31 maja 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)



Debiutancki album Judas Priest nie cieszy się popularnością nawet wśród wielbicieli zespołu. Trudno się temu dziwić, gdyż stylistycznie odległy jest jeszcze od heavymetalowego stylu, który przyniósł grupie sławę. Muzycy zaproponowali tutaj typowy dla połowy lat 70. hard rock, często z domieszką bluesa (w dwóch kawałkach pojawia się nawet harmonijka). Wpływy innych wykonawców są ewidentne (np. sabbathowe riffy w  "Winter", "Run of the Mill" i "Dying to Meet You"), a własnej inwencji tu niewiele. Dopiero na kolejnych albumach zespół wypracował bardziej rozpoznawalny styl. Tutaj nawet Rob Halford brzmi nieco inaczej, nie nadużywa wysokich tonów, co akurat wychodzi na dobre. A warstwa muzyczna nierzadko zaskakuje delikatnością (np. "Winter Retreat", "Caviar and Meths" oraz fragmenty "Run of the Mill" i "Dying to Meet You").

Gorzej, że same kompozycje nie wyróżniają się właściwie niczym szczególnym, prezentują rockową średnią. Na plus można zaliczyć przyjemny otwieracz "One for the Road", kojarzący się z grupą Free, a także ciekawą balladę "Run of the Mill" (zwłaszcza w długiej części instrumentalnej) i instrumentalna miniaturka "Caviar and Meths", który za sprawą pastoralnego nastroju i swojego brzmienia wywołuje skojarzenia z Wishbone Ash. Ale już kawałki w rodzaju tytułowego "Rocka Rolla", "Cheater" i "Never Satisfied" są kompletnie bezbarwne, a "Dying to Meet You" zapewne niezamierzenie śmieszy przesadzoną partią wokalną Halforda. Największym kuriozum jest jednak  "Deep Freeze" - półtora minuty gitarowych sprzężeń, które nic nie wnoszą do całości. Trudno też posądzić zespół o celowe nawiązanie do awangardy, zresztą od razu słychać gigantyczną przepaść dzielącą Judas Priest od muzyków wykonujących free improvisation.

"Rocka Rolla" zdecydowanie nie jest albumem dla fanów "British Steel" i innych klasyków lateksowego metalu. Debiut Judas Priest to raczej muzyka dla wielbicieli szeroko pojętego rocka z lat 70., którzy obawiają się wychylić nos ze swojej niszy - a tym samym odcinają się od ogromnego bogactwa muzyki - więc nawet tak przeciętne wydawnictwo chętnie dołączą do swojej kolekcji, aby nieco wzbogacić swój domowy repertuar.

Ocena: 5/10



Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)

1. One for the Road; 2. Rocka Rolla; 3. Winter; 4. Deep Freeze; 5. Winter Retreat; 6. Cheater; 7. Never Satisfied; 8. Run of the Mill; 9. Dying to Meet You; 10. Caviar and Meths

Skład: Rob Halford - wokal, harmonijka (2,6); K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, syntezator (2,8); Ian Hill - bass; John Hinch - perkusja
Producent: Rodger Bain


Po prawej: alternatywna wersja okładki.


30 maja 2013

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Scream" (2010)



Występ wokalisty jednego z ulubionych zespołów we własnym mieście to wydarzenie, którego nie można przeoczyć. Choć solową twórczość Ozzy'ego Osbourne'a zawsze stawiałem dużo niżej od jego dokonań z Black Sabbath, wziąłem udział w tym koncercie (mającym miejsce w gdańskiej Ergo Arenie, 9 sierpnia 2011 roku). Właśnie to wydarzenie na dobre zniechęciło mnie do koncertów, a już zwłaszcza tego typu, odbywających się w dużych obiektach. Akustyka sali do dupy, scena - pomimo moich stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu - ledwo widoczna z odległości połowy płyty, a tłok i zaduch jak w transportach do Auschwitz. Najgorsza była jednak publiczność, a przynajmniej ta najbardziej skretyniała jej część, która nie przyszła słuchać muzyki, tylko rzucać się na siebie i przy okazji na innych uczestników, którzy nie mieli ochoty brać udziału w ich prymitywnej zabawie. W roli supportu wystąpił polski zespół, którego nazwę zapomniałem, a z całego występu pamiętam tylko zmasakrowanie zeppelinowego "Whole Lotta Love". Następnie na scenę wyszedł Osbourne, by wraz z jakimiś przypadkowymi rzemieślnikami wykonać znaczną część sabbathowego "Paranoid" (w tym "Rat Salad" z perkusyjną solówką Tommy'ego Clufetosa, od której nudniejszy był tylko gitarowy onanizm Gusa G w praktycznie każdym kawałku), a także parę solowych przebojów z lat 80. i 90. Nic ponadto.

Dokładnie tak - podczas koncertu w ramach trasy promującej album "Scream", nie została zagrana ani jedna piosenka z tego longplaya, choćby nawet we fragmencie. Trudno o lepszy komentarz na temat jego zawartości.

Ocena: 3/10



Ozzy Osbourne - "Scream" (2010)

1. Let It Die; 2. Let Me Hear You Scream; 3. Soul Sucker; 4. Life Won't Wait; 5. Diggin' Me Down; 6. Crucify; 7. Fearless; 8. Time; 9. I Want It More; 10. Latimer's Mercy; 11. I Love You All

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Gus G - gitara; Rob Nicholson - bass; Adam Wakeman - instr. klawiszowe
Gościnnie: Kevin Churko - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ozzy Osbourne i Kevin Churko


27 maja 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)



"The Devil Put Dinosaurs Here", piąte studyjne wydawnictwo Alice in Chains, śmiało może konkurować o tytuł najdurniejszego tytułu rockowego albumu. Nawiązuje on do teorii głoszącej, że kości dinozaurów i innych prehistorycznych gatunków zostały podrzucone przez Szatana, aby człowiek wymyślił teorię ewolucji i przestał wierzyć w Boga. Innymi słowy, zespół postanowił nabijać się z osób chorych psychicznie, wierzących w takie rzeczy. Bardzo dojrzale... Infantylnie wygląda też sama okładka wydawnictwa. Choć nie można jej odmówić pomysłowości. Kompaktowa wersja albumu została wydana w plastikowym pudełku zabarwionym na czerwono, w którym okładka wygląda tak, jak widać powyżej. Ale po wyjęciu książeczki, okładka okazuje się szara, a zamiast jednej czaszki triceratopsa, widać dwie, nakładające się na siebie, tworząc twarz diabła (patrz niżej). Najmłodsi fani zespołu powinni być zachwyceni takim gadżetem.

Pod względem muzycznym, album stanowi kontynuację kierunku obranego na wydanym cztery lata wcześniej "Black Gives Way to Blue". Jest to zatem kolejna próba pogodzenia klasycznego stylu grupy z bardziej współczesnym graniem. Tym razem jednak bez zaskakujących eksperymentów w rodzaju tytułowego utworu z poprzednika. Zapowiadające album single "Hollow" i "Stone" ostrzyły apetyt na całość. To takie najbardziej klasyczne Alice in Chains, łączące mrok i ciężar z niebanalną przebojowością. Oba wypadają naprawdę świetnie. Niestety, podobny charakter mają jeszcze tylko "Pretty Done", "Lab Monkey" i "Phantom Limb". Dwa pierwsze są nieco słabsze od singli, za to ostatni wypada naprawdę potężnie - to tutejszy odpowiednik "A Looking in View" z poprzednika. Z pozostałych kawałków broni się przede wszystkim tytułowy "The Devil Put Dinosaurs Here", wyróżniający się klimatycznymi zwrotkami i zupełnie nietypowym dla grupy, ale bardzo ciekawym refrenem. Mieszane odczucia wywołuje natomiast "Choke", z początku przywołujący klimat EPek "Sap" i "Jar of Flies", ale rozczarowujący okropnym, radiowym refrenem.

Reszta albumu to już w całości granie o ewidentnie komercyjnym charakterze, nawiązujące do współczesnego rockowego mainstreamu. Kawałki w rodzaju "Low Ceiling", "Breath on a Window" (opierający się na riffie podobnym do "Check My Brain" z poprzedniego albumu) i "Hung on a Hook" są po prostu banalne, a łagodniejsze "Voices" (ewidentna próba nagrania nowego "Your Decision") i "Scalpel" są okropnie mdłe i przesłodzone. Zdecydowanie nie odpowiada mi takie wcielenie Alice in Chains. Wadą tego materiału jest też jego długość - album trwa niemal siedemdziesiąt minut, więc spokojnie można było skrócić go o wspomniane w tym akapicie kawałki (ewentualnie zostawiając - z przyczyn merkantylnych - "Voices", który będzie prawdopodobnie trzecim singlem).

"The Devil Put Dinosaurs Here" jest albumem nierównym i niezbyt spójnym. Wszystko przez niezdecydowanie muzyków, którzy sami chyba nie wiedzą, czy bardziej opłaca im się grać dla dawnych fanów, czy dla młodszej publiki. ogólnie całość wydaje się bardzo koniunkturalna (dla każdego coś miłego) i wtórna w stosunku do poprzedniego longplaya. Jednak podobnie, jak na poprzedniku, jest tu kilka naprawdę udanych momentów. W sumie z lepszych momentów "Black Gives Way to Blue" i "The Devil Put Dinosaurs Here" można by skompilować jeden naprawdę dobry album, który niewiele ustępowałby słynnemu "Dirt".

Ocena: 6/10



Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)

1. Hollow; 2. Pretty Done; 3. Stone; 4. Voices; 5. The Devil Put Dinosaurs Here; 6. Lab Monkey; 7. Low Ceiling; 8. Breath on a Window; 9. Scalpel; 10. Phantom Limb; 11. Hung on a Hook; 12. Choke

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Nick Raskulinecz



Po prawej: okładka albumu po wyjęciu z pudełka.


26 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Black Rose" (1979)



Niedługo po wydaniu słynnego "Live and Dangerous", ze składu Thin Lizzy definitywnie odszedł Brian Robertson. Znalezienie dla niego następcy nie sprawiło trudności. Wiosną 1978 roku Phil Lynott i Brian Downey wzięli udział w nagraniu drugiego solowego albumu Gary'ego Moore'a, "Back on the Streets" (na którym znalazł się m.in. spory hit "Parisienne Walkways", skomponowany przez Lynotta i Moore'a). Gitarzysta w rewanżu wziął udział w nagrywaniu kolejnego albumu Thin Lizzy, zatytułowanego "Black Rose". Dołączył do grupy także podczas promującej go trasy, jednak zrezygnował po kilku koncertach, woląc skupić się na karierze solowej. Jego następcą został Midge Ure (późniejszy członek Ultravox), który też nie zagrzał długo miejsca w zespole.

"Black Rose" nie jest równym albumem. Ma jednak jedną niekwestionowaną zaletę: obecność utworu "Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend". Lynott i Moore, podpisani jako jego kompozytorzy, połączyli ze sobą kilka irlandzkich pieśni ("Shenandoah", "Danny Boy" i "The Mason's Apron" nieznanego autorstwa, a także "Will You Go Lassie Go" - znaną też jako "Wild Mountain Thyme" - autorstwa Francisa McPeake'a), dodając hardrockowego ciężaru, tworząc bezsprzecznie najlepsze siedem minut w dyskografii Thin Lizzy. Mieszanka hard rocka z celtycką melodyką była świetnym pomysłem na styl, tymczasem zespół nagrał ledwie kilka takich utworów ("Whiskey in the Jar", "Emerald" i właśnie "Róisín Dubh"), preferując granie standardowego, nieco banalnego hard rocka w rodzaju "Do Anything You Want To" (spory przebój singlowy), "Waiting for an Alibi" (jeszcze większy przebój) czy paru innych z tego albumu, albo miałkich piosenek, jak "Sarah" (identycznie zatytułowany, ale zupełnie inny utwór znalazł się na drugim albumie grupy, "Shades of a Blue Orphanage"). Szkoda, wielka szkoda.

"Black Rose" to w sumie przeciętny album z bardzo dobrym finałem, ale poza tym całkiem pozbawiony oryginalności i nader często popadający w banał. Nie przeszkodziło mu to jednak w osiągnięciu sporego sukcesu komercyjnego - w Wielkiej Brytanii osiągnął najwyższą pozycję listy sprzedaży ze wszystkich studyjnych albumów Thin Lizzy (2. miejsce) i z czasem pokrył się złotą płytą; nieco gorzej, ale wciąż dobrze radził sobie w Stanach (81. miejsce). 

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Black Rose: A Rock Legend" (1979)

1. Do Anything You Want To; 2. Toughest Street in Town; 3. S&M; 4. Waiting for an Alibi; 5. Sarah; 6. Got to Give It Up; 7. Get Out of Here; 8. With Love; 9. Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Gary Moore - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Huey Lewis - harmonijka (5,8); Mark Nauseef - perkusja (5); Jimmy Bain - bass (8)
Producent: Tony Visconti


25 maja 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Deep Purple

Napisanie tego tekstu sprawiło mi więcej trudności, niż się spodziewałem. Ciężko było dotrzeć do wypowiedzi muzyków na temat poszczególnych utworów - z wyjątkiem tych pochodzących z albumów "In Rock" i "Machine Head" - tutaj akurat był ich nadmiar (patrz fragment o "Smoke on the Water"). Szkoda, że dziennikarze rozmawiający z zespołem nie pamiętają, że grupa wydała także inne płyty... Zdecydowałem się pominąć dwa utwory, które być może powinny się tutaj znaleźć: pierwszy przebój Deep Purple, "Hush", który nie jest autorską kompozycją grupy, oraz "Concerto for Group and Orchestra", którego nie można traktować na równi z ich innymi utworami.

Deep Purple Mark II: Jon Lord, Ian Paice, Ian Gillan, Ritchie Blackmore i Roger Glover.

1. "April" (z albumu "Deep Purple", 1969)

Pierwszy (i jedyny obok "Concerto for Group and Orchestra" i "Gemini Suite") utwór w repertuarze grupy, który pokazuje jak według Jona Lorda powinien brzmieć Deep Purple. Ta wielowątkowa kompozycja składa się z trzech części: pierwsza to popisy Lorda i gitarzysty Ritchiego Blackmore'a, nawiązujące do muzyki barakowej; w drugiej muzyków zespołu zastępuje orkiestra; natomiast część trzecia to zwykłe, hard rockowe granie - dopiero tutaj pojawia się partia wokalna. "April" był pierwszym krokiem ku koncertowym współpracom z orkiestrami, jakie niedługo potem miały nastąpić. Wizja Lorda nie przypadła do gustu pozostałym muzykom. Ówczesny basista, Nick Simper, mówił: Jeśli mam być szczery, wszyscy czuliśmy, że Jon Lord traktuje zespół jak odskocznię do własnej kariery. Moim zdaniem chciał być kimś takim jak Rick Wakeman. Zamierzał po jakimś czasie odłączyć się od Deep Purple i zająć się własną twórczością. Co w końcu, po wielu latach, udało mu się zrobić.
Sam Lord bronił się: To nigdy nie miało być wyznacznikiem kierunku zespołu. To był tylko eksperyment.
Pierwsza część utworu "April" znalazła się na stronie B singla "Hallelujah". Utwór ze strony A (dostarczony grupie przez songwritterów Rogera Greenawaya i Rogera Cooka) był pierwszym nagraniem Deep Purple, w jakim wzięli udział wokalista Ian Gillan i basista Roger Glover.


2. "Black Night" (niealbumowy singiel, 1970)

Próbowaliśmy wtedy stworzyć coś, co nadawałoby się na singiel - wspominał Gillan. Mordowaliśmy się z tym cały dzień. Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale żadna się do niczego nie nadawała. Rzuciliśmy to więc w cholerę i poszliśmy do pubu. A kiedy wróciliśmy do studia, pierwsza rzecz, jaka przyszła Ritchiemu do głowy to właśnie ten riff. Dopiero wtedy wszyscy się zrelaksowali. A ja i Roger [Glover] wróciliśmy do pubu i przy kolejnym piwie napisaliśmy tekst. Popatrzyliśmy na siebie i któryś z nas zapytał: "Ale o czym to właściwie jest?", a drugi odpowiedział: "Nie mam pojęcia!".
Utwór nie trafił na przygotowywany wówczas album "In Rock" (poza wydaniem meksykańskim, gdzie umieszczony był na otwarcie krązka), ale znalazł się na wydanym w tym samym czasie singlu, który zresztą okazał się największym sukcesem w karierze zespołu, dochodząc do 2. miejsca w brytyjskim notowaniu. Album "In Rock" był hitem, ale "Black Night" wyniósł nas w stratosferę w Europie - ekscytował się Glover. To niesamowite czego może dokonać jedna piosenka. Nagle wszyscy Cię znają!


3. "Speed King" (z albumu "In Rock", 1970)

Ritchie chciał coś szybkiego na otwarcie setu i ten riff wyszedł ode mnie - wyjaśniał Glover w jednym z wywiadów. Podczas innego dokładnie opisał jak utwór powstał: Ritchie wspominał, że podoba mu się "Fire" Hendrixa. Stałem w tej dużej, pełnej echa sali gimnastycznej, i lękliwie zacząłem grac pierwszą rzecz w podobnym klimacie, jaka przyszła mi do głowy. Dźwięk basu Precision rozbrzmiewał samotnie, odbijając się od brudnych, pokrytych lamperią ścian. Po prostu to wymyśliłem, zaskakując samego siebie tym wyskokiem. Wtedy wszyscy się przyłączyli, sprawili, że zabrzmiało to świetnie. Nastąpił jam, który wyznaczył kształt utworu.
Tekst Gillana opiera się na fragmentach starych, rock and rollowych kawałków. U podstaw tego kawałka legł przebój Little Richarda "Good Golly Miss Molly" - przyznawał wokalista. Tekst zawiera wręcz cytaty z niego. Wprowadziłem je jako wyraz szacunku dla tych, którzy dali początek rock'n'rollowi. Ich twórczość inspirowała mnie. Wydaje mi się, że tekst "Speed King" jest dość oryginalny - powołanie się na swoich mistrzów, wskazanie własnych źródeł inspiracji  było wtedy czymś nowym, przed nami chyba nikt inny tego nie robił.
Początkowo "Speed King" był jednak wykonywany z innymi tekstami i pod innymi tytułami (najpierw "Kneel and Pray", potem "Ricochet").
Zgiełkliwy wstęp utworu został uznany za zbyt brutalny dla wrażliwych amerykanów i został pominięty na tamtejszym wydaniu "In Rock".


4. "Child in Time" (z albumu "In Rock", 1970)

Początek tego najbardziej wyróżniającego się utworu na płycie, sprawiającego wrażenie najbardziej przemyślanego, był taki sam, jak innych kompozycji. Narodził się przypadkiem, w czasie próby. Podczas jamowania zapadła cisza - mówił Glover. Ktoś wtedy powiedział: "Pamiętacie utwór 'Bombay Calling' It's a Beautiful Day?". Jon zaczął go dla nas grać. Dołączyliśmy, zwolniliśmy tempo, Ian zaczął coś śpiewać i brzmiało to interesująco. Na bazie cudzego utworu powstał liryczny wstęp kompozycji, podczas którego Gillan przejmująco śpiewa swój antywojenny tekst. Jest to utwór o głupocie, o zaślepieniu przywódców świata - tłumaczył wokalista. Miałem na myśli tych, którzy gotowi są rozstrzelać świat - jednostka się dla nich zupełnie nie liczy. A powołują się na ideologie, które są absolutnym szaleństwem. Wraz z zaostrzaniem muzyki, partia wokalna zmienia się w przeszywający krzyk. Nawet Blackmore chwalił Gillana: To prawdopodobnie jedyny wokalista, który mógł to zaśpiewać. Pokazał się od najlepszej strony. Gitarzysta skromnie natomiast oceniał swoje popisy w dalszej, instrumentalnej części utworu: Solówka gitarowa jest raczej przeciętna. Nagrałem ją w dwóch lub trzech podejściach. W tamtych czasach, gdy trzeba było nagrać solówkę, dostawałem około 15 minut. Tyle wystarczało gitarzyście.
"Child in Time" był stałym punktem koncertów w latach 1969-73, wypadł z setlisty wraz z odejściem Gillana, ale wrócił wraz z nim w 1984 roku i był regularnie grany do 1995. Od tamtej pory nawet Gillan nie jest w stanie poradzić sobie z tą partią wokalną.


5. "Hard Lovin' Man" (z albumu "In Rock", 1970)

Roger Glover przyznaje, że to jego ulubiony utwór w repertuarze Deep Purple. W wykonaniu jest mnóstwo ognia, a solo Jona - bliskie wyczynom na scenie - mówił basista. Według mnie utwór ten oddaje prawdziwy charakter zespołu w tamtym czasie: motoryczną moc, dziwne kompozycje, eksperymenty, dwie wspaniałe solówki, nonszalancki wyzywający tekst, żywiołowe nastawienie... Czuć zespół, który się odnalazł. Kiedy indziej mówił: Naprawdę trudno stworzyć coś prostego, co nie jest głupie albo nie brzmi jak tysiąc innych kawałków. Wydaję mi się, że chodzi właśnie o tę formułę, która w przypadku Deep Purple doskonale zadziałała. I już na "In Rock" odkryliśmy siebie. Dla mnie najlepsze świadectwo to utwór "Hard Lovin' Man". Kiedy go nagraliśmy, po raz pierwszy usłyszałem Deep Purple, prawdziwe Deep Purple. Nie "Speed King", nie "Child in Time", ale właśnie "Hard Lovin' Man". Ponieważ jest najbliższy tego, jak brzmieliśmy na scenie. Ma w sobie ducha grania na żywo.
Utwór został zadedykowany Martinowi Birchowi - oficjalnie inżynierowi dźwięku albumu. Muzycy jednak przyznają, że jego rola była bardziej istotna, równa producentowi albumu. Myślę, że w końcu zostawałeś z brzmieniem Martina, a nie swoim, ale ono było tak dobre, że nie miałeś nic przeciw - to słowa Iana Paice'a, natomiast Jon Lord mówił: To już taki slogan: zespół mówi o producencie jako o kolejnym członku grupy. Ale u nas wtedy to naprawdę tak działało. Martin był jednym z nas. Był niesamowicie inspirujący. Jego wysiłek uznaję za heroiczny. Musiał bowiem znajdować kompromisy między naszą piątką - a było to pięć różnych charakterów.
Martin Birch współpracował z Deep Purple od albumu "In Rock" do "Come Taste the Band" - dopiero na tej ostatniej został dopisany jako współproducent. Birch produkował także albumy wielu innych kultowych wykonawców z kręgu muzyki hard rockowej i heavy metalowej: m.in. Wishbone Ash (albumy od "Wishbone Ash" do "Argus"), Rainbow (od "Ritchie's Blackmore Rainbow" do "Long Live Rock 'n' Roll"), Whitesnake (od "Snakebite" do "Slide It In"), Black Sabbath ("Heaven and Hell" i "Mob Rules") oraz Iron Maiden (od "Killers" do "Fear of the Dark"). Współpracował także z Jeffem Beckiem i Fleetwood Mac. Od 1992 roku jest na emeryturze.


6. "Strange Kind of Woman" (niealbumowy singiel, 1971)

Utwór zarejestrowany w tym samym czasie, co album "Fireball", ale obecny tylko w amerykańskim wydaniu tego longplaya (zamiast "Demon's Eye"). W Wlk Brytanii ukazał się na singlu i doszedł do 8. miejsca notowań.
Utwór początkowo nosił tytuł "Prostitute". Na koncertowym albumie "Deep Purple in Concert" (zarejestrowany w latach 1970-72, wydany w 1980 roku) można usłyszeć zapowiedź Gillana, w której tłumaczył o czym jest ten tekst: To o naszym przyjacielu, który związał się z bardzo złą kobietą. To smutna historia. W końcu się pobrali, a kilka dni później kobieta zmarła. Na swojej stronie internetowej wokalista przedstawia jednak inną wersję tej historii, przyznając, że to o kobiecie, w której sam był zakochany (kim była wyjaśnia pierwotny tytuł), ale dodaje, że piosenka jest nie tylko o tej jednej kobiecie.
Podczas koncertów, utwór zawsze był rozbudowywany o dialog, między gitarą Blackmore'a, a Gillanem.


7. "Fireball" (z albumu "Fireball", 1971)

Muzycy zespołu - poza Ianem Gillanem - nie przepadają za albumem "Fireball", podobne zresztą jak wielu fanów. Pod koniec lat 90. Roger Glover próbował wyjaśnić dlaczego longplay nie spotkał się z uznaniem: Są tacy, którzy rozpatrują płyty w kategoriach przebojów. I właśnie dlatego "Fireball" nie był takim sukcesem, jak "In Rock". Najwyraźniej zapomniał, że jedyny singlowy przebój z sesji "In Rock", "Black Night", nie trafił na tamten album. Tymczasem na "Fireball" znalazł się jeden przebój - utwór tytułowy, który doszedł do 15. miejsca w brytyjskim notowaniu. Co prawda, kawałek nie dorównuje obecnie popularnością wielu niealbumowym utworom z "In Rock", ale winę za to ponosi sam zespół, który tylko sporadycznie wykonywał go na koncertach.
Otwierający utwór dźwięk brzmiący jak przelatująca tytułowa ognista kula, to w rzeczywistości odgłos włączanej klimatyzacji. Kawałek wyróżnia się ponadto solówką na gitarze basowej, przy braku tradycyjnej gitarowej solówki. Początkowo miała ona kończyć "Fireball" (jak można się dowiedzieć z pierwszej zarejestrowanej, instrumentalnej wersji kawałka, obecnej na reedycji albumu), ostatecznie utwór został wyciszony wcześniej.
A tekst? "Fireball" to oczywiście kawałek o kobiecie - mówił Gillan. Ale jest w nim zarazem coś surrealistycznego. Staraliśmy się bowiem uniknąć dosłowności, aby do końca nie było wiadomo, o co chodzi.


8. "Highway Star" (z albumu "Machine Head", 1972)

Utwór powstał przypadkiem, 13 września 1971 roku, kiedy zespół jechał na koncert w Porstmouth. W busie towarzyszyli im dziennikarze. Jeden z nich spytał jak komponujemy piosenki - opowiadał Gillan. Ritchie miał wtedy dobry humor, więc powiedział: "o tak!" i zaczął rytmicznie uderzać w struny gitary. Zaimprowizowałem tekst: "We're on the road, we're on the road, we're rock 'n' roll band". W innym wywiadzie, opowiadając tą samą historię, Gillan stwierdził, ze Blackmore grał wówczas na bandżo. W każdym razie, zespół dopracował pomysł na próbie i jeszcze tego samego wieczoru zaprezentował kompozycję przed publicznością. Później uległa ona oczywiście jeszcze wielu zmianom, zanim powstała ostateczna wersja, znana z albumu.
Wszystko napędza Ritchie, jego gitara brzmi jak karabin maszynowy - opisywał utwór Glover. Dużo tu pasaży i motywów neoklasycznych, trochę w stylu Mozarta. To nie są oczywiste współbrzmienia, takie jak kiedy gramy o tercję wyżej lub kwintę niżej. Tu czasem słychać tercję, czasem kwintę albo tonikę. To nadaje tej muzyce niesamowity wyraz, sprawia, że brzmi ona lirycznie i ładnie.
Uznałem, ze motyw w stylu Bacha nadawałby się na solówkę - dodawał Lord. Wykorzystaliśmy go po znacznym przyśpieszeniu. Tekst utworu został natomiast podsumowany przez klawiszowca krótko: Samochód, a potem dziewczyna - znakomite zestawienie.


9. "Smoke on the Water" (z albumu "Machine Head", 1972)

Najbardziej znany utwór Deep Purple, z jednym z najsłynniejszych riffów wszech czasów. Jego wielkość tkwi w prostocie - składa się z zaledwie czterech dźwięków. Latami grałem na gitarze jazz - skomplikowane, szybkie rzeczy - mówił Blackmore. A potem zacząłem słuchać The Kinks, The Who... Zespołów, które grały bardzo prosto. Pomyślałem, że coś takiego dotrze do ludzi. Chciałem mieć wkład w ten nurt. Sięgnąłem po motyw z V Symfonii Beethovena i postanowiłem zagrać go od końca. Tak to powstało. To interpretacja, czy też inwersja "Piątki" Beethovena. Wiszę mu mnóstwo kasy.
Równie proste są słowa napisane przez Gillana. To interesujący tekst - historia powstania płyty "Machine Head" - wyjaśniał wokalista. W skrócie: w grudniu 1971 roku zespół przybył do Montreux, gdzie w tamtejszym kasynie miał zarejestrować swój szósty album. Niedługo po przyjeździe udali się do tego obiektu, na koncert Franka Zappy. Podczas występu wybuchł pożar i kasyno doszczętnie spłonęło. Był to świetny show - wspominał Gillan. Dopóki na zewnątrz nie zaparkował jakiś facet w wielkim samochodzie. W tamtych czasach na koncertach nie było praktycznie żadnej ochrony, więc gość mógł wejść prosto do hali, gdzie wyciągnął Verey - jeden z tych starych pistoletów na flary. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo na koncercie Zappy mogło się zdarzyć wszystko. Wyglądało to więc na happening, gdy nagle się pojawił i odpalił w kierunku sufitu.
Co działo się dalej opowiadał Blackmore: Jakiś idiota zablokował wyjście awaryjne wieszakiem na ubrania. I chociaż tłum napierał, drzwi nie udało się otworzyć. Nikt tamtędy się nie wydostał! A sytuacja była naprawdę groźna, Wyobraź sobie kłęby dymu, w których nic nie widać - można się zaczadzić. A drzwi zablokowane wieszakiem na ubrania! Czyż nie jest to żałosne?W tym wszystkim Frank Zappa, który najpierw wygłosił do mikrofonu jakąś uspokajającą gadkę, a zaraz potem rzucił na ziemię gitarę i sam dał nogę przez okno. Był pierwszy, który zwiał. A pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Zaledwie w pół godziny gmach spłonął do szczętu.
Dym unosił się jeszcze długo nad Jeziorem Genewskim; muzycy obserwowali go już z okna hotelu, kiedy - według Gillana - Glover wypowiedział słowa dym na wodzie, które dały tytuł utworu. Basista twierdzi jednak, że słowa te wypowiedział później, we śnie: Odzyskałem świadomość i zastanawiałem się, czy naprawdę to powiedziałem. Wyszło, ze tak. Uświadomiłem sobie, że to potencjalny tytuł piosenki.
W tekście brak informacji o tym, że kolejnym miejscem, w jakim mieli nagrywać, był Theatre du Pavilion. Zdążyli tam jednak zarejestrować tylko jeden utwór - właśnie "Smoke on the Water" - bez partii wokalnej. Kiedy zespół rozpoczął nagrywanie, na miejscu pojawiła się policja. Ponieważ graliśmy bardzo głośno, ktoś z sąsiedztwa ich wezwał - mówił Blackmore. Przyjechali i zaczęli dobijać się do drzwi. Chcieli nam oczywiście przerwać. Ale ponieważ wiedzieliśmy, że to policja, otworzyliśmy dopiero, gdy nagranie było już gotowe. Nie pozwoliliśmy sobie przerwać, co doprowadziło ich do szaleństwa. Można więc powiedzieć, że szwajcarska policja niemal doprowadziła do tego, że "Smoke on the Water" w ogóle by nie powstało. Gdybyśmy ich wpuścili, gdybyśmy pozwolili sobie przerwać, zanim utwór znalazł się na taśmie, i wznowili pracę później, powstałoby już zupełnie coś innego.
Następnie zespół przeniósł się - zgodnie z tym, co mówi tekst - do opuszczonego Grand Hotelu i z pomocą należącej do Rolling Stonesów ciężarówki z reżyserką, zarejestrowali partię wokalną "Smoke on the Water", oraz inne utwory, jakie trafiły na album "Machine Head". Cała sesja trwała zaledwie dwa tygodnie - od 6 do 21 grudnia 1971.
Muzycy nie od razu dostrzegli potencjał "Smoke on the Water". Początkowo wyśmiali pomysł wydania utworu na singlu, podsunięty im przez Joe Smitha, z amerykańskiego oddziału Warner Brothers. Jon Lord wspominał: Stwierdził, że to murowany typ na singiel. A my na to: "Chyba upadłeś na głowę!". Muzycy musieli się zdziwić, kiedy utwór doszedł do 4. miejsca amerykańskich notowań (najwyższą, 2. pozycję osiągnął w Kanadzie). "Smoke on the Water" stał się także jedyną małą płytą zespołu, której sprzedaż przyniosła Złotą Płytę (w Stanach). Dodać trzeba, że żadna z pozostałych nie przyniosła nawet Srebrnej.


10. "Space Truckin'" (z albumu "Machine Head", 1972)

W latach 60. telewizja ABC pokazywała serial o Batmanie - wspominał Blackmore. Pamiętam jak podobał się ludziom pochodzący z tego filmu prosty temat muzyczny, więc wymyśliłem podobny riff. Powiedziałem Gillanowi: "Mam pomysł, ale jest tak głupi i śmieszny, że nie wiem czy się do czegoś nadaje". Wokalista zareagował jednak entuzjastycznie i dopisał do niego tekst. Był komiks pod tytułem "Keep On Truckin'" - opowiadał Gillan o jednej z inspiracji. Jego bohaterowie, o dużych stopach, dziarsko maszerowali. A ponieważ w owym czasie imponował nam postępujący podbój kosmosu, uznałem, że będzie czymś ciekawym opisanie takiego marszu nie po zwykłej drodze, lecz po wszechświecie. W innym wywiadzie mówił: W Stanach popularny był taniec truckin'. Notatkę na ten temat w kolorowym magazynie ilustrowało zdjęcie niesamowitego chudzielca w ogromnych butach. Pod zdjęciem był podpis "Keep On Truckin'" albo coś w tym stylu. Przyszedł mi wtedy do głowy tytuł "Space Truckin'".
Utwór od razu wszedł do koncertowego repertuaru grupy, przeważnie jako zakończenie podstawowego setu. Kawałek, w wersji studyjnej trwający niewiele ponad trzy minuty, na żywo (w latach 1972-74) rozrastał się przeważnie do około dwudziestu minut, a czasem nawet do ponad pół godziny. Rozbudowany został o solowe popisy muzyków (wcześniej grane podczas wykonań "Mandrake Root"), często pojawiały się w nim także fragmenty innych kompozycji, jak "Fools" czy - podczas występów składu Mark III - "Child in Time". W latach 80. koncertowe wykonania "Space Truckin'" trwały już tylko po kilkanaście minut. Natomiast odkąd Ritchie Blackmore został zastąpiony przez Steve'a Morse'a, kawałek wykonywany jest sporadycznie, w wersji bliskiej studyjnego pierwowzoru, przynajmniej pod względem długości.


11. "When a Blind Man Cries" (strona B singla "Never Before", 1972)

Przejmująca ballada o nieco bluesowym charakterze, która nie trafiła na album "Machine Head", bo Blackmore uznał ją za zbyt spokojną i nie pasującą do pozostałych utworów. Kiedy wiele lat później Jon Lord został zapytany co zmieniłby na "Machine Head", odparł: Umieściłbym na płycie "When a Blind Man Cries", bo ten utwór pokazywał naszą wszechstronność.
Przekonałem się, że ludzie niepełnosprawni, w tym niewidomi, znakomicie dają sobie radę - tłumaczył swój tekst Gillan. Gdy ślepiec płacze - to już naprawdę musi być bardzo źle.
Utwór wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy dopiero w 1993 roku, kiedy ze składu odszedł Blackmore. Wcześniej utwór był wykonany tylko raz, 6 kwietnia 1972 roku, podczas koncertu w Quebecu, w Kanadzie. W występie nie brał jednak udziału Blackmore, który akurat zachorował. Zastąpił go Randy California z grupy Spirit (tej samej, od której podobno Jimmy Page zerżnął wstęp "Stairway to Heaven").


12. "Woman From Tokyo" (z albumu "Who Do We Think We Are", 1973)

Chociaż "Who Do We Think We Are" nie należy do najlepszych ani najbardziej lubionych albumów Deep Purple, to otwierający go utwór "Woman From Tokyo" jest sporym przebojem - co prawda wydany na singlu osiągnął zaledwie 60. pozycję w Stanach, to utwór stał się stałym punktem koncertów (w setliście pojawił się dopiero w 1985 roku, ale od tamtego czasu grany był na każdej kolejnej trasie). Tekst utworu nawiązuje do pierwszej trasy zespołu po Japonii, która miała miejsce w 1972 roku (i została uwieczniona na kultowym "Made in Japan").
"Woman From Tokyo" nie jest kawałkiem o kobiecie, ani nawet nie jest kawałkiem o Tokio - przyznawał Gillan. To wspomnienie trasy zespołu po Japonii. A kobieta, o której śpiewam, jest po prostu metaforą tego kraju.


13. "Burn" (z albumu "Burn", 1974)

Historia lubi się powtarzać - zespół po raz drugi zmienił wokalistę i basistę. Najpierw zaangażowano Glenna Hughesa, który chciał pełnić obie te role (tak jak w swoim poprzednim zespole, Trapeze). Takie rozwiązanie nie pasowało Lordowi, Blackmore'owi i Paice'owi, pozwolili jednak by był dodatkowym wokalistą. Po nieudanej próbie ściągnięcia do zespołu Paula Rodgersa z dopiero co rozwiązanego Free, na stanowisko głównego wokalisty zaangażowano nieznanego wówczas Davida Coverdale'a, na którego Jon Lord zwrócił uwagę już w 1969 roku i dał mu swój numer telefonu, na wypadek gdyby nie wyszło z Gillanem.
Jednym z pierwszych utworów stworzonych przez nowy skład (tzw. Mark III), była kompozycja Blackmore'a oparta na riffie zapożyczonym z utworu "Fascinating Rhythm" Glenna Millera. Coverdale, chcąc wypaść jak najlepiej przed pozostałymi członkami grupy, zaproponował do tego utworu aż siedem różnych tekstów. Wszystkim do gustu najbardziej przypadł ten o tytule "Burn".
Utwór był stałym punktem koncertów w latach 1973-76, a później wrócił na krótko do setlisty, w czasie kiedy obowiązki wokalisty chwilowo pełnił Joe Lynn Turner (trasa z 1991 roku). Nigdy natomiast nie został zagrany z udziałem Gillana (który twierdzi, że nawet nie słyszał żadnego utworu Mark III). Ritchie Blackmore wykonywał go za to ze swoją grupą Rainbow (podczas ostatniej trasy, w latach 1995-97), David Coverdale ze swoim Whitesnake (od 2003 roku), a Glenn Hughes na solowych koncertach.
"Burn" został wydany na singlu, ale nie został odnotowany na listach sprzedaży w żadnym kraju.


14. "Mistreated" (z albumu "Burn", 1974)

Ciężki blues, napisany przez Blackmore'a jeszcze podczas pracy nad albumem "Machine Head". Wówczas jednak postanowił zachować go na później. Coverdale dopisał tekst, pozostali muzycy nie brali udziału w komponowaniu tego utworu. Nagraliśmy "Mistreated" między dwudziestą trzecią, a siódmą trzydzieści rano - mówił Coverdale. Kiedy odtworzyliśmy nagranie, okazało się okropne. Było tak złe, że po prostu usiadłem i zacząłem płakać. Następnej nocy mieliśmy kolejną sesję i nagrałem wokal za drugim podejściem. Bardzo się starałem, bo wiedziałem, że ten utwór potrzebuje silnych emocji. To, co chciałem uzyskać, to żeby ktoś, kto słucha tego utworu pomyślał: "Wiem o czym on mówi". Przyczyną tego, że nie udało mi się to od razu, było po prostu to, że to bardzo trudny utwór do zaśpiewania.
"Mistreated" to jedyny utwór na "Burn", w którym śpiewa wyłącznie Coverdale, bez pomocy Hughesa. Utwór był wykonywany na żywo do połowy 1975 roku, czyli do odejścia Ritchiego Blackmore'a. Od tamtego czasu nie został już nigdy zagrany na koncercie Deep Purple. Wykonywany był natomiast przez Rainbow (od 1976 roku do odejścia wokalisty Ronniego Jamesa Dio w 1978 roku, a także w latach 1995-97), Whitesnake (w latach 1978-84, później sporadycznie), Glenna Hughesa (od 1998 roku), a nawet przez grupę Dio (w latach 1996-99).


15. "You Fool No One" (z albumu "Burn", 1974)

Przykład utworu pokazującego funkowe oblicze zespołu - taki kierunek narzucał Glenn Hughes, choć zalążkiem utworu był rytm wymyślony przez Iana Paice'a. "You Fool No One" zwraca uwagę soulową partią wokalną, w wykonaniu śpiewających jednocześnie Coverdale'a i Hughesa.
Ritchie Blackmore początkowo aprobował nowe inspiracje: Chciałem, aby to była zupełnie inna grupa. Nie po to zmienialiśmy wokalistę, aby kontynuować dotychczasowy styl - mówił. Kilka miesięcy później przyznawał jednak, że granie muzyki funkowej może się po jakimś czasie znudzić. Również Coverdale miał inną wizję zespołu: Myślę, że soul i funk to były gatunki nieadekwatne do stylu Deep Purple, blues za to świetnie tam pasował - mówił.
"You Fool No One" był stałym punktem koncertów zespołu w latach 1973-75. Na żywo rozrastał się do kilkunastu minut - w tym czasie muzycy mogli nie tylko pokazać swoją umiejętność wspólnego improwizowania, ale też niektórzy z nich mogli zaprezentować się solo. Całość zaczynała się od klawiszowego popisu Jona Lorda, a kończyła perkusyjną solówką Iana Paice'a. Popisy Ritchiego Blackmore'a z środkowej części utworu były później przez niego powtarzane na koncertach Rainbow - w utworach "Man on the Silver Mountain" i "Still I'm Sad".


16. "Stormbringer" (z albumu "Stormbringer", 1974)

Praktycznie jedyny utwór z drugiego albumu Mark III, który przypomina o hard rockowym obliczu grupy (pozostałe kawałki to albo funk albo spokojne ballady).
Nazwa "Stormbringer" została po raz pierwszy użyta przez pisarza Michaela Moorcocka. Był to magiczny miecz, pojawiający się w wielu powieściach jego autorstwa. Autor tekstu utworu Deep Purple, David Coverdale, zaprzeczał, że słyszał tę nazwę wcześniej. Być może zaproponował mu ją Ritchie Blackmore, zafascynowany w tamtym czasie literaturą fantasy.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1974-76, a więc także po odejściu jego kompozytora, Blackmore'a. W połowie lat 90. kawałek został włączony do koncertowego repertuaru przez Glenna Hughesa, a dekadę później zaczął być grany także przez Whitesnake.
"Stormbringer" został wydany na singlu, ale nie został odnotowany na listach sprzedaży w żadnym kraju.


17. "Soldier of Fortune" (z albumu "Stormbringer", 1974)

Tekst tego utworu Coverdale napisał jeszcze przed dołączeniem do zespołu. Muzyka została w całości napisana przez Ritchiego Blackmore'a, co może dziwić, biorąc pod uwagę, że jest utrzymana w klimacie nielubianego przez niego "When a Blind Man Cries". "Soldier of Fortune" nie przypadł z kolei do gustu Ianowi Paice'owi, który początkowo nie chciał w ogóle brać udziału w jego nagrywaniu, ostatecznie zgodził się jednak zagrać swoją partię - ale tylko w jednym podejściu.
Utwór grany był wyłącznie podczas japońskich występów na trasie z 1975 roku, promującej album "Come Taste the Band", czyli już po odejściu Blackmore'a. Co jednak ciekawe, gitarzysta regularnie wykonuje "Soldier of Fortune" na żywo ze swoim obecnym zespołem, Blackmore's Night. Równie chętnie sięga po niego David Coverdale ze swoim Whitesnake.


18. "Perfect Strangers" (z albumu "Perfect Strangers", 1984)

W połowie lat 80., po dziewięcioletniej przerwie w działalności, Deep Purple odrodził się w najsłynniejszym składzie, z Gillanem, Blackmorem, Gloverem, Lordem i Paicem. Tytułowy utwór z nagranego wówczas albumu "Perfect Strangers" odnosi się właśnie do tego powrotu, a konkretnie do stosunków panujących pomiędzy muzykami. Słowa: "Can you remember my name?" oznaczały "Hej, Ritchie, czy pamiętasz jeszcze jak się nazywam" - wyjaśniał Gillan. Tak to wtedy postrzegałem: w okresie między 1973 rokiem, kiedy odszedłem z zespołu, a 1984, kiedy znowu zebraliśmy się razem, staliśmy się sobie zupełnie obcy. Potem to się zmieniło, zmieniły się nasze osobowości. I dziś jesteśmy jak rodzina. Chociaż wcale nie musiało tak być. W świecie ludzi dojrzałych związki z innymi nie są już tak bliskie i żarliwe jak wśród młodych. Dla nastolatka przyjaciele są wszystkim. Ale kiedy dojrzewasz, wokół ciebie jest coraz więcej osób i dawni przyjaciele wtapiają się w to otoczenie, stają się jedynie jego częścią. Nie są to już więzi na śmierć i życie.
Blackmore przyznawał, że "Perfect Strangers" to jego ulubiony utwór Deep Purple - chociaż jest to jeden z nielicznych kawałków w repertuarze grupy, w którym nie ma gitarowej solówki.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 48. miejsca w brytyjskim notowaniu (tego wyniku nie przebił żaden późniejszy singiel grupy) oraz 12. w Stanach. Do dzisiaj pozostaje stałym punktem koncertów.


19. "Knocking at Your Back Door" (z albumu "Perfect Strangers", 1984)

Idealny otwieracz dla pierwszego albumu po dziewięcioletniej przerwie. Na początku słychać tylko mroczny klawiszowy motyw Jona Lorda, do którego dopiero po chwili dołącza pulsująca linia basu Rogera Glovera, a następnie perkusja Iana Paice'a i dopiero na końcu nośny riff Ritchiego Blackmore'a. Partia wokalna Iana Gillana rozpoczyna się dopiero pod koniec pierwszej minuty utworu. Cała kompozycja trwa ponad siedem minut, ale ani przez chwilę nie nuży - to zasługa bardzo chwytliwej melodii i świetnych popisów instrumentalistów.
"Knocking at Your Back Door" był jednym z singli promujących album "Perfect Strangers" - niestety, na małej płycie został umieszczony w wersji skróconej do czterech minut. Być może dlatego doszedł zaledwie do 68. miejsca w Wielkiej Brytanii. Amerykanom przypadł do gustu bardziej - kawałek osiągnął tam 7. miejsce. Ponadto, utwór do dziś jest chętnie wykonywany przez grupę na żywo.


20. "Vincent Price" (z albumu "Now What?!", 2013)

Kiedy byliśmy dzieciakami, w Anglii produkowało się mnóstwo naprawdę cudownych, niskobudżetowych horrorów - mówił Ian Paice. A gwiazdą w nich za każdym razem był właśnie Vincent Price. Niektóre z tych filmów były prawdę mówiąc całkiem przerażające, wiesz - wampiry, potwory, cały ten gotycki etos horroru. Dla nas, jako nastolatków, było to coś absolutnie fantastycznego - potajemne wypady, żeby oglądać te filmy. I tym utworem chcieliśmy oddać hołd tamtym czasom i naszej młodości.
"Vincent Price" został wybrany jako drugi singiel promujący najnowszy album zespołu.


24 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)



"Live and Dangerous" jest powszechnie uważany za jedną z najlepszych koncertówek. Co ciekawe, do jego wydania doszło nieco przypadkiem. Zespół chciał nagrać kolejny album studyjny. Koniecznie z Tonym Viscontim w roli producenta. Ten jednak miał bardzo napięty grafik. Wówczas pojawił się pomysł, aby przygotować koncertówkę. W styczniu 1978 roku muzycy i Visconti przesłuchali kilkadziesiąt godzin zarejestrowanego na żywo materiału. Ostatecznie wybrali nagrania z czterech występów: z 14 listopada 1976 roku w londyńskim Hammersmith Odeon, z 20 i 21 października 1977 roku w filadelfijskim Tower Theater, a także z 28 października 1977 roku w Toronto. Nie jest tajemnicą, że nagrania zostały poddane licznym studyjnym nakładkom. Według Viscontiego, aż 75% albumu to ścieżki zarejestrowane w studiu, obejmujące wszystkie partie wokalne i gitarowe. Sam zespół temu zaprzeczał, twierdząc, że w studiu dograne zostały jedynie chórki i niektóre solówki.

"Live and Dangerous" to swego rodzaju podsumowanie okresu, gdy w skład zespołu wchodzili Phil Lynott, Brian Downey, Scott Gorham i Brian Robertson (ten ostatni odszedł wkrótce potem, tym razem de). Na repertuar złożyły się niemal wyłącznie utwory pochodzące z albumów zarejestrowanych przez tę czwórkę: "Nightlife", "Fighting", "Jailbreak", "Johnny the Fox" i "Bad Reputation". Nie zabrakło największych przebojów z tego okresu, jak "Jailbreak", "Emerald", "Dancing in the Moonlight" (z udziałem saksofonisty Johna Earle'a), "Cowboy Song", "Don't Believe a Word" i, oczywiście, "The Boys are Back in Town". Wcześniejsza twórczość reprezentowana jest jedynie przez "The Rocker" z "Vagabonds of the Western World". Ponadto, znalazły się tu dwa niealbumowe utwory: czadowy "Are You Ready" i bluesowy "Baby Drives Me Crazy" z partią harmonijki; oba raczej przeciętne.

Jeśli jednak chodzi o wykonanie, to już niestety te czasy, gdy koncertowe improwizacje odeszły do lamusa, a zamiast tego wykonawcy starali się jak najwierniej odegrać swoje utwory. Wyjątek stanowi bardzo ładne wykonanie "Still in Love with You", zagrane w wolniejszym tempie, z długimi solówkami Gorhama i Robertsona, którzy nie próbują tu naśladować partii Gary'ego Moore'a z wersji studyjnej. Z kolei "Sha La La" został wzbogacony nudnym popisem perkusyjnym Downeya. Pozostałe utwory zyskały nieco cięższe brzmienie i większą energię, ale poza tym zagrane są w sposób kompletnie pozbawiony kreatywności. A przecież utwory w rodzaju "Emerald" lub "Dancing in the Moonlight" aż proszą się o zagranie ich w bardziej rozbudowanych, swobodniejszych wersjach.

Większość recenzji "Live and Dangerous" sprowadza się do samych zachwytów, co najwyżej pojawia się zarzut dotyczący studyjnych poprawek. Mnie to akurat nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - słuchanie różnych fałszów i pomyłek nie byłoby zbyt przyjemnym doświadczeniem. Niestety, "Live and Dangerous" cierpi na inne wady. Utwory (z jednym wyjątkiem) wykonane są zbyt zachowawczo, tutejsze wersje praktycznie nic nie wnoszą. Po drugie, całość jest zdecydowanie za długa, jak na tak, mimo pewnych urozmaiceń, jednorodny materiał. Obok faktycznie fajnych utworów, zdarzają się też zupełnie nijakie, w większości skupione na drugiej płycie winylowego wydania. Idealnym rozwiązaniem byłoby ograniczenie całości do jednej płyty. Bez trudu mógłbym wymienić ze dwadzieścia bardziej porywających koncertówek i to ograniczając się do samego rocka. "Live and Dangerous" jest natomiast dobrym wyborem, jeśli ktoś chciałby mieć na półce tylko jedno wydawnictwo Thin Lizzy, bo jest tu zebrane prawie wszystko, co zespół miał do zaoferowania. 

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)

LP1: 1. Jailbreak; 2. Emerald; 3. Southbound; 4. Rosalie (Cowgirl's Song); 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Massacre; 7. Still in Love With You; 8. Johnny the Fox Meets Jimmy the Weed
LP2: 1. Cowboy Song; 2. The Boys Are Back in Town; 3. Don't Believe a Word; 4. Warriors; 5. Are You Ready; 6. Suicide; 7. Sha La La; 8. Baby Drives Me Crazy; 9. The Rocker

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: John Earle - saksofon (CD1:5); Huey Lewis - harmonijka (CD2:8)
Producent: Phil Lynott i Tony Visconti


23 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Bad Reputation" (1977)



Grupa Thin Lizzy nigdy nie należała do najbardziej kreatywnych. Kompletnie na to nie zważając, muzycy nagrywali i wydawali kolejne wydawnictwa w błyskawicznym tempie. W okresie od listopada 1974 do października 1976 roku, a więc w ciągu niespełna dwóch lat, ukazały się aż cztery albumy z premierowym materiałem: "Nightlife", "Fighting", "Jailbreak" i "Johnny the Fox". Na każdym z nich można znaleźć udane momenty, jednak w otoczeniu wielu wypełniaczy i wpadek. Właściwie podobnie prezentuje się reszta dyskografii zespołu. Z jednym wyjątkiem. Pozycją wyróżniającą się na tle pozostałych jest nagrany i wydany w 1977 roku "Bad Reputation".

Zespół przechodził wówczas mały kryzys. W wyniku nieporumienień miedzy Philem Lynottem i Brianem Robertsonem, drugi z nich opuścił zespół. Nie znaleziono jednak jego następcy przed rozpoczęciem nagrań, więc wszystkie partie gitarowe miał zarejestrować Scott Gorham. Ten jednak nie był tym zachwycony i pod koniec sesji przekonał Lynotta, aby w kilku niedokończonych utworach zagrał Robertson, na co lider przystał. Istotny wpływ na kształt nowego materiału miał nowy producent, Tony Visconti (znany ze współpracy m,in. z Davidem Bowie i Gentle Giant). Nie tylko zadbał o lepsze brzmienie, ale też zachęcił muzyków do większego urozmaicenia swojej muzyki.

Efekt słychać już w rozpoczynającym całość "Soldier of Fortune", którego wstęp jest śpiewany przez Lynotta jedynie do klawiszowego akompaniamentu. To jednak tylko zmyłka, gdyż po minucie klawisze ustępują miejsca energetycznej grze sekcji rytmicznej i melodyjnym solówkom granym unisono przez obu gitarzystów. Jeszcze bardziej zaskakuje "Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight)", faktycznie oparty na nieco tanecznej rytmice, ale wyróżniający się przede wszystkim wzbogaceniem brzmienia o saksofon. Brzmi to naprawdę fajnie. A nie brakuje też bardziej rockowej solówki Gorhama. John Helliwell, odpowiadający za partię saksofonu, zagrał też w "Downtown Sundown" - tym razem na klarnecie. I znów efekt jest udany. Świetnym pomysłem okazało się także wzbogacenie hardrockowego "Killer Without a Cause" fragmentami z gitarą akustyczną i harmonijką, dzięki którym zyskuje więcej przestrzeni. Akustyczna gitara została wykorzysta także w "That Woman's Gonna Break Your Heart", niestety nieco banalnym melodycznie. Mniej przekonuje mnie także  "Dear Lord" wzbogacony dodatkowymi głosami. Ale to raczej kwestia samej kompozycji, która nie wyróżnia się niczym szczególnym. Całości dopełnia kilka przyzwoitych kawałków o stricte hardrockowym charakterze: zadziorniejsze "Bad Reputation" i "Opium Trail" oraz melodyjny "Southbound".

Pomimo słabszej końcówki, jest to całkiem udany longplay. Nigdy wcześniej, ani później, zespół nie skomponował tak dobrego materiału. Nie bez znaczenia okazał się też wkład Viscontiego, który wydobył z zespołu co najlepsze, zachęcił go do rozwoju i jeszcze zapewnił mu porządne brzmienie, nieporównywalnie lepsze od tego z poprzednich albumów. To wszystko razem złożyło się na najlepszy studyjny album Thin Lizzy.

Ocena: 7/10



Thin Lizzy - "Bad Reputation" (1977)

1. Soldier of Fortune; 2. Bad Reputation; 3. Opium Trail; 4. Southbound; 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Killer Without a Cause; 7. Downtown Sundown; 8. That Woman's Gonna Break Your Heart; 9. Dear Lord

Skład: Phil Lynott wokal i bass, harmonijka (6); Scott Gorham - gitara; Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brian Robertson - gitara (3,6,8), instr. klawiszowe (1,3); John Helliwell - saksofon (5), klarnet (7); Mary Hopkin-Visconti, Jon Bojic, Ken Morris - dodatkowy wokal (9)
Producent: Tony Visconti i Thin Lizzy


21 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)



Pomimo sporego sukcesu wydanego w 1972 roku singla "Whiskey in the Jar", grupa Thin Lizzy wciąż kiepsko sobie radziła. Album "Vagabonds of the Western World", podobnie jak dwa poprzednie, okazał się komercyjną klapą. Do tego zaczęły się problemy ze składem. Gitarzysta Eric Bell postanowił odejść, robiąc to w całkiem widowiskowy sposób - w trakcie występu po prostu rzucił gitarę i zszedł ze sceny. Na jego miejsce zatrudniono Gary'ego Moore'a, z którym Phil Lynott grał już wcześniej w grupie o nazwie Skid Row (nie mylić z amerykańską kapelą, która rozpoczęła działalność kilkanaście lat później), jednak i on wkrótce zrezygnował. Wówczas podjęto decyzje o przyjęciu aż dwóch nowych gitarzystów - Johna Du Canna (ex-Atomic Rooster) i Andy'ego Gee. Było to jednak rozwiązanie tymczasowe, wyłącznie na czas niemieckiej trasy w maju 1974 roku. Po jej zakończeniu zorganizowany został kasting, dzięki któremu do zespołu dołączyli Scott Gorham i Brian Robertson. Jak się okazało, właśnie wtedy narodził się najtrwalszy skład w historii Thin Lizzy, który wystąpił razem na pięciu albumach studyjnych i jednym koncertowym.

Na pierwszym wydawnictwie tego wcielenia zespołu, studyjnym "Nightlife" (1974), kompletnie nie wykorzystano możliwości, jakie dawała obecność dwóch gitarzystów. Album wypełniły zresztą w większości miałkie, łagodne piosenki. Paradoksalnie, jedynym naprawdę udanym utworem jest bluesowa ballada "Still in Love with You", zarejestrowana jeszcze w czasie współpracy z Moore'em. Podobnie, jak poprzednie, longplay w ogóle nie zaznaczył swojej obecności w notowaniach sprzedaży. Muzycy jednak się nie poddawali i w następnym roku wydali kolejny, tym razem bardziej hardrockowy album, "Fighting". W kilku utworach pojawiają się charakterystyczne motywy solowe, grane unisono przez obu gitarzystów, które stały się znakiem rozpoznawalnym zespołu. Choć materiał nie prezentuje się ciekawie pod względem artystycznym - wypełnia go prosty, sztampowy hard rock - okazał się pierwszym długometrażowym wydawnictwem zespołu, jakie osiągnęło sukces komercyjny (60. miejsce w Wielkiej Brytanii). Wytrwałość zespołu w końcu została doceniona. Jeszcze większym zainteresowaniem cieszył się kolejny album, "Jailbreak", który doszedł do 10. miejsca w Wielkiej Brytanii i 18. w Stanach, a także przyniósł kilka przebojów.

"Jailbreak" kontynuuje hardrockowy kierunek ze swojego poprzednika. Przy czym zespół upodobał sobie wygładzoną, radiową odmianę stylu. Album wypełniają proste, melodyjne piosenki, zbudowane na zwrotkowo-refrenowych strukturach (z miejscem na gitarowe unisona). Brzmienie nie jest zbyt ciężkie - takie w sam raz dla radia. Autentycznymi przebojami stały się utwór tytułowy i przede wszystkim "The Boys Are Back in Town", niezwykle popularny wśród klasy robotniczej, której został zadedykowany. Nieco mniejszym hitem był też "Cowboy Song". Cała trójka wypada dość przyjemnie, ale jest to typowa muzyka użytkowa. Podobnie jak, reszta albumu, w większości wpisująca się w piosenkową sztampę, z chwytliwymi, ale raczej miałkimi melodiami. Kawałki w rodzaju "Angel from the Coast", "Romeo and the Lonely Girl" czy "Fight or Fall" są natomiast tak niecharakterystyczne, że zapomina się o nich zaraz po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, ale przynajmniej nie drażnią. W przeciwieństwie do naprawdę okropnego "Running Back", z żenującym, strasznie naiwnym i banalnym motywem przewodnim oraz tandetnym "saksofonem" z syntezatora, kojarzącym się z twórczością Kenny'ego G. Za to wyjątkowo udany okazuje się finał albumu w postaci  "Emerald" - najcięższego w zestawie, ale wciąż bardzo melodyjnego, choć w mniej banalny sposób; wyróżniającego się także licznymi solówkami o lekko celtyckim zabarwieniu. Ten utwór pokazuje, że zespół miał pomysł na dość oryginalny styl, z którego jednak bardzo rzadko korzystał.

"Jailbreak" to kolejny dowód, że grupa Thin Lizzy miewała przebłyski, ale nie potrafiła nagrać albumu, który w całości przyciągałby uwagę. Bo i raczej nie to było zamiarem muzyków, a tworzenie muzyki przy której mniej wymagający słuchacze będą się dobrze bawić. W tej kategorii trudno "Jailbreak" wiele zarzucić. Ja jednak szukam muzyki do słuchania.

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)

1. Jailbreak; 2. Angel from the Coast; 3. Running Back; 4. Romeo and the Lonely Girl; 5. Warriors; 6. The Boys Are Back in Town; 7. Fight or Fall; 8. Cowboy Song; 9. Emerald

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Tim Hinkley - instr. klawiszowe (3)
Producent: Phil Lynott i Ron Nevison


19 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Vagabonds of the Western World" (1973)



Irlandzka grupa Thin Lizzy powstała pod koniec lat 60., gdy dwóch byłych członków zespołu Them, gitarzysta Eric Bell i klawiszowiec Eric Wrixon, postanowili połączyć siły z muzykami amatorskiego zespołu Orphanage - śpiewającym basistą Philem Lynottem i perkusistą Brianem Downeyem. Grupa szybko podpisała kontrakt z EMI i już w lipcu 1970 zadebiutowała singlem z utworami "The Farmer" i "I Need You". Było to zarazem ostatnie wydawnictwo z Wrixonem, który postanowił opuścić zespół. Pozostała trójka wkrótce zarejestrowała swoje pierwsze albumy: eponimiczny debiut (1971) i "Shades of a Blue Orphanage" (1972). Wypełniła je zupełnie nieodkrywcza, chaotyczna mieszanka folku, hard rocka, funku i psychodelii, nierzadko przywołująca skojarzenia z Jimim Hendrixem (także ze względu na głos Lynotta). Oba longplaye okazały się kompletną porażką komercyjną, czemu trudno się dziwić.

W 1972 roku muzycy Thin Lizzy, rozczarowani brakiem sukcesu, poważnie rozważali zakończenie kariery. Z pomocą przyszła wytwórnia, która pod koniec roku wydała na singlu ich wersję tradycyjnej irlandzkiej pieśni "Whiskey in the Jar". Muzycy, których nie zapytano nawet o zgodę, początkowo byli wkurzeni, ale zmienili zdanie, gdy singiel doszedł na szczyt irlandzkiego notowania, jak również na wysokie miejsca w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Był to pierwszy - i od razu tak wielki - komercyjny sukces grupy. Muzycy szybko zapomnieli o swoich niedawnych planach i zarejestrowali kolejny album, "Vagabonds of the Western World"

Niestety, "Whiskey in the Jar" nie został na nim powtórzony (nie licząc wydania niemieckiego; później trafił też na kompaktowe reedycje). Zespół postawił na autorski materiał, co niekoniecznie wyszło na dobre, bo poszczególne kawałki wciąż są niezbyt charakterystyczne (może poza tytułowym). Za to słychać pewien postęp w kwestii zdecydowania o stylistycznym kierunku. Wyraźnie zaczynają dominować kawałki hardrockowe ("The Rocker", "Vagabond of the Western World", "Gonna Creep Up on You") i bluesopodobne ("Mama Nature Said", "Slow Blues"). Niestety, jest tu też kilka niepasujących do niczego utworów, jak psychodeliczny "The Hero and the Madman" oraz spokojniejsze "Little Girl in Bloom" i "A Song for While I'm Away". Szczególnie ten ostatni - przesłodzona, sentymentalna ballada - wprowadza zbyt wiele niespójności. O wiele lepszym i bardziej pasującym urozmaiceniem byłby wspomniany "Whiskey in the Jar", który jest po prostu przyjemną piosenką o celtyckiej melodyce.

"Vagabonds of the Western World" jest na pewno albumem bardziej udanym od swoich dwóch poprzedników, ale ogólnie na tle ówczesnej muzyki wypada bardzo blado. Nawet ograniczając się do samego hard rocka i 1973 roku, słychać jak bardzo zespół pozostawał, zwłaszcza pod względem kompozytorskim, w tyle za chociażby Black Sabbath ("Sabbath Bloody Sabbath"), Led Zeppelin ("Houses of the Holy") czy swoim rodakiem Rorym Gallagherem ("Tattoo"). Szkoda, że sukces "Whiskey in the Jar" nie zachęcił muzyków, by wzbogacić swoją twórczości o elementy celtyckie - wówczas przynajmniej czymś by się wyróżniała spośród dokonań nadto licznych grup hardrockowych.

Ocena: 5/10



Thin Lizzy - "Vagabonds of the Western World" (1973)

1. Mama Nature Said; 2. The Hero and the Madman; 3. Slow Blues; 4. The Rocker; 5. Vagabond of the Western World; 6. Little Girl in Bloom; 7. Gonna Creep Up on You; 8. A Song for While I'm Away

Skład: Philip Lynott - wokal i bass; Eric Bell - gitara; Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jan Schelhaas - organy (1,2); Kid Jensen - głos (2); Fiachra Trench - aranżacja instr. smyczkowych (9)
Producent: Nick Tauber


16 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)



Czy w przypadku takich zespołów, jak King Crimson, albumy składankowe mają jakikolwiek sens? Raczej nie. To nigdy nie był zespół singlowy. Promocyjne płytki ukazywały się sporadycznie i praktycznie nigdy nie trafiały do notowań (wyjątkiem był "The Court of the Crimson King", który ledwo zaznaczył swoją obecność na liście Billboardu). W przeciwieństwie do regularnych albumów. Tych w latach 1969-74 ukazało się aż siedem i żaden z nich nie zszedł poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu. I właściwie bardzo ciężko byłoby wskazać na nich jakieś słabsze punkty. Podsumowanie tak owocnego okresu ledwie dwupłytową składanką wydaje się zatem kompletnym nieporozumieniem. Bez względu na to, jakie utwory by się tutaj znalazły, wielu innych będzie brakować.

Sens wydania "A Young Person's Guide to King Crimson" niejako tłumaczy jego tytuł. Nawiązuje on do amerykańskiej serii telewizyjnej "Young Person's Guide to the Orchestra" z lat 60., której celem było zainteresowanie młodzieży muzyką klasyczną. Kompilacja jest zatem - przynajmniej w zamyśle - wprowadzeniem do muzyki King Crimson dla osób, które nie miały z nią wcześniej do czynienia. Teoretycznie powinien to być przewodnik prezentujący różne oblicza zespołu, ułatwiający podjęcie decyzji, które z regularnych albumów należy kupić w pierwszej kolejności (dziś taką funkcję pełni jednak internet). Tylko czy aby na pewno "Ladies of the Road" jest reprezentatywny dla albumu "Islands", "Book of Saturday" dla "Larks' Tongues in Apic", a "Trio" dla "Starless and Bible Black"?  Zdecydowanie nie. A "Lizard" w ogóle nie ma tutaj swojego reprezentanta. Nie ma tu też tak ważnych utworów, jak "21st Century Schizoid Man", "Larks' Tongues in Apic (Part II)", "Easy Money" czy "Fracture" (trzy pierwsze znalazły się jednak na wydanej w tym samym roku koncertówce "USA", będącej nieformalnym uzupełnieniem tej kompilacji - żaden utwór nie powtarza się na obu wydawnictwach). Patrząc na listę utworów można dojść do wniosku, że jednym kryterium wyboru utworów była ich przystępność. Może i niegłupio, bo po co na starcie zniechęcać potencjalnych fanów dziwactwami w rodzaju "The Devil's Triangle" czy "Talking Drum"?

Niestety, posunięto się też do popularnej, lecz nieuczciwej zagrywki, by zachęcić do kupna także osoby mające już w swojej kolekcji regularne albumy King Crimson. Nie mam tutaj na myśli skróconych wersji "Cat Food" (pochodzącej z singla) oraz "Cadence and Cascade", "Larks' Tongues in Aspic (Part I)" i "Moonchild" (brutalnie przyciętych na potrzeby tego wydawnictwa), które w takiej formie wypadają zdecydowanie gorzej. Ale znalazł się tutaj też jazzujący - zainspirowany albumem "Extrapolation" Johna McLaughlina - instrumental "Groon", wcześniej dostępny wyłącznie na stronie B singla "Cat Food" (nie licząc koncertowej wersji z "Earthbound"). A także  zupełnie inne wykonanie "I Talk to the Wind", zarejestrowane w lipcu 1968 roku przez grupę Giles, Giles & Fripp. W jej składzie byli już wtedy wszyscy członkowie pierwszego składu King Crimson, z wyjątkiem Grega Lake'a - zamiast niego występują tu basista Peter Giles i wokalistka Judy Dyble (znana z pierwszego albumu Fairport Convention). Ta wczesna wersja posiada zupełnie inną linię wokalną i bardziej uwypukloną partię gitary. To przyjemna ciekawostka, ale nie ma co ukrywać, że nic więcej. Późniejsza wersja - bardziej dojrzała, ciekawiej i staranniej zaaranżowana - jest jednak dużo lepsza. Utwór ten obecnie można znaleźć również na znacznie bardziej wartościowej kompilacji, bo zawierającej więcej unikalnego materiału, "The Brondesbury Tapes (1968)" sygnowanej nazwą Giles, Giles & Fripp. "Groon" jest z kolei obecny na niektórych kompaktowych wznowieniach albumu "In the Wake of Poseidon".

Zawarte tutaj utwory zasługują, oczywiście, na znacznie wyższą ocenę, niż poniższa. Ale "A Young Person's Guide to King Crimson" kompletnie nie sprawdza się ani jako kolekcja najlepszych utworów zespołu (brak wielu spośród tych najbardziej istotnych, a część obecnych bezsensownie skrócono), ani jako niezbędne uzupełnienie podstawowej dyskografii (za dużo powtórek, za mało nowości), ani jako poradnik dla osób chcących poznać zespół (lepiej od razu sięgnąć po regularne albumy, najlepiej w kolejności chronologicznej). 

Ocena: 7/10



King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)

LP1: 1. Epitaph; 2. Cadence and Cascade; 3. Ladies of the Road; 4. I Talk to the Wind; 5. Red; 6. Starless
LP2: 1. The Night Watch; 2. Book of Saturday; 3. Peace: A Theme; 4. Cat Food; 5. Groon; 6. Coda from Larks' Tongues in Aspic (Part I); 7. Moonchild; 8. Trio; 9. The Court of the Crimson King

Skład: Robert Fripp - gitara, melotron, czelesta (LP1: 2), fisharmonia (LP2: 1); Greg Lake - wokal (LP1: 1, LP2: 4,7,9), bass (LP1: 1, LP2; 7,9); Ian McDonald - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 7,9), saksofon (LP1: 1,6), flet (LP1: 1,4, LP2: 9), gitara (LP1: 4), klarnet (LP1: 4); Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1,2,4, LP2: 4,5,7,9); Gordon Haskell - wokal (LP1: 2); Mel Collins - flet (LP1: 2), saksofon (LP1: 3,6); Boz Burrell - wokal i bass (LP1: 3); Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 3); John Wetton - bass (LP1; 5,6, LP2: 1,2,6,8), wokal (LP1: 6, LP2: 1,2); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne (LP1; 5,6, LP2: 1,8); David Cross - skrzypce (LP2: 1,2,6,8); Jamie Muir - instr. perkusyjne (LP2: 6)
Gościnnie: Peter Giles - bass (LP1: 2,4, LP2: 4,5); Keith Tippett - pianino (LP1: 2, LP2: 4); Judy Dyble - wokal (LP1: 4)
Producent: King Crimson


15 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "USA" (1975)



"USA" to pierwsza koncertówka King Crimson z prawdziwego zdarzenia (fatalnie brzmiący "Earthbound" należy traktować jako oficjalny bootleg). Brzmienie tego materiału nie jest może idealne, ale całkiem przyzwoite. Znalazły się tu fragmenty jednych z ostatnich występów składu tworzonego przez Roberta Frippa, Johna Wettona, Billa Bruforda i Davida Crossa. Nagrań dokonano 28 czerwca 1974 roku w Asbury Park w stanie New Jersey i dwa dni później w Providence w stanie Rhode Island (podczas tego samego występu została zarejestrowana improwizacja "Providence" wydana na albumie "Red"). Na repertuar złożyły się głównie utwory z dwóch najnowszych wówczas longplayów, "Larks' Tongues in Aspic" i "Starless and Bible Black".

Ambientowe intro "Walk On...No Pussyfooting" (z albumu "(no pussyfooting)" duetu Fripp & Eno) ustępuje nagle agresywnym dźwiękom "Larks' Tongues in Aspic (Part II)". Ten złożony utwór doskonale sprawdzał się podczas koncertów, dając muzykom możliwość pokazania swoich niemałych umiejętności i zachwycenia wzorową interakcją. Nic dziwnego, że był grany jeszcze długo po rozpadzie tego składu. Ale to wykonania z tego okresu najbardziej zachwycają - żaden inny skład nie wszedł na ten poziom zespołowej improwizacji. "Lament" i "Exiles" przypominają, że muzycy byli także dobrymi kompozycjami, potrafiącymi tworzyć bardzo ładne, wyrafinowane melodie. Oba utwory przebijają studyjne wersje, co jest głównie zasługą uwypuklonych, brzmiących masywniej partii basu Wettona.

Porywająca improwizacja "Asbury Park" to zdecydowanie największa zaleta tego wydawnictwa. Bardzo energetyczna i zwarta, z przesterowanymi partiami Wettona w głównej roli, wspartymi przez fantastyczną perkusję Bruforda, ostre dźwięki gitary Frippa i schowany w tle melotron Crossa. Utwór brzmi bardzo współcześnie - tak mógłby wyglądać współczesny stoner rock, gdyby tylko muzycy grający w tym stylu mieli choć trochę wyobraźni tego składu King Crimson. Świetnie wypada także "Easy Money" z intrygującą częścią instrumentalną, która podczas każdego koncertu była grana zupełnie inaczej. A na zakończenie pojawia się jeszcze "21st Century Schizoid Man" (jedyne nagranie z Providence), ciekawie przearanżowany na skład ze skrzypcami zamiast saksofonu.

Oryginalne wydanie albumu zostało wzbogacone studyjnymi dogrywkami - dodano partie skrzypiec i elektrycznego pianina Eddiego Jobsona. Ponadto część utworów została odrobinę skrócona, aby zmieścić wszystko na pojedynczej płycie winylowej. Dopiero wydanie z 2005 roku zawiera pełne wersje, zrezygnowano także z nakładek Jobsona. Zarówno to wydanie, jak i wszystkie inne po 2002 roku, zawiera dwa bonusowe utwory, "Fracture" i "Starless", wydłużające album o dwadzieścia pięć minut.

Największą wadą "USA" jest właśnie czas trwania. Pojedyncza płyta winylowa to zdecydowanie za mało, by w pełni pokazać, na co było stać ten skład. Szkoda, że nie zdecydowano się na dwupłytowe wydawnictwo. Mimo tego, "USA" stanowi świetne uzupełnienie podstawowej dyskografii King Crimson. Obecnie, po wydaniu "The Great Deceiver (Live 72-74)" i "The Night Watch", może jest już trochę mniej atrakcyjny, chociaż i tak warto go poznać - zespół za każdym razem grał swoje kompozycje nieco inaczej, ponadto sama improwizacja "Asbury Park" jest warta sięgnięcia po "USA".

Ocena: 8/10



King Crimson - "USA" (1975)

1. Walk On...No Pussyfooting / Larks' Tongues in Aspic (Part II); 2. Lament; 3. Exiles; .4 Asbury Park; 5. Easy Money; 6. 21st Century Schizoid Man

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce, altówka i instr. klawiszowe
Gościnnie; Eddie Jobson - skrzypce (1,6), pianino elektryczne (2)
Producent; King Crimson


14 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Red" (1974)



Ostatni występ King Crimson w składzie z Robertem Frippem, Johnem Wettonem, Billem Brufordem i Davidem Crossem odbył się 1 lipca 1974 roku. Dokładnie tydzień później zespół wszedł do londyńskiego Olympic Studios, by przygotować materiał na kolejny album studyjny. W składzie nie było już Crossa, ale pojawili się liczni goście, jak Robin Miller i Mark Charing, grający odpowiednio na oboju i kornecie (obaj wystąpili już w tych rolach na "Lizard" i "Islands", czy nie uwzględniony w opisie, anonimowy wiolonczelista. Jednak dla wielbicieli zespołu, a zwłaszcza jego wcześniejszych wcieleń, najważniejszy jest udział jego byłych członków, saksofonistów Iana McDonalda i Mela Collinsa. Podczas trwającej do sierpnia sesji zarejestrowano cztery utwory, w tym jeden znany już z koncertów i jeden oparty na pomyśle sprzed kilkunastu miesięcy. Ponieważ ich łączna długość ledwo przekraczała trzydzieści minut, postanowiono dodać jedno nagranie koncertowe.

Album "Red" ukazał się w październiku i spotkał z dobrym przyjęciem, choć był najniżej do tamtej pory notowanym albumem zespołu w Wielkiej Brytanii, a w Stanach - najniżej notowanym od czasu "Islands". Zapewne wynikało to w znacznym stopniu z braku promocji za pomocą singli i koncertów - choć w planach było wyruszenie w trasę w składzie poszerzonym o McDonalda, która z pewnością okazałaby się wielkim sukcesem. W jednym z wywiadów Wetton twierdził, że właśnie perspektywa sukcesu zniechęcała Frippa do dalszej działalności - obawiał się, że zespół stanie się megagwiazdą, nad którą kontrolę przejmie wytwórnia, do czego nie chciał dopuścić.

"Red" stanowi swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej działalności King Crimson. Zespół nie wprowadza tu żadnych nowych elementów czy rozwiązań, zamiast tego prezentuje przekrój przez różne etapy swojej działalności. Są tu zatem i bardziej przystępne momenty, mieszczące się w ramach mainstreamowego proga, jak i inspirowane awangardą improwizacje - te dwa podejścia często zresztą przeplatają się w trakcie jednego utworu. Doskonałym przykładem jest nagranie tytułowe - instrumentalny otwieracz, ze świetnie przeplatającymi się partiami gitary, basu i perkusji, przypomina instrumentale z dwóch poprzednich albumów, ale ma bardziej zwartą budowę, co w połączeniu z ciężkim brzmieniem sprawia, że jest atrakcyjny także dla osób słuchających głównie hard rocka czy metalu. "Fallen Angel" to już świetne połączenie ładnych fragmentów balladowych z mrocznymi zaostrzeniami. W całość doskonale wtapiają się subtelne partie oboju i przeszywające dźwięki kornetu, dodające sporo klimatu, przywołującego skojarzenie z wczesnymi albumami zespołu. Co ciekawe, zalążkiem tego utworu była improwizacja zagrana podczas występu już pod koniec 1972 roku. "One More Red Nightmare" na początku sprawia wrażenie dość zwyczajnej rockowej piosenki (choć z interesującą grą Bruforda), bardzo zresztą chwytliwej, ale w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych podąża w bardziej progresywne rejony, świetnie wzbogacone grą McDonalda na saksofonie altowym.

O ile powyższe utwory - wypełniające stronę A winylowego wydania - mogą podobać się także słuchaczom prostszych odmian rocka, tak "Providence" jest już utworem zupełnie innego rodzaju. To koncertowa improwizacja, zarejestrowana 30 czerwca 1974 roku w tytułowym mieście w stanie Rhode Island. Wyraźna jest tu inspiracja współczesną awangardą. Pierwsza część, z atonalną partią skrzypiec Crossa na pierwszym planie, jest bliska estetyki free improvisation. W drugiej części dominuje masywny bas Wettona, piskliwe dźwięki gitary Frippa i mocna perkusja Bruforda, ciężkie brzmienie nadaje bardziej rockowego charakteru, ale swobodna gra muzyków daleka jest od konwencjonalnego rocka. Nie jest to może najciekawsza improwizacja tego składu, ale bardzo intrygująca (zwłaszcza w pierwszej części) i porywająca (w drugiej). Doskonałym finałem albumu jest "Starless" - utwór grany na koncertach już od marca 1974 roku. Tutaj pojawia się w nieco przearanżowanej wersji, bez skrzypiec, ale za to z saksofonem sopranowym Collinsa i altowym McDonalda. Także ten utwór składa się z dwóch część. Pierwsza to typowo crimsonowska ballada, z przepiękną melodią, podniosłym nastrojem i melotronowym tłem. Druga, w całości instrumentalna, to kolejna intrygująca improwizacja, ze stopniowo narastającym napięciem i wspaniałym zakończeniem. Utwór genialnie łączy klimat wczesnego King Crimson z bardziej awangardowym podejściem składu z lat 1972-74. Trudno o lepsze zakończenie ostatniego premierowego albumu z tego okresu.

"Red" utrzymuje wysoki poziom, do jakiego zespół przyzwyczaił poprzednimi albumami. Jeśli już do czegoś miałbym się przyczepić, to do braku jakiś nowych elementów, które wzbogaciłyby twórczość zespołu. Ale z drugiej strony - to siódmy album wydany w ciągu sześciu lat, więc trudno wymagać, by zespół w tak krótkim okresie ciągle czymś zaskakiwał. Ani kompozycje, ani wykonanie nie odbiegają od wcześniejszych dokonań, a całość wciąż brzmi bardzo świeżo i interesująco. Nawet po dziesiątkach, a może już setkach przesłuchań.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Red" (1974)

1. Red; 2. Fallen Angel; 3. One More Red Nightmare; 4. Providence; 5. Starless

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robin Miller - obój (2); Mark Charing - kornet (2); Ian McDonald - saksofon altowy (3,5); David Cross - skrzypce (4);  Mel Collins - saksofon sopranowy  (5)
Producent: King Crimson


13 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Starless and Bible Black" (1974)



Na kilka dni przed premierą albumu "Larks' Tongues in Aspic", grupa King Crimson - już bez Jamiego Muira w składzie - rozpoczęła jedną ze swoich największych, najbardziej intensywnych i najsłynniejszych tras koncertowych. Co ciekawe, już na samym jej początku - a ściślej mówiąc, podczas występu w londyńskim Rainbow Theatre, 18 marca 1973 roku - muzycy zaczęli testować zupełnie premierowy materiał. Właśnie tego dnia po raz pierwszy zostały wykonane kompozycje "The Night Watch", "Fracture" i "Lament". Wszystkie trzy dopiero rok później zostały wydane na albumie "Starless and Bible Black".

Kiedy jednak w styczniu 1974 roku zespół wszedł do londyńskiego Air Studios, by zarejestrować materiał na ten album, oprócz trzech wspomnianych utworów, miał gotową tylko jedną nową kompozycję, "The Great Deceiver" (był jeszcze "Dr. Diamond", grany na żywo już od końca 1972 roku, ale najwyraźniej nie było planów zarejestrowania go w studiu). Muzycy mieli jednak w zanadrzu mnóstwo fantastycznych improwizacji zarejestrowanych podczas koncertów - zdecydowali się wybrać kilka spośród tych najlepiej brzmiących, poddać je studyjnej obróbce i umieścić na albumie. Wykorzystano fragmenty występów z 23 października w Glasgow, 15 listopada w Zurychu i 23 listopada w Amsterdamie.

Album rozpoczynają dwa - spośród zaledwie trzech - studyjne nagrania. Fantastycznie w roli otwieracza sprawdza się energetyczny "The Great Deceiver", prowadzony świetnym riffem z uzupełniającymi się partiami gitary i skrzypiec, posiadający dość nieoczywistą, złożoną strukturę. "Lament" zaczyna się jak ballada z ascetycznym akompaniamentem gitary, ale stopniowo dochodzą pozostałe instrumenty i nagranie nabiera większej intensywności i prawdziwie progresywnego charakteru, a złożone partie poszczególnych muzyków doskonale się uzupełniają. "We'll Let You Know" z występu w Glasgow, oparty na nieco funkowej grze sekcji rytmicznej, to kolejny doskonały popis instrumentalistów. Interakcja i kreatywność tego składu były fenomenalne, co najlepiej słychać właśnie w nagraniach koncertowych.

Klimatyczny wstęp "The Night Watch" pochodzi z występu w Amsterdamie, ale zasadniczą część utworu zarejestrowano w studiu. To jedna z tych pięknych, wyrafinowanych ballad, w których zespół był bezkonkurencyjny. A skoro mowa o pięknie, to wspomnieć trzeba też o "Trio", także pochodzącym z amsterdamskiego występu - nastrojowej improwizacji, opartej wyłącznie na brzmieniu altówki, melotronu i basu. Co ciekawe, jako współautor został dopisany także Bill Bruford - ponieważ jego decyzja o niezagraniu żadnego dźwięku zadecydowała o charakterze tej improwizacji.

Zamykający pierwszą stronę winylowego wydania "The Mincer" to fragment dłuższej improwizacji, zarejestrowanej w Zurychu - całkiem intrygujący, z umiejętnie budowanym nastrojem, jednak brzydko się urywającej. W studiu dograno krótką partię wokalną. Drugą stronę wypełniają dwa około dziesięciominutowe nagrania z występu w Amsterdamie - improwizacja "Starless and Bible Black" oraz wykonanie "Fracture". Oba są zdecydowanie najlepszym na tym albumie przykładem fenomenalnej gry instrumentalistów, którzy potrafili się tak doskonale zrozumieć podczas koncertów, że można odnieść wrażenie, jakby każdy dźwięk został tu dokładnie zaplanowany, a jednocześnie sporo tu swobody charakterystycznej dla spontanicznych improwizacji.

Choć "Starless and Bible Black" składa się zarówno z nagrań studyjnych, jak i koncertowych, jest zaskakująco spójnym wydawnictwem. Nie słychać różnicy w brzmieniu, a cały materiał utrzymuje wysoką jakość artystyczną. Skomponowane utwory zachwycają kunsztem, a improwizacje - doskonałym zgraniem. Wykonanie jest rewelacyjne, zarówno jeśli chodzi o interakcję zespołu, jak i umiejętności poszczególnych muzyków. Robert Fripp wypracował rozpoznawalny styl gry, który brzmi tutaj bardzo dojrzale. Sekcja rytmiczna John Wetton / Bill Bruford brzmi odpowiednio mocno (doskonale słychać bas), a przy tym wyrafinowanie. Wetton świetnie sprawdza się także w roli wokalisty. A David Cross może nie dorównuje umiejętnościami pozostałym muzykom, ale jego partie na smyczkach doskonale dopełniają brzmienia, podobnie jak obsługiwane przez niego i Frippa klawisze. Muzyka zawarta na "Starless and Bible Black" jest dość złożona i początkującym słuchaczom rocka progresywnego może wydawać się trudna - jest to na pewno jeden z mniej przystępnych studyjnych albumów King Crimson - ale to jedno z najwspanialszych osiągnięć zespołu, więc warto poświęcić więcej czasu na jego zrozumienie, jeśli będzie to potrzebne.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Starless and Bible Black" (1974)

1. The Great Deceiver; 2. Lament; 3. We'll Let You Know; 4. The Night Watch; 5. Trio; 6. The Mincer; 7. Starless and Bible Black; 8. Fracture

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara, melotron, elektryczne pianino, efekty; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce, altówka, melotron, elektryczne pianino
Producent: King Crimson


12 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)



Podczas trasy koncertowej promującej album "Islands" dochodziło do wielu spięć i konfliktów pomiędzy ówczesnymi muzykami King Crimson. W rezultacie, najpierw odszedł Peter Sinfield (wieloletni tekściarz, a podczas wspomnianej trasy także klawiszowiec), a po zakończeniu tournee - wszyscy muzycy, z wyjątkiem Roberta Frippa. Gitarzysta szybko rozpoczął kompletowanie nowego składu. Jako pierwszi zrekrutowani zostali śpiewający basista John Wetton (były członek grup Mogul Thrash i Family) i perkusjonalista Jamie Muir (występujący wcześniej z wieloma eksperymentującymi składami). Następnie do grupy dołączyli perkusista Bill Bruford (który właśnie opuścił Yes, obawiając się, że po sukcesie "Close to the Edge" grupa będzie od tej pory nagrywać jego kopie), oraz grający na skrzypcach i klawiszach David Cross (jako jedyny nie posiadający żadnego doświadczenia). Nowym tekściarzem został  natomiast Richard Palmer-James.

W październiku 1972 roku odświeżone King Crimson wyruszyło na swoja pierwszą trasę koncertową. Co ciekawe, muzycy unikali grania kompozycji poprzednich składów (z wyjątkiem "21st Century Schizoid Man"). Zamiast tego prezentowali nowe utwory, a także liczne improwizacje. Właśnie zespołowa improwizacja i interakcja, opanowana do perfekcji przez ten skład, stała się podstawą nowego stylu grupy. W ówczesnych dokonaniach zespołu wyraźnie słyszalny jest wpływ jazz fusion w stylu Mahavishnu Orchestra (stąd też prawdopodobnie w składzie pojawił się muzyk grający na skrzypcach). W styczniu następnego roku zespół wszedł do studia, aby zarejestrować sześć utworów, z których większość ukształtowała się podczas wspomnianych występów. Rezultatem tej sesji jest album "Larks' Tongues in Aspic".

Longplay rozpoczyna się od pierwszej części utworu tytułowego. To trzynaście i pół minuty bardzo swobodnego, improwizowanego grania. Przez pierwszych kilka minut słyszymy tylko intrygujące dźwięki przeróżnych perkusjonaliów, do których w pewnym momencie dołącza agresywna partia gitary, wsparta mocną grą sekcji rytmicznej i kontrapunktową partią skrzypiec. Zespołowa improwizacja, w klimatach zahaczających o jazz fusion, w ósmej zostaje nagle przerwana, po czym rozbrzmiewa długie solo Crossa. Dopiero w końcówce dołączają do niego pozostali muzycy. "Book of Saturday" to dla odmiany bardziej konwencjonalny, tradycyjny utwór. Bardzo ładnej partii wokalnej Wettona (najlepszego wokalisty grupy od czasu Grega Lake'a!) towarzyszą tylko subtelne dźwięki gitary, basu i skrzypiec. Jeszcze piękniej wypada bardziej rozbudowany "Exiles". Rozpoczęty dziwnymi, mrocznymi dźwiękami, z których nagle wyłania się kolejna przepiękna melodia. Jedyne, co można zarzucić, to zbytnie podobieństwo wokalnych fragmentów do utworu "In the Wake of Poseidon" - podobny klimat, niemal identyczny rytm i partie akustycznej gitary, jedynie zamiast melotronu wykorzystano skrzypce, flet i pianino. To jednak dobrze, że pojawia się tu taki łącznik z wcześniejszymi dokonaniami.

Drugą stronę otwiera "Easy Money" - bardzo intensywny rytmicznie, z ciężkimi partiami gitary i przebojową partią wokalną, zaś w środku zawierający długą, intrygującą improwizację, opartą na doskonałej interakcji muzyków, stopniowo budujących napięcie i tworzących niesamowity klimat. Dwa kolejne, ostatnie, utwory są w całości instrumentalne. "The Talking Drums" rozpoczyna się od popisu Muira i Bruforda, do którego stopniowo dołącza hipnotyzujący bas Wettona, orientalizujące skrzypce Crossa, a w końcu także ostra gitara Frippa - wraz z jej pojawieniem się, utwór nabiera większej dynamiki, a brzmienie staje się bardziej agresywne. Finałowy "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" jest znacznie bardziej zwarty od pierwszej części. Opiera się na ciężkim gitarowym riffowaniu i bardzo intensywnej grze sekcji rytmicznej, a w całość świetnie wtapiają się skrzypce, wychodzące na pierwszy plan przede wszystkim w licznych spokojniejszych interludiach, choć w najcięższym fragmencie Cross gra na nich zgrzytliwą, agresywną solówkę. Utwór stał się obowiązkowym punktem koncertów, granym także przez wszystkie późniejsze składy zespołu.

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne wielkie dzieło King Crimson, jeden z najwspanialszych albumów w dyskografii zespołu. Rewelacyjne kompozycje (lub improwizacje), doskonale zagrane i zaśpiewane. Do tego perfekcyjne brzmienie - bardzo czyste, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami, a zarazem niezwykle potężne, ciężkie i agresywne. Wszystko to razem składa się na jeden z najwspanialszych albumów rocka (nie tylko) progresywnego.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)

1. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 2. Book of Saturday; 3. Exiles; 4. Easy Money; 5. The Talking Drum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part Two)

Skład: John Wetton - wokal i bass, pianino (3); Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; David Cross - skrzypce, altówka, instr. klawiszowe, flet (3); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Jamie Muir - instr. perkusyjne, perkusja
Producent: King Crimson