28 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "The Turning Point" (1969)



"The Turning Point" to - zgodnie z tytułem - punkt zwrotny w karierze Johna Mayalla. Po odejściu Micka Taylora do The Rolling Stones, a następnie perkusisty Colina Allena do Stone the Crows, Mayall postanowił zmienić dotychczasową formułę. W przeciwieństwie do innych bluesrockowych wykonawców, którzy w tamtym czasie zwrócili się w stronę cięższego grania, postanowił pójść w zupełnie przeciwnym kierunku. Nowy zespół - w którym oprócz Mayalla i basisty Steve'a Thompsona, znaleźli się także gitarzysta Jon Mark i saksofonista John Almond - miał grać bardziej stonowaną, w znacznym stopniu akustyczną muzykę. Bez ostrych partii gitary elektrycznej, a nawet bez perkusji. Muzycy wyruszyli w trasę, a fragmenty jednego występu - z 12 czerwca '69 w nowojorskim Fillmore East - wypełniły album "The Turning Point".

Na repertuar złożyły się wyłącznie nowe, premierowe utwory, skomponowane przez samego Mayalla lub z pomocą Thompsona. Materiał, wbrew mogącym się pojawić obawom, jest całkiem zróżnicowany. Wszystko zaczyna się od dynamicznego "The Laws Must Change", opartego na energetycznych partiach gitary akustycznej, harmonijki i saksofonu, wzbogaconego solówką na flecie. Siedem minut zlatuje niespodziewanie szybko. "Saw Mill Gulch Road" to dla odmiany bardziej stonowana kompozycja, z akompaniamentem fletu i "akustyka", oraz gitarowymi ozdobnikami granymi techniką slide. Podobny nastrój, ale z jeszcze bardziej ascetyczną aranżacją, ma "I'm Gonna Fight for You J.B.", czyli kolejny - po "The Death of J. B. Lenoir" z "Crusade" - przejmujący hołd dla uwielbianego przez Mayalla bluesmana J. B. Lenoira. Bardziej energetycznie robi się w jazzującym "So Hard to Share", będącym przede wszystkim rewelacyjnym popisem Thompsona i Almonda.

Fantastycznie wypada także "California" - niemal dziesięciominutowy, rozimprowizowany utwór, o bardzo jazzowym charakterze. Świetnie wypadają tutaj grane palcami (bez kostki) gitarowe partie Marka , a jednym z najwspanialszych momentów jest solówka na flecie, inspirowana muzyką indyjską. Podobny charakter ma niemal tak samo długi "Thoughts About Roxanne", będący fuzją jazzu i akustycznego bluesa (w pewnym sensie zapowiada album... "Jazz Blues Fusion"). Na zakończenie pojawia się jeszcze energetyczny akustyczny blues "Room to Move", ze świetnym popisem Mayalla na harmonijce i fajnie współgrającym z  nią fletem. To chyba najbardziej popularny utwór z całego dorobku "ojca brytyjskiego bluesa", grany na każdym koncercie. Nie rozumiem tego, bo choć to dobry utwór, to Mayall nagrał wiele lepszych. Nie jest to nawet najlepszy fragment tego albumu.

"The Turning Point" to jedna z najciekawszych pozycji w dyskografii Johna Mayalla. A jednocześnie dowód na to, że akustyczna koncertówka wcale nie musi być nudna. Wystarczy, że grają utalentowani muzycy z pomysłem na ciekawe i zróżnicowane - mimo ograniczonego instrumentarium - aranżacje. Zaletą tego albumu jest również w całości premierowy repertuar, dzięki czemu nie jest to tylko dodatek do podstawowej dyskografii, a pełnoprawna pozycja, tak samo ważna, jak albumy studyjne.

Ocena: 9/10



John Mayall - "The Turning Point" (1969)

1. The Laws Must Change; 2. Saw Mill Gulch Road; 3. I'm Gonna Fight for You J.B.; 4. So Hard to Share; 5. California; 6. Thoughts About Roxanne; 7. Room to Move

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jon Mark - gitara; Steve Thompson - gitara basowa; John Almond - saksofon, flet
Producent: John Mayall


26 lutego 2015

[Recenzja] Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)



Znany z niezliczonych muzycznych projektów Steven Wilson obecnie skupia się przede wszystkim na swojej solowej karierze. "Hand. Cannot. Erase." to już jego czwarty album wydany pod własnym nazwiskiem. Nie jest tajemnicą, że Wilson lubi mieć nad wszystkim pełną kontrolę, co nie jest do końca możliwe w działających bardziej demokratycznie zespołach. Jednak ten album spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Porcupine Tree. Bo choć nagrany został z pomocą tych samych muzyków, co "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", jest wyraźnym odcięciem się od jego retro-progresywnej stylistyki. Zamiast tego, otrzymujemy tu mieszankę współczesnego mainstreamu rockowego i neo-proga, z kilkoma cięższymi momentami.

Album wypełniają zatem z jednej strony miałkie, poprockowe piosenki, przywołujących czasy "Stupid Dream" ("Hand Cannot Erase", "Transience", "Happy Returns"), a z drugiej - bardziej rozbudowane kompozycje, sprawiające wrażenie posklejanych z przypadkowo dobranych fragmentów różnych utworów ("3 Years Older", w którym niezłe fragmenty instrumentalne, oparte na wyrazistym basie przypominającym Rush, przeplatają się z banalnymi fragmentami piosenkowymi) lub będące prostymi piosenkami rozciągniętymi do absurdalnych rozmiarów ("Routine", wyróżniająca się ckliwym duetem Wilsona i izraelskiej wokalistki Ninet Tayeb, czy momentami kojarzący się z Opeth "Ancestral"). Nieco ciekawiej robi się w mocno elektronicznej, mechanicznej warstwie instrumentalnej "Perfect Life". Ale już warstwa wokalna tego kawałka to prawdziwa porażka - najpierw dziwna deklamacja niejakiej Katherine Begley, a potem nieznośnie smętny śpiew Wilsona. Całkiem przyjemnie wypadają natomiast połączone "Home Invasion" i "Regret #9". Ten pierwszy to zadziorny kawałek bardzo w stylu albumu "Deadwing" (niestety, nie obyło się bez smętnych zwolnień), ale dodatkowo wzbogacony świetnie brzmiącymi elektrycznymi organami. Ten drugi to natomiast floydowy w nastroju instrumental, z solówkami na syntezatorze i gitarze.

W przedpremierowych zapowiedziach Wilson podkreślał, że "Hand. Cannot. Erase." będzie łączył elementy wszystkich jego wcześniejszych dokonań. To nie do końca prawda. Słychać głównie podobieństwa do Porcupine Tree i to praktycznie tylko z dwóch wspomnianych wyżej albumów. Czasem w grze instrumentalistów słuchać inspiracje klasycznym rockiem, ale w porównaniu z dwoma poprzednimi albumami Wilsona, takie momenty występują w bardzo śladowych ilościach. A szkoda, bo ten odtwórczy i przynudzający, ale mierzący się z bardziej ambitną muzyką Wilson z "Grace for Drowning" i "The Raven That Refused to Sing" odpowiada mi bardziej, niż Wilson także odtwórczy i przynudzający, ale grający miałkie piosenki, do których dodaje pretensjonalną otoczkę ("Hand. Cannot. Erase." to album koncepcyjny) i sprzedaje je jako wybitne dzieła.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)

1. First Regret; 2. 3 Years Older; 3. Hand Cannot Erase; 4. Perfect Life; 5. Routine; 6. Home Invasion; 7. Regret #9; 8. Transience; 9. Ancestral; 10. Happy Returns; 11. Ascendant Here On…

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass i instr. klawiszowe; Adam Holzman - instr. klawiszowe (1-7,9-11); Guthrie Govan - gitara (1,2,5-7,9,10); Nick Beggs - bass (3,4,6,9,10), dodatkowy wokal (2,5,6,9,10); Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne (2-7,9)
Gościnnie: Dave Gregory - gitara (2,3,10); Ninet Tayeb - wokal (5,9), dodatkowy wokal (3); Katherine Begley - wokal (4); The Cardinal Vaughan Memorial School Choir - chór (5,10,11); Theo Travis - flet i saksofon (9); The London Session Orchestra - instr. smyczkowe (9,10); Chad Wackerman - perkusja (10)
Producent: Steven Wilson


22 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)



Okładka wygląda znajomo? Owszem, ponieważ "The Grass Is Greener" to po prostu amerykańska wersja albumu "Valentyne Suite". Czemu zatem poświęcam jej osobną recenzję? Otóż dość mocno różni się ona od swojego europejskiego odpowiednika. Przede wszystkim pominięto utwór "The Kettle" i dwie pierwsze części "Valentyne Suite" (fragmenty te były już wydane w Stanach, na tamtejszej wersji debiutanckiego "Those Who Are About to Die Salute You"), a zamiast tego dodano cztery nowe kompozycje. Ale to nie wszystko, ponieważ w czterech powtarzających się utworach ("Elegy", "Butty's Blues", "The Machine Demands a Sacrifice" i "The Grass Is Greener") oryginalne partie gitarowe i wokalne Jamesa Litherlanda (poza śpiewem w "Elegy") zostały zastąpione partiami nowego muzyka, Clema Clempsona. Zabieg zupełnie niepotrzebny - wokal nie tylko pozostał najsłabszym ogniwem tych utworów, ale wręcz wypada w nich znacznie gorzej, niż w wersjach oryginalnych.

Pozostałe cztery utwory to już nagrania zupełnie nowe, chociaż aż trzy z nich to covery. Jedynie "Lost Angeles" to autorska kompozycja członków grupy (Dicka Heckstall-Smitha i Dave'a Greenslade'a), dość zresztą nijaka. Na plus zaliczyć trzeba świetną solówkę Clempsona, reszta utworu brzmi jednak jak wymuszona - być może przez bezpłciowy śpiew Clema. Partia wokalna zaniża także poziom energetycznego "Jumping Off the Sun" (z repertuaru jazzowego pianisty Mike'a Taylora, z którym niegdyś występowali Jon Hiseman i Tony Reeves) oraz "Rope Ladder to the Moon" (utworu Jacka Bruce'a z albumu "Songs of a Tailor", na którym grał Hiseman - chociaż akurat nie w tej kompozycji). Siłą rzeczy najlepiej wypada tutaj interpretacja "Bolero" Maurice'a Ravela, ze względu na brak partii wokalnej, a przy okazji zachwycająca rewelacyjnymi improwizacjami muzyków.

"The Grass Is Greener" to dość dziwny zbiór starych i nowych utworów, który najwyraźniej powstawał w pośpiechu - świadczy o tym nie tylko ilość cudzych utworów, ale też fakt, że zespół nie zdążył przed nagraniem znaleźć wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Nastąpiło to dopiero jakiś czas po premierze albumu, a został nim Chris Farlowe (późniejszy wokalista Atomic Rooster, znany również z solowych albumów Jimmy'ego Page'a).

Ocena: 7/10

PS. Utwory "Bolero", "Rope Ladder to the Moon" i "The Grass is Greener" w Wielkiej Brytanii zostały wydane na kompilacji "The Collectors' Colosseum" (1971).  "Jumping Off the Sun" również się na niej znalazł, ale w wersji ze śpiewem Farlowe'a i dodatkowymi gitarowymi partiami Clempsona. Repertuaru dopełnił utwór "I Can't Live Without You" - nagrany w 1968 roku, jeszcze z Litherlandem w składzie - a także trzy kompozycje znane już z albumu "Those Who Are About to Die Salute You" ("Those About to Die", "Beware The Ides of March" i "Walking in the Park").



Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)

1. Jumping Off the Sun; 2. Lost Angeles; 3. Elegy; 4. Butty's Blues; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. Bolero; 7. The Machine Demands a Sacrifice; 8. The Grass Is Greener

Skład: Dave "Clem" Clempson - gitara i wokal; Dick Heckstall-Smith - saksofon, flet (7); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (7); Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja; James Litherland - wokal (3)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


18 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "Looking Back" (1969)



"Looking Back" to kompilacja zawierająca wybrane niealbumowe utwory Johna Mayalla i Bluesbreakers. W zdecydowanej większości są to kawałki wydane wcześniej na singlach (zarówno na stronach A, jak i B). Wyjątek stanowi niepublikowane nigdy wcześniej koncertowe wykonanie - a właściwie jego ostatnie kilka minut - bluesowego standardu "Call It Stormy Monday (But Tuesday Is Just as Bad)" (tutaj pod uproszczonym tytułem "Stormy Monday") T-Bone'a Walkera. Utwór został zarejestrowany w efemerycznym składzie z Jackiem Brucem, który chwilowo zastępował Johna McVie. Pomimo dość kiepskiego brzmienia, utwór zachwyca fantastycznymi popisami Erica Claptona.

Inne ciekawostki to zarejestrowane jeszcze przed dołączeniem Claptona do Bluesbreakers utwory "Mr. James" (z Berniem Watsonem na gitarze) i "Blues City Shakedown" (z Rogerem Deanem), wydane na stronach B singli odpowiednio w 1964 i 1965 roku. Dominują tu jednak nagrania z czasów, gdy w zespole grał Peter Green. Z jedenastu utworów aż siedem powstało z jego udziałem. Wśród nich warto wyróżnić takie perełki, jak bluesowe ballady "So Many Roads" i "Double Trouble", z porywającymi solówkami Greena, albo rewelacyjny "Jenny", ze świetną linią wokalną i intrygującym podkładem instrumentalnym. "It Hurts Me Too" i przebojowy "Looking Back" też wypadają nieźle, ale już takie "Sitting in the Rain" i "Picture on the Wall" wydają się nieco zbyt banalne. Całości dopełnia jedna kompozycja z Mickiem Taylorem jako gitarzystą - "Suspicions (Part Two)", w klimacie jazzrockowego albumu "Bare Wires" (choć powstała nieco wcześniej, jeszcze z Johnem McVie i Keefem Hartleyem w składzie).

"Looking Back" to bardzo dobre uzupełnienie podstawowej dyskografii Johna Mayalla, choć niewyczerpujące w pełni tematu. Na szczęście dwa lata później ukazała się kolejna kompilacja, "Thru the Years", wypełniająca wszystkie luki. 

Ocena: 8/10



John Mayall - "Looking Back" (1969)

1. Mr. James; 2. Blues City Shakedown; 3. Stormy Monday; 4. So Many Roads; 5. Looking Back; 6. Sitting in the Rain; 7. It Hurts Me Too; 8. Double Trouble; 9. Suspicions (Part Two); 10. Jenny; 11. Picture on the Wall

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr klawiszowe, harmonijka; Bernie Watson - gitara (1); Roger Dean - gitara (2); Eric Clapton - gitara (3); Peter Green - gitara (4-8,10,11); Mick Taylor - gitara (9); John McVie - gitara basowa (1,2,4-8); Jack Bruce - gitara basowa (3); Paul Williams - gitara basowa (9); Martin Hart - perkusja (1); Hughie Flint - perkusja (2,3); Aynsley Dunbar - perkusja (4-6); Mick Fleetwood - perkusja (7,8); Keef Hartley - perkusja (9,11); Dick Heckstall-Smith - saksofon (9); Chris Mercer - saksofon (9)
Producent: Mike Vernon i John Mayall; Tony Clarke (2)


16 lutego 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)



Zespół kontynuuje drogę obraną na "The Battle of North West Six". Tym razem jednak ta mieszanka bluesa, jazzu i rocka, mocno doprawiona brzmieniem sekcji dętej, wypada dużo bardziej porywająco. Bardziej przemyślane kompozycje i aranżacje, a także większa różnorodność czynią z "The Time Is Near" naprawdę interesującą całość. Choć sam początek tego nie zapowiada. "Morning Rain" i "From the Window" to takie łagodne, proste i melodyjne piosenki, których słucha się przyjemnie, ale które nie prezentują sobą nic wyjątkowego. Album rozkręca się wraz z blisko dziesięciominutową kompozycją tytułową. Wokalna część utworu budzi skojarzenia z Colosseum, jednak w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, początkowo o bluesrockowym charakterze (z fantastyczną gitarową solówką Millera Andersona, wyrazistą grą sekcji rytmicznej i ładnym organowym tłem), pod koniec przechodzący w jazzrockowy popis z solówką Henry'ego Lowthera na trąbce. Nie mogę nie wspomnieć o pięknej partii fletu rozpoczynającej ten utwór.

Wysoki poziom utrzymany jest już do samego końca. Dynamiczny "You Can't Take It With You", oparty na nieco funkowym pulsie sekcji rytmicznej, jest zarazem przebojowy i zadziorny, zawiera też ciekawą niespodziankę w postaci stricte jazzowego zwolnienia w środku, pokazującego przede wszystkim kunszt Keefa Hartleya i Gary'ego Thaina. Podobnie jak w utworze tytułowym, pomysłów starczyłoby na kilka kompozycji, ale udanie połączono je w spójną całość. Instrumentalny "Premonition" w całości utrzymany jest w jazzrockowym stylu. Utwór napędzany jest świetną grą sekcji rytmicznej, której towarzyszą liczne solówki na dęciakach i jedna gitarowa. Czymś zupełnie nowym w twórczości grupy był natomiast folkowy "Another Time, Another Place". To praktycznie solowe nagranie Millera Andersona, który tu śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze akustycznej, a towarzyszą mu tylko subtelne dęciaki. Bardzo ładnie i zgrabnie to wyszło, szkoda tylko, że to najkrótszy utwór na albumie - choć z drugiej strony dłuższe nagranie w tym stylu mogłoby nużyć, a w takiej formie zachęca do kolejnych przesłuchań. Finał albumu to pięknie rozwijający się "Change", interesująco zróżnicowany dynamicznie i bardzo zgrabnie łączący patenty rockowe i jazzowe. Linia wokalna momentami kojarzy się z "Return to Sanity" Andromedy, ale to chyba tylko przypadek.

Krótko podsumowując - świetny album, doprowadzający niemal do perfekcji styl wypracowany na poprzednim wydawnictwie Keef Hartley Band. "The Time Is Near" prezentuje podobny poziom, co twórczość Colosseum czy bardziej jazzowe dokonania Johna Mayalla. Gdyby nie dwa pierwsze utwory, trochę zbyt banalne na tle całości, rozważałbym wyższą ocenę.

Ocena: 8/10



Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)

1. Morning Rain; 2. From the Window; 3. The Time Is Near; 4. You Can't Take It With You; 5. Premonition; 6. Another Time, Another Place; 7. Change

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - trąbka, skrzydłówka, skrzypce, pianino
Gościnnie: Dave Caswell - skrzydłówka, sakshorn, trąbka, pianino elektryczne; Jim Jewell - saksofon (1,7); Lyle Jenkins - saksofon i flet (2-6); Stewart Wicks - instr. klawiszowe (2,3); Del Roll - instr. perkusyjne (7)
Producent: Neil Slaven i Keef Hartley


14 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)



Po wydaniu debiutanckiego albumu, "Those Who Are About to Die", muzycy Colosseum wyruszyli w intensywną trasę koncertową. Wszystkie dłuższe przerwy między poszczególnymi występami spędzili na równie intensywnym tworzeniu nowego materiału. W czerwcu 1969 roku mieli już gotową wystarczającą ilość utworów, aby przystąpić do nagrań. Longplay został zarejestrowany w ciągu zaledwie trzech dni, między 16-18 czerwca. W tak krótkim czasie powstał jeden z najlepszych i najbardziej inspirujących albumów jazzrockowych. Z jednej strony niezwykle wyrafinowany, a jednocześnie przystępny także dla osób nieosłuchanych z jazzem, preferujących mniej wymagającą muzykę. "Valentyne Suite", jak zatytułowano dzieło, do sklepów trafił w listopadzie 1969 roku. Był to pierwszy album wydany przez Vertigo Records - oddział Philips/Phonogram specjalizujący się w rocku progresywnym. W chwili wydania "Valentyne Suite" do przeszłości należał już skład odpowiedzialny za jego nagranie - we wrześniu z Colosseum odszedł James Litherland.

Album rozpoczyna się od zaskakująco surowego, ostrego - jak na Colosseum - utworu "The Kettle". To nie jazz rock, a czysty blues/hard rock - z przesterowaną gitarą, dynamiczną grą sekcji rytmicznej i bez żadnych klawiszy lub dęciaków. Utwór wyróżnia się świetną współpracą grających w nim muzyków (Litherlanda, Tony' Reevesa i Jona Hisemana), z których każdy zdaje się pełnić pierwszoplanową rolę. Jedynie wysoka partia wokalna wypada dość irytująco i niezbyt pasuje do charakteru tej kompozycji. Już kolejny utwór, "Elegy", to powrót do bardziej jazzowego grania, znanego z poprzedniego albumu: wolniejsze tempo, mniej gitary, za to dużo saksofonu i delikatne smyczkowe tło. Jedynie sekcja rytmiczna gra równie mocno, co w poprzednim kawałku. O następnym utworze, "Butty's Blues", wiele mówi już sam tytuł - to tradycyjny blues, mimo pierwszoplanowej roli saksofonu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy chwytliwy "The Machine Demands a Sacrifice", w którym istotną role odrywa brzmienie organów i fletu, ale nie brakuje też rockowej zadziorności.

Całą drugą stronę longplaya wypełnia natomiast tytułowa kompozycja "Valentyne Suite". To już rzecz bardziej skomplikowana od poprzedzających ją czterech "piosenkowych" utworów - trwająca ponad siedemnaście minut, całkowicie instrumentalna, składająca się z trzech wyraźnie odrębnych, ale idealnie do siebie pasujących części ("January's Search", "February's Valentyne" i "The Grass is Always Greener"), pełna oczywistych nawiązań do muzyki barokowej, ale czerpiąca także z jazzu, rocka i bluesa. Kompozycja naprawdę wyjątkowa i bardzo dojrzała. A trzeba pamiętać, że to jeden z pierwszych tego typu eksperymentów - wyprzedziły go tylko "Ars Longa Vita Brevis" The Nice i "In Held Twas in I" Procol Harum (oba z 1968 roku). Jednak dzieło Colosseum na ich tle wypada o wiele bardziej spójnie, a przy tym zachwyca znacznie większą paletą pomysłów.

"Valentyne Suite" to klasyka rocka, jedno z największych arcydzieł lat 60. Dziś już co prawda nieco zapomniane, znane głównie osobom, które na własną rękę poszukują czegoś więcej, niż muzyki promowanej w mediach. Longplay posiada jednak wszystkie niezbędne cechy, aby zachwycić nie tylko wielbicieli bardziej ambitnej odmiany rocka (choć przede wszystkim im przypadnie do gustu).

Ocena: 9/10



Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)

1. The Kettle; 2. Elegy; 3. Butty's Blues; 4. The Machine Demands a Sacrifice; 5. Valentyne Suite

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja; Dick Heckstall-Smith - saksofon (2-5), flet (4); Dave Greenslade - instr. klawiszowe (2-5), dodatkowy wokal (4)
Gościnnie: Neil Ardley - aranżacja instr. smyczkowych (2)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


10 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)



John Mayall, znudzony ciągłymi zmianami składu Bluesbreakers, postanowił porzucić ten szyld. "Blues from Laurel Canyon" jest zatem jego drugim albumem solowym. W przeciwieństwie jednak do "Blues Alone", tutaj towarzyszy mu pełny skład - wciąż z Mickiem Taylorem na gitarze, ale też z nową sekcją rytmiczną, basistą Stevem Thompsonem i perkusistą Colinem Allenem. Pod względem muzycznym longplayowi daleko do ascetycznego "Blues Alone", ale także do przebogatego aranżacyjnie "Bare Wires". Mayall znalazł tutaj "złoty środek". Gitara, organy, sekcja rytmiczna i gdzieniegdzie harmonijka - to w zupełności wystarcza, aby zapewnić "pełne" brzmienie.

"Blues from Laurel Canyon" uznawany jest za najbardziej rockowy album Mayalla. I rzeczywiście, dominuje tutaj dynamiczne, zadziorne granie. Dobrą zapowiedzią jest już rozpoczynający całość energetyczny "Vacation", z przykuwającymi uwagę, porywającymi popisami Taylora. Oczywiście, podstawą wciąż są bluesowe patenty. Jednak Mayall prezentuje tutaj dość innowacyjne podejście do tej muzyki. Przede wszystkim jeśli chodzi o strukturę albumu - utwory płynnie przechodzą w kolejne, sprawiając wrażenie jednej długiej kompozycji (właściwie dwóch, bo materiał musiał być podzielony na dwie strony płyty winylowej). To patent charakterystyczny dla rocka progresywnego, na wydawnictwach bluesowych wcześniej niespotykany. Z rockiem progresywnym kojarzy się także finałowa, dziewięciominutowa kompozycja "Fly Tomorrow" - być może najlepsza w całym dorobku Mayalla. Zaczyna się bardzo klimatycznie, a potem cudownie się rozwija. Mick w końcu może w pełni pokazać swoje umiejętności, grając bardzo długą, rewelacyjną solówkę. Organy Johna świetnie dopełniają brzmienie, a sekcja rytmiczna gra jak natchniona.

Pomiędzy dwoma wspomnianymi utworami też dzieje się dużo dobrego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje chociażby dynamiczny "Somebody's Acting Like a Child", zbudowany na fantastycznym basowym motywie. Świetnie wypadają tu też partie harmonijki. Swoje umiejętności gry na tym instrumencie Mayall prezentuje także w "Ready to Ride" (który jednak wyróżnia się przede wszystkim wyjątkowo ciężkim gitarowym riffem), natomiast w "Miss James" zachwyca grą na organach. "Long Gone Midnight" to z kolei przede wszystkim popis Taylora, który gra tutaj kolejne wyśmienite solo. Nie można nie wspomnieć o bardzo subtelnym "First Time Alone", opartym wyłącznie na delikatnym akompaniamencie organów i stonowanych partiach gitary. Co ciekawe, w nagraniu tego utworu gościnnie wziął udział były gitarzysta Bluesbreakers, Peter Green. Trochę jednak szkoda, że przypadła mu w udziale akurat ta kompozycja, nie dająca za wiele miejsca do popisu. Całości dopełniają typowe, lecz całkiem przyjemne kawałki bluesrockowe - vide "Walking on Sunset" czy "2401".

Na "Blues from Laurel Canyon" John Mayall intrygująco połączył swoje bluesowe korzenie z bardziej ambitnym podejściem, znanym z nagranego kilka miesięcy wcześniej, eksperymentalnego "Bare Wires".Efekt jest naprawdę bardzo dobry. Longplay w niczym nie ustępuje wydawnictwom Mayalla pod szyldem Bluesbreakers.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)

1. Vacation; 2. Walking on Sunset; 3. Laurel Canyon Home; 4. 2401; 5. Ready to Ride; 6. Medicine Man; 7. Somebody's Acting Like a Child; 8. The Bear; 9. Miss James; 10. First Time Alone; 11. Long Gone Midnight; 12. Fly Tomorrow

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; Steve Thompson - gitara basowa; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Green - gitara (10)
Producent: Mike Vernon i John Mayall


8 lutego 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)



Po rewelacyjnym debiucie, "Halfbreed", oczekiwania wobec Keef Hartley Band musiały być spore. Zespół zdecydował się jednak na nieoczywiste posunięcie i zamiast pójść za ciosem, zmienił nieco koncepcję swojej muzyki. W nagraniu "The Battle of North West Six", drugiego longplaya grupy, wzięła udział rozbudowana sekcja dęta, licząca osiem osób. I często to właśnie dęciaki pełnią pierwszoplanową rolę. Szczególnie w łagodniejszych utworach, o jazzowym odcieniu, których jest tutaj nadspodziewanie dużo - przebojowe "Don't Give Up" i "Waiting Around", instrumentalny "Hickory" (z bardzo ładną partią fletu w wykonaniu Barbary Thompson), oraz najładniejszy z nich, bardzo zgrabny "Believe in You" (nagrany z gościnnym udziałem Micka Taylora). W takich klimatach użycie instrumentów dętych jest w pełni uzasadnione, a wręcz trudno wyobrazić sobie te utwory bez nich.

Ale już w bardziej dynamicznych, ostrzejszych kawałkach bluesrockowych, jak "Me and My Woman" i "Not Foolish, Not Wise", wysunięcie ich na pierwszy plan jest dość kontrowersyjnym i w sumie niepotrzebnym posunięciem. Na szczęście, są też utwory, w których dęciaki są tylko dodatkiem i pojawiają się jedynie na zasadzie ozdobników. Tak właśnie jest w dwóch instrumentalach: "The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread" - z porywającym gitarowym popisem Spita Jamesa w roli głównej, oraz fantastyczną grą sekcji rytmicznej - i typowo bluesrockowym jamie "Tadpole". Zaś w zadziornym i bardzo energetycznym "Don't Be Afraid" w ogóle nie ma instrumentów dętych, jest za to świetne organowe tło i dużo gitary. Te trzy ostatnie utwory mają najwięcej wspólnego z poprzednim albumem zespołu. Czymś zupełnie nowym jest natomiast "Poor Mabel (You're Just Like Me)", czyli wycieczka w stronę... country. Niepotrzebny eksperyment, zaniżający poziom longplaya.

Pomimo stylistycznego zwrotu, jest to wciąż całkiem dobra (z wspomnianymi wyjątkami) muzyka, wykonywana przez bardzo utalentowanych muzyków. Polecana przede wszystkim wielbicielom bardziej jazzowych dokonań Johna Mayalla, a może nawet grupy Colosseum.

Ocena: 7/10



Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)

1. The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread; 2. Don't Give Up; 3. Me and My Woman; 4. Hickory; 5. Don't Be Afraid; 6. Not Foolish, Not Wise; 7. Waiting Around; 8. Tadpole; 9. Poor Mabel (You're Just Like Me); 10. Believe in You

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - instr. dęte, skrzypce; Jim Jewell - saksofon
Gościnnie: Mick Weaver - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Mike Davis - trąbka; Harry Beckett - trąbka, skrzydłówka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Barbara Thompson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon; Ray Warleigh - flet; Mick Taylor - gitara (10)
Producent: Neil Slaven


6 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)



Colosseum to jeden z pierwszych i najbardziej wpływowych zespołów łączących muzykę rockową z jazzem. Grupa powstała we wrześniu 1968 roku z inicjatywy doświadczonego perkusisty Jona Hisemana, wcześniej występującego m.in. w Graham Bond Organisation (gdzie zastąpił Gingera Bakera) i The Bluesbreakers Johna Mayalla. Właśnie wśród byłych muzyków tych zespołów szukał kandydatów do nowego projektu. W ten sposób do Colosseum trafili saksofonista Dick Heckstall-Smith (przewinął się przez oba wspomniane zespoły, a także m.in. przez Blues Incorporated Alexisa Cornera) oraz basista Tony Reeves (ex-The Bluesbreakers). Składu dopełniła dwójka mniej znanych muzyków: klawiszowiec Dave Greenslade i gitarzysta Jim Roche. Tego ostatniego szybko zastąpił James Litherland, mający pełnić także rolę wokalisty.

Już debiutancki album zespołu, "Those Who Are About to Die Salute You" wydany na początku 1969 roku, zawiera interesującą, bardzo oryginalną mieszankę jazzu, rocka, bluesa i rhythm'n'bluesa, z elementami muzyki klasycznej. Z jednej strony album jest bardzo wyrafinowany, muzycy pokazują tu naprawdę wysoki kunszt wykonawczy. A z drugiej strony, nie jest to wcale jakaś bardzo trudna w odbiorze muzyka - utwory są dość krótkie (mieszczą się w przedziale czasowym od niespełna trzech do siedmiu i pół minuty) i często opierają się na nośnych, zapamiętywalnych motywach (głównie saksofonowych). Album doszedł aż do 15. miejsca brytyjskiego notowania, co najlepiej świadczy o jego przystępności (fakt, że były to inne czasy, kiedy ambitna muzyka cieszyła się znacznie większą popularnością).

Album, w oryginalnej brytyjskiej wersji, rozpoczyna się od coveru "Walking in the Park" Grahama Bonda. Prostego utworu, o piosenkowej strukturze i bluesowo-jazzowym charakterze, z dominującą rolą dęciaków (poza saksofonem Heckstall-Smitha słychać tutaj także grającego na trąbce gościa - Henry'ego Lowthera). "Plenty Hard Luck" to już utwór zupełnie odmienny - mniej śpiewania, więcej pola do popisów instrumentalnych, z nietypową rytmiką i licznymi solówkami na gitarze, organach i saksofonie. Docenić należy również wkład Reevesa, którego partia basu trzyma wszystko w ryzach i zapewnia utworowi wyrazistą linię melodyczną. W instrumentalnym "Mandarin", inspirowanym muzyką japońską, zespół jeszcze bardziej oddala się od piosenkowej przystępności - to tak naprawdę luźna improwizacja, w której każdy muzyk po kolei wysuwa się nie pierwszy plan. Na improwizacji opiera się także kończący pierwszą stronę winylowego wydania "Debut", z tą różnicą, że większą rolę odgrywa interakcja między muzykami.

Drugą stronę rozpoczyna najpiękniejsza kompozycja z albumu, "Beware the Ides of March". Rozpoczyna się od słynnego motywu z "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum, początkowo granego jednak na saksofonie, dopiero po chwili przejętego przez organy. Po tym wstępie muzycy prezentują swoją interpretację "Toccaty i fugi d-moll" Jana Sebastiana Bacha (z wyjątkowo ostrą, jak na ten album, gitarową solówką), by na koniec wrócić do motywu "A Whiter Shade of Pale" (notabene, utworu opartego na innej kompozycji Bacha, "Arii na strunie G"). "Beware the Ides of March" został jednak podpisany wyłącznie nazwiskami muzyków Colosseum. Mniej interesującym fragmentem albumu jest "The Road She Walked Before", będący niezbyt udaną próbą połączenia jazzu z rockową dynamiką. Trzeba jednak pamiętać, że to jeden z pierwszych takich eksperymentów. "Backwater Blues" dla odmiany rozpoczyna się jak stuprocentowy blues, dopiero podczas rozbudowanych popisów instrumentalnych wkrada się do niego nieco jazzu. Utwór został skomponowany w 1927 roku przez bluesową wokalistkę Bessie Smith, jednak tutaj został podpisany jako kompozycja Leadbelly'ego (który nagrał cover w 1940 roku). Finałowy "Those About to Die" to kolejna instrumentalna improwizacja, w której rewelacyjnie udało się połączyć rock, jazz i blues.

"Those Who Are About to Die Salute You" to bardzo dojrzały i intrygujący debiut. Ale tak naprawdę muzycy w pełni rozwinęli skrzydła dopiero na kolejnym longplayu, "Valentyne Suite", wydanym jeszcze w tym samym roku. Ale to już materiał na kolejną recenzję.

Ocena: 8/10

PS. Amerykańskie wydanie "Those Who Are..." zamiast trzech utworów obecnych na oryginalnym brytyjskim wydaniu ("Mandarin", "The Road She Walked Before" i "Backwater Blues") zawiera fragmenty albumu "Valentyne Suite" - utwór "The Kettle" oraz pierwotną wersję trzyczęściowej tytułowej suity (z utworem "Beware the Ides of March" jako ostatnią częścią).



Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)

UK: 1. Walking in the Park; 2. Plenty Hard Luck; 3. Mandarin; 4. Debut; 5. Beware the Ides of March; 6. The Road She Walked Before; 7. Backwater Blues; 8. Those About to Die

US: 1. The Kettle; 2. Plenty Hard Luck; 3. Debut; 4. Those Who Are About to Die, Salute You; 5. Valentyne Suite; 6. Walking in the Park

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (3*); Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Jim Roche - gitara (7*)
Gościnnie: Henry Lowther - trąbka (1*)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron

*dot. wydania UK


4 lutego 2015

[Recenzja] Khan - "Space Shanty" (1972)



Scena Canterbury to jeden z najciekawszych nurtów w rocku progresywnym. Nazwa wywodzi się od miasta, z którego pochodzi większość jego przedstawicieli. Tych najważniejszych łączą liczne powiązania personalne. Cechuje ich także podobne podejście do muzyki, z jednej strony bardzo ambitne (inspiracja nowoczesnym jazzem, a u niektórych także poważną awangardą, ponadto biegłość instrumentalna), a z drugiej charakterystyczne poczucie humoru i muzyczna swoboda, dzięki której udaje im się uniknąć częstego w innych odmianach proga patosu. Stworzenie tej stylistyki należy przypisać trzem grupom: Caravan, Soft Machine i Gong. Każda z nich grała w wyraźnie inny sposób: Caravan preferował dość łagodną psychodelię z delikatnymi wpływami jazzu, Soft Machine grał dość trudną mieszankę fusion, free jazzu i awangardy, niemal całkowicie oddalając się od rocka, natomiast Gong łączył zwariowaną psychodelię z jazz-rockiem. Bez trudu można jednak u wszystkich usłyszeć wspomniane wcześniej podejście i podobne brzmienie. Muzycy tych grup tworzyli później kolejne zespoły - jak Matching Mole, Gilgamesh, Hatfield and the North czy National Health - w których można usłyszeć podobieństwa do każdej z trzech założycielskich grup.

Jednym z mniej znanych przedstawicieli sceny Canterbury jest grupa Khan. Założona została przez śpiewającego gitarzystę Steve'a Hillage'a, grającego wcześniej w psychodelicznym Uriel, znanym też pod nazwą Arzachel, pod którą ukazał się jego jedyny, eponimiczny album. W oryginalnym składzie znalazł się ponadto perkusista Pip Pyle (ex-Gong, później Hatfield and the North i National Health), a także dwaj byli członkowie psychodelicznego The Crazy World of Arthur Brown: basista Nick Greenwood i klawiszowiec Dick Heninghem. Wkrótce jednak miejsce perkusisty zajął Eric Peachey, a stanowisko klawiszowca objął Dave Stewart - kolejny były członek Uriel/Arzachel (a także kolejny późniejszy muzyk Hatfield and the North i National Health). Na przełomie lat 1971/72 zespół zarejestrował materiał na swój debiutancki album, zatytułowany "Space Shanty". Jak się wkrótce okazało, było to jedyne wydawnictwo zespołu. Longplay odniósł komercyjną porażkę, więc wydawca nie chciał finansować kolejnych sesji. Rozczarowany Hillage rozwiązał zespół, po czym dołączył do grupy Kevina Ayersa (ex-Soft Machine), chwilę potem trafił do Gong, a następnie rozpoczął solową działalność (na debiutanckim "Fish Rising", nagranym z pomocą Stewarta i muzyków Gong, wykorzystał materiał napisany z myślą o drugim albumie Khan).

Na "Space Shanty" składa się sześć rozbudowanych utworów. Dwa z nich przekraczają dziewięć minut, jeden trwa powyżej ośmiu, a krótsze nie schodzą poniżej pięciu minut. Nie ma tu jednak mowy o graniu na czas, wysilonym wydłużaniu utworów. Utwory są złożone, nieprzewidywalne, stopniowo się rozwijają. Stylistycznie mieszczą się gdzieś pomiędzy kosmiczną psychodelią i jazz-rockiem, z paroma mocniejszymi momentami o hardrockowych naleciałościach. Charakterystyczne melodie, brzmienie instrumentów klawiszowych, często jazzująca rytmika i całkowity brak pretensjonalności ponad wszelką wątpliwość wskazują na związki ze sceną Canterbury. Dużo tutaj instrumentalnych pasaży, w których Hillage i Stewart mogą pokazać swoje umiejętności - nie popisując się jednak nadmiernie, grając dokładnie tyle, ile trzeba. Opisywanie każdego utworu z osobna nie ma tutaj żadnego celu. Wszystkie składają się praktycznie z tych samych elementów, jednak za każdym razem efekt jest inny. Tym, którzy album już znają, nie trzeba opisywać co się tu dzieje, a tym, którzy dopiero go poznają, nie chcę psuć niespodzianki w odkrywaniu tych wielowątkowych, wielowarstwowych utworów. Mogę tylko zauważyć, że jest naprawdę wspaniała, inteligentna muzyka, od której trudno się oderwać. Szkoda jedynie, że pod względem wokalnym nie jest tak udanie, jak w warstwie instrumentalnej.

"Space Shanty" to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów, które nie zostały dostrzeżone w chwili wydania, a dziś mają status kultowych wśród poszukiwaczy takich zaginionych pereł sprzed lat. Muzykom udało się świetnie połączyć artystyczne ambicje z przystępnością. Skąd zatem brak brak komercyjnego powodzenia? Cóż zespół miał nieszczęście podpisać kontrakt z Deram, oddziałem Decca Records, która notorycznie zaniedbywała promocję i wydawała płyty w zbyt małym nakładzie.

Ocena: 8/10



Khan - "Space Shanty" (1972)

1. Space Shanty; 2. Stranded; 3. Mixed Up Man of the Mountains; 4. Driving to Amsterdam; 5. Stargazers; 6. Hollow Stone

Skład: Steve Hillage - gitara, wokal; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Nick Greenwood - bass, wokal; Eric Peachey - perkusja
Producent: Neil Slaven


2 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)



"Bare Wires" to powrót Johna Mayalla do szyldu Bluesbreakers i nagrywania z pełnym składem. Tym razem podczas sesji towarzyszył mu sprawdzony Mick Taylor, oraz kilka nowych "nabytków", jak perkusista Jon Hiseman, basista Tony Reeves i saksofonista Dick Heckstall-Smith, czyli późniejsi założyciele Colosseum. Prawdopodobnie właśnie nagrywanie z tymi muzykami - mającymi jazzowe, a nie bluesowe korzenie - spowodowało, że "Bare Wires" to album bardziej różnorodny od poprzednich dzieł Mayalla. Blues i blues rock są tutaj tylko jednymi z wielu elementów składowych, do których należą również jazz, folk, a nawet funk.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia ponad dwudziestominutowa "Bare Wires Suite". Nie jest to jednak jedna długa kompozycja, a cykl siedmiu luźno powiązanych utworów, z których większość posiada własny początek i zakończenie (mimo tego, na kompaktowych wydaniach umieszczane są na jednej ścieżce). Wszystkie są też wyraźnie odrębne stylistycznie. Zaczyna się od stonowanych "Bare Wires" i "Where Did I Belong" - pierwszy z nich opiera się wyłącznie na akompaniamencie organów, drugi gitary akustycznej i skrzypiec. Rozbrzmiewający tuż po nich "I Started Walking" to dla odmiany energetyczny, ostry kawałek bluesrockowy. W "Open Up a New Door" jest wciąż dynamicznie, ale klimat robi się bardziej jazzowy za sprawą partii dęciaków. "Fire" to najdziwniejszy fragment albumu - senny klimat tworzony przez wokal, klawisze i harmonijkę, zestawiony jest z nerwową, hałaśliwą partią perkusji. "I Know Now" to po prostu ładny, piosenkowy utwór ze zgrabną melodią i pierwszoplanową rolą organów; John gra tu też solówkę na klawesynie. Na pojawia się jeszcze dynamiczny "Look in the Mirror", w którym znów pobrzmiewają wpływy jazzowe, za sprawą partii perkusji oraz solówek na basie i saksofonie.

Utwory z drugiej strony (zatytułowanej "Another Side") również są bardzo zróżnicowane. Jest tu blues (wolne, wzbogacone dęciakami "I'm a Stranger" i "Killing Time"), jest wspomniany we wstępie funk (zadziorny "No Replay"), nie brakuje jazz rocka (dynamiczny "She's Too Young"), ani folku ("Sandy"). Całości dopełnia świetny, jazzowo-bluesowo-rockowy instrumental "Hartley Quits", w którym błyszczy przede wszystkim Mick Taylor, przez całą jego długość grający porywające gitarowe solo.

"Blues Wires" to album inny od poprzednich dzieł Johna Mayalla, bardziej otwarty na inne style, nie tak hermetycznie bluesrockowy. Rezultat jest bardzo intrygujący. Nawet jeśli momentami można odnieść wrażenie, że słucha się nie albumu Mayalla, lecz Colosseum. Bo takie utwory, jak "Open Up a New Door", "Look in the Mirror", czy "She's Too Young" to już więcej niż zalążek stylu tej grupy, która powstała wkrótce po wydaniu tego longplaya - Reeves, Hiseman i Heckstall-Smith okazali się kolejnymi muzykami, którzy nie zagrzali długo miejsca w grupie Mayalla.

Ocena: 8/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)

Bare Wires Suite: 1. Bare Wires; 2. Where Did I Belong; 3. I Started Walking; 4. Open Up a New Door; 5. Fire; 6. I Know Now; 7. Look In The Mirror; Another Side: 8. I'm a Stranger; 9. No Reply; 10. Hartley Quits; 11. Killing Time; 12. She's Too Young; 13. Sandy

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, instr. klawiszowe, gitara; Mick Taylor - gitara; Tony Reeves - gitara basowa, kontrabas; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Chris Mercer - saksofon; Henry Lowther - kornet, skrzypce
Producent: Mike Vernon i John Mayall