27 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)



Przed dwoma dniami, 25 października, zmarł Jack Bruce. Jeden z najbardziej utalentowanych i najbardziej inspirujących basistów rockowych i bluesowych (chociaż sam uważał siebie przede wszystkim za muzyka jazzowego). Człowiek, który zrewolucjonizował grę na gitarze basowej w zespole rockowym, traktując ją nie tylko jako instrument rytmiczny, ale także melodyczny i solowy. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt albumów, zarówno solowych, jak i nagranych z licznymi zespołami. Największą sławę przyniosły mu te nagrane z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem pod szyldem Cream. Po rozpadzie tej grupy wciąż odnosił artystyczne sukcesy (chociażby jako członek grającego fusion The Tony Williams' Lifetime), ale nie zdobył popularności na miarę Claptona. Co dziwi tym bardziej, że Bruce był nie tylko równie utalentowanym instrumentalistą, ale także znacznie zdolniejszym kompozytorem. To on odpowiada za te największe przeboje Cream, czyli "I Feel Free", "Sunshine of Your Love" i "White Room".

Niedługo po rozpadzie Cream, Jack Bruce zabrał się za nagrywanie solowego debiutu. W sesji, trwającej na przestrzeni kwietnia i maja 1969 roku, wzięło udział wielu znamienitych gości, m,in. George Harrison, gitarzysta Chris Spedding z jazzrockowego Nucleus, perkusista Jon Hiseman i saksofonista Dick Heckstall-Smith z Colosseum, a także przyszły perkusista Soft Machine, John Marshall. Bruce pozyskał do swojej ekipy także dwóch ważnych współpracowników Cream - producenta i multiinsttrumentalistę Felixa Pappalardiego, a także tekściarza Pete'a Browna. Album otrzymał tytuł "Song for a Tailor", jako hołd dla Jeannie Franklyn, projektantki strojów współpracującej z Cream, która zginęła w wypadku motocyklowym. Longplay okazał się jedynym solowym wydawnictwem Bruce'a, które odniosło sukces komercyjny, dochodząc do 6. miejsca UK Albums Chart i 55. na amerykańskiej liście Billboardu.

Podczas gdy Clapton i Baker kontynuowali blues/hardrockową tradycję Cream w swojej kolejnej supergrupie, Blind Faith, Bruce zdecydował się zaprezentować światu swoje łagodniejsze oblicze. Jeżeli już na siłę szukać jakiś podobieństw między post-creamowymi albumami byłych członków grupy, to "Songs for a Tailor" najbliżej do solowego debiutu Claptona. Przynajmniej pod względem aranżacyjnym, bo artystycznie jest to jednak wyższa półka. Podobnie jak tam, dominują tutaj proste piosenki, często o wyraźnie popowym charakterze (np. "Tickets to Water Falls", "Weird of Hermiston"), nierzadko z pierwszoplanową rolą dęciaków ("Never Tell Your Mother She's Out of Tune", "Boston Ball Game 1967", czy nieco creamowy "The Ministry of Bag" z fajnie pulsującym basem).

Jack Bruce (14.5.1943 - 25.10.2014)

Jednak "Songs for a Tailor" jest albumem o wiele bardziej zróżnicowanym. Znalazła się tu chociażby zgrabna ballada oparta przede wszystkim na akompaniamencie organów - "Theme for an Imaginary Western" (bardziej chyba znana z wykonania Mountain - zespołu w którym występował Pappalardi). Albo nieco bardziej rozbudowany "To Isengard", składający się z dwóch części - akustycznej z partią wokalną, oraz głównie instrumentalnej, z improwizacją na granicy funku, jazzu i rocka. Dość intrygująco wypada także "Rope Ladder to the Moon", który wszedł później do koncertowego repertuaru Colosseum. Największym kontrastem względem reszty longplaya jest jednak finałowy "The Clearout" - dynamiczna, ostra, niemal hardrockowa kompozycja. Ale to akurat odrzut z sesji nagraniowej "Disraeli Gears" Cream. Z tego samego okresu pochodzi także wspomniany już "Weird of Hermiston" - muzycznie dość błahy, ale ozdobiony intrygującym, poetyckim tekstem Browna.

Może to i lepiej, że Jack Bruce zamiast odcinania kuponów od sukcesów Cream, poprzez granie w tym samym stylu, zaproponował coś innego. Może i nieszczególnie odkrywczego, ani tym bardziej wybitnego, ale zdecydowanie wartego poznania.

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)

1. Never Tell Your Mother She's Out of Tune; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Tickets to Water Falls; 4. Weird of Hermiston; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. The Ministry of Bag; 7. He the Richmond; 8. Boston Ball Game 1967; 9. To Isengard; 10. The Clearout

Skład: Jack Bruce - wokal i bass, pianino (1-6,8,10), organy (2-4,10), gitara (5,7,8), wiolonczela (5)
Gościnnie: George Harrison - gitara (1); Chris Spedding - gitara (2-4,6,9,10); Felix Pappalardi - dodatkowy wokal (5,9), instr. perkusyjne (7), gitara (9); Jon Hiseman - perkusja (1-4,6,8-10); John Marshall - perkusja (5,7); Dick Heckstall-Smith - saksofon (1,6,8); Art Themen - saksofon (1,6,8); Harry Beckett - trąbka (1,6,8); Henry Lowther - trąbka (1,6,8); John Mumford - puzon (8)
Producent: Felix Pappalardi


23 października 2014

[Recenzja] Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)



Paul Di'Anno od ponad trzydziestu lat nie może pogodzić się z faktem, że nie jest już wokalistą Iron Maiden (brał udział w nagrywaniu dwóch pierwszych albumów tego zespołu, "Iron Maiden" i "Killers"). Wystarczy spojrzeć na okładkę jego najnowszego, koncertowego wydawnictwa, zatytułowanego "The Beast Arises" - nazwisko muzyka jest stylizowane na logo jego byłego zespołu, a tytuł napisany tą samą czcionką, co tytuły albumów "Killers" i "The Number of the Beast" (oraz singli z tamtego okresu). Odwracamy album na stronę z tracklistą i co widzimy? Na piętnaście utworów aż trzynaście pochodzi z dwóch pierwszych longplayów Żelaznej Dziewicy. Pozostałe dwa to cover "Blitzkrieg Bop" The Ramones, oraz jedyny tutaj post-maidenowy kawałek autorstwa Di'Anno, "Childern of Madness" z repertuaru zespołu Battlezone. Ok, w wersji DVD i winylowej "The Beast Arises" są jeszcze utwory "Marshall Lockjaw" i "The Beast Arises" nagrane przez wokalistę w latach 90. z zespołem nazwanym... Killers. W żadnym stopniu nie zmienia to wrażenia, że Paul Di'Anno żeruje wyłącznie na popularności wynikającej z tego, że był kiedyś wokalistą Iron Maiden.

Album został zarejestrowany 9 kwietnia br. w krakowskim klubie Lizard King. Był to jeden z pięciu koncertów trasy Doładowanie Fest 2014, zorganizowanej przez polski zespół Scream Maker. Di'Anno, który jakiś czas temu zrezygnował z utrzymywania własnego zespołu i na koncerty zaprasza lokalnych muzyków, podczas tych występów został wsparty przez muzyków zespołów Night Mistress (Robert Kazanowski, Artur Pochwała oraz Dominik Wójcik) i wspomnianego Scream Maker (Michał Wrona). Ponadto, w jednym utworze wsparli go muzycy Turbo - specjalni goście krakowskiego koncertu - ale akurat wykonany z nimi "Breaking the Law" (z repertuaru Judas Priest) nie został umieszczony na "The Beast Arises". Prawdopodobnie z przyczyn prawnych - bo raczej nie z powodu błędów w rejestracji. Skąd ta pewność? Cóż, jakość wydanego materiału pozostawia wiele do życzenia - najwidoczniej w Polsce oficjalne koncertówki nagrywa się dyktafonem telefonem. Wszystkie instrumenty zlewają się tutaj w brudną ścianę dźwięku. Tracą na tym zwłaszcza utwory, w których powinny być dobrze słyszalne partie basu (np. "Wrathchild", "Running Free"). Brzmienie jest bardzo niechlujne, co nie przeszkadza aż tak bardzo w prostszych, zdradzających wpływy punk rocka utworach (np. "Sanctuary", "Prowler"), ale już w tych bardziej skomplikowanych (np. "Phantom of the Opera", "Transylvania") jest irytujące.

Paul Di'Anno w latach 80. i obecnie.

Jednak brzmienie wcale nie jest największą wadą "The Beast Arises". Jest nią fatalna forma wokalna Paula Di'Anno. Fakt, nigdy nie miał wielkich umiejętności, ale jego surowy głos pasował do wczesnych, także surowych, nagrań Iron Maiden. Teraz jednak śpiewanie przychodzi mu z trudem, bardzo często drży mu głos, co próbuje ukryć wysokim piszczeniem w stylu Roba Halforda, dzikimi wrzaskami, lub niby-groźnymi pomrukami. Najczęściej słychać jednak po prostu bełkot, który zrozumieć pozwala tylko znajomość oryginalnych wersji. Aż żal tego słuchać. Równie kiepsko wypada jako frontman, o czym można się przekonać dzięki filmikom zapowiadającym wydawnictwo - co najmniej trzykrotnie grubszy niż w czasach Iron Maiden, tylko stoi przed mikrofonem jak słup soli i robi groźne miny. Oglądanie tego jest równie niemiłym przeżyciem, co samo słuchanie. Bardziej adekwatnym tytułem dla tego wydawnictwa byłoby "The Beast Falls" - jest to dokument stoczenia się na samo dno samozwańczej "Bestii" (tylko skąd ten pseudonim, skoro na "The Number of the Beast" Di'Anno już nie śpiewał?), której nie pozostało nic więcej, jak odgrywanie kawałków sprzed trzydziestu lat, na poziomie marnego cover bandu.

Ocena: 1/10



Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)

1. Sanctuary; 2. Purgatory; 3. Wrathchild; 4. Prowler; 5. Murders in the Rue Morgue; 6. Childern of Madness; 7. Genghis Khan; 8. Remember Tomorrow; 9. Charlotte the Harlot; 10. Killers; 11. Phantom of the Opera; 12. Running Free; 13. Transylvania; 14. Iron Maiden; 15. Blitzkrieg Bop

Skład: Paul Di'Anno - wokal
Gościnnie: Michał Wrona - gitara; Robert Kazanowski - gitara; Artur Pochwała - bass; Dominik Wójcik - perkusja
Producent: ?


9 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)



Na początku 1975 roku doszło do kolejnej zmiany składu zespołu. Niezdolny do gry z powodu uzależnienia od narkotyków Gary Thain został wyrzucony (i niedługo później zmarł z powodu przedawkowania), a na jego miejsce przyjęto Johna Wettona - wokalistę i basistę znanego przede wszystkim z grupy King Crimson, z którą nagrał trzy albumy: "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red", będące jednymi z największych osiągnięć muzyki rockowej. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o pierwszym albumie Uriah Heep, w którego nagrywaniu brał udział - "Return to Fantasy" (1975). Najgorszym w dotychczasowej dyskografii zespołu, zdominowanym przez banalne melodie i kiczowate brzmienie syntezatorów; całkowicie zaś pozbawionym elementów hard rocka i rocka progresywnego. Paradoksalnie, także najpopularniejszym - doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii.

Sukcesu "Return to Fantasy" nie powtórzył jego następca, "High and Mighty". Album odrobinę lepszy, chociaż też nie pozbawiony wad. Sam początek sprawia naprawdę dobre wrażenie. "One Way or Another" - oparty na bardzo uwypuklonej w miksie linii basu, z gitarowo-hammondowym tłem, oraz wokalnym duetem Wettona i Kena Hensleya - to jeden z najlepszych otwieraczy w dyskografii Uriah Heep. Chwytliwy, ale bez popadania w komercyjny banał i dość mocny brzmieniowo. Mógłby się jednak kończyć nieco wcześniej, bo ostatnia minuta z kuriozalnymi chórkami tylko psuje ogólne wrażenie. Poziom trzyma jeszcze ballada "Weep in Silence", z nieco bluesowymi solówkami Micka Boxa, organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej.

Dalej jednak jest coraz gorzej. "Misty Eyes", "Midnight", "Can't Keep a Good Band Down" i "Woman of the World" to banalne pioseneczki w stylu poprzedniego albumu. Dalej pojawia się nużący, w połowie akustyczny "Footprints in the Snow", tandetny "Can't Stop Singing" i sztampową, lekko zaostrzoną wersję rock and rolla - "Make a Little Love". Całość kończy - a jakże! - ballada. Tak delikatna, że aż kiczowata "Confession". Na szczęście trwająca niewiele ponad dwie minuty. Chociaż to i tak bez wielkiego znaczenia, bo album ten najlepiej wyłączyć zaraz po "Weep in Silence". Lub w ogóle po niego nie sięgać. Wyjdzie na jedno - i tak niewiele pozostaje po nim w pamięci.

Ocena: 4/10

PS. John Wetton odszedł z Uriah Heep niedługo po wydaniu "High and Mighty", a jego miejsce zajął Trevor Bolder. Kilka lat później Wetton przewinął się przez grupę Wishbone Ash, w której... także został zastąpiony przez Boldera.

PS2. Na powyższej recenzji kończę opisywanie niepremierowych albumów Uriah Heep. Z zespołu kolejno odchodzili/byli wyrzucani tak ważni muzycy, jak David Byron, Ken Hensley i Lee Kerslake, w rezultacie czego kolejne wydawnictwa sygnowane nazwą zespołu miały coraz mniej wspólnego z jego wczesnymi dokonaniami. A ich poziom jest porównywalny raczej z "Wonderworld", "Return to Fantasy" i "High and Mighty", niż bardziej udanymi albumami, jak "Look at Yourself" lub "Demons and Wizards".



Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)

1. One Way or Another; 2. Weep in Silence; 3. Misty Eyes; 4. Midnight; 5. Can't Keep a Good Band Down; 6. Woman of the World; 7. Footprints in the Snow; 8. Can't Stop Singing; 9. Make a Little Love; 10. Confession

Skład: David Byron - wokal (2-10); Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; John Wetton - bass, wokal (1); Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


8 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Wonderworld" (1974)



Album "Wonderworld" rozpoczyna się od przesłodzonego, popowo piosenkowego utworu tytułowego, w którym główną rolę odgrywają instrumenty klawiszowe - także syntezatory. W "Suicidal Man" dla odmiany brzmienie jest bardziej surowe, gitary brzmią ciężej, a zamiast syntezatorów słychać organy; sam utwór jest jednak bardzo słaby, brzmi jak marne popłuczyny po Deep Purple (lub wcześniejszych dokonaniach samego Uriah Heep). Nic dobrego nie mogę także napisać o "The Shadows and the Wind" - na początku niemiłosiernie smętnym, a później irytującym bezsensownymi wokalizami. Pierwszym godnym uwagi utworem jest dopiero rozpędzony "So Tired", w którym w końcu pojawia się trochę prawdziwego czadu. Żadna rewelacja, ale przyjemna odmiana po poprzednich kawałkach. Cóż jednak z tego, skoro po chwili znów zaczyna się smęcenie w strasznie przesłodzonej balladzie "The Easy Road". Sytuacji nie poprawia kolejny dynamiczny kawałek, "Something or Nothing", który odpycha zbyt banalną melodią. Całkiem przyzwoicie wypada ciężki blues "I Won't Mind", ale równoważą go nieciekawe "We Got We" (próba stworzenia czegoś mniej oczywistego) i "Dreams" (bezsensowne połączenie rocka progresywnego z radiowym soft rockiem). Longplay ten mógłby się nigdy nie ukazać i pewnie nie żałowaliby tego nawet najwięksi wielbiciele Uriah Heep.

Ocena: 3/10



Uriah Heep - "Wonderworld" (1974)

1. Wonderworld; 2. Suicidal Man; 3. The Shadows and the Wind; 4. So Tired; 5. The Easy Road; 6. Something or Nothing; 7. I Won't Mind; 8. We Got We; 9. Dreams

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


7 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Sweet Freedom" (1973)



"Sweet Freedom" to album o wiele bardziej spójny od poprzedniego, "The Magican's Birthday". Zdecydowanie dominują tutaj utwory niezbyt ciężkie, dość proste i melodyjne. Taki wygładzony hard rock, czasem z lekkimi wpływami innych gatunków: funku w "Dreamer" i soulu w "Stealin'". Ten drugi utwór promował na singlu i okazał się całkiem sporym (jak na Uriah Heep) przebojem. Dziwić może, że była to jedyna mała płytka promująca album. Spokojnie można było wykroić z niego jeszcze kilka przebojów. "One Day" lub tytułowy "Sweet Freedom" też mają całkiem spory potencjał komercyjny. "Dreamer" i "Seven Stars" niewiele im ustępują.

Album do pewnego momentu jest dość monotonny, kolejne utwory zdają się różnić detalami. Większa różnorodność następuje dopiero pod koniec, od utworu "If I Had the Time", zdominowanego przez brzmienia syntezatorów. "Circus" dla odmiany jest oparty na brzmieniach akustycznych. To najładniejszy fragment longplaya, jednak największe wrażenie sprawia finałowy "Pilgrim". Ponad siedmiominutowa, rozbudowana kompozycja o dość posępnym klimacie i cięższym brzmieniu. A skoro mowa o brzmieniu, to właśnie ono jest największą zaletą albumu: jest bardzo selektywne i wszystkie instrumenty - włącznie z bardzo dobrze słyszalną gitarą basową - pełnią tak samo istotną rolę.

Ciężko jednak zaliczyć "Sweet Freedom" do największych osiągnięć grupy. Zawarta tu muzyka jest za bardzo ugrzeczniona, jak na hard rock, i za mało odkrywcza, jak na rock progresywny. To taki rock środka, którym grupa najwidoczniej chciała dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Co zresztą w pewnym sensie się udało - "Sweet Freedom" w Wielkiej Brytanii album doszedł do 18. miejsca notowania (wyżej zaszedł tylko wydany dwa lata później "Return to Fantasy"), a w Stanach do 33. (lepiej notowane były tylko "Demons and Wizards" i "The Magician's Birthday").

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "Sweet Freedom" (1973)

1. Dreamer; 2. Stealin'; 3. One Day; 4. Sweet Freedom; 5. If I Had the Time; 6. Seven Stars; 7. Circus; 8. Pilgrim

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Gerry Bron


6 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)



Po dwóch udanych, mniej ("Look at Yourself") lub bardziej ("Demons and Wizards") równych albumach, muzycy znów nagrali bardzo niespójny stylistycznie longplay. "The Magician's Birthday" zaczyna się od całkiem niezłego - i bardzo chwytliwego - "Sunrise", w którym spokojne fragmenty z organowym akompaniamentem przeplatają się z hard rockowym czadem. Tuż po nim rozbrzmiewa jednak bardzo słaby, banalny "Spider Woman" - pastisz rock and rolla, nadający się najwyżej na stronę B jakiegoś singla. Kolejna zmiana stylu następuje w "Blind Eye", w którym istotną rolę odgrywa gitara akustyczna, pojawiają się też gitarowe harmonie w stylu Wishbone Ash. To całkiem przyjemny utwór, chociaż na pewno nie wybitny. Co innego "Echoes in the Dark" - jedna z najpiękniejszych ballad zespołu, w której wyraźnie słychać wpływ rocka progresywnego, szczególnie zaś grupy Pink Floyd (partie gitary mogą momentami kojarzyć się z grą Davida Gilmoura). Balladowy jest także "Rain", ale to już utwór oszczędniej zaaranżowany - tylko z akompaniamentem pianina - i niestety mocno przesłodzony.

Wygładzoną, radiową wersję rocka dostajemy w singlowym, znów banalnym i przesłodzonym "Sweet Lorraine". Utwór wyróżnia się dzięki dźwiękom syntezatora Mooga, które tylko pogarszają jego odbiór. "Tales" to kolejna ballada, tym razem oparta na brzmieniach akustycznych i elektronicznych, oraz trochę za cicho słyszalnej gitary hawajskiej. Całość kończy ponad dziesieciominutowy tytułowy "The Magician's Birthday". Utwór, który sam w sobie jest równie niespójny, co cały album. Rozpoczyna się hard rockowo, od ostrego (ale niezbyt ciężkiego) gitarowego riffu, jednak już półtora minuty później zaczyna się dziwaczna część wyraźnie inspirowana wczesnym Pink Floyd, a konkretnie utworem "Corporal Clegg". Później pojawia się długa część instrumentalna, brzmiąca jak jakiś jam bez ładu i składu, i bez żadnej melodii. Bardzo melodyjna jest za to ostatnia część utworu, która zupełnie nie pasuje do tego, co słyszeliśmy wcześniej. Po raz kolejny (tak jak w przypadku tytułowego utworu z "Salisbury") okazało się, że ambicje muzyków znacznie przerastają ich kompozytorskie umiejętności.

Cały album jest niestety dowodem zagubienia zespołu, który nie mógł się zdecydować jaką muzykę chce grać - hard rock, rock progresywny, czy może coś bardziej komercyjnego. W zamyśle muzyków miało to być pewnie ich najbardziej ambitne dzieło - a wyszedł najbardziej niespójny i po prostu najsłabszy album w ówczesnej dyskografii.

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)

1. Sunrise; 2. Spider Woman; 3. Blind Eye; 4. Echoes in the Dark; 5. Rain; 6. Sweet Lorraine; 7. Tales; 8. The Magician's Birthday

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe i gitara; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja, kazoo (8)
Gościnnie: BJ Cole - gitara hawajska (7)
Producent: Gerry Bron


5 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)



Przed nagraniem "Demons and Wizard" z zespołu odeszła sekcja rytmiczna. Oryginalnego basistę Paula Newtona na krótko zastąpił Mark Clarke (zdążył zagrać tylko w utworze "The Wizard", którego jest współkompozytorem), a następnie Gary Thain (z którym zarejestrowano wszystkie pozostałe utwory). Stanowisko perkusisty zajął natomiast Lee Kerslake, wcześniej występujący z Kenem Hensleyem w grupach The Gods, Head Machine i Toe Fat (później zaś zyskał sławę jako członek pierwszego składu zespołu Ozzy'ego Osbourne'a).

Pod względem muzycznym też wiele się zmieniło. Przede wszystkim dominujące na poprzednim albumie, "Look at Yourself", granie hard rockowe tutaj występuje w śladowych ilościach. W dodatku, kiedy już się pojawia coś mocniejszego, to przeważnie w bardzo wygładzonej, radiowej formie ("Traveller in Time", "All My Life" i oczywiście przebój "Easy Livin'"). Zamiast tego dużo tutaj spokojnych, piosenkowych utworów, opartych na brzmieniach akustycznych ("The Wizard", "Paradise") lub klawiszowych ("Circle of Hands" i najbardziej z nich udany, prawdziwie prog rockowy "The Spell"). Całkiem łagodny jest także "Poet's Justice", mimo ostrzejszych gitar (wycofanych w miksie). To także najbardziej chwytliwy fragment albumu, obok wspomnianego wcześniej "Easy Livin'". Jednym utworem, w którym pojawia się trochę prawdziwego ciężaru, jest mroczny "Rainbow Demon".

"Demons and Wizards" można traktować jako rozwój zespołu, można też jako zagubienie muzyków. Prawda leży pewnie gdzieś po środku. Faktem pozostaje natomiast, że to najbardziej równy album w ówczesnej dyskografii Uriah Heep. Bardzo spójny (w przeciwieństwie do "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" i "Sailsbury"), bez żadnego utworu odstającego od pozostałych (co zdarzyło się na "Look at Yourself").

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)

1. The Wizard; 2. Traveller in Time; 3. Easy Livin'; 4. Poet's Justice; 5. Circle of Hands; 6. Rainbow Demon; 7. All My Life; 8. Paradise; 9. The Spell

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal; Mark Clarke - bass i wokal (1); Gary Thain - bass (2-9); Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


4 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)



"Look at Yourself", trzeci album Uriah Heep, ozdobiony został pomysłową okładką - pierwsze wydania miały na niej umieszczoną srebrną folię, dzięki której można było wykonać tytułowe polecenie, czyli spojrzeć na siebie. Pod względem muzycznym longplay prezentuje zwrot zespołu ku ciężej, bardziej hard rockowej muzyce. Czego najlepszym przykładem rozpędzony "Look at Yourself" - z bardzo purplowym, ostrym brzmieniem organów Hammonda, dominujących w akompaniamencie, a także ciekawie ubarwiony różnymi perkusjonaliami, na których zagrali członkowie "afro-popowej" grupy Osibisa. Inne przykłady, to równie szybkie i ciężkie, a ponadto już bardziej gitarowe, "Tears in My Eyes", "I Wanna Be Free" i - zwłaszcza - "Love Machine". Ale już w "Shadows of Grief" fragmenty hard rockowe, z naprawdę ciężkim gitarowo-hammondowym riffem, są równoważone klimatycznymi, mrocznymi przejściami (słychać w nich echa "Set the Controls for the Heart of the Sun" Pink Floyd). Ta ponad ośmiominutowa, zróżnicowana kompozycja pokazuje, że zespół nie zapomina o wplataniu do swojej twórczości elementów rocka progresywnego.

Okładka wydania amerykańskiego.
Inspirację taką muzyką najlepiej jednak słychać w najsłynniejszym utworze z tego albumu - "July Morning". Ponad 10-minutowej balladzie, z długimi fragmentami instrumentalnymi. Kompozycja zyskała popularność zwłaszcza w krajach wschodnioeuropejskich, gdzie ma wręcz status rockowego arcydzieła. Jednak stawianie jej w jednym rzędzie np. z "Stairway to Heaven", "Child in Time", "Epitaph" czy "Shine on You Crazy Diamond", jest sporym nadużyciem. Co nie zmienia faktu, że to bardzo dobry utwór, na pewno jeden z najładniejszych w repertuarze Uriah Heep. Nie można tego natomiast powiedzieć o drugiej balladzie, jaka się tutaj znalazła - kiczowatej "What Should Be Done", w której przesłodzonej partii wokalnej towarzyszą zupełnie nierockowe chórki, a akompaniament stanowią głównie delikatnie brzmiące instrumenty klawiszowe. Nijak nie pasuje to do reszty albumu i obniża jego ocenę.

Ocena: 8/10



Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)

1. Look at Yourself; 2. I Wanna Be Free; 3. July Morning; 4. Tears in My Eyes; 5. Shadows of Grief; 6. What Should Be Done; 7. Love Machine

Skład: David Byron - wokal (2-7); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Iain Clark - perkusja
Gościnnie: Loughty Amao, Mac Tontoh i Teddy Osei - instr. perkusyjne (1); Manfred Mann - syntezator (3)
Producent: Gerry Bron


3 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Salisbury" (1971)



Drugi album Uriah Heep rozpoczyna rozpędzony, ciężki i bardzo intensywny "Bird of Prey", wyróżniający się także nietypową dla takiej muzyki partią wokalną, która jednak całkiem nieźle tutaj pasuje. Utwór był już wcześniej wydany, na stronie B singla "Gypsy", a także na amerykańskim wydaniu debiutanckiego albumu grupy - dlatego też nie został powtórzy na tamtejszej edycji "Sailsbury". Jego miejsce zajął tam całkiem niezły, ale mniej ekscytujący "Simon the Bullet Freak" (strona B singla "Lady in Black"). To dość wolna kompozycja, początkowo utrzymana w stonowanym nastroju, ale w połowie nabierająca ciężaru. W sumie szkoda, że skończyła jako odrzut, bo na album pasowałaby bardziej niż smętny "The Park", który jako drugi utwór na płycie szybko ostudza emocje wywołane przez "Bird of Prey". Dalej pojawia się kolejny żywszy utwór, "Time to Live". Już sama warstwa muzyczna (hard rock z organami Hammonda) wywołuje oczywiste skojarzenia z Deep Purple, a dochodzi do tego jeszcze partia wokalna Davida Byrona, która miejscami, gdy wokalista porzuca swój rozwibrowany sposób śpiewania na rzecz krzyku, brzmi jakby wykonywał ją Ian Gillan.

Okładka wydania amerykańskiego.
Pierwszą stronę albumu kończy kolejny spokojny utwór, nieco folkowy "Lady in Black". To bardzo prosta kompozycja, oparta praktycznie na dwóch akordach, ale niesamowicie chwytliwa, dzięki czemu stała się jednym z największych przebojów Uriah Heep. Co ciekawe, w nagraniu nie brał udziału David Byron - w roli wokalisty wystąpił tutaj Ken Hensley, mający coraz większy wpływ na zespół (sam skomponował cztery utwory - "The Park", "Lady in Black", "High Priestess" i "Simon the Bullet Freak", jest także współkompozytorem wszystkich pozostałych). Jako wokalista Hensley wystąpił także w "High Priestess", ale to akurat bardzo słaby, banalny utwór, nie wyróżniający się niczym szczególnym. Mieszane uczucia budzi we mnie natomiast tytułowy "Salisbury" - ponad 16-minutowa kompozycja, pełna symfonicznego rozmachu, będącego zasługą 24-osobowej orkiestry, która wzięła udział w jego nagrywaniu. Wyszło z tego bardzo pretensjonalne połączenie rocka progresywnego, hard rocka i muzyki orkiestrowej. Jest tu kilka niezłych momentów granych przez zespół (szkoda, że przeważnie słyszalnych za ścianą niekoniecznie pasujących do nich partii orkiestry), ale całość wypada bardzo naiwnie. Muzycy byli wtedy po prostu zbyt niedoświadczeni, by nagrać dzieło, jakie sobie wymarzyli.

Album "Salisbury" jest równie niespójny, co jego poprzednik, "...Very 'Eavy ...Very 'Umble". Każdy utwór utrzymany jest w innym stylu i niestety także na różnym poziomie. Obok dobrych i bardzo dobrych utworów ("Bird of Prey", "Time to Live", "Lady in Black") trafiają się wypełniacze ("The Park", "High Priestess"), a największy cień na całość rzuca utwór tytułowy, będący przykładem przerostu ambicji nad umiejętnościami. Mimo wszystko, po latach album się broni, jak zresztą (prawie) wszystko z tamtej epoki.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Salisbury" (1971)

1. Bird of Prey; 2. The Park; 3. Time to Live; 4. Lady in Black; 5. High Priestess; 6. Salisbury

Skład: David Byron - wokal (1-3,6); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (4,5), dodatkowy wokal; Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Keith Baker - perkusja
Gościnnie: John Fiddy - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: Gerry Bron


2 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)



Jeżeli temu zespołowi się powiedzie, popełnię samobójstwo - pisała recenzentka magazynu Rolling Stone, tuż po ukazaniu się debiutanckiego albumu Uriah Heep. Prawdopodobnie żyjąca do dziś, chociaż grupa szybko zaczęła odnosić całkiem spore sukcesy (czego najlepszym dowodem 7. pozycja w brytyjskim notowaniu albumu "Return to Fantasy" z 1975 roku). Od lat zespół uznawany jest za jednego z najważniejszych prekursorów heavy metalu. Z drugiej strony, zawsze raczej należał do drugiej ligi ciężkiego rocka, pozostając daleko w cieniu takich grup, jak Black Sabbath czy Deep Purple. Często bywa zresztą nazywany kopią tego drugiego. Dużo w tym prawdy. Kiedy muzycy nagrywali swój debiutancki album "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (w Stanach zatytułowany po prostu "Uriah Heep"), w studiu obok członkowie Deep Purple pracowali nad przełomowym (dla nich i całej muzyki rockowej) "In Rock". To właśnie pod ich wpływem Mick Box - gitarzysta i współzałożyciel Uriah Heep - postanowił poszerzyć skład o klawiszowca grającego głównie na organach Hammonda. Tak do grupy trafił Ken Hensley (ex-The Gods, Head Machine, Toe Fat), który wkrótce miał zostać głównym kompozytorem grupy. Na debiut nie zdążył jednak nic stworzyć, twórcami większości materiału są Box i wokalista David Byron.

Okładka wydania amerykańskiego.
Album rozpoczyna się bardzo mocno, od świetnego "Gypsy", opartego na hipnotycznie powtarzanych, intensywnych riffach - gitarowych (słyszalnych w lewym kanale) i hammondowych (w prawym). Brzmienie jest bardzo purplowe, ale już partia wokalna jest bardzo oryginalna. Charakterystyczny, rozwibrowany śpiew Byrona i chórki pozostałych muzyków nie brzmią typowo dla ciężkiego rocka. Chociaż w następnym na płycie "Walking in Your Shadow" partia wokalna brzmi już bardziej konwencjonalnie, co idealnie pasuje do tego chwytliwego, stricte hard rockowego kawałka, opartego na nośnym riffie, energicznej grze perkusisty i wyraźnej partii basu. Klawiszy tym razem brak. Dalej jednak następuje całkowita zmiana klimatu. "Come Away Melinda" (oryginalnie nagrana w 1963 roku przez Harry'ego Belafonte'a, później przerabiana przez licznych wykonawców) to folkowa ballada, oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej i melotronu. Nie można jej odmówić uroku, ale momentami brzmi jak marna kopia "Epitaph" King Crimson. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy sztampowy blues "Lucy Blues". Ewidentnie najsłabszy fragment longplaya, w wydaniu amerykańskim zastąpiony czadowym "Bird of Prey" (oryginalnie stroną B singla "Gypsy").

"Dreammare" to kolejny hard rockowy kawałek, oparty na współbrzmieniu tradycyjnego rockowego instrumentarium (gitara-bass-perkusja) z organami. Raczej przeciętny pod względem muzycznym, z wkurzającym "la la la" Byrona. Znacznie lepiej wypada blues rockowy "Real Turned On", oparty na fajnych, chociaż mało oryginalnych riffach. Kawałek nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych z tamtego okresu, ale przyjemnie się tego słucha. Muzycy mieli jednak już wtedy także spore ambicje, wykraczające poza ramy hard rocka. I dowodem tego jest "I'll Keep On Trying". Utwór także ciężki, ale o nieoczywistej strukturze, z ciekawymi zmianami nastroju. Jeszcze dalej w kierunku rocka progresywnego i rozbudowanej, zróżnicowanej formy zespół podażą w finałowym utworze "Wake Up (Set Your Sights)", momentami zdradzającym nawet wpływy jazz rocka. Nijak ma się to do poprzednich utworów. Zresztą jeśli przeanalizować poszczególne kompozycje, okazuje się, że każdy z zamieszczonych tutaj utworów jest utrzymany w innym stylu i nie tworzą one razem wspólnej całości. To główny zarzut, jaki można postawić "...Very 'Eavy ...Very 'Umble". Wciąż jednak jest to całkiem solidny album, który powinien zainteresować każdego wielbiciela muzyki rockowej z tamtych czasów.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)

1. Gypsy; 2. Walking in Your Shadow; 3. Come Away Melinda; 4. Lucy Blues; 5. Dreammare; 6. Real Turned On; 7. I'll Keep On Trying; 8. Wake Up (Set Your Sights)

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal (1,2,4-7); Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Alex Napier - perkusja (1-3,6–8); Nigel Olsson - perkusja (4,5)
Gościnnie: Colin Wood - instr. klawiszowe (3,8)
Producent: Gerry Bron


1 października 2014

[Podsumowanie miesiąca] Wrzesień 2014

Tym razem krótko, bo wrzesień nie był dla mnie miesiącem, w którym muzyka odgrywała większą rolę. Częściej wracałem tylko do jednego albumu, jedynej nowości w mojej kolekcji - "Live at the Rainbow '74" Queen. Swoje uwielbienie dla niego opisałem już jednak w dwóch różnych recenzjach (jednej opublikowanej na blogu, drugiej na portalu StereoLife.pl), a także w rankingu najlepszych albumów koncertowych.


Odświeżyłem sobie także studyjną dyskografię Queen, a konkretnie trzy posiadane przeze mnie albumy: "Sheer Heart Attack"  (z niesamowicie energetycznym "Stone Cold Crazy" i uroczym "Killer Queen"), "A Night at the Opera" (z agresywnym "Death on Two Legs" i wspaniałym "The Prophet's Song"), oraz "A Day at the Races" (z pięknym "You Take My Breath Away" i ciężkim "White Man"). Obecnie w pewnym serwisie aukcyjnym obserwuję licytację dwóch pierwszych albumów grupy. Japońskie wydania, które bardzo lubię ze względu na dobre brzmienie i eleganckie opakowania (chociaż jak dotąd mam w swojej kolekcji tylko trzy albumy tam wydane: "Revolver" i "Abbey Road" Beatlesów, oraz "Made in Europe" Deep Purple).

Poza Queen, w ciągu ostatniego miesiąca słuchałem różnych albumów Pink Floyd, Black Sabbath, Iron Maiden, Deep Purple, The Beatles, Rainbow i Scorpions, ale chyba do żadnego nie wracałem więcej niż raz.