31 marca 2017

[Recenzja] Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)



Najsłynniejszym albumem Caravan jest trzeci z kolei, "In the Land of Grey and Pink". Gdybym jednak miał wskazać najbardziej interesujące wydawnictwo grupy, bez wahania wybrałbym wydany rok wcześniej "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You". Muzykom udało się tutaj osiągnąć doskonałe proporcje pomiędzy graniem bardziej przebojowym i piosenkowym, a bardziej ambitnym. Przeważa tutaj to drugie. Piosenkową formę mają tylko dwa utwory, wydane zresztą na promującym album singlu, czyli bardzo pogodny twór tytułowy oraz psychodeliczny, trochę w stylu wczesnego Pink Floyd, "Hello Hello". Są też dwie proste miniaturki: elektroniczna "Asforteri", oraz folkowa, oparta na brzmieniu gitary akustycznej i fletu "Limits".

W pozostałych kompozycjach muzycy rozwijają skrzydła. Najkrótsza z nich, "As I Feel I Die", rozpoczyna się bardzo subtelnie, wręcz eterycznie, by w drugiej minucie niespodziewanie nabrać dynamiki i... wyraźnie jazzrockowego charakteru. "And I Wish I Were Stoned / Don't Worry" to z kolei ładna i bardzo melodyjna piosenka, o zdecydowanie niepiosenkowej długości ośmiu minut, zachwycająca długimi klawiszowymi solówkami Davida Sinclaira. Bardzo dużo dzieje się w blisko dziesięciominutowym "With an Ear to the Ground / You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise", który zgodnie z tytułem składa się z kilku części o zróżnicowanym charakterze. Największe wrażenie robi nagłe zwolnienie z partią fletu w wykonaniu Jimmy'ego Hastingsa i wszystko to, co dzieje się później. Na tej samej zasadzie zbudowany został "Can't Be Long Now / Françoise / For Richard / Warlock" - prawdziwe opus magnum, nie tylko tego albumu, ale całej twórczości Caravan. To czternaście minut głównie instrumentalnego grania, raz bardziej folkowego, raz jazzującego, a kiedy indziej po prostu rockowego, z fantastycznymi partiami Hastingsa na flecie i saksofonie, oraz pełną zaangażowania grą pozostałych muzyków.

"If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" jest albumem trochę nierównym, ale i tak najlepszym w dyskografii zespołu, łączącym świetne melodie z bardziej ambitnymi pomysłami. Jeżeli ktoś dopiero planuje zagłębienie się w Scenę Canterbury, to ten longplay wydaje się idealny na początek, ponieważ są na nim wyraźnie zarysowane najistotniejsze cechy tego nurtu, a zarazem jest znacznie bardziej przystępny, niż twórczość Soft Machine, Gong, czy Hatfield and the North. Z dużym prawdopodobieństwem album ma szanse spodobać się słuchaczom psychodelii i głównonurtowego rocka progresywnego.

Ocena: 9/10



Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)

1. If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You; 2. And I Wish I Were Stoned / Don't Worry; 3. As I Feel I Die; 4. With an Ear to the Ground / You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise; 5. Hello Hello; 6. Asforteri; 7. Can't Be Long Now / Françoise / For Richard / Warlock; 8. Limits

Skład: Pye Hastings - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Richard Sinclair - wokal, gitara basowa, instr. perkusyjne; David Sinclair - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - saksofon, flet
Producent: Terry King


21 marca 2017

[Recenzja] Santana - "Lotus" (1974)



Rok 1973 był niezwykle pracowity dla Carlosa Santany. Pierwsze miesiące pochłonęła współpraca z Johnem McLaughlinem, której wynikiem był album "Love Devotion Surrender" - w całości instrumentalny, utrzymany w stylistyce fusion. Ledwie zakończyła się sesja nagraniowa, a meksykański gitarzysta wrócił do studia, by rozpocząć pracę nad kolejnym albumem grupy Santana. Longplay zatytułowany "Welcome" jest kontynuacją jazzowego kierunku obranego na poprzednich albumach, lecz jednocześnie zrywa całkowicie z charakterystycznym dla grupy eklektyzmem. Niestety, same utwory wypadają bardzo słabo na tle wcześniejszych dokonań grupy. Już po nagraniu albumu, a jeszcze przed jego wydaniem, zespół wyruszył na trasę koncertową. Właśnie w jej trakcie, a konkretnie 3 i 4 lipca w Osace, zarejestrowany został pierwszy koncertowy album grupy, "Lotus".

To naprawdę obszerny materiał - ponad dwie godziny muzyki, rozłożone na trzy płyty winylowe (kompaktowe reedycje zazwyczaj są okrojone o kilka utworów). Na repertuar składają się aż 23 utwory, w większości znane z regularnych albumów, ale znacznie rozbudowane i przearanżowane, uzupełnione zupełnie nowymi kompozycjami o charakterze improwizacji. Wyraźnie daje o sobie znać fascynacja Carlosa jazzem. Nawet utwory, które w oryginalnych wersjach nie miały z jazzem nic wspólnego, tutaj nabrały zdecydowanie jazzowego charakteru. Chyba najbardziej słychać to na przykładzie "Black Magic Woman", który w tej wersji nie ma już nic z bluesowego pierwowzoru Fleetwood Mac. Warto zauważyć, że to jedyny utwór, w którym pojawia się "normalna" partia wokalna - niestety, interpretacja Leona Thomasa (znanego m.in. z rewelacyjnego albumu "Karma" Pharoaha Sandersa) wypada bardzo słabo w porównaniu z wykonaniami Gregga Roliego i Petera Greena - poza tym w "Se a Cabo" i "Toussaint L'Overture" pojawiają się latynoskie wokalizy, a cała reszta to granie instrumentalne. Na pierwszym planie dominuje gitara Santany, będącego w swojej szczytowej formie. To właśnie tutaj gra swoje życiowe solówki, z jednej strony przesiąknięte relaksującym, latynoskim klimatem, a z drugiej - rockowo zadziorne w brzmieniu. Pozostali muzycy też mają sporo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Najwspanialsze momenty albumu to właśnie te oparte na zespołowych improwizacjach, jak "Every Step of the Way" czy przede wszystkim rozbudowany do 17-minut "Incident at Neshabur".

Mimo wszystko, przydałaby się tu jakaś selekcja materiału. Utwory mają bardzo podobny charakter, co w pewnym momencie zaczyna trochę nudzić. W bardziej skondensowanej formie album robiłby jeszcze lepsze wrażenie. Wyrzuciłbym przede wszystkim "Kyoto" - zdecydowanie za długą, dziesięciominutową solówkę perkusyjną Michaela Shrieve'a. Chyba nigdy nie zrozumiem, jak można zachwycać się solówkami perkusistów - chyba, że robią to inni perkusiści. Ogólnie jednak jest to naprawdę dobra koncertówka i być może najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek nagrał Carlos Santana.

Ocena: 8/10



Santana - "Lotus" (1974)

LP1: 1. Meditation; 2. Going Home; 3. A-1 Funk; 4. Every Step of the Way; 5. Black Magic Woman; 6. Gypsy Queen; 7. Oye Como Va; 8. Yours Is the Light; 9. Batukada; 10. Xibaba (She-Ba-Ba)
LP2: 1. Stone Flower; 2. Waiting; 3. Castillos de Arena (Part 1); 4. Free Angela; 5. Samba de Sausalito; 6. Mantra; 7. Kyoto; 8. Castillos de Arena (Part 2); 9. Se a Cabo
LP3: 1. Samba Pa' Ti; 2. Savor; 3. Toussaint L'Overture; 4. Incident at Neshabur

Skład: Carlos Santana - gitara, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9, LP3: 3); Tom Coster - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9); Richard Kermode - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Doug Rauch - gitara basowa; Michael Shrieve - perkusja; Leon Thomas - instr. perkusyjne, wokal (LP1: 5, LP2: 9, LP3: 3); José Areas - instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Armando Peraza - instr. perkusyjne
Producent: Carlos Santana, Richard Kermode, Michael Shrieve, Doug Rauch, Tom Coster, Armando Peraza, Jose Areas


16 marca 2017

[Recenzja] Depeche Mode - "Spirit" (2017)



Czternasty album studyjny Depeche Mode to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Oczywiście wynika to głównie z sentymentu fanów i wielkiej promocji ze strony wytwórni. Nie ma co ukrywać, że zespół od dawna niczym już nie zaskakuje, a i poziom ostatnich albumów nie jest szczególnie wysoki. Jedno trzeba jednak przyznać - do tej pory nawet gdy muzycy nagrali słaby materiał, to dało się wykroić z niego kilka przebojowych singli. Takie utwory, jak "Precious", "Wrong" czy "Heaven", śmiało można już nazwać depeszową klasyką. Tym bardziej zaskoczyła mnie zapowiedź nowego albumu, w postaci utworu "Where's the Revolution". Teoretycznie wszystko jest tu na swoim miejscu - nowoczesna elektronika, wtopione w nią charakterystyczne zagrywki gitarowe Martina Gore'a, oraz wciąż świetny głos Dave'a Gahana - ale zdecydowanie nie można nazwać tego utworu przebojowym, brakuje mu wyrazistej melodii. A dobra melodia powinna być przecież podstawą u takiego zespołu, jak Depeche Mode. Jeśli grupa popowa promuje nowy album tak niechwytliwym singlem, to z dużym prawdopodobieństwem świadczy to o kryzysie twórczym...

Tymczasem na longplayu znajdują się utwory, które o wiele lepiej nadawałby się na singiel. Przede wszystkim "No More (This Is The Last Time)", stricte elektroniczny, wyróżniający się naprawdę wspaniałym refrenem. Obstawiam, że zostanie wydany na kolejnej małej płytce. Ale spore szanse mają na to także energetyczny "So Much Love", brzmiący jak zapomniana kompozycja z sesji "Playing the Angel", oraz "Poorman", zwracający uwagę przede wszystkim świetną partią Gahana. W obu utworach zdecydowanie większą, niż w nagraniu singlowym, rolę pełni gitara, ciekawie dopełniająca elektroniczne brzmienia. Spory potencjał ma także "Going Backwards", który za sprawą gitarowo-fortepianowego motywu i podobnego klimatu kojarzy się z jednym z największych przebojów grupy, "Walking In My Shoes". Tu również pojawia się wyrazista melodia - może najlepsza na całym albumie - ale trochę brakuje ciekawego rozwinięcia, utwór wydaje się trochę zbyt monotonny. Ze wszystkimi tymi utworami jest jednak pewien problem - żaden z nich nie oddaje charakteru całego longplaya. "Where's the Revolution" jest o wiele bardziej reprezentatywny, a słuchany jako część albumu tylko zyskuje. I chyba tym właśnie należy tłumaczyć jego wybór na singiel.

Reszta albumu nie zapada łatwo w pamięć. Ba, w takich "Scum" i "You Move" melodie są śladowe. Pod względem muzycznym przypominają bezsensowne eksperymenty z elektroniką Martina Gore'a pod szyldami VCMG i MG. Jedynie obecność partii wokalnych daje pozory piosenkowości. Pozostałe utwory to już bardziej stonowane kompozycje. Czasem z wręcz ambientowym akompaniamentem, jak w "Eternal" czy "Cover Me" (choć drugi z nich w połowie nabiera dynamiki, a pierwszoplanową rolę przejmuje tandetny elektroniczny motyw, uzupełniony dźwiękami elektrycznej gitary hawajskiej). Bardzo subtelny jest także "The Worst Crime", w którego akompaniamencie wyjątkowo dominuje gitara. To najładniejszy fragment albumu, obok lekko bluesującego "Poison Heart" z przepięknym refrenem. To jeden z czterech utworów współautorstwa Gahana (obok "No More", "You Move" i "Cover Me"), jako jedyny kojarzący się z jego twórczością z grupą Soulsavers. Tradycyjnie, na albumie znalazły się także utwory, w których rolę głównego wokalisty pełni Gore. Wspomniany już "Eternal" nie wyróżnia się niczym szczególnym, za to klimatyczny, powoli narastający "Fail" to najlepszy ze śpiewanych przez niego utworów na albumach grupy z XXI wieku.

Ocena "Spirit" sprawia mi pewien problem. To bardzo nierówny album. I o ile najsłabsze fragmenty prezentują naprawdę niski poziom, tak najlepsze nawet nie zbliżają się do szczytowych osiągnięć grupy. A z drugiej strony, wraz z kolejnymi przesłuchaniami coraz bardziej mi się ten album podoba. Tylko czy nie jest to spowodowane zasadą, że najbardziej podoba się ta muzyka, którą się już wielokrotnie słyszało? Na wszelki wypadek zostawię ocenę zgodną z moim pierwszym wrażeniem. A jeśli album zniesie próbę czasu i będę do niego chętnie wracał - wtedy tu wrócę i ją podwyższę. Obawiam się jednak, że "Spirit" podzieli los "Sounds of the Universe" i "Delta Machine", o których wyjątkowo szybko zapomniałem.

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Spirit" (2017)

1. Going Backwards; 2. Where's the Revolution; 3. The Worst Crime; 4. Scum; 5. You Move; 6. Cover Me; 7. Eternal; 8. Poison Heart; 9. So Much Love; 10. Poorman; 11. No More (This Is The Last Time); 12. Fail

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (7,12), dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: James Ford - perkusja, gitara hawajska (6); Kurt Uenala - gitara basowa (8,11)
Producent: James Ford


15 marca 2017

[Recenzja] Blodwyn Pig - "Ahead Rings Out" (1969)



Ian Anderson z Jethro Tull nie należy do liderów z którymi łatwo się współpracuje. Jako pierwszy przekonał się o tym gitarzysta Mick Abrahams, który przez konflikt z Andersonem opuścił zespół wkrótce po ukazaniu się jego debiutanckiego albumu, "This Was". Abrahams szybko zebrał muzyków do nowego składu, który przyjął nazwę Blodwyn Pig. Byli to: saksofonista i flecista Jack Lancaster, basista Andy Pyle (późniejszy członek Savoy Brown, The Kinks i Wishbone Ash), oraz perkusista Ron Berg. Zespół wydał, na przełomie lat 60. i 70., dwa albumy, które odniosły spory sukces komercyjny - sprzedawały się niewiele gorzej od ówczesnych wydawnictw Jethro Tull. Kariera i popularność Blodwyn Pig nie trwały jednak długo. W 1971 roku Abrahams postanowił działać jako solista, a choć pozostali muzycy znaleźli nowego gitarzystę - Petera Banksa, który właśnie odszedł z Yes - to wkrótce podjęli decyzję o zakończeniu kariery. Reaktywacja oryginalnego składu w latach 90. przeszła bez echa. Obecnie nazwę Blodwyn Pig kojarzą chyba tylko zagorzali wielbiciele Jethro Tull.

Nie ma zresztą sensu ukrywać, że nigdy nie była to wybitna grupa. Debiutancki album "Ahead Rings Out" to wręcz podręcznikowy przykład typowego dla tamtych czasów blues rocka. Energetyczne, dość chwytliwe kawałki ("It's Only Love", "Sing Me a Song That I Know", oraz ciężki, wręcz hardrockowy "Ain't Ya Coming' Home, Babe?") przeplatają się tutaj z wolną bluesową balladą ("Up and Coming"), graniem akustycznym ("Dear Jill", "The Change Song", "Backwash") i instrumentalnymi jamami ("The Modern Alchemist", "Leave It With Me"). W przeciwieństwie do większości bluesrockowych wykonawców, zespół postawił wyłącznie na autorski repertuar, nie wspomagając się cudzymi kompozycjami. Niestety, Abrahams - autor lub współautor większości utworów - nie sprawdził się jako kompozytor. Brakuje wyrazistych melodii i choćby prób wyjścia poza utarte schematy bluesowe. Równie niskie mniemanie mam o jego zdolnościach wokalnych. Gitarzystą jest natomiast przyzwoitym, ale nie mającym własnego stylu i nie grającym zbyt porywająco.

Całość ratuje udział Jacka Lancastera. Zdolnego muzyka, który wzorując się na swoim idolu, Rahsaanie Rolandzie Kirku, nauczył się grać na dwóch saksofonach jednocześnie, dzięki czemu czasem można odnieść wrażenie, że w utworach udziela się mała sekcja dęta, a nie jeden muzyk. Jego niebanalna gra często dodaje utworom nieco jazzowego charakteru. Największym popisem Lancastera są wspomniane dwa instrumentalne utwory/improwizacje, podpisane zresztą jako jego kompozycje. Obie opierają się na bardziej jazzowej rytmice. Dynamiczny "The Modern Alchemist" wyróżnia się większą interakcją wszystkich muzyków, choć pierwszoplanową rolę pełnią rewelacyjne solówki na saksofonie. Z kolei bardziej subtelny "Leave It With Me" w większym stopniu opiera się na indywidualnych popisach - słyszymy tu kolejno solówki na flecie, gitarze, basie i znów flecie. Właśnie dla tych dwóch utworów warto sięgnąć po ten album.

W Stanach album został wydany z nieco zmodyfikowaną tracklistą. Wypadły z niej utwory "Sing Me a Song That I Know" i - o zgrozo! - "Leave It With Me", doszedł natomiast "Walk on the Water" z niealbumowego singla, oraz "See My Way", w Europie wydany na drugim albumie grupy, "Getting to the Point". Pierwszy z nich wypada dość chaotycznie, jakby muzycy chcieli zmieścić jak najwięcej pomysłów w ciągu niespełna czterech minut, ale nie mieli pojęcia, jak je zgrabnie ze sobą połączyć. Zdecydowanie lepiej wypada "See My Way", łączący hardrockowy czad z zaskakująco dobrą melodią i ciekawymi fragmentami instrumentalnymi. Oba utwory, wraz kilkoma innymi bonusami, można znaleźć na kompaktowym wznowieniu "Ahead Rings Out" z 2006 roku (zawierającym także wszystkie utwory z oryginalnego europejskiego wydania). Jeśli zaś chodzi o album "Getting to the Point", to poza "See My Way" nie ma nim niczego godnego uwagi. Dlatego też wspominana reedycja debiutu jest jedynym wydawnictwem Blodwyn Pig, jakie warto posiadać.

"Ahead Rings Out" to w sumie dość przyjemny album, łączący bardzo stereotypowy blues rock z interesującymi jazzowymi naleciałościami i odrobinką hard rocka. Istnieją znacznie lepsze albumy w tym stylu, ale dla jego wielbicieli nie powinno to być powodem, aby i po ten nie sięgnąć.

Ocena: 7/10



Blodwyn Pig - "Ahead Rings Out" (1969)

1. It's Only Love; 2. Dear Jill; 3. Sing Me a Song That I Know; 4. The Modern Alchemist; 5. Up and Coming; 6. Leave It With Me; 7. The Change Song; 8. Backwash; 9. Ain't Ya Coming' Home, Babe?

Skład: Mick Abrahams - wokal i gitara; Jack Lancaster - saksofon i flet, skrzypce (7); Andy Pyle - gitara basowa; Ron Berg - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Andy Johns



13 marca 2017

[Recenzja] Buffalo - "Volcanic Rock" (1973)



Odległa Australia nie mogła liczyć na częste wizyty Europejskich i Amerykańskich wykonawców, więc już w latach 50. zaczęła tworzyć się tam własna scena muzyczna, która w kolejnych dekadach coraz bardziej rosła w siłę. Niemal każdy nurt muzyki rozrywkowej ma tam swoich przedstawicieli. Pomimo tego, przeciętny słuchacz z północnej półkuli nie ma wielkiej wiedzy na temat tamtej muzyki. Zazwyczaj kończy się ona na dwóch zespołach - AC/DC i Bee Gees. Ci bardziej dociekliwi wymienią jednak więcej nazw, chociażby The Easybeats, The Masters Apprentices, czy Buffalo. Ostatnia z tych grup zadebiutowała w 1972 roku albumem "Dead Forever...", zawierającym przeciętną mieszankę hard rocka, psychodelii i bluesa. Muzycy rozwijali się jednak w zaskakującym tempie i już na wydanym rok później "Volcanic Rock" zaprezentowali znacznie lepszy poziom. Album ten to naprawdę udana australijska odpowiedź na twórczość takich grup, jak Black Sabbath, Led Zeppelin czy Grand Funk Railroad.

Longplay został zarejestrowany w znacznym stopniu na żywo (ale w studiu), później dograno tylko wokal i gitarowe nakładki. Być może właśnie dzięki tej metodzie, album brzmi ciężej, ostrzej, bardziej surowo, ale i bardziej energetycznie od debiutu. Całość rozpoczyna niesamowicie czadowy , rozpędzony "Sunrise (Come My Way)", oparty na świetnym riffowaniu i ciężkiej grze sekcji rytmicznej, z zadziorną partią wokalną. Dave Tice zdecydowanie nie jest wybitnym wokalistą, ale jego zdarty głos dobrze pasuje do tej muzyki. Z kolei instrumentaliści nie są żadnymi wirtuozami, ale przecież nie trzeba wielkich umiejętności, aby dobrze wykonywać taką muzykę. Wystarczą dobre pomysły jak uniknąć sztampy - a tego tu raczej nie brakuje. Już na drugiej ścieżce znajduje się najlepsza kompozycja grupy, "Freedom". Dziewięciominutowy utwór o hipnotyzującym klimacie, budowanym przez wolną, wyrazistą grę sekcji rytmicznej i psychodeliczną, brudną partię gitary. Dwie dekady później podobnie zaczęły grać grupy, których styl nazwano stoner rockiem/metalem, ale moim zdaniem robią to znacznie gorzej, stawiając bardziej na ciężar, zazwyczaj całkiem rezygnując z klimatu. Dalej niestety poziom albumu odrobinę spada. Czadowy "Till My Death", wolniejszy "The Prophet", oraz instrumentalny jam "Intro: Pound of Flesh" to niezłe kawałki, ale nie zachwycają tak, jak początek albumu. Świetnie wypada natomiast finałowy "Shylock" - ciężki, utrzymany w szybkim tempie, ale urozmaicony wolniejszymi wstawkami z posępnym, niemal sabbathowym riffem.

Nawiązując poniekąd do okładki albumu, "Volcanic Rock" to absolutny szczyt australijskiego hard rocka. Solidna dawka energii, ciężaru, dobrych riffów i całkiem niezłych, choć przykrytych surowym brzmieniem melodii, czynią ten longplay obowiązkową pozycją dla sympatyków ciężkiego rocka (ale tylko dla nich). Niestety, grupa Buffalo już nigdy nie wspięła się na ten poziom. Trochę fajnego hard rocka można znaleźć na kolejnym longplayu, "Only Want You for Your Body" z 1974 roku (m.in. znacznie cięższą wersję "I'm Coming On" z repertuaru Ten Years After), ale jest już na nim słyszalny zwrot w stronę bardziej komercyjnego grania, jakie wypełnia dwa ostatnie albumy zespołu, "Mother's Choice" (1976) i "Average Rock 'n' Roller" (1977), które należy omijać szerokim łukiem.

Ocena: 8/10



Buffalo - "Volcanic Rock" (1973)

1. Sunrise (Come My Way); 2. Freedom; 3. Till My Death; 4. The Prophet; 5. Intro: Pound of Flesh; 6. Shylock

Skład: Dave Tice - wokal; John Baxter - gitara; Peter Wells - gitara basowa; Jimmy Economou - perkusja
Producent: Spencer Lee


10 marca 2017

[Recenzja] Caravan - "Caravan" (1969)



Jednym z najciekawszych nurtów rocka progresywnego jest tzw. Scena Canterbury. Wbrew nazwie, do nurtu zaliczane są zespoły z różnych stron świata, jednak te najważniejsze, a więc także najwcześniejsze, były tworzone głównie przez muzyków z brytyjskiego miasta Canterbury. Ze względu na liczne personalne powiązania między tymi grupami, w ich muzyce można znaleźć wiele cech wspólnych, jednak każda z nich grała trochę inaczej. Świetnie słychać to na przykładzie trzech najbardziej znanych przedstawicieli nurtu: jazzowego Soft Machine, psychodeliczno-spacerockowego Gong, oraz grającego bardziej przystępnie Caravan. Pora przyjrzeć się bliżej temu ostatniemu.

Zespół powstał w 1968 roku z inicjatywy czterech muzyków: dwóch kuzynów, śpiewającego basisty Richarda Sinclaira i klawiszowca Davida Sinclaira, oraz śpiewającego gitarzysty Pye'a Hastingsa i perkusisty Richarda Coughlana. Dwaj pierwsi zainteresowani byli bardziej ambitną muzyką, podczas gdy dwóch pozostałych ciągnęło w stronę prostszego, bardziej komercyjnego grania. Znalazło to odbicie w twórczości Caravan. Debiutancki album grupy to zbiór przeważnie krótkich utworów, bliższych rocka psychodelicznego, niż progresywnego. Ich brzmienie jest łagodne, a struktury piosenkowe. Opierają się na prostych rytmach, gitara jest zwykle wycofana w miksie, zaś pierwszy plan wypełniają charakterystyczne, klimatyczne klawisze i głosy wokalistów.

Słucha się tego naprawdę przyjemnie. Do najlepszych fragmentów zaliczyć muszę przede wszystkim "Place of My Own", świetny muzycznie i bardzo melodyjny, z wprost rewelacyjnym refrenem, najbardziej chwytliwym w całej twórczości grupy, a zarazem niepopadającym w popowy banał. Inne ciekawe momenty to np. orientalizujący "Ride", subtelny "Love Song with Flute" (z partią fletu w wykonaniu Jimmy'ego Hastingsa, brata Pye'a), oraz nieco dziwny, zaskakujący ostrzejszymi wstawkami "Cecil Runs". Odrębną kategorię stanowi finałowy "Where but for Caravan Would I?", pokazujący bardziej ambitne oblicze grupy - dziesięciominutowa kompozycja, zróżnicowana pod względem dynamicznym i rytmicznym. Fantastyczne zwieńczenie albumu.

Jak na Scenę Canterbury, debiut Caravan to album bardzo konwencjonalny, jednak niepozbawiony momentów, w których słychać, że muzycy (przynajmniej niektórzy) mieli ambicje wykraczające ponad granie prostego pop rocka. Ogólnie rzecz biorąc, jest to bardzo przyjemny longplay, z kilkoma zapadającymi w pamięć utworami.

Ocena: 8/10



Caravan - "Caravan" (1969)

1. Place of My Own; 2. Ride; 3. Policeman; 4. Love Song with Flute; 5. Cecil Runs; 6. Magic Man; 7. Grandma's Lawn; 8. Where but for Caravan Would I?

Skład: Pye Hastings - wokal (1,2,4-6,8), gitara, gitara basowa; Richard Sinclair - wokal (3,5-8), gitara basowa, gitara; Dave Sinclair - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet (4)
Producent: Tony Cox


6 marca 2017

[Recenzja] Kin Ping Meh - "Kin Ping Meh" (1972)



Kin Ping Meh to niemiecki zespół o oryginalnej nazwie, zainspirowanej chińską powieścią "Jin Ping Mei". W latach 70. grupa wydała kilka albumów, raczej na wyrost zaliczanych do nurtu zwanego krautrockiem (choć część z nich powstawała pod okiem nadwornego producenta krautrockowców, Conny'ego Planka). Zawarta na nich muzyka jest nie tylko bardziej konwencjonalna i mniej innowacyjna od tej tworzonej przez głównych przedstawicieli nurtu, ale także bliższa brytyjsko-amerykańskiego rocka. Co oczywiście nie znaczy, że nie warta poznania. Zespół ma naprawdę sporo do zaoferowania.

Już na otwarcie debiutanckiego, niezatytułowanego albumu pojawia się dziesięciominutowa kompozycja "Fairy-Tales", w której nie brakuje świetnego riffowania i solówek wywodzących się z bluesowo-hardrockowej tradycji Cream i Jimiego Hendrixa, fantastycznych Hammondów kojarzących się z Deep Purple, solidnej podstawy rytmicznej, oraz zadziornego, lecz melodyjnego śpiewu. Do tego dochodzi psychodeliczny klimat, szczególnie podczas części instrumentalnej z długą perkusyjną solówką. Zespół jest naprawdę dobry w takim graniu, co potwierdzają zbudowany na podobnej zasadzie, jeszcze ostrzejszy "Don't You Know", pełen dynamicznych kontrastów "Drugson's Trip", oraz konkretny hardrockowy czad "Everything". Wszystkie z nich fantastycznie łączą brzmieniowy ciężar, dobre, niebanalne melodie i świetne partie instrumentalne.

Na longplayu nie brakuje też łagodniejszych utworów. Bardzo ładnie wypada "Sometime" - ballada o bluesowym odcieniu, bardzo nastrojowa, zdominowana przez elektryczne organy, ale także z ostrzejszymi gitarowymi solówkami. Rewelacyjny klimat ma także "My Dove", wyróżniający się zastosowaniem melotronu, dzięki któremu kojarzyć się może z brytyjskim progiem, ale i tutaj nie brakuje hardrockowych zagrywek gitarowych. Pewnemu uroku nie można odmówić także częściowo akustycznemu "My Future", choć tu już robi się nieco banalnie i sztampowo, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Nieporozumieniem jest natomiast folkowo-country'owy, wyraźnie inspirowany Neilem Youngiem "Too Many People", który nie tylko kompletnie nie pasuje do reszty albumu, ale i sam w sobie jest niezbyt ciekawy, za bardzo rozwleczony.

Eklektyzm nie do końca wyszedł na dobre debiutanckiemu albumowi Kin Ping Meh, jednak wciąż jest to solidna porcja naprawdę dobrego grania, które powinno przypaść do gustu przede wszystkim wielbicielom ambitniejszego hard rocka, tudzież cięższego rocka progresywnego.

Ocena: 8/10



Kin Ping Meh - "Kin Ping Meh" (1972*)

1. Fairy-Tales; 2. Sometime; 3. Don't You Know; 4. Too Many People; 5. Drugson's Trip; 6. My Dove; 7. Everything; 8. My Future

Skład: Werner Stephan - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Willie Wagner - gitara, harmonijka (4), dodatkowy wokal; Torsten Herzog - gitara basowa, dodatkowy wokal; Kalle Weber - perkusja i instr. perkusyjne; Frieder Schmitt - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Conny Plank

Wiele źródeł jako datę wydania tego albumu podaje rok 1971, ale najbardziej wiarygodne wydają się dane z serwisu Discogs.com, w których widnieje rok 1972.


3 marca 2017

[Recenzja] Camel - "Mirage" (1974)



Album "Mirage" zdobi jedna z najbardziej rozpoznawalnych i kontrowersyjnych okładek w historii muzyki rockowej. Pojawia się na niej bowiem grafika i logo znane z papierosów marki Camel (co szczególnie ciekawy efekt dało to na wydaniu kasetowym, które ze względu na rozmiar i kształt bardzo łatwo można pomylić z prawdziwą paczką papierosów). Skąd ten pomysł? Znane są dwie wersje wydarzeń. Według pierwszej, pochodzącej z oficjalnej strony zespołu, okładka miała być żartem ze wszystkich osób, które dopatrywały się nikotynowych skojarzeń w nazwie zespołu. Amerykański koncern tytoniowy uznał jednak, że okładka narusza jego prawa i w rezultacie w Stanach album ukazał się z inną grafiką (bardzo tandetną - patrz niżej). Wkrótce jednak obie strony zdołały się dogadać, a koncern został patronem i sponsorem zespołu. Inną wersję zdarzeń przedstawił perkusista Andy Ward, twierdzący, że okładka była efektem kontraktu podpisanego przez nowego wydawcę zespołu, firmę Deram, z koncernem. Kontrakt został jednak szybko zerwany, co spowodowało zmianę grafiki na wydaniu amerykańskim.

Nie mniej interesująco wypada muzyczna zawartość albumu. To właśnie na nim znalazły się dwie najwspanialsze kompozycje Wielbłąda - "Nimrodel / The Procession / The White Rider" i "Lady Fantasy". Obie długie, trwające blisko dziesięciu minut, składające się z kilku części, dość różnorodne i ciekawie zaaranżowane, ale niespecjalnie skomplikowane. W tej muzyce nie chodzi o pretensjonalne popisy w stylu Keitha Emersona czy Ricka Wakemana, a o tworzenie interesującego klimatu i pięknych melodii. Pod tymi względami zespół zbliżył się tutaj do perfekcji. Ale "Mirage" to nie tylko te dwa utwory. Znalazł się tu także przebojowy, zadziorny "Freefall" - pozornie konwencjonalny rockowy kawałek, ale z bardziej progresywną, zahaczającą lekko o jazz rock częścią instrumentalną. Nie mogło - jak to u Camel - zabraknąć utworów w całości instrumentalnych. Łagodny, wbrew tytułowi, "Supertwister" to przede wszystkim popis gry na flecie w wykonaniu Andrew Latimera, który posiada swój własny - jakże odmienny od Iana Andersona z Jethro Tull czy Chrisa Wooda z Traffic - ale również bardzo interesujący styl gry na tym instrumencie. Natomiast "Earthrise" opiera się na galopującej grze sekcji rytmicznej, będącej tłem do syntezatorowych i gitarowych solówek - na szczęście Peter Bardens nie używa tu zbyt kiczowatego brzmienia syntezatora i jego popis nawet dzisiaj brzmi całkiem przyzwoicie.

Najsłabszym ogniwem wciąż pozostaje brak charyzmatycznego wokalisty. O ile w łagodniejszych fragmentach głosy Latimera, Bardensa i Fergusona pasują idealnie, tak już w ostrzejszym "Freefall" śpiew Bardensa jest zbyt łagodny. Ogólnie jednak jest to bardzo udany album, będący sporym skokiem jakościowym w porównaniu z - także przecież udanym - debiutem. Co prawda nie umieściłbym "Mirage" wśród najlepszych albumów progrockowych, ale wśród najpiękniejszych już jak najbardziej.

Ocena: 8/10



Camel - "Mirage" (1974)

1. Freefall; 2. Supertwister; 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider; 4. Earthrise; 5. Lady Fantasy

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal (3,5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (1,5); Doug Ferguson - gitara basowa, wokal (5); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Hitchcock


Po prawej: okładka amerykańskiego wydania.