[Recenzja] Orkiestra Ósmego Dnia / Jan A. P. Kaczmarek - "Muzyka na koniec" (1982)

Miałem różne plany związane z tym albumem. Na przykład, że będzie to moja ostatnia recenzja na tej stronie. Ostatecznie postanowiłem opisać go w ramach kończącego się już miesiąca z polskimi płytami. I tylko przypadkiem zbiegło się to w czasie ze śmiercią twórcy, co tytułowi "Muzyka na koniec" nadaje dodatkowego znaczenia. Artystyczna droga Jana A. P. Kaczmarka kojarzy mi się z tą, jaką przebył Ennio Morricone. Obaj znani są przede wszystkim jako autorzy muzyki filmowej, zdobywcy Oscarów. Zaczynali jednak od bardziej eksperymentalnego grania - Morricone w krautrockowo-freejazzowym The Group, a Kaczmarek w Orkiestrze Ósmego Dnia.
Najdziwniejsze w tej nazwie wcale nie są dwa ostatnie człony - nawiązujące do poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, z którym był wówczas związany Kaczmarek - a ten pierwszy. Bo co to za orkiestra, jeśli tworzyli ją tylko dwaj muzycy; składu dopełnił gitarzysta Grzegorz Banaszak. Projekt rozpoczął działalność jeszcze pod koniec lat 70., a na początku kolejnej dekady wyruszył na trasę koncertową po USA. Podczas pobytu w Chicago duet zarejestrował, dla niezależnej wytwórni Flying Fish Records, swój debiutancki album. Ukazał się w 1982 roku pod szyldem Orchestra of the Eight Day i tytułem "Music for the End", z niezbyt udaną okładką z czarno-białym zdjęciem muzyków.
Czytaj też: [Recenzja] The Group - "The Feed-Back" (1970)
Dwa lata później dokładnie te same nagrania wydał w Polsce Savitor, ponoć nie do końca legalnie. Było to zarazem ostatnie wznowienie tego materiału - nigdy nie wyszła wersja na kompakcie, nie ma też oficjalnego streamingu. W polskiej wersji duet jest już Orkiestrą Ósmego Dnia, a płyta nazywa się "Muzyka na koniec", ale największa - i najlepsza! - zmiana to zupełnie nowa okładka, niezwykle klimatyczna, idealnie pasująca do muzyki. A to tylko kolejna czarno-biała fotografia, przedstawiająca tym razem fidolę Fischera - skonstruowany w XIX wieku rodzaj lutni z 60 strunami, na której można grać palcami, smyczkiem lub za pomocą wbudowanej klawiatury. Najbardziej znanym muzykiem grającym na tym instrumencie był właśnie Kaczmarek, który z czasem zmodyfikował go, dodając więcej strun, powiększając pudło rezonansowe i usuwając klawisze. Opracował też własny sposób gry na fidoli przy użyciu dwóch smyczków. Poza tym muzyk zagrał tu na flecie, fortepianie i perkusjonaliach.
"Muzykę na koniec" trudno jednoznacznie sklasyfikować. Są tu elementy kojarzące się z pogańskim folkiem w stylu Comus czy późniejszej grupy Księżyc, ale też z kosmiczną psychodelią, mistycznym quasi-ambientem Popol Vuh, a czasem nawet neoklasyczną podniosłością Dead Can Dance, który zresztą wówczas dopiero szykował się do nagrania pierwszej płyty. Razem tworzy to jednak całkiem unikalną całość. A już na pewno w polskiej muzyce lat 80. trudno znaleźć cokolwiek choćby w połowie tak oryginalnego i zmierzającego totalnie pod prąd ówczesnego głównego nurtu.
Czytaj też: [Recenzja] Księżyc - "Księżyc" (1996)
Dwa rozpoczynające album utwory kompletnie różnią się od siebie użytym instrumentarium oraz stylistyką. Enigmatyczny folk "Pierwsze światło" opiera się niemal wyłącznie na nastrojowych partiach fletu i szaleńczej partii basu; spokojnie mogłaby to być podstawa jakiegoś kawałka Comus. "Cień" to już bardziej kosmiczne klimaty, najpierw z bardzo przestrzennymi arpeggiami gitary akustycznej i fidoli, zatopionymi w elektronicznych pogłosach, a w punkcie kulminacyjnym z bardzo gęstą grą Banaszaka pełnymi akordami oraz Kaczmarka smyczkiem.
Taki początek płyty może sugerować brak jakiejś spójnej wizji, jednak kolejne utwory okazują się syntezą tych dwóch pierwszych, na różne sposoby łącząc wspomniane wcześniej elementy, czasem dodając teatralne głosy czy inne instrumenty. Spójny dla całości jest na pewno ten dziwny, tajemniczy, ale i niepokojący klimat. Swoje apogeum osiąga w niezwykle chłodnym, post-apokaliptycznym "Dlaczego wschodni wiatr niesie mróz" (funkcjonariusze musieli być naprawdę mało błyskotliwi, jeśli taki tytuł przeszedł przez komunistyczną cenzurę). Wyróżnia się także bardziej intensywna, choć funeralna w klimacie "Pieśń żałobna", brzmiąca jak bardziej folkowe Dead Can Dance z odrobiną Comusa w liniach basu i atonalnych piskach fidoli.
"Muzyka na koniec" to niewątpliwie album, który powinien być bardziej znany w Polsce i na świecie. W przeciwieństwie do późniejszych, bardzo bezpiecznych ścieżek dźwiękowych Jana A. P. Kaczmarka, to jest muzyka, która naprawdę może zaintrygować swoją niekonwencjonalnością, nietypowym instrumentarium czy fascynującym klimatem. Orkiestra Ósmego Dnia wydała później jeszcze trzy albumy - "At the Last Gate" (1984), "Czekając na kometę Halleya" (1985) i "California in Blue" (1995) - które jednak przyniosły drastyczną zmianę stylu na bardziej elektroniczny, bliski new-age'owej sztampy, właściwie pozbawione już tego eksperymentalnego podejścia, które na debiucie dało tak niezwykły efekt.
Ocena: 9/10
Orkiestra Ósmego Dnia / Jan A. P. Kaczmarek - "Muzyka na koniec" (1982)
1. Pierwsze światło; 2. Cień; 3. Nim zastukałem; 4. Głos wołającego; 5. W wiejskim śnie; 6. Walc Sans Soucci; 7. Dlaczego wschodni wiatr niesie mróz; 8. Pieśń żałobna
Skład: Jan A. P. Kaczmarek - flet, fidola Fischera, fortepian, instr. perkusyjne, głos; Grzegorz Banaszak - gitara
Producent: Bradley Parker-Sparrow, Mike Rasfeld i Władysław Kopiński
Recenzja bardzo w porządku. Drobne zastrzeżenie takie, że wśród analogii wymieniasz Deads i Comusa (oczywiście nie są to paralele chybione, ale te zbieżności są przypadkowe - ze zrozumiałych względów Kaczmarek nie mógł inspirować się Deads a Comusa na 99% nie znał), a ani słowem nie wspominasz o najbardziej oczywistej i naturalnej analogii - czyli naszym Osjanie.
OdpowiedzUsuńTylko tutaj właśnie nie chodziło o wskazanie inspiracji, a jedynie podobieństw do muzyki, którą już wcześniej recenzowałem.
Usuńto planujesz ostatnią recenzję ? na tej stronie to rozumiem że coś innego w zamian czy w ogóle emerytura pisalnicza ?
OdpowiedzUsuńNie mam w planach emerytury. Po prostu pomyślałem, że gdybym miał kiedyś napisać ostatnią recenzję, to ten album byłby dobrym wyborem.
Usuń