28 sierpnia 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)



Kariera Jimiego Hendrixa była bardzo krótka, lecz niezwykle intensywna. Zarejestrowanego podczas tych czterech lat materiału (zarówno studyjnego, jak i koncertowego) starczyło na dziesiątki pośmiertnych albumów wydawanych przez kolejne dekady. Nawet obecnie, po niemal pięćdziesięciu latach od śmierci tego wybitnego gitarzysty, wciąż ukazują się kolejne ekscytujące wydawnictwa. Takie, jak np. właśnie wydany "Freedom: Atlanta Pop Festival". Jest to zapis występu z tytułowego festiwalu, który miał miejsce 4 lipca 1970 roku. Jego mniej lub bardziej obszerne fragmenty były już wcześniej dostępne na różnych wydawnictwach, lecz "Freedom..." jest z nich wszystkich najbardziej kompletny (aczkolwiek, podobnie jak poprzednie, nie zawiera granego wówczas "Hey Baby (New Rising Sun)"). Album jest sygnowany nazwą Jimi Hendrix Experience, jednak zespół ten przestał istnieć w 1969 roku, gdy Hendrix zakończył współpracę z Noelem Reddingiem. Występujący tutaj skład, z basistą Billym Coxem i perkusistą Mitchem Mitchellem, oficjalnie nie używał żadnej nazwy, choć niektórzy promotorzy wykorzystywali do promocji szyld Jimi Hendrix Experience.

Repertuar ówczesnych koncertów Hendrixa składał się z utworów obu jego wcześniejszych grup, Experience i Band of Gypsys, a także z nowych kompozycji, które miały znaleźć się na nigdy nieukończonym (przynajmniej według wizji samego Jimiego) albumie "First Rays of the New Rising Sun". Nie inaczej było podczas występu w Atlancie. Trio postawiło przede wszystkim na żywiołowe, rockowe granie. Całość rozpoczyna ogniste wykonanie "Fire", któremu pod względem czadu bynajmniej nie ustępują tutejsze wersje takich utworów, jak "Spanish Castle Magic", "Freedom", "Foxy Lady", "Purple Haze", "Stone Free", czy zagranego na finał "Straight Ahead". Mnóstwo energii zawierają także funkujące kompozycje z czasów Band of Gypsys - "Lover Man", "Room Full of Mirrors" i "Message to Love". Najbardziej porywająco wypadają tu jednak trzy rozbudowane bluesy - "Red House", "Hear My Train a Comin'" i "Voodoo Child". Ich wykonania są bardzo swobodne, pełne ekscytujących solówek Hendrixa, doskonale uzupełnianych niebanalną grą sekcji rytmicznej. Tak właśnie powinno się grać na koncertach! Niestety, nie wszystko jest tu takie idealne. Zaskakująco słabo wypada tutejsze wykonanie "All Along the Watchtower" (studyjna wersja z "Electric Ladyland" to jeden najwspanialszych utworów wszech czasów!). Wyraźnie odczuwa się brak drugiej gitary, a solówki Jimiego są trochę zbyt bałaganiarskie. W dodatku jakość brzmienia jest tu zdecydowanie słabsza, niż w innych utworach. Bardzo dobrze wypada za to inny wielki przebój, "Hey Joe". Dzięki porywającym solówkom i mocnej grze sekcji rytmicznej, jest znacznie ciekawszy niż w - niezbyt przeze mnie lubianej - wersji studyjnej.

Jimi Hendrix na żywo był klasą sam dla siebie. Na "Freedom: Atlanta Pop Festival" jest w naprawdę doskonałej formie, podobnie zresztą jak Cox i Mitchell. Dobór utworów na tym koncercie to prawdziwe "the best of...", a ich wykonanie jest, z jednym wyjątkiem, perfekcyjne. Jakość brzmienia jest różna w zależności od utworu, ale zwykle nie można się do niego przyczepić. Jak na materiał sprzed prawie pięćdziesięciu lat, który nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płycie, brzmienie jest naprawdę dobre. "Freedom: Atlanta Pop Festival" zachwyci każdego wielbiciela Hendrixa, rocka z przełomu lat 60. i 70., oraz koncertowych improwizacji. 

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)

Disc I: 1. Fire; 2. Lover Man; 3. Spanish Castle Magic; 4. Red House; 5. Room Full of Mirrors; 6. Hear My Train a Comin'; 7. Message to Love
Disc II: 1. All Along the Watchtower; 2. Freedom; 3. Foxy Lady; 4. Purple Haze; 5. Hey Joe; 6. Voodoo Child (Slight Return); 7. Stone Free; 8. Star Spangled Banner; 9. Straight Ahead

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa, dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Eddie Kramer, Janie Hendrix i John McDermott


26 sierpnia 2015

[Recenzja] Motörhead - "Bad Magic" (2015)



Za recenzję tego longplaya wystarczyłoby jedno słowo: Motörhead. Bo z grupą Lemmy'ego jest niemal jak z AC/DC, tylko nowe albumy ukazują się zdecydowanie częściej, regularnie co dwa lata. Poza tym wszystko się zgadza. Poszczególne albumy Motörhead różnią się od siebie praktycznie tylko tytułem, okładką, tytułami utworów i składem. Muzycznie jest bez zmian. Czasem pojawi się jakaś ballada, akustyczny blues lub inne niewielkie urozmaicenie, ale większość utworów to nic więcej, jak kolejne wersje "Ace of Spades". Riffy, solówki i melodie (czasem nawet tempo) są niby różne, ale utrzymane w tej samej, mocno ograniczającej konwencji. Nie inaczej jest na najnowszym dziele grupy, "Bad Magic" - 22. studyjnym albumie w jej dyskografii.

Już od pierwszych sekund grupa daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, niczym zaskakiwać. "Victory or Die" to stuprocentowy Motörhead - szybkie tempo, ciężkie brzmienie i charakterystyczny, zachrypnięty wokal Lemmy'ego. Chociaż akurat jeśli chodzi o ten ostatni element, to pewną różnicę słychać, nawet w porównaniu z wydanym dwa lata temu albumem "Aftershock" - wokalista jest tutaj jeszcze bardziej zachrypnięty i jakby zmęczony. To pewnie efekt jego złego stanu zdrowia, o czym głośno było ostatnio w mediach. Muzycznie jest jednak jak zwykle bardzo energetycznie i ciężko uwierzyć, że średnia wieku grających tutaj muzyków wynosi 58 lat! Gdyby tylko troszkę bardziej dbali o różnorodność utworów... Przy pierwszym przesłuchaniu "Thunder & Lightning" miałem wrażenie, że przez przypadek jeszcze raz odtworzony został poprzedni kawałek - dopiero w refrenie wyraźniej słychać, że to jednak inny utwór. "Fire Storm Hotel" rozpoczyna się od bardziej wyrazistego riffu, tempo jest nieco wolniejsze, ale ciężko uznać to za wielkie urozmaicenie. Tym bardziej, że linia wokalna jest identyczna jak w dwóch poprzednich kawałkach. A i w kolejnych nie ma co liczyć na większe zróżnicowanie w tej kwestii.

Po przesłuchaniu "Bad Magic" odnoszę wrażenie, że zespół tym razem miał zamiar postawić przede wszystkim na energię i czad, maksymalnie ograniczając liczbę "niespodzianek" (których na "Aftershock" było całkiem sporo). Na pierwszą z nich trzeba czekać aż do utworu numer dziewięć. "Till the End" to klasyczna rockowa ballada, w warstwie muzycznej wyróżniająca się czystszym brzmieniem. Nawet wokal Lemmy'ego brzmi tutaj bardziej melodyjnie - chociaż nie jest to czysty śpiew, jak w "Dust and Glass" z poprzedniego albumu, a typowe dla tego muzyka chrypienie. Od reszty albumu odstaje również "When the Sky Comes Looking for You", w którym położono większy nacisk na warstwę melodyczną. Z kolei "Choking on Your Screams" zwraca uwagę nawiedzoną partią wokalną (w stylu utworu "Orgasmatron"). Na tle całości na pewno wyróżnia się także "Sympathy for the Devil", czyli cover jednego z największych przebojów The Rolling Stones. Wersja Motörhead jest wierna oryginałowi, jedynie zaostrzono brzmienie i... zepsuto wszystko okropną partią wokalną. Oczywiście, Lemmy nawet za swoich najlepszych lat nie zaśpiewałby tego utworu tak, jak Mick Jagger, ale to, co tutaj zaprezentował, woła o pomstę do nieba (a może raczej piekła?). Wyłącznie jako ciekawostkę należy natomiast potraktować fakt, że w "The Devil" gitarową solówkę zagrał Brian May. Były gitarzysta Queen tak bardzo wczuł się w styl Motörhead, że jego partia równie dobrze mogła wyjść spod palców Phila Campbella.

"Bad Magic" to album, który z pewnością zachwyci wszystkich wielbicieli Motörhead, nie oczekujących od zespołu nic więcej oprócz kolejnej porcji prostych, ciężkich i energetycznych kawałków. Jedynie zasmucić ich może kiepska forma wokalna Lemmy'ego. Album nie ma natomiast żadnych szans, aby zainteresować ludzi, których nie zainteresowały poprzednie wydawnictwa grupy. Na pewno nie jest też pozycją, od której polecałbym zacząć poznawanie dyskografii Motörhead - lepiej rozpocząć od klasycznych "Overkill" i "Ace of Spades", najbardziej dopracowanego "Another Perfect Day", lub wspomnianego już "Aftershock", na którym muzycy pokazali większą wszechstronność.

Ocena: 5/10



Motörhead - "Bad Magic" (2015)

1. Victory or Die; 2. Thunder & Lightning; 3. Fire Storm Hotel; 4. Shoot Out All of Your Lights; 5. The Devil; 6. Electricity; 7. Evil Eye; 8. Teach Them How to Bleed; 9. Till the End; 10. Tell Me Who to Kill; 11. Choking on Your Screams; 12. When the Sky Comes Looking for You; 13. Sympathy for the Devil

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Gościnnie: Brian May - gitara (5)
Producent: Cameron Webb


22 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)



W 1976 roku doszło do nieuniknionego rozpadu The Allman Brothers Band. Nieuniknionego, ze względu na pogarszające się stosunki pomiędzy poszczególnymi muzykami. Po rozpadzie niemal wszyscy skupili się na nowych muzycznych projektach: Gregg Allman stworzył The Gregg Allman Band, Dickey Betts powołał do życia Great Southern, a Chuck Leavell, Lamar Williams i Jai Johanny Johanson połączyli siły pod szyldem Sea Level. Dawne urazy dość szybko dały o sobie zapomnieć i już w 1978 roku na kilku koncertach Great Southern gościnnie pojawili się Allman, Johanson i Butch Trucks. Od tego był już tylko krok do reaktywacji The Allman Brothers Band. Jedynie Leavell i Williams nie byli zainteresowani powrotem. W rezultacie zaangażowano dwóch muzyków z Great Southern: nowym basistą został David Goldflies, zaś zamiast klawiszowca w końcu przyjęto drugiego gitarzystę, Dana Tolera.

Pierwszy album tego składu, "Enlightened Rogues", powstał przy pomocy dawnego współpracownika grupy, Toma Dowda. To z nim jako producentem nagrali swoje najsłynniejsze albumy, "At Fillmore East" i "Eat a Peach" (a także "Idlewild South"). I być może właśnie dzięki niemu, "Enlightened Rogues" pod względem stylistycznym jest właśnie powrotem do tamtych czasów. Czasów, gdy grupa grała (głównie) porywający blues rock i nie traciła czasu na eksperymenty z muzyką country. Co prawda, album nie jest pozbawiony słabszych momentów, ale jako całość wypada ciekawiej od dwóch poprzednich ("Brothers and Sisters" i - zwłaszcza - "Win, Lose or Draw"). Więcej tutaj energii i wyczuwalnej radości z grania.

Początek albumu niestety nie jest zbyt zachęcający. "Crazy Love" to The Allman Brothers Band w najgorszym, najbardziej komercyjnym wydaniu - bardzo banalny kawałek z gościnnym udziałem wokalistki Bonnie Bramlett. Wystarczy dodać, że jest to drugi (po "Ramblin' Man") największy przebój zespołu w Stanach, a sukces komercyjny na tamtejszym rynku muzycznym rzadko idzie w parze z sukcesem artystycznym. Na pewno nie w tym przypadku. "Can't Take It With You" to już utwór znacznie bardziej udany, o surowym, zadziornym brzmieniu i bardzo chwytliwej, ale nie banalnej melodii. Instrumentalny "Pegasus" to z kolei następca takich kompozycji, jak "In Memory of Elizabeth Reed" i "Jessica", niepozbawiony świetnych popisów muzyków, choć momentami nieco się dłużący.

Dalej na albumie pojawiają się dwa covery. "Need Your Love So Bad" (oryginalnie nagrany przez Little Willie'ego Johna) to jeszcze dość zachowawczy wolny blues, ale "Blind Love" (z repertuaru B.B. Kinga) to już porywające, energetyczne granie blues rockowe z fantastycznymi solówkami gitarzystów i Gregga Allmana. "Try It One More Time" wyróżnia się funkową rytmiką, ale utwór przykuwa uwagę przede wszystkim kolejnymi wspaniałymi popisami gitarowymi i dobrą melodią. Opus magnum longplaya stanowi jednak "Just Ain't Easy". Jedyny tutaj utwór autorstwa Allmana (pod wszystkimi pozostałymi, z wyjątkiem coverów, podpisał się Betts). To przepiękna ballada, z fantastyczną, przejmującą, a momentami ocierającą się o soul, partią wokalną Gregga. W warstwie muzycznej dominują organy, ale nie brak i pięknych partii gitar. Balladowo jest także w finałowym "Sail Away". Brzmienie gitar w - naprawdę udanym - wstępie kojarzy się z Jimim Hendrixem, ale później niestety nastrój pryska. Żeński drugi wokal sprawia, że utwór dryfuje raczej w stronę solowych dokonań Erica Claptona, a to bynajmniej nie jest komplement.

Krótka przerwa w działalności i odświeżenie składu wyszło zespołowi zdecydowanie na dobre. "Enlightened Rogues" to, mimo kilku wpadek,  solidny album blues rockowy bez niepotrzebnych eksperymentów. Drążnią jedynie komercyjne zapędy muzyków w "Crazy Love" i "Sail Away", ale cóż - w 1979 roku blues rock nie cieszył się już popularnością, trzeba więc było dorzucić tu trochę banalnego popu, by longplay wszedł do notowań sprzedaży.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)

1. Crazy Love; 2. Can't Take It With You; 3. Pegasus; 4. Need Your Love So Bad; 5. Blind Love; 6. Try It One More Time; 7. Just Ain't Easy; 8. Sail Away

Skład: Gregg Allman - wokal i instr. klawiszowe; Dickey Betts - gitara, wokal; Dan Toler - gitara; David Goldflies - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Bonnie Bramlett - dodatkowy wokal (1); Jim Essery - harmonijka (2,4,5,7); Joe Lala - instr. perkusyjne (3,5,6); Mimi Hart - dodatkowy wokal (8)
Producent: Tom Dowd


20 sierpnia 2015

[Recenzja] Ghost - "Meliora" (2015)



Bezimienne upiory ze Szwecji powracają z trzecim albumem. Trudno uznać to za wielkie wydarzenie, warto jednak poświęcić mu kilka słów. Nawet jeśli cała marketingowa otoczka wokół Ghost - z ukrywaniem tożsamości muzyków pod dziecinnymi pseudonimami i przebraniami na czele - przysporzyła grupie więcej przeciwników, niż zwolenników, nie wspominając już o tym, że ciężko stwierdzić, do kogo twórczość zespołu jest właściwie skierowana. Metalowców odrzuca popowa barwa głosu Papy Emeritusa i przebojowe melodie w stylu The Beatles lub nawet grupy ABBA; z kolei dla słuchaczy popu raczej niezbyt przyswajalne jest metalowe brzmienie gitar, podobnie jak nachalne epatowanie satanizmem. A jednak, właśnie to połączenie dwóch, teoretycznie bardzo odległych muzycznych światów, czyni Ghost jednym z najciekawszych zjawisk na współczesnej scenie rockowej. Pewnie, bardzo podobnie grał niegdyś (i chyba dalej gra) zespół Blue Öyster Cult, jednak u Ghost brzmienie jest znacznie cięższe, zaś melodie - być może nawet bardziej chwytliwe.

Poprzedni album Szwedów, wydany dwa lata temu "Infestissumam", mógł budzić obawy, że zespół ma zamiar zwrócić się w stronę bardziej popowej i pogodnej muzyki. Nic z tych rzeczy. "Meliora" to nie tylko powrót mrocznego klimatu w stylu debiutanckiego "Opus Eponymous", ale także najcięższy longplay w dotychczasowej twórczości Ghost. I co najważniejsze, udało się przy tym zachować dotychczasową przebojowość. Nie zabrakło też kilku niespodzianek. Całość rozpoczyna się jednak od bardzo typowego dla grupy "Spirit" - klawiszowy wstęp kojarzący się z muzyką z horrorów, po którym wchodzi ciężki gitarowy riff i kontrastująca z nim, bardzo melodyjna partia wokalna. Utwór poprawny, choć bez rewelacji. Znacznie ciekawiej wypadają dwie kolejne kompozycje, znane już z singli poprzedzających wydanie albumu. "From the Pinnacle to the Pit" otwiera ciężka partia basu, po której rozbrzmiewa całkiem chwytliwy motyw przewodni; w dalszej części utwór łączy ciężkie zwrotki z metalowym riffowaniem z bardzo chwytliwym refrenem. Bardzo ciężko, jak na ten zespół, wypada także "Cirice". Rozbudowany wstęp, ze stopniowo budowanym napięciem, przywodzi na myśl wolniejsze utwory Slayera ("South of Heaven", "Seasons in the Abyss") i nawet typowa dla Ghost partia wokalna w zwrotkach nie odbiera utworowi nic z jego ciężaru - jedynie w refrenach robi się bardziej delikatnie, popowo. To chyba najlepszy, najbliższy doskonałości utwór w dotychczasowym dorobku zespołu. Kompozycja, aranżacja, melodia - wszystko jest tutaj na najwyższym poziomie.

Wspominałem o niespodziankach. Pierwszą z nich jest "Spöksonat". To niespełna minutowa, instrumentalna miniaturka, zaaranżowana na gitarę akustyczną, z delikatnym klawiszowym tłem. Stanowi ona wstęp do kolejnego utworu, "He Is", w którego instrumentarium również dominuje gitara akustyczna i klawisze. Nie przypomina to niczego, co zespół nagrał wcześniej (chociaż dzięki partii wokalnej od razu słychać, że to Ghost). Wszystko wraca do normy w cięższym "Mummy Dust". Chociaż... Wokal Papy Emeritusa brzmi tutaj bardziej złowieszczo, zaś partie klawiszy kojarzą się z latami 80., co stanowi kolejną niespodziankę - do tej pory zespół preferował raczej klawiszowe brzmienia w stylu filmów grozy lub rocka z przełomu lat 60./70. Następny utwór, "Majesty", rozpoczyna się niemal jak kompozycja Deep Purple - klasycznie hard rockowym riffem wspartym organowym tłem. Później jednak dryfuje w bardziej typowe dla Ghost rejony. Kawałek wyróżnia się kolejnym bardzo chwytliwym refrenem, tym razem o nieco bardziej podniosłym charakterze. "Devil Church" to znów minutowa miniaturka, tym razem zdominowana przez organy i niby kościelne chóry. "Absolution" to jeszcze jeden przykład łączenia ciężkich zwrotek z melodyjnym refrenem, a dodatkowo pojawia się tu znów nieco elektroniki w klimacie lat 80. Do muzyki z tej dekady najbliżej jest jednak w finałowym "Deus in Absentia" - najbardziej piosenkowym i przebojowym utworze na albumie, któremu najbliżej do bardziej pogodnego grania z poprzedniego longplaya. Chociaż odrobina mroku też się pojawia - we fragmentach śpiewanych a capella przez chór.

"Meliora" zawiera wszystkie zalety poprzednich dwóch albumów, jednocześnie wprowadzając do twórczości Ghost nowe elementy. Longplay pokazuje, że zespół cały czas się rozwija, nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego stylu. Bez wątpienia jest to pozycja warta poznania. Na chwilę obecną, "Meliora" mieści się na podium mojej listy najlepszych albumów wydanych w 2015 roku.

Ocena: 8/10



Ghost - "Meliora" (2015)

1. Spirit; 2. From the Pinnacle to the Pit; 3. Cirice; 4. Spöksonat; 5. He Is; 6. Mummy Dust; 7. Majesty; 8. Devil Church; 9. Absolution; 10. Deus in Absentia

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghoul - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul - perkusja; Nameless Ghoul - instr. klawiszowe
Producent: Klas Åhlund


14 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)



Muzycy The Allman Brothers Band i producent Johnny Sandlin zgodnie przyznają, że "Win, Lose or Draw" był najtrudniejszym albumem do nagrania. Sesje ciągnęły się przez wiele miesięcy, a w studiu rzadko kiedy przebywali wszyscy muzycy na raz. Najbardziej zaangażowani w nagrania byli Jai Johanny Johanson, Chuck Leavell i Lamar Williams (ostatni z nich żartował, że powinni zmienić nazwę na We Three). Gregg Allman i Dickey Betts niedługo wcześniej postanowili rozpocząć kariery solowe, które stały się dla nich priorytetem. Z drugiej strony, to właśnie oni, tradycyjnie, podpisani są jako kompozytorzy wszystkich utworów (z wyjątkiem dwóch coverów).

Początek longplaya jest całkiem niezły. Mocna, zaostrzona wersja "Can't Lose What You Never Had" (oryginalnie wykonywanego przez Muddy'ego Watersa) to blues rock w najlepszym wydaniu. Jest w nim i rockowa energia, i bluesowy klimat, i interesujące popisy muzyków - szczególnie Bettsa i Leavella, chociaż sekcja rytmiczna bynajmniej nie ogranicza się do prostego podkładu. W podobnym stylu utrzymany jest również "Nevertheless". Wypada on już nieco mniej efektownie, ale broni się na tle całości. To jeden z dwóch utworów napisanych na ten album przez Gregga Allmana, wyróżniający się całkiem chwytliwą (był pierwszym promującym go singlem), lekko funkową melodią. Wokalista opowiada także za tytułowy "Win, Lose or Draw" - raczej nudną balladę, instrumentalnie zdominowaną przez dźwięki pianina.

Longplay przynosi także dwa kolejne utwory Bettsa w stylu country: "Just Another Love Song" i "Louisiana Lou and Three Card Monty John". Jak już wspominałem w poprzednich recenzjach The Allman Brothers Band, nie trafia do mnie takie oblicze grupy. W dodatku wyjątkowo mdło wypada w nich śpiew Dickeya. Gitarzysta dostarczył na album jeszcze jeden utwór - "High Falls". To już rzecz zupełnie innego typu - ponad 14-minutowy, instrumentalny jam. Nie wypada jednak tak ekscytująco, jak wcześniejsze utwory tego typu. Początek jest bardzo obiecujący, pełen przepięknych gitarowych partii Bettsa. Jednak im dalej, tym utwór staje się coraz bardziej monotonny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że został wydłużony na siłę, bo muzycy nie mieli pomysłów na więcej utworów. Całości dopełnia sztampowy cover "Sweet Mama" Billy'ego Joego Shavera.

"Win, Lose or Draw" jest niestety zapisem ówczesnej sytuacji zespołu - bliskiego rozpadu, z powodu skupienia się obu kompozytorów na solowej działalności. Nic zatem dziwnego, że większość kompozycji tu zawartych wypada blado na tle wcześniejszej twórczości The Allman Brothers Band.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)

1. Can't Lose What You Never Had; 2. Just Another Love Song; 3. Nevertheless; 4. Win, Lose or Draw; 5. Louisiana Lou and Three Card Monty John; 6. High Falls; 7. Sweet Mama

Skład: Gregg Allman - wokal, organy, gitara; Dickey Betts - gitara, wokal (2,5); Lamar Williams - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal
Gościnnie: Johnny Sandlin - gitara, instr. perkusyjne; Bill Stewart - instr. perkusyjne
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


12 sierpnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Wheels Within Wheels" (2003)



Dość dziwna to kompilacja, składająca się głównie z odrzutów i niedokończonych nagrań. Utwory wybrano jednak według ścisłego klucza - mają pokazywać spokojniejsze oblicze Gallaghera. Dominują tu zatem utwory o charakterze akustycznym, w sporej części nagrane bez udziału sekcji rytmicznej. Są to zarówno covery, jak i własne kompozycje Rory'ego. Część z tych nagrań była już wcześniej wydana na jego albumach, aczkolwiek w innych wersjach - "As the Crow Flies" na "Irish Tour '74" (tutaj zamieszczono jednak wersję bez udziału publiczności), a "Barley and Grape Rag" na "Calling Card" (tutaj wykorzystano wersję z 1992 roku, nagraną wspólnie z zespołem The Dubliners, na ich składankę "30 Years A-Greying"). Znalazło się także miejsce dla  kilku akustycznych bluesów zarejestrowanych podczas koncertów: "Walkin' Blues", "Blue Moon of Kentucky" i "Deep Elem Blues", pochodzące z występu na Montreux Jazz Festival w 1994 roku, a także "Goin' to My Home Town", nagrany gdzieś na początku lat 80. Ponadto spora część albumu to instrumentalne miniaturki, sprawiające raczej wrażenie zalążków utworów, niż ukończonych kompozycji ("Bratacha Dubha", "She Moved Thro' the Fair / Ann Cran Ull". "Amazing Grace"). To samo zresztą można powiedzieć także o nieco dłuższym, ponad czterominutowym "Flight to Paradise" - popisem gry na gitarze akustycznej w stylu flamenco, niestety dość monotonnym.

A zatem, po odjęciu alternatywnych wersji znanych utworów, nagrań koncertowych oraz niedokończonych zalążków, zostają trzy (i niepotrzebna repryza jednego z nich) utwory, które można uznać za premierowe, pełnoprawne kompozycje. Wśród nich znalazła się interpretacja tradycyjnej brytyjskiej pieśni folkowej "The Cuckoo" - całkiem przyjemna, zachowująca folkowy nastrój - a także dwa autorskie utwory Gallaghera. "Wheels Within Wheels" to jeden z utworów napisanych na album "Torch", nagrany pod koniec 1977 roku, ale wydany dopiero trzydzieści cztery lata później (pod tytułem "Notes from San Francisco"). Większość utworów z tamtej sesji została ponownie nagrana i wydana na albumie "Photo-Finish" z 1978 roku. Ale nie ten. I właściwie trudno się temu dziwić. Rory'ego w tamtym czasie najbardziej ciągnęło do energetycznego hard rocka, a "Wheels Within Wheels" to stonowana akustyczna piosenka, dość melodyjna, ale ocierająca się o banał. Całkiem nieźle wypada natomiast "Lonesome Highway", kompozycja z 1975 roku. Utwór posiada i całkiem zgrabną, niebanalną melodię, i niezłe gitarowe solo Gallaghera (na gitarze elektrycznej, poza tym jednym utworem praktycznie nieobecnej na albumie). Dziwne, że nie znalazł się na wydanym w tamtym czasie albumie "Against the Grain", zawierającym kilka zdecydowanie mniej wyrazistych kompozycji.

"Wheels Within Wheels" miało pokazać wszechstronność Rory'ego Gallaghera, jego umiejętność grania w różnych stylach, od folku i bluesa po - nieobecne na jego albumach wydanych za życia -flamenco. Sam pomysł był ciekawy, ale realizacja pozostawia wiele do życzenia. Wyraźnie słychać, że całość została skompilowana głównie z odrzutów i niedokończonych nagrań. I to negatywnie wpływa na odbiór tego wydawnictwa. W rezultacie jest to tylko ciekawostka dla największych wielbicieli Irlandczyka.

Ocena: 5/10



Rory Gallagher - "Wheels Within Wheels" (2003)

1. Wheels Within Wheels; 2. Flight to Paradise; 3. As the Crow Flies; 4. Lonesome Highway; 5. Bratacha Dubha; 6. She Moved Thro' the Fair / Ann Cran Ull; 7. Barley and Grape Rag; 8. The Cuckoo; 9. Amazing Grace; 10. Walkin' Blues (live); 11. Blue Moon of Kentucky (live); 12. Deep Elem Blues (live); 13. Goin' to My Home Town (live); 14. Lonesome Highway Refraining

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - bass (4,13,14); Lou Martin - pianino (1,4,14); Rod De'Ath - perkusja (4,14); Ted McKenna - perkusja (13)
Gościnnie: Michael Ridout - bass (1); Paul Bevis - perkusja (1); Juan Martin - gitara (2); Chris Newman - gitara (5); Martin Carthy - gitara (5); Màire Ni Chatasaigh - harmonijka (5); Bert Jansch - gitara (6); Ronnie Drew - wokal (7); The Dubliners - wszystkie instrumenty (7); Roland Van Campenhout - gitara (8,9); Bela Fleck - bandżo (10-12); Mark Feltham - harmonijka (11,12)
Producent: Donal Gallagher, Rory Gallagher, Tony Arnold


6 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)



Po śmierci Duane'a Allmana pozostali członkowie nie chcieli zatrudniać nikogo na jego miejsce. Zamiast tego wzbogacili skład o klawiszowca, a właściwie pianistę Chucka Leavella (na organach wciąż grał Gregg Allman). Miejsce zmarłego Berry'ego Oakleya zajął natomiast Lamar Williams, aczkolwiek na pierwszym albumie nagranym po tych zmianach, "Brothers and Sisters", znalazły się dwa utwory zarejestrowane jeszcze z oryginalnym basistą. Oba zresztą umieszczone zostały na samym początku. Dynamiczny, typowy dla grupy "Wasted Words" świetnie sprawdza się w roli otwieracza, a Dickey Betts po raz kolejny udowodnił, że w graniu techniką slide niewiele brakuje mu do Duane'a. Zdecydowanie gorzej wypada napisany i zaśpiewany przez gitarzystę "Ramblin' Man" - banalna piosenka w stylu country. Gitarowe solówki są jak zwykle świetnie, ale fragmenty z wokalem odrzucają swoim bezwstydnie komercyjnym charakterem. Zresztą utwór był największym singlowym sukcesem The Allman Brothers Band.

Na właściwe tory wracamy wraz z "Come and Go Blues". Utwór z początku wydaje się dość niemrawy, ale świetnie wypada fragment instrumentalny z solówkami Leavella i Bettsa. Do najlepszych fragmentów longplaya zalicza się natomiast "Jelly Jelly" (oryginalnie nagrany w 1940 roku przez Earla Hinesa). To klasyczny dwunastotaktowy blues, z rewelacyjnymi solówkami na organach i gitarze. W takim właśnie graniu zespół wypada najlepiej i najbardziej przekonująco. A chyba jeszcze lepszy okazuje się "Southbound" - pełen energii i naprawdę porywających solówek. Świetnych solówek nie brak także w instrumentalnym "Jessica", chociaż sam utwór sprawia wrażenie próby stworzenia nowego "In Memory of Elizabeth Reed", daleko mu jednak do tego poziomu. A całość kończy kolejny banalny kawałek Bettsa w stylu country - "Pony Boy". Strasznie monotonny i przydługi, będący fatalnym zakończeniem albumu.

"Brothers and Sisters" pozostawia bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony zawiera kompozycje utrzymane w stylu poprzednich albumów, wcale nieodbiegające od nich poziomem. Z drugiej strony, w pozostałych utworach zespół, pod wpływem Bettsa, zwrócił się w stronę muzyki country, co nie było najlepszym pomysłem. Przynajmniej pod względem artystycznym, bo komercyjnie zapewniło grupie sukces - album doszedł do 1. miejsca listy Billboardu, co nie zdarzyło się Allmanom nigdy wcześniej ani później.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)

1. Wasted Words; 2. Ramblin' Man; 3. Come and Go Blues; 4. Jelly Jelly; 5. Southbound; 6. Jessica; 7. Pony Boy

Skład: Gregg Allman - wokal i organy, gitara (1); Dickey Betts - gitara, wokal (2,7); Berry Oakley - bass (1,2); Lamar Williams - bass (3-7); Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal (2)
Gościnnie: Les Dudek - gitara (2,6); Tommy Talton - gitara (7)
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


4 sierpnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)



Ostatnie dziesięciolecie muzycznej kariery Gallaghera było zdecydowanie jej najmniej ekscytującym etapem. Dwa wydane w tym czasie albumy - "Defender" (1987) i "Fresh Evidence" (1990) - przyniosły raczej niezajmujący materiał. Zaprezentowaną na nich stylistykę można by nazwać "wygładzonym blues rockiem" - bo na obu, niestety, brakuje energii i żaru wcześniejszych dokonań Irlandczyka. Dlatego też daruję sobie recenzowanie tych longplayów i od razu przejdę do pośmiertnych wydawnictw Rory'ego. Nie są one tak liczne, jak chociażby w przypadku Jimiego Hendrixa, ale za to utrzymane na wysokim poziomie. Na pierwszy ogień - cztery lata po śmierci Gallaghera, w 1999 roku - poszły nagrania z koncertów i sesji dla radia BBC. Kompilację zatytułowano "BBC Sessions", a złożyły się na nią dwie płyty kompaktowe.

Pierwszy dysk, "In Concert", to oczywiście nagrania koncertowe. Głównie z lat 1973-77, a więc z czasów największej popularności Gallaghera. Jego zespół tworzyli wówczas perkusista Rod de'Ath, klawiszowiec Lou Martin, a także wierny basista, Gerry McAvoy. Jedynie ostatni utwór, "Cruise on Out", pochodzi z 1979 roku, a nagrany został już z perkusistą Tedem McKenną i bez klawiszowca w składzie. Na repertuar składają się głównie utwory znane ze studyjnych albumów, jak np. energetyczne "Country Mile" i "I Take What I Want", czy jazz rockowy "Calling Card". Ten ostatni został tutaj zaprezentowany w naprawdę przepięknej wersji, z rewelacyjnymi solówkami Rory'ego. Dodatkową atrakcją są cztery covery, nieobecne wcześniej na żadnym innym - ani studyjnym, ani koncertowym - albumie Gallaghera: "Garbage Man" autorstwa Williego Hammonda i "Got My Mojo Working" napisany przez Prestona Fostera (oba zostały spopularyzowane przez Muddy'ego Watersa), a także "What in the World" i "Roberta" nieznanego autorstwa. Prawdziwą perłą jest "What in the World" - dziewięciominutowy blues, z fantastycznie budowanym napięciem i porywającymi, a zarazem przejmującymi solówkami Rory'ego. Może nawet jego najlepszymi z tych, które zostały wydane. Utrzymany w podobnym klimacie "Garbage Man" nie robi aż takiego wrażenia, chociaż solówki Gallaghera jak zwykle przykuwają uwagę. Dwa pozostałe covery to już granie bardziej żywiołowe, niestety trochę pozbawione wyrazistości.

Druga płyta, "Studio", to już utwory zarejestrowane bez udziału publiczności. Znów dominują nagrania z lat 1973-77, ale znalazło się też miejsce dla czterech utworów z '71 roku ("For the Last Time", "It Takes Time", "Tore Down", "Hoodoo Man") i jednego z '86 ("When My Baby She Left Me"). Przeważają kompozycje doskonale znane ze studyjnych longplayów - jak np. dynamiczne "Hands Off" i "Crest of a Wave", niemal progresywny "Seventh Son of a Seventh Son", czy balladowy "Daughter of the Everglades" - wszystkie zaprezentowane w bardziej surowych, ale porażających energią wersjach. Mnie najbardziej cieszy obecność "For the Last Time" - przepięknej ballady z debiutanckiego albumu, która niestety dość szybko przestała być wykonywana przez Rory'ego na koncertach, mimo że to utwór idealnie nadający się do grania na żywo. Podobnie, jak na poprzednim dysku, sporo tutaj coverów, również niewydanych wcześniej w wersjach Gallaghera: "Feel So Bad" Chucka Willisa, "Tore Down" Sonny'ego Thompsona, "When My Baby She Left Me" Sonny'ego Boya Williamsona, a także "It Takes Time" i "Hoodoo Man" nieznanego autorstwa. Może i nie ma wśród nich perły na miarę "What in the World", ale wszystkie trzymają wysoki poziom wykonawczy. "Feel So Bad", "It Takes Time", "Tore Down" i "When My Baby She Left Me" porywają ogromną dawką energii, natomiast "Hoodoo Man" czaruje bluesową improwizacją.

"BBC Sessions" to nie tylko pozycja dla największych wielbicieli twórczości Rory'ego Gallaghera. To także świetna pozycja dla osób, które dopiero chcą zagłębić się w jego dokonania. Idealnie nadaje się, aby to właśnie od niej zacząć poznawanie muzyki Irlandczyka, ponieważ z jednej strony pokazuje jego wszechstronność (utwory są zróżnicowane stylistycznie), a z drugiej - zawiera wiele z jego najlepszych kompozycji, w wersjach nierzadko lepszych od albumowych pierwowzorów.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)

CD1 ("In Concert"): 1. Calling Card; 2. What in the World; 3. Jacknife Beat; 4. Country Mile; 5. Got My Mojo Working; 6. Garbage Man; 7. Roberta; 8. Used to Be; 9. I Take What I Want; 10. Cruise On Out
CD2 ("Studio"): 1. Race the Breeze; 2. Hands Off; 3. Crest of a Wave; 4. Feel So Bad; 5. For the Last Time; 6. It Takes Time; 7. Seventh Son of a Seventh Son; 8. Daughter of the Everglades; 9. They Don't Make Them Like You; 10. Tore Down; 11. When My Baby She Left Me; 12. Hoodoo Man

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Lou Martin - instr. klawiszowe  (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Ted McKenna - perkusja (CD1: 10); Wilgar Campbell - perkusja (CD2: 5,6,10,12); Brendan O'Neill - perkusja (CD2: 11)
Producent: Donal Gallagher


1 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)



Album "Eat a Peach" ukazał się pomiędzy dwiema tragediami. Najpierw, 29 października 1971 roku, w wypadku motocyklowym zginął Duane Allman. Gitarzysta znacznie przekroczył dozwoloną prędkość i nie zdążył wyhamować, gdy na skrzyżowaniu zatrzymała się jadąca przed nim ciężarówka. Początkowo wydawało się, że nie odniósł większych urazów, ale obrażenia wewnętrzne okazały się tak poważne, że zmarł jeszcze tego samego wieczora. Do drugiej tragedii doszło trochę ponad rok później, 11 listopada 1972 roku - w niemal identycznych okolicznościach i nieopodal tamtego miejsca, zginął basista Berry Oakley.

Po śmierci Duane'a zespół rozważał zakończenie kariery, podjęto decyzję o przynajmniej półrocznej przerwie. Jednak okazało się, że bez grania muzykom trudniej pogodzić się ze stratą, więc szybko wrócili na scenę. A także do studia, by przygotować kolejny album. Materiał zawarty na "Eat a Peach" został jednak w większości zarejestrowany jeszcze za życia Duane'a. Przede wszystkim sięgnięto po nagrania koncertowe z marca '71 w nowojorskim Fillmore East, które nie zostały wykorzystane na albumie "At Fillmore East". I tak centralnym punktem albumu jest trwający ponad trzydzieści minut "Mountain Jam" - rewelacyjna improwizacja, luźno oparta na kompozycji "There Is a Mountain" Donovana (pojawia się w niej również cytat z  "Third Stone from the Sun" Hendrixa). Muzycy osiągają tutaj mistrzostwo w zespołowej improwizacji, przewyższając chyba nawet grupę Cream. Z powodów ograniczeń czasowych płyt winylowych, oryginalnie podzielono ten utwór na dwie części, które wypełniły drugą i czwartą stronę albumu. Dopiero na kompaktowych reedycjach "Mountain Jam"  został zamieszczony w jednym kawałku. Kolejnym utworem z marcowych koncertów jest przeróbka "Trouble No More" Muddy'ego Watersa. O dziwo, utwór wypadł mniej porywająco od wersji studyjnej, zamieszczonej na debiutanckim "The Allman Brothers Band". Muzycy zagrali go bardzo zachowawczo, wiernie albumowej wersji.

Album zawiera jeszcze jeden utwór "na żywo" - "One Way Out", oryginalnie nagrany przez Sonny'ego Boya Williamsona II i Elmore'a Jamesa. Zarejestrowany również w Fillmore East, ale kilka miesięcy później, 27 czerwca - na pożegnalnym koncercie przed zamknięciem tego obiektu. Sam utwór to po prostu "urockowiony" blues, ze popisami solówkami gitarzystów i perkusistów. Reszta longplaya to już nagrania studyjne. Trzy z nich - razem z "One Way Out" i "Trouble No More" wypełniające trzecią stronę albumu - zarejestrowano jeszcze z Duanem. "Stand Back" wyróżnia się uwypukloną basu i świetnymi partiami gitary slide, tak typowymi dla starszego z braci Allman (podobno dopiero po nagraniu tego utworu poczuł się pewnie w graniu tą techniką). Zahaczający o muzykę country "Blue Sky" to z kolei debiut Dickeya Bettsa w roli wokalisty, jednak najwięcej uwagi przyciąga tutaj bardzo długie, ale w każdej sekundzie przepiękne gitarowe solo. "Little Martha" to z kolei urocza instrumentalna miniaturka, oparta na współbrzmieniu dwóch gitar akustycznych. Utwór został skomponowany przez Duane'a, po tym jak przyśnił mu się Jimi Hendrix, pokazujący gitarowe chwyty za pomocą... kranu.

"Eat a Peach" to także trzy utwory (cała pierwsza strona) nagrane po śmierci starszego Allmana. Stylistycznie bliższe bardziej stonowanego "Idlewild South", niż bluesrockowych "The Allman Brothers Band" i "At Fillmore East". Chociaż w takim "Ain't Wastin' Time No More" nie brakuje ani dynamiki, ani ostrzejszych partii gitar (Betts udowodnił, że również nieźle radzi sobie z techniką slide), to jednak brzmieniowo nie jest zbyt ciężki. Z kolei "Melissa" nie przypominająca niczego, co zespół nagrał wcześniej - to prześliczna ballada o cudownej melodii, z subtelnymi solówkami Bettsa. Największe wrażenie z tych trzech kompozycji sprawia jednak "Les Brers in A Minor" - dziewięciominutowy jam o wyraźnie jazzującym charakterze.  To godny następca takich utworów, jak "Dreams" i "The Memory of Elizabeth Reed". Muzycy The Allman Brothers po raz kolejny udowodnili, że w zespołowych improwizacjach mało kto jest im w stanie dorównać.

"Eat a Peach" to nie tylko zwieńczenie pierwszego okresu działalności The Allman Brothers Band, ale również świetne jego podsumowanie, będące w pewnym sensie łącznikiem między trzema poprzednimi albumami. Longplay słusznie uznawany jest za jedno z największych osiągnięć grupy.

Ocena: 9/10



The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)

LP1: 1. Ain't Wastin' Time No More; 2. Les Brers in A Minor; 3. Melissa; 4. Mountain Jam (live)
LP2: 1. One Way Out (live); 2. Trouble No More (live); 3. Stand Back; 4. Blue Sky; 5. Little Martha; 6. Mountain Jam - Continued (live)

Skład: Gregg Allman - wokal, instr, klawiszowe, gitara; Duane Allman - gitara (LP1: 4, LP2: 1-6); Dickey Betts - gitara, wokal (LP2: 4); Berry Oakley - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd