31 października 2015

[Recenzja] Salem Mass - "Witch Burning" (1971)



Miasto Salem w stanie Massachusetts zasłynęło dzięki XVII-wiecznym procesom czarownic. Wydarzenia te zainspirowały niezliczoną ilość pisarzy, filmowców i muzyków. Wśród tych ostatnich znalazła się m.in. grupa Rush (utwór "Witch Hunt"), a także zdecydowanie mniej znany kwartet Salem Mass. Ten tajemniczy zespół, o którym zachowało się niewiele informacji, istniał przez krótki czas na początku lat 70. i pozostawił po sobie jeden, wydany własnym sumptem album, zatytułowany "Witch Burning". Zawarta na nim muzyka to właściwie typowe dla tamtych czasów granie na pograniczu psychodelii i hard rocka, jednak poza typowym dla tych stylów instrumentarium - gitarą, basem, perkusją i organami - na szeroką skalę wykorzystano tutaj także syntezator Mooga (jeden z pierwszych, jakie zostały wyprodukowane), nadający pewnej unikalności.

Zespół odkrywa wszystkie swoje karty już w rozpoczynającym album utworze tytułowym. "Witch Burning" to dziesięciominutowa kompozycja o dość ponurym nastroju, oparta na świetnym gitarowym riffie, wyrazistej grze sekcji rytmicznej, organowym tle i kilku ciekawych solówkach na Moogu. Naprawdę mocna rzecz. Nie przekonuje jedynie partia wokalna, która jest wręcz irytująca. Interesująco wypada także ballada "My Sweet Jane", prowadzona zgrabną melodią, a w warstwie instrumentalnej zdominowana przez różne brzmienia klawiszowe, nadające jej lekko posępny charakter. Podobny klimat i równie ciekawe partie klawiszy przynosi także druga ballada, "Bare Trees". Ale zespół świetnie radzi sobie także w bardziej energetycznych i zadziornych utworach, jak hardrockowy riffowiec "You Can't Run My Life" i bardzo chwytliwy "The Drifter" (brzmiący jak inspiracja Blue Öyster Cult), oba wyróżniające się fajnymi solówkami na gitarze i klawiszach. Równie przebojowo i energetycznie, ale łagodniej brzmieniowo jest w "You're Just a Dream" i najsłabszym na albumie "Why", zepsutym sztampową, wesołą melodią, która nijak nie pasuje do klimatu pozostałych utworów.

Połączenie elektronicznego brzmienia Mooga z typowym dla wczesnych lat 70. rockiem dało naprawdę ciekawy efekt. Album polecam miłośnikom psychodelii i hard rocka tamtej kreatywnej epoki.

Ocena: 7/10



Salem Mass - "Witch Burning" (1971)

1. Witch Burning; 2. My Sweet Jane; 3. Why; 4. You Can't Run My Life; 5. You're Just a Dream; 6. Bare Tree; 7. The Drifter

Skład: Jim Klahr - instr. klawiszowe; Mike Snead - gitara, wokal; Matt Wilson - gitara basowa, wokal; Steve Towery - perkusja, wokal
Producent: Salem Mass


27 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Between the Buttons" (1967)



Zgodnie z ówczesną tradycją, tylko amerykańskie wydanie "Between the Buttons" zawiera najbardziej przebojowe, a zarazem najbardziej znane, utwory z tamtego okresu. "Let's Spend the Night Together" i "Ruby Tuesday" - w Europie wydane tylko na singlach - to wyjątkowo chwytliwe kawałki. Pierwszy bardziej zadziorny, utrzymany w szybkim tempie, drugi może i nieco ckliwy w warstwie muzycznej (zdominowanej przez pianino i flet), ale czarujący rewelacyjną melodią. Także już tradycyjnie, ich europejskie substytuty wypadają znacznie słabiej - "Back Street Girl" to trochę zbyt przesłodzona ballada, oparta na akompaniamencie gitary akustycznej i... akordeonu, natomiast "Please Go Home" to utwór dynamiczny, ale zupełnie nieporywający.

Dziesięć wspólnych dla obu wydań utworów na szczęście prezentuje wyższy poziom. Na szczególne wyróżnienie zasługują przede wszystkim trzy z nich: "Yesterday's Papers", wpisujący się w ówczesną modę na psychodelię, bardzo chwytliwy "My Obsession" (z rewelacyjnym, wielogłosowym refrenem), oraz ostry "All Sold Out". Niewiele ustępują im jednak pozostałe kawałki: przebojowe "Connection", "Complicated" i "Miss Amanda Jones", wzbogacona organami ballada "She Smiled Sweetly", oraz akustyczny "Who's Been Sleeping Here?". Od całości poziomem odstaje tylko udziwniony "Something Happened to Me Yesterday" (z udziałem sekcji dętej i smyczkowej, oraz Brianem Jonesem grającym na saksofonie), ale można go potraktować jako żart.

Resumując, "Between the Buttons" to całkiem przyjemny longplay, w obu wersjach, choć oczywiście lepiej posiadać wydanie amerykańskie.

Ocena wyd EU: 6/10
Ocena wyd. US: 7/10



The Rolling Stones - "Between the Buttons" (1967)

EU: 1. Yesterday's Papers; 2. My Obsession; 3. Back Street Girl; 4. Connection; 5. She Smiled Sweetly; 6. Cool, Calm & Collected; 7. All Sold Out; 8. Please Go Home; 9. Who's Been Sleeping Here?; 10. Complicated; 11. Miss Amanda Jones; 12. Something Happened to Me Yesterday

US: 1. Let's Spend the Night Together; 2. Yesterday's Papers; 3. Ruby Tuesday; 4. Connection; 5. She Smiled Sweetly; 6. Cool, Calm & Collected; 7. All Sold Out; 8. My Obsession; 9. Who's Been Sleeping Here?; 10. Complicated; 11. Miss Amanda Jones; 12. Something Happened to Me Yesterday

Skład: Mick Jagger - wokal; Keith Richards - gitara, gitara basowa, organy, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, sitar, instr. klawiszowe, saksofon; Bill Wyman - gitara basowa, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino; Jack Nitzsche - instr. klawiszowe; Nick DeCaro - akordeon
Producent: Andrew Loog Oldham


25 października 2015

[Recenzja] The Who - "Live at Leeds" (1970)



Pod koniec lat 60. The Who zyskał status jednego z najlepszych i najbardziej żywiołowych zespołów koncertowych. Oczywistym krokiem było więc wydanie albumu koncertowego. Początkowo miał go wypełnić zapis jednego z licznych występów zarejestrowanych podczas amerykańskiej trasy z 1969 roku. Jednak mający dokonać selekcji materiałów Pete Townshend, przerażony ich ilością, postanowił spalić wszystkie taśmy. Podjęto zatem decyzję o rejestracji dwóch brytyjskich występów: 14 lutego 1970 roku na Uniwersytecie w Leeds, oraz dzień później w Hull. Ponieważ podczas tego drugiego wystąpiły problemy techniczne z basem Johna Entwistle'a, wykorzystano nagrania z pierwszego (dopiero po latach rozwój techniki pozwolił naprawić błędy, dzięki czemu występ w Hull również mógł zostać wydany).

Chociaż zespół zagrał w Leeds trzydzieści trzy utwory - w tym niemal kompletne wykonanie "Tommy'ego" - na oryginalne winylowe "Live at Leeds" wydanie trafiło zaledwie sześć z nich, o łącznym czasie 37 minut. Tyle jednak w zupełności wystarcza, aby przekonać się, że opinie na temat ówczesnych koncertowych wyczynów The Who nie są ani odrobinę przesadzone. W dodatku taka skondensowana, esencjonalna forma sprawia, że nie sposób odczuć znużenia, które mogłoby pojawić się przy dłuższym wydawnictwie. A uczucie niedosytu jest zawsze lepsze od przesytu - zachęca do kolejnych przesłuchań. Jednak to nie przyjazny czas trwania, a przede wszystkim jakość materiału zachęca do wracania do "Live at Leeds". Już na otwarcie pojawia się świetna interpretacja "Young Man Blues" z repertuaru Mose'a Allisona. To fantastyczne blues rockowe granie w stylu Cream, z doskonałą współpracą wszystkich instrumentalistów, z których każdy daje z siebie wszystko. Jednak bardzo ciężkie brzmienie przypomina, że to już 1970 rok - czas hegemonii takich wykonawców, jak Led Zeppelin i Black Sabbath, a nie wesołych piosenek w stylu "The Kids Are Alright" i "I Can't Explain", od jakich The Who zaczynało. Chociaż na albumie znalazło się też miejsce dla reprezentanta tamtych czasów - przeboju "Substitute" - zagranego jednak odrobinę ciężej niż w oryginale.

Na pierwszej stronie albumu znalazły się jeszcze dwa, również bardzo udane, covery: "Summertime Blues" Eddiego Cochrana (nieco lżejszy od wersji Blue Cheer, ale nadrabiający energią), oraz "Shakin' All Over" Johnny Kidd & the Pirates. Jeszcze więcej dobrego przynosi druga strona. Przede wszystkim niemal piętnastominutową wersję "My Generation", który szybko przeradza się w ekscytującą improwizację muzyków, pełną zaskakujących zmian dynamiki i interesująco wplecionych cytatów z innych utworów (m.in. z "See Me Feel  Me", "Underture", "The Seeker", czy "Naked Eye") . Na deser czeka jeszcze rozbudowane do ośmiu minut, świetne wykonanie "Magic Bus". I to wszystko. A jednak tyle w zupełności wystarczyło, aby zapewnić "Live at Leeds" stałe miejsce na listach koncertowych płyt wszech czasów. Całkowicie zasłużenie. Jeśli jednak komuś nie wystarcza oryginalne wydanie, dostępne są także bardziej obszerne kompaktowe reedycje: 14-utworowe wydanie z 1995 roku (bogatsze m.in. o "I Can't Explain", "Happy Jack", "I'm a Boy" i "A Quick One, While He's Away"), dwupłytowe z 2001 roku, zawierające kompletny zapis występu, a także najbardziej wypasione, czteropłytowe  z 2012 roku (dwa ostatnie dyski zawierają zapis występu w Hull, który dwa lata później wydano jako osobne wydawnictwo). 

Ocena: 9/10



The Who - "Live at Leeds" (1970)

1. Young Man Blues; 2. Substitute; 3. Summertime Blues; 4. Shakin' All Over; 5. My Generation; 6. Magic Bus

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, wokal; John Entwistle - bass, wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jon Astley, Kit Lambert, The Who


23 października 2015

[Recenzja] Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts" (2015)



Lista tegorocznych rozczarowań muzycznych wydłużyła się o kolejną pozycję. Po autorach jednego z najpiękniejszych albumów ostatnich lat - wydanego w 2012 roku "The Light the Dead See" - spodziewałem się czegoś równie klimatycznego i przejmującego. Tymczasem "Angels & Ghosts" to zbiór bardzo konwencjonalnych utworów, utrzymanych na granicy popu i rocka (z delikatnymi wpływami gospel), pozbawionych magii i szczerych emocji poprzedniego longplaya Soulsavers i Dave'a Gahana, który przyciągał uwagę i intrygował od pierwszej do ostatniej sekundy. "Angels & Ghosts" nie intryguje nawet przez sekundę.

Chociaż początek nie jest zły. Otwierający całość "Shine" to całkiem zgrabny utwór, za sprawą melodii i gospelowego chórku kojarzący się momentami z "Condemnation" Depeche Mode, istotną rolę odgrywają w nim jednak ostre partie gitary, grane techniką slide. W następnym utworze, spokojniejszym "You Owe Me", za sprawą smyczkowego tła pojawia się nawet namiastka klimatu poprzedniego albumu. Z kolei "Tempted" i singlowy "All of This and Nothing" wyróżniają się bardzo gitarowym brzmieniem i wyrazistymi melodiami. Później jednak jest już tylko coraz gorzej. Już w "One Thing" robi się po prostu smętnie - akompaniament stanowią tylko smyczki i pianino, brakuje ciekawej melodii. W "Don't Cry" wraca dynamika, ale sam utwór jest zwyczajnie mdły. "Lately" i "The Last Time" to kolejne rzewne piosenki, pierwsza przesadnie ckliwa, druga zbyt posępna. Na ich tle odrobinę lepiej wypada finałowy "My Sun" - z początku kolejny nudnawy smęt, ale w drugiej połowie nabierający bardziej podniosłego charakteru.

Wszyscy, których poprzednie albumy Soulsavers zachwyciły swoim klimatem, będą zawiedzeni zwyczajnością "Angels & Ghosts". To typowa muzyka tła - nieinwazyjna, nieodciągająca uwagi od wykonywania innych czynności, oraz niewywołująca żadnych emocji, bo sama ich pozbawiona.

Ocena: 6/10



Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts" (2015)

1. Shine; 2. You Owe Me; 3. Tempted; 4. All of This and Nothing; 5. One Thing; 6. Don't Cry; 7. Lately; 8. The Last Time; 9. My Sun

Skład: Dave Gahan - wokal; Richie Mach - gitara, instr. klawiszowe; Ian Glover - instr. klawiszowe
Gościnnie: Tony Foster - gitara (1-3,6,8,9); Martyn LeNoble - bass (1-4,6-9); Kevin Bales - perkusja (1-4,6-9); Sean Read - instr. klawiszowe (1-4,6-9); Janet Ramus, T Jae Cole, Wendi Rose - dodatkowy wokal; The Hollywood Strings & Horns Ensemble - instr. smyczkowe i dęte (2,4,5,7-9); Daniele Luppi - aranżacja instr. smyczkowych i dętych (2,4,5,7-9); Richard Warren - gitara (3,9); James Walbourne - gitara (4,6,7); Anton Riehl - pianino (5,7)
Producent: Rich Machin i Ian Glover


20 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Aftermath" (1966)



"Aftermath" to przełomowy album w dyskografii The Rolling Stones. Pierwszy, na którym znalazły się wyłącznie utwory skomponowane przez spółkę Richards / Jagger. Od razu słychać też, że poczynili znaczny postęp jako twórcy - zawarte tutaj utwory stoją na znacznie wyższym poziomie, niż wcześniejsze próby kompozytorskie muzyków. Szczególnie pod względem melodycznym. Najlepszym przykładem "Under My Thumb", wyróżniający się naprawdę rewelacyjną, bardzo chwytliwą melodią. Niewiele gorzej wypadają pod tym względem takie utwory, jak np. "Mother Little Helper", "Stupid Girl" lub "Out of Time". Znalazło się też tutaj kilka uroczych, staroświeckich ballad ("Lady Jane", "I Am Waiting", "Take It or Leave It") i odrobina proto-hard rocka dla równowagi ("Think"). Jednak "Aftermath" to nie tylko lepsze kompozycje. Zespół w końcu zaczął przykładać większą wagę do aranżacji. To już nie tylko surowy rhythm'n'blues, co najwyżej wzbogacony o pianino, organy lub harmonijkę (choć takie utwory wciąż się trafiają - vide "Doncha Bother Me", "Flight 505" lub "It's Not Easy"). Wykorzystane zostały tutaj także takie instrumenty, jak marimba, klawesyn, dulcimer, sitar i koto - na wszystkich z nich zagrał Brian Jones.

Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak "Goin' Home" - pod względem muzycznym najbliższy rhythm'n'bluesowych korzeni grupy, ale zaprezentowany w formie jedenastominutowego jamu. Fakt, że nie ma w nim niczego rewolucyjnego - podobne rzeczy były już wcześniej grane przez innych wykonawców na koncertach. Jednak nikt wcześniej nie odważył się (lub nie uzyskał zgody wydawcy by) umieścić takie nagranie na longplayu. Przemysł fonograficzny opierał się wówczas na trzyminutowych piosenkach, a dla wydawców liczył się wyłącznie zysk i nikt nie chciał ryzykować promowania czegoś nowego. Wracając jednak do "Aftermath", warto zauważyć, że sam longplay także jest wyjątkowo długi jak na ówczesne standardy - 53 minuty z sekundami, podczas gdy przyjęty czas trwania płyt długogrających wynosił wówczas około 35 minut. Amerykańskie wydanie zostało jednak skrócone o jedenaście minut (i wydane z gorszą okładką). Pominięto na nim cztery utwory (wydane później w Stanach na różnych kompilacjach): "Mother's Little Helper", "Out of Time", "Take It or Leave It", oraz "What to Do". W zamian znalazła się nim jednak jedna kompozycja, przewyższająca wszystko, co zespół nagrał do tamtej pory (i większość tego, co później) - "Paint It Black". Jeden z największych przebojów grupy, wyróżniający się niesamowicie nośną melodią i orientalnym klimatem, tworzonym przez Jonesa za pomocą sitaru. Wraz z "Under My Thumb" i starszym "Play with Fire" należy do czołówki moich ulubionych utworów wczesnych Stonesów (tych z lat '64-'67).

Po raz kolejny amerykańskie wydanie okazało się lepsze od europejskiego. Jednak ze względu na ogromny postęp poczyniony przez zespół, postanowiłem przyznać "Aftermath" wysoką ocenę, bez względu na wydanie - oba na nią zasłużyły.

Ocena8/10



Okładka wydania amerykańskiego.
The Rolling Stones - "Aftermath" (1966)

EU: 1. Mother's Little Helper; 2. Stupid Girl; 3. Lady Jane; 4. Under My Thumb; 5. Doncha Bother Me; 6. Goin' Home; 7. Flight 505; 8. High and Dry; 9. Out of Time; 10. It's Not Easy; 11. I Am Waiting; 12. Take It or Leave It; 13. Think; 14. What to Do

US: 1. Paint It Black; 2. Stupid Girl; 3. Lady Jane; 4. Under My Thumb; 5. Doncha Bother Me; 6. Think; 7. Flight 505; 8. High and Dry; 9. It's Not Easy; 10. I Am Waiting; 11. Goin' Home

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, sitar, koto, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Bill Wyman - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jack Nitzsche - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Ian Stewart - instr. klawiszowe
Producent: Andrew Loog Oldham


18 października 2015

[Recenzja] The Who - "Tommy" (1969)



"Tommy" to jedna z pierwszych i najbardziej znanych "oper rockowych" - specyficznego rodzaju albumu koncepcyjnego, na którym wszystkie utwory nie tylko mają wspólną tematykę, ale opowiadają jedną historię. Notabene, "Tommy" był pierwszym wydawnictwem określonym tym mianem. W rzeczywistości był jednak trzecią "operą rockową", po "The Story of Simon Simopath" Nirvany (brytyjskiej grupy wykonującej rock psychodeliczny) z 1967 roku, oraz późniejszej o rok "S.F. Sorrow" The Pretty Things. Pierwszeństwo pierwszeństwem, ale to własnie dzieło The Who było pierwszym w pełni dojrzałym przykładem takiej formy muzycznego wyrazu.

Sama historia nie należy może do najbardziej porywających. Tytułowy Tommy to chłopak, który w dzieciństwie był świadkiem jak jego ojciec, wcześniej uważany za zaginionego podczas wojny, wraca do domu i zabija kochanka swojej żony; w wyniku wstrząsu psychicznego, Tommy traci wzrok, słuch i mowę ("1921"). W zamian jednak rozwinął zmysł dotyku, który z czasem pomógł mu zostać mistrzem flippera ("Pinball Wizard"). Wkrótce stał się idolem ("Sensation"), wręcz kimś w rodzaju przywódcy religijnego ("I'm Free"), jednak szybko został porzucony przez swoich wyznawców ("We're Not Gonna Take It"). To oczywiście znaczne uproszczenie fabuły, rozłożonej na 24 utwory wypełniające to dwupłytowe wydawnictwo. Głównym kompozytorem i autorem tekstów jest Pete Townshend, który już od pewnego czasu próbował tworzyć większe formy muzyczne, jednak nigdy wcześniej nie miały one aż takiego rozmachu (vide "A Quick One, While He's Away", "Rael"). Jedynie cztery utwory zostały napisane przez kogoś innego - dwa przez Johna Entwistle'a ("Cousin Kevin", "Fiddle About"), jeden przez Keitha Moona ("Tommy's Holiday Camp"), a ponadto znalazł się tutaj jeden cover ("The Hawker" Sonny'ego Boya Williamsona II). Warto na chwilę zatrzymać się przy utworach Entwistle'a, ponieważ poruszają one wyjątkowo trudną i odważną tematykę, jak na ówczesną muzykę rozrywkową, a mianowicie maltretowanie i wykorzystywanie seksualne.

Osobiście nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tekstów, o wiele bardziej istotna jest dla mnie sama muzyka. A pod tym względem "Tommy" również okazał się przełomowy. Dzięki powtarzalności kilku tematów całość brzmi niezwykle spójnie, jak jeden długi utwór. A jednocześnie nie można zarzucić mu braku zróżnicowania. Są tutaj i fragmenty cichsze, zdominowane przez brzmienia akustyczne (np. "It's a Boy", "Tommy Can You Hear Me?", "Sensation"), i bardziej dynamiczne (np. "1921", "Amazing Journey", "The Hawker"), a zdarza się też, że zespół proponuje coś mniej konwencjonalnego (dwa instrumentalne utwory o psychodelicznym nastroju - "Sparks" oraz ponad dziewięciominutowy "Underture"). Nie ma sensu omawiać dokładniej wszystkich fragmentów po kolei, właśnie ze względu na "całościowy" charakter albumu. Kilka kompozycji zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Przede wszystkim singlowy przebój "Pinball Wizard", w którym ciekawie połączono brzmienia akustyczne z hardrockowym czadem, a ponadto wyróżniający się bardzo chwytliwą melodią. Pod tym ostatnim względem niewiele ustępują mu hardrockowy "Go to the Mirror!" i lżejszy brzmieniowo, ale równie dynamiczny "I'm Free". Interesującym utworem jest także "We're Not Gonna Take It", sam w sobie tworzący małą suitę. Ta sześciominutowa kompozycja składa się z trzech wyraźnie odrębnych, ale tworzących spójną całość, części. Stanowi też idealne zwieńczenie albumu, jako że powraca w niej kilka przewodnich tematów muzycznych.

Mimo wszystko, ciężko zgodzić mi się z opiniami, że "Tommy" to arcydzieło. Podstawowe pytanie, jakie należałoby zadać, to czy przypadkiem nie mamy tutaj do czynienia ze znacznym przerostem formy nad treścią? Przecież zawartą tutaj fabułę dałoby się zmieścić w jednym utworze - najwyżej wypełniającym jedną stronę płyty winylowej. Rozszerzenie tej historii do 75 minut jest jednak nieco sztuczne i pompatyczne. Album broni się jednak warstwą muzyczną, do której trudno się przyczepić. Może i nie wszystkie utwory prezentują równie wysoki poziom, ale razem tworzą udaną całość.

Ocena: 8/10



The Who - "Tommy" (1969)

LP1: 1. Overture; 2. It's a Boy; 3. 1921; 4. Amazing Journey; 5. Sparks; 6. The Hawker; 7. Christmas; 8. Cousin Kevin; 9. The Acid Queen; 10. Underture
LP2: 1. Do You Think It's Alright?; 2. Fiddle About; 3. Pinball Wizard; 4. There's a Doctor; 5. Go to the Mirror!; 6. Tommy Can You Hear Me?; 7. Smash the Mirror; 8. Sensation; 9. Miracle Cure; 10. Sally Simpson; 11. I'm Free; 12. Welcome; 13. Tommy's Holiday Camp; 14. We're Not Gonna Take It

Skład: Pete Townshend - wokal (LP1: 1-3,7-9, LP2: 1,3-6,8,9,12-14), gitara, instr. klawiszowe; Roger Daltrey - wokal (LP1: 3,4,6,7, LP2: 1,3-7,9-12,14), harmonijka; John Entwistle - bass, wokal (LP1: 8, LP2: 2,4,6,9,12,14), instr. dęte; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Kit Lambert


16 października 2015

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "(turn it over)" (1970)



Debiutancki album The Tony Williams Lifetime, "Emergency!", miał tylko dwie, za to dość poważne wady. Brak basisty i okropne partie wokalne Williamsa. Na drugim longplayu grupy, "(turn it over)", rozwiązany został przynajmniej jeden z tych problemów. Na początku 1970 roku, John McLaughlin zabrał Tony'ego Williamsa na nowojorski występ byłego członka Cream, Jacka Bruce'a (z którym już wcześniej kilkakrotnie współpracował, przede wszystkim w grupie The Graham Bond Organisation). Od razu po koncercie Williams udał się za kulisy, gdzie zaproponował muzykowi dołączenie do składu Lifetime. Niestety, na nagranym z nim albumie nie wykorzystano wszystkich talentów Bruce'a, który był nie tylko utalentowanym basistą, ale także dobrze radził sobie jako wokalista. Jedyny zaśpiewany przez Jacka utwór, "One World", został wydany na niealbumowym singlu (do repertuaru albumu dołączono go przy okazji niektórych kompaktowych reedycji), zaś wszystkie partie wokalne w albumowych utworach wykonał Tony.

Na szczęście, wokal pojawia się tylko w trzech najbardziej psychodelicznych utworach, zatopionych w dźwiękach elektrycznych organów: stonowanych "This Night This Song" i "Once I Loved" (przeróbce "O Amor em Paz" brazylijskiego piosenkarza Agostinho dos Santosa), oraz bardziej dynamicznym "A Famous Blues". Cała reszta albumu to granie instrumentalne, łączące jazzową swobodę z ciężkim, w pełni rockowym brzmieniem. Dominują ostre gitarowe popisy McLaughlina i potężne perkusyjne uderzenia Williamsa. Partie Bruce'a są raczej schowane w tle, ale i tak zapewniają dużo lepsze, mocniejsze i głębsze brzmienie, niż na "Emergency!". Dzięki jego obecności zwiększyła się rola Larry'ego Younga, który nie musząc już grac linii basu, częściej udziela się jako solista. Największe pole do popisu ma w interpretacji "Big Nick" Johna Coltrane'a i skomponowanym przez siebie "Allah Be Praised" - dwóch najbardziej melodyjnych fragmentach całości - ale dodaje też sporo dobrego w pozostałych, bardziej agresywnych utworach, czyli dwuczęściowym "To Whom It May Concern" (autorstwa Chicka Corei), "Vuelta Abajo" i niemalże punkowym "Right On".

"(turn it over)" to bardzo udana kontynuacja "Emergency!", może odrobinę mniej porywająca pod względem wykonania i samych utworów, ale nadrabiająca lepszym brzmieniem. Wielka szkoda, że poprzedni album nie został nagrany w tym składzie... Po wydaniu "(turn it over)" zespół intensywnie koncertował, ale wkrótce - z przyczyn niezależnych od muzyków (ponoć zawinił management) -doszło do rozpadu. John McLaughlin założył wówczas Mahavishnu Orchestra, a Jack Bruce wrócił do grania solo. Tony Williams i Larry Young, wraz z nowymi muzykami, wydali jeszcze dwa, mniej udane albumy pod szyldem The Tony Williams Lifetime, po czym i to wcielenie grupy zakończyło działalność. Kolejny skład, z Williamsem i zupełnie nowymi muzykami, zmienił nazwę na The New Tony Williams Lifetime i również zostawił po sobie dwa albumy: udany "Believe It", oraz komercyjny, bardziej funkowy "Million Dollar Legs".

Ocena: 8/10



The Tony Williams Lifetime - "(turn it over)" (1970)

1. To Whom It May Concern - Them; 2. To Whom It May Concern - Us; 3. This Night This Song; 4. Big Nick; 5. Right On; 6. Once I Loved; 7. Vuelta Abajo; 8. A Famous Blues; 9. Allah Be Praised

Skład: Tony Williams - perkusja i wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy; Jack Bruce - gitara basowa
Producent: Tony Williams, Jack Lewis i Monte Kay


14 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Out of Our Heads" (1965)



"Out of Our Heads" to pierwszy naprawdę godny poznania longplay w dyskografii Stonesów. Trzeba jednak dodać, że chodzi wyłącznie o wersję amerykańską. Europejski odpowiednik - wydany dwa miesiące później, z inną okładką i ledwie sześcioma wspólnymi utworami - wypada znacznie mniej ciekawie. A to dlatego, że wyłącznie amerykańskie wydanie zawiera najlepsze utwory zespołu z tamtego okresu, w tym dwa wielkie singlowe przeboje - bardzo chwytliwy "The Last Time" oraz "(I Can't Get No) Satisfaction" oparty na ciężkim riffie zwiastującym nadejście hard rocka - a także stronę B pierwszego z nich, czyli bardzo uroczy, akustyczny "Play with Fire". To zdecydowanie trzy najlepsze utwory, jakie grupa do tamtej pory stworzyła. Wydanie europejskie w zamian oferuje trzy inne autorskie utwory zespołu (przyjemne, melodyjne, ale nie mogące równać się z powyższymi "Heart of Stone", "Gotta Get Away" i "I'm Free"), a także trzy covery (bardzo ostro brzmiące wykonanie "She Said Yeah" Larry'ego Williamsa, oraz sztampowe "Talkin' About You" Chucka Berry'ego i "Oh, Baby (We Got a Good Thing Going)" Barbary Lynn Ozen).

Z "europejskimi" utworami mogły natomiast konkurować trzy pozostałe kawałki obecne jedynie na amerykańskim wydaniu: cover "I'm Alright" Bo Diddleya (bardzo energetyczne, ale fatalnie brzmiące nagranie koncertowe z brytyjskiej EPki "Got Live If You Want It!", także wydanej w 1965 roku) oraz autorskie "The Spider and the Fly" (strona B singla "Satisfaction") i "One More Try" (w Europie wydany dopiero w 1971 roku, na kompilacji "Stone Age", zbierającej tego typu rarytasy), pokazujące bardziej bluesowe oblicze grupy. Podobny, a więc raczej średni, poziom prezentuje także sześć utworów wspólnych dla obu wersji albumu. Znalazł się wśród nich tylko jeden - i to bardzo przeciętny - utwór napisany przez muzyków zespołu, "The Under Assistant West Coast Promotion Man". Wszystkie pozostałe to kolejna porcja przeróbek, wśród których warto wyróżnić chwytliwy "Mercy, Mercy" z repertuaru Dona Covaya, bardzo melodyjny "Good Times" Sama Cooke'a, oraz balladowy "That's How Strong My Love Is" Overtona Vertisa Wrighta.

Amerykańscy fani dostali nie tylko lepszą wersję "Out of Our Heads", ale także ciekawe uzupełnienie w postaci wydawnictwa "December's Children (And Everybody's)", opublikowanego pod koniec 1965 roku. Poza czterema nagraniami z europejskiego "Out of Our Heads" ("She Said Yeah", "Talkin' About You", "I'm Free" oraz "Gotta Get Away"; pozostałe dwa, "Heart of Stones" i "Oh Baby", były już wcześniej wydane na "The Rolling Stones, Now!"), znalazło się na nim osiem innych utworów, w tym m.in. dwa kolejne fragmenty "Got Live If You Want It!" ("Route 66", "I'm Moving On"), nowe singlowe przeboje (czadowy i zarazem bardzo chwytliwy "Get Off of My Cloud", oraz ładna, ale zbyt przesłodzona ballada "As Tears Go By"), a także kilka niedostępnych wówczas w Europie kawałków ("Look What You've Done" i "Turn Blue to Grey", wydane dopiero na wspomnianym "Stone Age").

Różnice w repertuarze obu wydań "Out of Our Heads" w znaczny sposób wpływają na ich odbiór. Podczas gdy europejska wersja sugeruje, że zespół od czasu debiutu stał w miejscu (covery wciąż dominują nad własnymi utworami, którym dalej brakuje większej finezji), tak amerykańskie wydanie udowadnia, że jednak muzycy poczynili pewien postęp i nie tylko zaczęli tworzyć więcej własnych utworów, ale też stawały się one coraz bardziej przebojowe, a nawet odrobinę bardziej dojrzałe.

Ocena wyd. EU: 6/10
Ocena wyd. US: 7/10



Okładka wydania amerykańskiego.
The Rolling Stones - "Out of Our Heads" (1965)

US: 1. Mercy Mercy; 2. Hitch Hike; 3. The Last Time; 4. That's How Strong My Love Is; 5. Good Times; 6. I'm All Right (live); 7. (I Can't Get No) Satisfaction; 8. Cry to Me; 9. The Under Assistant West Coast Promotion Man; 10. Play with Fire; 11. The Spider and the Fly; 12. One More Try

EU: 1. She Said Yeah; 2. Mercy, Mercy; 3. Hitch Hike; 4. That's How Strong My Love Is; 5. Good Times; 6. Gotta Get Away; 7. Talkin' Bout You; 8. Cry to Me; 9. Oh, Baby (We Got a Good Thing Going); 10. Heart of Stone; 11. The Under Assistant West Coast Promotion Man; 12. I'm Free

The Rolling Stones - "December's Children (And Everybody's)" (1965)

1. She Said Yeah; 2. Talkin' About You; 3. You Better Move On; 4. Look What You've Done; 5. The Singer, Not the Song; 6. Route 66 (live); 7. Get Off of My Cloud; 8. I'm Free; 9. As Tears Go By; 10. Gotta Get Away; 11. Blue Turns to Grey; 12. I'm Moving On (live)

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara; Brian Jones - gitara, harmonijka, organy; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino; Jack Nitzsche - klawesyn
Producent: Andrew Loog Oldham


12 października 2015

[Recenzja] The Who - "The Who Sell Out" (1967)



"The Who Sell Out" to jeden z pierwszych albumów sensu stricto. Nie będący kompilacją przypadkowych piosenek, a pewną całością. Oczywiście nie jest to jeszcze album koncepcyjny (na to przyszła pora dwa lata później), zawarte tutaj utwory nie opowiadają jednej historii. A jednak pojawia się tutaj pewien zamysł - pomiędzy właściwe kompozycje wpleciono jingle z pirackich stacji radiowych (prawdziwe, wykorzystane bez niczyjej zgody) i utwory parodiujące reklamy (przede wszystkim orkiestrowy "Heinz Baked Beans"), które powodują wrażenie, że słuchamy nie płyty, a radia. Efekt ten potęgowany jest przez zróżnicowanie stylistyczne utworów, a także fakt, że śpiewa w nich aż czterech różnych muzyków (trzech członków zespołu i jeden gość). Dzięki temu można odnieść wrażenie, że są wykonywane przez różnych wykonawców - zupełnie jak w radiu.

Ciekawy pomysł na album to jednak jedno, a osobną kwestię stanowi poziom samych utworów. Już otwierający całość "Armenia City in the Sky" wywołuje co najmniej konsternacje, bowiem trudno nie usłyszeć tutaj ewidentnego podobieństwa do beatlesowskiego "Tomorrow Never Knows", z wydanego ponad rok wcześniej albumu "Revolver". I to bynajmniej nie na zasadzie inspiracji, a raczej plagiatu. Nie do końca przekonuje mnie także kierunek, który zespół obrał w większości pozostałych utworów. Niemal zupełnie uleciała tutaj "dzikość" poprzednich wydawnictw grupy. Album zdominowany jest przez łagodne, często akustyczne, kawałki, o bardzo piosenkowym , popowym charakterze. Czasem wręcz odrzucające banalnymi melodiami (np. "Mary Anne with the Shaky Hand", "Tattoo" i szczególnie "Can't Reach You" z drażniącym, płaczliwym śpiewem Pete'a Townshenda), chociaż zdarzają się wśród nich także perełki w rodzaju "Sunrise" i "Silas Stingy". Ten ostatni, to mój zdecydowany faworyt z tego albumu. Przepiękny utwór z organami odgrywającymi główną rolę w warstwie muzycznej oraz przeuroczymi harmoniami wokalnymi. Brzmienia organowe bardzo fajnie wpleciono także w dynamiczny "Relax" - kolejny udany fragment longplay. Chociaż na szczególne wyróżnienie zasługują dwie inne kompozycje.

Najbardziej znanym z tutejszych utworów jest "I Can See for Miles". Po jego nagraniu, Townshend przechwalał się, że stworzył najgłośniejszy, najbardziej surowy i najbardziej brudny utwór, jaki kiedykolwiek powstał. Fakty tego nie potwierdzają. Townshend mógł jakimś cudem przeoczyć premiery "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience i "Disraeli Gears" Cream (oba albumy także ukazały się w 1967 roku), trudno jednak uwierzyć, że nie słyszał takich utworów, jak "(I Can't Get No) Satisfaction" Stonesów czy "You Really Got Me" The Kings, a oba są przecież cięższe i bardziej surowe od "I Can See for Miles". Bo chociaż utwór posiada naprawdę mocną - jak na tamte czasy - partię perkusji i mnóstwo gitarowych sprężeń, to jednak znacznie łagodzi go bardzo delikatna, stricte popowa partia wokalna. Inna sprawa, że to naprawdę dobra kompozycja, o mocno zapadającej w pamięć melodii. Koniecznie muszę wspomnieć także o finałowym "Rael (1 and 2)" - kolejnym, po "A Quick One, While He's Away", rozbudowanym, wielowątkowym utworze. Tym razem jednak krótszy (nie przekracza sześciu minut) i o wiele bardziej spójny - nie jest to kolejny chaotyczny zlepek kilku utworów, a przemyślana od początku do końca kompozycja.

"The Who Sell Out" pomimo ciekawego - i bardzo oryginalnego - pomysłu, pozostawia raczej mieszane odczucia. Mimo wszystko, jest tutaj kilka naprawdę udanych utworów, które równoważą te słabsze fragmenty.

Ocena: 7/10



The Who - "Sell Out" (1967)

1. Armenia City in the Sky; 2. Heinz Baked Beans; 3. Mary Anne with the Shaky Hand; 4. Odorono; 5. Tattoo; 6. Our Love Was; 7. I Can See for Miles; 8. Can't Reach You; 9. Medac; 10. Relax; 11. Silas Stingy; 12. Sunrise; 13. Rael (1 and 2)

Skład: Roger Daltrey - wokal (1,3,5,7,10,13), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, wokal (3-6,8,10,12), dodatkowy wokal, instr. klawiszowe, flażolet, bandżo; John Entwistle - bass, wokal (2,9,11), dodatkowy wokal, instr. dęte; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Al Kooper - instr. klawiszowe; John "Speedy" Keen - wokal (1)
Producent: Kit Lambert


10 października 2015

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)



Tony Williams, a właściwie Anthony Tillmon Williams, to prawdziwa legenda. Jeden z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących perkusistów w historii. Profesjonalną karierę muzyka rozpoczął w bardzo młodym wieku. Mając zaledwie trzynaście lat dołączył do zespołu wówczas niezbyt znanego Sama Riversa. To właśnie młody bębniarz wzbudzał prawdziwą sensację. Jego intensywna, niesamowicie energetyczna gra zwróciła uwagę wielu cenionych osób w branży. Zanim jeszcze osiągnął pełnoletność, brał już udział w występach i sesjach nagraniowych tak cenionych jazzmanów, jak Jackie McLean, Eric Dolphy, Grachan Moncur III czy Herbie Hancock. Nieco później przygotował też dwie solowe płyty, "Life Time" (1964) i "Spring" (1965), na których objawił się także jako zdolny kompozytor. Jednak chyba najważniejszym momentem kariery było nawiązanie współpracy z Milesem Davisem. Na początku 1963 roku 17-letni wówczas Williams dołączył do stałej grupy trębacza, która z czasem została nazwana przez krytyków Drugim Wielkim Kwintetem Milesa Davisa. W trakcie  pięcioletniej działalności zespół nagrał kilka wybitnych longplayów, a także zaczął eksperymentować z elektrycznym brzmieniem, doprowadzając do powstania nurtu fusion. To m.in. właśnie Williams opowiadał się za takim kierunkiem. 

Bębniarz postanowił nawet pójść o krok dalej i stworzyć własny zespół, prezentujący prekursorską fuzję nowoczesnego jazzu i ambitniejszego rocka. Po odejściu z kwintetu Davisa, zaczął poszukiwać odpowiednich muzyków. Padło na organistę Larry'ego Younga oraz ściągniętego do Stanów specjalnie na tę okoliczność brytyjskiego gitarzystę Johna McLaughlina. Wróćmy jednak na chwilę do Davisa, który w tym czasie przygotowywał się do sesji "In a Silent Way" - swojego pierwszego albumu w całości wypełnionego zelektryfikowanym jazzem. Trębacz doszedł do wniosku, że potrzebuje bębniarza o nieco mocniejszym, bardziej rockowym uderzeniu niż ówcześnie grający w jego kwintecie Jack DeJohnette. Zaprosił więc na nagrania Williamsa. Potrzebował też muzyka grającego na organach, więc zwrócił się do Younga. Spontanicznie zapragnął też poszerzyć skład o gitarzystę, gdy dzień przed sesją usłyszał grę McLaughlina. Tego było już za wiele dla perkusisty, który nie chciał, by cały jego zespół wystąpił w roli sidemanów na albumie dawnego mentora. Potajemnie zabronił udziału w tej sesji Youngowi, którego zastąpił akurat obecny w studiu Joe Zawinul.

Przez kolejne miesiące Williams, McLaughlin i Young, przybrawszy nazwę The Tony Williams Lifetime, byli zajęci tworzeniem repertuaru. Pierwszych nagrań dokonali 26 i 28 maja 1969 roku, a ich wynikiem jest dwupłytowy album "Emergency!". Nie była to pierwsza próba połączenia jazzu i rocka, ale obok wydanych w tym samym roku "Hot Rats" Franka Zappy i wspomnianego "In a Silent Way" - pierwsza tak bardzo udana i dojrzała. Longplay odegrał niezwykle istotną rolę w rozwoju tego bardziej rockowego fusion. To tutaj narodził się styl, który McLaughlin rozwijał później z własną grupą Mahavishnu Orchestra. Na "Emergency!" powoływali się też rockowi muzycy, w tym członkowie King Crimson czy Soft Machine. To jednak nie tylko bardzo nowatorskie i inspirujące wydawnictwo, ale też po prostu wypełnione świetną, autentycznie porywającą muzyką.

Osiem zawartych tu utworów - trzy kompozycje lidera, dwie gitarzysty, jedna napisana przez nich wspólnie oraz dwie przeróbki - to w większości rozbudowane jamy, doskonałe łączące jazzową finezję (a czasem typowy dla tego gatunku swing) z rockowym czadem. Agresywne, mocno przesterowane partie McLaughlina nasuwają skojarzenia z Jimim Hendrixem, elektryczne organy Younga nadają wręcz psychodelicznej atmosfery, a całości dopełniają potężne bębny Williamsa. I to w zasadzie wszystko, nie ma tu żadnych dodatkowych instrumentów. Jednak trio gra tak intensywnie, że wypełnia praktycznie całą przestrzeń, dzięki czemu momentami można odnieść wrażenie, jakby grało więcej muzyków. Trochę może brakuje w tych nagraniach basisty. Linie basu są grane na organach, przez co trochę brakuje im głębi. A aż prosiłoby się tu o tłusty, funkowy bas, podbijający bębny. Drugą wadą jest pojawiający się w kilku nagraniach śpiew lidera, który na wokalistę zdecydowanie się nie nadawał. Jednak te dwie uwagi naprawdę blakną przy tym, co prezentują tutaj instrumentaliści - trzech doskonale ze sobą zgranych wirtuozów, całkowicie świadomych tego co chcą osiągnąć i w jaki sposób tego dokonać. Nie dość, że grają tak wspaniale, to jeszcze naprawdę znakomicie to wszystko brzmi, nawet pomimo niewystarczająco niskich basów.

"Emergency!" to niemalże mistrzostwo fusion. Gdyby nie wspomniane wyżej wady, byłby to album na maksymalną ocenę. To jednak wciąż jeden z najlepszych przykładów takiej stylistyki, która w późniejszych latach szła w coraz bardziej komercyjne rejony. Debiut The Tony Williams Lifetime nie sili się na sprzyjanie masowym gustom, lecz w wysmakowany sposób czerpie co najlepsze z rocka i jazzu. Granie takiej muzyki w 1969 roku można uznać za niezwykle odważne. Ortodoksyjnych miłośników jazzu z pewnością odrzucało to ciężkie brzmienie i pewne uproszczenia, natomiast dla rockowych słuchaczy mogło to wszystko okazać się zbyt abstrakcyjne, zbyt dalece odchodzące od piosenkowych schematów. Jednak dla bardziej otwartych wielbicieli obu gatunków musiało to być - i dalej może - niesamowite przeżycie, a zarazem zaproszenie do innego muzycznego świata. Niewątpliwie jest to album, który po prostu trzeba znać, żeby mieć choć podstawowe pojęcie o muzyce. Powinno się go także doceniać, niezależnie od stylistycznych preferencji. W moje gusta akurat trafia idealnie, ale co ważniejsze - jego obiektywne walory są nie do zakwestionowania.

Ocena: 9/10



The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)

LP1: 1. Emergency; 2. Beyond Games; 3. Where; 4. Vashkar
LP2: 1. Via the Spectrum Road; 2. Spectrum; 3. Sangria for Three; 4. Something Spiritual

Skład: Tony Williams - perkusja, wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy
Producent: Monte Kay i Jack Lewis


8 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "12 x 5" / "No. 2" / "The Rolling Stones, Now!" (1964/65)



W pierwszej połowie lat 60. rynek fonograficzny wyglądał zupełnie inaczej. Nie istniało pojęcie albumu muzycznego w znaczeniu pewnej całości. Były tylko mniej lub bardziej przypadkowe zbiory piosenek. W dodatku płyty długogrające, czyli dwunastocalowe winyle, były właściwie równorzędnymi wydawnictwami z singlami i EPkami (przeważnie publikowanymi na siedmiocalowych winylach). Przedstawiciele europejskich wytwórni płytowych zazwyczaj dochodzili do wniosku, że na tych pierwszych nie ma sensu dublować kawałków z mniejszych płyt. Zupełnie inaczej widziano to w Stanach. Ponieważ tamtejsi wydawcy mogli swobodnie dysponować materiałem, w przypadku takich zespołów, jak The Beatles czy The Rolling Stones dyskografia amerykańska z tego okresu znacznie różni się od europejskiej. O ile w przypadku tej pierwszej grupy sytuację po latach unormowano, tak u Stonesów nadal panuje spory bałagan. Rozwiązaniem mogłaby być kompilacja na wzór "Past Masters", zbierająca nagrania niedostępne na albumach w wersjach z danego kontynentu, co ułatwiłoby zebranie na fizycznych nośnikach całego repertuaru zespołu.

Szczególnie skomplikowana wydaje się sytuacja z następcą debiutanckiego albumu. Wydany w Europie "No. 2" nigdy nie ukazał się w Stanach, natomiast większość zawartego na nim materiału rozproszono na dwóch wydawnictwach: "12 x 5" i "The Rolling Stones, Now!". Repertuaru dopełniły nagrania, które na naszym kontynencie ukazały się przeważnie na singlach oraz EPce "Five By Five". Jednak należy zwrócić uwagę, że amerykańskie longplaye nie wyczerpują całkiem tematu. Dwa utwory z "No. 2" pojawiają się na nich w nieco uboższych wersjach, a innego nie ma w ogóle. Dla lepszego zrozumienia przygotowałem szczegółową rozpiskę:


"12 x 5" (US, październik 1964)
  • Pięć utworów z "Five By Five": przeróbki "Around and Around" Chucka Berry'ego, "Confessin' the Blues" Waltera Browna oraz "If You Need Me" Wilsona Picketta, a także autorskie "Empty Heart" i "2120 South Michigan Avenue".
  • Nagrania z dwóch singli: "It's All Over Now" (przeróbka Bobby'ego Womacka) / "Good Times, Bad Times" oraz "Time Is on My Side" (z repertuaru Kaia Windinga) / "Congratulations".
  • Trzy niewydane wcześniej kawałki: autorski "Grown Up Wrong", "Under the Boardwalk" The Drifters, "Susie Q" Dale'a Hawkinsa.

"No. 2" (EU, styczeń 1965)
  • Trzy utwory z "12 x 5": "Grown Up Wrong", "Under the Boardwalk", "Susie Q".
  • Nowy miks "Time Is on My Side" z dodaną gitarą we wstępie.
  • Osiem premierowych nagrań: autorskie "What a Shame" i "Off the Hook", a także "Everybody Needs Somebody to Love" Solomona Burke'a, "Down Home Girl" Alvina Robinsona, "You Can't Catch Me" Chucka Berry'ego, "Down the Road Apiece" Will Bradley Trio, "I Can't Be Satisfied" Muddy'ego Watersa oraz "Pain in My Heart" Otisa Reddinga.

"The Rolling Stones, Now!" (US, luty 1965)
  • Sześć utworów z "The Rolling Stones No. 2": "What a Shame", "Off the Hook", "Down Home Girl", "You Can't Catch Me", "Down the Road Apiece" i "Pain in My Heart".
  • Inna, dużo krótsza wersja "Everybody Needs Somebody to Love".
  • "Mona (I Need You Baby)" z repertuaru Bo Diddleya (jedyny kawałek z brytyjskiego wydania debiutu, którego nie powtórzono na jego amerykańskim odpowiedniku).
  • Cztery premierowe utwory: autorskie "Heart of Stone" i "Surprise, Surprise", a także przeróbki  "Little Red Rooster" Williego Dixona oraz "Oh Baby (We Got a Good Thing Goin')" Barbary Lynn Ozen.

Dziś oczywiście można bez trudu zapoznać się z całym tym materiałem dzięki serwisom streamingowym. Jednak w epoce fani byli skazani na szukanie importowanych wydań z drugiej strony Atlantyku lub dokupowania wielu dodatkowych płyt. W nieporównywalnie łatwiejszej sytuacji znaleźli się Amerykanie, którym po zakupie "12 x 5" i "The Rolling Stones, Now!" do kompletu nagrań zabrakło jedynie poprawionej wersji "Time Is on My Side", "I Can't Be Satisfied" oraz dłuższego wykonania "Everybody Needs Somebody to Love". Dwa pierwsze znalazły się, odpowiednio, na kompilacjach "Hot Rocks 1964-1971" oraz "More Hot Rocks" z początku lat 70. Trzecie z tych nagrań, o ile mi wiadomo, nigdy nie ukazało się oficjalnie w Stanach. Dużo więcej naszukać musieli się jednak fani z Europy. Pięć utworów było dostępne wyłącznie na EPce "Five By Five", pięć kolejnych - "It's All Over Now", "Little Red Rooster", "Good Times, Bad Times", oryginalny miks "Time Is on My Side" oraz "Congratulations" - pojawiło się na singlach (dwa pierwsze powtórzono też na kompilacji "Big Hits (High Tide and Green Grass)" z 1966 roku), "Surprise, Surprise" trafił tylko na składankę różnych wykonawców "14" z 1965 roku, a "Heart of Stones" i "Oh Baby (We Got a Good Thing Goin')" weszły do repertuaru tutejszej wersji kolejnego longplaya grupy, "Out of Our Heads".

W porównaniu z zawartością debiutu Stonesów, repertuar z tych wydawnictw stanowi wyraźny, choć stosunkowo niewielki krok w rozwoju grupy. Uwagę zwraca większa ilość autorskich kawałków. "Empty Heart" oraz instrumentalny "2120 South Michigan Avenue" to w zasadzie wciąż jeszcze niczym specjalnym się niewyróżniający rhythm'n'blues, dziś brzmiący bardzo archaicznie. Nieco ciekawiej wypada wzbogacony o brzmienie akustycznej gitary "Good Times, Bad Times", a zwłaszcza balladowy, znów częściowo akustyczny "Congratulations", w którym pojawia się bardzo urokliwa, choć naiwna melodia. Solidnie, choć bardzo standardowo wypadają "Grown Up Wrong", "What a Shame" i najbardziej z nich chwytliwy "Off the Hook". "Suprise, "Suprise" przynosi nieco bardziej pomysłową linię melodyczną w refrenie, jednak prawdziwym przebłyskiem okazuje się wyjątkowo zgrabna ballada "Heart of Stone", w której muzycy już tak kurczowo nie trzymają się sprawdzonych patentów. Reszta tego materiału to już przeróbki głównie bluesowych, rock'n'rollowych i rhythm'n'bluesowych standardów. Wyróżnić trzeba przede wszystkim bardzo melodyjny, pełen uroku "Time Is on My Side", a także żarliwy, lekko soulowy "Everybody Needs Somebody to Love", który w dłuższej wersji przekracza pięć minut, co w tamtych czasach było prawdziwym szaleństwem. Do najmocniejszych punktów zaliczam także chwytliwy "It's All Over Now" oraz czadowe wykonania "Susie Q".

"12 x 5", "No. 2" i "The Rolling Stones, Now!" przebijają debiut nieznacznie większą różnorodnością oraz większą pewnością siebie muzyków, którzy stopniowo stawali się coraz lepszymi kompozytorami. To jednak wciąż muzyka ewidentnie przynależąca do epoki raczkującego dopiero rocka, który nie wykraczał poza piosenkowe schematy oraz kilka patentów podebranych z bluesa i rocka and rolla. Już dwa, trzy lata później tego typu granie należało do przeszłości. Nie wiem, czy ma jakikolwiek sens słuchanie tych płyt, jeśli nie jest się wielkim miłośnikiem zespołu lub takiej stylistyki. Jednak w jej ramach jest to całkiem porządna muzyka, z paroma naprawdę fajnymi przebłyskami. Niezrozumiałe jest dla mnie jedynie to, dlaczego w ciągu tych pięćdziesięciu lat, jakie minęły od wydania tych płyt, nie pojawiło się wydawnictwo zbierające cały materiał, który spokojnie zmieściłby się na jednym kompakcie.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "12 X 5" (1964)

1. Around and Around; 2. Confessin' the Blues; 3. Empty Heart; 4. Time Is on My Side; 5. Good Times, Bad Times; 6. It's All Over Now; 7. 2120 South Michigan Avenue; 8. Under the Boardwalk; 9. Congratulations; 10. Grown Up Wrong; 11. If You Need Me; 12. Susie Q

The Rolling Stones - "No. 2" (1965)

1. Everybody Needs Somebody to Love; 2. Down Home Girl; 3. You Can't Catch Me; 4. Time Is on My Side; 5. What a Shame; 6. Grown Up Wrong; 7. Down the Road Apiece; 8. Under the Boardwalk; 9. I Can't Be Satisfied; 10. Pain in My Heart; 11. Off the Hook; 12. Susie Q

The Rolling Stones - "The Rolling Stones, Now!" (1965)

1. Everybody Needs Somebody to Love; 2. Down Home Girl; 3. You Can't Catch Me; 4. Heart of Stone; 5. What a Shame; 6. Mona (I Need You Baby); 7. Down the Road Apiece; 8. Off the Hook; 9. Pain in My Heart; 10. Oh Baby (We Got a Good Thing Goin'); 11. Little Red Rooster; 12. Surprise, Surprise

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bill Wyman - gitara basowa, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino, organy; Jack Nitzsche - pianino, instr. perkusyjne
Producent: Andrew Loog Oldham


6 października 2015

[Recenzja] The Who - "A Quick One" (1966)



O drugim albumie The Who warto pamiętać z jednego powodu. Jest nim finałowy utwór "A Quick One, While He's Away". W 1966 roku takie nagranie było czymś niezwykle oryginalnym, zarówno ze względu na wyjątkowo długi czas trwania, przekraczający dziewięć minut, jak i zupełnie nietypową budowę. Całość składa się z kilku wyraźnie odrębnych pod względem muzycznym części, które łączy spójna warstwa tekstowa. Podobny patent był później chętnie stosowany przez wielu innych wykonawców, głównie z nurtu rocka progresywnego. Inna sprawa, że ten pierwowzór okazuje się niezbyt przemyślany, brakuje mu spójności. Może to kwestia zbyt topornych przejść między poszczególnymi sekcjami, może braku jakiegoś powracającego w różnych momentach motywu, ale brzmi to po prostu jak sześć osobnych kawałków o raczej dość szkicowym charakterze. "A Quick One, While He's Away" to w sumie dość rzadki przykład utworu nowatorskiego i wpływowego, który sam w sobie nie jest zbyt udany. Poza znaczeniem historycznym nie ma wiele ciekawego do zaoferowania.

Reszta płyty już tak postępowa nie jest. To w zasadzie powtórka z debiutanckiego "My Generation", który sam w sobie mocno bazował na patentach wypracowanych wcześniej przez inne proto-rockowe grupy. Ponownie poszczególne kawałki można podzielić na te bliższe surowego rhythm'n'bluesa w stylu The Rolling Stones ("Run Run Run", "I Need You") i bardziej popowego grania z okolic The Beatles ("Whiskey Man", "Heat Wave", "Don't Look Away", "See My Way", "So Sad About You" czy obecny tylko na amerykańskim wydaniu "Happy Jack"). W obu przypadkach brakuje polotu, jaki mają najlepsze utwory tamtych grup. Można też zapomnieć o równie ciekawych aranżacjach, jakie przyniósł "Revolver", czy nawet "Aftermath", a przecież oba ukazały się w tym samym roku. Jedynie pojawiające się tu i ówdzie partie waltorni w wykonaniu Johna Entwistle'a stanowią urozmaicenie typowego dla takiej muzyki instrumentarium. Entwistle odpowiada też za jedyną udaną na tym albumie próbę grania czegoś własnego. "Boris the Spider" wyróżnia się ciekawą linią melodyczną we zwrotkach, złowieszczym refrenem oraz uwypukloną, mniej konwencjonalną partią basu kompozytora. Mniej udany eksperyment to podpisany przez Keitha Moona instrumental "Cobwebs and Strange", składający się głównie z perkusji oraz dęciaków, na których grają wszyscy muzycy, rażący jednak okropnie banalną, jakby cyrkową melodią.

"A Quick One" ukazał się niemal równo rok po poprzednim albumie, więc muzycy mieli dość dużo czasu, który komuś bardziej utalentowanemu wystarczyłby na stworzenie czegoś znacznie ciekawszego. Głównym problemem The Who pozostają do bólu sztampowe, banalne i niecharakterystyczne kompozycje (tym razem jest jeszcze słabiej niż na debiucie), a nieco mniejszym - duża wtórność i pewne spóźnienie z tego typu graniem. Owszem, zdarzają się tu nieliczne próby grania trochę inaczej, a nawet jedno dość wizjonerskie nagranie, jednak muzycy sprawiają w tych momentach wrażenie, jakby sami nie wiedzieli, czego szukają i próbowali to odnaleźć na oślep. Przy takim podejściu efekty mogą być, zapewne czystym przypadkiem, udane ("Boris the Spider"), ale gwarancji nie ma i często wychodzą rzeczy niedopracowane ("A Quick One, While He's Away") lub zwykłe śmieci ("Cobwebs and Strange").

Ocena: 4/10



The Who - "A Quick One" (1966)

1. Run Run Run; 2. Boris the Spider; 3. I Need You; 4. Whiskey Man; 5. Heat Wave; 6. Cobwebs and Strange; 7. Don't Look Away; 8. See My Way; 9. So Sad About Us; 10. A Quick One, While He's Away

Skład: Roger Daltrey - wokal (1,5,7-10), puzon (6); Pete Townshend - gitara, flażolet (6), wokal (5,10), dodatkowy wokal; John Entwistle - gitara basowa, waltornia, trąbka (6), wokal (2,4,10), dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, tuba (6), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Kit Lambert


4 października 2015

[Recenzja] Alphonse Mouzon - "Mind Transplant" (1975)



Alphonse Mouzon to jeden z najbardziej znanych i cenionych perkusistów fusion. Współtworzył grupę Eleventh House oraz pierwszy skład Weather Report, grywał też na płytach takich artystów, jak Larry Coryell, Herbie Hancock, McCoy Tyner, Donald Byrd, Wayne Shorter, a nawet sam Miles Davis (fakt, że jedynie na mało istotnym albumie "Dingo" z 1991 roku). Pozostawił też po sobie całkiem obszerną dyskografię solową. "Mind Transplant" to trzeci album, na którym wystąpił w roli lidera. Trudno nie uniknąć tutaj skojarzeń z wydawnictwem innego słynnego bębniarza fusion, "Spectrum" Billy'ego Cobhama. Tu również znalazła się mieszanka rocka, funku i jazzu, mocno ciążąca w stronę mainstreamu. W dodatku na obu albumach wystąpił Tommy Bolin, przyszły gitarzysta Deep Purple. Pozostali muzycy grający na "Mind Transplant" to cenieni sesyjni gitarzyści Lee Ritenour (możecie go kojarzyć z występu na "The Wall" Pink Floyd) i Jay Graydon, a także najmniej znani w tym gronie basista Henry Davis oraz klawiszowiec Jerry Peters.

Longplay wypełniają przede wszystkim kipiące energią, rozpędzone kawałki, zdominowane przez intensywną grę lidera, wyrazisty bas Davisa oraz gitarowe riffy i solówki, które mogą spodobać się nawet słuchaczom heavy metalu. Oczywiście, partie instrumentalistów są tutaj nieco bardziej finezyjne, lecz jednocześnie jest to bardzo komunikatywna, łatwa w odbiorze muzyka. Takie utwory, jak "Mind Transplant", "Carbon Dioxide", "Ascorbic Acid" czy "Nitroglycerin" wydają się skierowane przede wszystkim dla rockowych słuchaczy. Bywa jednak, że zespół zwalnia i porzuca to cięższe brzmienie na rzecz bardziej funkowego grania, jak ma to miejsce w "Snow Bound", "Happiness Is Loving You", a zwłaszcza w "Some of the Things People Do" - konwencjonalnej piosence, w której pojawia się nawet śpiew Mouzona. Pozostałe, całkowicie instrumentalne utwory mają bardziej swobodną, jakby jamową budowę. Na tle całości mocno wyróżnia się także "Golden Rainbows", tym razem za sprawą bardziej nastrojowego charakteru.

"Mind Transplant" zawiera zatem dość różnorodny materiał, a poszczególne utwory opierają się z reguły na całkiem wyrazistych motywach, będących punktem wyjścia dla świetnych popisów instrumentalistów. Jak na reprezentanta merkantylnego podejścia do fusion, jest to album naprawdę udany, niepopełniający wielu grzechów ówczesnego mainstreamu (np. w kwestii brzmienia, które broni się do dziś). To jednak wciąż granie stawiające wyłącznie na rozrywkę, kosztem artystycznych wartości. Album polecam przede wszystkim słuchaczom, którzy dopiero zaczynają interesować się jazzem, albo wręcz stronią od tego gatunku. Zawarta tu muzyka pod wieloma względami - na czele z brzmieniem - przypomina raczej rock lub funk, ale już sposób myślenia o kompozycji jest bardzo jazzowy. "Mind Transplant" powinien zatem ułatwić otworzenie się na ten gatunek.

Ocena: 8/10



Alphonse Mouzon - "Mind Transplant" (1975)

1. Mind Transplant; 2. Snow Bound; 3. Carbon Dioxide; 4. Ascorbic Acid; 5. Happiness Is Loving You; 6. Some of the Things People Do; 7. Golden Rainbows; 8. Nitroglycerin

Skład: Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal (6); Tommy Bolin - gitara; Lee Ritenour - gitara; Jay Graydon - gitara; Henry Davis - gitara basowa; Jerry Peters - instr. klawiszowe
Producent: Skip Drinkwater


2 października 2015

[Recenzja] Taste - "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" DVD (2015)



Po czterdziestu pięciu latach od rozpadu Taste - i dwudziestu od śmierci jego lidera, Rory'ego Gallaghera - ukazuje się pierwsze w dyskografii irlandzkiego tria wideo. Podstawę "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" stanowi rejestracja występu grupy na tytułowym Isle of Wight Festival z 28 sierpnia 1970 roku. Był to największy festiwal, jaki odbył się w tamtych czasach, z publicznością szacowaną na 600 000 widzów, co czterokrotnie przewyższało ówczesną populację wyspy Wight, na której odbyło się to wydarzenie. To o blisko dwieście tysięcy więcej, niż na znacznie słynniejszym Woodstock '69. W ciągu pięciu dni na Isle of Wight Festival wystąpiło wielu interesujących wykonawców, jak Miles Davis, The Who, Ten Years After, Jethro Tull, trio Emerson, Lake & Palmer, czy Jimi Hendrix i The Doors, dla których były to zresztą ostatnie brytyjskie występy (niedługo później zmarł zarówno Hendrix, jak i Jim Morrison).

Taste należał do mniej znanych atrakcji festiwalu, co jednak nie przeszkodziło muzykom dać porywającego wstępu, obejmującego zarówno niesamowicie energetyczne wersje własnych kompozycji (np. "What's Going On", "Same Old Story"), jak i rewelacyjnie rozimprowizowane interpretacje bluesowych standardów (m.in. "Sugar Mama", "Catfish"). Zespół rozpadł się niedługo później, ale muzycy dają tu z siebie wszystko. Zapis audio tego występu był już wcześniej dostępny na wydanym w 1971 roku i kilkakrotnie wznawianym albumie "Live at the Isle of Wight", jednak z trochę innym repertuarem. Nie było tam utworów "Gambling Blues" i "Same Old Story", które doczekały się premiery na DVD, za to znalazło się pełne wykonanie "I Feel So Good", który tutaj pojawia się tylko w krótkim fragmencie i to ze źle zsynchronizowanym obrazem. Wersji audiowizualna występu nie była dostępna aż do teraz. Wbrew obawom o bootlegową jakość obrazu, zapis koncertu  jest pod tym względem zaskakująco dobry. Zresztą i dźwięk wypada bez zarzutu. Materiał można oglądać w dwóch wersjach - pierwsza to sam koncert, natomiast w drugiej wzbogacają go fragmenty dokumentalne, z współczesnymi lub archiwalnymi wypowiedziami znanych muzyków i innych ludzi z branży, a także samego Gallaghera.

"What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" zawiera także kilka dodatków (niestety, wszystkie z dźwiękiem monofonicznym). Szczególnie atrakcyjny jest zapis występu bez udziału publiczności dla niemieckiego programu telewizyjnego Beat Club. Pokazuje on znacznie większą wszechstronność muzyków niż festiwalowy występ, na którym zaprezentowali wyłącznie czadowy repertuar. Tutaj sięgnęli także po stonowany, niemal folkowy "If the Day Was Any Longer", a także jazz-rockowy, rozimprowizowany "It's Happened Before, It'll Happen Again", w którym Gallagher - tak jak w wersji studyjnej - gra na zmianę na gitarze i saksofonie altowym. Dla równowagi trio zagrało także hard rockowy "Morning Sun". Poza tym dodatki obejmują także trzy fabularyzowane teledyski ("I'll Remember", "What's Going On", "Born on the Wrong Side of Time"), które niestety bardzo się zestarzały. Muzyka zespołu wciąż jednak brzmi tak samo ekscytująco, jak czterdzieści pięć lat temu.

Równolegle z DVD "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" ukazał się tak samo zatytułowany album koncertowy, opublikowany na CD oraz dwóch płytach winylowych. Trafił na niego, oczywiście, zapis tytułowego występu. Jednak ta wersja jest repertuarowo bogatsza zarówno od wersji DVD, jak i wspomnianego albumu z 1971 roku. Repertuar obejmuje wszystkie zagrane utwory, w tym "Gambling Blues", "Same Old Story" i pełną wersję "I Feel So Good", ale także niedostępne nigdzie indziej wykonania "I'll Remember" oraz "Blister on the Moon".

"What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" to rewelacyjny dokument przedstawiający nie tylko fantastyczny występ jednego z najbardziej niedocenionych zespołów w historii muzyki rockowej, ale też atmosferę hippisowskich festiwali przełomu lat 60. i 70. Pozycja obowiązkowa, bez dwóch zdań. Nie tylko dla wielbicieli Rory'ego Gallaghera.

Ocena: 8/10



Taste - "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" (2015)

1. What's Going On; 2. Sugar Mama; 3. Morning Sun; 4. Gambling Blues; 5. Sinner Boy; 6. Same Old Story; 7. Catfish; Beat Club 1970: 8. If the Day Was Any Longer; 9. It's Happened Before, It'll Happen Again; 10. Morning Sun; P3 Music Promo Videos: 11. I'll Remember; 12. What's Going On; 13. Born on the Wrong Side of Time

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, harmonijka (8), saksofon (9); Richard McCracken - gitara basowa; John Wilson - perkusja
Reżyser: Murray Lerner
Producent: Daniel Gallagher