29 czerwca 2018

[Recenzja] Marillion - "Misplaced Childhood" (1985)



Rock neo-progresywny to jeden z najbardziej kuriozalnych rodzajów muzyki. Czerpiąc inspirację z najbardziej postępowej i eksperymentatorskiej odmiany rocka (choć raczej od jej przystępniej grających przedstawicieli), jest tworem absolutnie wtórnym i schematycznym. Niestety, tego typu muzyka dała wielu słuchaczom, a nawet niektórym krytykom przekonanie, że rock progresywny polega na graniu w ściśle określonej konwencji, powielając pewne elementy zaczerpnięte od prekursorów stylu. Tymczasem nazwa rock progresywny została wymyślona na określenie muzyki zespołów, które cechowała silna indywidualność i chęć poszerzania ram rocka o nowe rozwiązania.

"Misplaced Childhood" grupy Marillion to prawdopodobnie najsłynniejszy album neo-progowy. Często można spotkać się z opiniami, że to jedno z najlepszych lub wręcz najlepsze progresywne wydawnictwo lat 80., a nawet kwintesencja tego stylu. Takie twierdzenie miałoby jeszcze uzasadnienie (mocno naciągane) w przypadku wcześniejszych albumów zespołu, "Script for a Jester's Tear" i "Fugazi", które mimo rażącego braku oryginalności, faktycznie zawierają pewne elementy, które dekadę wcześniej czyniły Genesis i Camel (ewidentnie największe inspiracje Marillion) zespołami progresywnymi. Jednak na "Misplaced Childhood" trudno w ogóle znaleźć takie podobieństwa.

Całość co prawda jest albumem koncepcyjnym, a wszystkie utwory (z danej strony płyty winylowej) płynnie między sobą przechodzą, jednak na tym (i podobieństwie głosu Fisha do Petera Gabriela - największego atutu Marillion) kończą się wszelkie związki z rockiem progresywnym. Znajdziemy tu natomiast takie cuda, jak "Kayleigh" i "Lavender" - proste, stricte popowe piosenki o zwyczajnie mdłych melodiach. Reszta albumu bynajmniej nie jest bardziej ambitna, choć zdecydowanie mniej przebojowa. To muzyka, która w sam raz nadaje się do odtwarzania w windach czy centrach handlowych - zupełnie nieabsorbująca, odpowiednio wygładzona. Najdłuższe w zestawie "Bitter Suite" i "Blind Curve", trwające odpowiednio osiem i dziewięć minut, są po prostu bardziej rozwleczone od pozostałych kawałków - nie zaznamy tu ani porywających popisów instrumentalnych, ani tym bardziej żadnych eksperymentów.

To bardzo zachowawczy album, skrojony pod przeciętnego słuchacza radia, zgodnie z obowiązującymi wówczas trendami. A zatem brzmienie jest dokładnie tak kiczowate, jak zapowiada okładka - zdominowane przez tandetne syntezatory. Instrumentaliści nie pozwalają sobie na żadne szaleństwa, po prostu sztywno odgrywają skomponowane wcześniej partie. Dodać do tego trzeba sporą dawkę obowiązkowego w neo-progu smęcenia i patosu, a otrzymamy pełną charakterystykę tego albumu. W skrócie: "Misplaced Childhood" to dwa miałkie przeboje i sporo nadętego nudzenia.

Ocena: 3/10

PS. Nie będzie więcej recenzji Marillion ani żadnego innego zespołu neo-progowego.



Marillion - "Misplaced Childhood" (1985)

1. Pseudo Silk Kimono; 2. Kayleigh; 3. Lavender; 4. Bitter Suite; 5. Heart of Lothian; 6. Waterhole (Expresso Bongo); 7. Lords of the Backstage; 8. Blind Curve; 9. Childhoods End?; 10. White Feather

Skład: Fish - wokal; Steve Rothery - gitara; Mark Kelly - instr. klawiszowe; Pete Trewavas - bass; Ian Mosley - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chris Kimsey


27 czerwca 2018

[Recenzja] Eddie Henderson - "Realization" (1973)



Eddiego Hendersona zwykle nie wymienia się wśród najwybitniejszych trębaczy. A szkoda, bo podobnie jak Miles Davis czy Freddie Hubbard, miał ciekawą, oryginalną technikę i z pewnością nie mniejsze umiejętności. Nie nagrał jednak tylu wybitnych albumów, co wyżej wspomniani muzycy. Jego największym osiągnięciem są zdecydowanie dokonania z grupą Mwandishi Herbiego Hancocka, ale też solowy debiut "Realization", będący zresztą bezpośrednią kontynuacją tamtego zespołu. W sesji nagraniowej (mającej miejsce w dniach 27-28 lutego 1973 roku) wziął udział prawie cały skład Mwandishi: Bennie Maupin, Buster Williams, Billy Hart, Patrick Gleeson, a nawet sam Hancock. Do kompletu zabrakło jedynie puzonisty Juliana Priestera. Jego miejsce zajął dodatkowy perkusista, Lenny White.

Również pod względem muzycznym "Realization" stanowi naturalne rozwinięcie albumów "Mwandishi", "Crossings" i "Sextant". Takie utwory, jak "Scorpio-Libra" i "Mars in Libra", opierają się na hipnotycznych, ostinatowych partiach elektrycznego basu Williamsa i kosmicznym brzmieniu przeróżnych instrumentów klawiszowych Hancocka i Gleesona, ale na pierwszy plan wysunięte zostały fantastyczne solowe partie lidera na trąbce, skrzydłówce i kornecie, oraz Maupina na klarnecie basowym, flecie i różnych saksofonach. Choć udało się tu osiągnąć tę samą, astralną atmosferę, muzyka ma mniej eksperymentalny charakter, jest bardziej przystępna. Więcej w niej przestrzeni, zamiast gęstych faktur znanych z albumów, na których rolę lidera pełnił Herbie. Klimat Mwandishi obecny jest także w "Anua" i "Revelation Realization", choć tutaj brzmienia klawiszowe schodzą na dalszy plan, a Williams przechodzi na kontrabas. W rezultacie bliżej im do spiritual jazzu, niż elektrycznego fusion. Niedosyt pozostawia natomiast "Spiritual Awakening", brzmiący raczej jak fragment próby zespołu, niż choćby miniaturowy utwór.

"Realization" zachwyca klimatem, a także wirtuozerią i zgraniem muzyków. Eddie Henderson podkreślał w wywiadach, że tak właśnie brzmiała muzyka Mwandishi na żywo, co potwierdzają zachowane nagrania (niestety, wciąż dostępne wyłącznie na bootlegach). Naprawdę świetny album. Zdecydowanie za mało znany.

Ocena: 9/10



Eddie Henderson - "Realization" (1973)

1. Scorpio-Libra; 2. Mars in Libra; 3. Anua; 4. Spiritual Awakening; 5. Revelation Realization

Skład: Eddie Henderson - trąbka, skrzydłówka, kornet; Bennie Maupin - klarnet basowy, flet, saksofon; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Patrick Gleeson - syntezator, organy; Buster Williams - kontrabas, bass; Billy Hart - perkusja i instr. perkusyjne; Lenny White - perkusja
Producent: Skip Drinkwater i Patrick Gleeson


25 czerwca 2018

[Recenzja] Radiohead - "Hail to the Thief" (2003)



Otwierający całość utwór "2 + 2 = 5" brzmi tak, jakby zespół próbował pogodzić swoje aktualne wcielenie z wczesnymi dokonaniami. Gdy jednak wchodzą ostrzejsze gitary, robi się strasznie zwyczajnie i trywialnie. Znacznie ciekawiej wyszło to w "Go to Sleep" (z początku zdominowanym przez gitarę akustyczną i fajnie pulsujący bas, do których z czasem dołączają elektroniczne dodatki) i "There There" (znów świetny bas, wyraźne partie gitarowe i odrobina elektroniki), oba posiadają też lepsze melodie. Co ciekawe, wszystkie te utwory zostały wydane na singlach. Natomiast utwory dostępne wyłącznie na albumie, mają bardziej jednoznaczny charakter. Dzielą się na typowe dla grupy, smętne ballady z irytującym wokalem Thoma Yorke'a (np. "Sail to the Moon", "We Suck Young Blood", "Scatterbrain"), oraz odważne eksperymenty z brzmieniami elektronicznymi.

A muzyka Radiohead zawsze była tym lepsza, im dalej odchodziła od konwencjonalnego, radiowego grania. W stricte gitarowym graniu muzycy są tylko jednym ze zbyt wielu, niewyróżniających się zespołów. Sięgając po elektronikę tworzą coś zupełnie własnego i przeważnie bardzo intrygującego. Nie inaczej jest na tym albumie, czego przykładem chociażby "Backdrifts" i "The Gloaming", wyraźnie inspirowane IDM i ambientem, ale zachowujące piosenkowy charakter. Najlepszym fragmentem albumu jest być może "Where I End and You Begin", niesiony przez rewelacyjną linię basu, której towarzyszy mocny rytm, subtelna elektronika, niższy niż zwykle śpiew Yorke'a, a w drugiej połowie także ostrzejsze gitarowe wstawki. Poważną konkurencję stanowią jednak "A Punchup at a Wedding" - znów z fantastycznym basem, a także mechaniczną perkusją, oraz chwytliwymi partiami pianina i gitary - i dziwaczny "Myxomatosis", atakujący przesterowanym brzmieniem elektroniki, które podkreśla jego narkotyczny klimat. Reszta albumu zdecydowanie ustępuje tym trzem kompozycjom.

"Hail to the Thief" sprawia wrażenie kompromisu pomiędzy artystyczną swobodą, a presją utrzymania się w mainstreamie. Muzykom zabrakło odwagi lub chęci, by nagrać kolejny "Kid A". Lecz z drugiej strony, i tak pozwolili sobie na znacznie więcej, niż jakikolwiek inny mainstreamowy zespół w XXI wieku. 

Ocena: 7/10



Radiohead - "Hail to the Thief" (2003)

1. 2 + 2 = 5; 2. Sit down Stand Up; 3. Sail to the Moon; 4. Backdrifts; 5. Go to Sleep; 6. Where I End and You Begin; 7. We Suck Young Blood; 8. The Gloaming; 9. There There; 10. I Will; 11. A Punchup at a Wedding; 12. Myxomatosis; 13. Scatterbrain; 14. A Wolf at the Door

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino, programowanie; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, programowanie; Ed O'Brien - gitara, efekty, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass, syntezator, sampler; Philip Selway - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Nigel Godrich i Radiohead


23 czerwca 2018

[Recenzja] Chick Corea - "Now He Sings, Now He Sobs" (1968)



Armando "Chick" Corea zasłynął przede wszystkim jako współpracownik Milesa Davisa i założyciel Return to Forever. Szczególnie gra z trębaczem miała istotny wpływ na jego karierę. Nie tylko pomogła mu wyrobić sobie nazwisko w muzycznym świecie (grał na tak ważnych albumach, jak "In a Silent Way", "Bitches Brew" czy "On the Corner"), ale także rozwinąć się jako instrumentalista, otworzyć na nowe rozwiązania (jak np. przejście na elektryczne klawisze). Jednak już wcześniej Chick, aktywny od początku lat 60., dał się poznać jako utalentowany pianista. Wspomagał m.in. Sonny'ego Stitta, Blue Mitchella, Herbiego Manna i Stana Getza. Nagrał też dwa albumy jako lider (oba ukazały się w 1968 roku). Debiutancki "Tones for Joan's Bones", zarejestrowany jeszcze w 1966 roku, przyniósł muzykę typową dla ówczesnego jazzowego mainstreamu, zagraną bez zarzutu, ale niewyróżniającą się na tle podobnych wydawnictw. Ciekawiej prezentuje się drugie wydawnictwo, zatytułowane "Now He Sings, Now He Sobs".

Album został zarejestrowany w ciągu trzech dni: 14, 19 i 27 marca 1968 roku. W nagraniach pianistę wspiera wyłącznie sekcja rytmiczna, złożona z młodego basisty Miroslava Vitousa (późniejszego członka Weather Report) i doświadczonego perkusisty Roya Haynesa (wymienienie jego dokonań zajęłoby zbyt wiele miejsca). Muzycy zarejestrowali w sumie trzynaście utworów, z których pięć (ich własnego autorstwa) trafiło na oryginalne winylowe wydanie, a siedem kolejnych (w tym dwa standardy) uzupełniło dwupłytową kompilację "Circling In", wydaną w 1975 roku. Obecnie cały materiał z marcowych sesji można znaleźć na kompaktowych reedycjach "Now He Sings, Now He Sobs". Oryginalne wydanie wypada jednak znacznie lepiej od bonusów.

W porównaniu z debiutem, z pewnością jest to wydawnictwo bardziej dojrzałe i oryginalne. Szczególnie w otwierającym całość, czternastominutowym "Steps - What Was" słychać, że Chick już wypracował swój własny styl gry, do którego przemycił nieco wpływów hiszpańskich (muzyk urodził się w rodzinie włosko-hiszpańskiej). Sam utwór wyróżnia się wspaniałą interakcją i wirtuozerią wszystkich instrumentalistów, którzy pomimo niewielkiego instrumentarium potrafią przyciągać uwagę przez niemal pełny kwadrans. W "Matrix" co prawda słychać bardziej mainstreamowe podejście (do tego nagrania Corea będzie wracał także później, w czasach Return to Forever), a tytułowy "Now He Sings, Now He Sobs" i "Now He Beats the Drum, Now He Stops" brzmią dość tradycyjnie, jednak i w tych nagraniach wirtuozeria i improwizacyjne umiejętności nie pozwalają słuchaczowi się nudzić. Najbardziej wyróżnia się finałowa miniaturka "The Law of Falling and Catching Up", o wyraźnie freejazzowym charakterze, z Chickiem grającym na preparowanym pianinie. To już zapowiedź kilku kolejnych albumów muzyka.

Po wydaniu tego albumu, Chick Corea dostał propozycję dołączenia do kwintetu Milesa Davisa, co mówi samo za siebie. "Now He Sings, Now He Sobs" należy do najlepszych albumów na fortepianowe trio. Wirtuozeria i zgranie muzyków robią wrażenie (większe, niż same kompozycje, poza pierwszą i ostatnią). Jednak dopiero kolejne wydawnictwa Chicka pokażą w pełni jego pomysłowość i zindywidualizowany styl.

Ocena: 8/10



Chick Corea - "Now He Sings, Now He Sobs" (1968)

1. Steps - What Was; 2. Matrix; 3. Now He Sings, Now He Sobs; 4. Now He Beats the Drum, Now He Stops; 5. The Law of Falling and Catching Up

Skład: Chick Corea - pianino; Miroslav Vitous - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Sonny Lester


21 czerwca 2018

[Recenzja] Alameda 4 - "Czarna woda" (2018)



Bydgoski projekt Alameda Organisation występował już w różnych konfiguracjach: jako trio, kwintet i duet (za każdym razem odpowiednio modyfikując nazwę). "Czarna woda", czwarty album kolektywu, nagrany został w kwartecie. Podstawą składu są, jak zwykle, Jakub Ziołek i Mikołaj Zieliński. W najnowszym wcieleniu dołączył do nich perkusista Tomasz Popowski, znany już z Alamedy 3, a także zupełnie nowy muzyk - gitarzysta Krzysztof Kaliski (początkowo w projekt zaangażowany był jednak Raphael Rogiński, który musiał zrezygnować z powodu innych zobowiązań). W nagraniach wzięło udział także kilkoro gości, w tym Łukasz Jędrzejczak ze składu Alamedy 5.

Dotychczasowe albumy Alamedy różnią się nie tylko składem i numerkami w nazwie, ale także pod względem stylistycznym. Debiutancki "Późne królestwo" z 2013 roku, nagrany w trio, to mieszanka noise'u, psychodelii i shoegaze'u, z momentami o nieco folkowym charakterze. Później przyszła pora na bardziej elektroniczny "Duch tornada" (2015), nagrany jako Alameda 5. A w zeszłym roku ukazał się akustyczny, inspirowany starożytną muzyką grecką i amerykańskim prymitywizmem "The Luminous Guitar Craft", sygnowany nazwą Alameda Duo.

"Czarna woda" to niejako powrót do korzeni, do stylistyki z okresu "Późnego królestwa". Różnicę słychać przede wszystkim w brzmieniu, które jest bardziej czyste - muzycy do minimum ograniczyli efekty modyfikujące i zniekształcające dźwięk gitar. Dzięki temu bardziej wyraziste stały się melodie, mające w sobie wiele z Alamedy w wersji Duo. Choć w przeciwieństwie do tamtego wcielenia, kwartet gra bardziej dynamiczną muzykę, w której nie brak też bardziej agresywnych momentów (przede wszystkim w postaci hardcore'owych partii wokalnych, występujące w śladowych ilościach w "Txtan" i utworze tytułowym), choć przeważają wolne tempa i budowanie nastroju za pomocą drone'owo powtarzanych motywów.

Pierwsze trzy nagrania, choć niewątpliwie udane, są w sumie dość zachowawcze. Najciekawsze rzeczy zaczynają się dziać od czwartego na trackliście "Hezum", zdradzającego silne wpływy orientalne (zarówno arabskie, jak i hindustańskie) i stopniowo nabierającego na wściekłości, choć w końcówce nagle się wyciszającego. Jeszcze ciekawiej wypada trzynastominutowy "Air Hitam" z bardzo ładnymi fragmentami z subtelnym śpiewem i ciekawymi improwizacjami w momentach instrumentalnych (pierwszą bardziej psychodeliczną, drugą lekko zahaczającą o jazz, zabarwioną elektronicznie, a w pewnym momencie nabierającą prawie metalowego ciężaru). Ciekawych momentów nie brakuje też w finałowym, 17-minutowym kolosie "Qustar", jednak utwór wydaje się nieco przeładowany różnymi pomysłami, które nie tworzą spójnej całości. Czego tu nie ma - są fragmenty akustyczne, ambientowa elektronika, niemal blackmetalowe motywy, odrobinka muzyki konkretnej, melodyjny śpiew, hardcore'owy wrzask... Zbyt wiele tego na jeden, nawet tak długi utwór.

Na "Czarnej wodzie" słychać doświadczenie zebrane w poprzednich wersjach projektu, w rezultacie czego Alameda 4 jest najbardziej dojrzałym z dotychczasowych wcieleń. Choć mam wrażenie, że muzycy jeszcze nie pokazali, na co naprawdę ich stać. Na razie w planach jest kolejne długogrające wydawnictwo składu pięcioosobowego, poprzedzone wydaną na początku maja EPką "CDTE", zapowiadającą jeszcze bardziej elektroniczne brzmienie.

Ocena: 7/10



Alameda 4 - "Czarna woda" (2018)

1. Txtan; 2. Czarna Woda; 3. Colfax; 4. Hezum; 5. Air Hitam; 6. Qustar

Skład: Jakub Ziołek - gitara, buzuki, elektronika, wokal; Krzysztof Kaliski - gitara; Mikołaj Zieliński - bass, gitara barytonowa, kongi; Tomasz Popowski - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jaśmina Polak - wokal (1,5), pianino (5); Tomek Mirt - sampler (3); Łukasz Jędrzejczak - elektronika (5); Rafał Kołacki - sampler (6)
Producent: Alameda 4


19 czerwca 2018

[Recenzja] Ornette Coleman - "Free Jazz: A Collective Improvisation" (1961)



"Free Jazz: A Collective Improvisation", szósty album w dyskografii Ornette'a Colemana, to jedno z najbardziej oryginalnych i przełomowych wydawnictw w historii fonografii. Longplay dał nazwę nowej odmianie jazzu (choć wielu muzyków preferowało określanie jej mianem new thing), której był jednym z pierwszych dojrzałych reprezentantów. Na okładce oryginalnego wydania nie przypadkiem wykorzystano obraz "The White Noise" amerykańskiego malarza Jacksona Pollocka (na niektórych reedycjach zastąpiono go zdjęciem Colemana lub zostawiono puste miejsce), który jest autorem zdania: Nowe czasy potrzebują nowych form. Doskonale pasuje to do tego wydawnictwa, na którym faktycznie mamy do czynienia z zupełnie nową formą.

Album został zarejestrowany 21 grudnia 1960 roku. Podczas sesji powstały dwa nagrania: 17-minutowy "First Take" (wydany dopiero w 1971 roku na kompilacji "Twins", później dołączany do kompaktowych reedycji "Free Jazz") oraz 37-minutowy "Free Jazz", który trafił na album. Na potrzeby płyty winylowej pocięto go na dwie części, a na kompaktowych wznowieniach zamieszczono go w oryginalnym kształcie. W chwili wydania był to najdłuższy jazzowy utwór. Równie nietypowy był skład, który uczestniczył w sesji nagraniowej, zwany podwójnym kwartetem. Dlaczego nie oktetem? Bo były to dwa różne zespoły, równocześnie grające zupełnie od siebie niezależnie. Wykorzystano w pełni możliwości wciąż wówczas nowej techniki stereofonicznej - w lewym kanale słychać wyłącznie kwartet z Colemanem na saksofonie altowym, Donem Cherrym na miniaturowej, plastikowej trąbce, basistą Scottem LaFaro i perkusistą Billym Higginsem, natomiast w prawym słychać Erica Dolphy'ego na klarnecie basowym, trębacza Freddiego Hubbarda, basistę Charliego Haddena i perkusistę Eda Blackwella.

Utwór charakteryzuje się całkowitym brakiem struktury i powtarzanych tematów, przez co może wydawać się chaotyczny, a nawet przypominać bardziej strojenie zespołu, niż rzeczywistą grę. Jednak w porównaniu z dziełami późniejszych naśladowców w rodzaju Johna Coltrane'a (np. "Ascension", "Om") i Petera Brötzmanna (np. "Machine Gun"), "Free Jazz" jest zdecydowanie mniej radykalny i łatwiej przystępny. Poszczególne partie instrumentalistów są bardzo melodyjne, a jedynie ich przypadkowe nałożenie na siebie może stwarzać dyskomfort u mniej wyrobionych słuchaczy. Ta przypadkowość jest tu jednak całkowicie zamierzona i kryją się za nią pewien zamysł, a także dyscyplina. Nie jest to całkowita improwizacja, muzycy mieli pewne wytyczne, których się trzymali. Część melodii i tematów została wcześniej przygotowana. Nigdy też nie wchodzą sobie w drogę, solówki grając naprzemiennie.

"Free Jazz: A Collective Improvisation" pokazuje niezwykłą wirtuozerię instrumentalistów, którzy nawet w tak swobodnej i łamiącej większość obowiązujących w jazzie zasad formie potrafili ze sobą doskonale współpracować. Dzięki temu jest to nie tylko jeden z najważniejszych i najbardziej nowatorskich albumów jazzowych, ale też jeden z najbardziej porywających.

Ocena: 9/10



Ornette Coleman - "Free Jazz: A Collective Improvisation" (1961)

1. Free Jazz (part one); 2. Free Jazz (part two)

Skład (lewy kanał): Ornette Coleman - saksofon; Don Cherry - trąbka; Scott LaFaro - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Skład (prawy kanał): Eric Dolphy - klarnet basowy; Freddie Hubbard - trąbka; Charlie Haden - kontrabas; Ed Blackwell - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegün


17 czerwca 2018

[Recenzja] Agitation Free - "At the Cliffs of River Rhine" (1998)



Pod koniec lat 90. grupa Agitation Free zaliczyła średnio udany powrót, udokumentowany studyjnym albumem "River of Return". Mniej więcej w tym samym czasie pojawiło się jeszcze jedno, znacznie ciekawsze wydawnictwo. "At the Cliffs of River Rhine" to zapis występu zespołu w Kolonii, zarejestrowany 2 lutego 1974 roku. Muzycy promowali wówczas album "2nd" i to właśnie z niego pochodzi większość repertuaru (rozbudowane wersje "First Communication" i "Laila", syntezatorowa miniaturka "Dialogue & Random", oraz "In the Silence of the Morning Sunrise", który niestety został wyciszony po czterech minutach). Dodatkowo znalazł się tutaj premierowy jam "Through the Moods". Cały występ pokazuje najbardziej rockowe wcielenie Agitation Free, zorientowane na przepiękne gitarowe solówki Lutza Ulbricha i Gustava Lütjensa, podparte fantastycznie pulsującym basem Michaela Günthera, a czasem także organowym tłem. Mniej ciekawie wypadają popisy Michaela Hoeniga na syntezatorze, które w tamtym czasie brzmiały futurystycznie, ale dziś kojarzą się z dźwiękami z przestarzałych konsol do gier ("Dialogue & Random", fragmenty "Through the Moods"). Całości słucha się, mimo wszystko, bardzo przyjemnie.

Ocena: 8/10



Agitation Free - "At the Cliffs of River Rhine" (1998)

1. Through the Moods; 2. First Communication; 3. Dialogue & Random; 4. Laila; 5. In the Silence of the Morning Sunrise

Skład: Lutz Ulbrich - gitara; Gustav Lütjens - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja
Producent: - 


15 czerwca 2018

[Recenzja] Freddie Hubbard - "Red Clay" (1970)



Freddie Hubbard to jeden z najsłynniejszych - i najlepszych - jazzowych trębaczy. Jako lider zadebiutował w 1960 roku, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata, albumem "Open Sesame". Choć zawarta na nim muzyka właściwie nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle ówczesnego jazzu, zwróciła uwagę na młodego muzyka. Zainteresowanie wykazał nawet sam Ornette Coleman, który zaprosił go do udziału w nagraniu bardzo przełomowego, jak się miało okazać, "Free Jazz: A Collective Improvisation". W ciągu kolejnych lat trębacz występował także na płytach m.in. Erica Dolphy'ego, Johna Coltrane'a, Herbiego Hancocka i Wayne'a Shortera, jednocześnie nagrywając także pod własnym nazwiskiem. Jako solista nigdy jednak nie pozwalał sobie na takie szaleństwa, jak wyżej wymienieni artyści - zawsze trzymał się mainstreamu, co jednak nie przeszkadzało mu wydawać naprawdę solidnych albumów (do najsłynniejszych z nich należą "Ready for Freddie" i "Hub-Tones", nagrane i wydane w pierwszej połowie lat 60.).

Nie inaczej jest w przypadku "Red Clay" - pierwszego albumu Hubbarda, na którym pojawiają się elektryczne instrumenty. Longplay został zarejestrowany w dniach 27-29 stycznia 1970 roku w Van Gelder Studio, a w nagraniach wzięli udział tak wybitni muzycy, jak Joe Henderson, Herbie Hancock, Ron Carter, czy (mniej wybitny, ale mający na koncie udział w sesji "Bitches Brew") perkusista Lenny White. W porównaniu z nieco wcześniejszymi eksperymentami Milesa Davisa, "Red Clay" jest dużo bardziej zachowawczy. To właściwie wciąż granie bopowe, ale wzbogacone o wpływy soulu i funku, co podkreśla wykorzystanie gitary basowej i elektrycznych klawiszy. Jest tu też odrobina bluesa ("Delphia"). Jak jednak przystało na Hubbarda, jest to naprawdę solidne granie. Na oryginalnym winylowym wydaniu znalazły się cztery rozbudowane utwory, w których wszyscy muzycy mogą wykazać się swoją umiejętnością improwizacji, a sam lider - zdolnością pisania naprawdę chwytliwych tematów (pod tym względem genialny jest zwłaszcza utwór tytułowy).

Największe wrażenie robią jednak utwory, których na oryginalnym wydaniu nie ma. Zarejestrowany podczas tej samej sesji, ale dodany dopiero na kompaktowej reedycji "Cold Turkey" to, oczywiście, przeróbka kompozycji Johna Lennona. Muzycy zmienili jednak ten utwór nie do poznania (zupełnie jak w przypadku "Guinnevere" Crosby, Stills & Nash w wykonaniu Milesa Davisa). W tej wersji jest to dziesięciominutowy jam, łączący funkową energię z psychodelicznym klimatem i ocierającymi się o free jazz solówkami. Drugi, równie porywający bonus to rozbudowane do niemal dwudziestu minut, koncertowe wykonanie "Red Clay", zarejestrowane w lipca 1971 roku przez niemal zupełnie inny skład (Hubbardowi towarzyszy Carter, a także saksofonista Stanley Turrentine, klawiszowiec John Smith, oraz kolejni współpracownicy Davisa - gitarzysta George Benson, perkusista Billy Cobham i perkusjonalista Airto Moreira).

"Red Clay" to świetny album, zarówno pod względem wykonawczym, jak i kompozytorskim. Jednak po muzykach tej klasy, można by oczekiwać czegoś nieco mniej zachowawczego i konwencjonalnego. Niestety, nie da się uniknąć porównań do równoległych dokonań Milesa Davisa, które były znacznie bardziej kreatywne i inspirujące. Wciąż jednak jest to album zasługujący na uwagę i bycie polecanym.

Ocena: 8/10



Freddie Hubbard - "Red Clay" (1970)

1. Red Clay; 2. Delphia; 3. Suite Sioux; 4. The Intrepid Fox

Skład: Freddie Hubbard - trąbka; Joe Henderson - saksofon, flet; Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Ron Carter - bass, kontrabas; Lenny White - perkusja
Producent: Creed Taylor


13 czerwca 2018

[Recenzja] Lonker See - "One Eye Sees Red" (2018)



Obecny rok przyniósł już wiele interesujących wydawnictw. Oczywiście, trzeba ich szukać poza mainstreamem. W Polsce w wydawaniu ambitnej, niszowej muzyki specjalizuje się przede wszystkim wytwórnia Instant Classic (mająca w swoim katalogu takich wykonawców, jak Saagara, Lotto, czy Alameda). Parę miesięcy temu jej nakładem ukazał się drugi pełnoprawny album gdyńskiego Lonker See, zatytułowany "One Eye Sees Red". To bez wątpienia jeden z ciekawszych rodzimych zespołów. Jego inspiracje sięgają od space rocka, przez klasyczny rock progresywny, aż po jazz rock, a momentami nawet fusion czy free jazz. Mimo tak wiekowych wpływów, twórczość Lonker See brzmi bardzo świeżo i nowocześnie.

Na album składają się tylko trzy utwory: dwa osiągające długość niemal dwudziestu minut i jeden zdecydowanie krótszy. Razem czterdzieści minut muzyki - bardzo klasycznie, jak przed kompaktową rewolucją (niestety, "One Eye Sees Red" w przeciwieństwie do wielu innych wydawnictw Instant Classic, nie został wydany w wersji winylowej). Album rozpoczyna się bardzo nastrojowo - partiami fletu, perkusjonaliów i ambientowej elektroniki, przywołującymi klimat dalekiego wschodu. Utwór "Lillian Gish" stopniowo się rozwija, dochodzą chwytliwe partie basu i saksofonu, a w końcu dodającej prawie metalowego ciężaru gitary. Momentami pobrzmiewa tu nawet trochę King Crimson. "Solaris Pt. 3 & 4" to kolejny długi utwór (a zarazem kontynuacja "Solaris Pt. 1 & 2" z debiutanckiego "Split Image" sprzed dwóch lat). Pierwsza połowa ma znów nastrojowy charakter, który tworzą nieco drone'owe partie gitary i eteryczny śpiew Joanny Kucharskiej; druga połowa jest nieco bardziej dynamiczna - dominują świetne partie saksofonu, z początku klimatyczne, później nabierające ostrości i uzupełniane równie ostrą gitarą. Tytułowy, zaledwie pięciominutowy "One Eye Sees Red" to, na standardy tego albumu, utwór niemalże piosenkowy. Jednak pomijając melodyjny wstęp z śpiewem a cappella, zdecydowanie nie jest to radiowy kawałek - dalsza część utworu to bardzo intensywne granie, z charczącymi dźwiękami saksofonu i gitary, wspartymi przetaczającym się basem i ciężką perkusją.

Bardzo się cieszę, że powstają takie albumy jak ten. Przywracające wiarę nie tylko w muzykę rockową (choć nie jest to stricte-rockowe wydawnictwo), ale przede wszystkim w kondycję rodzimej sceny, która od kilku lat jest mocna, jak nigdy wcześniej. Choć wciąż jest to, niestety, tylko scena podziemna.

Ocena: 7/10



Lonker See - "One Eye Sees Red" (2018)

1. Lillian Gish; 2. Solaris Pt. 3 & 4; 3. One Eye Sees Red

Skład: Bartosz Borowski - gitara; Joanna Kucharska - bass, wokal; Tomasz Gadecki - saksofon, flet, instr. klawiszowe; Michał Gos - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Haldor Grunberg, Ignacy Gruszecki


11 czerwca 2018

[Recenzja] Miles Davis - "At Newport 1955-1975" (2015)



Po blisko roku opisywania dyskografii Milesa Davisa, a właściwie jej najwybitniejszych momentów, nadeszła pora na ostatnią recenzję. Świetnie się złożyło, że będzie w niej omówione właśnie to wydawnictwo. Boks "At Newport 1955-1975", zbierający nagrania z występów trębacza na Newport Jazz Festival to doskonałe podsumowanie tytułowego etapu w jego twórczości - najbardziej kreatywnego dwudziestolecia, w ciągu którego powstały wszystkie jego największe dzieła. Zresztą to właśnie występ z 1955 roku był początkiem tego wspaniałego okresu. To właśnie po tym koncercie wytwórnia Columbia zaproponowała Davisowi lukratywny kontrakt, czego efektem było zebranie przez trębacza składu zwanego Pierwszym Wielkim Kwintetem. Z kolei występ z 1975 roku to ostatnie znane nagranie Milesa sprzed kilkuletniej przerwy w działalności, po której już nigdy nie udało mu się wrócić do formy. Mamy tu więc symboliczny początek i koniec szczytowego okresu twórczości tego genialnego muzyka. I wiele więcej.

Miles Davis w ciągu swojej długiej kariery wielokrotnie występował na Newport Jazz Festival (także w późniejszych latach, niż tutaj uwzględnione). Na czterech płytach CD znalazły się fragmenty lub kompletne zapisy ośmiu występów, zarejestrowanych na przestrzeni dwudziestu jeden lat. W tym czasie muzyka jazzowa gwałtownie się rozwijała, na co zresztą niejednokrotnie miał wpływ sam Davis i jego eksperymenty z innymi gatunkami. Dlatego też mamy tu do czynienia z kilkoma zupełnie innymi wcieleniami trębacza i jego muzyki. W tym czasie doszło też do co najmniej jednej zmiany pokoleniowej, co również doskonale pokazuje ten boks - w 1955 roku u boku trębacza grał basista Percy Heath, zaś w latach 70. towarzyszył mu bratanek Heatha, perkusjonalista James Mtume.

Pierwszą płytę wypełniają nagrania z dwóch występów z lat 50. (obie rejestracje były już wcześniej opublikowane). 17 lipca 1955 roku Davis wystąpił wraz z jazzowym all-stars, w składzie którego znaleźli się także m.in. Thelonious Monk i Gerry Mulligan. Zagrana wówczas muzyka dziś już brzmi mocno archaicznie, jednak do gry instrumentalistów nie można się przyczepić. Solówka Milesa w "'Round Midnight" faktycznie robi wrażenie i nie dziwi, że wywołała takie poruszenie wśród przedstawicieli prasy i przemysłu fonograficznego. 3 lipca 1958 roku Davis występował już z własnym zespołem - tym samym sekstetem, z którym parę miesięcy później nagrał "Kind of Blue". Tutaj mamy już do czynienia z bardziej nowoczesnym jazzem - czasem już zapowiadającym stylistykę free (np. solówki Johna Coltrane'a w "Ah-Leu-Cha" i "Two Bass Hit") - który nic a nic się nie zestarzał. W tym składzie była prawdziwa magia, co słychać także tutaj, w naprawdę porywającym, pełnym energii wykonaniu.

Na drugim dysku znalazły się wcześniej niepublikowane zapisy dwóch występów tak zwanego Drugiego Wielkiego Kwintetu - z 4 lipca 1966 i 2 lipca 1967 roku. Był to najdłużej istniejący zespół Davisa, a pomiędzy muzykami panowała doskonała chemia, co słychać w ich doskonałej interakcji i współpracy podczas improwizacji. Szkoda tylko, że w repertuarze znalazło się tak mało utworów napisanych przez muzyków tego składu (jedynie "R.J." Rona Cartera i "Footprints" Wayne'a Shortera). Oczywiście w starszych kompozycjach muzycy również grają wspaniale, choć osobiście nie przepadam za tutejszą wersją "So What", która jest grana zdecydowanie za szybko, co nie wychodzi na dobre.

Trzecia płyta to niezbyt spójny zbiór nagrań z lat 1969, 1973 i 1975. Krótki występ częściowo zelektryfikowanego kwartetu z 5 lipca 1969 roku został już wcześniej wydany na albumie "Bitches Brew Live". Pozostałe nagrania są premierowe. Szkoda tylko, że z występu z 1 lipca 1975 roku (wyjątkowo zorganizowanego w Nowym Jorku) zamieszczono tu tylko utwór "Mtume", choć grupa zagrała dłuższy set. Za to pełny zapis występu z 1 listopada 1973 roku, podczas berlińskiej edycji Newport Jazz Festival, to prawdziwa gratka dla wszystkich wielbicieli jazzowo-funkowo-rockowego oblicza Milesa z albumów "Dark Magus", "Agharta" i "Pangaea". Był to jeden z najwcześniejszych występów z takim materiałem i prawie równie porywający, jak na wymienionych koncertówkach, a na pewno jeszcze bardziej nieokiełznany. Trochę jednak przeszkadza kiepska jakość dźwięku.

Na czwartą płytę trafił kompletny i w pełni premierowy zapis występu z 22 października 1971 roku na szwajcarskiej edycji festiwalu. Mamy tu podobny skład, jak na "Live-Evil" / "The Cellar Doors Sessions" i podobny stylistycznie materiał, odchodzący od elektrycznej awangardy z czasów "Bitches Brew", a kierujący się w bardziej rockowo-funkowe rejony. Jednak podczas tego koncertu trochę brakowało energii - przynajmniej takie sprawia wrażenie przy porównaniu z innymi występami elektrycznego Milesa (pomijając niemrawy "In Concert: Live at Philharmonic Hall"). Sytuację częściowo ratują ekspresyjne solówki saksofonisty Gary'ego Bartza.

Dzięki "At Newport 1955-1975" można prześledzić, jak rozwijała się twórczość Milesa Davisa na przestrzeni tych dwóch dekad, odchodząc od czystego jazzu na rzecz czegoś zupełnie nowego, trudnego do sklasyfikowania za pomocą istniejących nazw gatunków. Co prawda, obszerność tego wydawnictwa jest dość przytłaczająca, dlatego raczej nie polecam go początkującym słuchaczom trębacza. Natomiast dla tych bardziej zaawansowanych, znajomość tego boksu jest oczywista.

Ocena: 9/10

PS. W zeszłym miesiącu, 19 maja, zmarł Reggie Lucas - gitarzysta Milesa Davisa w latach 1972-75. Krajowe media, nawet te muzyczne, o tym nie informowały, dlatego wspominam o tym tutaj.



Miles Davis - "At Newport 1955-1975: The Bootleg Series Vol. 4" (2015)

CD1: 1955: 1. Spoken Introductions by Duke Ellington and Gerry Mulligan; 2. Hackensack; 3. 'Round Midnight; 4. Now's the Time; 1958: 5. Introduction by Willis Connover; 6. Ah-Leu-Cha; 7. Straight, No Chaser; 8. Fran-Dance; 9. Two Bass Hit; 10. Bye Bye Blackbird; 11. The Theme
CD2: 1966: 1. Gingerbread Boy; 2. All Blues; 3. Stella by Starlight; 4. R.J.; 5. Seven Steps to Heaven; 6. The Theme / Closing Announcement by Leonard Feather; 1967: 7. Spoken Introduction by Del Shields; 8. Gingerbread Boy; 9. Footprints; 10. 'Round Midnight; 11. So What; 12. The Theme / Closing Announcement by Del Shields
CD3: 1969: 1. Miles Runs the Voodoo Down; 2. Sanctuary; 3. It's About That Time / The Theme; 1973: 4. Band Warming Up / Voice Over Introduction; 5. Turnaroundphrase; 6. Tune in 5; 7. Ife; 8. Untitled Original; 9. Tune in 5 (Reprise); 1975: 10. Mtume
CD4: 1971: 1. Directions; 2. What I Say; 3. Sanctuary; 4. It's About That Time; 5. Bitches Brew; 6. Funky Tonk; 7. Sanctuary (Reprise)

Skład: Miles Davis - trąbka, organy (1973, 1975); Gerry Mulligan - saksofon (1955); Zoot Sims - saksofon (1955); Thelonious Monk - pianino (1955); Percy Heath - kontrabas (1955); Connie Kay - perkusja (1955); John Coltrane - saksofon (1958); Cannonball Adderley - saksofon (1958); Bill Evans - pianino (1958); Paul Chambers - kontrabas (1958); Jimmy Cobb - perkusja (1958); Wayne Shorter - saksofon (1966, 1967); Herbie Hancock - pianino (1966, 1967); Ron Carter - kontrabas (1966, 1967); Tony Williams - perkusja (1966, 1967); Chick Corea - elektryczne pianino (1969); Dave Holland - kontrabas (1969); Jack DeJohnette - perkusja (1969); Gary Bartz - saksofon (1971); Keith Jarrett - instr. klawiszowe (1971); Michael Henderson - bass (1971, 1973, 1975); Leon Chancler - perkusja (1971); Don Alias - instr. perkusyjne (1971); James Mtume - instr. perkusyjne (1971, 1973, 1975); Dave Liebman - saksofon i flet (1973); Pete Cosey - gitara i instr. perkusyjne (1973, 1975); Reggie Lucas - gitara (1973, 1975); Al Foster - perkusja (1973, 1975); Sam Morrison - saksofon (1975)
Producent: George Wein


9 czerwca 2018

[Recenzja] Iceage - "Beyondless" (2018)



"Beyondless" to czwarty album duńskiej grupy post-punkowej, Iceage. Wydany po niemal czteroletniej przerwie, jest dowodem większej dojrzałości muzyków. Szczeniacka agresja  i prostota poprzednich wydawnictw została zastąpiona przez dobre melodie i pomysłowe aranżacje. W recenzjach pojawiają się - zupełnie nietrafione - porównania do twórczości Nicka Cave'a, The Stooges i New York Dolls. Ja słyszę tu przede wszystkim wpływ takich grup, jak The Modern Lovers i Material. Z pierwszą z nich Duńczyków łączy przede wszystkim nonszalancki śpiew Eliasa Bendera Rønnenfelta i spora melodyjność. Z drugą - wpływy jazzowe i udział sekcji dętej w niektórych kawałkach (nie ma jednak nic wspólnego jej z awangardowym i eksperymentalnym podejściem).

"Beyondless" zawiera sporą dawkę naprawdę melodyjnego i energetycznego grania (np. "Hurrah", "Plead the Fifth"). Bardzo fajnie brzmi połączenie gitarowego czadu z dęciakami ("Pain Killer", "The Day the Music Dies"). Są też łagodniejsze momenty, jak balladowy "Under the Sun" wzbogacony partią skrzypiec, czy najbardziej luzacki "Thieves Like Us", brzmiący jak zagubiona kompozycja Modern Lovers. Najciekawiej wypadają jednak te fragmenty, w których zespół prezentuje nieco mniej konwencjonalne podejście. Jak w świetnym "Catch It", z nieco eteryczny klimatem w podstawowej części utworu i zgrzytliwą częścią instrumentalną z agresywnymi partiami gitar i dęciaków. Albo w "Showtime", który ciekawie łączy styl Modern Lovers i wpływ nowoorleańskiego jazzu. Fajny nastrój mają także "Take It All", wzbogacony m.in. partią mandoliny, i tytułowy "Beyondless" z shoegaze'owymi gitarami, charczącymi dęciakami i wieloma innymi smaczkami. Ogólnie, końcówka albumu jest bardzo mocna i sprawia, że całość wydaje się nieco lepsza, niż w rzeczywistości. Bo początek, choć bardzo przyjemny, ciężko uznać za szczególnie wartościowy.

Mimo tego, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony zawartością "Beyondless" - nie spodziewałem się, że jakikolwiek rockowy album wydany w 2018 roku zrobi na mnie tak dobre wrażenie. I to taki, po który sięgnąłem zupełnie przypadkiem, zaintrygowany okładką, po której trudno odgadnąć w jakim stylu album jest utrzymany. 

Ocena: 8/10



Iceage - "Beyondless" (2018)

1. Hurrah; 2. Pain Killer; 3. Under the Sun; 4. The Day the Music Dies; 5. Plead the Fifth; 6. Catch It; 7. Thieves Like Us; 8. Take It All; 9. Showtime; 10. Beyondless

Skład: Elias Bender Rønnenfelt - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Johan Suurballe Wieth - gitara; Jakob Tvilling Pless - bass, mandolina (8); Dan Kjær Nielsen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Sky Ferreira - wokal (2); Lars Greve - saksofon (2,4,6,9,10); Kasper Tranberg - trąbka (2,4,6,9,10); Morten Jessen - puzon (2,4,6,9,10); Nils Gröndhal - skrzypce (3)
Producent: Iceage i Nis Bysted


7 czerwca 2018

[Recenzja] Ornette Coleman - "The Shape of Jazz to Come" (1959)



Rok 1959 był jednym z najlepszych i najważniejszych dla jazzu. To wtedy nagrane (i w większości wydane) zostały takie przełomowe albumy, jak "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Time Out" Dave'a Brubecka, "Giant Steps" Johna Coltrane'a, "Mingus Ah Um" Charlesa Mingusa, czy bohater niniejszej recenzji, "The Shape of Jazz to Come" Ornette'a Colemana - jednego z największych innowatorów jazzu, twórcy free jazzu. To trzeci album saksofonisty, ale pierwszy będący wyraźnym odejściem od stylistyki bopowej.

"The Shape of Jazz to Come" został nagrany w ciągu jednego dnia, 22 maja 1959 roku. Liderowi towarzyszy tu skład złożony z grającego na kornecie Dona Cherry'ego, basisty Charliego Hadena i perkusisty Billy'ego Higginsa. Album pierwotnie miał zostać zatytułowany "Focus on Sanity", od tytułu jednego z utworów, ale producent Nesuhi Ertegun wymusił jego zmianę na ten powszechnie znany. Jakże adekwatny i proroczy - zawarta tu muzyka faktycznie okazała się zapowiedzią nowej epoki jazzu, która wkrótce miała nadejść.

Sześć zamieszczonych tu utworów, skomponowanych przez Colemana, wciąż jeszcze opiera się na charakterystycznym dla bopu schemacie temat-solo-temat, jednak ich struktury zostały znacznie rozluźnione. Zrezygnowano tu z harmonicznego instrumentu, jakim jest pianino, dzięki czemu muzycy mają znacznie większe możliwości improwizacji. Nie brakuje tutaj ostrych partii saksofonu, które często przybierają formę rozwibrowanych, atonalnych dźwięków. Są też momenty, w których partie poszczególnych instrumentalistów zdają się ze sobą rozmijać. W chwili wydania albumu było to coś nie do pomyślenia - twórczość Ornette'a wywołała spore zamieszanie na jazzowej scenie, znajdując swoich zwolenników, ale głównie przeciwników (do których należało wielu muzyków, m.in. Miles Davis i Max Roach). Z dzisiejszej perspektywy album nie wydaje się jednak aż tak bardzo radykalny - bo to jeszcze wciąż całkiem przystępne granie, niepozbawione wyrazistych melodii, nie tylko w tematach. Dopiero kolejne wydawnictwa Colemana (i jego naśladowców w rodzaju Cecila Taylora i Johna Coltrane'a) przełamały wszystkie obowiązujące w jazzie reguły. Ale to ten album był tego zwiastunem.

"The Shape of Jazz to Come" to niezwykle ważne i nowatorskie dzieło, ale to też po prostu czterdzieści minut wspaniałej, kreatywnej muzyki, pokazującej improwizacyjne zdolności grający tutaj muzyków. Niekwestionowana klasyka i obowiązkowa pozycja w każdej jazzowej kolekcji.

Ocena: 9/10



Ornette Coleman - "The Shape of Jazz to Come" (1959)

1. Lonely Woman; 2. Eventually; 3. Peace; 4. Focus on Sanity; 5. Congeniality; 6. Chronology

Skład: Ornette Coleman - saksofon; Don Cherry - kornet; Charlie Haden - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


5 czerwca 2018

[Recenzja] Radiohead - "Amnesiac" (2001)



Nagrany w trakcie tej samej sesji, co "Kid A", "Amnesiac" jest nieco bardziej przystępnym albumem. Tym razem nie zabrakło kawałków z komercyjnym potencjałem, czego najlepszym przykładem singlowe (bo z tego albumu dało się wybrać single) "Pyramid Song", "Knives Out" i "I Might Be Wrong". Dwa pierwsze to powrót do bardziej konwencjonalnego grania i smęcenia, z jakiego grupa była znana przed wydaniem "Kid A". Takich utworów jest tu zresztą więcej ("You and Whose Army?", "Morning Bell/Amnesiac"). Ale już "I Might Be Wrong" świetnie łączy nośną melodię z nowoczesną, elektroniczną aranżacją i ciekawym rytmem. Takich nagrań też jest tu więcej. Przede wszystkim wspaniały otwieracz "Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box" z industrialną warstwą rytmiczną, fajnym brzmieniem elektroniki i zaskakująco dobrym, niższym śpiewem Thoma Yorke'a. Intrygująco wypada zanurzony w smyczkowych i elektronicznych brzmieniach "Dollars and Cents". Nie mniej ciekawa okazuje się gitarowa miniaturka "Hunting Bears". "Pulk/Pull Revolving Doors" i "Like Spinning Plates" mają z kolei bardziej eksperymentalny charakter - pełne dziwnych, elektronicznych dźwięków i efektów, są całkowitym odejściem zespołu od jego rockowych korzeni. Bardzo przyjemnym finałem jest natomiast jazzujący "Life in a Glasshouse".

Choć muzycy zaprzeczają, że "Amnesiac" jest zbiorem odrzutów po sesji "Kid A", zawartość tego albumu sugeruje coś zupełnie innego. Kawałki w rodzaju "Pyramid Song" i "You and Whose Army?" całkiem zepsułyby poprzedni album, który stanowi bardzo spójną i przemyślaną całość, odchodzącą od wcześniejszych dokonań tak daleko, jak tylko było to możliwe. Na "Amnesiac" nie ma ani spójności, ani żadnej myśli przewodniej - zespół po prostu wrzucił tu to, co zostało mu po poprzednim albumie, w tym sporo naprawdę dobrych rzeczy, ale też trochę słabszych, utrzymanych w mniej ciekawej stylistyce wcześniejszych albumów. Gdyby "Kid A" i "Amnesiac" ukazały się w odwrotnej kolejności, wówczas ten drugi można by traktować jako ciekawy album przejściowy. Ale ponieważ ukazał się później, stanowi wyraźny krok wstecz w rozwoju zespołu.

Ocena: 7/10



Radiohead - "Amnesiac" (2001)

1. Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box; 2. Pyramid Song; 3. Pulk/Pull Revolving Doors; 4. You and Whose Army?; 5. I Might Be Wrong; 6. Knives Out; 7. Morning Bell/Amnesiac; 8. Dollars and Cents; 9. Hunting Bears; 10. Like Spinning Plates; 11. Life in a Glasshouse

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Gościnnie: Orchestra of St John's - instr. smyczkowe (2,8); Humphrey Lyttelton - trąbka (11); Jimmy Hastings - klarnet (11); Pete Strange - puzon (11); Paul Bridge - kontrabas (11); Adrian Macintosh - perkusja (11)
Producent: Nigel Godrich i Radiohead


3 czerwca 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Flood" (1975)



"Flood" to ostatni album Herbiego Hancocka zarejestrowany ze składem Head Hunters (poszerzonym o gitarzystę Dewayne'a McKnighta). Zespół kontynuował działalność bez swojego lidera, a poszczególni muzycy często dalej występowali na jego solowych albumach. Dwupłytowy "Flood" został zarejestrowany podczas dwóch tokijskich koncertów, 28 czerwca i 1 lipca 1975 roku (a więc już po nagraniu, ale jeszcze przed wydaniem "Man-Child"). Początkowo longplay został wydany wyłącznie w Japonii (jak wiele zarejestrowanych tam koncertówek), ale parę lat temu doczekał się premiery także w Europie i Stanach.

Album rozpoczyna się od solowego popisu Herbiego - utworu "Maiden Voyage" zagranego w większości na samym pianinie akustycznym. W takiej ascetycznej wersji podoba mi się nawet bardziej - udało się tutaj uzyskać naprawdę przepiękne brzmienie pianina. Dopiero w końcówce dołączają pozostali instrumentaliści - Bennie Maupin grający ładne solo na flecie i dodająca odrobinę funkowego pulsu sekcja rytmiczna. Muzycy płynnie przechodzą w "Actual Proof", który w tej wersji, za sprawą akustycznego pianina, nabrał nieco bardziej jazzowego charakteru. W kolejnych utworach Hancock przechodzi jednak na elektryczne i elektroniczne klawisze. "Spank-a-Lee" i "Watermelon Man" to już zdecydowanie funkowe, taneczne granie. Dłuższą chwilę uspokojenia przynosi "Butterfly" z pięknymi partiami elektrycznego pianina. W "Chameleon" wraca taneczny rytm, ale o ile pierwsza połowa to wzorowy funk, tak w drugiej dominują syczące i bulgoczące dźwięki syntezatora, nadające bardziej eksperymentalnego charakteru. Na zakończenie czeka jeszcze doskonała wersja "Hang Up Your Hang Ups" - ten funkowy przebój wzbogacony został tutaj wspaniałymi improwizacjami, które rozciągnęły go do prawie dwudziestu minut.

Choć na studyjnych albumach Herbie Hancock coraz bardziej zbliżał się do czystej komercji, "Flood" udowadnia, że na żywo potrafił z tej funkowej stylistyki wycisnąć znacznie więcej, nadać jej bardziej artystycznego charakteru. Utwory z albumów "Head Hunters", "Thrust" i "Man-Child" nabrały tutaj większej naturalności, a rozluźnienie struktur dało im więcej swobody do solowych i zespołowych popisów. Warto też zwrócić uwagę na świetną jakość brzmienia. "Flood" to zdecydowanie największe osiągnięcie Hancocka z funkowego okresu.

Ocena: 9/10



Herbie Hancock - "Flood" (1975)

LP1: 1. Introduction / Maiden Voyage; 2. Actual Proof; 3. Spank-a-Lee; 4. Watermelon Man
LP2: 1. Butterfly; 2. Chameleon; 3. Hang Up Your Hang Ups

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, flet, instr. perkusyjne; Dewayne McKnight - gitara; Paul Jackson - bass; Mike Clark - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Producent: David Rubinson


1 czerwca 2018

[Recenzja] Ghost - "Prequelle" (2018)



Zespół Ghost od niemal dekady jest wrzodem na dupie wszystkich prawdziwych metalowców, nie potrafiących pojąć, jak grupa o takim image'u (włączając w to okładki płyt) może nie grać ekstremalnego metalu, a żartobliwą mieszankę ciężkich riffów i ewidentnie popowych melodii. Na swoim najnowszym, czwartym już albumie, zatytułowanym "Prequelle", Tobias Forge i jego ekipa Bezimiennych Upiorów idą jeszcze dalej w stronę popu. Gitary wyraźnie ustępują tu miejsca instrumentom klawiszowym, nadającym bardzo ejtisowego klimatu.

Zespół od zawsze jednak potrafił umiejętnie czerpać z kiczu w taki sposób, aby kicz ten nie irytował, a bawił. Trzeba oczywiście załapać taką konwencję. Ja jednak mam słabość do dobrych melodii, a pod tym względem Ghost zawsze był bezkonkurencyjny wśród retro-rockowych zespołów. I nie inaczej jest na najnowszym longplayu. Czy to w tych nielicznych cięższych momentach ("Rats", "Faith"), czy tych bardziej pogodnych i piosenkowych ("Dance Macabre", "Witch Image" - oba są moimi faworytami z tego albumu), czy właściwie popowych ("See the Light", "Pro Memoria", "Life Eternal"). Na albumie znalazły się też dwa dość długie (jak na ten zespół) instrumentale. W melodyjnym "Miasma" fajnie wypadają partie klawiszy, a zaskoczeniem jest solówka na... saksofonie (bardzo prosta, ale świetnie urozmaicająca ten album). Bardziej klimatyczny "Helvetesfönster" kojarzy się natomiast z progresywnym rockiem lat 70. - szczególnie ciekawie wypada nieco folkowa końcówka z partią gitary akustycznej w wykonaniu Mikaela Åkerfeldta z Opeth.

Pomimo pewnych zmian, wciąż od razu słychać, z jakim zespołem mamy tu do czynienia. Co prawda, "Prequelle" wydaje mi się nieco słabszy od poprzednich albumów Ghost (choć pod względem przebojowości znacznie je wyprzedza), jednak słuchanie go sprawia mi nieukrywaną przyjemność. Mam świadomość, że to nic wybitnego, ale twórczość zespołu jest moim guilty pleasure.

Ocena: 7/10



Ghost - "Prequelle" (2018)

1. Ashes; 2. Rats; 3. Faith; 4. See the Light; 5. Miasma; 6. Dance Macabre; 7. Pro Memoria; 8. Witch Image; 9. Helvetesfönster; 10. Life Eternal

Skład: Cardinal Copia (Tobias Forge) - wokal, instrumenty; A Group of Nameless Ghouls - instrumenty
Gościnnie: Salem Al Fakir - instr. klawiszowe; Steve Moore - instr. klawiszowe; Ludwig Kennberg - perkusja; Minou Forge - wokal (1); Papa Nihil (Gavin Fitzjohn) - saksofon (5); Davide Rossi - orkiestracja (7); Christopher May - dodatkowy wokal (7); Mikael Åkerfeldt - gitara (9); Vincent Pontare - dodatkowy wokal (10); Mark Williams, Deryn Edwards - dodatkowy wokal
Producent: Tom Dalgety