31 sierpnia 2015

[Recenzja] Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)



Szesnasty studyjny album Iron Maiden to prawdopodobnie najbardziej wyczekiwana premiera tego roku. Od wydania poprzedniego w dyskografii "The Final Frontier" minęło już pięć lat, co oznacza najdłuższą przerwę w historii zespołu. Zapowiedzi nowego wydawnictwa mogły budzić obawy. Szczególnie, gdy ogłoszono, że będzie to najdłuższy z dotychczasowych longplayów, o czasie trwania przekraczającym półtora godziny, choć na trackliście widnieje tylko jedenaście tytułów. Oznacza to kontynuację kierunku obranego na "Brave New World", gdy utwory zespołu zaczęły być coraz dłuższe, a niekoniecznie bogatsze w treść. Ten pseudo-progresywny styl już od dawna wydaje się mocno wyeksploatowany. O ile jeszcze "Brave New World" zawiera w większości udany materiał - choć już tam niekorzystnie wypadają proporcje między krótszymi i dłuższymi kawałkami - tak na kolejnych "Dance of Death", "A Matter of Life and Death" i "The Final Frontier" wyróżniające się kompozycją należą do zdecydowanej mniejszości. Obawy, że na "The Book of Souls" może być podobnie, podkręcał zapowiadający go singiel, wyjątkowo toporny i niecharakterystyczny "Speed of Light". Z drugiej strony, na single Iron Maiden zwykle trafiały te słabsze fragmenty płyt.

Pozytywne wrażenie sprawia na pewno okładka. W końcu postać Eddiego przybrała jakąś ciekawszą formę, bliższą wczesnych wcieleń niż tego, jak traktowano ją w ostatnich latach. Co prawda można przyczepić się do braku tła, jednak wynagradzają to grafiki umieszczone wewnątrz książeczki. Do myślenia daje też powrót do starszej wersji logo. Czyżby zespół planował w większym stopniu przybliżyć się do swoich klasycznych dokonań? I tak, i nie. Nawiązań, często aż zbyt oczywistych, faktycznie tu nie brakuje. Jednak forma albumu bliższa jest ostatnich wydawnictw. W wersji kompaktowej są to dwie płyty, odpowiednio o długości niemal 50 i nieznacznie ponad 42 minut. Każdy dysk mógłby zatem stanowić osobny album o takim czasie trwania, jaki miały wydawnictwa zespołu z lat 80. Tyle tylko, że struktura tych płyt jest całkiem inna, bo dłuższe nagrania dominują nad krótszymi. Nie wpływa to korzystnie na dynamikę albumu.

Zresztą te najkrótsze kawałki też nie są jakoś bardzo zwięzłe. Ich długość mieści się w przedziale 5-6 minut, bo przecież w każdym z nich musiały pojawić się solówki wszystkich trzech gitarzystów, a także trzeba było powtórzyć każdy motyw jak najwięcej razy. Najsłabiej z nich prezentuje się singlowy "Speed of Light". Nie dość, że sama kompozycja jest bardzo sztampowa, to jeszcze dobitnie odsłania dwie wady całego albumu: nienajlepsze brzmienie (to akurat standard odkąd za produkcję płyt zespołu odpowiada Kevin Shirley), ale też słaba forma wokalna Bruce'a Dickinsona, który śpiewa w jakby przytłumiony i wymuszony sposób. Myślę, że jako singiel dużo lepiej sprawdziłby się "Death or Glory", również nie wykraczający poza metalową sztampę, ale nieco bardziej charakterystyczny i zdecydowanie bliższy klasycznych dokonań. Gdyby nie brzmienie i wokal, można by wziąć go za odrzut z "Powerslave". Dość pozytywne wrażenie sprawiają też "When the River Runs Deep" i "Tears of a Clown", oba całkiem wyraziste melodycznie, pierwszy bliższy stylistyki "Seventh Son of a Seventh Son", a drugi tych nowszych dokonań w rodzaju "Out of the Shadows" i "Coming Home"

Kolejną grupę stanowią kawałki w przedziale 6-9 minut. Zdecydowanie najlepiej z nich prezentuje się otwierający całość "If Eternity Should Fail", skomponowany przez Dickinsona z myślą o potencjalnym albumie solowym. Początek faktycznie kojarzy się z jego dokonaniami z czasów, gdy próbował zerwać ze swoimi metalowymi korzeniami - partii wokalnej towarzyszy jedynie klawiszowe tło. Po niespełna dwóch minutach wchodzi cały zespół i robi się już bardziej maidenowo, jednak nagranie wyróżnia się jedną z lepszych linii wokalnych i bardziej udanych gitarowych unison na tym longplayu, a fajnym smaczkiem okazuje się perkusyjno-basowe przejście wprowadzające w popisy gitarzystów. Natomiast zupełnie niepotrzebna wydaje się akustyczna koda z udziwnioną deklamacją. "The Great Unknown" to już typowy wypełniacz, nieróżniący się od tych z kilku poprzednich albumów. "Shadow of the Valley", pomimo wyraźnych odniesień muzycznych i tekstowych do "Somewhere in Time", pod względem budowy i klimatu bliższy jest kawałków z "A Matter of Life and Death". I podobnie jak one, razi nieuzasadnionym przeciąganiem. Całkiem nieźle prezentuje się natomiast "The Man of Sorrow", który podobnie jak wcześniej "The Wicker Man" i "The Alchemist" nie ma nic, poza tytułem, wspólnego z tak zatytułowaną solową kompozycją Dickinsona. To Iron Maiden w quasi-balladowym wydaniu, z nawet całkiem zgrabnymi spokojniejszymi fragmentami, ale trochę zepsuty zbyt oczywistymi zaostrzeniami. 

Całości dopełniają trzy utwory o czasie trwania przekraczającym dziesięć minut. Zdecydowanie najlepiej z nich prezentuje się niespełna 11-minutowy, tytułowy "The Book of Souls". Pomiędzy akustycznym wstępem i zakończeniem pojawia się cięższa część z orientalizującymi riffami przywołującymi znów skojarzenia z albumem "Powerslave". Co ciekawe, właśnie w tym nagraniu pojawia się najbardziej chyba zapamiętywany refren. Zdecydowanie mniej przekonują mnie dwa pozostałe długasy. Ponad 13-minutowy "The Red and the Black" zdecydowanie zbyt mocno balansuje na granicy autoplagiatu. Zwrotki nie są wcale odległe od tytułowej kompozycji z "Seventh Son of a Seventh Son", natomiast chóralne zaśpiewy pełniące rolę refrenu przypominają te z "Heaven Can Wait", wprawiając w podobne zażenowanie. Zdecydowanie zbyt dużo tutaj powtarzania tych samych motywów, a podczas niekończących się popisów gitarzystów można zasnąć z nudów. Całkiem obiecująco zaczyna się najdłuższy w dotychczasowej dyskografii, 18-minutowy "Empire of the Clouds". To coś niewątpliwie nowego w twórczości zespołu. Z początku słychać jedynie zgrabną, nieco celtycką partię pianina, której towarzyszą delikatne dźwięki gitary i smyczków oraz śpiew Dickinsona. Z czasem dochodzą kolejne instrumenty i robi się bardziej patetycznie, a w pewnym momencie pojawiają się bardziej maidenowe patenty. Do pewnego miejsca kompozycja brzmi nawet sensownie, ale potem zaczyna się a to zbyt długie ciągniecie jednego fragmentu, a to znów wprowadzanie kolejnych motywów i solówek, które nie kleją się w spójną i logiczną całość/

"The Book of Souls" to album, który pokazuje, że muzycy Iron Maiden wciąż są w stanie wykrzesać z siebie fajne motywy i melodie, a nawet minimalnie odświeżyć swój styl, jednak nie do końca potrafią zrobić z tego wszystkiego dobry użytek. Do tego dochodzi problem z selekcją pomysłów, bo nie brakuje tutaj, a wręcz dominują tu bardzo przeciętne linie melodyczne oraz toporne riffy, które w dodatku czasem ocierają się o autoplagiat. Nie wspominając już nawet o solówkach, zawsze tak samo zachowawczych i wymuszonych. Jednak zdecydowanie najgorsza - gorsza nawet od brzmienia i wokalnej formy Dickinsona - jest tutaj budowa utworów. W przeszłości zespół potrafił przecież tworzyć zwarte kawałki. Właśnie tego tutaj najbardziej brakuje. Właściwie każde nagranie zawiera zbędne fragmenty, których wycięcie tylko by im pomogło.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)

CD1: 1. If Eternity Should Fail; 2. Speed of Light; 3. The Great Unknown; 4. The Red and the Black; 5. When the River Runs Deep; 6. The Book of Souls
CD2: 1. Death or Glory; 2. Shadows of the Valley; 3. Tears of a Clown; 4. The Man of Sorrows; 5. Empire of the Clouds

Skład: Bruce Dickinson - wokal, pianino (CD2: 5); Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - gitara basowa, instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr klawiszowe; Jeff Bova - orkiestracja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


28 sierpnia 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)



Kariera Jimiego Hendrixa była bardzo krótka, lecz niezwykle intensywna. Zarejestrowanego podczas tych czterech lat materiału - zarówno studyjnego, jak i koncertowego - starczyło na dziesiątki pośmiertnych albumów wydawanych przez kolejne dekady. Nawet obecnie, po niemal pięćdziesięciu latach od śmierci tego wybitnego gitarzysty, wciąż ukazują się kolejne ekscytujące wydawnictwa. Takie, jak np. właśnie wydany "Freedom: Atlanta Pop Festival". Jest to zapis występu z tytułowego festiwalu, który miał miejsce 4 lipca 1970 roku. Jego mniej lub bardziej obszerne fragmenty były już wcześniej dostępne na różnych wydawnictwach, lecz "Freedom..." jest z nich wszystkich najbardziej kompletny. Brakuje jedynie utworu "Hey Baby (New Rising Sun)", którego nie było też na wcześniejszych płytach. Album jest sygnowany nazwą Jimi Hendrix Experience, jednak zespół o takiej nazwie przestał istnieć w 1969 roku, gdy Hendrix zakończył współpracę z Noelem Reddingiem. Występujący tutaj skład, z basistą Billym Coxem i perkusistą Mitchem Mitchellem, oficjalnie nie używał żadnej nazwy, ale niektórzy promotorzy wykorzystywali do promocji właśnie szyld Jimi Hendrix Experience.

Repertuar ówczesnych koncertów Hendrixa składał się z utworów obu jego wcześniejszych grup, Experience i Band of Gypsys, a także z nowych kompozycji, które miały znaleźć się na nigdy nieukończonym - przynajmniej według wizji samego Jimiego - albumie "First Rays of the New Rising Sun". Nie inaczej było podczas występu w Atlancie. Trio postawiło przede wszystkim na żywiołowe, rockowe granie. Całość rozpoczyna ogniste wykonanie "Fire", któremu pod względem czadu bynajmniej nie ustępują tutejsze wersje takich utworów, jak "Spanish Castle Magic", "Freedom", "Foxy Lady", "Purple Haze", "Stone Free" czy zagranego na finał "Straight Ahead". Mnóstwo energii zawierają także funkujące kompozycje z czasów Band of Gypsys - "Lover Man", "Room Full of Mirrors" i "Message to Love". Najbardziej porywająco wypadają tu jednak trzy rozbudowane bluesy - "Red House", "Hear My Train a Comin'" i "Voodoo Child". Ich wykonania są bardzo swobodne, pełne ekscytujących solówek Hendrixa, doskonale uzupełnianych niebanalną grą sekcji rytmicznej. Tak właśnie powinno się grać na koncertach! Niestety, nie wszystko jest tu takie idealne. Zaskakująco słabo wypada tutejsze wykonanie "All Along the Watchtower". Wyraźnie odczuwa się brak drugiej gitary, a solówki Jimiego są trochę zbyt bałaganiarskie. W dodatku jakość brzmienia jest tu zdecydowanie słabsza niż w pozostałych fragmentach. Bardzo dobrze wypada za to inny wielki przebój, "Hey Joe". Dzięki porywającym solówkom i mocnej grze sekcji rytmicznej, jest znacznie ciekawszy niż w - niezbyt przeze mnie lubianej - wersji studyjnej.

Jimi Hendrix na żywo był klasą sam dla siebie. Na "Freedom: Atlanta Pop Festival" jest w naprawdę doskonałej formie, podobnie zresztą jak Cox i Mitchell. Dobór utworów na tym koncercie to prawdziwe the best of, a ich wykonanie jest, z jednym wyjątkiem, perfekcyjne. Jakość brzmienia jest różna w zależności od utworu, ale zwykle nie można się do niego przyczepić. Jak na materiał sprzed prawie pięćdziesięciu lat, który nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płycie, brzmienie jest naprawdę dobre. "Freedom: Atlanta Pop Festival" zachwyci każdego wielbiciela Hendrixa lub po prostu rocka z przełomu lat 60. i 70.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)

Disc I: 1. Fire; 2. Lover Man; 3. Spanish Castle Magic; 4. Red House; 5. Room Full of Mirrors; 6. Hear My Train a Comin'; 7. Message to Love
Disc II: 1. All Along the Watchtower; 2. Freedom; 3. Foxy Lady; 4. Purple Haze; 5. Hey Joe; 6. Voodoo Child (Slight Return); 7. Stone Free; 8. Star Spangled Banner; 9. Straight Ahead

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa, dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Eddie Kramer, Janie Hendrix i John McDermott


26 sierpnia 2015

[Recenzja] Motörhead - "Bad Magic" (2015)



Już od pierwszych sekund grupa daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, niczym zaskakiwać. "Victory or Die" to stuprocentowy Motörhead - szybkie tempo, ciężkie brzmienie i charakterystyczny, zachrypnięty wokal Lemmy'ego. Chociaż akurat jeśli chodzi o ten ostatni element, to pewną różnicę słychać, nawet w porównaniu z wydanym dwa lata wcześniej albumem "Aftershock". Wokalista jest tutaj jeszcze bardziej zachrypnięty i jakby zmęczony. To pewnie efekt jego problemów zdrowotnych, o czym głośno było ostatnio w mediach. Muzycznie jest jednak jak zwykle bardzo energetycznie i ciężko uwierzyć, że średnia wieku grających tutaj muzyków wynosi 58 lat! Gdyby tylko troszkę bardziej dbali o różnorodność utworów... Przy pierwszym przesłuchaniu kolejnego na płycie "Thunder & Lightning" miałem wrażenie, że przez przypadek jeszcze raz odtworzony został poprzedni kawałek. Dopiero w refrenie wyraźniej słychać, że to jednak inny utwór. Przed końcem płyty takie wrażenie jeszcze nie raz wracało.

Na pierwszą niespodziankę trzeba czekać aż do utworu numer dziewięć. "Till the End" to klasyczna rockowa ballada, w warstwie muzycznej wyróżniająca się czystszym brzmieniem. Nawet wokal Lemmy'ego brzmi tutaj bardziej melodyjnie - chociaż nie jest to czysty śpiew, jak w "Dust and Glass" z poprzedniego albumu, a typowe dla niego chrypienie. Od reszty albumu odstaje również "When the Sky Comes Looking for You", w którym położono większy nacisk na warstwę melodyczną. Z kolei "Choking on Your Screams" zwraca uwagę nieco nawiedzoną partią wokalną (trochę w stylu tytułowej kompozycji z "Orgasmatron"). Na tle całości na pewno wyróżnia się także "Sympathy for the Devil", czyli przeróbka jednego z największych przebojów The Rolling Stones. Wersja Motörhead jest wierna oryginałowi, jedynie zaostrzono brzmienie i... zepsuto wszystko okropną partią wokalną. Oczywiście, Lemmy nawet za swoich najlepszych lat nie zaśpiewałby tego utworu tak, jak Mick Jagger, ale tutaj wypada naprawdę tragicznie. Wyłącznie jako ciekawostkę należy natomiast potraktować fakt, że w "The Devil" gitarową solówkę zagrał Brian May. Były gitarzysta Queen tak bardzo wczuł się w styl Motörhead, że jego partia równie dobrze mogła wyjść spod palców Phila Campbella.

"Bad Magic" to album, który z powinien zachwycić większość wielbicieli Motörhead, nie oczekujących od zespołu nic więcej oprócz kolejnej porcji prostych, ciężkich i energetycznych kawałków. Jedynie zasmucić ich może kiepska forma wokalna Lemmy'ego. Album nie ma natomiast żadnych szans, aby zainteresować ludzi, których nie zainteresowały poprzednie wydawnictwa grupy.

Ocena: 5/10



Motörhead - "Bad Magic" (2015)

1. Victory or Die; 2. Thunder & Lightning; 3. Fire Storm Hotel; 4. Shoot Out All of Your Lights; 5. The Devil; 6. Electricity; 7. Evil Eye; 8. Teach Them How to Bleed; 9. Till the End; 10. Tell Me Who to Kill; 11. Choking on Your Screams; 12. When the Sky Comes Looking for You; 13. Sympathy for the Devil

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i gitara basowa; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Gościnnie: Brian May - gitara (5)
Producent: Cameron Webb


24 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "Second Helping" (1974)



"Second Helping" to jeden z tych albumów, które swój ogromny sukces komercyjny zawdzięczają praktycznie wyłącznie jednemu przebojowi. "Sweet Home Alabama", bo o nim mowa, to bezsprzecznie jeden z największych rockowych hitów. Kawałek został niemiłosiernie ograny na wszystkie możliwe sposoby, więc po czasie może solidnie irytować, ale w zasadzie trudno się temu dziwić. W kategorii takiego lekkiego, bezpretensjonalnego, a przy tym bardzo prostego grania jest to faktycznie niezła rzecz, z autentycznie chwytliwą, skoczną melodią. Gorzej, że reszta płyty wypada znacznie mniej charakterystycznie. "Sweet Home Alabama" słusznie umieszczono na samym początku, bo to jedyny tak łatwo wpadający w ucho kawałek.

Całkiem pozytywne wrażenie sprawia jeszcze lekko bluesowa ballada "I Need You" z fajną partią wokalną Ronniego Van Zandta i niezłymi solówkami gitarzystów, choć ogólnie sprawia wrażenie zbyt jednostajnej, pozbawionej jakiegokolwiek budowania napięcia. Druga ballada, zalatująca country "The Ballad of Curtis Loew", wypada niestety zupełnie bezbarwnie. Z bardziej energetycznych kawałków jako tako bronią się luzackie, przepełnione klimatem południa Stanów Zjednoczonych "Swamp Music", "The Needle and the Spoon" oraz "Call Me the Breeze", choć ten ostatni to akurat kompozycja J.J. Cale'a. Słabsze wrażenie pozostawia hardrockowy "Workin' for MCA", nie dość, że sam w sobie dość nijaki, to jeszcze niezbyt tu pasujący właśnie ze względu na cięższe brzmienie oraz brak tego południowego luzu. Jest tu też niestety jeden prawdziwie okropny kawałek, "Don't Ask Me No Questions" - taki banał i sztampę trudno zaakceptować nawet w tej stylistyce. O dziwo, to właśnie to nagranie wytypowano na pierwszy singiel, który - i to już nie jest zaskoczeniem - w ogóle nie wszedł do notowań. Dopiero gdy przyszła druga pomoc, w postaci "Sweet Home Alabama", zespół dorobił się pierwszego przeboju.

Jeden hit może zapewnić dobrą sprzedaż całego albumu, ale nie sprawi, że będzie się go w całości słuchać z równą przyjemnością. Tak samo jedna ewidentna wpadka nie obniża jakoś znacząco poziomu. Jako całość jest to raczej średni longplay, który - podobnie jak debiut Lynyrd Skynyrd - w sprzyjających okolicznościach może zapewnić przyjemne tło, ale zupełnie nie wyobrażam sobie słuchania takiej muzyki jako jedynej czynności w danym momencie.

Ocena: 6/10



Lynyrd Skynyrd - "Second Helping" (1974)

1. Sweet Home Alabama; 2. I Need You; 3. Don't Ask Me No Questions; 4. Workin' for MCA; 5. The Ballad of Curtis Loew; 6. Swamp Music; 7. The Needle and the Spoon; 8. Call Me the Breeze

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington; gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - gitara, gitara basowa (2,3); Leon Wilkeson - gitara basowa (1,4-8); Bob Burns - perkusja (1,3-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - dodatkowy wokal (1), pianino (3,5); Clydie King, Sherlie Matthews, Merry Clayton - dodatkowy wokal (1); Mike Porter - perkusja (2); Bobby Keys, Trewor Lawrence, Steve Madiao - instr. dęte (3,8)
Producent: Al Kooper


22 sierpnia 2015

[Recenzja] Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)



Okładka tego wydawnictwa właściwie mówi wszystko na temat zawartości. To zapis wspólnych koncertów Jeffa Becka z grupą Jana Hammera, byłego klawiszowca Mahavishnu Orchestra. Muzycy współpracowali ze sobą już wcześniej na albumie "Wired", sygnowanym nazwiskiem gitarzysty. Materiał na "Live" zarejestrowano podczas amerykańskich występów, na przełomie lata i jesieni 1976 roku. Nie wiadomo jednak podczas których konkretnie koncertów. Na repertuar składają się kompozycje z albumów zarówno Becka (trzy z "Blow by Blow", jeden z wspomnianego "Wired"), jak i Hammera (dwa z sygnowanego wspólnie z Jerrym Goodmanem "Like Children", jeden z solowego "The First Seven Days"). Kto słyszał już wcześniej przynajmniej jedno z wymienionych wydawnictw, z pewnością nie będzie zaskoczony zawartością "Live". Obaj liderzy - wsparci przez grającego na skrzypcach Steve'a Kindlera, basistę Fernando Saundersa oraz perkusistę Tony'ego Smitha - konsekwentnie eksplorują tu stylistykę fusion.

Identyczne instrumentarium, charakterystyczne brzmienie klawiszy Hammera oraz ostrzejsze niż na ówczesnych płytach studyjnych partie Becka mogą wywoływać skojarzenia z twórczością Mahavishnu Orchestra. Taki "Scatterbrain" faktycznie nie jest zbyt odległy stylistycznie. Jednak całości daleko do poziomu największych osiągnięć orkiestry Johna McLaughlina. Podobnie, jak wspomniane wcześniej albumy, "Live" skażony jest wadami późnego fusion. W drugiej połowie lat 70. styl ten zaczął zmierzać w mniej interesującym kierunku, nastawionym na zdobycie zainteresowania masowych słuchaczy. Stąd też uproszczona gra sekcji rytmicznej, a także dość tandetne brzmienie syntezatorów. O komercyjnych zapędach Becka najdobitniej świadczy tutejsza wersja "She's a Woman", w której jeszcze bardziej uwypuklono rytmikę reggae, co raczej nie przypadkiem zbiegło się z apogeum popularności tego stylu. Największą wadą tego materiału jest jednak obecność partii wokalnych w obu kawałkach z "Like Children", "Earth (Still Our Only Home)" i "Full Moon Boogie". Odpowiadają za nie odpowiednio Hammer i Smith, wypadając w tych rolach naprawdę kiepsko. Na szczęście, dominuje tutaj granie instrumentalne. I jeśli pominąć kwestie doboru brzmień klawiszowych oraz stawiania względów merkantylnych nad artystycznymi, to większość tych kawałków wypada naprawdę przyjemnie, by wspomnieć tylko o "Freeway Jam", "Scatterbrain" i "Blue Wind" (z cytatem z "Train Kept A-Rollin'") czy nawet najmocniej opartym na brzmieniach syntetycznych "Darkness / Earth in Search of a Sun".

"Live" to w sumie całkiem niezłe udane podsumowanie jazz-rockowego okresu twórczości Jeffa Becka, które pomimo pewnych wad przekonuje mnie trochę bardziej od dwóch poprzednich wydawnictw gitarzysty. Jak sądzę, to w znaczniej mierze zasługa pozostałych muzyków. "Blow by Blow" i "Wired" zostały nagrane w dość przypadkowych składach, natomiast tutaj Beckowi towarzyszy zespół, który prawdopodobnie zagrał już wcześniej wystarczająco prób i koncertów, by muzycy zdołali dobrze się ze sobą zgrać, dzięki czemu ich wspólne jamowanie wypada momentami niemalże porywająco.

Ocena: 7/10



Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)

1. Freeway Jam; 2. Earth (Still Our Only Home); 3. She's a Woman; 4. Full Moon Boogie; 5. Darkness / Earth in Search of a Sun; 6. Scatterbrain; 7. Blue Wind

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, gitara basowa (3); Jan Hammer - instr. klawiszowe, wokal (2); Steve Kindler - skrzypce, gitara (7); Fernando Saunders - gitara basowa, gitara (3), dodatkowy wokal; Tony Smith - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4)
Producent: Jan Hammer


20 sierpnia 2015

[Recenzja] Ghost - "Meliora" (2015)



Tobias Forge, tym razem jako Papa Emeritus III, wraz ze swoimi Bezimiennymi Upiorami, powraca z trzecim albumem Ghost. Wszystkiemu wciąż towarzyszy ta dość tandetna i infantylna otoczka, z przebierankami, satanistycznymi odwoływaniami i całą resztą. Niemniejsze emocje wciąż wywołuje sama stylistyka zespołu. Wielu metalowych słuchaczy wciąż oburza łączenie ciężkiego brzmienia z popowymi wręcz melodiami. Zdają się przy tym kompletnie nie dostrzegać groteskowo humorystycznych aspektów towarzyszących grupie od samego początku. Forge oraz towarzyszący mu, wciąż niezidentyfikowani muzycy, po prostu bawią się łączeniem odległych konwencji i świadomie sięgając po kicz.

Trzeba przyznać, że pomimo żartobliwego podejścia, jest w tym wszystkim pełen profesjonalizm. Muzycy zdecydowanie nie są amatorami (choć sama muzyka jest raczej prosta do zagrania), a wspomniana otoczka to bardzo sprytny chwyt marketingowy. Wizerunek zespołu jest z rozmysłem infantylny, ale przy tym konsekwentny. Budują go także okładki małych i dużych płyt, zresztą sprytnie nawiązujące do niższej lub wyższej kultury. Grafika zapowiadającego album singla "Cirice" nawiązuje do plakatu kultowego filmu "Milczenie owiec", natomiast okładka samego longplaya kojarzy się ze słynnym filmowym dziełem Fritza Langa, "Metropolis".

Jak jednak wiadomo, nawet najlepsze żarty śmieszą najwyżej kilka razy. Zastanawia mnie, jak szybko taka konwencja i stylistyka stanie się dla zespołu ograniczeniem. To nierzadko cena rozpoznawalności, którą Ghost niewątpliwie sobie wyrobił. "Meliora" to jeszcze nie ten moment, gdy brakuje pomysłów, jednak zespół powoli już chyba zbliża się do ściany. Póki co zaprezentował dojrzalszą odsłonę swojego stylu. Warto też podkreślić, że muzycy poszli w nieco innym kierunku niż można było się spodziewać. Poprzedni w dyskografii "Infestissumam" sugerował chęć grania w bardziej popowy, pogodny sposób. Jednak "Meliora" to najcięższe z dotychczasowych wydawnictw grupy. Świetnie zapowiedział to już wspomniany singiel "Cirice", z rozbudowanym wstępem przypominającym wolniejsze utwory grupy Slayer. Jeszcze ciekawiej robi się w momencie, gdy do potężnych riffów dołącza melodyjna, chwytliwa partia wokalna Tobiasa, a balladowe zwolnienie w refrenie fantastycznie dopełnia całości. Forge od samego początku istnienia grupy wykazywał talent do tworzenia zgrabnych melodii, a ten utwór świetnie pokazuje jego rozwój jako kompozytora - to zdecydowanie najmocniejszy punkt dotychczasowej dyskografii grupy.

Podobnym ciężarem i zapadającymi w pamięć melodiami charakteryzują się także takie kawałki, jak "Spirit", "From the Pinnacle to the Pit", "Absolution" czy wzbogacony bardzo klasycznym brzmieniem organów "Majesty". Jeszcze większy nacisk na ciężar położono w "Mummy Dust", wyróżniający się bardziej zajadłą partią wokalną Papy Emeritusa. Z kolei najbliższy poprzedniej płyty "Deus in Absentia" stawia głównie na melodię. To równie majestatyczny finał, co kończący wcześniejszy album "Monstrance Clock", fajnie ubarwiony quasi-kościelnym chórem oraz nieco ejtisowymi klawiszami. Pewnym zaskoczeniem może być łagodniejszy i bardziej pogodny "He Is", z dużą rolą gitary akustycznej oraz melotronu. To całkiem fajnie urozmaicenie albumu, które bynajmniej nie odstaje od innych utworów. Nie do końca potrzebne są tu natomiast dwie instrumentalne miniaturki: oparta na gitarze akustycznej "Spöksonat" oraz podniosła "Devil Church" z dużą rolą organów i chóru. Same w sobie wydają się trochę bezcelowe, a praktycznie nic tu nie wnoszą.

Ghost zachował tutaj wszystkie charakterystyczne cechy swojego stylu, zwiększając jednocześnie ciężar i proponując jeszcze bardziej chwytliwe melodie. Rezultat jest naprawdę świetny. "Meliora" to zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych albumów zespołu. Każdy utwór - z wyjątkiem miniatur - zwraca uwagę wyrazistą melodią, a niemal wszystkie z nich także różnymi aranżacyjnymi smaczkami. Aktualne pozostaje jednak pytanie: co dalej? Więcej z takiej stylistyki już się chyba nie da wyciągnąć, a wizerunek Papy Emeritusa i Bezimiennych Upiorów już się chyba opatrzył. Zespół może wkrótce stać się niezamierzoną parodią samego siebie, co byłoby dość kuriozalne, biorąc pod uwagę, że dotąd Ghost całkowicie świadomie parodiował innych. Ale może Forge i reszta spróbują znów czymś zaskoczyć.

Ocena: 8/10



Ghost - "Meliora" (2015)

1. Spirit; 2. From the Pinnacle to the Pit; 3. Cirice; 4. Spöksonat; 5. He Is; 6. Mummy Dust; 7. Majesty; 8. Devil Church; 9. Absolution; 10. Deus in Absentia

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghouls - instrumenty
Producent: Klas Åhlund


18 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)



Muzycy The Allman Brothers Band i producent Johnny Sandlin zgodnie przyznają, że "Win, Lose or Draw" był najtrudniejszym albumem do nagrania. Sesje ciągnęły się przez wiele miesięcy, a w studiu rzadko kiedy przebywali wszyscy muzycy na raz. Najbardziej zaangażowani w prace byli Jai Johanny Johanson, Chuck Leavell i Lamar Williams (ostatni z nich żartował, że powinni zmienić nazwę na We Three). Gregg Allman i Dickey Betts niedługo wcześniej zaczęli działać pod własnymi nazwiskami, traktując kariery solowe priorytetowo. Z drugiej strony, to właśnie oni, tradycyjnie, dostarczyli niemal wszystkie kompozycje, nie licząc dwóch przeróbek. Inna sprawa, że nie są to ich kompozytorskie wyżyny.

Początek longplaya jest całkiem niezły. Mocna, zaostrzona wersja "Can't Lose What You Never Had" z repertuaru Muddy'ego Watersa to bardzo fajny kawałek, łączący bluesowy klimat z rockową energią, ozdobiony świetnymi popisami Bettsa i Leavella, dający też pole do popisu sekcji rytmicznej. Trochę słabiej prezentuje się drugi bluesowy standard, "Sweet Mama" Billy'ego Joego Shavera, potraktowany niestety dość sztampowo. Autorskie kawałki też prezentują różny poziom. Z wkładu Allmana lepsze wrażenie robi singlowy "Nevertheless" - dość melodyjny numer o lekko funkowym rytmie - niż tytułowy "Win, Lose of Draw", okazujący się zwyczajnie mdłą balladą. Nie przekonują mnie kolejne próby Bettsa z inkorporowaniem elementów country (śpiewane przez niego "Just Another Love Song" i "Louisiana Lou and Three Card Monty John", choć ten pierwszy ma w sumie nawet miłą melodię), jednak gitarzysta podpisany jest też pod najdłuższym nagraniem na płycie, czternastominutowym "High Falls". Wbrew tytułowi jest to akurat najwyższy wzlot - tudzież najniższy spadek - na tym albumie. To po prostu instrumentalny jam o lekko jazzowym zabarwieniu, a przecież w takim graniu zespół zawsze wypadał najlepiej. Nie jest to co prawda poziom "Les Brers in A Minor" czy "Jessica", nie mówiąc już o "In Memory of Elizabeth Reed", jednak to wciąż kawał naprawdę przyjemnego jamowania, w trakcie którego wszyscy instrumentaliści mogą pokazać swoje umiejętności oraz zespołowe zgranie.

"Win, Lose or Draw" jako całość sprawia wrażenie nieco wymęczonego, nagranego na siłę albumu. Trudno powiedzieć, czy to bardziej kwestia nieco mniejszego zaangażowania Gregga Allmana i Dickeya Bettsa, ich wyraźnie słabszej formy kompozytorskiej, czy raczej wyeksploatowania takiej stylistyki. Longplay brzmi, jakby nagrano go dobre parę lat wcześniej. co w tym konkretnym przypadku na pewno nie wypada na korzyść. Polecam wyłącznie wielbicielom wcześniejszych dokonań The Allman Brothers Band, choć i dla nich może to być rozczarowanie.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)

1. Can't Lose What You Never Had; 2. Just Another Love Song; 3. Nevertheless; 4. Win, Lose or Draw; 5. Louisiana Lou and Three Card Monty John; 6. High Falls; 7. Sweet Mama

Skład: Gregg Allman - wokal (1,3,4,7), organy, gitara; Dickey Betts - gitara, wokal (2,5); Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal; Lamar Williams - gitara basowa; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Johnny Sandlin - gitara, instr. perkusyjne; Bill Stewart - instr. perkusyjne
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


16 sierpnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Wheels Within Wheels" (2003)



"Wheels Within Wheels" to dość specyficzna kompilacja. Donal Gallagher dokonał wyboru niepublikowanych wcześniej nagrań swojego brata. Zamieścił tu zarówno utwory zarejestrowane w studiu, jak i podczas koncertów, kierując się pewnym kluczem: materiał miał pokazać łagodniejsze, przeważnie akustyczne oblicze Rory'ego Gallaghera. Znalazły się tu np. alternatywne wersje doskonale znanych kompozycji, jak "Barley and Grape Rag" (tutaj w przeróbce The Dubliners z gościnnym udziałem autora), "As the Crow Flies" czy "Going to My Home Town", ale też zupełnie premierowe utwory. Te ostatnie to jednak w znacznej części interpretacje cudzych kompozycji. Ciekawie jest usłyszeć Irlandczyka w nietypowym dla niego repertuarze, jak utrzymany w stylu flamenco "Flight to Paradise" (nagrany w duecie z jego autorem, Juanem Martinem) albo tradycyjne pieśni irlandzkie ("Bratacha Dubha", "She Moved Thru' the Fair") i angielskie ("Amazing Grace"). Oczywiście, nie brakuje też bluesa, przede wszystkim w postaci koncertowych wykonań czterech bluesowych standardów.

Problemem tego wydawnictwa jest jednak to, że część nagrań przypomina raczej szkice lub demówki o brzmieniu nienajlepszej jakości. Tak jest przede wszystkim z instrumentalami: "Flight to Paradise", "Bratacha Dubha", "She Moved Thru' the Fair / Ann Cran Ull" czy "Amazing Grace", ale też w przypadku "As the Crow Flies", który w porównaniu z wersją z "Irish Tour '74" sprawia wrażenie nagrania z próby. Lepiej prezentują się kawałki koncertowe, w większości zarejestrowane podczas występu na Montreux Jazz Festival w 1994 roku (jedynie "Goin' to My Home Town" pochodzi z bliżej nieokreślonego występu z początku poprzedniej dekady), jednak i tutaj trochę do życzenia pozostawia brzmienie.

Z drugiej strony, jest tutaj też kilka pełnoprawnych nagrań studyjnych o całkiem przyzwoitej jakości. Tytułowy "Wheels Within Wheels" zarejestrowano w 1977 roku, podczas prac nad nigdy nie wydanym albumem "Torch". To całkiem miła piosenka, oparta na oszczędnym akompaniamencie gitary akustycznej i pianina. Z kolei "Lonesome Highway", nagrany w 1975 roku, a więc prawdopodobnie podczas sesji "Against the Grain", wyróżnia się zdecydowanie żywszym wykonaniem i pełniejszym brzmieniem, obejmującym gitarę elektryczną, organy oraz sekcję rytmiczną. W sumie szkoda, że utwór ten nie trafił na wspomniany album, gdzie pasowałby bardziej i na pewno nie odstawałby poziomem. W klimat tego wydawnictwa wpasowuje się natomiast "Lonesome Highway Refraining", czyli instrumentalna wersja tego kawałka, oparta wyłącznie na gitarze akustycznej, organach i harmonijce. Jest jeszcze folkowy "The Cuckoo", zarejestrowany w nieznanym czasie, który za sprawą najlepszej z tych trzech kompozycji melodii byłby mocnym punktem każdego innego albumu Gallaghera. 

"Wheels Within Wheels" to raczej tylko ciekawostka dla największych wielbicieli Irlandczyka, pokazująca jego twórczość od nieco innej, bardziej intymnej strony. Jednak najlepiej i tak prezentują się tutaj te bardziej dopracowane, porządnie wyprodukowane utwory. I zwłaszcza dla tych trzech kompozycji - tytułowej, "Lonesome Highway" oraz "The Cuckoo" - warto się z tym wydawnictwem zapoznać.

Ocena: 6/10



Rory Gallagher - "Wheels Within Wheels" (2003)

1. Wheels Within Wheels; 2. Flight to Paradise; 3. As the Crow Flies; 4. Lonesome Highway; 5. Bratacha Dubha; 6. She Moved Thro' the Fair / Ann Cran Ull; 7. Barley and Grape Rag; 8. The Cuckoo; 9. Amazing Grace; 10. Walkin' Blues (live); 11. Blue Moon of Kentucky (live); 12. Deep Elem Blues (live); 13. Goin' to My Home Town (live); 14. Lonesome Highway Refraining

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa (4,13,14); Lou Martin - pianino (1,4,14); Rod De'Ath - perkusja (4); Ted McKenna - perkusja (13)
Gościnnie: Michael Ridout - gitara basowa (1); Paul Bevis - perkusja (1); Juan Martin - gitara (2); Chris Newman - gitara (5); Martin Carthy - gitara (5); Màire Ni Chatasaigh - harmonijka (5); Bert Jansch - gitara (6); Ronnie Drew - wokal (7); The Dubliners - wszystkie instrumenty (7); Roland Van Campenhout - gitara (8,9); Bela Fleck - bandżo (10-12); Mark Feltham - harmonijka (11,12)
Producent: Donal Gallagher, Rory Gallagher, Tony Arnold


14 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)



Lynyrd Skynyrd to prawdopodobnie najsłynniejszy rockowy zespół z południa USA, a zarazem najlepiej chyba oddający specyficzny klimat tamtego rejonu. Pomimo częstych porównań z The Allman Brothers Band, w twórczości tego zespołu aż tak bardzo nie słychać podobieństw do brytyjskich grup. Już od pierwszego albumu był to stuprocentowy southern rock. Inna sprawa, że płytowy debiut nastąpił dość późno, bo całe siedem lat po rozpoczęciu działalności w 1966 roku. Przez cały ten czas zaskakująco stabilny był skład. Od samego początku w zespole występował wokalista Ronnie Van Zant, gitarzyści Gary Rossington i Allen Collins oraz perkusista Bob Burns. Nieustannie zmieniali się natomiast basiści. Niedługo przed debiutancką sesją rolę tę objął Ed King, zajmując miejsce Leona Wilkesona. W tym samym czasie skład poszerzył się o klawiszowca Billy'ego Powella. Natomiast już po zakończeniu prac nad albumem do grupy postanowił wrócić Wilkeson. Nie zagrał tutaj ani dźwięku, ale załapał się na okładkową fotografię. King od tamtej pory pełnił rolę trzeciego gitarzysty.

Album o dość pomysłowym tytule - wyjaśniającym, jak wymawiać specyficzną nazwę zespołu - pamiętany jest przede wszystkim za sprawą finałowego "Free Bird". Któż nie zna tego utworu? Pierwsza, balladowa część zwraca uwagę całkiem zgrabną melodią, natomiast druga znacznie szybsza, to przede wszystkim świetny popis gitarzystów. Zespołowi w tamtym czasie najlepiej wychodziły właśnie ballady, czego dowodzą także dwa pozostałe nagrania tego typu: rzewny "Tuesday's Gone" oraz niepozbawiony zaostrzeń "Simple Man", oba niezłe melodycznie. Na płycie nie brakuje wszakże bardziej energetycznych kawałków, jak niemalże hardrockowe "I Ain't the One", wyróżniający się najbardziej tutaj charakterystycznym riffem, a także "Gimme Three Steps" oraz "Poison Whiskey". Są też wolniejsze "Things Goin' On" i "Mississippi Kid", w których jeszcze bardziej podkreślono ten charakterystyczny klimat południa Stanów Zjednoczonych. Nie da się niestety ukryć, że to wszystko bardzo proste granie, popadające w najbardziej oczywiste rockowe schematy, do tego nierzadko - jeśli nie nieustannie - ocierające się o banał. Wykonanie jest całkiem przyzwoite, a szczególnie podobać mogą się popisy gitarzystów, jednak daleko tu do wirtuozerii choćby chociaż na poziomie wczesnego The Allman Brothers Band.

Jeśli ktoś szuka bezpretensjonalnej, raczej energetycznej, ale nie za ciężkiej muzyki na leniwe letnie popołudnie, to debiut Lynyrd Skynyrd wydaje się znakomitym kandydatem. W takich okolicznościach sam mógłbym tej płyty posłuchać - pod warunkiem, że byłaby jedynie tłem do innych czynności. Słuchanie jej bez żadnych innych bodźców byłoby dla mnie okropnie nużącym zajęciem. Doceniam walory użytkowe, choć poza tym nie znajduję tu właściwie żadnych plusów, a ten wszechobecny southern-rockowy klimat zdecydowanie mija się z moim gustem.

Ocena: 6/10



Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)

1. I Ain't the One; 2. Tuesday's Gone; 3. Gimme Three Steps; 4. Simple Man; 5. Things Goin' On; 6. Mississippi Kid; 7. Poison Whiskey; 8. Free Bird

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - gitara basowa (1,3-5,7,8), gitara (6); Bob Burns - perkusja (1,3-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - gitara basowa (2,6), instr. klawiszowe (2,4,7,8), mandolina (6); Robert Nix - perkusja (2); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (3,5); Steve Katz - harmonijka (6)
Producent: Al Kooper


12 sierpnia 2015

[Recenzja] Jerry Goodman & Jan Hammer - "Like Children" (1974)



Po rozpadzie oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra drogi muzyków niemal całkiem się rozeszły. John McLaughlin kontynuował działalność pod dotychczasowym szyldem. Billy Cobham rozpoczął pełną sukcesów karierę solową. Rick Laird zaczął znów udzielać się jako muzyk sesyjny. Natomiast Jan Hammer i Jerry Goodman postanowili jeszcze trochę ze sobą pograć, zanim ich drogi także się rozdzieliły. Wynikiem tego było powstanie albumu "Like Children". Duet pracował nad nim w studiach  Caribou Ranch w Colorado oraz londyńskim Trident, nie korzystając z pomocy producenta z zewnątrz ani dodatkowych instrumentalistów. We dwójkę zarejestrowali wszystkie partie: Goodman zagrał nie tylko na skrzypcach i altówce, ale też na gitarze i mandolinie, a Hammer zasiadł nie tylko za klawiszami, ale też za bębnami, ponadto obaj udzielali się wokalnie.

Repertuar też stworzyli niemalże samodzielnie, korzystając z niewielkiej pomocy Davida Earle'a Johnsona (współautor "Night") oraz Ivony Reich (autorka tekstu "Giving in Gently"). Ponadto, zaadaptowali na swoje potrzeby dwie niewydane kompozycje z czasów Mahavishnu Orchestra ("I Wonder" Goodmana, "Steppings Tones" Lairda). Zresztą i stylistycznie nie odchodzą daleko od twórczości swojego byłego zespołu, proponując mieszankę jazzu z rockiem. To już jednak granie bardziej uporządkowane i uproszczone. To ostatnie nie powinno dziwić. Trudno zastąpić takich muzyków, jak McLaughlin czy Cobham. Partie gitary oraz perkusji są tutaj całkiem przyzwoite, jednak nie były to podstawowe instrumenty Goodmana i Hammera, więc siłą rzeczy musiała to być prostsza muzyka, dostosowana do ich umiejętności. Jednak chodziło też pewnie o względy komercyjne. Tak przynajmniej sugeruje obecność kilku niemal konwencjonalnych piosenek z partiami wokalnymi - swoją drogą nienajlepszymi.

Do tej kategorii należą "Earth (Still Our Only Home)" - oparty na funkowej linii basu z syntezatora, co nasuwa skojarzenia z Herbiem Hancockiem i jego Head Hunters - ale też bardziej rockowy "Full Moon Boogie", a zwłaszcza balladowy "Giving in Gently". To jednak raczej sporadyczne wyskoki w kontekście całości. Sporo tutaj utworów o swobodniejszej budowie, w których muzycy mogą nieco bardziej się wykazać, jak "Country and Eastern Music" czy już stricte instrumentalne "Steppings Tones", "Night" oraz "I Wonder". Oczywiście, to już 1974 rok, a więc okres, gdy muzyka fusion zmierzała w coraz bardziej tandetnym kierunku. Nie brakuje tu zatem plastikowych brzmień syntezatora, choć zdarza się też, że Hammer wykorzystuje go w ciekawszy sposób (ocierający się o progresywną elektronikę "No Fear"), a także sięga po inne instrumenty klawiszowe. Równie istotną rolę pełnią tutaj partie Goodmana na skrzypcach (jego gra w "Country and Eastern Music" kojarzy mi się trochę z Gentle Giant) i gitarze (np. w "Earth", "Topeka" czy "I Wonder" wycina całkiem niezłe, rockowe solówki).

"Like Children" to album niepozbawiony wad, w większości typowych dla ówczesnego fusion (wyraźne uproszczenie muzyki, czasem kiczowate brzmienie), a po części rzadziej w tym stylu spotykanych (niezbyt dobre wokale). Poza tym jest to jednak całkiem przyjemne granie, z kilkoma momentami, które obroniłyby się nawet na wczesnych płytach Mahavishnu Orchestra. Mam na myśli nie tyko "I Wonder" i "Steppings Tones", które przecież powstały z myślą o trzecim albumie zespołu, ale też np. "Night", który przywołuje trochę tego mistycznego klimatu z łagodniejszych nagrań grupy. Ogólnie longplay ma dużą szansę dotarcia do bardziej rockowej publiczności. Szczególnie powinni się nim zainteresować wielbiciele twórczości Jeffa Becka z drugiej połowy lat 70., z którym zresztą grywał wówczas Jan Hammer.

Ocena: 7/10



Jerry Goodman & Jan Hammer - "Like Children" (1974)

1. Country and Eastern Music; 2. No Fear; 3. I Remember Me; 4. Earth (Still Our Only Home); 5. Topeka; 6. Steppings Tones; 7. Night; 8. Full Moon Boogie; 9. Giving in Gently / I Wonder

Skład: Jerry Goodman - gitara, skrzypce, altówka, mandolina, wokal; Jan Hammer - instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Jerry Goodman i Jan Hammer


10 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)



W zespole został tylko jeden z braci Allman, jednak nazwa pozostała. Pod koniec 1972 roku muzycy zabrali się za nagrywanie kolejnego albumu - pierwszego, na którym nie miał znaleźć się żaden utwór z udziałem zmarłego rok wcześniej Duane'a Allmana. Pomiędzy nagraniami na "Brothers and Sister" doszło do kolejnej tragedii. 11 listopada Barry Oakley zginął w podobnych okolicznościach, odnosząc poważne obrażenia w wypadku motocyklowym. Zespół kontynuował nagrania z nowym basistą, Lamarem Williamsem (do składu dołączył też pianista Chuck Leavell) i w grudniu album był już gotowy. Longplay okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym. Jako jedyne wydawnictwo The Allman Brothers Band doszedł na szczyt amerykańskiego notowania, a z czasem, podobnie jak dwa poprzednie, pokrył się w Stanach platynową płytą.

Nie jest to już jednak ten sam zespół, co dotychczas i nie chodzi tylko o brak dwóch oryginalnych muzyków (zresztą Oakley zdążył zarejestrować partie do dwóch kawałków). "Brothers and Sisters" odchodzi od bluesrockowych korzeni grupy na rzecz łagodniejszego grania w klimacie amerykańskiego południa. Słychać to szczególnie na przykładzie kompozycji Dickeya Bettsa, na czele z dwoma śpiewanymi przez niego kawałkami w stylu country, "Ramblin' Man" i "Pony Boy", które popadają w nieznośny wręcz banał. Pierwszy z nich okazał się największym singlowym sukcesem grupy w Stanach. ale tam przecież taka stylistyka cieszy się ogromną popularnością. Zdecydowanie lepiej prezentują się dwie pozostałe kompozycje gitarzysty: łączący funkową rytmikę z zadziornymi, bluesowymi zagrywkami "Southbound", świetnie zaśpiewany przez Gregga Allmana, a także w pełni instrumentalna "Jessica", ponownie zalatująca nieco country, nadrabiająca jednak świetnymi popisami wszystkich muzyków. Zaskakująco przeciętnie wypadają natomiast kompozycje Allmana. "Wasted Words" nie jest może najbardziej banalnym kawałkiem na tym longplayu, ma nawet pewne zalety - jak energetyczne wykonanie i niezłe solówki Bettsa - jednak linia melodyczna nie należy do szczególnie udanych. Z kolei "Come and Go Blues" zwraca uwagę jedynie lekko jazzującym popisem Leavella. Dopełniający całości "Jelly Jelly" to archetypowa ballada bluesowa, właściwie niczym nie wyróżniająca się spośród niezliczonych utworów tego typu. 

"Brothers and Sister" to dla The Allman Brothers Band wyraźnie obniżenie lotów. Złożyło się na to zapewne wiele czynników, jak śmierć dwóch muzyków w tragicznych okolicznościach, ale też coraz większa rola Dickeya Bettsa, który zaczął ciągnąć zespół w mniej ciekawym kierunku. Nie ma to wszystko już za wiele wspólnego z porywającym bluesrockiem z eponimicznego debiutu czy kultowego "At Fillmore East".

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)

1. Wasted Words; 2. Ramblin' Man; 3. Come and Go Blues; 4. Jelly Jelly; 5. Southbound; 6. Jessica; 7. Pony Boy

Skład: Gregg Allman - wokal (1,3-5), gitara (1), organy (2-6), dodatkowy wokal (2); Dickey Betts - gitara, wokal (2,7); Berry Oakley - gitara basowa (1,2); Lamar Williams - gitara basowa (3-7); Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne (1-6); Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal (2)
Gościnnie: Les Dudek - gitara (2,6); Tommy Talton - gitara (7)
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


8 sierpnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991" (1993)



Chociaż od wydania obszernego boksu "20 Years of Jethro Tull" minęło zaledwie pięć lat, Ian Anderson postanowił uczcić dwudziestopięciolecie istnienia swojej grupy jeszcze huczniej. Tym razem nie jednym, a aż trzema różnymi wydawnictwami. Dwupłytowy zestaw "The Best of Jethro Tull - The Anniversary Collection" całkiem zgrabnie podsumował dotychczasową karierę zespołu. Dla osób, które nie miały wcześniej do czynienia z jego dokonaniami, może to być całkiem dobre wprowadzenie. Składak nie przyniósł żadnego premierowego materiału, jednak dla fanów przygotowano coś specjalnego. Najpierw ukazał się czteropłytowy "25th Anniversary Box Set", zawierający nagrania koncertowe (w tym prawie kompletny zapis występu z nowojorskiej Carnegie Hall z 1970 roku), a także remiksy i nowe wersje klasycznych utworów. Bardziej wartościowym wydawnictwem wydaje się jednak dwupłytowy "Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991", składający się głównie z kompletnie premierowych kompozycji.

Największą atrakcją tej kompilacji są wypełniające pierwszą płytę nagrania z sesji w podparyskim Château d'Hérouville, mającej miejsce w 1972 roku. Pobyt w przerobionej na studio francuskiej rezydencji był dla muzyków tak traumatycznym przeżyciem, że przerwali prace nad powstającym albumem. Po powrocie do Anglii zaczęli niemal zupełnie od podstaw. Co prawda, zarówno na "A Passion Play", jak i następnym w dyskografii "War Child", wykorzystali niektóre kompozycje, nad jakimi pracowali we Francji, jednak wiele innych całkowicie porzucili. Oryginalne taśmy przez lata tkwiły w archiwum. Dopiero przy okazji "20 Years of Jethro Tull" wypłynęły trzy nagrania z tamtej sesji. Wszystkie z nich są obecne także na "Nightcap", w towarzystwie dziesięciu innych utworów, w większości zupełnie premierowych (z wyjątkiem "Critique Oblique", który stał się częścią "A Passion Play", oraz "Solitaire", czyli wczesnej, choć niemalże identycznej wersji "Only Solitaire" z "War Child"). Część z tych nagrań nie została jednak dokończona w 1972 roku - muzycy nie zdążyli zarejestrować wszystkich ścieżek wokalnych i instrumentalnych. Anderson zdecydował się na dodanie w tych miejscach nowych partii fletu, żeby utwory nie sprawiały wrażenia niedopracowanych. Dla uzupełnienia warto dodać, że wydany w 2014 roku boks "A Passion Play: An Extended Performance" zawiera oryginalne miksy większości z tych nagrań, wraz z niepublikowanymi wcześniej utworami (nieznanymi dotąd "The Big Top" i "Sailor" oraz wczesną wersję przeboju "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" z "War Child").

Pod względem stylistycznym materiał ten nie odstaje jakoś szczególnie od nagranego niedługo wcześniej "Thick as a Brick" oraz tuż potem "A Passion Play", łącząc folkowe melodie z rockowym brzmieniem i energią. Zupełnie inna jest natomiast forma - to trzynaście wyraźnie odrębnych utworów, których nie próbowano połączyć w jedną całość. Kawałki w rodzaju "Look at the Animals", "Law of the Bungle (Part I)", "Left Right", "Audition" czy "No Rehearsal" wcale nie odbiegają poziomem mocno od tego, co zespół prezentował na wydanych wówczas płytach. Wszystkie z nich zwracają uwagę całkiem wyrazistymi liniami melodycznymi oraz bardzo przyjemnym brzmieniem, w którym folkowe partie fletu i gitary akustycznej zestawiono z bardziej rockowym instrumentarium, a czasem wręcz hardrockowym riffowaniem. Najciekawszym momentem jest tu jednak "Critique Obligue", czyli jedna z najbardziej złożonych, prawdziwie prog-rockowych kompozycji zespołu, momentami nasuwająca nawet skojarzenia z Gentle Giant. Tutejsza wersja jest ponad dwukrotnie dłuższa od tej z "A Passion Play" i bogatsza o folkowe elementy, dzięki czemu wypada jeszcze bardziej porywająco. Tak dobry utwór nie powinien być jedynie fragmentem większego, w dodatku niezbyt spójnego i przez dużą część czasu nie tak dobrego dzieła. Całości dopełnia kilka przyjemnym instrumentalnych kawałków, z pośród których najlepiej bronią się te o najbardziej folkowym zabarwieniu: "Animelée", "Tiger Toon" oraz "Law of the Bungle (Part II)", choć ostatni z nich mógłby być krótszy.

Druga płyta to już odrzuty z późniejszych lat. Choć po wydaniu "Living in the Past" i "20 Years of Jethro Tull" mogłoby się wydawać, że w archiwach nie pozostało już nic z lat 70., udało się wygrzebać kilka nagrań z tego okresu. Największą perłą okazuje się "Broadford Bazaar" z sesji "Heavy Horses" - urocza piosenka z bardzo melodyjną partią wokalną Andersona oraz klimatycznym, folkowym akompaniamentem gitary akustycznej i fletu. Na wspomnianym albumie znalazłby się niejeden słabszy utwór, więc naprawdę trudno zrozumieć decyzję o odrzuceniu tego nagrania. Nie najgorzej prezentuje się też zadziorny brzmieniowo, ale dość chwytliwy "Paradise Steakhouse" - odrzut z nienajlepszego przecież "War Child". Pochodzące z tej samej sesji "Sealion II" i "Quartet" to już nie do końca udane eksperymenty z syntezatorami. Zaskakująco przeciętnie wypada też "A Small Change" z okresu "Minstrel in the Gallery", składający się ze zbyt emfatycznego śpiewu Andersona oraz zupełnie bezbarwnych partii gitary akustycznej i pianina. Cała reszta materiału to już nagrania z kolejnych dekad, które zdecydowanie nie były dobrym okresem dla Jethro Tull. W latach 80. zespół usilnie, lecz nieumiejętnie próbował grać na czasie, wplatając tandetne brzmienia elektroniczne (np. "The Curse", "Commons Brawl", "Crew Nights") lub naśladując patenty Dire Straits (np. "Piece of Cake", "Silver River Turning", "Lights Out"). Dla odmiany, w latach 90. muzycy zaczęli grać bardziej zachowawczo, w stylu bliższym klasycznych dokonań, ale proponując strasznie bezbarwne kawałki (np. "No Step", "I Don't Want to Be Me", "Track Stop Runner"). Skoro już wydawane od 1982 roku albumy zespołu prezentują niski poziom, to jakie mogą być odrzuty z nich? 

"Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991" sprawdza się jako uzupełnienie dyskografii Jethro Tull z pierwszego ćwierćwiecza działalności. Udało się chyba całkiem wyczerpać temat niewydanych do tamtej pory nagrań studyjnych. Inna kwestia to jakość tego materiału. Jak to zwykle bywa w przypadku zbiorów odrzutów, zdarzają się perły, ale poziom jest bardzo zróżnicowany. Naprawdę dobrze wypada praktycznie cały pierwszy dysk. Materiał z Château d'Hérouville podoba mi się nawet bardziej od zawartości kilku następnie nagranych albumów (od "A Passion Play" do "Too Old to Rock'n'Roll; Too Young to Die!"). Niestety, z drugiej płyty jedynie "Broadford Bazaar" i ewentualnie "Paradise Steakhouse" trzymają zbliżony poziom, a cała reszta to już ewidentne odpadki, pochodzące ze słabszych okresów w historii Jethro Tull. Jeśli jednak jest się wielbicielem zespołu, to zdecydowanie warto sięgnąć po tę kompilację. 

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Nightcap: The Unreleased Masters 1973-1991" (1993)

CD1 ("My Round: Chateau d'Isaster Tapes"): 1. First Post; 2. Animelée; 3. Tiger Toon; 4. Look at the Animals; 5. Law of the Bungle (Part I); 6. Law of the Bungle (Part II); 7. Left Right; 8. Solitaire; 9. Critique Oblique; 10. Post Last; 11. Scenario; 12. Audition; 13. No Rehearsal
CD2 ("Your Round: Unreleased and Rare Tracks"): 1. Paradise Steakhouse; 2. Sealion II; 3. Piece of Cake; 4. Quartet; 5. Silver River Turning; 6. Crew Nights; 7. The Curse; 8. Rosa on the Factory Floor; 9. A Small Cigar; 10. Man of Principle; 11. Commons Brawl; 12. No Step; 13. Drive on the Young Side of Life; 14. I Don't Want to Be Me; 15. Broadford Bazaar; 16. Lights Out; 17. Truck Stop Runner; 18. Hard Liner

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, instr. klawiszowe, saksofon; Martin Barre - gitara; John Evan - instr. klawiszowe (CD1, CD2: 1,2,4), akordeon (CD2: 2); Jeffrey Hammond - gitara basowa (CD1, CD2: 1,2,4), kontrabas (CD2: 4), wokal (CD2: 2); Barriemore Barlow - perkusja (CD1, CD2: 1,2,4); John Bundrick - instr. klawiszowe (CD2: 3,5,8); David Palmer - instr. klawiszowe (CD2: 4,9); Peter-John Vettese - instr. klawiszowe (CD2: 6,13); Dave Pegg - gitara basowa (CD2: 3,5-8,10-14,16-18), mandolina (CD2: 11); Matthew Pegg - gitara basowa (CD2: 17); Doane Perry - perkusja (CD2: 3,5,8,14)Gerry Conway - perkusja (CD2: 6,7,10-13,16); Scott Hunter - perkusja (CD2: 17)
Producent: Ian Anderson


6 sierpnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)



"BBC Sessions" to pierwsze pośmiertne wydawnictwo Rory'ego Gallaghera, który zmarł 14 czerwca 1995 roku. w wyniku komplikacji po przeszczepie wątroby. Na ponad dwugodzinny, dwupłytowy album trafiły nagrania pochodzące z archiwów BBC. Ich wyselekcjonowaniem zajął się osobiście Dónal Gallagher, młodszy brat i wieloletni menadżer artysty. Pierwszy dysk wypełniają fragmenty regularnych występów. Aż dziewięć z dziesięciu utworów zarejestrowano w latach 1973-77, a wiec w okresie największych sukcesów komercyjnych Irlandczyka, któremu towarzyszyli wówczas basista Gerry McAvoy, klawiszowiec Lou Martin oraz perkusista Rod de'Ath. Dwóch ostatnich nie usłyszymy w "Cruise on Out", zarejestrowanym w 1979 roku, z Tedem McKenną na bębnach. Na koncertach, szczególnie w tamtej dekadzie, Gallagher grał zawsze z niesamowitą energią, pasją i zaangażowaniem. Słychać to i tutaj. Wspaniale wypadają takie utwory, jak wykonane z ogromnym luzem "Calling Card" i "Jack-Knife Beat" czy pełen dramatyzmu "What in the World" - interpretacja tradycyjnego bluesa, nieobecnego na żadnym z poprzednich albumów. Reszta płyty to głównie rockowe czadowanie (np. "Country Mile", "Used to Be" czy "I Take What I Want"), uzupełnione jeszcze jednym bluesowym standardem w średnim tempie, "Garbage Man". Niestety, brzmienie dużej części tego materiału nie jest najlepsze, czasem wręcz bootlegowe. 

Druga płyta to już fragmenty radiowych sesji - na żywo, ale bez udziału publiczności. Tu również dominują nagrania klasycznego kwartetu. Aż cztery pochodzą z nienajlepszego przecież "Blueprint" ("Race the Breeze", "Hands Off", "Seventh Son of a Seventh Son", "Daughter of the Everglades"). Jednak w tych surowszych, ale zagranych z większym zaangażowaniem wersjach wypadają o wiele lepiej. Co istotne, tych utworów nie ma na żadnej koncertówce Gallaghera, więc tylko tutaj można je usłyszeć w tak dobrych wersjach. Cieszy też obecność rewelacyjnego "Crest of a Wave" z "Deuce" oraz bardzo przyjemnie jazzującego "They Don't Make Them Like You Anymore" z "Tattoo" - kolejnych kompozycji, które również nie gościły często w setliście koncertów. Z tego samego okresu pochodzi też energetyczne wykonanie "Feel So Bad" z repertuaru Chucka Willisa. To jeden z kilku obecnych tu standardów bluesowych, których Rory nie nagrał nigdy w studiu. Pozostałe to "When My Baby She Left Me" Sonny'ego Boya Williamsona I, zarejestrowany dużo później, z perkusistą Brendanem O'Neillem, a także "Tore Down" Sonny' ego Thompsona oraz tradycyjne "It Takes Time" i "Hoodoo Man", nagrane jeszcze z oryginalnym bębniarzem Wilgarem Campbellem. Z tak odległych czasów pochodzi też bardzo ładna ballada "For the Last Time" - kolejny utwór, który nie wiedzieć czemu bardzo szybko wypadł z setlisty.

"BBC Sessions" to obszerne wydawnictwo, którego zdecydowanie nie powinien pomijać żaden wielbiciel Rory'ego Gallaghera. Z jednej strony zawarte są tutaj bardzo fajne wersje jego mniej popularnych kompozycji, a z drugiej - interpretacje bluesowych standardów, z których wiele nie pojawiło się na żadnym z pozostałych albumów Irlandczyka. Natomiast nie polecam sięgać po tę kompilację, jeśli nie jest się fanem artysty. Na początek sugerowałbym bardziej esencjonalne albumy, jak eponimiczny debiut, "Deuce" czy, szczególnie, koncertowy "Irish Tour '74". Jeśli one nie przekonają do bycia wielbicielem Gallaghera, to tym bardziej nie sprawi tego "BBC Sessions".

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)

CD1 ("In Concert"): 1. Calling Card; 2. What in the World; 3. Jacknife Beat; 4. Country Mile; 5. Got My Mojo Working; 6. Garbage Man; 7. Roberta; 8. Used to Be; 9. I Take What I Want; 10. Cruise On Out
CD2 ("Studio"): 1. Race the Breeze; 2. Hands Off; 3. Crest of a Wave; 4. Feel So Bad; 5. For the Last Time; 6. It Takes Time; 7. Seventh Son of a Seventh Son; 8. Daughter of the Everglades; 9. They Don't Make Them Like You; 10. Tore Down; 11. When My Baby She Left Me; 12. Hoodoo Man

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Lou Martin - instr. klawiszowe (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Rod de'Ath - perkusja (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Ted McKenna - perkusja (CD1: 10); Wilgar Campbell - perkusja (CD2: 5,6,10,12); Brendan O'Neill - perkusja (CD2: 11)
Producent: Donal Gallagher


4 sierpnia 2015

[Recenzja] Jeff Beck - "Wired" (1976)



Na następcy słynnego "Blow by Blow" Jeff Beck jeszcze dalej zapuszcza się w klimaty jazzowo-funkowe. Gitarzysta zaprosił nawet do współpracy takich muzyków, jak Jan Hammer i Narada Michael Walden, którzy w różnym czasie byli członkami Mahavishnu Orchestra. W nagraniach brał też udział doświadczony basista Wilbur Bascomb, jazzowy perkusista Ed Greene, a także znani już z poprzedniego albumu Max Middleton i Richard Bailey. Na repertuar złożyły się aż cztery kompozycje Waldena, po jednej Middletona ("Led Boots"), Bascomba ("Head for Backstage Pass") i Hammera ("Blue Wind"), a całości dopełniło wykonanie jazzowego standardu "Goodbye Pork Pie Hat" autorstwa Charlesa Mingusa. Lider tym razem nie podpisał się pod żadnym utworem, co jednak trudno uznać za zaskoczenie. Beck bywał kompozytorem z konieczności, a nie dlatego, że miał do tego szczególne predyspozycje. Mówiąc wprost, to zdolny instrumentalista bez talentu do tworzenia muzyki.

"Wired" to wciąż, jak na "Blow by Blow", ta uproszczona, komercyjna odmiana fusion, z nieco plastikowym brzmieniem oraz dość pretekstowymi kompozycjami. Z reguły sprowadzają się do rozbudowanych popisów lidera (rzadziej innych muzyków), którym towarzyszy niezbyt charakterystyczny akompaniament - utwory przeważnie pozbawione są wyrazistych motywów i często trudne do rozróżnienia między sobą. Jednak słucha się tego całkiem nieźle jako muzyki stricte użytkowej. Energetyczne, oparte na funkowym pulsie kawałki w rodzaju "Led Boots", "Come Dancing" czy "Play with Me", całkiem fajnie bujają i mogłyby świetnie sprawdzić się na jakiejś imprezie w klimacie lat 70. Album ma też bardziej subtelne oblicze. Finałowy "Love Is Green", częściowo oparty na brzmieniu akustycznych instrumentów, wypada dość naiwnie, ale ma też pewien urok. Poza wszelką konkurencją jest natomiast "Goodbye Pork Pie Hat", bo to jedyna kompozycja z prawdziwego zdarzenia, w przeciwieństwie do pozostałych utworów posiadająca charakterystyczny temat przewodni. Oczywiście, wersja Becka nie może równać się z wykonaniami Mingusa, które są o wiele bardziej wysmakowane zarówno pod względem brzmienia, jak i gry instrumentalistów. To jednak wciąż wyjątkowo zgrabne nagranie, z przykuwającą uwagę solówką lidera.

"Wired" to przykład albumu, którego pomimo pewnych dość istotnych wad jestem w stanie słychać bez niepożądanych skutków ubocznych, a nawet z umiarkowaną przyjemnością, choć zdecydowanie nie jest to coś, do czego chciałbym wracać. Jest to też niestety longplay, na którym bardzo wyraźnie dają się we znaki wszelkie ułomności skomercjalizowanego fusion, ale też problem większości płyt Jeffa Becka, czyli kompletnie nijakie kompozycje. Oczywiście, chlubny wyjątek stanowi "Goodbye Pork Pie Hat". Zresztą przeróbki zawsze były najmocniejszymi punktami w dyskografii Becka i jego zespołów.

Ocena: 6/10



Jeff Beck - "Wired" (1976)

1. Led Boots; 2. Come Dancing; 3. Goodbye Pork Pie Hat; 4. Head for Backstage Pass; 5. Blue Wind; 6. Sophie; 7. Play with Me; 8. Love Is Green

Skład: Jeff Beck - gitara; Max Middleton - instr. klawiszowe (1-4,6,7); Jan Hammer - syntezator (1,2,5,7), perkusja (5); Wilbur Bascomb - gitara basowa; Narada Michael Walden - perkusja (1,2,6,7), pianino (8); Richard Bailey - perkusja (3,4); Ed Greene - perkusja (2)
Producent: George Martin i Chris Bond (1-4,6-8); Jan Hammer (5)


2 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)



Album "Eat a Peach" ukazał się pomiędzy dwiema tragediami. Najpierw, 29 października 1971 roku, w wypadku motocyklowym zginął Duane Allman. Gitarzysta znacznie przekroczył dozwoloną prędkość i nie zdążył wyhamować, gdy na skrzyżowaniu zatrzymała się jadąca przed nim ciężarówka. Początkowo wydawało się, że nie odniósł większych urazów, ale obrażenia wewnętrzne okazały się tak poważne, że zmarł jeszcze tego samego wieczora. Do drugiej tragedii doszło trochę ponad rok później, 11 listopada 1972 roku - w niemal identycznych okolicznościach i zaledwie trzy przecznice od miejsca wypadku Allmana - zginął basista Berry Oakley. Obaj muzycy w chwili śmierci mieli zaledwie po 24 lata.

Dwupłytowy "Eat a Peach" w znacznej części składa się z materiału zarejestrowanego jeszcze z udziałem Duane'a Allmana. Przede wszystkim trafiły tutaj dwa koncertowe nagrana, które nie zmieściły się na "At Fillmore East", pochodzące z tych samych występów w nowojorskim Fillmore East z marca 1971 roku. "Mountain Jam" to ponad półgodzinna improwizacja, którą na wydaniach winylowych rozdzielono na strony B i D, a na edycjach kompaktowych zamieszono w oryginalnym kształcie. Co ciekawe, jej pierwsze dźwięki słychać też na "At Fillmore East", podczas nagłego wyciszenia po "Whipping Post". Całość luźno upiera się na kompozycji "There Is a Mountain" Donovana, pojawia się też cytat z "Third Stone from the Sun" Hendrixa. Wszyscy instrumentaliści grają tutaj porywające solówki, ale też wzorowo ze sobą współpracują. Nie ma tu żadnego nadęcia, jest to bardzo wyluzowane, bezpretensjonalne granie. "Trouble No More" z repertuaru Muddy'ego Watersa jest już zdecydowanie bardziej zachowawczy, bliski wersji z debiutanckiego albumu zespołu, jednak dużo tracący przez słabsze brzmienie. Z koncertu pochodzi też "One Way Out" Sonny'ego Boya Williamsona II i Elmore'a Jamesa, ale to już nagranie z czerwca, z pożegnalnej imprezy przed zamknięciem Fillmore East. To całkiem fajny bluesowy kawałek, zagrany z dużą energią i kilkoma świetnymi solówkami.

We wrześniu zespół wykorzystał chwilową przerwę od koncertów na pracę w studiu. Muzycy, ponownie wsparci przez Toma Dowda, zdążyli nagrać trzy utwory. Wszystkie trafiły na ten album. "Stand Back", wspólna kompozycja Gregga Allmana i Berry'ego Oakleya. to kolejny przyjemny kawałek bluesrockowy, zwracający uwagę wyraźną linią basu oraz świetnymi partiami Duane'a wykonanymi techniką slide. Podobno dopiero po nagraniu tego utworu gitarzysta był w pełni zadowolony ze swojej gry tym sposobem. W kompozycji Dickeya Bettsa "Blue Sky" obaj gitarzyści grają naprawdę ładne solówki, jednak piosenkowa część tego kawałka - z debiutującym w roli wokalisty Bettsem - wypada strasznie banalnie i zalatuje sztampowym country. "Little Martha" to z kolei jedyny utwór zespołu podpisany przez Duane'a Allmana. Tak właściwie jest to instrumentalna miniaturka, będąca solowym popisem muzyka na gitarze akustycznej. Kompletnie nie przypomina to innych nagrań The Allman Brothers Band, ale to jedna z najładniejszych rzeczy na ich płytach. Co ciekawe, Duane stworzył ten utwór pod wpływem swojego snu, w którym ukazał mu się Jimi Hendrix, pokazujący gitarowy chwyty za pomocą granu.

Po śmierci starszego z braci Allmanów, rozważano zakończenie kariery. Zamiast tego muzycy zdecydowali się na co najmniej półroczną przerwę. Jednak bezczynność im nie służyła i już po niespełna miesiącu powrócili do koncertowania, a w grudniu kontynuowali pracę nad nowym album. Zarejestrowali trzy kolejne utwory, które zresztą wypełniają pierwszą stronę tego wydawnictwa. Dwa z nich napisał Gregg Allman. "Ain't Wastin' Time No More" zaczął tworzyć przed śmiercią swojego brata, ale to wydarzenie wpłynęło na ostateczny kształt tekstu. Pod względem muzycznym jest to dość energiczne nagranie w wyluzowanym klimacie południowych Stanów. Hołdem dla zmarłego muzyka są partie gitary slide, za które wyjątkowo odpowiada Betts. Znacznie starszą kompozycją jest "Melissa". Gregg napisał ten utwór już w 1967 roku, jednak nie planował włączyć go do repertuaru grupy. Faktycznie, nie jest to kawałek w jej stylu - subtelna, akustyczna ballada, charakteryzująca się naprawdę ładną melodią. Gregg zdecydował się zaprezentować go pozostałym muzykom, ponieważ był to jeden z ulubionych utworów jego brata. Całości dopełnia dziewięciominutowy "Les Brers in A Minor" Bettsa - kolejny porywający instrumental o lekko jazzującym charakterze, udany następca "In Memory of Elizabeth Reed" z "Idlewild South".
 
"Eat a Peach" to zarówno suplement do "At Fillmore East", jak i trzeci album studyjny The Allman Brothers Band. Przy czym koncertowy materiał nie osiąga wyżyn wspomnianej koncertówki, a studyjny nie jest tak bezbłędny, jak eponimiczny debiut. Jednak razem stanowią bardzo udane uzupełnienie wcześniejszych wydawnictw, przypominając w czym oryginalne wcielenie zespołu było najlepsze. Jednocześnie, szczególnie w takich kawałkach, jak "Ain't Wastin' Time No More" czy "Blue Sky", podsuwa pewne wskazówki, czego spodziewać się po kolejnych albumach. 

Ocena: 8/10



The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)

LP1: 1. Ain't Wastin' Time No More; 2. Les Brers in A Minor; 3. Melissa; 4. Mountain Jam (live)
LP2: 1. One Way Out (live); 2. Trouble No More (live); 3. Stand Back; 4. Blue Sky; 5. Little Martha; 6. Mountain Jam - Continued (live)

Skład: Gregg Allman - wokal, instr, klawiszowe, gitara; Duane Allman - gitara (LP1: 4, LP2: 1-6); Dickey Betts - gitara, wokal (LP2: 4); Berry Oakley - gitara basowa; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd