29 listopada 2012

[Recenzja] Dust - "Dust" (1971) / "Hard Attack" (1972)

Amerykańska grupa Dust to jeden z tych licznych zespołów, którym nie udało się zyskać popularności i słuch szybko o nich zaginął. No, prawie... W przeciwieństwie do członków wielu innych tego typu zespołów, muzycy Dust nie porzucili całkiem muzycznej kariery. Śpiewający gitarzysta Richie Wise i pełniący rolę tekściarza oraz producenta Kenny Kerner zdobyli pewną rozpoznawalność dzięki współpracy z grupą Kiss (byli producentami jej dwóch pierwszych albumów, "Kiss" i "Hotter Than Hell"). Z kolei basista Kenny Aaronson został muzykiem sesyjnym i ma na koncie współpracę m.in. z Edgarem Winterem, Joan Jett i Billym Idolem. Największą sławę zyskał jednak perkusista Marc Bell, który w 1978 roku dołączył do The Ramones, przyjmując nazwisko Marky Ramone. Dzięki tym późniejszym dokonaniom muzyków, twórczość Dust zaczęła cieszyć się pewnym uznaniem. 

Zespół pozostawił po sobie dwa albumy studyjne. Wydany w 1971 roku debiutancki Dust charakteryzuje się bardzo surowym brzmieniem, które jednak pasuje do wykonywanej muzyki - typowego dla tamtych czasów hard rocka, z małymi wyskokami w stronę blues rocka ("Goin' Easy") lub rock and rolla ("Loose Goose"). Czasem brzmienie wzbogacają partie gitary akustycznej ("Love Me Hard", "Often Shadows Felt"), ale dominuje ostrzejsze granie. Longplay niestety niczym nie zaskakuje i już w chwili wydania brzmiał bardzo wtórnie w stosunku do pionierów stylu. Wykonanie instrumentalne  jest po prostu poprawne, a wokal bywa drażniący. Największym problemem muzyków jest jednak brak kompozytorskich zdolności. Utwory są zupełnie przeciętne, słabe melodycznie (może z wyjątkiem ballady "Often Shadows Felt"), pozbawione rozpoznawalnych motywów. Może jedynie w prawie dziesięciominutowym "From a Dry Camel" pojawiają się jakieś przebłyski talentu, choć utwór jest zbyt monotonny i na siłę przedłużany powtarzaniem tych samych motywów.
Ocena: 5/10

Rok później zespół wydał swój kolejny album, zatytułowany "Hard Attack". Zwraca uwagę lepsze brzmienie. Ale co ważniejsze, muzycy nieco poprawili się jako kompozytorzy i wykonawcy, czego najlepszym przykładem otwierający longplay kawałek "Pull Away / So Many Times" (przypominający nieco Wishbone Ash), wyróżniający się całkiem chwytliwą melodią, niezłymi partiami instrumentalistów i nieco mniej oczywistą strukturą. Do lepszych momentów zaliczyć można jeszcze częściowo akustyczny "Walk in the Soft Rain", oraz ciężki "Suicide", w którym pojawia się nawet solo na basie. Niestety, całość jest bardzo niespójna. Poza tym, zbyt wiele tutaj mdłych ballad, czasem wręcz ocierających się o stylistykę country ("Thusly Spoken", "I Been Thinkin'", "How Many Horses") i koszmarków w rodzaju "Learning to Die" z pełną patosu partią wokalną, która zdaje się zwiastować power metal, oraz rażący niemal ramonesowym banałem "All in All". "Hard Attack" można zatem - w przeciwieństwie do debiutu - uznać za album przynajmniej momentami nowatorski. Lecz akurat w tym wypadku bycie prekursorem nie jest powodem do dumy, a prędzej do wstydu.
Ocena: 5/10



Dust - "Dust" (1971)

1. Stone Woman; 2. Chasin' Ladies; 3. Goin' Easy; 4. Love Me Hard; 5. From a Dry Camel; 6. Often Shadows Felt; 7. Loose Goose


Dust - "Hard Attack" (1972)

1. Pull Away / So Many Times; 2. Walk in the Soft Rain; 3. Thusly Spoken; 4. Learning to Die; 5. All in All; 6. I Been Thinkin'; 7. Ivory; 8. How Many Horses; 9. Suicide / Entranco

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


28 listopada 2012

[Recenzja] East of Eden - "Mercator Projected" (1969)



Druga połowa lat 60. była niezwykle ciekawym okresem w muzyce rockowej. Pojawiło się wielu ambitnych twórców, których eksperymenty znacznie poszerzały ramy gatunku, tworząc nowe style. Nie wszyscy z nich zdobyli jednak należne uznanie. Do takich niedocenionych, dziś już zapomnianych wykonawców zaliczyć można brytyjską grupę East of Eden. Stało się tak pomimo obiecującego początku kariery (bardzo udane albumy "Mercator Projected" i "Snafu"), oraz zdobycia pewnej rozpoznawalności (dzięki przebojowemu singlowi "Jig-A-Jig", ale też za sprawą gościnnego występu lidera Dave'a Arbusa w utworze "Baba O' Riley" The Who).

Zawiniło wiele rzeczy. Na pewno zbyt liczna konkurencja i słaba promocja wytwórni (zespół zakontraktowany był w Deram Records - oddziale Decca Records, który słynął z małych nakładów albumów nowych wykonawców). Ale też sam zespół, który nie mógł utrzymać stałego składu, a wraz z kolejnymi zmianami, malała jakość jego muzyki. Problemem był też pewnie sam styl grupy, trudny do sklasyfikowania, co musiało rozzłościć krytyków.

Na debiutanckim albumie "Mercator Projected" zwraca uwagę bardzo bogate brzmienie, które oprócz podstawowego w rocku instrumentarium - gitara, bas i bębny - obejmuje także skrzypce, saksofon, flet, dudy, kalimbę, harmonijkę i klawisze, w tym syntezator (słyszalny przede wszystkim na początku "Communion"). Równie bogate są inspiracje zespołu - od rocka psychodelicznego, przez blues, folk i jazz, po muzykę arabską i klasyczną, a gdzieniegdzie pojawiają się też cięższe, hardrockowe riffy. W praktycznie każdym utworze muzycy mieszają przynajmniej kilka tych elementów, dzięki czemu całość brzmi bardzo oryginalnie i spójnie.

Zespół wypracował własny styl, dzięki czemu można znaleźć wspólny mianownik zarówno w tych bardziej energetycznych i przebojowych momentach albumu ("Northern Hemisphere", "Isadora"), tych bardziej stonowanych, z psychodelicznym klimatem (mocno orientalizujący "Waterways", oniryczny "Bathers"), jak i zakręconym instrumentalnym jamie "In the Stable of the Sphinx", który doskonale wieńczy i podsumowuje ten album. Nieco od całości odstaje tylko bardziej surowy brzmieniowo "Centaur Woman", o ewidentnie żartobliwym charakterze (za sprawą tekstu i odgłosu... spuszczanej wody w sedesie), ale też z fajnymi partiami bluesowej harmonijki i niezłą improwizacją z przesterowanym basem. Na brak różnorodności na pewno nie można narzekać.

"Mercator Projected" nie jest może wielkim dziełem, bo brakuje na nim czegoś naprawdę wybitnego. Ale z drugiej strony - to naprawdę dobrze skomponowany, świetnie zagrany i porządnie brzmiący, a przy tym całkiem oryginalny album. Dla miłośników muzyki z tamtych lat, którzy poznali już dobrze wszystkich znanych wykonawców - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



East of Eden - "Mercator Projected" (1969)

1. Northern Hemisphere; 2. Isadora; 3. Waterways; 4. Centaur Woman; 5. Bathers; 6. Communion; 7. Moth; 8. In the Stable of the Sphinx

Skład: Geoff Nicholson - wokal i gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon, dudy; Ron Caines - saksofon, instr. klawiszowe, wokal (4); Steve York - bass, harmonijka, kalimba; Dave Dufont - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Noel Walker


23 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)



To był prawdziwie uroczysty dzień. 10 grudnia 2007 w londyńskiej O2 Arena odbył się pierwszy pełnowymiarowy koncert Led Zeppelin od niemal 30 lat, a więc od czasu śmierci Johna Bonhama i zawieszenia działalności zespołu. W międzyczasie pozostali żyjący muzycy - Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones - kilkakrotnie pojawiali się razem na scenie w związku z różnymi wyjątkowymi okazjami (jak Live Aid w 1985 roku, albo wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame równo dekadę później), były to jednak bardzo krótkie występy. Tym razem, po długich negocjacjach, zgodzili się zagrać dwugodzinny set. Powodem tej jednorazowej - jak podkreślają muzycy, z Plantem na czele - reaktywacji było zaproszenie na koncert poświęcony pamięci Ahmeta Erteguna - zmarłego rok wcześniej założyciela wytwórni Atlantic, który prawie cztery dekady wcześniej podpisał z zespołem jego pierwszy kontrakt.

Pięć lat po tym wydarzeniu, jego zapis zostaje wydany na albumie "Celebration Day". Ten niezwykle trafny tytuł pochodzi oczywiście od tytułu jednego z utworów zespołu. którego jednak na koncercie nie zagrano. Na setlistę złożyło się szesnaście utworów, pochodzących ze wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Presence". W tym wielkie przeboje w rodzaju "Whole Lotta Love", "Rock and Roll", "Kashmir", "Dazed and Confused", "Since I've Been Loving You", czy - zagrany pomimo oporów Planta - "Stairway to Heaven". Ale też mniej oczywiste utwory, jak "Good Times, Bad Times", "In My Time of Dying", czy wręcz zagrane po raz pierwszy "Ramble On" i "For Your Life". Dla wszystkich uczestników koncertu (którym udało się kupić bilety w wyniku przeprowadzonego losowania) musiało to być niezapomniane przeżycie - usłyszeć te klasyczne kompozycje w wykonaniu trzech członków oryginalnego składu i syna czwartego, Jasona Bonhama.

Jednak nie oszukujmy się - płytowy zapis już tak ekscytujący nie jest (zarówno wersja audio z CD lub winyla, jak i filmowa z DVD lub Blu-ray). Te trzydzieści lat musiało się odbić na muzykach. To już nie są pełni energii młodzieńcy, a dawno mający za sobą najlepsze lata emeryci. Wokal Planta brzmi tutaj znacznie niżej, słychać też, że męczy się w wielu momentach, zwłaszcza tych najbardziej hardrockowych. Ze względu na jego aktualne możliwości, utwory zostały zagrane nieco inaczej - trochę wolniej, w innej tonacji. Ale brzmią też ciężej, nowocześniej - co w praktyce oznacza współczesny, skompresowany dźwięk. Który zwyczajnie męczy, szczególnie w tych bardziej dynamicznych momentach. Nie brakuje tu co prawda udanych momentów. Jest przecież bardzo klimatyczne wykonanie "No Quarter", przejmujący "Since I've Been Loving You", czy lekko rozbudowany "Dazed and Confued". Problem w tym, że nawet te utwory wypadają blado na tle studyjnych pierwowzorów i koncertowych wykonań z lat 70. Najbardziej rozczarowuje natomiast "Stairway to Heaven" z zagraną zupełnie od niechcenia końcówką - z wymuszonym wokalem Planta i kompletnie pozbawioną życia solówką Page'a.

Podczas konferencji prasowej promującej "Celebration Day", gitarzysta twierdził: Rzecz w tym, że utwory, które graliśmy, powiedzmy, w 1969 roku, z czasem się zmieniały, przeobrażały i w 1973 roku brzmiały już inaczej, a w 1975 jeszcze inaczej. Muzyka ulegała różnym mutacjom. Jeśli chodzi o ten koncert, myślę, że przedstawiliśmy właściwie definitywne wersje naszych kompozycji. Zdecydowanie nie są to jednak wersje, w jakich chcę pamiętać te utwory. I podejrzewam, że tak samo czują inni wielbiciele zespołu. "Celebration Day" to fajna pamiątka dla tych, którzy w koncercie uczestniczyli, ale dla wszystkich pozostałych będzie prawdopodobnie sporym rozczarowaniem. Zdecydowanie lepiej przypomnieć sobie jakąś koncertówkę z czasów świetności zespołu.

Ocena: 6/10



Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)

CD1: 1. Good Times, Bad Times; 2. Ramble On; 3. Black Dog; 4. In My Time of Dying; 5. For Your Life; 6. Trampled Under Foot; 7. Nobody's Fault But Mine; 8. No Quarter
CD2: 1. Since I've Been Loving You; 2. Dazed And Confused; 3. Stairway to Heaven; 4. The Song Remains The Same; 5. Misty Mountain Hop; 6. Kashmir; 7. Whole Lotta Love; 8. Rock and Roll

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; Jason Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


20 listopada 2012

[Recenzja] The Doors - "Live at the Bowl '68" (2012)



"Live at the Bowl '68" to zapis koncertu The Doors, który odbył się 5 lipca 1968 (jak podkreślają wszystkie materiały promocyjne - dzień po amerykańskim Dniu Niepodległości), w kalifornijskim amfiteatrze Hollywood Bowl. Nie jest to pierwsze oficjalne wydawnictwo zawierające ten materiał. Już w 1987 roku fragmenty koncertu ukazały się na winylowym albumie "Live at the Hollywood Bowl", a nosząca ten sam tytuł kaseta VHS zawierała niemal kompletny zapis występu - jednak z powodu uszkodzonego zapisu pominięte zostały utwory "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)" i "Hello, I Love You", a "Spanish Caravan" pojawił się tylko we fragmencie. DVD "The Doors - Collection" z 1999 roku, zawierające m.in. właśnie ten koncert, nic w tej kwestii nie zmieniło. Dopiero dzięki współczesnej technice odzyskano uszkodzone fragmenty, dzięki czemu fani The Doors mogą w końcu cieszyć się pełnym zapisem tego koncertu. Radość tym większa, że "Live at the Bowl '68" ukazał się zarówno na płycie CD, jak i DVD.

Koncert ten jest uznawany za jeden z najlepszych - a nawet najlepszy - występów grupy. Zresztą słowo "koncert" nie oddaje atmosfery tego występu, lepiej pasowałoby określenie "ceremonia". Muzycy grają jakby byli w transie (i zapewne byli - narkotykowym), a wydobywane przez nich z instrumentów dźwięki mogą spowodować ten sam stan u słuchaczy ("When the Music's Over", "Light My Fire", "The End"). Mistrzem ceremonii jest oczywiście Jim Morrison, posiadający nie tylko wspaniały głos, ale też wszystkie cechy potrzebne by stać się idealnym frontmanem grupy rockowej. Grupy, która była wtedy u szczytu swojej popularności. Tuż po wydaniu trzeciego albumu, "Waiting for the Sun", i sukcesie promującego go singla "Hello, I Love You", który jako drugi (po "Light My Fire") i ostatni z utworów The Doors osiągnął pierwsze miejsce na amerykańskiej liście singlowych bestsellerów.

Repertuar koncertu nie składał się jednak z samych hitów. Grupa sięgnęła także po mniej znane utwory, jak świetny "Spanish Caravan", "Five to One", czy "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)", który dopiero trzy lata później trafił na album studyjny ("L.A. Woman"). Poza tym są tu fragmenty utworu "Celebration of the Lizard", który miał wypełnić całą jedną stronę "Waiting for the Sun", jednak sprzeciwił się temu producent, Paul A. Rothchild. Na tamten album trafiła jedynie część zatytułowana "Not to Touch the Earth", natomiast na "Live at the Bowl '68" możemy posłuchać kolejnych trzech: "A Little Game", "The Hill Dwellers" oraz "Wake Up!". Ponadto zespół wykonał przeróbki "Alabama Song (Whiskey Bar)" Bertolta Brechta i "Back Door Man" Howlin' Wolfa, które zresztą umieścił już na swoim debiutanckim albumie, "The Doors".

"Live at the Bowl '68" to dobrze brzmiący zapis świetnego koncertu. Śmiało można go postawić obok wydanego jeszcze w czasach funkcjonowania grupy "Absolutely Live" z 1970 roku. Pod względem repertuarowym jest nawet jeszcze lepiej, niż na tamtej legendarnej, przełomowej w kwestii realizacji, koncertówce. Najlepiej mieć jednak oba wydawnictwa, bo - mimo kilku repertuarowych powtórek - idealnie się uzupełniają.

Ocena: 8/10



The Doors - "Live at the Bowl '68" (1987/2012)

1987: Wake Up!; 2. Light My Fire; 3. The Unknown Soldier; 4. A Little Game; 5. The Hill Dwellers; 6. Spanish Caravan (fragment); 7. Light My Fire (fragment)

2012: 1. Intro; 2. When the Music's Over; 3. Alabama Song (Whiskey Bar); 4. Back Door Man; 5. Five to One; 6. Back Door Man (Reprise); 7. The WASP (Texas Radio and the Big Beat); 8. Hello, I Love You; 9. Moonlight Drive; 10. Horse Latitudes; 11. A Little Game; 12. The Hill Dwellers; 13. Spanish Caravan; 14. Wake Up!; 15. Light My Fire; 16. The Unknown Soldier; 17. The End

Skład: Jim Morrison - wokal, instr. perkusyjne; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Producent: Bruce Botnick

Po prawej: okładka wersji z 1987 roku.


12 listopada 2012

[Recenzja] Soundgarden - "King Animal" (2012)



Szesnaście lat po poprzednim studyjnym albumie, "Down on the Upside", grupa Soundgarden opublikowała nowy, premierowy materiał. "King Animal", szósty studyjny album zespołu, rozpoczyna się od bardzo trafnie zatytułowanego "Been Away Too Long". Muzycy nie grali ze sobą od zbyt dawna. Upłynęło zbyt wiele czasu, by byli w stanie nagrać coś na poziomie swoich wcześniejszych osiągnięć. Choć usilnie próbują nawiązać do dawnej świetności stylistyką. "King Animal" brzmi jak wypadkowa poprzednich trzech albumów, z naciskiem na "Superunknown". Brakuje tu jednak dawnej świeżości, energii i przede wszystkim dobrych, zapamiętywanych melodii. Zdecydowanie nie pomaga płaskie, przytłumione brzmienie (skompresowane wedle współczesnych standardów). A wspomniany upływ czasu słychać przede wszystkim w wokalnych partiach Chrisa Cornella, który z trudem wyciąga wyższe tony (a robi to często). Przynajmniej pod względem instrumentalnym zdarzają się - rzadkie - przebłyski, jak ciekawe pod względem rytmicznym "Taree" i "Rowling", czy dość zgrabna ballada "Bones of Birds". Jednocześnie nie ma tu jakiś naprawdę słabych momentów. Po prostu jest bardzo przeciętnie. I całość trwa zdecydowanie zbyt długo, co w połączeniu z wcześniej wspomnianymi wadami sprawia, że słuchanie "King Animal" jest męczące.

Ocena: 5/10



Soundgarden - "King Animal" (2012)

1. Been Away Too Long; 2. Non-State Actor; 3. By Crooked Steps; 4. A Thousand Days Before; 5. Blood on the Valley Floor; 6. Bones of Birds; 7. Taree; 8. Attrition; 9. Black Saturday; 10. Halfway There; 11. Worse Dreams; 12. Eyelid's Mouth; 13. Rowing

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Producent: Adam Kasper


6 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)



Trzy lata po premierze "Death Magnetic" ukazał się suplement do tego albumu. EPka "Beyond Magnetic" to zbiór wcześniej niepublikowanych nagrań, które powstały podczas sesji wspomnianego longplaya. Premiera wydawnictwa nie przypadkiem zbiegła się w czasie z obchodami 30-lecia istnienia Metalliki. Zespół z tej okazji zagrał cztery specjalne koncerty w Fillmore Theatre w San Francisco - odbyły się w dniach 5, 7, 9 i 10 grudnia 2011 roku. Podczas każdego z nich został zagrany premierowo jeden nowy utwór. Następnie jego wersja studyjna była udostępniania do darmowego ściągnięcia. 13 grudnia zupełnie niepodziewanie wszystkie cztery zostały wydane na fizycznym nośniku.

Utwory pod względem stylistycznym nawiązują do dokonań zespołu z lat 1984-91. Spokojnie mogłoby zatem znaleźć się na "Death Magnetic". Każdy z nich pasowałby tam bardziej, niż "The Unforgiven III". Rozpoczynający EPkę "Hate Train", zbudowany na świetnym riffie, jest zresztą znacznie bardziej udany, niż zdecydowana większość kawałków z tamtego longplaya. Nieco słabiej, bardziej topornie, ale w sumie przyzwoicie wypadają także "Just a Bullet Away" (który pod tytułem "Shine" miał zostać wydany na singlu "The Day That Never Comes", z czego w ostatniej chwili zrezygnowano) i "Hell and Back". Może nieco mniej na album pasowałby "Rebel of Babylon", momentami bliższy stylistyki "Load", ale to także nie najgorszy kawałek. Warto zwrócić uwagę na brzmienie całości, które jest nieporównywalnie lepsze, niż na "Death Magnetic" - bardziej dynamiczne, bez zniekształceń. Przyczepić można się natomiast do długości poszczególnych kawałków - EPka trwa niemal równe pół godziny, co daje średnio siedem i pół minuty na utwór. Przy tego typu muzyce jest to zdecydowanie za długo.

"Beyond Magnetic" to w sumie całkiem udane wypełnienie czasu pomiędzy regularnymi albumami. Bardziej udane od albumu, na którym zawarte tu utwory się nie znalazły, bo zespół wolał umieścić na nim słabe kopie swoich starszych nagrań.

Ocena: 6/10



Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)

1. Hate Train; 2. Just a Bullet Away; 3. Hell and Back; 4. Rebel of Babylon

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Rick Rubin


5 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Death Magnetic" (2008)



"Death Magnetic" to pierwszy w karierze Metalliki krok wstecz. Popełniony całkowicie świadomie, z przyczyn merkantylnych. Aby odzyskać zaufanie fanów, stracone po wydaniu "St. Anger", muzycy nagrali album bezpośrednio nawiązujący do najbardziej cenionego okresu swojej działalności (lat 1984-88). "Death Magnetic" jest zatem albumem wymuszonym, nagranym pod publikę, a nie z potrzeby artystycznego wyrazu. Sytuacji na pewno nie ratuje fatalne brzmienie. Zespół nawiązał współpracę z producentem Rickiem Rubinem, jednym z największych winowajców tzw. loudness war. Album jest nagrany tak głośno, że dźwięk został nienaturalnie zniekształcony. Irytujące jest także jego niezmienne natężenie, całkowita kompresja i brak dynamiki. Warto jednak dodać, że istnieje także miks albumu z mniej zniekształconym dźwiękiem, z wersji dołączonej do gry "Guitar Hero III: Legends of Rock", chętnie bootlegowany przez fanów.

"Death Magnetic" już samą strukturą nawiązuje do albumów "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...And Justice for All". Na początek mamy więc szybki kawałek poprzedzony łagodnym wstępem ("That Was Just Your Life"), pod numerem czwartym - balladę z zaostrzeniami ("The Day That Never Comes", nachalnie powielający strukturę "One" i melodię "Fade to Black"), na przedostatniej ścieżce - długi instrumental ("Suicide & Redemption"), a także najbardziej agresywny i rozpędzony kawałek na zakończenie ("My Apocalypse"). Takich oczywistych skojarzeń jest tu więcej. Chociażby próba nagrania nowego "Creeping Death" ("The End of the Line"). Każdy z tych utworów wypada, oczywiście, bardzo blado w porównaniu ze swoimi pierwowzorami. Brakuje im nie tylko świeżości, ale także dobrych melodii, zapamiętywalnych riffów i ekscytujących solówek (solówki są tu zresztą często naprawdę kiepskie i chaotyczne).

Na albumie znalazł się także ukłon w stronę zwolenników Metalliki z lat 90., w postaci utworu "The Unforgiven III". Jednak poza tytułem ciężko znaleźć tu podobieństwa do poprzednich części, poza przeplataniem balladowych fragmentów z ostrzejszymi. Melodia jest zupełnie bezbarwna, aranżacja odpycha strasznie kiczowatymi partiami pianina i smyczków, a ponadto kawałek strasznie się dłuży. To ostatnie stanowi zresztą także problem pozostałych utworów, których średnia długość przekracza siedem minut. Dzieje się w nich natomiast niewiele, czego przykładem chociażby "Broken, Beat & Scarred" i "The Judas Kiss", powtarzające do znudzenia te same motywy. Nieco lepiej prezentują się natomiast "Cyanide" i zwłaszcza "All Nightmare Long", będące jakby połączeniem thrashowej Metalliki z lat 80. i tej bardziej rockowej z następnej dekady, dzięki czemu nie wywołują aż tak nachalnych skojarzeń, jak inne nagrania. Pierwszy z nich wyróżnia się odrobinę mniej oczywistą strukturą i wysuwającymi się na pierwszy plan partiami basu (w wykonaniu nowego basisty, Roba Trujillo), natomiast drugi zwraca uwagę najlepszym refrenem.

"Death Magnetic" to dokładnie taki album, na jaki czekała większość fanów Metalliki. A więc album zupełnie niepotrzebny, bo zespół już wcześniej nagrywał takie same, tylko znacznie lepsze pod względem kompozytorskim (i brzmieniowym). Przy okazji powtarza największy błąd kilku poprzednich wydawnictw - jest zdecydowanie za długi, przez co ciężko wysłuchać go w całości. 

Ocena: 5/10



Metallica - "Death Magnetic" (2008)

1. That Was Just Your Life; 2. The End of the Line; 3. Broken, Beat & Scarred; 4. The Day That Never Comes; 5. All Nightmare Long; 6. Cyanide; 7. The Unforgiven III; 8. The Judas Kiss; 9. Suicide & Redemption; 10. My Apocalypse

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: David Campbell - orkiestracja (7)
Producent: Rick Rubin


4 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "St. Anger" (2003)



"St. Anger" był nagrywany w trudnym dla zespołu okresie. Nieco wcześniej opuścił go Jason Newsted (podczas sesji zastąpił go producent Bob Rock), a pozostali muzycy byli wyczerpani po latach nadużywania pewnych substancji (co dokładniej zostało omówione w dokumencie "Some Kind of Monster"). W rezultacie powstał album nieprzemyślany, który spotkał się z dość jednoznaczną krytyką.

Główne zarzuty, jakie są mu stawiane, to: garażowe brzmienie (zwłaszcza w przypadku perkusji, która brzmi jak walenie w metalowe przedmioty), inspiracja nu metalem (skandowane partie wokalne, brak gitarowych solówek, przeplatanie fragmentów agresywnych z wręcz popowymi), oraz monotonia (utwory trwają średnio po siedem minut, a niewiele się w nich dzieje). Wszystko się zgadza. Sam przez wiele lat należałem do zagorzałych przeciwników tego albumu. Ale po ostatnim przypomnieniu go sobie, zacząłem nieco inaczej na niego patrzeć. Przede wszystkim, nie ma nic złego w tym, że zespół chciał spróbować czegoś nowego. Zwłaszcza, że raczej nie stały za tym względy merkantylne, bo w takim wypadku zespół nagrałby coś bardziej przystępnego. Trudno to jednak wytłumaczyć fanom, którzy by chcieli, żeby zespół przez całą karierę nagrywał kopie ich ulubionego albumu. Po drugie, "St. Anger" niewątpliwie ma swoje zalety.

James Hetfield nigdy wcześniej ani później nie śpiewał tak różnorodnie, jak tutaj. Nie wszystkie sposoby, na jakie to robi, są dobre (czasem brzmi dość karykaturalnie), ale niektóre z tutejszych partii wokalnych należą do jego najlepszych. Z kolei brzmienie jest faktycznie dość dziwne, ale ta metaliczna perkusja daje całkiem ciekawy efekt, kojarzący się z wczesnym industrialem. Gdyby tylko Lars Urlich nie grał tak chaotycznie... Same utwory też nie są najgorsze, choć sporo tracą przez niepotrzebne rozciąganie. Singlowe, skrócone wersje "St. Anger" i "Some Kind of Monster" udowadniają, że mogło być naprawdę dobrze, gdyby nieco bardziej przyłożyć się do miksu. Oba wspomniane kawałki posiadają zarówno dobre riffy, jak i chwytliwe melodie. Świetnych momentów i dobrych melodii nie brakuje też w takich nagraniach, jak np. "The Unnamed Feelings" (z gitarą udającą DJ-skie zabawy z płytami - choć nie tak kreatywną, jak u Toma Morello), "Frantic", czy "Sweet Amber", choć żaden z nich nie jest pozbawiony wyżej wspomnianych wad. Zdarzają się także zupełnie bezsensowne łupanki ("My World", "Purify"). 

"St. Anger" to już trzeci z rzędu album Metalliki, który bardzo trudno przesłuchać za jednym razem w całości. Tym razem męczący nie tylko swoją długością, ale także brzmieniem i jednostajnością. Sam pomysł nagrania takiego albumu nie wydaje się jednak tak beznadziejny, jak się powszechnie uważa. Przydałoby się jednak bardziej popracować na etapie miksów, aby uniknąć dłużyzn. I zatrudnić sesyjnego perkusistę.

Ocena: 5/10



Metallica - "St. Anger" (2003)

1. Frantic; 2. St. Anger; 3. Some Kind of Monster; 4. Dirty Window; 5. Invisible Kid; 6. My World; 7. Shoot Me Again; 8. Sweet Amber; 9. The Unnamed Feelings; 10. Purify; 11. All Within My Hands

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Bob Rock - bass
Producent: Bob Rock i Metallica


3 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "S&M" (1999)



Trzy dekady po pierwszych próbach łączenia rocka z orkiestrą (Deep Purple, Moody Blues, Pink Floyd, Procol Harum), zakończonych niepowodzeniem i dlatego przez wiele lat niekontynuowanych, nastąpiła druga fala podobnych eksperymentów. Według powszechnej wiedzy zapoczątkowana została przez Metallikę i album "S&M". Jednak w rzeczywistości na pomysł jako pierwsi wpadli muzycy grupy Scorpions. Kilka lat wcześniej nawiązali oni współpracę z Michaelem Kamenem, który miał zająć się zaaranżowaniem partii orkiestry. Kamen szybko jednak zrezygnował z projektu, po czym... zgłosił się do muzyków Metalliki i sprzedał im pomysł połączenia sił z orkiestrą. Scorpionsi ostatecznie zatrudnili innego aranżera i nagrali swój symfoniczny album "Moment of Glory". Wcześniej jednak wydany został metallikowy "S&M", skompilowany z dwóch występów, z 21 i 22 kwietnia 1999 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. Zespołowi towarzyszyła The San Francisco Symphony pod batutą Kamena.

Już sama idea łączenia rocka i orkiestry jest pomysłem tyleż dziwnym, co pretensjonalnym. Muzykom rockowym po prostu brakuje umiejętności symfoników i wyobraźni klasycznych kompozytorów. O ile w przypadku "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple lub "Atom Heart Mother" Pink Floyd efekt był dość naiwny, to całość jako tako się kleiła - faktycznie mieliśmy tam współpracę zespołu z orkiestrą. Podobnie jest u Scorpions, którzy znacznie przearanżowali swoje utwory, aby orkiestra też mogła się wykazać (choć sam pomysł łączenia popowych kawałków z symfonicznym rozmachem był kuriozalny). Muzycy Metalliki niestety nie przyłożyli się do swojego projektu. Po prostu odgrywają swoje kawałki tak samo, jak na każdym innym koncercie. Rola orkiestry ograniczyła się do dopasowania się. O ile wychodzi to w wolniejszych, spokojniejszych kawałkach ("Nothing Else Matters" i "Bleeding Me", ale już "Hero of the Day" brzmi zbyt słodko), tak w cięższych zespół w ogóle nie pozostawia przestrzeni dla orkiestry, co prowadzi do kompletnego chaosu i niedopasowania - często można odnieść wrażenie, jakby słuchało się na raz dwóch różnych albumów (np. "Master of Puppets", "Of Wolf and Man", "Fuel", druga połowa "One", "Battery"). Wyjątek stanowi "The Call of Ktulu", w którym wyjątkowo dobrze odnaleźli się symfonicy.

Do najlepszych momentów z pewnością należy "The Ecstasy of Gold", czyli temat Ennio Morriconego z filmu "Dobry, zły i brzydki" Sergia Leone. Tutaj jednak gra sama orkiestra. Zespół używał już tego utworu jako intra podczas poprzednich tras - wówczas po prostu puszczano go z taśmy. Warto też dodać, że w 2007 roku muzycy nagrali w studiu metalową wersję utworu, która została wydana na kompilacji "We All Love Ennio Morricone". Wracając do "S&M", trzeba odnotować, że zespół specjalnie na okazję współpracy z orkiestrą stworzył dwa nowe utwory: "No Leaf Clover" i "- Human". W obu orkiestra dostaje nieco więcej przestrzeni, ale w momentach, w których zespół włącza przestery, znów razi niedopasowanie. Może po prostu nie da się przekonująco połączyć metalowego ciężaru i orkiestry ("The Call of Ktulu" to jedyna próba zakończona pełnym powodzeniem). Symfonicy i Metallica są jak woda i olej. Partie orkiestry są tutaj tylko niepasującym tłem, dodającym niepotrzebnego patosu i tak naprawdę nic więcej. "S&M" to jeden z najbardziej kuriozalnych i pretensjonalnych albumów, jakie kiedykolwiek powstały. Nieudany eksperyment. I najgorsze wydawnictwo w historii zespołu. Jedynie "The Ecstasy of Gold", "The Call of Ktulu", "Nothing Else Matters" i "Bleeding Me" ratują ten album przed byciem kompletnie niesłuchalnym i niepotrzebnym gniotem. 

Ocena: 3/10



Metallica - "S&M" (1999)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. The Call of Ktulu; 3. Master of Puppets; 4. Of Wolf and Man; 5. The Thing That Should Not Be; 6. Fuel; 7. The Memory Remains; 8. No Leaf Clover; 9. Hero of the Day; 10. Devil's Dance; 11. Bleeding Me
CD2: 1. Nothing Else Matters; 2. Until It Sleeps; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. - Human; 5. Wherever I May Roam; 6. The Outlaw Torn; 7. Sad But True; 8. One; 9. Enter Sandman; 10. Battery

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Michael Kamen - dyrygent; San Francisco Symphony Orchestra - orkiestra
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Ulrich, Michael Kamen


2 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Garage Inc." (1998)



Metallica przez całą swoją karierę chętnie sięga po cudze kompozycje, zarówno podczas koncertów, jak i nagrywając je w studiu. W końcu uzbierało się ich tyle, że postanowiono skompilować je na jednym wydawnictwie (wcześniej dostępne były wyłącznie na stronach B singli i EPkach). Muzycy na tym jednak nie poprzestali i nagrali jedenaście nowych przeróbek, które wypełniły pierwszy dysk wydawnictwa zatytułowanego "Garage Inc.". Na drugim zebrano piętnaście utworów z lat 1984-96.

Nagrania z EPki "The $5.98 E.P.: Garage Days Re-Revisited" i z singli wydanych w latach 80. to hołd dla zespołów, które ukształtowały styl Metalliki. Znajdziemy tu po dwa nagrania hardrockowego Budgie ("Crash Course in Brain Surgery", "Breadfan") i punkrockowego Misfits ("Last Caress" i "Green Hell" połączone w jedno nagranie, zakończone żartobliwym cytatem z "Run to the Hills" Iron Maiden), ale przede wszystkim przeróbki mniej znanych grup z kręgu NWOBHM, jak Diamond Head ("Helpless", "Am I Evil?", "The Prince"), Holocaust ("The Small Hour") i Blitzkrieg ("Blitzkrieg"). Zaskoczeniem może być tylko "The Wait" z repertuaru Killing Joke, bo wpływu akurat tej grupy jakoś nie słychać w twórczości Metalliki. W tej wersji utwór nabrał jednak thrashowego brzmienia, więc tylko trochę odstaje od reszty stylistycznie. Wszystkie wyżej wymienione nagrania nie odbiegają poziomem od autorskich nagrań zespołu z tamtego okresu. Przede wszystkim wciąż słychać tę młodzieńczą energię i radość z grania, bez późniejszego wyrachowania.

W okresie "Czarnego albumu" zespół nie tylko znów przypomniał o swojej inspiracji nurtem NWOBHM ("Killing Time" Sweet Savage) i punk rockiem ("So What?" Anti-Nowhere League), ale także sięgnął do repertuaru... Queen. Wybór utworu nie jest jednak zaskakujący, bo "Stone Cold Crazy" już w oryginale brzmi bardzo metalowo. W tej wersji zwiększono tylko natężenie przesteru, przez co brzmi bardziej prostacko. W trakcie sesji "Load" / "ReLoad" zarejestrowane zostały natomiast cztery utwory Motörhead: przebój "Overkill" i nieco mniej znane "Damage Case", "Stone Dead Forever", oraz "Too Late Too Late".

Zdecydowanie słabiej wypadają premierowe przeróbki. Zespół nie poświęcił zbyt wiele czasu na ten materiał, przez co wiele tutaj nietrafionych aranżacji i nieciekawych pomysłów. Znaczna część tych nagrań brzmi po prostu topornie i prostacko, co można jeszcze zrozumieć w przypadku kawałków punkowych ("Free Speech for the Dumb" i "The More I See" Discharge, "Die, Die My Darling" Misfits), ale razi w utworze Nicka Cave'a ("Loverman") i irlandzkiej pieśni spopularyzowanej przez Thin Lizzy ("Whiskey in the Jar"). W "Sabbra Cadabra" Black Sabbath muzykom nie chciało się zagrać progresywnej części lub wymyślić czegoś na jej miejsce, więc po prostu wpletli tam fragment innego utworu zespołu, "A National Acrobat". Nietrafionym pomysłem było natomiast połączenie pięciu utworów grupy Mercyful Fate w jeden długi kloc, przeładowany licznymi riffami. Jest jeszcze zupełnie nie pasujący do Metalliki "Tuesday's Gone" z dorobku Lynyrd Skynyrd, który jest prawie tak przesłodzony, jak "Low Man's Lyric" z "ReLoad". Nie pomógł - a nawet zaszkodził - udział wielu znakomitych gości (m.in. Gary Rossington z Lynyrd Skynyrd, Jerry Cantrell i Sean Kinney z Alice in Chains, czy Les Claypool z Primus). Fajnie wypada natomiast energetyczne wykonanie "It's Electric" Diamond Head. Jednak najlepszym momentem jest bardzo zgrabne wykonanie "Turn the Page" autorstwa Boba Segera.

Nie da się ukryć, że przeróbki Metalliki są zupełnie pozbawione polotu. Zespół zbyt mocno trzyma się pierwowzorów, odgrywając je jak najwierniej, tylko zwiększając ciężar i często je upraszczając. W starszych nagraniach muzycy przynajmniej nadrabiają sporą dawką energii, a brak wyrafinowania można tłumaczyć ich wiekiem. Ale gdy doświadczony zespół nagrywa coś takiego, jak pierwszy dysk tego wydawnictwa, trudno znaleźć cokolwiek na jego usprawiedliwienie. Może zmęczeniem po niedawnym nagraniu dwóch 80-minutowych albumów? Ale kto im w ogóle kazał tyle nagrywać? "Garage Inc." spokojnie mógłby składać się tylko ze starszych kawałków. I wtedy ocena byłaby ciut wyższa.

Ocena: 6/10



Metallica - "Garage Inc." (1998)

CD1: 1. Free Speech for the Dumb; 2. It's Electric; 3. Sabbra Cadabra / A National Acrobat; 4. Turn the Page; 5. Die, Die My Darling; 6. Loverman; 7. Mercyful Fate (Medley: Satan's Fall / Curse of the Pharaohs / A Corpse Without Soul / Into the Coven / Evil); 8. Astronomy; 9. Whiskey in the Jar; 10. Tuesday's Gone; 11. The More I See
CD2: 1. Helpless; 2. The Small Hour; 3. The Wait; 4. Crash Course in Brain Surgery; 5. Last Caress / Green Hell; 6. Am I Evil?; 7. Blitzkrieg; 8. Breadfan; 9. The Prince; 10. Stone Cold Crazy; 11. So What?; 12. Killing Time; 13. Overkill; 14. Damage Case; 15. Stone Dead Forever; 15. Too Late Too Late

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Cliff Burton - bass (CD2: 6,7); Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie (CD1:10): Pepper Keenan - wokal; Gary Rossington - gitara; Jerry Cantrell - gitara; Jim Martin - gitara; Les Claypool - bandżo; Sean Kinney - instr. perkusyjne; John Popper - harmonijka
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Urlich, Mark Whitaker


1 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "ReLoad" (1997)



Zespół zaprzecza, że "ReLoad" to zbiór odrzutów z "Load". Twierdzi, co prostu potrzebował więcej czasu na ich dopracowanie. Co w sumie i tak brzmi jak przyznanie, że to utwory gorszego sortu. Ok, jest tu kilka niezłych momentów. Zwłaszcza na początku albumu. Rozpędzony "Fuel" świetnie sprawdza się na żywo, a "The Memory Remains" jako przebojowy singiel. Szkoda, że drugi z nich spaprano przez dodanie skrzeczącej wokalizy Marianne Faithfull. Bronią się ciężki "Devil's Dance" i grunge'owy "Where the Wild Things Are" z fajną zwrotką w stylu Alice in Chains, ale słabszym refrenem. W finałowym "Fixxxer" pojawiają się nawet sabbathowe riffy, ale ogólnie utwór wydaje się zbyt przekombinowany i chaotyczny.

I to by było tyle. Dominują tu zupełnie bezbarwne kawałki, o których zapomina się zaraz po przesłuchaniu ("Better Than You", "Slither", "Carpe Diem Baby, "Bad Seed", "Prince Charming", "Attitiude"). Są też dwie ewidentne wpadki. "The Unforgiven II" pod względem muzycznym nie ma nic wspólnego z poprzednią częścią (poza tym samym intro), jest to trywialna poprockowa piosenka z naleciałościami country w solowych partiach gitary. A "Low Man's Lyric" to mdła ballada z pretensjonalną partią wokalną i banalnym wykorzystaniem takich instrumentów, jak skrzypce i lira korbowa.

"ReLoad" zdecydowanie powinien zostać zredukowany do EPki zawierającej cztery utwory, które wymieniłem na początku. Wówczas byłby naprawdę świetnym suplementem do "Load". Jako pełnoprawny album zupełnie się nie sprawdza - przez większość swoich 75 minut strasznie się dłuży i nuży słuchacza, a czasem wręcz irytuje. 

Ocena: 4/10



Metallica - "ReLoad" (1997)

1. Fuel; 2. The Memory Remains; 3. Devil's Dance; 4. The Unforgiven II; 5. Better Than You; 6. Slither; 7. Carpe Diem Baby; 8. Bad Seed; 9. Where the Wild Things Are; 10. Prince Charming; 11. Low Man's Lyric; 12. Attitiude; 13. Fixxxer

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Marianne Faithfull - wokal (2); Bernardo Bigalli - skrzypce (11); David Miles - lira korbowa (11); Jim McGillveray - instr. perkusyjne
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich