29 listopada 2012

[Recenzja] Dust - "Dust" (1971) / "Hard Attack" (1972)

Amerykańska grupa Dust to jeden z tych licznych zespołów, którym nie udało się zyskać popularności i słuch szybko o nich zaginął. No, prawie... W przeciwieństwie do członków wielu innych tego typu zespołów, muzycy Dust nie porzucili całkiem muzycznej kariery. Śpiewający gitarzysta Richie Wise i pełniący rolę tekściarza oraz producenta Kenny Kerner zdobyli pewną rozpoznawalność dzięki współpracy z grupą Kiss (byli producentami jej dwóch pierwszych albumów, "Kiss" i "Hotter Than Hell"). Z kolei basista Kenny Aaronson został muzykiem sesyjnym i ma na koncie współpracę m.in. z Edgarem Winterem, Joan Jett i Billym Idolem. Największą sławę zyskał jednak perkusista Marc Bell, który w 1978 roku dołączył do The Ramones, przyjmując nazwisko Marky Ramone. Dzięki tym późniejszym dokonaniom muzyków, twórczość Dust zaczęła cieszyć się pewnym uznaniem. 

Zespół pozostawił po sobie dwa albumy studyjne. Wydany w 1971 roku debiutancki Dust charakteryzuje się bardzo surowym brzmieniem, które jednak pasuje do wykonywanej muzyki - typowego dla tamtych czasów hard rocka, z małymi wyskokami w stronę blues rocka ("Goin' Easy") lub rock and rolla ("Loose Goose"). Czasem brzmienie wzbogacają partie gitary akustycznej ("Love Me Hard", "Often Shadows Felt"), ale dominuje ostrzejsze granie. Longplay niestety niczym nie zaskakuje i już w chwili wydania brzmiał bardzo wtórnie w stosunku do pionierów stylu. Wykonanie instrumentalne  jest po prostu poprawne, a wokal bywa drażniący. Największym problemem muzyków jest jednak brak kompozytorskich zdolności. Utwory są zupełnie przeciętne, słabe melodycznie (może z wyjątkiem ballady "Often Shadows Felt"), pozbawione rozpoznawalnych motywów. Może jedynie w prawie dziesięciominutowym "From a Dry Camel" pojawiają się jakieś przebłyski talentu, choć utwór jest zbyt monotonny i na siłę przedłużany powtarzaniem tych samych motywów.
Ocena: 5/10

Rok później zespół wydał swój kolejny album, zatytułowany "Hard Attack". Zwraca uwagę lepsze brzmienie. Ale co ważniejsze, muzycy nieco poprawili się jako kompozytorzy i wykonawcy, czego najlepszym przykładem otwierający longplay kawałek "Pull Away / So Many Times" (przypominający nieco Wishbone Ash), wyróżniający się całkiem chwytliwą melodią, niezłymi partiami instrumentalistów i nieco mniej oczywistą strukturą. Do lepszych momentów zaliczyć można jeszcze częściowo akustyczny "Walk in the Soft Rain", oraz ciężki "Suicide", w którym pojawia się nawet solo na basie. Niestety, całość jest bardzo niespójna. Poza tym, zbyt wiele tutaj mdłych ballad, czasem wręcz ocierających się o stylistykę country ("Thusly Spoken", "I Been Thinkin'", "How Many Horses") i koszmarków w rodzaju "Learning to Die" z pełną patosu partią wokalną, która zdaje się zwiastować power metal, oraz rażący niemal ramonesowym banałem "All in All". "Hard Attack" można zatem - w przeciwieństwie do debiutu - uznać za album przynajmniej momentami nowatorski. Lecz akurat w tym wypadku bycie prekursorem nie jest powodem do dumy, a prędzej do wstydu.
Ocena: 5/10



Dust - "Dust" (1971)

1. Stone Woman; 2. Chasin' Ladies; 3. Goin' Easy; 4. Love Me Hard; 5. From a Dry Camel; 6. Often Shadows Felt; 7. Loose Goose


Dust - "Hard Attack" (1972)

1. Pull Away / So Many Times; 2. Walk in the Soft Rain; 3. Thusly Spoken; 4. Learning to Die; 5. All in All; 6. I Been Thinkin'; 7. Ivory; 8. How Many Horses; 9. Suicide / Entranco

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


28 listopada 2012

[Recenzja] East of Eden - "Mercator Projected" (1969)



Druga połowa lat 60. była niezwykle ciekawym okresem w muzyce rockowej. Pojawiło się wielu ambitnych twórców, których eksperymenty znacznie poszerzały ramy gatunku, tworząc nowe style. Nie wszyscy z nich zdobyli jednak należne uznanie. Do takich niedocenionych, dziś już zapomnianych wykonawców zaliczyć można brytyjską grupę East of Eden. Stało się tak pomimo obiecującego początku kariery (bardzo udane albumy "Mercator Projected" i "Snafu"), oraz zdobycia pewnej rozpoznawalności (dzięki przebojowemu singlowi "Jig-A-Jig", ale też za sprawą gościnnego występu lidera Dave'a Arbusa w utworze "Baba O' Riley" The Who).

Zawiniło wiele rzeczy. Na pewno zbyt liczna konkurencja i słaba promocja wytwórni (zespół zakontraktowany był w Deram Records - oddziale Decca Records, który słynął z małych nakładów albumów nowych wykonawców). Ale też sam zespół, który nie mógł utrzymać stałego składu, a wraz z kolejnymi zmianami, malała jakość jego muzyki. Problemem był też pewnie sam styl grupy, trudny do sklasyfikowania, co musiało rozzłościć krytyków.

Na debiutanckim albumie "Mercator Projected" zwraca uwagę bardzo bogate brzmienie, które oprócz podstawowego w rocku instrumentarium - gitara, bas i bębny - obejmuje także skrzypce, saksofon, flet, dudy, kalimbę, harmonijkę i klawisze, w tym syntezator (słyszalny przede wszystkim na początku "Communion"). Równie bogate są inspiracje zespołu - od rocka psychodelicznego, przez blues, folk i jazz, po muzykę arabską i klasyczną, a gdzieniegdzie pojawiają się też cięższe, hardrockowe riffy. W praktycznie każdym utworze muzycy mieszają przynajmniej kilka tych elementów, dzięki czemu całość brzmi bardzo oryginalnie i spójnie.

Zespół wypracował własny styl, dzięki czemu można znaleźć wspólny mianownik zarówno w tych bardziej energetycznych i przebojowych momentach albumu ("Northern Hemisphere", "Isadora"), tych bardziej stonowanych, z psychodelicznym klimatem (mocno orientalizujący "Waterways", oniryczny "Bathers"), jak i zakręconym instrumentalnym jamie "In the Stable of the Sphinx", który doskonale wieńczy i podsumowuje ten album. Nieco od całości odstaje tylko bardziej surowy brzmieniowo "Centaur Woman", o ewidentnie żartobliwym charakterze (za sprawą tekstu i odgłosu... spuszczanej wody w sedesie), ale też z fajnymi partiami bluesowej harmonijki i niezłą improwizacją z przesterowanym basem. Na brak różnorodności na pewno nie można narzekać.

"Mercator Projected" nie jest może wielkim dziełem, bo brakuje na nim czegoś naprawdę wybitnego. Ale z drugiej strony - to naprawdę dobrze skomponowany, świetnie zagrany i porządnie brzmiący, a przy tym całkiem oryginalny album. Dla miłośników muzyki z tamtych lat, którzy poznali już dobrze wszystkich znanych wykonawców - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



East of Eden - "Mercator Projected" (1969)

1. Northern Hemisphere; 2. Isadora; 3. Waterways; 4. Centaur Woman; 5. Bathers; 6. Communion; 7. Moth; 8. In the Stable of the Sphinx

Skład: Geoff Nicholson - wokal i gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon, dudy; Ron Caines - saksofon, instr. klawiszowe, wokal (4); Steve York - bass, harmonijka, kalimba; Dave Dufont - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Noel Walker


23 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)



To był prawdziwie uroczysty dzień. 10 grudnia 2007 w londyńskiej O2 Arena odbył się pierwszy pełnowymiarowy koncert Led Zeppelin od niemal 30 lat, a więc od czasu śmierci Johna Bonhama i zawieszenia działalności zespołu. W międzyczasie pozostali żyjący muzycy - Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones - kilkakrotnie pojawiali się razem na scenie w związku z różnymi wyjątkowymi okazjami (jak Live Aid w 1985 roku, albo wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame równo dekadę później), były to jednak bardzo krótkie występy. Tym razem, po długich negocjacjach, zgodzili się zagrać dwugodzinny set. Powodem tej jednorazowej - jak podkreślają muzycy, z Plantem na czele - reaktywacji było zaproszenie na koncert poświęcony pamięci Ahmeta Erteguna - zmarłego rok wcześniej założyciela wytwórni Atlantic, który prawie cztery dekady wcześniej podpisał z zespołem jego pierwszy kontrakt.

Pięć lat po tym wydarzeniu, jego zapis zostaje wydany na albumie "Celebration Day". Ten niezwykle trafny tytuł pochodzi oczywiście od tytułu jednego z utworów zespołu. którego jednak na koncercie nie zagrano. Na setlistę złożyło się szesnaście utworów, pochodzących ze wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Presence". W tym wielkie przeboje w rodzaju "Whole Lotta Love", "Rock and Roll", "Kashmir", "Dazed and Confused", "Since I've Been Loving You", czy - zagrany pomimo oporów Planta - "Stairway to Heaven". Ale też mniej oczywiste utwory, jak "Good Times, Bad Times", "In My Time of Dying", czy wręcz zagrane po raz pierwszy "Ramble On" i "For Your Life". Dla wszystkich uczestników koncertu (którym udało się kupić bilety w wyniku przeprowadzonego losowania) musiało to być niezapomniane przeżycie - usłyszeć te klasyczne kompozycje w wykonaniu trzech członków oryginalnego składu i syna czwartego, Jasona Bonhama.

Jednak nie oszukujmy się - płytowy zapis już tak ekscytujący nie jest (zarówno wersja audio z CD lub winyla, jak i filmowa z DVD lub Blu-ray). Te trzydzieści lat musiało się odbić na muzykach. To już nie są pełni energii młodzieńcy, a dawno mający za sobą najlepsze lata emeryci. Wokal Planta brzmi tutaj znacznie niżej, słychać też, że męczy się w wielu momentach, zwłaszcza tych najbardziej hardrockowych. Ze względu na jego aktualne możliwości, utwory zostały zagrane nieco inaczej - trochę wolniej, w innej tonacji. Ale brzmią też ciężej, nowocześniej - co w praktyce oznacza współczesny, skompresowany dźwięk. Który zwyczajnie męczy, szczególnie w tych bardziej dynamicznych momentach. Nie brakuje tu co prawda udanych momentów. Jest przecież bardzo klimatyczne wykonanie "No Quarter", przejmujący "Since I've Been Loving You", czy lekko rozbudowany "Dazed and Confued". Problem w tym, że nawet te utwory wypadają blado na tle studyjnych pierwowzorów i koncertowych wykonań z lat 70. Najbardziej rozczarowuje natomiast "Stairway to Heaven" z zagraną zupełnie od niechcenia końcówką - z wymuszonym wokalem Planta i kompletnie pozbawioną życia solówką Page'a.

Podczas konferencji prasowej promującej "Celebration Day", gitarzysta twierdził: Rzecz w tym, że utwory, które graliśmy, powiedzmy, w 1969 roku, z czasem się zmieniały, przeobrażały i w 1973 roku brzmiały już inaczej, a w 1975 jeszcze inaczej. Muzyka ulegała różnym mutacjom. Jeśli chodzi o ten koncert, myślę, że przedstawiliśmy właściwie definitywne wersje naszych kompozycji. Zdecydowanie nie są to jednak wersje, w jakich chcę pamiętać te utwory. I podejrzewam, że tak samo czują inni wielbiciele zespołu. "Celebration Day" to fajna pamiątka dla tych, którzy w koncercie uczestniczyli, ale dla wszystkich pozostałych będzie prawdopodobnie sporym rozczarowaniem. Zdecydowanie lepiej przypomnieć sobie jakąś koncertówkę z czasów świetności zespołu.

Ocena: 6/10



Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)

CD1: 1. Good Times, Bad Times; 2. Ramble On; 3. Black Dog; 4. In My Time of Dying; 5. For Your Life; 6. Trampled Under Foot; 7. Nobody's Fault But Mine; 8. No Quarter
CD2: 1. Since I've Been Loving You; 2. Dazed And Confused; 3. Stairway to Heaven; 4. The Song Remains The Same; 5. Misty Mountain Hop; 6. Kashmir; 7. Whole Lotta Love; 8. Rock and Roll

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; Jason Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


20 listopada 2012

[Recenzja] The Doors - "Live at the Bowl '68" (2012)



"Live at the Bowl '68" to zapis koncertu The Doors, który odbył się 5 lipca 1968 (jak podkreślają wszystkie materiały promocyjne - dzień po amerykańskim Dniu Niepodległości), w kalifornijskim amfiteatrze Hollywood Bowl. Nie jest to pierwsze oficjalne wydawnictwo zawierające ten materiał. Już w 1987 roku fragmenty koncertu ukazały się na winylowym albumie "Live at the Hollywood Bowl", a nosząca ten sam tytuł kaseta VHS zawierała niemal kompletny zapis występu - jednak z powodu uszkodzonego zapisu pominięte zostały utwory "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)" i "Hello, I Love You", a "Spanish Caravan" pojawił się tylko we fragmencie. DVD "The Doors - Collection" z 1999 roku, zawierające m.in. właśnie ten koncert, nic w tej kwestii nie zmieniło. Dopiero dzięki współczesnej technice odzyskano uszkodzone fragmenty, dzięki czemu fani The Doors mogą w końcu cieszyć się pełnym zapisem tego koncertu. Radość tym większa, że "Live at the Bowl '68" ukazał się zarówno na płycie CD, jak i DVD.

Koncert ten jest uznawany za jeden z najlepszych - a nawet najlepszy - występów grupy. Zresztą słowo "koncert" nie oddaje atmosfery tego występu, lepiej pasowałoby określenie "ceremonia". Muzycy grają jakby byli w transie (i zapewne byli - narkotykowym), a wydobywane przez nich z instrumentów dźwięki mogą spowodować ten sam stan u słuchaczy ("When the Music's Over", "Light My Fire", "The End"). Mistrzem ceremonii jest oczywiście Jim Morrison, posiadający nie tylko wspaniały głos, ale też wszystkie cechy potrzebne by stać się idealnym frontmanem grupy rockowej. Grupy, która była wtedy u szczytu swojej popularności. Tuż po wydaniu trzeciego albumu, "Waiting for the Sun", i sukcesie promującego go singla "Hello, I Love You", który jako drugi (po "Light My Fire") i ostatni z utworów The Doors osiągnął pierwsze miejsce na amerykańskiej liście singlowych bestsellerów.

Repertuar koncertu nie składał się jednak z samych hitów. Grupa sięgnęła także po mniej znane utwory, jak świetny "Spanish Caravan", "Five to One", czy "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)", który dopiero trzy lata później trafił na album studyjny ("L.A. Woman"). Poza tym są tu fragmenty utworu "Celebration of the Lizard", który miał wypełnić całą jedną stronę "Waiting for the Sun", jednak sprzeciwił się temu producent, Paul A. Rothchild. Na tamten album trafiła jedynie część zatytułowana "Not to Touch the Earth", natomiast na "Live at the Bowl '68" możemy posłuchać kolejnych trzech: "A Little Game", "The Hill Dwellers" oraz "Wake Up!". Ponadto zespół wykonał przeróbki "Alabama Song (Whiskey Bar)" Bertolta Brechta i "Back Door Man" Howlin' Wolfa, które zresztą umieścił już na swoim debiutanckim albumie, "The Doors".

"Live at the Bowl '68" to dobrze brzmiący zapis świetnego koncertu. Śmiało można go postawić obok wydanego jeszcze w czasach funkcjonowania grupy "Absolutely Live" z 1970 roku. Pod względem repertuarowym jest nawet jeszcze lepiej, niż na tamtej legendarnej, przełomowej w kwestii realizacji, koncertówce. Najlepiej mieć jednak oba wydawnictwa, bo - mimo kilku repertuarowych powtórek - idealnie się uzupełniają.

Ocena: 8/10



The Doors - "Live at the Bowl '68" (1987/2012)

1987: Wake Up!; 2. Light My Fire; 3. The Unknown Soldier; 4. A Little Game; 5. The Hill Dwellers; 6. Spanish Caravan (fragment); 7. Light My Fire (fragment)

2012: 1. Intro; 2. When the Music's Over; 3. Alabama Song (Whiskey Bar); 4. Back Door Man; 5. Five to One; 6. Back Door Man (Reprise); 7. The WASP (Texas Radio and the Big Beat); 8. Hello, I Love You; 9. Moonlight Drive; 10. Horse Latitudes; 11. A Little Game; 12. The Hill Dwellers; 13. Spanish Caravan; 14. Wake Up!; 15. Light My Fire; 16. The Unknown Soldier; 17. The End

Skład: Jim Morrison - wokal, instr. perkusyjne; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Producent: Bruce Botnick

Po prawej: okładka wersji z 1987 roku.


17 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)



Bardzo negatywne przyjęcie albumu "Risk" sprawiło, że Dave Mustaine postanowił wrócić do bardziej metalowego grania. Pomysł nie spodobał się gitarzyście Marty'emy Friedmanowi, który w rezultacie opuścił zespół. jego następcą został Al Pitrelli, znany m.in. z Savatage. zespołu Alice'a Coopera oraz poprockowej grupy Asia. Jedyny album Megadeth zarejestrowany z jego udziałem, "The World Needs a Hero", jest najcięższym wydawnictwem zespołu od dekady. Stylistycznie najbliżej mu chyba jednak do "Countdown to Extinction", choć nie brakuje nawiązań i do przeszłości (czasem bardzo bezpośrednich - vide "Return to Hangar"), i do późniejszych dokonań.

Początek jest całkiem obiecujący. Motoryczny "Disconnect" to mocny, ale utrzymany w raczej średnim tempie otwieracz, przykuwający uwagę, choć niewiele się w nim dzieje. Szkoda, że to jedyny tak wyrazisty fragment albumu. Większość pozostałych kawałków brzmi już bardzo typowo dla zespołu i z trudem można je od siebie odróżnić. Pominięcie kilku z nich (np. "Dread and the Fugitive Mind", który już wcześniej został wydany na kompilacji "Capitol Punishment: The Megadeth Years") wyszłoby tylko na dobre, bo album jest zdecydowanie za długi (trwa niemal godzinę). Ale i próby urozmaicenia nie wyszły tu najlepiej. Ballada "Promise", kojarząca się ze stylistyką "Risk", jest przesadnie przesłodzona i kiczowata, nie tylko za sprawą żenujących partii smyczków. Westernowa miniatura "Silent Scorn", z partiami gitary akustycznej i trąbki, również zupełnie nie pasuje do całości. Natomiast najdłuższy w twórczości zespołu "When" jest rozciągnięty zupełnie bez pomysłu i bez polotu. Mustaine wplótł tutaj zarówno motywy z "Am I Evil?" Diamond Head, jak i własnego "The Call of Ktulu" (z metallikowego "Ride the Lightning"), co dobitnie uświadamia, że nie miał nic nowego do zaoferowania.

"The World Needs a Hero" to dowód wciąż trwającego zagubienia i twórczej niemocy muzyków. Zresztą wkrótce po jego wydaniu, zespół praktycznie się rozpadł - nawet współzałożyciel Dave Ellefson opuścił go na niemal dekadę. Kolejne lata to działalność Mustaine'a, wciąż posługującego się szyldem Megadeth, polegająca na nagrywaniu (z pomocą raczej przypadkowych muzyków) niewiele różniących się od siebie płyt, łączących dawny ciężar z późniejszą melodyjnością, ale pozbawionych dobrych pomysłów na utwory ("The System Has Failed", "United Abominations", "Endgame", "Thirteen").

Ocena: 4/10



Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)

1. Disconnect; 2. The World Needs a Hero; 3. Moto Psycho; 4. 1000 Times Goodbye; 5. Burning Bridges; 6. Promises; 7. Recipe for Hate... Warhorse; 8. Losing My Senses; 9. Dread and the Fugitive Mind; 10. Silent Scorn; 11. Return to Hangar; 12. When

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Al Pitrelli - gitara, dodatkowy wokal; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Jimmy DeGrasso - perkusja
Gościnnie: Bob Findley - trąbka (10); Heather Keckler - głos (2,4); Suzie Katayama - aranżacja instr. smyczkowych (6,8)
Producent: Bill Kennedy i Dave Mustaine


16 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Risk" (1999)



W latach 90. twórczość Megadeth przeszła długą drogę. Od thrashowego "Rust in Peace", przez bardziej melodyjną odmianę metalu na "Countdown to Extinction" i "Youthanasia", momentami niemalże rockowy "Cryptic Writings", aż po zdradzający wyraźnie ciągoty do muzyki pop "Risk". Aż trudno uwierzyć, że tak częste zmiany stylu odbywały się w okresie największej stabilności składu zespołu. Zmieniały się za to muzyczne realia. Był to okres, kiedy muzyka metalowa gwałtownie traciła na popularności. Chcąc dotrzymać kroku Metallice - która w tamtym czasie również złagodziła swoje brzmienie, zyskując coraz więcej wielbicieli - Dave Mustaine szedł na coraz większe kompromisy, aby utrzymać się w głównym nurcie.

Nagranie czegoś takiego, jak "Risk", faktycznie było dość ryzykownym posunięciem. Zespół praktycznie odciął się tutaj od swoich fanów i ich oczekiwań. Szkoda jednak, że nie stała za tym chęć artystycznego rozwoju, lecz ewidentnie merkantylne pobudki. Znaczna cześć tego materiału to miałkie, banalne piosenki o poprockowym charakterze (np. "Crush 'em", "Breadline", "I'll Be There", "Ecstasy", "Time: The Beginning"), czasem wzbogacone niezbyt ambitną, dyskotekową elektroniką (np. "Insomnia"). Najbliższe wcześniejszej, bardziej metalowej twórczości są "Prince of Darkness" i "The Doctor Is Calling". Ten pierwszy jest zbyt przegadany, toporny i mimo pozornego zróżnicowania, długimi fragmentami monotonny. Drugi jest już bardziej udany, słychać w nim odległe echa Black Sabbath i dość dobrą, nieprzesadnie banalną melodię, jednak jest trochę zbyt przekombinowany i w pewnym momencie zaczyna męczyć. Identyczny problem dotyka "Wanderlust", w pierwszej połowie łączący bardziej nastrojowe zwrotki z radiowym, ale nie przesadnie banalnym refrenem, zaś w dalszej części wyraźnie pozbawiony pomysłu, co muzycy próbowali ukryć zupełnie niepasującym przyśpieszeniem i niemalże obowiązkową wstawką z gadającym Mustaine'em.

Co ciekawe, do niektórych wydań "Risk" została dodana bonusowa płyta o tytule "No Risk Disk", zawierająca po jednym kawałku z poprzednich sześciu albumów. Nie są to żadne nowe, choćby koncertowe wersje, a po prostu wydane już wcześniej wersje albumowe. Trudno zgadnąć, co kryło się za tym bezsensownym posunięciem. Jeśli przedstawiciele wytwórni liczyli, że dodanie starych utworów wpłynie na lepszą ocenę albumu, to raczej odnieśli odwrotny skutek od zamierzonego. Bo w porównaniu do tamtych utworów (nawet tych już bardziej komercyjnych, jak "A Tout le Monde" i "Use the Man"), jeszcze wyraźniej słychać, jak beznadziejny jest premierowy materiał. "Risk" zwyczajnie nie broni się ani jako część dyskografii Megadeth, ani jako osobny twór. Nie broni się nawet w kategorii radiowego pop rocka, bo zwyczajnie brakuje tutaj dobrych melodii i pomysłowych aranżacji, jest tylko kompozytorki banał, brzmieniowa tandeta, aranżacyjna impotencja i nudna gra muzyków. 

Ocena: 2/10



Megadeth - "Risk" (1999)

1. Insomnia; 2. Prince of Darkness; 3. Enter the Arena; 4. Crush 'em; 5. Breadline; 6. The Doctor Is Calling; 7. I'll Be There; 8. Wanderlust; 9. Ecstasy; 10. Seven; 11. Time: The Beginning; 12. Time: The End

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Producent: Dann Huff i Dave Mustaine

"No Risk Disk": 1. Peace Sells; 2. In My Darkest Hour; 3. Holy Wars... The Punishment Due; 4. Symphony of Destruction; 5. À Tout le Monde; 6. Use the Man

Po prawej: okładka reedycji z 2004 roku.


15 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)



Na "Cryptic Writings" zespół idzie jeszcze dalej w stronę lżejszego, bardziej melodyjnego grania. I to z całkiem dobrym skutkiem. Zespół nauczył się pisać (głównym kompozytorem, oczywiście, pozostał Dave Mustaine) całkiem przyjemne, zgrabne i przebojowe - choć nie prezentujące sobą niczego wartościowego pod względem artystycznym - kawałki, czego najlepszym przykładem "Trust", "Almost Honest", "I'll Get Even" i częściowo akustyczny, nieco grunge'owy "Use the Man". Nie zostało w nich nic z metalowych korzeni zespołu, to już czysty rock. W "Have Cool, Will Travel" zespół po raz kolejny wzbogacił brzmienie o harmonijkę, która fajnie kontrastuje z cięższymi gitarami (sam utwór nie jest jednak najwyższych lotów). Zupełną nowością jest natomiast użycie elektrycznego sitaru (zagrał na nim sam Mustaine) w "A Secret Place". To najfajniejszy tutaj utwór, choć trudno uniknąć skojarzeń z metallikowym "Wherever I May Roam" - partie sitaru brzmią jak żywcem wyjęte z tamtego nagrania. To zresztą nie jedyny fragment, gdy Mustaine nawiązuje do swoich dawnych kolegów - "FFF" jest niczym innym, jak plagiatem / parodią "Motorbreath". Jest to jeden z kilku bardziej metalowych fragmentów albumu. Większości pozostałych (np. "Mastermind", "The Disintegrators", "Vortex") ewidentnie brakuje wyrazistości, pełnią tutaj rolę zapychaczy. Trochę ich też za dużo, jak na album trwający niewiele ponad trzy kwadranse. Gdyby pominąć wszystkie mniej udane kawałki, to zostałby materiał na EPkę.

"Cryptic Writings", podobnie jak większość albumów popowych i pop-rockowych, zawiera kilka kawałków o singlowym potencjale (niektóre faktycznie były przebojami - "Trust" i "Almost Honest" znalazły się w pierwszej, a "Use the Man" i "A Secret Place" w drugiej dziesiątce listy Mainstream Rock magazynu Billboard), ale tez sporo takich, których jedynym celem jest wydłużenie całości do rozmiaru płyty długogrającej. Zwykle wystarcza to do odniesienia komercyjnego sukcesu. Longplay nie powtórzył co prawda świetnych wyników swoich poprzedników, "Countdown to Extinction" i "Youthanasia", choć i tak sprzedawał się bardzo dobrze, dochodząc do 10. miejsca w Stanach i 38. w Wielkiej Brytanii. Wielu fanów zapewne było rozczarowanych kierunkiem, jaki obrał zespół, marząc o powrocie muzyków do thrash-metalowej łupanki. Moim zdaniem nie w tym tkwi problem "Cryptic Writings". Mustaine i spółka całkiem nieźle sprawdzili się w takim mainstreamowym graniu, udowadniając, że potrafią pisać melodyjne piosenki, nie popadając przesadnie w banał i kicz (wychodzi im to tu zresztą lepiej, niż ciężkie kawałki). Gorzej, że nie udało im się utrzymać równego poziomu przez całe wydawnictwo. Ale przecież nagranie równego albumu zawsze ich przerastało. 

Ocena: 6/10



Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)

1. Trust; 2. Almost Honest; 3. Use the Man; 4. Mastermind; 5. The Disintegrators; 6. I'll Get Even; 7. Sin; 8. A Secret Place; 9. Have Cool, Will Travel; 10. She-Wolf; 11. Vortex; 12. FFF

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara, sitar (8); Marty Friedman - gitara, dodatkowy wokal; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Nick Menza - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Dann Huff i Dave Mustaine


14 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Hidden Treasures" EP (1995)



W połowie lat 90. grupa Megadeth cieszyła się ogromną popularnością. Zupełnie logicznym posunięciem było zatem wydanie w tym okresie takie wydawnictwa, jak "Hidden Treasures". Krótko mówiąc jest to EPka zbierająca niealbumowe kawałki zarejestrowane w latach 1989-94 i do tamtej pory rozproszone na kompilacjach różnych wykonawców (głównie filmowych soundtrackach) i/lub singlach. To w sumie osiem utworów i niemal równe pół godziny trwania. A na wydaniu japońskim i późniejszych reedycjach - dwanaście utworów o łącznym czasie trwania trzech kwadransów. Owe bonusy to po prostu zawartość europejskiej wersji singla "A Tout le Monde", a więc utwór tytułowy (w identycznej wersji, jak na albumie "Youthanasia") oraz wersje demo "Symphony of Destruction", "Architecture of Aggression" i "New World Order" (w przypadku tego ostatniego, była to jedyna wydana wersja aż do 2011 roku, gdy jego ostateczna wersja trafiła na album "Th1rt3en").

W przypadku większości kawałków z podstawowego wydania nie trudno zrozumieć, dlaczego nie weszły na regularne albumy. Aż trzy z nich to pozbawione jakichkolwiek przejawów kreatywności covery. "No More Mr. Nice Guy" Alice'a Coopera, "Paranoid" Black Sabbath i "Problems" Sex Pistols zostały odegrane jak najwierniej wersjom oryginalnym. Biorąc pod uwagę, że są to proste kawałki, niewymagające od instrumentalistów wielkich umiejętności - jest to niewyobrażalny przejaw lenistwa. Z autorskim materiałem jest natomiast różnie. "Breakpoint", "Go to Hell", "99 Ways to Die" są... no cóż, po prostu są i robią za typowe wypełniacze. Ale już taki "Angry Again" wyróżnia się całkiem nośnym refrenem. Na "Countdown to Extinction", a tym bardziej na "Youthanasii" byłby jednym z bardziej wyrazistych kawałków. Utwór wszedł zresztą na stałe do koncertowego repertuaru (jako jedyny z tej EPki). Najlepszym nagraniem jest tu jednak "Diadems" - z początku balladowy, później nabierający prawie sabbathowego ciężaru. Nie jest to typowy utwór Megadeth i może właśnie dlatego korzystnie się wyróżniający na tle tego wydawnictwa i w sumie całej dyskografii grupy.

"Hidden Treasures" to wydawnictwo dla fanów zespołu, którzy muszą znać każdy nagrany przez niego dźwięk. Ze swojej roli wydawnictwo wywiązuje się naprawdę dobrze - zbiera w jednym miejscu prawie wszystkie niealbumowe kawałki Megadeth, jakie powstały do tamtej pory (do kompletu zabrakło "Crown of Worms" ze strony B singla "Train of Consequences" - obecnie można go znaleźć na reedycjach "Countdown to Extinction"). Jednak jakość tego materiału jest mocno dyskusyjna. I dlatego nie zainteresuje on nikogo poza fanami.

Ocena: 5/10



Megadeth - "Hidden Treasures" (1995)

1. No More Mr. Nice Guy; 2. Breakpoint; 3. Go to Hell; 4. Angry Again; 5. 99 Ways to Die; 6. Paranoid; 7. Diadems; 8. Problems

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara, dodatkowy wokal; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine, Desmond Child (1), Max Norman (2-8)


13 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Youthanasia" (1994)



"Countdown to Extiction" okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym (2. miejsce na liście sprzedaży w Stanach, 5. w Wielkiej Brytanii). Nic dziwnego, że zespół na swoim kolejnym wydawnictwie kontynuował obrany wcześniej kierunek. "Youthanasia" to dwanaście kawałków łączących metalowy ciężar z uwypuklonymi melodiami i typowo piosenkowymi strukturami. I właściwie tyle tylko można o nich powiedzieć. Pomijając wykorzystanie harmonijki w dwóch kawałkach ("Train of Consequences", "Elysian Fields") i śpiewany po francusku refren najłagodniejszego "A Tout le Monde", niewiele się tutaj dzieje. To pierwsze było bardzo fajnym pomysłem na urozmaicenie. Drugie już niekoniecznie - dodaje za dużo lukru do i tak już nieco zbyt przesłodzonej piosenki. Pozostałe nagrania, wszystkie bez wyjątku, zbudowane są dokładnie z tych samych elementów i według tego samego schematu. Melodie mogłyby być nieco bardziej wyrafinowane, riffy - bardziej charakterystyczne, a solówki przydałoby się jakoś urozmaicić, zamiast w każdej popisywać się technicznymi umiejętnościami i szybkością gry. Całość jest poza tym zdecydowanie za długa. 50 minut tak jednostajnego grania może porządnie zanudzić. "Youthanasia" jest zatem niezbyt udanym sequelem "Countdown to Extinction" (choć komercyjnie album radził sobie prawie tak samo dobrze - 4. miejsce w USA, 6. w UK). 

Ocena: 5/10



Megadeth - "Youthanasia" (1994)

1. Reckoning Day; 2. Train of Consequences; 3. Addicted to Chaos; 4. A Tout le Monde; 5. Elysian Fields; 6. The Killing Road; 7. Blood of Heroes; 8. Family Tree; 9. Youthanasia; 10. I Thought I Knew It All; 11. Black Curtains; 12. Victory

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Gościnnie: Jimmie Wood - harmonijka (2,5)
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


12 listopada 2012

[Recenzja] Soundgarden - "King Animal" (2012)



Szesnaście lat po poprzednim studyjnym albumie, "Down on the Upside", grupa Soundgarden opublikowała nowy, premierowy materiał. "King Animal", szósty studyjny album zespołu, rozpoczyna się od bardzo trafnie zatytułowanego "Been Away Too Long". Muzycy nie grali ze sobą od zbyt dawna. Upłynęło zbyt wiele czasu, by byli w stanie nagrać coś na poziomie swoich wcześniejszych osiągnięć. Choć usilnie próbują nawiązać do dawnej świetności stylistyką. "King Animal" brzmi jak wypadkowa poprzednich trzech albumów, z naciskiem na "Superunknown". Brakuje tu jednak dawnej świeżości, energii i przede wszystkim dobrych, zapamiętywanych melodii. Zdecydowanie nie pomaga płaskie, przytłumione brzmienie (skompresowane wedle współczesnych standardów). A wspomniany upływ czasu słychać przede wszystkim w wokalnych partiach Chrisa Cornella, który z trudem wyciąga wyższe tony (a robi to często). Przynajmniej pod względem instrumentalnym zdarzają się - rzadkie - przebłyski, jak ciekawe pod względem rytmicznym "Taree" i "Rowling", czy dość zgrabna ballada "Bones of Birds". Jednocześnie nie ma tu jakiś naprawdę słabych momentów. Po prostu jest bardzo przeciętnie. I całość trwa zdecydowanie zbyt długo, co w połączeniu z wcześniej wspomnianymi wadami sprawia, że słuchanie "King Animal" jest męczące.

Ocena: 5/10



Soundgarden - "King Animal" (2012)

1. Been Away Too Long; 2. Non-State Actor; 3. By Crooked Steps; 4. A Thousand Days Before; 5. Blood on the Valley Floor; 6. Bones of Birds; 7. Taree; 8. Attrition; 9. Black Saturday; 10. Halfway There; 11. Worse Dreams; 12. Eyelid's Mouth; 13. Rowing

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Producent: Adam Kasper


11 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Countdown to Extinction" (1992)



Ciekawa sprawa z tym albumem. Bo skład tu taki sam, jak na poprzednim w dyskografii "Rust in Peace", a podejście zupełnie inne. Dave Mustaine zapewne pozazdrościł sukcesu, jaki jego byli koledzy z Metalliki osiągnęli dzięki swojemu eponimicznemu albumowi z czarną okładką. "Countdown to Extinction" idzie podobną drogą. Utwory stały się prostsze, bardziej uporządkowane, bardziej wyraziste. Stylistycznie bliższe zwykłego heavy metalu lub nawet hard rocka, niż thrashu. Nagle okazało się, że rudy potrafi pisać dość zgrabne... piosenki. Najlepszym tego przykładem takie nagrania, jak "Symphony of Destruction" (spory przebój singlowy), "Skin O' My Teeth" (nieco mniejszy przebój) czy tytułowy "Countdown to Extinction" (niesłusznie mniej popularny). W porównaniu z wcześniejszymi longplayami Megadeth, panuje tu odrobinę większa różnorodność. Najcięższe w zestawie "Architecture of Aggression" i "Ashes in Your Mouth" kojarzą się z bardzo popularną w tamtym czasie Panterą. A na przeciwnym biegunie mieszczą się quasi-ballady "Foreclosure of a Dream" (tutaj łagodniejsze fragmenty zestawiono z topornymi zaostrzeniami) i "Captive Honour" (tu balladowy jest tylko wstęp). Jednak pomimo tych urozmaiceń, album na dłuższą metę jest nieco zbyt monotonny. To dlatego, że często jeden pomysł został wykorzystany do stworzenia kilku utworów - dlatego wiele z nich nic nie wnosi. W rezultacie, przesłuchanie całości jest dla mnie dość męczące. Poza tym, nie ma tu oczywiście niczego wybitnego. Przyzwoite granie, ale nic, do czego warto byłoby wracać.

Ocena: 6/10



Megadeth - "Countdown to Extinction" (1992)

1. Skin O' My Teeth; 2. Symphony of Destruction; 3. Architecture of Aggression; 4. Foreclosure of a Dream; 5. Sweating Bullets; 6. This Was My Life; 7. Countdown to Extinction; 8. High Speed Dirt; 9. Psychotron; 10. Captive Honour; 11. Ashes in Your Mouth

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara, dodatkowy wokal; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Nick Menza - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


10 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Rust in Peace" (1990)



Większość fanów Megadeth można podzielić na dwie grupy. Tych, którzy za najlepszy album uważają "Peace Sells... But Who's Bying?", oraz na tych, którzy preferują "Rust in Peace". Zapewne istnieje jeszcze spora grupa stawiająca na czele "Countdown to Extinction", natomiast zwolennicy pozostałych albumów to już margines. W sumie nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat "Rust in Peace" cieszy się takim uznaniem.

Album jest debiutem nowego, najtrwalszego i być może najsłynniejszego składu zespołu - z gitarzystą Martym Friedmanem i perkusistą Nickiem Menzą, którzy dołączyli do Dave'a Mustaine'a i Dave'a Ellefsona. Pod pewnymi względami stanowi jednak powrót do korzeni zespołu. Oczywiście, nie ma tutaj aż takiej dawki agresji i infantylności, jak na "Killing Is My Business... and Business Is Good!" (wciąż jednak jest tego za dużo). Za to utwory są tak samo chaotyczne - przeładowane niezliczoną ilością riffów i solówek, sprawiających wrażenie połączonych zupełnie przypadkowo. Szybkie tempo, w jakim utrzymana jest większość albumu, zdecydowanie nie pomaga ogarnąć, co tutaj właściwie się dzieje.

Niektórzy chwalą ten album za jego skomplikowanie. Ok, nie jest to łatwa do zagrania muzyka, jednak jej trudność sprowadza się do szybkiego tempa, mnogości przypadkowo zestawionych motywów i solówek, a także opanowania paru technicznych sztuczek. Żadna głębsza myśl się za tym wszystkim nie kryje. Brzmi to raczej jak próba ukrycia braku jakichkolwiek pomysłów. Muzycy popisują się swoimi umiejętnościami grania, ale prócz tych popisów praktycznie nic więcej tu nie ma. Kompozycje właściwie nie istnieją. Melodie są tak nijakie, że w sumie też ich nie ma. Jakichkolwiek prób urozmaicenia, zaskoczenia słuchacza również nie stwierdzam (no dobrze, jest "Dawn Patrol", ale to tylko nic nie wnoszący przerywnik - niespełna dwuminutowy monolog z akompaniamentem sekcji rytmicznej). A nie jest to przecież żadna abstrakcyjna, eksperymentalna muzyka, gdzie brak struktury i brak melodii prowadziłby do jakiegoś celu. To tylko ordynarne, metalowe napieprzenie, przy którym można poskakać lub pomachać głową, gdy ma się te naście lat.

Ale "Rust in Peace" nawet w kategorii metalowego napieprzania jest do niczego, bo tego typu muzykę, ze wszystkimi jej ograniczeniami, można grać w bardziej przemyślany i uporządkowany sposób. Nie przypadkiem Megadeth zawsze pozostawał w cieniu Metalliki, która potrafiła uczynić thrash metal bardziej przystępnym, tworząc utwory, a nie chaotyczne zlepki licznych riffów, przeplatanych pseudo-wirtuozerskimi solówkami. Na poprzednich albumach zespół przynajmniej próbował pokazać większą różnorodność (na "Peace Sells..." nawet z dobrym skutkiem), podczas gdy "Rust in Peace" jest cholernie jednorodny. A przy tym zachowuje podstawowe wady swoich poprzedników, takie jak brak wyrazistości, chaotyczność i epatowanie infantylną agresją. Cóż, wychodzi na to, że to najsłabszy z pierwszych czterech albumów Megadeth.

Ocena: 4/10



Megadeth - "Rust in Peace" (1990)

1. Holy Wars... The Punishment Due; 2. Hangar 18; 3. Take No Prisoners; 4. Five Magics; 5. Poison Was the Cure; 6. Lucretia; 7. Tornado of Souls; 8. Dawn Patrol; 9. Rust in Peace... Polaris

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Mike Clink


9 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "So Far, So Good... So What!" (1988)



Przed zarejestrowaniem przez Megadeth trzeciego albumu doszło do istotnych zmian w składzie. Gitarzysta Chris Poland wyleciał, bo sprzedawał należący do zespołu sprzęt, aby kupić heroinę. Jego następcą został Jay Reynolds, którego jednak szybko zastąpił Jeff Young. Zmienił się także perkusista - miejsce Gara Samuelsona zajął Chuck Behler. Nie zmieniła się natomiast grana przez zespół muzyka. Jednakże, na "So Far, So Good... So What!" znalazło się kilka smaczków, jak pierwszy w karierze Megadeth utwór instrumentalny ("Into the Lungs of Hell") czy kolejny nietypowy cover - tym razem padło na "Anarchy in the U.K." z repertuaru Sex Pistols. Wykonanie tego drugiego jest jednak bardzo zachowawcze i nie wnosi nic nowego, poza tym kawałek nie pasuje do reszty albumu; ciekawostką jest gościnny udział gitarzysty brytyjskiego zespołu, Steve'a Jonesa. Z pozostałych nagrań warto wyróżnić solidny "Set the World Afire", a także "In My Darkest Hour" - dość chaotyczny kawałek, w którym jednak słychać nieśmiałą zapowiedź późniejszego, bardziej melodyjnego stylu grupy. Dominują tu jednak zupełnie niecharakterystyczne utwory, jak już wspomniany "Into the Lungs of Hell" i wszystkie te, których nie przypadkiem nie wymieniłem z tytułów. W sumie jest to bardzo przeciętny longplay.

Ocena: 5/10



Megadeth - "So Far, So Good... So What!" (1988)

1. Into the Lungs of Hell; 2. Set the World Afire; 3. Anarchy in the U.K.; 4. Mary Jane; 5. 502; 6. In My Darkest Hour; 7. Liar; 8. Hook in Mouth

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Jeff Young - gitara; Dave Ellefson - bass; Chuck Behler - perkusja
Gościnnie: Steve Jones - gitara (3)
Producent: Dave Mustaine i Paul Lani


8 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Peace Sells… but Who's Buying?" (1986)



Rok 1986 przyniósł jedne z najsłynniejszych i najbardziej cenionych albumów thrash metalowych: "Reign in Blood" Slayera, "Master of Puppets" Metalliki oraz "Peace Sells… but Who's Buying?" Megadeth. Drugie wydawnictwo ekipy Dave'a Mustaine'a jest na pewno longplayem bardziej dojrzałym od poprzedniego. Zachowując ciężar, zespół proponuje zwykle bardziej przemyślane kompozycje, oparte na bardziej wyrazistych motywach i melodiach. Najlepszym tego przykładem "Wake Up Dead", "Peace Sells" i "My Last Words". Wszystkie charakteryzują się mnogością riffów, ale nie są one już tak chaotycznie zestawione, tworzą bardzo spójną całość. Nieco lepiej jest w kwestii wokalnej - przynajmniej na tyle, na ile pozwoliły możliwości Mustaine'a. Mniej tu jednak szczeniackiego wydzierania się, a więcej śpiewu. Problemem, przynajmniej dla mnie, pozostają solówki, które są tylko efekciarskim popisywaniem się technicznymi sztuczkami. Najbardziej podoba mi się utwór najmniej typowy. Zespół po raz kolejny zdecydował się zamieścić na płycie nieoczywisty cover. Tym razem padło na standard bluesowy "I Ain't Superstitious", napisany przez Williego Dixona dla Howlin' Wolfa (znany też z wykonań m.in. Jeff Beck Group, Grateful Dead, Yardbirds i Savoy Brown). Zagrany został oczywiście z większym ciężarem, ale z szacunkiem dla pierwowzoru. Warto w tym miejscu wspomnieć o brzmieniu, które jest na pewno bardziej dopracowane, niż na debiucie - gitary mają odpowiedni ciężar i ostrość, ale nie zagłuszają basu, którego partie są sporym atutem wielu kawałków. Całość jest jednak dość nierówna, bo ewidentnie słabszy jest środek albumu ("Devil's Island", "Good Mourning / Black Friday"). Ogólnie wrażenia mam jednak pozytywne.

Ocena: 7/10



Megadeth - "Peace Sells… but Who's Buying?" (1986)

1. Wake Up Dead; 2. The Conjuring; 3. Peace Sells; 4. Devil's Island; 5. Good Mourning / Black Friday; 6. Bad Omen; 7. I Ain't Superstitious; 8. My Last Words

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Poland - gitara; Dave Ellefson - bass; Gar Samuelson - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Randy Burns


7 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Killing Is My Business... and Business Is Good!" (1985)



Megadeth to jeden z najsłynniejszych przedstawicieli thrash metalu, powszechnie zaliczany - razem z Metalliką, Slayerem i Anthrax - do tzw. "wielkiej czwórki" tego stylu. Założony został przez gitarzystę Dave'a Mustaine'a i basistę Dave'a Ellefsona wkrótce po tym, gdy pierwszy z nich został wyrzucony z Metalliki (przez co do dziś ma na tym punkcie kompleksy). Obaj występują w zespole do dzisiaj (choć Ellefson z przerwą w latach 2002-10), a reszta składu regularnie się zmienia. W początkowym okresie Mustaine'owi przyświecał jeden tylko cel: grać szybciej, ciężej i agresywniej od Metalliki. I to właściwie wystarczyłoby za recenzje debiutanckiego albumu Megadeth, "Killing Is My Business... and Business Is Good!".

Niemal od samego początku, od kawałka "Loved to Deth" (poprzedzonego jedynie przez intro "Last Rites", czyli siermiężną, zubożałą interpretację "Toccaty i fugi d-moll" Bacha, zagraną przez lidera na pianinie), aż po ostatnie dźwięki "The Mechanix" (opartego na pierwotnej, uboższej wersji metallikowego "The Four Horseman"), słychać wyłącznie metalowe napieprzanie, chaotyczne riffy i perkusja, efekciarskie, czasem niby-klasycyzujące, ale pozbawione wyrafinowania gitarowe solówki, a także szczeniackie wrzaski Mustaine'a. Odrobinę inny charakter ma tylko "These Boots", czyli przeróbka popowego przeboju Nancy Sinatry "These Boots Are Made for Walkin'" (z "poprawionym" tekstem, do którego dodano wulgaryzmy). Choć ten kawałek również razi swoją topornością i infantylną agresją, nie ma tu aż takiego natłoku chaotycznie dobranych riffów i solówek, dzięki czemu łatwiej usłyszeć linię melodyczną. Komuś to jednak najwidoczniej przeszkadzało, bo począwszy od 1995 roku, kawałek jest pomijany na reedycjach (choć na niektórych powrócił wśród bonusów).

Rozumiem, że taki album może podobać się dzieciakom, które muszą się przy czymś wyszaleć, ale jest wiele innych (metalowych) albumów, które taką funkcję użytkową spełniają co najmniej tak samo dobrze, a przy okazji mają jednak mniej chaotyczną i szczeniacką zawartość, na których poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą. 

Ocena: 4/10



Megadeth - "Killing Is My Business... and Business Is Good!" (1985)

1. Last Rites / Loved to Deth; 2. Killing Is My Business... and Business Is Good!; 3. Skull Beneath the Skin; 4. These Boots; 5. Rattlehead; 6. Chosen Ones; 7. Looking Down the Cross; 8. Mechanix

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara, pianino (1); Chris Poland - gitara; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Gar Samuelson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Mustaine, Karat Faye


6 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)



Trzy lata po premierze "Death Magnetic" ukazał się suplement do tego albumu. EPka "Beyond Magnetic" to zbiór wcześniej niepublikowanych nagrań, które powstały podczas sesji wspomnianego longplaya. Premiera wydawnictwa nie przypadkiem zbiegła się w czasie z obchodami 30-lecia istnienia Metalliki. Zespół z tej okazji zagrał cztery specjalne koncerty w Fillmore Theatre w San Francisco - odbyły się w dniach 5, 7, 9 i 10 grudnia 2011 roku. Podczas każdego z nich został zagrany premierowo jeden nowy utwór. Następnie jego wersja studyjna była udostępniania do darmowego ściągnięcia. 13 grudnia zupełnie niepodziewanie wszystkie cztery zostały wydane na fizycznym nośniku.

Utwory pod względem stylistycznym nawiązują do dokonań zespołu z lat 1984-91. Spokojnie mogłoby zatem znaleźć się na "Death Magnetic". Każdy z nich pasowałby tam bardziej, niż "The Unforgiven III". Rozpoczynający EPkę "Hate Train", zbudowany na świetnym riffie, jest zresztą znacznie bardziej udany, niż zdecydowana większość kawałków z tamtego longplaya. Nieco słabiej, bardziej topornie, ale w sumie przyzwoicie wypadają także "Just a Bullet Away" (który pod tytułem "Shine" miał zostać wydany na singlu "The Day That Never Comes", z czego w ostatniej chwili zrezygnowano) i "Hell and Back". Może nieco mniej na album pasowałby "Rebel of Babylon", momentami bliższy stylistyki "Load", ale to także nie najgorszy kawałek. Warto zwrócić uwagę na brzmienie całości, które jest nieporównywalnie lepsze, niż na "Death Magnetic" - bardziej dynamiczne, bez zniekształceń. Przyczepić można się natomiast do długości poszczególnych kawałków - EPka trwa niemal równe pół godziny, co daje średnio siedem i pół minuty na utwór. Przy tego typu muzyce jest to zdecydowanie za długo.

"Beyond Magnetic" to w sumie całkiem udane wypełnienie czasu pomiędzy regularnymi albumami. Bardziej udane od albumu, na którym zawarte tu utwory się nie znalazły, bo zespół wolał umieścić na nim słabe kopie swoich starszych nagrań.

Ocena: 6/10



Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)

1. Hate Train; 2. Just a Bullet Away; 3. Hell and Back; 4. Rebel of Babylon

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Rick Rubin


5 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Death Magnetic" (2008)



"Death Magnetic" to pierwszy w karierze Metalliki krok wstecz. Popełniony całkowicie świadomie, z przyczyn merkantylnych. Aby odzyskać zaufanie fanów, stracone po wydaniu "St. Anger", muzycy nagrali album bezpośrednio nawiązujący do najbardziej cenionego okresu swojej działalności (lat 1984-88). "Death Magnetic" jest zatem albumem wymuszonym, nagranym pod publikę, a nie z potrzeby artystycznego wyrazu. Sytuacji na pewno nie ratuje fatalne brzmienie. Zespół nawiązał współpracę z producentem Rickiem Rubinem, jednym z największych winowajców tzw. loudness war. Album jest nagrany tak głośno, że dźwięk został nienaturalnie zniekształcony. Irytujące jest także jego niezmienne natężenie, całkowita kompresja i brak dynamiki. Warto jednak dodać, że istnieje także miks albumu z mniej zniekształconym dźwiękiem, z wersji dołączonej do gry "Guitar Hero III: Legends of Rock", chętnie bootlegowany przez fanów.

"Death Magnetic" już samą strukturą nawiązuje do albumów "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...And Justice for All". Na początek mamy więc szybki kawałek poprzedzony łagodnym wstępem ("That Was Just Your Life"), pod numerem czwartym - balladę z zaostrzeniami ("The Day That Never Comes", nachalnie powielający strukturę "One" i melodię "Fade to Black"), na przedostatniej ścieżce - długi instrumental ("Suicide & Redemption"), a także najbardziej agresywny i rozpędzony kawałek na zakończenie ("My Apocalypse"). Takich oczywistych skojarzeń jest tu więcej. Chociażby próba nagrania nowego "Creeping Death" ("The End of the Line"). Każdy z tych utworów wypada, oczywiście, bardzo blado w porównaniu ze swoimi pierwowzorami. Brakuje im nie tylko świeżości, ale także dobrych melodii, zapamiętywalnych riffów i ekscytujących solówek (solówki są tu zresztą często naprawdę kiepskie i chaotyczne).

Na albumie znalazł się także ukłon w stronę zwolenników Metalliki z lat 90., w postaci utworu "The Unforgiven III". Jednak poza tytułem ciężko znaleźć tu podobieństwa do poprzednich części, poza przeplataniem balladowych fragmentów z ostrzejszymi. Melodia jest zupełnie bezbarwna, aranżacja odpycha strasznie kiczowatymi partiami pianina i smyczków, a ponadto kawałek strasznie się dłuży. To ostatnie stanowi zresztą także problem pozostałych utworów, których średnia długość przekracza siedem minut. Dzieje się w nich natomiast niewiele, czego przykładem chociażby "Broken, Beat & Scarred" i "The Judas Kiss", powtarzające do znudzenia te same motywy. Nieco lepiej prezentują się natomiast "Cyanide" i zwłaszcza "All Nightmare Long", będące jakby połączeniem thrashowej Metalliki z lat 80. i tej bardziej rockowej z następnej dekady, dzięki czemu nie wywołują aż tak nachalnych skojarzeń, jak inne nagrania. Pierwszy z nich wyróżnia się odrobinę mniej oczywistą strukturą i wysuwającymi się na pierwszy plan partiami basu (w wykonaniu nowego basisty, Roba Trujillo), natomiast drugi zwraca uwagę najlepszym refrenem.

"Death Magnetic" to dokładnie taki album, na jaki czekała większość fanów Metalliki. A więc album zupełnie niepotrzebny, bo zespół już wcześniej nagrywał takie same, tylko znacznie lepsze pod względem kompozytorskim (i brzmieniowym). Przy okazji powtarza największy błąd kilku poprzednich wydawnictw - jest zdecydowanie za długi, przez co ciężko wysłuchać go w całości. 

Ocena: 5/10



Metallica - "Death Magnetic" (2008)

1. That Was Just Your Life; 2. The End of the Line; 3. Broken, Beat & Scarred; 4. The Day That Never Comes; 5. All Nightmare Long; 6. Cyanide; 7. The Unforgiven III; 8. The Judas Kiss; 9. Suicide & Redemption; 10. My Apocalypse

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: David Campbell - orkiestracja (7)
Producent: Rick Rubin


4 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "St. Anger" (2003)



"St. Anger" był nagrywany w trudnym dla zespołu okresie. Nieco wcześniej opuścił go Jason Newsted (podczas sesji zastąpił go producent Bob Rock), a pozostali muzycy byli wyczerpani po latach nadużywania pewnych substancji (co dokładniej zostało omówione w dokumencie "Some Kind of Monster"). W rezultacie powstał album nieprzemyślany, który spotkał się z dość jednoznaczną krytyką.

Główne zarzuty, jakie są mu stawiane, to: garażowe brzmienie (zwłaszcza w przypadku perkusji, która brzmi jak walenie w metalowe przedmioty), inspiracja nu metalem (skandowane partie wokalne, brak gitarowych solówek, przeplatanie fragmentów agresywnych z wręcz popowymi), oraz monotonia (utwory trwają średnio po siedem minut, a niewiele się w nich dzieje). Wszystko się zgadza. Sam przez wiele lat należałem do zagorzałych przeciwników tego albumu. Ale po ostatnim przypomnieniu go sobie, zacząłem nieco inaczej na niego patrzeć. Przede wszystkim, nie ma nic złego w tym, że zespół chciał spróbować czegoś nowego. Zwłaszcza, że raczej nie stały za tym względy merkantylne, bo w takim wypadku zespół nagrałby coś bardziej przystępnego. Trudno to jednak wytłumaczyć fanom, którzy by chcieli, żeby zespół przez całą karierę nagrywał kopie ich ulubionego albumu. Po drugie, "St. Anger" niewątpliwie ma swoje zalety.

James Hetfield nigdy wcześniej ani później nie śpiewał tak różnorodnie, jak tutaj. Nie wszystkie sposoby, na jakie to robi, są dobre (czasem brzmi dość karykaturalnie), ale niektóre z tutejszych partii wokalnych należą do jego najlepszych. Z kolei brzmienie jest faktycznie dość dziwne, ale ta metaliczna perkusja daje całkiem ciekawy efekt, kojarzący się z wczesnym industrialem. Gdyby tylko Lars Urlich nie grał tak chaotycznie... Same utwory też nie są najgorsze, choć sporo tracą przez niepotrzebne rozciąganie. Singlowe, skrócone wersje "St. Anger" i "Some Kind of Monster" udowadniają, że mogło być naprawdę dobrze, gdyby nieco bardziej przyłożyć się do miksu. Oba wspomniane kawałki posiadają zarówno dobre riffy, jak i chwytliwe melodie. Świetnych momentów i dobrych melodii nie brakuje też w takich nagraniach, jak np. "The Unnamed Feelings" (z gitarą udającą DJ-skie zabawy z płytami - choć nie tak kreatywną, jak u Toma Morello), "Frantic", czy "Sweet Amber", choć żaden z nich nie jest pozbawiony wyżej wspomnianych wad. Zdarzają się także zupełnie bezsensowne łupanki ("My World", "Purify"). 

"St. Anger" to już trzeci z rzędu album Metalliki, który bardzo trudno przesłuchać za jednym razem w całości. Tym razem męczący nie tylko swoją długością, ale także brzmieniem i jednostajnością. Sam pomysł nagrania takiego albumu nie wydaje się jednak tak beznadziejny, jak się powszechnie uważa. Przydałoby się jednak bardziej popracować na etapie miksów, aby uniknąć dłużyzn. I zatrudnić sesyjnego perkusistę.

Ocena: 5/10



Metallica - "St. Anger" (2003)

1. Frantic; 2. St. Anger; 3. Some Kind of Monster; 4. Dirty Window; 5. Invisible Kid; 6. My World; 7. Shoot Me Again; 8. Sweet Amber; 9. The Unnamed Feelings; 10. Purify; 11. All Within My Hands

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Bob Rock - bass
Producent: Bob Rock i Metallica


3 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "S&M" (1999)



Trzy dekady po pierwszych próbach łączenia rocka z orkiestrą (Deep Purple, Moody Blues, Pink Floyd, Procol Harum), zakończonych niepowodzeniem i dlatego przez wiele lat niekontynuowanych, nastąpiła druga fala podobnych eksperymentów. Według powszechnej wiedzy zapoczątkowana została przez Metallikę i album "S&M". Jednak w rzeczywistości na pomysł jako pierwsi wpadli muzycy grupy Scorpions. Kilka lat wcześniej nawiązali oni współpracę z Michaelem Kamenem, który miał zająć się zaaranżowaniem partii orkiestry. Kamen szybko jednak zrezygnował z projektu, po czym... zgłosił się do muzyków Metalliki i sprzedał im pomysł połączenia sił z orkiestrą. Scorpionsi ostatecznie zatrudnili innego aranżera i nagrali swój symfoniczny album "Moment of Glory". Wcześniej jednak wydany został metallikowy "S&M", skompilowany z dwóch występów, z 21 i 22 kwietnia 1999 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. Zespołowi towarzyszyła The San Francisco Symphony pod batutą Kamena.

Już sama idea łączenia rocka i orkiestry jest pomysłem tyleż dziwnym, co pretensjonalnym. Muzykom rockowym po prostu brakuje umiejętności symfoników i wyobraźni klasycznych kompozytorów. O ile w przypadku "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple lub "Atom Heart Mother" Pink Floyd efekt był dość naiwny, to całość jako tako się kleiła - faktycznie mieliśmy tam współpracę zespołu z orkiestrą. Podobnie jest u Scorpions, którzy znacznie przearanżowali swoje utwory, aby orkiestra też mogła się wykazać (choć sam pomysł łączenia popowych kawałków z symfonicznym rozmachem był kuriozalny). Muzycy Metalliki niestety nie przyłożyli się do swojego projektu. Po prostu odgrywają swoje kawałki tak samo, jak na każdym innym koncercie. Rola orkiestry ograniczyła się do dopasowania się. O ile wychodzi to w wolniejszych, spokojniejszych kawałkach ("Nothing Else Matters" i "Bleeding Me", ale już "Hero of the Day" brzmi zbyt słodko), tak w cięższych zespół w ogóle nie pozostawia przestrzeni dla orkiestry, co prowadzi do kompletnego chaosu i niedopasowania - często można odnieść wrażenie, jakby słuchało się na raz dwóch różnych albumów (np. "Master of Puppets", "Of Wolf and Man", "Fuel", druga połowa "One", "Battery"). Wyjątek stanowi "The Call of Ktulu", w którym wyjątkowo dobrze odnaleźli się symfonicy.

Do najlepszych momentów z pewnością należy "The Ecstasy of Gold", czyli temat Ennio Morriconego z filmu "Dobry, zły i brzydki" Sergia Leone. Tutaj jednak gra sama orkiestra. Zespół używał już tego utworu jako intra podczas poprzednich tras - wówczas po prostu puszczano go z taśmy. Warto też dodać, że w 2007 roku muzycy nagrali w studiu metalową wersję utworu, która została wydana na kompilacji "We All Love Ennio Morricone". Wracając do "S&M", trzeba odnotować, że zespół specjalnie na okazję współpracy z orkiestrą stworzył dwa nowe utwory: "No Leaf Clover" i "- Human". W obu orkiestra dostaje nieco więcej przestrzeni, ale w momentach, w których zespół włącza przestery, znów razi niedopasowanie. Może po prostu nie da się przekonująco połączyć metalowego ciężaru i orkiestry ("The Call of Ktulu" to jedyna próba zakończona pełnym powodzeniem). Symfonicy i Metallica są jak woda i olej. Partie orkiestry są tutaj tylko niepasującym tłem, dodającym niepotrzebnego patosu i tak naprawdę nic więcej. "S&M" to jeden z najbardziej kuriozalnych i pretensjonalnych albumów, jakie kiedykolwiek powstały. Nieudany eksperyment. I najgorsze wydawnictwo w historii zespołu. Jedynie "The Ecstasy of Gold", "The Call of Ktulu", "Nothing Else Matters" i "Bleeding Me" ratują ten album przed byciem kompletnie niesłuchalnym i niepotrzebnym gniotem. 

Ocena: 3/10



Metallica - "S&M" (1999)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. The Call of Ktulu; 3. Master of Puppets; 4. Of Wolf and Man; 5. The Thing That Should Not Be; 6. Fuel; 7. The Memory Remains; 8. No Leaf Clover; 9. Hero of the Day; 10. Devil's Dance; 11. Bleeding Me
CD2: 1. Nothing Else Matters; 2. Until It Sleeps; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. - Human; 5. Wherever I May Roam; 6. The Outlaw Torn; 7. Sad But True; 8. One; 9. Enter Sandman; 10. Battery

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Michael Kamen - dyrygent; San Francisco Symphony Orchestra - orkiestra
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Ulrich, Michael Kamen


2 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Garage Inc." (1998)



Metallica przez całą swoją karierę chętnie sięga po cudze kompozycje, zarówno podczas koncertów, jak i nagrywając je w studiu. W końcu uzbierało się ich tyle, że postanowiono skompilować je na jednym wydawnictwie (wcześniej dostępne były wyłącznie na stronach B singli i EPkach). Muzycy na tym jednak nie poprzestali i nagrali jedenaście nowych przeróbek, które wypełniły pierwszy dysk wydawnictwa zatytułowanego "Garage Inc.". Na drugim zebrano piętnaście utworów z lat 1984-96.

Nagrania z EPki "The $5.98 E.P.: Garage Days Re-Revisited" i z singli wydanych w latach 80. to hołd dla zespołów, które ukształtowały styl Metalliki. Znajdziemy tu po dwa nagrania hardrockowego Budgie ("Crash Course in Brain Surgery", "Breadfan") i punkrockowego Misfits ("Last Caress" i "Green Hell" połączone w jedno nagranie, zakończone żartobliwym cytatem z "Run to the Hills" Iron Maiden), ale przede wszystkim przeróbki mniej znanych grup z kręgu NWOBHM, jak Diamond Head ("Helpless", "Am I Evil?", "The Prince"), Holocaust ("The Small Hour") i Blitzkrieg ("Blitzkrieg"). Zaskoczeniem może być tylko "The Wait" z repertuaru Killing Joke, bo wpływu akurat tej grupy jakoś nie słychać w twórczości Metalliki. W tej wersji utwór nabrał jednak thrashowego brzmienia, więc tylko trochę odstaje od reszty stylistycznie. Wszystkie wyżej wymienione nagrania nie odbiegają poziomem od autorskich nagrań zespołu z tamtego okresu. Przede wszystkim wciąż słychać tę młodzieńczą energię i radość z grania, bez późniejszego wyrachowania.

W okresie "Czarnego albumu" zespół nie tylko znów przypomniał o swojej inspiracji nurtem NWOBHM ("Killing Time" Sweet Savage) i punk rockiem ("So What?" Anti-Nowhere League), ale także sięgnął do repertuaru... Queen. Wybór utworu nie jest jednak zaskakujący, bo "Stone Cold Crazy" już w oryginale brzmi bardzo metalowo. W tej wersji zwiększono tylko natężenie przesteru, przez co brzmi bardziej prostacko. W trakcie sesji "Load" / "ReLoad" zarejestrowane zostały natomiast cztery utwory Motörhead: przebój "Overkill" i nieco mniej znane "Damage Case", "Stone Dead Forever", oraz "Too Late Too Late".

Zdecydowanie słabiej wypadają premierowe przeróbki. Zespół nie poświęcił zbyt wiele czasu na ten materiał, przez co wiele tutaj nietrafionych aranżacji i nieciekawych pomysłów. Znaczna część tych nagrań brzmi po prostu topornie i prostacko, co można jeszcze zrozumieć w przypadku kawałków punkowych ("Free Speech for the Dumb" i "The More I See" Discharge, "Die, Die My Darling" Misfits), ale razi w utworze Nicka Cave'a ("Loverman") i irlandzkiej pieśni spopularyzowanej przez Thin Lizzy ("Whiskey in the Jar"). W "Sabbra Cadabra" Black Sabbath muzykom nie chciało się zagrać progresywnej części lub wymyślić czegoś na jej miejsce, więc po prostu wpletli tam fragment innego utworu zespołu, "A National Acrobat". Nietrafionym pomysłem było natomiast połączenie pięciu utworów grupy Mercyful Fate w jeden długi kloc, przeładowany licznymi riffami. Jest jeszcze zupełnie nie pasujący do Metalliki "Tuesday's Gone" z dorobku Lynyrd Skynyrd, który jest prawie tak przesłodzony, jak "Low Man's Lyric" z "ReLoad". Nie pomógł - a nawet zaszkodził - udział wielu znakomitych gości (m.in. Gary Rossington z Lynyrd Skynyrd, Jerry Cantrell i Sean Kinney z Alice in Chains, czy Les Claypool z Primus). Fajnie wypada natomiast energetyczne wykonanie "It's Electric" Diamond Head. Jednak najlepszym momentem jest bardzo zgrabne wykonanie "Turn the Page" autorstwa Boba Segera.

Nie da się ukryć, że przeróbki Metalliki są zupełnie pozbawione polotu. Zespół zbyt mocno trzyma się pierwowzorów, odgrywając je jak najwierniej, tylko zwiększając ciężar i często je upraszczając. W starszych nagraniach muzycy przynajmniej nadrabiają sporą dawką energii, a brak wyrafinowania można tłumaczyć ich wiekiem. Ale gdy doświadczony zespół nagrywa coś takiego, jak pierwszy dysk tego wydawnictwa, trudno znaleźć cokolwiek na jego usprawiedliwienie. Może zmęczeniem po niedawnym nagraniu dwóch 80-minutowych albumów? Ale kto im w ogóle kazał tyle nagrywać? "Garage Inc." spokojnie mógłby składać się tylko ze starszych kawałków. I wtedy ocena byłaby ciut wyższa.

Ocena: 6/10



Metallica - "Garage Inc." (1998)

CD1: 1. Free Speech for the Dumb; 2. It's Electric; 3. Sabbra Cadabra / A National Acrobat; 4. Turn the Page; 5. Die, Die My Darling; 6. Loverman; 7. Mercyful Fate (Medley: Satan's Fall / Curse of the Pharaohs / A Corpse Without Soul / Into the Coven / Evil); 8. Astronomy; 9. Whiskey in the Jar; 10. Tuesday's Gone; 11. The More I See
CD2: 1. Helpless; 2. The Small Hour; 3. The Wait; 4. Crash Course in Brain Surgery; 5. Last Caress / Green Hell; 6. Am I Evil?; 7. Blitzkrieg; 8. Breadfan; 9. The Prince; 10. Stone Cold Crazy; 11. So What?; 12. Killing Time; 13. Overkill; 14. Damage Case; 15. Stone Dead Forever; 15. Too Late Too Late

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Cliff Burton - bass (CD2: 6,7); Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie (CD1:10): Pepper Keenan - wokal; Gary Rossington - gitara; Jerry Cantrell - gitara; Jim Martin - gitara; Les Claypool - bandżo; Sean Kinney - instr. perkusyjne; John Popper - harmonijka
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Urlich, Mark Whitaker


1 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "ReLoad" (1997)



Zespół zaprzecza, że "ReLoad" to zbiór odrzutów z "Load". Twierdzi, co prostu potrzebował więcej czasu na ich dopracowanie. Co w sumie i tak brzmi jak przyznanie, że to utwory gorszego sortu. Ok, jest tu kilka niezłych momentów. Zwłaszcza na początku albumu. Rozpędzony "Fuel" świetnie sprawdza się na żywo, a "The Memory Remains" jako przebojowy singiel. Szkoda, że drugi z nich spaprano przez dodanie skrzeczącej wokalizy Marianne Faithfull. Bronią się ciężki "Devil's Dance" i grunge'owy "Where the Wild Things Are" z fajną zwrotką w stylu Alice in Chains, ale słabszym refrenem. W finałowym "Fixxxer" pojawiają się nawet sabbathowe riffy, ale ogólnie utwór wydaje się zbyt przekombinowany i chaotyczny.

I to by było tyle. Dominują tu zupełnie bezbarwne kawałki, o których zapomina się zaraz po przesłuchaniu ("Better Than You", "Slither", "Carpe Diem Baby, "Bad Seed", "Prince Charming", "Attitiude"). Są też dwie ewidentne wpadki. "The Unforgiven II" pod względem muzycznym nie ma nic wspólnego z poprzednią częścią (poza tym samym intro), jest to trywialna poprockowa piosenka z naleciałościami country w solowych partiach gitary. A "Low Man's Lyric" to mdła ballada z pretensjonalną partią wokalną i banalnym wykorzystaniem takich instrumentów, jak skrzypce i lira korbowa.

"ReLoad" zdecydowanie powinien zostać zredukowany do EPki zawierającej cztery utwory, które wymieniłem na początku. Wówczas byłby naprawdę świetnym suplementem do "Load". Jako pełnoprawny album zupełnie się nie sprawdza - przez większość swoich 75 minut strasznie się dłuży i nuży słuchacza, a czasem wręcz irytuje. 

Ocena: 4/10



Metallica - "ReLoad" (1997)

1. Fuel; 2. The Memory Remains; 3. Devil's Dance; 4. The Unforgiven II; 5. Better Than You; 6. Slither; 7. Carpe Diem Baby; 8. Bad Seed; 9. Where the Wild Things Are; 10. Prince Charming; 11. Low Man's Lyric; 12. Attitiude; 13. Fixxxer

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Marianne Faithfull - wokal (2); Bernardo Bigalli - skrzypce (11); David Miles - lira korbowa (11); Jim McGillveray - instr. perkusyjne
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich