Posty

Wyświetlam posty z etykietą punk rock

[Recenzja] Iggy Pop - "Every Loser" (2023)

Obraz
Pierwszy premierowy piątek w nowym roku przyniósł album, o którym będzie się wiele pisać i dyskutować. Jakby nie patrzeć, Iggy Pop to bardzo zasłużony muzyk. Jego dokonania z grupą The Stooges już w latach 60. antycypowały estetykę punk rocka, a solowy debiut "The Idiot" o włos wyprzedził twórców post-punkowych i nowofalowych. Fakt, że ten ostatni powstał przy znacznej pomocy Davida Bowie, który jego nagrywanie prawdopodobnie traktował jako rodzaj próby generalnej przed własną Trylogią Berlińską . Skoro już mowa o Bowiem, to stanowi on przykład artysty, który do końca pozostał kreatywny. W podeszłym wieku, stojąc już jedną nogą w grobie, stworzył jeden ze swoich najbardziej ambitnych albumów. Iggy Pop, rówieśnik Bowiego, nie miał nigdy aspiracji stworzenia dzieła na miarę "Blackstar", ale w ostatnich latach udawało mu się utrzymać nienajgorszy poziom, publikując dojrzałe albumy "Post Pop Depression" i "Free". Na "Every Loser" obiera inn...

[Recenzja] Wire - "Chairs Missing" (1978)

Obraz
Jak przystało na zespół, który udowodnił, że czysty punk rock może być inteligentnie zrobioną muzyką, Wire nie zamierzał stać w miejscu. Drugi album autorów kultowego "Pink Flag" przynosi wiele nowych pomysłów. Ponownie przyciąga uwagę okładką, na której znów graficznie przedstawiono tytuł wydawnictwa. Jednak "Chairs Missing", czyli brakujące krzesła, ma też inne znaczenie. W brytyjskim slangu oznacza osobę z zaburzeniami psychicznymi. W języku polskim istnieje zresztą podobne potoczne określenie, brak piątej klepki. Jak ten tytuł ma się do zawartej tutaj muzyki? Można go odnieść do szaleńczego zróżnicowania materiału i zmieniających się w szaleńczym tempie utworów. Choć już nie jest to tempo debiutu - zresztą same nagrania też są wolniejsze. Na trwającym trzydzieści pięć minut "Pink Flag" znalazło się dwadzieścia jeden utworów. "Chairs Missing" trwa o siedem minut dłużej, a zawiera tylko piętnaście ścieżek. To jednak wciąż daje średnio nie...

[Recenzja] Wire - "Pink Flag" (1977)

Obraz
Wire to jeden z najciekawszych zespołów, jakie przyniosła tzw. punkowa rewolucja. Debiutancki "Pink Flag" to teoretycznie stricte punkowe granie. Niby tak, ale nie do końca. Do myślenia daje już sam fakt, że longplay ukazał się nakładem Harvest Records - poddziału EMI, który powstał, by wydawać płyty tych bardziej ambitnych wykonawców, na czele z Pink Floyd. I rzeczywiście, trudno postawić ten album w jednym szeregu z wydanym w tym samym roku "Never Mind the Bollocks" Sex Pistols, nie mówiąc już o chałturach innych punkowców. Zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z niechlujnie, agresywnie zagranym rock and rollem, ale z muzyką znacznie bardziej pomysłową, dobrze przemyślaną, bliską już post-punkowego czy nowofalowego myślenia. Powyżej punkowych standardów jest już sama okładka, która równie dobrze mogłaby ozdobić album jakiegoś mniej pretensjonalnego przedstawiciela rocka progresywnego. Nie pojawia się na niej tytuł. Nie jest przecież potrzebny, skoro został pr...

[Recenzja] Planet Gong - "Live Floating Anarchy 1977" (1978)

Obraz
Pod koniec lat 70. na muzycznej scenie zaroiło się od zespołów kontynuujących dziedzictwo grupy Gong. Wystarczy tylko popatrzyć na ich nazwy: Pierre Moerlen's Gong, Planet Gong, Mother Gong, New York Gong. We wszystkich z nich występowali muzycy oryginalnego zespołu. Często jednak proponowali zupełnie inną muzykę. Inaczej sprawa ma się jednak z Planet Gong. Co nie powinno dziwić, bowiem jego inicjatorami byli współzałożyciele pierwotnej grupy - Daevid Allen i Gilli Smyth. Składu dopełnili członkowie brytyjskiej grupy spacerockowej Here & Now (wówczas istniejącej już kilka lat, ale jeszcze nie mającej na koncie żadnego albumu). Planet Gong okazał się efemerydą. Zespół zagrał ledwie kilka koncertów we Francji i Wielkiej Brytanii. Występy były darmowe, ale wśród publiczności zbierano datki na benzynę i inne potrzeby muzyków. Koncert z 6 listopada 1977 roku we francuskim Toulouse został zarejestrowany, a jego fragmenty (wyłącznie wcześniej niewydane kompozycje) opublikowano na...

[Recenzja] Sex Pistols - "Never Mind the Bollocks" (1977)

Obraz
Sex Pistols to jeden z największych przekrętów w historii rock and rolla. Zespół mający być uosobieniem buntu przeciwko beznadziejnej rzeczywistości, a w rzeczywistości maszynka do zarabiania sporych pieniędzy. Cały pomysł narodził się w głowie Malcolma McLarena - projektanta mody i właściciela sklepu z ciuchami. Podczas pobytu w Stanach zetknął się z grupą New York Dolls. Wtedy zrozumiał, że do odniesienia sukcesu na polu muzycznym nie potrzeba talentu - wystarczy kontrowersyjny image i dobra reklama. Członków zespołu rekrutował wśród swoich klientów.  Od samego początku w składzie znajdowali się gitarzysta Steve Jones i perkusista Paul Cook, do których wkrótce dołączyli wokalista John Lydon (który szybko stał się Johnnym Rottenem, ze względu na zgniłe zęby) i basista Glen Matlock. Ten ostatni, choć był głównym autorem repertuaru, nie pasował do wizji McLarena ze względu na zbyt spokojny charakter i musiał odejść. Jego miejsce zajął John Ritchie, lepi...

[Recenzja] Ramones - "Ramones" (1976)

Obraz
Debiutancki, a zarazem eponimiczny longplay Ramones bywa uznawany za pierwszy album punkrockowy. Oczywiście niesłusznie, bo podwaliny tego stylu zostały już wcześniej położone przez grupy w rodzaju The Velvet Underground, The Stooges, MC5, The Monks, New York Dolls czy The Modern Lovers. Za to z czystym sumieniem można nazwać tę płytę pierwszym wydawnictwem pop-punkowym. Tak naprawdę to po prostu połączenie prostych, banalnych melodyjek z niechlujnie, nieumiejętnie zagranym rock and rollem. Totalny muzyczny regres. Choć trudno zaprzeczyć, że Ramones stał się bardzo wpływowym zespołem, inspirując przede wszystkim te wszystkie pop-punkowe kapele, które pozując na buntowników, grały (i pewnie nadal grają) bardzo ugrzecznioną, popowo melodyjną muzykę. Przede wszystkim jednak Ramones udowodnił, że można sprzedawać setki tysięcy płyt, grać wyprzedane koncerty na całym świecie i cieszyć się uznaniem muzycznych dziennikarzy, a to wszystko bez właściwie żadnych umiejętności kompozytorskich ...

[Recenzja] Danzig - "Skeletons" (2015)

Obraz
Grupa Danzig, dowodzona przez byłego wokalistę Misfits, Glenna Danziga, miewała lepsze i gorsze momenty. Pierwsze cztery albumy mogą być dziś uznawane za klasykę ciężkiego rocka. Potem było już jednak zdecydowanie gorzej. Najpierw zaczęły się nieudolne eksperymenty z unowocześnianiem brzmienia, a później nieprzekonujące próby powrotu do pierwotnego stylu. Wydany przed pięcioma laty "Deth Red Sabaoth" - ostatni, jak dotąd, studyjny album Danzig z całkowicie premierowym materiałem - okazał się co prawda bardziej udany od kilku poprzedzających go, lecz to wciąż tylko cień klasycznych dokonań. Kryzys twórczy najwyraźniej trwa nadal, bo najnowsze, opublikowane po dłuższej przerwie wydawnictwo Glenna Danziga składa się wyłącznie z cudzych kompozycji. Znalazło się wśród nich kilka dość oczywistych wyborów, jak kawałki Black Sabbath czy Elvisa Presleya - wpływ tych pierwszych był bardzo silny na pierwszych i ostatnich płytach, a do tego drugiego często porównywano głos lidera. Do...