30 grudnia 2016

[Recenzja] Gentle Giant - "Three Friends" (1972)



"Three Friends" to trzeci longplay Gentle Giant i zarazem pierwszy album koncepcyjny. Opowiada on historię trzech przyjaciół z dzieciństwa, których drogi się rozeszły, znaleźli pracę w różnych zawodach, ale niezadowoleni ze swojego życia, postanowili odnowić swoją znajomość. Pod względem muzycznym, album wyróżnia się zdecydowanie mocniejszym, często po prostu hardrockowym brzmieniem, jak również nieco uproszczonym instrumentarium, ze znacznie mniejszą rolą instrumentów smyczkowych i dętych. Oczywiście zespół wciąż stoi w opozycji do konwencjonalnego rocka, unikając prostych struktur kompozycji.

Otwierający całość "Prologue" przyciąga uwagę przede wszystkim za sprawą brzmiących bardzo nowocześnie (przynajmniej w 1972 roku) partii syntezatora, oraz wyrazistych, zakręconych partii gitary basowej. Fragmenty instrumentalne mogą wywołać skojarzenia z twórczością Emerson, Lake & Palmer, ale bogate harmonie wokalne to już typowy Gentle Giant. Łagodniejszy "Schooldays" to najdziwniejszy i najbardziej niekonwencjonalny utwór na albumie, całkowicie odchodzący od piosenkowej struktury, z wymyślnymi partiami wokalnymi i nieoczywistym instrumentarium (głównie klawisze i mandolina), co razem tworzy wręcz surrealistyczny nastrój. Żaden inny rockowy zespół nie nagrałby czegoś podobnego, od razu słychać, że to Gentle Giant. Wspominam o tym, bo na tym albumie, to jedyny tego typu utwór. Bo już np. zadziorny "Working All Day" nie jest zbyt odległy od twórczości King Crimson. Utwór wyróżnia się mocnym głosem Dereka Shulmana, dość ciężkimi partiami gitary i dęciaków, oraz wyraźnym rytmem; pojawia się także solówka na elektrycznych organach.

Jednym z najciekawszych - i prawdopodobnie moim ulubionym - fragmentem albumu jest rozpoczynający drugą stronę winylowego wydania "Peel the Paint". Zaczyna się spokojnie, z ładnymi partiami skrzypiec, przypominającymi o fascynacji członków zespołu muzyką klasyczną. W połowie trzeciej minuty następuje jednak hardrockowe zaostrzenie. Krzykliwa partia wokalna Dereka, a także agresywne brzmienie gitary i saksofonu, wywołują skojarzenia z crimsonowskim "21st Century Schizoid Man", jednak warstwa rytmiczna jest tu jeszcze bardziej pokręcona. Trochę łagodniej wypada "Mister Class and Quality?", intrygująco łączący chwytliwą partię wokalną ze skomplikowanym, połamanym rytmem. Kompozycja płynnie przechodzi w tytułowy "Three Friends" - kolejny utwór łączący typowo hardrockowe brzmienie z nieoczywistym rytmem. W drugiej połowie nabiera bardziej podniosłego charakteru, za sprawą mantrowo powtarzanego gitarowo-organowego motywu. Doskonały finał.

Album "Three Friends" zdaje się być lekkim zboczeniem z drogi obranej na "Acquiring the Taste" i kontynuowanej później na "Octopus", a może nawet krokiem wstecz. Muzycy postanowi pograć nieco ciężej i odchudzić instrumentarium, przy okazji tracąc część swojej oryginalności - ale jeszcze nie na tyle, aby można było ich pomylić z jakimkolwiek innym zespołem. W sumie jest to bardzo udany album, minimalnie ustępujący największym dziełom Gentle Giant.

Ocena: 9/10



Gentle Giant - "Three Friends" (1972)

1. Prologue; 2. Schooldays; 3. Working All Day; 4. Peel the Paint; 5. Mister Class and Quality?; 6. Three Friends

Skład: Phil Shulman - wokal (1,2,4,6), saksofon; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (2,6), instr. perkusyjne; Derek Shulman - wokal (3-6); Gary Green - gitara, mandolina (2), instr. perkusyjne (2,5); Ray Shulman - bass, gitara (1), skrzypce (4,5), wokal (6); Malcolm Mortimore - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Calvin Shulman - wokal (2)
Producent: Gentle Giant


23 grudnia 2016

[Recenzja] Gentle Giant - "Acquiring the Taste" (1971)



"Acquiring the Taste", choć jest drugim albumem w dyskografii Gentle Giant, można uznać za właściwy debiut grupy. To właśnie tutaj muzycy po raz pierwszy całkowicie zrezygnowali z grania konwencjonalnego rocka, na rzecz bardzo oryginalnej, całkowicie własnej muzyki. Istotnym elementem stylu zespołu jest inspiracja muzyką dawną (średniowieczną, renesansową, barokową), objawiająca się nie tylko w instrumentarium (istotna rola instrumentów smyczkowych), ale także chociażby mistrzowskim zastosowaniem kontrapunktu, czyli prowadzenia kilku melodii jednocześnie. Jednocześnie zespół nie unika bardziej współczesnych inspiracji i chętnie korzysta z technologicznych nowinek (syntezatory). Efektem jest bardzo innowacyjna i trochę dziwna muzyka, nieprzypominająca twórczości żadnego innego zespołu - nawet jeśli tu czy tam pojawiają się skojarzenia z innymi progrockowymi gigantami. Od innych grup zaliczanych do rocka progresywnego, Gentle Giant odróżnia chociażby niechęć do długich, przesadnie rozbudowanych form. Utwory zespołu są krótkie, za to bardzo treściwe. Średni czas trwania poszczególnych kompozycji na najdłuższym w dyskografii, niespełna czterdziestominutowym "Acquiring the Taste", wynosi niecałe pięć minut. W porównaniu z np. napompowanymi tworami Yes, są to wręcz radiowe piosenki - ale tylko i wyłącznie pod względem długości. Twórczość Gentle Giant to jednak mocno pokręcone granie.

Już otwierający album "Pantagruel's Nativity" charakteryzuje się przebogatym brzmieniem, na które składają się takie instrumenty, jak gitary akustyczne i elektryczne, przeróżne klawisze, w tym syntezatory i melotron, oraz flet i inne dęciaki, a także wielogłosowe partie wokalne. Struktura kompozycji nie jest wcale oczywista, a nastrój jest bardzo zróżnicowany, łącząc dostojność rocka progresywnego z cięższymi fragmentami zahaczającymi o granie hardrockowe (w tym fantastyczne gitarowe solo). Drugi utwór, "Edge of Twilight", cechuje jeszcze wyraźniejszy brak struktury. To bardziej stonowana kompozycja, o klimacie wcale nie odległym od crimsonowskiego "Islands" (który ukazał się kilka miesięcy później). Istotną rolę odgrywa tu partia kontrabasu, oraz oszczędne gitarowe motywy i niemal ambientowe klawisze. Bardzo eksperymentalnie robi się w drugiej połowie, z wysuniętą na pierwszy plan perkusją Martina Smitha. "The House, the Street, the Room" to utwór bardziej zadziorny, w znacznej części właściwie hardrockowy. Ale żeby nie było zbyt monotonnie, tu i ówdzie pojawiają się spokojniejsze przejścia o klasycyzującym charakterze, z popisowymi klawiszowymi partiami Kerry'ego Minneara. Tytułowy "Acquiring the Taste" to tylko półtoraminutowa miniaturka, w całości oparta na brzmieniu syntezatora. W chwili wydania było to pewnie coś nowatorskiego, jednak album nic by nie stracił bez tego fragmentu.

Na właściwe tory wracamy wraz z otwierającym drugą stronę winylowego wydania "Wreck", który mimo swojej progresywnej budowy, jest po prostu niesamowicie chwytliwym kawałkiem. To jeden z niezliczonych przykładów, że muzyka w tamtych czasach mogła być jednocześnie ambitna i przebojowa. Zresztą wszystkie "właściwe" utwory na tym albumie posiadają świetne melodie, nawet jeśli większość z nich nie wpada w ucho tak szybko, jak "Wreck", i potrzeba kilku przesłuchań, aby je w pełni docenić. Nie inaczej jest w przypadku "The Moon Is Down", który z początku sprawia wrażenie prostej, spokojnej piosenki, ale fantastycznie się rozwija we fragmencie instrumentalnym, zachwycającym całą paletą przeróżnych brzmień. Subtelny w całości jest natomiast "Black Cat", zwracający uwagę wokalnymi harmoniami, bogata aranżacją smyczków, oraz... imitowaniem kociego miauczenia za pomocą bliżej nieokreślonego instrumentu. Finałowy, ponad siedmiominutowy "Plain Truth", to jeden z najdłuższych utworów w dorobku grupy. Pod względem muzycznym znów mamy do czynienia z interesującą fuzją hard rocka, muzyki dawnej i szeroko pojętego progresu. Świetne zakończenie, doskonale podsumowujące cały longplay.

Naprawdę piękny album. Zawierający wszystko co najlepsze w rocku progresywnym, ale bez nadmiernego patosu i nadętości, które często w tym stylu się pojawiały. Aż trudno zrozumieć, czemu zespół nagrywający tak dobre albumy, nigdy nie zdobył popularności na miarę King Crimson czy wczesnego Genesis. Owszem, jest to muzyka dość skomplikowana i niekonwencjonalna, wymagająca od słuchacza dużo skupienia. Ale czy naprawdę "Acquiring the Taste" jest trudniejszy w odbiorze, niż np. bombastyczny "Close to the Edge" Yes? Nie sądzę. Może po prostu zespół nie zyskał popularności przez okładki swoich płyt - naprawdę paskudne (jak powyższa), zniechęcające do sięgnięcia po taki album. Na kilkanaście longplayów Gentle Giant, może ze dwa (w tym "Octopus") mają ładne grafiki, a reszta jest niewyobrażalnie brzydka.

Ocena: 10/10



Gentle Giant - "Acquiring the Taste" (1971)

1. Pantagruel's Nativity; 2. Edge of Twilight; 3. The House, the Street, the Room; 4. Acquiring the Taste; 5. Wreck; 6. The Moon Is Down; 7. Black Cat; 8. Plain Truth

Skład: Derek Shulman - wokal (3,5,6), dodatkowy wokal, saksofon (1,6), klawikord (3), cowbell (3); Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (1,2), dodatkowy wokal, wiolonczela (2,3,7), instr. perkusyjne (2,7); Phil Shulman - wokal (5,7), dodatkowy wokal, trąbka (1,3), saksofon (1,6), klarnet (2,3), pianino (3), instr. perkusyjne (7,8); Gary Green - gitara, bass (3), głos (8); Ray Shulman - bass, skrzypce (2,3,5,7,8), gitara (2,3,6), tamburyn (5), organy (6), altówka (7), dodatkowy wokal; Martin Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Cosh - trąbka (3), organy (3); Tony Visconti - flet (3,5), instr. perkusyjne (7)
Producent: Tony Visconti


21 grudnia 2016

[Recenzja] Svvamp - "Svvamp" (2016)



Svvamp to pochodzące ze Szwecji bluesrockowe power trio, które swoją twórczością oddaje hołd takim wykonawcom, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience, Free czy Led Zeppelin. Co zresztą widać już po samych tytułach utworów, jak "Fresh Cream" czy "Free at Last" - brzmią znajomo, prawda? Trzeba jednak przyznać, że takie granie wychodzi im całkiem nieźle. Nie tylko brzmienie, stylizowane na przełom lat 60. i 70., jest tutaj klasycznie. Muzycy doskonale czują taką muzykę, co słychać w każdym granym przez nich dźwięku. Mnóstwo tutaj fajnych gitarowych riffów, zagrywek i solówek, a sekcja rytmiczna nie ogranicza się do banalnego akompaniamentu - każdy instrument zdaje się być tak samo ważny. Całkiem nieźle wypadają też partie wokalne perkusisty Adama Johanssona, którego barwa głosu momentami przypomina Paula Rodgersa (szczególnie w "Serpent in the Sky"). W jedenastu krótkich utworach, trwających w sumie niewiele ponad pół godziny, muzycy zawarli niemal wszystkie istotne elementy stylu.

Czasem może ich inspiracje są aż nadto słyszalne, bo taki singlowy "Burning Down" brzmi jak pozbawiona improwizacji wersja zeppelinowego "How Many More Times" (który zresztą był plagiatem utworu Howlin' Wolfa). Ale cóż z tego, skoro takiej muzyki świetnie się słucha? A na albumie nie brakuje takich energetycznych, nieskomplikowanych, dość ciężkich brzmieniowo, ale zarazem przebojowych kawałków - vide "Serpent in the Sky", "Fresh Cream", "Golden Crown" czy "Blue in the Face". W "Oh Girl" muzycy trochę więcej kombinują z dynamiką - świetnie wypada środkowe zwolnienie o dość mrocznym, bluesowym klimacie. Szkoda, że nie rozwinęli nieco bardziej tego fragmentu. Longplay zawiera też sporo łagodniejszych momentów. Niezłym urozmaiceniem są folkowe (trochę w klimacie zeppelinowej "Trójki") "Set My Foot and Leave" i "Down by the River", w których oprócz gitary akustycznej pojawia się także mandolina. Przyjemnie, choć nadto monotonnie, wypada stonowany "Free at Last", który wbrew tytułowi nawiązuje raczej do ballad Hendrixa, niż Free. Ale już nieco glamowaty "Time" wypada bardzo nużąco, podobnie jak mdła balladka "Big Rest".

Debiutancki album Svvamp to bardzo fajny, bezpretensjonalny hołd dla bluesrockowych klasyków. Nie jest to album genialny, ani pod żadnym względem nowatorski, trafiło się tu nawet kilka wpadek, ale przecież nawet wspomniani w tekście klasycy nie zawsze wydawali dzieła wybitne. Ważne, że dobrze się tego słucha. Choć z drugiej strony, podobnie jak wszystkie inne retro-rockowe wydawnictwa, jest to album do przesłuchania dwa, góra trzy razy i zapomnienia. Gdy przyjdzie ochota na słuchania klasycznego blues/hard rocka, sięgnę po któryś z albumów Cream, Hendrixa, Led Zeppelin, Free lub innego wykonawcy z lat 60./70., ale na pewno nie po debiut Svvamp.

Ocena: 7/10



Svvamp - "Svvamp" (2016)

1. Serpent in the Sky; 2. Fresh Cream; 3. Burning Down; 4. Free at Last; 5. Time; 6. Big Rest; 7. Set My Foot and Leave; 8. Golden Crown; 9. Blue in the Face; 10. Oh Girl; 11. Down by the River

Skład: Adam Johansson - wokal i perkusja; Henrik Björklund - gitara; Erik Ståhlgren - bass
Producent: ?


20 grudnia 2016

[Recenzja] Santana - "Caravanserai" (1972)



"Caravanserai" to punkt zwrotny w karierze grupy Santana. Pierwszy album nagrany bez dwóch oryginalnych członków - basisty Davida Browna i perkusjonalisty Michaela Carabello - a zarazem ostatni przed odejściem Gregga Roliego i Neala Schona, którzy już tutaj nie wystąpili we wszystkich utworach. Ale przede wszystkim longplay przyniósł zwrot stylistyczny. Elementy latynoskie i rockowe zdecydowanie ustąpiły miejsca wpływom jazzowym. Dominują tutaj utwory instrumentalne, utrzymane w niespiesznym tempie, stonowane brzmieniowo, o raczej melancholijnym, relaksującym charakterze ("Eternal Caravan of Reincarnation", "Waves Within", "Song of the Wind", "Every Step of the Way", oraz wręcz ambientowy "Future Primitive"). Świetnie się tego słucha, choć potrzeba odpowiedniego nastroju.

Ale znalazły się tu także dwa bardziej energetyczne instrumentale - mocno funkowy "Look Up (to See What's Coming Down)", oraz przywołujący latynoski klimat poprzednich albumów "La Fuente del Ritmo". Album zawiera także trzy utwory z partiami wokalnymi. "Just in Time to See the Sun" i "Stone Flower", za sprawą charakterystycznego głosu i brzmienia organów Roliego, oraz nieco ostrzejszym partiom gitarowym, także wywołują skojarzenia z wcześniejszą twórczością grupy. Choć w tym drugim elementy te zostały zestawione z melancholijnym klimatem charakterystycznym dla tego albumu. "All the Love of the Universe" - zaśpiewany przez stałego współpracownika grupy, Rico Reyesa - całkiem przekonująco łączy wpływy jazzowe, rockowe, funkowe i latynoskie, a także fragmenty melancholijne z bardziej energetycznymi.

"Caravanserai" to przejściowy album, wciąż zawierający charakterystyczne cechy poprzednich dokonań zespołu, ale wyraźnie już skierowany w stronę bardziej jazzowego grania, które miało na kilka kolejnych lat w pełni pochłonąć Carlosa Santanę (nie tylko na albumach grupy, ale także solowych projektach z Johnem McLaughlinem i Alice Coltrane). Longplay sprzedawał się całkiem nieźle, mimo braku singli, ale zapewne było to efektem wcześniej wyrobionej marki - kolejne wydawnictwa zespołu osiągać miały już coraz mniejsze sukcesy. Tym samym, potwierdziły się obawy przedstawicieli wytwórni, że wydanie takiego albumu, jak "Caravanserai", będzie dla grupy "komercyjnym samobójstwem". Pod względem artystycznym jest to jednak niewątpliwy sukces.

Ocena: 8/10



Santana - "Caravanserai" (1972)

1. Eternal Caravan of Reincarnation; 2. Waves Within; 3. Look Up (to See What's Coming Down); 4. Just in Time to See the Sun; 5. Song of the Wind; 6. All the Love of the Universe; 7. Future Primitive; 8. Stone Flower; 9. La Fuente del Ritmo; 10. Every Step of the Way

Skład: Carlos Santana - gitara (2-6,8-10), wokal (6), instr. perkusyjne (1,8); Gregg Rolie - instr. klawiszowe, wokal (4,8); Neal Schon - gitara (1,3-6,8,10); Douglas Rauch - bass (2-6), gitara (2,3); Tom Rutley - bass (1,6,8-10); Michael Shrieve - perkusja i instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne; James Mingo Lewis - instr. perkusyjne
Gościnnie: Wendy Haas - pianino (1,8); Hadley Caliman - saksofon (1), flet (10); Douglas Rodrigues - gitara (2); Rico Reyes - wokal (6); Lenny White - instr. perkusyjne; Armando Peraza - instr. perkusyjne (8,9); Tom Coster - pianino elektryczne (9)
Producent: Carlos Santana i Michael Shrieve


18 grudnia 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Folkjokeopus" (1969)



Trzeci album Roya Harpera można podzielić na dwie części. Do pierwszej należą utwory o bardzo psychodelicznym i ewidentnie żartobliwym charakterze. Jak saloonowy "Manana", czy śpiewane irytującym falsetem "She's the One" i "Composer of Love". Ale też całkiem przyjemne, piosenkowe "Sgt. Sunshine" (nie tylko tytułem wywołujący skojarzenia z Beatlesami) i "Exercising Some Control" (przypominający z kolei barrettowski Pink Floyd). Longplay ma też drugie, bardziej poważne i, nie ma co ukrywać, ciekawsze oblicze. Inspirowany muzyką dalekowschodnią, oparty na akompaniamencie sitaru "In the Time of Water", posiada nie tylko fantastyczny klimat, ale także prześliczną melodię. Ponad ośmiominutowy, w większości instrumentalny "One for All" to natomiast porywający popis gry na gitarze akustycznej. Choć stanowi ona całe instrumentarium, na pewno nie można narzekać na monotonię. Najważniejszym utworem jest jednak "McGoohan's Blues" - hołd dla brytyjskiego aktora Patricka McGoohana. Wbrew tytułowi, nie ma nic wspólnego z bluesem - to ponad 17-minutowa kompozycja w stylu Boba Dylana, z bardzo długim tekstem, przez większość czasu śpiewanym do jednostajnego akompaniamentu gitary akustycznej. Jest w tym pewna monotonia, ale jednak coś sprawia, że trudno się od tego utworu oderwać. Dopiero w ostatnich pięciu minutach zaczyna się dziać nieco więcej, zmienia się melodia i dochodzą kolejne instrumenty - w tym pianino Nicky'ego Hopkinsa.

"Folkjokeopus" to bardzo niespójny album, brzmiący jakby ktoś wymieszał utwory co najmniej dwóch różnych wykonawców i wydał je na jednej płycie. Roy Harper zdecydowanie lepiej wypada w tych folkowych utworach, w których może popisać się wirtuozerską grą na gitarze akustycznej i talentem do tworzenia rewelacyjnych melodii. Natomiast te psychodeliczne utwory mają swój urok, lecz ich poziom jest zdecydowanie poniżej umiejętności Harpera.

Ocena: 7/10



Roy Harper - "Folkjokeopus" (1969)

1. Sgt. Sunshine; 2. She's the One; 3. In the Time of Water; 4. Composer of Life; 5. One for All; 6. Exercising Some Control; 7. McGoohan's Blues; 8. Manana

Skład: Roy Harper - wokal, gitara, sitar
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino; "Russ" - bass; Clem Cattini - perkusja; Jane Scrivener - wokal (1); Ron Geesin - ?; Mox Gowland - ?
Producent: Shel Talmy


15 grudnia 2016

[Recenzja] Monarch - "Two Isles" (2016)



To jedno z moich przypadkowych tegorocznych odkryć. Rzadko sięgam po współczesne wydawnictwa nieznanych mi wykonawców. Ale bywa, że coś mnie w nich zachęci do sprawdzenia. W tym wypadku była to okładka, dość jednoznacznie wskazująca na muzyczną zawartość longplaya. Nawiązanie do okładek z wczesnych lat 60. to sygnał, że będzie to granie w stylu retro, zaś kolorowa grafika sugeruje inspirację rockiem psychodelicznym. I to właściwie wystarczyłoby za opis debiutanckiego albumu kalifornijskiego zespołu Monarch. Młodzi muzycy postanowili oddać hołd muzyce z czasów, kiedy jeszcze nie było ich na świecie. To nic nowego, takich grup są dzisiaj setki. Jedne lepsze, inne gorsze, ale wszystkie odtwórcze. Czy jest zatem coś, co odróżnia "Two Isles" od propozycji licznej konkurencji?

Może to, że muzycy prezentują naprawdę spore umiejętności wykonawcze, wybijające się ponad retrorockową średnią. Nad całością zdecydowanie dominują partie gitarzystów - których w zespole jest trzech - grających wyjątkowo, jak na dzisiejsze czasy, długie solówki, przywołujące klimat klasycznego rocka. Wielbiciele wczesnego The Allman Brothers Band czy Wishbone Ash powinni być oczarowani. Album składa się z zaledwie sześciu utworów o łącznym czasie trwania niewiele ponad pół godziny. Przeważnie utrzymane są w wolnym tempie i raczej łagodne brzmieniowo, choć nie brakuje ostrzejszych fragmentów (szczególnie w utworze "Sedna's Fervor"). Przyjemnie pulsująca sekcja rytmiczna, z wyrazistym basem, stanowi podkład dla swobodnych, bardzo klimatycznych popisów gitarzystów, wprowadzając słuchacza w relaksujący nastrój. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to byłaby to warstwa wokalna. Właściwie problem ten dotyczy wszystkich współczesnych, szczególnie tych retrorockowych, zespołów - praktycznie wszystkie mają bezbarwnych wokalistów, o brzydkiej barwie i małej ekspresji. Niestety, dotyczy to także Dominica Denholma. W przypadku takiego zespołu, jak Monarch, jest to szczególnie irytujące, bo muzyka zawarta na "Two Isles" robiłaby jeszcze lepsze wrażenie, gdyby pozostała w całości instrumentalna. Wówczas album, szczególnie słuchany w ciemności, samotności i skupieniu, mógłby jeszcze bardziej relaksować i hipnotyzować, wręcz przenosząc słuchacza w inny świat, równie barwny, co okładka longplaya. Taki zresztą był niegdyś cel psychodelicznego rocka, nierzadko tworzonego pod wpływem różnych substancji.

Ogólnie jednak, "Two Isles" to naprawdę udany debiut. W żadnym wypadku nie jest to granie rewolucyjne, za to rewelacyjnie przywołujące klimat starego rocka. Wykonanie instrumentalne jest tu na znacznie wyższym poziomie, niż u większości retrorockowych grup. Pod względem kompozytorskim nie będę oceniał tego albumu, bo to po prostu ten rodzaj grania, w którym liczy się improwizacja i budowanie nastroju. W przyszłości muzycy powinni jednak rozejrzeć się za innym wokalistą, a najlepiej przerzucić się na granie instrumentalne.

Ocena: 7/10



Monarch - "Two Isles" (2016)

1. Two Isles; 2. Hundreds, Thousands, Millions; 3. Assent; 4. Dancers of the Sun; 5. Sedna's Fervor; 6. Shady Maiden

Skład: Dominic Denholm - wokal i gitara; Nate Burns - gitara; Thomas Dibenedetto - gitara; Matt Weiss - bass; Andrew Ware - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Brian Ellis


14 grudnia 2016

[Recenzja] Jeff Healey - "Heal My Soul" (2016)



25 marca br. Jeff Healey obchodziłby swoje 50. urodziny. Z tej okazji wydany został nowy album nieżyjącego od ośmiu lat muzyka, zatytułowany "Heal My Soul". To zbiór utworów, zarejestrowanych prawdopodobnie jakoś na przełomie wieków - wówczas niedokończonych, dopiero współcześnie zmiksowanych i uzupełnionych nowymi partiami sesyjnych muzyków. Album ten poznałem już w okolicach premiery i zrecenzowałem na potrzeby innej strony. Tutaj planowałem wcześniej omówić poprzednie wydawnictwa Healeya, na co jednak nie starczyło mi czasu. Prawdopodobnie opiszę je w przyszłości, natomiast recenzji "Heal My Soul" nie mogę odłożyć na później - to jedno z ciekawszych wydawnictw tego roku, zasługujące na dłuższy tekst, a nie tylko wzmiankę w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy.

Na początek chciałbym w kilku zdaniach opowiedzieć o samym Jeffie Healeyu, bo nazwisko to może nie być znane Czytelnikom. Urodził się w Kanadzie i we wczesnym dzieciństwie stracił wzrok, z powodu choroby nowotworowej oczu. Bardzo szybko zainteresował się muzyką, przede wszystkim bluesem i rockiem. Już w wieku trzech lat umiał grac na gitarze. Ponieważ jednak nigdy nie widział jak się na niej gra, wymyślił swój własny sposób, trzymając ją na kolanach. W wieku kilkunastu lat założył swój pierwszy zespół, kwartet Blue Direction. Jednak pierwszym istotnym składem było utworzone w 1985 roku trio The Jeff Healey Band, które w latach 1988-2000 wydało pięć albumów studyjnych, wypełnionych muzyką bluesrockową, przywołującą klimat późnych lat sześćdziesiątych i pierwszej połowy następnej dekady. Zespół chętnie zresztą wzbogacał własny materiał utworami z tamtej epoki, a gościnnie w nagraniach brali udział tacy muzycy, jak George Harrison, Jeff Lynne, czy Mark Knopfler. Sam Healey współpracował natomiast z takimi wykonawcami, jak John Mayall, Eric Clapton, Jack Bruce, The Rolling Stones, czy Ian Gillan (brał udział w nagraniu nowej wersji "When a Blind Man Cries" na album "Gillan Inn").

Z czasem jednak Healeya zaczęła bardziej pociągać inna muzyka - klasyczny jazz z lat 20. i 30. ubiegłego wieku. The Jeff Healey Band został rozwiązany, a Jeff powołał do życia nowy skład, nazwany Jeff Healey's Jazz Wizards. Pod tym szyldem ukazały się trzy albumy. Z czasem jednak muzyk zatęsknił za bluesem, czego dowodem jest wydany w 2008 roku album "Mess of Blues". Niestety, Healey nie doczekał jego premiery - zaledwie miesiąc wcześniej zmarł na raka płuc. Dość szybko w sklepach pojawiły się kolejne pośmiertne wydawnictwa. W 2009 roku ukazał się koncertowy album "Songs from the Road" (z bluesowym i rockowym repertuarem), a rok później studyjny "Last Call", zawierający przeróbki jazzowych standardów, zarejestrowane w 2007 roku. Później nastąpiła długa cisza wydawnicza - trwająca aż do tego roku. Choć w opisie "Heal My Soul" brakuje informacji, kiedy zawarty na nim materiał został zarejestrowany, to sądząc po jego bluesrockowym charakterze i udziale muzyków The Jeff Healey Band - basista Joe Rockman i perkusista Tom Stephen - można z całą pewnością stwierdzić, że powstał jeszcze w XX wieku.

Album rozpoczyna się od bardzo energetycznego "Daze of the Night". Hard rockowe brzmienie, bluesowe zagrywki gitarowe Jeffa, oraz świetna, chwytliwa linia melodyczna, to główne cechy tego kawałka. Podobnego grania tutaj nie brakuje (np. "Moodswing", "Please"), dominuje jednak nieco łagodniejsze brzmieniowo granie. Rewelacyjnie wypada "I Misunderstood" (oryginalnie wykonywany przez Richarda Thompsona, muzyka znanego z folkowego Fairport Convention), od którego melodii naprawdę ciężko się uwolnić. Healey daje tutaj najlepsze popisy wokalne i gitarowe na całym albumie. Bardzo przyjemnie wypada także autorski "Love In Her Eyes", ze świetną współpracą gitary elektrycznej i akustycznej. Rozczarowuje natomiast "Kiss the Ground You Walk On", ze względu na strasznie banalny refren. Niejako przeciwieństwo tych pogodnych utworów stanowi klimatyczny blues "Temptation" - kolejny mocny punkt albumu. Drugim bardzo bluesowym utworem jest "Put the Shoe on the Other Foot". Album zawiera także kilka bardziej stonowanych utworów, w których dominują brzmienia akustyczne. Do nich należy uroczy, choć trochę monotonny "Baby Blue", a także przepiękny "All the Saints", oparty na ascetycznym akompaniamencie gitary, oraz nieco bardziej dynamiczny i przebojowy, ale wciąż balladowy "It's the Last Time", z fantastycznymi solówkami Healeya.

"Heal My Soul", jak na album z odrzutami, prezentuje się naprawdę dobrze. Kilka utworów wypada naprawdę rewelacyjnie, pozostałe też przeważnie nie schodzą poniżej przyzwoitego poziomu. Zadziwiające, że tak dobry materiał musiał tyle lat czekać na swoją premierę.

Ocena: 7/10



Jeff Healey - "Heal My Soul" (2016)

1. Daze of the Night; 2. Moodswing; 3. Baby Blue; 4. I Misunderstand; 5. Please; 6. Love in Her Eyes ; 7. Temptation; 8. Kiss the Ground You Walk on; 9. All the Saints; 10. Put the Shoe on the Other Foo; 11. Under a Stone; 12. It's The Last Time

Skład: Jeff Healey - wokal, gitara i bass; Joe Rockman - bass; Tom Stephen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Philip Sayce - gitara; Paul Kehayas - bass, gitara i instr. klawiszowe; Dean Glover - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Roger Costa


13 grudnia 2016

[Recenzja] Soft Machine - "Fourth" (1971)



Na "Czwórce" muzycy Soft Machine jeszcze dalej zapuszczają się w jazzowe rejony. To już właściwie nawet nie jazz rock, a free jazz. Zawarta tutaj muzyka jest jeszcze bardziej skomplikowana i złożona, chociażby pod względem rytmicznym, ponadto jeszcze bardziej zredukowana została warstwa melodyczna. Kompozycje, w charakterystyczny dla jazzu sposób, zaczynają się od krótkiego tematu, a następnie przechodzą w rozbudowane improwizacje. Jest to tez pierwszy w całości instrumentalny album zespołu (czemu sprzeciwiał się Robert Wyatt, który wkrótce potem odszedł z grupy). Czy to znaczy, że rockowy słuchacz nie znajdzie tu nic dla siebie? Niekoniecznie, bo choć niewiele - jeśli w ogóle - tu charakterystycznych dla rocka elementów, to album ma naprawdę sporo mocy i czasami naprawdę ciężkie brzmienie.

Rozpoczyna się od rewelacyjnego, dziewięciominutowego "Teeth" - zróżnicowanej, pełnej kontrastów kompozycji Mike'a Ratledge'a. Delikatne partie pianina elektrycznego i kontrabasu zestawione zostały z ostrym, agresywnym brzmieniem sekcji dętej i przesterowanej gitary basowej, a całość napędza bardzo intensywna, gęsta gra Wyatta. Utwór stanowi doskonały przykład zespołowej improwizacji, w której każdy muzyk zdaje się walczyć z pozostałymi o pierwszeństwo, a zarazem wszyscy grają w perfekcyjnej harmonii. "Kings and Queens", autorstwa Hugh Hoppera, to dla odmiany bardziej stonowany, klimatyczny utwór. Oparty na prostym basowym motywie, stanowiącym podkład dla popisów pozostałych muzyków. Całkowitym przeciwieństwem tego utworu jest następujący po nim "Fletcher's Blemish", będący kompozytorskim debiutem Eltona Deana. Choć w tym wypadku ciężko mówić o kompozycji - to całkowita improwizacja, pozbawiona śladów melodii, zdominowana przez atonalne, wręcz chaotyczne partie dęciaków i perkusji.

Całą drugą stronę winylowego wydania wypełnia kompozycja Hoppera, "Virtually", podzielona na cztery części. "Part 1" rozpoczyna się całkiem melodyjnym tematem, stopniowo i bardzo płynnie rozwijanym, z konsekwentnie poszerzanym instrumentarium, choć na pierwszy plan wybijają się partie kontrabasu i pianina elektrycznego. Część druga zdominowana jest przez ostre brzmienie saksofonu, której przez pierwszą, powolną połowę towarzyszy dysharmoniczny podkład sekcji rytmicznej, natomiast w drugiej, szybszej, muzycy zaczynają ze sobą współpracować, dzięki czemu pojawia się nawet całkiem chwytliwa melodia. "Part III" przynosi wyciszenie, w całości składa się z atonalnych, niemelodycznych dźwięków różnych instrumentów, w tym dominującego w drugiej połowie przesterowanego basu. W finałowej części muzycy wracają do głównego tematu, znów się robi nieco bardziej melodyjnie, choć nastrój jest raczej stonowany.

Świetny album. Co prawda, nie tak przełomowy i bardziej hermetyczny od "Third", skierowany do wąskiego grona odbiorców (zarówno rockowi, jak i jazzowi ortodoksi uznają go za kuriozum), a nawet stanowiący pewien krok wstecz wobec swojego poprzednika (tym razem muzycy zrezygnowali z eksperymentów z elektroniką). Wciąż jednak jest to bardzo intrygująca i doskonale zagrana muzyka.

Ocena: 9/10



Soft Machine - "Fourth" (1971)

1. Teeth; 2. Kings and Queens; 3. Fletcher's Blemish; 4. Virtually Part 1; 5. Virtually Part 2; 6. Virtually Part 3; 7. Virtually Part 4

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Elton Dean - saksofon, saxello; Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Roy Babbington - kontrabas (1,3,4,6); Nick Evans - puzon (1,2,4); Alan Skidmore - saksofon (1,6); Jimmy Hastings - klarnet basowy (1,6), flet (6); Mark Charig - kornet (2-4)
Producent: Soft Machine


9 grudnia 2016

[Recenzja] Cream - "Farewell Concert" DVD (2001)



Dokładnie pięćdziesiąt lat temu ukazał się album "Fresh Cream" - debiut jednej z największych grup w historii rocka, Cream. Tworzyli ją wybitni muzycy, uznawani w tamtym czasie za prawdziwych wirtuozów swoich instrumentów: basista Jack Bruce, gitarzysta Eric Clapton, oraz perkusista Ginger Baker. Talent zespołu ujawniał się przede wszystkim podczas koncertów. Cechowało je mnóstwo energii i porywające, długie improwizacje, oparte na doskonałej interakcji muzyków. Nie było w tamtym czasie zespołu, którego występy mogłyby przebić brytyjskie trio. Zapisy jego występów do dziś ekscytują. Szkoda tylko, że poszczególne nagrania zostały rozproszone na kilku różnych wydawnictwach ("Wheels of Fire", "Goodbye", "Live Cream" i "Live Cream II"). Żadne z nich nie oddaje w pełni tego, jak wyglądały koncerty grupy. Gdyby tak zebrać ich najlepsze fragmenty i wydać razem - byłaby to jedna z najlepszych koncertówek w historii rocka. W aktualnej formie żadna nie może aspirować do tego miana. Niestety, równie ubogo prezentuje się wideografia Cream - zachował się tylko jeden kompletny zapis koncertu grupy. Chodzi oczywiście o pożegnalny występ zespołu, który odbył się 26 listopada 1968 roku w londyńskiej Royal Albert Hall.

Materiał powstał na potrzeby telewizyjnej emisji. W 1987 roku został wydany na kasecie VHS, a dwanaście lat później na DVD - niestety, w wersji okrojonej o część utworów. Dopiero wznowienie z 2001 roku zawiera cały film. Mocno niestety rozczarowujący pod względem realizatorskim. Jakość dźwięku i obrazu pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Sam materiał został drastycznie przerobiony: zmieniono kolejność utworów (wyraźnie widać i słychać cięcia), powstawiano pomiędzy nimi nic nie wnoszące fragmenty wywiadów z muzykami, mówiącymi o swojej technice gry, dodano także narrację Patricka Allena - i to, o zgrozo, nie tylko pomiędzy utworami ("Spoonful" nagle zostaje na chwile wyciszony i pojawia się głos narratora). Kamerzyści powinni dostać zakaz wykonywania zawodu - przez większość czasu widać przesadne, wręcz intymne, zbliżenia na twarze muzyków, rzadko kiedy można zobaczyć ich instrumenty, a chyba ani razu nie ma ujęcia obejmującego całą scenę. Przy tej całej opisanej wyżej amatorszczyźnie, aż tak bardzo nie rażą psychodeliczne efekty zasłaniające obraz w kilku utworach - to po prostu znak tamtych czasów.

Mimo wszystko, cieszy możliwość zobaczenia Bruce'a, Bakera i Claptona w szczytowym (pod względem artystycznym, a dla dwóch pierwszych także komercyjnym) momencie ich karier. Mimo złego brzmienia, a także fatalnej pracy kamerzystów i montażystów, naprawdę można tu poczuć magię występów Cream. Świetnie dobrany jest repertuar. Muzycy zagrali swoje największe przeboje ("Sunshine of Your Love", "White Room"), ale postawili przede wszystkim na utwory, w których mogli w pełni pokazać swój talent. Rozbudowane wersje "Spoonful" i "I'm So Glad" to doskonałe przykłady zespołowej improwizacji, z wzorową interakcją, wyczuciem i wielką wyobraźnią. Nigdy później, w żadnym swoim projekcie, ani nawet podczas krótkiej reaktywacji Cream w 2005 roku, nie zbliżyli się do tego poziomu. Najlepsze jest to, że niektórzy muzycy w tamtym czasie się nie znosili (stąd też decyzja o zakończeniu działalności), co jednak nie przeszkodziło im zachować doskonałej harmonii na scenie. Są też porywające solowe popisy - Claptona w jego sztandarowym "Crossroads", oraz Bakera w "Toad". Ale dla mnie największym bohater tego występu jest Bruce, który sprawnie łączy rolę głównego wokalisty z prawdziwie wirtuozerską grą na basie. Najlepiej wyszło mu to chyba w klasycznym bluesie "Sitting on Top of the World".

"Farewell Concert" to dla współczesnych wielbicieli rocka jedyna możliwość "zobaczenia" koncertu Cream. I dlatego trzeba się cieszyć, że choć takie wydawnictwo istnieje. Innego nie ma i prawdopodobnie nie będzie - trzeba więc zaakceptować jego wszelkie niedoskonałości. Realizacja jest koszmarna, ale muzycy grają wspaniale, jak przystało na jeden z największych zespołów w historii rocka.

Ocena: 7/10

PS. Oczywiście jest jeszcze DVD "Royal Albert Hall London May 2-3-5-6, 2005" zawierający fragmenty występów z 2005 roku. Ale to już nie jest prawdziwy Cream. W skrócie wyglądało to tak: gwiazdor Clapton zlitował się nad dwoma dawnymi kolegami, których kariery muzyczne po rozpadzie zespołu nie przynosiły komercyjnych sukcesów, i pozwolił im dołączyć do siebie na scenie, by pograć razem stare utwory - w zachowawczych, mniej improwizowanych wersjach, aby nie zanudzić claptonowskiej publiczności, nieprzywykłej do ambitnego grania.



Cream - "Farewell Concert" DVD (2001)

1. Sunshine of Your Love; 2. White Room; 3. Politician; 4. Crossroads; 5. Steppin' Out; 6. Sitting on Top of the World; 7. Spoonful; 8. Toad; 9. I'm So Glad

Skład: Jack Bruce - wokal i bass; Eric Clapton - gitara, dodatkowy wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Patrick Allen - narracja
Producent: Robert Stigwood
Reżyser: Tony Palmer


6 grudnia 2016

[Recenzja] Nucleus - "Elastic Rock" (1970)



W czasie, gdy muzycy Soft Machine dopiero szykowali się do sesji nagraniowych swojego przełomowego albumu "Third", do sklepów trafiło dzieło innej brytyjskiej grupy zafascynowanej elektrycznym jazzem Milesa Davisa. Zespół nazywał się Nucleus i został założony w 1969 roku, z inicjatywy niejakiego Iana Carra, doświadczonego trębacza jazzowego (a w późniejszych latach dziennikarza muzycznego i autora biografii Davisa). Po blisko dekadzie wykonywania tradycyjnego jazzu, coraz bardziej znużony jego ograniczającą konwencją, postanowił stworzyć coś zupełnie nowego. Zebrał więc wokół siebie kilku utalentowanych muzyków, o równie otwartych umysłach, z którymi mógł zrealizować swój zamysł. Po ledwie kilku tygodniach wspólnego grania, muzycy zarejestrowali swój debiutancki album, "Elastic Rock".

Nie ma co ukrywać, że w znacznym stopniu jest to album jazzowy. W całości składający się z instrumentalnych utworów, opartych na solowych lub grupowych improwizacjach. Wrażenie to pogłębia fakt, że dominują tu przede wszystkim partie instrumentów dętych; trąbki, skrzydłówki, saksofonów, fletu i oboju (co bynajmniej nie znaczy, że pozostali muzycy pełnią li tylko rolę akompaniatorów). Z drugiej strony, na pewno nie jest to tradycyjny jazz. Instrumentarium zazwyczaj jest zelektryfikowane, nie brakuje tu brzmień gitarowych (w niektórych utworach, jak w tytułowym "Elastic Rock", "Twisted Track" czy energetycznym "Earth Mother", partie Chrisa Speddinga wychodzą na pierwszy plan), a sekcja rytmiczna gra z rockową dynamiką. Muzycy preferują zwarte utwory, rzadko przekraczające długość trzech minut. Największym wyjątkiem od tej reguły jest niemal dziewięciominutowy "Torrid Zone", powoli rozwijający główny temat, wprowadzając słuchacza w nieco transowy nastrój, ale zachwycając także solowymi popisami muzyków. Większość kompozycji płynnie przechodzi w kolejne, dzięki czemu album sprawia wrażenie spójnej i przemyślanej całości.

Zawartość "Elastic Rock" znacznie się różni od twórczości zafascynowanych jazzem grup rockowych, jak np. Colosseum czy nawet Soft Machine. Zdecydowanie bardziej przypomina jazz fusion Davisa i innych jazzmanów zainspirowanych rockiem. I w związku z tym, nie sądzę, aby album miał jakiekolwiek szanse trafienia do ortodoksyjnych słuchaczy rocka. Natomiast z pewnością zachwyci osoby otwarte na jazz lub przynajmniej jazz rock.

Ocena: 8/10



Nucleus - "Elastic Rock" (1970)

1. 1916; 2. Elastic Rock; 3. Striation; 4. Taranaki; 5. Twisted Track; 6. Crude Blues, Part I; 7. Crude Blues, Part II; 8. 1916: The Battle of Boogaloo; 9. Torrid Zone; 10. Stonescape; 11. Earth Mother; 12. Speaking for Myself, Personally, in My Own Opinion, I Think...; 13. Persephones Jive

Skład: Ian Carr - trąbka i skrzydłówka; Karl Jenkins - obój, saksofon i instr. klawiszowe; Brian Smith - saksofon i flet; Chris Spedding - gitara; Jeff Clyne - bass i kontrabas; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter King


5 grudnia 2016

[Recenzja] Blood Ceremony - "Lord of Misrule" (2016)



Czwarty album Kanadyjczyków z Blood Ceremony ukazał się na początku tego roku. Wielokrotnie chwaliłem grupę za to, że czerpiąc z klasycznych wzorców, stworzyła swój rozpoznawalny i dość oryginalny styl. Pytanie tylko, jak długo można taki styl eksploatować? Zespoły, które osiągnęły już sukces, mają ten luksus, że mogą pozwolić sobie na zmianę kierunku, a i tak pozostaną w centrum uwagi. Jednak dla zespołu pokroju Blood Ceremony, mającego wąskie grono fanów, taki krok byłby prawdopodobnie komercyjnym samobójstwem. Nie chcąc stracić dotychczasowej publiczności, muzycy są zmuszeni trzymać się pewnej konwencji. A słuchając "Lord of Misrule" mam wrażenie, że są już tą konwencją nieco zmęczeni.

Bo ileż można grać utwory oparte na tym samym pomyśle - zestawieniu sabbathowych riffów z tullowym fletem i/lub purplowymi organami i/lub brzmieniami akustycznymi. Słuchając takich utworów, jak "The Devil's Widow", "The Rogue's Lot" i tytułowy "Lord of Misrule", mam wrażenie, że gdzieś już je słyszałem, na którymś z poprzednich albumów Blood Ceremony, tylko, że w lepszych wersjach. W tym wyeksploatowanym stylu utrzymany jest jeszcze "Old Fires", ale to akurat całkiem zgrabny kawałek, z dobrym riffowaniem i niezłą warstwą melodyczną. Album ma też drugie oblicze - utwory, w których muzycy nieśmiało próbują czegoś innego. "Loreley", "Flower Phantoms" i "Half Moon Street" to właściwie popowe kawałki, tylko cięższe brzmieniowo. Takie radosne granie nie pasuje mi do tej grupy. W dodatku dwa pierwsze nachalnie kojarzą się z twórczością Ghost - jedynie brzmienie jest bardziej klasycznie rockowe. Poza tym mamy tu kontynuacje eksperymentów z poprzedniego albumu, 'The Eldricht Dark", w postaci dwóch akustycznych, folkowych utworów. "The Weird of Finistère" wypada przyjemnie, choć trochę monotonnie, za to "Things Present, Things Past" bardzo ładnie wieńczy całość. Może właśnie w takim kierunku zespół powinien pójść na kolejnych albumach?

Z jednej strony słyszalne zmęczenie własnym stylem, a z drugiej - nie zawsze udane próby odświeżenia go. Tak w skrócie prezentuje się czwarty album w dyskografii Blood Ceremony. Jak dotąd najsłabszy, zawierający najmniej wyrazistych utworów. Wszystko jest oczywiście profesjonalnie wykonane i może się podobać osobom, które nie miały do czynienia z wcześniejszymi dokonaniami grupy. Dla tych, co mieli, będzie to tylko powtórka z rozrywki, z kilkoma ciekawymi momentami.

Ocena: 6/10



Blood Ceremony - "Lord of Misrule" (2016)

1. The Devil's Widow; 2. Loreley; 3. The Rogue's Lot; 4. Lord of Misrule; 5. Half Moon Street; 6. The Weird of Finistère; 7. Flower Phantoms; 8. Old Fires; 9. Things Present, Things Past

Skład: Alia O'Brien - wokal, flet, instr. klawiszowe; Sean Kennedy - gitara, dodatkowy wokal; Lucas Gadke - bass, dodatkowy wokal; Michael Carrillo - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Liam Watson


4 grudnia 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Come Out Fighting Ghengis Smith" (1968)



Debiutancki album Roya Harpera, "Sophisticated Beggar", zwrócił na niego uwagę przedstawicieli wytwórni CBS Records, którzy zdecydowali się podpisać z nim kontrakt. Dzięki temu, kolejny album,  "Come Out Fighting Ghengis Smith", powstawał w bardziej profesjonalnych warunkach, pod okiem producenta Shela Talmy'ego (znanego m.in. z współpracy z The Who). Pod względem stylistycznym, longplay jest kontynuacją debiutu. Tym razem jest nawet jeszcze bardziej ascetycznie - aranżacje wszystkich utworów ograniczają się do śpiewu i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partiami smyczków lub pianina.

Pierwszą stronę winylowego wypełnia sześć krótszych kompozycji, bardzo przyjemnych melodycznie i - pomimo ograniczonego instrumentarium - całkiem różnorodnych. Otrzymujemy tu bowiem i lekko orientalizujący "Freak Street", i celtyckofolkowy "In a Beautiful Rambling Mess" (chyba najpiękniejszy utwór na albumie), a radosne piosenki "You Don't Need Money" i "Ageing Raver" kontrastują z melancholijnymi "All You Need Is" i "What You Have". Druga strona zawiera trzy bardziej eksperymentalne utwory. Około dziesięciominutowy "Circle" składa się z kilku części, o różnych melodiach (i wszystkich świetnych), połączonych w spójną całość. Irytować może tylko fragment z monologiem Harpera a cappella. A skoro o tym mowa - "Highgate Cemetery" w całości śpiewany jest a capella, włącznie z wokalizą imitującą fragment instrumentalny. Naprawdę intrygujące nagranie, bardzo klimatyczna, szkoda tylko, że bardzo krótkie. Całość zamyka utwór tytułowy, który z kolei trwa bardzo długo, chociaż niewiele się w nim dzieje - wszystko przez bardzo długi tekst, częściowo znów mówiony bez żadnego akompaniamentu. Gdyby tak skrócić poszczególne fragmenty, byłby to kolejny bardzo dobry utwór, ale w takiej formie nieco nudzi.

"Come Out Fighting Ghengis Smith" to album bardziej ambitny i spójniejszy od debiutu, pokazujący rozwój Roya Harpera jako twórcy i potwierdzający jego talent do pisania rewelacyjnych melodii, choć muzyk czasem się gubi w tych eksperymentach. Najlepsze albumy były wciąż przed nim, stąd też zachowawcza ocena.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Come Out Fighting Ghengis Smith" (1968)

1. Freak Street; 2. You Don't Need Money; 3. Ageing Raver; 4. In a Beautiful Rambling Mess; 5. All You Need Is; 6. What You Have; 7. Circle; 8. Highgate Cemetery; 9. Come Out Fighting Ghengis Smith

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: Keith Mansfield - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Shel Talmy


1 grudnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)



Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Może w ten sposób zespół chciał zatoczyć pełen krąg i wrócić do swoich korzeni (choć przecież nawet na pierwszych albumach, oprócz licznych coverów, były też autorskie kompozycje). A może chodziło po prostu o trochę dobrej zabawy w gronie sprawdzonej ekipy. W nagraniach, oprócz oczywiście członków grupy, uczestniczyli bowiem także stali współpracownicy - basista Darryl Jones, oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford - jak również zaprzyjaźnieni muzycy - Eric Clapton i Jim Keltner. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę.

I być może dlatego słucha się tego materiału naprawdę przyjemnie. Kompozycje zachowały swój bluesowy charakter, ale nabrały większej energii. Mnóstwo tutaj świetnej harmonijki i do bólu klasycznych, ale pewnie dzięki temu tak udanych gitarowych zagrywek i solówek. A wprost powalający jest wokal Micka Jaggera, który mimo swoich 73 lat śpiewa z witalnością, jakiej pozazdrościć mogą niezliczeni młodsi wokaliści. Jeśli zaś chodzi o repertuar - muzycy sięgnęli po niego do dorobków takich klasyków bluesa, jak Willie Dixon, Howlin' Wolf, Little Walter, Memphis Slim, czy Eddie Taylor. Wybrali jednak mniej znane kompozycje, zamiast ogranych standardów. Wyjątek stanowi "I Can't Quit You Baby" Otisa Rusha i akurat ten utwór mogli sobie darować, bo nie wnieśli do niego niczego, co przebiłoby słynną wersję Led Zeppelin. Choć przyznaję, partie Claptona zachwycają. Podobnie jak w drugim utworze, w którym zagrał, "Everybody Knows About My Good Thing" Johnny'ego Taylora - tym większa szkoda, że na swoich solowych albumach nie chce grać w ten sposób. Z pozostałych utworów wyróżniłbym przede wszystkim wydane na singlach, bardzo przebojowe "Just Your Fool" Buddy'ego Johnsona i "Hate to See You Go" Waltera, które porwały mnie od pierwszego przesłuchania i znacznie zwiększyły moje oczekiwania wobec całości. Niestety, równie porywająco wypada jeszcze tylko "Commit a Crime" Wolfa, oraz udramatyzowana ballada "Blue and Lonesome" Slima. A reszta? Poprawny blues rock, dość sztampowy, ale nadspodziewanie dobrze zagrany.

"Blue & Lonesome", mimo swoich niezaprzeczalnych wad, jest najlepszą rzeczą, jaką Stonesi wypuścili od dekad. W końcu grają na pełnym luzie, z energią, jakiej nie było w ich nagraniach od dawna. A sięgnięcie po cudze kompozycje może i było szczytem lenistwa, ale kiedy ostatnio panowie Jagger i Richards sami napisali coś na poziomie np. "Just Your Fool"? Całkiem możliwe, że trzeba by się cofnąć aż do końca lat 70. i  wydanego wówczas albumu "Some Girls". Wydanie albumu z coverami było zatem najsłuszniejszym posunięciem. Słucha się tego o wiele lepiej i przyjemniej, niż wymęczonych wypocin Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza albo i dłuższego okresu.

Ocena: 9/10



The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)

1. Just Your Fool; 2. Commit a Crime; 3. Blue and Lonesome; 4. All of Your Love; 5. I Gotta Go; 6. Everybody Knows About My Good Thing; 7. Ride 'Em On Down; 8. Hate to See You Go; 9. Hoo Doo Blues; 10. Little Rain; 11. Just Like I Treat You; 12. I Can't Quit You Baby

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Eric Clapton - gitara (6,12); Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Jim Keltner - instr. perkusyjne (9)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


29 listopada 2016

[Recenzja] Soft Machine - "Third" (1970)



Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się muzyka Soft Machine w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, dzielących publikację albumów "Volume Two" i "Third". Z grupy grającej rock psychodeliczny, dość w sumie nieśmiało zdradzającej inspirację jazzem, zespół stał się jednym z najbardziej jazzowych przedstawicieli jazz rocka. Muzycy zaczęli prezentować podobne podejście, co Miles Davis na swoich elektrycznych albumach  - szczególnie na "Bitches Brew", wydanym w marcu 1970 roku, czyli w czasie, gdy Soft Machine już pracowało nad zawartymi tutaj kompozycjami. Część z nich powoli nabierała ostatecznego kształtu podczas koncertów w drugiej połowie 1969 roku. W tamtym okresie skład grupy poszerzył się do septetu, wzbogacony o czterech muzyków grających na instrumentach dętych; saksofonistów Eltona Deana i Lyna Dobsona, puzonistę Nicka Evansa, oraz grającego na skrzydłówce Marka Chariga. Z czasem jednak skurczył się do kwintetu (bez Evansa i Charinga), a następnie kwartetu (po odejściu Dobsona). Właśnie w czteroosobowym składzie została zarejestrowana większość tego longplaya.

Ze względów finansowych, zespół nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na nagrania. Podstawowa sesja odbyła się w kwietniu 1970 roku i trwała nie dłużej niż kilka dni - zespół musiał wspomagać się wcześniej zarejestrowanymi nagraniami koncertowymi i demo. Kolejna sesja miała miejsce na początku maja. Wówczas prawdopodobnie dograno tylko partie dodatkowych muzyków - Nicka Evansa, flecisty Jimmy'ego Hastingsa i skrzypka Raba Spalla. Całość została szybko i niestety dość niedbale zmiksowana. 6 czerwca album trafił już do sprzedaży. Złożyły się na niego tylko cztery utwory, ale tak rozbudowane (wszystkie trwają po 18-19 minut), że w czasach płyt winylowych musiano wydać je na dwóch krążkach - po jednym na każdej stronie.

Pierwszą stronę albumu wypełnia kompozycja "Facelift", zarejestrowana podczas dwóch styczniowych koncertów grupy, występującej wówczas w kwartecie. Miejsce złączenia, a właściwie nałożenia na siebie tych dwóch nagrań jest wyraźnie słyszalne, co brzmi bardzo amatorsko. Samo wykonanie jest jednak rewelacyjne. Pierwsza cześć (nagrana 4 stycznia w Fairfield Hall w Croydon) brzmi zdecydowanie ciężej, momentami wręcz agresywnie, za sprawą przesterowanych organów Mike'a Ratledge'a w introdukcji, oraz ostrym partiom saksofonów, wspartych intensywną grą sekcji rytmicznej (fragment ten kojarzy się z instrumentalną częścią "21st Century Schizoid Man" King Crimson). Druga część (zarejestrowana 11 stycznia w Mother's Club w Birmingham) jest łagodniejsza, bardziej jazzowa. Pojawia się w niej ładne solo Lyna Dobsona na flecie, a kończy ją podniosły motyw grany unisono przez saksofon i organy, odtworzony potem wspak w przyśpieszonym tempie.

"Slightly All the Time" to już utwór w całości bardzo jazzowy. Przez pierwsze kilka minut utwór płynie swobodnie i spokojnie, powoli rozwijając główny temat. Na pierwszym planie słyszymy cudowne solówki Deana, Evansa i Hastingsa, do prostego, subtelnego akompaniamentu Ratledge'a i grającej w skomplikowanym metrum sekcji rytmicznej. W pewnym momencie muzycy przyśpieszają tempo, a na pierwszy plan zaczynają wychodzić partie klawiszowca lub basowe popisy Hugh Hoppera. Utwór cały czas zachowuje swój transowy charakter, coraz bardziej wciągając słuchacza. Wręcz chciałoby się, aby muzycy grali tak w nieskończoność... Niestety, w trzynastej minucie następuje nagłe cięcie i zaczyna się kolejna część utworu, o podtytule "Backwards" - jeszcze bardziej subtelna i bardzo ładna, ale moim zdaniem lepiej sprawdziłaby się jako osobny utwór. Na koniec następuje powrót do wcześniejszego tematu, tym razem grany szybciej i nieco ostrzej.

Najbardziej konwencjonalnym - i przez to najbardziej kontrowersyjnym - utworem jest "Moon in June". Kompozycja Roberta Wyatta pokazująca, że jego wizja rozwoju Soft Machine była nieco inna, niż pozostałych muzyków. Pierwsza część utworu nie jest wcale odległa od tego, co zespół grał na poprzednich albumach. Fragment ten został zarejestrowany przez Wyatta jako demo, zupełnie samodzielnie - zagrał tu nie tylko na perkusji, ale także na basie i klawiszach. I to nie tylko partie rytmiczne i melodyczne, ale także solowe (klawiszowa solówka wyszła trochę nieporadnie, za to basowa całkiem nieźle). Najważniejsza jest tu jednak obecność partii wokalnej - jedynej na tym albumie i zarazem ostatniej w karierze Soft Machine. Wyatt napisał bardzo długi (śpiewany przez niemal całe dziewięć minut tej części), poetycki tekst. Druga, w większości instrumentalna, połowa kompozycji została nagrana już w studiu, z pomocą Ratledge'a, grającego wspaniałe klawiszowe solówki, i Hoppera, ozdabiającego utwór przesterowanymi partiami basu, które wprowadzają bardzo niepokojący nastrój. W nagraniu pojawia się także partia skrzypiec, wykorzystana w nieco kakofonicznej, atonalnej końcówce.

Ostatni utwór, "Out-Bloody-Rageous", jest najbardziej eksperymentalny i innowacyjny. Rozpoczyna go długi klawiszowy popis Ratledge'a, o zdecydowanie elektronicznym, minimalistycznym, wręcz ambientowym brzmieniu, powstałym poprzez studyjną obróbkę taśm. Inspiracji dostarczyła twórczość amerykańskiego minimalisty Terry'ego Rileya. Dopiero pod koniec piątek minuty zaczyna się dynamiczna, bardzo jazzowa część grana przez cały zespół. Pierwszoplanową rolę odgrywa fantastycznie pulsujący bas Hoppera i solówki na dęciakach. W środku na chwile wracają brzmienia elektryczne, szybko ustępujące miejsca przepięknej, ciepłej partii fortepianu, do której zaraz dołączają pozostałe instrumenty, rozpoczynając kolejną jazzową improwizację, tym razem o bardziej subtelnym charakterze - dopiero pod koniec na chwilę robi się nieco intensywniej. Koda tej kompozycji to oczywiście kolejny elektroniczny popis Ratledge'a.

Niesamowity album. Każda z czterech kompozycji robi ogromne wrażenie. Choć łączenie rocka i jazzu nie było w tamtym czasie już niczym zaskakującym, to muzycy Soft Machine zrobili to w naprawdę nowatorski sposób. Zazwyczaj, gdy rockowi muzycy brali się za granie jazz rocka, to okazywało się, że ich umiejętnościom sporo brakuje w porównaniu z jazzmanami. Tutaj jednak taka sytuacja nie ma miejsca - muzycy mają wystarczające umiejętności i talent do grania takiej muzyki. Trochę traci ten materiał przez niedbałą produkcję, ale poza tym nie ma do czego się przyczepić.

Ocena: 10/10



Soft Machine - "Third" (1970)

LP1: 1. Facelift; 2. Slightly All the Time
LP2: 1. Moon in June; 2. Out-Bloody-Rageous

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Hugh Hopper - gitara basowa; Robert Wyatt - perkusja, wokal (3), instr. klawiszowe (3), gitara basowa (3); Elton Dean - saksofon altowy i saxello (1,2,4)
Gościnnie: Lyn Dobson - saksofon sopranowy i flet (1); Jimmy Hastings - flet i klarnet basowy (2,4); Nick Evans - puzon (2,4); Rab Spall - skrzypce (3)
Producent: Soft Machine


27 listopada 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)



Roy Harper jest dobrze znany wśród fanów muzyki rockowej. Szkoda tylko, że bardziej dzięki Pink Floyd (to właśnie on zaśpiewał w utworze "Have a Cigar") i Led Zeppelin (którzy oddali mu hołd tytułując jeden z utworów "Hats Off to (Roy) Harper", czyli "Czapki z głów przed Royem Harperem"), niż swojej własnej twórczości. A przecież mówimy o jednym z najważniejszych wykonawców folkrockowych i jednym z najlepszych gitarzystów akustycznych. Jego wpływu na takich wykonawców, jak Jethro Tull czy Led Zeppelin (ten bardziej folkowy), nie da się przecenić. Na jego albumach wielokrotnie występowały wielkie rockowe gwiazdy, jak Paul McCartney, David Gilmour, Jimmy Page, Alvin Lee, czy Ian Anderson (i popowe, jak Kate Bush), dla których możliwość współpracy z Harperem była sporym zaszczytem.

Roy zadebiutował w 1966 roku (według niektórych źródeł rok później) albumem "Sophisticated Beggar". Zarejestrowany został w raczej prymitywnych warunkach, na zwyczajnym magnetofonie szpulowym, co w sumie doskonale pasowało do intymnego charakteru większości kompozycji. Składają się one z partii wokalnej i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partią drugiej, także akustycznej gitary. W nagraniach wsparło Harpera kilku gitarzystów - m.in. John Renbourn i Bert Jansch z folkowej grupy Pentagle, a także pracujący wówczas jako muzyk sesyjny Ritchie Blackmore - jednak w opisie albumu brakuje dokładnych informacji w których utworach wystąpili. Mimo podobnych aranżacji utwory nie sprawiają wrażenia monotonnych. Kompozycje różnią się klimatem - czasem jest bardziej subtelnie (np. w nieco orientalizującym utworze tytułowym), kiedy indziej dość energetycznie i po prostu przebojowo (przede wszystkim "Big Fat Silver Aeroplane"). Nie brakuje też wyrazistych, dobrych melodii - często naprawdę urzekających, jak w "Forever", "Girlie", "Goldfish", "Legend" czy "October the Twelfth".

Nie wszystkie jednak utwory cechują się takim ascetyzmem. W rozpoczynającym album "China Girl" wykorzystano efekt odtworzonej od tyłu taśmy. Z kolei w "Mr. Station Master" gitara schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca psychodelicznej partii organów. Niestety, ich brzmienie bardzo się zestarzało, co sprawia, że ten utwór - najbardziej nowoczesny w chwili wydania albumu - dziś brzmi bardzo archaicznie, czego nie można zarzucić pozostałym kompozycjom. I chyba właśnie dlatego, jest to moim zdaniem najsłabszy fragment longplaya, kompletnie niepasujący do reszty. Pod względem stylistycznym od całości odstaje także finałowy "Committed" - w warstwie muzycznej po prostu rockowy, z podkładem sekcji rytmicznej (złożonej z anonimowych muzyków) i gitarą elektryczną (prawdopodobnie to właśnie w tym utworze zagrał Blackmore). Trochę przypomina to wczesny, barrettowski Pink Floyd. Warstwa wokalna jest natomiast ewidentnie żartobliwa, z nagłymi wybuchami śmiechu, fałszowaniem i śpiewaniem falsetem. To kolejny utwór, który nie bardzo pasuje do tego longplaya, ale można go potraktować jako celowo kontrastujący z resztą bonus.

"Sophisticated Beggar" to udany debiut, pokazujący, że już na tym etapie kariery Roy Harper miał sporo do zaoferowania. Naprawdę dobrze skomponowane i równie wspaniale wykonane utwory. A brzmienie, choć ascetyczne, to (poza dwoma kawałkami) absolutnie nic się nie zestarzało. To niewątpliwa zaleta akustycznego instrumentarium. Większość utworów równie dobrze mogłaby zostać nagrana wczoraj i brzmiałaby tak samo. Czapki z głów przed Royem Harperem.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)

1. China Girl; 2. Goldfish; 3. Sophisticated Beggar; 4. My Friend; 5. Big Fat Silver Aeroplane; 6. Blackpool; 7. Legend; 8. Girlie; 9. October the Twelfth; 10. Black Clouds; 11. Mr. Station Master; 12. Forever; 13. Committed

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: John Renbourn - gitara; Bert Jansch - gitara; Ritchie Blackmore - gitara; Paul Brett - gitara; Lon Goddard - gitara
Producent: Peter Richards


22 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Santana III" (1971)



"Trójka" to ostatni album grupy Santana nagrany w klasycznym, woodstockowym składzie. Trzeba jednak sprecyzować, że poszerzonym o nowego muzyka, drugiego gitarzystę Neala Schona. Jego udział nie wpłynął jednak znacząco na styl grupy. Album został przygotowany z tych samych składników, co poprzednie, a nawet układ utworów jest bardzo podobny. Całość tradycyjnie rozpoczyna się od energetycznego instrumentala - z bogatą warstwą rytmiczną i licznymi solówkami gitarowo-organowymi - zatytułowanego  "Batuka". "No One to Depend On" to z kolei przebojowy kawałek, godny następca "Evil Ways" i "Black Magic Woman", choć nieco wolniejszy i bardziej stonowany, aczkolwiek nabierający rockowej zadziorności podczas solówki Schona. Mniej typowym dla grupy utworem jest "Taboo" - bardzo udana ballada, z intrygującym klimatem i ładną melodią, ale także ostrzejszymi solówkami gitarowymi. To mój faworyt z tego albumu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy niemal w całości instrumentalny (poza kilkoma wersami w języku hiszpańskim) "Toussaint L'Overture". To kolejny świetny popis instrumentalistów, o raczej jamowym charakterze.

Szkoda tylko, że cały album nie trzyma poziomu powyższych utworów. Druga strona wypada zdecydowanie słabiej. Zespół po raz pierwszy w karierze zaprezentował tak ewidentnie komercyjne, banalne kawałki, jak "Everybody's Everything" (z pierwszoplanową rolą dęciaków) i "Everything's Coming Our Way" (z dużą rolą gitary akustycznej i irytującym falsetem Gregga Rollie'ego). Podobnie komercyjny charakter ma także bardzo latynoski "Guajira" (wyjątkowo zaśpiewany przez gościa, Rico Reyesa), będący jakby zapowiedzią multiplatynowego albumu "Supernatural". Gdyby nie gitarowe solówki z drugiej połowy utworu, nie miałby on nic wspólnego z rockiem. Całości dopełniają dwa covery. "Jungle Strut" z repertuaru Gene'a Ammonsa to akurat całkiem dobry instrumental - na pewno najbardziej udany fragment strony B - z kolejnymi porywającymi popisami gitarowo-organowymi (zamiast saksofonowymi, jak w oryginale) i fantastyczną grą sekcji rytmicznej. Jeszcze większy popis perkusistów stanowi "Para los Rumberos" z dorobku Tito Puente'a, zdominowany jednak przez latynoskie zaśpiewy, do których nie potrafię się przekonać.

"Santana III" niestety nie jest tak udany, jak dwa poprzednie albumy. Muzycy za bardzo chyba zasmakowali sukcesu i dlatego spróbowali trafić do jeszcze szerszej publiczności. Taki krok niemal nigdy nie wpływa pozytywnie na artystyczną wartość muzyki. Na szczęście, komercyjne zapędy muzyków są obecne tylko w niektórych utworach, a pozostałe wciąż prezentują wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Santana - "Santana III" (1971)

1. Batuka; 2. No One to Depend On; 3. Taboo; 4. Toussaint L'Overture; 5. Everybody's Everything; 6. Guajira; 7. Jungle Strut; 8. Everything's Coming Our Way; 9. Para los Rumberos

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; Neal Schon - gitara; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja i instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne, perkusja; Mike Carabello - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Thomas Escovedo - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Rico Reyes - dodatkowy wokal (2,4,9), wokal (6)Greg Errico - tamburyn (2); Tower of Power - instr. dęte (5); Linda Tillery - dodatkowy wokal (5,8)Mario Ochoa - pianino (6); Luis Gasca - trąbka (9)
Producent: Santana


20 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "Volume Two" (1969)



Drugi album Soft Machine nagrany został po małej, ale istotnej zmianie składu. Ciągnącego w stronę psychodelii Kevina Ayersa zastąpił Hugh Hopper, podzielający jazzową fascynację Roberta Wyatta i Mike'a Ratledge'a. Mimo tego, na "Volume Two" grupa wciąż dość mocno tkwi w swoich psychodelicznych korzeniach. Utwory stały się jednak bardziej skomplikowane, zespół jeszcze wyraźniej zaczął oddalać się od piosenkowych struktur. Przy czym nie ma tu nic z patetyzmu  i pretensjonalności (niektórych) grup progrockowych - całość charakteryzuje specyficzne poczucie humoru, objawiające się m.in. nawiązaniami do dadaizmu. Zainspirowani albumem "Absolutely Free" Franka Zappy i jego The Mothers of Invention, muzycy postanowili umieścić na albumie dwie długie suity, wypełniające po jednej stronie płyty winylowej. Druga z nich wyszła jednak sporo krótsza, więc na albumie znalazły się także dwa krótkie, "niezależne" utwory. Zgodnie z zaleceniem Zappy, obie suity zostały podzielone na traciliście na kilka osobnych utworów, co miało zwiększyć dochody zespołu ze sprzedaży albumu. Na debicie Soft Machine przeważnie połączone były ze sobą przypadkowe utwory - tym razem suity tworzą spójniejszą całość.

17-minutowa "Rivmic Melodies", zajmująca pierwszą stronę, bliższa jest psychodelicznych korzeni zespołu i zawiera sporu humorystycznych fragmentów (np. dwuczęściowy "A Concise British Alphabet", o którym wszystko mówi tytuł, albo "Dada Was Here" z tekstem śpiewanym po hiszpańsku, albo celowo kakofoniczny "Out of Tunes"). Jednak już tutaj pojawia się bardziej poważny segment "Hibou, Anemone and Bear", zdradzający jazzowe inspiracje i pokazujący wielki talent muzyków do zespołowej interakcji. Uwagę zwracają ciężkie, przesterowane partie basu Hoppera, oraz wykorzystanie instrumentów dętych. Takie wpływy jeszcze istotniejsza rolę odgrywają w drugiej suicie, "Esther's Nose Job", będącej drogowskazem dla późniejszych dokonań grupy. Tym razem poszczególne części jeszcze lepiej do sobie pasują. Zaczyna się od znów nieco kakofonicznego "Fire Engine Passing with Bells Clanging", z którego stopniowo wyłania się bardzo melodyjny "Pig", oparty na zakręconej linii basu, ozdobiony chwytliwym motywem na pianinie i subtelną partią saksofonu (w wykonaniu brata Hugh Hoppera, Briana). Saksofon wychodzi na prowadzenie w intensywnych "Orange Skin Food" i "A Door Opens and Closes" - w tym drugim walczy o nie z basem. Świetny finał stanowi "10.30 Returns to the Bedroom", brzmiący bardzo ciężko (znów ten bas!) i zaskakująco nowocześnie (partia organów z początku brzmi bardzo elektronicznie), a zarazem mający zdecydowanie jazzrockowy charakter.

Całości dopełniają dwa wspomniane krótsze utwory, mające bardziej konwencjonalną, piosenkową strukturę. "As Long as He Lies Perfectly Still" wypada bardzo przebojowo - to jeden z niewielu tak chwytliwych kawałków w dorobku Soft Machine. Przesterowany bas z powodzeniem zastępuje tu gitarę elektryczną. A skoro już mowa o tym instrumencie - "Dedicated to You But You Weren't Listening" opiera się wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej (zagrał na niej Hopper), co stanowi prawdziwy fenomen w twórczości zespołu (przynajmniej tej z oficjalnych albumów). Sam utwór zaś jest zgrabną, naprawdę ładną piosenką.

"Volume Two" to prawdziwie progresywny album, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Muzycy nagrali dojrzałe dzieło, z jednej strony ambitne, a z drugiej - całkiem przystępne i pozbawione patetycznego nadęcia. Album ma ponadto wyjątkowo dobre brzmienie, jak na ten zespół. Ale zawarta na nim muzyka broni się sama. Wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



The Soft Machine - "Volume Two" (1969)

1. Rivmic Melodies: Pataphysical Introduction (Part I) / A Concise British Alphabet (Part I) / Hibou, Anemone and Bear / A Concise British Alphabet (Part II) / Hulloder / Dada Was Here / Thank You Pierrot Lunaire / Have You Ever Bean Green? / Pataphysical Introduction (Part II) / Out of Tunes; 2. As Long as He Lies Perfectly Still; 3. Dedicated to You But You Weren't Listening; 4. Esther's Nose Job: Fire Engine Passing with Bells Clanging / Pig / Orange Skin Food / A Door Opens and Closes / 10.30 Returns to the Bedroom

Skład: Robert Wyatt - wokal i perkusja; Hugh Hopper - bass, gitara, saksofon; Mike Ratledge - instr. klawiszowe, flet
Gościnnie: Brian Hopper - saksofon
Producent: The Soft Machine


16 listopada 2016

[Recenzja] Stone the Crows - "Ode to John Law" (1970)



Wszystko, czego brakowało debiutanckiemu albumowi Stone the Crows, z nawiązką znalazło się na jego następcy, "Ode to John Law". Muzycy w końcu mogą zaprezentować na co naprawdę ich stać, w pełnych energii, prawdziwie bluesrockowych - a momentami wręcz hardrockowych - kawałkach. Tym razem nie zaczynają od rozlazłej ballady, a czadowym "Sad Mary". Już od pierwszych sekund słyszymy świetną współpracę gitarzysty, klawiszowca i sekcji rytmicznej, do których dopiero ponad minutę później dołącza ekspresyjny wokal Maggie Bell. Partie instrumentalistów nie są może szczególnie wirtuozerskie, ale ich interakcja naprawdę porywa. Struktura utworu nie jest wcale tak oczywista, jak mogłoby się wydawać - uwagę zwracają zwłaszcza intrygujące zwolnienia o psychodelicznym klimacie. Ten psychodeliczny nastrój jeszcze bardziej uaktywnia się w dwóch kolejnych utworach, "Friend" i "Love 74", oraz w tytułowym "Ode to John Law". Wszystkie wypadają niezwykle intrygująco, przyciągają uwagę swoją intensywnością i klimatem.

Ale "Ode to John Law" nie jest albumem jednowymiarowym. Pozostałe utwory mają odmienny charakter. "Mad Dogs and Englishmen" to prosty rockowy kawałek, o pogodnym klimacie i wręcz tanecznej rytmice. "Things Are Getting Better" - w skróconej wersji wydany na singlu - to ballada z wysuniętymi na pierwszy plan brzmieniami klawiszowymi, ogólnie całkiem zgrabna, z wyjątkiem banalnego refrenu, irytującego powtarzanym w nieskończoność tytułem. Zdecydowanie lepiej prezentuje się druga ballada - mroczniejsza, przepełniona bluesowym smutkiem "Danger Zone". Rewelacyjnie wypada wokalna interpretacja Bell, a instrumentaliści umiejętnie budują napięcie. Utwory tego typu zawsze robią na mnie ogromne wrażenie, mimo swojej przewidywalności i braku oryginalności - bo i nie o to w nich chodzi, a o wytworzenie odpowiedniego nastroju i zaangażowanie, poruszenie słuchacza.

Nie ma się co rozpisywać - "Ode to John Law" to po prostu świetny album. Na pewno najlepszy w skromnej dyskografii Szkotów i właśnie od niego najlepiej zacząć ją poznawać. Nie wszystkie utwory trzymają równie wysoki poziom, ale te najlepsze zdecydowanie wystają ponad bluesrockową średnią. Pozycja warta uwagi, a dla fanów stylu - mus.

Ocena: 8/10



Stone the Crows - "Ode to John Law" (1970)

1. Sad Mary; 2. Friend; 3. Love 74; 4. Mad Dogs and Englishmen; 5. Things Are Getting Better; 6. Ode to John Law; 7. Danger Zone

Skład: Maggie Bell - wokal; Les Harvey - gitara; Jimmy Dewar - bass, wokal; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne; John McGinnis - instr. klawiszowe
Producent: Mark London


15 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Abraxas" (1970)



Drugi album grupy Santana rozwija stylistykę znaną z debiutu - połączenie rocka, muzyki latynoskiej i jazzu. Na "Abraxas" wpływy latynoskie zostały zdecydowanie wysunięte na pierwszy plan, ale muzycy nie rezygnują całkiem z eklektyzmu. Gregg Rolie zadbał, aby nie zabrakło tu hard rocka, który pojawia się przede wszystkim w postaci dwóch skomponowanych przez niego utworów - naprawdę dobrego "Mother's Daughter" i jeszcze bardziej udanego "Hope You're Feeling Better". Oba wyróżniają się dobrymi melodiami, fantastycznymi partiami organów elektrycznych Roliego, oraz zadziornymi solówkami Carlosa Santany. Ciężko brzmi także pierwsza połowa instrumentalnego "Incident at Neshabur" (autorstwa Santany i Alberto Gianquinto, który zagrał tu gościnnie na pianinie), cechująca się porywającymi "dialogami" gitary i organów, oraz intensywną grą rozbudowanej sekcji rytmicznej. Ogólnie jednak utwór ten ma bardziej jazzowy charakter, co uwidacznia się zwłaszcza w jego drugiej, spokojniejszej połowie.

Na albumie znalazły się jeszcze dwa instrumentalne utwory. Otwierający całość "Singing Winds, Crying Beasts", napisany przez Michaela Carabello, to jeden z najbardziej odjechanych utworów we wczesnym dorobku Santany. Jazzujące partie pianina i pianina elektrycznego, transowa linia basu, klimatyczne zagrywki gitary i mnóstwo delikatnych ozdobników perkusyjnych tworzą tutaj naprawdę intrygujący nastrój. Natomiast "Samba Pa Ti", autorstwa samego Santany, to przede wszystkim jego gitarowy popis - cudownie rozwijająca się gitarowa solówka, z początku bardzo subtelna, ale stopniowo nabierająca rockowej zadziorności.

Muzycy znów wzięli na warsztat cudze kompozycje. "Black Magic Woman" z repertuaru Fleetwood Mac zadziwiająco dobrze wypada w "zlatynizowanej" wersji - wolniejszej, z bogato zaaranżowanymi perkusjonaliami. Bluesowy klimat pozostał jednak w solówkach Santany. Dodatkowym smaczkiem jest wplecenie fragmentów kompozycji "Gypsy Queen" węgierskiego gitarzysty jazzowego Gábora Szabó. Utwór okazał się znacznie większym przebojem, niż singiel Fleetwood Mac. Muzycy sięgnęli także po latynoski przebój "Oye Como Va" Tito Puente'a, który dzięki partii gitary nabrał bardziej rockowego charakteru. To jeden z trzech utworów na albumie z hiszpańskojęzycznym tekstem. Pozostałe dwa to "Se a Cabo" i "El Nicoya", oba autorstwa José'a Areasa. Choć akurat w nich teksty nie odgrywają istotnej roli (ten z "Se a Cabo" ogranicza się do czterokrotnego powtórzenia tytułu). Oba są przede wszystkim popisem perkusistów - pierwszy bardzo intensywny, drugi stonowany, oparty na plemiennym rytmie.

"Abraxas" to kolejny bardzo dobry album Santany, pod pewnymi względami lepszy i bardziej dojrzały od debiutu (szczególnie pod względem wykonawczym i kompozytorskim), ale z drugiej strony niespecjalnie trafiają do mnie te najbardziej latynoskie fragmenty, czyli "Oye Como Va" i "El Nicoya". 

Ocena: 8/10



Santana - "Abraxas" (1970)

1. Singing Winds, Crying Beasts; 2. Black Magic Woman / Gypsy Queen; 3. Oye Como Va; 4. Incident at Neshabur; 5. Se a Cabo; 6. Mother's Daughter; 7. Samba Pa Ti; 8. Hope You're Feeling Better; 9. El Nicoya

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja; José Areas - instr. perkusyjne; Michael Carabello - instr. perkusyjne
Gościnnie: Alberto Gianquinto - pianino (4); Rico Reyes - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Steven Saphore - tabla
Producent: Fred Catero i Carlos Santana


13 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)



Soft Machine to jeden z najbardziej oryginalnych i intrygujących zespołów w historii muzyki rockowej. Niestety, przez liczne zmiany składu, grupa nigdy nie wypracowała sobie stałego brzmienia - każdy album utrzymany jest w nieco innej stylistyce, choć oczywiście nie brakuje na nich wspólnego pierwiastka. Soft Machine powstał w 1966 roku, jako kwintet składający się ze śpiewającego perkusisty Roberta Wyatta, śpiewającego basisty Kevina Ayersa, organisty Mike'a Ratledge'a, oraz gitarzystów Larry'ego Nowlina i Daevida Allena. Nowlin odszedł po ledwie kilku koncertach, a pod koniec 1967 roku z zespołem musiał rozstać się także Allen - Australijczyk z pochodzenia, który po serii francuskich koncertów zespołu nie został ponownie wpuszczony do Wielkiej Brytanii (w rezultacie udał się do Paryża, gdzie stworzył grupę Gong). Pozostali muzycy postanowili kontynuować działalność jako trio.

W takim też składzie zarejestrowany został debiutancki album, "The Soft Machine". Sesja nagraniowa nie przebiegała gładko. Muzycy nie mogli liczyć na wsparcie pełniącego rolę producenta Toma Wilsona, któremu ponoć nie podobała się grana przez zespół muzyka, więc praktycznie nie angażował się w nagrania. Nie bez znaczenia był też pewnie fakt, że zespół nie miał spójnej wizji albumu - zafascynowali jazzem Wyatt i Ratledge chcieli pójść w takim kierunku, podczas gdy Ayersowi odpowiadało granie rocka psychodelicznego i nie był chętny zmianie stylu. Mimo że basista był w mniejszości, termin "rock psychodeliczny" najlepiej oddaje zawartość debiutu Soft Machine. Jest to jednak dość eksperymentalna odmiana psychodelii, ze słyszalnym wpływem jazzu. Efektem różnic artystycznych muzyków było odejście Ayersa wkrótce po wydaniu debiutu. Jego miejsce zajął Hugh Hopper, który zresztą wsparł zespół już na tym albumie - głównie jako kompozytor, a w jednym utworze jako basista.

Album teoretycznie składa się z trzynastu utworów, ale większość z nich została połączona ze sobą w taki sposób, że w praktyce otrzymujemy trzy mniej lub bardziej rozbudowane "mini-suity". Pierwsza z nich rozpoczyna się od dynamicznego "Hope for Happiness", napędzanego mocną sekcją rytmiczną (ze świetnie pulsującym basem), charakteryzującego się wieloma nakładkami wokalnymi i partią organów początkowo schowaną w tle, ale stopniową wychodzącą na pierwszy plan. Kawałek płynnie przechodzi w instrumentalny "Joy of a Toy" (wydany na promującym album singlu - jednym z nielicznych karierze grupy), utrzymany w bardziej stonowanym charakterze, choć pod koniec nabierający większej intensywności, prowadząc do repryzy "Hope for Happiness". Druga "suita" także składa się z trzech "segmentów" - piosenkowego "Why Am I So Short?" i bardzo ładnej, subtelnej ballady "A Certain Kid" (zakończonej długą kodą organową), połączonych ponad siedmiominutowym, w większości instrumentalnym "So Boot If At All", najlepiej pokazującym improwizacyjne umiejętności muzyków i ich zdolność do zespołowej interakcji.

Trzecia "suita" wypełnia całą drugą stronę winylowego wydania albumu i składa się aż z siedmiu "segmentów". Rozpoczyna się od dość ciężkiego "Save Yourself", który mimo skomplikowanej gry muzyków, jest całkiem przebojowy. W instrumentalnym przerywniku "Priscilla" gęsta partia basu kontrastuje z oszczędną, jazzową partią perkusji i ładnym organowym tłem. "Lullabye Letter" to kolejny bardziej przebojowy kawałek, z porywającą grą instrumentalistów, zdających się "walczyć" ze sobą o pierwszeństwo. Energetyczny "We Did It Again", z basowym motywem przypominającym riff "You Really Got Me" The Kinks i powtarzanym jak mantra tytułem, na koncertach rozrastał się nawet do trzech kwadransów, choć w wersji albumowej trwa niespełna cztery minuty. "Plus Belle qu'une Poubelle" to jeszcze jeden krótki instrumental, z pierwszoplanową rolą basu, stanowiący wstęp do melodyjnego "Why Are We Sleeping?", wyróżniającego się mówią partią wokalną w zwrotkach. Finał albumu, "Box 25/4 Lid", to właściwie niemal solowe nagranie Hugh Hoppera, powtarzającego kilkakrotnie prosty motyw na przesterowanym basie.

Debiut Soft Machine zdecydowanie wyróżnia się na tle dokonań innych ówczesnych grup psychodelicznych. Muzycy zaprezentowali niezwykle oryginalną i inspirującą odmianę stylu, zarazem pokazując bardzo wysoki warsztat wykonawczy. Ale nie jest to muzyka dla każdego. Choć jest to najłatwiejszy w odbiorze album Soft Machine, to nie brakuje tutaj niekonwencjonalnych rozwiązań, skomplikowanych i momentami po prostu dziwnych. Na pewno jednak warto go posłuchać i samemu ocenić.

Ocena: 8/10



The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)

1. Hope for Happiness; 2. Joy of a Toy; 3. Hope for Happines (Reprise); 4. Why Am I So Short?; 5. So Boot If At All; 6. A Certain Kind; 7. Save Yourself; 8. Priscilla; 9. Lullabye Letter; 10. We Did It Again; 11. Plus Belle qu'une Poubelle; 12. Why Are We Sleeping?; 13. Box 25/4 Lid

Skład: Robert Wyatt - wokal, perkusja; Kevin Ayers - bass, pianino (5), wokal (10,12), dodatkowy wokal; Mike Ratledge - organy, pianino (13)
Gościnnie: Hugh Hopper - bass (13); Jeanette Jacobs, Barbara Morillo, Eleanor Barooshian - dodatkowy wokal (12)
Producent: Chas Chandler i Tom Wilson


10 listopada 2016

[Recenzja] Glenn Hughes - "Resonate" (2016)



Glenn Hughes to ważna postać w świecie hard rocka. Wystarczy przypomnieć, że przewinął się przez składy Deep Purple i Black Sabbath (tak naprawdę wystąpił na solowym albumie Tony'ego Iommiego, ale wytwórnia uparła się, aby wydać go pod szyldem Black Sabbath). Jako solista zadebiutował już w 1977 roku, longplayem "Play Me Out" - w całości utrzymanym w funkowo-soulowych klimatach, jednak naprawdę udanym. Ale jego solowa kariera nabrała rozpędu dopiero na początku lat 90., gdy zaczął regularnie wydawać albumy sygnowane swoim nazwiskiem. W ostatnich latach wrócił jednak do nagrywania z zespołami - Black Country Communion (z którym ponoć właśnie pracuje nad czwartym longplayem) i California Breed. "Resonate" jest jego pierwszym solowym albumem od ośmiu lat i wydanego wówczas "First Underground Nuclear Kitchen".

Hughes na "Resonate" nie unika nawiązań do swojej muzycznej przeszłości. Wyjątkowo często - jak na współcześnie nagrany album - pojawiają się tutaj organy Hammonda, wywołujące natychmiastowe skojarzenia z Deep Purple - vide "Heavy", "God of Money", czy najbardziej purpurowy "Steady". Z drugiej strony, brzmienie jest bardzo współczesne. Takie utwory, jak "Flow", "Let It Shine", "Stumble & Go" i przede wszystkim "How Long", przypominają raczej Soundgarden, niż Deep Purple lub Black Sabbath. Skojarzenie to pogłębia obecna barwa głosu i sposób śpiewania Glenna, przypominające Chrisa Cornella. Wspomniane dotąd utwory charakteryzują się sporą dynamiką i ciężarem (często kontrastowanym łagodniejszymi momentami), nie brakuje w nich przyzwoitych riffów i solówek, a pod względem melodycznym są całkiem zgrabne. W skrócie - nic wybitnego, ani szczególnie porywającego, ale słucha się tego przyjemnie.

Na albumie znalazło się też kilka odmiennych stylistycznie nagrań. "Landmines" przypomina o uwielbieniu Hughesa dla funku - jest tu świetne organowe tło, fajna taneczna partia gitary i interesująco wykorzystany efekt talkbox podczas solówki. Niestety, melodia refrenu wypada trochę banalnie. Są też ballady: "When I Fall", z fantastyczną partią organów i koszmarnie przesłodzonym refrenem, oraz "Long Time Gone", łącząca fragmenty akustyczne z rockowymi zaostrzeniami. Rozszerzone wydanie albumu zawiera jeszcze jedną balladę - "Nothing's the Same", oryginalnie nagraną przez Gary'ego Moore'a. W porównaniu z przesłodzonym pierwowzorem, tutejsze wykonanie jest oszczędniejsze i bardziej poruszające. Hughes śpiewa tu w bardzo uduchowiony sposób (znany chociażby z purplowskiego "This Time Around"), a akompaniament stanowi prześliczna, klasycyzująca partia gitary akustycznej i lekkie pociągnięcia wiolonczeli. Bardzo piękny hołd dla Moore'a (z którym Hughes niegdyś współpracował) i zarazem najlepszy fragment "Resonate".

Glenn Hughes udowodnił, że należy do tych nielicznych rockowych legend, które wciąż potrafią stworzyć coś na poziomie. Oczywiście nie jest to poziom największych osiągnięć Hughesa z przeszłości, ale w porównaniu chociażby z chałturą jaką jest obecne Deep Purple, "Resonate" to naprawdę udany album. To jedno z nielicznych pozytywnych muzycznych zaskoczeń mijającego roku.

Ocena: 7/10



Glenn Hughes - "Resonate" (2016)

1. Heavy; 2. My Town; 3. Flow; 4. Let It Shine; 5. Steady; 6. God of Money; 7. How Long; 8. When I Fall; 9. Landmines; 10. Stumble & Go; 11. Long Time Gone; 12. Nothing's the Same

Skład: Glenn Hughes - wokal, bass, gitara; Søren Andersen - gitara; Pontus Engborg - perkusja (2-10); Lachy Doley - instr. klawiszowe
Gościnnie: Chad Smith - perkusja (1,11); Luis Maldonado - gitara (12); Anna Maldonado - wiolonczela (12)
Producent: Glenn Hughes i Søren Andersen