26 lutego 2015

[Recenzja] Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)



Znany z niezliczonych muzycznych projektów Steven Wilson obecnie skupia się przede wszystkim na swojej solowej karierze. "Hand. Cannot. Erase." to już jego czwarty album wydany pod własnym nazwiskiem. Nie jest tajemnicą, że Wilson lubi mieć nad wszystkim pełną kontrolę, co nie jest do końca możliwe w działających bardziej demokratycznie zespołach. Jednak ten album spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Porcupine Tree. Bo choć nagrany został z pomocą tych samych muzyków, co "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", jest wyraźnym odcięciem się od jego retro-progresywnej stylistyki. Zamiast tego, otrzymujemy tu mieszankę współczesnego mainstreamu rockowego i neo-proga, z kilkoma cięższymi momentami.

Album wypełniają zatem z jednej strony miałkie, poprockowe piosenki, przywołujących czasy "Stupid Dream" ("Hand Cannot Erase", "Transience", "Happy Returns"), a z drugiej - bardziej rozbudowane kompozycje, sprawiające wrażenie posklejanych z przypadkowo dobranych fragmentów różnych utworów ("3 Years Older", w którym niezłe fragmenty instrumentalne, oparte na wyrazistym basie przypominającym Rush, przeplatają się z banalnymi fragmentami piosenkowymi) lub będące prostymi piosenkami rozciągniętymi do absurdalnych rozmiarów ("Routine", wyróżniająca się ckliwym duetem Wilsona i izraelskiej wokalistki Ninet Tayeb, czy momentami kojarzący się z Opeth "Ancestral"). Nieco ciekawiej robi się w mocno elektronicznej, mechanicznej warstwie instrumentalnej "Perfect Life". Ale już warstwa wokalna tego kawałka to prawdziwa porażka - najpierw dziwna deklamacja niejakiej Katherine Begley, a potem nieznośnie smętny śpiew Wilsona. Całkiem przyjemnie wypadają natomiast połączone "Home Invasion" i "Regret #9". Ten pierwszy to zadziorny kawałek bardzo w stylu albumu "Deadwing" (niestety, nie obyło się bez smętnych zwolnień), ale dodatkowo wzbogacony świetnie brzmiącymi elektrycznymi organami. Ten drugi to natomiast floydowy w nastroju instrumental, z solówkami na syntezatorze i gitarze.

W przedpremierowych zapowiedziach Wilson podkreślał, że "Hand. Cannot. Erase." będzie łączył elementy wszystkich jego wcześniejszych dokonań. To nie do końca prawda. Słychać głównie podobieństwa do Porcupine Tree i to praktycznie tylko z dwóch wspomnianych wyżej albumów. Czasem w grze instrumentalistów słuchać inspiracje klasycznym rockiem, ale w porównaniu z dwoma poprzednimi albumami Wilsona, takie momenty występują w bardzo śladowych ilościach. A szkoda, bo ten odtwórczy i przynudzający, ale mierzący się z bardziej ambitną muzyką Wilson z "Grace for Drowning" i "The Raven That Refused to Sing" odpowiada mi bardziej, niż Wilson także odtwórczy i przynudzający, ale grający miałkie piosenki, do których dodaje pretensjonalną otoczkę ("Hand. Cannot. Erase." to album koncepcyjny) i sprzedaje je jako wybitne dzieła.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)

1. First Regret; 2. 3 Years Older; 3. Hand Cannot Erase; 4. Perfect Life; 5. Routine; 6. Home Invasion; 7. Regret #9; 8. Transience; 9. Ancestral; 10. Happy Returns; 11. Ascendant Here On…

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass i instr. klawiszowe; Adam Holzman - instr. klawiszowe (1-7,9-11); Guthrie Govan - gitara (1,2,5-7,9,10); Nick Beggs - bass (3,4,6,9,10), dodatkowy wokal (2,5,6,9,10); Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne (2-7,9)
Gościnnie: Dave Gregory - gitara (2,3,10); Ninet Tayeb - wokal (5,9), dodatkowy wokal (3); Katherine Begley - wokal (4); The Cardinal Vaughan Memorial School Choir - chór (5,10,11); Theo Travis - flet i saksofon (9); The London Session Orchestra - instr. smyczkowe (9,10); Chad Wackerman - perkusja (10)
Producent: Steven Wilson


23 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Loose Ends" (1974)



"Loose Ends" okazał się najsłabszym z dotychczas wydanych pośmiertnych albumów Hendrixa. Tak słabym, że amerykański wydawca postanowił w ogóle go nie wydawać. To przede wszystkim zbiór różnych jamów (np. "Jam 292", "Burning Desire") i szkiców (instrumentalna wersja "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)"). Z "Blue Suede Shoes" możemy dowiedzieć się jak wyglądała praca Hendrixa w studiu - przez połowę nagrania muzyk instruuje Buddy'ego Milesa jak powinien zagrać partię perkusji. Niewątpliwie ma to wartość historyczną, ale tylko pogłębia wrażenie, że "Loose Ends" jest zbiorem nieukończonych nagrań, wydanych tylko po to, aby zarobić na zmarłym artyście. Jedynym utworem, do którego nie ma wątpliwości, że Hendrix chciał, aby go wydano, jest "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice". Ale ten akurat utwór był już wydany za jego życia - na stronie B singla "Burning of the Midnight Lamp" i europejskim wydaniu kompilacji "Smash Hits". Ciekawostką jest nowy - tym razem stereofoniczny - miks, przygotowany przez Eddiego Kramera. Sam utwór jednak nie porywa.

Warto jednak poznać "Loose Ends" ze względu na obecność dwóch wcześniej niewydanych utworów, zarejestrowanych w trakcie sesji z lata 1970 roku, której wynikiem miał być album "First Rays of the New Rising Sun". Pierwszym z nich jest otwierający całość "Come Down Hard on Me Baby" - całkiem przyjemne blues rockowe nagranie, które nie wiadomo czemu musiało tak długo czekać na premierę. Drugim jest natomiast "The Drifter's Escape" z repertuaru Boba Dylana. Tym razem Hendrix nie wspiął się na wyżyny interpretacji cudzych kompozycji - jak było w przypadku genialnej wersji "All Along the Watchtower" - ale i tak wykonał kawał dobrej roboty. przerabiając prosty akustyczny kawałek na energetyczny hard rockowy popis.

Ocena: 5/10



Jimi Hendrix - "Loose Ends" (1974)

1. Come Down Hard on Me Baby; 2. Blue Suede Shoes; 3. Jam 292; 4. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 5. The Drifter's Escape; 6. Burning Desire; 7. Born a Hootchie Cootchie Man; 8. Have You Ever Been (to Electric Ladyland)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-3,5-7); Mitch Mitchell - perkusja (1,3-5); Buddy Miles - perkusja (2,6,7); Noel Redding - bass (4)
Gościnnie: Sharon Layne - pianino (3)
Producent: John Jansen


22 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "War Heroes" (1972)



Archiwum z nieznanymi studyjnymi utworami Hendrixa powoli zaczęło się wyczerpywać. Wśród dziewięciu utworów, jakie znalazły się na "War Heroes", trzy były już wcześniej wydane: "Highway Chile" na stronie B singla "The Wind Cries Mary" i europejskim wydaniu kompilacji "Smash Hits" (tutaj ma jednak premierę w wersji stereo, przygotowanej specjalnie na ten album), a "Stepping Stone" i "Izabella" na jedynym singlu składu Band of Gypsys. będącego zarazem ostatnią małą płytą wydaną za życia gitarzysty (pierwszy z  nich został tu zamieszczony w wersji z późniejszymi dogrywkami - m.in. partią perkusji Mitcha Mitchella). Wspomnieć można jeszcze o coverze "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa, znanym już z koncertówki "Experience", aczkolwiek tutaj trafiła wcześniej niewydana wersja studyjna.

Jednak to właśnie te cztery utwory są najbardziej atrakcyjnymi fragmentami "War Heroes". Przebojowy "Bleeding Heart" z funkującą partią gitary i porywającymi solówkami świetnie sprawdza się w roli otwieracza. Aż dziwne, że utwór ten - zarejestrowany w marcu 1970 roku - nie został wcześniej wydany (np. na "The Cry of Love", zamiast zdecydowanie mniej interesującego "My Friend"). Obecność "Highway Chile" na tym albumie może budzić największe kontrowersje, wszak utwór był już wcześniej dość powszechnie dostępny. Zamieszczona tutaj wersja ma jednak więcej mocy od monofonicznego oryginału, dzięki czemu nabrał zupełnie nowej jakości. Największymi perłami "War Heroes" są jednak utwory "Stepping Stone" i "Izabella". Pierwszy to hard rockowy czad z ekscytującymi popisami Hendrixa, drugi porywa natomiast funkowym pulsem sekcji rytmicznej - przede wszystkim wyraźną partią Billy'ego Coxa.

Z pozostałych utworów tylko w jednym - "3 Little Bears" - pojawia się partia wokalna. To odrzut z sesji "Electric Ladyland", nie będący niczym więcej jak właśnie odrzutem, brzmiącym jak nieudana próba nagrania kawałka w stylu reggae. Reszta zawartych tu utworów to po prostu studyjne jamy. Czasem jednak naprawdę interesujące, jak "Tax Free" czy "Midnight", które pokazują zdecydowanie cięższe oblicze Hendrixa - w tym drugim pojawia się nawet riff (po raz pierwszy na początku drugiej minuty), który spokojnie mógłby zostać wykorzystany przez Black Sabbath. Nieco lżejszy "Beginning" to przede wszystkim popis Mitcha Mitchella, który notabene jest podpisany jako autor utworu. To jedyny fragment "War Heroes" (nie licząc dogrywek "Stepping Stone"), który został zarejestrowany podczas sesji do nieukończonego albumu "First Rays of the New Rising Sun". Natomiast "Peter Gunn Catastrophe", skądinąd całkiem przyjemna interpretacja motywu z serialu "Peter Gunn", jest niestety ewidentnym szkicem, co podkreśla jego nagłe urwanie i następujący po nim dialog Hendrixa z (prawdopodobnie) inżynierem dźwięku.

"War Heroes" to album, który warto mieć w swojej kolekcji, ze względu na kilka interesujących nagrań, wcześniej niedostępnych na długogrającym wydawnictwie. Jednak przez niektóre kawałki ("3 Little Bears", "Peter Gunn Catastrophe") całość sprawia bardziej wrażenie nieprzemyślanej kompilacji odrzutów, niż pełnoprawnego albumu studyjnego, za jaki miała być uważana. 

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "War Heroes" (1972)

1. Bleeding Heart; 2. Highway Chile; 3. Tax Free; 4. Peter Gunn Catastrophe; 5. Stepping Stone; 6. Midnight; 7. 3 Little Bears; 8. Beginning; 9. Izabella

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, bass (1); Mitch Mitchell - perkusja (1-8); Noel Redding - bass (2,3,6,7); Billy Cox - bass (4,5,8,9); Buddy Miles - perkusja (9)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer i John Jansen


20 lutego 2015

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)



Choć "Sting in the Tail" był zapowiadany jako ostatni album studyjny Scorpions, muzycy długo nie wytrzymali w swoim postanowieniu. Już rok później ukazał się kolejny longplay, "Comeblack". Fakt, że nie ma na nim premierowego materiału - zespół nagrał nowe, znacznie gorsze wersje kilku swoich przebojów, a także przerobił kilka cudzych kompozycji. Wkrótce potem dyskografia grupy poszerzyła się o koncertówkę zagraną bez prądu (zresztą już drugą), "MTV Unplugged", na której znalazło się kilka premierowych kawałków. Ale muzykom wciąż było mało i postanowili nagrać kolejny album - tym razem z kompozycjami, które napisali w latach 80. i 90., ale wtedy nie udało się ich dokończyć i nagrać (np. "Rock My Car", który nawet wykonywali na trasie z 1985 roku). Ostatecznie projekt rozrósł się także o zupełnie nowe utwory, w większości napisane przez producentów Mikaela Norda Anderssona i Martina Hansena. Z efektem można zapoznać się na wydawnictwie o tytule (bezczelnie podebranym Chickowi Corei) "Return to Forever".

Z jednej strony album stanowi kontynuację "Sting in the Tail", na którym zespół maksymalnie zbliżył się do swojej stylistyki z okresu "Blackout" i "Love at First Sting" (oprócz brzmienia, które i tym razem jest cienkie). Taki np. "Rock 'n' Roll Band" spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z tych albumów, a "We Built This House" to kolejny już kawałek grupy z riffem nawiązującym do "Rock You Like a Hurricane". Takich nachalnych skojarzeń jest tu zresztą więcej. Lecz z drugiej strony mamy tu także próbę dostosowania tego materiału do standardów współczesnego mainstreamu. Dlatego w wielu kawałkach pojawiają się kiczowate zaśpiewy rodem z indie rocka czy r&b (np. "We Built That House", "Rock My Car", "Hard Rockin' the Place"). Jeszcze gorszy efekt jest wtedy, gdy takie wpływy są słyszalne także w warstwie muzycznej, jak w żałośnie banalnym "Catch Your Luck and Play", czy po prostu gównianym "Rollin' Home". Podobać mogą się jedynie lekko bluesowe zagrywki w "Going Out with a Bang" i "The Scratch", ale i tak nie ratują one tych miałkich kawałków. Tradycyjnie, obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia kilka mdłych ballad ("House of Cards", "Gypsy Life" i najbardziej z nich smętny "Eye of the Storm").

Na "Return to Forever" zespół próbuje zarówno dogodzić starym wielbicielom, jak wzbudzić zainteresowanie młodych słuchaczy radiowej tandety. W rezultacie powstał album dla nikogo, odpychający banałem, kiczem, miałkością, wtórnością i próbami dotarcia do najmniej wymagających odbiorców. Jednocześnie, nie ma tu absolutnie niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość. Zupełnie niepotrzebne wydawnictwo. Rozumiem dlaczego zostało nagrane ($), natomiast nie rozumiem dlaczego ktokolwiek miałby chcieć go słuchać. 

Ocena: 1/10



Scorpions - "Return to Forever" (2015)

1. Going Out with a Bang; 2. We Built This House; 3. Rock My Car; 4. House of Cards; 5. All for One; 6. Rock 'n' Roll Band; 7. Catch Your Luck and Play; 8. Rollin' Home; 9. Hard Rockin' the Place; 10. Eye of the Storm; 11. The Scratch; 12. Gypsy Life

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


19 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)



Długo nie trzeba było czekać na kolejny pośmiertny album Hendrixa - "Rainbow Bridge" (teoretycznie będący soundtrackiem do tak samo zatytułowanego filmu dokumentalno-koncertowego, ale zawierającego inny repertuar) ukazał się zaledwie pół roku po "The Cry of Love". Niestety, poziom zaprezentowanych tutaj nagrań jest wyraźnie słabszy. Największe wrażenie robi koncertowa wersja "Hear My Train a Comin'" (mającego tu zresztą swoją płytową premierę), zarejestrowana 30 maja 1970 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. To niemal 12-minutowy porywający popis umiejętności gitarzysty, nieco w klimacie nagrań z "Band of Gypsys", chociaż tutaj na perkusji gra Mitch Mitchell, którego uderzenia są znacznie bardziej oszczędne, w porównaniu z gęstą grą Buddy'ego Milesa.

Wszystkie pozostałe utwory zostały zarejestrowane w studiu. I w przypadku niektórych z nich znów pojawiają się wątpliwości, czy Hendrix chciałby aby ujrzały one światło dzienne. Dotyczy to zwłaszcza tych najstarszych nagrań. Np. "Look Over Yonder" zarejestrowanego w październiku 1968 roku, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", jeszcze przed rozpadem składu Experience. Jest to bowiem dość chaotyczna i słaba melodycznie kompozycja. Albo interpretacja amerykańskiego hymnu "Star Spangled Banner". Hendrixowskie wykonanie tego utworu na Woodstocku jest jednym z symboli tego słynnego festiwalu. Tutaj jednak została umieszczona bardziej zachowawcza wersja studyjna, zarejestrowana w marcu 1969 roku, a więc kilka miesięcy przed występem na Woodstock Festival. Sformułowanie "wersja studyjna" jest zresztą trochę naciągane, bo nagranie ma raczej charakter szkicu.

Nieco lepiej prezentują się dwa utwory z czasów Band of Gypsys, zarejestrowane pod koniec 1969 roku: "Earth Blues" i "Room Full of Mirrors" (tylko drugi z nich został zaprezentowany w oryginalnej wersji, w pierwszym oryginalna partia perkusji Milesa została zastąpiona nagraną później przez Mitchella). Chociaż tutaj też nie ma rewelacji, zwłaszcza w porównaniu z bardziej żywiołowymi nagraniami z "Band of Gypsys". Oba utwory są bardziej wygładzone produkcyjnie i ograniczone piosenkowymi strukturami.

Najbardziej wartościowymi ze studyjnych nagrań, podobnie jak na "The Cry of Love" są zatem utwory z sesji, która odbyła się latem 1970 roku, a jej wynikiem miał być album "First Rays of the New Rising Sun". Trzy kolejne utwory z tej sesji prezentują się naprawdę nieźle, chociaż wielkiej ekscytacji nie wywołują. Otwierający album "Dolly Dagger" to całkiem przyjemny, chwytliwy kawałek, oparty na zgrabnym riffie. Instrumentalny "Pali Gap" zaskakuje przede wszystkim latynoskim klimatem, a zachwyca długą, ciągnącą się przez praktycznie cały utwór, solówką Hendrixa. I w końcu finał albumu w postaci "Hey Baby (New Rising Sun)". To zdecydowanie najlepiej skomponowany z zawartych tutaj utworów, wyróżniający się balladowym charakterem. Godny następca "Little Wing" i "Angel", chociaż pod względem muzycznym dzieje się w nim zdecydowanie więcej (ale nie aż tyle, by postawić go w jednym rzędzie z "1983... (A Merman I Should Turn to Be)").

"Rainbow Bridge" to nic więcej jak zbiór odrzutów, pomiędzy którymi znalazło się kilka perełek wartych wydania, w otoczeniu mniej lub bardziej rozczarowujących wypełniaczy.

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)

1. Dolly Dagger; 2. Earth Blues; 3. Pali Gap; 4. Room Full of Mirrors; 5. Star Spangled Banner; 6. Look Over Yonder; 7. Hear My Train a Comin' (live); 8. Hey Baby (New Rising Sun)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-4,7,8); Mitch Mitchell - perkusja (1-3,6-8); Buddy Miles - dodatkowy wokal (2), perkusja (4); Noel Redding - bass (6)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,3,6); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Veronica Bennett, Estelle Bennett i Nedra Talley - dodatkowy wokal (2)
Producent: Jimi Hendrix, Mitch Mitchell, Eddie Kramer i John Jansen


18 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)



Ostatni występ Jimiego Hendrixa w Wielkiej Brytanii, podczas festiwalu Isle of Wight, odbył się niespełna trzy tygodnie przed śmiercią muzyka. Ale do historii przeszedł z innego powodu. Mówiąc wprost, nie był to szczególnie udany koncert. Zapowiadany był na niedzielny wieczór, 30 sierpnia 1970 roku, ale z powodu poślizgu na festiwalu, rozpoczął się dopiero we wczesnych godzinach rannych w poniedziałek. Zespół był nieprzygotowany, nie odbył wcześniej żadnej próby, a rozdrażnienie Hendrixa licznymi problemami technicznymi i publicznością - która nie chciała słuchać nowych utworów i domagała się znanych hitów - sprawiło, że często niespodziewanie przyśpieszał lub improwizował poza rytmem, co z kolei powodowało konsternację sekcji rytmicznej Mitchell/Cox. Cały występ można określić jako chaotyczny, bałaganiarski. A jednak, były podczas niego również ciekawe momenty. Część z nich trafiła na dokumentujący wydarzenie album "Isle of Wight", wydany kilkanaście miesięcy później, w listopadzie 1971 roku.

Album rozpoczyna się od "Midnight Lightning" - wolnego, dość stonowanego bluesa, pełnego rozbudowanych gitarowych solówek. Warto dodać, że utwór ma tutaj swoją płytową premierę (studyjna wersja, dokończona już po śmierci Hendrixa, ukazała się dopiero w 1975 roku, na tak samo zatytułowanym albumie). Wzrost dynamiki następuje w czadowej, rozimprowizowanej wersji "Foxy Lady". Świetne wykonanie, szkoda tylko, że częściowo zakłócone rozmową pracowników ochrony przez walkie-talkie, która została przechwycona przez sprzęt nagłośnieniowy... Ale zaraz potem otrzymujemy kolejną premierę, "Lover Man" - konkretny hardrockowy kawałek, tym razem bez żadnych improwizacji i - na szczęście - zakłóceń. Utwór został zarejestrowany w studiu jeszcze przez skład znany jako The Jimi Hendrix Experience, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", ale nie wydano go aż do 1997 roku, gdy trafił na kompilację "South Saturn Delta". Mimo tego, kompozycja była regularnie wykonywana przez Hendrixa podczas koncertów.

Drugą stronę "Isle of Wight" rozpoczyna "Freedom" - jeden z lepiej zagranych podczas tamtego występu utworów. Zespół w końcu zabrzmiał zwarcie, nikt nie przyśpieszał ani nie zwalniał, obyło się również bez problemów technicznych. Trochę słabiej wypadł natomiast "All Along the Watchtower". Nie tylko przez brak partii drugiej gitary, przez co zabrzmiał nie pełnie, ale również przez problemy z gitarą Hendrixa. W pewnym momencie zirytowany gitarzysta zaczyna wyraźnie przyśpieszać, zostawiając w tyle sekcję rytmiczną. Mimo to, jego solówki w tym utworze są jak zwykle rewelacyjne, a wszystkie niedociągnięcia nadają mu autentyczności, której brakuje na dzisiejszych koncertówkach. Finał albumu - podobnie jak koncertu - to utwór "In from the Storm", poprzedzony długą perkusyjną solówką. Zespołowi znów udało zabrzmieć się spójnie, a przy okazji następuje tutaj świetna interakcja muzyków, z których każdy daje z siebie wszystko.

I to wszystko. Niewiele ponad półgodzinny urywek trwającego dwie godziny występu. Kompletny zapis występu został wydany dopiero w 2002 roku na albumie "Blue Wild Angel: Live at the Isle of Wight". Do jego najciekawszych fragmentów - pomijając powtórki z "Isle of Wight" - zaliczyć trzeba otwierające występ interpretacje brytyjskiego hymnu "God Save the Queen" i beatlesowskiego "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", a także porywającą, jedenastominutową wersję "Red House". Niestety, są tam też liczne mniej udane momenty, dlatego mimo wszystko lepiej ograniczyć się do oryginalnego "Isle of Wight", stanowiącego esencję tego występu.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)

1. Midnight Lightning; 2. Foxy Lady; 3. Lover Man; 4. Freedom; 5. All Along the Watchtower; 6. In from the Storm

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Michael Jeffery


17 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)



Kiedy umiera znany muzyk, nie trzeba długo czekać na lawinę pośmiertnych wydawnictw - nie tylko kompilacji największych przebojów, ale także albumów zawierających zupełnie premierowy materiał. W tym drugim przypadku zazwyczaj są to nagrania koncertowe albo niewiele warte odrzuty ze studia, których sami artyści nie chcieliby nigdy opublikować, co prowadzi do niekończących się dyskusji na temat moralności takiego postępowania wydawców. Kontrowersje pojawiły się również po śmierci Jimiego Hendrixa (18 września 1970 roku). Aczkolwiek w jego przypadku, wydawanie niepublikowanego wcześniej materiału było - przynajmniej na początku - wręcz koniecznie. A to dlatego, że ostatnie miesiące życia spędził w studiu, pracując nad dwupłytowym albumem "First Rays of the New Rising Sun". Hendrix zdążył nie tylko zarejestrować wszystkie swoje partie (aczkolwiek nie ze wszystkich był w pełni zadowolony), a także zmiksować część z nich wspólnie z inżynierem dźwięku Eddiem Kramerem. To właśnie Kramer, a także perkusista Mitch Mitchell, podjęli się wyzwania dopracowania pozostałych nagrań tak, aby nadawały się do wydania.

Rezultatem ich zmagań jest "The Cry of Love" - zestaw dziesięciu utworów, z których większość powstała podczas sesji nagraniowych "First Rays of the New Rising Sun", trwających między 16 czerwca a 24 sierpnia 1970 roku. Oprócz Hendrixa w nagraniach brali udział Mitchell i basista Billy Cox. Nieco wcześniej, bo w grudniu 1969, zarejestrowana została podstawa utworu "Ezy Ryder" (dlatego partia perkusji została zagrana przez Buddy'ego Milesa, a nie Mitchella), jednak wiele partii zostało dograne później, już podczas właściwej sesji (w tym chórki Steve'a Winwooda i Chrisa Wooda z Traffic). Ewidentnie starszym utworem jest natomiast "My Friend" - odrzut z sesji "Electric Ladyland", zarejestrowany w marcu 1968 roku, w dość przypadkowym składzie: z Noelem Reddingem na basie, a także z gościnnym udziałem gitarzysty Kenny'ego Pine'a, perkusisty Jimmy'ego Mayesa, pianisty Stephena Stillsa, oraz grającego na harmonijce Paula Caruso. Warto dodać, że po śmierci Hendrixa niewiele kombinowano przy tym materiale. Jedyne dogrywki to partia perkusji w "Angel", a także dodanie wibrafonu do "Drifting" (Hendrix rozważał ten pomysł, ale nie był pewien czy lepiej nie dodać zamiast niego dodatkowej partii gitary).

Chociaż Kramer i Mitchell wykonali kawał dobrej roboty, aby całość sprawiała wrażenie przemyślanego, ukończonego albumu, to można mieć wątpliwości, czy ich wizja pokrywa się z wizją, którą miał Hendrix. Osobiście szczerze wątpię, aby chciał on umieszczać na swoim nowym albumie utwór "My Friend" - nie dość, że zdecydowanie słabszy od reszty, to jeszcze odstający od niej pod względem stylistycznym (utrzymany jest w żartobliwym, barowym klimacie). Mam też wątpliwości co do "Belly Button Window", czyli ostatniego utworu, jaki Hendrix zarejestrował w swoim życiu. To bardzo surowe nagranie, zarejestrowane bez pomocy innych muzyków - sądzę, że Jimi chciałby nad nim jeszcze popracować, dodać więcej instrumentów. W zaprezentowanej tutaj formie ma wartość historyczną, ale zaniża poziom albumu. Kramer i Mitchell mieli przecież do wyboru wiele ciekawszych utworów, że wspomnę tylko o porażającym energią "Stepping Stone" (o którym przypomnieli sobie dopiero przy tworzeniu trzeciego pośmiertnego albumu Hendrixa, "War Heroes").

Do wyboru pozostałych utworów na "The Cry of Love" naprawdę trudno się przyczepić. Stanowią one świetny przegląd przez różne oblicza Hendrixa. Od tego najbardziej czadowego, stricte hard rockowego ("Freedom", "Ezy Ryder", "Night Bird Flying", wzbogacony domieszką funku "Straight Ahead", oraz najbardziej zadziorny "In From the Storm"), przez to bardziej eksperymentalne (psychodeliczny "Astro Man"), aż po to najbardziej liryczne (przepiękne ballady "Drifting" i "Angel" - osobiście preferuję tę pierwszą, chociaż to druga z nich została wydana na singlu i tym samym zyskała większą popularność). Do moich faworytów z tego albumu należą jednak przede wszystkim autentycznie przebojowe, ale nie popadające w radiowy banał, "Freedom" i "Ezy Ryder". Zresztą najwyraźniej nie tylko do moich, bo oba były stałymi punktami występów Hendrixa w ostatnich miesiącach jego życia.

"The Cry of Love" to zdecydowanie najlepszy ze studyjnych albumów Hendrixa wydanych pośmiertnie. Ale to akurat nie powinno dziwić - po prostu wykorzystano na nim w większości utwory, które muzyk zdążył ukończyć za życia, lub takie, które wymagały najmniej dogrywek. W przypadku kolejnych wydawnictw trzeba już było w coraz większym stopniu korzystać z niekompletnych nagrań... A jednak ciężko jest jednoznacznie ocenić "The Cry of Love". Z jednej strony jest to naprawdę solidnie przygotowany materiał, a z drugiej pozostaje przekonanie, że mógłby być znacznie lepszy, gdyby został dokończony przez samego Hendrixa.

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)

1. Freedom; 2. Drifting; 3. Ezy Ryder; 4. Night Bird Flying; 5. My Friend; 6. Straight Ahead; 7. Astro Man; 8. Angel; 9. In From the Storm; 10. Belly Button Window

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (1); Billy Cox - bass (1-4,6-9); Mitch Mitchell - perkusja (1,2,4,6-9); Buddy Miles - perkusja (3); Noel Redding - bass (5)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,4,7); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Buzzy Linhart - wibrafon (2); Billy Armstrong - instr. perkusyjne (3); Steve Winwood i Chris Wood - dodatkowy wokal (3); Kenny Pine - gitara (5); Jimmy Mayes - perkusja (5); Stephen Stills - pianino (5); Paul Caruso - harmonijka (5); Emeretta Marks - dodatkowy wokal (9)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer i Mitch Mitchell


16 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)



"Band of Gypsys" to album wyjątkowy z wielu powodów. Pierwszy wydany pod samym nazwiskiem Hendrixa, nagrany bez dotychczasowej sekcji rytmicznej, pierwszy zarejestrowany na żywo, a zarazem ostatni, jaki ukazał się za jego życia. Wydany został właściwie z przymusu, z powodu kontraktu, który gitarzysta podpisał w 1965 roku z niejakim Edem Chalpinem, gdy pracował jako muzyk sesyjny. Muzyk zupełnie o nim zapomniał, przez co nie został - w przeciwieństwie do innych z tamtego okresu - odkupiony przez Chasa Chandlera, gdy ten odkrył Hendrixa i stworzył grupę Experience. Chaplin przypomniał o kontrakcie pod koniec lat 60. - aby się z niego wywiązać, Jimi musiał nagrać nowy album z premierowym materiałem. Muzyk nie miał jednak zamiaru poświęcać na tego zbyt wiele czasu, dlatego dostarczył Chaplinowi nagrania dokonane podczas koncertów. Były to debiutanckie występy jego nowego zespołu, Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i  perkusista Buddy Miles. Grupa wystąpiła w nowojorskim Fillmore East, dając po dwa występy 31 grudnia 1969 roku i 1 stycznia 1970. Fragmenty z drugiego dnia wypełniają album "Band of Gypsys" (sygnowany nazwiskiem Hendrixa z powodu kontraktu).

Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, ponieważ wszystkie prezentują się podobnie: nie ma tu żadnych ballad, postawiono na stricte czadowy repertuar, z czarnoskórą sekcją rytmiczną Cox/Miles zapewniającą mocny, funkowy podkład pod ekscytujące popisy Hendrixa. Obaj grają bardzo gęsto, w przeciwieństwie do białej sekcji Experience - i jest to zmiana zdecydowanie na plus. Najprościej można określić zawartą tutaj muzykę jako hard rock oparty na funkowo bujających rytmach ("Who Knows", "Power of Soul", "Message to Love", "We Gotta Live Together"), chociaż czasem bliżej jest do typowego blues rocka ("Machine Gun"), a czasem robi się niemal soulowo ("Changes"). Wszystkie utwory wypadają bardzo dobrze, jeśli jednak koniecznie musiałbym jakieś wyróżnić, to w pierwszej kolejności byłby to "Machine Gun", w którym są najdłuższe i najbardziej porywające solówki, a także ciekawe imitowanie dźwięku karabinu maszynowego przez perkusję (utwór, jak przystało na czas powstania, ma antywojenną wymowę). Drugim utworem, zasługującym na szczególne wyróżnienie, jest "Power of Soul", z fantastycznym gitarowym riffem i rewelacyjnie pulsującym basem.

Sporą różnorodność albumu zapewnia jego warstwa wokalna. Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty w dwóch utworach swojego autorstwa ("Changes" i "We Gotta Live Together"), wspomaga także Hendrixa we wszystkich jego kompozycjach (a w "Who Knows" i "Machine Gun" nawet samodzielnie śpiewa spore fragmenty). Głosy obu muzyków znacząco się różnią: Miles śpiewa znacznie wyżej i bardziej soulowo; chociaż Hendrix też świetnie sobie radzi wokalnie w takim bardziej - w porównaniu z twórczością Experience - afroamerykańskim graniu.

Mam wrażenie, że to właśnie album "Band of Gypsys" jest esencją Hendrixa jako muzyka. Że dopiero tutaj pokazał na co naprawdę go stać. Na albumach "Are You Experienced" i "Axis: Bold as Love" był ograniczany przez producenta, który dbał o to, aby każdy utwór zachowywał radiowy format; natomiast na wyprodukowanym samodzielnie "Electric Ladyland" Jimi nie zdołał oprzeć się pokusom, jakie dawała praca w studiu, i po prostu przesadził z różnymi eksperymentami. Tymczasem "Band of Gypsys" zawiera muzykę szczerą i nieograniczoną niczym, poza limitem czasowym płyty winylowej (szkoda, że nie zdecydowano się na album dwupłytowy). Na koniec jeszcze raz pochwalić muszę sekcję rytmiczną, dzięki której całość nabrała fantastycznej dynamiki.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)

1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Message to Love; 6. We Gotta Live Together

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Buddy Miles - wokal i perkusja; Billy Cox - bass
Producent: Jimi Hendrix


11 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)



Trzeci i ostatni album The Jimi Hendrix Experience to zarazem najbardziej ambitne dzieło grupy, nagrywane przez ponad pół roku - wyjątkowo długo, jak na ówczesne standardy. Jest jednak różnica między ambitnym i wybitnym, a "Electric Ladyland" doskonale tą różnicę pokazuje. Właściwie można mu postawić ten sam zarzut, co większości dwupłytowym albumom (z czasów dominacji płyt winylowych), a mianowicie, że obok kompozycji genialnych, znalazły się tutaj także utwory słabsze, a nawet ewidentne wypełniacze. Gdyby dokonano właściwej selekcji, mógłby powstać album idealny. W takiej rozbudowanej formie pozostawia jednak mieszane odczucia - raz zachwyca, raz nudzi. Na szczęście z przewagą tego pierwszego.

Całość rozpoczyna się nieśpiesznie, od dwóch utworów, których brak wyszedłby raczej na dobre. Introdukcja "...And the Gods Made Love" to tylko gitarowe zgrzyty i studyjne sztuczki, bez pomysłowości wstępu poprzedniego albumu ("EXP" z "Axis: Bold as Love"). Natomiast łagodny "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)" nie dość, że muzycznie miałki, to jeszcze irytuje partią wokalną Hendrixa śpiewającego falsetem. Dopiero po nim rozbrzmiewa "Crosstown Traffic", który o wiele lepiej sprawdziłby się w roli otwieracza. Cechuje go mocny, podfunkowiony rytm i chwytliwe partie gitary. A na całość zespół idzie w "Voodoo Chile" - to pierwszy utwór na albumie Experience, który nie jest wyciszany po dwóch, trzech minutach. Zamiast tego otrzymujemy niczym nieskrępowany piętnastominutowy bluesrockowy utwór o charakterze jamu, ale z partią wokalną i z fantastycznie budowanym napięciem. Gościnnie wystąpili w nim Steve Winwood z Traffic na organach i Jack Casady z Jefferson Airplane na gitarze basowej.

No właśnie... Podczas nagrywania "Electric Ladyland" skład Experience zaczął się sypać. Hendrix nie był zadowolony z partii Noela Reddinga, w rezultacie czego w wielu utworach sam zagrał na basie, a w "Voodoo Chile" wystąpił Casady. Redding ma jednak swoje pięć minut (a właściwie niecałe trzy) w utworze "Little Miss Strange", który skomponował i w którym zaśpiewał, a także zagrał na gitarze. To jednak kolejny słabszy fragment albumu, brzmiący jak kawałek jakiejś trzecioligowej grupy wykonującej rock psychodeliczny. Sąsiadujący z nim "Long Hot Summer Night" też zdecydowanie nie należy do najwybitniejszych kompozycji Experience. Poziom wzrasta dopiero w "Come On (Let the Good Times Roll)" - porywającym, energetycznym coverze utworu Earla Kinga. Funkujący "Gypsy Eyes" też jest całkiem niezły, chociaż gitarowy riff za bardzo przypomina ten z "Foxy Lady". Pierwszą płytę kończy "Burning of the Midnight Lamp" - utwór wydany na singlu już rok wcześniej (niedługo po debiucie, a kilka miesięcy przed "Axis...") i brzmieniowo odstający od reszty albumu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znalazł się tutaj tylko ze względu na nadmiar wolnego miejsca.

Oryginalna okładka wydania brytyjskiego (po rozłożeniu koperty).

Druga płyta rozpoczyna się od jazzującego "Rainy Day, Dream Away" - jednego z bardziej eksperymentalnych utworów, ale też najbardziej nużących. Wrażenia na pewno nie poprawia monotonny, jakby znudzony śpiew Hendrixa. Na szczęście tuż po nim następuje jeden z najjaśniejszych punktów całości - stanowiące całość "1983... (A Merman I Should Turn to Be)" i "Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away" (z niewiadomych względów podzieloną na dwie części - i to w różnych miejscach w zależności od wydania). Teoretycznie jest to po prostu kolejna z hendrixowskich ballad. Ale jakże daleka od prościutkich "The Wind Cries Mary" i "Little Wing". To ponad czternastominutowy odlot na pograniczu rocka psychodelicznego i jazzu, ale wyróżniający się także przepiękną melodią - być może nawet najpiękniejszą w dorobku Hendrixa, a na pewno najbardziej magiczna. Gościnnie na flecie zagrał Chris Wood z Traffic.

"Still Raining, Still Dreaming" to kolejny słabszy fragment, a wręcz najbardziej bezsensowny kawałek na albumie - takie granie dla samego grania, bez żadnego celu, ani choćby odrobiny melodii. Po czymś takim cieszy nawet tak nijaki utwór, jak "House Burning Down" - przynajmniej jest dynamiczny i melodyjny. A dwa ostatnie utwory to prawdziwe opus magnum, nie tylko tego albumu, ale całej twórczości Hendrixa. Najpierw rozbrzmiewa cover "All Along the Watchtower" Boba Dylana. Z oryginału, poza tekstem i melodią, pozostał podkład gitary akustycznej (zagrał na niej Dave Mason, kolejny muzyk Traffic), natomiast partie harmonijki zostały zastąpione przez porywające gitarowe solówki, doszła też energetyczna gra sekcji rytmicznej. Niby proste zmiany aranżacyjne, ale ileż dodały temu utworowi. Nawet sam Dylan od czasu pojawienia się tego coveru, grał utwór w tej właśnie wersji. Po czymś takim ciężko o równie udany utwór, a jednak "Voodoo Child (Slight Return)" nie przynosi rozczarowania. Pomysł na ten utwór narodził się w trakcie jamu "Voodoo Chile", ale to znacznie bardziej konkretny utwór, porażający energią i ciężarem. Pod względem muzycznym jest to praktycznie esencja stylu gry Hendrixa.

Samo zakończenie "Electric Ladyland" wystarczyłoby, aby Hendrix na trwałe zapisał się w historii, a album zawiera też inne utwory, bez których muzyka rockowa byłaby o wiele uboższa. Niestety, spora ilość wypełniaczy powstrzymuje mnie przed wystawieniem maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)

LP1: 1. ...And the Gods Made Love; 2. Have You Ever Been (to Electric Ladyland); 3. Crosstown Traffic; 4. Voodoo Chile; 5. Little Miss Strange; 6. Long Hot Summer Night; 7. Come On (Let the Good Times Roll); 8. Gypsy Eyes; 9. Burning of the Midnight Lamp
LP2: 1. Rainy Day, Dream Away; 2. 1983... (A Merman I Should Turn to Be); 3. Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away; 4. Still Raining, Still Dreaming; 5. House Burning Down; 6. All Along the Watchtower; 7. Voodoo Child (Slight Return)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino, instr. perkusyjne, bass (LP1: 2,6,8, LP2: 2,5,6); Noel Redding - bass (LP1: 3,5,7,9, LP2: 7), wokal (5), gitara (5); Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 2-9, LP2: 2,3,5-7), wokal (5)
Gościnnie: Dave Mason - dodatkowy wokal (LP1: 3), gitara (LP2: 6); Jack Casady - bass (LP1: 4); Steve Winwood - organy (LP1: 4); Al Kooper - pianino (LP1: 6); Chris Wood - flet (LP2: 2); Mike Finnigan - organy (LP2: 1,4); Freddie Smith - saksofon (LP2: 1,4); Buddy Miles - perkusja (LP2: 1,4); Larry Faucette - kongi (LP2: 1,4)
Producent: Jimi Hendrix


10 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)



Prace nad trzecim albumem Experience przedłużały się - przez dążenie do perfekcji Hendrixa, który potrafił nagrywać jeden utwór nawet pięćdziesiąt razy - więc brytyjski wydawca postanowił wydać kompilację, częściową składającą się z utworów dotychczas niewydanych na płycie długogrającej. Zawartość "Smash Hits" to cztery przeboje z niealbumowych singli ("Hey Joe", "Purple Haze", "The Wind Cries Mary" i "Burning of the Midnight Lamp"), ich strony B ("Stone Free", "51st Anniversary", "Highway Chile" i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice"), a także cztery utwory z debiutanckiego "Are You Experienced" ("Foxy Lady", "Manic Depression", "Can You See Me" i "Fire" - wybór niezły, chociaż osobiście zamiast "Can You See Me" dałbym "Third Stone from the Sun"). Album "Axis: Bold as Love" nie jest tu reprezentowany żadnym utworem - w końcu nie przyniósł on żadnego przeboju ("Little Wing" zyskał popularność znacznie później).

Singlowe kawałki należą do mocnych punktów wczesnego dorobku Hendrixa. Już debiutancki "Hey Joe" (przeróbka utworu Billy'ego Robertsa) okazał się sporym przebojem, a w Polsce jest to prawdopodobnie najbardziej znany utwór Jimiego (bodajże jedyny odtwarzany przez tutejsze stacje radiowe). Ten utwór to jednak dopiero zapowiedź tego, co miało nadejść później. Ogólnie jest bardzo zachowawczy: Hendrix śpiewa tutaj bardzo niepewnie (był to jego debiut w tej roli), nie popisuje się też specjalnie swoimi umiejętnościami gry na gitarze. Ciekawiej wypada jego pierwsza autorska kompozycja, energetyczny "Stone Free", chociaż tutaj też szału nie ma. Jakże inaczej prezentuje się kolejny singiel, "Purple Haze": ciężki, oparty na świetnym riffowaniu. Tylko od strony wokalnej znów wypada nieszczególnie. W utworze ze strony B, "51st Anniversary" jest na odwrót: muzycznie jest poprawnie, chociaż bez rewelacji (żadnych solówek!), za to chwytliwa partia wokalna pokazuje, że Hendrix w końcu odnalazł się w tej roli.

Trzeci singiel, "The Wind Cries Mary", to dla odmiany ballada. Ładna, ale trochę monotonna i nie zapadająca w pamięć tak mocno, jak wspomniany już "Little Wing". Na stronie B znalazł się natomiast dynamiczny utwór "Highway Chile", z chwytliwym motywem gitarowym i "luzacką" partią wokalną. "Burning of the Midnight Lamp", czwarty singiel, który - w przeciwieństwie do poprzednich - ukazał się już po premierze "Are You Experienced", pokazuje bardziej eksperymentalne oblicze Hendrixa. Gitarzysta po raz pierwszy wykorzystał tutaj efekt wah-wah, zagrał na klawesynie (na którym utwór skomponował), a także zaprezentował rożne studyjne sztuczki (np. przyśpieszenie partii gitary, aby brzmiała jak mandolina). Warto dodać, że utwór został powtórzony później na trzecim albumie Experience, "Electric Ladyland". Psychodeliczny "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice" ze strony B porywa natomiast długimi gitarowymi popisami, chociaż pod względem kompozytorskim jest najsłabszym tutaj utworem.

W Stanach "Smash Hits" ukazał się dopiero rok później, już po premierze "Electric Ladyland". Tamtejsze wydanie różniło się od oryginalnego tym, że zostało wydane w wersji stereofonicznej (europejskie jest monofoniczne), a także zmianami w traciliście: wyrzucono utwory "51st Anniversary", "Highway Chile", "Burning of the Midnight Lamp" i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice", a zastąpiono je dwoma przebojami z albumu "Electric Ladyland" ("All Along the Watchtower" i "Crosstown Traffic") oraz dwoma utworami z "Are You Experienced", które nie znalazły się na amerykańskim wydaniu tego albumu ("Remember" i "Red House" - drugi w nieznanej wcześniej wersji). W tej wersji kompilacja wypada jeszcze lepiej.

Trudno traktować "Smash Hits" jako zbiór najlepszych utworów The Jimi Hendrix Expierence, ze względu na brak kompozycji z "Axis: Bold as Love" i - w wydaniu europejskim - "Electric Ladyland". Kompilacja sprawdza się natomiast idealnie jako uzupełnienie podstawowej dyskografii grupy i z tego względu nie powinno jej zabraknąć w żadnej kolekcji albumów Hendrixa. 

Ocena: 7/10



The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)

UK: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. 51st Anniversary; 6. Hey Joe; 7. Stone Free; 8. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 9. Manic Depression; 10. Highway Chile; 11. Burning of the Midnight Lamp; 12. Foxy Lady

US: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. Hey Joe; 6. All Along the Watchtower; 7. Stone Free; 8. Crosstown Traffic; 9. Manic Depression; 10. Remember; 11. Red House; 12. Foxy Lady

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, klawesyn; Noel Redding - bass; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Chas Chandler; Jimi Hendrix (US: 6,8)


9 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)



Z Hendrixem jakoś nigdy nie było mi po drodze. Najlepiej świadczy o tym chyba fakt, że recenzja "Axis: Bold as Love" pojawia się na blogu ponad rok po recenzji poprzedniego w dyskografii The Jimi Hendrix Experience albumu "Are You Experienced". Doceniam wkład Hendrixa w rozwój muzyki rockowej, ale... wydaje mi się on nieco przeceniany. Faktem - i to bezspornym - jest, że sposób gry na gitarze Jimiego był nowatorski i nie bez przyczyny do dziś jest wymieniany wśród największych gitarzystów. Ale stylistycznie nie zaprezentował niczego nowego, bowiem już pół roku wcześniej zadebiutowała grająca podobnie grupa Cream. I moim zdaniem robiła to znacznie ciekawiej, gdyż opierała się na interakcji wszystkich muzyków, a nie na popisach jednego i ograniczeniu roli sekcji rytmicznej do... bycia tylko sekcją rytmiczną.

Album "Axis: Bold as Love", drugi w dyskografii tria The Jimi Hendrix Experience, został przygotowany nieco pod przymusem - kontrakt zakładał, że zespół musi w 1967 roku wydać dwa longplaye (aczkolwiek w Stanach premiera została opóźniona o pół roku, aby nie zakłócić sprzedaży debiutanckiego "Are You Experienced"). Nie było to jednak żadnym problemem dla Hendrixa, który cierpiał na nadmiar pomysłów i chętnie spędzał czas w studiu. Mimo że album ukazał się ledwie pół roku po poprzednim, słychać na nim spory rozwój. Większą różnorodność, większe bogactwo stylistyczne. O ile na debiucie dominował blues rock w bardzo czadowym wykonaniu (utwory w rodzaju "Foxy Lady", "Manic Depression" czy "Fire"), tak tutaj jest właściwie tylko jedna kompozycja tego rodzaju. Ale za to jaka - "Spanish Castle Magic", bo o niej mowa, to już czysty hard rock, a energii w niej tyle, że wystarczyłoby na kilka albumów. Szkoda tylko, że kończy się zaledwie po trzech minutach - w miejscu, w którym dopiero zaczęła się rozkręcać (i faktycznie rozkręcała w wykonaniach koncertowych).

Gitarowego czadu nie brak też w "If 6 Was 9", ale to wolniejsza i bardziej złożona kompozycja, w pewnym momencie nabierająca bardziej eksperymentalnego charakteru. W pozostałych utworach pojawiają się wpływy jazzu ("Up from the Skies") lub funku ("Little Miss Lover"), ale niestety słychać też, że Chas Chandler - producent i menadżer - próbował skierować grupę w bardziej popowym, komercyjnym kierunku ("You Got Me Floatin'", "Wait Until Tomorrow", "Ain't No Telling"). Album zaskakiwać mógł jednak przede wszystkim tym, że wyjątkowo dużo na nim Hendrixa w bardziej lirycznym wydaniu. Znalazły się tutaj aż cztery ballady: "Castles Made of Sand", "One Rainy Wish", "Bold as Love" i - przede wszystkim - "Little Wing". Wszystkie są bardzo udane, ale to ta ostatnia zdobyła największą popularność. Być może dlatego, że była jedynym - obok "Spanish Castle Magic" - utworem z tego albumu, który był regularnie wykonywany na żywo. I w tym przypadku również wersje koncertowe okazały się lepsze od króciutkiego - trwającego ledwie dwie i pół minuty - pierwowzoru.

Całości dopełniają dwa najbardziej odstające od reszty utwory: "EXP" i "She's So Fine". Pierwszy to muzyczny żart, częściowo składający się z gitarowych zgrzytów, a częściowo z wywiadu (w rolę dziennikarza wcielił się Mitch Mitchell, którego głos przyśpieszono) z kosmitą (w tej roli Hendrix, którego głos dla odmiany zwolniono). "She's So Fine" to natomiast zwykła piosenka w klimacie rocka psychodelicznego, wyróżniająca się jednak tym, że rolę wokalisty pełni w niej Noel Redding, kompozytor utworu.

Niewątpliwą zaletą albumu "Axis: Bold as Love" jest jego różnorodność, która jednak nie przeszkodziła w zachowaniu spójności. Wadą jest natomiast zbytnie podobieństwo między niektórymi utworami ("Ain't No Telling" i "You Got Me Floatin'", "Little Wing" i "Bold as Love"), chociaż to akurat można wybaczyć, biorąc pod uwagę krótki czas przygotowywania tego longplaya.

Ocena: 8/10



The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)

1. EXP; 2. Up from the Skies; 3. Spanish Castle Magic; 4. Wait Until Tomorrow; 5. Ain't No Telling; 6. Little Wing; 7. If 6 Was 9; 8. You Got Me Floatin'; 9. Castles Made of Sand; 10. She's So Fine; 11. One Rainy Wish; 12. Little Miss Lover; 13. Bold as Love

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino, flet; Noel Redding - bass, wokal (10); Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne, głos (1)
Gościnnie: Trevor Burton i Roy Wood - dodatkowy wokal (8)
Producent: Chas Chandler


7 lutego 2015

[Recenzja] Baker Gurvitz Army - "Hearts on Fire" (1976)



"Hearts on Fire", trzeci i ostatni album Baker Gurvitz Army, nagrany został już bez udziału klawiszowca Petera Lemera, za to z całym szeregiem muzyków sesyjnych, mających za zadanie złagodzenie muzyki grupy. Album rozpoczyna się jednak od dwóch stricte hardrockowych czadów - tytułowego "Hearts on Fire" i "Neon Lights". Szczególnie dobre wrażenie robi pierwszy z nich, bardziej zadziorny i konkretny. Drugi wstydu muzykom nie przynosi (chociaż te syntezatorowe tło mogli sobie darować), ale też niczym nie zachwyca. Dalej jest już niestety gorzej. Dominują popowe, kiczowate i banalne piosenk, irytujące tandetnymi brzmieniami klawiszy ("Smiling" i "Dancing the Night Away"; "Night People"), a w najgorszym przypadku żeńskimi chórkami i orkiestrą smyczkową ("Tracks of My Life"). Czasem trafia się coś ostrzejszego, ale niespecjalnie udanego ("Flying In and Out of Stardom", "My Mind Is Healing", "Mystery"). Odrobinę lepiej wypada bluesowa ballada "Thirsty for the Blues", chociaż razi sztampowością i kiepską solówką.

Wszystko na tym albumie jest strasznie nijakie - śpiew Parsonsa, gra braci Gurvitz, nawet Baker wypada tutaj zaskakująco zwyczajnie, jak jakiś przeciętny perkusista. Słychać, że wszyscy grają zupełnie bez przekonania, byle tylko wykonać swoje partie i mieć spokój. Jedynie utwór tytułowy jest wart poznania, na całą resztę szkoda czasu.

Ocena: 4/10



Baker Gurvitz Army - "Hearts on Fire" (1976)

1. Hearts on Fire; 2. Neon Lights; 3. Smiling; 4. Tracks of My Life; 5. Flying In and Out of Stardom; 6. Dancing the Night Away; 7. My Mind Is Healing; 8. Thirsty for the Blues; 9. Night People; 10. Mystery

Skład: Stephen "Snips" Parsons - wokal; Adrian Gurvitz - gitara i wokal; Paul Gurvitz - bass i wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ken Freeman - syntezator (2,5,6);  Ann O'Dell - organy (3,7), pianino (4,8); Brian Chatton - klawinet (3); Irene Chanter, Kay Garner i Madeline Bell - dodatkowy wokal (4); The Martyn Ford Orchestra - instr. smyczkowe (4)
Producent: Eddie Offord


6 lutego 2015

[Recenzja] Baker Gurvitz Army - "Elysian Encounter" (1975)



Skład zespołu poszerzył się o wokalistę Stephena "Snipsa" Parsonsa i klawiszowca Petera Lemera, jednak nie odbiło się to znacząco na muzyce Baker Gurvitz Army. Pewne zmiany mimo to nastąpiły. W porównaniu z debiutem, "Elysian Encounter" wydaje się nieco lżejszy, natomiast główna różnica polega na tym, że to album znacznie bardziej zespołowy - perkusja Gingera Bakera nie jest już tak nachalnie wysunięta w miksie na pierwszy plan (ale też nie ma tu popadania w przeciwległą skrajność - perkusista nie przepuszcza żadnej okazji, aby popisać się swoimi niemałymi umiejętnościami); a ponadto zawarty tu materiał wydaje się nieco bardziej przemyślany.

A jednak, mimo że na "Elysian Encounter" nie powtórzono błędów debiutu, nie jest to album idealny. Kilka utworów zaniża poziom całości. Zacznę właśnie od nich, aby szybko mieć je z głowy. Rozwleczony i monotonny "The Key" usypia już na prawie samym początku albumu. Nudno jest także w przesłodzonej, kiczowatej balladzie "The Gambler", jak również w skocznym - i wcale nie mniej tandetnym - "The Dreamer". I to by było na tyle, jeśli chodzi o słabsze fragmenty - pora przejść do tych bardziej udanych. Świetne otwarcie zapewnia czadowy "People", będący przede wszystkim popisem Bakera, ale wyróżniający się także funkową grą Adriana Gurvitza. Nie mniejsze wrażenie sprawia finałowy "The Hustler" - najbardziej rozbudowany i najcięższy utwór na albumie. Dość dobrze wypada "The Artist", rozpoczynający się balladowo, ale w połowie nabierający hard rockowej mocy. Nie ukrywam jednak, że najbardziej przypadły mi do gustu dwa utwory, w których rolę wokalisty pełni Adrian: "Time" i "Remember". Ten pierwszy co prawda jest zepsuty przegadanym wstępem, ale dalsza część to bardzo przyjemny utwór brzmiący jak... Cream w wersji pop rockowej. Drugi ma natomiast balladowy charakter, ale wyróżnia się bardzo interesującą częścią instrumentalną, zaczynającą się od klawiszowego popisu Lemera, przechodzącego w bluesową solówkę, a kończącego się hard rockowym czadem.

"Elysian Encounter" to album bardziej przemyślany i ciekawszy od debiutanckiego "Baker Gurvitz Army", ale wciąż daleki od doskonałości.

Ocena: 7/10



Baker Gurvitz Army - "Elysian Encounter" (1975)

1. People; 2. The Key; 3. Time; 4. The Gambler; 5. The Dreamer; 6. Remember; 7. The Artist; 8. The Hustler

Skład: Stephen "Snips" Parsons - wokal (1,2,4,5,7,8); Adrian Gurvitz - wokal (3,6) i gitara; Paul Gurvitz - bass; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Lemer - instr. klawiszowe
Producent: Paul Gurvitz, Ginger Baker i Anton Mathews


5 lutego 2015

[Recenzja] Baker Gurvitz Army - "Baker Gurvitz Army" (1974)



Baker Gurvitz Army to supergrupa utworzona przez perkusistę Gingera Bakera (ex-Cream, Blind Faith, Ginger Baker's Air Force) oraz braci Gurvitz - gitarzystę Adriana i basistę Paula (ex-The Gun, Three Man Army). Cała trójka nie miała akurat nic do roboty, przez rozpad ich wcześniejszych projektów, więc postanowili połączyć siły. Trzy osobowy skład i obecność w nim Bakera wywołują oczywiste skojarzenia z Cream, chociaż braci Gurvitz trudno uznać za muzyków tej samej klasy, co Eric Clapton i Jack Bruce. Również pod względem stylistycznym obu grup można wskazać więcej różnic niż podobieństw. Ogólnie rzecz biorąc, w twórczości Baker Gurvitz Army jest mniej bluesa, a więcej wygładzonego hard rocka.

Otwierający album "Help Me" po obiecującym podniosłym wstępie zmierza w zdecydowanie piosenkowym kierunku, z banalno-chwytliwym refrenem. Na pierwszy plan wysunięta została świetna gra Bakera, ale partie braci Gurvitzów przez większość utworu są schowane pod grubą warstwą brzmień klawiszowych - gitarę słychać właściwie tylko podczas solówki, zresztą całkiem zgrabnej. Podobny charakter - ale za to zdecydowanie bardziej gitarowe brzmienie - ma kolejny utwór, instrumentalny "Love Is". Niepotrzebna wydaje się tylko nachalna orkiestracja... Przyczepić nie mogę się natomiast do "Memory Lane" - dynamicznej kompozycji, ze zmianami nastroju (od hard rockowego riffowania do balladowania), chwytliwą, ale nie banalną melodią, oraz długim solem Bakera.

Innym wartym uwagi fragmentem albumu jest spokojniejszy "Inside of Me", oparty na intrygującym gitarowym motywie i z licznymi gitarowymi solówkami. Orkiestracja tym razem jest bardziej uzasadniona - jej delikatny podkład ciekawie podkreśla klimat utworu. Dalej niestety poziom drastycznie spada. Przesłodzony "I Wanna Live Again", z orkiestrą na pierwszym planie i żeńskimi chórkami, jest tak tandetny i kiczowaty, że uszy więdną. Wcale nie lepsze wrażenie robi na mnie rozbudowany "Mad Jack", pomyślany jako opus magnum albumu, ale zanadto przegadany i monotonny. Dość udany jest natomiast instrumentalny "4 Phil" o charakterze bluesowej improwizacji - w tym jednym jedynym fragmencie w końcu słychać współpracę wszystkich muzyków, zamiast dominacji Bakera. Finał albumu to rozlazły "Since Beginning" - kolejny słabszy fragment.

Debiutancki album Baker Gurvitz Army sprawia wrażenie skomponowanego i nagranego na szybko, może wręcz na siłę, zanim muzycy zdążyli się ze sobą dobrze zgrać. Pierwszoplanowa rola perkusji i podporządkowanie jej pozostałych instrumentów, szybko - po dwóch, trzech utworach - zaczyna męczyć. Kiepsko wyszły też eksperymenty mające urozmaicić ten album. W rezultacie polecić mogę go właściwie tylko wielbicielom grających tutaj muzyków.

Ocena: 6/10



Baker Gurvitz Army - "Baker Gurvitz Army" (1974)

1. Help Me; 2. Love Is; 3. Memory Lane; 4. Inside of Me; 5. I Wanna Live Again; 6. Mad Jack; 7. 4 Phil; 8. Since Beginning

Skład: Adrian Gurvitz - wokal i gitara; Paul Gurvitz - wokal i bass; Ginger Baker - perkusja, instr. perkusyjne i wokal
Gościnnie: John Mitchell - instr. klawiszowe; Madeline Bell, Rosetta Hightower, Barry St. John, Liza Strike - dodatkowy wokal (5); Martyn Ford - orkiestracja (2,4,5)
Producent: Adrian Gurvitz, Paul Gurvitz i Ginger Baker


4 lutego 2015

[Recenzja] Khan - "Space Shanty" (1972)



Scena Canterbury to jeden z najciekawszych nurtów w rocku progresywnym. Nazwa wywodzi się od miasta, z którego pochodzi większość jego przedstawicieli. Tych najważniejszych łączą liczne powiązania personalne. Cechuje ich także podobne podejście do muzyki, z jednej strony bardzo ambitne (inspiracja nowoczesnym jazzem, a u niektórych także poważną awangardą, ponadto biegłość instrumentalna), a z drugiej charakterystyczne poczucie humoru i muzyczna swoboda, dzięki której udaje im się uniknąć częstego w innych odmianach proga patosu. Stworzenie tej stylistyki należy przypisać trzem grupom: Caravan, Soft Machine i Gong. Każda z nich grała w wyraźnie inny sposób: Caravan preferował dość łagodną psychodelię z delikatnymi wpływami jazzu, Soft Machine grał dość trudną mieszankę fusion, free jazzu i awangardy, niemal całkowicie oddalając się od rocka, natomiast Gong łączył zwariowaną psychodelię z jazz-rockiem. Bez trudu można jednak u wszystkich usłyszeć wspomniane wcześniej podejście i podobne brzmienie. Muzycy tych grup tworzyli później kolejne zespoły - jak Matching Mole, Gilgamesh, Hatfield and the North czy National Health - w których można usłyszeć podobieństwa do każdej z trzech założycielskich grup.

Jednym z mniej znanych przedstawicieli sceny Canterbury jest grupa Khan. Założona została przez śpiewającego gitarzystę Steve'a Hillage'a, grającego wcześniej w psychodelicznym Uriel, znanym też pod nazwą Arzachel, pod którą ukazał się jego jedyny, eponimiczny album. W oryginalnym składzie znalazł się ponadto perkusista Pip Pyle (ex-Gong, później Hatfield and the North i National Health), a także dwaj byli członkowie psychodelicznego The Crazy World of Arthur Brown: basista Nick Greenwood i klawiszowiec Dick Heninghem. Wkrótce jednak miejsce perkusisty zajął Eric Peachey, a stanowisko klawiszowca objął Dave Stewart - kolejny były członek Uriel/Arzachel (a także kolejny późniejszy muzyk Hatfield and the North i National Health). Na przełomie lat 1971/72 zespół zarejestrował materiał na swój debiutancki album, zatytułowany "Space Shanty". Jak się wkrótce okazało, było to jedyne wydawnictwo zespołu. Longplay odniósł komercyjną porażkę, więc wydawca nie chciał finansować kolejnych sesji. Rozczarowany Hillage rozwiązał zespół, po czym dołączył do grupy Kevina Ayersa (ex-Soft Machine), chwilę potem trafił do Gong, a następnie rozpoczął solową działalność (na debiutanckim "Fish Rising", nagranym z pomocą Stewarta i muzyków Gong, wykorzystał materiał napisany z myślą o drugim albumie Khan).

Na "Space Shanty" składa się sześć rozbudowanych utworów. Dwa z nich przekraczają dziewięć minut, jeden trwa powyżej ośmiu, a krótsze nie schodzą poniżej pięciu minut. Nie ma tu jednak mowy o graniu na czas, wysilonym wydłużaniu utworów. Utwory są złożone, nieprzewidywalne, stopniowo się rozwijają. Stylistycznie mieszczą się gdzieś pomiędzy kosmiczną psychodelią i jazz-rockiem, z paroma mocniejszymi momentami o hardrockowych naleciałościach. Charakterystyczne melodie, brzmienie instrumentów klawiszowych, często jazzująca rytmika i całkowity brak pretensjonalności ponad wszelką wątpliwość wskazują na związki ze sceną Canterbury. Dużo tutaj instrumentalnych pasaży, w których Hillage i Stewart mogą pokazać swoje umiejętności - nie popisując się jednak nadmiernie, grając dokładnie tyle, ile trzeba. Opisywanie każdego utworu z osobna nie ma tutaj żadnego celu. Wszystkie składają się praktycznie z tych samych elementów, jednak za każdym razem efekt jest inny. Tym, którzy album już znają, nie trzeba opisywać co się tu dzieje, a tym, którzy dopiero go poznają, nie chcę psuć niespodzianki w odkrywaniu tych wielowątkowych, wielowarstwowych utworów. Mogę tylko zauważyć, że jest naprawdę wspaniała, inteligentna muzyka, od której trudno się oderwać. Szkoda jedynie, że pod względem wokalnym nie jest tak udanie, jak w warstwie instrumentalnej.

"Space Shanty" to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów, które nie zostały dostrzeżone w chwili wydania, a dziś mają status kultowych wśród poszukiwaczy takich zaginionych pereł sprzed lat. Muzykom udało się świetnie połączyć artystyczne ambicje z przystępnością. Skąd zatem brak brak komercyjnego powodzenia? Cóż zespół miał nieszczęście podpisać kontrakt z Deram, oddziałem Decca Records, która notorycznie zaniedbywała promocję i wydawała płyty w zbyt małym nakładzie.

Ocena: 8/10



Khan - "Space Shanty" (1972)

1. Space Shanty; 2. Stranded; 3. Mixed Up Man of the Mountains; 4. Driving to Amsterdam; 5. Stargazers; 6. Hollow Stone

Skład: Steve Hillage - gitara, wokal; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Nick Greenwood - bass, wokal; Eric Peachey - perkusja
Producent: Neil Slaven