relaksującym charakterze ("Eternal Caravan of Reincarnation", "Waves Within", "Song of the Wind", "Every Step of the Way", oraz wręcz ambientowy "Future Primitive"). Świetnie się tego słucha, choć potrzeba odpowiedniego nastroju. Ale znalazły się tu także dwa bardziej energetyczne instrumentale - mocno funkowy "Look Up (to See What's Coming Down)", oraz przywołują

[Recenzja] Cream - "Farewell Concert" DVD (2001)

Obraz
Niemal dokładnie pięćdziesiąt lat temu, 9 grudnia 1966 roku, ukazał się album "Fresh Cream" - debiut jednej z największych grup w historii rocka, supertria Cream. Tworzyli ją wybitni muzycy, uznawani w tamtym czasie za niedoścignionych wirtuozów swoich instrumentów: basista Jack Bruce, gitarzysta Eric Clapton oraz perkusista Ginger Baker. Wielkość zespołu ujawniała się przede wszystkim podczas koncertów, które cechowała przeogromna dawka energii i porywające, długie improwizacje, oparte na doskonałej interakcji muzyków. Nie było w tamtym czasie rockowego zespołu, którego występy mogłyby przebić brytyjskie trio. Zapisy jego występów do dziś ekscytują. Szkoda tylko, że nagrania zostały rozproszone na kilku różnych wydawnictwach - "Wheels of Fire", "Goodbye", "Live Cream" i "Live Cream II" - z których żadne nie oddaje w pełni tego, jak wyglądały koncerty grupy. Gdyby tak zebrać ich najlepsze fragmenty i wydać razem - byłaby to jedna z

[Recenzja] Gentle Giant - "Acquiring the Taste" (1971)

Obraz
Wielka szkoda, że pod tak paskudną, nieestetyczną i obsceniczną okładką - choć po otwarciu koperty winylowego wydania znacząco zmienia się kontekst - ukryto jedno z najwiekszych dzieł progresywnego rocka. Na "Acquiring the Taste", swoim drugim albumie, muzycy Gentle Giant poczynili ogromny postęp względem eponimicznego debiutu i zaprezentowali w pełni idiomatyczny styl. Najprościej opisać go jako połączenie rocka z muzyką poważną, co jednak wydaje się tyleż trafne, co mylące. Zawarta tu muzyka ma w sumie niewiele wspólnego z tym, co wówczas grali inni giganci proga, w rodzaju King Crimson, Yes, Genesis czy ELP. Zamiast inspiracji barokiem, klasycyzmem i romantyzmem dominują tu wpływy muzyki dawnej, z epoki średniowiecza i renesansu, ale słychać też nawiązania do muzyki współczesnej. Kolejna różnica to forma utworów, trwających nie po kilkanaście, a około pięciu minut, choć pomysłów w nich tyle, że starczyłoby na kilka płyt. Zwraca uwagę bardzo bogate instrumentarium "A

[Recenzja] The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)

Obraz
Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego długogrającego wydawnictwa grupy minęło już jedenaście lat. "Blue & Lonesome" nie przynosi jednak wyczekiwanego od dawna premierowego materiału. To zbiór bluesowych i rhythm'n'bluesowych standardów. Zespół niejako zatacza pełne koło, gdyż w początkach swojej działalności też grał głównie - choć przecież nie tylko - przeróbki cudzych kompozycji. Sama płyta powstała nieco przypadkiem, w przerwie od nagrywania własnego materiału. W ciągu trzech dni Mick Jagger, Keith Richard, Charlie Watts i Ronnie Wood - wsparci przez swoich stałych współpracowników oraz zaprzyjaźnionych muzyków, Erica Claptona i Jima Keltnera - spontanicznie zarejestrowali te dwanaście kawałków. Nad całą płytą unosi się taka swobodna atmosfera nieplanowanej sesji. I zapewne właśnie dlatego słuchanie tego materiału dostarcza mi znacznie więcej przyjemn

[Recenzja] Soft Machine - "Third" (1970)

Obraz
Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się muzyka Soft Machine (już bez przedrostka "the") na przestrzeni dwóch lat poprzedzających wydanie albumu "Third". Wydaje się niemal nieprawdopodobne, że to ten sam zespół, który na debiutanckim "The Soft Machine" proponował dość zwyczajne, melodyjne piosenki w klimatach psychodelicznego rocka. Nawet zdecydowanie już jazz-rockowy "Volume Two" okazał się jedynie nieśmiałą zapowiedzią trzeciego wydawnictwa Brytyjczyków. Tym razem zespół jeszcze bardziej oddala się od swoich rockowych korzeni, zbliżając natomiast do stylistyki fusion z okolic albumu "Emergency!" The Tony Williams' Lifetime czy ówczesnych koncertów Milesa Davisa. Co ciekawe, zespół w tamtym czasie przeszedł do wytwórni CBS Records, brytyjskiego oddziału Columbii, która wydawała też płyty Davisa. Zmiana wydawcy była wynikiem nieprzedłużenia kontraktu przez Probe po kompletnej klapie komercyjnej "Volume Two". Niestety,