30 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Future Games" (1971)



Nieczęsto się zdarza, by założyciel zespołu był pierwszym członkiem, jaki go opuścił. Tak jednak stało się w przypadku Fleetwood Mac. Peter Green został usunięty ze składu, gdy jego narkotykowe uzależnienie i pogarszający się stan zdrowia psychicznego, stały się zagrożeniem dla dalszej działalności. Niedługo później ze składem rozstał się także Jeremy Spencer. Podczas trasy koncertowej w lutym 1971 roku poinformował pozostałych muzyków, że idzie po gazetę, po czym już nie wrócił... Po kilku dniach szalonych poszukiwań okazało się, że wstąpił do religijnego ruchu Children of God, rezygnując z muzycznej kariery. Co ciekawe, zespół zwrócił się wówczas do Greena, aby wziął udział w pozostałych zaplanowanych koncertach, na co gitarzysta chętnie przystał. Było to jednak rozwiązanie tymczasowe. Po zakończeniu trasy postanowiono zebrać nowy skład. Do Micka Fleetwooda, Johna McVie i Danny'ego Kirwana oficjalnie dołączyła współpracująca z grupą od dłuższego czasu pianistka Christine Perfect - teraz już Christine McVie - a także gitarzysta Bob Welch. Latem 1971 roku odświeżony zespół zabrał się do pracy nad nowym albumem, który ukazał się już we wrześniu, pod tytułem "Future Games".

Gdy tylko zabrakło w grupie Petera Greena i Jeremy'ego Spencera, pozostali muzycy praktycznie natychmiast odeszli od swoich bluesowych korzeni, na rzecz zwykłego rocka. Już wtedy zdradzając wyraźne ciągoty w bardziej popowym kierunku i nastawienie na amerykański rynek. Na repertuar złożyły się trzy kompozycje Kirwana oraz po dwie Christine McVie i Welcha. Kompozytorzy sami zaśpiewali w swoich utworach. Co nie było najlepszym rozwiązaniem. O ile gitarzyści poradzili sobie całkiem przyzwoicie, tak wysilony śpiew McVie wypada dużo słabiej. Zresztą obie jej kompozycje - bardziej rockowy "Morning Rain" i popowy "Show Me a Smile" - wypadają po prostu banalnie. Tylko odrobinę lepiej poradził sobie Welch. Tytułowy "Future Games" ma całkiem zgrabne zwrotki, ale przeciągnięty, mdły refren brzmi już okropnie; w dodatku całość jest strasznie rozwleczona, zawierając znacznie mniej treści, niż należałoby się spodziewać po nagraniu trwającym ponad osiem minut. Z kolei "Lay It All Down" to dość sztampowy, quasi-hardrockowy (niby ciężki, z typowymi dla tego stylu riffami i zagrywkami, ale bardzo wygładzony produkcyjnie) kawałek, który przynajmniej wnosi na ten album trochę więcej energii.

Honoru grupy broni Kirwan. Co prawda i jemu zdarzył się jeden gniot (zalatujący country "Sometimes", który spokojnie mógłby skończyć się po dwóch minutach, a trwa niemal trzy razy tyle), ale dwie pozostałe kompozycje jego autorstwa są najlepszymi na płycie. "Woman of 1000 Years" i "Sands of Time" posiadają zgrabne melodie i przyjemne brzmienie, w którym istotną rolę odgrywają czyste partie gitary i instrumenty klawiszowe, ale nie brakuje także ostrzejszych solówek i wyrazistej gry sekcji rytmicznej. Oba nagrania bardzo mocno kojarzą się z tymi pastoralnymi utworami Wishbone Ash, "Sands of Time" mógłby w identycznej aranżacji trafić na któryś z wczesnych albumów tamtej grupy (najbardziej pasowałby chyba na "Wishbone Four"). Moim zdaniem jest to najlepsze nagranie Fleetwood Mac bez Petera Greena - szkoda tylko, że tak mocno kojarzy się z twórczością innego wykonawcy. Na albumie znalazł się także instrumentalny jam "What a Shame", podpisany przez cały skład. Ten trwający niewiele ponad dwie minuty kawałek powstał tylko dlatego, że przedstawiciele wytwórni odmówili wydania longplaya z siedmioma nagraniami. Warto odnotować gościnny udział saksofonisty Johna Perfecta, ale sam kawałek jest typowym zapychaczem, nie oferującym nic ciekawego ani pod względem melodycznym, ani technicznym, ani żadnym innym.

"Future Games" to oznaka kryzysu, który miał się jeszcze bardziej pogłębiać wraz z kilkoma następnymi albumami, zanim zespół przekształcił się w popową megagwiazdę (aczkolwiek mnie ten późniejszy okres kompletnie nie interesuje). Nic w tym dziwnego, skoro w zespole nie było już głównego kompozytora, a Bob Welch i Christine McVie, próbujący go zastąpić także w tej roli, poradzili z tym sobie, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Jedynie Danny Kirwan - który już wcześniej miał istotny wkład kompozytorski - uratował ten album przed kompletną klapą. Choć i jego utwory nie są przecież pozbawione wad. Wykonanie całego longplaya jest raczej przeciętnie, jedynie momentami robi nieco lepsze wrażenie (głownie w dwóch chwalonych przeze mnie kompozycjach Kirwana). O aranżacjach i brzmieniu nie ma nawet co wspominać, bo są typowe dla ówczesnego (pop)rockowego mainstreamu, absolutnie niczym nie zwracając uwagi. "Future Games" to w znacznej części zupełnie bezbarwne granie, z paroma przebłyskami i w sumie niewieloma momentami, które są bardzo złe, ale całość nadaje się co najwyżej do puszczenia w tle. Nie sądzę jednak, bym kiedykolwiek wybrał do słuchania w tle właśnie ten album.

Ocena: 5/10



Fleetwood Mac - "Future Games" (1971)

1. Woman of 1000 Years; 2. Morning Rain; 3. What a Shame; 4. Future Games; 5. Sands of Time; 6. Sometimes; 7. Lay It All Down; 8. Show Me a Smile

Skład: Danny Kirwan - gitara, wokal (1,5,6); Bob Welch - gitarawokal (4,7); Christine McVie - instr. klawiszowe, wokal (2,8); John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Perfect - saksofon (3)
Producent: Fleetwood Mac


Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


29 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Death Walks Behind You" Atomic Rooster

Większość okładek powstaje specjalnie z myślą o danym wydawnictwie. Czasem zdarza się jednak, że wykorzystywane jest dzieło istniejące już wcześniej. Tak było chociażby przypadku okładki albumu "Death Walks Behind You" zespołu Atomic Rooster, na której wykorzystano obraz "Nabuchodonozor" Williama Blake'a.


William Blake (1757-1827) to słynny angielski poeta, pisarz, malarz, rytownik, drukarz i mistyk. Zaliczany bywa do tzw. "poetów wyklętych" - ze względu na liczne skandale obyczajowe, ich twórczość była odrzucana przez współczesnych, dopiero po śmierci zyskiwała popularność. Obraz "Nabuchodonozor" powstał w 1795 roku. Przedstawia króla Babilonii, Nabuchodonozora II, a konkretnie zainspirowany został następującym fragmentem Biblii z Księgi Daniela: Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba go obmywała. Włosy jego urosły [niby] pióra orła, paznokcie zaś jego jak [pazury] ptaka (Dn 4,30).

William Blake - "Nabuchodonozor" (1795).

Twórczość Blake'a inspirowała wielu rockowych wykonawców - od muzyków The Doors, którzy nazwę zespołu zaczerpnęli z aforyzmu Blake'a (Gdyby drzwi percepcji zostały oczyszczone, każda rzecz jawiłaby się człowiekowi taką, jaką jest, nieskończoną), przez supergrupę Emerson, Lake & Palmer, która nagrała własną wersję hymnu "Jerusalem" (poemat "And Did Those Feet in Ancient Time" Blake'a z 1804 roku, do którego w roku 1916 Charles Hubert Hastings Parry dopisał muzykę), aż po wokalistę Iron Maiden, Bruce'a Dickinsona, który jeden ze swoich solowych albumów, "The Chemical Wedding", w całości poświęcił Blake'owi.


Z Blakem zetknąłem się jeszcze w dzieciństwie, kiedy kupiłem płytę zespołu Atomic Rooster - przyznawał Dickinson. Na jej okładce widniała reprodukcja obrazu Blake'a zatytułowanego "Nabuchodonozor", który bardzo mnie zaintrygował. Jakiś czas później, z czystej ciekawości, sięgnąłem po tomik jego wierszy i doznałem olśnienia. Blake stał się moim duchowym przewodnikiem, a jego twórczość niewyczerpanym źródłem inspiracji. Na okładce "The Chemical Wedding" znalazł się przetworzony fragment innego obrazu Blake'a, "Duch pchły" (w oryginale brzmi to lepiej: "The Ghost of the Flea"). Obraz powstawał w latach 1819-20. "Duch pchły" podobno nawiedził Blake'a w jego mieszkaniu. Po sugestii znajomego, postanowił namalować portret zjawy, gdy tylko ta ponownie się ukaże. Nie była to jedyna wizja Blake'a - już od dzieciństwa widział rożne dziwne rzeczy, przez co często był uważany za szaleńca.

Album "The Chemical Wedding" nie był bynajmniej pierwszym, na którym wykorzystano obraz "The Ghost of the Flea". W 1978 roku został wykorzystany przez mało znaną grupę ze sceny Canterbury, Gilgamesh, na ich drugim albumie, "Another Fine Tune You've Got Me Into".




Kliknij, aby przeczytać recenzje "Death Walks Behind You" lub "The Chemical Wedding".

28 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)



"The Original Fleetwood Mac" to kolejna składanka w dorobku Fleetwood Mac. Ciekawe, że na tamtym etapie kariery, zespół miał w dyskografii więcej kompilacji, niż regularnych albumów. Jednak tym razem uwzględniono wyłącznie materiał nigdy wcześniej niepublikowany, co znacznie zwiększa wartość tego wydawnictwa. Utwory zostały zarejestrowane podczas różnych sesji, w latach 1967-68. Najstarsze nagrania pochodzą z sierpnia 1967 roku, gdy grupa jeszcze formalnie nie istniała. Peter Green, John McVie i Mick Fleetwood byli wtedy wciąż członkami zespołu Johna Mayalla. Lider pozwolił im wykorzystać część swojego czasu studyjnego. Rezultatem były dwa utwory: zadziorny instrumental "Fleetwood Mac" - nazwany tak przez Greena na cześć sekcji rytmicznej - wyróżniający się świetnymi solówkami lidera na gitarze i harmonijce, a także bardzo typowa bluesowa ballada "First Train Home". To właśnie po ich nagraniu Green podjął decyzję o stworzeniu własnego zespołu, w skład którego mieli wejść także Fleetwood i McVie.

Pozostałe utwory zostały zarejestrowane już jako prawdziwy zespół, którego składu dopełnił Jeremy Spencer. Nagrania powstały na przestrzeni kilku miesięcy, w trakcie prac nad albumami "Fleetwood Mac" i "Mr. Wonderful". Nie są to jednak typowe odrzuty, bo kompozycje trzymają wysoki poziom, a czasem nawet przewyższają kawałki, które trafiły na wspomniane wydawnictwa. Naprawdę trudno zrozumieć dlaczego podczas układania tracklisty debiutanckiego longplaya nie uwzględniono takich utworów, jak ciężki blues "Drifting", z elektryzującymi solówkami Greena, czy przepięknej ballady "A Fool No More" (ponad dekadę później nagranej przez Petera na jego drugi solowy album, "In the Sky", w jeszcze bardziej poruszającej wersji). Niewiele ustępuje im żywiołowy instrumental "Watch Out". Z sesji "Mr. Wonderful" ostał się natomiast bardzo dobry "Worried Dream" - kolejna bluesowa ballada, zgrabnie dopełniona partiami pianina w wykonaniu Christine Perfect. Album zawiera także kilka nagrań z udziałem Spencera. Akustyczne bluesy "Mean Old Fireman" i "Allow Me One More Show", oba zarejestrowane bez pomocy pozostałych muzyków, oraz rockandrollowy "Can't Afford to Do It" urozmaicają całość, jednak najlepiej wypada "Love That Woman" - przyjemny blues o zdecydowanie "bielszym" odcieniu, niż pozostałe nagrania grupy z tego wczesnego okresu.

"The Original Fleetwood Mac" to bardzo dobre uzupełnienie dyskografii Fleetwood Mac. Longplay spokojnie mógł ukazać się pomiędzy "Mr. Wonderful" i "Then Play On" jako regularny album - pewnie nikomu nie przyszłoby na myśl, że to zbiór pozostałości po poprzednich sesjach.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)

1. Drifting; 2. Leaving Town Blues; 3. Watch Out; 4. A Fool No More; 5. Mean Old Fireman; 6. Can't Afford to Do It; 7. Fleetwood Mac; 8. Worried Dream; 9. Love That Woman; 10. Allow Me One More Show; 11. First Train Home; 12. Rambling Pony #2

Skład: Peter Green - wokal i gitara (1-4,6-8,11-12), harmonijka (7,12); John McVie - bass (1-4,6-9,11,12); Mick Fleetwood - perkusja (1-4,6-9,11,12); Jeremy Spencer - wokal i gitara (5,6,9,10), pianino (9)
Gościnnie: Christine Perfect  - pianino (8)
Producent: Mike Vernon


26 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)



Tytuł mówi wszystko. To po prostu składanka największych hitów Fleetwood Mac zarejestrowanych do 1971 roku. A więc głównie w bluesowym okresie, gdy grupą dowodził Peter Green. Jest to jednak pozycja o tyle godna uwagi, że zawiera przede wszystkim utwory wcześniej wydane wyłącznie na singlach, ewentualnie na innych kompilacjach. "Greatest Hits" stanowi zatem doskonałe uzupełnienie pierwszych trzech albumów zespołu. I zdecydowanie nie należy traktować tego wydawnictwa wyłącznie jako suplementu dla największych fanów, gdyż owe niealbumowe przeboje nierzadko okazują się ciekawsze od nagrań, które trafiły na regularne płyty.

Trochę w sumie niepotrzebnie zamieszczono tu cztery utwory znane już ze studyjnych albumów: "Shake Your Moneymaker" z eponimicznego debiutu, "Stop Messin' Round" i "Love That Burns" z "Mr. Wonderful", a także "Rattlesnake Shake" z "Then Played On". Żaden z nich nie był przecież przebojem. Ba, na singlach wydano tylko pierwszy i ostatni, a żaden z nich nie trafił do notowań. Fakt, są to mocne punkty swoich albumów i trudno się do nich przyczepić (choć "Shake Your Moneymaker" trochę odstaje stylistycznie i brzmieniowo). Ale dużo bardziej uzasadnione byłoby uwzględnienie nagrań trudniej dostępnych. Europejskich fanów z pewnością ucieszyłaby obecność "Something Inside of Me", który ukazał się tylko na amerykańskiej kompilacji "English Rose". Niezłym rozwiązaniem byłoby też zamieszczenie stron B singli, np. "World in Harmony" i "The Purple Dancer". Wówczas wartość tej kompilacji byłaby jeszcze większa.

Wartość jednak i tak ma sporą, za sprawą obecności ośmiu singlowych nagrań. Są wśród nich pierwsze, jeszcze umiarkowane przeboje Fleetwood Mac: napisany przez Greena "Black Magic Woman" - energetyczny, świetny melodycznie utwór z bardzo ładnymi partiami gitary (później spory hit w wersji Santany) - oraz klasyczna ballada bluesowa "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Williego Johna, wzbogacona stylizowaną na lata 50. orkiestracją. Znalazły się tu również kolejne, już znacznie popularniejsze nagrania. Jak słynny instrumental "Albatross" z uroczymi partiami kilku gitar i subtelną grą sekcji rytmicznej - jedyny numer 1. na brytyjskim notowaniu w całej karierze zespołu. Do 2. miejsca dotarły natomiast dwa kolejne single: "Man of the World", który z początku jest niem równie subtelny i zgrabny melodycznie, lecz w drugiej połowie nabiera zadziorności, a także znacznie już cięższy, rozpędzony "Oh Well (Part 1)". Zupełnie inny charakter ma wydany na tym samym singlu "Oh Well (Part 2)", znacznie dłuższy, bardzo klimatyczny utwór o nieco folkowym charakterze, oparty wyłącznie na brzmieniu gitary akustycznej, fletu, wiolonczeli i pianina.

"The Green Manalishi (With the Two Prong Crown)" odniósł już nieco mniejszy sukces od kilku poprzednich singli (10. miejsce w UK), ale jest to być może najlepszy utwór w całym repertuarze zespołu, wyróżniający się dość nieoczywistą strukturą, ciężkim brzmieniem i dość posępnym klimatem, choć jednocześnie jest też całkiem chwytliwy (później został nagrany przez grupę Judas Priest). Jestem ciekaw, jak wyglądałaby dalsza kariera Fleetwood Mac, gdyby zespół kontynuował obrany w tym nagraniu kierunek. Niestety, był to ostatni utwór grupy zarejestrowany z Peterem Greenem, który został wyrzucony z powodu silnego uzależnienia od narkotyków i coraz gorszego stanu psychicznego (podobno chciał, żeby cały zespół oddawał wszystkie swoje dochody potrzebującym). "Dragonfly" powstał już bez udziału Greena i choć to bardzo przyjemny kawałek - z ładnymi harmoniami wokalnymi i niezłymi partiami gitary - to jednak czegoś już tu brakuje. Singiel nie trafił do notowań. Wkrótce potem ze składu odszedł Jeremy Spencer, a niedługo później jego śladem poszedł Danny Kirwan. Zespół przetrwał, ale całkowicie porzucił bluesa i zwrócił się w stronę popu, odnosząc wielkie sukcesy komercyjne.

Uważać trzeba na kompaktowe reedycje "Greatest Hits", ponieważ niektóre z nich zawierają znacznie zmienioną tracklistę: pominięto utwory "The Green Manalishi", obie części "Oh Well", "Rattlesnake Shake", "Dragonfly" i "Man of the World", zastępując je znacznie mniej ciekawymi kawałkami z dwóch pierwszych albumów i stron B singli. W oryginalnej formie składanka ma o wiele więcej sensu, ponieważ stanowi bardzo dobre - choć niewyczerpujące tematu - uzupełnienie podstawowej dyskografii Fleetwood Mac z czasów Petera Greena. A prawdę mówiąc, ten zbiór utworów podoba mi się znacznie bardziej od regularnych albumów grupy, która swoje najlepsze kawałki wydawała na singlach.

Ocena: 9/10



Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)

1. The Green Manalishi (With the Two Prong Crown); 2. Oh Well (Part 1); 3. Oh Well (Part 2); 4. Shake Your Moneymaker; 5. Need Your Love So Bad; 6. Rattlesnake Shake; 7. Dragonfly; 8. Black Magic Woman; 9. Albatross; 10. Man of the World; 11. Stop Messin' Round; 12. Love That Burns

Skład: Peter Green - wokal (1,2,5,6,8,10-12), gitara (1-6,8-12), gitara basowa (1), wiolonczela (3), instr. perkusyjne (3); Danny Kirwan - gitara (1,2,6,7,9,10), wokal (7); John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - pianino (3), gitara (4), wokal (4)
Gościnnie: Sandra Elsdon - flet (3); Mickey Baker - orkiestracja (5); Christine Perfect - pianino (11,12); Steve Gregory, Dave Howard, John Almond, Roland Vaughan - saksofony (11,12)
Producent: Mike Vernon i Fleetwood Mac


24 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)



Po wydaniu dwóch albumów utrzymanych ściśle w stylistyce brytyjskiego bluesa, przyszedł czas na zmiany. Jeszcze w 1968 roku skład Fleetwood Mac poszerzył się o 18-letniego gitarzystę Danny'ego Kirwana. Muzyk zaczynał karierę w bluesowym trio Boilerhouse, które zostało zaangażowane jako koncertowy support dla Fleetwood Mac. Członkowie słynniejszej grupy byli pod wrażeniem umiejętności Kirwana, a jednocześnie zawiedzeni poziomem gry sekcji rytmicznej. Postanowili więc zorganizować przesłuchania, aby znaleźć bardziej utalentowanych współpracowników dla gitarzysty. Chętnych było wielu, ale żaden nie sprostał wymaganiom. Młody muzyk otrzymał więc zaproszenie do Fleetwood Mac.

Tuż potem zespół niespodziewanie zaliczył wielki sukces z serią trzech niealbumowych singli, które dotarły na podium brytyjskiego notowania: "Albatross" (1. miejsce na liście sprzedaży), "Man of the World" i "Oh Well" (oba doszły do 2. pozycji). Innym ważnym wydarzeniem była sesja w chicagowskim Chess Studio. Na początku 1969 roku pięcioosobowy skład Fleetwood Mac odbył wspólny jam z kilkoma słynnymi amerykańskimi bluesmanami, jak Willie Dixon, Buddy Guy, Otis Spann, J.T. Brown czy Walter Horton. Zapis tej spontanicznej sesji ukazał się na dwupłytowym albumie "Fleetwood Mac in Chicago" (znanym też jako "Blues Jam at Chess" lub "Blues Jam in Chicago"). Natomiast już od końca poprzedniego roku muzycy pracowali nad nowym materiałem. Tymczasem doszło jednak do kłótni pomiędzy Peterem Greenem, a niechcącym występować w jego utworach Jeremym Spencerem. W rezultacie, nowy album Fleetwood Mac powstawał bez udziału Spencera (według niektórych źródeł zagrał część partii pianina), który w tym czasie pracował nad swoim eponimicznym albumem. W nagraniach towarzyszyli mu Danny Kirwan, John McVie i Mick Fleetwood, którzy jednocześnie pracowali z Greenem. Zespół został ponownie wsparty przez pianistkę Christine Perfect i grającego na harmonijce Waltera Hortona.

"Then Play On", trzeci album zespołu, znacząco różni się od obu poprzednich. Peter Green postanowił zrezygnować z nagrywania utworów na tzw. setkę, lecz poświęcić więcej czasu na produkcję i skorzystać z możliwości studia nagraniowego. Na longplayu tym razem nie znalazło się żadne przeróbki, a wyłącznie autorski materiał. Aż połowę z czternastu utworów skomponował Kirwan; pozostałe są w większości dziełem Greena. Lider przekonał też pozostałych muzyków do nowej metody tworzenia utworów: zespół grał długie improwizacje, a następnie wycinano z nich najbardziej interesujące fragmenty. W ten sposób powstały nagrania "Underway", "Fighting for Madge" i "Searching for Madge" (dwa ostatnie zostały podpisane, odpowiednio, nazwiskami Micka Fleetwooda i Johna McVie - zapewne po to, aby sekcja rytmiczna też zarobiła coś na tantiemach).

Rozwój słychać też pod względem stylistycznym. Zespół zaproponował tym razem bardzo zróżnicowany materiał. Oczywiście, nie odchodzi tu całkiem od bluesa, który występuje tu w różnych odmianach. "Showbiz Blues" i "Like Crying" nawiązują do stylistyki brytyjskiego bluesa w stylu wcześniejszych albumów grupy, "Without You" to nastrojowa ballada z subtelnymi partiami gitary, a "One Sunny Day" i "Rattlesnake Shake" pokazują mocniejsze, bluesrockowe oblicze zespołu. Jeszcze cięższym brzmieniem charakteryzują się rozpędzone "Fighting for Madge" i "Searching for Madge", w których muzycy grają wręcz z hardrockową mocą. Trochę gitarowego czadu pojawia się też w "Coming Your Way" i "Before the Beginning", w których uwagę zwraca także mniej typowa gra sekcji rytmicznej. Są tu też zupełnie niebluesowe nagrania, jak "Close My Eyes", "When You Say", "Although the Sun Is Shining" i "My Dream" - urocze, łagodniejsze brzmieniowo piosenki, których chyba należało się spodziewać po sukcesie singla "Albatross".

Album ukazał się po obu stronach Atlantyku we wrześniu 1969 roku, jednak amerykańskie wydanie jest uboższe o utwory "One Sunny Day" i "Without You", które już na początku roku zostały tam opublikowane na kompilacji "English Rose". Już w listopadzie amerykański wydawca podjął decyzję o wznowieniu albumu. Tym razem pominięte zostały nie tylko dwa wspomniane utwory, ale też dwa kolejne - "When You Say" i "My Dream". Na ich miejscu pojawiły się nagrania z najnowszego, hitowego singla grupy: dwuczęściowa kompozycja "Oh Well".  Podobnie zamieszanie panuje także na kompaktowych reedycjach, które nie zawsze zawierają komplet nagrań, dlatego przed zakupem warto sprawdzić tracklistę.

"Then Play On" to bardzo udane rozwiniecie stylu Fleetwood Mac, który za sprawą głosu, gitary i kompozycji Petera Greena zachował swoje dotychczasowe zalety, zaś dzięki nowemu podejściu do tworzenia i nagrywania oraz za sprawą wokalnego, gitarowego i kompozytorskiego wkładu Danny'ego Kirwana - zyskał znacznie większą różnorodność, wykraczając poza blues. Podobnego efektu zapewne nie udałoby się osiągnąć, gdyby w powstanie tego materiału był zaangażowany Jeremy Spencer, prezentujący znacznie bardziej ortodoksyjne i konwencjonalne podejście od Greena i Kirwana. Może całości trochę brakuje jakiejś spójnej wizji. Trudno powiedzieć, czy to album bluesrockowy z częstymi wycieczkami w inne muzyczne rejony, czy też może raczej album rockowy z częstymi wycieczkami w kierunku bluesa. Poziom utworów również nie jest zbyt równy, choć nie ma tu ani wybitnych fragmentów (a przydałyby się), ani jakichś bardzo złych. Całości słucham jednak z bardzo dużą przyjemnością.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)

1. Coming Your Way; 2. Closing My Eyes; 3. Fighting for Madge; 4. When You Say; 5. Showbiz Blues; 6. Underway; 7. One Sunny Day; 8. Although the Sun Is Shining; 9. Rattlesnake Shake; 10. Without You; 11. Searching for Madge; 12. My Dream; 13. Like Crying; 14. Before the Beginning

Skład: Peter Green - wokal, gitara, harmonijka; Danny Kirwan - wokal, gitara; John McVie - gitara basowa Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - pianino
Gościnnie: Christine Perfect - pianino; Big Walter Horton - harmonijka
Producent: Fleetwood Mac


22 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In Rock" Deep Purple

Pomysł na najsłynniejsza okładki Deep Purple opiera się na dwuznaczności słowa "rock", oznaczającego zarówno muzykę rockową, jak i skałę.


Na pomysł umieszczenia na okładce pomnika Mount Rushmore National Memorial, w którym twarze czterech najważniejszych prezydentów USA zastąpiono podobiznami muzyków Deep Purple, wpadł ówczesny menadżer zespołu, Tony Edwards. Ówczesny basista, Roger Glover, wyjaśniał: Kiedy gdzieś graliśmy, mówiło się: "Deep Purple in concert". Nie "Deep Purple show", nie "Deep Purple gra dziś wieczorem", ale "Deep Purple in concert". Trochę pretensjonalnie. A Tony Edwards wpadł na pomysł, aby to "Deep Purple in concert" zmienić na "Deep Purple in rock" i przedstawić nas wykutych w skale Mount Rushmore. To cała historia.

Podobno rewers okładki także miał przedstawiać muzyków wykutych w Mount Rushmore, ale widocznych od tyłu - pomysł został ponoć odrzucony, bo nie spodobał się któremuś członkowi grupy. Coś kołacze mi po głowie. Może tak było, ale nie pamiętam - twierdzi Glover. Ostatecznie, rewers w wydaniach winylowych wygląda dokładnie tak samo, jak front okładki.

20 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Mr. Wonderful" (1968)



Drugi album Fleetwood Mac ukazał się zaledwie pół roku po debiucie. W latach 60. tak częste wydawanie płyt długogrających było normą. Jednak nie dla każdego wykonawcy było to dostatecznie dużo czasu, aby poradzić sobie z utrzymaniem równego poziomu kolejnych wydawnictw. Niestety, zadanie to przerosło także muzyków Fleetwood Mac. Starali się to ukryć za pomocą bogatszych aranżacji - wiele utworów na "Mr. Wonderful" zostało zarejestrowane z sekcją dętą, ponadto większą rolę odgrywają partie pianina, za które odpowiada Christine Perfect (wówczas związana z Chicken Shack, później na stałe dołączyła do Fleetwood Mac; prywatnie zaś została żoną Johna McVie). Niestety, pomimo tego, wyraźnie słychać brak pomysłów. Szczególnie w utworach Jeremy'ego Spencera. Z sześciu kompozycji, w których wystąpił jako wokalista i solowy gitarzysta, aż cztery opierają się na identycznym riffie (autorski "Need Your Love Tonight" oraz przeróbki "Dust My Broom" i "Coming Home Elmore'a Jamesa, a także "Doctor Brown" J. T. Browna). Dwa pozostałe utwory to dość przeciętny instrumental "Evenin' Boogie" oraz wyjątkowo na tym tle udany - choć nie porywający - wolny blues "I've Lost My Baby".

Zdecydowanie lepiej prezentują się utwory, w których Spencer w ogóle nie wystąpił, zaś pierwszoplanową rolę pełni Peter Green. Lider Fleetwood Mac, wspólnie z menadżerem grupy, Cliffordem Adamsem, napisał sześć naprawdę dobrych i dość zróżnicowanych kawałków. Nie zabrakło wśród nich energetycznego i całkiem chwytliwego  blues rocka ("Stop Messin' Round", "Rollin' Man" oraz rozpędzony "Lazy Poker Blues"), w których gitarzysta gra świetne, porywające solówki. Są też bardziej stonowane utwory, jak nieco wolniejszy blues "If You Be My Baby" czy akustyczny "Trying So Hard to Forget", wyróżniający się świetnym gościnnym występem Dustera Bennetta na harmonijce. Największą perłą jest jednak "Love That Burns" - przepiękna bluesowa ballada, z umiejętnie budowanym klimatem i napięciem, emocjonującym śpiewem Greena oraz jego pięknie przez niego zagranymi solówkami. Nawet dla samego tego utworu warto sięgnąć po ten album (albo którąś z zawierających go składanek)

"Mr. Wonderful" nie doczekał się premiery w Stanach, jednak kilka miesięcy później ukazała się tam kompilacja "English Rose", powielająca połowę - niekoniecznie tę lepszą - jego zawartości (na szczęście nie zabrakło "Stop Messin' Round" i "Love That Burns"). Ponadto znalazło się na niej sześć nowszych utworów, w większości nagranych z udziałem nowego muzyka, śpiewającego gitarzysty Danny'ego Kirwana. Są wśród nich dwie kompozycje Greena - energetyczny, zadziorny i zarazem przebojowy "Black Magic Woman" oraz prześliczny, zupełnie niebluesowy instrumental "Albatross". Oba zostały wydane na singlach - pierwszy był raczej umiarkowanym przebojem (o wiele wyżej w notowaniach zaszła niewiele późniejsza wersja Santany), natomiast drugi stał się największym hitem w całej karierze Fleetwood Mac, dochodząc na sam szczyt brytyjskiego notowania! Pozostałe cztery utwory to kompozycje Kirwana. Fajny, ciężki blues "One Sunny Day" i całkiem ładna bluesowa ballada "Without You" w Europie zostały wydane na trzecim albumie grupy, "Then Play On". Trudniej dostępne są instrumentalny "Jigsaw Puzzle Blues" oraz kolejna świetna bluesowa ballada, "Something Inside of Me", z fantastyczną solówką gitarową. Ten ostatni to prawdopodobnie najbardziej niedoceniony utwór Fleetwood Mac - przede wszystkim przez samych muzyków, którzy nie zadbali, aby był bardziej znany.

"Mr. Wonderful" to album bardzo nierówny, wyraźnie nagrywany w pośpiechu. Zdecydowanie lepiej prezentuje się "English Rose", na którym porywających momentów jest znacznie więcej - jednak i to wydawnictwo nie jest pozbawione wad, głównie w postaci utworów nagranych z Jeremym Spencerem.

Ocena: 6/10 ("Mr. Wonderful")
Ocena: 7/10 ("English Rose")



Fleetwood Mac - "Mr. Wonderful" (1968)

1. Stop Messin' Round; 2. I've Lost My Baby; 3. Rollin' Man; 4. Dust My Broom; 5. Love That Burns; 6. Doctor Brown; 7. Need Your Love Tonight; 8. If You Be My Baby; 9. Evenin' Boogie; 10. Lazy Poker; 11. Coming Home; 12. Trying So Hard to Forget

Skład: Peter Green - wokal (1,3,5,8,10,12), gitara, harmonijka; John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (2,4,6,7,9,11)
Gościnnie: Christine Perfect - instr. klawiszowe; Duster Bennett - harmonijka (12); Steve Gregory, Dave Howard, John Almond i Roland Vaughan - saksofony
Producent: Mike Vernon


Fleetwood Mac - "English Rose" (1969)

1. Stop Messin' Round; 2. Jigsaw Puzzle Blues; 3. Doctor Brown; 4. Something Inside of Me; 5. Evenin' Boogie; 6. Love That Burns; 7. Black Magic Woman; 8. I've Lost My Baby; 9. One Sunny Day; 10. Without You; 11. Coming Home; 12. Albatross

Skład: Peter Green - wokal (1,6,7,8), gitara, harmonijka; John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Danny Kirwan - wokal (2,4,9,10), gitara (2,4,7,9,10,12); Jeremy Spencer - wokal i gitara (3,5,8,11)
Gościnnie: Christine Perfect - instr. klawiszowe; Steve Gregory, Dave Howard, John Almond i Roland Vaughan - saksofony
Producent: Mike Vernon


18 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)



Nazwa Fleetwood Mac kojarzona jest obecnie przede wszystkim z kilkoma poprockowymi albumami z drugiej połowy lat 70., które odniosły spory sukces komercyjny. Dekadę wcześniej był to zupełnie inny zespół, zarówno pod względem personalnym, jak i stylistycznym. Założony został w 1967 roku przez brytyjskiego gitarzystę Petera Greena, który kilkanaście miesięcy wcześniej zasłynął jako następca Erica Claptona w grupie Bluesbreakers Johna Mayalla, z którą nagrał album "A Hard Road" i kilka singli. To właśnie tam poznał basistę Johna McVie, a także zasugerował liderowi wyrzucenie perkusisty Aynsleya Dunbara (który wyraził swoje rozgoryczenie formując grupę The Aynsley Dunbar Retaliation, co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara") i ściągnięcie na jego miejsce Micka Fleetwooda, z którym grał już wcześniej. Peterowi tak dobrze współpracowało się z tą sekcją rytmiczną, że zaproponował im stworzenie nowej grupy, a jako dodatkową zachętę postanowił ochrzcić ją nazwą łączącą ich nazwiska - Fleetwood Mac.

Fleetwood od razu się zgodził. McVie, który współpracował z Mayallem już kilka lat, początkowo był niechętny. Wziął jeszcze udział w nagraniu kolejnego albumu Bluesbreakers, "Crusade" (na którym zadebiutował nastoletni Mick Taylor, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, zaś perkusistą został Keef Hartley), zanim zdecydował się wesprzeć Greena i Fleetwooda, którzy w międzyczasie zdążyli już zatrudnić jako basistę Boba Brunninga. Po dołączeniu McViego, bezrobotny Brunning związał się na krótko z grupą Savoy Brown, a następnie wycofał się całkowicie z muzycznego biznesu. Składu Fleetwood Mac dopełnił Jeremy Spencer. Co ciekawe, początkowo miał być jedynie pianistą, ale ostatecznie został jednym z dwóch śpiewających gitarzystów. Regułą stało się jednak, że w ogóle nie udzielał się w utworach śpiewanych przez Greena, natomiast w śpiewanych przez siebie grał solowe partie (używając wyłącznie techniki slide), podczas gdy drugi z gitarzystów odpowiadał w nich za rytmiczny akompaniament.

Jak niemal wszyscy w tamtym czasie, muzycy postanowili grać bluesa, wzbogaconego rockową energią. Szybko podpisali kontrakt z wytwórnią Blue Horizon należącą dla Mike'a Vernona - wielkiego propagatora muzyki bluesowej na Wyspach Brytyjskich, który jako producent wspierał m.in. takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, The Aynsley Dunbar Retaliation czy Chicken Shack. Również kilka pierwszych albumów Fleetwood Mac zostało nagrane pod producenckim nadzorem Vernona. Nie przypadkiem wspominam powyżej tak wiele nazw i nazwisk - stanowią one bowiem doskonały przegląd tego, co działo się wówczas na brytyjskiej scenie muzycznej, zdominowanej przez blues rock. Debiutancki album Fleetwood Mac to dokładnie taka sama muzyka, jaką można znaleźć na ówczesnych wydawnictwach wspomnianych - i wielu innych - wykonawców.

I podobnie jak na innych bluesrockowych debiutach, część repertuaru to przeróbki bluesowych standardów. Muzycy wzięli na warsztat m.in. kompozycje Howlin' Wolfa ("No Place to Go"), Roberta Johnsona ("Hellhound on My Trail") i Elmore'a Jamesa ("Shake Your Moneymaker"). Zdecydowana większość utworów to jednak autorskie kompozycje Greena lub Spencera. Energetyczne kawałki bluesrockowe (np. "My Heart Beat Like a Hammer", "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub rockandrollowe ("Shake Your Moneymaker") przeplatają się z wolniejszymi, potraktowanymi bardziej tradycyjnie bluesami (np. "Merry Go Round", "Cold Black Night") i melancholijnymi kompozycjami Greena ("Looking for Somebody", "I Loved Another Woman" oraz akustycznym "The World Keep on Turning"). W większości opierają się na podstawowym instrumentarium - dwóch gitarach, basie i perkusji - czasem tylko z dodatkiem harmonijki (np. "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub pianina ("Hellhound on My Trail"). Brzmienie jest dość ostre, ale niespecjalnie ciężkie, w przeciwieństwie do tego, co wówczas prezentowali Cream, The Jimi Hendrix Experience i Jeff Beck Group - bo i zespołowi wcale nie zależało na ściganiu się z nimi, a raczej na próbie przywołania klimatu chicagowskiego bluesa. Co wyszło naprawdę fajnie. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do zdecydowanie zbyt krótkich solówek Greena, którego stać na więcej, co nieraz udowodnił. Nie brakuje tu natomiast świetnych popisów Spencera (np. w "My Baby's Good to Me").

"Fleetwood Mac" to bardzo dobry i - jak na ten styl - zróżnicowany album. Zawarta na nim muzyka może obecnie wydawać się nieco archaiczna, zwłaszcza osobom nieosłuchanym z brzmieniem lat 60., ale mnie słucha się jej znakomicie. Zespół doskonale oddał tutaj klimat klasycznego bluesa w chicagowskim wydaniu, prezentując się przy tym bardzo stylowo.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)

1. My Heart Beat Like a Hammer; 2. Merry Go Round; 3. Long Grey Mare; 4. Hellhound on My Trail; 5. Shake Your Moneymaker; 6. Looking for Somebody; 7. No Place to Go; 8. My Baby's Good to Me; 9. I Loved Another Woman; 10. Cold Black Night; 11. The World Keep on Turning; 12. Got to Move

Skład: Peter Green - wokal (2,3,6,7,9,11), gitara i harmonijka; John McVie - gitara basowa (1,2,4-12); Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (1,4,5,8,10,12), pianino (4)
Gościnnie: Bob Brunning - gitara basowa (3)
Producent: Mike Vernon


15 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Born Again" Black Sabbath

Tym razem o jednej z najbrzydszych i najgorszych okładek wszech czasów, za którą kryje się interesująca historia powstania...


Kiedy ją zobaczyłem, zwymiotowałem - to wyznanie ówczesnego wokalisty Black Sabbath, Iana Gillana. Lider zespołu, gitarzysta Tony Iommi, w swojej autobiografii pisał: Ian nie mógł uwierzyć, kiedy ją zobaczył: "Nie możecie tego zrobić. Nie możecie dać na okładce dziecka z rogami i szponami!". Był nią całkowicie zdegustowany. Podobno ktoś pokazał projekt okładki Donowi Ardenowi [ówczesnemu menadżerowi zespołu], a jemu się to spodobało. Wmawiał ją nam mówiąc: "Ona narobi mnóstwo zamieszania, wzbudzi zainteresowanie, wszyscy będą o tym mówić!". Kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, byłem w rozterce, ale w końcu się na nią zgodziliśmy.

Oryginał.
Przygotowanie okładki Don Arden zlecił Steve'owi Joule'owi, projektującemu wówczas okładki na solowe albumy byłego wokalisty Black Sabbath, Ozzy'ego Osbourne'a. Joule, nie chcąc stracić roboty u samozwańczego Księcia Ciemności, postanowił przedstawić grupie najgorszy projekt, jaki był w stanie wymyślić. Taki, który na pewno nie zostanie zaakceptowany. W magazynie "Mind Alive" z 1968 roku znalazł zdjęcie noworodka i - nie mając pojęcia, że wcześniej zostało już wykorzystane na singlu "New Life" Depeche Mode - przerobił je, dodając krzykliwe kolory, a także takie szczegóły, jak rogi, kły i pazury. Wbrew jego oczekiwaniom, grafika została przyjęta.

Jakby tego było mało, Arden wpadł na pomysł ożywienia okładkowej postaci podczas koncertów. Pewnego wieczora powiedział: "Chcę wam coś pokazać" - pisał Iommi w autobiografii. Weszliśmy i w całkowitej ciemności zobaczyliśmy patrzące na nas czerwone oczy. Zapaliliśmy światło i naszym oczom ukazał się karzeł w lateksowym ubranku, wyglądający jak dzieciak z okładki. Pomyśleliśmy sobie, że teraz to Don już przesadził! A on na to: "To będzie wspaniałe urozmaicenie koncertu!". Plan zakładał, że karzeł będzie pojawiał się na scenie na samym początku występu - jeszcze przed wejściem zespołu - i wspinał na dekorację przedstawiającą Stonehenge. Mieliśmy taśmę z zapętlonym krzykiem niemowlaka - wyjaśniał Gillan. Karzeł miał polecieć do tytułu na kilka metrów i wtedy rozlegał się dźwięk dzwonów, a "roadie" wychodzili przebrani za druidów. Wyglądali wspaniale. Jeśli pominąć reeboki, wyglądali bardzo autentycznie. Myślałem, że zejdę ze śmiechu. Kiedy karzeł spadał ze Stonehenge, krzyki były wyciszane i wchodzili druidzi przy dźwiękach dzwonów. Pierwszego wieczora wciąż słyszeliśmy krzyk po upadku karła. Miał spaść na materac, ale podczas pierwszego koncertu ktoś go usunął! Więcej go już nie widzieliśmy. Myślę, że pobiegł prosto do drzwi.

Okładki albumu "Born Again" (1983) i singla "New Life" Depeche Mode (1981).

Trasa pełna była tego typu zdarzeń. Problemów dostarczyła także wspomniana makieta Stonehenge, nawiązująca do tytułu jednego z utworów na "Born Again". Pomysł narodził się na spotkaniu członków zespołu z firmą, która miała zaprojektować scenę na nadchodzące koncerty. Zapytali: "Czy ktoś ma jakiś pomysł na układ sceny?" - wspominał Gillan. Popatrzyliśmy po sobie, starając się coś wymyślić, i Geezer [Butler, basista] rzucił: "Stonehenge". A ten koleś na to: "Jaki wspaniały pomysł. Jak sobie to wyobrażasz?". Na co Geezer: "Oczywiście naturalnej wielkości". Zbudowali więc replikę Stonehenge, które jest bardzo duże. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał, ale mogliśmy to zmieścić jedynie w dwóch halach, a i tak można tam było wpakować tylko trzy słupy. Pozostałe od tamtej pory leżą w kontenerach gdzieś w dokach.

Tony Iommi w swojej autobiografii broni Butlera: Geezer naszkicował jak to powinno wyglądać i dał rysunek projektantom. Dwa, albo trzy miesiące później zobaczyliśmy gotowe dekoracje. Szczeny nam poopadały. Kamienie były tak wielkie, jak w prawdziwym Stonehenge. Realizatorzy źle zrozumieli zapiski Geezera i myśleli, że dekoracja ma mieć wymiary rzeczywiste. "Jak to się, u diabła, stało?" - zapytałem. "No więc, ja podałem im wymiary w centymetrach, ale oni chyba myśleli, że to jest w calach...". Byliśmy oszołomieni. Cały czas przychodziły kolejne elementy. Z tyłu były kolumny o szerokości przeciętnej łazienki, a na przedzie kolumny o wysokości 4 metrów. A oprócz tego, na scenie musiały się jeszcze pomieścić monitory i różne inne elementy wyposażenia. Na dodatek te kamloty, zrobione z drewna i włókna szklanego, były ciężkie jak cholera.

14 kwietnia 2014

[Recenzja] John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)



"A Hard Road" to drugi studyjny album Johna Mayalla i jego Bluesbreakers. Nagrany już bez Erica Claptona - który wspólnie z Jackiem Bruce'em i Gingerem Bakerem stworzył supergrupę Cream -oraz bez perkusisty Hugh Flinta, który odszedł do Savoy Brown. Ich miejsce zajęli jednak równie utalentowani muzycy - Peter Green i Aynsley Dunbar. Green występował wcześniej w rhythm'n'bluesowej grupie Shotgun Express (w skład której wchodzili także inni muzycy, którzy zrobili później spore kariery: wokalista Rod Stewart, perkusista Mick Fleetwood czy przyszły klawiszowiec Camel, Peter Bardens). Dunbar również grywał w różnych amatorskich składach, a niewiele brakowało, by trafił do grupy Jimiego Hendrixa (o tym, że nie został wybrany, zadecydował rzut monetą). W składzie Bluesbreakers pozostał natomiast basista John McVie oraz, oczywiście, sam Mayall. W kilku nagraniach znów wystąpiła sekcja dęta, a w jej składzie znaleźli się grający na poprzednim albumie John Almond i Alan Skidmore, jak i Ray Warleigh.

"A Hard Road" wpisuje się w bluesrockową stylistykę wypracowaną na "Blues Breakers", co zresztą sugeruje już sama okładka (jednak tym razem nie znalazło się na niej zdjęcie zespołu, a namalowany przez Mayalla obraz przedstawiający aktualny skład). W repertuarze tym razem dominują kompozycje lidera, choć znalazło się też parę przeróbek bluesowych standardów ("The Stumble" i "Someday After a While" z repertuaru Freddiego Kinga, "You Don't Love Me" Williego Cobbsa, "Dust My Blues" Elmore'a Jamesa), a także dwa kawałki napisane przez Greena ("The Same Way", "The Supernatural").

Dominuje energetyczne granie łączące bluesowe patenty z rockowym czadem (ze świetnymi "You Don't Love Me" i "Living Alone" na czele), choć zdarzają się też bardziej klimatyczne momenty ("Another Kinda Love", "The Supernatural"), archetypowe ballady ("A Hard Road", "Someday After a While") lub kawałki bliższe tradycyjnego bluesa ("Hit the Highway", "Top of the Hill"). Peter Green okazał się niezwykle cennym nabytkiem i godnym następcą Claptona. W jego partiach słychać tak samo doskonałe wyczucie bluesa, tę samą ostrość, ale też własną indywidualność. Szkoda tylko, że przeważnie nie ma okazji zbyt wiele pograć, bo poszczególne utwory rzadko kiedy przekraczają trzy minuty, a jeśli już, to tylko o parę sekund. Nieco bardziej wykazać może się więc tylko w dwóch instrumentalach: energetycznym "The Stumble" i subtelnym, bardzo ładnym "The Supernatural" (inspirowanym twórczością The Shadows). Dodatkowym atutem okazał się głos Greena - muzyk całkiem dobrze poradził sobie jako wokalista w "You Don't Love Me" i "The Same Way". Prawdę mówiąc, wypadł lepiej od Mayalla, który czasem popada w dość irytującą manierę (np. tytułowy "A Hard Road", "Dust My Blues"). Nadrabiał jednak świetną grą na harmonijce i niezłą na klawiszach.

Nie jest to album tak ważny, jak jego poprzednik, nie wprowadza wiele nowych elementów do twórczości Johna Mayalla (jeśli już, to właściwie tylko za sprawą "The Supernatural"), ale prezentuje bardzo zbliżony poziom kompozytorski i wykonawczy. I tak, jak na debiucie najbardziej ekscytującym elementem są gitarowe partie Claptona, tak tutaj są nim partie Greena, wcale nie mniej porywające (choć tak samo ograniczone przez format utworów, nie pozwalający na dłuższe improwizacje). Ogólnie jest to więc tylko minimalnie mniej interesujące wydawnictwo i to właściwie tylko za sprawą chronologii. Mam jednak wątpliwości, czy warto go polecać komukolwiek, poza sympatykami bluesrockowego grania z drugiej połowy lat 60., bo raczej tylko oni docenią ten longplay.

Ocena: 8/10



John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)

1. A Hard Road; 2. It's Over; 3. You Don't Love Me; 4. The Stumble; 5. Another Kinda Love; 6. Hit the Highway; 7. Leaping Christine; 8. Dust My Blues; 9. There's Always Work; 10. The Same Way; 11. The Supernatural; 12. Top of the Hill; 13. Someday After a While (You'll Be Sorry); 14. Living Alone

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Peter Green - gitara, wokal (3,10); John McVie - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Almond, Alan Skidmore i Ray Warleigh - instr. dęte (5,7,13)
Producent: Mike Vernon


12 kwietnia 2014

[Recenzja] John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)



John Mayall to niezwykle ważna postać. Uznawany jest za twórcę stylu określanego mianem blues rocka. Co prawda już wcześniej działały w Wielkiej Brytanii rockowe zespoły inspirujące się bluesem - żeby wspomnieć tylko o The Rolling Stones, The Yardbirds czy The Animals - jednak u Mayalla to blues, w swojej zelektryfikowanej odmianie, był podstawą. Same kompozycje, zwłaszcza na jego wczesnych albumach, są oparte na typowo bluesowych rozwiązaniach, lecz wykonane z rockową energią i cięższym brzmieniem. Stylistyka ta szybko znalazła licznych naśladowców. Druga połowa lat 60. ubiegłego wieku to wysyp bluesrockowych grup w rodzaju Cream, Fleetwood Mac, Savoy Brown, Chicken Shack, Ten Years After, Free, Groundhogs, Keef Hartley Band, The Aynsley Dunbar Retaliation czy czerpiącego także z jazzu Colosseum. Co istotne, wiele z nich współtworzyli muzycy, którzy doświadczenie zbierali grając z Mayallem.

Ojciec blues rocka zadebiutował w 1965 roku koncertówką "John Mayall Plays John Mayall". W skład jego ówczesnego zespołu wchodzili basista John McVie (późniejszy członek Fleetwood Mac), perkusista Hughie Flint (później w Savoy Brown) oraz gitarzysta Roger Dean. Ten ostatni nie zagrzał długo miejsca, które niedługo później przejął Eric Clapton. Dwudziestoletni wówczas gitarzysta cieszył się już sporym uznaniem, które zapewniły mu występy z The Yardbirds. Doceniali go zarówno krytycy, jak i słuchacze - wystarczy przypomnieć o słynnych napisach na murach Clapton is God. Muzyk porzucił swój dotychczasowy zespół, gdyż nie podobał mu się zwrot w bardziej popowym kierunku na singlu "For Your Love". W tamtym czasie nie interesowały go jeszcze listy przebojów, lecz granie bluesa. Dokładnie to zaoferował mu Mayall.

Kolejny album również miał być koncertówką. Na początku 1966 roku zarejestrowano występ w londyńskim Flamingo Club (podczas którego rolę basisty pełnił Jack Bruce, z którym wkrótce potem Clapton stworzył supergrupę Cream). Jakość nagrania okazała się jednak fatalna. Porzucono więc pierwotny pomysł i zarezerwowano czas w studiu. Sesja (ponownie z McVie w składzie) odbyła się na przełomie marca i kwietnia. Na repertuar złożyły się zarówno przeróbki bluesowych standardów, jak i autorskie kompozycje lidera ("Little Girl", "Another Man", "Key to Love" i "Have You Heard", a także napisany wspólnie z Claptonem "Double Crossing Time"). Album zatytułowany "Blues Breakers" - co później dało nazwę zespołowi Mayalla - trafił do sprzedaży 22 lipca, stając się pierwszym w historii albumem bluesrockowym (aczkolwiek tylko o miesiąc wyprzedzając "East-West" amerykańskiej grupy Butterfield Blues Band). Longplay ukazał się pod szyldem John Mayall with Eric Clapton, co potwierdza jak wielką estymą cieszył się wówczas gitarzysta.

Brzmienie jest dość surowe, choć oprócz gitary Claptona, basu McVie i perkusji Flinta, instrumentarium obejmuje także harmonijkę, organy i pianino - na wszystkich zagrał lider - a w kilku kawałkach udziela się sekcja dęta złożona z saksofonistów Alana Skidmore'a i Johna Almonda oraz trębacza Dereka Healeya (ich rola ogranicza się do tła - nie grają żadnych partii solowych). W większości utworów pojawia się także wokal Mayalla, którego umiejętności śpiewania nie są, delikatnie mówiąc, zbyt wielkie. A z drugiej strony, jego głos należy do tych, które od razu się rozpoznaje. Przeróbka "Ramblin' on My Mind" Roberta Johnsona była natomiast debiutem wokalnym Claptona, śpiewającego tutaj jeszcze bez pewności siebie, w sumie dość nijako. On zresztą także nigdy nie był wybitnym wokalistą.

Zdecydowanie dominują tutaj energetyczne kawałki, napędzane dynamiczną grą sekcji rytmicznej, z charakterystycznym brzmieniem elektrycznych organów i przede wszystkim z ekscytującymi partiami gitary o wyjątkowo ostrym jak na tamte czasy, przesterowanym brzmieniu. Wyróżnić trzeba "Little Girl", "What I'd Say" z repertuaru Raya Charlesa (wzbogacony cytatem z beatlesowskiego "Day Tripper" i krótką solówką perkusyjną), a zwłaszcza rewelacyjny otwieracz "All Your Love" Otisa Rusha, z porywającymi partiami gitary i organów, oraz instrumentalne "Hideaway" Freddiego Kinga i "Steppin' Out" Memphis Slima (z wręcz hardrockowym riffem), będące w całości fantastycznymi popisami Claptona (i w pewnym stopniu zapowiedzią koncertowych poczynań Cream, do którego repertuaru został zresztą włączony ten ostatni). Słuchając tych nagrań trudno nie zauważyć, jak wielki był wpływ tego albumu na ukształtowanie się nie tylko blues rocka. Cała muzyka rockowa ma ogromny dług wdzięczności wobec Mayalla i Claptona którzy na tym albumie wskazali jedną z dróg rozwoju, dzięki którym rock przestał być tylko pochodną rock and rolla (który z kolei był rozwodnionym rhythm and bluesem), a w pełni wyemancypował się jako osobny gatunek (choć trzeba pamiętać, że równolegle inną drogę rozwoju wskazywały pierwsze grupy psychodeliczne).

Jednak nie brakuje tu też nieco bardziej tradycyjnego grania. Przykładem "Ramblin' on My Mind" czy archetypowe ballady bluesowe w wolnym tempie "Double Crossing Time" i "Have You Heard", w których również nie brakuje świetnych solówek gitary. Są też fragmenty, gdy Clapton schodzi na dalszy plan lub w których nie wystąpił w ogóle, jak oparte głównie na partiach harmonijki "Parchman Farm" Mose'a Allisona, "It Ain'r Right" Little Waltera oraz "Another Man", w którym lider wystąpił samodzielnie. To wszystko udane nagrania, ale nie one decydują o wielkości tego longplaya.

"Blues Breakers" to album, który całkiem zatarł granicę między bluesem i rockiem, pokazując bezsensowność takich podziałów. Równie dobrze można uznać go ze album rockowy, na którym rock'n'rollowa sztampa została całkiem wyparta przez bardziej szlachetne wpływy bluesa, jak i za album bluesowy, zagrany jednak z niesamowitą energią i ciężarem (jak na tamte czasy). Tak czy inaczej, John Mayall z Erikiem Claptonem stworzyli dzieło autentycznie przełomowe i niezwykle wpływowe. Szczególnie sposób grania i brzmienie tego drugiego stały się bezpośrednią lub pośrednią inspiracją dla niezliczonych gitarzystów na przestrzeni paru dekad. Dla współczesnego słuchacza, nie znającego kontekstu, brzmienie tego albumu może wydawać się przestarzałe, ale w chwili wydania było świeże i wręcz nowatorskie. Mnie się bardzo podoba. Zwłaszcza, że jak na ówczesne możliwości, album jest wyprodukowany naprawdę świetnie. Jeśli do czegoś miał bym się przyczepić, to byłaby to taka sobie warstwa wokalna i mimo wszystko nierówny poziom poszczególnych utworów, bo nie wszystkie są tak ekscytujące, jak "All Your Love" czy "Steppin' Out". Dlatego też nie wystawiam maksymalnej oceny, choć całości słucham z naprawdę wielką przyjemnością, a istotności tego albumu nie sposób przecenić.

Ocena: 9/10



John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)

1. All Your Love; 2. Hideaway; 3. Little Girl; 4. Another Man; 5. Double Crossing Time; 6. What'd I Say; 7. Key to Love; 8. Parchman Farm; 9. Have You Heard; 10. Ramblin' on My Mind; 11. Steppin' Out; 12. It Ain't Right

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe i harmonijka; Eric Clapton - gitara, wokal (10); John McVie - gitara basowa; Hughie Flint - perkusja
Gościnnie: Alan Skidmore - saksofon tenorowy (5,7,9,11); John Almond - saksofon barytonowy (7,9,11); Derek Healey - trąbka (7,9,11)
Producent: Mike Vernon


10 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Heartbreaker" (1973)



Pomimo wielkiego sukcesu albumu "Fire and Water" i singla "All Right Now", w zespole nie działo się najlepiej. Coraz silniejsze uzależnienie Paula Kossoffa od narkotyków i wynikające z tego trudności z graniem, doprowadzały do coraz silniejszych kłótni między muzykami, a wszystko to przekładało się na trudności z występami i tworzeniem nowego materiału. Po wydaniu bezbarwnego albumu "Highway", który w notowaniach wypadł dużo słabiej od swojego poprzednika, podjęto decyzje o zawieszeniu działalności Free. Zespół powrócił półtora roku później z równie nijakim, choć całkiem dobrze radzącym sobie - przynajmniej w Wielkiej Brytanii - pod względem komercyjnym,  "Free at Last". Było to ostatnie wydawnictwo grupy w jej oryginalnym składzie. Andy Fraser, zniechęcony ciągłymi kłótniami i niepoprawiającym się stanem Kossoffa, zdecydował się opuścić zespół. Na jego miejsce przyjęto japońskiego basistę Tetsu Yamauchi, ponadto skład zasilił klawiszowiec John "Rabbit" Bundrick. Obaj muzycy mieli już wcześniej okazję współpracować z Kossoffem i Simonem Kirke - w czasie, gdy grupa Free była nieaktywna, kwartet nagrał eponimiczny album pod szyldem Kossoff Kirke Tetsu Rabbit.

Odświeżony zespól zabrał się do pracy nad nowym materiałem. Obowiązki kompozytorskie spadły na Paula Rodgersa (do tamtej pory tworzącego głównie z Fraserem). Dwa utwory zostały popisane przez cały zespół, choć też były dziełem głównie wokalisty ("Wishing Well", "Travellin' in Style"), natomiast dwa kolejne dostarczył Bundrick ("Muddy Water", "Common Mortal Man"). Kossoff podczas nagrań był w fatalnym stanie - jego wkład ograniczył się do zagrania solówek w sześciu spośród ośmiu utworów. Za pozostałe partie gitar odpowiadają Rodgers, Kirke i sesyjny muzyk "Snuffy" Walden. Stąd też decyzja o poszerzeniu składu o klawiszowca - dźwięki elektrycznych organów i partie pianina szczelnie wypełniają brzmienie, dzięki czemu nie odczuwalna jest tak bardzo mniejsza ilość partii gitarowych.

Pomimo wszelkich trudności, zespołowi udało się nagrać naprawdę dobry album. "Heartbreaker" nie osiąga co prawda poziomu debiutanckiego "Tons of Sobs", ale od czterech wydanych w międzyczasie płyt jest już zdecydowanie lepszy. Do najmocniejszych punktów zalicza energetyczny, przebojowy "Wishing Well", subtelniejsze "Come Together in the Morning" (z bardzo ładnym refrenem) i "Seven Angels", oba ze świetnymi partiami gitar i klawiszy, a nade wszystko tytułowy "Heartbreaker" - porywający blues z bardzo dobrze budowanym napięciem i ekscytującą grą całego składu. Już dawno nie było tylu wyrazistych utworów na jednym albumie Free. Pozostałe nagrania prezentują się jednak mniej atrakcyjnie. Oparty w znacznym stopniu na brzmieniach akustycznych blues "Travellin' in Style" wypada dość nużąco. Z kolei "Muddy Water", "Common Mortal Man" i "Easy on My Soul", wszystkie o podobnym klimacie i raczej łagodnym charakterze, trochę za bardzo się ze sobą zlewają - zdecydowanie nie pomaga tu fakt, że następują jeden po drugim. To jednak całkiem przyjemne wypełniacze.

"Heartbreaker" to najbardziej dojrzały, ale też trochę za bardzo zachowawczy album. Nie przemawia to do mnie tak silnie, jak młodzieńcza energia i surowość debiutu - tutaj wszystko wydaje się nieco zbyt wykalkulowane, podczas gdy w bluesie lepiej sprawdza się spontaniczność. Ten sam zarzut można jednak postawić wszystkim pozostałym albumom Free po "Tons of Sobs". A na ich tle "Heartbreaker" wypada już zdecydowanie lepiej dzięki całkiem przyzwoitym kompozycjom, solidnemu, a momentami naprawdę świetnemu wykonaniu oraz porządnemu brzmieniu. Longplay okazał się także sporym sukcesem komercyjnym, dochodząc do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii i 47. w Stanach (wyższe wyniki osiągnął jedynie "Fire and Water"). Zespół rozpadł się jednak jeszcze w 1973 roku. Koncerty promujące album odbywał się już bez Kossoffa (zastąpił go Wendell Richardson), a po zakończeniu trasy podjęto decyzję o zakończeniu działalności - jak się okazało, definitywną. Paul Rodgers i Simon Kirke kontynuowali współpracę pod szyldem Bad Company. Paul Kossoff założył natomiast grupę Back Street Crawler, która działała do jego śmierci na początku 1976 roku. 

Ocena: 7/10



Free - "Heartbreaker" (1973)

1. Wishing Well; 2. Come Together in the Morning; 3. Travellin' in Style; 4. Heartbreaker; 5. Muddy Water; 6. Common Mortal Man; 7. Easy on My Soul; 8. Seven Angels

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara (1-5,7), pianino (7); Paul Kossoff - gitara (1-4,6,8); Tetsu Yamauchi - gitara basowa, instr. perkusyjne (5); Simon Kirke - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (5); John "Rabbit" Bundrick - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: W. G. Snuffy Walden - gitara (6-8); Rebop Kwaku Baah - kongi (1)
Producent: Free i Andy Johns


8 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In the Court of the Crimson King" King Crimson

Wydany w październiku 1969 roku debiutancki album King Crimson, "In the Court of the Crimson King", wzbudził szok ówczesnych słuchaczy rocka - zarówno zawartą na nim muzyką, jak i za sprawą zdobiącej go okładki. Brytyjski magazyn Disc określił ją nawet "najstraszniejszą okładką roku"...


Peter [Sinfield, tekściarz grupy] przyniósł obraz i od razu przypadł nam do gustu - wspominał gitarzysta King Crimson, Robert Fripp, w francuskim magazynie Rock & Folk. Ostatnio zabrałem oryginał z biura EG, ponieważ trzymali go w świetle słonecznym, co oczywiście spowodowałoby jego zniszczenie. Twarz na przodzie okładki to Schizotymik, natomiast wewnątrz znajduje się Karmazynowy Król. Jeśli zakryje się uśmiechnięte usta [króla], wtedy oczy wyrażają nieskończony smutek. Co można dodać? Okładka oddaje muzykę. Schizotymik i Karmazynowy Król to oczywiście postaci z tekstów utworów z albumu: "21st Century Schizoid Man" i "The Court of the Crimson King".


Ilustracja z wewnętrznej strony koperty - Karmazynowy Król.

Autorem obu ilustracji był Barry Godber - absolwent Chelsea Art College, z zawodu programista, a prywatnie znajomy Sinfielda. Grafiki zostały stworzone za pomocą akwareli. Obraz Schizotymika był ponoć jego autoportretem. Niestety, była to jedyna okładka, jaką stworzył. 24-letni Godber zmarł w lutym 1970 roku na skutek zawału serca. Warto dodać, że w tym czasie do przeszłości należał już skład King Crimson biorący udział w nagrywaniu albumu - multiinstrumentalista Ian McDonald i perkusista Michael Giles odeszli w grudniu 1969 roku, tuż po zakończeniu trasy promującej longplay. Niedługo później z zespołem rozstał się także śpiewający basista Greg Lake.

Barry Godber ze swoim dziełem.

6 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Fire and Water" (1970)



Pierwsze dwa albumy Free nie odniosły wielkich sukcesów komercyjnych. Debiutancki "Tons of Sobs" ledwo załapał się na amerykańską listę "Billboard 200" (wylądował na 197. miejscu), w Wielkiej Brytanii w ogóle nie trafił do notowania. Nieco już lepiej poradził sobie eponimiczny "Free", który osiągnął 65. miejsce na UK Albums Chart i 177. na liście "Billboardu". Prawdziwy sukces przyszedł jednak wraz z trzecim albumem, "Fire and Water", który znacząco pobił wyniki sprzedaży swoich poprzedników (odpowiednio 2. pozycja na brytyjskiej liście i 17. na amerykańskiej). Było to efektem niezwykłego powodzenia singla "All Right Now", z którego grupa do dziś jest najbardziej znana.

Ponownie większość utworów została napisana przez Paula Rodgersa i Andy'ego Frasera. Jedynie "Oh I Wept" jest podpisany przez Rodgersa i Paula Kossoffa, a za "Mr. Big" odpowiada cały skład. Brzmienie tym razem zdaje się nieco mocniejsze, niż na poprzednim albumie, aczkolwiek znów pozbawione surowości, która tak dobrze sprawdziła się na "Tons of Sobs". Same kompozycje ponownie rozczarowują. Zarówno słuchając tych nieco (ale tylko nieco) ostrzejszych kawałków w rodzaju tytułowego "Fire and Water" i "Remember", jak i spokojniejszych nagrań pod postacią "Oh I Wept" czy nieznośnie rozwleczonego "Don't Say You Love Me", mam wrażenie, że one wszystkie płyną sobie zbyt ospale i absolutnie nic z nich nie wynika. Praktycznie nic się tu nie dzieje, a już na pewno nic, co przyciągałoby moją uwagę. Na tym tle singlowy "All Right Now" jest przynajmniej bardziej żywiołowy i zawiera niezłe partie Frasera i Kossoffa, ale zarówno jego sztampowy riff (będący niewyczerpanym źródłem inspiracji dla AC/DC), jak i banalny, zbyt często powtarzany refren, wywołują u mnie wyłącznie negatywne odczucia. Całkiem przyjemnie wypada natomiast wolny blues "Heavy Load", z zaangażowanym śpiewem Rodgersa, udanymi partiami Frasera na pianinie oraz krótką i bardzo delikatną, ale emocjonalną solówką Kossoffa. A jest tu jeszcze cięższy, nieco jamowy "Mr. Big", z bardzo fajnymi podchodami gitary i basu, być może najlepsze nagranie w historii zespołu. A w każdym razie jedno z niewielu, gdzie wyrazista kompozycja (a przynajmniej główny motyw) idzie w parze z naprawdę dobrym wykonaniem, a ostatecznego efektu nie psuje źle dopasowane brzmienie.

"Fire and Water" to klasyczny rock, czy też może raczej dad rock, w najgorszym wydaniu, czyli album uznawany przez media i niedzielnych słuchaczy w wieku 50+ za wybitne osiągnięcie tylko dlatego, że to właśnie na nim znalazł się wielki przebój katowany przez rozgłośnie radiowe. Jak często w takich wypadkach bywa, ten hit jest wyjątkowo banalnym kawałkiem, bez którego całość raczej by zyskała, niż straciła. Ale reszta albumu jest w znaczniej części zupełnie pozbawiona wyrazistości i co najwyżej może robić za muzykę tła, bo przy próbie uważniejszego słuchania zanudziłaby mnie na śmierć (inna sprawa, że do słuchania w tle wybrałbym raczej album eponimiczny albo nawet następne w dyskografii "Highway" i "Free at Last", na których nie ma takiej sztampy, jak w "All Right Now"). Są tu też nieliczne fajne momenty, które podnoszą moją ocenę, ale to wciąż bardzo nudny longplay jako całość.

Ocena: 5/10



Free - "Fire and Water" (1970)

1. Fire and Water; 2. Oh I Wept; 3. Remember; 4. Heavy Load; 5. Mr. Big; 6. Don't Say You Love Me; 7. All Right Now

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - gitara basowa, pianino; Simon Kirke - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Free, John Kelly i Roy Thomas Baker


4 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Free" (1969)



Jeszcze w tym samym roku, gdy ukazał się debiutancki "Tons of Sobs", dyskografia Free powiększyła się o kolejny, eponimiczny album. Tym razem niemal cały materiał został napisany przez Paula Rodgersa i Andy'ego Frasera. Jedynie "Trouble on Double Time" został podpisany przez cały skład. Stąd też pewnie zmiana charakteru i brzmienia muzyki. Zespół zaczął oddalać się powoli od swoich bluesowych korzeni, proponując mocniej zróżnicowany i jakby bardziej subtelny materiał. Wyraźnie zwiększyła się rola gitary basowej, która nierzadko wysuwa się na  pierwszy plan w warstwie instrumentalnej. Co więcej, Fraser zagrał też część partii gitary rytmicznej. Tym samym udział Paula Kossoffa często sprowadza się do ubarwiania brzmienia solowymi partiami, które są zresztą bardzo schematyczne i grane jakby od niechcenia.

Album wypełniają głównie dość zwyczajne piosenki, w sumie całkiem przyjemne, ale raczej średnie pod względem melodycznym, niezbyt atrakcyjnie wykonane i zanadto wygładzone brzmieniowo (singlowe "I'll Be Creepin'" i "Broad Daylight", "Songs of Yesterday"). Pomiędzy nimi pojawiają się zaś głównie spokojniejsze kawałki o dość pastoralnym nastroju - przeważnie mało wyraziste i zbyt jednostajne, oparte na jednym motywie ("Lying in the Sunshine", "Mouthful of Grass"), choć finałowemu "Mourning Sad Morning" nie można odmówić sporego uroku i przejmującego, minorowego klimatu, będącego w znacznym stopniu zasługą gościnnych partii fletu w wykonaniu Chrisa Wooda z Traffic. Bardziej bluesowy charakter mają "Trouble on Double Time" i "Woman" - ten pierwszy wypada w sumie dość ospale (poza świetną partią basu i przebudzającym się w trakcie solówki Kossoffem), ale już w drugim z nich w końcu pojawia się więcej energii, choć lepiej sprawdziłoby się tu bardziej surowe brzmienie w stylu debiutu. Przykładem kompletnie zmarnowanej szansy jest natomiast "Free Me". Muzykom udało się stworzyć naprawdę intrygujący klimat, który sprawia, że słuchacz czeka na jakiś interesujący rozwój - to jednak nie następuje, zespół przez pięć minut powtarza jeden motyw, w żaden sposób go nie przetwarzając, ani nie zwiększając intensywności, choć aż się tu prosiło o takie rozwiązania.

To nie jest jakiś bardzo kiepski album. Nie wywołuje u mnie szczególnie negatywnych odczuć. To tylko prosta, trochę zbyt wygładzona, ale bezpretensjonalna i pozbawiona kiczu muzyka, której mógłbym słuchać w roli nieangażującego tła. Muzycy zadbali o to, by całość była dość zróżnicowana, jednak w poszczególnych utworach dzieje się zdecydowanie za mało. To mógłby być znacznie lepszy album, gdyby w jego powstawanie zaangażował się cały zespół, a nie tylko wokalista z basistą.

Ocena: 6/10



Free - "Free" (1969)

1. I'll Be Creepin'; 2. Songs of Yesterday; 3. Lying in the Sunshine; 4. Trouble on Double Time; 5. Mouthful of Grass; 6. Woman; 7. Free Me; 8. Broad Daylight; 9. Mourning Sad Morning

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - gitara basowa, gitara, pianino; Simon Kirke - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Chris Wood - flet (9)
Producent: Chris Blackwell


2 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Tons of Sobs" (1969)



W chwili wydania debiutanckiego albumu Free, "Tons of Sobs", żaden z tworzących zespół muzyków nie miał jeszcze ukończonych dwudziestu lat. Posiadali już jednak pewne doświadczenie. Gitarzysta Paul Kossoff i perkusista Simon Kirke występowali w bluesrockowym Black Cat Bones i nagrywali z bluesmanem Championem Jackiem Dupree, wokalista Paul Rodgers udzielał się w różnych amatorskich zespołach, zaś najmłodszy z nich, zaledwie szesnastoletni basista Andy Fraser zdążył już przewinąć się przez skład grupy Bluesbreakers, prowadzonej przez ojca brytyjskiego bluesa, Johna Mayalla. Ostatnie dwójka nie miała dotąd okazji pracować w studiu. Zespół jednak doskonale sobie poradził.

"Tons of Sobs" wpisuje się w wciąż popularną w tamtym czasie, ale już powoli ustępującą innym, stylistykę blues rocka. W przeciwieństwie do wielu innych grup łączących bluesową tradycję z rockowym czadem, muzycy Free już na swoim pierwszym albumie postawili przede wszystkim na autorski repertuar. Głównym twórcą materiału jest Rodgers, w dwóch utworach wspomógł go Fraser ("Wild Indian Woman", "I'm a Mover"), a dwa kolejne są dziełem całego składu ("Walk in My Shadow", "Moonshine"). Całości dopełniły interpretacje dwóch bluesowych standardów: "Goin' Down Slow" Louisa Jimmy'ego Odena i "The Hunter" Alberta Kinga.

Choć album spina klamra w postaci podzielonego na dwie części, onirycznego "Over the Green Hills", dominują na nim zdecydowanie ostrzejsze, energetyczne kawałki w rodzaju "Worry", "Walk in My Shadow", "I'm a Mover" i "Sweet Tooth". Brzmienie jest co prawda często łagodzone partiami pianina (w wykonaniu Frasera lub sesyjnego muzyka Steve'a Millera), jednak wyraźnie kieruje się w stronę hard rocka, podążając drogą wyznaczoną przez Cream, The Jimi Hendrix Experience, The Jeff Beck Group i Led Zeppelin. Zaś pomiędzy tymi czadowymi nagraniami pojawiają się, oczywiście, bluesowe ballady: "Goin' Down Slow" i "Moonshine", obie wykonane bardzo emocjonalnie, z odpowiednim dla takiej stylistyki dramatyzmem.

Wśród największych zalet zespołu można wymienić charyzmatycznego i rozpoznawalnego wokalistę o charakterystycznej, bardzo bluesowej barwie głosu, gitarzystę doskonale czującego bluesa (w przenośni i dosłownie), oraz niechowającą się w tle sekcję rytmiczną. Właściwie każdy członek zespołu odgrywa na tym albumie tak samo istotną rolę, co w takiej muzyce ma ogromne znaczenie. Same kompozycje nie są może wybitne, raczej na poziomie trochę powyżej bluesowej średniej, jednak bardzo zyskują dzięki świetnemu wykonaniu i naprawdę dobremu brzmieniu. Zespół nigdy już nie nagrał lepszego albumu od tego.

Ocena: 8/10



Free - "Tons of Sobs" (1969)

1. Over the Green Hills (Pt. 1); 2. Worry; 3. Walk in My Shadow; 4. Wild Indian Woman; 5. Goin' Down Slow; 6. I'm a Mover; 7. The Hunter; 8. Moonshine; 9. Sweet Tooth; 10. Over the Green Hills (Pt. 2)

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - gitara basowa, pianino; Simon Kirke - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Steve Miller - pianino
Producent: Guy Stevens


1 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Somewhere in Time" Iron Maiden

W pierwszej części nowego cyklu postanowiłem zaprezentować jedną z najbardziej niesamowitych okładek, która ozdobiła szósty album Iron Maiden, "Somewhere in Time" z 1986 roku.


Okładkę "Somewhere in Time", podobnie jak poprzednich albumów zespołu, zaprojektował Derek Riggs. Jak zwykle znalazła się na niej maskotka zespołu - Eddie (jej historię możesz przeczytać tutaj). Jednak tym razem postać jest jedynie częścią grafiki, nie dominuje całości. Pozostała część obrazu, przedstawiająca futurystyczne miasto, pełna jest natomiast odniesień do poprzednich okładek zespołu, a także konkretnych utworów (więcej na ten temat znajdziesz poniżej). Riggs planował to wszystko i malował przez trzy miesiące - mówił lider zespołu, Steve Harris. Mamy tutaj futurystyczną wersję Eddiego, w stylu filmu "Łowca androidów", otoczoną przez mnóstwo detali, mających związek z historią Iron Maiden. To prawdziwa uczta dla oczu.


Z początku wszystkie okładki - i singlowe, i płytowe - powstawały w ogromnym pośpiechu - wyjaśniał Riggs. Zmuszały do tego terminy. Dzwoniono do mnie w czwartek wieczorem, a w poniedziałek rano okładka miała być gotowa. Wszystkie okładki albumów i singli powstawały w ten sposób, aż do "Piece of Mind". Dla porównania: autor okładki książki ma na jej zrobienie dwa do trzech tygodni. Tak więc musiałem pędzić na złamanie karku. Najkrócej pracowałem chyba nad "The Number of the Beast" - zrobiłem ją w ciągu jednego weekendu. Pierwotnie miała to być okładka singla, ale wykorzystano ją na albumie. W gruncie rzeczy jest niedokończona, bo miałem za mało czasu, by popracować nad różnymi detalami. Najdłużej wlokła się praca nad "Somewhere in Time". Zajęło mi to dwa i pół miesiąca. Obraz, który namalowałem, miał 15 na 32 cale, czyli nieco więcej niż okładka płyty [winylowej]. Jeśli przyjrzycie się reprodukcji tej okładki na mojej stronie [link - dostęp online: 10.02.2020], korzystając z 17-calowego monitora, zobaczycie ten obraz w pierwotnych rozmiarach

Plakat z okresu "Somewhere in Time".
Nawiązania do utworów:
  • Tabliczka z nazwą ulicy "Acacia" ("22 Acacia Avenue").
  • Spadający Ikar ("Flight of Icarus").
  • "Aces High Bar" ("Aces High").
  • "Sand Dune" (utwór "To Tame a Land" miał początkowo nosić tytuł "Dune").
  • Godzina 23:58 ("2 Minutes to Midnight").
  • "Ancient Mariner Seafood Restaurant" ("Rime of the Ancient Mariner").
  • Prostytutka w oknie ("Charlotte the Harlot" / "22 Acacia Avenue").
  • "Phantom Opera House" ("Phantom of the Opera").

Fragmenty okładek innych albumów lub nawiązania do ich tytułów:
  • Piramidy ("Powerslave").
  • Postać Śmierci ("Live After Death").
  • Plakat Iron Maiden (single "Sanctuary" i "Women in Uniform").
  • Mózg w dłoniach Bruce'a Dickinsona ("Piece of Mind").
  • Latarnia ze śmietnikiem ("Iron Maiden").
  • Koty ("Killers", "Live After Death").
  • Tytuł "Live After Death" na kinowym afiszu.
  • Płomienie ("The Number of the Beast").

Inne:
  • "Marque Club", "Rainbow", "Long Beach Arena" i "Ruskin Arms" to miejsca, w których występował zespół.
  • "Gypsy's Kiss" - nazwa pierwszego zespołu Steve'a Harrisa.
  •  Tytuł filmu "Blade Runner" ("Łowca androidów") na kinowym afiszu. Film był inspiracją dla okładki "Somewhere in Time".
  • Batman (brak związków z zespołem).

Postać Eddiego-cyborga znalazła się także na okładkach singli towarzyszących albumowi, "Wasted Years" i "Stranger in a Strange Land"...



...jak również na okładce kompilacji "Somewhere Back in Time - The Best of: 1980-1989":