31 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)



Jack Bruce przygotował ten album wyłącznie z pomocą dwóch muzyków Nucleus, gitarzysty Chrisa Speddinga i perkusisty Johna Marshall, a także tekściarza Pete'a Browna. Powrót do formuły tria mógłby sugerować chęć stworzenia nowego Cream, może nawet w bardziej jazzrockowym wydaniu ze względu na wcześniejsze dokonania Marshalla i Speddinga. To jednak coś innego. Bruce wyszalał się artystycznie już w The Tony Williams' Lifetime i na "Escalator over the Hill" Carli Bley. Na "Harmony Row" rzadko proponuje coś ambitniejszego. Jedynie "Smiles and Grins" zahacza o bardziej progresywne rejony i pozwala wykazać się instrumentalistom. Przede wszystkim liderowi, w którego partiach - na gitarze basowej i pianinie - słychać pewne echa jazzowych doświadczeń. Pozostałe nagrania to raczej konwencjonalne piosenki, niewychodzące poza rockową stylistykę. To jednak przeważnie dość spokojny materiał, czasem wręcz oparty wyłącznie na ascetycznym akompaniamencie pianina ("Can You Follow", "There's a Forest"), choć trafiają się także zadziorniejsze, bluesrockowe momenty ("You Burned the Tables on Me", "A Letter of Thanks"). Przyjemne to granie, ale raczej niewiele z niego wynika i prawie nic z niego nie zapamiętałem. Może z wyjątkiem subtelnego "Folk Song", który posiada najbardziej wyrazistą melodię oraz najbardziej emocjonalne wykonanie.

Ocena: 6/10



Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)

1. Can You Follow?; 2. Escape to the Royal Wood (On Ice); 3. You Burned the Tables on Me; 4. There's a Forest; 5. Morning Story; 6. Folk Song; 7. Smiles and Grins; 8. Post War; 9. A Letter of Thanks; 10. Victoria Sage; 11. The Consul at Sunset

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, wiolonczela, instr. klawiszowe, harmonijka; Chris Spedding - gitara; John Marshall - perkusja
Producent: Jack Bruce


29 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Things We Like" (1970)



"Things We Like" ukazał się jako drugi solowy album Jacka Bruce'a, jednak zarejestrowany został wcześniej. To zapis sesji z sierpnia 1968 roku, gdy basista wciąż był członkiem Cream. Co więcej, duża część zawartych tutaj utworów opiera się na motywach, które wymyślił kilkanaście lat wcześniej jako nastolatek. Pod względem stylistycznym jest to bardzo nietypowe dla niego wydawnictwo, niemające nic wspólnego z rockiem. Jest to bowiem album stricte jazzowy, w pełni instrumentalny. Liderowi, który zagrał wyłącznie na kontrabasie, w nagraniach towarzyszyli gitarzysta John McLaughlin, saksofonista Dick Heckstall-Smith oraz perkusista Jon Hiseman. Dwaj ostatni w tamtym czasie byli członkami Bluesbreakers Johna Mayalla, a niedługo potem założyli jazzrockowy Colosseum. Natomiast gitarzysta niedługo po tej sesji przeniósł się do Stanów, gdzie grał m.in. z Milesem Davisem, Tonym Williamsem i innymi wybitnymi jazzmanami. Co ciekawe, w połowie lat 60. wszyscy przewinęli się przez skład rhythm and bluesowej grupy Graham Bond Organistation, aczkolwiek w różnym czasie. W jej oryginalnym wcieleniu występowali Bruce i McLaughlin, potem miejsce drugiego z nich zajął Heckstall-Smith, a Hiseman dołączył już po odejściu Bruce'a.

"Things We Like" składa się głównie z kompozycji Bruce'a, z wyjątkiem "Sam Enchanted Dick" (złożonego z dwóch części: interpretacji "Sam Sack" jazzowego wibrafonisty Milta Jacksona oraz "Rill's Thrills" Heckstall-Smitha) i jazzowego standardu "Born to Be Blue" Mela Tormé'a, znanego z wykonań m.in. Stana Getza, Granta Greena, Wesa Montgomery'ego czy Freddiego Hubbarda. Stylistycznie utrzymane są gdzieś pomiędzy klasycznym bebopem a free jazzem. W praktyce wygląda to tak, że struktury są raczej tradycyjne, wpisują się w typowy schemat, tzn. temat - improwizacja - temat. Bruce i Hiseman często swingują, choć pozwalają też sobie na trochę swobody. Saksofon brzmi agresywnie, ale Heckstall-Smith nie zapuszcza się daleko we freejazzowe odloty, gra raczej melodyjnie i trzyma się głównego tematu. Najbardziej nieokiełznana jest tutaj gitara McLaughlina. Nie powinno dziwić, że to właśnie on najlepiej się w takiej stylistyce odnajduje. Pozostali muzycy pewnie sprawdziliby się w bardziej konwencjonalnych odmianach jazzu - na takie przypuszczenie pozwala tutejsze wykonanie ballady "Born to Be Blue" - ale postanowili zmierzyć się z bardziej awangardowym graniem, trochę przeceniając swoje możliwości. Szczególnie w partiach saksofonu brakuje tej finezji i wyobraźni, jaką słychać u jazzmanów. Ogólnie jest to jednak całkiem przyjemna płyta. Szczególnie podoba mi się nagranie tytułowe z najbardziej błyskotliwym tematem, w którym poszczególne instrumenty doskonale się uzupełniają. Główny problem z tym albumem polega na tym, że nie ma nic do zaoferowania słuchaczom nieprzepadającym za jazzem, a pozostali mają do wyboru setki lepszych albumów jazzowych.

W solowej dyskografii Jacka Bruce'a "Things We Like" jest jedynym albumem w takiej stylistyce. Jednak na nim związki basisty z jazzem się nie skończyły. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy longplay trafił do sprzedaży, muzyk dołączył do składu The Tony William's Lifetime, jednej z najlepszych grup łączących jazz z rockiem, gdzie znów grał u boku McLaughlina. Bruce uczestniczył w nagraniu drugiego albumu zespołu, "(turn it over)". W zbliżonym okresie wziął także udział w ambitnym przedsięwzięciu "Escalator over the Hill" jazzowej pianistki i kompozytorki Carli Bley. Natomiast pod koniec lat 70. basista ponownie współpracował z McLaughlinem (wystąpił na jego albumie "Electric Guitarist"), a także założył jazzowe trio z Johnem Surmanem i Jonem Hisemanem, które niestety nie pozostawiło po sobie żadnego albumu. 

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Things We Like" (1970)

1. Over the Cliff; 2. Statues; 3. Sam Enchanted Dick (Sam Sack / Rill's Thrills); 4. Born to be Blue; 5. HCKHH Blues; 6. Ballad for Arthur; 7. Things We Like

Skład: Jack Bruce - kontrabas; Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Jon Hiseman - perkusja; John McLaughlin - gitara (3-7)
Producent: Jack Bruce


27 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)



Przed dwoma dniami, 25 października, zmarł Jack Bruce. Jeden z najbardziej utalentowanych i najbardziej inspirujących basistów rockowych i bluesowych (chociaż sam uważał siebie przede wszystkim za muzyka jazzowego). Człowiek, który zrewolucjonizował grę na gitarze basowej w zespole rockowym, traktując ją nie tylko jako instrument rytmiczny, ale także melodyczny i solowy. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt albumów, zarówno solowych, jak i nagranych z licznymi zespołami. Największą sławę przyniosły mu te nagrane z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem pod szyldem Cream. Po rozpadzie tej grupy wciąż odnosił artystyczne sukcesy, współpracując m.in. z Tonym Williamsem, Johnem McLaughlinem, Carlą Bley, Michaelem Mantlerem, Johnem Surmanem, Lou Reedem czy Frankiem Zappą. Ale komercyjnie już nigdy nie zbliżył się do poziomu, jaki osiągnął z Cream. Co dziwi tym bardziej, że to właśnie Bruce jest autorem tych najbardziej znanych utworów grupy, jak "I Feel Free", "Sunshine of Your Love" i "White Room".

Niedługo po rozpadzie Cream, Jack Bruce zabrał się za nagrywanie solowego debiutu. W sesji, odbywającej się na przestrzeni kwietnia i maja 1969 roku, wzięło udział wielu znamienitych gości, wśród których znaleźli się muzycy jazzrockowych grup Colosseum (Jon Hiseman, Dick Heckstall-Smith) i Nucleus (Chris Spedding, John Marshall), a w jednym kawałku wystąpił George Harrison. Basista pozyskał do swojej ekipy także dwóch ważnych współpracowników Cream: producenta i multiinstrumentalistę Felixa Pappalardiego, a także tekściarza Pete'a Browna. Album otrzymał tytuł "Song for a Tailor", jako hołd dla Jeannie Franklyn, projektantki strojów współpracującej z Cream, która zginęła w wypadku motocyklowym. Longplay okazał się jedynym solowym wydawnictwem Bruce'a, które odniosło jakikolwiek sukces komercyjny, dochodząc do 6. miejsca UK Albums Chart i 55. na amerykańskiej liście Billboardu.

Jack Bruce (14.5.1943 - 25.10.2014)

"Songs for a Tailor" to album pokazujący bardziej piosenkowe oblicze Bruce'a, zorientowany na zwięzłe kawałki bez długich popisów instrumentalnych. Materiał jest całkiem zróżnicowany. Do twórczości Cream najbliżej energetycznym "Weird of Hermiston" i "The Clearout", z szalejącym na basie liderem - co nie powinno dziwić, skoro obie kompozycje powstały podczas prac nad "Disraeli Gears". Trochę w sumie dziwne, czemu skończyły jako odrzuty. Nie da się ukryć, że wypadają lepiej od dużej części całkowicie premierowego materiału z tego longplaya, które niespecjalnie się wyróżnia. Dotyczy to zarówno tych radośniejszych momentów, jak "Never Tell Your Mother She's Out of Tune", "The Ministry of Bag" i "Boston Ball Game 1967", w których istotną rolę odgrywają jakby soulowe dęciaki, albo "Tickets to Water Falls", opartego na nieco reggae'owej rytmice, jak i tych bardziej nastrojowych w rodzaju "He the Richmond" oraz początku "To Isengard". Ten ostatni z  czasem nabiera dynamiki i przeistacza w coś na kształt krótkiej improwizacji, której jednak daleko do zespołowych popisów Cream. Ale Bruce nie zapomniał całkiem, jak tworzyć zapamiętywane kompozycje, czego dowodem bardzo zgrabny, dość melancholijny "Theme from an Imaginary Western" oraz intrygujący "Rope Ladder to the Moon" z partią wiolonczeli i nerwowym basem. Oba zresztą zostały włączone do repertuaru zespołów grających tutaj muzyków - pierwszy przejął Pappalardi dla swojego Mountain, drugi wzięli instrumentaliści Colosseum.

"Song for a Tailor" to ogólnie całkiem przyjemny album, choć nie jest to zbyt ambitne granie - wręcz przeciwnie, to materiał nastawiony raczej komercyjnie - a na całość trochę zabrakło pomysłu. poszczególne nagrania nie tworzą spójnej całości, zaś ich poziom jest zróżnicowany. Jack Bruce wciąż błyszczy jako instrumentalista i - niestety, tylko czasem - jako kompozytor, jednak czegoś tu zabrakło. Może tej chemii, jaką było słychać, gdy grał z Claptonem i Bakerem.

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)

1. Never Tell Your Mother She's Out of Tune; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Tickets to Water Falls; 4. Weird of Hermiston; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. The Ministry of Bag; 7. He the Richmond; 8. Boston Ball Game 1967; 9. To Isengard; 10. The Clearout

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, pianino (1-6,8,10), organy (2-4,10), gitara (5,7,8), wiolonczela (5); George Harrison - gitara (1); Chris Spedding - gitara (2-4,6,9,10); Felix Pappalardi - dodatkowy wokal (5,9), instr. perkusyjne (7), gitara (9); Jon Hiseman - perkusja (1-4,6,8-10); John Marshall - perkusja (5,7); Dick Heckstall-Smith - saksofon (1,6,8); Art Themen - saksofon (1,6,8); Harry Beckett - trąbka (1,6,8); Henry Lowther - trąbka (1,6,8); John Mumford - puzon (8)
Producent: Felix Pappalardi


23 października 2014

[Recenzja] Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)



Paul Di'Anno od ponad trzydziestu lat nie może pogodzić się z faktem, że nie jest już wokalistą Iron Maiden (brał udział w nagrywaniu dwóch pierwszych albumów tego zespołu, "Iron Maiden" i "Killers"). Wystarczy spojrzeć na okładkę jego najnowszego, koncertowego wydawnictwa, zatytułowanego "The Beast Arises" - nazwisko muzyka jest stylizowane na logo jego byłego zespołu, a tytuł napisany tą samą czcionką, co tytuły albumów "Killers" i "The Number of the Beast" (oraz singli z tamtego okresu). Odwracamy album na stronę z tracklistą i co widzimy? Na piętnaście utworów aż trzynaście pochodzi z dwóch pierwszych longplayów Żelaznej Dziewicy. Pozostałe dwa to cover "Blitzkrieg Bop" The Ramones, oraz jedyny tutaj post-maidenowy kawałek autorstwa Di'Anno, "Childern of Madness" z repertuaru zespołu Battlezone. Ok, w wersji DVD i winylowej "The Beast Arises" są jeszcze utwory "Marshall Lockjaw" i "The Beast Arises" nagrane przez wokalistę w latach 90. z zespołem nazwanym... Killers. W żadnym stopniu nie zmienia to wrażenia, że Paul Di'Anno żeruje wyłącznie na popularności wynikającej z tego, że był kiedyś wokalistą Iron Maiden.

Album został zarejestrowany 9 kwietnia br. w krakowskim klubie Lizard King. Był to jeden z pięciu koncertów trasy Doładowanie Fest 2014, zorganizowanej przez polski zespół Scream Maker. Di'Anno, który jakiś czas temu zrezygnował z utrzymywania własnego zespołu i na koncerty zaprasza lokalnych muzyków, podczas tych występów został wsparty przez muzyków zespołów Night Mistress (Robert Kazanowski, Artur Pochwała oraz Dominik Wójcik) i wspomnianego Scream Maker (Michał Wrona). Ponadto, w jednym utworze wsparli go muzycy Turbo - specjalni goście krakowskiego koncertu - ale akurat wykonany z nimi "Breaking the Law" (z repertuaru Judas Priest) nie został umieszczony na "The Beast Arises". Prawdopodobnie z przyczyn prawnych - bo raczej nie z powodu błędów w rejestracji. Skąd ta pewność? Cóż, jakość wydanego materiału pozostawia wiele do życzenia - najwidoczniej w Polsce oficjalne koncertówki nagrywa się tanim telefonem. Wszystkie instrumenty zlewają się tutaj w brudną ścianę dźwięku. Tracą na tym zwłaszcza utwory, w których powinny być dobrze słyszalne partie basu (np. "Wrathchild", "Running Free"). Brzmienie jest bardzo niechlujne, co nie przeszkadza aż tak bardzo w prostszych, zdradzających wpływy punk rocka utworach (np. "Sanctuary", "Prowler"), ale już w tych bardziej skomplikowanych (np. "Phantom of the Opera", "Transylvania") jest irytujące.

Paul Di'Anno w latach 80. i obecnie.

Jednak brzmienie wcale nie jest największą wadą "The Beast Arises". Jest nią fatalna forma wokalna Paula Di'Anno. Fakt, nigdy nie miał wielkich umiejętności, ale jego surowy głos pasował do wczesnych, także surowych, nagrań Iron Maiden. Teraz jednak śpiewanie przychodzi mu z trudem, bardzo często drży mu głos, co próbuje ukryć wysokim piszczeniem w stylu Roba Halforda, dzikimi wrzaskami, lub niby-groźnymi pomrukami. Najczęściej słychać jednak po prostu bełkot, który zrozumieć pozwala tylko znajomość oryginalnych wersji. Aż żal tego słuchać. Równie kiepsko wypada jako frontman, o czym można się przekonać dzięki filmikom zapowiadającym wydawnictwo - co najmniej trzykrotnie grubszy niż w czasach Iron Maiden, tylko stoi przed mikrofonem jak słup soli i robi groźne miny. Oglądanie tego jest równie niemiłym przeżyciem, co samo słuchanie. Bardziej adekwatnym tytułem dla tego wydawnictwa byłoby "The Beast Falls" - jest to dokument stoczenia się na samo dno samozwańczej "Bestii" (tylko skąd ten pseudonim, skoro na "The Number of the Beast" Di'Anno już nie śpiewał?), której nie pozostało nic więcej, jak odgrywanie kawałków sprzed trzydziestu lat, na poziomie marnego cover bandu.

Ocena: 1/10



Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)

1. Sanctuary; 2. Purgatory; 3. Wrathchild; 4. Prowler; 5. Murders in the Rue Morgue; 6. Childern of Madness; 7. Genghis Khan; 8. Remember Tomorrow; 9. Charlotte the Harlot; 10. Killers; 11. Phantom of the Opera; 12. Running Free; 13. Transylvania; 14. Iron Maiden; 15. Blitzkrieg Bop

Skład: Paul Di'Anno - "wokal"; Michał Wrona - gitara; Robert Kazanowski - gitara; Artur Pochwała - gitara basowa; Dominik Wójcik - perkusja
Producent: nikt się nie przyznał, ciekawe czemu?


15 października 2014

[Recenzja] Vanilla Fudge - "Vanilla Fudge" (1967)




Vanilla Fudge, jedna z najpopularniejszych amerykańskich grup rockowych lat 60., zaczynała od grania przeróbek popularnych hitów. Debiutancki album kwartetu praktycznie w całości składa się z cudzych kompozycji. Na warsztat wzięto The Beatles ("Ticket to Ride", "Eleanor Rigby"), The Zombies ("She's Not There"), soulowe grupy The Impressions ("People Get Ready") i The Supremes ("You Keep Me Hanging On"), a także popowych wykonawców, jak Cher ("Bang Bang") i Trade Martin ("Take Me for a Little While"). Poza tym znalazły się tu tylko cztery instrumentalne miniaturki o łącznym czasie trwania około jednej minuty. Dlaczego zatem warto w ogóle o takim wydawnictwie wspominać? Zespół nadał wszystkim tym utworom własnego brzmienia, które w dodatku okazało się bardzo inspirujące dla późniejszych wykonawców w rodzaju Deep Purple czy Uriah Heep.

Album zdominowany jest przede wszystkim przez brzmienie elektrycznych organów Hammonda, spod którego próbują przebić się ostre dźwięki gitary, a także dość ciężka i agresywna, jak na tamte czasy, sekcja rytmiczna. Basista Tim Bogert i perkusista Carmine Appice (starszy brat Vinniego Appice'a, bardzo znanego z gry na dwóch niezbyt istotnych albumach Black Sabbath) są zresztą zdecydowanie największym atutem tego zespołu. Zresztą obaj całkiem dobrze radzili sobie po jego rozpadzie (w Cactus oraz w trio z Jeffem Beckiem), czego nie można powiedzieć o pozostałej dwójce. Bardzo średnio wypada warstwa wokalna - głównym wokalistą jest klawiszowiec Mike Stern, ale wspiera go cały skład - której nierzadko blisko fałszu. Natomiast muzycznie pojawia się trochę za dużo, jak na tak prostą muzykę, patosu i powagi. W dodatku każdy utwór grany jest o połowę wolniej od oryginału, co nie zawsze wychodzi na dobre. Oba kawałki Beatlesów, a także "She's Not There" i "People Get Ready", tracą swój pierwotny urok, jednocześnie nie zyskując nic, poza niepasującym do nich patosem. Są też zdecydowanie przeciągnięte. Nieco lepiej na tle pierwowzorów wypadają natomiast "Bang Bang" i "Take Me for a Little While", ale tutaj akurat nie bardzo było co zepsuć, bo oryginały nie są szczególnie udane. Za to zaskakująco dobrze wypada tutejsza wersja "You Keep Me Hanging On". W oryginale zwyczajna piosenka, jakich wiele  powstało w tamtym czasie, przerodziła się w świetny rockowy kawałek, z bardzo fajnym brzmieniem i autentycznie chwytliwą melodią. Nawet zwolnienie tempa w tym przypadku wyszło zdecydowanie na lepsze - dzięki temu to wykonanie jest bardziej wyraziste.

Eponimiczny debiut Vanilla Fudge to z jednej strony wydawnictwo bardzo istotne, którego nie wypada nie znać. Szczególnie będąc fanem hard rocka warto wiedzieć, skąd wzięły się pewne rzeczy. Ale z drugiej strony, jest to zupełnie przeciętny album z jednym mocno wyróżniającym się na plus nagraniem. I tylko ze względu na ten utwór, solidną grę sekcji rytmicznej, dość oryginalne brzmienie, jak na 1967 rok, a także znaczenie całości, wystawiam aż tak wysoką ocenę.

Ocena: 6/10



Vanilla Fudge - "Vanilla Fudge" (1967)

1. Ticket to Ride; 2. People Get Ready; 3. She's Not There; 4. Bang Bang; 5. Illusions of My Childhood (Part One); 6. You Keep Me Hanging On; 7. Illusions of My Childhood (Part Two); 8. Take Me for a Little While; 9. Illusions of My Childhood (Part Three); 10. Eleanor Rigby

Skład: Mark Stein - wokal i instr. klawiszowe; Vince Martell - gitara, dodatkowy wokal; Tim Bogert - gitara basowa, dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Shadow Morton


13 października 2014

[Recenzja] Night Sun - "Mournin'" (1972)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 5/13

Po raz pierwszy w tym cyklu przyjrzymy się wykonawcy nie pochodzącemu z Wielkiej Brytanii, lecz z Niemiec. Na początku lat 70. tamtejsza scena zdominowała była przez ambitne zespoły, przekładające artystyczne ambicje nad sukcesy komercyjne. Pomimo wielu różnic, prasa muzyczna wrzuciła je wszystkie do jednego nurtu, pogardliwie nazwanego krautrockiem. Nie brakowało jednak grup, których nie interesowało eksperymentowanie, lecz naśladowanie anglosaskich twórców z głównego nurtu. Niektórym z nich wychodziło to na tyle dobrze, że przy nieco większym szczęściu, mogłyby zdobyć pewną popularność. Jednym z takich przypadków jest Night Sun.

Zespół powstał w 1970 roku na gruzach właśnie rozwiązanej grupy Take Five (nazwanej tak od słynnego jazzowego standardu, napisanego przez Paula Desmonda dla Dave Brubeck Quartet), specjalizującej się w jazzujących przeróbkach rockowych i bluesowych hitów. Nazwa początkowo brzmiała Night Sun Mournin', jednak szybko ją skrócono. Skład kilkakrotnie się zmieniał, jednak cały czas byli w nim grający na instrumentach klawiszowych i dętych Knut Rossler oraz perkusista Ulrich Staudt. Ostateczny kształt grupy wykrystalizował się w 1971 roku, gdy do powyższej dwójki dołączyli śpiewający basista Bruno Schaab i gitarzysta Walter Kirchgassner. Kwartet zarejestrował, z pomocą słynnego producenta Conny'ego Planka, materiał na swój jedyny - jak się miało okazać - album, "Mournin'". Choć wydawcą był Polydor, longplay ukazał się wyłącznie w Niemczech i Kanadzie. Wydawca zapewne nie widział sensu w wydawaniu w innych krajach albumu zespołu, który nie mógł go promować ze względu na odejście gitarzysty (który postanowił przerzucić się na wiolonczelę i poświęcić muzyce klasycznej), a w konsekwencji zakończenie działalności. Większość muzyków właściwie całkiem wycofała się z muzycznego biznesu, choć Schaab przewinął się jeszcze przez skład krautrockowego Guru Guru.

Podobnie jak ich rodacy z Lucifer's Friend na swoim eponimicznym debiucie, muzycy Night Sun zaproponowali muzykę wyraźnie czerpiącą z dokonań Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Proporcje są nieco inne, ale to dokładnie ta sama stylistyka. Zeppelinowe skojarzenia wywołuje przede wszystkim warstwa wokalna, choć pod względem umiejętności Schaab znacznie ustępuje Robertowi Plantowi i jego śpiew jest najsłabszym ogniwem tego albumu. Warstwa instrumentalna najczęściej kieruje się w stronę Purpli - Kirchgassner niewątpliwie był pod wpływem Ritchiego Blackmore'a (choć w jego grze słychać więcej bluesa), a Rossler na szeroką skalę korzysta z elektrycznych organów (ich brzmienie kojarzy się jednak raczej z psychodelią lat 60. niż charakterystycznym brzmieniem Jona Lorda). Skojarzenia z tą grupą wywołuje przede wszystkim rozpędzony "Nightmare", którego nie sposób nie skojarzyć z utworami w rodzaju "Speed King" czy "Highway Star". Ale zdarzają się też cięższe momenty, o bardziej posępnym nastroju, które wypadają bardzo sabbathowo. Takie są przede wszystkim "Got a Bone of My Own", "Slush Pan Man" i "Living with the Dying" (ostatni z nich został urozmaicony sflangerowaną solówką na perkusji). Jednak nawet w tych momentach, gdy wpływy którejś z brytyjskich grup przeważają, pojawiają się też elementy typowe dla pozostałych. Różni się tylko ich wzajemny stosunek.

Zresztą inspiracje Night Sun wykraczają poza dokonania słynnej hardrockowej trójcy. Częściowo balladowy "Come Down" w swoich łagodniejszych momentach nie kojarzy się z żadnym z tych zespołów, które nigdy nie grały w tak oniryczny sposób. Nawet wokal nie przypomina już Planta, a raczej... Thoma Yorke'a. Utwór niepozbawiony jest jednak zaostrzeń, dzięki którym doskonale pasuje do reszty albumu. Drugim nagraniem świadczącym o szerszych horyzontach muzyków jest finałowy "Don't Start Flying", w którym Rossler zamienia klawisze na jazzujące dęciaki (według opisu na trąbkę i fagot, ale brzmi to raczej jak saksofon), które doskonale uzupełniają się z hardrockowymi riffami. Tutaj skojarzenia idą przede wszystkim w stronę King Crimson lub Nucleus. W sumie szkoda, że nie ma na tej płycie więcej grania o takim bardziej jazz-rockowym charakterze, bo instrumentaliści posiadali całkiem spore umiejętności. Słychać to nawet w tych stricte hardrockowych kawałkach, z nierzadko porywającymi partiami gitary i organów oraz z niebanalną grą sekcji rytmicznej. Pod względem muzycznym jest to chyba nawet trochę lepszy album od przywołanego wcześniej debiutu Lucifer's Friend, który jednak wypada dużo lepiej pod względem wokalnym. Oba wydawnictwa nalezą do ścisłej czołówki takiego grania i spokojnie można postawić je pomiędzy klasycznymi dokonaniami Black Sabbath, Led Zeppelin oraz Deep Purple.

Ocena: 8/10



Night Sun - "Mournin'" (1972)

1. Plastic Shotgun; 2. Crazy Woman; 3. Got a Bone of My Own; 4. Slush Pan Man; 5. Living with the Dying; 6. Come Down; 7. Blind; 8. Nightmare; 9. Don't Start Flying

Skład: Bruno Schaab - wokal i gitara basowa; Walter Kirchgassner - gitara; Knut Rossler - instr. klawiszowe, trąbka, fagot; Ulrich Staudt - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank


9 października 2014

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Jeff Beck Group" (1972)



Longplay "Rough and Ready" nie powtórzył sukcesu albumów oryginalnego wcielenia The Jeff Beck Group, "Truth" i "Beck-Ola". Muzycy postanowili zatem powrócić do wcześniejszej formuły. Na swoim kolejnym wydawnictwie ograniczyli wpływy funku i soulu, wrócili do bardziej bluesowego grania. A ponieważ Beckowi zawsze lepiej wychodziło granie cudzych niż własnych kompozycji, w repertuarze znów dominują przeróbki, których wybór często jest dość zaskakujący - sięgnięto bowiem do dorobku m.in. Boba Dylana ("Tonight I'll Be Staying Here with You") i Steviego Wondera ("I Got to Have a Song"), ale też po popową piosenkę "I Can't Give Back the Love I Feel for You", przerobioną na instrumentalny popis lidera. Album nie posiada tytułu, jakby chciano zasugerować: to właśnie taki Jeff Beck Group, jaki lubicie najbardziej.

Problem w tym, że nie. To tylko cień  tego, czym był ten zespół pod koniec poprzedniej dekady. Solówki Becka są często jedynym przyciągającym uwagę elementem poszczególnych nagrań. Cała reszta jest zupełnie bezbarwna, nawet gdy muzycy biorą na warsztat kompozycje tak uzdolnionych songwriterów, jak Dylan czy Wonder. Większość utworów zdaje się zbyt rozwleczona i wygładzona, niemrawo wykonana, co szczególnie dobitnie słychać na przykładzie przeróbki rock'n'rollowego standardu "Glad All Over" Carla Perkinsa, który w tej wersji jest okropnie nudny. Jedynie w "Going Down" z repertuaru Moloch (znanego też chociażby z koncertowych wykonań Deep Purple) pojawia się trochę więcej energii i zaangażowania całego składu. W tym nagraniu faktycznie udało się zbliżyć do pierwszego wcielenia Jeff Beck Group, przede wszystkim stylistycznie, ale też prawie pod względem poziomu. Nawet Bobby Tench całkiem sprawnie imituje sposób śpiewania Roda Stewarta. Z autorskich kompozycji warto wspomnieć jedynie o finałowym instrumentalu "Definitely Maybe", z płaczliwą solówką Becka, która ma pewien urok, oraz przyjemnym, jazzującym brzmieniem elektrycznego pianina w końcówce.

"Jeff Beck Group" sprzedawał się lepiej od swojego poprzednika, ale recenzje nie były zbyt przychylne. Zespół został rozwiązany wkrótce potem, co było właściwą decyzją. Beck potrzebował dużo lepszych partnerów muzycznych niż miał w tym wcieleniu swojej grupy.

Ocena: 5/10



The Jeff Beck Group - "Jeff Beck Group" (1972)

1. Ice Cream Cakes; 2. Glad All Over; 3. Tonight I'll Be Staying Here With You; 4. Sugar Cane; 5. I Can't Give Back the Love I Feel For You; 6. Going Down; 7. I Got to Have a Song; 8. Highways; 9. Definitely Maybe

Skład: Bobby Tench - wokal; Jeff Beck - gitara; Clive Chaman - gitara basowa; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Max Middleton - instr. klawiszowe
Producent: Steve Cropper


7 października 2014

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Rough and Ready" (1971)



Możliwą przyczyną, dlaczego Jeff Beck nigdy nie zdobył aż takiej popularności, jak Eric Clapton i Jimmy Page, był rozpad The Jeff Beck Group tuż przed zaplanowanym udziałem w festiwalu Woodstock. Nie było już czasu na znalezienie nowych muzyków, występ musiał zostać odwołany. Jakiś czas później gitarzysta nawiązał współpracę z sekcją rytmiczną właśnie rozwiązanego Vanilla Fudge, basistą Timem Bogertem i Carminem Appice'em. Wówczas nic z tego nie wyszło przez samochodowy wypadek Becka. Bogert i Appice założyli zespół Cactus, który pochłonął ich na kolejne dwa i pół roku. Po tym czasie projekt Beck, Bogert & Appice doszedł w końcu do skutku. W między czasie brytyjski muzyk nie tylko zdążył wrócić do zdrowia, ale też zebrał zupełnie nowy skład i nagrał dwa kolejne albumy pod szyldem Jeff Beck Group. W odświeżonym zespole znaleźli się wokalista Alex Ligertwood, klawiszowiec Max Middleton, basista Clive Chaman, a także najbardziej w tym gronie znany Cozy Powell (późniejszy członek Rainbow, Whitesnake, Black Sabbath oraz Emerson, Lake & Powell). Po sugestii wydawcy, Ligertwooda zastąpił Bobby Tench (grający tez na gitarze rytmicznej).

"Rough and Ready", pierwszy album nowego Jeff Beck Group, składa się głównie z utworów napisanych przez gitarzystę. Muzyka zespołu zachowała hardrockowy ciężar, natomiast elementy bluesowe zostały niemal całkiem wyparte przez wyraźne wpływy funku, rhythm and bluesa, a nawet jazzu. Bardzo chwytliwy otwieracz "Got the Feeling" sprawnie łączy rockowy czad z bujającą, funkową rytmiką oraz soulowym zabarwieniem. W przeciwieństwie do szorstkiego, bardzo bluesowego śpiewu Roda Stewarta, Tench ma zdecydowanie cieplejszą, właśnie soulowa barwę głosu. W podobnym stylu utrzymana jest większość utworów, ale na ogół są już znacznie mnie zapamiętywalne. Wyróżniają się jeszcze rozpędzony "Situation" (z fajnymi popisami Becka i Middletona o lekko jazzowym charakterze) oraz "New Ways / Train Train" (z najbardziej bluesowymi partiami lidera oraz mającą więcej miejsca do popisu sekcją rytmiczną) i to by było właściwie na tyle. Urozmaicenie stanowi balladowy "Jody", na który muzycy chyba nie mieli za bardzo pomysłu, a także jazzujący instrumental "Max's Tune" (znany tez jako "Raynes Park Blues"), na który ewidentnie zabrakło wyobraźni i umiejętności, potrzebnych do grania takiej muzyki.

"Rough and Ready" to dość przyjemna, ale też raczej przeciętna mieszanka hard rocka, funku i soulu, z odrobiną bluesa i jazzo-podobnego grania. Album mogę polecić właściwie tylko wielbicielom gry Jeffa Becka. Zapewne spodoba się też tym rockowym słuchaczom, którzy zaczęli powoli przekonywać się do takich gatunków, jak funk czy jazz, ale jeszcze wolą je zmieszane z dużą ilością rocka. Tak było w moim przypadku.

Ocena: 6/10



The Jeff Beck Group - "Rough and Ready" (1971)

1. Got the Feeling; 2. Situation; 3. Short Business; 4. Max's Tune; 5. I've Been Used; 6. New Ways / Train Train; 7. Jody

Skład: Bobby Tench - wokal i gitara; Jeff Beck - gitara, gitara basowa; Clive Chaman - gitara basowa; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Max Middleton - instr. klawiszowe
Producent: Jeff Beck


5 października 2014

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Beck-Ola" (1969)



"Beck-Ola", drugi album The Jeff Beck Group (i pierwszy, który ukazał się pod tym szyldem), został zarejestrowany niespełna rok po bardzo udanym "Truth". W międzyczasie Beck pozbył się perkusisty Micky'ego Wallera, którego sposób gry uważał za zbyt miękki. Potrzebował bębniarza, którego gra będzie bardziej adekwatna do muzyki zespołu, coraz bardziej oddalającej się od bluesowych korzeni w stronę hard rocka (jakby próbując dogonić Led Zeppelin, który przecież sam sporo zawdzięczał Jeff Beck Group). Znalazł takiego muzyka w osobie Tony'ego Newmana, późniejszego członka May Blitz oraz współpracownika Davida Bowie. Z drugiej strony, do składu na stałe dołączył też pianista Nicky Hopkins, co nieco złagodziło brzmienie.

Kolejna istotna różnica w porównaniu z "Truth" to fakt, że tym razem na album trafiły tylko dwie cudze kompozycje. Obie zresztą z repertuaru Elvisa Presleya, co wydaje się raczej dziwnym wyborem. "Jailhouse Rock" jest zagrany nieco ciężej, ale poza tym nie odbiega daleko od sztampowego rock and rolla. Nieco mniej zachowawczo muzycy podeszli do "All Shook Up", który na szczęście nie zachował wiele z oryginału. W tej wersji jest to całkiem fajny bluesowo- hardrockowy kawałek, w sumie najbardziej wyrazisty, a tym samym najlepszy, z całego albumu. Pozostałe pięć utworów to już kompozycje członków zespołu. Pomijając łagodny instrumental "Girl from Mill Valley", skomponowany przez Hopkinsa i przez niego zdominowany, jest to bardzo energetyczne granie o ciężkim, surowym brzmieniu, z naprawdę świetną grą Becka, Newmana i Ronniego Wooda oraz charyzmatycznym śpiewem Roda Stewarta. Szkoda tylko, że same kompozycje są zupełnie nijakie, bez choćby jednego zapamiętywalnego motywu czy melodii. To wyjaśnia, dlaczego na poprzednim longplayu nie znalazł się ani jeden autorski utwór tych muzyków (jedyne nagranie niebędące przeróbką, "Beck's Bolero", podpisał Jimmy Page). Byli z nich świetni wykonawcy, ale kompozytorzy żadni.

Brak dobrych kompozycji to jedno, ale na "Beck-Ola" doskwiera też pewna jednorodność materiału. Większość kawałków jest do siebie bardzo podobna, przez co gdy już pojawia się coś w innym stylu ("Girl from Mill Valley", "Jailhouse Rock"), to sprawia wrażenie kompletnie nie pasującego do reszty. "Truth" jest na pewno albumem bardziej różnorodnym, ale też zdecydowanie spójniejszym. Ogólnie jest to wciąż bardzo fajna muzyka, jednak zespół powinien pozostać przy graniu cudzych kompozycji. Niestety, skład ten nie zdołał już się zrehabilitować. Podczas amerykańskich występów promujących "Beck-Ola", tarcia w zespole doprowadziły do odejścia Stewarta i Wooda (wkrótce potem połączyli siły z byłymi muzykami Small Faces pod szyldem The Faces). Nie doszło tym samym do zaplanowanego występu na słynnym Woodstock Festival. Wziął w nim udział jedynie Hopkins, który wsparł grupę Jefferson Airplane. W późniejszym czasie pianista dołączył do Quicksilver Messenger Service oraz wspomagał The Rolling Stones. Tymczasem Beck chwilowo musiał porzucić muzykę, dochodząc do siebie po wypadku samochodowym, ale już wkrótce miał zacząć zbieranie zupełnie nowego składu The Jeff Beck Group.

Ocena: 7/10



The Jeff Beck Group - "Beck-Ola" (1969)

1. All Shook Up; 2. Spanish Boots; 3. Girl from Mill Valley; 4. Jailhouse Rock; 5. Plynth (Water Down the Drain); 6. The Hangman's Knee; 7. Rice Pudding

Skład: Rod Stewart - wokal; Jeff Beck - gitara; Ronnie Wood - gitara basowa; Tony Newman - perkusja; Nicky Hopkins - instr. klawiszowe
Producent: Mickie Most


3 października 2014

[Recenzja] Jeff Beck - "Truth" (1968)



Brytyjski gitarzysta Jeff Beck zaczynał karierę w grupie The Yardbirds, która dziś jest pamiętana nie tyle dzięki swoim dokonaniom, co muzykom, jacy przewinęli się przez jej skład. Dość wspomnieć, że poprzednikiem Becka w zespole był Eric Clapton, a następcą - Jimmy Page. Każdy z tej trójki zrobił później wielką karierę, a także pozostawił po sobie kilka wspaniałych albumów. Podobnie jak pozostała dwójka, Beck po odejściu z Yardbirds założył swój własny zespół. Co prawda The Jeff Beck Group nigdy nie cieszył się taką popularnością, jak Cream i Led Zeppelin, jednak jego debiutancki "Truth" (z przyczyn kontraktowych wydany wyłącznie pod nazwiskiem lidera) jest jednym z najlepszych albumów na pograniczu bluesa i rocka, a także jednym z fundamentów hard rocka. Zupełnie nie słusznie pozostaje w cieniu późniejszych dokonań Led Zeppelin, dla których niewątpliwie był drogowskazem. O przypadku nie może być mowy, gdyż w nagraniach uczestniczyli Jimmy Page i John Paul Jones.

Od samego początku w zespole występowali charyzmatyczny wokalista Rod Stewart (znany ze swojej późniejszej, popowej kariery) oraz gitarzysta rytmiczny Ronnie Wood (późniejszy członek The Rolling Stones). Pozostali instrumentaliści wielokrotnie się zmieniali. Przez skład przewinął się m.in. słynny perkusista Aynsley Dunbar (właśnie wyrzucony z Bluesbreakers Johna Mayalla), którego w tamtym czasie interesowało wyłącznie granie czystszego bluesa, więc założył własny The Aynsley Dunbar's Retaliation (później zaś zupełnie odszedł od tego stylu, grając m.in. z Frankiem Zappą). W chwili wejścia zespołu do studia, w maju 1968 roku, funkcję bębniarza pełnił Micky Waller. Ponadto, zespół znów nie miał basisty, co zmusiło Wooda do przekwalifikowania się na ten instrument (co wyszło na dobre - brak gitary rytmicznej dał więcej przestrzeni dla basu i perkusji). W sesji uczestniczyło też kilku gości, najbardziej aktywnie pianista Nicky Hopkins.

Niemalże cały repertuar "Truth" to interpretacje cudzych kompozycji. Ale za to jakie! Już na otwarcie pojawia się nowa, ulepszona wersja przeboju The Yardbirds, "Shapes of Things". Znacznie cięższa brzmieniowo i zagrana bardziej energetycznie. Najbardziej różni się jednak pod względem wokalnym - bezbarwną partię Keitha Relfa zastąpił ekspresyjny śpiew Stewarta. Jego szorstki głos idealnie pasuje do tego typu muzyki i w sumie szkoda, że później zwrócił się w stronę bardziej komercyjnego grania. W 1968 roku nic jeszcze tego nie zapowiadało. Zespół sięgnął także po dwa bluesowe standardy autorstwa Williego Dixona, "You Shook Me" oraz "I Ain't Superstitious", napisane przez niego odpowiednio dla Muddy'ego Watersa i Howlin' Wolfa. W tych wersjach brzmią oczywiście ciężej, więcej w nich energii, a także porywających popisów instrumentalnych (szczególnie w tym drugim). Podobno Beck długo nie mógł wybaczyć muzykom Led Zeppelin, że rok później również nagrali "You Shook Me", rzekomo kopiując jego aranżację. Jednak w rzeczywistości wersja Led Zeppelin o wiele bardziej odbiega od oryginału, jest bardziej rozbudowana, zwłaszcza jeśli chodzi o partie gitary. Jedyne, co łączy oba wykonania - oczywiście poza tym, co czerpią z oryginału - to udział Johna Paula Jonesa, grającego w obu wersjach na organach.

Zaskakujący jest wybór pozostałych utworów. Muzycy sięgnęli po folkową piosenkę "Morning Dew" Bonnie Dobson, musicalowy "Ol' Man River" autorstwa  Jerome'a Kerna i Oscara Hammersteina II (oba zagrano oczywiście mocniej, z rockową zadziornością; pierwszy ponadto ciekawie wzbogacono wstępem na dudach, nadającym trochę szkockiego klimatu), a nawet po XVI-wieczną pieśń "Greensleeves" (przepięknie zagraną przez Becka na gitarze akustycznej, bez udziału innych muzyków). Na albumie znalazły się także trzy "własne" kompozycje, podpisane pseudonimem Jeffrey Rod, pochodzącym oczywiście od imion Becka i Stewarta. Cudzysłów wziął się natomiast stąd, że w rzeczywistości są to nieco zmodyfikowane opracowania cudzych utworów: przebojowy, zachowujący jednak bluesrockowy charakter, "Let Me Love You" opiera się na tak samo zatytułowanej kompozycji  Buddy'ego Guya; energetyczny "Rock My Plimsoul" czerpie z "Rock Me Baby" B.B. Kinga; natomiast rozimprowizowany "Blues Deluxe" (z dodanymi odgłosami "publiczności") bardzo wyraźnie przypomina inny utwór Kinga, "Gambler's Blues". Wszystkie trzy są naprawdę świetne, ale podpisanie ich jako własne kompozycje to jednak spore nadużycie.

Na "Truth" umieszczony został także jeden utwór zarejestrowany dużo wcześniej, bo już w maju 1966 roku. "Beck's Bolero" to pozostałość po planach stworzenia supergrupy, w której składzie znaleźć mieli się Beck, Page, Hopkins, sekcja rytmiczna The Who, czyli John Entwistle i Keith Moon, a także Steve Winwood (Traffic, Blind Faith) lub Steve Marriott (Small Faces) w roli wokalisty. Skończyło się na zarejestrowaniu tego jednego utworu, w dodatku bez udziału Entwistle'a (jego miejsce zajął John Paul Jones) i bez żadnego wokalisty. "Beck's Bolero" to instrumentalny utwór, z początku opierający się na rytmie... "Bolera" Maurice'a Ravela, później jednak przyśpieszający i nabierający hardrockowego ciężaru. To właśnie tutaj Page po raz pierwszy zagrał na gitarze smyczkiem. W 1966 było to naprawdę innowacyjne nagranie. Wyprzedzające swój czas tak bardzo, że po wydaniu dwa lata później na "Truth" wciąż brzmiało bardzo świeżo. I byłoby pewnie sporym zaskoczeniem, gdyby już wcześniej nie znalazło się na stronie B singla "Hi Ho Silver Lining". Autorstwo "Beck's Bolero" przypisane jest Page'owi, jednak Beck twierdzi, że pracowali nad nim razem - dlatego nie mógł pogodzić z wykorzystaniem przez Jimmy'ego fragmentu "Beck's Bolero" w "How Many More Times" z pierwszego albumu Led Zeppelin.

"Truth" to naprawdę rewelacyjny, fantastycznie wykonany album bluesrockowy. Rozwijający patenty Bluesbreakers, Cream i The Jimi Hendrix Experience, momentami śmiało wykraczając poza taką stylistykę, a zarazem przygotowujący grunt pod rewolucyjny debiut Led Zeppelin. Niewątpliwie jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich sympatyków takiego grania, a pewnie może też zainteresować słuchaczy innych rodzajów muzyki.

Ocena: 9/10



Jeff Beck - "Truth" (1968)

1. Shapes of Things; 2. Let Me Love You; 3. Morning Dew; 4. You Shook Me; 5. Ol' Man River; 6. Greensleeves; 7. Rock My Plimsoul; 8. Beck's Bolero; 9. Blues Deluxe; 10. I Ain't Superstitious

Skład: Rod Stewart - wokal; Jeff Beck - gitara, dodatkowy wokal (2), gitara basowa (5); Ronnie Wood - gitara basowa (1-4,7,9,10); Micky Waller - perkusja (1-5,7,9,10)
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino (3,4,8,9); John Paul Jones - organy (4,5), gitara basowa (8); Keith Moon - instr. perkusyjne (5), perkusja (8); Jimmy Page - gitara (8)
Producent: Mickie Most


1 października 2014

[Recenzja] Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)



Drugi album Lucifer's Friend rozpoczyna się bardzo podobnie do eponimicznego debiutu. "Hobo" to kolejny energetyczny kawałek wywołujący silne skojarzenia z zeppelinowym "Immigrant Song". Jednak w porównaniu z "Ride the Sky" z poprzedniego longplaya, uwagę zwraca bardziej wygładzone brzmienie i nieco jakby skomercjalizowany charakter. Nie słychać też organów Hammonda, które na pierwszym albumie odgrywają znaczącą rolę - zastąpiono je pianinem. W jeszcze większe zdumienie może wprawić "Rose on the Vine", rozpoczynający się właśnie od solowej partii pianina o bardzo podniosłym charakterze. Później utwór nabiera hardrockowego ciężaru, a gitarowy czad dość ciekawie dopełniają lekko jazzujące klawisze. Pojawiają się też instrumentalne interludia o innym charakterze, przez które jednak całość wydaje się nieco przekombinowana. Ogólnie hard rocka na tym albumie nie ma wiele, bo oprócz tych dwóch nagrań pojawia się jeszcze tylko w tytułowym "...Where the Groupies Killed the Blues" oraz w "Prince of Darkness", którym muzycy również starali się nadać bardziej progresywnego charakteru.

O tym, że właśnie w takim kierunku zespół zmierzał, jeszcze lepiej świadczą pozostałe utwory. Znalazła się wśród nich podniosła ballada "Mother", zdominowana przez różne instrumenty klawiszowe (w tym nawet melotron), ale zawierająca również rockowe zaostrzenia, niezbyt udane próby ujazzowienia instrumentalnych fragmentów, a całości dopełnia egzaltowany śpiew Johna Lawtona. Melodia jest tu nawet przyjemna, jednak całość wypada raczej mało spójnie i trochę zbyt pretensjonalnie. Najdłuższy na płycie "Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme", jak sam tytuł wskazuje, również składa się z różnych części i też podąża w progresywno-jazzujące rejony, popełniając przy okazji te same błędy. Wręcz cechuje go jeszcze większa niezborność i pompatyczność. Nieudolna orkiestracja wypada naprawdę kuriozalnie. Na płytę trafił też bardziej koherentny "Burning Ships", z początku oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, kontrabasu oraz szumu morza, ale pod koniec grany już przez cały zespół (słychać nawet syntezator Mooga). To dość banalne nagranie, jednak przynajmniej nie udające, że jest czymś więcej.

Przeważnie chwalę wykonawców, którzy nie boją się odejść od dotychczasowego stylu, realizując swoje artystyczne ambicje. Jednak w przypadku Lucifer's Friend kompletnie to nie wyszło. To był świetny zespół hardrockowy, ale do grania czegoś ambitniejszego muzycy najwyraźniej mieli po prostu za małe umiejętności, niewystarczającą wyobraźnię, a i zabrakło im dobrego smaku, co dobitnie pokazują "Mother" i przede wszystkim "Summerdream...". Pozostałe utwory wypadają całkiem przyzwoicie, choć nagraniom z debiutu sporo jednak ustępują. Kolejne dokonania Lucifer's Friend raz były bliższe rockowej sztampy ("I'm Just a Rock 'n' Roll Singer", "Mind Exploding"), kiedy indziej były jeszcze mniej udaną próbą grania czegoś ambitniejszego ("Banquet"). Muzykom zabrakło konsekwencji, każdy album jest utrzymany w innej stylistyce, co pewnie jest jedną z głównych przyczyn, dlaczego ten zespół nigdy nie zdobył sławy.

Ocena: 6/10



Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)

1. Hobo; 2. Rose on the Vine; 3. Mother; 4. ...Where the Groupies Killed the Blues; 5. Prince of Darkness; 6. Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme; 7. Burning Ships

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Hecht - instr. klawiszowe; Dieter Horns - gitara basowa, kontrabas; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank, Herbert Hildebrandt i Lucifer's Friend