31 maja 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)



Debiutancki album Judas Priest nie cieszy się popularnością nawet wśród wielbicieli zespołu. Trudno się temu dziwić, gdyż stylistycznie odległy jest jeszcze od heavymetalowego stylu, który przyniósł grupie sławę. Muzycy zaproponowali tutaj typowy dla połowy lat 70. hard rock, często z domieszką bluesa (w dwóch kawałkach pojawia się nawet harmonijka). Wpływy innych wykonawców są ewidentne (np. sabbathowe riffy w  "Winter", "Run of the Mill" i "Dying to Meet You"), a własnej inwencji tu niewiele. Dopiero na kolejnych albumach zespół wypracował bardziej rozpoznawalny styl. Tutaj nawet Rob Halford brzmi nieco inaczej, nie nadużywa wysokich tonów, co akurat wychodzi na dobre. A warstwa muzyczna nierzadko zaskakuje delikatnością (np. "Winter Retreat", "Caviar and Meths" oraz fragmenty "Run of the Mill" i "Dying to Meet You").

Gorzej, że same kompozycje nie wyróżniają się właściwie niczym szczególnym, prezentują rockową średnią. Na plus można zaliczyć przyjemny otwieracz "One for the Road", kojarzący się z grupą Free, a także ciekawą balladę "Run of the Mill" (zwłaszcza w długiej części instrumentalnej) i instrumentalna miniaturka "Caviar and Meths", który za sprawą pastoralnego nastroju i swojego brzmienia wywołuje skojarzenia z Wishbone Ash. Ale już kawałki w rodzaju tytułowego "Rocka Rolla", "Cheater" i "Never Satisfied" są kompletnie bezbarwne, a "Dying to Meet You" zapewne niezamierzenie śmieszy przesadzoną partią wokalną Halforda. Największym kuriozum jest jednak  "Deep Freeze" - półtora minuty gitarowych sprzężeń, które nic nie wnoszą do całości. Trudno też posądzić zespół o celowe nawiązanie do awangardy, zresztą od razu słychać gigantyczną przepaść dzielącą Judas Priest od muzyków wykonujących free improvisation.

"Rocka Rolla" zdecydowanie nie jest albumem dla fanów "British Steel" i innych klasyków lateksowego metalu. Debiut Judas Priest to raczej muzyka dla wielbicieli szeroko pojętego rocka z lat 70., którzy obawiają się wychylić nos ze swojej niszy - a tym samym odcinają się od ogromnego bogactwa muzyki - więc nawet tak przeciętne wydawnictwo chętnie dołączą do swojej kolekcji, aby nieco wzbogacić swój domowy repertuar.

Ocena: 5/10



Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)

1. One for the Road; 2. Rocka Rolla; 3. Winter; 4. Deep Freeze; 5. Winter Retreat; 6. Cheater; 7. Never Satisfied; 8. Run of the Mill; 9. Dying to Meet You; 10. Caviar and Meths

Skład: Rob Halford - wokal, harmonijka (2,6); K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, syntezator (2,8); Ian Hill - bass; John Hinch - perkusja
Producent: Rodger Bain


Po prawej: alternatywna wersja okładki.


27 maja 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)



"The Devil Put Dinosaurs Here", piąte studyjne wydawnictwo Alice in Chains, śmiało może konkurować o tytuł najdurniejszego tytułu rockowego albumu. Nawiązuje on do teorii głoszącej, że kości dinozaurów i innych prehistorycznych gatunków zostały podrzucone przez Szatana, aby człowiek wymyślił teorię ewolucji i przestał wierzyć w Boga. Innymi słowy, zespół postanowił nabijać się z osób chorych psychicznie, wierzących w takie rzeczy. Bardzo dojrzale... Infantylnie wygląda też sama okładka wydawnictwa. Choć nie można jej odmówić pomysłowości. Kompaktowa wersja albumu została wydana w plastikowym pudełku zabarwionym na czerwono, w którym okładka wygląda tak, jak widać powyżej. Ale po wyjęciu książeczki, okładka okazuje się szara, a zamiast jednej czaszki triceratopsa, widać dwie, nakładające się na siebie, tworząc twarz diabła (patrz niżej). Najmłodsi fani zespołu powinni być zachwyceni takim gadżetem.

Pod względem muzycznym, album stanowi kontynuację kierunku obranego na wydanym cztery lata wcześniej "Black Gives Way to Blue". Jest to zatem kolejna próba pogodzenia klasycznego stylu grupy z bardziej współczesnym graniem. Tym razem jednak bez zaskakujących eksperymentów w rodzaju tytułowego utworu z poprzednika. Zapowiadające album single "Hollow" i "Stone" ostrzyły apetyt na całość. To takie najbardziej klasyczne Alice in Chains, łączące mrok i ciężar z niebanalną przebojowością. Oba wypadają naprawdę świetnie. Niestety, podobny charakter mają jeszcze tylko "Pretty Done", "Lab Monkey" i "Phantom Limb". Dwa pierwsze są nieco słabsze od singli, za to ostatni wypada naprawdę potężnie - to tutejszy odpowiednik "A Looking in View" z poprzednika. Z pozostałych kawałków broni się przede wszystkim tytułowy "The Devil Put Dinosaurs Here", wyróżniający się klimatycznymi zwrotkami i zupełnie nietypowym dla grupy, ale bardzo ciekawym refrenem. Mieszane odczucia wywołuje natomiast "Choke", z początku przywołujący klimat EPek "Sap" i "Jar of Flies", ale rozczarowujący okropnym, radiowym refrenem.

Reszta albumu to już w całości granie o ewidentnie komercyjnym charakterze, nawiązujące do współczesnego rockowego mainstreamu. Kawałki w rodzaju "Low Ceiling", "Breath on a Window" (opierający się na riffie podobnym do "Check My Brain" z poprzedniego albumu) i "Hung on a Hook" są po prostu banalne, a łagodniejsze "Voices" (ewidentna próba nagrania nowego "Your Decision") i "Scalpel" są okropnie mdłe i przesłodzone. Zdecydowanie nie odpowiada mi takie wcielenie Alice in Chains. Wadą tego materiału jest też jego długość - album trwa niemal siedemdziesiąt minut, więc spokojnie można było skrócić go o wspomniane w tym akapicie kawałki (ewentualnie zostawiając - z przyczyn merkantylnych - "Voices", który będzie prawdopodobnie trzecim singlem).

"The Devil Put Dinosaurs Here" jest albumem nierównym i niezbyt spójnym. Wszystko przez niezdecydowanie muzyków, którzy sami chyba nie wiedzą, czy bardziej opłaca im się grać dla dawnych fanów, czy dla młodszej publiki. ogólnie całość wydaje się bardzo koniunkturalna (dla każdego coś miłego) i wtórna w stosunku do poprzedniego longplaya. Jednak podobnie, jak na poprzedniku, jest tu kilka naprawdę udanych momentów. W sumie z lepszych momentów "Black Gives Way to Blue" i "The Devil Put Dinosaurs Here" można by skompilować jeden naprawdę dobry album, który niewiele ustępowałby słynnemu "Dirt".

Ocena: 6/10



Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)

1. Hollow; 2. Pretty Done; 3. Stone; 4. Voices; 5. The Devil Put Dinosaurs Here; 6. Lab Monkey; 7. Low Ceiling; 8. Breath on a Window; 9. Scalpel; 10. Phantom Limb; 11. Hung on a Hook; 12. Choke

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Nick Raskulinecz



Po prawej: okładka albumu po wyjęciu z pudełka.


26 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Black Rose" (1979)



Niedługo po wydaniu słynnego "Live and Dangerous", ze składu Thin Lizzy definitywnie odszedł Brian Robertson. Znalezienie dla niego następcy nie sprawiło trudności. Wiosną 1978 roku Phil Lynott i Brian Downey wzięli udział w nagraniu drugiego solowego albumu Gary'ego Moore'a, "Back on the Streets" (na którym znalazł się m.in. spory hit "Parisienne Walkways", skomponowany przez Lynotta i Moore'a). Gitarzysta w rewanżu wziął udział w nagrywaniu kolejnego albumu Thin Lizzy, zatytułowanego "Black Rose". Dołączył do grupy także podczas promującej go trasy, jednak zrezygnował po kilku koncertach, woląc skupić się na karierze solowej. Jego następcą został Midge Ure (późniejszy członek Ultravox), który też nie zagrzał długo miejsca w zespole.

"Black Rose" nie jest równym albumem. Ma jednak jedną niekwestionowaną zaletę: obecność utworu "Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend". Lynott i Moore, podpisani jako jego kompozytorzy, połączyli ze sobą kilka irlandzkich pieśni ("Shenandoah", "Danny Boy" i "The Mason's Apron" nieznanego autorstwa, a także "Will You Go Lassie Go" - znaną też jako "Wild Mountain Thyme" - autorstwa Francisa McPeake'a), dodając hardrockowego ciężaru, tworząc bezsprzecznie najlepsze siedem minut w dyskografii Thin Lizzy. Mieszanka hard rocka z celtycką melodyką była świetnym pomysłem na styl, tymczasem zespół nagrał ledwie kilka takich utworów ("Whiskey in the Jar", "Emerald" i właśnie "Róisín Dubh"), preferując granie standardowego, nieco banalnego hard rocka w rodzaju "Do Anything You Want To" (spory przebój singlowy), "Waiting for an Alibi" (jeszcze większy przebój) czy paru innych z tego albumu, albo miałkich piosenek, jak "Sarah" (identycznie zatytułowany, ale zupełnie inny utwór znalazł się na drugim albumie grupy, "Shades of a Blue Orphanage"). Szkoda, wielka szkoda.

"Black Rose" to w sumie przeciętny album z bardzo dobrym finałem, ale poza tym całkiem pozbawiony oryginalności i nader często popadający w banał. Nie przeszkodziło mu to jednak w osiągnięciu sporego sukcesu komercyjnego - w Wielkiej Brytanii osiągnął najwyższą pozycję listy sprzedaży ze wszystkich studyjnych albumów Thin Lizzy (2. miejsce) i z czasem pokrył się złotą płytą; nieco gorzej, ale wciąż dobrze radził sobie w Stanach (81. miejsce). 

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Black Rose: A Rock Legend" (1979)

1. Do Anything You Want To; 2. Toughest Street in Town; 3. S&M; 4. Waiting for an Alibi; 5. Sarah; 6. Got to Give It Up; 7. Get Out of Here; 8. With Love; 9. Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Gary Moore - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Huey Lewis - harmonijka (5,8); Mark Nauseef - perkusja (5); Jimmy Bain - bass (8)
Producent: Tony Visconti


25 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)



"Live and Dangerous" jest powszechnie uważany za jedną z najlepszych koncertówek. Co ciekawe, do jego wydania doszło nieco przypadkiem. Zespół chciał nagrać kolejny album studyjny. Koniecznie z Tonym Viscontim w roli producenta. Ten jednak miał bardzo napięty grafik. Wówczas pojawił się pomysł, aby przygotować koncertówkę. W styczniu 1978 roku muzycy i Visconti przesłuchali kilkadziesiąt godzin zarejestrowanego na żywo materiału. Ostatecznie wybrali nagrania z czterech występów: z 14 listopada 1976 roku w londyńskim Hammersmith Odeon, z 20 i 21 października 1977 roku w filadelfijskim Tower Theater, a także z 28 października 1977 roku w Toronto. Nie jest tajemnicą, że nagrania zostały poddane licznym studyjnym nakładkom. Według Viscontiego, aż 75% albumu to ścieżki zarejestrowane w studiu, obejmujące wszystkie partie wokalne i gitarowe. Sam zespół temu zaprzeczał, twierdząc, że w studiu dograne zostały jedynie chórki i niektóre solówki.

"Live and Dangerous" to swego rodzaju podsumowanie okresu, gdy w skład zespołu wchodzili Phil Lynott, Brian Downey, Scott Gorham i Brian Robertson (ten ostatni odszedł wkrótce potem, tym razem de). Na repertuar złożyły się niemal wyłącznie utwory pochodzące z albumów zarejestrowanych przez tę czwórkę: "Nightlife", "Fighting", "Jailbreak", "Johnny the Fox" i "Bad Reputation". Nie zabrakło największych przebojów z tego okresu, jak "Jailbreak", "Emerald", "Dancing in the Moonlight" (z udziałem saksofonisty Johna Earle'a), "Cowboy Song", "Don't Believe a Word" i, oczywiście, "The Boys are Back in Town". Wcześniejsza twórczość reprezentowana jest jedynie przez "The Rocker" z "Vagabonds of the Western World". Ponadto, znalazły się tu dwa niealbumowe utwory: czadowy "Are You Ready" i bluesowy "Baby Drives Me Crazy" z partią harmonijki; oba raczej przeciętne.

Jeśli jednak chodzi o wykonanie, to już niestety te czasy, gdy koncertowe improwizacje odeszły do lamusa, a zamiast tego wykonawcy starali się jak najwierniej odegrać swoje utwory. Wyjątek stanowi bardzo ładne wykonanie "Still in Love with You", zagrane w wolniejszym tempie, z długimi solówkami Gorhama i Robertsona, którzy nie próbują tu naśladować partii Gary'ego Moore'a z wersji studyjnej. Z kolei "Sha La La" został wzbogacony nudnym popisem perkusyjnym Downeya. Pozostałe utwory zyskały nieco cięższe brzmienie i większą energię, ale poza tym zagrane są w sposób kompletnie pozbawiony kreatywności. A przecież utwory w rodzaju "Emerald" lub "Dancing in the Moonlight" aż proszą się o zagranie ich w bardziej rozbudowanych, swobodniejszych wersjach.

Większość recenzji "Live and Dangerous" sprowadza się do samych zachwytów, co najwyżej pojawia się zarzut dotyczący studyjnych poprawek. Mnie to akurat nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - słuchanie różnych fałszów i pomyłek nie byłoby zbyt przyjemnym doświadczeniem. Niestety, "Live and Dangerous" cierpi na inne wady. Utwory (z jednym wyjątkiem) wykonane są zbyt zachowawczo, tutejsze wersje praktycznie nic nie wnoszą. Po drugie, całość jest zdecydowanie za długa, jak na tak, mimo pewnych urozmaiceń, jednorodny materiał. Obok faktycznie fajnych utworów, zdarzają się też zupełnie nijakie, w większości skupione na drugiej płycie winylowego wydania. Idealnym rozwiązaniem byłoby ograniczenie całości do jednej płyty. Bez trudu mógłbym wymienić ze dwadzieścia bardziej porywających koncertówek i to ograniczając się do samego rocka. "Live and Dangerous" jest natomiast dobrym wyborem, jeśli ktoś chciałby mieć na półce tylko jedno wydawnictwo Thin Lizzy, bo jest tu zebrane prawie wszystko, co zespół miał do zaoferowania. 

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)

LP1: 1. Jailbreak; 2. Emerald; 3. Southbound; 4. Rosalie (Cowgirl's Song); 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Massacre; 7. Still in Love With You; 8. Johnny the Fox Meets Jimmy the Weed
LP2: 1. Cowboy Song; 2. The Boys Are Back in Town; 3. Don't Believe a Word; 4. Warriors; 5. Are You Ready; 6. Suicide; 7. Sha La La; 8. Baby Drives Me Crazy; 9. The Rocker

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: John Earle - saksofon (CD1:5); Huey Lewis - harmonijka (CD2:8)
Producent: Phil Lynott i Tony Visconti


24 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Bad Reputation" (1977)



Grupa Thin Lizzy nigdy nie należała do najbardziej kreatywnych. Kompletnie na to nie zważając, muzycy nagrywali i wydawali kolejne wydawnictwa w błyskawicznym tempie. W okresie od listopada 1974 do października 1976 roku, a więc w ciągu niespełna dwóch lat, ukazały się aż cztery albumy z premierowym materiałem: "Nightlife", "Fighting", "Jailbreak" i "Johnny the Fox". Na każdym z nich można znaleźć udane momenty, jednak w otoczeniu wielu wypełniaczy i wpadek. Właściwie podobnie prezentuje się reszta dyskografii zespołu. Z jednym wyjątkiem. Pozycją wyróżniającą się na tle pozostałych jest nagrany i wydany w 1977 roku "Bad Reputation".

Zespół przechodził wówczas mały kryzys. W wyniku nieporumienień miedzy Philem Lynottem i Brianem Robertsonem, drugi z nich opuścił zespół. Nie znaleziono jednak jego następcy przed rozpoczęciem nagrań, więc wszystkie partie gitarowe miał zarejestrować Scott Gorham. Ten jednak nie był tym zachwycony i pod koniec sesji przekonał Lynotta, aby w kilku niedokończonych utworach zagrał Robertson, na co lider przystał. Istotny wpływ na kształt nowego materiału miał nowy producent, Tony Visconti (znany ze współpracy m,in. z Davidem Bowie i Gentle Giant). Nie tylko zadbał o lepsze brzmienie, ale też zachęcił muzyków do większego urozmaicenia swojej muzyki.

Efekt słychać już w rozpoczynającym całość "Soldier of Fortune", którego wstęp jest śpiewany przez Lynotta jedynie do klawiszowego akompaniamentu. To jednak tylko zmyłka, gdyż po minucie klawisze ustępują miejsca energetycznej grze sekcji rytmicznej i melodyjnym solówkom granym unisono przez obu gitarzystów. Jeszcze bardziej zaskakuje "Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight)", faktycznie oparty na nieco tanecznej rytmice, ale wyróżniający się przede wszystkim wzbogaceniem brzmienia o saksofon. Brzmi to naprawdę fajnie. A nie brakuje też bardziej rockowej solówki Gorhama. John Helliwell, odpowiadający za partię saksofonu, zagrał też w "Downtown Sundown" - tym razem na klarnecie. I znów efekt jest udany. Świetnym pomysłem okazało się także wzbogacenie hardrockowego "Killer Without a Cause" fragmentami z gitarą akustyczną i harmonijką, dzięki którym zyskuje więcej przestrzeni. Akustyczna gitara została wykorzysta także w "That Woman's Gonna Break Your Heart", niestety nieco banalnym melodycznie. Mniej przekonuje mnie także  "Dear Lord" wzbogacony dodatkowymi głosami. Ale to raczej kwestia samej kompozycji, która nie wyróżnia się niczym szczególnym. Całości dopełnia kilka przyzwoitych kawałków o stricte hardrockowym charakterze: zadziorniejsze "Bad Reputation" i "Opium Trail" oraz melodyjny "Southbound".

Pomimo słabszej końcówki, jest to całkiem udany longplay. Nigdy wcześniej, ani później, zespół nie skomponował tak dobrego materiału. Nie bez znaczenia okazał się też wkład Viscontiego, który wydobył z zespołu co najlepsze, zachęcił go do rozwoju i jeszcze zapewnił mu porządne brzmienie, nieporównywalnie lepsze od tego z poprzednich albumów. To wszystko razem złożyło się na najlepszy studyjny album Thin Lizzy.

Ocena: 7/10



Thin Lizzy - "Bad Reputation" (1977)

1. Soldier of Fortune; 2. Bad Reputation; 3. Opium Trail; 4. Southbound; 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Killer Without a Cause; 7. Downtown Sundown; 8. That Woman's Gonna Break Your Heart; 9. Dear Lord

Skład: Phil Lynott wokal i bass, harmonijka (6); Scott Gorham - gitara; Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brian Robertson - gitara (3,6,8), instr. klawiszowe (1,3); John Helliwell - saksofon (5), klarnet (7); Mary Hopkin-Visconti, Jon Bojic, Ken Morris - dodatkowy wokal (9)
Producent: Tony Visconti i Thin Lizzy


22 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)



Pomimo sporego sukcesu wydanego w 1972 roku singla "Whiskey in the Jar", grupa Thin Lizzy wciąż kiepsko sobie radziła. Album "Vagabonds of the Western World", podobnie jak dwa poprzednie, okazał się komercyjną klapą. Do tego zaczęły się problemy ze składem. Gitarzysta Eric Bell postanowił odejść, robiąc to w całkiem widowiskowy sposób - w trakcie występu po prostu rzucił gitarę i zszedł ze sceny. Na jego miejsce zatrudniono Gary'ego Moore'a, z którym Phil Lynott grał już wcześniej w grupie o nazwie Skid Row (nie mylić z amerykańską kapelą, która rozpoczęła działalność kilkanaście lat później), jednak i on wkrótce zrezygnował. Wówczas podjęto decyzje o przyjęciu aż dwóch nowych gitarzystów - Johna Du Canna (ex-Atomic Rooster) i Andy'ego Gee. Było to jednak rozwiązanie tymczasowe, wyłącznie na czas niemieckiej trasy w maju 1974 roku. Po jej zakończeniu zorganizowany został kasting, dzięki któremu do zespołu dołączyli Scott Gorham i Brian Robertson. Jak się okazało, właśnie wtedy narodził się najtrwalszy skład w historii Thin Lizzy, który wystąpił razem na pięciu albumach studyjnych i jednym koncertowym.

Na pierwszym wydawnictwie tego wcielenia zespołu, studyjnym "Nightlife" (1974), kompletnie nie wykorzystano możliwości, jakie dawała obecność dwóch gitarzystów. Album wypełniły zresztą w większości miałkie, łagodne piosenki. Paradoksalnie, jedynym naprawdę udanym utworem jest bluesowa ballada "Still in Love with You", zarejestrowana jeszcze w czasie współpracy z Moore'em. Podobnie, jak poprzednie, longplay w ogóle nie zaznaczył swojej obecności w notowaniach sprzedaży. Muzycy jednak się nie poddawali i w następnym roku wydali kolejny, tym razem bardziej hardrockowy album, "Fighting". W kilku utworach pojawiają się charakterystyczne motywy solowe, grane unisono przez obu gitarzystów, które stały się znakiem rozpoznawalnym zespołu. Choć materiał nie prezentuje się ciekawie pod względem artystycznym - wypełnia go prosty, sztampowy hard rock - okazał się pierwszym długometrażowym wydawnictwem zespołu, jakie osiągnęło sukces komercyjny (60. miejsce w Wielkiej Brytanii). Wytrwałość zespołu w końcu została doceniona. Jeszcze większym zainteresowaniem cieszył się kolejny album, "Jailbreak", który doszedł do 10. miejsca w Wielkiej Brytanii i 18. w Stanach, a także przyniósł kilka przebojów.

"Jailbreak" kontynuuje hardrockowy kierunek ze swojego poprzednika. Przy czym zespół upodobał sobie wygładzoną, radiową odmianę stylu. Album wypełniają proste, melodyjne piosenki, zbudowane na zwrotkowo-refrenowych strukturach (z miejscem na gitarowe unisona). Brzmienie nie jest zbyt ciężkie - takie w sam raz dla radia. Autentycznymi przebojami stały się utwór tytułowy i przede wszystkim "The Boys Are Back in Town", niezwykle popularny wśród klasy robotniczej, której został zadedykowany. Nieco mniejszym hitem był też "Cowboy Song". Cała trójka wypada dość przyjemnie, ale jest to typowa muzyka użytkowa. Podobnie jak, reszta albumu, w większości wpisująca się w piosenkową sztampę, z chwytliwymi, ale raczej miałkimi melodiami. Kawałki w rodzaju "Angel from the Coast", "Romeo and the Lonely Girl" czy "Fight or Fall" są natomiast tak niecharakterystyczne, że zapomina się o nich zaraz po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, ale przynajmniej nie drażnią. W przeciwieństwie do naprawdę okropnego "Running Back", z żenującym, strasznie naiwnym i banalnym motywem przewodnim oraz tandetnym "saksofonem" z syntezatora, kojarzącym się z twórczością Kenny'ego G. Za to wyjątkowo udany okazuje się finał albumu w postaci  "Emerald" - najcięższego w zestawie, ale wciąż bardzo melodyjnego, choć w mniej banalny sposób; wyróżniającego się także licznymi solówkami o lekko celtyckim zabarwieniu. Ten utwór pokazuje, że zespół miał pomysł na dość oryginalny styl, z którego jednak bardzo rzadko korzystał.

"Jailbreak" to kolejny dowód, że grupa Thin Lizzy miewała przebłyski, ale nie potrafiła nagrać albumu, który w całości przyciągałby uwagę. Bo i raczej nie to było zamiarem muzyków, a tworzenie muzyki przy której mniej wymagający słuchacze będą się dobrze bawić. W tej kategorii trudno "Jailbreak" wiele zarzucić. Ja jednak szukam muzyki do słuchania.

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)

1. Jailbreak; 2. Angel from the Coast; 3. Running Back; 4. Romeo and the Lonely Girl; 5. Warriors; 6. The Boys Are Back in Town; 7. Fight or Fall; 8. Cowboy Song; 9. Emerald

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Tim Hinkley - instr. klawiszowe (3)
Producent: Phil Lynott i Ron Nevison


21 maja 2013

[Artykuł] Rock in Peace: Ray Manzarek (1939-2013)

Rok 2013 okazuje się coraz bardziej pechowy dla muzyki rockowej, co kilka tygodni odchodzą kolejni wielcy muzycy. Wczoraj walkę z rakiem przegrał Ray Manzarek, legendarny klawiszowiec i współżacyciel The Doors. Miał 74 lata.



Urodził się 12 lutego 1939 roku w Chicago, jako Raymond Daniel Manczarek - jego rodzice Helena i Raymond Manczarek byli potomkami polskich emigrantów. Od najmłodszych lat uczył się grać na pianinie, studiował muzykę na chicagowskim DePaul University, jednak największy wpływ wywarła na nim muzyka jazzowa i bluesowa. W 1961 roku, wraz ze swoimi braćmi, Jimem i Rickiem, założył grupę Rick & the Ravens. Jednocześnie myślał także o karierze filmowca - w 1962 roku zaczął studnia na wydziale kinematografii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Właśnie tam poznał Jima Morrisona. W lipcu 1965 roku - czterdzieści dni po zakończeniu studiów - obaj spotkali się na plaży w Venice, gdzie podjęli decyzję o stworzeniu zespołu. Tak powstało The Doors (składu dopełnili gitarzysta Robby Krieger i perkusista John Densmore).

Ray Manzarek w The Doors
(na dole)
W latach 1967-71 zespół wydał aż sześć albumów studyjnych i jeden koncertowy. Po śmierci Jima Morrisona w lipcu 1971 pozostała trójka wydała pod tą nazwą jeszcze dwa albumy, po czym zakończyła działalność. W 1973 roku Manzarek zadebiutował solowym albumem "The Golden Scarab", a rok później wydał kolejny, "The Whole Thing Started with Rock & Roll Now It's Out of Control". Pierwsza była niezbyt odległa od klimatów doorsowych, ale na drugiej poszerzył horyzonty, udając się w kierunku czystego rock and rolla, jak i jazz rocka. Klawiszowiec szybko znudził się karierą solisty i już w 1977 roku stworzył grupę Nite City, w skład której weszli także gitarzysta Paul Warren, basista Nigel Harrison, oraz perkusista Jimmy Hunter. Dyskografia grupy to dwa, dość mocne longplaye: "Nite City" (1977) i "Golden Days Diamond Night" (1978). W latach 80. zaczął pracować jako producent (m.in. współpracował z punk rockowym zespołem X nad ich debiutanckim krążkiem "Los Angeles", 1980), a także wydał swój trzeci solowy album, znacznie jednak różniący się od poprzednich - "Carmina Burana" to jego interpretacja tak samo zatytułowanego dzieła Carla Offa. 

W 1993 roku The Doors został wprowadzony do amerykańskiego Rock and Roll Hall of Fame - na tę okazje Manzarek wraz z Kriegerem i Densmorem zagrali trzy utwory, z Eddiem Vedderem (Peral Jam) jako wokalistą. W 2002 roku Manzarek i Krieger wyruszyli wspólnie w trasę koncertową, pod szyldem The Doors of the 21st Century - tym razem wokalistą był Ian Astbury (The Cult), a perkusistą Stewart Copeland (The Police). Densmore podobno nie brał udziału w tej reaktywacji z powodu problemów ze słuchem - wkrótce wytoczył jednak proces swoim dawnym kolegom, w wyniku którego musieli zmienić nazwę. Zdecydowali się występować pod szyldem Riders on the Storm (na złość dawnemu perkusiście, który tak zatytułował swoją autobiografię), a w 2009 roku po raz kolejny zmienili nazwę, tym razem na Manzarek-Krieger. W międzyczasie doszło także do kilku zmian na stanowisku wokalisty. W ostatnich latach Ray Manzarek współpracował także z bluesowym gitarzystą Royem Rogersem - wspólnie wydali dwa albumy, "Ballads Before the Rain" (2008) i "Translucent Blues" (2011). Były to ostatnie wydawnictwa klawiszowca.

W 2006 roku, w wywiadzie udzielonym Agencji Reutera, Ray pozwolił sobie na egzystencjalne przemyślenia  które najlepiej sprawdzą się jako podsumowanie: Zamieszkujemy nasze ciała przez 70, 80, 90 lat, a życie tu na planecie Ziemia to taka frajda, że chce się, by to trwało. Twój duch, umysł, dusza z wiekiem stają się coraz lepsze. Zaczynasz patrzeć na wiele spraw z perspektywy. To wszystko przyspiesza i tylko to cholerne ciało spowalnia.


19 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Vagabonds of the Western World" (1973)



Irlandzka grupa Thin Lizzy powstała pod koniec lat 60., gdy dwóch byłych członków zespołu Them, gitarzysta Eric Bell i klawiszowiec Eric Wrixon, postanowili połączyć siły z muzykami amatorskiego zespołu Orphanage - śpiewającym basistą Philem Lynottem i perkusistą Brianem Downeyem. Grupa szybko podpisała kontrakt z EMI i już w lipcu 1970 zadebiutowała singlem z utworami "The Farmer" i "I Need You". Było to zarazem ostatnie wydawnictwo z Wrixonem, który postanowił opuścić zespół. Pozostała trójka wkrótce zarejestrowała swoje pierwsze albumy: eponimiczny debiut (1971) i "Shades of a Blue Orphanage" (1972). Wypełniła je zupełnie nieodkrywcza, chaotyczna mieszanka folku, hard rocka, funku i psychodelii, nierzadko przywołująca skojarzenia z Jimim Hendrixem (także ze względu na głos Lynotta). Oba longplaye okazały się kompletną porażką komercyjną, czemu trudno się dziwić.

W 1972 roku muzycy Thin Lizzy, rozczarowani brakiem sukcesu, poważnie rozważali zakończenie kariery. Z pomocą przyszła wytwórnia, która pod koniec roku wydała na singlu ich wersję tradycyjnej irlandzkiej pieśni "Whiskey in the Jar". Muzycy, których nie zapytano nawet o zgodę, początkowo byli wkurzeni, ale zmienili zdanie, gdy singiel doszedł na szczyt irlandzkiego notowania, jak również na wysokie miejsca w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Był to pierwszy - i od razu tak wielki - komercyjny sukces grupy. Muzycy szybko zapomnieli o swoich niedawnych planach i zarejestrowali kolejny album, "Vagabonds of the Western World"

Niestety, "Whiskey in the Jar" nie został na nim powtórzony (nie licząc wydania niemieckiego; później trafił też na kompaktowe reedycje). Zespół postawił na autorski materiał, co niekoniecznie wyszło na dobre, bo poszczególne kawałki wciąż są niezbyt charakterystyczne (może poza tytułowym). Za to słychać pewien postęp w kwestii zdecydowania o stylistycznym kierunku. Wyraźnie zaczynają dominować kawałki hardrockowe ("The Rocker", "Vagabond of the Western World", "Gonna Creep Up on You") i bluesopodobne ("Mama Nature Said", "Slow Blues"). Niestety, jest tu też kilka niepasujących do niczego utworów, jak psychodeliczny "The Hero and the Madman" oraz spokojniejsze "Little Girl in Bloom" i "A Song for While I'm Away". Szczególnie ten ostatni - przesłodzona, sentymentalna ballada - wprowadza zbyt wiele niespójności. O wiele lepszym i bardziej pasującym urozmaiceniem byłby wspomniany "Whiskey in the Jar", który jest po prostu przyjemną piosenką o celtyckiej melodyce.

"Vagabonds of the Western World" jest na pewno albumem bardziej udanym od swoich dwóch poprzedników, ale ogólnie na tle ówczesnej muzyki wypada bardzo blado. Nawet ograniczając się do samego hard rocka i 1973 roku, słychać jak bardzo zespół pozostawał, zwłaszcza pod względem kompozytorskim, w tyle za chociażby Black Sabbath ("Sabbath Bloody Sabbath"), Led Zeppelin ("Houses of the Holy") czy swoim rodakiem Rorym Gallagherem ("Tattoo"). Szkoda, że sukces "Whiskey in the Jar" nie zachęcił muzyków, by wzbogacić swoją twórczości o elementy celtyckie - wówczas przynajmniej czymś by się wyróżniała spośród dokonań nadto licznych grup hardrockowych.

Ocena: 5/10



Thin Lizzy - "Vagabonds of the Western World" (1973)

1. Mama Nature Said; 2. The Hero and the Madman; 3. Slow Blues; 4. The Rocker; 5. Vagabond of the Western World; 6. Little Girl in Bloom; 7. Gonna Creep Up on You; 8. A Song for While I'm Away

Skład: Philip Lynott - wokal i bass; Eric Bell - gitara; Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jan Schelhaas - organy (1,2); Kid Jensen - głos (2); Fiachra Trench - aranżacja instr. smyczkowych (9)
Producent: Nick Tauber


16 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)



Czy w przypadku takich zespołów, jak King Crimson, albumy składankowe mają jakikolwiek sens? Raczej nie. To nigdy nie był zespół singlowy. Promocyjne płytki ukazywały się sporadycznie i praktycznie nigdy nie trafiały do notowań (wyjątkiem był "The Court of the Crimson King", który ledwo zaznaczył swoją obecność na liście Billboardu). W przeciwieństwie do regularnych albumów. Tych w latach 1969-74 ukazało się aż siedem i żaden z nich nie zszedł poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu. I właściwie bardzo ciężko byłoby wskazać na nich jakieś słabsze punkty. Podsumowanie tak owocnego okresu ledwie dwupłytową składanką wydaje się zatem kompletnym nieporozumieniem. Bez względu na to, jakie utwory by się tutaj znalazły, wielu innych będzie brakować.

Sens wydania "A Young Person's Guide to King Crimson" niejako tłumaczy jego tytuł. Nawiązuje on do amerykańskiej serii telewizyjnej "Young Person's Guide to the Orchestra" z lat 60., której celem było zainteresowanie młodzieży muzyką klasyczną. Kompilacja jest zatem - przynajmniej w zamyśle - wprowadzeniem do muzyki King Crimson dla osób, które nie miały z nią wcześniej do czynienia. Teoretycznie powinien to być przewodnik prezentujący różne oblicza zespołu, ułatwiający podjęcie decyzji, które z regularnych albumów należy kupić w pierwszej kolejności (dziś taką funkcję pełni jednak internet). Tylko czy aby na pewno "Ladies of the Road" jest reprezentatywny dla albumu "Islands", "Book of Saturday" dla "Larks' Tongues in Apic", a "Trio" dla "Starless and Bible Black"?  Zdecydowanie nie. A "Lizard" w ogóle nie ma tutaj swojego reprezentanta. Nie ma tu też tak ważnych utworów, jak "21st Century Schizoid Man", "Larks' Tongues in Apic (Part II)", "Easy Money" czy "Fracture" (trzy pierwsze znalazły się jednak na wydanej w tym samym roku koncertówce "USA", będącej nieformalnym uzupełnieniem tej kompilacji - żaden utwór nie powtarza się na obu wydawnictwach). Patrząc na listę utworów można dojść do wniosku, że jednym kryterium wyboru utworów była ich przystępność. Może i niegłupio, bo po co na starcie zniechęcać potencjalnych fanów dziwactwami w rodzaju "The Devil's Triangle" czy "Talking Drum"?

Niestety, posunięto się też do popularnej, lecz nieuczciwej zagrywki, by zachęcić do kupna także osoby mające już w swojej kolekcji regularne albumy King Crimson. Nie mam tutaj na myśli skróconych wersji "Cat Food" (pochodzącej z singla) oraz "Cadence and Cascade", "Larks' Tongues in Aspic (Part I)" i "Moonchild" (brutalnie przyciętych na potrzeby tego wydawnictwa), które w takiej formie wypadają zdecydowanie gorzej. Ale znalazł się tutaj też jazzujący instrumental "Groon", wcześniej dostępny wyłącznie na stronie B singla "Cat Food" (nie licząc koncertowej wersji z "Earthbound"). I zupełnie inne wykonanie "I Talk to the Wind", zarejestrowane w lipcu 1968 roku przez grupę Giles, Giles & Fripp. W jej składzie byli już wtedy wszyscy członkowie pierwszego składu King Crimson, z wyjątkiem Grega Lake'a - zamiast niego występują tu basista Peter Giles i wokalistka Judy Dyble (znana z pierwszego albumu Fairport Convention). Ta wczesna wersja posiada zupełnie inną linię wokalną i bardziej uwypukloną partię gitary. To przyjemna ciekawostka, ale nie ma co ukrywać - nic więcej. Późniejsza wersja - bardziej dojrzała, ciekawiej i staranniej zaaranżowana - jest jednak dużo lepsza. Utwór ten obecnie można znaleźć również na znacznie bardziej wartościowej kompilacji, bo zawierającej więcej unikalnego materiału, "The Brondesbury Tapes (1968)" sygnowanej nazwą Giles, Giles & Fripp. "Groon" jest z kolei obecny na niektórych kompaktowych wznowieniach albumu "In the Wake of Poseidon".

Zawarte tutaj utwory zasługują, oczywiście, na znacznie wyższą ocenę, niż poniższa. Ale "A Young Person's Guide to King Crimson" kompletnie nie sprawdza się ani jako kolekcja najlepszych utworów zespołu (brak wielu spośród tych najbardziej istotnych, a część obecnych bezsensownie skrócono), ani jako niezbędne uzupełnienie podstawowej dyskografii (za dużo powtórek, za mało nowości), ani jako poradnik dla osób chcących poznać zespół (lepiej od razu sięgnąć po regularne albumy, najlepiej w kolejności chronologicznej). 

Ocena: 7/10



King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)

LP1: 1. Epitaph; 2. Cadence and Cascade; 3. Ladies of the Road; 4. I Talk to the Wind; 5. Red; 6. Starless
LP2: 1. The Night Watch; 2. Book of Saturday; 3. Peace: A Theme; 4. Cat Food; 5. Groon; 6. Coda from Larks' Tongues in Aspic (Part I); 7. Moonchild; 8. Trio; 9. The Court of the Crimson King

Skład: Robert Fripp - gitara, melotron, czelesta (LP1: 2), fisharmonia (LP2: 1); Greg Lake - wokal (LP1: 1, LP2: 4,7,9), bass (LP1: 1, LP2; 7,9); Ian McDonald - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 7,9), saksofon (LP1: 1,6), flet (LP1: 1,4, LP2: 9), gitara (LP1: 4), klarnet (LP1: 4); Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1,2,4, LP2: 4,5,7,9); Gordon Haskell - wokal (LP1: 2); Mel Collins - flet (LP1: 2), saksofon (LP1: 3,6); Boz Burrell - wokal i bass (LP1: 3); Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 3); John Wetton - bass (LP1; 5,6, LP2: 1,2,6,8), wokal (LP1: 6, LP2: 1,2); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne (LP1; 5,6, LP2: 1,8); David Cross - skrzypce (LP2: 1,2,6,8); Jamie Muir - instr. perkusyjne (LP2: 6)
Gościnnie: Peter Giles - bass (LP1: 2,4, LP2: 4,5); Keith Tippett - pianino (LP1: 2, LP2: 4); Judy Dyble - wokal (LP1: 4)
Producent: King Crimson


15 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "USA" (1975)



"USA" to pierwsza koncertówka King Crimson z prawdziwego zdarzenia (fatalnie brzmiący "Earthbound" należy traktować jako oficjalny bootleg). Brzmienie tego materiału nie jest może idealne, ale całkiem przyzwoite. Znalazły się tu fragmenty jednych z ostatnich występów składu tworzonego przez Roberta Frippa, Johna Wettona, Billa Bruforda i Davida Crossa. Nagrań dokonano 28 czerwca 1974 roku w Asbury Park w stanie New Jersey i dwa dni później w Providence w stanie Rhode Island (podczas tego samego występu została zarejestrowana improwizacja "Providence" wydana na albumie "Red"). Na repertuar złożyły się głównie utwory z dwóch najnowszych wówczas longplayów, "Larks' Tongues in Aspic" i "Starless and Bible Black".

Ambientowe intro "Walk On...No Pussyfooting" (z albumu "(no pussyfooting)" duetu Fripp & Eno) ustępuje nagle agresywnym dźwiękom "Larks' Tongues in Aspic (Part II)". Ten złożony utwór doskonale sprawdzał się podczas koncertów, dając muzykom możliwość pokazania swoich niemałych umiejętności i zachwycenia wzorową interakcją. Nic dziwnego, że był grany jeszcze długo po rozpadzie tego składu. Ale to wykonania z tego okresu najbardziej zachwycają - żaden inny skład nie wszedł na ten poziom zespołowej improwizacji. "Lament" i "Exiles" przypominają, że muzycy byli także dobrymi kompozycjami, potrafiącymi tworzyć bardzo ładne, wyrafinowane melodie. Oba utwory przebijają studyjne wersje, co jest głównie zasługą uwypuklonych, brzmiących masywniej partii basu Wettona.

Porywająca improwizacja "Asbury Park" to zdecydowanie największa zaleta tego wydawnictwa. Bardzo energetyczna i zwarta, z przesterowanymi partiami Wettona w głównej roli, wspartymi przez fantastyczną perkusję Bruforda, ostre dźwięki gitary Frippa i schowany w tle melotron Crossa. Utwór brzmi bardzo współcześnie - tak mógłby wyglądać współczesny stoner rock, gdyby tylko muzycy grający w tym stylu mieli choć trochę wyobraźni tego składu King Crimson. Świetnie wypada także "Easy Money" z intrygującą częścią instrumentalną, która podczas każdego koncertu była grana zupełnie inaczej. A na zakończenie pojawia się jeszcze "21st Century Schizoid Man" (jedyne nagranie z Providence), ciekawie przearanżowany na skład ze skrzypcami zamiast saksofonu.

Oryginalne wydanie albumu zostało wzbogacone studyjnymi dogrywkami - dodano partie skrzypiec i elektrycznego pianina Eddiego Jobsona. Ponadto część utworów została odrobinę skrócona, aby zmieścić wszystko na pojedynczej płycie winylowej. Dopiero wydanie z 2005 roku zawiera pełne wersje, zrezygnowano także z nakładek Jobsona. Zarówno to wydanie, jak i wszystkie inne po 2002 roku, zawiera dwa bonusowe utwory, "Fracture" i "Starless", wydłużające album o dwadzieścia pięć minut.

Największą wadą "USA" jest właśnie czas trwania. Pojedyncza płyta winylowa to zdecydowanie za mało, by w pełni pokazać, na co było stać ten skład. Szkoda, że nie zdecydowano się na dwupłytowe wydawnictwo. Mimo tego, "USA" stanowi świetne uzupełnienie podstawowej dyskografii King Crimson. Obecnie, po wydaniu "The Great Deceiver (Live 72-74)" i "The Night Watch", może jest już trochę mniej atrakcyjny, chociaż i tak warto go poznać - zespół za każdym razem grał swoje kompozycje nieco inaczej, ponadto sama improwizacja "Asbury Park" jest warta sięgnięcia po "USA".

Ocena: 8/10



King Crimson - "USA" (1975)

1. Walk On...No Pussyfooting / Larks' Tongues in Aspic (Part II); 2. Lament; 3. Exiles; .4 Asbury Park; 5. Easy Money; 6. 21st Century Schizoid Man

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce, altówka i instr. klawiszowe
Gościnnie; Eddie Jobson - skrzypce (1,6), pianino elektryczne (2)
Producent; King Crimson


14 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Red" (1974)



Ostatni występ King Crimson w składzie z Robertem Frippem, Johnem Wettonem, Billem Brufordem i Davidem Crossem odbył się 1 lipca 1974 roku. Dokładnie tydzień później zespół wszedł do londyńskiego Olympic Studios, by przygotować materiał na kolejny album studyjny. W składzie nie było już Crossa, ale pojawili się liczni goście, jak Robin Miller i Mark Charing, grający odpowiednio na oboju i kornecie (obaj wystąpili już w tych rolach na "Lizard" i "Islands", czy nie uwzględniony w opisie, anonimowy wiolonczelista. Jednak dla wielbicieli zespołu, a zwłaszcza jego wcześniejszych wcieleń, najważniejszy jest udział jego byłych członków, saksofonistów Iana McDonalda i Mela Collinsa. Podczas trwającej do sierpnia sesji zarejestrowano cztery utwory, w tym jeden znany już z koncertów i jeden oparty na pomyśle sprzed kilkunastu miesięcy. Ponieważ ich łączna długość ledwo przekraczała trzydzieści minut, postanowiono dodać jedno nagranie koncertowe.

Album "Red" ukazał się w październiku i spotkał z dobrym przyjęciem, choć był najniżej do tamtej pory notowanym albumem zespołu w Wielkiej Brytanii, a w Stanach - najniżej notowanym od czasu "Islands". Zapewne wynikało to w znacznym stopniu z braku promocji za pomocą singli i koncertów - choć w planach było wyruszenie w trasę w składzie poszerzonym o McDonalda, która z pewnością okazałaby się wielkim sukcesem. W jednym z wywiadów Wetton twierdził, że właśnie perspektywa sukcesu zniechęcała Frippa do dalszej działalności - obawiał się, że zespół stanie się megagwiazdą, nad którą kontrolę przejmie wytwórnia, do czego nie chciał dopuścić.

"Red" stanowi swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej działalności King Crimson. Zespół nie wprowadza tu żadnych nowych elementów czy rozwiązań, zamiast tego prezentuje przekrój przez różne etapy swojej działalności. Są tu zatem i bardziej przystępne momenty, mieszczące się w ramach mainstreamowego proga, jak i inspirowane awangardą improwizacje - te dwa podejścia często zresztą przeplatają się w trakcie jednego utworu. Doskonałym przykładem jest nagranie tytułowe - instrumentalny otwieracz, ze świetnie przeplatającymi się partiami gitary, basu i perkusji, przypomina instrumentale z dwóch poprzednich albumów, ale ma bardziej zwartą budowę, co w połączeniu z ciężkim brzmieniem sprawia, że jest atrakcyjny także dla osób słuchających głównie hard rocka czy metalu. "Fallen Angel" to już świetne połączenie ładnych fragmentów balladowych z mrocznymi zaostrzeniami. W całość doskonale wtapiają się subtelne partie oboju i przeszywające dźwięki kornetu, dodające sporo klimatu, przywołującego skojarzenie z wczesnymi albumami zespołu. Co ciekawe, zalążkiem tego utworu była improwizacja zagrana podczas występu już pod koniec 1972 roku. "One More Red Nightmare" na początku sprawia wrażenie dość zwyczajnej rockowej piosenki (choć z interesującą grą Bruforda), bardzo zresztą chwytliwej, ale w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych podąża w bardziej progresywne rejony, świetnie wzbogacone grą McDonalda na saksofonie altowym.

O ile powyższe utwory - wypełniające stronę A winylowego wydania - mogą podobać się także słuchaczom prostszych odmian rocka, tak "Providence" jest już utworem zupełnie innego rodzaju. To koncertowa improwizacja, zarejestrowana 30 czerwca 1974 roku w tytułowym mieście w stanie Rhode Island. Wyraźna jest tu inspiracja współczesną awangardą. Pierwsza część, z atonalną partią skrzypiec Crossa na pierwszym planie, jest bliska estetyki free improvisation. W drugiej części dominuje masywny bas Wettona, piskliwe dźwięki gitary Frippa i mocna perkusja Bruforda, ciężkie brzmienie nadaje bardziej rockowego charakteru, ale swobodna gra muzyków daleka jest od konwencjonalnego rocka. Nie jest to może najciekawsza improwizacja tego składu, ale bardzo intrygująca (zwłaszcza w pierwszej części) i porywająca (w drugiej). Doskonałym finałem albumu jest "Starless" - utwór grany na koncertach już od marca 1974 roku. Tutaj pojawia się w nieco przearanżowanej wersji, bez skrzypiec, ale za to z saksofonem sopranowym Collinsa i altowym McDonalda. Także ten utwór składa się z dwóch część. Pierwsza to typowo crimsonowska ballada, z przepiękną melodią, podniosłym nastrojem i melotronowym tłem. Druga, w całości instrumentalna, to kolejna intrygująca improwizacja, ze stopniowo narastającym napięciem i wspaniałym zakończeniem. Utwór genialnie łączy klimat wczesnego King Crimson z bardziej awangardowym podejściem składu z lat 1972-74. Trudno o lepsze zakończenie ostatniego premierowego albumu z tego okresu.

"Red" utrzymuje wysoki poziom, do jakiego zespół przyzwyczaił poprzednimi albumami. Jeśli już do czegoś miałbym się przyczepić, to do braku jakiś nowych elementów, które wzbogaciłyby twórczość zespołu. Ale z drugiej strony - to siódmy album wydany w ciągu sześciu lat, więc trudno wymagać, by zespół w tak krótkim okresie ciągle czymś zaskakiwał. Ani kompozycje, ani wykonanie nie odbiegają od wcześniejszych dokonań, a całość wciąż brzmi bardzo świeżo i interesująco. Nawet po dziesiątkach, a może już setkach przesłuchań.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Red" (1974)

1. Red; 2. Fallen Angel; 3. One More Red Nightmare; 4. Providence; 5. Starless

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robin Miller - obój (2); Mark Charing - kornet (2); Ian McDonald - saksofon altowy (3,5); David Cross - skrzypce (4);  Mel Collins - saksofon sopranowy  (5)
Producent: King Crimson


13 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Starless and Bible Black" (1974)



Na kilka dni przed premierą albumu "Larks' Tongues in Aspic", grupa King Crimson - już bez Jamiego Muira w składzie - rozpoczęła jedną ze swoich największych, najbardziej intensywnych i najsłynniejszych tras koncertowych. Co ciekawe, już na samym jej początku - a ściślej mówiąc, podczas występu w londyńskim Rainbow Theatre, 18 marca 1973 roku - muzycy zaczęli testować zupełnie premierowy materiał. Właśnie tego dnia po raz pierwszy zostały wykonane kompozycje "The Night Watch", "Fracture" i "Lament". Wszystkie trzy dopiero rok później zostały wydane na albumie "Starless and Bible Black".

Kiedy jednak w styczniu 1974 roku zespół wszedł do londyńskiego Air Studios, by zarejestrować materiał na ten album, oprócz trzech wspomnianych utworów, miał gotową tylko jedną nową kompozycję, "The Great Deceiver" (był jeszcze "Dr. Diamond", grany na żywo już od końca 1972 roku, ale najwyraźniej nie było planów zarejestrowania go w studiu). Muzycy mieli jednak w zanadrzu mnóstwo fantastycznych improwizacji zarejestrowanych podczas koncertów - zdecydowali się wybrać kilka spośród tych najlepiej brzmiących, poddać je studyjnej obróbce i umieścić na albumie. Wykorzystano fragmenty występów z 23 października w Glasgow, 15 listopada w Zurychu i 23 listopada w Amsterdamie.

Album rozpoczynają dwa - spośród zaledwie trzech - studyjne nagrania. Fantastycznie w roli otwieracza sprawdza się energetyczny "The Great Deceiver", prowadzony świetnym riffem z uzupełniającymi się partiami gitary i skrzypiec, posiadający dość nieoczywistą, złożoną strukturę. "Lament" zaczyna się jak ballada z ascetycznym akompaniamentem gitary, ale stopniowo dochodzą pozostałe instrumenty i nagranie nabiera większej intensywności i prawdziwie progresywnego charakteru, a złożone partie poszczególnych muzyków doskonale się uzupełniają. "We'll Let You Know" z występu w Glasgow, oparty na nieco funkowej grze sekcji rytmicznej, to kolejny doskonały popis instrumentalistów. Interakcja i kreatywność tego składu były fenomenalne, co najlepiej słychać właśnie w nagraniach koncertowych.

Klimatyczny wstęp "The Night Watch" pochodzi z występu w Amsterdamie, ale zasadniczą część utworu zarejestrowano w studiu. To jedna z tych pięknych, wyrafinowanych ballad, w których zespół był bezkonkurencyjny. A skoro mowa o pięknie, to wspomnieć trzeba też o "Trio", także pochodzącym z amsterdamskiego występu - nastrojowej improwizacji, opartej wyłącznie na brzmieniu altówki, melotronu i basu. Co ciekawe, jako współautor został dopisany także Bill Bruford - ponieważ jego decyzja o niezagraniu żadnego dźwięku zadecydowała o charakterze tej improwizacji.

Zamykający pierwszą stronę winylowego wydania "The Mincer" to fragment dłuższej improwizacji, zarejestrowanej w Zurychu - całkiem intrygujący, z umiejętnie budowanym nastrojem, jednak brzydko się urywającej. W studiu dograno krótką partię wokalną. Drugą stronę wypełniają dwa około dziesięciominutowe nagrania z występu w Amsterdamie - improwizacja "Starless and Bible Black" oraz wykonanie "Fracture". Oba są zdecydowanie najlepszym na tym albumie przykładem fenomenalnej gry instrumentalistów, którzy potrafili się tak doskonale zrozumieć podczas koncertów, że można odnieść wrażenie, jakby każdy dźwięk został tu dokładnie zaplanowany, a jednocześnie sporo tu swobody charakterystycznej dla spontanicznych improwizacji.

Choć "Starless and Bible Black" składa się zarówno z nagrań studyjnych, jak i koncertowych, jest zaskakująco spójnym wydawnictwem. Nie słychać różnicy w brzmieniu, a cały materiał utrzymuje wysoką jakość artystyczną. Skomponowane utwory zachwycają kunsztem, a improwizacje - doskonałym zgraniem. Wykonanie jest rewelacyjne, zarówno jeśli chodzi o interakcję zespołu, jak i umiejętności poszczególnych muzyków. Robert Fripp wypracował rozpoznawalny styl gry, który brzmi tutaj bardzo dojrzale. Sekcja rytmiczna John Wetton / Bill Bruford brzmi odpowiednio mocno (doskonale słychać bas), a przy tym wyrafinowanie. Wetton świetnie sprawdza się także w roli wokalisty. A David Cross może nie dorównuje umiejętnościami pozostałym muzykom, ale jego partie na smyczkach doskonale dopełniają brzmienia, podobnie jak obsługiwane przez niego i Frippa klawisze. Muzyka zawarta na "Starless and Bible Black" jest dość złożona i początkującym słuchaczom rocka progresywnego może wydawać się trudna - jest to na pewno jeden z mniej przystępnych studyjnych albumów King Crimson - ale to jedno z najwspanialszych osiągnięć zespołu, więc warto poświęcić więcej czasu na jego zrozumienie, jeśli będzie to potrzebne.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Starless and Bible Black" (1974)

1. The Great Deceiver; 2. Lament; 3. We'll Let You Know; 4. The Night Watch; 5. Trio; 6. The Mincer; 7. Starless and Bible Black; 8. Fracture

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara, melotron, elektryczne pianino, efekty; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce, altówka, melotron, elektryczne pianino
Producent: King Crimson


12 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)



Podczas trasy koncertowej promującej album "Islands" dochodziło do wielu spięć i konfliktów pomiędzy ówczesnymi muzykami King Crimson. W rezultacie, najpierw odszedł Peter Sinfield (wieloletni tekściarz, a podczas wspomnianej trasy także klawiszowiec), a po zakończeniu tournee - wszyscy muzycy, z wyjątkiem Roberta Frippa. Gitarzysta szybko rozpoczął kompletowanie nowego składu. Jako pierwszi zrekrutowani zostali śpiewający basista John Wetton (były członek grup Mogul Thrash i Family) i perkusjonalista Jamie Muir (występujący wcześniej z wieloma eksperymentującymi składami). Następnie do grupy dołączyli perkusista Bill Bruford (który właśnie opuścił Yes, obawiając się, że po sukcesie "Close to the Edge" grupa będzie od tej pory nagrywać jego kopie), oraz grający na skrzypcach i klawiszach David Cross (jako jedyny nie posiadający żadnego doświadczenia). Nowym tekściarzem został  natomiast Richard Palmer-James.

W październiku 1972 roku odświeżone King Crimson wyruszyło na swoja pierwszą trasę koncertową. Co ciekawe, muzycy unikali grania kompozycji poprzednich składów (z wyjątkiem "21st Century Schizoid Man"). Zamiast tego prezentowali nowe utwory, a także liczne improwizacje. Właśnie zespołowa improwizacja i interakcja, opanowana do perfekcji przez ten skład, stała się podstawą nowego stylu grupy. W ówczesnych dokonaniach zespołu wyraźnie słyszalny jest wpływ jazz fusion w stylu Mahavishnu Orchestra (stąd też prawdopodobnie w składzie pojawił się muzyk grający na skrzypcach). W styczniu następnego roku zespół wszedł do studia, aby zarejestrować sześć utworów, z których większość ukształtowała się podczas wspomnianych występów. Rezultatem tej sesji jest album "Larks' Tongues in Aspic".

Longplay rozpoczyna się od pierwszej części utworu tytułowego. To trzynaście i pół minuty bardzo swobodnego, improwizowanego grania. Przez pierwszych kilka minut słyszymy tylko intrygujące dźwięki przeróżnych perkusjonaliów, do których w pewnym momencie dołącza agresywna partia gitary, wsparta mocną grą sekcji rytmicznej i kontrapunktową partią skrzypiec. Zespołowa improwizacja, w klimatach zahaczających o jazz fusion, w ósmej zostaje nagle przerwana, po czym rozbrzmiewa długie solo Crossa. Dopiero w końcówce dołączają do niego pozostali muzycy. "Book of Saturday" to dla odmiany bardziej konwencjonalny, tradycyjny utwór. Bardzo ładnej partii wokalnej Wettona (najlepszego wokalisty grupy od czasu Grega Lake'a!) towarzyszą tylko subtelne dźwięki gitary, basu i skrzypiec. Jeszcze piękniej wypada bardziej rozbudowany "Exiles". Rozpoczęty dziwnymi, mrocznymi dźwiękami, z których nagle wyłania się kolejna przepiękna melodia. Jedyne, co można zarzucić, to zbytnie podobieństwo wokalnych fragmentów do utworu "In the Wake of Poseidon" - podobny klimat, niemal identyczny rytm i partie akustycznej gitary, jedynie zamiast melotronu wykorzystano skrzypce, flet i pianino. To jednak dobrze, że pojawia się tu taki łącznik z wcześniejszymi dokonaniami.

Drugą stronę otwiera "Easy Money" - bardzo intensywny rytmicznie, z ciężkimi partiami gitary i przebojową partią wokalną, zaś w środku zawierający długą, intrygującą improwizację, opartą na doskonałej interakcji muzyków, stopniowo budujących napięcie i tworzących niesamowity klimat. Dwa kolejne, ostatnie, utwory są w całości instrumentalne. "The Talking Drums" rozpoczyna się od popisu Muira i Bruforda, do którego stopniowo dołącza hipnotyzujący bas Wettona, orientalizujące skrzypce Crossa, a w końcu także ostra gitara Frippa - wraz z jej pojawieniem się, utwór nabiera większej dynamiki, a brzmienie staje się bardziej agresywne. Finałowy "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" jest znacznie bardziej zwarty od pierwszej części. Opiera się na ciężkim gitarowym riffowaniu i bardzo intensywnej grze sekcji rytmicznej, a w całość świetnie wtapiają się skrzypce, wychodzące na pierwszy plan przede wszystkim w licznych spokojniejszych interludiach, choć w najcięższym fragmencie Cross gra na nich zgrzytliwą, agresywną solówkę. Utwór stał się obowiązkowym punktem koncertów, granym także przez wszystkie późniejsze składy zespołu.

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne wielkie dzieło King Crimson, jeden z najwspanialszych albumów w dyskografii zespołu. Rewelacyjne kompozycje (lub improwizacje), doskonale zagrane i zaśpiewane. Do tego perfekcyjne brzmienie - bardzo czyste, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami, a zarazem niezwykle potężne, ciężkie i agresywne. Wszystko to razem składa się na jeden z najwspanialszych albumów rocka (nie tylko) progresywnego.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)

1. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 2. Book of Saturday; 3. Exiles; 4. Easy Money; 5. The Talking Drum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part Two)

Skład: John Wetton - wokal i bass, pianino (3); Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; David Cross - skrzypce, altówka, instr. klawiszowe, flet (3); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Jamie Muir - instr. perkusyjne, perkusja
Producent: King Crimson


11 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Islands" (1971)



King Crimson w początkach swojej działalności nie mógł utrzymać stałego składu. Z czterech albumów wydanych w latach 1969-71, każdy był nagrywany w innej konfiguracji personalnej. Nic dziwnego, że Robert Fripp - jedyny stały członek - poważnie rozważał zakończenie działalności i przyjęcie którejś z licznych ofert od innych zespołów, które chciały z nim współpracować. Saksofonista Mel Collins przekonał go jednak, aby się nie poddawał, po czym sam znalazł nowych muzyków: śpiewającego basistę Boza Burrella i perkusistę Iana Wallace'a. Skład ten okazał się kolejną efemerydą, istniejącą ledwie kilkanaście miesięcy. W tym czasie udało się jednak zarejestrować kolejny album studyjny - "Islands" - i wyruszyć w pierwszą trasę koncertową od czasu występów w oryginalnym składzie.

W nagraniach, poza podstawowym składem, wzięło udział wielu sesyjnych muzyków, w tym znany już z dwóch poprzednich albumów pianista Keith Tippett, a także liczni muzycy grający na instrumentach dętych i smyczkowych (większość z nich nie została nawet wymieniona w opisie na okładce). Album składa się z sześciu kompozycji Frippa. Do czterech z nich teksty napisał nadworny tekściarz Karmazynowego Króla, Peter Sinfield; dwa pozostałe są instrumentalne. "Islands" stanowi w pewnym sensie logiczną kontynuację "Lizards" i "In the Wake of Poseidon", na których pojawiły się wpływy jazzowe. Tutaj stały się one jeszcze wyraźniejsze, jednak album zawiera bardzo zróżnicowany materiał.

Całość rozpoczyna się od jazzująco-folkowego "Formentera Lady", wyróżniającego się bardzo luźną strukturą. Istotną rolę odgrywają improwizacje na pianinie, flecie i saksofonie, a także partie instrumentów smyczkowych. Całość została natomiast zbudowana na wyrazistej, ostinatowej linii basu, o niemal hipnotyzującym charakterze. Pojawia się też melodyjna partia wokalna - choć Burrell nie jest niestety wybitnym wokalistą i jego głos może nieco irytować. Instrumentalny "Sailor's Tale" to już improwizacja na całego, mocno zakręcona, z dominującą rolą ostrych partii saksofonu i gitary, melotronowym tłem, oraz trzymającą wszystko w ryzach grą sekcji rytmicznej. "The Letters" z początku jest subtelną balladą, o poruszającej melodii, lecz w pewnym momencie niespodziewanie następuje agresywne wejście saksofonu. Zalążkiem tego utworu była kompozycja "Drop In", napisana jeszcze w czasach Giles, Giles & Fripp, a wykonywana na żywo przez pierwsze wcielenie King Crimson (po latach jedno z wykonań znalazło się na albumie "Epitaph").

Otwierający drugą stronę winylowego wydania "Ladies of the Road" to trochę bardziej konwencjonalny, energetyczny utwór rockowy, z bluesującymi zagrywkami gitary i beatlesowskimi harmoniami wokalnymi w spokojniejszym refrenie. Nietypowy dla King Crimson jest także tekst o groupies, wyjątkowo bezpośredni, jak na Sinfielda. "Prelude: Song of the Gulls" to kolejna kompozycja napisana w czasach Giles, Giles & Fripp (wówczas nosiła tytuł "Suite No. 1"). Ładny instrumentalny utwór, wyraźnie inspirowany muzyką klasyczną - wykorzystano tu tylko obój, kornet i smyczki - stanowi wstęp do kompozycji tytułowej. To jeden z najpiękniejszych utworów w dorobku zespołu. Zaczyna się bardzo spokojnie, poruszającą partią wokalną z delikatnym akompaniamentem pianina i fletu. Kompozycja stopniowo się rozwija, dochodzą kolejne instrumenty, ale subtelny nastrój pozostaje do końca. A finałowa solówka Marka Chariga na kornecie jest prawdopodobnie najbardziej jazzowym momentem dyskografii King Crimson.

Choć poszczególne utwory są bardzo zróżnicowane, utrzymane w różnych stylach, razem tworzą całkiem spójną całość. Wyraźnie słychać tutaj pewną myśl przewodnią, dzięki której te różnorodne utwory doskonale się uzupełniają. Może tylko "Prelude: Song of the Gulls" sprawia wrażenie wyrwanego z kontekstu, ale traktowany jako wstęp do tytułowej kompozycji nabiera sensu. Ogólnie, "Islands" jest naprawdę udanym longplayem, niesłusznie pozostającym w cieniu kilku innych dzieł zespołu.

Ocena: 9/10



King Crimson - "Islands" (1971)

1. Formentera Lady; 2. Sailor's Tale; 3. The Letters; 4. Ladies of the Road; 5. Prelude: Song of the Gulls; 6. Islands

Skład: Boz Burrell - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Mel Collins - saksofon i flet, dodatkowy wokal; Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Keith Tippett - pianino; Robin Miller - obój; Mark Charig - kornet; Harry Miller - kontrabas (1,6); Paulina Lucas - dodatkowy wokal (1); Peter Sinfield - efekty
Producent: King Crimson


10 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Lizard" (1970)



Po wydaniu "In the Wake of Poseidon", Robert Fripp skompletował nowy skład King Crimson. Znaleźli się w nim dwaj muzycy, którzy wystąpili gościnnie na wspomnianym albumie - saksofonista Mel Collins i śpiewający basista Gordon Haskell - jak również nowy perkusista Andy McCulloch. Skład ten miał wyruszyć na wspólną trasę koncertową z zespołem Traffic, jednak w ostatniej chwili Fripp wycofał się z tego pomysłu. Zamiast tego, postanowił wejść do studia i przygotować materiał na trzeci album grupy. Po raz kolejny nie obyło się bez pomocy muzyków sesyjnych. Istotną rolę w nagraniach odegrał pianista Keith Tippett (znany już z poprzedniego albumu), a także sekcja dęta złożona z muzyków jego własnej grupy - Robina Millera, Marka Chariga i Nicka Evansa. W studiu pojawił się także Jon Anderson z Yes.

Cały materiał został skomponowany przez Frippa, a teksty tradycyjnie napisał Peter Sinfield. Album składa się z pięciu utworów - czterech krótszych na stronie A winylowego wydania i tytułowej suity zajmującej całą stronę B. Stanowią one rozwinięcie stylistyki znanej z poprzednich wydawnictw grupy, choć jednocześnie zespół zmierza tu w bardziej jazzowym kierunku. Utwory mają swobodne, jakby improwizowane struktury. Rozpoczynający album "Circus" jest świetnym wprowadzaniem do tego nowego oblicza King Crimson. Charakterystyczne elementy znane z poprzednich albumów - jak rozpoznawalna gitara Frippa, podniosłe brzmienie melotronu i mistrzowskie przechodzenie od ładnych melodii do cięższych i bardziej agresywnych dźwięków - wzbogacone są tutaj wyraźnie jazzowymi partiami dęciaków i pianina, oraz wspomnianą już, swobodą wykonania, która momentami sprawia wrażenie chaosu - jest to jednak w pełni kontrolowany chaos. Wspaniałe otwarcie, a jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to warstwa wokalna - Haskell nie ma niestety tak ciekawego i idealnie pasującego do stylu zespołu głosu, jak jego poprzednik, Greg Lake.

Kolejny na płycie "Indoor Games" przywołuje wyraźne skojarzenie z kompozycją "Cat Food" z poprzedniego albumu. To genialne połączenie groteski, chwytliwej melodii i porywającej gry instrumentalistów - zwraca uwagę świetna praca sekcji rytmicznej, a także jazzowe partie Collinsa i Tippetta. W nagraniu został użyty także syntezator, na którym zagrał Sinfield. "Happy Family" zawiera podobną dawkę groteski, a przy tym znacznie więcej w nim (poskromionego) chaosu, momentami ocierającego się o bardziej awangardowe formy jazzu. "Lady of the Dancing Water" dla odmiany jest subtelną, skromnie zaaranżowaną balladą w klimacie "I Talk to the Wind" i "Cascade and Cadence". Prosta, lecz przepiękna melodia czyni go najbardziej przystępnym fragmentem albumu. Tytułowy "Lizard" to natomiast wzorcowa progrockowa suita, pełna ciekawych zmian nastroju, oraz wspaniałych melodii i partii instrumentalnych. Utwór jest tym bardziej wyjątkowy, że zespół nigdy nie nagrał niczego podobnego. Warto też wspomnieć o wokalnym udziale Jona Andersona, który zaśpiewał pierwszą część suity - i choć nie znoszę jego głosu, muszę przyznać, że tutaj poradził sobie doskonale. Być może jest to nawet najlepsza partia wokalna w całej jego karierze.

"Lizard" jest jednym z najtrudniejszych w odbiorze albumów King Crimson, przez co nie cieszy się taką popularnością, jak kilka innych wydawnictw grupy. Sam potrzebowałem wielu lat, żeby go w końcu docenić. Nawet muzycy, którzy go nagrywali, mają o nim nienajlepsze zdanie. Robert Fripp uważa, że tylko niektóre z licznych pomysłów były udane, natomiast Gordon Haskell i Andy McCulloch w ogóle nie rozumieli muzyki zespołu i uważali ją za zbyt pretensjonalną (śmiech na końcu "Indoor Games" jest ponoć autentyczną reakcją Haskella na tekst tego utworu), w rezultacie czego obaj opuścili zespół wkrótce po nagraniach, zaprzepaszczając tym samym szansę na trasę promującą album. Niezależnie jednak od ich zdania, "Lizard" to wielkie dzieło.

Ocena: 9/10



King Crimson - "Lizard" (1970)

1. Cirkus; 2. Indoor Games; 3. Happy Family; 4. Lady of the Dancing Water; 5. Lizard

Skład: Gordon Haskell - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Mel Collins - saksofon i flet; Andy McCulloch - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Keith Tippett - pianino; Robin Miller - obój; Mark Charig - kornet; Nick Evans - puzon; Peter Sinfield - syntezator; Jon Anderson - wokal (5)
Producent: Robert Fripp i Peter Sinfield


9 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "In the Wake of Poseidon" (1970)



Po wydaniu debiutanckiego "In the Court of the Crimson King", zespół wyruszył do Stanów na trasę koncertową. Pomimo dobrego przyjęcia, nie wszyscy muzycy byli zadowoleni. W grudniu 1969 roku decyzję o odejściu podjął Ian McDonald, który nie radził sobie z trudami trasy i długim przebywaniem z dala od domu. Razem z nim zdecydował się odejść Michael Giles (obaj muzycy wkrótce potem stworzyli duet McDonald and Giles, który w 1970 roku wydał swój jedyny, eponimiczny album). Na tym jednak się nie skończyło. Greg Lake doszedł do wniosku, że bez McDonalda - głównego kompozytora zespołu - nie ma on szans na przetrwanie. Uznał, że bezpieczniej będzie przyjąć propozycję Keitha Emersona, który chciał stworzyć z nim nowy zespół (składu dopełnił Carl Palmer, a trio przyjęło nazwę Emerson, Lake & Palmer). O przyjęcie do grupy ponoć ubiegał się także Robert Fripp, jednak Emerson i Lake nie chcieli gitarzysty w składzie.

Fripp został więc sam z nazwą King Crimson i tekściarzem Peterem Sinfieldem. Oraz managementem, który po sukcesie debiutanckiego albumu i promującej go trasy, nie chciał nawet słyszeć o zakończeniu przez grupę działalności. Management posunął się nawet do tego, że ściągnął do grupy niejakiego Eltona Johna (wówczas jeszcze mało znanego, mającego na koncie tylko jeden album solowy), który miał zostać nowym wokalistą i klawiszowcem. Fripp pozbył się go jednak już na pierwszej wspólnej próbie. Tymczasem wydawca domagał się nowego materiału. Gitarzyście udało się namówić na chwilowy powrót Lake'a (który jako zapłaty zażądał należącego do zespołu sprzętu nagłaśniającego) i Michaela Gilesa. Pozyskano też kilku innych współpracowników - basistę Petera Gilesa (brata Michaela), uzdolnionego jazzowego pianistę Keitha Tippetta, oraz saksofonistę Mela Collinsa (podobno w nagraniach udział wzięli także Keith Emerson i perkusista Jon Hiseman, znany z Colosseum i zespołu Johna Mayalla, jednak ich nazwiska nie pojawiły się w opisie). Wszyscy oni mieli mieć jedynie status muzyków sesyjnych. Mimo tego, udało się zarejestrować kilka nowych utworów, które wypełniły drugi album sygnowany nazwą King Crimson, zatytułowany "In the Wake of Poseidon". Większość kompozycji powstała jeszcze w czasach funkcjonowania oryginalnego składu i była przez niego wykonywana na koncertach.

Biorąc to wszystko pod uwagę, wyszedł zaskakująco udany longplay. Moim zdaniem naprawdę niewiele ustępujący słynnemu debiutowi. Niestety, jestem w tym zdaniu  raczej odosobniony. "In the Wake of Poseidon" jest zazwyczaj traktowany jako powtórka z rozrywki, gorsza wersja debiutu, nic nie wnosząca do twórczości zespołu. Trudno się z tym jednak zgodzić. Owszem, pewne podobieństwa są słyszalne, ale skoro zostały nagrane w niewielkim odstępie czasu przez niemal tych samych muzyków, to trudno oczekiwać wielkiej rewolucji. Jednak nieprawdą jest, że nie ma tu niczego nowego. Już intro "Peace - A Beginning", z przetworzonym śpiewem Lake'a a capella, wprowadza świeżość. Inna sprawa, że kolejne trzy utwory faktycznie dość jednoznacznie kojarzą się z pierwszymi trzema z debiutu. Podobieństwo kończy się jednak na podobnym charakterze tych kompozycji. "Pictures of a City" ma podobny ciężar i energię, co "21st Century Schizoid Man", dominującą rolę również pełni w nim saksofon. Nie ma jednak agresji swojego poprzednika, a zamiast rozpędzonej sekcji instrumentalnej, pojawia się tutaj łagodne, jazzujące zwolnienie. Rolą "Cadence and Cascade", podobnie jak "I Talk to the Wind", jest wyciszenie. Ale oba utwory zostały zupełnie inaczej zinstrumentalizowane - tam dominował flet, tutaj gitara akustyczna i przepiękne kaskady pianina (co ciekawe, w utworze partię wokalną wykonał nie Lake, a jego następca w zespole - Gordon Haskell). Z kolei tytułowy "In the Wake of Poseidon" zarówno ze względu na podniosły nastrój, jak i aranżację, kojarzy się z "Epitaph". Ale oba utwory mają na tyle różne i wyraziste melodie, że nie sposób ich ze sobą pomylić. Swoją drogą, "In the Wake of Poseidon" jest naprawdę przepięknym utworem i ogromnie żałuję, że jest tak bardzo niedoceniany i niesłusznie uważany za kopię "Epitaph".

O ile w przypadku pierwszej strony winylowego wydania zarzuty o brak oryginalności mają pewne (choć nie do końca słuszne) uzasadnienie, tak w przypadku strony B są już kompletną bzdurą. Każdy zamieszczony na niej utwór jest czymś niezaprzeczalnie nowym i oryginalnym w twórczości zespołu. "Peace - A Theme" to przepiękna instrumentalna miniaturka, zaaranżowana wyłącznie na gitarę. Zupełnie nową jakość wprowadza także "Cat Food" - nieco groteskowy, wyrazisty rytmicznie, z mocnym zabarwieniem jazzowym, w czym spora zasługa Keitha Tippetta. A poza tym po prostu niesamowicie chwytliwy - nic dziwnego, że został wydany na singlu (oczywiście w znacznie okrojonej - a więc tracącej wiele dobrego - wersji). Jeśli ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, to z pewnością rozwieje je "The Devil's Triangle" - to już kompozycja nie tylko innowacyjna, ale wręcz daleko wykraczająca poza rockową estetykę. Takiego czegoś nie nagrał wcześniej żaden rockowy wykonawca. Punktem wyjścia była kompozycja "Mars" z cyklu "Planet" Gustava Holsta (grana przez oryginalny skład King Crimson na koncertach), jednak rozwinięta została w zaskakującym, awangardowym kierunku. To naprawdę niesamowity utwór, praktycznie całkowicie pozbawiony melodii, za to rewelacyjnie operujący dynamiką i nastrojem. Brzmi przerażająco, a zarazem dostojnie. To doskonały dowód na to, że utwory klasyczne mogą być przerabiane przez zespół rockowy i wcale nie muszą w ich wersjach brzmieć banalnie (jak zwykle bywało w przypadku słynącego z takich przeróbek Emerson, Lake & Palmer), lecz nabrać zupełnie nowej jakości. Wytchnienie po tym wymagającym utworze przynosi prześliczny "Peace - An End", początkowo śpiewany przez Lake'a a cappella, a w dalszej części z towarzyszeniem gitary akustycznej.

"In the Wake of Poseidon" jest być może najsłabszym albumem King Crimson z lat 70., ale nie zmienia to faktu, że to wciąż muzyka na bardzo wysokim poziomie artystycznym. Wbrew powszechnej opinii, longplay wprowadza nowe elementy do stylu grupy, niejako zapowiadając zwrot w bardziej jazzowym kierunku, który nastąpił na dwóch następnych wydawnictwach. Kompozycje wciąż są tutaj bardzo dobre, a choć zostały nagrane przez dość przypadkowy skład, to wykonanie wcale nie ustępuje temu z debiutu. Bardzo niesłusznie niedoceniany album.

Ocena: 9/10



King Crimson - "In the Wake of Poseidon" (1970)

1. Peace - A Beginning; 2. Pictures of a City; 3. Cadence and Cascade; 4. In the Wake of Poseidon; 5. Peace - A Theme; 6. Cat Food; 7. The Devil's Triangle; 8. Peace - An End

Skład: Robert Fripp - gitara, melotron (2,4,7), czelesta (3), pianino elektryczne (7), efekty
Gościnnie: Greg Lake - wokal (1,2,4,6,8); Peter Giles - bass (2-4,6,7); Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne (2-4,6,7); Mel Collins - saksofon (2), flet (3); Keith Tippett - pianino (3,6,7); Gordon Haskell - wokal (3)
Producent: Robert Fripp i Peter Sinfield


8 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "In the Court of the Crimson King" (1969)



King Crimson to bardzo specyficzny i wyjątkowy zespół, którego jednym stałym członkiem jest gitarzysta Robert Fripp. Pozostali muzycy zmieniali się praktycznie z płyty na płytę, podobnie jak wykonywana przez grupę muzyka. Fripp od początku stawiał na nieustanny rozwój, nie pozostając obojętnym wobec aktualnych muzycznych trendów, ale nie zapominając o artystycznych wartościach i ambicjach. Częste zmiany składu niejednokrotnie wynikały ze zmieniających się koncepcji Frippa, który dobierał sobie takich współpracowników, z jacy najbardziej pasowali do jego aktualnej wizji zespołu. Trudno znaleźć wykonawcę, który lepiej oddawałby ideę rocka progresywnego, którego wyznacznikiem jest rozwój i poszerzenie granic muzyki rockowej.

Historia King Crimson sięga 1967 roku, kiedy w angielskim mieście Bournemouth powstała grupa Giles, Giles and Fripp. Jej założycielami byli bracia Giles - basista Peter i perkusista Michael. Za pomocą prasy poszukiwali śpiewającego wokalisty, ale tak zaintrygowała ich odpowiedź Roberta Frippa - który przedstawił się jako gitarzysta nie potrafiący śpiewać ani grać na organach - że wybrali właśnie jego (obowiązkami wokalisty podzieli się Gilesowie). W kwietniu 1968 roku ukazał się jedyny album tria, "The Cheerful Insanity of Giles, Giles and Fripp", a jesienią skład poszerzył się o multiinstrumentalistę (potrafiącego grać m.in. na różnych instrumentach dętych i klawiszowych) Iana McDonalda oraz wokalistkę Judy Dyble (która wystąpiła już na debiucie folkrockowego Fairport Convention). Dyble nie zagrzała długo miejsca, ale zdążyła zarejestrować kilka nagrań (m.in. wczesną wersję "I Talk to the Wind"). W tym samym czasie grupa nawiązała współpracę z Peterem Sinfieldem - niedoszłym muzykiem, za to świetnym tekściarzem. Wkrótce doszło jednak do konfliktu między Frippem i Peterem Gilesem, którzy mieli zupełnie inną wizję zespołu. W rezultacie drugi z nich opuścił zespół, który został zmuszony do zmiany nazwy - zdecydowano się na szyld King Crimson. Nowym basistą i gitarzystą został Greg Lake.

Pomiędzy czerwcem a sierpniem 1969 roku kwartet (wspierany przez Sinfielda) zarejestrował materiał na swój debiutancki album, "In the Court of the Crimson King". W sklepach płyta pojawiła się w październiku i od razu została okrzyknięta arcydziełem. Obecnie, po ponad 40 latach album wciąż robi niesamowite wrażenie i naprawdę ciężko uwierzyć, że tak dojrzały i przemyślany album stworzyli muzycy mający wówczas niewiele ponad 20 lat. Byli to jednak bardzo utalentowani instrumentaliści. Robert Fripp już wtedy posiadał własny, wyrafinowany styl gry na gitarze. Ian McDonald doskonale radził sobie zarówno z grą na saksofonie, klarnecie, flecie, elektrycznych organach, jak i - bardzo ważnym dla ówczesnego brzmienia zespołu - melotronie. Greg Lake był sprawnym basistą, ale przede wszystkim charyzmatycznym wokalistą o bardzo ładnej, głębokiej barwie śpiewu. Natomiast Michel Giles potrafił połączyć rockowe uderzenie z niemal jazzowym wyczuciem. Muzycy mieli też bardzo dojrzałe inspiracje, obejmujące muzykę klasyczną, jazz i awangardę, zaś niespecjalnie interesował ich blues, od którego wpływów niemal całkowicie się odcięli, co było dość niespotykane w tamtym okresie. Nie ma tu też żadnych śladów powoli, ale wyraźnie już odchodzącej do lamusa psychodelii.

Album rozpoczyna słynny "21st Century Schizoid Man", oparty na genialnym riffie granym unisono przez gitarę i saksofon, z przesterowanym śpiewem Lake'a, fantastyczną częścią instrumentalną i kakofoniczną końcówką. Dla mnie "Schizoid Man" jest pierwszym utworem heavymetalowym - twierdził Fripp i choć można z tym polemizować, to utwór brzmi naprawdę ciężko i agresywnie, jak na czas nagrania. Uspokojenie przynosi następny na trackliście "I Talk to the Wind", z bardzo subtelnym akompaniamentem fletu, klarnetu, organów, gitary i sekcji rytmicznej. Lake ma tym razem więcej pola do popisu jako wokalista i zachwyca wspaniałą partią. Jednak jego największym popisem jest "Epitaph" - przepiękny, przejmujący utwór o potężnym ładunku emocji. Niesamowity klimat osiągnięto dość prostymi środkami: oszczędna partia gitary, prosta, ale potężna gra sekcji rytmicznej, podniosłe brzmienie melotronu i urozmaicające brzmienie dęciaki. Najdłuższy na płycie "Moonchild" składa się z dwóch kontrastujących części. Pierwsze dwie minuty to ładna, ale bardzo zachowawcza piosenka, z partią wokalną i akompaniamentem gitary akustycznej. Pozostałe dziesięć minut to natomiast najmniej konwencjonalny fragment albumu, ocierający się o free improvisation, ale czarujący pięknymi partiami Frippa. Na zakończenie doskonale sprawdza się podniosły "The Court of the Crimson King", w którym muzycy kreują prawdziwie baśniowy klimat.

"In the Court of the Crimson King" zachwyca swoją dojrzałością, kreatywnością i niepowtarzalnym (pomimo nieudolnych prób licznych naśladowców) klimatem. Kompozycje i ich wykonanie są na najwyższym poziomie, a brzmienie praktycznie nic się nie zestarzało - po ponad czterdziestu latach od wydania wciąż zachwyca. Album to niezwykle ważny i wpływowy. Nie będzie wielkiej przesady w nazwaniu go pierwszy prawdziwie prog-rockowym albumem. Bo choć korzeni tego nurtu należy szukać gdzie indziej, to nikt wcześniej nie nagrał longplaya, na którym każdy utwór można nazwać progresywnym.

Ocena: 10/10



King Crimson - "In the Court of the Crimson King" (1969)

1. 21st Century Schizoid Man; 2. I Talk to the Wind; 3. Epitaph; 4. Moonchild; 5. The Court of the Crimson King

Skład: Greg Lake - wokal i bass; Robert Fripp - gitara; Ian McDonald - saksofon, flet, klarnet, klarnet basowy, instr. klawiszowe, wibrafon, dodatkowy wokal; Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Sinfield - efekty
Producent: King Crimson


5 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Made in Heaven" (1995)



Dwa lata po śmierci Freddiego Mercury'ego, pozostali członkowie Queen weszli ponownie do studia, by zarejestrować nowy album. Nie napisali jednak żadnych nowych utworów. Postanowili bowiem wykorzystać partie wokalne i klawiszowe zarejestrowane przez zmarłego muzyka. Jak się okazało, zostało ich całkiem sporo, zwłaszcza z ostatnich lat. Niedługo przed śmiercią, Mercury zdążył nagrać swoje partie do utworu "A Winter's Tale", a także większość wokalu do "Mother Love" (dalszą część dośpiewał Brain May). Z tego okresu pochodzą także szczątkowe wokale, z których producent David Richards stworzył praktycznie od podstaw utwór "You Don't Fool Me". Po więcej materiału trzeba było sięgnąć głębiej do archiwum. Wykorzystano nieukończone wcześniej kawałki z okresu "The Miracle" ("Too Much Love Will Kill You"), "A Kind of Magic" ("Heaven for Everyone"), a nawet "Hot Space" ("Let Me Live") i "The Game" ("It's a Beautiful Day"). Dziwniejszym posunięciem było nagranie całkowicie nowych partii instrumentalnych do utworów już wcześniej wydanych, ale tutaj zaprezentowanych w  zupełnie innych aranżacjach - "My Life Has Been Saved" (ze strony B singla "Scandal") oraz "Made in Heaven" i "I Was Born to Love You" (z solowego albumu Mercury'ego, "Mr. Bad Guy").

Ponieważ większość partii instrumentalnych została zarejestrowana w latach 1993-95, nie słychać różnić w brzmieniu i produkcji. Całość brzmi jak efekt jednej sesji. Jak na ten zespół, jest to całkiem spójne wydawnictwo. A jednocześnie bardzo wykalkulowane. Obliczone na wywołanie u odbiorców konkretnych emocji - wzruszenia, smutku, żalu. Szczerość słychać jedynie w partiach wokalnych Mercury'ego. Ale w połączeniu z muzyką, efekt jest mocno przesadzony. Partie instrumentalne, zwłaszcza klawiszowe i dodatkowe wokale, nierzadko popadają w przesadną ckliwość. Nie brakuje oczywiście wyrachowanych solówek Maya, z gatunku tych, co to mają porywać tłumy. Większość utworów zaaranżowano na ballady, które same w sobie nie są może złe (taka "Mother Love", gdyby nie udziwniona końcówka, byłaby całkiem dobra), ale w takiej ilości męczą. Nieco żywszymi momentami są dyskotekowy "You Don't Fool Me" oraz najbardziej rockowe "I Was Born to Love You" i "It's a Beautiful Day (Reprise)" (w tym ostatnim wspamplowano fragment "Seaven Seas of Rhye" z "Queen II"), ale nie mają one większego wpływu na ogólny charakter albumu. Zresztą żaden z nich nie jest zbytnio udany. Pewnym urozmaiceniem jest jeszcze gospelowy "Let Me Live", któremu niezwykle daleko do utrzymanego w podobnej konwencji "Somebody to Love". Dwadzieścia lat wcześniej zespół potrafił umiejętnie operować pastiszem i kiczem, zachwycając pomysłowymi aranżacjami. Tutaj został sam kicz.

Całości dopełniają dwa ukryte nagrania: czterosekundowy "Yeah", czyli tytułowy okrzyk Mercury'ego, wycięty z utworu "Don't Try Suicide" z albumu "The Game" (nie mam pojęcia na co to komu potrzebne), oraz ponad dwudziestominutowy utwór bez tytułu (zwykle określany jako "Untitled" lub "13"), utrzymany w stylistyce ambientu - nagranie zostało stworzone przez Richardsa, a następnie nieznacznie wzbogacone pomysłami Maya i Taylora. Nie ma oczywiście nic wspólnego z pozostałymi dokonaniami Queen, ale wypada całkiem intrygująco i dość ambitnie. Paradoksalnie, ten dodatkowy utwór jest najlepszym na albumie. I prawdopodobnie najbardziej niedocenionym w całej dyskografii zespołu.

"Made in Heaven", jak większość pośmiertnych albumów, jest produktem mającym zapewnić zyski na fali żalu po popularnym muzyku. Jednak zwykle wydawnictwa tego typu nie są tak ckliwe ani nie próbują w tak bezpośredni sposób oddziaływać na emocje słuchaczy. Co innego, gdyby te utwory powstały w takiej formie jeszcze przed śmiercią Mercury'ego (jak te z albumu "Innuendo"). Ale nadanie im takiego kształtu kilka lat później, wyklucza działanie pod wpływem szczerych emocji, a sugeruje obrzydliwe żerowanie na śmierci najpopularniejszego członka zespołu.

Ocena: 4/10



Queen - "Made in Heaven" (1995)

1. It's a Beautiful Day; 2. Made in Heaven; 3. Let Me Live; 4. Mother Love; 5. My Life Has Been Saved; 6. I Was Born to Love You; 7. Heaven for Everyone; 8. Too Much Love Will Kill You; 9. You Don't Fool Me; 10. A Winter's Tale; 11. It's a Beautiful Day (Reprise)

Skład: Freddie Mercury - wokal, inst. klawiszowe (1-3,6,10,11); Brian May - gitara, instr. klawiszowe (3,4,6,8,10), wokal (3,4), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, instr. klawiszowe (1,5,11), gitara (5); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (7,9), wokal (3), dodatkowy wokal
Gościnnie: Rebecca Leigh-White, Gary Martin, Catherine Porter, Miriam Stockley - dodatkowy wokal (3); David Richards - instr. klawiszowe (5,8,11)
Producent: Queen i David Richards