30 lipca 2019

[Recenzja] Grachan Moncur III - "Evolution" (1963)



Kariera jazzowego puzonisty Grachana Moncura III rozpoczęła się niezwykle obiecująco. Po zdobyciu doświadczenia graniem m.in. u boku Raya Charlesa, Arta Farmera czy Sonny'ego Rollinsa, trafił pod skrzydła prestiżowej wytwórni Blue Note. W samym 1963 roku odbył dla niej aż cztery sesje nagraniowe, mające miejsce w słynnym Van Gelder Studio. W marcu wziął udział w rejestracji "My Point of View" Herbiego Hancocka. W kwietniu i we wrześniu wspomógł Jackiego McLeana, czego efektem są albumy "One Step Beyond" i "Destination... Out!" (na obu Moncur dał się też poznać jako kompozytor). A już w listopadzie odbył pierwszą sesję w roli lidera. Towarzyszył mu znakomity skład: Jackie McLean, Tony Williams, Bobby Hutcherson, trębacz Lee Morgan (znany m.in. z "Blue Train" Johna Coltrane'a) i basista Bob Cranshaw (najbardziej chyba pamiętany dzięki graniu z Sonnym Rollinsem).

Na album, zatytułowany "Evolution", składają się cztery autorskie utwory lidera. Pokazują Moncura jako zdolnego twórcę, potrafiącego pisać przyciągające uwagę, niebanalne tematy. Ale od samych kompozycji chyba jeszcze lepsze jest ich wykonanie. Co w sumie nie powinno dziwić przy takim składzie. Niespełna 18-letni Tony Williams (to jedna z jego pierwszych sesji nagraniowych) wraz z Bobem Cranshawem zapewnia mocny, wyrafinowany podkład rytmiczny, pomysłowo ubarwiany przez wibrafon Bobby'ego Hutchersona, czemu towarzyszą porywające partie solowe Moncura, McLeana i Morgana. Stylistycznie przypomina to (późniejszy) "Out to Lunch!" Erica Dolphy'ego, na którym zresztą również zagrali Williams i Hutcherson. Utwory są bardzo zróżnicowane. "Air Raid" wyróżnia się sporą dynamiką i dużą swobodą, dzięki której każdy muzyk może zaprezentować swoje umiejętności, a cały skład doskonale ze sobą współpracuje. Tytułowy "Evolution" ma jeszcze luźniejszą budowę, a muzycy kreują intrygujący nastrój. W najbardziej energetycznym "The Coaster" słychać wpływ muzyki hiszpańskiej. Pomimo bardziej zwartej budowy, instrumentaliści wciąż mają sporo miejsca do prezentowania swoich talentów. Jedynie finałowy "Monk in Wonderland" - hołd dla Theloniousa Monka, nawiązujący do jego stylu - wydaje się nieco zachowawczy, choć i tutaj nie brakuje świetnych partii instrumentalnych i wzorowej współpracy.

"Evolution" to niezwykle dojrzały debiut, pokazujący kompozytorski talent Grachana Moncura III i instrumentalną perfekcje całego składu, jaki udało mu się zebrać. Choć puzonista nagrał później jeszcze kilka autorskich albumów, nie udało mu się już zbliżyć do tego poziomu. Jako sideman współpracował m.in. z Archiem Sheppem (np. na "Mama Too Tight") i Waynem Shorterem ("The All Seeing Eye"), ale jego kariera szybko traciła początkowe tempo. Jednak za sprawą samego "Evolution" ma zapewnione na stałe miejsce w jazzowym kanonie.

Ocena: 9/10



Grachan Moncur III - "Evolution" (1963)

1. Air Raid; 2. Evolution; 3. The Coaster; 4. Monk in Wonderland

Skład: Grachan Moncur III - puzon; Lee Morgan - trąbka; Jackie McLean - saksofon altowy; Bobby Hutcherson - wibrafon; Bob Cranshaw - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


28 lipca 2019

[Recenzja] Tim Blake - "Crystal Machine" (1977)



Po rozstaniu z grupą Gong, a przed dołączeniem do Hawkwind, Tim Blake spróbował sił jako solista. "Crystal Machine" to jego debiutancki album, skompilowany z nagrań studyjnych oraz fragmentów koncertowych improwizacji, zarejestrowanych podczas występów na brytyjskim Seasalter Free Festival (1976) i w paryskim Le Palace Théâtre (luty 1977). Cała muzyka powstała wyłącznie dzięki trzem syntezatorom - EMS Synthis A, Minimoog i Elka Rhapsody - oraz kilku efektom. Na scenie Blake'owi towarzyszył jedynie Patrice Warrener, odpowiedzialny za warstwę wizualną - w tym prekursorskie zastosowanie laserów. Na płycie została sama muzyka, która jednak doskonale się broni bez pomocy wizualnych efektów.

Tytuł "Crystal Machine" odnosi się do kompozycji Blake'a  "The Octave Doctors and the Crystal Machine" z pierwszego albumu Gong, na którym wystąpił - "Flying Teapot". Właśnie tamten utwór - solowy popis klawiszowca - można potraktować jako zalążek stylu zaprezentowanego na recenzowanym longplayu. W Gong dźwięki syntezatorów zwykle pełniły jednak tylko rolę tła dla popisów pozostałych instrumentalistów i zwariowanych partii wokalnych. Dlatego zawartość muzyczna "Crystal Machine" nie wywołuje wielu skojarzeń z tamtą grupą. Może z wyjątkiem "Last Ride of the Boogie Child", który jako jedyny zawiera partię wokalną, zresztą o dość humorystycznym charakterze. Pozostałe nagrania zbliżają się natomiast raczej do tego, co w tamtym czasie prezentował Tangerine Dream. Zarówno te żywsze utwory w rodzaju "Synthese Intemporelle" i "Metro Logic" - oparte na zapętlonych liniach basu, będących tłem dla syntezatorowych solówek - jak i bardziej ambientowe, pozbawione rytmu "Midnight" i "Crystal Presence", mógłby trafić do repertuaru niemieckiej grupy. Nie ma jednak mowy o epigoństwie - Tim Blake posiada swój własny styl gry i charakterystyczne brzmienie. Nie sposób wziąć "Crystal Machine" za album Tangerine Dream lub któregoś z jej członków. Natomiast wielbiciele Gong z pewnością wyłapią tutaj znajome dźwięki.

"Crystal Machine" to album, który bez wahania mogę polecić wszystkim miłośnikom oldskulowej elektroniki. Tim Blake, w czasie współpracy z Gong spychany na dalszy plan, pokazał się tutaj jako interesujący artysta, który za pomocą zaledwie trzech syntezatorów potrafi tworzyć muzykę przyciągającą uwagę, wciągającą klimatem, a także intrygującą swoim brzmieniem.

Ocena: 8/10



Tim Blake - "Crystal Machine" (1977)

1. Midnight; 2. Metro Logic; 3. Last Ride of the Boogie Child; 4. Synthese Intemporelle; 5. Crystal Presence

Skład: Tim Blake - syntezatory, efekty, wokal
Producent: Tim Blake


26 lipca 2019

[Recenzja] McCoy Tyner - "The Real McCoy" (1967)



Alfred McCoy Tyner, znany po prostu jako McCoy Tyner, to jeden z najsłynniejszych wciąż żyjących jazzowych pianistów. Jego charakterystyczny, perkusyjny styl gry wywołuje mieszane odczucia. Krytykował go chociażby Miles Davis. Najwyraźniej zupełnie inne zdanie miał John Coltrane, w którego zespole Tyner występował przez wiele lat - grając m.in. na takich albumach, jak "My Favorite Things", "Live at the Village Vanguard", "A Love Supreme" czy "Ascension". Nie sposób wymienić wszystkich muzyków, z którymi pianista współpracował. Autorskie albumy zaczął nagrywać jeszcze jako członek kwartetu Trane'a, jednak dopiero po opuszczeniu go nagrał swoje największe dzieła. Za pierwsze z nich powszechnie uznawany jest longplay zatytułowany "The Real McCoy".

Materiał został zarejestrowany 21 kwietnia 1967 roku w Van Gelder Studio, z Alfredem Lionem jako producentem. McCoy Tyner na sesję zaprosił swoich dobrych znajomych: Elvina Jonesa, z którym grał u boku Coltrane'a, a także Joego Hendersona i Rona Cartera, z którymi również miał już okazję wcześniej współpracować. Na album trafiło pięć premierowych kompozycji autorstwa lidera.

Jeśli ktoś spodziewa się tu freejazzowych odjazdów i uduchowionego klimatu, jak na płytach Johna Coltrane'a, to bardzo się zawiedzie - Tyner i Jones odeszli z zespołu saksofonisty właśnie dlatego, że taki kierunek im nie odpowiadał. "The Real McCoy" stanowi dla nich powrót na terytorium bopu. Pozornie album nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle tego rodzaju muzyki. Wypełniają go dość rozbudowane utwory (żaden nie schodzi poniżej sześciu minut), oparte na tradycyjnym schemacie temat-improwizacje-temat. Jednak zarówno kompozycje, jak i wykonanie prezentują naprawdę wysoki poziom, a w poszczególnych utworach nie brakuje różnych smaczków, przede wszystkim w warstwie rytmicznej (jak nietypowe metrum 6/8 w "Contemplation" czy złożony rytm w "Four by Five"). Carter i Jones grają w niezwykle kreatywny sposób, ani przez chwilę nie ograniczając się do prostego akompaniamentu, nie chowają się w tle. Nie mniej interesująco wypadają partie Hendersona, zarówno wtedy, gdy gra chwytliwe, lecz niebanalne tematy, jak i wtedy, gdy prezentuje ekspresyjne solówki (czasem, jak w "Passion Dance", zbliżające się do freejazzowej agresji). A całości dopełnia rozpoznawalna gra Tynera, rozwijającego styl, który wypracował podczas współpracy z Trane'em. Całość jest przy tym bardzo zróżnicowana, bo obok ekspresyjnych "Passion Dance" i "Four by Five" znalazło się też miejsce dla klimatycznego "Contemplation" i dla subtelnej ballady "Search for Peace", i dla ciekawego podejścia do bluesa w "Blues on the Corner". A mimo tego, album brzmi niezwykle spójnie.

"The Real McCoy" to mnóstwo swobody, kreatywności i doskonała współpraca kwartetu - w którym żaden muzyk nie zdaje się dominować nad pozostałymi ani im ustępować - w połączeniu z dobrze napisanymi tematami. Choć druga strona winylowego wydania wypada odrobinę mniej ekscytująco od pierwszej (z utworami "Passion Dance" i "Contemplation"), to całość i tak sprawia naprawdę dobre wrażenie. McCoy Tyner udowodnił tu, że jest nie tylko zdolnym sidemanem, ale doskonale sprawdza się także jako lider i kompozytor.

Ocena: 8/10



McCoy Tyner - "The Real McCoy" (1967)

1. Passion Dance; 2. Contemplation; 3. Four by Five; 4. Search for Peace; 5. Blues on the Corner

Skład: McCoy Tyner - pianino; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Ron Carter - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alfred Lion


24 lipca 2019

[Recenzja] Terje Rypdal - "Bleak House" (1968)



Terje Rypdal to jedna z najważniejszych postaci na norweskiej scenie jazzowej. Uznanie przyniosła mu współpraca z takimi wykonawcami, jak Jan Garbarek czy George Russell, a także autorskie albumy nagrane dla wytwórni ECM, wypełnione raczej subtelną muzyką. Z muzyką miał do czynienia od samego początku - w wieku pięciu lat zaczął uczyć się gry na trąbce i pianinie, mając lat dwanaście samodzielnie nauczył się grac na gitarze, która stała się jego podstawowym instrumentem. Mając kilkanaście lat grywał już w różnych lokalnych zespołach. Najistotniejszym z nich był The Vanguards - wówczas najpopularniejszy rockowy zespół w Norwegii. Rypdal grał w nim przez blisko pięć lat, jednak po usłyszeniu dokonań Jimiego Hendrixa i Cream postanowił zwrócić się w stronę bardziej psychodelicznej muzyki. Efektem było powstanie kwartetu Dream, który w 1967 roku nagrał swój jedyny album, "Get Dreamy". W następnym roku zespół rozpoczął pracę nad nowym materiałem, jednak rozpadł się po zarejestrowaniu ledwie jednego utworu. Rypdal był już w tamtym czasie zafascynowany jazzem, więc postanowił zorganizować sesję z muzykami grającymi ten gatunek - odbyła się w październiku 1968 roku. Jej efektem jest pierwszy autorski album gitarzysty, "Bleak House".

Całość rozpoczyna jednak utwór "Dead Man's Tale", który zarejestrowano jeszcze z myślą o drugim albumie Dream. Nagranie odstaje od reszty materiału - to wolny blues z psychodelicznymi organami Christiana Reima, prostą perkusją Toma Karlsena, partią wokalną Terjego Rypdala, a także jego popisami na gitarze i flecie. Utwór wypada naprawdę fajnie, tylko niewiele ma wspólnego z resztą materiału. W pozostałych nagraniach oprócz Rypdala i Reima grają muzycy jazzowi - basista Terje Venaas, perkusista Jon Christensen, a także kilkunastoosobowa sekcja dęta, w której znalazł się m.in. grający na saksofonie tenorowym i flecie Jan Garbarek. Utwory są zróżnicowane. "Wes" to energetyczny bop w duchu Wesa Montgomery'ego. "Winter Serenade" ma bardziej swobodny charakter, a partie saksofonów i atonalna gra lidera wyraźnie kierują go w stronę free jazzu. Tytułowe nagranie łączy jazz bigbandowy z gitarowymi solówkami przypominającymi o rockowych korzeniach Rypdala, a także saksofonowymi popisami o niemalże freejazzowej ekspresji. Wytchnienie przynosi subtelna ballada "Sonority", w pewnym stopniu zapowiadająca przyszłe dokonania gitarzysty. W finałowym "A Feeling of Harmony" po raz kolejny następuje całkowita zmiana stylu - to nieco folkowe nagranie, oparte na brzmieniu gitary akustycznej, której towarzyszy wokaliza lidera, a także dźwięki fletu i rogów.

"Bleak House" zdecydowanie nie jest spójnym albumem, choć dzięki temu świetnie ukazuje wszechstronność Terjego Rypdala jako gitarzysty. Album ma jednak niewiele wspólnego z jego późniejszymi dokonaniami (pewnie dlatego doczekał się niewielu wznowień). Uchwycony został tu moment przeistaczania się Rypdala z rockmana w jazzmana. I z tego względu jest to interesujący materiał, być może jedyny tego typu. Ale też ten jazz jest tu jednak grany w nieco nieśmiały i zachowawczy sposób. Longplay mogę polecić przede wszystkim słuchaczom rocka, którzy chcieliby zacząć słuchać jazzu. 

Ocena: 7/10



Terje Rypdal - "Bleak House" (1968)

1. Dead Man's Tale; 2. Wes; 3. Winter Serenade (Falling Snow / Snow Storm / Melting Snow); 4. Bleak House; 5. Sonority; 6. A Feeling of Harmony

Skład: Terje Rypdal - gitara, flet, wokal; Christian Reim - instr. klawiszowe (1-5); Jan Garbarek - saksofon tenorowy i flet (2-5); Calle Neumann - saksofon altowy i flet (2-5); Hans Knudsen - saksofon barytonowy (2,5); Knut Riisnæs - saksofon tenorowy (3); Jarl Johansen - trąbka (2-5); Kåre Furuholmen - trąbka (2,4); Ditlef Eckhoff - trąbka (2); Kjell Haugen - puzon (2,4,5); Tore Nilsen - puzon (2); Øivind Westby - puzon (2); Frode Thingnæs - puzon i tuba (4,5); Frøydis Ree Hauge - róg (5,6); Odd Ulleberg - róg (5,6); Terje Venaas - kontrabas (2-5); Tom Karlsen - perkusja (1); Jon Christensen - perkusja (2-5)
Producent: Terje Rypdal

Po prawej: okładka niemieckiego wydania z 1974 roku.


21 lipca 2019

[Recenzja] Christian Vander ‎- "Tristan Et Yseult" (1974)



"Tristan Et Yseult" to solowy debiut Christiana Vandera, będący zarazem ścieżką dźwiękową do awangardowego, niszowego filmu o tym samym tytule, w reżyserii Yvana Lagrange'a. W nagraniach uczestniczyli także inni muzycy z ówczesnego składu Magmy - wokaliści Klaus Blasquiz i Stella Vander, a także basista Jannick Top. Tak naprawdę mamy tu zatem do czynienia z kolejnym albumem zespołu, choć nagranym w bardziej kameralnym składzie. Zresztą prawie wszystkie kompaktowe wznowienia (wyjątkiem jest japońska reedycja z 2009 roku, wierna oryginalnemu projektowi) zostały wydane pod tytułem "Ẁurdah Ïtah" i z logo zespołu na okładce, natomiast od 2012 roku wszystkie reedycje są ponadto sygnowane nie nazwiskiem Vandera, a nazwą Magma. "Tristan Et Yseult" / "Ẁurdah Ïtah" jest zarazem drugą częścią tzw. "Theusz Hamtaahk Trilogy", której pierwszą część stanowi kompozycja "Theusz Hamtaahk" (znana wyłącznie z koncertowych wykonań), a ostatnią wydana już wcześniej "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh".

Choć materiał został nagrany w okrojonym składzie, z uboższym instrumentarium, nie odbiega daleko od twórczości Magmy. Podobnie, jak na wspomnianym wyżej "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", mamy tu do czynienia z jedną długą kompozycją, podzieloną na wiele ścieżek w momentach, kiedy ulega przetworzeniom. Vander i Top zapewniają potężny, transowy podkład rytmiczny. Lider dodaje do niego melodyjne lub atonalne partie akustycznego i elektrycznego pianina. Całości dopełniają wszechobecne, wielogłosowe partie wokalne (śpiewane, oczywiście, po kobajańsku), będące znakiem rozpoznawalnym zespołu. Za pomocą tych ograniczonych środków, stworzono tak intensywne, gęste brzmienie, że praktycznie nie odczuwa się tu braku pozostałych instrumentów, używanych na wcześniejszych wydawnictwach - tych wszystkich gitar, saksofonów, trąbek i klarnetów. I dzięki temu, zawarta tu muzyka broni się jako samodzielne dzieło, a nie tylko jako ścieżka dźwiękowa do filmu, którego i tak nie da się nigdzie zobaczyć.

Ocena: 8/10



Christian Vander ‎- "Tristan Et Yseult" (1974)
Magma - "Ẁurdah Ïtah" (1974)

1. Mala Welekaahm (Incantation); 2. Bradia Da Zimehn Iegah (L'Initié A Parlé); 3. Maneh Fur Da Zess (Ensemble Pour Le Maître); 4. Fur Di Hel Kobaia (Pour La Vie Éternelle); 5. Blüm Tendiwa (L'Âme Du Peuple); 6. Wohldünt M^ë M Deweless (Message Dans L'Étendue); 7. Wainsaht ! ! ! (En Avant); 8. Wlasik Steuhn Kobaia (Ascension Vers L'Éternel); 9. Sehnnteht Dros Wurdah Süms (La Mort N'est Rien; 10. C'est La Vie Qui Les A Menés Là !; 11. Ek Sun Da Zess ? (Qui Est Le Maître ?); 12. De « Zeuhl » Undazir (Vision De La Musique Céleste)

Skład: Christian Vander - wokal, pianino, elektryczne pianino, perkusja; Jannick Top - bass; Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal
Producent: Laurent Thibault


Po prawej: okładka "Ẁurdah Ïtah" na wydaniach od 2012 roku.


18 lipca 2019

[Recenzja] Daevid Allen & Euterpe - "Good Morning!" (1976)



Po odejściu z Gong, Daevid Allen i Gilli Smyth nawiązali współpracę z hiszpańską grupą folkrockową Euterpe. Rezultatem tego połączenia jest album "Good Morning!". Choć na okładce nie pojawia się nazwa Gong, zdobiąca ją grafika nie pozostawia wątpliwości, że to swego rodzaju kontynuacja allenowskiej wizji zespołu. Nie brakuje gitarowych glissand Allena i kosmicznych szeptów Smyth, jest też trochę (ale tylko trochę) charakterystycznego dla tej pary humoru. Jednak aranżacje nie mają nic wspólnego z jazzującym space rockiem, znanym chociażby z "Camembert Electrique" czy trylogii "Radio Gnome Invisible". Muzycy Euterpe nadają bardziej folkowy kierunek (choć kompozytorem całości jest Allen).

Dominują melodyjne, bezpretensjonalne piosenki oparte na akompaniamencie akustycznych gitar i mandoliny ("Children of the New World", "Good Morning", "Have You Seen My Friend?") lub pianina ("Song of Satisfaction"). Trochę ostrzejszego grania pojawia się w "French Garden", który spokojnie mógłby znaleźć się na debiutanckim albumie Gong, "Magick Brother". W "She Doesn't She..." jest za to najwięcej humoru. Zdarzają się też bardziej eksperymentalne momenty, w których istotną rolę odgrywają syntezatory, jak "Spirit" czy najdłuższy na płycie "Wise Man in Your Heart". Szczególnie interesujący jest ten ostatni, ze względu na gościnny udział dwóch innych muzyków Gong - Mike'a Howletta i Pierre'a Moerlena. Funkujący bas przywodzi na myśl "Isle of Everywhere", a perkusjonalia kojarzą się z "Love is How U Make It" (i albumami Gong pod odejściu Allena), do tego dochodzą kosmiczne partie syntezatora. To utwór, który mógłby znaleźć się na każdym albumie wiadomego zespołu i byłby tam mocnym punktem. Zwłaszcza, gdyby dodać tu jeszcze saksofon lub flet Didiera Malherbe'a. Kompaktowe reedycje zawierają jeszcze jeden długi utwór, "Euterpe Gratitude Piece", sam w sobie ciekawy, ale zupełnie nie pasujący do całości, ze względu na stricte elektroniczny, ambientowy charakter.

Słuchając wydanych w tym samym roku "Good Morning!" i "Shamal" można trochę żałować, że drogi Allena i Gong się rozeszły, bo na każdym z tych wydawnictw czegoś brakuje. A jednak oba bronią się na swój sposób. Zaletą "Good Morning!" jest pokazanie Allena od innej, mniej szalonej, bardziej subtelnej strony. Wciąż jednak doskonale słychać, z kim mamy do czynienia. 

Ocena: 8/10



Daevid Allen & Euterpe - "Good Morning!" (1976)

1. Children of the New World; 2. Good Morning; 3. Spirit; 4. Song of Satisfaction; 5. Have You Seen My Friend?; 6. French Garden; 7. Wise Man in Your Heart; 8. She Doesn't She...

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Pepe Milan - gitara, mandolina, charango, dzwonki; Toni Fernández - gitara; Toni Pascual - instr. klawiszowe, gitara, instr. smyczkowe; Toni Ares - kontrabas; Ana Camps - dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Howlett - bass (7); Pierre Moerlen - instr. perkusyjne (7)
Producent: -


16 lipca 2019

[Recenzja] Gong - "Shamal" (1976)



Wydanie ostatniej części trylogii "Radio Gnome Invisible" - "You" - zakończyło też pewien etap w historii Gong. Wkrótce potem nastąpiła prawdziwa lawina personalnych przetasowań. Nieustannych kłótni wewnątrz zespołu jako pierwszy nie wytrzymał Pierre Moerlen. Już wcześniej odszedł z zespołu na pewien czas, tym razem jednak zdawało się, że definitywnie. Zastępowali go kolejno tacy perkusiści, jak Chris Cutler (Henry Cow), Laurie Allan (były członek Gong), Bill Bruford (wiadomo) i Brian Davison (ex-The Nice). Tim Blake wyleciał parę miesięcy później, a jego miejsce zajął jeden z najważniejszych muzyków sceny Canterbury, Dave Stewart. Wkrótce jednak i on zrezygnował, a nowym klawiszowcem został znacznie mniej znany Patrice Lemoine. Wcześniej jednak z zespołu odeszli jego założyciele i dotychczasowi liderzy - Daevid Allen i Gilli Smyth. A wkrótce potem zrezygnowali także Steve Hillage i Miquette Giraudy. Wrócił natomiast Moerlen.

W grudniu 1975 roku skład Gong wyglądał następująco: Didier Malherbe, Mike Howlett (któremu do obowiązków basisty dorzucono rolę wokalisty), Pierre Moerlen, Mireille Bauer i Patrice Lemoine. Właśnie wtedy muzycy weszli do studia, by zarejestrować kolejny album. Gościnnie w nagraniach udział wzięli Hillage i Giraudy, a także grający na skrzypcach Jorge Pinchevsky i wokalistka Sandy Colley. Producentem longplaya został Nick Mason z Pink Floyd. Wydawnictwo otrzymało tytuł "Shamal" i ukazało się w połowie lutego następnego roku - pod szyldem Gong, choć stylistycznie wyraźnie odbiega od wcześniejszych dokonań. Mniej tutaj kosmicznej psychodelii. Zdecydowanie ubyło humoru (a nawet, gdy się pojawia, ma inny charakter, niż szaleństwa Allena i Smyth). Bardziej wyeksponowane zostały natomiast elementy jazzrockowe - wyraźnie słychać wpływy ówczesnego fusion (ale zespół nie powiela błędów, jakie zaczęli popełniać przedstawiciele tego stylu).

Muzycy podzielili się obowiązkami kompozytorskimi. Pod otwierającym całość "Wingful of Eyes" podpisany jest Howlett. Bogate partie perkusyjne i dźwięki fletu tworzą interesujący, nieco orientalny klimat. Bez nich byłaby to jednak całkiem zwyczajna rockowa piosenka - zanadto podporządkowana została partii wokalnej, która sama w sobie jest mało wyrazista. Ciekawiej prezentuje się w znacznej części instrumentalny "Chandra", skomponowany przez Lemoine'a (za tekst odpowiada Howlett). Tutaj muzycy grają już z większą swobodą, zachwycając solowymi popisami i wzajemną współpracą. Pierwsza, instrumentalna część jest bardziej jazzrockowa, natomiast w drugiej dochodzą z jednej strony wpływy funku, a z drugiej - zakręconego proga. Wokal pozostaje najmniej ciekawym elementem, ale nie ma go tu dużo. Bardzo intrygująco wypada instrumentalna kompozycja Malherbe'a, "Bambooji". Partie kompozytora na indyjskim flecie bansuri, perkusjonalia Moerlena i Bauer oraz wokaliza Giraudy doskonale kreują nastrój o orientalnym charakterze (choć raczej kojarzący się z muzyką japońską, niż hindustańską). Nie psuje go nawet bardziej dynamiczna część środkowa z partią skrzypiec Pinchevskiego i rockową solówką Hillage'a.

Podpisany przez Malherbe'a, Howletta i Lemoine'a (prawie-)instrumental "Cat in Clark's Shoes" to najbardziej dynamiczny kawałek na albumie, w którym motywy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a mimo to zachowuje spójność. Podstawowy kwintet i Pinchevsky pokazują tutaj swój instrumentalny kunszt, a jednocześnie grają z dużym luzem, nie unikając humorystycznych motywów - tutaj najbardziej zbliżają się do wcześniejszych dokonań Gong, choć jeszcze silniejsza zdaje się inspiracja twórczością Franka Zappy. Bardzo ładnie wypada instrumentalna kompozycja Moerlena, "Mandrake". Na pierwszym planie znów piękne, wspaniale się dopełniające partie perkusjonaliów i dęciaków - to właśnie one są największą zaletą tego albumu - wsparte niebanalną pracą basu i perkusji. Podpisany przez cały kwintet "Shamal" to kolejny porywający utwór, utrzymany w stylistyce jazzującego funk rocka o lekko orientalnym - zgodnie z tytułem - klimacie. W całość dobrze wpasowują się partie wokalne Howletta i Colley, ale najlepsze wrażenie sprawiają, oczywiście, partie instrumentalne (chociażby fragment z solówkami na wibrafonie i skrzypcach do akompaniamentu rozpędzonych partii basu i perkusji, czy liczne popisy Malherbe'a).

Gong na "Shamal" to już zupełnie inny zespół - pod względem składu, stylu i podejścia. Zawarta tu muzyka niekoniecznie spełnia oczekiwania, jakie można było mieć po poznaniu wcześniejszych longplayów. Ale to i tak naprawdę świetny album. Inny, ale też bardzo fajny, choć na odmienny sposób. Zdecydowanie warto dać mu szansę - zarówno będąc wielbicielem allenowskiego Gong, jak i w przypadku braku przekonania do wcześniejszych dokonań (bo ten album może okazać się przystępniejszy).

Ocena: 8/10



Gong - "Shamal" (1976)

1. Wingful of Eyes; 2. Chandra; 3. Bambooji; 4. Cat in Clark's Shoes; 5. Mandrake; 6. Shamal

Skład: Didier Malherbe - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet, bansuri, gong; Mike Howlett - bass, wokal; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne; Patrice Lemoine - instr. klawiszowe
Gościnnie: Steve Hillage - gitara (1,3); Jorge Pinchevsky - skrzypce (2-4,6); Miquette Giraudy - wokal (3); Sandy Colley - wokal (6)
Producent: Nick Mason


14 lipca 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Iron Man" (1968)



Podczas sesji nagraniowych, których wynikiem był wydany w 1963 roku album "Conversations", zarejestrowano znacznie więcej materiału. Pozostałe nagrania opublikowano pięć lat później, na albumie zatytułowanym "Iron Man". Nazwanie tego wydawnictwa zbiorem odrzutów byłoby jednak sporym nietaktem. O pominięciu właśnie tych utworów na "Conversations" zadecydowały bowiem względy merkantylne. To mniej konwencjonalny materiał, w bardziej zdecydowany i odważny sposób łamiący schematy i zasady obowiązujące w bopie. Kładący większy nacisk na swobodne improwizacje, choć nie jest to, oczywiście, freejazzowy zgiełk w stylu Ornette'a Colemana, Alberta Aylera, Cecila Taylora, Archiego Sheppa czy późnego Johna Coltrane'a.

Nagrania powstały podczas dwóch nocnych sesji. 1 lipca 1963 roku Dolphy'emy towarzyszył jedynie basista Richard Davis. Poza "Alone Togheter", wydanym na "Conversations", muzycy zagrali także kompozycje "Come Sunday" Duke'a Ellingtona i "Ode to C. P." Jakiego Byarda (ta druga, jako "Ode to Charlie Parker", została oryginalnie nagrana trzy lata wcześniej przez Dolphy'ego w bardziej rozbudowanym składzie, na album "Far Cry"). Oba utwory wypadają rewelacyjnie. W "Come Sunday" wspaniały klimat tworzy połączenie granymi smyczkiem partii Davisa i pięknych dźwięków klarnetu basowego, raz bardziej lirycznych, kiedy indziej bardziej ekspresyjnych, bliskich free jazzu. Z kolei w "Ode to C. P." partie kontrabasu (tym razem szarpane palcami) przepięknie przeplatają się z subtelnymi dźwiękami fletu. Szkoda, że ten duet nigdy nie nagrał razem całego albumu, bo wzajemna interakcja Dolphy'ego i Davisa jest fenomenalna, podobnie jak ich kreatywność. Mając dość ograniczone możliwości, stworzyli trzy zupełnie różne utwory, z których każdy zachwyca pomysłowością, wirtuozerią (jednak bez niepotrzebnego popisywania się) i współpraca obu muzyków.

Dwa dni później, 3 lipca, skład był już znacznie rozbudowany. W przeciwieństwie do utworów z tego dnia, które trafiły na "Coversations", na "Iron Man" trafiły wyłącznie kompozycje lidera: tytułowa "Iron Man", "Mandrake" i "Burning Spear". Wszystkie charakteryzują się dużą swobodą. Partie muzyków z rozbudowanej sekcji dętej (poza instrumentami Dolphy'ego, słychać także saksofony Sonny'ego Simmonsa i Clifforda Jordana, trąbkę Woody'ego Shawa, flet Prince'a Lashy i fagot Garvina Bushella) niemalże wchodzą sobie w drogę, a tak naprawdę świetnie się uzupełniają. Ekspresyjne partie lidera nierzadko zbliżają się do freejazzowej wściekłości. Sporo swobody dostała także sekcja rytmiczna (bez pianina, za to z wibrafonem Bobby'ego Hutchersona), która nie ogranicza się do prostego akompaniamentu, a w każdym utworze dostaje też trochę czasu na zaprezentowanie swoich umiejętności bez wsparcia dęciaków. I pomyśleć, że mając do dyspozycji tak świetny materiał - przede wszystkim pod względem wykonania, choć samym kompozycjom też nie mogę nic zarzucić - przy wyborze repertuaru na "Conversations" zrezygnowano z niego na rzecz dość przyjemnego, ale jednak nie tak porywającego "Jitterbug Waltz", nie mówiąc już o miałkim "Music Matador".

Choć wydany ze sporym opóźnieniem, "Iron Man" jest jednym z najwspanialszych albumów Erica Dolphy'ego. Gdyby jeszcze na pojedynczym winylu udało się zmieścić najlepsze momenty "Coversations" ("Alone Togheter" i solo na alcie "Love Me"), byłoby to może najlepsze wydawnictwo tego wybitnego muzyka, pozostawiające w tyle nawet słynny "Out to Lunch!". Ale i bez nich jest to fantastyczne dzieło.

Ocena: 9/10



Eric Dolphy - "Iron Man" (1968)

1. Iron Man; 2. Mandrake; 3. Come Sunday; 4. Burning Spear; 5. Ode to C. P.

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet basowy, flet; Sonny Simons - saksofon altowy (1,2,4); Clifford Jordan - saksofon sopranowy (1,2,4);  Woody Shaw - trąbka (1,2,4); Prince Lasha - flet (1,2,4); Garvin Bushell - fagot (1,2,4); Richard Davis - kontrabas; Eddie Kahn - kontrabas (1,2,4); J.C. Moses  - perkusja (1,2,4); Bobby Hutcherson - wibrafon (1,2,4)
Producent: Alan Douglas


12 lipca 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Stratosfear" (1976)



W 1976 roku dobra passa Tangerine Dream wciąż trwała. Trio dostało pierwszą propozycję stworzenia muzyki do filmu. Obrazem tym był "Sorcerer" (w Polsce znany jako "Cena strachu") w reżyserii Williama Friedkina, amerykański remake francuskiego filmu "Le salaire de la peur" Henriego-Georges'a Clouzota z 1953 roku. Tym razem zespół postanowił pracować w Berlinie. Nagranie ścieżki dźwiękowej rozpoczęło się w maju i trwało aż do października. Trwało to tak długo zarówno z powodu licznych problemów technicznych, jak i niespodziewanego konfliktu wewnątrz zespołu. Peter Baumann był coraz bardziej zawiedziony swoją drugoplanową rolą w zespole, co zaczęło prowadzić do coraz częstszych sprzeczek. W lipcu muzyk rozpoczął pracę nad solowym albumem ("Romance 76"). Ale już w sierpniu ponownie dołączył do Edgara Froese'a i Chrisa Franke'a. Trio zrobiło sobie jednak przerwę od przygotowywania ścieżki dźwiękowej i zarejestrowało materiał na kolejny regularny album, który ukazał się w październiku, jako "Stratosfear".

Longplay z jednej strony stanowi bezpośrednia kontynuację stylistyki zaprezentowanej na albumach "Phaedra", "Rubycon" i "Ricochet", a jednocześnie wzbogacą ją nowe rozwiązania, zbliżające muzykę zespołu do rocka progresywnego z okolic Pink Floyd. Zwraca uwagę szerokie wykorzystanie tradycyjnych instrumentów i większy nacisk na melodie. Otwierający album utwór tytułowy rozpoczyna się od łagodnych dźwięków gitary zatopionych w melotronowym tle. Po chwili ustępują one miejsca transowej, ostinatowej linii basu z sekwencera, będącej tłem dla melodyjnych klawiszowych partii, z wyraźnie zarysowanym tematem przewodnim, a także sporadycznie powracającej gitary. To najbardziej chwytliwy utwór w dotychczasowym dorobku zespołu. Na albumie trwa dziesięć minut, ale wykrojono z niego czterominutowy singiel. Jeszcze bardziej zaskakuje niespełna pięciominutowy "The Big Sleep in Search of Hades", a zwłaszcza jego barokowa klamra, oparta na brzmieniu klawesynu, gitary basowej i melotronowej imitacji fletu. Muzykom udało się stworzyć świetny nastrój. Podobnie jak w środkowej części, opartej wyłącznie na brzmieniach melotronu i syntezatorów. W ponad ośmiominutowym "3 AM at the Border of the Marsh from Okefenokee" smaczkiem są partie... harmonijki. Bardzo ciekawie wpleciono je w mroczne brzmienia elektroniczne. Zespołowi znów udało się wykreować fantastyczny klimat. Nie inaczej jest zresztą w  finałowym, ponad jedenastominutowym "Invisible Limits". Tym razem elektronika (w tym charakterystyczne ostinata z sekwencera) dopełniana jest przez solowe partie gitary elektrycznej; pojawia się też balladowa koda z partiami pianina i melotronowym fletem. Momentami sprawia jednak wrażenie, jakby muzycy nie do końca wiedzieli, w jakim iść kierunku, przez co trochę brakuje mu spójności.

"Stratosfear" nie był tak wielki sukcesem komercyjnym, jak "Phaedra" i "Rubycon", choć 39. miejsce na UK Albums Chart trudno uznać za porażkę. Pod względem muzycznym nie ustępuje wiele swoim poprzednikom (choć ostatni utwór mógłby być bardziej dopracowany), a do tego przynosi pewien powiew świeżości. Zdecydowanie jedno z najlepszych dzieł Tangerine Dream.

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Stratosfear" (1976)

1. Stratosfear; 2. The Big Sleep in Search of Hades; 3. 3 AM at the Border of the Marsh from Okefenokee; 4. Invisible Limits

Skład: Edgar Froese - melotron, syntezator, pianino, gitara, bass, harmonijka; Chris Franke - syntezator, organy, klawesyn, instr. perkusyjne; Peter Baumann - syntezator, elektryczne pianino, melotron
Producent: Tangerine Dream


10 lipca 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Now!" (1970)



Druga połowa lat 60. była dla Bobby'ego Hutchersona niezwykle intensywna. Pomiędzy licznymi sesjami, na których występował w roli sidemana, nagrywał też mnóstwo własnego materiału. Wypełnił on takie albumy, jak "Happenings", "Stick-Up!", "Total Eclipse" czy wydane dopiero po wielu latach "Oblique", "Patterns", "Spiral" i "Medina". Na wszystkich znalazł się bardzo sprawnie zagrany post-bop. Hutcherson zaczął jednak popadać w pewną rutynę, a na jego wydawnictwach zaczęło brakować świeżości. Sam muzyk najwyraźniej zaczął być tego świadomym, bo jeszcze przed końcem dekady zdecydował się na odświeżenie swojego stylu. Album "Now!" zawiera bardzo ciekawe, oryginalne podejście do muzyki fusion z elementami spiritual jazzu.

Nagrania odbyły się w nowojorskim A&R Studios w dwóch podejściach: 3 października i 5 listopada 1969 roku. Hutchersonowi towarzyszyli następujący muzycy: saksofonista Harold Land, pianiści Kenny Barron (w październiku) i Stanley Cowell (w listopadzie), gitarzysta Wally Richardson, basista Herbie Lewis, grający na perkusjonaliach Candido Camero oraz, jak zwykle, Joe Chambers na bębnach, a ponadto... wokalista Gene McDaniels i trzyosobowy żeński chórek. Obecność wokalistów odróżnia "Now!" nie tylko od poprzednich wydawnictw wibrafonisty, ale także od większości muzyki fusion. A partie wokalne odgrywają tutaj naprawdę istotną rolę.

Na albumie znalazło się pięć premierowych utworów: dwa napisane przez lidera z pomocą McDanielsa ("Slow Change", tytułowy), jeden przez McDanielsa i Chambersa ("Hello to the Wind"), a także po jednym autorstwa Lewisa ("The Creators") i Landa ("Black Heroes"). Tworzą spójną, lecz zróżnicowaną całość.

W "Slow Change" fragmenty z partiami wokalnymi mogą kojarzyć się z avant-progiem z okolic Magmy, nieregularne dźwięki wibrafonu i gitary świetnie wzbogacają brzmienie, sekcja rytmiczna (włącznie z grającym na elektrycznym pianinie Cowellem) gra w dość hipnotyczny sposób, a całości dopełniają zadziorne solówki saksofonu. Jeszcze większym zaskoczeniem jest "Hello to the Wind", wyróżniający się quasi-piosenkową strukturą, z wyraźnym podziałem na zwrotki i refreny. W bardziej konwencjonalnych, choć naprawdę udanych, momentach na pierwszy plan wychodzą McDaniels i Richardson, ale nie brakuje też świetnych fragmentów instrumentalnych, w których błyszczą przede wszystkim Hutcherson i Land. Ostatnie dwie minuty mają bardziej swobodny charakter, a uduchowionym partiom instrumentalnym towarzyszą chóralne partie wokalistek i dzika wokaliza McDanielsa (trochę kojarząca się z popisami Leona Thomasa z "The Creator Has a Master Plan" Pharoaha Sandersa). Pierwszą stronę winylowego wydania kończy niespełna trzyminutowy utwór tytułowy, charakteryzujący się bardziej wyciszonym nastrojem, z ładnymi partiami wibrafonu, subtelnymi dźwiękami saksofonu i prawie magmowym chórem.

Druga stronę rozpoczyna natomiast najbardziej rozbudowana i najbardziej niezwykła kompozycja - "The Creators". Chóralne partie wokalne, fantastyczne popisy lidera na wibrafonie oraz hipnotyzująca, wyrafinowana gra perkusji i perkusjonaliów - dopełniane przez elektryczne pianino, ostre dźwięki gitary i zadziorne, a zarazem uduchowione partie saksofonu - tworzą wciągający, dość mroczny, ale piękny klimat. Właściwie trudno porównać ten utwór do czegokolwiek innego - to jedyne w swoim rodzaju połączenie fusion, spiritual jazzu i awangardowego proga (przy czym ten ostatni element to tylko skojarzenie, a nie rzeczywista inspiracja, bo przecież w 1969 roku niczego takiego jeszcze nie było). Całość zamyka najmniej zaskakujący, bo podobny do otwieracza (choć z warstwą instrumentalną bliższą zwykłego jazzu), "Black Heroes". W ten sposób album został spięty klamrą, która sprawia, że jest jeszcze bardziej spójnym i przemyślanym dziełem. A sam utwór przyciąga uwagę przede wszystkim kolejnym świetnym popisem Hutchersona.

W 2004 roku album doczekał się jedynego wznowienia na płycie kompaktowej. Przy okazji został wzbogacony o koncertowe wykonania kilku utworów ("Slow Change", "Now", "Hello to the Wind" i "Now (Reprise)"). Nie są to jednak nagrania z epoki - materiał został zarejestrowany 13 sierpnia 1977 roku w Hollywood Bowl w Los Angeles. Hutchersonowi towarzyszyli wówczas zupełnie inni, mniej znani instrumentaliści, a miejsce gitarzysty i wokalistów zajęła... orkiestra. W takiej aranżacji (przygotowanej przez Dale'a Oehlera) utwory także prezentują się bardzo ciekawie, choć już nie tak wyjątkowo. Bonusowy materiał został oryginalnie wydany na albumie "Blue Note Meets The L.A. Philharmonic" (1978), na którym znalazły się także utwory grane przez orkiestrę z innymi muzykami jazzowymi.

"Now!" to najbardziej oryginalny i kreatywny album, jaki w swojej długoletniej karierze nagrał Bobby Hutcherson. Pozostaje tylko żałować, że wibrafonista szybko porzucił wypracowany tutaj styl, bo był to doskonały pomysł na rozwinięcie i zsyntetyzowanie stylistyki fusion i spiritual jazzu. W 1970 roku zawarta tu muzyka okazała się jednak zbyt odważna, by zyskać większe uznanie - zwłaszcza wśród jazzowych ortodoksów, a przy tym nie była aż tak atrakcyjna i przystępna dla rockowych odbiorców, jak ówczesna twórczość Milesa Davisa. W rezultacie album został szybko zapomniany, a po 1973 roku nie wznawiano go aż do wspomnianej edycji kompaktowej z 2004 roku (pięć lat później ukazała się też winylowa reedycja, bez bonusów). Pomimo tego, że w XXI wieku przedstawiciele Blue Note w końcu sobie o "Now!" przypomnieli, longplay wciąż jest znacznie mniej znany, niż powinien być.

Ocena: 9/10



Bobby Hutcherson - "Now!" (1970)

1. Slow Change; 2. Hello to the Wind; 3. Now; 4. The Creators; 5. Black Heroes

Skład: Bobby Hutcherson - wibrafon, marimba; Harold Land - saksofon tenorowy; Stanley Cowell - pianino i elektryczne pianino (1,4,5); Kenny Barron - pianino (2,3); Wally Richardson - gitara; Herbie Lewis - kontrabas; Joe Chambers - perkusja; Candido Camero - instr. perkusyjne; Gene McDaniels - wokal; Christine Spencer - dodatkowy wokal; Eileen Gilbert i Maeretha Stewart - dodatkowy wokal (1,4,5); Hilda Harris i Albertine M. Robinson - dodatkowy wokal (2,3)
Producent: Duke Pearson


8 lipca 2019

[Recenzja] black midi - "Schlagenheim" (2019)



Istnieje od niewiele ponad roku, a już jest prawdziwą sensacją. Jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu, black midi stał się ulubieńcem tych mniej konserwatywnych mediów muzycznych. Londyński kwartet zwrócił na siebie uwagę energetycznymi występami (w tym u boku byłego wokalisty Can, Damo Suziego, czy już samodzielną, porywającą sesją dla radia KEXP z Seattle), podczas których zaprezentował interesującą mieszankę post-punku, math rocka, no wave, noise'u i jeszcze paru innych rzeczy. Pojawiające się nierzadko porównania do This Heat, Pere Ubu, Public Image Ltd., The Residents, Talking Heads, kolorowego King Crimson czy Can zdecydowanie nie są bezzasadne. Pod koniec czerwca, poprzedzony kilkoma singlami (z innym materiałem), ukazał się wyczekiwany album studyjny, zatytułowany "Schlagenheim". Longplay zadebiutował na 43. miejscu UK Albums Chart, a w ciągu dwóch tygodni od premiery zebrał ponad trzy tysiące ocen na Rate Your Music - ze średnią 3,72/5.0 zajmuje obecnie 6. miejsce w rankingu 2019 roku. Recenzje w mediach są z reguły entuzjastyczne.

Cały ten szum może trochę dziwić, bowiem muzyka grana przez zespół do najłatwiejszych w odbiorze nie należy. Nie jest to nawet granie w żadnym aspekcie nowatorskie, skoro bezpośrednio odwołuje się do dokonań sprzed trzech, czterech dekad. Ale pomijając ten nie do końca uzasadniony hajp, muzyka zawarta na "Schlagenheim" wypada naprawdę dobrze. Znaczna część materiału została zarejestrowana podczas pięciodniowej sesji, w trakcie której zespół, pod producenckim nadzorem Danego Careya, doszlifowywał utwory grane już na koncertach, wzbogacając je o nowe, świeże pomysły i dodatkowe instrumentarium (jak syntezatory, organy czy bandżo), a także grał długie jamy, podczas których powstały zupełnie nowe kompozycje. Na albumie znalazło się w sumie dziewięć utworów o łącznym czasie nieprzekraczającym trzech kwadransów (na japońskim wydaniu dorzucono singlowe "Talking Heads" i "Crow's Perch").

"Schlagenheim" może i nie zachwyca szczególną oryginalnością, ale nie ma też mowy o nudnym epigoństwie. Ewidentne skojarzenia budzą najwyżej pojedyncze momenty. W każdym nagraniu mieszają się różne wpływy. Dominuje bardzo intensywne, gęste granie (w końcu nazwa zobowiązuje - kto nie wie, o co chodzi, niech skorzysta z wyszukiwarki), czasem z niemalże hardcore'owa agresją, ale bardziej wyrafinowane, swobodne, odchodzące od prostych schematów. Młodzieńcza energia wręcz rozpiera takie utwory, jak "953", "Near DT,MI" czy "Of Schlagenheim". Nierzadko jednak muzycy wplatają różne smaczki, jak np. elektroniczne wstawki w "bmbmbm" i "Years Ago", albo balladowe zwolnienie w "Of Schlagenheim". Czasem zespół proponuje też bardziej subtelne utwory, w rodzaju transowego "Speedway", w którym inspiracja twórczością Can jest najbardziej oczywista, albo niemalże klasycznie rockowego "Western", ze świetnie pulsującym basem, organowym tłem oraz partiami gitary i bandżo dodającymi klimatu muzyki country. Na osobne wyróżnienie zasługuje perkusista Morgan Simpson, który na całym albumie przyciąga uwagę, zarówno we fragmentach z połamaną rytmiką i częstymi przejściami, jak i wtedy gdy gra bardziej transowo, z precyzją metronomu. Umiejętnościami zdaje się nieznacznie przewyższać pozostałych członków, ale na szczęście cały zespół jest doskonale zgrany, co w takiej bardziej złożonej muzyce ma ogromne znaczenie.

Debiutancki album black midi właściwie nie wnosi nic do muzyki, ale zespół w przekonujący sposób czerpie z tego, co najlepsze w muzyce post-punkowej i jej okolicach, umiejętnie łącząc czad z wyrafinowaniem. Jeśli zespół będzie dalej się rozwijał - jak zapowiadają muzycy - to może zajść naprawdę daleko. Na razie wydał bardzo obiecujący debiut, będący najlepszym, jak dotąd, rockowym wydawnictwem 2019 roku. 

Ocena: 7/10



black midi - "Schlagenheim" (2019)

1. 953; 2. Speedway; 3. Reggae; 4. Near DT,MI; 5. Western; 6. Of Schlagenheim; 7. bmbmbm; 8. Years Ago; 9. Ducter

Skład: Geordie Greep - gitara, wokal; Matt Kwasniewski-Kelvin - gitara, wokal; Cameron Picton - bass, wokal; Morgan Simpson - perkusja
Producent: Dan Carey


6 lipca 2019

[Recenzja] Henry Cow - "Stockholm & Göteborg" (2008)



Po rozpadzie Henry Cow w 1978 roku, członkowie grupy całkowicie poświęcili się innym muzycznym projektom. Rok później ukazał się jeszcze ostatni album, "Western Culture", a potem nastąpiła bardzo długa cisza wydawnicza. Dopiero wiele lat później zespół zdecydował się otworzyć swoje archiwum. Równo trzy dekady po ostatnim albumie ukazał się 10-płytowy boks "The 40th Anniversary Henry Cow Box Set", zawierający niepublikowany wcześniej materiał studyjny i koncertowy. Jeden z wchodzących w jego skład dysków, "Stockholm & Göteborg", rok wcześniej został opublikowany jako osobne wydawnictwo. Jego podstawę stanowią fragmenty dwóch szwedzkich występów zespołu: z 28 maja 1976 roku w Göteborgu i 9 maja 1977 roku w Stockholmie. Oba zostały zarejestrowane na potrzeby wyemitowania w audycji Sveriges Radio. Utwór "Ottawa Song" pochodzi natomiast z koncertu w Hamburgu, z 26 marca 1976 roku, również zarejestrowanego na potrzeby radiowej emisji (w NDR Jazz Workshop). Na oryginalnym wydaniu albumu utwór został jednak opisany jako fragment göteborgskiego występu - dopiero w boksie zostało to sprostowane.

"Ottawa Song" prezentuje zespół jeszcze w składzie z Johnem Greavesem, który wystąpił tu nie tylko w roli basisty, ale także wsparł Dagmar Krause wokalnie. Ten niealbumowy utwór (choć znany już w innej wersji z wydanego w latach 70. "Concerts") pokazuje nieco bardziej przystępne oblicze Henry Cow, choć nawet w tej quasi-piosence klimat jest dość niepokojący. Trzyczęściowa improwizacja z Göteborga to już całkowite odejście od konwencjonalnych struktur. To najbardziej intrygujący fragment występu, pełen atonalnych dźwięków spod znaku free improvisation, ale też naprawdę pięknych momentów, jak uduchowiona partia pianina w "Göteborg (Part 2)". Bardziej energetyczna część trzecia kojarzy się natomiast z bardziej odjechanymi improwizacjami King Crimson z czasów Jamiego Muira. Występ odbył się w okresie między odejściem Greavesa, a jeszcze przed dołączeniem w jego miejsce Georgie Born, więc zespół wystąpił tu bez basisty. Born dołączyła przed sztokholmskim występem, z którego pochodzą wszystkie pozostałe nagrania. I tutaj nie brakuje srogich improwizacji, czego przykładem radykalny free jazz w "Stockholm 1" i kameralna awangarda w "Stockholm 2". Warto też zwrócić uwagę na rozbudowaną, pięcioczęściową kompozycję Tima Hodgkinsona, "Erk Gah", niewydaną na żadnym studyjnym albumie Henry Cow, choć na każdym należałaby do najciekawszych momentów. Największym zaskoczeniem są jednak dwa wyjątkowo melodyjne i pogodne utwory: "No More Songs" z repertuaru folkowego pieśniarza Phila Ochsa, a także skomponowany przez Freda Fritha "March".

Całość została bardzo sprawnie zmiksowana, dzięki czemu brzmi jak zapis jednego występu. Zwraca uwagę także naprawdę dobre brzmienie, co przecież nie jest standardem w przypadku archiwalnych wydawnictw. "Stockholm & Göteborg" prezentuje zespół w bardzo dobrej formie, co słychać zwłaszcza w kreatywnych improwizacjach. Skomponowany materiał jest natomiast przyjemnym urozmaiceniem.

Ocena: 8/10



Henry Cow - "Stockholm & Göteborg" (2008)

1. Stockholm 1; 2-6. Erk Gah (Parts 1-5); 7. A Bridge to Ruins; 8. Ottawa Song; 9-11. Göteborg (Parts 1-3); 12. No More Songs; 13. Stockholm 2; 14. March

Skład: Dagmar Krause - wokal; Tim Hodgkinson - organy, saksofon altowy, klarnet; Lindsay Cooper - fagot, flet, pianino; Fred Frith - gitara, ksylofon, pianino; Chris Cutler - perkusja; Georgie Born - bass i wiolonczela (1-7,12-14); John Greaves - bass i wokal (8)
Producent: Henry Cow


4 lipca 2019

[Recenzja] The Cecil Taylor Quartet - "Looking Ahead!" (1959)



Pianista Cecil Taylor jest powszechnie uznawany, zupełnie zasłużenie, za jednego z twórców free jazzu. Podczas gdy Ornette Coleman czy Albert Ayler w swoich składach rezygnowali z pianina - twierdząc, że ogranicza ich improwizacyjną swobodę - Taylor pokazał, jak można wykorzystać ten instrument w wyzwolonym jazzie. Jego inspiracje obejmowały zarówno jazzowych pianistów, jak Duke Ellington, Dave Brubeck czy Leonard Tristono, jak i XX-wieczną muzykę poważną (zetknął się z nią podczas studiów w bostońskim New England Conservatory od Music), przede wszystkim Igora Strawińskiego i Bélę Bartóka, ale także Arnolda Schönberga, Albana Berga, Antona Weberna. Choć Taylor uczył się grac na pianinie od piątego roku życia, zadebiutował dopiero tuż przed trzydziestką, pod koniec lat 50. ubiegłego wieku.

"Looking Ahead!" to jego drugi autorski album. Nagrany został 9 czerwca 1958 roku w nowojorskim Nola's Penthouse Studios. Podczas sesji pianiście towarzyszyli praktycznie anonimowi muzycy: wibrafonista Earl Griffith, basista Buell Neidlinger i perkusista Denis Charles. Na płycie znalazło się sześć autorskich kompozycji lidera (jedynie "African Violets" napisał wspólnie z Griffithem). To jeszcze nie free jazz, lecz granie właściwie bliskie bopowych tradycji. Jednak zachwycające bardzo dobrze pomyślanymi, zupełnie oryginalnymi partiami Taylora. Nieustannie przyciągają uwagę, zarówno wtedy, gdy muzyk gra solowe partie, jak i wchodzi w ciekawe interakcje z wibrafonem. Basista i perkusista raczej trzymają się z tyłu, zapewniając solidny akompaniament dla dwóch solistów. Z tej roli wywiązują się jednak znakomicie. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to raczej do tego, że poszczególne utwory są właściwie podobne do siebie. Aż prosiłoby się o pominięcie choćby dwóch, a zamiast nich rozwinąć pozostałe, by jeszcze lepiej wykorzystać ich potencjał.

"Looking Ahead!" to jednak bardzo udany album, na którym Cecil Taylor może i nie błyszczy jako kompozytor, ale jako pianista zachwyca ogromną inwencją i już wtedy bardzo oryginalnym stylem. A swoją wielkość potwierdził kolejnymi wydawnictwami.

Ocena: 8/10



The Cecil Taylor Quartet - "Looking Ahead!" (1959)

1. Luyah! The Glorious Step; 2. African Violets; 3. Of What; 4. Wallering; 5. Toll; 6. Excursion on a Wobbly Rail

Skład: Cecil Taylor - pianino; Earl Griffith - wibrafon; Buell Neidlinger - kontrabas; Denis Charles - perkusja
Producent: -


2 lipca 2019

[Recenzja] Steve Hillage - "Fish Rising" (1975)



Gitarzysta Steve Hillage to jeden z kluczowych muzyków sceny Canterbury. Występował w zespołach Uriel (Arzachel), Khan i przede wszystkim Gong, współpracował też z Kevinem Ayersem po jego odejściu z Soft Machine. Hillage jako solista zadebiutował w połowie lat 70. albumem "Fish Rising". Sesja nagraniowa odbyła się we wrześniu 1974 roku w brytyjskim Manor Studio - tuż po tym, gdy w tym samym miejscu zakończyły się prace nad albumem "You" Gong. Gitarzysta skorzystał zresztą z pomocy znacznej cześci zespołu: Tima Blake'a, Didiera Malherbe'a, Mike'a Howletta, Pierre'a Moerlena i Miquette Giraudy (która tutaj wystąpiła nie tylko w roli dodatkowej wokalistki, ale także klawiszowca). Ponadto, w sesji wziął udział Dave Stewart, również były członek Uriel / Arzachel i Khan, a także Lindsay Cooper z Henry Cow.

Na repertuar złożyły się wyłącznie kompozycje lidera (w napisaniu tekstów wspomogła go Giraudy). Część materiału powstała już długo wcześniej, z myślą o drugim, nigdy nie nagranym albumie Khan. Ale słychać tu też doświadczenia zdobyte w Gong. Mniejszą rolę odgrywają tu jednak elementy humorystyczne, choć nie całkiem z nich zrezygnowano (bez Daevida Allena i Gilli Smyth dawka szaleństwa jest jednak wyraźnie słabsza). Album zawiera pięć utworów, z których większość to rozbudowane formy składające się z kilku części. Wyjątek stanowi półtoraminutowa elektroniczno-jazzrockowa miniatura "Fish" (bardzo w klimacie Gong, włącznie z żartobliwym charakterem), a także trzyminutowy "Meditation of the Snake" - gitarowa solówka z elektronicznym akompaniamentem, klimatem zbliżona do "A Sprinkling of Clouds" z "You". Pozostałe utwory są już znacznie dłuższe i bardziej złożone: "The Salmon Song" przekracza osiem minut, a "Solar Musick Suite" i "Aftaglid" (ten ostatni znów zdaje się wyraźnie nawiązywać do "A Sprinkling,..") trwają po około kwadrans. Jazzujące partie saksofonu Malherbe'a i kosmiczne dźwięki syntezatora Blake'a natychmiast przywołują skojarzenia z Gong. Z kolei klawiszowe partie Stewarta, utrzymane są w klimacie kanterberyjskiego jazzrocka, jednoznacznie kojarząc się, co oczywiście, z Khan, Hatfield and the North i National Health, ale momentami też z Soft Machine. Dominującą rolę przejmują jednak zwykle gitarowe popisy Steve'a Hillage'a, w końcu to on jest tu głównym bohaterem. Niestety, udziela się także wokalnie, co nie wypada najlepiej. Do warstwy instrumentalnej nie mogę się natomiast przyczepić i szkoda, że nie zdecydowano wydać albumu instrumentalnego.

"Fish Rising" to jednak bardzo udany debiut, stanowiący interesującą, bardzo dojrzałą kontynuację zarówno trylogii Gongu, jak i jedynego wydawnictwa Khan. Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej udanych kanterberyjskich albumów. Steve Hillage zebrał świetna ekipę, której trzon był ze sobą bardzo dobrze zgrany, co słychać szczególnie w tych dłuższych utworach. Bo same kompozycje nie są wybitne, jednak nadrabiają swobodnym wykonaniem, z bardzo dobrą interakcją, i super klimatem.

Ocena: 8/10



Steve Hillage - "Fish Rising" (1975)

1. Solar Musick Suite [Sun Song (I Love its Holy Mystery) / Canterbury Sunrise / Hiram Afterglid Meets the Dervish / Sun Song (reprise)]; 2. Fish; 3. Meditation of the Snake; 4. The Salmon Song [Salmon Pool / Solomon's Atlantis Salmon / Swimming with the Salmon / King of the Fishes]; 5. Aftaglid [Sun Moon Surfing / The Great Wave and the Boat of Hermes / The Silver Ladder / Astral Meadows / The Lafta Yoga Song / Glidding / The Golden Vibe / Outglid]

Skład: Steve Hillage - wokal i gitara; Miquette Giraudy - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Tim Blake - instr. klawiszowe, tambura; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Didier Malherbe - saksofon, flet; Lindsay Cooper - fagot; Mike Howlett - bass; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Steve Hillage i Simon Heyworth