Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2015

[Recenzja] John Mayall - "The Turning Point" (1969)

Obraz
Pod koniec lat 60. w karierze Johna Mayalla nastąpił punkt zwrotny. Nie tylko ze względu na zmianę wydawcy z Decca Records na Polydor. Po odejściu Micka Taylora do The Rolling Stones, a następnie Colina Allena do Stone the Crows, Mayall zdecydował się zmienić formułę i całkowicie zrezygnować z gitary elektrycznej oraz perkusji. Było to całkiem odważne posunięcie. W tamtym czasie przedstawiciele blues rocka szli raczej w stronę cięższego grania, opartego głównie na tych dwóch instrumentach. Mayall poszedł w zupełnie przeciwnym kierunku. Do nowego zespołu zaangażował basistę Steve'a Thompsona (towarzyszącego mu już na "Blues from Laurel Canyon"), saksofonistę i flecistę Johna Almonda (znanego już z m.in. z albumów "Blues Breakers" i "A Hard Road", na których pełnił jednak mało znaczącą rolę), a także grającego na gitarze akustycznej Jona Marka. Nowy kwartet wyruszył na trasę koncertową, a fragmenty jednego z występów - z 12 czerwca 1969 roku w now

[Recenzja] Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)

Obraz
Znany z niezliczonych muzycznych projektów Steven Wilson obecnie skupia się przede wszystkim na swojej solowej karierze. "Hand. Cannot. Erase." to już jego czwarty album wydany pod własnym nazwiskiem. Nie jest tajemnicą, że Wilson lubi mieć nad wszystkim pełną kontrolę, co nie jest do końca możliwe w działających bardziej demokratycznie zespołach. Jednak ten album spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Porcupine Tree. Bo choć nagrany został z pomocą tych samych muzyków, co "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", jest wyraźnym odcięciem się od jego retro-progresywnej stylistyki. Zamiast tego, otrzymujemy tu mieszankę współczesnego mainstreamu rockowego i neo-proga, z kilkoma cięższymi momentami. Album wypełniają zatem z jednej strony miałkie, poprockowe piosenki, przywołujących czasy "Stupid Dream" ("Hand Cannot Erase", "Transience", "Happy Returns"), a z drugiej - bardziej rozbudowane kompozycje, spraw

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Retaliation" (1969)

Obraz
Producentem trzeciego albumu The Aynsley Dunbar Retaliation został John Mayall. Ten sam John Mayall, który niespełna trzy lata wcześniej wyrzucił Dunbara ze swojego Bluesbreakers. A na którym perkusista zemścił się nazywając własny zespół w tak cudaczny sposób. Na szczęście obaj panowie się pogodzili, odnowili współpracę, a efektem tego jest najbardziej dopracowany longplay Retaliation. Warto też odnotować, że skład poszerzył się o klawiszowca Tommy'ego Eyre, najbardziej chyba znanego z późniejszej współpracy z Garym Moorem. Dzięki temu Victor Brox mógł się bardziej skupić na śpiewaniu i wychodzi mu to lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii, Francji oraz Australii i Nowej Zelandii album wyszedł pod prostym tytułem "Retaliation". Jednak w innych krajach europejskich, a także w Stanach i Kanadzie, jako tytuł uznano pojawiający się na okładce napis "To Mum, from Aynsley and the Boys" (na amerykańskim wydaniu bardziej widoczny dz

[Recenzja] Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)

Obraz
"The Grass Is Greener" to w zasadzie amerykański odpowiednik "Valentyne Suite". Bardzo mocno różni się jednak od swojego europejskiego pierwowzoru. Nie było innego wyjścia, skoro "The Kettle" i znaczna część tytułowej "Valentyne Suite" w Stanach zostały już opublikowane na "Those Who Are About to Die Salute You". Pojawił się zatem pomysł, aby dograć nowe utwory. W międzyczasie ze składu Colosseum odszedł jednak śpiewający gitarzysta James Litherland. Jego następcą został David "Clem" Clempson, wcześniej członek bluesrockowego tria Bakerloo. Ponieważ nowe utwory zostały nagrane już z jego udziałem, zdecydowano by muzyk zarejestrował także wokal i gitarę na miejsce oryginalnych partii Litherlanda w trzech z czterech utworów powtarzających się z "Valentyne Suite" (jedynie "Elegy" pozostawiono bez zmian). Te kontrowersyjne, choć uzasadnione zmiany w zasadzie niewiele zmieniły. Clempson to co najmniej tak s

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)

Obraz
W tym roku mija 50 lat działalności Scorpions. Co prawda debiutancki album niemieckiej grupy ukazał się dopiero w 1972 roku, ale jej początki to właśnie 1965 rok. Największe sukcesy przyszły jednak dopiero w latach 80. oraz na początku następnej dekady, gdy ogólnie wielką popularnością cieszyły się wygładzone odmiany hard rocka. Wkrótce koniunktura na takie granie minęła, a muzycy nie potrafili się odnaleźć w nowych czasach, nieudolnie eksperymentując np. z ówczesnym popem na albumie "Eye II Eye". Dopiero w XXI wieku pogodzili się z faktem, że nie pozostaje im nic innego, jak granie dla coraz mniej licznego grona podstarzałych wielbicieli hard rocka. Efektem tego był utrzymany w dawnym stylu album "Unbreakable" z 2004 roku. Od tamtej pory zespół regularnie wydaje kolejne płyty w takiej stylistyce, czego kolejnym przejawem jest tegoroczny "Return to Forever" (bynajmniej nie jest to nawiązanie do dawnej grupy Chicka Corei), dwudzieste wydawnictwo w stud

[Recenzja] John Mayall - "Looking Back" (1969)

Obraz
"Looking Back" to pierwsza kompilacja w dyskografii Johna Mayalla. Wydana została przede wszystkim w celu wypełnienia zobowiązań kontraktowych z wytwórnią Decca Records. Muzyk zdecydował się przenieść pod wydawniczą opiekę Polydoru. Składanka nie zawiera jednak utworów znanych z regularnych albumów, a wybór kawałków wydanych wyłącznie na singlach lub wcześniej niepublikowanych. Kluczowym słowem jest tu wybór , ponieważ wydawnictwo tylko w niewielkim stopniu wyczerpuje temat niealbumowych nagrań. Chociaż współpraca z Deccą trwała zaledwie pięć lat, od 1964 do 1968 roku, to liczne sesje nagraniowe Mayalla - zarówno solowe, jak i z pomocą Bluesbreakers - zaowocowały mnóstwem materiału. Nawet po wydaniu dwa lata później kolejnej kompilacji tego typu, "Thru the Years", wciąż pozostało trochę utworów bez premiery na dużej płycie. Jednak oba wydawnictwa zawierają przynajmniej ten najciekawszy materiał. Na "Looking Back" cofamy się do samych początków karie

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)

Obraz
Nagrania na "The Time Is Near", trzeci album Keef Hartley Band, rozpoczęły się w grudniu 1969 roku. Uczestniczył w nich cały trzon składu z "The Battle of North West Six", a więc, prócz lidera, Miller Anderson, Gary Thain, Henry Lowther i Jim Jewell. Wówczas zarejestrowane zostały tylko dwa utwory, rozpoczynający album "Morning Rain" oraz kończący go "Change". Tytuł tego ostatniego okazał się proroczy, bo wkrótce faktycznie doszło do pewnych zmian. Podczas kolejnych sesji, w kwietniu i maju 1970 roku, w składzie nie było już Lowthera i Jewella, których miejsca zajęli odpowiednio Dave Caswell i Lyle Jenkins. Tradycyjnie na płycie nie zabrakło gości, choć tym razem jest pod tym względem wyjątkowo skromnie: w dwóch kawałkach zagrał klawiszowiec Stewart Wicks, a w jednym wystąpił grający na perkusjonaliach Del Roll. Pewna zmiana zaszła tez w kwestii kompozytorskiej. Na dwóch poprzednich albumach utwory miały po kilku utworów (przeważnie byli wśr

[Recenzja] Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)

Obraz
Po wydaniu debiutanckiego albumu, "Those Who Are About to Die", muzycy Colosseum intensywnie koncertowali. Wszystkie dłuższe przerwy między poszczególnymi występami spędzili na równie wzmożonym tworzeniu nowego materiału. W czerwcu 1969 roku mieli już gotową wystarczającą ilość utworów, aby przystąpić do nagrań. Longplay został zarejestrowany w ciągu zaledwie trzech dni, między 16-18 czerwca. W tak krótkim czasie powstał jeden z najlepszych i najbardziej inspirujących albumów rockowych końca lat 60., a także, podobnie jak debiut, niezwykle wyrafinowany jak na ten gatunek. A jednocześnie przystępny także dla osób preferujących mniej wymagającą muzykę, nieosłuchanych z jazzem czy muzyką klasyczną, których wpływy są tutaj bardzo mocno zaakcentowane. "Valentyne Suite", jak zatytułowano dzieło, do sklepów trafił w listopadzie 1969 roku. Był to pierwszy album wydany przez Vertigo Records - oddział wytwórni Philips/Phonogram, specjalizujący się w mniej komercyjnych od

[Recenzja] Indian Summer - "Indian Summer" (1971)

Obraz
Cykl "Trzynastu pechowców" - część 9/13 Grupę Indian Summer niewątpliwie można uznać za pechową. Krótka działalność zespołu była pasmem rozczarowań. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby w potencjał muzyków i właściwie pokierował ich karierą. Gdy nadarzyła się okazja na podpisanie kontraktu z renomowaną wytwórnią Vertigo Records, menadżer Jim Simpson postanowił dać szansę innym swoim podopiecznym, Black Sabbath (czas pokazał, że była to słuszna decyzja). O Indian Summer nie zapomniał jednak całkowicie. Gdy wystartowała nowa wytwórnia, Neon Records - odpowiedź RCA na Vertigo i Harvest, czyli dedykowane mniej komercyjnej muzyce poddziały Phillips i EMI - Simpson doprowadził do podpisania kontraktu z zespołu. Rzekomo, w tamtym czasie zainteresowana była nim inna wytwórnia, świetnie wówczas prosperująca Chrysalis. Tymczasem Neon okazał się niewypałem. W katalogu nie pojawił się żaden wykonawca, który zapewniłby finansową stabilność. W związku z tym, nagrany w styczniu 1971 roku

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)

Obraz
Muzycy The Aynsley Dunbar Retaliation na swoim drugim albumie, "Doctor Dunbar's Prescription", całkiem porzucili eksperymenty z debiutu. Tym razem nie ma ani jednego utworu, w którym próbowano by przełamać stylistyczne schematy wysunięciem na pierwszy plan sekcji rytmicznej. Wręcz przeciwnie, zespół ogranicza się tu jedynie do powielania wszystkich możliwych klisz brytyjskiego bluesa. Tego typu granie zostało całkiem wyeksploatowane na wczesnych płytach Johna Mayalla, twórcy tego stylu. Od późniejszych wydawnictw oczekuję, że będą przynajmniej starały się wnieść coś nowego. Odtwórcze podejście w przypadku drugiego albumu grupy Dunbara jest szczególnie rozczarowujące, gdyż na jej debiucie takie próby podejmowano. Oczywiście, jest to wszystko bardzo solidnie zagrane. Powiedziałbym nawet, że te archetypowe kawałki łączące bluesowe patenty z rockową energią - i nie oferujące absolutnie nic więcej - wypadają tutaj lepiej niż na debiucie. Bardzo duży postęp słychać w grze

[Recenzja] John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)

Obraz
Po rozpadzie kolejnego składu Bluesbreakers w połowie 1968 roku, John Mayall zdecydował się na porzucenie tego szyldu. Kolejny album muzyka, "Blues from Laurel Canyon", ukazał się wyłącznie pod jego nazwiskiem. Tytuł odnosi się do kanionu w Los Angeles, w pobliżu którego Mayall miał wkrótce zamieszkać. Podobnie jak na swoim poprzednim solowym wydawnictwie, "The Blues Alone", samodzielnie skomponował cały materiał, jednak tym razem w nagraniach towarzyszył mu pełny skład. Wciąż z Mickiem Taylorem na gitarze, a także z nową sekcją rytmiczną: basistą Steve'em Thompsonem oraz perkusistą Colinem Allenem. Ponadto, w jednym nagraniu wziął udział dawny współpracownik, Peter Green. Instrumentarium jest tu znacznie uboższe w porównaniu z wydanym parę miesięcy wcześniej "Bare Wires". Ale tak naprawdę nie jest to jakoś szczególnie odczuwalne. "Blues from Laurel Canyon" uznawany jest za najbardziej rockowe wydawnictwo Mayalla. I rzeczywiście, przew

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)

Obraz
Drugim album zespołu przyniósł kilka przetasowań w składzie. Trzon grupy wciąż tworzyli Keef Hartley, śpiewający gitarzysta Miller Anderson oraz basista Gary Thain. Ale już bez drugiego gitarzysty Skipa Jamesa (występującego tu w roli gościa) i klawiszowca Petera Dinesa, których miejsce w podstawowym składzie zajęli grający na trąbce i skrzypcach Henry Lowther (na debiutanckim "Halfbreed" mający status gościa) oraz saksofonista tenorowy Jim Jewell. Podstawowemu kwintetowi towarzyszą liczni goście, w tym rozbudowana sekcja dęta (Harry Beckett, Mike Davis, Lyn Dobson, Chris Mercer, Barbara Thompson, Ray Warleigh), a także klawiszowiec Mick Weaver. W jednym kawałku zagrał też Mick Taylor, ówczesny gitarzysta The Rolling Stones, z którym Hartley miał już okazję grać w Bluesbreakers Johna Mayalla. Na "Halfbreed" podstawowym elementem składowym stylu Keef Hartley Band był blues rock, wzbogacony jednak elementami jazz-rocka i hard rocka, z domieszką wpływów psychod

[Recenzja] Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)

Obraz
Colosseum uznawany jest za jeden z pierwszych zespołów jazzrockowych, choć sami muzycy swoją twórczość określali raczej jako blazz , czyli mieszankę bluesa i jazzu. Grupa powstała pod koniec 1968 roku z inicjatywy mającego już spore doświadczenie perkusisty Jona Hisemana. Karierę zaczął w połowie dekady jako muzyk sesyjny, jednak szybko trafił do jazzowego tria pianisty Mike'a Taylora, a następnie do rhythm'n'bluesowego Graham Bond Organisation, w którym zajął miejsce Gingera Bakera. Grając z Taylorem po raz pierwszy zetknął się z basistą Tony'm Reevesem, a u Bonda miał okazję współpracować z saksofonistą Dickiem Heckstall-Smithem. W kwietniu 1968 roku Hiseman, Reeves i Heckstall-Smith znaleźli się w składzie Bluesbreakers Johna Mayalla. Odeszli wkrótce po nagraniu albumu "Bare Wires", by założyć własną grupę. Składu dopełnili jeszcze dwaj muzycy, klawiszowiec Dave Greenslade oraz gitarzysta Jim Roche. Kwintet szybko rozpoczął pracę nad pierwszym albume

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)

Obraz
"Bare Wires" to czwarty album Johna Mayalla pod szyldem Bluesbreakers. Tradycyjnie już do studia wszedł nieco inny skład niż podczas poprzedniej sesji. Z muzyków towarzyszących Mayallowi na "Crusade" zostali tylko Mick Taylor i saksofonista Chris Mercer. Miejsce długoletniego basisty Johna McVie najpierw zajął Andy Fraser, późniejszy muzyk Free, jednak ostatecznie rolę tę objął Tony Reeves. Nowym perkusistą został z kolei Jon Hiseman. Do składu dołączyli także saksofonista Dick Heckstall-Smith oraz grający na trąbce i skrzypcach Henry Lowther. O ile na wcześniejszych albumach udział sekcji dętej sprowadzał się do roli tła w wybranych kawałkach, tak tutaj dęciaki nierzadko wychodzą na pierwszy plan, czasem jako instrumenty solowe. Uwagę zwraca także szersza paleta brzmień klawiszowych, obejmujących już nie tylko pianino i organy, ale także klawesyn czy fisharmonię. Tak bogate brzmienie nie jest często spotykane w bluesie ani w blues rocku. Zdarzają się tu zreszt