31 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Led Zeppelin

Led Zeppelin - zespół legenda, którego nie mogło zabraknąć w cyklu Najważniejsze utwory... Wybór dwudziestu kompozycji z ich repertuaru nie sprawił mi większych trudności, aczkolwiek nie obyło się bez pewnych wątpliwości. W części cyklu poświęconej Deep Purple przyjąłem zasadę nie umieszczania na listach utworów pochodzących z repertuaru innych wykonawców. Tymczasem kilka z najważniejszych kawałków Led Zeppelin to covery ("Babe, I'm Gonna Leave You") lub wręcz plagiaty ("Dazed and Confused", "Whole Lotta Love"). Nieporozumieniem byłoby jednak pominięcie tak istotnych - dla całej muzyki rockowej - kompozycji, dlatego ostatecznie trafiły na poniższą listę. Oczywiście nie zabrakło na niej też takich dzieł, jak - już w pełni autorskie - "Since I've Been Loving You" czy "Stairway to Heaven".

Led Zeppelin: John Bonham, Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones.

1. "Good Times, Bad Times" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Utwór otwierający debiutancki album Led Zeppelin, a zarazem pierwszy singiel w dyskografii. To dość zwięzły kawałek w dorobku Led Zeppelin - mówił wokalista Robert Plant. Coś prostszego raczej niż cała rozbudowana kompozycja. W zakończeniu jest interesujący moment, kiedy gitara milknie, śpiewam przez chwilę scatem i znowu wchodzi gitara. Opis utworu uzupełnić może wypowiedź gitarzysty Jimmy'ego Page'a: Najbardziej olśniewa w tym kawałku niesamowita gra Bonzo. To nadludzkie, gdy uświadomimy sobie, że nie używa podwójnego zestawu. Ma tylko jeden bęben taktowy! Bonzo to oczywiście ksywka perkusisty zespołu, Johna Bonhama. Jego styl gry był na tyle unikalny, że po jego tragicznej śmierci w 1980 roku (udusił się własnymi wymiotami, po spożyciu zbyt wielkiej ilości alkoholu) pozostali muzycy woleli rozwiązać zespół, niż zatrudnić nowego bębniarza.
"Good Times, Bad Times" nie radził sobie najlepiej w notowaniach singli: na liście Billboardu osiągnął zaledwie 80. pozycję. Wyżej notowany był w Kanadzie (64.) i Holandii (17.). Jeżeli zaś chodzi o Wielką Brytanię - muzycy Led Zeppelin postanowili nie wydawać żadnych singli w swojej ojczyźnie.
Z niewiadomych powodów, kawałek rzadko był wykonywany na żywo w całości (często można było jednak usłyszeć jego fragmenty w "Communication Breakdown" lub "Whole Lotta Love").


2. "Babe, I'm Gonna Leave You" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Folkowa pieśń napisana pod koniec lat 50., przez niejaką Anne Bredon (wówczas występującą jako Anne Johannsen). W 1962 roku utwór był wykonywany na żywo przez inną folkową piosenkarkę, Joan Baez (znaną z autorskiego hitu "Diamonds & Rust", przerobionego później przez Judas Priest). Jedno z wykonań "Babe, I'm Gonna Leave You" trafiło na jej koncertowy album "Joan Baez in Concert, Part 1", wydany we wrześniu 1962 roku. Właśnie z tej płyty usłyszał go Jimmy Page. Gitarzysta opracował własną wersję, z początku zachowującą folkowy klimat oryginału, ale z czasem nabierającą hard rockowego ciężaru. Jest w tym coś bardzo dramatycznego - dumnie podkreślał.
Wszystko byłoby by w porządku, gdyby nie fakt, że na pierwszych wydaniach "Joan Baez in Concert, Part 1" utwór był podpisany jako tradycyjny. Page myślał, że autor "Babe, I'm Gonna Leave You" jest nieznany, więc wersja Led Zeppelin została podpisana: Traditional, arr. by Jimmy Page. Zapis ten funkcjonował do 1990 roku - wówczas Bredon pozwała zespół do sądu i wywalczyła sobie prawa do tantiem. Na późniejszych wydaniach debiutu "Led Zeppelin" przy tytule utworu widnieją nazwiska Bredon, Page'a i Planta. Co ciekawe, Bredon o wersji Led Zeppelin dowiedziała się dopiero pod koniec lat 80., kiedy jej syn zapytał ją dlaczego wykonywała kawałek tej grupy.
"Babe, I'm Gonna Leave You" - w wersji Led Zeppelin - został wydany na singlu w Stanach (z "Dazed and Confused" na stronie B) i Grecji (z "How Many More Times"), nie był jednak notowany na listach przebojów.


3. "Dazed and Confused" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Pierwotna wersja utworu została skomponowana w 1967 roku, przez amerykańskiego pieśniarza folkowego, Jake'a Holmesa. 25 sierpnia 1967 roku Holmes otwierał koncert brytyjskiej grupy blues rockowej The Yardbirds w nowojorskim Village Theater. Muzykom zespołu, a zwłaszcza gitarzyście Jimmy'emu Page'owi, tak bardzo spodobał się wykonany przez Holmesa "Dazed and Confused", że postanowili opracować własną wersję. Nigdy nie zarejestrowali jej w studiu, ale grali podczas swoich koncertów. Wersję z występu z 30 marca 1968 roku można znaleźć na koncertowym albumie "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971). Na oryginalnym wydaniu utwór nosi tytuł "I'm Confused" i nigdzie nie można znaleźć informacji o jego autorze. Dopiero na reedycji z 2000 roku pojawia się tytuł "Dazed and Confused", przy którym widnieje dopisek informujący, że autorami kompozycji są Holmes i członkowie The Yardbirds.
Po rozpadzie zespołu, Page zaadoptował utwór to repertuaru swojej nowej grupy, Led Zeppelin. Opracował zupełnie nową aranżację, dopisał własny tekst - z oryginału pozostał tylko tytuł, główny riff i linia wokalna. Mimo wszystko, dziwić może, że na debiutanckim albumie Led Zepps utwór jest podpisany wyłącznie nazwiskiem gitarzysty. Nie trudno zgadnąć, że nie spodobało się to Holmesowi: Nie chcę żeby Page podpisał mnie samego pod tą piosenką - mówił. Wziął ją i nadał jej kierunek, którego ja nigdy bym nie obrał i skończyło się to dużym sukcesem. Więc dlaczego miałbym narzekać? Ale niech przynajmniej umieści mnie jako współautora. Proces sądowy wytoczył jednak dopiero w lipcu 2010 roku.
Wersja Led Zeppelin zaskakiwała niespotykanym wcześniej w muzyce ciężarem - to zasługa nowatorskich metod nagrywania, zaproponowanych przez Page'a. Kiedy grałem jako muzyk sesyjny - opowiadał gitarzysta - perkusistów wsadzano do tych małych pomieszczeń z niskim sufitem - cała siła ulatywała. Ja wiedziałem, że perkusja musi być nagrywana w odpowiednich warunkach akustycznych. Odkryłem, ze jeśli odsunie się mikrofon od membrany, dźwięk będzie miał przestrzeń do "oddychania", stąd ciężkie brzmienie. Page kombinował także z gitarami, próbując różnych efektów i wzmacniaczy. W instrumentalnym fragmencie "Dazed and Confused" używa nawet smyczka do gry na gitarze. To nie sztuczka, jak niektórzy myślą - mówił. Chodzi o wydobywanie wspaniałych dźwięków. Można użyć pełnoprawnych technik smyczkowych do uzyskania nowego spektrum i głębi. Jedynym minusem jest płaski gryf gitary, w przeciwieństwie do półokrągłego skrzypiec, to trochę ogranicza.
Utwór był kluczowym punktem koncertów zespołu w latach 1968-75, a improwizacje Page'a wydłużały go nawet do blisko pół godziny.


4. "Communication Breakdown" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Szybki, dość prosty kawałek, uznawany za jeden z pierwszych utworów heavy metalowych - tylko brzmienie nie było jeszcze odpowiednio ciężkie; dopiero przy nagrywaniu kolejnego albumu Jimmy Page będzie dysponował właściwym sprzętem. Mimo wszystko, utwór był dobrą zapowiedzią tego, co grupa miała zaprezentować w przyszłości. Zresztą zauważył to sam gitarzysta: Czułem, że "Communication Breakdown" i "Dazed and Confused" były najbardziej reprezentatywne, jeśli chodzi o ten zespół.
"Communication Breakdown" to jedyny utwór zespołu wykonywany na każdej trasie koncertowej (zazwyczaj jako otwieracz lub zamykacz występów); nie był jednak grany podczas wspomnianego wyżej koncertu z 2007 roku.
W 1990 roku własną wersję kawałka nagrała grupa Iron Maiden (trafiła na stronę B singla "Bring Your Daughter... to the Slaughter").


5. "Whole Lotta Love" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór opiera się na jednym z najbardziej rozpoznawalnych riffów wszech czasów, podprowadzonym jednak z utworu  "You Need Love" Williego Dixona. To był po prostu riff, który w tym czasie przyszedł mi do głowy - tłumaczył Page. Na początku był riff, do którego stopniowo dorobiliśmy resztę. Jeżeli chodzi o tą resztę, to w tekście "Whole Lotta Love" również można znaleźć podobieństwa do tego samego kawałka Dixona, z kolei linia wokalna przypomina wersję The Small Faces, noszącą tytuł "You Need Loving". Dixon pozwał zespół i od 1985 roku jest uznawany za współautora "Whole Lotta Love".
Nie jest to jednak zwykły plagiat. Page'owi udało się stworzyć naprawdę ciężkie brzmienie, nieporównywalnie mocniejsze, niż na debiucie. Dodatkowo, w połowie kawałka pojawia się nagłe przełamanie, pełne dźwiękowych eksperymentów - gitarzysta sięgnął tutaj nawet po instrument z grupy elektrofonów elektronicznych, zwany thereminem.
Utwór został wydany na singlu w większości krajów i okazał się pierwszym sukcesem grupy, docierając do 1. miejsca notowań Australijskiego i Niemieckiego, 2. w Belgii i Kanadzie, 3. w Austrii, oraz 4. w Stanach, Hiszpanii, Szwajcarii i Nowej Zelandii. W każdym kraju płyta zawierała inną stronę B, zawsze był to jednak jakiś utwór z pierwszego lub drugiego albumu zespołu. Singiel miał ukazać się także w Wielkiej Brytanii, ale tłoczenie zostało zatrzymane przez menadżera grupy, Petera Granta. Jednak 28 lat później, w 1997 roku, w końcu została wydana tam mała płyta z tym utworem (aczkolwiek w wersji z koncertówki "BBC Sessions") - był to pierwszy i jedyny brytyjski singiel zespołu (osiągnął 21. miejsce w notowaniu).
"Whole Lotta Love" po raz pierwszy został zagrany na żywo 26 kwietnia 1969, podczas występu w San Francisco - od tamtej pory był grany na większości koncertów zespołu. Podobnie jak wiele innych kawałków Led Zeppelin, na żywo często rozrastał się do kilkunastu minut - wydłużał się o improwizacje muzyków, lub fragmenty innych utworów, czasem z własnego repertuaru, a czasem standardów bluesowych i rock and rollowych.


6. "Thank You" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór pokazujący łagodniejszą stronę Led Zeppelin, oparty głównie na gitarach akustycznych, oraz organach Hammonda, na których zagrał basista zespołu, John Paul Jones. Tekst kawałka został - po raz pierwszy w historii zespołu - w całości napisany przez Planta i jest miłosnym wyznaniem skierowanym do jego ówczesnej żony, Maureen.
Utwór był grany na żywo na większości tras koncertowych w latach 1970-73. Przeważnie poprzedzało go organowe lub melotronowe solo Jonesa.


7. "Heartbreaker" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór opiera się na kolejnym świetnym riffie Page'a, najbardziej wyróżnia się jednak za sprawą solówki, granej bez żadnego podkładu rytmicznego. Miałem taki kaprys - wyjaśniał gitarzysta. Zawsze próbowałem stworzyć coś innego, coś czego nikt inny nie wymyślił. Interesujący jest fakt, że solówka została zarejestrowana po ukończeniu "Heartbreaker", to efekt późniejszego namysłu. Cały ten fragment został nagrany w innym studiu i wstawiony do środka. Jeśli się wsłuchasz, brzmienie gitary jest inne.
"Heartbreaker" to jeden z najczęściej wykonywanych na żywo utworów przez Led Zeppelin - jedyny, obok "Communication Breakdown", który był wykonywany każdego roku, kiedy grupa koncertowała.
Kawałek został wydany na singlu we Włoszech, RPA i na Filipinach. W pozostałych krajach radiowcy odtwarzali go z albumu - przeważnie razem z następującym po nim "Living Loving Maid (She's Just a Woman)", ponieważ ze względu na brak przerwy pomiędzy nimi i podobną tematykę tekstów, nie wiedzieli gdzie kończy się pierwszy z nich, a zaczyna drugi.


8. "Living Loving Maid (She's Just a Woman)" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Najmniej lubiany przez Jimmy'ego Page'a utwór z repertuaru Led Zeppelin, nigdy nie wykonany przez grupę na żywo w całości - jedynie podczas koncertu w Düsseldorfie, 12 marca 1970 roku, zespół wykonał jego fragment na zakończenie "Heartbreaker". Kawałek był za to wykonywany przez Roberta Planta na jego solowej trasie z 1990 roku, promującej album "Manic Nirvana".
Na pierwszym brytyjskim wydaniu "Led Zeppelin II" utwór nosił tytuł "Livin' Lovin' Wreck (She's a Woman)". Amerykański wydawca zamienił słowo "Wreck" (wrak) na bardziej neutralne "Maid" (panna). Ten drugi tytuł przyjął się bardziej i figurował na wszystkich późniejszych wydaniach longplaya.
"Living Loving Maid" został wydany na singlu w kilku krajach: w Japonii i Turcji (w obu z "Bring It On Home" na stronie B), w Argentynie (z "Whole Lotta Love") oraz w Peru (z "Ramble On"). Został także umieszczony na stronie B amerykańskiego singla "Whole Lotta Love". Paradoksalnie, właśnie w Stanach osiągnął największy sukces, lądując na 65. miejscu listy Billboardu.


9. "Immigrant Song" (z albumu "Led Zeppelin III", 1970)

Utwór został zainspirowany pierwszą wizytą zespołu w Islandii, w czerwcu 1970 roku. Przybyliśmy do krainy lodu i śniegu - mówił Plant. Byliśmy gośćmi rządu Islandii na misji kulturowej. Mieliśmy zagrać koncert w Reykjaviku, ale dzień przed naszym przyjazdem rozpoczął się strajk urzędników państwowych i występ miał być odwołany. Jednak uniwersytet przygotował dla nas halę koncertową, to było fenomenalne. Odpowiedź od dzieciaków była niezwykła, a my bawiliśmy się świetnie. "Immigrant Song" opowiada właśnie o tej podróży. Tekst dotyczy także wikingów, opuszczających Skandynawię w poszukiwaniu nowych terenów.
Muszę powiedzieć, ze wkład Roberta w tę piosenkę był absolutnie wspaniały - mówił Page o nagrywaniu utworu. Jego przypominająca "Bali Ha'i" linia wokalna była natchniona i całkowicie spontaniczna. Pamiętam, jak podczas pracy nad "Immigrant Song" układały się wszystkie elementy: ja i John Bonham graliśmy riff, z użyciem akordów A i E, jak w "Rumble", a Robert śpiewał wspaniałe melodie. "Bali Ha'i" to piosenka z musicalu "South Pacific", natomiast "Rumble" - uwielbiany przez Page'a utwór rock and rollowego muzyka Linka Wraya.
"Immigrant Song" został wydany na singlu i okazał się kolejnym sukcesem zespołu (m.in. 2. miejsce w Kanadzie, 6. w Niemczech i 16. na liście Billboardu). Większość wydań singla na stronie B zawierała kawałek "Hey Hey What Can I Do" - jedyny niealbumowy utwór Led Zeppelin, jaki kiedykolwiek trafił na małą płytę.
"Immigrant Song" otwierał koncerty zespołu w latach 1970-72, w 1973 roku został przeniesiony do bisów, a następnie usunięty z setlisty. W ostatnich latach utwór często pojawia się w filmach - można go usłyszeć w "Szkole rocka" (2003) i  "Shreku Trzecim" (2007).


10. "Since I've Been Loving You" (z albumu "Led Zeppelin III", 1970)

Ciężka bluesowa ballada, będąca kulminacyjnym punktem trzeciego albumu zespołu. Wrażenie robi niezwykle emocjonalny śpiew Roberta Planta, jak również niesamowita solówka Jimmy'ego Page'a, o której gitarzysta powiedział kiedyś, że była najtrudniejszą w całej jego karierze. Później tłumaczył: "Since I've Been Loving You" to utwór niezwykle dramatyczny. Ale każde moje solo to wielki wysiłek. Nagrywałem solówki na samym końcu, gdy reszta była już na taśmie. Nagrywałem je nawet po Robercie, chciałem bowiem wiedzieć, jaki klimat ma jego partia wokalna. I mam nadzieję, że moje sola wzbogaciły utwory. Że ludzie nie odbierają ich jako dodatkowej porcji hałasu. "Since I've Been Loving You" nie jest co prawda dwunastotaktowym bluesem, ale ma w sobie wiele z bluesa. A w okresie, w którym powstał, wielu gitarzystów skłaniało się ku bluesowi. I niełatwo było zagrać solo, które przewyższałoby sola zagrane przez innych. A jak sądzę, o to w tym wszystkim chodzi. W innym wywiadzie wyraził jednak wątpliwości, czy mu się to udało: Mogło być lepsze. Ale nigdy nie można być w pełni zadowolonym z tego, co się robi.
"Since I've Been Loving You" był regularnie wykonywany na żywo w latach 1970-73, a także sporadycznie podczas kolejnych tras. Podczas występów w 1977 roku Page wydłużał solówkę o fragment innego utworu zespołu, utrzymanego w podobnym klimacie "Tea For One". O tym drugim utworze gitarzysta mówił: To jedyny raz, gdy byliśmy blisko powtórzenia nastroju jednego z naszych utworów, "Since I've Been Loving You". Podobna jest struktura utworów - minorowy blues. Chcieliśmy stworzyć swobodny blues bez zbytniej napinki.
W 1994 roku utwór został ponownie nagrany przez Page'a i Planta na ich wspólny album "No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant Unledded", zawierający nowe, przearanżowane wersje wybranych kawałków Led Zeppelin, oraz kilka premierowych kompozycji duetu.


11. "Black Dog" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Pomysłodawcą riffu był John Paul Jones. Pierwotnie miał być grany w metrum 3/16, ale został uproszczony, żeby nadawał się do wykonywania na żywo. Basista tłumaczył, że chciał spróbować elektrycznego bluesa z partią bujającego basu. Ale nie mógł być zbyt prosty - dodawał. Tytuł utworu odnosi się do czarnego labradora, błąkającego się po studiu, kiedy zespół nagrywał swój czwarty album. Tekst nie ma jednak z nim nic wspólnego - dotyczy seksualnego pożądania. Nie wszystkie moje teksty powinny być poddawane szczegółowej analizie - mówił Plant. Rzeczy takie jak "Black Dog" są po prostu bezczelnie oczywiste - coś w stylu "zróbmy to w łazience", ale sedno sprawy jest takie samo.
Utwór został wydany na singlu (m.in. 15. miejsce w notowaniu Billboardu), był także regularnie wykonywany na żywo od marca 1971 roku, aż do ostatniej trasy zespołu, z 1980 roku.


12. "Rock and Roll" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Utwór powstał przypadkiem, gdy muzykom nie szło nagrywanie innego kawałka. Zaczęło się od rytmu zagranego przez Bonhama, po chwili dołączył do niego Page, grający klasycznie rock and rollowy motyw, w stylu Little Richarda. Gitarzysta wspominał: Powiedziałem: "Chwila, to jest świetne! Zapomnijmy o 'Four  Sticks', popracujmy nad tym". Stworzyliśmy to z miejsca. W trzech czy czterech podejściach. Tekst napisany przez Planta nawiązuje do przebojów z lat 50. i 60., m.in. "The Stroll" Chucka Willsa i "The Book of Love" grupy The Monotones.
Gościnnie w utworze wystąpił pianista Ian Stewart, znany ze współpracy z grupą The Rolling Stones (do 1963 roku był jej oficjalnym członkiem, później wspierał ich jako road manager i klawiszowiec, aż do swojej śmierci w 1985 roku). Stewart wystąpił w jeszcze jednym utworze Led Zeppelin, "Boogie with Stu", zarejestrowanym podczas tej samej sesji co "Rock and Roll", ale wydanym dopiero na albumie "Physical Graffiti" z 1975 roku.
"Rock and Roll" został wydany na singlu w lutym 1972 roku, w Stanach, Kanadzie, Meksyku, Brazylii, Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Niemczech, Austrii, Holandii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, a nawet w Polsce (we wszystkich tych krajach wraz z "Four Sticks" na stronie B), a także w RPA (z "Going to California" na drugiej stronie). W Stanach ukazał się także w formie EPki (strona A zawierała utwory "Rock and Roll" i "Black Dog", na stronę B trafił "Stairway to Heaven"). Na liście Billboardu kawałek dotarł zaledwie do 47. miejsca, najwyżej notowany był  natomiast w Niemczech (13. pozycja) i Hiszpanii (14.).
Od 1971 roku utwór był regularnie grany przez zespół na żywo.


13. "Stairway to Heaven" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Najsłynniejszy utwór zespołu, pomimo tego, że nie został wydany na singlu (nie licząc promocyjnych płyt radiowych, wydanych w Stanach, RPA, Brazylii i na Filipinach). To nigdy, przenigdy, nie będzie wydane na singlu - mówił po latach Page. Chcemy, żeby ludzie słuchali tego w kontekście płyty. Twierdziłem też, że brak singla pomoże w sprzedaży albumu. Poza tym najmniej na świecie interesowały mnie kombinacje z tym utworem. W jednej chwili pojawiłby się singiel, a w następnej wersja skrócona. Nie mogłem na to pozwolić.
O powstaniu kompozycji gitarzysta opowiadał następująco: Bawiłem się gitarą akustyczną, miałem różne fragmenty, które ze sobą połączyłem. Chciałem, żeby powstało coś z wejściem bębnów w środku, co narasta do wielkiego crescendo. Chciałem też, żeby utwór przyśpieszał. W innym wywiadzie Page tłumaczył: Świadomie złamałem pewną zasadę obowiązującą w muzyce. Mówi ona, że się nie przyśpiesza, ani nie zwalnia. Ale dzięki temu powstało coś nowatorskiego. Przedtem nie było niczego takiego. I uważam to za powód do dumy.
Mniej zadowolony ze swojego wkładu w napisanie tej kompozycji jest Robert Plant: Mam problem z niektórymi tekstami sprzed lat. Pod względem muzycznym, formalnym, "Stairway to Heaven" to utwór niemający sobie równych. Ale moje odczucia wobec tekstów, które kiedyś napisałem, z czasem się zmieniają. I chyba nadal próbuję rozgryźć, o co mi chodziło, kiedy pisałem "Stairway to Heaven". Poraźcie mi zresztą sukinsyna, któremu to się udało.
W introdukcji utworu niektórzy dopatrują się podobieństwa do instrumentalnej kompozycji "Taurus", nagranej w 1968 roku przez amerykański zespół Spirit. Ludzie zawsze pytają mnie, dlaczego "Stairway to Heaven" brzmi dokładnie jak dwa lata starszy "Taurus" - mówił Randy California, gitarzysta Spirit. Wiem, że Led Zeppelin na koncertach wykonywali także "Fresh-Garbage". Otwierali nasze koncerty, podczas swojej pierwszej wizyty w Stanach.
Podobnie jak utwory "Black Dog" i "Rock and Roll", "Stairway to Heaven" do koncertowej setlisty wszedł w marcu 1971 roku i utrzymał się w niej aż do rozwiązania grupy.


14. "The Rain Song" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Utwór ten nie powstałby, gdyby nie pewna rozmowa perkusisty Led Zeppelin, Johna Bonhama, z eks-Beatlesem, Georgem Harrisonem. Kulisy rozmowy przytoczył Page: Któregoś wieczora George rozmawiał z Bonzo i powiedział: "Waszym problemem chłopaki jest to, że nigdy nie gracie ballad". Pomyślałem: "Dam mu balladę" i napisałem "Rain Song". Można nawet dostrzec, że w pierwszych dwóch akordach piosenki cytuję "Something". ("Something" to największy przebój Beatlesów autorstwa Harrisona, a zarazem jedyny skomponowany przez niego utwór, wydany na stronie A bitlesowskiego singla.)
Żadne źródło nie podaje kiedy Harrison wypowiedział cytowane powyżej słowa - musiało to być jednak przed nagraniem przez zespół "Stairway to Heaven".
Na żywo utwór został po raz pierwszy wykonany na japońskiej trasie z października 1972 roku. W setliście pozostał do rozwiązania zespołu, chociaż nie był grany podczas amerykańskiej trasy w 1977 roku.


15. "D'yer Mak'er" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych utworów Led Zeppelin, utrzymany w klimacie... reggae. Większość słuchaczy uznała go za żart, krytycy muzyczni nie zostawili na nim suchej nitki. Swoją niechęć do niego wyrażał nawet John Paul Jones, twierdzący, że umieszczenie tego utworu na płycie było nieprzemyślane. Negatywne opinie dziwiły jednak Page'a: Nie spodziewałem się, że ludzie tego nie załapią. Myślałem, że to dość oczywiste. Piosenka sama w sobie jest łącznikiem pomiędzy reggae, a kawałkiem z lat 50., "Poor Little Fool" Bena E. Kinga.
Utwór mimo wszystko został wydany na singlu i doszedł do 20. miejsca w Stanach. Nie był jednak nigdy grany na żywo, chociaż czasem był cytowany we fragmentach w "Whole Lotta Love" lub "Communication Breakdown".
Prawidłowa wymowa tytułu powinna brzmieć jak wyraz Jamaica w wymowie brytyjskiej. Właśnie z Jamajki wywodzi się styl reggae.


16. "No Quarter" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Kolejny nietypowy utwór - tym razem zespół udał się jednak w kierunku rocka progresywnego, lub nawet jazz rocka. Głównym kompozytorem jest John Paul Jones, grający tutaj na syntezatorze oraz akustycznym i elektrycznym pianinie. Instrumenty te nadają kompozycji niesamowity, mroczny klimat. Basista nie mógł później wybaczyć Page'owi i Plantowi, że wykorzystali tytuł utworu do zatytułowania swojego albumu "No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant Unledded". Na ich usprawiedliwienie można dodać, że utwór zawdzięcza sporo studyjnym eksperymentom Page'a: Zastosowałem w całym tym kawałku technikę zmiany prędkości dźwięku - tłumaczył gitarzysta. Obniżyłem piosenkę o pół tonu, żeby brzmiała gęściej, bardziej intensywnie.
Utwór był stałym punktem koncertów w latach 1973-80, a improwizacje Jonesa na instrumentach klawiszowych rozciągały go do kilkunastu minut.


17. "Trampled Under Foot" (z albumu "Physical Graffiti", 1975)


I jeszcze jeden eksperyment - tym razem muzycy postanowili zaadoptować do swojej twórczości rytmikę funkową. Muzyka powstała podczas jamu Page'a i Jonesa, a napisane przez Page'a słowa zostały zainspirowane utworem "Terraplane Blues", z repertuaru bluesowego muzyka Roberta Johnsona. Terraplane to nazwa produkowanego w latach 1932-38 amerykańskiego samochodu, natomiast w utworze Zeppelinów części samochodowe są użyte jako metafora treści związanych z seksem.
W wielu krajach utwór został wydany na singlu (38. pozycja na liście Billboardu nie była największym sukcesem grupy, ale tragedii też nie było), był także stałym punktem koncertów, począwszy od 1975 roku.


18. "Kashmir" (z albumu "Physical Graffiti", 1975)

Chyba najbardziej znany utwór Led Zeppelin z drugiej połowy lat 70., zdradzający inspirację muzyką orientalną. "Kashmir" wziął się z podróży, jaką odbyliśmy z Jimmym po atlantyckim wybrzeżu Maroka - od Agadiru po Sidi Ifni. Byliśmy tacy, jak reszta hippisów - tłumaczył Plant. W samym Kaszmirze jednak nie byli, jak przyznał Page w jednym z wywiadów, w 1975 roku.
W utworze gościnnie pojawiają się anonimowi muzycy, grający na instrumentach smyczkowych i dętych. Pomysł narodził się później i sprowadzał się do tego, by orkiestra dublowała partię gitary - wyjaśniał Page. Brzmienie jest dzięki temu potężniejsze, ale zasadniczo orkiestra gra te same nuty co gitara. "Kashmir" narodził się z riffu gitarowego i pierwotnie tylko gitara miała grać ten riff.
W koncertowej setliście utwór pojawił się w 1975 i od tamtego czasu był grany praktycznie na każdym koncercie grupy, także na wspomnianym już kilkakrotnie występie z 2007 roku. Zarejestrowana wówczas wersja została "wydana" na cyfrowym singlu i osiągnęła 42. miejsce w Stanach, oraz 80. w Wielkiej Brytanii. Singiel z oryginalną wersją "Kashmir" został wydany jedynie w Tajlandii, jeszcze w 1975 roku.


19. "Achilles Last Stand" (z albumu "Presence", 1976)

"Presence" nie należy do najwybitniejszych albumów Led Zeppelin, ale - jak twierdzi Robert Plant - płytę uratowały "Candy Store Rock" i "Achilles Last Stand". Szczególnie rytm był w nich mocno inspirujący. Ten drugi tak bardzo spodobał się wokaliście, że niemal zapomniał o urazach, jakich doznał poprzedniego roku w wypadku samochodowym: Kuśtykałem podczas tego wspaniałego kawałka i nagle dopadł mnie entuzjazm. Biegłem o kulach do kabiny wokalnej i wywróciłem się prosto na chorą stopę. Zabrzmiał gromki trzask, błysnęło mi przed oczami, ogarnęły mnie katusze.
"Achilles Last Stand" to jeden z najdłuższych, najbardziej progresywnych utworów w dorobku grupy. Oparty na mocnej, basowo-perkusyjnej podstawie (przypominającej późniejszą twórczość Iron Maiden), z nagłymi przełamaniami rytmu i tempa, niezwykłymi harmoniami wokalnymi, oraz z niesamowitą grą Page'a - raz delikatną, kiedy indziej bardzo intensywną. To chyba w tym utworze znajduje się jego najlepsza solówka, zaraz po tych z "Since I've Been Loving You" i "Stairway to Heaven".
"Achilles" to klasyka - mówił Page, nieukrywający, że to jego ulubiony utwór z repertuaru grupy. O licznych gitarowych nakładkach mówił następująco: Kiedy Ronnie Wood i Keith Richards przyszli nas posłuchać, Keith powiedział: "Powinniście mieć drugiego gitarzystę, inaczej szybko zyskasz sławę, jako najbardziej przepracowany gitarzysta w biznesie". Całkiem zabawne. Były chwile, kiedy pragnąłem żebyśmy mieli drugiego gitarzystę, ale to nie byłoby w porządku wobec naszej publiczności. Mimo złożonej budowy, utwór był regularnie grany podczas trasy promującej album.


20. "All My Love" (z albumu "In Through the Out Door", 1978)

Kolejny kontrowersyjny utwór zespołu, oparty głównie na brzmieniach syntezatorowych. Chociaż utwór był wykonywany podczas ostatniej trasy zespołu, po latach Page mówił o nim: To nie byliśmy my i podkreślał, że nie chciałby aby zespół poszedł w takim kierunku na kolejnych płytach (do których nagrania już jednak nie doszło). Warto dodać, że "All My Love" jest jednym z zaledwie dwóch utworów zespołu (drugi to pochodzący z tej samej płyty "South Bound Saurez"), w których komponowaniu gitarzysta nie brał udziału. Kawałek został napisany przez Planta i Jonesa. W przeciwieństwie do Page'a, wokalista przyznaje, że to jeden z jego ulubionych utworów w repertuarze grupy. Trudno się temu dziwić, Plant napisał do niego bardzo osobisty tekst, zadedykowany jego zmarłemu synowi, Karacowi.
"All My Love" został wydany na singlu w Brazylii, Argentynie i Peru.


10 sierpnia 2013

[Recenzja] Guns N' Roses - "Use Your Illusion" (1991)

 


Pomimo wielkiego sukcesu, jaki osiągnął "Appetite for Destruction", muzykom Guns N' Roses nie śpieszyło się z nagraniem drugiego albumu. Fakt, rok po debiucie ukazało się dziwactwo pod tytułem "G N' R Lies" - w połowie składające się z oszukanych nagrań koncertowych (głównie cudzych kompozycji), a w połowie z akustycznych nagrań studyjnych (w tym nową wersją jednego kawałka z debiutu). W sumie niewiele ponad pół godziny takiego nie-wiadomo-czego (aczkolwiek kawałek "Patience" stał się sporym przebojem). Dopiero w styczniu 1990 roku zespół - wzbogacony o nowego perkusistę Matta Soruma i klawiszowca Dizzy'ego Reeda - wszedł do studia, by zarejestrować pełnoprawnego następcę "Appetite for Destruction". Sesja ciągnęła się aż do sierpnia 1991 roku (czas pokazał, że jak na ten zespół było to wręcz błyskawiczne tempo nagrywania) i odbywała z wielką pompą - z mnóstwem dodatkowych muzyków (wśród których znalazł się nawet Alice Cooper). Z jeszcze większą pompą wydano rezultat tych sesji - zamiast wybrać najlepsze kawałki i skompilować z nich ok. 40-minutowy materiał, wydano (tego samego dnia, 17 września '91) dwa osobne albumy, po 75 minut każdy.

Taki rozmach wydawniczy w wyjątkowo kuriozalny sposób kontrastuje z prostotą granej przez zespół muzyki. Bo duża część "Use Your Illusion I" i "Use Your Illusion II" to schematyczny, banalny rock w stylu debiutu (np. "Back Off Bitch", "You Could Be Mine"), często wyraźnie skręcający w stronę rock'n'rollowo-punkowego prostactwa (np. "Right Next Door to Hell", "Perfect Crime", "Shotgun Blues"). Wcale nie lepiej jest wtedy, gdy zespół próbuje swoich sił w country ("You Ain't the First"), bluesie ("Bad Obsession") lub... hip-hopie ("My World"). Za to najbardziej żenująco robi się wtedy, gdy muzycy próbują ukryć prostotę za pomocą pretensjonalnych aranżacji. Sztandarowym przykładem jest prawdopodobnie najbardziej znany fragment tego duetu albumów - ballada "November Rain" z kiczowatymi, pełnymi patosu partiami pianina i syntezatorowych smyczków, płaczliwym śpiewem Axla Rose'a i aż trzema nieskomplikowanymi, ale granymi tak efekciarsko, by się skomplikowane wydawały, solówkami Slasha. Tego typu gówna jest tu więcej. Chociażby "Live and Let Die" z pompatycznymi partiami pianina, dęciaków i niby-chóru, stereotypowa ballada "Don't Cry" z egzaltowanym śpiewem, a także rozciągnięty bez żadnego powodu i pomysłu do dziesięciu minut "Coma"; w każdej pojawiają się też, oczywiście, szpanerskie popisy Slasha. A to dopiero kawałki z pierwszej płyty. Na drugiej też nie brakuje takich pretensjonalnych okropieństw (np. "Civil War", "Yesterdays", "Estranged" i... druga wersja "Don't Cry", różniąca się tylko linia wokalną i tekstem w zwrotkach). Muzykom udało się zepsuć nawet dylanowski "Knockin' on Heaven's Door" - początek jeszcze jakoś ujdzie, mimo skrzeku Rose'a i przesłodzonych solówek Slasha, ale końcówka z głupawymi efektami dźwiękowymi i gospelowym chórkiem jest już kompletnie spieprzona. Dość znośny mógłby być także luzacki "14 Years", gdyby w całości został zaśpiewany przez Izzy'ego Stradlina. Wokalista z niego przeciętny, ale przynajmniej nie tak drażniący, jak Rose. Niestety, ten ostatni wpieprza się w refrenie, psując i ten kawałek.

Nie ma chyba nic gorszego w muzyce, niż połączenie prostoty i pretensjonalności. A obie części "Use Your Illusion" to prawdopodobnie dwa najbardziej bombastyczne albumy w historii nieprogresywnego rocka. Pretensjonalne jest już samo wydanie tak obszernego materiału. Zespół bezmyślnie wrzucił tutaj wszystko, co akurat miał pod ręką, dopełniając całość alternatywną wersją jednego kawałka, dwoma coverami i czymś tak ewidentnie nie pasującym do reszty - mimo jej nadmiernego eklektyzmu - jak "My World". W sumie na dwóch płytach znalazło się trzydzieści utworów, trwających razem dwie i pół godziny. Z jednej strony nawrzucano tu pełno kompletnie nijakich rockowych czadów i parę równie bezbarwnych prób grania w innych stylach, a z drugiej - mnóstwo pompatycznych ballad, w których poziom kiczu i patosu jest nie mniejszy, niż u najbardziej pretensjonalnych przedstawicieli rocka progresywnego, podczas gdy umiejętności muzyków są dużo niższe. O żadnym utworze nie jestem w stanie wypowiedzieć się pozytywnie, ani biorąc pod uwagę moje subiektywne odczucia, ani odwołując się do obiektywnych wartości. Może i nie są to najgorsze albumy, jakie słyszałem - bo jednak zespół posiada bardzo przeciętne, a nie bardzo niskie, umiejętności kompozytorskie i wykonawcze - ale ich objętość sprawia, że należą do najmniej słuchalnych.

Ocena: 1/10



Guns N' Roses - "Use Your Illusion I" (1991)

1. Right Next Door to Hell; 2. Dust N' Bones; 3. Live and Let Die; 4. Don't Cry; 5. Perfect Crime; 6. You Ain't the First; 7. Bad Obsession; 8. Back Off Bitch; 9. Double Talkin' Jive; 10. November Rain; 11. The Garden; 12. Garden of Eden; 13. Don't Damn Me; 14. Bad Apples; 15. Dead Horse; 16. Coma

Guns N' Roses - "Use Your Illusion II" (1991)

1. Civil War; 2. 14 Years; 3. Yesterdays; 4. Knockin' on Heaven's Door; 5. Get in the Ring; 6. Shotgun Blues; 7. Breakdown; 8. Pretty Tied Up (The Perils of Rock n' Roll Decadence); 9. Locomotive (Complicity); 10. So Fine; 11. Estranged; 12. You Could Be Mine; 13. Don't Cry; 14. My World

Skład: W. Axl Rose - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Slash - gitara, bass, bandżo, talkbox, dodatkowy wokal; Izzy Stradlin - gitara, elektryczny sitar, wokal (I: 2,6,9, II: 2), dodatkowy wokal; Duff McKagan - bass, gitara, instr. perkusyjne, wokal (II: 10), dodatkowy wokal; Matt Sorum - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Dizzy Reed - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Johann Langlie - programowanie (I: 3,10,12), efekty (I: 16, II: 14), instr. klawiszowe (II: 14), perkusja (II: 14); Shannon Hoon - dodatkowy wokal (I: 3,4,6,10,11, II: 13); Jon Thautwein, Matthew McKagan, Rachel West, Robert Clark - instr. dęte (I: 3); Michael Monroe - harmonijka i saksofon (I: 7); Tim Doyle - tamburyn (I: 6); Reba Shaw, Stuart Bailey - dodatkowy wokal (I: 10); Alice Cooper - wokal (I: 11); West Arkeen - gitara (I: 11); Bruce Foster - efekty (I: 16); Steven Adler - perkusja (II: 1); The Waters - dodatkowy wokal (II: 4); Howard Teman - pianino (II: 10)
Producent: Mike Clink i Guns N' Roses


8 sierpnia 2013

[Recenzja] Guns N' Roses - "Appetite for Destruction" (1987)



Guns N' Roses to jeden z dosłownie kilkunastu najsłynniejszych wykonawców rockowych. Popularność zespołu trwa już od ćwierć wieku i nie spada, o co niestrudzenie dbają komercyjne media muzyczne. Sukces nie wziął się jednak znikąd, bo zespół zadebiutował w doskonałym momencie. Pod koniec lat 80. rockowy mainstream oferował głównie plastikową tandetę i coraz bardziej ekstremalny metal. Wielbicielom bardziej klasycznego grania pozostawało słuchanie starych płyt. I właśnie wtedy na scenie pojawił się Guns N' Roses, grający z prawdziwie rockowym czadem, a jednocześnie nieustępujący przebojowością kapelom hair-metalowym. Było to tuż przed tym, gdy do powszechnej świadomości słuchaczy i mediów przebiły się kapele z Seattle i parę lat przed złagodzeniem brzmienia przez Metallikę. W chwili wydania "Appetite for Destruction" nie było zatem specjalnej konkurencji, zaś popyt na takie granie okazał się ogromny. Trudno powiedzieć, czy zespół przypadkiem wypełnił niszę, na którą było wielkie zapotrzebowanie, czy od początku wszystko było wykalkulowane. Faktem, o którym wiele się nie mówi, jest natomiast to, że zespół nie zaproponował nic odkrywczego ani szczególnie interesującego.

Debiutancki album Guns N' Roses brzmi jak nieco podkręcone Aerosmith, Van Halen czy podobne kapele z poprzedniej dekady. Stylistycznie ani na chwilę nie odchodzi od typowego hard rocka z lat 70. Zaś żaden z dwunastu zamieszczonych tu kawałków nie wyłamuje się z typowo piosenkowego schematu, opartego na zwrotkach i refrenach. Melodie, nie tylko w singlowych przebojach, są ewidentnie skrojone pod stacje radiowe - są zatem proste, łatwo wpadające w ucho, ale zwykle popadają w hardrockową sztampę. Piskliwy wokal Axla Rose'a należy do najbardziej irytujących w muzyce rockowej. Riffy są bardzo proste i podobne do siebie, tak samo jak solówki Slasha, przeładowane technicznymi sztuczkami i grane zwykle w szybkim tempie, dzięki czemu mają sprawiać wrażenie bardziej skomplikowanych niż są w rzeczywistości. Sekcja rytmiczna natomiast zupełnie nie zwraca na siebie uwagi, jest niemalże zbędna. Im dalej, tym bardziej wszystko się ze sobą zlewa. Jednak dość sprytnie (choć nie do końca) rozmieszczono te bardziej charakterystyczne kawałki. Nie upchnięto ich wszystkich na początku, jak często robi się przebojami, ale rozproszono. Na otwarcie pojawia się zatem wielki przebój "Welcome to the Jungle", po którym rozbrzmiewa mniej znany, ale całkiem przyjemny "It's So Easy". Dalej pojawia się seria zupełnie bezbarwnych kawałków, jednak uwagę od nich ma odwrócić kolejny przebój, "Paradise City" - rozpoczęty łagodniejszym wstępem z dodatkiem syntezatora, stanowiącym potrzebne urozmaicenie, jednak zbyt krótkie, bo w zasadniczej części kawałek jest bardzo sztampowy, a finałowe przyśpieszenie wypada okropnie. Kolejne dwa wypełniacze, a potem ostatni już przebój - "Sweet Child o Mine", tym razem łagodniejszy, z płaczliwym śpiewem i efekciarskimi solówkami obliczonymi na zachwyt słuchaczy. Wbrew wszelkiej logice, na zakończenie pojawiają się jeszcze trzy bezbarwne kawałki, bez których całość zamknęłaby się w przyzwoitych czterdziestu jeden minutach, zamiast przekraczać ten czas o dwanaście minut.

"Appetite for Destruction" to wręcz archetypowy album hardrockowy, zawierający wszystko, co powszechnie kojarzy się z taką muzyką. A zarazem nic ponadto, praktycznie żadnych prób nietypowego urozmaicenia (bo parę łagodniejszych wstawek i jeden kawałek prawie w całości spokojny to elementy całkowicie wpisujące się w konwencję takiej muzyki). Przy czym hardrockowych albumów lepszych od tego ukazało się wcześniej wiele. Takich lepiej zaśpiewanych i zagranych, ciekawiej skomponowanych i zaaranżowanych, czasem nawet pomysłowo urozmaiconych. Takich, na których nie chodzi tylko o to, by było chwytliwie, czadowo i efektownie. Debiutancki album Guns N' Roses jest odtwórczy, wyliczony na łatwy sukces, pozbawiony jakiejkolwiek wartości artystycznej. Nawet w swoim niezbyt ambitnym stylu nie ma wiele do zaoferowania, poza odgrywaniem sprawdzonych patentów i kilkoma wpadającymi w ucho, ale nieciekawymi melodiami. Bez wątpienia jeden z najbardziej przecenionych albumów (i zespołów) w dziejach fonografii. Zwyczajne nudy.

Ocena: 3/10



Guns N' Roses - "Appetite for Destruction" (1987)

1. Welcome to the Jungle; 2. It's So Easy; 3. Nightrain; 4. Out ta Get Me; 5. Mr. Brownstone; 6. Paradise City; 7. My Michelle; 8. Think About You; 9. Sweet Child o' Mine; 10. You're Crazy; 11. Anything Goes; 12. Rocket Queen

Skład: W. Axl Rose - wokal, syntezator (6), instr. perkusyjne; Slash - gitara, talkbox; Izzy Stradlin - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Duff McKagan - bass, dodatkowy wokal; Steven Adler - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Mike Clink



Po prawej: okładka wydania winylowego.