29 września 2019

[Recenzja] Sonny Simmons - "Staying on the Watch" (1966)



Wspólne albumy Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa - "The Cry!" oraz "Firebirds" - zawierają bardzo udaną muzykę na styku jazzowego głównego nurtu i jazzowej awangardy. Już dzięki nim można było się domyślać, jaki kierunek wspólnym nagraniom nadawał każdy z wymienionych muzyków. A poznanie ich osobnych wydawnictw rozwiewa wszelkie ewentualne wątpliwości. Prince Lasha na swoim solowym debiucie "Insight" z 1966 roku zaproponował muzykę bliską jazzu środka - łatwą w odbiorze, melodyjną, poukładaną, zachowawczą. Tymczasem Sonny Simmons - parafrazując tytuł jego debiutu z tego samego roku - stanął na straży free jazzu. "Insight" to przyjemny album, ale raczej nie taki, który zasługiwałby na szersze omówienie - nie ze względu na swoją stylistykę, lecz dlatego, że po prostu niespecjalnie wyróżnia się na tle wielu podobnych wydawnictw. Jakże inaczej prezentuje się "Staying on the Watch", prezentujący może i nieprzesadnie oryginalne, ale bardzo ciekawe podejście do wyzwolonego jazzu.

Simmons skorzystał z pomocy raczej niezbyt znanych instrumentalistów - może z wyjątkiem pianisty Johna Hicksa, który miał już za sobą współpracę z The Jazz Messengers Arta Blakeya. Składu dopełnili basista Teddy Smith, perkusista Marvin Pattillo, oraz grająca na trąbce zona lidera, Barbara Donald. Długość sesji nie odbiegała od jazzowych standardów - nagrania zamknęły się w ciągu jednego dnia, 30 sierpnia 1966 roku. Na album trafiły cztery, raczej rozbudowane i dość spontaniczne utwory. Dominuje bardzo ekspresyjne granie, ze srogim dęciem w rury i urozmaiconą, potężną grą sekcji rytmicznej. Brzmienie ubarwia pianino, choć nie są to ani dzikie pasaże w stylu Cecila Taylora, ani niemalże transcendentna gra, jaką najpierw McCoy Tyner, a następnie Alice Coltrane uprawiali w zespole Trane'a, pomimo wyraźnych prób grania na oba te sposoby. Ale to, co Hicks robi chociażby w środkowej części "Metamorphosis", również zasługuje na docenienie. Sekcja rytmiczna również ma parę świetnych momentów. Smith najlepiej wypada wtedy, gdy gra smyczkiem. Tutaj trzeba wspomnieć przede wszystkim o "A Distant Voice", opartym wyłącznie na brzmieniu kontrabasu i saksofonu. Sama idea wydaje się zaczerpnięta z duetów Erica Dolphy'ego i Richarda Davisa, jednak na tym podobieństwa się kończą, nie ma mowy o kopiowaniu stylu tamtych muzyków. W każdym z trzech pozostałych utworów można usłyszeć całkiem pomysłową grę Pattillo, a w dwóch ostatnich bębniarz dostał nawet czas na krótkie, ale treściwe solówki. Na wyróżnienie zasługuje też gra sekcji w nagranym w trio (z liderem), najbardziej agresywnym "Interplanetary Travelers". Natomiast trąbka przydaje się przede wszystkim w bardziej melodyjnych fragmentach, a więc szczególnie w "City of David". Lider często pozostawia całą przestrzeń swoim współpracownikom, ale gdy już zaczyna dąć swoim altem, to skupia na sobie niemal całą uwagę. W każdym nagraniu gra porywające solówki, ale jednak największą kreatywnością wykazuje się we wspomnianym "A Distant Voice", gdzie próbuje różnych technik, aby jak najciekawiej urozmaicić ten ascetyczny - pod względem użytego instrumentarium - utwór.

"Staying on the Watch" nie może się, oczywiście, równać z największymi osiągnięciami wybitnych przedstawicieli jazzowej awangardy, jak Ornette Coleman, Cecil Taylor, John Coltrane, Eric Dolphy czy Anthony Braxton. Ale to i tak kawał świetnego free jazzu, który z pewnością zainteresuje wszystkich wielbicieli tego stylu.

Ocena: 8/10



Sonny Simmons - "Staying on the Watch" (1966)

1. Metamorphosis; 2. A Distant Voice; 3. City of David; 4. Interplanetary Travelers

Skład: Sonny Simmons - saksofon altowy; Barbara Donald - trąbka; John Hicks - pianino; Teddy Smith - kontrabas; Marvin Pattillo - perkusja
Producent: Jay Dillon


27 września 2019

[Recenzja] John Coltrane - "Blue World" (2019)



Kariera Johna Coltrane'a trwała krótko, zaledwie dwie dekady, ale artysta maksymalnie wykorzystał ten czas. Przez pierwsza połowę tego okresu występował u boku wielkich jazzmanów, jak Dizzy Gillespie, Miles Davis i Thelonious Monk. Pod koniec lat 50. rozpoczął działalność pod własnym nazwiskiem. Przed niespodziewaną śmiercią w 1967 roku zdążył wydać ponad dwadzieścia albumów, z których wiele okazało się dziełami wybitnymi. Zapewniły one Trane'owi status jednego z najwybitniejszych jazzmanów i największych saksofonistów w dziejach. Mogłoby się wydawać, że działalność tak prominentnej postaci została już doskonale udokumentowana i nie kryje żadnych tajemnic. Tymczasem pięć dekad po jego śmierci wciąż odkrywane są nieznane dotąd nagrania. Zaledwie rok temu ukazał się album "Both Directions at Once", zawierający zapis zapomnianej sesji z 1963 roku. W tym roku wytwórnia Impulse! zaskoczyła wydaniem materiału z jeszcze jednej sesji, o której nikt nie pamiętał. Rezultatem jest właśnie wydany album "Blue World".

24 czerwca 1964 roku Coltrane zorganizował potajemną - nie poinformował o niej swojego aktualnego wydawcy, Impulse! Records - sesję nagraniową w studiu Rudy'ego Van Geldera. Wraz ze swoim klasycznym kwartetem, obejmującym pianistę McCoya Tynera, basistę Jimmy'ego Garrisona i perkusistę Elvina Jonesa, zarejestrował materiał, który miał posłużyć za ścieżkę dźwiękową kanadyjskiego filmu "Le chat dans le sac". Reżyser Gilles Groulx był znajomym Garrisona i właśnie za jego pośrednictwem namówił kwartet do udziału w projekcie. Groulx osobiście uczestniczył w krótkiej, zaledwie trzygodzinnej sesji. Gdy nagrania dobiegły końca, otrzymał wszystkie taśmy, które zabrał ze sobą do Kanady. Ostatecznie wykorzystał tylko niewielką część tej muzyki. Resztę materiału odłożył do archiwum, po czym wszyscy o nim zapomnieli. Dopiero w XXI wieku przedstawiciele organizacji National Film Board of Canada postanowili skompletować dzieła zmarłego w 1994 roku Groulxa. Przy okazji trafili na taśmy z nagraniami kwartetu Trane'a. Po negocjacjach z firmą Impulse!, udało się doprowadzić do wydania tego materiału.

Właściwie trudno traktować "Blue World" jak regularny album. Składa się na niego osiem utworów, ale tylko pięć kompozycji, z czego jedna w dwóch podejściach, a inna w trzech. To po prostu kompletny zapis krótkiej sesji, której sami muzycy nie traktowali zbyt poważnie. Przed utworami słychać nawet krótkie zapowiedzi lub rozmowy ze studia. Na repertuar złożyły się wyłącznie kompozycje już wcześniej znane, w większości pochodzące z albumów zarejestrowanych jeszcze w latach 50., jak "John Coltrane with the Red Garland Trio", "Giant Steps" i "Coltrane Jazz". Nawet tytułowy "Blue World" okazuje się tylko wariacją na temat "Out of This World" z nagranego i wydanego w 1962 roku albumu "Coltrane", utrzymaną w wolniejszym tempie, ale identycznym nastroju.

Czy w takim razie warto w ogóle zaprzątać sobie głowę tym wydawnictwem? Oczywiście, że tak! Wykonania są tutaj zupełnie inne, niż oryginalne. Przez te kilka lat muzyka Trane'a niesamowicie się rozwinęła, dzięki czemu wszystkie kompozycje zyskały nowe oblicze. Nagrania odbyły się zresztą w niezwykle ciekawym momencie - zaledwie kilka tygodni po zakończeniu prac nad albumem "Crescent", a niespełna pół roku przed przełomową sesją "A Love Supreme". Okres pomiędzy rejestracją tych dwóch wydawnictw nie został dotąd udokumentowany. Oczywiście, nagraniom bliżej do muzyki zawartej na "Crescent". Nie jest jeszcze tak bardzo transcendentna, jak ta z "A Love Supreme" i późniejszych wydawnictw. Aczkolwiek, saksofonista zmierzał w tym kierunku już od początku lat 60., więc podobnie, jak na "Live at the Village Vanguard", "Coltrane" czy "Crescent", także na "Blue World" słychać fascynację lidera mistycyzmem, przede wszystkim w jego uduchowionych tematach i solówkach (co szczególnie słychać w utworze tytułowym). Pozostali instrumentaliści zdawali się doskonale rozumieć tę koncepcję. Dopiero później przyszły radykalne freejazzowe odloty, przez które rozeszły się drogi saksofonisty z jego długoletnimi współpracownikami, Tynerem i Jonesem.

W 1964 roku w kwartecie panowała jednak artystyczna zgoda i całkowite zrozumienie pomiędzy instrumentalistami. Od blisko dwóch lat grali w dokładnie takiej konfiguracji personalnej i zdążyli się ze sobą rewelacyjnie zgrać. Zarówno na scenie, jak i w studiu, potrafili porozumieć się bez słów. A więc nawet jeśli ta sesja była dla nich tylko błyskawicznym zarobkiem (a może nawet darmową przysługą koleżeńską) i nie przykładali się do niej szczególnie, to byli zbyt doświadczonym i utalentowanym zespołem, by odwalić zwykłą chałturę. Co prawda tylko w "Blue World" i w rozpoczętym solówką Garrisona "Traneing In" kwartet pozwala sobie na dłuższe, swobodniejsze improwizacje (aczkolwiek oba są bardziej zwarte od swoich pierwowzorów, ten pierwszy znacznie), ale pozostałe nagrania nie są wcale mniej atrakcyjne. Przepięknie wypadają obie wersje ballady "Naima", prawdopodobnie najsłynniejszego tematu Trane'a. We wszystkich trzech wykonaniach "Village Blues" udało się zachować wyluzowany klimat oryginału, ale słychać też większą dojrzałość, Dedykowany Sonny'emu Rollinsowi "Like Sonny" jeszcze bardziej tutaj zyskuje, brzmiąc zdecydowanie nowocześniej.

Oczywiście, "Blue World" w żadnym razie nie jest wydawnictwem pokazującym twórczość Johna Coltrane'a od nieznanej wcześniej strony, wzbogacającym jakoś wiedzę o tym wybitnym muzyku. Tak naprawdę, nic nowego nie wnosi do jego dorobku. Kompozycje są znane od ponad pół wieku, a choć tutaj brzmią inaczej, to są utrzymane w stylu znanym niemal od tak samo dawna. To bardzo przyjemny materiał, ale jednak publikowanie go jako "nowego albumu" wydaje się przesadą. Bardziej nadawałby się na bonusowy dysk reedycji "Crescent" albo część kompilacji typu zeszłorocznego "1963: New Directions" (na trzech płytach CD zebrano wszystkie znane, studyjne i koncertowe, nagrania Trane'a z 1963 roku). Sam fakt opublikowania tych nagrań bardzo jednak cieszy. W ciągu tych pięćdziesięciu dwóch lat, jakie minęły od śmierci Johna Coltrane'a, wciąż nie pojawił się żaden inny muzyk, który potrafiłby szczelnie wypełnić lukę po nim. Wydawnictw, które po sobie pozostawił, jest wiele - a te najlepsze nie nudzą nawet po dziesiątkach przesłuchań - ale fajnie usłyszeć też coś wcześniej nieznanego.

Ocena: 7/10



John Coltrane - "Blue World" (2019)

1. Naima (Take 1); 2. Village Blues (Take 2); 3. Blue World; 4. Village Blues (Take 1); 5. Village Blues (Take 3); 6. Like Sonny; 7. Traneing In; 8. Naima (Take 2)

Skład: John Coltrane - saksofon tenorowy; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: John Coltrane (1964), Ken Druker (2019)


25 września 2019

[Playlista] Jimi Hendrix - "Strate Ahead" (moja rekonstrukcja czwartego albumu)



Mały bonus na zakończenie poprawek recenzji Jimiego Hendrixa: playlista z najbardziej możliwą  do wykonania rekonstrukcją albumu, nad którym artysta pracował przed śmiercią. Zarówno tytuł, jak i wybór oraz kolejność utworów, są zgodne z notatkami, które Jimi sporządził 14 sierpnia 1970 roku (niewiele ponad miesiąc przed swoją śmiercią). Dla przypomnienia, lista wyglądała tak:
  1. Ezy Ryder
  2. Room Full of Mirrors
  3. Earth Blues
  4. Valleys of Neptune
  5. Straight Ahead
  6. Cherokee Mist
  7. Freedom
  8. Stepping Stone
  9. Izabella
  10. Astro Man
  11. Drifter's Escape
  12. Angel
  13. Bleeding Heart
  1. Burning Desire
  2. Night Bird Flying
  3. Electric Lady
  4. Hear My Train a Comin'
  5. Lover Man
  6. Midnight Lightning
  7. Heaven Has No Tomorrow
  8. Sending My Love
  9. This Little Boy
  10. Locomotion
  11. Dolly Dagger
  12. The New Rising Sun (Hey Baby)

Z oczywistych względów niemożliwe było uwzględnienie czterech utworów. "Heaven Has No Tomorrow" do dziś nie został wydany, choć w archiwach znajduje się wykonanie tego utworu z czerwca 1970 roku, dokonane przez samego Hendrixa. Nic nie wiadomo natomiast o istnieniu takich kompozycji, jak "Electric Lady", "This Little Boy" i "Locomotion". Być może są to alternatywne tytuły znanych utworów, jednak dotąd nie udało się ich zidentyfikować.

Unikając niepotrzebnego kombinowania, dwanaście utworów zaczerpnąłem z wydanej w 1997 roku kompilacji "First Rays of the New Rising Sun" (zbierającej materiał oryginalnie opublikowany na pierwszych pośmiertnych wydawnictwach Hendrixa: "The Cry of Love", "Rainbow Bridge" i "War Heroes"). Utwory "Drifter's Escape", "Bleeding Heart" i "Midnight Lightning" pochodzą z wydanej w tym samym roku kompilacji "South Saturn Delta", "Cherokee Mist" z boksu "The Jimi Hendrix Experience" (2000), tytułowy  i "Lover Man" z "Valleys of Neptune" (2010), "Hear My Train a Comin'" z "People, Hell and Angels" (2013), a "Sending My Love" z "Both Sides of the Sky" (2018). Są to po prostu najbardziej ukończone - nierzadko już po śmierci Jimiego - wersje tych utworów. Choć np. w przypadku "Hear My Train a Comin'" równie dobrze mógłbym wybrać wersję z "Valleys of Neptune" lub z "Both Sides of the Sky", wybrałem jednak tę najbardziej zwartą. Nie wziąłem natomiast pod uwagę materiału z albumów przygotowanych przez Alana Douglasa z użyciem partii zarejestrowanych w połowie lat 70. przez przypadkowych muzyków - dlatego "Midnight Lightning" pojawia się tu w surowej wersji bez sekcji rytmicznej. Najbardziej problematyczne było znalezienie odpowiedniej wersji "Burning Desire". Nagranie z "Loose Ends" (1974) jest fatalnej jakości, dlatego zdecydowałem się na instrumentalną, ale dobrze brzmiącą wersję z boksu "West Coast Seattle Boy" (2010). Razem dało to godzinę i trzydzieści dwie minuty - w sam raz na dwie płyty winylowe, trochę za dużo na pojedynczy dysk CD. 

Oczywiście, gdyby prac nad czwartym albumem Jimiego Hendrixa nie przerwała jego śmierć, ostateczny efekt byłby zupełnie inny od zawartości poniższej playlisty. Wiele utworów zostałoby zupełnie inaczej zmiksowane, część partii zostałaby zastąpiona innymi, zapewne inny byłby też finalny wybór utworów. Jednak to, co zamieściłem na playliście, jest zdecydowanie bliższe temu, co na miesiąc przed śmiercią chciał wydać Hendrix, niż zawartość któregokolwiek z jego pośmiertnych albumów.

Grafika nad tekstem pochodzi z singla "Lover Man" wydanego w 2018 roku, jako zapowiedź "Both Sides of the Sky". Tytuł "Strate Ahead" (sic!) dodałem sam, żeby zakryć oryginalny napis. Taka okładka jest może zbyt psychodeliczna, jak na ten materiał (Hendrix w tym czasie niemal całkiem zrezygnował z psychodelicznych elementów - wyjątkiem "Cheerokie Mist" i "Astro Man"), ale wygląda super.






Więcej na temat nieukończonego albumu w następujących recenzjach:

The Cry of Love (1971)
Rainbow Bridge (1971)
War Heroes (1972)
Loose Ends (1974)
First Rays of the New Rising Sun (1997)
South Saturn Delta (1997)
Valleys of Neptune (2010)
People, Hell & Angels (2013)
Both Sides of the Sky (2018)

24 września 2019

[Recenzja] Neu! - "Neu!" (1972)



W złotym okresie muzyki rockowej - późnych latach 60., wczesnych 70. - działało mnóstwo bardzo wpływowych wykonawców. Jednak niewielu z nich wywarło tak silny i rozległy wpływ, że po pięciu dekadach wciąż inspirują do robienia nowych rzeczy. Niewielu tworzyło muzykę tak wizjonerską, że po tylu latach wciąż brzmiącą niezwykle świeżo i nawet bardziej aktualnie, niż w chwili wydania. Jednym z tych nielicznych zespołów jest krautrockowy duet o jakże adekwatnej nazwie Neu! (stylizowanej na NEU!). Jego wpływu na późniejszą muzykę nie da się przecenić. Był bezpośrednią lub nieświadomą inspiracją dla przedstawicieli tak różnych rodzajów muzyki, jak space rock, ambient, punk rock, post-punk, nowa fala, synth pop, industrial, noise, techno, house czy inne rodzaje muzyki elektronicznej, neo-psychodelii, post-rock, indie rock i zapewne jeszcze wielu innych. Chyba tylko Can odcisnął swoje piętno na muzyce równie mocno.

Historia zespołu sięga końcówki 1970 roku i jest ściśle związana z inną krautrockową legendą Kraftwerk. Perkusista Klaus Dinger załapał się na sesję debiutanckiego, eponimicznego albumu tej grupy, a gitarzysta Michael Rother dołączył niedługo później. Obaj odeszli wkrótce potem, by stworzyć własny projekt. Nazwę Neu! wymyślił Dinger, zainspirowany nagminnym używaniem tego słowa ("Nowość!") przez branżę reklamową, a także zaprojektował popartowe logo. Rother początkowo był przeciwny takiej nazwie, jednak nie był w stanie wymyślić lepszej. W grudniu 1971 roku muzycy weszli do studia, wraz z podebranym Kraftwerk producentem Konradem "Connym" Plankiem. Rola Conny'ego polegała m.in. na byciu mediatorem, gdyż Dinger i Rother nie byli zgodni w kwestii muzycznego kierunku. Pierwsze dni sesji okazały się kompletnie bezproduktywne. Dopiero gdy Dinger przyniósł do studia "japońskie bandżo" (w zależności od źródła było to japońskie koto lub indyjski bulbul tarang), udało się stworzyć kawałek "Negativland". Dalej praca szła już znacznie sprawniej. Nagrano w sumie sześć utworów. Na płycie winylowej umieszczono po trzy na stronie, przy czym te ze strony B tworzą suitę o tytule "Jahresüberblick".

Kluczowymi punktami albumu są dwa najdłuższe, około dziesięciominutowe utwory: "Hallogallo" i wspomniany "Negativland". Klaus Dinger zaprezentował w nich, po raz pierwszy, swój charakterystyczny "motorik" - mechaniczny, wręcz dronowy sposób grania na perkusji, w metrum 4/4, natarczywie się powtarzający, z minimalną ilością urozmaiceń. Nie był to jego całkowicie oryginalny pomysł - podobnie grali już Jaki Liebezeit z Can, a nawet Maureen Tucker z The Velvet Underground - jednak Dinger nadał temu ostateczny szlif. Taki rodzaj rytmu znalazł później szerokie zastosowanie w muzyce elektronicznej, jak choćby techno. W "Hallogallo" motorycznej perkusji towarzyszy kilka ścieżek gitar, i bardziej melodyjnych, i bardziej eksperymentalnych (psychodeliczne zabawy z odwróceniem taśmy), podkreślających zarówno transowy, hipnotyzujący charakter utworu, jak i jego taneczny potencjał. W "Negativeland" perkusja idealnie stapia się z nerwową, ostinatową partią basu, a w tle roi się od przeróżnych szumów, pisków i zgrzytów, tworzonych głównie za pomocą gitary. W przeciwieństwie do pogodnego "Hallogallo", ten utwór może budzić prawdziwy niepokój.

Ale eponimiczny debiut Neu! to nie tylko te dwa utwory. Mocnym punktem jest psychodeliczny, znacznie mniej intensywny, subtelny "Weissensee", który wywołuje dość wyraźne skojarzenia z "Us and Them" Pink Floyd, wydanym dopiero w następnym roku na "The Dark Side of the Moon" (aczkolwiek Brytyjczycy pracowali nad tą kompozycją już wcześniej, więc utwór Niemców mógł jedynie zainspirować ich na etapie aranżacji, o ile nie był to zwyczajny przypadek). Bardziej eksperymentalny charakter ma "Sonderangebot" - niemalże ambientowy, nieco industrialny kolaż dźwiękowy, stworzony wyłącznie za pomocą tradycyjnych instrumentów i studyjnej obróbki, bo muzyków nie było stać na syntezator. W podobnym stylu utrzymany jest też "Im Glück", wzbogacony samplami z głosami i dźwiękami wody, a także z bardziej wyrazistą partią gitary, której delikatna partia nadaje trochę pastoralnego nastroju. Taki klimat powraca w finałowym "Lieber Honig" - to jednak jedyny utwór, do którego nie jestem przekonany. Pojawia się tu naprawdę okropna partia wokalna (jedyna na albumie), której towarzyszy niezbyt interesujący, monotonny i ascetyczny akompaniament gitary. W końcówce wracają dźwięki wody i głosy - jest to jedyny element, który potwierdza, że utwory ze strony B faktycznie tworzą pewną całość.

Debiutancki album Neu! jest może nieco nierówny i pozbawiony spójnej wizji, jednak jego oryginalność i olbrzymi wpływ, jaki wciąż wywiera na muzyce po prawie pięciu dekadach od premiery, to kwestie absolutnie niepodlegające dyskusji. Niewiele było aż tak wizjonerskich dzieł. Niewiele albumów aż tak dobrze zniosło próbę czasu. I dlatego jest to wydawnictwo, którego po prostu wstyd nie znać. Nie każdemu się spodoba, nie każdy musi je polubić, ale docenić powinni wszyscy, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o muzyce z ostatniego półwiecza.

Ocena: 9/10



Neu! - "Neu!" (1972)

1. Hallogallo; 2. Sonderangebot; 3. Weissensee; 4. Jahresüberblick (Part One): Im Glück; 5. Jahresüberblick (Part Two): Negativland; 6. Jahresüberblick (Part Three): Lieber Honig

Skład: Michael Rother - gitara, gitara basowa; Klaus Dinger  - perkusja, gitara, koto
Producent: Konrad "Conny" Plank


22 września 2019

[Recenzja] Cecil Taylor - "Conquistador!" (1966)



Cecil Taylor w 1966 roku nagrał nie jedno, a dwa wiekopomne dzieła, stanowiące niekwestionowany kanon free jazzu. Niespełna pięć miesięcy po sesji "Unit Structures", 6 października pianista wrócił do Van Gelder Studio, gdzie pod okiem Alfreda Liona jako producenta oraz, oczywiście, samego Rudy'ego Van Geldera jako inżyniera dźwięku, zarejestrował materiał na swój drugi album dla Blue Note. Ponownie wsparli go saksofonista Jimmy Lyons, basiści Alan Silva i Henry Grimes oraz perkusista Andrew Cyrille. Tym razem obyło się bez drugiego saksofonisty, natomiast za partie trąbki odpowiada Bill Dixon, znany ze współpracy z Archie'em Sheppem i z własnego dzieła "Intents and Purposes" (którego najstarsze fragmenty zostały zarejestrowane zaledwie cztery dni po sesji u Taylora, 10 października). Album zatytułowano "Conquistador!" i wydano go, najprawdopodobniej, jeszcze w tym samym roku (choć przynajmniej jedno źródło podaje, że ukazał się dopiero w marcu 1968 roku).

Na longplay trafiły tylko dwa obszerne nagrania: blisko osiemnastominutowy "Conquistador" i ponad minutę dłuższy "With (Exit)". Oba o spontanicznej strukturze, ze swobodną grą jednocześnie improwizujących instrumentalistów, a także nierzadko zmieniającym się nastroju (w pierwszym utworze zmiany są nagłe, zaskakujące, drugi natomiast rozwija się w płynniejszy sposób). Partie Taylora jak zwykle zachwycają kreatywnością, chociażby w przenoszeniu na grunt jazzu rozwiązań z XX-wiecznej muzyki poważnej. Jego gra  często zachwyca szybkością i precyzją, jest niepozbawiona agresji, a potężne uderzenia w klawiaturę przypominają raczej grę na perkusji, ale jest w niej też miejsce na subtelność w trakcie wolniejszych fragmentów. Nieustannie towarzyszy mu inteligentne wsparcie rozszerzonej sekcji rytmicznej. Jeden z basistów zwykle gra przenikliwe, wysokie dźwięki smyczkiem, podczas gdy drugi zapewnia solidny "dół", grając palcami. Nie licząc lidera, rola solisty przypada także, co oczywiste, muzykom z sekcji dętej. Lyons preferuje ostre, agresywne solówki, podczas gdy Dixon gra przeważnie bardziej lirycznie, trochę w stylu Milesa Davisa z tego samego okresu. Choć podobnie, jak na "Unit Structure", dzieje się tu naprawdę sporo, "Conquistador!" wydaje się odrobinę łatwiejszy w odbiorze - bardziej przejrzysty, dzięki zmniejszeniu składu i mniejszej ilości grających jednocześnie instrumentów.

Kolejny wielki album wielkiego jazzmana, prawdziwego konkwistadora free jazzu. Moim zdaniem nieznacznie ustępujący swojemu poprzednikowi, ale wciąż jest to pozycja z absolutnego kanonu stylu i całego gatunku. Pozycja wielce rekomendowana.

Ocena: 8/10



Cecil Taylor - "Conquistador!" (1966)

1. Conquistador; 2. With (Exit)

Skład: Cecil Taylor - pianino; Bill Dixon - trąbka; Jimmy Lyons - saksofon altowy; Henry Grimes - kontrabas; Alan Silva - kontrabas; Andrew Cyrille - perkusja
Producent: Alfred Lion


20 września 2019

[Recenzja] Univers Zero - "Univers Zero" (1977)



Sytuacja na rynku fonograficznym dla wykonawców grających niekomercyjną muzykę zaczęła być w drugiej połowie lat 70. coraz trudniejsza. Muzycy brytyjskiej grupy Henry Cow, zmagający się z niechęcią wytwórni płytowych. postanowili stworzyć organizację zrzeszającą podobnych im artystów z całej Europy. Tak narodził się ruch i stowarzyszenie w jednym, któremu nadano nazwę Rock in Opposition. Na początek zaproszono do niego cztery inne zespoły: szwedzki Samla Mammas Manna, włoski Stormy Six, francuski Etron Fou Leloublan, a także belgijski Univers Zero. 12 marca 1978 roku cała piątka wystąpiła razem podczas zorganizowanego w Londynie (z finansową pomocą Arts Council of Great Britain) festiwalu Rock in Opposition. Podobne wydarzenia organizowano w kolejnych miesiącach, a skład stowarzyszenia poszerzył się o belgijki Aksak Maboul, francuski Art Zoyd, a także brytyjski Art Bears, założony przez muzyków rozwiązanego Henry Cow. Organizacja zakończyła działalność pod koniec 1979 roku.

Niniejszą recenzją rozpoczynam nieregularny cykl poświęcony wykonawcom z kręgu RiO. Na początek wybrałem grupę Univers Zero.

Założycielem zespołu jest perkusista Daniel Denis. Muzyczną karierę rozpoczął w wieku siedemnastu lat, zakładając w 1970 roku swoją pierwszą grupę, Arkham (jej nazwa została zaczerpnięta z prozy H.P. Lovecrafta). W tamtym czasie był pod silnym wpływem sceny Canterbury, szczególnie grup Soft Machine i Egg, co słychać na jedynym, eponimicznie zatytułowanym albumie grupy, wydanym dopiero w 2002 roku. Zespół został rozwiązany w 1972 roku, a Denis na krótko zasilił składy francuskiej Magmy i holenderskiego Supersister. Niedługo potem założył własny Necronomicon (nazwa znów zainspirowana została Lovecraftem), który z biegiem czasu i zmieniającego się składu został przemianowany na Univers Zero. Pierwszych nagrań dokonano dopiero po dłuższym czasie, w ciągu trzech sierpniowych dni 1977 roku. Jeszcze w tym samym roku eponimiczny album został wydany w Belgii i Francji, nakładem niezależnych wytwórni. W późniejszych latach był kilkakrotnie wznawiany (także w Stanach i Japonii), czasami pod tytułem "1313", nawiązującym do numeru katalogowego pierwszego wydania belgijskiego (EF 1313).

Utwory zawarte na albumie mają nieprzewidywalne, cały czas się rozwijające struktury. Zupełnie jak u Henry Cow, z tą różnicą, że Univers Zero jeszcze mocniej odchodzi od rocka, przynajmniej w kwestii brzmienia. Choć sekcja rytmiczna zapewnia rockową dynamikę (poza ostatnim, najbardziej kameralnym utworem, "Complainte"), a sporadycznie pojawiają się też partie gitary elektrycznej, to istotną rolę odgrywają tu zupełnie nierockowe instrumenty, jak skrzypce, altówka, wiolonczela, fisharmonia, klawesyn i fagot. Wyraźnie słyszalna jest inspiracja muzyką kameralną, zwłaszcza XX-wieczną i twórczością takich kompozytorów, jak Igor Stravinsky i Béla Bartók, których z kolei inspirowała muzyka ludowa. Stąd i muzyka Univers Zero może kojarzyć się z jakimiś dawnymi obrzędami, co w połączeniu z jej mrocznym nastrojem wywołuje dość upiorne wrażenie. Twórczość zespołu brzmi jak ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego horroru - jednak mistrzostwo w tej dziedzinie muzycy osiągnęli dopiero na późniejszych wydawnictwach.

Eponimiczny album Belgów to intrygujące wydawnictwo, aczkolwiek głównie za sprawą nietypowego (w kontekście rocka) instrumentarium i tworzonego za jego pomocą klimatu, a nie samych kompozycji, którym daleko do błyskotliwości zaprzyjaźnionego Henry Cow. 

Ocena: 7/10



Univers Zero - "Univers Zero" (1977)

1. Ronde; 2. Carabosse; 3. Docteur Petiot; 4. Malaise; 5. Complainte

Skład: Marcel Dufrane - skrzypce; Patrick Hanappier - skrzypce, altówka, wiolonczela; Michel Berckmans - fagot; Emmanuel Nicaise - fisharmonia, klawesyn; Roger Trigaux - gitara; Christian Genet - gitara basowa; Daniel Denis - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Eric Faes


18 września 2019

[Recenzja] Andrew Hill - "Judgment!" (1964)



"Judgment!" to jeden z tych albumów, która można brać w ciemno. Wystarczy spojrzeć na okładkę, ze znaczkiem Blue Note i czterema nazwiskami: Andrew Hill, Bobby Hutcherson, Richard Davis, Elvin Jones. A na odwrocie winylowej koperty pojawia się nie mniej zachęcająca informacja o tym, że nagrań dokonano w Van Gelder Studios, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona, w dniu 8 stycznia 1964 roku. Po takim składzie, miejscu i czasie nagrywania można spodziewać się muzyki na najwyższym poziomie. I to właśnie przynosi ten album.

Na swojej drugiej sesji nagraniowej dla Blue Note pianista Andrew Hill ponownie wystąpił w kwartecie. Tym razem zrezygnował jednak z udziału saksofonu - instrumentu, który zdecydowanie nie był niezbędny dla jego muzyki. Zamiast tego postanowił wykorzystać wibrafon, którego obsługę powierzył coraz bardziej cenionemu w jazzowym środowisku Bobby'emu Hutchersonowi. Było to doskonałe posunięcie. Hill i Hutcherson od razu nawiązali muzyczną nić porozumienia, dzięki czemu ich partie idealnie się dopełniają. Basista Richard Davis (grający już na poprzednim albumie lidera, "Black Fire") i perkusista Elvin Jones również perfekcyjnie odnaleźli się we wspólnym graniu. Interakcja pomiędzy wszystkimi muzykami jest wzorowa.

Album zawiera siedem premierowych kompozycji Hilla, które najprościej można określić jako jazz modalny lub post-bop, choć nie brakuje momentów idących w stronę jazzowej awangardy. Materiał jest zróżnicowany. Otwieracz "Siete Ocho", najbardziej awangardowe tutaj nagranie, jest zarazem intensywny i nastrojowy, z jakby wycofanym liderem, dającym pozostałym muzykom dużo przestrzeni na zaprezentowanie umiejętności, ale dyskretnie prowadzącym utwór zgodnie z własną wizją. Zastosowano tutaj metrum 7/8, do czego nawiązuje hiszpańskojęzyczny tytuł. "Flea Flop" zatytułowano natomiast ze względu na skoczną rytmikę, która muzykom skojarzyła się z pchłami (z którymi mieli nie raz do czynienia, nocując w tanich hotelach i motelach podczas koncertowych wyjazdów). Muzycznie utwór jest bardzo pogodny, może nieco żartobliwy, co jednak nie powstrzymało instrumentalistów przed zaprezentowaniem pełni swoich improwizatorskich umiejętności.

Oznaczający bezsensowną gadaninę tytuł "Yokada Yokada" nawiązuje do rock'n'rollowego przeboju "Yakety Yak", napisanego w 1958 roku przez Jerry'ego Leibera i Mike'a Stollera dla grupy The Coasters. A pod względem muzycznym jest to kolejny nieco żartobliwy kawałek, tym razem bliższy typowego bopu, ze swingującą sekcją rytmiczną i solową partią lidera. Mniej konwencjonalnie robi się dopiero w końcówce, podczas której pojawiają się solówki Jonesa oraz instrumentalny dialog Hilla z Hutchersonem. Nastrojowa ballada "Alfred", zadedykowana producentowi, wyróżnia się subtelną i bardziej oszczędną grą muzyków, dzięki której nagranie nabiera przestrzeni. Żywiołowy utwór tytułowy to kolejny świetny popis instrumentalnej biegłości i zespołowej interakcji, napędzany mocarną grą Jonesa. Tytuł finałowego "Reconciliation" można przetłumaczyć jako pojednanie i dlatego instrumentaliści grają tutaj w większej, niż w pozostałych utworach, harmonii, jednocześnie starając się jak najbardziej urozmaicić swoją grę. Tym razem najlepszy popis solowy daje Davis, choć pozostali muzycy nie zostają daleko w tyle.

"Judgment!" pokazuje doskonałą formę kompozytorską Andrew Hilla i jeszcze lepszą formę instrumentalną całego kwartetu, który fantastycznie ze sobą współpracuje. Album mocno rekomendowany miłośnikom akustycznego jazzu, szczególnie tego ambitnego, ale zarazem przystępnego.

Ocena: 8/10



Andrew Hill - "Judgment!" (1964)

1. Siete Ocho; 2. Flea Flop; 3. Yokada Yokada; 4. Alfred; 5. Judgment; 6. Reconciliation

Skład: Andrew Hill - pianino; Bobby Hutcherson - wibrafon; Richard Davis - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alfred Lion


16 września 2019

[Recenzja] Gong - "Expresso II" (1978)



Niedługo po nagraniu "Gazeuse!"/"Expresso", zespół opuścił kolejny z jego kluczowych członków - występujący w nim od samego początku Didier Malherbe. Wraz z nim odeszli Francis Moze, Allan Holdsworth i Mino Cinelu. Kontrakt wymuszał jednak nagranie jeszcze jednego albumu pod szyldem Gong. Pierre Moerlen, Benoit Moerlen i Mireille Bauer uzupełnili więc skład o amerykańskiego basistę Hansforda Rowe'a, we czwórkę napisali parę nowych kawałków,  a następnie zorganizowali sesję z kilkoma dodatkowymi instrumentalistami, wśród których znaleźli się Holdsworth, Mick Taylor (znany z Bluesbreakers Johna Mayalla i The Rolling Stones) czy grający na skrzypcach Darryl Way (członek Curved Air). Nagrania trwały w lipcu i sierpniu 1977 roku, a w marcu następnego roku album "Expresso II" trafił do sprzedaży.

Tytuł tego wydawnictwa nie jest bynajmniej przypadkowy. Pod względem stylistycznym jest to bezpośrednia kontynuacja kierunku obranego na poprzednim albumie. Całkowicie instrumentalny jazz rock, zbudowany głównie na brzmieniu przeróżnych perkusjonaliów (wibrafonu, ksylofonu, marimby, dzwonków, dzwonów rurowych, kotłów i klawesów), wspartych funkową grą basu i perkusji, ostrymi solówkami gitary oraz okazjonalnie pojawiającymi się skrzypcami, które zajęły miejsce saksofonu. Ten ostatni element nie wpływa na charakter całości. Skrzypce były już zresztą wcześniej obecne w twórczości zespołu (album "Shamal"). Wyraźny jest tu brak nowych rozwiązań, a wręcz można odnieść wrażenie, że całość jest nieco wymuszona, nagrana jedynie w celu wypełnienia kontraktu. Tytuły utworów w rodzaju "Sleepy" czy "Boring" dobrze oddają moje odczucia podczas słuchania tego albumu (choć to wcale nie są jego najgorsze momenty).

Na tle całości dobre wrażenie sprawia rozpoczynająca całość kompozycja Pierre'a Moerlena o również wiele mówiącym tytule "Heavy Tune". Obecnie jest to zresztą jeden z najbardziej znanych utworów Gong (spopularyzowało go zamieszczenie w grze Grand Theft Auto IV). Rytmiczne partie Allana Holdswortha są dość toporne, za to Mick Taylor gra kilka niezłych solówek, a całkiem wyrafinowany podkład rozbudowanej sekcji rytmicznej też wypada bardzo przyjemnie. Dalej jednak brakuje tak wyrazistych momentów. Co najwyżej zdarzają się świetne momenty, jak solówki Darryla Waya w "Sleepy" i "Boring". Nie mogę tego powiedzieć o popisach Holdswortha, który udziela się jeszcze w trzech kawałkach, grając w typowy dla siebie sposób - popisując się techniką, ale tak naprawdę nie mając wiele do zaoferowania, co szczególnie doskwiera w "Three Blind Mice". Natomiast rozszerzona sekcja rytmiczna właściwie w każdym utworze brzmi podobnie, co tylko pogłębia wrażenie monotonii.

Ogólnie album prezentuje podobny poziom do swojego poprzednika. Na minus działa przede wszystkim to, że jest wobec niego wtórny. Ale tam z kolei nie było tak wyrazistego kawałka, jak "Heavy Tune". Na obu albumach największym problemem jest gitara Holdswortha (to zresztą problem każdego wydawnictwa, na jakim wystąpił), natomiast pozostali instrumentaliści spisali się dobrze. Oba "Expresso" mogą ze sobą walczyć o tytuł najsłabszego albumu Gong z lat 70., ale na pewno nie jest to całkiem bezwartościowa muzyka. Raczej taki średniej jakości jazz rock.

Ocena: 6/10



Gong - "Expresso II" (1978)

1. Heavy Tune; 2. Golden Dilemma; 3. Sleepy; 4. Soli; 5. Boring; 6. Three Blind Mice

Skład: Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne; Benoît Moerlen - instr. perkusyjne; Hansford Rowe - gitara basowa, gitara (2)
Gościnnie: François Causse - kongi; Allan Holdsworth - gitara (1,3,4,6); Mick Taylor - gitara (1); Bon Lozaga - gitara (2,3); Darryl Way - skrzypce (3,5)
Producent: Gong i John Wood


14 września 2019

[Recenzja] The Ornette Coleman Quartet - "Ornette!" (1962)



Ornette Coleman za sprawą albumów "The Shape of Jazz to Come" (1959) i "Free Jazz: A Collective Improvisation" (1961) może nie tyle kompletnie zmienił, co ogromnie wzbogacił oblicze muzyki jazzowej. Żadne z jego późniejszych wydawnictw nie było już taką rewolucją. Co bynajmniej nie znaczy, że nie nagrywał już interesującej muzyki. Wręcz przeciwnie i dlatego właśnie zdecydowałem się na kontynuowanie opisywania co ciekawszych pozycji z jego dyskografii.

Album "Ornette!" został zarejestrowany 31 stycznia 1961 roku - niewiele ponad miesiąc po przełomowej sesji "Free Jazz". Tym razem Coleman zdecydował się wrócić do tradycyjnej formuły kwartetu (na poprzedniej sesji grały dwa niezależne kwartety). W towarzyszącym mu składzie ponownie znaleźli się Don Cherry (grający na miniaturowej trąbce z plastiku), perkusista Ed Blackwell i basista Scott LaFaro. Zespół zarejestrował siedem kompozycji Colemana, z których trzy zostały odrzucone ("Check Up" i "The Alchemy of Scott LaFaro" wydano na początku lat 70., odpowiednio na kompilacjach "Twins" i "The Art of the Improvisers", natomiast "Proof Readers" ukazał się dopiero w 1993 roku w boksie "Beauty Is a Rare Thing", później był też dodawany na niektórych kompaktowych reedycjach "Ornette!"). Pozostałe cztery nagrania trafiły na album, gdzie nadano im dość enigmatyczne tytuły "W.R.U.", "T. & T.", "C. & D." i "R.P.D.D.". To akronimy tytułów książek i esejów Sigmunda Freuda: "Wit and its Relation to the Unconscious", "Totem and Taboo", "Civilization and its Discontents" i "Relation of the Poet to Day Dreaming".

Utwory są przeważnie długie - "W.R.U." i "C. & D." trwają po około kwadrans, "R.P.D.D." zbliża się do dziesięciu minut, jedynie "T. & T." trwa niespełna pięć - i wszystkie bez wyjątku mają bardzo swobodny, improwizowany charakter. Nie jest to, z dzisiejszej perspektywy, szczególnie brutalne granie. Podobnie jak wcześniej na "Free Jazz", także tutaj nie brakuje wyraźnych tematów i melodii. Jednocześnie jest to granie niemal całkowicie oddalające się od bopowej tradycji i schematów. Muzycy nie grają swoich solówek po kolei, lecz często improwizują w tej samej chwili, właściwie niezależnie od siebie, pozornie ze sobą rywalizując, ale tak naprawdę uważnie śledząc ruchy pozostałych. Ostre, nieco dysonansowe partie saksofonu i trąbki zdają się walczyć o pierwszeństwo nie tylko ze sobą, ale też z kontrabasem. LaFaro gra w znacznie bardziej solowy sposób, niż jego poprzednik w kwartetach Colemana - Charlie Haden; częściej zapuszczając się w wyższe rejestry, dzięki czemu lepiej go słychać. Błyskotliwa gra Blackwella jest siłą rzeczy na dalszym planie, ale perkusista dostaje parę momentów, w których pozostali instrumentaliści zostawiają go samego - przede wszystkim w "T. & T.", który w znacznej części składa się z jego ciekawej, nieco plemiennej solówki. W pozostałych utworach nie brakuje porywających solówek pozostałych członków kwartetu, ale dominuje w nich jednak kolektywna improwizacja, wypracowana na poprzednim albumie.

"Ornette!" jest albumem nieco prostszym w odbiorze od swojego słynniejszego poprzednika: ze względu na mniejszą ilość improwizujących jednocześnie muzyków, łatwiej ogarnąć wszystko, co się tu dzieje (choć wciąż potrzeba kilka przesłuchań, by nic nie przeoczyć), zaś większa ilość utworów, zamiast jednej improwizacji, zapewnia większą różnorodność. Wciąż jednak jest to bardzo ambitne, niekonwencjonalne granie, którego siłą są nie kompozycje, ale kreatywne improwizacje i solowe popisy. Dla wielbicieli free jazzu jest to rzecz obowiązkowa - ale chyba nie powinienem tego nawet dodawać.

Ocena: 8/10



The Ornette Coleman Quartet - "Ornette!" (1962)

1. W.R.U.; 2. T. & T.; 3. C. & D.; 4. R.P.D.D.

Skład: Ornette Coleman - saksofon altowy; Don Cherry - trąbka; Scott LaFaro - kontrabas; Ed Blackwell - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


12 września 2019

[Recenzja] Michael Hoenig - "Departure from the Northern Wasteland" (1978)



Nazwisko Michael Hoenig pewnie niewielu osobom coś mówi. Jednak lista wykonawców, z którymi współpracował, robi wrażenie. Profesjonalną karierę zaczął jako klawiszowiec krautrockowego Agitation Free, z którym nagrał dwa bardzo udane albumy studyjne. Z zespołu odszedł w 1975 roku (przyczyniając się do jego rozwiązania), gdy otrzymał propozycję dołączenia do Tangerine Dream. Z tą grupą odbył trasę po Australii i Nowej Zelandii, a po powrocie do Europy zdarzył zagrać jeszcze na pojedynczym występie w Londynie, zanim na jego miejsce zdecydował się wrócić Peter Baumann. Hoenig nawiązał wówczas współpracę z Klausem Schulzem, z której niestety nic nie wyszło. Tylko odrobinę bardziej owocna była współpraca z liderem Ash Ra Tempel, Manuelem Göttschingiem - w 1976 roku muzycy zarejestrowali co prawda materiał na album "Early Water", jednak ukazał się on dopiero po dwóch dekadach. Następnym posunięciem w karierze Hoeniga było nagranie albumu solowego.

"Departure from the Northern Wasteland" zdaje się wykorzystywać przede wszystkim doświadczenia zdobyte przez Hoeniga podczas krótkiego pobytu w Tangerine Dream. To doskonały przykład progresywnej elektroniki z tzw. Szkoły Berlińskiej. Większość albumu została zbudowana na transowych, zapętlonych liniach basu z sekwencera, tworzących bogate faktury i stanowiących podkład dla solowych partii syntezatora lub elektrycznych organów. W dwudziestominutowym nagraniu tytułowym udało się stworzyć całkiem intrygujący, melancholijny nastrój. Oprócz brzmień klawiszowych można usłyszeć tu także przetworzone partie gitary Lutza Ulbricha z Agitation Free. Krótszy o połowę "Hanging Garden Transfer" charakteryzuje się większą intensywnością, nieco bardziej zróżnicowaną rytmiką i wyraźniejszą linią melodyczną. Ten ostatni element zostaje jeszcze silniej uwypuklony w niespełna pięciominutowym "Sun and Moon", wyróżniającym się niemalże piosenkowym charakterem. Jednak utworem najbardziej odstającym od pozostałych jest ambientowy, pozbawiony warstwy rytmicznej "Voices of Where". Jest to też jednak najmniej udany tutaj utwór, w którym zabrakło czegoś przyciągającego uwagę (a zabawy taśmą z nagranym głosem w końcówce są tylko niepotrzebnym udziwnieniem).

Debiutancki album Michaela Hoeniga nie dorównuje co prawda największym osiągnięciom Tangerine Dream, Klausa Schulze'a czy Manuela Göttschinga - i jest względem nich wtórny - ale nie powinien rozczarować wielbicieli ambitnej, analogowej elektroniki. "Departure from the Northern Wasteland" w chwili wydania mógł dawać spore nadzieje na przyszłość. Niestety, Hoenig nie zdecydował się rozwijać swojej kariery w tym kierunku. Następny (i ostatni) solowy album, zatytułowany "Xcept One", wydał dopiero pod koniec lat 80. i zdecydowanie nie zbliżył się na nim do poziomu debiutu. Pomysł na połączenie progresywnej elektroniki i ambientu z synthpopem okazał się zupełnie nietrafiony. Pomijając ten pojedynczy wyskok, Hoening po wydaniu "Departure from the Northern Wasteland" skupiał się przede wszystkim na tworzeniu muzyki do filmów i gier komputerowych, okazjonalnie biorąc udział w kolejnych powrotach Agitation Free. Trochę szkoda, że tak potoczyła się kariera tego muzyka, bo zapowiadała się znacznie bardziej obiecująco.

Ocena: 7/10



Michael Hoenig - "Departure from the Northern Wasteland" (1978)

1. Departure From the Northern Wasteland; 2. Hanging Garden Transfer; 3. Voices of Where; 4. Sun and Moon

Skład: Michael Hoenig - instr. klawiszowe, programowanie
Gościnnie: Lutz Ulbrich - gitara (1); Uschi Obermaier - głos (1); Michael Duwe - głos (3)
Producent: Michael Hoenig


10 września 2019

[Recenzja] Prince Lasha Quintet featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)



"The Cry!" mógłby być wspólnym albumem Erika Dolphy'ego i Ornette'a Colemana. To nie zarzut, bowiem Prince Lasha (właśc. William B. Lawsha) i Huey "Sonny" Simmons nie kopiują tutaj słynniejszych muzyków, lecz rozwijają ich pomysły na swój własny sposób. Obaj zresztą mieli okazję współpracować z Dolphym - wzięli udział w sesji, której wynikiem są albumy "Coversations" i "Iron Man". W tym samym czasie, na przestrzeni 1963 roku, wystąpili też na "Illumination!" Elvina Jonesa, a wspólnie z Donem Cherrym i Cliffordem Jordanem zarejestrowali "It Is Revealed". "The Cry!" nagrali jednak jeszcze przed tymi wszystkimi doświadczeniami, 21 listopada 1962 roku. Była to nie tylko ich pierwsza wspólna sesja, ale w ogóle pierwszy ich pobyt w studiu. Z trójki towarzyszących im instrumentalistów - basistów  Gary'ego Peacocka i Marka Proctora oraz perkusisty Gene'a Stone'a - jedynie ten pierwszy miał już za sobą liczne nagrania, choć wciąż był przed swoimi najważniejszymi sesjami (pozostała dwójka nigdy nie zrobiła kariery).

A mimo tego powstał album zachwycający kompozytorską dojrzałością Lashy i Simmonsa (wszystkie utwory są ich autorstwa) i porywającym wykonaniem. Kwintet (w jednym utworze zredukowany do kwartetu, w dwóch do tria) prezentuje tu dość różnorodną muzykę, nie odchodzącą co prawda całkiem od bopowej tradycji, ale wyraźnie kierującą się w stronę jazzowej awangardy. Rewelacyjnie wypada otwierający album "Congo Call", oparty na plemiennej, afrykańskiej rytmice, z hipnotyzującymi partiami dwóch kontrabasów (grający bardziej kreatywnie Peacock został uwypuklony w miksie) i podkreślającymi klimat, melodyjnymi partiami fletu Lashy, ale też niemal freejazzowo ostrymi partiami saksofonu altowego Simmonsa. Album nie zbliża się już więcej do tego poziomu, ale to nie znaczy, że nie dzieją się ciekawe rzeczy. Bardzo dobre wrażenie sprawiają pozostałe utwory zarejestrowane w pełnym składzie: melodyjny "Green and Gold", zadziorniejszy "Ghost of the Past", zabarwiony bluesowo "Red's Mood" oraz utrzymany w latynoskim klimacie "Juanita". We wszystkich świetnie przeplatają się ze sobą ostre dźwięki saksofonu Sonny'ego i łagodne brzmienie fletu Prince'a (z wyjątkiem "Ghost of the Past", w którym ten drugi zagrał na klarnecie basowym), na pozór niezależne od siebie partie obu basistów doskonale się dopełniają, a niebanalna gra Stone'a trzyma wszystko w ryzach.

Finałowy "A.Y.", zarejestrowany bez udziału Proctora, jest już zdecydowanie bardziej tradycyjny w warstwie rytmicznej, ale popisy obu liderów wypadają równie wspaniale, jak w wyżej wspomnianych nagraniach. Na albumie znalazły się również dwa utwory zarejestrowane w trio przez Simmonsa, Peacocka i Stone'a. Najdłuższy na płycie, siedmiominutowy "Bojangles" jest zarazem jednym z jej najbardziej ekspresyjnych fragmentów. Przynajmniej w kwestii partii saksofonu, bo gra sekcji rytmicznej jest bardzo zwarta i tradycyjna, nawet we fragmencie, gdy milknie saksofon. "Lost Generation" zaczyna się natomiast od długiego solowego popisu Sonny'ego, a sekcja rytmiczna dołącza dopiero w drugiej połowie. To najbardziej ukierunkowane na free jazz nagranie z tego albumu, choć nawet tutaj instrumentaliści trzymają się pewnych reguł, nie pozwalając sobie na całkowitą swobodę. To nawet lepiej, bo bardziej radykalne nagranie nie pasowałoby tutaj, a tak zostaje zachowany spójny charakter całości.

"The Cry!" to niesłusznie zapomniana jazzowa perła, którą śmiało można postawić obok ówczesnych dokonań Erica Dolphy'ego, Anthony'ego Williamsa, Grachana Moncura III, Andrew Hilla czy wczesnej twórczości Ornette'a Colemana. To podobna stylistyka i podobny poziom. Bardzo kreatywna, dojrzała i świetnie wykonana muzyka.

Ocena: 8/10



Prince Lasha Quintet featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)

1. Congo Call; 2. Bojangles; 3. Green and Gold; 4. Ghost of the Past; 5. Red's Mood; 6. Juanita; 7. Lost Generation; 8. A.Y.

Skład: Prince Lasha - flet (1,3-6,8), klarnet basowy (4); Sonny Simmons - saksofon altowy; Gary Peacock - kontrabas; Mark Proctor - kontrabas (1,3-6); Gene Stone - perkusja
Producent: Lester Koenig


8 września 2019

[Recenzja] Magma - "Üdü Ẁüdü" (1976)



Podczas nagrywania tego albumu - piątego w studyjnej dyskografii - Magma właściwie nie była zespołem, lecz kilkoma projektami, które łączyła osoba Christiana Vandera. Poszczególne nagrania różnią się składem i swoim charakterem, ale wciąż wpisują się w rozpoznawalny styl zespołu. Dzięki temu, "Üdü Ẁüdü" jest wydawnictwem bardziej różnorodnym od swoich poprzedników, wzbogacającym twórczość zespołu o nowe elementy, dodane do doskonale znanych patentów.

Rozpoczynający całość utwór tytułowy, podpisany przez lidera, powstał w najbardziej rozbudowanym, ośmioosobowym składzie. Utwór wyróżnia się wyjątkowo pogodnym nastrojem, podkreślanym partiami sekcji dętej (saksofonisty Alaina Hatota i trębacza Pierre'a Dutura) oraz żeńskiego chórku (złożonego ze Stelli Vander, Catherine Szpiry i Lucille Cullaz) wspierającego występującego w roli głównego wokalisty Vandera. Towarzyszy temu gra sekcji rytmicznej (z pianistą Michelem Graillierem i powracającym po kilkumiesięcznej przerwie basistą Janickiem Topem), która z jednej strony zachowuje charakterystyczną dla zespołu mechaniczność, a z drugiej brzmi niemalże tanecznie. Zamiast zwyczajowego patosu i ciężaru, typowego dla wcześniejszych dokonań Magmy, ujawniają się wpływy muzyki afrykańskiej (z okolic twórczości Feli Kutiego) i latynoskiego jazzu. Wyszło to naprawdę fajnie.

Kolejny utwór, "Weidorje", został nagrany przez lidera z zupełnie innymi muzykami: wokalistą Klausem Blasquizem (jedynym, oprócz Vandera, członkiem Magmy występującym w niej od początku), basistą Bernardem Paganottim (znanym już z "Live") oraz klawiszowcem Patrickiem Gauthierem (członkiem innej francuskiej grupy, Heldon). Utwór został napisany przez Blasquiza i Paganottiego. To już nagranie bliższe wcześniejszych dokonań zespołu, z bardziej typową warstwą wokalną i instrumentalną, choć wciąż o jakby bardziej piosenkowym charakterze. Uwagę zwraca wzbogacenie brzmienia o syntezator. Co ciekawe, Paganotii i Gauthier niedługo później założyli własny zespół zeuhlowy, którego nazwę zainspirował ten utwór - Weidorje.

Pozostałe nagrania mają już bardziej spójny charakter. Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę, że wszystkie zostały nagrane praktycznie w duecie przez Vandera i Topa, którzy zagrali na wszystkich instrumentach, podzielili się obowiązkami kompozytora (Vander napisał "Tröller Tanz (Troll's Dance)" i "Zombies (Ghost Dance)", a Top - "Soleil d'Ork (Ork's Sun)" i 18-minutowy "De Futura"), jedynie wokalnie wsparł ich Blasquiz. Wszystkie te utwory oparte są na gęstej, transowej grze sekcji rytmicznej, mocno uwypuklonej w miksie, której zwykle towarzyszą nawiedzone partie syntezatora, a także raczej szczątkowe partie wokalne. Nie brakuje różnych smaczków, jak dodanie partii wiolonczeli czy pianina, funkowej rytmiki (to akurat w "Soleil d'Ork"), czy też zwiększenie ciężaru, poprzez nałożenie przesteru na bas. Efekt dalej brzmi jak Magma, ale trochę inaczej, wciąż jednak tak samo intrygująco. Przyczepić mogę się tylko do najdłuższego "De Futura", w którym do pewnego momentu dużo się dzieje, ale później już tylko powracają te same motywy.

"Üdü Ẁüdü" pokazuje, że zespół w drugiej połowie lat 70. wciąż się rozwijał, wzbogacając swoją muzykę o nowe elementy, zachowując jednak rozpoznawalność. Aczkolwiek można się tu doszukać też pewnych zapowiedzi nadchodzącego kryzysu twórczego - niektóre fragmenty wydają się nie do końca przemyślane, a zauważalny, choć jeszcze minimalny zwrot ku bardziej rozrywkowej muzyce też może być wadą dla niektórych słuchaczy. Jednak moim zdaniem, Magma wciąż trzyma tu wysoki poziom.

Ocena: 8/10



Magma - "Üdü Ẁüdü" (1976)

1. Üdü Ẁüdü; 2. Weidorje; 3. Tröller Tanz (Troll's Dance); 4. Soleil d'Ork (Ork's Sun); 5. Zombies (Ghost Dance); 6. De Futura

Skład: Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (1,3,5), wokal (1,3,5), dodatkowy wokal (2); Jannick Top - gitara basowa (1,3-6), wiolonczela (3,5,6), syntezator (4,6), instr. perkusyjne (4), wokal (4,6); Klaus Blasquiz - wokal (2,5,6); Michel Graillier - pianino (1); Patrick Gauthier - instr. klawiszowe (2); Alain Hatot - saksofon (1), flet (4); Pierre Dutour - trąbka (1); Bernard Paganotti - gitara basowa (2), instr. perkusyjne (2), dodatkowy wokal (2); Stella Vander, Catherine Szpira, Lucille Cullaz  - dodatkowy wokal (1)
Producent: Giorgio Gomelsky

Po prawej: okładka pierwszego wydania.


6 września 2019

[Recenzja] Miles Davis - "Rubberband" (2019)



Nowy album Milesa Davisa z premierowym materiałem w 2019 roku? Świetna wiadomość!

Do czasu odkrycia, że to materiał zarejestrowany w połowie lat 80.

Cóż, nie jestem entuzjastą twórczości trębacza z okresu po jego powrocie na scenę we wspomnianej dekadzie. O ile nagrane na samym jej początku albumy "The Man With the Horn", "We Want Miles" i "Star People" stanowią nie najgorszą próbę połączenia davisowskiego fusion z ówczesnym mainstreamem (oczywiście, odbiło się to na walorach artystycznych, z zyskiem dla przystępności), tak kolejne wydawnictwa właściwie idą w stronę najzwyklejszego popu. Albumy "You're Under Arrest" (1985) i "Tutu" (1986) to zupełnie niewymagająca, nieangażująca muzyka, w sam raz dla snobów, chcących sprawiać wrażenie wyrafinowanych melomanów słuchających jazzu, a gdyby puścić im "Bitches Brew", "On the Corner" czy, powiedzmy, "Nefertiti", to wymiękliby po minucie. Najpóźniej.

Materiał zawarty na "Rubberband" powstał pomiędzy dwoma wspomnianymi wyżej albumami - sesje odbywały się od października 1985 do stycznia następnego roku. Nagrania miały trafić na pierwsze wydawnictwo Davisa dla Warner Bros., jednak przedstawiciele wytwórni nie byli zadowoleni efektami sesji. Trębacz rozpoczął pracę od podstaw, a rezultat trafił na "Tutu". Innymi słowy, "Rubberband" to materiał, który uznano za słabszy od miałkiego "Tutu". A to mówi nawet więcej, niż fakt, że dopiero po trzydziestu pięciu latach zdecydowano się wygrzebać go z archiwum i przygotować do wydania. Ponieważ album nie został wówczas ukończony, konieczne było nagranie dodatkowych partii i zmiksowanie całości, nad czym czuwali producenci oryginalnej sesji, Randy Hall i Zane Giles, a także Vince Wilburn Junior - bratanek Milesa i jego perkusista w tamtym okresie. Część materiału została uwspółcześniona brzmieniowo i równie dobrze mogłaby być nagrana wczoraj, ale nie brakuje też bardzo ejtisowych momentów (na czele z "This Is It" i "Carnival Time"). Jak bardzo ostateczny efekt może odbiegać od pierwotnej wizji trębacza? Pewne pojęcie na ten temat dają spinające album "Rubberband of Life" i "Rubberband" - pierwszy z  nich jest współczesnym remiksem, drugi oryginalnym miksem tego samego nagrania (obie wersje, a także parę innych miksów, wydano już w zeszłym roku na EPce z okazji Record Store Day), a brzmią jak nagrania z zupełnie innej epoki.

W zasadniczych kwestiach zawarta tu muzyka nie różni się jednak od tego, co Davis zaprezentował na "You're Under Arrest" i "Tutu". To właściwie zwyczajny pop - z wyraźnymi wpływami funku, soulu, muzyki karaibskiej i latynoskiej czy ówczesnej elektroniki - tylko w większości instrumentalny. W większości, bo do niektórych utworów dodano partie wokalne w wykonaniu Ledisi ("Rubberband of Life"), Mediny Johnson ("Paradise"), Lalah Hathaway ("So Emotional") i Randy'ego Halla ("I Love What We Make Together"). Taki był zresztą oryginalny zamysł Milesa, choć wówczas planowano zaangażować Ala Jarreau i Chakę Khan. Partie trąbki nie nadają tej muzyce bardziej jazzowego charakteru, lecz są dopasowane do popowej stylistyki. W utworach instrumentalnych zdają się zastępować linie wokalne, natomiast w tych ze śpiewem pełnią rolę ozdobników, podobnie jak dęciaki w smooth jazzie (do tego stylu spokojnie można zakwalifikować "So Emotional"). Sama gra Davisa może się podobać, choć jest oczywiście bardziej zachowawcza, w porównaniu z tym, co robił jeszcze dekadę wcześniej. Również pozostali instrumentaliści nie mają tu wiele do zaprezentowania - grają w bardzo bezpieczny, nieskomplikowany sposób, ograniczając się do bycia akompaniatorami lidera i wokalistów. Jest to typowa muzyka tła, którą można puścić w supermarkecie albo podczas snobistycznego przyjęcia. Wszystko jest u wygładzone, żeby nie przestraszyć przypadkowego słuchacza, a jednocześnie tak skrojone, żeby sprawiać wrażenie bardziej wyrafinowanego, niż jest w rzeczywistości.

"Rubberband" to próba dotarcia z muzyką Milesa Davisa do współczesnego słuchacza. Szkoda tylko, że za pomocą materiału, który nie pokazuje twórczości trębacza od najlepszej strony. Może i nie jest to album gorszy od "You're Under Arrest" i "Tutu", może nawet minimalnie lepszy, ale to wciąż nieporównywalnie słabsza muzyka od najlepszych dokonań trębacza. Nie ma tu nic z dawnej kreatywności, ekscytujących improwizacji i zaskakujących eksperymentów. W latach 80. Davis całkowicie porzucił swoje artystyczne ambicje i zaczął grać prostszą, bezpieczną, zgodną z ówczesnymi trendami muzykę. I niespecjalnie potrafił się w niej odnaleźć.

Osobom, chcącym zapoznać się z twórczością Milesa Davisa, polecam sięgnąć po jego wybitne dokonania zarejestrowane w latach 1957-75. Dla rockowych słuchaczy na początek poleciłbym albumy "Jack Johnson" i "In a Silent Way", a słuchaczom preferującym współcześniejsze, bardziej elektroniczne brzmienia - "On the Corner". Później można iść w dwóch kierunkach (jednocześnie lub po kolei): poznać pozostałe wydawnictwa z tzw. elektrycznego okresu oraz wcześniejsze, stricte jazzowe albumy. To muzyka, która stawia przed słuchaczem wymagania, ale gdy już uda mu się ją zrozumieć, zapewni mu znacznie większe estetyczne (a może i emocjonalne) doznania, niż obcowanie z "Rubberband".

Ocena: 5/10



Miles Davis - "Rubberband" (2019)

1. Rubberband of Life; 2. This Is It; 3. Paradise; 4. So Emotional; 5. Give It Up; 6. Maze; 7. Carnival Time; 8. I Love What We Make Together; 9. See I See; 10. Echoes in Time / The Wrinkle; 11. Rubberband

Skład: Miles Davis - trąbka i instr. klawiszowe; Glen Burris - saksofon; Michael Paulo - saksofon; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Neil Larsen - instr. klawiszowe; Wayne Linsey - instr. klawiszowe; Randy Hall - gitara, wokal (8);  Attila Zane Giles - gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe; Felton Crews - gitara basowa Cornelius Mims - gitara basowa; Vince Wilburn - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Reid - instr. perkusyjne
Gościnnie: Ledisi - wokal (1); Medina Johnson - wokal (3); Lalah Hathaway - wokal (4)
Producent: Randy Hall, Attila Zane Giles i Vince Wilburn


4 września 2019

[Recenzja] Andrew Hill - "Black Fire" (1964)



Andrew Hill to jeden z najzdolniejszych i najbardziej cenionych pianistów oraz kompozytorów nowoczesnego jazzu. Niespecjalnie jednak przekładało się to na jego popularność. Być może dlatego, że podobnie jak chociażby Eric Dolphy, tworzył muzykę zbyt awangardową dla mainstreamu, a jednocześnie zbyt mainstreamową dla awangardy. Na pewno nie pomagał fakt, że Hilla rzadko można było usłyszeć na płytach innych jazzmanów. Spośród tych kilku, na których zagrał, najbardziej znane są chyba "Our Thing" Joego Hendersona i "Dialogue" Bobby'ego Hutchersona, a więc zdecydowanie nie pierwsza liga, jeśli brać pod uwagę samą popularność. Z drugiej strony, na jego własnych albumach można usłyszeć wielu wybitnych i bardziej od niego samego znanych instrumentalistów, co pokazuje, jak wielkim uznaniem cieszył się w środowisku jazzowym.

Pierwszy autorski album Andrew Hilla, "So in Love", został nagrany jeszcze w latach 50. Jednak jego działalność na dobre zaczęła się kilka lat później, po podpisaniu kontraktu z Blue Note. W latach 60. pianista nagrał dla tej wytwórni całą serię interesujących albumów, rozpoczętą wydawnictwem zatytułowanym "Black Fire". Materiał - siedem autorskich kompozycji Hilla - został zarejestrowany w dniach 8-9 listopada 1963 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera. W nagraniach wzięli udział muzycy z najwyższej półki: saksofonista Joe Henderson, basista Richard Davis i perkusista Roy Haynes. Ten ostatni dołączył w ostatniej chwili, gdyż oryginalnie w sesji miał wziąć udział Philly Joe Jones, były członek Pierwszego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa (w tamtym czasie po prostu Wielkiego Kwintetu).

Album zachwyca przede wszystkim doskonałą współpracą i interakcja Hilla, Davisa i Haynesa. Może nie freejazzowo wyzwolone, ale dostatecznie rozluźnione podejście do rytmu daje im bardzo dużą swobodę do improwizacji, z czego ochoczą korzystają. Z drugiej strony, podejście do struktur, harmonii i tonalności jest tutaj bardziej tradycyjne, nieodbiegające od typowego jazzu modalnego. Żaden z tej trójki muzyków nie ogranicza się do prostego akompaniamentu, każdy z nich przez cały czas gra tak, żeby przytrzymać uwagę słuchacza, a jednocześnie nie czuć tu jakiejś rywalizacji, lecz wyważoną kooperację. Tym samym całość jest bardzo zwarta. Również Henderson świetnie porozumiewa się z pozostałymi instrumentalistami. Jednak jego rola na tym albumie jest nieco problematyczna, bowiem ogranicza się praktycznie do grania tematów (bardzo zgrabnych, choć to zasługa kompozytora), a więc przez większą część trwania poszczególnych utworów jest całkowicie nieobecny (wyjątek stanowi krótka ballada "McNeil Island"). I tutaj nasuwa się pytanie, po co w ogóle angażować saksofonistę tej klasy, skoro nie dano mu zagrać żadnej solówki? A może to on sam podjął taką decyzję? Album na pewno nie traci na jego obecności, ale gdyby zagrał tu trochę mniej uzdolniony saksofonista, albo nawet w ogóle nie było tego instrumentu, to longplay byłby zapewne tak samo dobry, bo jego siła tkwi w grze pozostałych muzyków.

Nie opisuję poszczególnych kompozycji, bo w przypadku tak równego materiału nie miałoby to najmniejszego sensu. "Black Fire" pokazuje Andrew Hilla jako świetnego kompozytora i instrumentalistę. Richard Davis i Roy Haynes nie pozostają tu w tyle, a ich wzorowa współpraca z liderem jest największą zaletą tego albumu. Jedynie Joe Henderson nie bardzo mógł się tutaj wykazać, ale nie powinno mieć to wpływu na odbiór całości. Ogólnie jest to bardzo przyjemny, niby zwyczajny, ale jednak nie do końca konwencjonalny jazz, pokazujący dużą kreatywność muzyków.

Ocena: 8/10



Andrew Hill - "Black Fire" (1964)

1. Pumpkin'; 2. Subterfuge; 3. Black Fire; 4. Cantarnos; 5. Tired Trade; 6. McNeil Island; 7. Land of Nod

Skład: Andrew Hill - pianino; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Richard Davis - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Alfred Lion


2 września 2019

[Recenzja] Steve Hillage - "L" (1976)



Steve Hillage swój pierwszy solowy album, "Fish Rising", nagrał w czasie, gdy wciąż był członkiem Gong (zresztą korzystając ze wsparcia znacznej części ówczesnego składu tej grupy). Niedługo później odszedł z zespołu - zabierając ze sobą swoją partnerkę, Miquette Giraudy - decydując się na rozwój solowej kariery. Wkrótce potem nawiązał kontakt z amerykańskim muzykiem i producentem Toddem Rundgrenem. Początkowo wyłącznie listowny, jednak po krótkiej wymianie korespondencji, Hillage, wraz z Giraudy, udali się do Stanów, gdzie miał powstać drugi album gitarzysty. Rundgren objął funkcję producenta. Ponadto, zaangażował do udziału w nagraniach członków swojej grupy Utopia: klawiszowca Rogera Powella, basistę Kasima Sultona i perkusistę Johna Wilcoxa. W sesji wzięło też udział kilku gości, w tym słynny jazzowy trębacz, a właściwie multiinstrumentalista, Don Cherry.

Na albumie zatytułowanym "L" znalazło się sześć utworów, z których połowę stanowią przeróbki cudzych kompozycji. I tak już na otwarcie pojawia się "Hurdy Gurdy Man" z repertuaru szkockiego piosenkarza Donovana. Wersja Hillage'a różni się przede wszystkim dłuższymi solówkami lidera, a także bogatszym, bardziej przestrzennym brzmieniem, w którym istotną rolą odgrywają syntezatory, a także prawdziwe hurdy gurdy, czyli XV-wieczna lira korbowa (w oryginale jest sitar, czyli instrument zupełnie innego pochodzenia). Zdecydowania mniej zyskuje kompozycja George'a Harrisona, "It's All Too Much", która tylko delikatnie, znów za sprawą (lepszego) brzmienia, różni się od wersji The Beatles. Razi zbyt toporna perkusja i zastąpienie trąbki jej imitacją z syntezatora (a przecież w studiu był obecny Cherry!), za to na korzyść wyszło dodanie gitarowej solówki. Trzeci cudzes to dla odmiany nie reprezentant muzyki popularnej, ale indyjska mantra "Om Nama Shivaya". Uduchowiony nastrój podkreślają partie tambury (w wykonaniu Cherry'ego) i tabli, ale już po chwili nagranie nabiera rockowej dynamiki. Fajnym pomysłem było podzielenie partii wokalnej pomiędzy Hillage'a i Giraudy. Szkoda tylko, że utwór trwa niewiele ponad trzy minuty, bo potencjału starczyłoby na więcej.

Kompozycja lidera, "Electrick Gypsies", została zbudowana na niewykorzystanym pomyśle z czasów, gdy muzyk występował w grupie Khan. Tytuł nie przypadkiem wywołuje skojarzenia z twórczością Jimiego Hendrixa, którego wpływ jest wyraźnie słyszalny w partiach gitarowych. Ale już brzmienie syntezatorów nadaje unikalnego charakteru. Szkoda tylko, że melodyjnie kawałek jest po prostu banalny. Dwa pozostałe, najdłuższe utwory, podpisane wspólnie przez Hillage'a i Giraudy, odchodzą od piosenkowych form, na rzecz bardziej improwizowanego charakteru. "Hurdy Gurdy Glissando" - jam luźno oparty na "Hurdy Gurdy Man" - nie przypadkiem przywołuje w tytule skojarzenia z twórczością Gong. Tych nie brakuje bowiem także w warstwie muzycznej, za sprawą kosmicznych brzmień klawiszy i charakterystycznych wokali. Orientalizujący nastrój (podkreślany dzwonkami tybetańskimi, na których zagrał Cherry) przywodzi na myśl "A Sprinkling of Clouds", natomiast funkowa rytmika kojarzy się z "Isle of Everywhere". Jest to na pewno udana, choć niezbyt oryginalna, kontynuacja stylistyki "You". Tytuł "Lunar Musick Suite" nawiązuje z kolei do "Solar Musick Suite" z "Fish Rising", choć oba nagrania mają inny charakter. Tutejszy utwór jest w znacznej części instrumentalny, ma mroczniejszy nastrój, a gra muzyków jest bardziej intensywna. Niestety, także mniej wyrafinowana - muzycy Utopii wypadają bardzo blado przy członkach Gong. Sytuację ratują partie Hillage'a i Cherry'ego, który w końcu gra na swoim podstawowym instrumencie.

"L" to przyjemny album, jednak wyraźnie widać tu brak pomysłów na nowe utwory (repertuar składa się z przeróbek, utworu opartego na niewykorzystanym wcześniej motywie, a także dwóch utworów jawnie nawiązujących do wcześniejszych dokonań) i brak świeżych rozwiązań (jeśli pominąć niewielki udział mniej typowych instrumentów). Longplay okazał się jednak największym sukcesem w solowej karierze Steve'a Hillage'a, utrzymując się przez dwanaście tygodni na brytyjskiej liście i dochodząc do 10. miejsca. Jak widać, nie zawsze trzeba wielkiego nakładu pracy, by zdobyć rozgłos. Nie znaczy to, że "L" jest kiepskim wydawnictwem. Jednak Hillage'a stać na więcej, co wielokrotnie udowodnił i wcześniej, i później. 

Ocena: 7/10



Steve Hillage - "L" (1976)

1. Hurdy Gurdy Man; 2. Hurdy Gurdy Glissando; 3. Electrick Gypsies; 4. Om Nama Shivaya; 5. Lunar Musick Suite; 6. It's All Too Much

Skład: Steve Hillage - wokal, gitara, syntezatory, shehnai; Miquette Giraudy - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Roger Powell - instr. klawiszowe; Kasim Sulton - gitara basowa; John Wilcox - perkusja; Don Cherry - trąbka, tambura, dzwonki, głos; Larry Karush - tabla; Sonja Malkine - lira korbowa
Producent: Todd Rundgren