31 maja 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Out to Lunch!" (1964)



Rok 1964 rozpoczął się niezwykle obiecująco dla Erica Dolphy'ego. Muzyk podpisał kontrakt z prestiżową wytwórnią Blue Note. Pod koniec lutego zarejestrował dla niej sesję, której efektem jest album powszechnie uważany za jego największe osiągnięcie, "Out to Lunch!". Niespełna miesiąc później wziął udział w nagraniu albumu "Point of Departure" Andrew Hilla. Planował też nagrania z freejazzowym pianistą Cecilem Taylorem. Wcześniej jednak wyruszył do Europy, gdzie koncertował u boku Charlesa Mingusa, a także pod własnym nazwiskiem (z pomocą nieznanych, lokalnych muzyków). Zupełnie niespodziewanie, 29 czerwca, świat obiegła informacja o śmierci Dolphy'ego. Muzyk zapadł w śpiączkę insulinową, a w szpitalu, do którego został przewieziony nie udzielono mu właściwej pomocy, uznając jego stan za efekt zażycia narkotyków (od których zawsze trzymał się z daleka). W tak głupi sposób zakończyła się krótka, lecz wybitna kariera tego genialnego muzyka. Przerwana została w najbardziej kreatywnym momencie, o czym świadczy zawartość "Out to Lunch!".

Wydany pośmiertnie album został zarejestrowany 25 lutego 1964 roku w Van Gelder Studio pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Dolphy'emu udało się zebrać na tę sesję fantastyczny skład, obejmujący muzyków, z którymi współpracował już wcześniej - Freddiego Hubbarda, Bobby'ego Hutchersona i Richarda Davisa - a także jednego, z którym nie miał okazji wcześniej grać - Tony'ego Williamsa (podpisanego jako Anthony Williams, gdyż dwa miesiące wcześniej skończył osiemnaście lat). Na albumie znalazło się pięć kompozycji autorstwa lidera. Jest to jego jedyne w pełni autorskie wydawnictwo, gdyż zawsze chętnie sięgał po cudze kompozycje (nadając im, oczywiście, zupełnie nowego charakteru).

Rozpoczynający album "Hat and Beard" to utwór dedykowany Theloniousowi Monkowi (noszącemu charakterystyczną brodę i różne nakrycia głowy). Pod względem muzycznym jest to pomost pomiędzy bopem, a bardziej awangardowymi odmianami jazzu. Zbudowany na wyrazistej linii basu Davisa, z mocną, urozmaiconą grą Williamsa, nieregularnymi ozdobnikami Hutchersona, oraz bardzo swobodnymi solówkami Dolphy'ego i Hubbarda. Partie lidera na klarnecie basowym wyraźnie zresztą zmierzają w stronę free jazzu. "Something Sweet, Something Tender" to nastrojowy utwór o jeszcze bardziej swobodnym charakterze, choć partie poszczególnych muzyków doskonale się ze sobą splatają i uzupełniają. Warto zwrócić uwagę na wstęp, z duetem klarnetu basowego i kontrabasu, przywołujący skojarzenia z kompozycją "Alone Together", zarejestrowaną przez Dolphy'ego i Davisa rok wcześniej.

Ostatni na pierwszej stronie winylowego wydania "Gazzelloni" to kolejny hołd - tym razem dla włoskiego flecisty Severina Gazzelloniego, który był jedną z największych inspiracji Dolphy'ego. Muzyk faktycznie przerzuca się tutaj na flet, jednak sam utwór jest najbardziej konwencjonalnym fragmentem albumu, ze swingująca sekcją rytmiczną i melodyjnymi solówkami. Co nie znaczy bynajmniej, że jest słaby. Wręcz przeciwnie, bardzo przyjemnie urozmaica całość. Na drugiej stronie albumu lider gra wyłącznie na saksofonie altowym. Najdłuższy na płycie utwór tytułowy zaczyna się od typowego tematu, jednak z czasem staje się mniej przewidywalny, a każdy z muzyków ma możliwość zaprezentowania swoich umiejętności. Finałowy "Straight Up and Down" to z kolei najbardziej awangardowy fragment albumu, oparty na nieregularnym rytmie, mającym imitować pijackie kroki. Tym razem instrumentaliści nie grają swoich solówek po kolei, a improwizują jednocześnie, umiejętnie unikając chaosu.

Każdy z pięciu zawartych tu utworów stanowi małe działo, a razem tworzą prawdziwe arcydzieło. "Out to Lunch!" to jeden z najwspanialszych albumów z jazzem nowoczesnym. Nie mogło być zresztą inaczej, nie przy takim składzie. Dolphy, Hubbard, Hutcherson, Davis i Williams nieustannie zachwycają tu swoim talentem, kreatywnością, wzajemną współpracą i solowymi popisami. Tacy muzycy nawet z przeciętnych kompozycji mogliby stworzyć coś wybitnego, tutaj jednak mieli do dyspozycji bardzo dobry materiał, pokazujący rozwój lidera jako kompozytora. Tym bardziej można żałować, że "Out to Lunch!" okazał się jego łabędzim śpiewem.

Ocena: 10/10



Eric Dolphy - "Out to Lunch!" (1964)

1. Hat and Beard; 2. Something Sweet, Something Tender; 3. Gazzelloni; 4. Out to Lunch; 5. Straight Up and Down

Skład: Eric Dolphy - klarnet basowy (1,2), flet (3), saksofon altowy (4,5); Freddie Hubbard - trąbka; Bobby Hutcherson - wibrafon; Richard Davis - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


29 maja 2019

[Recenzja] Dennis - "Hyperthalamus" (1975)



Pod tą nieciekawą nazwą kryje się całkiem interesujący projekt. Dennis nigdy nie był pełnoprawnym zespołem. A jego jedyny album, "Hyperthalamus", to po prostu pamiątka po kilku spontanicznych jamach, które perkusista Carsten Bohn (ex-Frumpy) odbył z zaprzyjaźnionymi muzykami - członkami takich grup, jak Xhol Caravan, Thirsty Moon, Tomorrow's Gift czy Frumpy. Za każdym razem skład był inny. Nagrań dokonano na przestrzeni trzydziestu miesięcy, jak informuje okładkowy opis. Z fragmentów tych sesji skompletowano album. W chwili pisania tej recenzji, longplay posiada tylko dwa wydania: winylowe z 1975 roku, stanowiące kolekcjonerski rarytas, a także kompaktowe wznowienie z 2017 roku, dostępne wyłącznie jako część pięciopłytowego boksu "Krautrock 3" z serii "Original Album Classics" (zawierającego ponadto po jednym albumie grup Popol Vuh, Gila, Doldinger's Motherhood i Diez & Bischof).

"Hyperthalamus" nie jest spójnym albumem. Charakter poszczególnych utworów zależy od tego, w jakim składzie zostały nagrane. Cztery nagrania utrzymane są w trzech różnych stylach. "Do Your Own Thing" rozpoczyna się nieco przydługim wstępem z odgłosami dworca kolejowego, a zasadnicza jego część składa się z przetworzonych dźwięków gitary, do których sporadycznie dołącza perkusja. Muzycy tworzą dość przyjemny nastrój, jednak nie dzieje się tu nic szczególnie ciekawego. Połączone ze sobą "Others Do" i "Already" to już znacznie bardziej dynamiczne granie, z zadziornymi partiami gitary i energetyczną grą sekcji rytmicznej, której rola bynajmniej nie sprowadza się do prostego akompaniamentu. Instrumentaliści bardzo fajnie przywołują tu klimat koncertowych improwizacji z przełomu lat 60. i 70.; jest tu i trochę bluesa, i psychodelii, i krautrocka (to ostatnie przede wszystkim w grze sekcji rytmicznej). Stylistyka znów zmienia się w finałowym, wypełniającym całą druga stronę winylowego wydania "Grey Present Tense". To dwudziestominutowa jazz-rockowa improwizacja. Już bez gitary, za to z partiami saksofonu, fletu, klarnetu, elektrycznego pianina i perkusjonaliów, które to instrumenty podkreślają jazzowy charakter. I jest to najbardziej udane wcielenie projektu, przyciągające uwagę zarówno klimatem, jak i grą muzyków, która jest zarazem bardzo swobodna, jak i finezyjna. Nawet brzmienie wydaje się tu nieco lepsze, choć ogólnie cały album posiada nienajlepszą jakość nagrania.

Album sprawia wrażenie kompilacji utworów różnych wykonawców, czym poniekąd jest. Poszczególne utwory łączy jednak nie tylko osoba Carstena Bohna, ale także ich improwizowany charakter. "Hyperthalamus" powinien zatem zainteresować wszystkich wielbicieli takiego swobodnego, jamowego grania.

Ocena: 8/10



Dennis - "Hyperthalamus" (1975)

1. Do Your Own Thing; 2. Others Do; 3. Already; 4. Grey Present Tense

Skład: Willi Pape - saksofon, klarnet, flet; Manne Rörup - instr. klawiszowe; Michael Kobs - instr. klawiszowe; Thomas Kretschmer - gitara; Jim Wiley - bass; Klaus Briest - bass; Carsten Bohn - perkusja i instr. perkusyjne; Olaf Casalich - instr. perkusyjne
Producent: Dennis


27 maja 2019

[Recenzja] Weather Report - "Heavy Weather" (1977)



Trudno nie zacząć tej recenzji od podkreślenia wielkiego sukcesu komercyjnego, jaki osiągnęło to wydawnictwo. "Heavy Weather", siódmy longplay w studyjnej dyskografii Weather Report, to jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii jazzu. Wyprzedzają go tylko "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Head Hunters" Herbiego Hancocka i "Time Out" Dave'a Brubecka (choć to ostatnie nie jest do końca pewne). W samym 1977 roku rozszedł się w ilości pół miliona egzemplarzy. Do dziś w samych Stanach pokrył się platyną. Jest to najwyżej notowany album zespołu w USA (30. miejsce na liście Billboard 200, 1. na Billboard Jazz) i w Wielkiej Brytanii (43. pozycja). Do dzisiaj zajmuje miejsca w przeróżnych rankingach i zestawieniach - chociażby w książce "1001 Albumów", jako jedyne wydawnictwo Weather Report i jeden z bardzo nielicznych przedstawicieli jazz fusion.

Jednocześnie jest to jeden z najbardziej szkodliwych albumów w historii jazzu.

Joe Zawinul, z pomocą Wayne'a Shortera, Jaco Pastoriusa, Alexa Acuñy i nowego w zespole Manolo Badreny, zaproponował tu muzykę doskonale wpisująca się w tendencje panujące wówczas w głównym nurcie muzyki fusion. Niewiele już ma to wszystko wspólnego z jazzem. To proste, melodyjne piosenki, oparte na raczej banalnych tematach i melodiach, z plastikowym brzmieniem i często z taneczną rytmiką. Dominują dźwięki syntezatorów - których brzmienie strasznie się zestarzało, choć w chwili wydania było równie kiczowate - i efekciarskie popisy Pastoriusa na bezprogowym basie. Saksofon, podobnie jak na kilku poprzednich albumach zespołu, zwykle pełni rolę dodatku. Może to i lepiej, bo Shorter gra tutaj w wyjątkowo cukierkowaty sposób (a mówimy o gościu, który jeszcze mniej niż dekadę wcześniej zasuwał niemal jak Coltrane). Słychać to przede wszystkim w koszmarnej balladzie "A Remark You Made". Ten kawałek nie pozostawia żadnych wątpliwości do tego, że "Heavy Weather" znacząco przyczynił się do powstania smooth jazzu. Miałkiego popu udającego jazz. Pozostałe kawałki wcale nie są dużo lepsze. "Birdland" (wielki przebój, który ponoć regularnie można było usłyszeć w radiu) i "Harlequin" wręcz odrzucają melodycznym banałem i tandetnym brzmieniem. "Palladium" i "Havona" przynajmniej momentami są bardziej znośne. Choć przy tym ostatnim, podobnie jak przy "Teen Town", można pomyśleć, że powstały tylko po to, by basista mógł zaprezentować swoje techniczne umiejętności. Dziwnym trafem to właśnie Pastorius jest podpisany jako ich autor. Od całości odstają natomiast "Rumba Mamá" i "The Juggler". Ten pierwszy to niewiele ponad dwuminutowy perkusyjny duet Acuñy i Badreny (partie perkusyjne - jak zwykle u Weather Report bardzo bogate - są zresztą najlepszym elementem tego albumu). Z kolei drugi to kolejny eksperyment Zawinula z muzyką etniczną - melodycznie dość naiwny, ale na tle całości jest to i tak wyjątkowo udane nagranie.

"Heavy Weather" to, obok wydanego rok wcześniej "Romantic Warrior" Return to Forever, największy symbol upadku muzyki fusion. Album Weather Report nie osiąga co prawda aż takiego poziomu kiczu, taniego efekciarstwa, a już na pewno nie jest tak nieprzemyślany, jak dziełko zespołu Chicka Corei, ale zdecydowanie wyrządził muzyce jazzowej więcej krzywdy, ze względu na swoją ogromną popularność. Dla wielu rockowych słuchaczy jest to pierwszy kontakt z jakimkolwiek jazzem, po którym albo utwierdzają się w swojej nieracjonalnej niechęci do tego gatunku, albo właśnie takie granie staje się dla nich wzorem fusion. Tymczasem jest to muzyka, która spokojnie mogłaby być grana w supermarketach. Jest na to wystarczająco delikatna, przystępna, prosta, melodyjna i nieangażująca.

Ocena: 5/10



Weather Report - "Heavy Weather" (1977)

1. Birdland; 2. A Remark You Made; 3. Teen Town; 4. Harlequin; 5. Rumba Mamá; 6. Palladíum; 7. The Juggler; 8. Havona

Skład: Joe Zawinul - syntezatory (1-4,6-8), elektryczne pianino (2-4,6,7), pianino (1,4,7,8), melodyka (1,3), gitara (7), tabla (7), wokal (1); Wayne Shorter - saksofon sopranowy (1,3,4,6-8), saksofon tenorowy (1,2,6); Jaco Pastorius - bass (1-4,6-8), mandocello (1,7), perkusja (3), instr. perkusyjne (6), wokal (1); Alex Acuña - perkusja (1,2,4,6-8), instr. perkusyjne (5); Manolo Badrena - instr. perkusyjne (1,3,5-7), wokal (4,5)
Producent: Joe Zawinul, Jaco Pastorius i Wayne Shorter


25 maja 2019

[Recenzja] Gang of Four - "Entertainment!" (1979)



Wkładu Gang of Four w gitarową muzykę lat 80. i 90. nie da się przecenić. R.E.M., Red Hot Chili Peppers, Rage Against the Machine i Nirvana to tylko niektóre spośród najbardziej znanych grup przyznających się do inspiracji brytyjskim zespołem. Trudno zliczyć wszystkich wykonawców, u których słychać jego wpływ. Założony w Leeds kwartet zadebiutował w 1978 roku wydanym przez niezależną wytwórnię singlem "Damaged Good". Na fali tzw. punkowej rewolucji nagranie zdobyło przychylność brytyjskich mediów, w tym słynnego prezentera BBC, Johna Peela. Ten sukces zaowocował z kolei podpisaniem kontraktu z EMI Records. Współpraca z fonograficznym gigantem kłóciła się z zaangażowanymi, skrajnie lewicowymi poglądami głoszonymi przez zespołu, z czego muzycy tłumaczyli się, że chcą rozwalić system od środka. Nie udało się. Powstało za to kilka udanych albumów, z których najważniejszy jest ten pierwszy - "Entertainment!".

Longplay składa się z dwunastu krótkich utworów, z których wszystkie bez wyjątku powalają przepotężną dawką energii. Nie jest to jednak bezmyślna punkowa łupanka. Za pomocą prostych środków muzycy stworzyli interesujący, rozpoznawany styl. Uwagę zwracają przede wszystkim partie gitary Andy'ego Gilla - zgiełkliwe, często wręcz atonalne, synkopowo połamane, agresywne, ale nie chaotyczne. Doskonale uzupełniają się z wyrazistą grą sekcji rytmicznej - basisty Dave'a Allena i perkusisty Hugona Burhama - posiadającą funkowy puls i ciekawie operującą pauzami. Wokalista Jon King nie należy do wybitnych śpiewaków, ale potrafi brzmieć jednocześnie agresywnie i czysto, bez popadania w punkowy bełkot. Do tego tu i ówdzie dopełnia warstwę instrumentalną partiami melodyki (np. "Ether", "Not Great Men", "5:45"). Ten zupełnie niepunkowy instrument fantastycznie uzupełnia brzmienie. Warto w tym miejscu zwrócić też uwagę na świetną produkcję (za którą odpowiadają Gill, King i Rob Warr). Brzmienie jest ostre, wręcz agresywne, a zarazem niesamowicie przejrzyste, wszystkie dźwięki doskonale tu wybrzmiewają, nie zlewają się ze sobą.

Poszczególne utwory mogą początkowo wydawać się zbytnie do siebie podobne, ale przy takiej dawce energii i ciekawym pomyśle na swój styl, nie ma to większego znaczenia. Muzykom Gang of Four udało się nagrać album, który trafia zarówno do wielbicieli punka, jak i może zainteresować słuchaczy awangardowego proga. A przy tym niezwykle wpływowy. Choć, jak często bywa, żadnemu z naśladowców nie udało się nigdy osiągnąć poziomu "Entertainment!".

Ocena: 9/10



Gang of Four - "Entertainment!" (1979)

1. Ether; 2. Natural's Not in It; 3. Not Great Men; 4. Damaged Goods; 5. Return the Gift; 6. Guns Before Butter; 7. I Found That Essence Rare; 8. Glass; 9. Contract; 10. At Home He's a Tourist; 11. 5.45; 12. Anthrax

Skład: Jon King - wokal, melodyka; Andy Gill - gitara, wokal; Dave Allen - bass, wokal; Hugo Burnham - perkusja, wokal
Producent: Andy Gill, Jon King i Rob Warr


23 maja 2019

[Recenzja] Magma - "Magma" (1970)



Francuska Magma to zespół prawdziwie kultowy w kręgu wielbicieli rockowej awangardy, zaś poza nim praktycznie nieznany. Taki stan rzeczy absolutnie nie dziwi w przypadku twórczości tak oryginalnej i wymagającej. O ile sama warstwa muzyczna - inspirowana XX-wieczną muzyką poważną, awangardowym jazzem i ambitnym rockiem progresywnym - nie była czymś zupełnie oderwanym od tego, co działo się w muzyce na początku lat 70., tak warstwa wokalna była jedyna w swoim rodzaju. W nagraniach Magmy zamiast pojedynczego wokalisty zwykle słychać cały chór, wyraźnie inspirowany twórczością Carla Orffa, śpiewający teksty w wymyślonym języku. Pomijając dość liczne, choć również nieistniejące w świadomości większości słuchaczy, grono naśladowców, muzyka Magmy do dziś brzmi niezwykle oryginalnie i niepowtarzalnie.

Pomysłodawcą zespołu był Christian Vander, klasycznie wykształcony perkusista. To właśnie on odpowiada za całą pozamuzyczną otoczkę - charakterystyczny image, logo, za stworzenie całej historii fikcyjnej planety Kobaia i jej mieszkańców, Kobaian, opowiadanej w tekstach napisanych w wymyślonym przez niego języku kobaiańskim (aczkolwiek w dużym stopniu są to po prostu improwizowane zabawy głosem). Co jednak ważniejsze, Vander stworzył także zupełnie nowy styl muzyczny, nazwany przez niego zeuhlem (co po kobaiańsku znaczy "niebiańska muzyka"). Wyróżniają go nie tylko orffowskie chóry, ale także bardzo oryginalne podejście do rytmiki. Słychać w tym wszystkim i nawiązania do poważnych kompozytorów (poza wspomnianym Orffem, także do Strawińskiego czy Bartóka), i do free jazzu (szczególnie do późnej twórczości Johna Coltrane'a), ale zostaje to wszystko uproszczone i zdynamizowane w rockowy sposób - przynajmniej na wczesnych albumach, bo potem tego rocka było już wyraźnie mniej. Efektem jest muzyka może i nieprzesadnie trudna czy skomplikowana (choć na rockowe standardy bardzo zaawansowana), ale jednak bardzo wymagająca. Dla słuchacza mającego wcześniej kontakt głównie z rockiem, a z free jazzem i muzyką poważną już niekoniecznie, twórczość Magmy może być zupełnie nieprzyswajalna.

Dlatego też poznawanie zespołu najlepiej zacząć od eponimicznego debiutu (w późniejszych latach wznawianego też pod tytułem "Kobaïa"), który jest najbardziej przystępny, bliski typowego jazz-rocka. Choć nie da się ukryć, że zespół trochę przesadził, zaczynając karierę od albumu dwupłytowego, o łącznym czasie przekraczającym osiemdziesiąt minut. Skondensowanie wydawnictwa do jednej płyty winylowej, znacznie ułatwiłoby zagłębienie się w świat Magmy. Z drugiej strony - trudno byłoby tu z czegoś zrezygnować. Całość trzyma bardzo równy poziom, a żaden utwór nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Żaden też jakoś znacząco nie wybija się ponad pozostałe, ale pominięcie któregokolwiek byłoby jednak pewną stratą. Bo choć tworzą spójną całość, to każdy posiada swój własny charakter. Co jest tym bardziej godne podziwu, że właściwie wszystkie są stworzone z praktycznie tych samych elementów.

Podstawą jest pomysłowa i finezyjna gra sekcji rytmicznej, z bardzo charakterystycznym, uwypuklonym brzmieniem gitary basowej. Do tego dochodzą melodyjne partie pianina, bardzo rockowa gitara (której jest tu zdecydowanie więcej, niż na późniejszych albumach zespołu) oraz rozbudowana sekcja dęta (saksofony altowy, tenorowy i sopranowy, trąbka, flety) o wyraźnie freejazzowych skłonnościach. Nie brakuje ciekawych partii solowych, ale muzycy stawiają raczej na granie zespołowe, w którym każdy instrument pełni równie ważną rolę. Niewątpliwie grają tutaj bardzo utalentowani instrumentaliści, którzy jednak nie popisują się bez potrzeby swoimi umiejętnościami. Utwory są w większości rozbudowane, a ich struktury nieprzewidywalne. Nastrój nierzadko jest bardzo podniosły, ale muzycy świadomie i umiejętnie wykorzystują patos, dzięki czemu nie może być mowy o popadaniu w kicz lub pretensjonalność. Nie brakuje tu zresztą ewidentnie humorystycznych momentów (przede wszystkim "Malaria", ale także niektóre motywy z innych utworów), pokazujących, że zespół ma do swojej twórczości dystans i po prostu bawi się muzyką. To, co odróżnia debiut od późniejszych dokonań zespołu, to także warstwa wokalna. Nie ma tu jeszcze tych charakterystycznych chórów; śpiewa jeden wokalista, a robi to w raczej rockowy sposób, choć zdarzają się i mniej konwencjonalne momenty (zwłaszcza "Stoah").

Choć styl zespołu nie jest tu jeszcze w pełni ukształtowany - a wręcz od tego odległy - już tutaj słychać bardzo oryginalne i kreatywne podejście. W chwili wydania był to album jedyny w swoim rodzaju, niezwykle intrygujący i inspirujący. Później zespół niewątpliwie się rozwinął, ale moim zdaniem nie ujmuje to nic debiutowi. Na tle późniejszych dzieł zespołu jest to, jak już wspominałem, longplay bardziej przystępny, bliski jazz-rock lub głównonurtowego rocka progresywnego, niepozbawiony łatwo przyswajalnych motywów czy melodii. Jeśli więc ktoś jeszcze nie miał do czynienia z twórczością Magmy, lub zniechęcił się do niej przez poznanie najpierw któregoś z trudniejszych albumów, śmiało może sięgnąć po ten materiał. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o doskonałym brzmieniu, na podstawie którego trudno się domyślić, że to album sprzed prawie pięćdziesięciu lat.

Ocena: 9/10



Magma - "Magma" (1970)

LP1 ("Le voyage"): 1. Kobaia; 2. Aïna; 3. Malaria; 4. Sohïa; 5. Sckxyss; 6. Auraë
LP2 ("La découverte de Kobaia"): 1. Thaud Zaia; 2. Naü Ektila; 3. Stoah; 4. Mûh

Skład: Klaus Blasquiz - wokal; Richard Raux - saksofon altowy i tenorowy, flet; Teddy Lasry - saksofon sopranowy, flet; Alain Charlery - trąbka, instr. perkusyjne; François Cahen - pianino; Claude Engel - gitara, flet, wokal; Francis Moze - bass, kontrabas; Christian Vander - perkusja, wokal
Producent: Laurent Thibault


21 maja 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Eternal Rhythm" (1969)



Pod koniec lat 60. Don Cherry wyruszył w podróż po Europie, Azji i Afryce, w trakcie której zafascynowała go muzyka z różnych stron świata. Postanowił nauczyć się grać na jak największej ilości egzotycznych instrumentów. A efekt tego jest słyszalny na całej jego późniejszej dyskografii, począwszy od albumu "Eternal Rhythm". Materiał na niego został zarejestrowany w dniach 11-12 listopada 1968 roku, podczas występów na Berlin Jazz Festival (nie słychać tu jednak odgłosów publiczności). Cherry'emu towarzyszył międzynarodowy skład, złożony z muzyków pochodzenia niemieckiego (puzonista Albert Mangelsdorff, pianiści Karl Berger i Joachim Kühn), szwedzkiego (puzonista Eje Thelin, saksofonista Bernt Rosengren), norweskiego (basista Arild Andersen), francuskiego (perkusista Jacques Thollot) i amerykańskiego (gitarzysta Sonny Sharrock).

Oprócz instrumentów typowych dla zachodniej muzyki, słychać tutaj także cały szereg egzotycznych perkusjonaliów (w tym indonezyjskie metalofony stosowane w gamelanie), a także przeróżne rodzaje fletów (od bambusowych, po metalowe i plastikowe). Te pierwsze obsługiwali Cherry, Thollot i Berger, na dętych grał wyłącznie lider. Powstało niespotykane wcześniej połączenie muzyki dalekowschodniej, zwłaszcza gamelanu, z awangardowym jazzem. Trudno przecenić wkład tego albumu w rozwój takich stylistyk, jak spiritual jazz i world music. Longplay składa się z dwóch długich improwizacji, podzielonych na kilka części. W osiemnastominutowym "Eternal Rhythm Part I" wyraźnie dominują te wszystkie egzotyczne piszczałki, przeszkadzajki i inne dzwonki, a zachodnie instrumentarium jedynie dopełnia brzmienia (w sposób jednak bardzo ciekawy, jak np. atonalne dźwięki gitary lub melodyjne partie dęciaków). Dużo w tym wszystkim przypadku, muzycy grają praktycznie bez żadnego planu, ale jaki to ma fantastyczny klimat! Ostatnie pięć minut (część "Baby's Breath") to już solowy popis Cherry'ego grającego bez żadnego akompaniamentu na flecie; nastrój jest tutaj bardziej liryczny, ale wciąż tak samo niesamowity. Trwający blisko dwadzieścia cztery minuty "Eternal Rhythm Part II" wydaje się już trochę bardziej zorganizowany - przynajmniej na tyle, na ile zorganizowane mogą być freejazzowe improwizacje - odwracają się też proporcje i tym razem to egzotyczne instrumentarium dopełnia brzmienia, co daje równie interesujący efekt.

Jest w tej muzycy coś pierwotnego, dzikiego, ale kryje się w niej tez prawdziwe piękno. Nie przeszkadza, że muzycy zdają się nie zawsze być pewni tego, co mają robić, bo doskonale pasuje to do koncepcji całości - połączenia jazzowej awangardy z prymitywną muzyką z egzotycznych zakątków świata. Nieprzewidywalność, momentami wręcz chaos jest w pełni uzasadniony. Tym bardziej, że nie powstaje z tego bezmyślny hałas, a wciągająca niesamowitym klimatem muzyka. "Eternal Rhythm" to jeden z najbardziej oryginalnych, kreatywnych i inspirujących albumów w dziejach jazzu.

Ocena: 9/10



Don Cherry - "Eternal Rhythm" (1969)

1. Eternal Rhythm Part I (Baby's Breath / Sonny Sharock / Turkish Prayer / Crystal Clear / Endless Beginnings / Baby's Breath); 2. Eternal Rhythm Part II (Autumn Melody / Lanoo / Crystal Clear / Screaming J / Always Beginnings)

Skład: Don Cherry - kornet, flety, instr. perkusyjne, głos; Bernt Rosengren - saksofon tenorowy, klarnet, obój, flet; Albert Mangelsdorff - puzon; Eje Thelin - puzon; Sonny Sharrock - gitara; Karl Berger - wibrafon, pianino, instr. perkusyjne; Joachim Kühn - pianino; Arild Andersen - kontrabas; Jacques Thollot - perkusja i instr. perkusyjne, głos
Producent: Joachim E. Berendt


19 maja 2019

[Recenzja] Gong - "Flying Teapot" (1973)



Rok 1972 grupa Gong spędziła na szalonych koncertach (niektóre trwały nawet po sześć godzin) i nie mniej intensywnych zmianach składu. Trzon zespołu pozostawał bez zmian. Niestrudzenie tworzyli go Daevid Allen, Gilli Smyth, Dieder Malhebe i Christian Tritsch. Ten ostatni w pewnym momencie postanowił jednak porzucić gitarę basową na rzecz sześciu strun. Miejsce basisty na krótko zajął Bill MacCormick (ex-Quiet Sun, później Matching Mole), zanim objął je Francis Moze, były członek francuskiej Magmy. Większe roszady miały miejsce na stołku perkusisty. Po odejściu Pipa Pyle'a, kolejno zasiadali na nim Laurie Allan, Mac Poole, Charles Hayward (ex-Quiet Sun, później w This Heat i Massacre), Rob Tait i ponownie Allan. Przez pewien czas wydawało się prawdopodobne, że do grupy na stałe dołączy Robert Wyatt (który wspierał ją podczas niektórych brytyjskich występów), który właśnie rozstał się z Soft Machine. Muzyk zdecydował się jednak stworzyć własny zespół, Matching Mole. Przed końcem roku do składu dołączył grający na syntezatorze Tim Blake.

W styczniu 1973 roku zespół wszedł do studia w jeszcze bardziej rozbudowanym składzie. Po pierwsze, wrócił Rachid Hourai - niegdyś perkusista, teraz grający na perkusjonaliach. Po drugie, doszedł gitarzysta Steve Hillage (ex-Uriel/Arzachel, Khan). Ten ostatni został w zespole na dłużej, zajmując miejsce Tritscha, który zrezygnował wkrótce po nagraniu albumu. Sesja odbywała się w brytyjskim studiu The Manor. W tym samym czasie Mike Oldfield pracował tam nad albumem "Tubular Bells" - oba wydawnictwa ukazały się nakładem Virgin Records tego samego dnia, 25 maja 1973 roku. "Flying Teapot", bo taki tytuł otrzymał materiał Gong (w nawiązaniu do czajniczka Russella), był pierwszą częścią trylogii "Radio Gnome Invisible", rozwijającej wątki wymyślonej przez Allena mitologii planety Gong (kolejne jej części to wydany jeszcze w tym samym roku "Angel's Egg" oraz opublikowany rok później "You"). Cała warstwa tekstowa (włącznie z albumową notą) przepełniona jest szalonym, bardzo specyficznym poczuciem humoru, ocierającym się o groteskę. Nie mniej zwariowana jest warstwa muzyczna albumu.

"Flying Teapot" to sześć zróżnicowanych, ale tworzących spójną całość, utworów. Głównym twórcą materiału jest Daevid Allen - autor lub współautor pięciu nagrań. Wspomogli go Tim Blake (współautor "Zero the Hero and the Witch's Spell" i autor "The Octave Doctors and the Crystal Machine"), Francis Moze (współautor "Flying Teapot"), Christian Tritsch (współautor "Zero the Hero and the Witch's Spell") i Gilli Smyth (współautorka "Witch's Song / I Am Your Pussy"). Całość rozpoczyna jedna z dwóch samodzielnych kompozycji lidera, dająca tytuł całej trylogii "Radio Gnome Invisible". Panuje w niej naprawdę spory eklektyzm - słychać tu wpływy barrettowskiej psychodelii, jazz-rocka, piosenki kabaretowej i muzyki arabskiej, a całość okraszona jest kosmicznymi dźwiękami syntezatora. A wszystko to składa się w dziwną, lecz zgrabną piosenkę. To jednak dopiero przedsmak tego, co album ma do zaoferowania. Pierwszym prawdziwie wielkim - nie tylko ze względu na dwunastominutowy czas trwania - jest tytułowy "Flying Teapot". Narkotyczny jam mieszczący się gdzieś pomiędzy psychodelią, space- i jazz-rockiem, niepozbawiony tego charakterystycznego dla grupy szaleństwa i poczucia humoru. Oparty na transowej grze sekcji rytmicznej, z kosmicznymi partiami syntezatora, jazzującymi solówkami saksofonu i fletu oraz świetnym gitarowym popisem Hillage'a, ale też ze zwariowanymi partiami wokalnymi.

Druga stronę winylowego wydania również otwiera autorski utwór Allena, "The Pot Head Pixies". Zagrany z wręcz hardrockowym czadem, ale z pierwszoplanową rolą saksofonu i szalonych partii wokalnych. Do tego pojawiają się wstawki parodiujące stylistykę wodewilową. "The Octave Doctors and the Crystal Machine" to solowe nagranie Blake'a w pełnym tego słowa znaczeniu - słychać w nim wyłącznie nakładające się na siebie partie syntezatora. Bardzo to ładne, ale zdaje się być kompletnie oderwane od całości. Co w sumie podkreśla zwariowany charakter całości. Zaraz potem następuje kolejny wspaniały utwór - ponad dziewięciominutowy "Zero the Hero and the Witch's Spell", w którym wraca potężny eklektyzm. Poza spacerockowym odlotem, znalazły się tu i folkowe dźwięki fletu, i jazzowe partie saksofonu, i egzotyczne perkusjonalia, i trochę gitarowych riffów, a całości jak zawsze dopełniają typowe wokale. Finałowy "Witch's Song / I Am Your Pussy" nie wydaje się szczególnie zwariowany pod względem muzycznym, w każdym razie na tle reszty albumu - to melodyjna piosenka z jazzującym saksofonem i podchodzącymi czasem pod hard rock partiami gitary - wyróżnia się za to podszytą erotyką warstwą wokalną. W pierwszoplanowej roli wystąpiła tu wyjątkowo Gilli Smyth, choć Allen również udziela się wokalnie.

"Flying Teapot" to kompletnie zwariowany, nieprzewidywalny album. Słuchając go nietrudno uwierzyć we wszystkie opowieści o ogromnych ilościach narkotyków spożywanych przez muzyków. Udało im się jednak stworzyć dzieło, które zachwyca także ogromną kreatywnością i oryginalnością. Trudno bowiem znaleźć podobny album - nie licząc, oczywiście, kolejnych części gongowej trylogii (choć w ich przypadku nie ma mowy o zwykłej powtórce z rozrywki). Brak powagi może odrzucić wielu słuchaczy, nieprzywykłych do humoru w muzyce, ale warto przemóc pierwsze wrażenie i dać się porwać tej niepowtarzalnej twórczości.

Ocena: 9/10



Gong - "Flying Teapot (Radio Gnome Invisible, Part 1)" (1973)

1. Radio Gnome Invisible; 2. Flying Teapot; 3. The Pot Head Pixies; 4. The Octave Doctors and the Crystal Machine; 5. Zero the Hero and the Witch's Spell; 6. Witch's Song / I Am Your Pussy

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal, organy; Didier Malherbe - saksofon tenorowy i sopranowy, flet; Tim Blake - syntezator, dodatkowy wokal; Steve Hillage - gitara; Christian Tritsch - gitara; Francis Moze - bass, pianino, syntezator; Laurie Allan - perkusja; Rachid Houari - instr. perkusyjne
Producent: Giorgio Gomelsky


Po prawej: Alternatywna wersja okładki (w wydaniach BYG Records).


17 maja 2019

[Recenzja] Sonny Rollins - "Saxophone Colossus" (1957)



Walter Theodore "Sonny" Rollins to jeden z najwybitniejszych saksofonistów tenorowych i jeden z ostatnich wciąż żyjących wielkich jazzmanów. Karierę zaczynał pod koniec lat 40. Pierwszy zespół prowadził jeszcze w szkole średniej, a w jego skład wychodzili szkolni koledzy: Jackie McLean, Kenny Drew i Art Taylor (każdy z nich zrobił później karierę). Wkrótce Sonny zaczął współpracować z tak uznanymi muzykami, jak Miles Davis (mało brakowało, a to właśnie on, a nie John Coltrane, zostałby członkiem tzw. Pierwszego Wielkiego Kwintetu), Theloniousem Monkiem czy Maxem Roachem. Największe sukcesy odnosił w latach 50. To wtedy zyskał takie przydomki, jak  Saxophone ColossusNew Bird czy Bird of the Tenor - dwa ostatnie nawiązują, oczywiście, do Charliego "Birda" Parkera, jednego z najbardziej cenionych i inspirujących jazzowych saksofonistów. Również Sonny pozostawał początkowo pod wielkim wpływem Birda. Niestety, nie tylko muzycznym - za jego sprawą zainteresował się nie tylko saksofonem altowym (który potem porzucił na rzecz tenoru), ale też narkotykami, które przysporzyły mu problemów z prawem (był też aresztowany za napad z bronią). Nie przeszkadzało mu to jednak nagrywać wybitnych albumów, z których najważniejszym okazał się "Saxophone Colossus".

Album zarejestrowano 22 czerwca 1956 roku w słynnym Van Gelder Studio (wówczas mieszczącym się jeszcze w pierwotnej lokalizacji, w Hackensack, New Jersey - w 1959 roku zostało przeniesione do Englewood Cliffs, także w stanie New Jersey). Rolę producentów pełnili Bob Weinstock i Rudy Van Gelder. W nagraniach wzięli natomiast udział pianista Tommy Flanagan, kontrabasista Doug Watkins i perkusista Max Roach. Najsłynniejszy w tym gronie był oczywiście Roach - jeden z pionierów bebopu i hard bopu, prawdopodobnie najbardziej ceniony ówcześnie bębniarz. Watkins zdobywał coraz większe uznanie i mógł już pochwalić się współpracą m.in. z Donaldem Byrdem, Jackiem McLeanem czy Horacym Silverem; jego błyskotliwa kariera została jednak przerwana w 1962 roku, gdy zginął w wypadku samochodowym, nie ukończywszy nawet 28 lat. Nawet najmniej doświadczony Flanagan dał się już poznać jako obiecujący muzyk na płytach Milesa Davisa i Kenny'ego Burrella. "Saxophone Colossus" ukazał się nakładem Prestige prawdopodobnie w 1957 roku (niektóre źródła podają 1956 rok, ale raczej w wyniku pomyłki daty nagrania z data wydania).

Album wypełnia pięć utworów: trzy autorskie kompozycje lidera (choć w przypadku jednej nie jest to do końca prawdą) i dwie interpretacje popularnych piosenek. Choć całość utrzymana jest bezsprzecznie w popularnym wówczas hardbopowym stylu, każde z tych pięciu nagrań wyróżnia się na tle pozostałych. W "St. Thomas" (opartym na tradycyjnej angielskiej pieśni "The Lincolnshire Poacher", co nie zostało odnotowane w opisie) Sonny nawiązuje do swojego karaibskiego pochodzenia, wprowadzając tu elementy charakterystyczne dla muzyki calypso. Wówczas było to coś bardzo nowatorskiego i inspirującego. "You Don't Know What Love Is", autorstwa Gene'a de Paula i Dona Raye'a, to z kolei przepiękna ballada utrzymana w minorowym nastroju. Kontrastuje on zarówno z poprzednim utworem, jak i następnym - najbardziej ekspresyjnym "Strode Rode" (napisany w hołdzie dla trębacza Freddiego Webstera, który przedawkował heroinę w hotelu Strode w Chicago). "Moritat" - interpretacja "Mack the Knife" (w Polsce znanego jako "Ballada o Mackiem Majchrze) z "Opery za trzy grosze" Kurta Weilla i Bertolta Brechta - wyróżnia się bardzo swobodnym, luzackim charakterem. Finałowy "Blue 7" to natomiast oparta na bluesie improwizacja, którą dogłębnie analizowali różni specjaliści. W każdym z  tych utworów niesamowicie błyszczy Rollins, który nie był może wielkim innowatorem, ale jego technika gry, ekspresja i wyczucie są fenomenalne. Drugim niekwestionowanym bohaterem jest Roach, prawdziwy mistrz perkusji, przez cały album interesująco urozmaica swoją grę. Flanagan i Watkins raczej trzymają się w tle, perfekcyjnie dopełniając brzmienia, ale gdy już dany jest im czas na własne popisy, zdecydowanie nie zawodzą. Cały kwartet zdaje się tu być doskonale zgrany i w pełni świadomy co chce osiągnąć.

W późniejszych latach Sonny Rollins wciąż cieszył się uznaniem jazzowych ortodoksów, jednak nie do końca potrafił odnaleźć się w nowych czasach, gdy hard bop ustąpił miejsca free jazzowi, a później fusion. Choć Rollins był jednym z pionierów grania bez instrumentu harmonicznego (np. album "A Night at the Village Vanguard"), nigdy nie odszedł daleko od bopu. Jego muzyka nie była już tak ekscytująca jak dawniej. A grając w niemodny sposób, był skazany na dorabianie sobie niezbyt chlubnymi chałturami (jak występ na "Tattoo You" The Rolling Stones). Jednak w latach 50. był prawdziwym kolosem. Co udawania szczególnie recenzowany tu longplay. Niewiele hardbopowych albumów może się równać z "Saxophone Colossus", a jeszcze mniej go przewyższa.

Ocena: 9/10



Sonny Rollins - "Saxophone Colossus" (1957)

1. St. Thomas; 2. You Don't Know What Love Is; 3. Strode Rode; 4. Moritat; 5. Blue 7

Skład: Sonny Rollins - saksofon tenorowy; Tommy Flanagan - pianino; Doug Watkins - kontrabas; Max Roach - perkusja
Producent: Bob Weinstock i Rudy Van Gelder


15 maja 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Rubycon" (1975)



W styczniu 1975 roku Edgar Froese, Peter Baumann i Christopher Franke powrócili do studia The Manor, by nagrać następcę przełomowej - zarówno pod względem stylistycznym, jak i komercyjnym - "Phaedry". W nagraniach ponownie wykorzystane na szeroką skalę zostały syntezatory i sekwencery, ale nie zapomniano o bardziej tradycyjnych instrumentach, jak pianina akustyczne i elektryczne, organy, melotron, gitara czy gong (część z nich została jednak specjalnie spreparowana). Pojawiają się też chóry. Początkowo w sesji miał wziąć udział prawdziwy chór, jednak okazało się to zbyt problematyczne z przyczyn organizacyjnych i technicznych. Ostatecznie muzycy sami nagrali te partie, a następnie odpowiednio przetworzyli je za pomocą syntezatorów, aby osiągnąć pożądany efekt.

"Rubycon", jak zatytułowano album, składa się tylko z dwóch utworów, trwających po siedemnaście minut z sekundami. Choć zatytułowano je odpowiednio "Rubycon (Part One)" i "Rubycon (Part Two)", nie jest to jedno nagranie podzielone na dwie części z powodu czasowych ograniczeń płyty winylowej. Każdy z nich posiada bowiem nieco inny charakter i zdaje się tworzyć zamkniętą całość. Oba utwory mają natomiast podobną budowę. Każdy składa się z trzech części: klimatycznego początku o dość luźnej strukturze; bardziej energetycznej i poukładanej części środkowej, opartej na pulsującej, ostinatowej linii basu z sekwencera; a także znów klimatycznego, swobodnego zakończenia. Zespół interesująco rozwinął tutaj pomysły z poprzedniego albumu. O ile "Phaedra" dała początek tzw. szkole berlińskiej, tak "Rubycon" umacnia pozycje Tangerine Dream na elektronicznej scenie. Muzykom udało się fascynująco wzbogacić niedawno wymyśloną stylistykę. Mowa przede wszystkim o wspomnianym chórze, słyszanym w pierwszej części "Part Two", wyraźnie zdradzającej inspirację twórczością Györgya Ligetiego, XX-wiecznego węgierskiego kompozytora (powszechnie kojarzonego dzięki filmom Stanleya Kubricka, w których wykorzystano jego dzieła, takich jak "Lśnienie", "Oczy szeroko zamknięte" i przede wszystkim "2001: Odyseja kosmiczna").

"Rubycon" jest świadectwem dojrzałości zespołu, jego najbardziej (przynajmniej do tamtej pory) przemyślanym i dopracowanym w najmniejszym szczególe dziełem. Zwraca uwagę mistrzowskim kreowaniem klimatu i inteligentnym wykorzystaniem technologicznych nowinek. W połowie lat 70. był to niewątpliwie najbardziej nowoczesny i świeży rodzaj muzyki, a wpływ ówczesnej twórczości Tangerine Dream jeszcze długo miał być słyszalny na elektronicznej scenie. Sam "Rubycon" okazał się także największym komercyjnym sukcesem zespołu (doszedł do 10, miejsca UK Albums Chart - o pięć pozycji wyżej, niż "Phaedra"). Ale to przede wszystkim ze względów artystycznych należy znać ten longplay.

Ocena: 9/10



Tangerine Dream - "Rubycon" (1975)

1. Rubycon (Part One); 2. Rubycon (Part Two)

Skład: Edgar Froese - melotron, organy, syntezator, gitara, gong; Peter Baumann - organy, syntezator, pianino, pianino elektryczne, głos; Christopher Franke - syntezator, organy, pianino, głos
Producent: Tangerine Dream


13 maja 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Romantic Warrior" (1976)



"Romantic Warrior", trzeci i ostatni album najsłynniejszego składu Return to Forever, to wydawnictwo pełne kuriozalnych sprzeczności. Już sam tytuł to oksymoron. Z kolei nawiązująca do niego okładka jest tak samo kiczowata i banalna, co pretensjonalna. Średniowieczna tematyka przewija się również w tytułach utworów, a także w nich samych, w postaci nawiązujących do tamtej epoki motywów, które kontrastują z brzmieniem typowym dla muzyki fusion z drugiej połowy lat 70. XX wieku. Motywy te same w sobie mają ewidentnie humorystyczny charakter (a przynajmniej taką mam nadzieję), jednak w połączeniu z plastikowym brzmieniem i ogólnym patosem, wywołują raczej żenujące wrażenie. Muzycy kontynuują upraszczanie swojej twórczości, nierzadko zbliżając się do konwencjonalnego funku lub rocka, a jednocześnie nie wyzbyli się skłonności do instrumentalnego onanizmu.

Dotychczasowym słuchaczom nie podobało się oddalanie od jazzu i coraz mniej wyrafinowane próby zwrócenia uwagi rockowej publiczności. W wielu momentach zawarta tu muzyka zbliża się do symfonicznego rocka progresywnego, z całą jego pompatycznością. W prasie pojawiły się nawet niepochlebne porównania do Emerson, Lake & Palmer. Nie da się ukryć, że wyjątkowo trafne. Return to Forever na "Romantic Warrior" gra z podobnym nadęciem, stawiając na tanie efekciarstwo, podczas gdy sama muzyka nie jest szczególnie wyszukana. Nie da się też zaprzeczyć, że album zyskał popularność właśnie wśród wielbicieli symfonicznego progresu. Tak duże, że longplay stał się największym komercyjnym sukcesem zespołu - szczególnie w Stanach, gdzie doszedł do 35. miejsca listy Billboardu (a także do 3. na liście albumów jazzowych) i w sumie rozszedł się w ilości przekraczającej pół miliona egzemplarzy. Sukces ten zdecydowanie nie szedł w parze z jakością artystyczną.

Na album trafiło w sumie sześć utworów - trzy kompozycje Chicka Corei oraz po jednej Lenny'ego White'a, Ala Di Meoli i Stanleya Clarke'a. Rozpoczynający całość "Medieval Overture" cechuje się wyjątkowo paskudnym, plastikowym brzmieniem syntezatora, a także pasującymi do pretensjonalnego tytułu, onanistycznymi popisami całego zespołu. Kompozycja jest dość chaotyczna. Napisany przez White'a "Sorceress" to typowy dla tamtych czasów kawałek jazz-funkowy, przywołujący skojarzenia z twórczością Herbiego Hancocka z grupą Head Hunters. Corea oprócz syntezatora korzysta także z elektrycznego i akustycznego pianina, co sprawia, że przynajmniej momentami brzmienie jest tu bardziej strawne, niż w otwieraczu. Jest to raczej prosty utwór, rażący pewnymi gatunkowymi schematami, ale na tle całości sprawia raczej pozytywne wrażenie. W tytułowym "Romantic Warrior" muzycy przerzucają się na całkowicie akustyczne instrumentarium, co było świetną decyzją. Początek jest całkiem intrygujący, ale z czasem muzykom jakby zaczyna brakować inwencji. Grają też zbyt bezpiecznie, żeby nie wystraszyć słuchaczy awangardowymi eksperymentami, jednocześnie podkreślając swoją techniczną sprawność, co nie jest tu potrzebne - powinni raczej skupić się na kreowaniu klimatu. Mimo wszystko, jest to najlepszy utwór na tym albumie.

Dalej jest już jednak dużo słabiej. "Majestic Dance" Meoli z jednej strony razi banałem konwencjonalnego rocka i pseudo-średniowiecznymi melodyjkami, a z drugiej - bombastyczną prezentacją instrumentalnej biegłości muzyków. Jest tu nawet kilka przyjemnych momentów, ale więcej tu jednak fragmentów wprawiających mnie w zażenowanie. Najbardziej kuriozalnym kawałkiem jest jednak "The Magican" podpisany nazwiskiem Clarke'a. Brzmi tak, jakby muzyk wrzucił kilkanaście różnych motywów do maszyny losującej, która zestawiła je w zupełnie przypadkowy sposób. Poza całkowicie bezmyślną, chaotyczną i nielogiczną strukturą, mamy tu zebrane wszystkie inne błędy, jakie kwartet popełnił na tym wydawnictwie: banalne melodyjki, onanistyczne popisy, plastikowe brzmienie i nieznośny patos. Prawdziwy koszmar, jakiego nie spodziewałbym się po muzykach jazzowych. Cholera jasna, przecież Corea i White zaledwie siedem lat wcześniej brali udział w nagraniu "Bitches Brew"! To niepojęte, że po przyczynieniu się do powstania takiego arcydzieła, można przejść do grania takiego syfu, jak "The Magican". Poziom przynajmniej trochę wzrasta w rozbudowanym finale albumu, "Duel of the Jester and the Tyrant". Znów razi kompozytorski bałagan, banał niektórych motywów, nadmierne popisywanie się umiejętnościami oraz brzmienie syntezatora, ale dużo też naprawdę przyjemnych momentów, w których słychać, że grają tu jednak muzycy z wyższej półki, faktycznie posiadający wielkie możliwości (wykorzystane wszakże w niewielkim stopniu).

"Romantic Warrior" jest według mnie symbolem całkowitej degeneracji stylistyki jazz fusion w drugiej połowie lat 70. Jeszcze parę lat wcześniej ekscytowała swoją świeżością, wyrafinowaniem i eksperymentami, które znosiły międzygatunkowe podziały i wnosiły muzykę na zupełnie nowy poziom. Z czasem nie zostało w niej nic z tego podejścia; zaczęło się schlebianie masowym odbiorcom i dostosowywanie do panujących w głównym nurcie trendów (takich jak syntezatory i ich coraz bardziej plastikowe brzmienie). Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie Return to Forever, któremu praktycznie od początku przyświecała chęć komunikacji ze słuchaczami (był to efekt niezrozumienia, z jakim spotykała się wcześniejsza, ambitniejsza twórczość Chicka Corei). Jednak poprzednie albumy zespołu - pomimo skłonności do pewnych uproszczeń i popisywania się umiejętnościami - zawierały sporo interesującej muzyki. Na "Romantic Warrior" są tylko pewne przebłyski dawnej świetności, zwykle w postaci fragmentów, a nie całych utworów. Muzycy za daleko posuwają się tu w zabawianiu przypadkowych słuchaczy wesołymi melodyjkami i kuglarskimi sztuczkami instrumentalnymi, popadając przy tym w nieuzasadniony patos, a nie mają do zaoferowania właściwie nic ciekawego pod względem artystycznym. Jedynie obiektywizm powstrzymuje mnie przed daniem niższej oceny, ale jest to album, do którego już na pewno nie będę wracał.

Ocena: 5/10



Return to Forever - "Romantic Warrior" (1976)

1. Medieval Overture; 2. Sorceress; 3. The Romantic Warrior; 4. Majestic Dance; 5. The Magician; 6. Duel of the Jester and the Tyrant (Parts I and II)

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Al Di Meola - gitara, instr. perkusyjne, flet; Stanley Clarke - bass, kontrabas, instr. perkusyjne; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Return to Forever


11 maja 2019

[Recenzja] Talking Heads - "Remain in Light" (1980)



Twórcze apogeum Talking Heads. "Remain in Light" to także najbardziej ambitne i eksperymentalne dzieło zespołu. Zmiany pojawiły się już na etapie tworzenia materiału. Tym razem muzycy nie pracowali nad praktycznie gotowymi kompozycjami przyniesionymi przez Davida Byrne'a. W końcu zaczęli tworzyć w prawdziwie zespołowy sposób, wspólnie improwizując. Punktem wyjścia do tych jamów był zwykle utwór "I Zimbra" z ich poprzedniego longplaya, "Fear of Music". Nic zatem dziwnego, że nowa muzyka ma podobny charakter. W większości utworów wyraźnie jest słyszana inspiracja muzyką afrykańską, szczególnie twórczością Feli Kutiego. Bardzo ważną rolę odgrywa również produkcja Briana Eno (współpracującego z zespołem po raz trzeci i, niestety, ostatni). Wykorzystuje tu on swoja ideę studia jako narzędzia kompozytorskiego - dzięki licznym dodatkowym ścieżkom instrumentalnym i wokalnym, utwory zyskują zupełnie nowy charakter. Istotny jest też udział gości, wśród których znaleźli się gitarzysta Adrian Belew (były współpracownik Franka Zappy, późniejszy członek King Crimson), trębacz Jon Hassell, grający na perkusjonaliach Robert Palmer i José Rossy, a także wokalistka Nona Hendryx.

Muzyczna zawartość "Remain in Light" to fantastyczna mieszanka polirytmicznych partii perkusyjnych, funkowych linii basu, licznych ścieżek gitarowych i wokalnych, elektronicznych dodatków, a także mnóstwa innych produkcyjnych smaczków. Wszystko to pomysłowo się na siebie nakłada i przeplata, tworząc bardzo gęstą fakturę. Doskonale słychać to przede wszystkim na przykładzie "Born Under Punches (The Heat Goes On)", "The Great Curve" i "Houses in Motion", które w najbardziej interesujący sposób czerpią z afrykańskich tradycji muzycznych, nabierając wręcz szamańskiego charakteru, a zarazem wykorzystują w zaawansowany sposób możliwości studia, tworząc zupełnie nową jakość w muzyce pozostającej, mimo wszystko, rockiem. Jednak nietypowe brzmienie, rytmika i gęste faktury czynią ten album czymś naprawdę wyjątkowym - i bardzo intrygującym - na tle tego gatunku. A jednocześnie muzyka Gadających Głów nie traci nic ze swojej dotychczasowej przebojowości. Dotyczy to nie tylko singlowego hitu "Once in a Lifetime", choć właśnie on najszybciej i najłatwiej zapada w pamięć. Ale praktycznie każdy zawarty tu utwór zwraca uwagę chwytliwą melodią. Może z wyjątkiem finałowego "The Overload", który stawia przede wszystkim na budowanie klimatu. Muzycy bardzo udanie podrabiają tu styl Joy Division - co ciekawe, podobno nikt  z nich nie słyszał wcześniej tego zespołu, a bazowali wyłącznie na opisach z prasy muzycznej. Wyszło bardziej dronowo i elektronicznie, ale poza tym utwór jest łudząco podobny do tych najbardziej nastrojowych nagrań brytyjskiej grupy.

"Remain in Light" to nie tylko szczytowe osiągnięcie Talking Heads, ale też niezaprzeczalny dowód na to, że w latach 80. muzyka rockowa wciąż mogła interesująco się rozwijać, dzięki twórczemu czerpaniu inspiracji spoza niej i wykorzystywaniu nowoczesnej technologii. Album jest zarazem bardzo oryginalny, ambitny, ale i przystępny, o czym świadczy jego komercyjny sukces w chwili wydania (21. miejsce w Stanach, 19. w Wielkiej Brytanii) oraz uznanie zdobywane u kolejnych pokoleń słuchaczy i krytyków. Na pewno jest to jeden z najbardziej wartościowych albumów wydanych we wspomnianej dekadzie.

Ocena: 9/10



Talking Heads - "Remain in Light" (1980)

1. Born Under Punches (The Heat Goes On); 2. Crosseyed and Painless; 3. The Great Curve; 4. Once in a Lifetime; 5. Houses in Motion; 6. Seen and Not Seen; 7. Listening Wind; 8. The Overload

Skład: David Byrne - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jerry Harrison - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, bass, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Adrian Belew - gitara, syntezator gitarowy; Jon Hassell - instr. dęte; Robert Palmer - instr. perkusyjne; José Rossy - instr. perkusyjne; Nona Hendryx - dodatkowy wokal
Producent: Brian Eno


9 maja 2019

[Recenzja] Albert Ayler - "In Greenwich Village" (1967)



Psychodeliczna okładka "Albert Ayler in Greenwich Village" (z pewnością wyglądająca znajomo dla fanów pewnego polskiego artysty) wprowadzić może w błąd. Zawarta tu muzyka to najczystszy free jazz. Nagrania pochodzą z dwóch występów, jakie Ayler dał w nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village: 18 grudnia 1966 roku w The Village Vanguard i 26 lutego 1967 roku w The Village Theatre. Podczas pierwszego towarzyszyli mu jego brat, trębacz Donald Ayler, grający na skrzypcach Michael Sampson, basiści Bill Folwell i Henry Grimes, a także perkusista Beavier Harris. Podczas drugiego występu doszedł wiolonczelista Joel Friedman, a miejsce Grimesa zajął Alan Silva. Wśród widowni na lutowym koncercie był ponoć obecny sam John Coltrane. I to właśnie on przekonał przedstawicieli Impulse! Records - dla której sam nagrywał - aby pierwszy album Aylera dla tej wytwórni był koncertówką. Albert odwdzięczył się tytułując jeden z utworów "For John Coltrane".

Więcej nagrań z obu występów ukazało się w 1978 roku, na dwupłytowym albumie "The Village Concerts". Oprócz wspomnianych wyżej muzyków, w utworze "Angels" można usłyszeć pianistę Calla Cobsa. Dokładnie dwadzieścia lat później, w 1998 roku, materiał z obu wydawnictw skompilowano na składającym się z dwóch płyt kompaktowych  "Live in Greenwich Village: The Complete Impulse Recordings", dodając jedno wcześniej niepublikowane nagranie z lutowego koncertu ("Universal Thoughts" z gościnnym udziałem puzonisty George'a Steele'a), a także utwór "Holy Ghost" zarejestrowany 28 marca 1965 roku w klubie The Village Gate, w składzie: Ayler, Ayler, Friedman, Lewis Worrell (kontrabas) i Sunny Murray (perkusja).

Oryginalne winylowe wydanie składa się tylko z czterech utworów (trzech autorstwa lidera oraz skomponowanego przez jego brata "Our Prayer"). Wybrano po dwa z każdego występu. Przy czym zamieniono tu kolejność i pierwszą stronę wypełniają nagrania z późniejszego koncertu. Nie robi to jednak większej różnicy, ponieważ całość sprawia wrażenie, jakby została zarejestrowana w ciągu jednego dnia. Nie słychać zmiany w brzmieniu. Ogólna koncepcja grania również była podobna - instrumentaliści improwizują z bardzo swobodnym podejściem do harmonii, rytmu i tonalności. Wspomniany "For John Coltrane" to niemal czysta abstrakcja; w pozostałych utworach pojawiają się zaaranżowane tematy. Ciekawym pomysłem było wzbogacenie brzmienia o skrzypce i wiolonczelę, których brzmienie interesująco wzbogaca kolorystykę albumu. Bardzo udana jest współpraca całego składu. Każdy muzyk zdaje się grać kompletnie niezależnie od pozostałych, ale jednocześnie wszystko - jak to we free jazzie - doskonale się zazębia. Nawet jeśli dla niezaprawionego w takiej stylistyce słuchacza może brzmieć to początkowo jak strojenie instrumentów lub kompletny chaos. Do tak abstrakcyjnego, wyrafinowanego grania trzeba po prostu przywyknąć. Wtedy odsłania całe swoje piękno. Tym bardziej, że "Albert Ayler in Greenwich Village" zdecydowanie nie należy do tych najbardziej radykalnych albumów freejazzowych. W większym stopniu chodzi tu o budowanie klimatu (momentami wcale nieodległego od uduchowionej twórczości Coltrane'a), niż o robienie hałasu.

Longplay zasłużenie należy do najbardziej znanych i cenionych wydawnictw freejazzowych. Czegoś mi tu jednak brakuje do pełnego zachwytu. A może by wystarczyło, gdyby zespół przez cały czas grał w tak abstrakcyjny sposób, jak w "For John Coltrane", całkiem rezygnując z obecnych w pozostałych utworach tematów, które wypadają tu znacznie mniej ekscytująco od improwizacji.

Ocena: 8/10



Albert Ayler - "Albert Ayler in Greenwich Village" (1967)

1. For John Coltrane; 2. Change Has Come; 3. Truth Is Marching In; 4. Our Prayer

Skład: Albert Ayler - saksofon altowy (1,2), saksofon tenorowy (3,4); Donald Ayler - trąbka (2-4); Joel Friedman - wiolonczela (1,2); Michel Sampson - skrzypce (2-4); Bill Folwell - kontrabas; Alan Silva - kontrabas (1,2); Henry Grimes - kontrabas (3,4); Beaver Harris - perkusja
Producent: Bob Thiele


Albert Ayler - "The Village Concerts" (1978)

LP1: 1. Light in Darkness; 2. Heavenly Home; 3. Spiritual Rebirth; 4. Infinite Spirit; 5. Omega Is the Alpha
LP2: 1. Spirits Rejoice; 2. Divine Peacemaker; 3. Angels

Skład: Albert Ayler - saksofon altowy i tenorowy; Donald Ayer - trąbka (oprócz LP2:3); Michael Sampson - skrzypce; Joel Friedman - wiolonczela (LP1); Bill Folwell - kontrabas; Alan Silva - kontrabas (LP1); Henry Grimes - kontrabas (LP2); Beaver Harris - perkusja
Gościnnie: Call Cobbs - pianino (LP2:3)
Producent: Michael Cuscuna

Po prawej: okładka "The Village Concerts".


Albert Ayler - "Live in Greenwich Village: The Complete Impulse Recordings" (1998)

CD1: 1. Holy Ghost; 2. Truth Is Marching In; 3. Our Prayer; 4. Spirits Rejoice; 5. Divine Peacemaker; 6. Angels
CD2: 1. For John Coltrane; 2. Change Has Come; 3. Light in Darkness; 4. Heavenly Home; 5. Spiritual Rebirth; 6. Infinite Spirit; 7. Omega Is the Alpha; 8. Universal Thoughts

Skład: Albert Ayler - saksofon altowy i tenorowy; Donald Ayler - trąbka (oprócz CD1:6 i CD2:1); Michel Sampson - skrzypce (oprócz CD1:1,6); Joel Friedman - wiolonczela (CD1:1, CD2); Lewis Worrell - kontrabas (CD1:1); Bill Folwell - kontrabas (oprócz CD1:1); Henry Grimes - kontrabas (CD1:2-6); Alan Silva - kontrabas (CD2); Sunny Murray - perkusja (CD1:1); Beaver Harris - perkusja (oprócz CD1:1)
Gościnnie: Call Cobbs - pianino (CD1:6); George Steele - puzon (CD2:8)
Producent: Bob Thiele, Michael Cuscuna

Po prawej: okładka "Live in Greenwich Village: The Complete Impulse Recordings".


7 maja 2019

[Recenzja] National Health - "D.S. Al Coda" (1982)



W chwili, gdy powstał ten album, zespół praktycznie nie istniał. Niedługo po wydaniu przez niego drugiego albumu, "Of Queues and "Cures", ze składu odszedł Dave Stewart. Klawiszowiec postanowił przejść do grupy Bruford, założonej przez byłego perkusistę Yes i King Crimson (ale też przez krótki czas National Health), Billa Bruforda. Gdy jednak w 1981 roku zmarł na białaczkę Alan Gowen - lider zespołów Gilgamesh i Soft Heap, a także współzałożyciel National Health - Stewart zdecydował się ponownie połączyć siły z  Philem Millerem, Pipem Pyle'em i Johnem Greavesem, by nagrać album w hołdzie dla zmarłego kolegi. W nagraniach wspomogli ich zresztą liczni zaprzyjaźnieni muzycy ze sceny Canterbury, jak np. saksofonista Elton Dean (ex-Soft Machine, The Keith Tippett Group), flecista Jimmy Hastings (współpracownik m.in. Caravan), wokalistki Amanda Parsons i Barbara Gaskin, a także Richard Sinclair (tym samym, w utworze z jego udziałem występuje cały skład nieistniejącego wówczas od kilku lat Hatfield and the North).

Na album złożyły się wyłącznie kompozycje autorstwa Gowena. Niektóre z nich były już wcześniej nagrane i wydane przez Gilgamesh ("TNTFX", "Arriving Twice"), ale większość miała swoją premierę właśnie na tym albumie. Pod względem stylistycznym, jest to typowa dla National Health mieszanka jazz rocka i rocka progresywnego, z naciskiem na ten pierwszy styl. Ale brzmieniowo jest to już ewidentnie album z lat 80. Dave Stewart na dobre zatracił się w brzmieniu syntezatorów, które wykorzystywał na szeroką skalę już w grupie Bruford, jak i w synthpopowym projekcie z Barbarą Gaskin. Ale także Pip Pyle chętnie korzysta tutaj z technologicznej nowinki, jaką wówczas była elektroniczna perkusja Simmonsa. Takie brzmienia sprawiają, że "D.S. Al Coda" może być ciężkostrawnym albumem dla słuchaczy przyzwyczajonych do bardziej naturalnych dźwięków z poprzednich dekad. Nie wspominając już o tym, że to, co wtedy było szczytem nowoczesności, dziś brzmi bardzo archaicznie i tandetnie (tutaj nie jest pod tym względem aż tak źle).

Jednak warto przełamać niechęć, bo zespół nie idzie tu drogą wielu innych progrockowych wykonawców, którzy nie tylko sięgnęli po modne w latach 80. brzmienia, ale całkowicie pogrążyli się w popowym mainstreamie. National Health wciąż gra wyrafinowaną, dość skomplikowaną i wartościową pod względem artystycznym muzykę. Zarówno instrumentaliści zespołu, jak i goście (np. niemal freejazzowe solówki Deana w "Portrait of a Shrinking Man" i "I Feel a Night Coming On", albo piękne partie Hastingsa w "Toad of Toad Hall"), prezentują wysoki poziom wykonawczy i wzorowo ze sobą współpracują. Rozczarowuje tylko udział Sinclaira, który ogranicza się do kilku krótkich wokaliz w "Black Hat" - szkoda, że nie zaśpiewał tu normalnej partii wokalnej tym swoim dostojnym, typowo brytyjskim głosem. Lepiej wypadają wokalizy Parsons i Gaskin w "Tales of Damson Knight", przywołujące klimat pierwszego albumu National Health, ale też tych nagrań Hatfield and the North, w których brały udział.

"D.S. Al Coda" jest zatem całkiem udanym wydawnictwem. Syntetyczne brzmienie nie najlepiej współgra z tego rodzaju muzyką, ale wynagradzają to dobre kompozycje i świetne wykonanie. Jest to prawdopodobnie ostatnie tak udane dzieło ze sceny Canterbury, która w tamtym czasie praktycznie już nie istniała - Caravan pogrążył się w poprockowej miałkości, Gong rozpadł się na kilka mniej istotnych, niekoniecznie kanterberyjskich grup, a Soft Machine i inne prominentne zespoły zakończyły działalność. "D.S. Al Coda" można uznać za zwieńczenie tego nurtu. Tym ciekawsze, że w jego powstanie byli zaangażowani muzycy związani z każdym istotnym zespołem ze sceny Canterbury i jej okolic (poza wspomnianą przed chwilą trójką także: Arzachel, Egg, Khan, The Keith Tippett Group, Matching Mole, Gilgamesh, Hatfield and the North, Henry Cow i, oczywiście, National Health).

Ocena: 8/10



National Health - "D.S. Al Coda" (1982)

1. Portrait of a Shrinking Man; 2. TNTFX; 3. Black Hat; 4. I Feel a Night Coming On; 5. Arriving Twice; 6. Shining Water; 7. Tales of a Damson Knight; 8. Flanagans People; 9. Toad of Toad Hall

Skład: Dave Stewart - instr. klawiszowe; Phil Miller - gitara; John Greaves - bass; Pip Pyle - perkusja
Gościnnie: Elton Dean - saksello (1,4); Ted Emmett - trąbka (1); Annie Whitehead - puzon (1); Jimmy Hastings - flet (3,6,9); Richard Sinclair - wokal (3); Amanda Parsons, Barbara Gaskin - wokal (7)
Producent: Nick Bradford i National Health


5 maja 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Conversations" (1963)



"Conversations" na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kompilacji. Każdy z czterech zamieszczonych tu utworów został nagrany w innym składzie. W rzeczywistości jest to materiał zarejestrowany podczas dwóch nieodległych w czasie sesji. Pierwsza z nich odbyła się 1 lipca 1963 roku, w zaledwie dwuosobowym składzie: Ericowi Dolphy'emu towarzyszył jedynie basista Richard Davis. Druga sesja odbyła się dwa dni później, z udziałem znacznie już większej grupy instrumentalistów. Jednak w dwóch zarejestrowanych wówczas utworach Dolphy'ego wspiera zupełnie inny zestaw muzyków, a w trzecim gra solo. Więcej nagrań z tych dwóch dni wydano w 1968 roku na albumie zatytułowanym "Iron Man". "Conversations" był natomiast wznawiany pod wieloma alternatywnymi tytułami, jak "The Eric Dolphy Memorial Album", "Eric Dolphy 1928-1964" czy "Music Matador".

Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają dwa utwory nagrane w bardziej rozbudowanych składach. W "Jitterbug Waltz" (z repertuaru jazzowego pianisty Fatsa Wallera) Dolphy'emu towarzyszą: Bobby Hutcherson, trębacz Woody Shaw, basista Eddie Khan i perkusista J.C. Moses. To takie bardziej subtelne granie, z  tworzącymi klimat partiami fletu i wibrafonu, a także z dość swobodną grą sekcji rytmicznej. Przyjemne to nagranie, ale na pewno nie wybitne. "Music Matador" to już bardziej energetyczne granie, mimo braku perkusji. U boku lidera tym razem zagrali: Richard Davis, saksofoniści Clifford Jordan i Sonny Simmons, a także flecista Prince Lasha (ostatnia dwójka jest także kompozytorami utworu). Choć muzycy niewątpliwie prezentują tu wysoki poziom wykonawczy, zupełnie nie przekonuje mnie słoneczny, latynoski klimat i wyjątkowo banalny temat nagrania. Dolphy nigdy wcześniej ani później nie był bliżej tzw. easy-listening. I bardzo dobrze, bo w takim graniu tylko marnowałby swój talent.

Na szczęście, do drugiej strony winylowego wydania nie sposób się przyczepić. Zarówno króciutki, zagrany wyłącznie na saksofonie altowym "Love Me", a tym bardziej rozbudowany duet klarnetu basowego i kontrabasu "Alone Together", świadczą o niezwykłej kreatywności Dolphy'ego. Oba utwory są interpretacjami piosenek z początku lat 30. (pierwsza autorstwa Neda Washingtona i Victora Younga, druga - Howarda Dietza i Arthura Schwartza). W tych wersjach zmieniły się jednak w wyrafinowane, jazzowe popisy, o swobodzie charakterystycznej dla free jazzu, ale niepopadające w częsty w tym stylu radykalizm. Dolphy gra tutaj w niezwykle emocjonujący sposób, bardzo oryginalnie i inspirująco. Davis również jawi się jako jeden z najbardziej pomysłowych basistów, zaś interakcja obu muzyków jest mistrzowska (choć pozornie, w zgodzie z tytułem, grają niezależnie od siebie). Cały album w takim stylu byłby dziełem naprawdę wybitnym.

"Conversations" wyraźnie dzieli się na dwie części. Równe mniej więcej pod względem długości, ale na pewno nie w kwestii muzycznej wartości. Wciąż jednak jest to pozycja zasługująca na rekomendację, ze względu na doskonałą drugą połowę.

Ocena: 7/10



Eric Dolphy - "Conversations" (1963)

1. Jitterbug Waltz; 2. Music Matador; 3. Alone Together; 4. Love Me

Skład: Eric Dolphy - flet (1), klarnet basowy (2,3), saksofon sopranowy (4); Woody Shaw - trąbka (1); Bobby Hutcherson - wibrafon (1); Eddie Khan - kontrabas (1); J.C. Moses - perkusja (1); Prince Lasha - flet (2); Huey "Sonny" Simmons - saksofon altowy (2); Clifford Jordan - saksofon sopranowy; Richard Davis - kontrabas (2,3)
Producent: Alan Douglas


3 maja 2019

[Recenzja] Embryo - "Rocksession" (1973)



"Rocksession" to już ostatni z serii albumów zarejestrowanych przez Embryo na przełomie lat 1971/72. Jako jedyny z nieformalnej trylogii - tworzonej wraz z wydanymi wcześniej "Father, Son and the Holy Ghosts" i "Steig Aus" - nie został zarejestrowany w rodzimym Monachium, lecz w studiu Dietera Dierksa mieszczącym się nieopodal Kolonii. Zespół już wcześniej miał okazję współpracować z Dierksem, lecz było to zanim ten ostatni stał się jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych inżynierów dźwięku w ówczesnym RFN. Skład podczas tej sesji był niemal identyczny, jak podczas nagrywania "Steig Aus". Oprócz współzałożycieli grupy, Christiana Burcharda i Edgara Hofmanna, wystąpili na niej klawiszowcy Mal Waldron i Jimmy Jackson, a także basiści Dave King i Jörg Evers. Jedynie funkcja gitarzysty przypadła tym razem nie Romanowi Bunce, a Siegfriedowi Schwabowi (który wraz z Burchardem, Hofmannem i Kingiem brał udział w nagraniu "Father, Son and the Holy Ghosts").

Tytuł tego wydawnictwa wiele mówi o jego charakterze. O ile bowiem zarejestrowany w tym samym okresie (i przez niemal identyczny skład) "Steig Aus" jest wyraźnie ukierunkowany na stylistykę jazz fusion, tak "Rocksession" zawiera muzykę o bardziej rockowym charakterze. Nie jest to, oczywiście, konwencjonalny rock. Zespół w tamtym czasie miał większe ambicje. I dlatego proponował swoją wersję krautrocka, mocno nasiąkniętą wpływami jazz rocka, psychodelii i muzyki orientalnej. Jest to muzyka o bardzo swobodnej formie, przypominającej jamowanie. A instrumentaliści wykazują się sporym kunsztem wykonawczym, co nie powinno dziwić, wszak wielu z nich było doświadczonymi jazzmanami (szczególnie Waldron, który miał za sobą współpracę m.in. z Mingusem, Dolphym i Coltrane'em). Na album składają się cztery, przeważnie rozbudowane utwory. Ich tworzenie odbyło się w większości w zespołowy sposób. Burchard podpisany jest jako autor wszystkich, Waldron i Schwab pod trzema (oprócz pierwszego), a Hoffmann i Jackson pod dwoma (oprócz pierwszego i ostatniego).

Rozpoczynający całość "A  Place to Go" składa się jakby z dwóch części. Pierwsza składa się z gęstych partii perkusji i perkusjonaliów, orientalizujących dźwięków skrzypiec, a także przytłumionego wokalu (poza tym fragmentem, album jest już w całości instrumentalny). W drugiej części następuje świetne wejście motorycznego basu, stanowiącego tło dla solówek gitary, skrzypiec i klawiszy. Niestety, po niewiele ponad czterech minutach utwór nagle się wycisza. Ten brak jakiegoś rozwinięcia trochę doskwiera. Ale dzięki temu, na pierwszej stronie winylowego wydania zmieścił się jeszcze trwający ponad kwadrans "Entrances". A to już doskonała improwizacja, pełna rockowej energii, ale i niemalże jazzowego wyrafinowania. Interesująca, nieograniczająca się do akompaniamentu gra sekcji rytmicznej - z głębokim, transowym basem i niebanalną perkusją - dopełniana jest rockowymi solówkami gitary i organów, a także jazzującymi popisami Waldrona na pianinie elektrycznym i Hoffmanna na saksofonie. Instrumentaliści zachwycają solowymi popisami i wchodzą w ciekawe interakcje. Trudno przebić tak porywające nagranie, ale dwa około 10-minutowe utwory ze strony B praktycznie wcale mu nie ustępują. "Warm Canto" wyróżnia się bardziej subtelnym nastrojem, tworzonym głównie przez partie wibrafonu, organów, i skrzypiec, ale także lekko bluesowe dźwięki gitary i znów jazzującą grę Waldrona. Finałowy "Dirge" również ma dość klimatyczny charakter, jednak stopniowo nabiera na dynamice. Sekcja rytmiczna fantastycznie buduje napięcie, podczas gdy na pierwszym planie kolejno rozbrzmiewają długie solówki na skrzypcach, pianinie elektrycznym, gitarze i organach.

"Rocksession" to jeden z bardziej przystępnych dla rockowego słuchacza albumów Embryo, zarazem nic nie tracący z wyrafinowania i kreatywności "Steig Aus". Tym samym doskonale nadaje się na początek dla osób jeszcze nie mających do czynienia z twórczością grupy. A jednocześnie jest to jedno z najlepszych wydawnictw w bogatej dyskografii niemieckiego zespołu. Bardzo spójne (mimo różnorodnych inspiracji), zachwycające wykonaniem i bogatym brzmieniem, które nic się nie zestarzało.

Ocena: 9/10



Embryo - "Rocksession" (1973)

1. A Place to Go; 2. Entrances; 3. Warm Canto; 4. Dirge

Skład: Mal Waldron - elektryczne pianino; Jimmy Jackson - organy; Edgar Hofmann - skrzypce, saksofon; Siegfried Schwab - gitara; Dave King - bass; Jörg Evers - bass; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Embryo


1 maja 2019

[Recenzja] Weather Report - "Black Market" (1976)



Zgodnie z niepisaną tradycją, Weather Report wszedł do studia nagraniowego w zmienionym - względem poprzedniego albumu - składzie. Tym razem problem okazał się poważniejszy, bowiem już w trakcie sesji skład znów się posypał. Nagrania rozpoczęły się z nowym perkusistą, Chesterem Thompsonem (byłym członkiem Mothers of Invention Franka Zappy, późniejszym współpracownikiem Genesis) i perkusjonalistą Donem Aliasem (wystąpił już na debiucie grupy, ponadto grał z Milesem Davisem). Wkrótce jednak ich miejsca zajęli, odpowiednio, Narada Michael Walden (znany ze współpracy z Mahavishnu Orchestra i Jeffem Beckiem) oraz Alex Acuña. Basista Alphonso Johnson, zmęczony ciągłymi zmianami perkusistów i koniecznością zgrywania się z nowymi muzykami, również zdecydował się opuścić zespół w trakcie nagrań. Na jego miejsce ściągnięto Johna "Jaco" Pastoriusa, który jakiś czas wcześniej przedstawił się Joemu Zawinulowi jako najlepszy basista na świecie - pomimo początkowej niechęci, klawiszowiec zgodził się posłuchać jego nagrań i zachwycony jego umiejętnościami, pozostał z nim w kontakcie.

Pomimo tych personalnych perturbacji, "Black Market" jest bardzo spójnym albumem. Trudno zresztą by było inaczej, skoro nad wszystkim czuwał Zawinul. To właśnie on miał decydujący wpływ na muzykę zespołu, nawet jeśli jego nazwisko pojawia się tylko przy trzech kompozycjach (wszystkie pojawiają się na początku album; kolejne dwie są autorstwa Wayne'a Shortera, a pod dwiema ostatnimi podpisani są, odpowiednio, Pastorius i Johnson). Klawiszowiec nie zbaczał z obranej wcześniej drogi, która raczej nie przypadkiem biegła równolegle z mainstreamem fusion. Na "Black Market" słyszalna jest ta sama tendencja, co na ówczesnych albumach Return to Forever czy Herbiego Hancocka - postępującego upraszczania i komercjalizacji muzyki, a także zwrot ku bardziej syntetycznemu brzmieniu, które niezbyt ładnie się zestarzało. Zresztą nie tylko Zawinul gra tutaj na syntezatorach. Także Shorter wzbogacił swoje instrumentarium o urządzenie nazwane Lyricon - elektroniczny instrument dęty (w tym samym roku pojawił się na albumie "Secrets" Hancocka, gdzie zagrał na nim Bennie Maupin).

Na tle wcześniejszych wydawnictw Weather Report, "Black Market" wypada bardziej jednorodnie. Wypełniają go stosunkowo krótkie utwory, często zbudowane na funkowych rytmach, z uwypuklonymi partiami basu, wszechobecnymi klawiszami (głównie syntezatorami, ale czasem też akustycznym lub elektrycznym pianinem), a także dźwiękami saksofonów (sopranowego i tenorowego), które często, niestety, spychane są na dalszy plan. Muzykom udaje się zachować tu dobre proporcje pomiędzy przystępnością, a instrumentalnym wyrafinowaniem (jednocześnie nie epatując przesadną wirtuozerią, jak ich koledzy z Return to Forever); szczególnie gra sekcji rytmicznej przykuwa uwagę. Najlepszym przykładem umiejętnego łączenia tych dwóch podejść jest najdłuższy na płycie "Gibraltar". Z jednej strony bardzo fajnie buja, ale jednocześnie zachwyca jazzową elegancją i niebanalną grą instrumentalistów. Jest to też jeden z bardziej naturalnie brzmiących fragmentów longplaya. Niestety, w pozostałych nagraniach brzmienie często jest przesadnie wygładzone i syntetycznie. Muzyka sprawia przez to często wrażenie tandetnej i banalnej. Pół biedy, gdy dzieje się tak w kompozycjach nie najwyższych lotów, jak "Three Clowns" i "Barbary Coast". Gorzej, gdy plastikowe brzmienie syntezatora psuje utwory nieco ambitniejsze, jak tytułowy czy zwłaszcza "Herandnu". Na albumie znalazły się też dwie ballady - nieco zbyt przesłodzona "Cannon Ball" (hołd dla zmarłego w 1975 roku Juliana "Cannonballa" Adderleya, w którego zespole przez kilka lat grał Zawinul), a także bardziej udana "Elegant People", w której w końcu można usłyszeć nieco więcej saksofonu.

Ogółem "Black Market" wypada lepiej od swojego poprzednika, "Tale Spinnin'", ale wciąż jest to granie zbyt bezpieczne i przewidywalne, tak bardzo odległe od wcześniejszych dokonań Weather Report. Dużym minusem tego wydawnictwa jest syntetyczne brzmienie klawiszy. Za to samo wykonanie jest, przeważnie, na naprawdę wysokim poziomie.

Ocena: 7/10



Weather Report - "Black Market" (1976)

1. Black Market; 2. Cannon Ball; 3. Gibraltar; 4. Elegant People; 5. Three Clowns; 6. Barbary Coast; 7. Herandnu

Skład: Joe Zawinul - instr. klawiszowe; Wayne Shorter - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, Lyricon; Jaco Pastorius - bass (2,6); Alphonso Johnson - bass (1,3-5,7); Narada Michael Walden - perkusja (1,2); Chester Thompson - perkusja (3-7); Don Alias - instr. perkusyjne (1,6); Alex Acuña - instr. perkusyjne (2-5,7)
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter