28 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Death Walks Behind You" Atomic Rooster

Większość okładek powstaje specjalnie z myślą o danym wydawnictwie. Czasem zdarza się jednak, że wykorzystywane jest dzieło istniejące już wcześniej. Tak było chociażby przypadku okładki albumu "Death Walks Behind You" zespołu Atomic Rooster, na której wykorzystano obraz "Nabuchodonozor" Williama Blake'a.


William Blake (1757-1827) to słynny angielski poeta, pisarz, malarz, rytownik, drukarz i mistyk. Zaliczany bywa do tzw. "poetów wyklętych" - ze względu na liczne skandale obyczajowe, ich twórczość była odrzucana przez współczesnych, dopiero po śmierci zyskiwała popularność. Obraz "Nabuchodonozor" powstał w 1795 roku. Przedstawia króla Babilonii, Nabuchodonozora II, a konkretnie zainspirowany został następującym fragmentem Biblii z Księgi Daniela: Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba go obmywała. Włosy jego urosły [niby] pióra orła, paznokcie zaś jego jak [pazury] ptaka (Dn 4,30).

William Blake - "Nabuchodonozor" (1795).

Twórczość Blake'a inspirowała wielu rockowych wykonawców - od muzyków The Doors, którzy nazwę zespołu zaczerpnęli z aforyzmu Blake'a (Gdyby drzwi percepcji zostały oczyszczone, każda rzecz jawiłaby się człowiekowi taką, jaką jest, nieskończoną), przez supergrupę Emerson, Lake & Palmer, która nagrała własną wersję hymnu "Jerusalem" (poemat "And Did Those Feet in Ancient Time" Blake'a z 1804 roku, do którego w roku 1916 Charles Hubert Hastings Parry dopisał muzykę), aż po wokalistę Iron Maiden, Bruce'a Dickinsona, który jeden ze swoich solowych albumów, "The Chemical Wedding", w całości poświęcił Blake'owi.


Z Blakem zetknąłem się jeszcze w dzieciństwie, kiedy kupiłem płytę zespołu Atomic Rooster - przyznawał Dickinson. Na jej okładce widniała reprodukcja obrazu Blake'a zatytułowanego "Nabuchodonozor", który bardzo mnie zaintrygował. Jakiś czas później, z czystej ciekawości, sięgnąłem po tomik jego wierszy i doznałem olśnienia. Blake stał się moim duchowym przewodnikiem, a jego twórczość niewyczerpanym źródłem inspiracji. Na okładce "The Chemical Wedding" znalazł się przetworzony fragment innego obrazu Blake'a, "Duch pchły" (w oryginale brzmi to lepiej: "The Ghost of the Flea"). Obraz powstawał w latach 1819-20. "Duch pchły" podobno nawiedził Blake'a w jego mieszkaniu. Po sugestii znajomego, postanowił namalować portret zjawy, gdy tylko ta ponownie się ukaże. Nie była to jedyna wizja Blake'a - już od dzieciństwa widział rożne dziwne rzeczy, przez co często był uważany za szaleńca.

Album "The Chemical Wedding" nie był bynajmniej pierwszym, na którym wykorzystano obraz "The Ghost of the Flea". W 1978 roku został wykorzystany przez mało znaną grupę ze sceny Canterbury, Gilgamesh, na ich drugim albumie, "Another Fine Tune You've Got Me Into".




Kliknij, aby przeczytać recenzje "Death Walks Behind You" lub "The Chemical Wedding".

26 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)



"The Original Fleetwood Mac" to kolejna składanka w dorobku Fleetwood Mac. Tym razem zawierająca wyłącznie materiał nigdy wcześniej niepublikowany. Utwory zostały zarejestrowane podczas różnych sesji, w latach 1967-68. Najstarsze nagrania pochodzą z sierpnia 1967 roku, gdy grupa jeszcze formalnie nie istniała. Peter Green, John McVie i Mick Fleetwood wciąż byli wtedy członkami zespołu Johna Mayalla, który pozwolił im wykorzystać część swojego czasu studyjnego. Rezultatem były dwa utwory: zadziorny instrumental "Fleetwood Mac" - nazwany tak przez Greena na cześć sekcji rytmicznej - wyróżniający się świetnymi solówkami lidera na gitarze i harmonijce, oraz bardzo typowa bluesowa ballada "First Train Home". To właśnie po ich nagraniu Green podjął decyzję o stworzeniu własnego zespołu, w skład którego mieli wejść także Fleetwood i McVie.

Pozostałe utwory zostały zarejestrowane przez zespół na przestrzeni kilku miesięcy, w tym samym czasie, co albumy "Fleetwood Mac" i "Mr. Wonderful". Nie są to jednak typowe odrzuty, bo kompozycje trzymają wysoki poziom, a czasem nawet przewyższają kawałki, które trafiły na wspomniane albumy. Naprawdę trudno zrozumieć dlaczego podczas układania tracklisty debiutanckiego longplaya nie uwzględniono takich utworów, jak ciężki blues "Drifting", z elektryzującymi solówkami Greena, czy przepięknej ballady "A Fool No More" (ponad dekadę później nagranej przez Petera na jego drugi solowy album, "In the Sky", w jeszcze bardziej poruszającej wersji). Niewiele ustępuje im żywiołowy instrumental "Watch Out". Z sesji "Mr. Wonderful" ostał się natomiast bardzo dobry "Worried Dream" - kolejna bluesowa ballada, zgrabnie dopełniona partiami pianina w wykonaniu Christine Perfect. Album zawiera także kilka nagrań z udziałem Jeremy'ego Spencera. Akustyczne bluesy "Mean Old Fireman" i "Allow Me One More Show", oba zarejestrowane bez pomocy pozostałych muzyków, oraz rockandrollowy "Can't Afford to Do It" urozmaicają całość, jednak najlepiej wypada "Love That Woman" - przyjemny blues o zdecydowanie "bielszym" odcieniu, niż pozostałe nagrania grupy z tego wczesnego okresu.

"The Original Fleetwood Mac" to bardzo dobre uzupełnienie dyskografii Fleetwood Mac. Longplay spokojnie mógł ukazać się pomiędzy "Mr. Wonderful" i "Then Play On" jako regularny album - pewnie nikomu nie przyszłoby na myśl, że to zbiór pozostałości po poprzednich sesjach.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)

1. Drifting; 2. Leaving Town Blues; 3. Watch Out; 4. A Fool No More; 5. Mean Old Fireman; 6. Can't Afford to Do It; 7. Fleetwood Mac; 8. Worried Dream; 9. Love That Woman; 10. Allow Me One More Show; 11. First Train Home; 12. Rambling Pony #2

Skład: Peter Green - wokal i gitara (1-4,6-8,11-12), harmonijka (7,12); John McVie - bass (1-4,6-9,11,12); Mick Fleetwood - perkusja (1-4,6-9,11,12); Jeremy Spencer - wokal i gitara (5,6,9,10), pianino (9)
Gościnnie: Christine Perfect  - pianino (8)
Producent: Mike Vernon


25 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)



Tytuł mówi wszystko. To po prostu składanka największych hitów Fleetwood Mac nagranych do 1971 roku. A więc głównie w bluesowym okresie, gdy grupą dowodził Peter Green (jedynie utwór "Dragonfly" został nagrany już po jego odejściu). Jest to jednak pozycja o tyle godna uwagi, że zawiera przede wszystkim utwory wcześniej wydane wyłącznie na singlach, ewentualnie na innych kompilacjach. "Greatest Hits" stanowi zatem doskonałe uzupełnienie pierwszych trzech albumów zespołu. I zdecydowanie nie należy traktować tego wydawnictwa wyłącznie jako suplementu dla największych fanów, gdyż owe niealbumowe przeboje są znacznie ciekawsze niż spora część regularnych longplayów.

To dość zróżnicowany materiał. Rozpoczyna się od dwóch hardrockowych utworów: rewelacyjnego "The Green Manalishi (With the Two-Prong Crown)", z nieoczywistą strukturą i dość posępnym klimatem, który nie wyklucza jednak przebojowości (utwór został później zcoverowany przez Judas Priest), oraz niewiele mu ustępującego, rozpędzonego "Oh Well (Part 1)", zakończonego akustyczną kodą. Rozwinięciem tego motywu jest instrumentalny "Oh Well (Part 2)" - niemal progrockowy utwór, z misternymi partiami Greena na gitarze akustycznej, którym towarzyszą dźwięki fletu i wiolonczeli. Zupełnie inny klimat przynosi "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Williego Johna - klasyczny wolny blues, wzbogacony o orkiestrację stylizowaną na lata 40./50. Z kolei "Dragonfly" to przyjemna, łagodna kompozycja Danny'ego Kirwana, nieodbiegająca daleko od jego utworów z albumu "Then Play On". Ożywienie przynosi energetyczny blues rock "Black Magic Woman", po którym rozbrzmiewają jeszcze dwie łagodniejsze kompozycje - prześliczny instrumentalny temat na dwie gitary, czyli słynny "Albatross" (największy przebój w całej karierze zespołu!), oraz zgrabna ballada "Man of the World".

Całości dopełniają cztery utwory oryginalnie wydane na regularnych albumach. Szczególnie cieszy obecność dwóch najlepszych utworów z "Mr. Wonderful", czyli "Stop Messin' Round" i fantastycznej ballady "Love That Burns". W zupełności wyczerpują one potencjał tego longplaya. Najlepszy studyjny album grupy, "Then Play On", reprezentowany jest tylko jednym utworem, "Rattlesnake Shake". Wybór całkowicie uzasadniony, bo to jedyny jego fragment wydany na singlu, a do tego naprawdę świetny utwór. Ten longplay ma jednak do zaoferowania znacznie więcej i dlatego trzeba go znać w całości. Najgorzej wypada reprezentacja debiutanckiego "Fleetwood Mac", gdyż rockandrollowy "Shake Your Moneymaker" kompletnie nie pasuje do pozostałych utworów. Utwór ten nawet nie był przebojem - singiel nie wszedł na żadne notowanie. Równie dobrze mógł się tu zatem znaleźć np. "Something Inside of Me" (z amerykańskiej kompilacji "English Rose"), który do całości pasowałby znacznie lepiej, a w dodatku jeszcze bardziej by podniósł wartość tej kompilacji jako zbioru trudniej dostępnych, a wartościowych nagrań.

Nie jestem wielbicielem składanek, ale muszę przyznać, że "Greatest Hits" to, obok "Then Play On",  najlepsza rzecz, jaka ukazała się pod szyldem Fleetwood Mac. To niekwestionowany szczyt kompozytorskich i wykonawczych umiejętności Petera Greena, Danny'ego Kirwana, Johna McVie i Micka Fleetwooda. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

PS. Niektóre kompaktowe reedycje zawierają znacznie zmienioną tracklistę, na której pominięto utwory "The Green Manalishi", obie części "Oh Well", "Rattlesnake Shake", "Dragonfly" i "Man of the World", zastępując je znacznie mniej ciekawymi kawałkami z dwóch pierwszych albumów i stron B singli.



Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)

1. The Green Manalishi (With the Two Prong Crown); 2. Oh Well (Part 1); 3. Oh Well (Part 2); 4. Shake Your Moneymaker; 5. Need Your Love So Bad; 6. Rattlesnake Shake; 7. Dragonfly; 8. Black Magic Woman; 9. Albatross; 10. Man of the World; 11. Stop Messin' Round; 12. Love That Burns

Skład: Peter Green - wokal (1,5,6,8,10-12), gitara (1-6,8-12), bass (1), wiolonczela (3), instr. perkusyjne (3); Danny Kirwan - gitara (1,2,6,7,9,10), wokal (7); John McVie - bass; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - pianino (3), wokal (4), gitara (4)
Gościnnie: Sandra Elsdon - flet (3); Mickey Baker - orkiestracja (5); Christine Perfect - pianino (11,12); Steve Gregory, Dave Howard, Johnny Almond, Roland Vaughan - saksofony (11,12)
Producent: Mike Vernon i Fleetwood Mac


24 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)



"Then Play On" to najbardziej ceniony album z bluesowego okresu działalności Fleetwood Mac. A moim zdaniem także najlepszy w całej dyskografii zespołu. Muzycy doprowadzili tutaj swój bluesowy styl do doskonałości. Niejednokrotnie zresztą wykraczają poza bluesową estetykę - to najbardziej zróżnicowany stylistycznie longplay, jaki ukazał się pod tym szyldem. Na szczęście muzycy nie przesadzili w drugą stronę i całość zachowuje spójny charakter. W osiągnięciu tak dobrego efektu w znacznym stopniu pomógł nowy muzyk, Danny Kirwan, który jest nie tylko dobrym gitarzystą i wokalistą, ale również świetnym kompozytorem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w nagrywaniu albumu nie wziął udziału Jeremy Spencer (choć wciąż był oficjalnym członkiem zespołu), który ciągnął grupę w mniej ciekawym kierunku, o czym można się przekonać słuchając poprzedniego albumu, "Mr Wonderful".

"Then Play On" to pierwszy album Fleetwood Mac, na którym znalazły się wyłącznie autorskie kompozycje członków zespołu. Aż połowa z nich jest dziełem Kirwana. I są wśród nich naprawdę znakomite utwory. Jak psychodeliczny, zadziorny, a zarazem bardzo chwytliwy "Coming Your Way", wyróżniający się "plemienną" grą Micka Fleetwooda. Albo energetyczny, bluesrockowy "One Sunny Day". Zaś przede wszystkim nastrojowa ballada bluesowa "Without You", z prześlicznymi partiami gitar i poruszającą partią wokalną. Danny napisał także kilka przyjemnych, częściowo akustycznych utworów: folkowe "When You Say" i "Although the Sun Is Shining", instrumentalny "My Dream", oraz klasyczny blues "Like Crying". Równie zróżnicowane są kompozycje Petera Greena: od łagodnych "Closing My Eyes" (klimatem przypominającego "Albatross", ale z partią wokalną) i "Before the Beginning", przez psychodeliczny instrumental "Underway", po blues w wersji czystszej - "Show Biz Blues" - i urockowionej - "Rattlesnake Shake". Największe wrażenie robi właśnie ten ostatni, świetnie łączący zadziorne brzmienie z melodyjnością. Utwór był nawet wydany na singlu, ale nie odniósł sukcesu (w przeciwieństwie do wersji z 1981 roku, nagranej przez Greena i Fleetwooda na solowy album drugiego z nich, "The Visitor"). Całości dopełniają utwory "Fighting for Madge" i "Searching for Madge", podpisane odpowiednio nazwiskami Micka Fleetwooda i Johna McVie. Prawdopodobnie chodziło o to, żeby sekcja rytmiczna też zarobiła coś na tantiemach, gdyż oba kawałki to po prostu instrumentalne jamy. Oba rozpędzone i wyróżniające się wręcz hardrockowym ciężarem.

Powtórzę to jeszcze raz: "Then Play On" to szczytowe osiągnięcie w długiej karierze Fleetwood Mac. Znalazło się tutaj kilka naprawdę rewelacyjnych utworów, a pozostałe, choć już mniej porywające, też są całkiem udane i nie odbierają przyjemności ze słuchania albumu w całości. Niestety, wkrótce po wydaniu longplaya, ze składu odszedł Peter Green, czego powodem był z jednej strony konflikt z resztą zespołu, a z drugiej - pogarszający się stan psychiczny muzyka. Kolejne albumy Fleetwood Mac były już całkiem pozbawione bluesa, za to coraz bardziej zbliżały się do popu. O wiele wyższy poziom prezentowały wydawane równolegle kompilacje z niealbumowymi utworami z czasów Greena. Ale to już temat na kolejne recenzje.

Ocena: 9/10



Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)

1. Coming Your Way; 2. Closing My Eyes; 3. Fighting for Madge; 4. When You Say; 5. Showbiz Blues; 6. Underway; 7. One Sunny Day; 8. Although the Sun Is Shining; 9. Rattlesnake Shake; 10. Without You; 11. Searching for Madge; 12. My Dream; 13. Like Crying; 14. Before the Beginning

Skład: Peter Green - wokal, gitara, harmonijka; Danny Kirwan - wokal, gitara; John McVie - bass; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Christine Perfect - pianino; Big Walter Horton - harmonijka
Producent: Fleetwood Mac


23 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Mr. Wonderful" (1968)



Drugi album Fleetwood Mac ukazał się zaledwie pół roku po debiucie. W latach 60. tak częste wydawanie płyt długogrających było normą. Jednak nie dla każdego wykonawcy było to wystarczająco dużo czasu, aby być w stanie utrzymać równy poziom kolejnych wydawnictw. Niestety, zadanie to przerosło także muzyków Fleetwood Mac. Starali się to ukryć za pomocą bogatszych aranżacji - wiele utworów na "Mr. Wonderful" zostało zarejestrowane z sekcją dętą, ponadto większą rolę odgrywają partie pianina, na którym zagrała Christine Perfect (wówczas związana z Chicken Shack, później na stałe dołączyła do Fleetwood Mac; prywatnie zaś została żoną Johna McVie). Niestety, pomimo tego, wyraźnie słychać brak pomysłów. Szczególnie w utworach Jeremy'ego Spencera. Z sześciu kompozycji, w których wystąpił jako wokalista i solowy gitarzysta, aż cztery opierają się na identycznym riffie ("Need Your Love Tonight", oraz przeróbki "Dust My Broom" i "Coming Home Elmore'a Jamesa i "Doctor Brown" J. T. Browna). Dwa pozostałe utwory, to dość przeciętny instrumental "Evenin' Boogie", oraz wyjątkowo udany - choć nieporywający - wolny blues "I've Lost My Baby".

Zdecydowanie lepiej prezentują się utwory, w których Spencer w ogóle nie wystąpił, zaś pierwszoplanową rolę pełni Peter Green. Lider Fleetwood Mac, wspólnie z menadżerem grupy, Cliffordem Adamsem, napisał sześć naprawdę dobrych i dość zróżnicowanych kawałków. Nie zabrakło wśród nich energetycznych, chwytliwych kawałków bluesrockowych ("Stop Messin' Round", "Rollin' Man", rozpędzony "Lazy Poker Blues"), w których gitarzysta gra świetne, porywające sola. Są też bardziej stonowane utwory, jak nieco wolniejszy blues "If You Be My Baby", czy akustyczny "Trying So Hard to Forget", ze świetnym gościnnym występem Dustera Bennetta na harmonijce. Największą perłą jest jednak "Love That Burns" - przepiękna bluesowa ballada, z umiejętnie budowanym klimatem i napięciem, emocjonującym śpiewem Greena, oraz jego rewelacyjnymi solówkami. Już dla samego tego utworu warto sięgnąć po ten album (albo którąś z zawierających go składanek)

"Mr. Wonderful" nie doczekał się premiery w Stanach, jednak kilka miesięcy później ukazała się tam kompilacja "English Rose", powielająca połowę - niekoniecznie tą lepszą - jego zawartości (na szczęście nie zabrakło "Stop Messin' Round" i "Love That Burns"). Ponadto znalazło się na niej sześć nowszych utworów, w większości nagranych z udziałem nowego muzyka - śpiewającego gitarzysty Danny'ego Kirwana. Są wśród nich dwie kompozycje Greena - energetyczny, zadziorny i zarazem przebojowy "Black Magic Woman", oraz prześliczny, zupełnie niebluesowy instrumental "Albatross". Oba zostały wydane na singlach - pierwszy był raczej umiarkowanym przebojem (o wiele wyżej w notowaniach zaszła wersja grupy Santana), natomiast drugi stał się największym przebojem w całej karierze Fleetwood Mac, dochodząc na sam szczyt brytyjskiego notowania! Pozostałe cztery utwory to kompozycje Kirwana. Fajny, ciężki blues "One Sunny Day" i przepiękna bluesowa ballada "Without You" w Europie zostały wydane na trzecim albumie grupy, "Then Play On". Trudniej dostępne są instrumentalny "Jigsaw Puzzle Blues", oraz kolejna świetna bluesowa ballada, "Something Inside of Me", z fantastyczną solówką gitarową. Ten ostatni to prawdopodobnie najbardziej niedoceniony utwór Fleetwood Mac - przede wszystkim przez samych muzyków, którzy nie zadbali, aby był bardziej znany.

"Mr. Wonderful" to album bardzo nierówny, wyraźnie nagrywany w pośpiechu. Zdecydowanie lepiej prezentuje się "English Rose", na którym porywających momentów jest znacznie więcej - jednak i to wydawnictwo nie jest pozbawione wad, w postaci utworów nagranych z Jeremym Spencerem.

Ocena: 6/10 ("Mr. Wonderful")
Ocena: 7/10 ("English Rose")



Fleetwood Mac - "Mr. Wonderful" (1968)

1. Stop Messin' Round; 2. I've Lost My Baby; 3. Rollin' Man; 4. Dust My Broom; 5. Love That Burns; 6. Doctor Brown; 7. Need Your Love Tonight; 8. If You Be My Baby; 9. Evenin' Boogie; 10. Lazy Poker; 11. Coming Home; 12. Trying So Hard to Forget

Skład: Peter Green - wokal (1,3,5,8,10,12), gitara, harmonijka; John McVie - bass; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (2,4,6,7,9,11)
Gościnnie: Christine Perfect - instr. klawiszowe; Duster Bennett - harmonijka (12); Steve Gregory, Dave Howard, Johnny Almond i Roland Vaughan - saksofony
Producent: Mike Vernon


Fleetwood Mac - "English Rose" (1969)

1. Stop Messin' Round; 2. Jigsaw Puzzle Blues; 3. Doctor Brown; 4. Something Inside of Me; 5. Evenin' Boogie; 6. Love That Burns; 7. Black Magic Woman; 8. I've Lost My Baby; 9. One Sunny Day; 10. Without You; 11. Coming Home; 12. Albatross

Skład: Peter Green - wokal (1,6,7,8), gitara, harmonijka; John McVie - bass; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Danny Kirwan - wokal (2,4,9,10), gitara (2,4,7,9,10,12); Jeremy Spencer - wokal i gitara (3,5,8,11)
Gościnnie: Christine Perfect - instr. klawiszowe; Steve Gregory, Dave Howard, Johnny Almond i Roland Vaughan - saksofony
Producent: Mike Vernon


22 kwietnia 2014

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)



Nazwa Fleetwood Mac kojarzona jest obecnie przede wszystkim z kilkoma poprockowymi albumami z drugiej połowy lat 70., które odniosły spory sukces komercyjny. Dekadę wcześniej był to zupełnie inny zespół, zarówno pod względem personalnym, jak i stylistycznym. Założony został w 1967 roku przez brytyjskiego gitarzystę Petera Greena, który kilkanaście miesięcy wcześniej zasłynął jako następca Erica Claptona w grupie Bluesbreakers Johna Mayalla, z którą nagrał album "A Hard Road" i kilka singli. To właśnie tam poznał basistę Johna McVie, a także zasugerował liderowi wyrzucenie perkusisty Aynsleya Dunbara (który wyraził swoje rozgoryczenie formując grupę The Aynsley Dunbar Retaliation, co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara") i ściągnięcie na jego miejsce Micka Fleetwooda, z którym grał już wcześniej. Peterowi tak dobrze współpracowało się z tą sekcją rytmiczną, że zaproponował im stworzenie nowej grupy, a jako dodatkową zachętę postanowił ochrzcić ją nazwą łączącą ich nazwiska - Fleetwood Mac.

Fleetwood od razu się zgodził. McVie, który współpracował z Mayallem już kilka lat, początkowo był niechętny. Wziął jeszcze udział w nagraniu kolejnego albumu Bluesbreakers, "Crusade" (na którym zadebiutował nastoletni Mick Taylor, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, zaś perkusistą został Keef Hartley), zanim zdecydował się wesprzeć Greena i Fleetwooda, którzy w międzyczasie zdążyli już zatrudnić jako basistę Boba Brunninga. Po dołączeniu McViego, bezrobotny Brunning związał się na krótko z grupą Savoy Brown, a następnie wycofał się całkowicie z muzycznego biznesu. Składu Fleetwood Mac dopełnił Jeremy Spencer. Co ciekawe, początkowo miał być jedynie pianistą, ale ostatecznie został jednym z dwóch śpiewających gitarzystów. Regułą stało się jednak, że w ogóle nie udzielał się w utworach śpiewanych przez Greena, natomiast w śpiewanych przez siebie grał solowe partie gitary (wyłącznie techniką slide), zaś partie rytmiczne wykonywał w nich Green.

Jak wszyscy w tamtym czasie, muzycy postanowili grać bluesa, wzbogaconego rockową energią. Szybko podpisali kontrakt z wytwórnią Blue Horizon należącą dla Mike'a Vernona - wielkiego propagatora muzyki bluesowej na Wyspach Brytyjskich, który jako producent wspierał m.in. takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, The Aynsley Dunbar Retaliation, czy Chicken Shack. Również kilka pierwszych albumów Fleetwood Mac zostało nagrane pod producenckim nadzorem Vernona. Nie przypadkiem wspominam powyżej tak wiele nazw i nazwisk - stanowią one bowiem doskonały przegląd tego, co działo się wówczas na brytyjskiej scenie muzycznej, na której dominował blues rock. Debiutancki album Fleetwood Mac to dokładnie taka sama muzyka, jaką można znaleźć na ówczesnych wydawnictwach wspomnianych wykonawców.

I podobnie jak na innych bluesrockowych debiutach, część repertuaru to przeróbki bluesowych standardów. Muzycy wzięli na warsztat m.in. kompozycje Howlin' Wolfa ("No Place to Go"), Roberta Johnsona ("Hellhound on My Trail") i Elmore'a Jamesa ("Shake Your Moneymaker"). Zdecydowana większość utworów to jednak autorskie kompozycje Greena lub Spencera. Energetyczne kawałki bluesrockowe (np. "My Heart Beat Like a Hammer", "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub rockandrollowe ("Shake Your Moneymaker") przeplatają się z wolniejszymi, potraktowanymi bardziej tradycyjnie bluesami (np. "Merry Go Round", "Cold Black Night") i melancholijnymi kompozycjami Greena ("Looking for Somebody", "I Loved Another Woman", oraz akustyczny "The World Keep on Turning"). W większości opierają się na podstawowym instrumentarium - dwóch gitarach, basie i perkusji - czasem tylko z dodatkiem harmonijki (np. "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub pianina ("Hellhound on My Trail"). Brzmienie jest dość ostre, ale niespecjalnie ciężkie, w przeciwieństwie do tego, co wówczas prezentowali Cream, The Jimi Hendrix Experience, czy Jeff Beck Group. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to do zdecydowanie zbyt krótkich solówek Greena. Nie brakuje tu natomiast świetnych popisów Spencera (np. w "My Baby's Good to Me").

"Fleetwood Mac" to bardzo dobry i - jak na ten styl - zróżnicowany album. Zawarta na nim muzyka może obecnie wydawać się nieco archaiczna, zwłaszcza osobom nieosłuchanym z latami 60., ale słucha się tego naprawdę przyjemnie.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)

1. My Heart Beat Like a Hammer; 2. Merry Go Round; 3. Long Grey Mare; 4. Hellhound on My Trail; 5. Shake Your Moneymaker; 6. Looking for Somebody; 7. No Place to Go; 8. My Baby's Good to Me; 9. I Loved Another Woman; 10. Cold Black Night; 11. The World Keep on Turning; 12. Got to Move

Skład: Peter Green - wokal (2,3,6,7,9,11), gitara i harmonijka; John McVie - bass (1,2,4-12); Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (1,4,5,8,10,12), pianino (4)
Gościnnie: Bob Brunning - bass (3)
Producent: Mike Vernon


21 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In the Court of the Crimson King" King Crimson

Wydany w październiku 1969 roku debiutancki album King Crimson, "In the Court of the Crimson King", wzbudził szok ówczesnych słuchaczy rocka - zarówno zawartą na nim muzyką, jak i za sprawą zdobiącej go okładki. Brytyjski magazyn Disc określił ją nawet "najstraszniejszą okładką roku"...


Peter [Sinfield, tekściarz grupy] przyniósł obraz i od razu przypadł nam do gustu - wspominał gitarzysta King Crimson, Robert Fripp, w francuskim magazynie Rock & Folk. Ostatnio zabrałem oryginał z biura EG, ponieważ trzymali go w świetle słonecznym, co oczywiście spowodowałoby jego zniszczenie. Twarz na przodzie okładki to Schizotymik, natomiast wewnątrz znajduje się Karmazynowy Król. Jeśli zakryje się uśmiechnięte usta [króla], wtedy oczy wyrażają nieskończony smutek. Co można dodać? Okładka oddaje muzykę. Schizotymik i Karmazynowy Król to oczywiście postaci z tekstów utworów z albumu: "21st Century Schizoid Man" i "The Court of the Crimson King".


Ilustracja z wewnętrznej strony koperty - Karmazynowy Król.

Autorem obu ilustracji był Barry Godber, z zawodu programista. Niestety, była to jedyna okładka, jaką stworzył. 24-letni Godber zmarł w lutym 1970 roku na skutek zawału serca. Warto dodać, że w tym czasie do przeszłości należał już skład King Crimson biorący udział w nagrywaniu albumu - multiinstrumentalista Ian McDonald i perkusista Michael Giles odeszli w grudniu 1969 roku, tuż po zakończeniu trasy promującej longplay. Niedługo później z zespołem rozstał się także wokalista/basista Greg Lake.

Barry Godber ze swoim dziełem.

19 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Heartbreaker" (1973)



Album "Heartbreaker" został nagrany po istotnych zmianach w składzie zespołu. Odszedł basista Andy Fraser, na którego miejsce przyjęto Japończyka Tetsu Yamauchiego; doszedł także klawiszowiec John Bundrick. Ponadto coraz bardziej pogrążony w nałogach Paul Kossoff zagrał tylko w pięciu z ośmiu utworów. W "Common Mortal Man" i "Easy on My Soul" zastąpił go muzyk sesyjny, Snuffy Walden, a w "Muddy Water" - perkusista grupy, Simon Kirke. W takich warunkach powstał jednak bardzo udany longplay - najlepszy od czasu debiutanckiego "Tons of Sobs".

Całość rozpoczyna się od jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu, kowerowanego przez niezliczoną ilość wykonawców - "Wishing Well". Kawałek oparty jest na świetnym, bardzo nośnym riffie, a przyciąga uwagę także chwytliwą, choć niebanalną, melodią. Dalej bynajmniej nie jest gorzej. "Come Together in the Morning" to utwór wolniejszy, spokojniejszy, ale z ostrzejszymi partiami Kossoffa, których tak bardzo brakowało na dwóch poprzednich albumach (zwłaszcza na "Free at Last"). Może w "Travellin' in Style" zespół ociera się o banał, ale wynagradza to wspaniały utwór tytułowy. Ciężki, dynamiczny blues, z długimi gitarowymi solówkami, fajnie wzbogacony brzmieniem organów (nowość w twórczości Free).

Otwierający drugą stronę winylowego wydania "Muddy Water" urzeka piękną melodią, która bije na głowę wszystkie ballady z przeładowanego nimi "Highway". Nawet nie przeszkadza, że kolejny utwór, "Common Mortal Man", to także ballada. Oba utwory mają swój indywidualny charakter - wcześniej różnie z tym bywało. "Easy on My Soul" to także ciekawy utwór, oparty na mocnej grze Kirke'a, za to niemal bez gitar - pierwszoplanową rolę odgrywają w nim klawisze Bundricka. Za to finałowy "Seven Angels" to kolejny mocny, bluesrockowy utwór z partiami gitar (wyjątkowo w wykonaniu i Kossoffa, i Waldena) uzupełnianymi dźwiękami organów. 

Niestety, "Heartbreaker" okazał się ostatnim albumem grupy. Wkrótce po jego wydaniu ze składu odszedł Paul Kossoff (wkrótce założył swój własny zespół, Back Street Crawler, w którym grał aż do swojej nagłej śmierci w marcu 1976 roku, w wieku zaledwie 25 lat). Pozostali muzycy wyruszyli w trasę, z gitarzystą Wendellem Richardsonem, po której zespół został rozwiązany. Paul Rodgers i Simon Kirke założyli Bad Company, a Tetsu Yamauchi dołączył do The Faces.

Ocena: 8/10



Free - "Heartbreaker" (1973)

1. Wishing Well; 2. Come Together in the Morning; 3. Travellin' in Style; 4. Heartbreaker; 5. Muddy Water; 6. Common Mortal Man; 7. Easy on My Soul; 8. Seven Angels

Skład: Paul Rodgers - wokal i gitara; Paul Kossoff - gitara (1-4,8); Tetsu Yamauchi - bass; Simon Kirke - perkusja, gitara (5); John "Rabbit" Bundrick - instr. klawiszowe
Gościnnie: Snuffy Walden - gitara (6-8); Rebop Kwaku Baah - kongi (1)
Producent: Free i Andy Johns


[Recenzja] Free - "Free at Last" (1972)



Przerwa w działalności zazwyczaj pozwala muzykom wyjść z twórczego kryzysu. Niestety, w przypadku Free tak się nie stało. Muzycy zdecydowanie za szybko wznowili działalność i nagrali nowy album przed zebraniem wystarczającej ilości pomysłów. "Free at Last" to longplay bardzo monotonny, na którym poszczególne kawałki ciężko od siebie odróżnić. Wszystkie są zbudowane na tym samym schemacie i utrzymane w tym samym stylu - niestety dalekim od bluesa i hard rocka. Mamy tu do czynienia z bezbarwnym graniem na pograniczu rocka i popu. Nie jest to jednak komercyjna muzyka - może poza singlowym "Little Bit of Love", jednym z największych przebojów zespołu. Ale i ten kawałek w ogóle nie zapada w pamięć. Cała reszta jest jeszcze bardziej wyjałowiona z dobrych melodii. Na plus można wyróżnić tylko najbardziej dynamiczny "Travellin' Man", który jednak na każdym innym albumie tego zespołu byłby zwykłym wypełniaczem. Szkoda, że "Free at Last" w ogóle został wydany. Tylko szkodzi wizerunkowi grupy.

Ocena: 4/10



Free - "Free at Last" (1972)

1. Catch a Train; 2. Soldier Boy; 3. Magic Ship; 4. Sail On; 5. Travellin' Man; 6. Little Bit of Love; 7. Guardian of the Universe; 8. Child; 9. Goodbye

Skład: Paul Rodgers - wokal i pianino; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free


18 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Highway" (1970)



"Highway", na tle wcześniejszych wydawnictw Free, to album bardzo wyciszony. Chwała grupie za to, że po sukcesie singla "All Right Now" nie nagrali longplaya złożonego z utworów w podobnym stylu, obliczonych na łatwy zysk. Trudno jednak nie poczuć znużenia, kiedy trzeba słuchać trzech delikatnych piosenek pod rząd  - i to dwukrotnie! Najpierw "On My Way", "Be My Friend" i "Sunny Day", a potem "Love You So", "Bodie", "Soon I Will Be Gone". Właściwie ciężko im cokolwiek zarzucić, każda z nich ma swój urok, ale w takiej ilości męczą. Co za dużo, to niezdrowo. Można zasnąć z nudów. A przecież jest to album zespołu zaliczanego do pionierów hard rocka.

Pozostałe utwory też nie są jakoś specjalnie ciężkie, ale słucha się o wiele lepiej. Moim faworytem jest "The Highway Song". Niepozorne zwrotki zapowiadają raczej nijaki kawałek, ale nagła zmiana klimatu w refrenie to mistrzostwo. Nie jest zbyt chwytliwy, ale i tak bardzo przyciąga uwagę. Do tego dochodzi świetna solówka Paula Kossoffa. Bardzo przyjemny jest także trochę ostrzejszy, bluesrockowy "The Stealer" - to najbardziej odpowiednia dla tej grupy stylistyka. Choć inny utwór przypominający o bluesowych korzeniach Free, "Ride on a Pony", jest już zbyt stereotypowy i nużący, choć trwa niewiele ponad cztery minuty.

"Highway" to niestety kolejny rozczarowujący album Free. Można bronić zespołu, że to przez wytwórnię, każącą muzykom wydawać po dwa albumy rocznie. Ale to małe pocieszenie.

Ocena: 6/10



Free - "Highway" (1970)

1. The Highway Song; 2. The Stealer; 3. On My Way; 4. Be My Friend; 5. Sunny Day; 6. Ride on a Pony; 7. Love You So; 8. Bodie; 9. Soon I Will Be Gone

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass i pianino; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free


17 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Fire and Water" (1970)



Album "Fire and Water" przyniósł grupie pierwszy - a zarazem największy w całej karierze - hit, "All Right Now". Popularność tego kawałka przełożyła się na powodzenie całego longplaya, który również okazał się największym sukcesem zespołu (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 17. w Stanach). Jeżeli jednak miałbym wskazać najsłabszy punkt "Fire and Water" to bez wątpienia byłby to właśnie "All Right Now". Jest tu prosty riff i łatwo przyswajalna melodia - nie dziwię się, że kawałek zyskał popularność. Ale też nie słyszę w nim niczego atrakcyjnego. Rzecz w sam raz do radia, ale na longplayu będąca tylko wypełniaczem. Wersja albumowa przewyższa jednak singlową, dzięki dłuższej solówce.

A jak prezentuje się reszta albumu? Znacznie ciekawiej, choć przeważnie bez większych rewelacji. Całkiem nieźle na otwarcie sprawdza się riffowy utwór tytułowy. W spokojniejszym "Oh I Wept" poziom bynajmniej nie spada. Swoją drogą, sporo tutaj takich bardziej stonowanych utworów. Bardzo łagodnie zespół gra także w "Don't Say You Love Me" i "Heavy Load". Najciekawiej wypada ten ostatni, prowadzony partią pianina, która w instrumentalnych fragmentach zahacza o granie... jazz rockowe. Znalazło się w nim miejsce także dla pięknej solówki Paula Kossoffa. "Mr. Big" to z kolei głównie popis Frasera. Jego gra na basie naprawdę przyciąga uwagę, choć jako całość, kawałek jest zanadto rozwleczony. Całości dopełnia przecięty, zbyt monotonny "Remember", będący nową wersją utworu "Woman by the Sea" - odrzutu z debiutanckiej sesji grupy.

"Fire and Water" to bez wątpienia najbardziej przeceniany album Free. Jeżeli większość ludzi nazwę zespołu kojarzy tylko z tym longplayem (lub z samym "All Right Now"), to zupełnie nie dziwię się, że grupa tak rzadko wymieniana jest wśród największych rockowych wykonawców. Szkoda, bo w swoim dorobku ma kilka bardziej wartościowych płyt.

Ocena: 7/10



Free - "Fire and Water" (1970)

1. Fire and Water; 2. Oh I Wept; 3. Remember; 4. Heavy Load; 5. Mr. Big; 6. Don't Say You Love Me; 7. All Right Now

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass i pianino; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free, John Kelly i Roy Thomas Baker


16 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Free" (1969)



Drugi album zespołu został w większość skomponowany przez Paula Rodgersa i Andy'ego Frasera, którzy na debiucie wspólnie stworzyli tylko jeden utwór, "I'm a Mover". Tym razem ich nazwiska widnieją aż pod ośmioma z dziewięciu utworów (tylko "Trouble on Double Time" sygnowany jest przez cały skład). Być może dzięki większemu zaangażowaniu Frasera w proces tworzenia, o wiele większą rolę odgrywa tutaj gitara basowa. Basista właściwie wykorzystuje tutaj swój instrument jako gitarę rytmiczną. Dzięki temu Paul Kossoff mógł skupić się wyłącznie na partiach solowych. Te jednak, z zupełnie niezrozumiałego powodu, nie ekscytują tak, jak na debiucie.

Ogólnie rzecz biorąc, "Free" to album o wiele bardziej wygładzony brzmieniowo niż "Tons of Sobs". Przede wszystkim zaskakuje spora liczba łagodniejszych kompozycji. Najlepsze wrażenie z nich sprawia finałowy, bardzo smutny, a zarazem piękny "Mourning Sad Morning", wzbogacony partią fletu w wykonaniu Chrisa Wooda z Traffic. W "Lying in the Sunshine" nastrój jest niestety zbyt sielski, a instrumentalny "Mouthful of Grass" jest zwyczajnie monotonny. Kontrowersje mogły budzić także singlowe "Broad Daylight" i "I'll Be Creepin'" - całkiem zgrabne piosenki, które jednak nie dają muzykom możliwości pokazania swoich umiejętności. Większe pole do popisu mają chociażby w "Songs of Yesterday", z dłuższymi solówkami Kossoffa i przyjemnie pulsującym basem Frasera. Z kolei bluesowe "Trouble on Double Time" i "Woman" to utwory najbliższe debiutu. Rozczarowuje natomiast "Free Me". Klimat jest świetny, a "skradający się" basowy motyw zapowiada wielki utwór, ale niestety brakuje tu ciekawego rozwinięcia - zamiast tego w kółko jest powtarzany ten sam temat. Gdyby chociaż pojawiła się tu jakaś zapamiętywalna solówka, zamiast delikatnego pobrzdąkiwania Kossoffa...

"Free" nie jest złym albumem, ale chyba trochę zbyt szybko nagranym - wydany został zaledwie pół roku po debiutanckim "Tons of Sobs". Gdyby tylko muzycy mieli czas na dopracowanie niektórych pomysłów ("Free Me", "Mouthful of Grass"), powstałby o wiele lepszy longplay.

Ocena: 7/10



Free - "Free" (1969)

1. I'll Be Creepin'; 2. Songs of Yesterday; 3. Lying in the Sunshine; 4. Trouble on Double Time; 5. Mouthful of Grass; 6. Woman; 7. Free Me; 8. Broad Daylight; 9. Mourning Sad Morning

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Gościnnie: Chris Wood - flet (9)
Producent: Chris Blackwell


15 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Tons of Sobs" (1969)



Zespół Free to jeden z najciekawszych przedstawicieli brytyjskiego bluesa (blues rocka), a także jedna z tych grup, które przyczyniły się do powstania hard rocka. Zespół został założony w 1968 roku przez kilkunastoletnich muzyków bez żadnego doświadczenia. W chwili, kiedy ukazał się ich debiutancki album, "Tons of Sobs", żaden z nich wciąż nie miał ukończonych dwudziestu lat. Tym bardziej zaskakuje dojrzałość tego materiału. Fakt, że brzmieniowo longplay jest bardzo surowy - jedyne urozmaicenie to pianino pojawiające się w kilku utworach. Poza tym muzycy nie do końca chyba jeszcze wierzyli w swoje umiejętności kompozytorskie - repertuar został wzbogacony dwoma cudzymi utworami, "Goin' Down Slow" St. Louisa Jimmy'ego i "The Hunter" Alberta Kinga.

Ciężko jednak cokolwiek zarzucić autorskim kompozycjom Free. Znalazł się wśród nich chociażby jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, "I'm a Mover" (zkowerowany później m.in. przez Iron Maiden), oparty na wyrazistym basowym motywie - w końcu to jedyny utwór na albumie, w którego komponowaniu brał udział basista Andy Fraser. W pozostałych utworach jego partie są zepchnięte na dalszy plan. Dominują w nich rozbudowane partie solowe świetnego gitarzysty Paula Kossoffa, a także charakterystyczny śpiew nie mniej utalentowanego Paula Rodgersa. Dużo tutaj niemal hard rockowego czadu. "Worry", "Walk in My Shadow", "Sweet Tooth" - nie jest to może ciężar na miarę Led Zeppelin, ale już z Cream czy Ten Years After grupa Free mogłaby pod tym względem konkurować.

Największe pole do popisu muzycy mają w ponad ośmiominutowej adaptacji "Goin' Down Slow" - wzorowym bluesie z doskonałą dramaturgią. Inny utwór tego kalibru to "Moonshine". Niby balladowy, ale jednocześnie przytłaczający niepokojącym klimatem. Niewielu debiutantów, nawet w tamtych czasach, potrafiło stworzyć taką kompozycję. Jednym naprawdę łagodnym fragmentem "Tons of Sobs" jest "Over the Green Hills", podzielony na dwie części, pełniące role wstępu i zakończenia longplaya. Całości dopełnia trochę zbyt stereotypowy "Wild Indian Woman" - kawałek bardziej na luzie, ale mimo wszystko nie schodzący poniżej wysokiego poziomu całości.

"Tons of Sobs" to bardzo udany debiut. Pomimo 45 lat, jakie upłynęły od jego wydania, wciąż brzmi ekscytująco i na pewno nie archaicznie. Taka muzyka się nie starzeje.

Ocena: 8/10



Free - "Tons of Sobs" (1969)

1. Over the Green Hills (Pt. 1); 2. Worry; 3. Walk in My Shadow; 4. Wild Indian Woman; 5. Goin' Down Slow; 6. I'm a Mover; 7. The Hunter; 8. Moonshine; 9. Sweet Tooth; 10. Over the Green Hills (Pt. 2)

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Gościnnie: Steve Miller - pianino
Producent: Guy Stevens


12 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In Rock" Deep Purple

Pomysł na najsłynniejsza okładki Deep Purple opiera się na dwuznaczności słowa "rock", oznaczającego zarówno muzykę rockową, jak i skałę.


Na pomysł umieszczenia na okładce pomnika Mount Rushmore National Memorial, w którym twarze czterech najważniejszych prezydentów USA zastąpiono podobiznami muzyków Deep Purple, wpadł ówczesny menadżer zespołu, Tony Edwards. Ówczesny basista zespołu, Roger Glover, wyjaśniał: Kiedy gdzieś graliśmy, mówiło się: "Deep Purple in concert". Nie "Deep Purple show", nie "Deep Purple gra dziś wieczorem", ale "Deep Purple in concert". Trochę pretensjonalnie. A Tony Edwards wpadł na pomysł, aby to "Deep Purple in concert" zmienić na "Deep Purple in rock" i przedstawić nas wykutych w skale Mount Rushmore. To cała historia.

Podobno rewers okładki także miał przedstawiać muzyków wykutych w Mount Rushmore, ale widocznych od tyłu - pomysł został ponoć odrzucony, bo nie spodobała się któremuś członkowi grupy. Coś kołacze mi po głowie. Może tak było, ale nie pamiętam - twierdzi Glover.

11 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "The Miracle" Queen

Zespół Queen nie szokował nigdy okładkami swoich płyt, ich projekty były zazwyczaj bardzo konwencjonalne i mało odkrywcze (kilka z nich zawierało po prostu zdjęcie zespołu). Na ich tle wyróżnia się okładka "The Miracle", z pomysłowym połączeniem głów czterech muzyków w jedną. Miało to oznaczać, że stanowią zgrany zespół, którego wszyscy członkowie mają wspólną wizję swojej muzycznej drogi. "The Miracle" był zresztą pierwszym albumem Queen, na którym wszystkie utwory były podpisane przez cały zespół, a nie jego poszczególnych członków. Pełna demokracja. Nie ma gadania w stylu: "Moja piosenka jest lepsza od twojej" - tłumaczył Roger Taylor, perkusista.


Chcieliśmy nagrać prawdziwie demokratyczny album i każdy z nas zaangażował się w proces pisania utworów - tłumaczył Brian May ideę albumu i okładki. Stworzyliśmy poczucie prawdziwej jedności, bez żadnych egoistycznych ciągotek... To jeden z powodów, które sprawiły, że "The Miracle" okazał się dużo lepszym albumem, niż na przykład "A Kind of Magic".

Inspiracja.

Pomysł na grafikę nie był jednak w pełni oryginalny, muzycy przyznawali, że zainspirowała ich grafika singla "The Clairvoyant" Iron Maiden. Jej autor, Derek Riggs, nie był tym specjalnie zachwycony. Queen ukradł mój pomysł. Wiem to, ponieważ przyznali się do tego w telewizyjnym wywiadzie - pisał Riggs na swojej stronie. W tym samym miejscu wyjaśnia jednak, że za jego grafiką kryło się zupełnie inne znaczenie. Chodziło o patrzenie w przyszłość - tłumaczył. Połączyłem ze sobą trzy twarze, które symbolizują przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

9 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Virgin Killer" Scorpions

Kolejną część cyklu postanowiłem poświęcić kontrowersyjnym okładkom grupy Scorpions, przede wszystkim zaś tej wywołującej najwięcej zamieszania  - "Virgin Killer" z 1976 roku. Po latach sami muzycy byli nią zdegustowani: Kiedy patrzę dziś na to zdjęcie, mocno się krzywię - mówił Uli Jon Roth, ówczesny gitarzysta zespołu. Zostało zrobione w najgorszym możliwym smaku. Wtedy byłem zbyt niedojrzały, żeby to dostrzec. Powinienem zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to powstrzymać.


Na pomysł umieszczenia na okładce dziesięcioletniej, zupełnie nagiej dziewczynki, zasłoniętej jedynie pękniętą szybą, wpadli przedstawiciele firmy wydającej albumy Scorpions, RCA, którzy potraktowali tytuł zbyt dosłownie. Twierdzili, że wydadzą to nawet jeśli mieliby ich wsadzić do więzienia - mówił gitarzysta Rudolf Schenker. Kiedy musieliśmy udzielać na ten temat wywiadów, tłumaczyliśmy wszystkim, że jeśli wsłuchają się w słowa piosenki "Virgin Killer", to zrozumieją, o co chodzi. W tekście "zabójcą dziewictwa" jest czas. Kiedy na świat przychodzi dzieciak, jest jeszcze bardzo naiwny. Potem musi stawić życiu czoło i traci to wszystko. Zaczynają się kłopoty. O to w tym wszystkim chodziło.

Dzisiaj, kiedy myślisz o dziecięcej pornografii, nigdy byś czegoś takiego nie zrobił - twierdzi wokalista Klaus Meine. Chciałbym jednak podkreślić, że nie robiliśmy tego z myślą o pornografii, lecz o sztuce. Ale firma płytowa popchnęła nas w tę stronę, bo świadomie chciała wzbudzić kontrowersje. Miało to pomóc w sprzedaży albumu... Zgodzę się, że okładka "Virgin Killer" nawet teraz wzbudza mieszane uczucia. Zresztą strona Wikipedii z tą płytą była zablokowana, wmieszało się nawet FBI. Po tylu latach... Artykuł w anglojęzycznej Wikipedii został zablokowany 5 grudnia 2008 roku, z powodu rzekomego naruszenia prawa. Ostatecznie stronę jednak odblokowano, uznając okładkę za element twórczości artystycznej, a nie akt dziecięcej pornografii. Zespół po prostu miał pecha - nikt nigdy nie blokował przecież stron, na których umieszczone zostały okładki albumów "Blind Faith" Blind Faith i "Nevermind" Nirvany .

Wersja ocenzurowana.

W Stanach i kilku innych krajach "Virgin Killer" ukazał się z zupełnie inną okładką, na której znalazło się zdjęcie przedstawiające zespół - zresztą niezbyt udane. Na współczesnych reedycjach albumu można spotkać wyłącznie tą drugą wersje okładki. Nie jest to jedyny longplay zespołu, którego okładka musiała być ocenzurowana, aby mógł być sprzedawany na konserwatywnym rynku amerykańskim. Pozostałe okładki nie były jednak aż tak przesadzone i w większości przypadków ich cenzurowanie wydaje się zupełnie niepotrzebne. Nie podejrzewaliśmy, że to będzie dla Amerykanów coś kontrowersyjnego - mówił Meine. To w końcu tylko seks i rock'n'roll. To dziwne, że Ameryka miała z niektórymi z tych okładek problem. Bo w latach 80., gdy tam graliśmy trasy, cycki zawsze świeciły do nas z pierwszych rzędów. Nigdzie indziej na świecie, tylko tam.

Poniższa grafika przedstawia pozostałe kontrowersyjne okładki zespołu, w wersjach oryginalnych (po lewej) i ocenzurowanych (po prawej).

Okładki "In Trance" (1975), "Taken By Force" (1977), "Lovedrive" (1979), "Love at First Sting" (1984)
i "Pure Instinct" (1996).

Pierwsza okładka, która nie została zaakceptowana w Stanach, zdobiła trzeci album zespołu, "In Trance". Przedstawiała ona dziewczynę z odsłoniętym biustem, siedzącą na gitarze. Czarno-białe zdjęcie dało się łatwo ocenzurować - wystarczyło zaciemnić odpowiedni fragment. Od następnego w dyskografii "Virgin Killer" regułą stało się całkowite zmienianie okładek. Alternatywnym wersjom nie poświęcano jednak zbyt wiele czasu. W przypadku "Taken By Force" wykorzystano po prostu grafikę przygotowaną na tylną część okładki - usunięto tylko listę utworów i inne informacje. Pomysłową okładkę "Lovedrive", zaprojektowaną przez firmę Hipgnosis (znaną przede wszystkim z współpracy z Pink Floyd), zastąpiono nieudanym rysunkiem skorpiona. Do dzisiaj oryginalna wersja - zupełnie niesłusznie - trafia do rankingów najgorszych okładek. W 1979 roku została jednak uznana za "najlepszą okładkę roku" przez magazyn Playboy. W przypadku albumów "Love at First Sting" i "Pure Instinct" powtórzono patent z czasów "Virgin Killer" - wykorzystano zdjęcia zespołu.

W przypadku współczesnych reedycji tych albumów, niektóre wydawane są w wersjach oryginalnych, a inne - ocenzurowanych. W boksie z serii "Original Album Classics", zawierającym albumy "In Trance", "Virgin Killer" i "Taken By Force", tylko pierwszy z nich ma oryginalną okładkę. Natomiast w serii reedycji albumów Scorpions z 2001 roku, obejmującej płyty z lat 1977-88, "Lovedrive" i "Love at First Sting" mają oryginalne okładki, a "Taken By Force" znów ocenzurowaną. Trudno jednak zrozumieć dlaczego oryginalna wersja okładki akurat tego longplaya wywołuje największe kontrowersje (nie licząc "Virgin Killer"). W wielu krajach zdjęcie dwóch dzieciaków bawiących się w strzelaninę na cmentarzu wojskowym, zostało uznane za obraźliwe. Nie uważam tej okładki za obraźliwą - mówił Roth. To bardzo dobre zdjęcie, ponieważ pokazuje wojnę z zupełnie innej perspektywy. Często młodzi ludzie, osiemnasto-, dziewiętnastoletni, którzy jeszcze nie zrozumieli życia, idą na wojnę. Kiedy jesteś młody, nie jesteś w stanie zrozumieć w pełni życia, a ci ludzie muszą strzelać do innych, ponieważ ktoś im mówi, że robią to dla swojego kraju. Politycy czasem też zachowują się jak dzieci z pistoletami.

8 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Born Again" Black Sabbath

Tym razem o jednej z najbrzydszych i najgorszych okładek wszech czasów, za którą kryje się interesująca historia powstania...


Kiedy ją zobaczyłem, zwymiotowałem - to wyznanie ówczesnego wokalisty Black Sabbath, Iana Gillana. Lider zespołu, gitarzysta Tony Iommi, w swojej autobiografii pisał: Ian nie mógł uwierzyć, kiedy ją zobaczył: "Nie możecie tego zrobić. Nie możecie dać na okładce dziecka z rogami i szponami!". Był nią całkowicie zdegustowany. Podobno ktoś pokazał projekt okładki Donowi Ardenowi [ówczesny menadżer zespołu], a jemu się to spodobało. Wmawiał ją nam mówiąc: "Ona narobi mnóstwo zamieszania, wzbudzi zainteresowanie, wszyscy będą o tym mówić!". Kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, byłem w rozterce, ale w końcu się na nią zgodziliśmy.

Oryginał.
Przygotowanie okładki Don Arden zlecił Steve'owi Joule'owi, projektującemu wówczas okładki na solowe albumy byłego wokalisty Black Sabbath, Ozzy'ego Osbourne'a. Joule, nie chcąc stracić roboty u samozwańczego Księcia Ciemności, postanowił przedstawić grupie najgorszy projekt, jaki był w stanie wymyślić. Taki, który na pewno nie zostanie zaakceptowany. W magazynie "Mind Alive" z 1968 roku znalazł zdjęcie noworodka i - nie mając pojęcia, że wcześniej zostało już wykorzystane na singlu "New Life" Depeche Mode - przerobił je, dodając krzykliwe kolory, a także takie szczegóły, jak rogi, kły i pazury. Wbrew jego oczekiwaniom, grafika została przyjęta.

Jakby tego było mało, Arden wpadł na pomysł ożywienia okładkowej postaci podczas koncertów. Pewnego wieczora powiedział: "Chcę wam coś pokazać" - pisał Iommi w autobiografii. Weszliśmy i w całkowitej ciemności zobaczyliśmy patrzące na nas czerwone oczy. Zapaliliśmy światło i naszym oczom ukazał się karzeł w lateksowym ubranku, wyglądający jak dzieciak z okładki. Pomyśleliśmy sobie, że teraz to Don już przesadził! A on na to: "To będzie wspaniałe urozmaicenie koncertu!". Plan zakładał, że karzeł będzie pojawiał się na scenie na samym początku występu - jeszcze przed wejściem zespołu - i wspinał na dekorację przedstawiającą Stonehenge. Mieliśmy taśmę z zapętlonym krzykiem niemowlaka - wyjaśniał Gillan. Karzeł miał polecieć do tytułu na kilka metrów i wtedy rozlegał się dźwięk dzwonów, a "roadie" wychodzili przebrani za druidów. Wyglądali wspaniale. Jeśli pominąć reeboki, wyglądali bardzo autentycznie. Myślałem, że zejdę ze śmiechu. Kiedy karzeł spadał ze Stonehenge, krzyki były wyciszane i wchodzili druidzi przy dźwiękach dzwonów Pierwszego wieczora wciąż słyszeliśmy krzyk po upadku karła. Miał spaść na materac, ale podczas pierwszego koncertu ktoś go usunął! Już nie widzieliśmy więcej karła! Myślę, że pobiegł prosto do drzwi.

Okładki albumu "Born Again" (1983) i singla "New Life" Depeche Mode (1981).

Trasa pełna była tego typu zdarzeń. Problemów dostarczyła także wspomniana makieta Stonehenge, nawiązująca do tytułu jednego z utworów na "Born Again". Pomysł narodził się na spotkaniu członków zespołu z firmą, która miała zaprojektować scenę na nadchodzące koncerty. Zapytali: "Czy ktoś ma jakiś pomysł na układ sceny?" - wspominał Gillan. Popatrzyliśmy po sobie, starając się coś wymyślić, i Geezer [Butler, basista] rzucił: "Stonehenge". A ten koleś na to: "Jaki wspaniały pomysł. Jak sobie to wyobrażasz?". Na co Geezer: "Oczywiście naturalnej wielkości". Zbudowali więc replikę Stonehenge, które jest bardzo duże. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał, ale mogliśmy to zmieścić jedynie w dwóch halach, a i tak można tam było wpakować tylko trzy słupy. Pozostałe od tamtej pory leżą w kontenerach gdzieś w dokach.

Tony Iommi w swojej autobiografii broni Butlera: Geezer naszkicował jak to powinno wyglądać i dał rysunek projektantom. Dwa, albo trzy miesiące później zobaczyliśmy gotowe dekoracje. Szczeny nam poopadały. Kamienie były tak wielkie, jak w prawdziwym Stonehenge. Realizatorzy źle zrozumieli zapiski Geezera i myśleli, że dekoracja ma mieć wymiary rzeczywiste. "Jak to się, u diabła, stało?" - zapytałem. "No więc, ja podałem im wymiary w centymetrach, ale oni chyba myśleli, że to jest w calach...". Byliśmy oszołomieni. Cały czas przychodziły kolejne elementy. Z tyłu były kolumny o szerokości przeciętnej łazienki, a na przedzie kolumny o wysokości 4 metrów. A oprócz tego, na scenie musiały się jeszcze pomieścić monitory i różne inne elementy wyposażenia. Na dodatek te kamloty, zrobione z drewna i włókna szklanego, były ciężkie jak cholera.

7 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Somewhere in Time" Iron Maiden

W pierwszej części nowego cyklu postanowiłem zaprezentować jedną z najbardziej niesamowitych okładek, która ozdobiła szósty album Iron Maiden, "Somewhere in Time" z 1986 roku.


Okładkę "Somewhere in Time", podobnie jak poprzednich albumów zespołu, zaprojektował Derek Riggs. Jak zwykle znalazła się na niej maskotka zespołu - Eddie (jej historię możesz przeczytać tutaj). Jednak tym razem postać jest jedynie częścią grafiki, nie dominuje całości. Pozostała część obrazu, przedstawiająca futurystyczne miasto, pełna jest natomiast odniesień do poprzednich okładek zespołu, a także konkretnych utworów (więcej na ten temat znajdziesz poniżej). Riggs planował to wszystko i malował przez trzy miesiące - mówił lider zespołu, Steve Harris. Mamy tutaj futurystyczną wersję Eddiego, w stylu filmu "Łowca androidów", otoczoną przez mnóstwo detali, mających związek z historią Iron Maiden. To prawdziwa uczta dla oczu.


Z początku wszystkie okładki - i singlowe, i płytowe - powstawały w ogromnym pośpiechu - wyjaśniał Riggs. Zmuszały do tego terminy. Dzwoniono do mnie w czwartek wieczorem, a w poniedziałek rano okładka miała być gotowa. Wszystkie okładki albumów i singli powstawały w ten sposób, aż do "Piece of Mind". Dla porównania: autor okładki książki ma na jej zrobienie dwa do trzech tygodni. Tak więc musiałem pędzić na złamanie karku. Najkrócej pracowałem chyba nad "The Number of the Beast" - zrobiłem ją w ciągu jednego weekendu. Pierwotnie miała to być okładka singla, ale wykorzystano ją na albumie. W gruncie rzeczy jest niedokończona, bo miałem za mało czasu, by popracować nad różnymi detalami. Najdłużej wlokła się praca nad "Somewhere in Time". Zajęło mi to dwa i pół miesiąca. Obraz, który namalowałem, miał 15 na 32 cale, czyli nieco więcej niż okładka płyty [winylowej]. Jeśli przyjrzycie się reprodukcji tej okładki na mojej stronie [link], korzystając z 17-calowego monitora, zobaczycie ten obraz w pierwotnych rozmiarach

Plakat z okresu "Somewhere in Time".
Nawiązania do utworów:
  • Tabliczka z nazwą ulicy "Acacia" ("22 Acacia Avenue")
  • Spadający Ikar ("Flight of Icarus")
  • "Aces High Bar" ("Aces High")
  • "Sand Dune" (utwór "To Tame a Land" miał początkowo nosić tytuł "Dune")
  • Godzina 23:58 ("2 Minutes to Midnight")
  • "Ancient Mariner Seafood Restaurant" ("Rime of the Ancient Mariner")
  • Prostytutka w oknie ("Charlotte the Harlot" / "22 Acacia Avenue")
  • "Phantom Opera House" ("Phantom of the Opera")

Fragmenty okładek innych albumów lub nawiązania do ich tytułów:

  • Piramidy ("Powerslave")
  • Postać Śmierci ("Live After Death")
  • Plakat Iron Maiden (single "Sanctuary" i "Women in Uniform")
  • Mózg w dłoniach Bruce'a Dickinsona ("Piece of Mind")
  • Latarnia ze śmietnikiem ("Iron Maiden")
  • Kot z aureolą ("Live After Death")
  • Tytuł "Live After Death" na kinowym afiszu
  • Płomienie ("The Number of the Beast")

Inne:
  • "Marque Club", "Rainbow", "Long Beach Arena" i "Ruskin Arms" to miejsca, w których występował zespół
  • "Gypsy's Kiss" - nazwa pierwszego zespołu Steve'a Harrisa

Poza tym na okładce znalazły się detale niezwiązane bezpośrednio z Iron Maiden, jak postać Batmana czy tytuł filmu "Blade Runner" ("Łowca androidów") na kinowym afiszu.

Postać Eddiego-cyborga znalazła się także na okładkach singli towarzyszących albumowi, "Wasted Years" i "Stranger in a Strange Land":



A także na okładce kompilacji "Somewhere Back in Time - The Best of: 1980-1989":