28 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "The Turning Point" (1969)



Pod koniec lat 60. w karierze Johna Mayalla nastąpił punkt zwrotny. Nie tylko ze względu na zmianę wydawcy z Decca Records na Polydor. Po odejściu Micka Taylora do The Rolling Stones, a następnie Colina Allena do Stone the Crows, Mayall zdecydował się zmienić formułę i całkowicie zrezygnować z gitary elektrycznej oraz perkusji. Było to całkiem odważne posunięcie. W tamtym czasie przedstawiciele blues rocka szli raczej w stronę cięższego grania, opartego głównie na tych dwóch instrumentach. Mayall poszedł w zupełnie przeciwnym kierunku. Do nowego zespołu zaangażował basistę Steve'a Thompsona (towarzyszącego mu już na "Blues from Laurel Canyon"), saksofonistę i flecistę Johna Almonda (znanego już z m.in. z albumów "Blues Breakers" i "A Hard Road", na których pełnił jednak mało znaczącą rolę), a także grającego na gitarze akustycznej Jona Marka. Nowy kwartet wyruszył na trasę koncertową, a fragmenty jednego z występów - z 12 czerwca 1969 roku w nowojorskim Fillmore East - zostały wydane na albumie o bardzo adekwatnym tytule "The Turning Point".

Co niezwykle istotne, choć jest to koncertówka, to wypełniają ją wyłącznie premierowe kompozycje, niemające studyjnych odpowiedników. Cały materiał został napisany przez lidera samodzielnie lub - w przypadku "California" i "Thoughts About Roxanne" - z pomocą Thompsona. Brzmienie zdominowane jest przez akustyczne instrumenty, z wyjątkiem gitary basowej oraz elektrycznej gitary, na której czasem gra Mayall (stosując jednak wyłącznie czyste brzmienie). Pomimo tego i całkowitego braku perkusji, nie jest to granie pozbawione mocy. Już na otwarcie pojawia się bardzo energetyczny "The Laws Must Change". Jeśli chodzi o samą kompozycję, to jest to właściwie typowy kawałek bluesrockowy. Ale wyróżnia się świetnymi partiami harmonijki Mayalla, wchodzącymi w dialog najpierw z saksofonem, a później z fletem Almonda. Mark i Thompson ograniczają się do ekspresyjnego, choć nieco jednostajnego podkładu.  Gitarzysta ma okazję pokazać swój kunszt w dwóch następnych, subtelniejszych nagraniach: "Saw Mill Gulch Road" oraz kolejnym - po "The Death of J. B. Lenoir" z "Crusade" - hołdzie dla bluesmana J. B. Lenoira, "I'm Gonna Fight for You J.B.". Ten ostatni opiera się wyłącznie na współpracy trzech gitar, natomiast w "Saw Mill Gulch Road" towarzyszą im bardzo przyjemne, nieco folkowe partie fletu.

Naprawdę ciekawie robi się na wysokości "So Hard to Share", kolejny energetyczny kawałek, który jednak za sprawą prominentnego wykorzystania saksofonu nabiera wręcz jazzrockowego charakteru. Oprócz porywających solówek Almonda wyróżnić też trzeba rewelacyjny basowy motyw, który napędza cały utwór. Fantastycznie wypadają też jazzujące partie solowe gitary. Jeszcze dalej w tym jazzowym kierunku idzie najdłuższa na płycie "California", znów ze świetnym, ostinatowym motywem Thompsona, a także z długą i bardzo udaną częścią instrumentalną, podczas której kolejno rozbrzmiewają solówki na saksofonie, gitarze akustycznej, basie, harmonijce oraz flecie. Ta ostatnia dodaje tu trochę orientalnego posmaku. Co ważne, oba te utwory wyróżniają się także bardzo zgrabnymi melodiami. Po tym względem nieco słabiej wypada "Thoughts About Roxanne", którego podstawą znów jest blues, aczkolwiek saksofonowe partie Almonda - swoją drogą świetne - nadają trochę bardziej jazzowego charakteru (w pewnym sensie jest to zapowiedź późniejszego albumu "Jazz Blues Fusion"). Na zakończenie pojawia się jeszcze energetyczny bluesrockowy kawałek "Room to Move" z doskonałymi popisami lidera na harmonijce. Utwór ten tak bardzo spodobał się wielbicielom Mayalla, że na stałe wszedł do jego koncertowego repertuaru.

"The Turning Point" to jedna z najciekawszych pozycji w dyskografii Johna Mayalla, a moim zdaniem jego największe osiągnięcie. Idąc pod prąd, wbrew ówczesnym trendom, rozwinął bluesrockową stylistykę w bardzo interesującym kierunku. Stąd jest już tylko krok do świata jazzu i innych ambitniejszych rodzajów muzyki. "The Turning Point" to także dowód na to, że (prawie) akustyczna koncertówka wcale nie musi być monotonna i pozbawiona energii. Wystarczy, że grają utalentowani muzycy z pomysłem na ciekawe oraz zróżnicowane - pomimo pewnych ograniczeń - aranżacje. Zaletą tego albumu jest na pewno w całości premierowy repertuar i właściwie studyjna jakość dźwięku, dzięki czemu nie jest to tylko dodatek do podstawowej dyskografii. To pełnoprawna pozycja, tak samo ważna, jak albumy studyjne.

Ocena: 9/10



John Mayall - "The Turning Point" (1969)

1. The Laws Must Change; 2. Saw Mill Gulch Road; 3. I'm Gonna Fight for You J.B.; 4. So Hard to Share; 5. California; 6. Thoughts About Roxanne; 7. Room to Move

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; John Almond - flet, saksofon altowy, saksofon tenorowy; Jon Mark - gitara; Steve Thompson - gitara basowa
Producent: John Mayall


26 lutego 2015

[Recenzja] Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)



Znany z niezliczonych muzycznych projektów Steven Wilson obecnie skupia się przede wszystkim na swojej solowej karierze. "Hand. Cannot. Erase." to już jego czwarty album wydany pod własnym nazwiskiem. Nie jest tajemnicą, że Wilson lubi mieć nad wszystkim pełną kontrolę, co nie jest do końca możliwe w działających bardziej demokratycznie zespołach. Jednak ten album spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Porcupine Tree. Bo choć nagrany został z pomocą tych samych muzyków, co "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", jest wyraźnym odcięciem się od jego retro-progresywnej stylistyki. Zamiast tego, otrzymujemy tu mieszankę współczesnego mainstreamu rockowego i neo-proga, z kilkoma cięższymi momentami.

Album wypełniają zatem z jednej strony miałkie, poprockowe piosenki, przywołujących czasy "Stupid Dream" ("Hand Cannot Erase", "Transience", "Happy Returns"), a z drugiej - bardziej rozbudowane kompozycje, sprawiające wrażenie posklejanych z przypadkowo dobranych fragmentów różnych utworów ("3 Years Older", w którym niezłe fragmenty instrumentalne, oparte na wyrazistym basie przypominającym Rush, przeplatają się z banalnymi fragmentami piosenkowymi) lub będące prostymi piosenkami rozciągniętymi do absurdalnych rozmiarów ("Routine", wyróżniająca się ckliwym duetem Wilsona i izraelskiej wokalistki Ninet Tayeb, czy momentami kojarzący się z Opeth "Ancestral"). Nieco ciekawiej robi się w mocno elektronicznej, mechanicznej warstwie instrumentalnej "Perfect Life". Ale już warstwa wokalna tego kawałka to prawdziwa porażka - najpierw dziwna deklamacja niejakiej Katherine Begley, a potem nieznośnie smętny śpiew Wilsona. Całkiem przyjemnie wypadają natomiast połączone "Home Invasion" i "Regret #9". Ten pierwszy to zadziorny kawałek bardzo w stylu albumu "Deadwing" (niestety, nie obyło się bez smętnych zwolnień), ale dodatkowo wzbogacony świetnie brzmiącymi elektrycznymi organami. Ten drugi to natomiast floydowy w nastroju instrumental, z solówkami na syntezatorze i gitarze.

W przedpremierowych zapowiedziach Wilson podkreślał, że "Hand. Cannot. Erase." będzie łączył elementy wszystkich jego wcześniejszych dokonań. To nie do końca prawda. Słychać głównie podobieństwa do Porcupine Tree i to praktycznie tylko z dwóch wspomnianych wyżej albumów. Czasem w grze instrumentalistów słuchać inspiracje klasycznym rockiem, ale w porównaniu z dwoma poprzednimi albumami Wilsona, takie momenty występują w bardzo śladowych ilościach. A szkoda, bo ten odtwórczy i przynudzający, ale mierzący się z bardziej ambitną muzyką Wilson z "Grace for Drowning" i "The Raven That Refused to Sing" odpowiada mi bardziej, niż Wilson także odtwórczy i przynudzający, ale grający miałkie piosenki, do których dodaje pretensjonalną otoczkę ("Hand. Cannot. Erase." to album koncepcyjny) i sprzedaje je jako wybitne dzieła.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)

1. First Regret; 2. 3 Years Older; 3. Hand Cannot Erase; 4. Perfect Life; 5. Routine; 6. Home Invasion; 7. Regret #9; 8. Transience; 9. Ancestral; 10. Happy Returns; 11. Ascendant Here On…

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass i instr. klawiszowe; Adam Holzman - instr. klawiszowe (1-7,9-11); Guthrie Govan - gitara (1,2,5-7,9,10); Nick Beggs - bass (3,4,6,9,10), dodatkowy wokal (2,5,6,9,10); Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne (2-7,9)
Gościnnie: Dave Gregory - gitara (2,3,10); Ninet Tayeb - wokal (5,9), dodatkowy wokal (3); Katherine Begley - wokal (4); The Cardinal Vaughan Memorial School Choir - chór (5,10,11); Theo Travis - flet i saksofon (9); The London Session Orchestra - instr. smyczkowe (9,10); Chad Wackerman - perkusja (10)
Producent: Steven Wilson


24 lutego 2015

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Retaliation" (1969)



Producentem trzeciego albumu The Aynsley Dunbar Retaliation został John Mayall. Ten sam John Mayall, który niespełna trzy lata wcześniej wyrzucił Dunbara ze swojego Bluesbreakers. A na którym perkusista zemścił się nazywając własny zespół w tak cudaczny sposób. Na szczęście obaj panowie się pogodzili, odnowili współpracę, a efektem tego jest najbardziej dopracowany longplay Retaliation. Warto też odnotować, że skład poszerzył się o klawiszowca Tommy'ego Eyre, najbardziej chyba znanego z późniejszej współpracy z Garym Moorem. Dzięki temu Victor Brox mógł się bardziej skupić na śpiewaniu i wychodzi mu to lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii, Francji oraz Australii i Nowej Zelandii album wyszedł pod prostym tytułem "Retaliation". Jednak w innych krajach europejskich, a także w Stanach i Kanadzie, jako tytuł uznano pojawiający się na okładce napis "To Mum, from Aynsley and the Boys" (na amerykańskim wydaniu bardziej widoczny dzięki zmianie koloru). Na kompaktowych reedycjach powszechnie obowiązuje ten drugi.

W porównaniu z poprzednim w dyskografii "Doctor Dunbar's Prescription" jest to bardziej zróżnicowany materiał. Oczywiście, wciąż dominuje granie bluesowe, czy też raczej bluesrockowe. Jednak w czystej formie występuje właściwie tylko w "Run You Off the Hill" i "Down, Down and Down". Oba nagrania są utrzymane w raczej średnim tempie, ale też dość zadziorne brzmieniowo, z fajnymi solówkami gitarowymi Johna Moorsheada. Częściej typowo bluesowe patenty łączą się z mniej oczywistymi rozwiązaniami, jak ma to miejsce chociażby w "Sugar on the Lane", wyróżniającym się bardziej złożoną grą sekcji rytmicznej, kontrastującą z prostą, bluesową partią gitary. Mniej typowa, nieco jakby jazzująca rytmika pojawia się też w "Leaving Right Away", choć to już bardziej melodyjny kawałek. Nawet w tak archetypowej balladzie bluesowej, jak instrumentalny "Journey's End", pojawia się urozmaicenie w postaci klasycyzującego wstępu na organach. Najciekawiej wypadają jednak te utwory, gdzie bluesa jest najmniej. Jak "Don't Take the Power Away", zaskakująco klimatyczny otwieracz płyty, oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej, trąbki oraz stonowanej, ale wyrazistej i dość pomysłowej gry sekcji rytmicznej. Albo "Let It Ride" z intensywnym, transowym rytmem, psychodelicznymi organami oraz bardziej wycofaną gitarą. Jest jeszcze instrumentalna miniatura "Unheard", w której słychać wyłącznie perkusję i pianino, znów o nieco jazzowym charakterze.

"Retaliation", tudzież "To Mum, from Aynsley and the Boys", to zdecydowanie najciekawszy album The Aynsley Dunbar Retaliation - bardzo różnorodny, z paroma świetnymi pomysłami i lepszym niż wcześniej wykonaniem. Niestety, zespół nie pociągnął już długo. Aynsley Dunbar postanowił porzucić swój zespół, by stworzyć nową, jazzrockową grupę Blue Whale. W jej składzie znalazł się także Tommy Eyre. Trzej pozostali członkowie Retaliation zdecydowali się przygotować jeszcze jeden album, "Remains to be Heard", składający się z czterech całkiem udanych odrzutów z poprzednich sesji (na czele z czadowym "Blood on Your Wheels" i emocjonalną balladą bluesową "Downhearted"), a także nowych kompozycji, nagranych bez udziału muzyka, którego imię i nazwisko znajdowało się w nazwie zespołu. Jak nietrudno się domyślić, nie wypadają one najlepiej. Dużo lepszym pomysłem - aczkolwiek niemożliwym ze względów prawnych - byłoby uwzględnienie nagrań z debiutanckiego singla ("Warning", "Cobwebs"). Po wydaniu tego dziwacznego zbioru, cała trójka trafiła do zespołu Grahama Bonda. Następnie Alex Dmochowski odnowił współpracę z Aynsleyem Dunbarem, gdy obaj dołączyli do Franka Zappy. W późniejszym czasie jedynie Dunbar odnosił jakiekolwiek sukcesy, choć praktycznie tylko komercyjne.

Ocena: 8/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "Retaliation" (1969)

1. Don't Take the Power Away; 2. Run You Off the Hill; 3. Let It Ride; 4. Journey's End; 5. Down, Down and Down; 6. Unheard; 7. Sugar on the Line; 8. Leaving Right Away

Skład: Victor Brox - wokal, gitara, instr. dęte i instr. klawiszowe; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Producent: John Mayall



Po prawej: okładka wydania amerykańskiego ("To Mum, from Aynsley and the Boys").


22 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)



"The Grass Is Greener" to w zasadzie amerykański odpowiednik "Valentyne Suite". Bardzo mocno różni się jednak od swojego europejskiego pierwowzoru. Nie było innego wyjścia, skoro "The Kettle" i znaczna część tytułowej "Valentyne Suite" w Stanach zostały już opublikowane na "Those Who Are About to Die Salute You". Pojawił się zatem pomysł, aby dograć nowe utwory. W międzyczasie ze składu Colosseum odszedł jednak śpiewający gitarzysta James Litherland. Jego następcą został David "Clem" Clempson, wcześniej członek bluesrockowego tria Bakerloo. Ponieważ nowe utwory zostały nagrane już z jego udziałem, zdecydowano by muzyk zarejestrował także wokal i gitarę na miejsce oryginalnych partii Litherlanda w trzech z czterech utworów powtarzających się z "Valentyne Suite" (jedynie "Elegy" pozostawiono bez zmian). Te kontrowersyjne, choć uzasadnione zmiany w zasadzie niewiele zmieniły. Clempson to co najmniej tak samo dobry gitarzysta i równie przeciętny wokalista.

Problem stanowią cztery nowe utwory, które ewidentnie powstawały w pośpiechu. W większości są to cudze kompozycje. "Jumping Off the Star" opiera się na jazzowym utworze pianisty Mike'a Taylora, u którego boku karierę zaczynali Jon Hiseman i Tony Reeves. Niewiele jednak zostało z oryginału. Dodano nie tylko tekst, ale też całość zagrano w stricte rockowy sposób. Jeszcze nigdy wcześniej zespół nie nagrał tak zwyczajnego kawałka. Są tu co prawda całkiem fajne partie gitary, basu i perkusji, a brzmienie dopełniają organy oraz odgłosy dzwonów, ale brakuje wcześniejszej kreatywności, a także tego mniej konwencjonalnego podejścia, które wyróżniało Colosseum spośród innych grup. "Rope Ladder to the Moon" to z kolei kompozycja Jacka Bruce'a z jego solowego debiutu "Songs for a Tailor". Co ciekawe, Hiseman i Heckstall-Smith wzięli udział w nagraniu tamtego albumu, choć akurat w tym kawałku nie wystąpili. W nowej wersji utwór nabrał bardziej jazzrockowego charakteru, ale przy okazji gdzieś uciekł intrygujący klimat pierwowzoru. Najsłabiej prezentuje się wariacja na temat "Bolera" Maurice'a Ravela, na którą muzycy kompletnie nie mieli pomysłu - te bardziej rockowe partie zupełnie tu nie pasują, brzmią strasznie kuriozalnie. Całości dopełnia autorski utwór "Lost Angeles", zdecydowanie najlepszy z tej czwórki, z naprawdę udanymi partiami wszystkich instrumentalistów, choć bardzo nijako zaśpiewany.

"The Grass Is Greener" to dość dziwne i bardzo niedopracowane wydawnictwo, składające się głównie z bardzo podobnych (ratujących całość powtórek z "Valntyne Suite") lub wyraźnie słabszych (na czele z przeokropnym "Bolero") wersji wcześniej znanych kompozycji. Nawet bardzo ładna okładka została tutaj dziwacznie przyciemniona i wygląda dużo gorzej niż na "Valentyne Suite". Nic dziwnego, że zespół i wydawca niespecjalnie wykazywali chęć publikacji tego materiału poza Stanami. Jedynie utwory "Rope Ladder to the Moon", "Bolero" i tutejsza wersja "The Grass Is Greener" doczekały się oficjalnej premiery dzięki składance "The Collectors' Colosseum" z 1971 roku. Znalazł się na niej także "Jumping Off the Star", ale z oryginalną partią wokalną zastąpioną śpiewem Chrisa Farlowe, którego przyjęto do zespołu, gdy zdano sobie sprawę z wokalnych ograniczeń Clempsona. Ponadto, "Rope Ladder to the Moon" i "Lost Angeles" weszły do koncertowego repertuaru grupy i można je usłyszeć na albumie "Live", zresztą w wykonaniach znacznie przebijających wersje studyjne.

Ocena: 7/10



Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)

1. Jumping Off the Sun; 2. Lost Angeles; 3. Elegy; 4. Butty's Blues; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. Bolero; 7. The Machine Demands a Sacrifice; 8. The Grass Is Greener

Skład: Dave "Clem" Clempson - gitara, wokal (1,2,4,5,7); Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet (7); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (7); Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja; James Litherland - wokal (3)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


20 lutego 2015

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)



W tym roku mija 50 lat działalności Scorpions. Co prawda debiutancki album niemieckiej grupy ukazał się dopiero w 1972 roku, ale jej początki to właśnie 1965 rok. Największe sukcesy przyszły jednak dopiero w latach 80. oraz na początku następnej dekady, gdy ogólnie wielką popularnością cieszyły się wygładzone odmiany hard rocka. Wkrótce koniunktura na takie granie minęła, a muzycy nie potrafili się odnaleźć w nowych czasach, nieudolnie eksperymentując np. z ówczesnym popem na albumie "Eye II Eye". Dopiero w XXI wieku pogodzili się z faktem, że nie pozostaje im nic innego, jak granie dla coraz mniej licznego grona podstarzałych wielbicieli hard rocka. Efektem tego był utrzymany w dawnym stylu album "Unbreakable" z 2004 roku. Od tamtej pory zespół regularnie wydaje kolejne płyty w takiej stylistyce, czego kolejnym przejawem jest tegoroczny "Return to Forever" (bynajmniej nie jest to nawiązanie do dawnej grupy Chicka Corei), dwudzieste wydawnictwo w studyjnej dyskografii. Album, który miał przecież nigdy nie powstać.

Gdy pięć lat temu zbliżała się premiera "Sting in the Tail", muzycy Scorpions obiecywali, że będzie to ich ostatni longplay, a po promującej go trasie definitywnie zakończą działalność. I właśnie dlatego już rok później wydali kolejny studyjny album, "Comeblack". Członkowie zespołu bronili się, że przecież nie ma na nim premierowych kompozycji, a jedynie nowe wersje ich starych przebojów (jak "Wind of Change", "Still Loving You" czy "Rock You Like a Hurricane") oraz przebojów innych wykonawców (m.in. The Beatles i The Rolling Stones). Zresztą w obu przypadkach znacznie gorsze od pierwowzorów. I tym razem miało to być już ostatnie wydawnictwo. 2013 rok przyniósł jednak następne, "MTV Unplugged in Athens", zawierające zapis akustycznego występu (trzeba dodać, że zespół miał już na koncie taki album, starszy o dwanaście lat "Acoustica"). Jest to co prawda koncertówka, ale w jej repertuarze znalazły się premierowe kompozycje. Wkrótce potem muzycy wpadli na jeszcze jeden pomysł, jak obejść swoją obietnicę. Postanowili zarejestrować stare kompozycje, które do tamtej pory nie doczekały się jeszcze wydania. Takie jak np. "Rock My Car", który wykonywali na żywo w latach 80., czy również napisane w tamtej dekadzie "Rock 'n' Roll Band" i "Dancing with the Moonlight" (oba miały już swoją premierę podczas wspomnianego wyżej występu bez prądu).

Tyle że podczas sesji nagraniowej pomysł nieco się zmienił. Oprócz starych kompozycji nagrano też zupełnie nowe utwory, napisane przez muzyków z dużą pomocą producentów Mikaela Anderssona i Martina Hansena, stałych współpracowników od czasu "Sting in the Tail". W sumie nagrano około dwudziestu utworów, z których dwanaście wybrano na podstawowe wydanie "Return to Forever", a pozostałe (w tym wspomniany "Dancing with the Moonlight") rozproszono na różnych specjalnych edycjach.

To bardzo wykalkulowany materiał. W znacznej części po prostu kontynuuje drogę obraną na "Unbreakable", co sprowadza się praktycznie do nachalnych nawiązań do szczególnie lubianych przez fanów albumów "Love at the First Sting" czy "Blackout". Przykładem takiego podejścia jest zarówno wspomniany już odrzut sprzed lat, "Rock 'n' Roll Band", ale też zupełnie nowe kawałki w rodzaju "Going Out With a Bang" czy "The Scratch". Trudno znaleźć w tych nagraniach cokolwiek, co nie byłoby powielaniem utartych schematów, wykorzystywaniem wciąż tych samych klisz wprost z hard rocka lat 80. Do tego mamy tu zupełnie niecharakterystyczne riffy, niejednokrotnie balansujące na granicy autoplagiatu, wymęczone solówki oraz całkiem bezbarwne melodie. Tym co odróżnia ten materiał od dawnych dokonań jest brzmienie. Bynajmniej nie lepsze. Brakuje niskich tonów, a wysokie są dziwnie skompresowane. To zresztą cecha charakterystyczna wszystkich albumów Scorpions od czasu nawiązania współpracy z Hansenem i Anderssonem.

Oczywiście, zespół zawsze słynął też z ballad, więc i tutaj nie mogło ich zabraknąć. Na każde trzy żywsze kawałki przypada jeden łagodniejszy. "House of Cards" i "Gypsy Life" (napisane z myślą o "Acoustice"), a także "Eye of the Storm" (odrzut z początku lat 90.) to po prostu mdłe, smętne, przesłodzone i kiczowate, a przy tym zupełnie bezbarwne piosenki. Tym słynnym balladom z przeszłości, jak "Still Loving You" czy "Send Me an Angel", można wiele zarzucić, ale przynajmniej są wyraziste. Te trzy ciężko odróżnić nawet między sobą, a co dopiero od dziesiątek podobnych, których zespół sporo natrzaskał w ostatnich latach. Mam wrażenie, że wielokrotnie już słyszałem te same nagrania na wcześniejszych płytach.

Co gorsze, Scorpions na tym albumie próbuje nie tylko przypodobać się starym fanom, ale też pozyskać nowych. Nie na taką skalę, jak w czasach "Eye II Eye", niemniej jednak pojawiają się tutaj pewne próby unowocześnienia. Przeważnie są to tylko smaczki. W singlowym, półballadowym "We Built That House", a także w "Hard Rockin' the Place" (kolejnym odrzucie z lat 80.) i "Rock My Car" pojawiają się tandetne wokalizy rodem ze współczesnego mainstreamu. Poza tym jednym elementem są to stuprocentowo hardrockowe kawałki, w warstwie instrumentalnej nie różniące się niczym od innych, tylko przez te okropne zaśpiewy brzmiące jeszcze bardziej tandetnie. Podobnie sprawa ma się z "Catch Your Luck and Play", ale tutaj już nie tylko chórki, a cały refren brzmi jak ewidentna próba pozyskania nowych fanów wśród najmłodszych słuchaczy. Fragment ten został dopisany do kawałka, który niespełna trzydzieści lat temu został uznany za zbyt słaby, by trafić na "Savage Amusement". Na najsłabszy album zespołu w chwili jego wydania i jeszcze jakiś czas później. Ale największym paździerzem jest tutaj "Rollin' Home", czyli kawałek w całości utrzymany w stylu refrenu poprzedniego. Nawet na tym przeokropnym "Eye II Eye" jest tylko jedno równie koszmarne nagranie, zresztą bardzo zbliżone stylistycznie ("To Be No. 1").

Gdyby zespół ograniczył się tutaj tylko i wyłącznie do kopiowanie siebie z czasów największych sukcesów, to byłby to cholernie nudny, niczym się nie wyróżniający, bezwartościowy i nikomu nie potrzebny album (bo nawet w tej stylistyce powstały lepsze od niego). Jednak są tu także te wszystkie tanie chwyty, mające sprawiać wrażenie, że zespół gra muzykę na czasie. I z ich pomocą nie jest to już kompletnie nijaki album, a po prostu żenujący. A przecież i tak kupią go tylko słuchacze w wieku członków zespołu, wielbiciele dad rocka, którzy chcieliby, żeby wszystko było tu dokładanie tak samo, jak trzydzieści lat temu. Te wszystkie niby-nowoczesne wstawki tylko ich zirytują. Jeśli natomiast jesteś w wieku poniżej czterdziestki, to wiedz, że to w najmniejszym stopniu nie jest album dla Ciebie.

Ocena: 1/10



Scorpions - "Return to Forever" (2015)

1. Going Out with a Bang; 2. We Built This House; 3. Rock My Car; 4. House of Cards; 5. All for One; 6. Rock 'n' Roll Band; 7. Catch Your Luck and Play; 8. Rollin' Home; 9. Hard Rockin' the Place; 10. Eye of the Storm; 11. The Scratch; 12. Gypsy Life

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - gitara basowa; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Andersson i Martin Hansen


18 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "Looking Back" (1969)



"Looking Back" to pierwsza kompilacja w dyskografii Johna Mayalla. Wydana została przede wszystkim w celu wypełnienia zobowiązań kontraktowych z wytwórnią Decca Records. Muzyk zdecydował się przenieść pod wydawniczą opiekę Polydoru. Składanka nie zawiera jednak utworów znanych z regularnych albumów, a wybór kawałków wydanych wyłącznie na singlach lub wcześniej niepublikowanych. Kluczowym słowem jest tu wybór, ponieważ wydawnictwo tylko w niewielkim stopniu wyczerpuje temat niealbumowych nagrań. Chociaż współpraca z Deccą trwała zaledwie pięć lat, od 1964 do 1968 roku, to liczne sesje nagraniowe Mayalla - zarówno solowe, jak i z pomocą Bluesbreakers - zaowocowały mnóstwem materiału. Nawet po wydaniu dwa lata później kolejnej kompilacji tego typu, "Thru the Years", wciąż pozostało trochę utworów bez premiery na dużej płycie. Jednak oba wydawnictwa zawierają przynajmniej ten najciekawszy materiał.

Na "Looking Back" cofamy się do samych początków kariery Johna Mayalla, a ściślej mówiąc do jego pierwszej sesji nagraniowej w roli lidera, która odbyła się 20 kwietnia 1964 roku. Już wtedy towarzyszył mu długoletni basista John McVie, a składu dopełnili gitarzysta Bernie Watson i perkusista Martin Hart. Rezultatem tej sesji był singiel "Crawling Up a Hill" / "Mr. James". Tutaj trafił tylko drugi z tych kawałków. Kolejna sesja odbyła się dopiero w lutym następnego roku, już z gitarzystą Rogerem Deanem (przypadkowa zbieżność nazwisk ze słynnym autorem okładek m.in. Yes) oraz perkusistą Hugh Flintem. Tym razem także zarejestrowano tylko dwa utwory na singiel: "Crocodile Walk" i "Blues City Shakedown". Także w tym przypadku składanka zawiera tylko stronę B tej płytki. Już te dwa wczesne, umieszczone tu nagrania utrzymane są w bluesowej stylistyce, którą Mayall rozwijał przez kolejne lata. Brakowało jedynie gitarzysty, który nadałby im bardziej rockowego charakteru. Jednak już wkrótce miejsce Deana zajął Eric Clapton, którego porywające solówki nadały muzyce Mayalla zupełnie nowej jakości. Współpraca ta zaowocowała przełomowym albumem "Blues Breakers" (nagrywanym w marcu i czerwcu '66). Jednak tutaj okres ten jest reprezentowany tylko jednym utworem, "Stormy Monday". To koncertowe wykonanie z listopada 1965 roku - a właściwie jego ostatnie minuty - bluesowego standardu "Call It Stormy Monday (But Tuesday Is Just as Bad)" T-Bone Walkera. Brzmienie nie jest tu najlepsze, jednak wynagradzają to ekscytujące partie Claptona. Co ciekawe, w tamtym czasie funkcję basisty chwilowo objął Jack Bruce, który parę miesięcy później, wspólnie z Claptonem i Gingerem Bakerem, utworzył trio Cream.

W połowie 1966 roku nowym gitarzystą Bluesbreakers został Peter Green, godnie zastępując Claptona. Niedługo później miejsce Flinta zajął bardziej uzdolniony Aynsley Dunbar. W takim składzie - obejmującym też Mayalla i McVie - zarejestrowany został album "A Hard Road" (nagrany w październiku i listopadzie '66). Pierwszym wydawnictwem tego składu był jednak zarejestrowany we wrześniu singiel z przeróbkami "Looking Back" Johnny'ego Watsona oraz "So Many Roads" Otisa Rusha. Oba te kawałki trafiły na niniejszą kompilację i zdecydowanie należą do jej najlepszych momentów. "So Many Roads" to natchniona, klimatyczna ballada, natomiast "Looking Back" to dla odmiany energetyczny, pogodny kawałek z całkiem chwytliwą melodią. W obu pojawiają się fantastyczne solówki Greena, a brzmienie fajnie dopełnia sekcja dęta. Zaledwie parę dni później ten sam skład nagrał kolejny singiel, "Sitting in the Rain" / "Out of Reach", reprezentowany niestety tylko pierwszym z tych utworów. Wypadającym bardzo przeciętnie na tle dwóch poprzednich utworów (o wiele lepiej prezentuje się ballada "Out of Reach"). Wraz z dwoma kolejnymi kawałkami przenosimy się do kwietnia 1967 roku. Miejsce Dunbara zajął Mick Fleetwood. Singiel "Double Trouble" / "It Hurts Me Too" to jedyne oficjalne wydawnictwo tego składu. Podobnie jak na kilku poprzednich małych płytkach, także na tej zestawiono żywszy i bardziej nastrojowy utwór. O ile "It Hurts Me Too" z repertuaru Tampy Reda, zdominowany przez brzmienie pianina, wypada całkiem solidne, to jednak ballada "Double Trouble", oryginalnie wykonana przez Otisa Rusha, przyciąga więcej uwagi za sprawą odpowiednio udramatyzowanej gry instrumentalistów oraz śpiewu Mayalla.

W maju 1967 roku John Mayall, jedynie z pomocą perkusisty Keefa Hartleya, zarejestrował album "The Blues Alone". W tamtym czasie wciąż jednak koncertował z McVie, Greenem i Fleetwoodem. Dwaj ostatni nie wzięli już jednak udziału w odbywającej się miesiąc później sesji nagraniowej albumu "Crusade", zastąpieni przez Micka Taylora oraz wspomnianego Keefa Hartleya. Niedługo później z Bluesbreakers odszedł też jego długoletni basista - skuszony propozycją Petera Greena, który na cześć Fleetwooda i McVie nazwał swój nowy zespół Fleetwood Mac - a jego tymczasowym następcą został Paul Williams. Do składu dołączyli też dwaj saksofoniści, Dick Heckstall-Smith i Chris Mercer. We wrześniu '67 sekstet zarejestrował singiel "Suspicions" z dwiema wersjami / częściami bardzo energetycznego tytułowego utworu. Na "Looking Back" trafił tylko "Suspicions (Part Two)". Jest to już wyraźna zapowiedź albumu "Bare Wires" za sprawą wyeksponowanej sekcji dętej, nadającej nieco jazzowego charakteru. Nie brak tu jednak także porywających popisów Taylora. W sesji wspomnianego "Bare Wires", trwającej od kwietnia do sierpnia 1968 roku - nie brali już udziału Hartley i Williams. Ich miejsca zajęli odpowiednio Hiseman i Tony Reeves, dołączył też trębacz Henry Lowther. Jednak już w lipcu Heckstall-Smith, Hiseman oraz Reeves postanowili się odłączyć, by stworzyć własną grupę Colosseum. Mayall podjął wówczas decyzję o rozwiązaniu Bluebreakers. Zanim to jednak nastąpiło, a konkretnie w grudniu 1967 roku, zarejestrował jeden singiel niejako na boku, z pomocą swoich byłych współpracowników, Petera Greena i Keefa Hartleya. Obie strony płytki trafiły na "Looking Back". "Picture on the Wall" to dość przyjemny kawałek z partiami gitary slide, jednak znacznie ciekawiej prezentuje się "Jenny", wyróżniający się fajnym klimatem, chwytliwą linią melodyczną oraz interesująco przeplatającymi się partiami gitar, stanowiących jedyny akompaniament. Powiedziałbym wręcz, że to jedno ze szczytowych osiągnięć Mayalla.

"Looking Back" to bardzo udane uzupełnienie dyskografii Johna Mayalla, ułatwiające prześledzenie jak rozwijała się jego muzyka na przestrzeni drugiej połowy lat 60. Co prawda trochę szkoda, że nie jest to wydawnictwo dwupłytowe, gdyż wiele ciekawego materiału niealbumowego zostało pominięte. Błąd ten jednak naprawiono wraz z wydaniem "Thru the Years" - oba wydawnictwa doskonale się dopełniają i są nie mniej wartościowe od regularnych longplayów z tego okresu. Na koniec jeszcze ważna uwaga: oryginalne niemieckie wydanie "Looking Back" faktycznie składa się z dwóch płyt. Jednak poza okładką i tytułem nie ma wiele wspólnego z ogólnoświatowym wydaniem. Powtarzają się tylko trzy nagrania ("Stormy Monday", "Jenny", "Picture on the Wall"), a wszystkie pozostałe pochodzą z wydanych wcześniej albumów. Kupowanie takiej wersji nie ma najmniejszego sensu.

Ocena: 8/10
6/10 dla wersji niemieckiej



John Mayall - "Looking Back" (1969)

1. Mr. James; 2. Blues City Shakedown; 3. Stormy Monday (live); 4. So Many Roads; 5. Looking Back; 6. Sitting in the Rain; 7. It Hurts Me Too; 8. Double Trouble; 9. Suspicions (Part Two); 10. Jenny; 11. Picture on the Wall

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr klawiszowe, harmonijka; Bernie Watson - gitara (1); John McVie - gitara basowa (1,2,4-8); Martin Hart - perkusja (1); Roger Dean - gitara (2); Hughie Flint - perkusja (2,3); Eric Clapton - gitara (3); Jack Bruce - gitara basowa (3); Peter Green - gitara (4-8,10,11); Aynsley Dunbar - perkusja (4-6); Mick Fleetwood - perkusja (7,8); Mick Taylor - gitara (9); Paul Williams - gitara basowa (9); Keef Hartley - perkusja (9,11); Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy i sopranowy (9); Chris Mercer - saksofon tenorowy (9)
Gościnnie: John Almond - saksofon (4,5); Nick Newell - saksofon (4,5); Henry Lowther - trąbka (4,5)
Producent: Mike Vernon i John Mayall; Tony Clarke (2)


16 lutego 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)



Nagrania na "The Time Is Near", trzeci album Keef Hartley Band, rozpoczęły się w grudniu 1969 roku. Uczestniczył w nich cały trzon składu z "The Battle of North West Six", a więc, prócz lidera, Miller Anderson, Gary Thain, Henry Lowther i Jim Jewell. Wówczas zarejestrowane zostały tylko dwa utwory, rozpoczynający album "Morning Rain" oraz kończący go "Change". Tytuł tego ostatniego okazał się proroczy, bo wkrótce faktycznie doszło do pewnych zmian. Podczas kolejnych sesji, w kwietniu i maju 1970 roku, w składzie nie było już Lowthera i Jewella, których miejsca zajęli odpowiednio Dave Caswell i Lyle Jenkins. Tradycyjnie na płycie nie zabrakło gości, choć tym razem jest pod tym względem wyjątkowo skromnie: w dwóch kawałkach zagrał klawiszowiec Stewart Wicks, a w jednym wystąpił grający na perkusjonaliach Del Roll. Pewna zmiana zaszła tez w kwestii kompozytorskiej. Na dwóch poprzednich albumach utwory miały po kilku utworów (przeważnie byli wśród nich Hartley i Thain). Tym razem za niemal wszystkie kompozycje odpowiada wcześniej nie aktywny w tej dziedzinie Anderson. Wyjątek stanowi "Premonition", podpisany przez Caswella.

"The Time Is Near" bliżej na szczęście do "Halfbreed" niż do "The Battle of North West Six". Może nie jest to aż tak zróżnicowany i pomysłowy album, jak debiutanckie dzieło Keef Hartley Band, jednak kompozycje i wykonanie prezentują zbliżony poziom. Muzycy nie od razu odsłaniają wszystkie karty i rozpoczynają całość od dwóch melodyjnych piosenek. "Morning Rain" i "From the Window" to bardzo przyjemne kawałki, ładnie zaaranżowane kawałki (uwagę zwraca przede wszystkim solowa partia skrzydłówki z tego drugiego). Nie da się jednak ukryć, że to nagrania o walorach przede wszystkim użytkowych. Większe ambicje artystyczne muzycy zdradzają w rozbudowanym utworze tytułowym. Zaczyna się od klimatycznego wstępu na flecie, po czym wchodzi partia wokalna nadająca bardziej piosenkowego charakteru. Dużo dobrego dzieje się natomiast w części instrumentalnej. Najpierw Anderson wycina świetne bluesowe solo na gitarze na tle wyrazistego akompaniamentu sekcji rytmicznej i organów, a następnie swoje możliwości pokazuje Caswell, grający solo na trąbce do mocno funkowego podkładu.

Jeszcze lepiej wypadają dwa kolejne, już nieco krótsze utwory. "You Can't Take It With You" składa się z bardzo chwytliwej części wokalnej z fantastycznie rozbujaną sekcją rytmiczną i podkreślającymi taneczny charakter dęciakami, a także z długiej części instrumentalnej o zdecydowanie jazz-rockowym charakterze. Ta druga składa się z hipnotycznego podkładu sekcji rytmicznej i elektrycznego pianina dla ostrych solówek Jenkinsa na barytonowym i tenorowym saksofonie. W całości w takim stylu utrzymany jest porywający instrumental "Premonition", napędzany wyrazistą grą Hartleya i Thaina, której towarzyszą świetne solówki Caswella, Jenkinsa i Andersona. Trochę uspokojenia i zaskoczenia przynosi "Another Time, Another Place". To praktycznie solowe nagranie Millera Andersona, który akompaniuje tu sobie na gitarze akustycznej, do której dopiero pod koniec dołącza trąbka Dave'a Caswella. Ten folkowy kawałek zdaje się kompletnie nie pasować do reszty albumu, ale bardzo przyjemnie go uzupełnia. Na właściwe tory muzycy wracają w częściowo balladowym, zróżnicowanym dynamicznie "Change", w którym znów istotną rolę odgrywają jazzujące dęciaki. Jednym z ładniejszych momentów jest solówka na trąbce, ale nie zabrakło też bardziej rockowego popisu gitarzysty.

Być może to praca z mniejszym aparatem wykonawczym tak bardzo przysłużyła się Hartleyowi i spółce, niewątpliwie dużo też wnieśli nowi muzycy (choć fragmenty nagrane w poprzednim składzie nie odstają poziomem), w każdym razie udało się powrócić do wysokiej formy. Trochę mnie dziwi, że zespół, który nagrał tak świetne albumy, jak "Halfbreed" i "The Time Is Near", jest dziś praktycznie zapomniany. Zresztą nigdy nie cieszył się szczególną popularnością, choć akurat "The Times Is Near" odniósł niewielki sukces komercyjny - doszedł do 41. miejsca brytyjskiego notowania sprzedaży.

Ocena: 8/10



Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)

1. Morning Rain; 2. From the Window; 3. The Time Is Near; 4. You Can't Take It With You; 5. Premonition; 6. Another Time, Another Place; 7. Change

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Gary Thain - gitara basowa (oprócz 6); Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne (oprócz 6); Henry Lowther - trąbka (1,7), skrzydłówka (1), pianino (7); Jim Jewell - saksofon tenorowy (1,7); Dave Caswell - trąbka (2-6), skrzydłówka (2-5), pianino elektryczne (4,5), dodatkowy wokal (3); Lyle Jenkins - saksofon tenorowy (2-5), flet (3), saksofon barytonowy (4,5)
Gościnnie: Stewart Wicks - instr. klawiszowe (2,3); Del Roll - instr. perkusyjne (7)
Producent: Neil Slaven i Keef Hartley


14 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)



Po wydaniu debiutanckiego albumu, "Those Who Are About to Die", muzycy Colosseum intensywnie koncertowali. Wszystkie dłuższe przerwy między poszczególnymi występami spędzili na równie wzmożonym tworzeniu nowego materiału. W czerwcu 1969 roku mieli już gotową wystarczającą ilość utworów, aby przystąpić do nagrań. Longplay został zarejestrowany w ciągu zaledwie trzech dni, między 16-18 czerwca. W tak krótkim czasie powstał jeden z najlepszych i najbardziej inspirujących albumów rockowych końca lat 60., a także, podobnie jak debiut, niezwykle wyrafinowany jak na ten gatunek. A jednocześnie przystępny także dla osób preferujących mniej wymagającą muzykę, nieosłuchanych z jazzem czy muzyką klasyczną, których wpływy są tutaj bardzo mocno zaakcentowane. "Valentyne Suite", jak zatytułowano dzieło, do sklepów trafił w listopadzie 1969 roku. Był to pierwszy album wydany przez Vertigo Records - oddział wytwórni Philips/Phonogram, specjalizujący się w mniej komercyjnych odmianach rocka. Klimatyczna okładka nie przypadkiem kojarzy się z debiutem Black Sabbath, wydanym później przez tę samą wytwórnię. Autorem obu grafik był Keith McMillan, lepiej znany pod pseudonimem Marcus Keef.

Album rozpoczyna się od zaskakująco ostrego i surowego brzmieniowo "The Kettle". Ten oparty wyłącznie na partiach gitary, basu i perkusji utwór kojarzy się raczej z dokonaniami Cream niż wcześniejszą twórczością Colosseum. Wypada jednak bardzo fajnie - może z wyjątkiem przesadnie wysokiego śpiewu Jamesa Litherlanda - łącząc prawdziwie rockowy czad z jamowym luzem oraz bardzo dobrą współpracą trzech instrumentalistów. Nie tylko gitara Litherlanda, ale także bas Tony'ego Reevesa i perkusja Jona Hisemana pełnią tu pierwszoplanową rolę. W pozostałych nagraniach słychać już pełen skład, z saksofonistą Dickiem Heckstall-Smithem i klawiszowcem Dave'em Greensladem. Wolniejszy "Elegy" już samym tytułem wywołuje skojarzenia z muzyką klasyczną, co dodatkowo podkreśla subtelne tło instrumentów smyczkowych. Ale nie brakuje też tutaj jazzujących partii saksofonu ani mocnej, rockowej rytmiki. Tym razem dużo lepiej wypada partia wokalna, o jakby lekko soulowym zabarwieniu. Wiele zdradza też tytuł "Butty's Blues". Jest to kolejny w dorobku grupy dwunastotaktowy blues w wolnym tempie, choć bynajmniej nie tak zachowawczy jak "Backwater Blues"  z debiutu. To przede wszystkim zasługa niezwykle bogatego brzmienia, które zapewnia gościnny udział orkiestry dętej. Pierwsze skrzypce gra tu jednak Heckstall-Smith, którego solówki znów nadają bardziej jazzowego charakteru. Na pierwszej stronie płyty winylowej zmieścił się jeszcze chwytliwy "The Machine Demands a Sacrifice" z bardzo ładnymi partiami fletu i elektrycznych organów, a także niemalże taneczną grą sekcji rytmicznej. W tym jednym fragmencie zespół zbliża się do dogorywającej wówczas psychodelii, brzmi jednak bardzo świeżo.

Całą drugą stronę longplaya wypełnia natomiast tytułowa kompozycja "Valentyne Suite" - blisko siedemnastominutowy utwór składający się z trzech części. Oryginalnie były to kolejno "January's Search", "February's Valentyne" oraz "Beware the Ides of March". W takiej formie utwór został opublikowany już na amerykańskiej edycji "Those Who Are About to Die Salute You". Na europejskich wydaniach debiutu znalazł się tylko ten ostatni fragment. Dlatego też konieczne było zastąpienie tego segmentu nową kompozycją, zatytułowaną "The Grass Is Always Greener". I właśnie w takiej formie utwór jest najbardziej znany, gdyż ta wersja trafiła na album "Valentyne Suite". Jest to jedna z najbardziej udanych fuzji rocka, bluesa, jazzu i muzyki klasycznej, a konkretnie barokowej, jakich kiedykolwiek dokonano. Utwór wyróżnia się wieloma charakterystycznymi motywami, porywającymi solówkami i doskonałym zgraniem muzyków, a także wieloma interesującymi zmianami nastroju lub tempa. Warto też pamiętać, że jest to jeden z pierwszych tak długich utworów rockowych, niebędących spontanicznym jamem, ale starannie skomponowaną kompozycją, z nawiązaniami do sztuki wyższej. Wyprzedziły go tylko "Ars Longa Vita Brevis" The Nice i "In Held Twas in I" Procol Harum, oba z 1968 roku. Jednak dzieło Colosseum na ich tle wypada o wiele bardziej spójnie, a przy tym zachwyca znacznie większą paletą pomysłów i dojrzałością.

Nie da się ukryć, że to właśnie tytułowa "Valentyne Suite" czyni ten album wybitnym dziełem. Gdyby drugą stronę winyla wypełniły kompozycje podobne do tych ze strony A, byłby to tylko bardzo dobry album rockowy, lekko wzbogacony wpływami innych gatunków. Ale "Valentyne Suite" to już coś więcej, prawdziwie progresywny utwór, poszerzający granice rocka. Dodać jednak trzeba, że obie połówki albumu doskonale się uzupełniają. Niestety, wydawnictwo wydaje się być współcześnie nieco zapomniane i pamiętają o nim głównie wieloletni wielbiciele szeroko pojętego klasycznego rocka. Akurat ten album zasługuje na znacznie większą rozpoznawalność także wśród młodszych słuchaczy, bo to absolutny kanon muzyki rockowej. Grupa Colosseum niestety już nigdy, przynajmniej w studiu, nie wzniosła się na tak wysoki poziom. Zresztą problemy ze składem doprowadziły do rozwiązania zespołu zaledwie dwa lata później. Litherland odszedł jeszcze przed wydaniem "Valentyne Suite", Reeves jakiś czas później, a pozostałym muzykom nie udało się znaleźć następców, z którymi współpraca byłaby tak samo kreatywna.

Ocena: 9/10



Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)

1. The Kettle; 2. Elegy; 3. Butty's Blues; 4. The Machine Demands a Sacrifice; 5. Valentyne Suite (Theme One: January's Search / Theme Two: February's Valentyne / Theme Three: The Grass Is Always Greener)

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja, maszyna (4); Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy i sopranowy (2,3,5), flet (4); Dave Greenslade - instr. klawiszowe (2-5), dodatkowy wokal (4)
Gościnnie: Neil Ardley - aranżacja instr. smyczkowych (2), dyrygent (3)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


13 lutego 2015

[Recenzja] Indian Summer - "Indian Summer" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 9/13

Grupę Indian Summer niewątpliwie można uznać za pechową. Krótka działalność zespołu była pasmem rozczarowań. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby w potencjał muzyków i właściwie pokierował ich karierą. Gdy nadarzyła się okazja na podpisanie kontraktu z renomowaną wytwórnią Vertigo Records, menadżer Jim Simpson postanowił dać szansę innym swoim podopiecznym, Black Sabbath (czas pokazał, że była to słuszna decyzja). O Indian Summer nie zapomniał jednak całkowicie. Gdy wystartowała nowa wytwórnia, Neon Records - odpowiedź RCA na Vertigo i Harvest, czyli dedykowane mniej komercyjnej muzyce poddziały Phillips i EMI - Simpson doprowadził do podpisania kontraktu z zespołu. Rzekomo, w tamtym czasie zainteresowana była nim inna wytwórnia, świetnie wówczas prosperująca Chrysalis. Tymczasem Neon okazał się niewypałem. W katalogu nie pojawił się żaden wykonawca, który zapewniłby finansową stabilność. W związku z tym, nagrany w styczniu 1971 roku album Indian Summer nie otrzymał praktycznie żadnej promocji. Zespół jeszcze przez jakiś czas intensywnie koncertował, ale muzycy nie zarabiali w ten sposób nawet na swoje utrzymanie. Podjęli zatem decyzję o zawieszeniu działalności. Czas jednak pokazał, że był to definitywny koniec zespołu, a wszyscy muzycy - poza Jacksonem - całkowicie wycofali się z grania.

W 1993 roku eponimiczny album Indian Summer doczekał się wznowienia na płycie kompaktowej, wydanej przez niemiecki label Repertoire, specjalizujący się w wyszukiwaniu albumów, które przepadły w chwili wydania. Zespół został wówczas otoczony prawdziwym kultem przez pasjonatów zapomnianych wykonawców, w Polsce nazywanych nieznanym kanonem rocka. Nie brakuje wśród nich takich, którzy zupełnie na poważnie twierdzą, że Indian Summer to ten sam poziom, co Pink Floyd, King Crimson czy Deep Purple, a jedynie nieporadność managementu i wydawcy nie pozwoliły na osiągnięcie podobnej popularności. Czy tak entuzjastyczne opinie mają jednak jakiekolwiek uzasadnienie? Cóż, zespół ma wszystkie cechy, by podobać się wielbicielom ambitniejszego rocka z końcówki lat 60. Przede wszystkim bardzo przyjemne brzmienie, zdominowane przez organy Hammonda i inne instrumenty klawiszowe, za które odpowiada Bob Jackson. Towarzyszy mu wyrazista, grająca z prawdziwie rockową mocą, a przy tym niepopadająca w banał sekcja rytmiczna, złożona z basisty Malcolma Harkera (czasem grającego też, niezbyt wprawnie, na wibrafonie) oraz perkusisty Paula Hoopera. Gitara zwykle tylko nienachalnie dopełnia całość, jednak Colin Williams potrafił zagrać przyciągające uwagę solówki - często subtelniejsze, jakby lekko jazzowe (np. "Emotions of Men", "Glimpse"), ale zdarzają się też zdecydowanie ostrzejsze ("Another Tree Will Grow"). Całości dopełnia całkiem przyzwoity śpiew Jacksona. Odpowiadający za produkcję Rodger Bain - w tej samej roli występujący też m.in. na pierwszych trzech albumach Black Sabbath - zadbał o odpowiedni balans śpiewu oraz poszczególnych instrumentów.

Problemem są same kompozycje. Na album trafiło osiem bardzo jednorodnych utworów, charakteryzujących się praktycznie identycznym nastrojem, podobnymi do siebie motywami, wykorzystującymi właściwie te same rozwiązania kompozycyjne i aranżacyjne. Nawet pod względem długości niespecjalnie się różnią. Co gorsze, brak w nich czegokolwiek zapamiętywalnego. Stylistycznie mieszczą się gdzieś między hard rockiem a rockiem progresywnym, przy czym zdecydowanie nie jest to muzyka progresywna w dosłownym znaczeniu. Może i żaden inny zespół nie grał dokładanie tak samo, ale też trudno znaleźć tu cokolwiek unikalnego. To po prostu mieszanka rozwiązań zaczerpniętych od różnych rockowych grup, działających pod koniec lat 60. A przypominam, że album został nagrany w 1971 roku, więc jest to granie nieco już spóźnione. Szczególnie, ze w tamtym czasie rock rozwijał się w błyskawicznym tempie. Muzyka zawarta na "Indian Summer" to wypadkowa tego, co jakieś dwa lata wcześniej grali tacy wykonawcy, jak Blind Faith, Colosseum, Cream, Deep Purple, ELP, Family, Moody Blues, Procol Harum, Spooky Tooth, Traffic czy Uriah Heep. U Indian Summer nie ma nic, czego nie byłoby także u którejś - a przeważnie u kilku - z tamtych grup. Dlatego też te wszystkie opinie, jaki to wybitny i niepowtarzalny zespół, są mocno przesadzone. Ale jak już wspominałem, to wszystko jest bardzo solidnie wykonane i brzmi naprawdę przyjemnie. Jeśli ktoś jest wielbicielem muzyki z tamtych czasów, to z pewnością doceni ten longplay. Trzeba jednak wiedzieć, że Indian Summer nie zdobył większego uznania nie przez pech - choć niewątpliwie go miał - ale przede wszystkim dlatego, że nie miał niczego nowego do zaoferowania.

Ocena: 7/10



Indian Summer - "Indian Summer" (1971)

1. God Is the Dog; 2. Emotions of Men; 3. Glimpse; 4. Half Changed Again; 5. Black Sunshine; 6. From the Film of the Same Name; 7. Secrets Reflected; 8. Another Tree Will Grow

Skład: Bob Jackson - wokal i instr. klawiszowe; Colin Williams - gitara, dodatkowy wokal; Malcolm Harker - gitara basowa, wibrafon, dodatkowy wokal; Paul Hooper - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Rodger Bain


11 lutego 2015

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)



Muzycy The Aynsley Dunbar Retaliation na swoim drugim albumie, "Doctor Dunbar's Prescription", całkiem porzucili eksperymenty z debiutu. Tym razem nie ma ani jednego utworu, w którym próbowano by przełamać stylistyczne schematy wysunięciem na pierwszy plan sekcji rytmicznej. Wręcz przeciwnie, zespół ogranicza się tu jedynie do powielania wszystkich możliwych klisz brytyjskiego bluesa. Tego typu granie zostało całkiem wyeksploatowane na wczesnych płytach Johna Mayalla, twórcy tego stylu. Od późniejszych wydawnictw oczekuję, że będą przynajmniej starały się wnieść coś nowego. Odtwórcze podejście w przypadku drugiego albumu grupy Dunbara jest szczególnie rozczarowujące, gdyż na jej debiucie takie próby podejmowano. Oczywiście, jest to wszystko bardzo solidnie zagrane. Powiedziałbym nawet, że te archetypowe kawałki łączące bluesowe patenty z rockową energią - i nie oferujące absolutnie nic więcej - wypadają tutaj lepiej niż na debiucie. Bardzo duży postęp słychać w grze gitarzysty Johna Moorheada oraz w śpiewie Victora Broxa. Ten drugi dodaje tutaj też dużo swoją grą na organach i - rzadziej - na kornecie. Świetnie wypada też sekcja rytmiczna, nawet w takim graniu pokazująca większe umiejętności niż perkusiści i basiści znacznej części bluesrockowych grup. Zresztą Aynsley Dunbar i Alex Dmochowski zwrócili uwagę samego Franka Zappy, który kilka lat później zaprosił ich do swojego zespołu. Ogólnie "Doctor Dunbar's Prescription" to bardzo przyjemna płyta, ale słuchanie jej nie ma większego sensu, jeśli nie jest się wielbicielem takiej stylistyki, któremu nie przeszkadza brak oryginalności.

Ocena: 7/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)

1. Change Your Low Down Ways; 2. The Fugitive; 3. Till' Your Lovin' Makes Me Blue; 4. Now That I've Lost You; 5. I Tried; 6. Call My Woman; 7. The Devil Drives; 8. Low Gear Man; 9. Tuesday's Blues; 10. Mean Old World

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, kornet; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


9 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)



Po rozpadzie kolejnego składu Bluesbreakers w połowie 1968 roku, John Mayall zdecydował się na porzucenie tego szyldu. Kolejny album muzyka, "Blues from Laurel Canyon", ukazał się wyłącznie pod jego nazwiskiem. Tytuł odnosi się do kanionu w Los Angeles, w pobliżu którego Mayall miał wkrótce zamieszkać. Podobnie jak na swoim poprzednim solowym wydawnictwie, "The Blues Alone", samodzielnie skomponował cały materiał, jednak tym razem w nagraniach towarzyszył mu pełny skład. Wciąż z Mickiem Taylorem na gitarze, a także z nową sekcją rytmiczną: basistą Steve'em Thompsonem oraz perkusistą Colinem Allenem. Ponadto, w jednym nagraniu wziął udział dawny współpracownik, Peter Green. Instrumentarium jest tu znacznie uboższe w porównaniu z wydanym parę miesięcy wcześniej "Bare Wires". Ale tak naprawdę nie jest to jakoś szczególnie odczuwalne.

"Blues from Laurel Canyon" uznawany jest za najbardziej rockowe wydawnictwo Mayalla. I rzeczywiście, przeważa tutaj energetyczne, zadziorne granie. W warstwie instrumentalnej dominują ostre partie Taylora oraz brzmienie organów (rzadziej pianina lub harmonijki) lidera, wsparte wyrazistą grą sekcji rytmicznej. Tak jest chociażby w czadowym - i faktycznie bardziej rockowym niż bluesowym - "Vacation", który doskonale rozpoczyna ten album. Ale też w niektórych kawałkach opartych już na typowo bluesowych rozwiązaniach, żeby wspomnieć tylko o "2401", "Ready to Ride", "Long Gone Midnight", czy najfajniejszym z nich "Somebody's Acting Like a Child" ze świetnym basowym motywem Thompsona. Całość jest jednak całkiem zróżnicowana i pojawia się tu też np, dość ascetyczny, akustyczny blues "Laurel Canyon Home". Albo żywszy "Miss James" z bardzo psychodelicznymi organami oraz lekko jazzującym podkładem rytmicznym. W bardzo nastrojowym "First Time Alone" akompaniament zostaje zresztą ograniczony wyłącznie do organów i subtelnych partii gitarowych Greena. Na największe wyróżnienie zasługuje jednak dziewięciominutowy "Fly Tomorrow", będący być może najwspanialszym nagraniem w całej twórczości Mayalla. Rozpoczyna się bardzo klimatyczne - wokaliście towarzyszy niemal wyłącznie akompaniament Allena na tabli. Z czasem jednak pojawiają się dźwięki gitary i organów, z początku dość delikatnie, by w pewnym momencie uderzyć z całą mocą. Fantastyczne popisy Taylora i Mayalla przez kilka minut nieustannie przyciągają uwagę i tylko szkoda, że w pewnym momencie utwór się wycisza.

Warto też zwrócić uwagę, że na albumie nie ma prawie żadnych przerw między utworami - ich zakończenia albo są nałożone na początek następnego nagrania, albo dość gwałtownie się urywają, po czym od razu, równie nagle zaczyna się kolejny. Nie jest to typowe rozwiązanie w takiej stylistyce. Ale w końcu już na "Bare Wires" Mayall pokazał, że interesuje go rozwój i łamanie schematów. "Blues from Laurel Canyon" to kontynuacja tego podejścia, choć jednocześnie jest to zupełnie inny album. 

Ocena: 8/10



John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)

1. Vacation; 2. Walking on Sunset; 3. Laurel Canyon Home; 4. 2401; 5. Ready to Ride; 6. Medicine Man; 7. Somebody's Acting Like a Child; 8. The Bear; 9. Miss James; 10. First Time Alone; 11. Long Gone Midnight; 12. Fly Tomorrow

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; Steve Thompson - gitara basowa; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Green - gitara (10)
Producent: Mike Vernon i John Mayall


7 lutego 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)



Drugim album zespołu przyniósł kilka przetasowań w składzie. Trzon grupy wciąż tworzyli Keef Hartley, śpiewający gitarzysta Miller Anderson oraz basista Gary Thain. Ale już bez drugiego gitarzysty Skipa Jamesa (występującego tu w roli gościa) i klawiszowca Petera Dinesa, których miejsce w podstawowym składzie zajęli grający na trąbce i skrzypcach Henry Lowther (na debiutanckim "Halfbreed" mający status gościa) oraz saksofonista tenorowy Jim Jewell. Podstawowemu kwintetowi towarzyszą liczni goście, w tym rozbudowana sekcja dęta (Harry Beckett, Mike Davis, Lyn Dobson, Chris Mercer, Barbara Thompson, Ray Warleigh), a także klawiszowiec Mick Weaver. W jednym kawałku zagrał też Mick Taylor, ówczesny gitarzysta The Rolling Stones, z którym Hartley miał już okazję grać w Bluesbreakers Johna Mayalla.

Na "Halfbreed" podstawowym elementem składowym stylu Keef Hartley Band był blues rock, wzbogacony jednak elementami jazz-rocka i hard rocka, z domieszką wpływów psychodelicznych, latynoskich oraz folkowych. Taka mieszanka zaowocowała bardzo różnorodnymi kompozycjami, tworzącymi jednak spójną całość. Płycie numer dwa, "The Battle of North West Six", kompozycje są nie tylko bardziej jednorodne stylistycznie, ale też znacznie mniej charakterystyczne. Na "Halfbreed" każdy utwór czymś się wyróżnia, wiele z nich przyciąga tez uwagę jakimiś niecodziennym rozwiązaniem. Tutaj większość nagrań wypada bardzo konwencjonalnie i zachowawczo. Takich kawałków, jak energetyczne "Me and My Woman" i "Don't Be Afraid", albo dwunastotaktowy blues w wolnym tempie "Tadpole", do tamtej pory powstało już co nie miara, nierzadko bardziej ekscytujących.

Z drugiej strony, najgorzej prezentują się tu właśnie te kawałki, w których zespół próbuje czegoś dla siebie nowego. Jak w banalnych pioseneczkach "Don't Give Up" i "Waiting Around", nie mówiąc już o inspirowanym country "Poor Mabel (You're Just Like Me)". Porażką jest też ckliwy instrumental "Hickory" z pierwszoplanową rolą fletu Thompson. Do bardziej udanych momentów zaliczyć mogę instrumentalny otwieracz "The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread" ze świetnym gitarowym popisem Jamesa (choć całości daleko do pełniącego identyczną rolę na debiucie "Confusion Theme / "The Halfbreed"), a także najostrzejszy "Not Foolish, Not Wise" z bardzo fajnym riffem (szkoda tylko, że przez wtrącenie perkusyjnej solówki i instrumentalnego fragmentu zdominowanego przez dęciaki, traci swój pierwotny impet). Najlepiej wypada finałowy "Believe in You", kolejna łagodniejsza piosenka, bardzo jednak przyjemna i kunsztownie zaaranżowana.

"The Battle of North West Six" to spore rozczarowanie, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, jak dobry album niemal dokładnie ci sami ludzie wydali parę miesięcy wcześniej. Nie brakuje tutaj momentów, w których wciąż słychać, jak dobrzy muzycy tworzyli Keef Hartley Band, ale często ich talent marnuje się w zupełnie nijakich kompozycjach. Polecam wyłącznie największym wielbicielom blues rocka.

Ocena: 6/10



Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)

1. The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread; 2. Don't Give Up; 3. Me and My Woman; 4. Hickory; 5. Don't Be Afraid; 6. Not Foolish, Not Wise; 7. Waiting Around; 8. Tadpole; 9. Poor Mabel (You're Just Like Me); 10. Believe in You

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - trąbka, skrzydłówka, skrzypce; Jim Jewell - saksofon tenorowy
Gościnnie: Spit James - gitara; Mick Weaver - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Mike Davis - trąbka; Harry Beckett - trąbka, skrzydłówka; Lyn Dobson - saksofon tenorowy, flet; Chris Mercer - saksofon tenorowy; Barbara Thompson - saksofon barytonowy, flet; Ray Warleigh - flet; Mick Taylor - gitara (10)
Producent: Neil Slaven


5 lutego 2015

[Recenzja] Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)



Colosseum uznawany jest za jeden z pierwszych zespołów jazzrockowych, choć sami muzycy swoją twórczość określali raczej jako blazz, czyli mieszankę bluesa i jazzu. Grupa powstała pod koniec 1968 roku z inicjatywy mającego już spore doświadczenie perkusisty Jona Hisemana. Karierę zaczął w połowie dekady jako muzyk sesyjny, jednak szybko trafił do jazzowego tria pianisty Mike'a Taylora, a następnie do rhythm'n'bluesowego Graham Bond Organisation, w którym zajął miejsce Gingera Bakera. Grając z Taylorem po raz pierwszy zetknął się z basistą Tony'm Reevesem, a u Bonda miał okazję współpracować z saksofonistą Dickiem Heckstall-Smithem. W kwietniu 1968 roku Hiseman, Reeves i Heckstall-Smith znaleźli się w składzie Bluesbreakers Johna Mayalla. Odeszli wkrótce po nagraniu albumu "Bare Wires", by założyć własną grupę. Składu dopełnili jeszcze dwaj muzycy, klawiszowiec Dave Greenslade oraz gitarzysta Jim Roche. Kwintet szybko rozpoczął pracę nad pierwszym albumem. Niedługo po rozpoczęciu nagrań odszedł Roche, którego miejsce zajął James Litherland, mający pełnić także rolę wokalisty.

Wydany w marcu 1969 roku album "Those Who Are About to Die Salute You" jest efektem wcześniejszych dokonań muzyków, przede wszystkim zaś rozwinięciem eklektycznej stylistyki "Bare Wires". Blues miesza się tutaj z jazzem, rockiem oraz rhythm and bluesem, a całości dopełniły - na tym albumie jeszcze w bardzo małej ilości - wpływy muzyki klasycznej, przede wszystkim barokowej. Z jednej strony jest to muzyka wyrafinowana, pokazująca duży kunszt wykonawczy instrumentalistów (słabiej wypada warstwa wokalna; Litherland jest raczej wokalistą z doskoku). A z drugiej strony, nie jest to wcale jakaś bardzo trudne w odbiorze granie. Wręcz przeciwnie. Utwory są raczej krótkie (mieszczą się w przedziale czasowym od niespełna trzech do trochę ponad siedmiu minut) i często opierają się na nośnych, zapamiętywalnych motywach, zwykle granych na saksofonie lub elektrycznych organach. Album doszedł aż do 15. miejsca brytyjskiego notowania, co najlepiej świadczy o jego przystępności. Choć trzeba pamiętać, że były to trochę inne czasy, kiedy artystyczne ambicje były właściwie normą w muzyce rozrywkowej.

Na płycie znalazło się kilka ciekawych nagrań instrumentalnych, przeważnie o bardziej spontanicznym, zapewne improwizowanym charakterze. Tak właśnie brzmi chociażby utwór tytułowy, z ciekawymi kontrastami dynamicznymi oraz świetnymi popisami Greenslade'a i Heckstall-Smitha na tle fantastycznej gry Hisemana i Reevesa. Podobnie prezentuje się "Debut" - faktycznie pierwszy kawałek, nad jakim zespół pracował - z tą różnicą, że tutaj nieco więcej ma do zagrania także Litherland. W obu nagraniach słychać bardzo dobre zgranie instrumentalistów. Nieco odmiennie, bo bardziej subtelnie i nastrojowo, wypada "Mandarin", zgodnie z tytułem kojarzący się z muzyką orientalną (inspiracją była jednak klasyczna muzyka japońska). Uwagę przykuwają przede wszystkim partie Reevesa i Greenslade'a, którzy zresztą sygnują to nagranie swoimi nazwiskami. Z kolei "Beware the Ides of March" to bardzo ładna i ciekawa wariacja na bazie motywów z dwóch różnych kompozycji Jana Sebastiana Bacha, "Arii na strunie G" z suity orkiestrowej D-dur nr 3 oraz "Toccaty i fugi d-moll". Muzycy byli jak najbardziej świadomi faktu, że ten pierwszy temat został wcześniej wykorzystany przez Procol Harum w słynnym "A Whiter Shade of Pale", gdyż pierwotny tytuł "Beware the Ides of March" brzmiał... "A Whiter Spade Than Mayall".

Pomiędzy tymi nagraniami pojawiają się kawałki o bardziej piosenkowym charakterze. Bardzo przyjemnie i przebojowo wypada otwieracz, "Walking in the Park", przejęty z repertuaru Grahama Bonda. Zdecydowanie dominują tu dęciaki - oprócz saksofonu Heckstall-Smithe słychać też grającego na trąbce gościa, Henry'ego Lowthera - którym towarzyszy charakterystyczny motyw organów, energetyczna sekcja rytmiczna oraz ostre, zdecydowanie rockowe solówki Litherlanda. Bluesrockowy "Plenty Hard Luck", choć również ograniczony piosenkową strukturą, daje trochę więcej swobody instrumentalistom, z czego chętnie korzystają grający kolejno solówki Greenslade, i Heckstall-Smith. Dość ciekawe pomysły pojawiają się także w bardziej jazzującym "The Road She Walked Before", jednak nagranie kończy się po niespełna trzech minutach, zostawiają pewien niedosyt. Na albumie znalazł się także archetypowy dwunastotaktowy blues w wolnym tempie, "Backwater Blues". Utwór został skomponowany w 1927 roku przez bluesową wokalistkę Bessie Smith, jednak tutaj podpisano go jako kompozycję Leadbelly'ego, który nagrał własną wersję w 1940 roku. To jedynie nagranie, w którym można usłyszeć Roche'a, grającego typowo bluesowe zagrywki. Ogólnie jest to ładne nagranie, tylko trochę zbyt zwyczajne i przewidywalne, czego przez resztę albumu udało się uniknąć.

W Stanach "Those Who Are About to Die Salute You" ukazał się z kilkumiesięcznym opóźnieniem, z inną okładką oraz bez utworów "Mandarin", "The Road She Walked Before" i "Backwater Blues". Ich miejsce zajęły nowe nagrania, przygotowane przez muzyków z myślą o drugim albumie: "The Kettle", a także wczesna wersja trzyczęściowej "Valentyne Suite" (jeszcze z "Beware the Ides of March" jako trzecią częścią; na potrzeby europejskiego wydania dodano w to miejsce nową kompozycję, "The Grass Is Greener"). Żadne wydanie "Those Who Are About to Die Salute You" - poza kompaktowymi wznowieniami - nie zawiera natomiast nagranego podczas debiutanckiej sesji "I Can't Live Without You" - niemalże hardrockowego kawałka, choć z fajnie urozmaicającymi go partiami saksofonu i organów. Moim zdaniem sprawdziłby się lepiej od "Backwater Blues" jako część oryginalnego wydania. "I Can't Live Without You" został wydany po raz pierwszy w 1971 roku, na kompilacji "The Collectors Colosseum".

"Those Who Are About to Die Salute You" to bardzo udany debiut, na którym muzycy ciekawie połączyli różne style, w pewnym stopniu podkładając fundamenty pod rock progresywny. Na tle innych, lepiej chyba znanych wśród polskich słuchaczy grup proto-progowych - jak Procol Harum, Moody Blues i The Nice - twórczość Colosseum wypada zdecydowanie najbardziej dojrzale, zarówno pod względem ogólnej koncepcji, jak i kompozycji czy wykonania. Tak jest już na tym albumie, choć zespół jeszcze nie pokazał, na co naprawdę go stać.

Ocena: 8/10



Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)

UK: 1. Walking in the Park; 2. Plenty Hard Luck; 3. Mandarin; 4. Debut; 5. Beware the Ides of March; 6. The Road She Walked Before; 7. Backwater Blues; 8. Those About to Die

US: 1. The Kettle; 2. Plenty Hard Luck; 3. Debut; 4. Those Who Are About to Die, Salute You; 5. Valentyne Suite (Theme One: January's Search / Theme Two: February's Valentyne / Theme Three: Beware the Ides of March); 6. Walking in the Park

Skład (według wydania UK): James Litherland - wokal, gitara (oprócz 7); Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (6); Tony Reeves - gitara basowa; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Henry Lowther - trąbka (1); Jim Roche - gitara (7)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron

Po prawej: okładka amerykańskiego wydania.


3 lutego 2015

[Recenzja] Khan - "Space Shanty" (1972)



Scena Canterbury to jeden z najciekawszych nurtów w rocku progresywnym. Nazwa wywodzi się od miasta, z którego pochodzi większość jego przedstawicieli. Tych najważniejszych łączą liczne powiązania personalne. Cechuje ich także podobne podejście do muzyki, z jednej strony bardzo ambitne (inspiracja nowoczesnym jazzem, a u niektórych także poważną awangardą, ponadto biegłość instrumentalna), a z drugiej charakterystyczne poczucie humoru i muzyczna swoboda, dzięki której udaje im się uniknąć częstego w innych odmianach proga patosu. Stworzenie tej stylistyki należy przypisać trzem grupom: Caravan, Soft Machine i Gong. Każda z nich grała w wyraźnie inny sposób: Caravan preferował dość łagodną psychodelię z delikatnymi wpływami jazzu, Soft Machine grał dość trudną mieszankę fusion, free jazzu i awangardy, niemal całkowicie oddalając się od rocka, natomiast Gong łączył zwariowaną psychodelię z jazz-rockiem. Bez trudu można jednak u wszystkich usłyszeć wspomniane wcześniej podejście i podobne brzmienie. Muzycy tych grup tworzyli później kolejne zespoły - jak Matching Mole, Gilgamesh, Hatfield and the North czy National Health - w których można usłyszeć podobieństwa do każdej z trzech założycielskich grup.

Jednym z mniej znanych przedstawicieli sceny Canterbury jest grupa Khan. Założona została przez śpiewającego gitarzystę Steve'a Hillage'a, grającego wcześniej w psychodelicznym Uriel, znanym też pod nazwą Arzachel, pod którą ukazał się jego jedyny, eponimiczny album. W oryginalnym składzie znalazł się ponadto perkusista Pip Pyle (ex-Gong, później Hatfield and the North i National Health), a także dwaj byli członkowie psychodelicznego The Crazy World of Arthur Brown: basista Nick Greenwood i klawiszowiec Dick Heninghem. Wkrótce jednak miejsce perkusisty zajął Eric Peachey, a stanowisko klawiszowca objął Dave Stewart - kolejny były członek Uriel/Arzachel (a także kolejny późniejszy muzyk Hatfield and the North i National Health). Na przełomie lat 1971/72 zespół zarejestrował materiał na swój debiutancki album, zatytułowany "Space Shanty". Jak się wkrótce okazało, było to jedyne wydawnictwo zespołu. Longplay odniósł komercyjną porażkę, więc wydawca nie chciał finansować kolejnych sesji. Rozczarowany Hillage rozwiązał zespół, po czym dołączył do grupy Kevina Ayersa (ex-Soft Machine), chwilę potem trafił do Gong, a następnie rozpoczął solową działalność (na debiutanckim "Fish Rising", nagranym z pomocą Stewarta i muzyków Gong, wykorzystał materiał napisany z myślą o drugim albumie Khan).

Na "Space Shanty" składa się sześć rozbudowanych utworów. Dwa z nich przekraczają dziewięć minut, jeden trwa powyżej ośmiu, a krótsze nie schodzą poniżej pięciu minut. Nie ma tu jednak mowy o graniu na czas, wysilonym wydłużaniu utworów. Utwory są złożone, nieprzewidywalne, stopniowo się rozwijają. Stylistycznie mieszczą się gdzieś pomiędzy kosmiczną psychodelią i jazz-rockiem, z paroma mocniejszymi momentami o hardrockowych naleciałościach. Charakterystyczne melodie, brzmienie instrumentów klawiszowych, często jazzująca rytmika i całkowity brak pretensjonalności ponad wszelką wątpliwość wskazują na związki ze sceną Canterbury. Dużo tutaj instrumentalnych pasaży, w których Hillage i Stewart mogą pokazać swoje umiejętności - nie popisując się jednak nadmiernie, grając dokładnie tyle, ile trzeba. Opisywanie każdego utworu z osobna nie ma tutaj żadnego celu. Wszystkie składają się praktycznie z tych samych elementów, jednak za każdym razem efekt jest inny. Tym, którzy album już znają, nie trzeba opisywać co się tu dzieje, a tym, którzy dopiero go poznają, nie chcę psuć niespodzianki w odkrywaniu tych wielowątkowych, wielowarstwowych utworów. Mogę tylko zauważyć, że jest naprawdę wspaniała, inteligentna muzyka, od której trudno się oderwać. Szkoda jedynie, że pod względem wokalnym nie jest tak udanie, jak w warstwie instrumentalnej.

"Space Shanty" to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów, które nie zostały dostrzeżone w chwili wydania, a dziś mają status kultowych wśród poszukiwaczy takich zaginionych pereł sprzed lat. Muzykom udało się świetnie połączyć artystyczne ambicje z przystępnością. Skąd zatem brak brak komercyjnego powodzenia? Cóż zespół miał nieszczęście podpisać kontrakt z Deram, oddziałem Decca Records, która notorycznie zaniedbywała promocję i wydawała płyty w zbyt małym nakładzie.

Ocena: 8/10



Khan - "Space Shanty" (1972)

1. Space Shanty; 2. Stranded; 3. Mixed Up Man of the Mountains; 4. Driving to Amsterdam; 5. Stargazers; 6. Hollow Stone

Skład: Steve Hillage - gitara, wokal; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Nick Greenwood - gitara basowa, wokal; Eric Peachey - perkusja
Producent: Neil Slaven


1 lutego 2015

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)



"Bare Wires" to czwarty album Johna Mayalla pod szyldem Bluesbreakers. Tradycyjnie już do studia wszedł nieco inny skład niż podczas poprzedniej sesji. Z muzyków towarzyszących Mayallowi na "Crusade" zostali tylko Mick Taylor i saksofonista Chris Mercer. Miejsce długoletniego basisty Johna McVie najpierw zajął Andy Fraser, późniejszy muzyk Free, jednak ostatecznie rolę tę objął Tony Reeves. Nowym perkusistą został z kolei Jon Hiseman. Do składu dołączyli także saksofonista Dick Heckstall-Smith oraz grający na trąbce i skrzypcach Henry Lowther. O ile na wcześniejszych albumach udział sekcji dętej sprowadzał się do roli tła w wybranych kawałkach, tak tutaj dęciaki nierzadko wychodzą na pierwszy plan, czasem jako instrumenty solowe. Uwagę zwraca także szersza paleta brzmień klawiszowych, obejmujących już nie tylko pianino i organy, ale także klawesyn czy fisharmonię. Tak bogate brzmienie nie jest często spotykane w bluesie ani w blues rocku. Zdarzają się tu zresztą fragmenty wykraczające poza taką stylistykę.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia ponad dwudziestominutowa "Bare Wires Suite". Jednak nie jest to jedna długa kompozycja, a cykl siedmiu luźno powiązanych kawałków, z których większość posiada własny początek i zakończenie (mimo tego, na kompaktowych wydaniach umieszczane są na jednej ścieżce). Są przy tym bardzo zróżnicowane stylistycznie. Sporym zaskoczeniem może być nieco psychodeliczny utwór tytułowy, z melodyjną - i przy tym wyjątkowo udaną - partią wokalną Mayalla z akompaniamentem jedynie fisharmonii. Równie nietypowy okazuje się "Where Did I Belong". Tutaj lider śpiewa już w bardziej typowy dla siebie sposób, ale towarzyszy mu jedynie brzmienie gitary akustycznej, skrzypiec, saksofonu i perkusji. W energetycznym "I Started Walking" w końcu pojawiają się zadziorne solówki Taylora, ale też jakby nieco jazzowa gra sekcji rytmicznej. Dopiero "Open Up a New Door" faktycznie zbliża się do wcześniejszych dokonań Bluesbreakers, jeśli pominąć bardziej wyeksponowaną, jazzującą sekcję dętą. "Fire" to kolejny bardziej eksperymentalny fragment, z bluesową harmonijką i łagodnym śpiewem, ale także z dziwnym tłem fisharmonii, niemal freejazzowymi dęciakami oraz intensywnymi, nieregularnymi partiami Hisemana. Dla odmiany, "I Know Now" to łagodna ballada zdominowana przez brzmienie organów, ale zawierająca też partie klawesynu. Cykl kończy "Look in the Mirror", łączący piosenkowe partie Mayalla i bluesowe zagrywki Taylora z niemal jazzrockowymi popisami Reevesa, Hisemana oraz sekcji dętej.

Druga strona albumu, zatytułowana "Another Side", nie zawiera już tak eksperymentalnych utworów, aczkolwiek charakteryzuje się wciąż sporym rozrzutem stylistycznym. Na poprzednie albumy Bluesbreakers spokojnie mogłyby trafić dwa wolne bluesy, "I'm a Stranger" i "Killing Floor", choć raczej w wersjach z mniejszym udziałem dęciaków. Ale pozostały materiał odchodzi od wcześniej wypracowanej stylistyki. Jest tu i nieco funkowy "No Reply", i jakby folkowa, akustyczna ballada "Sandy", i kolejna porcja grania o bardziej jazzowym zabarwieniu, w postaci piosenkowego "She's Too Young" i instrumentalnego "Hartley Quits". Ten ostatni nawiązujące do odejścia z zespołu perkusisty Keitha Hartleya, który nagrał z Mayallem albumy "The Blues Alone" i "Crusade". Jest też jednym z nielicznych w sumie fragmentów "Bare Wires", gdzie nieco bardziej wykazać może się Taylor, na ogół ustępujący innym muzykom, nawet sekcji rytmicznej. O ile jednak w przypadku poprzednich albumów podkreślałem, że ich najlepszym elementem są solowe partie gitary, tak tutaj dzieje się tyle ciekawego, że nawet nie odczuwa się tego, że solowej gitary jest mniej. A gdy już się pojawia, to ekscytuje nawet bardziej.

"Blues Wires" to album inny od poprzednich dzieł Johna Mayalla, już nie tak hermetycznie bluesrockowy, lecz bardzo różnorodny. Pojawiło się tutaj wiele świetnych pomysłów, choć chyba nie do końca rozwiniętych. Zaprezentowana tutaj stylistyka do perfekcji została doprowadzona dopiero rok później i to nie przez Mayalla, lecz Jona Hisemana, Dicka Heckstall-Smitha i Tony'ego Reevesa pod szyldem Colosseum. Jednak Mayall też bardzo ciekawie ją rozwinął - w nieco innym, ale zapoczątkowanym tutaj kierunku - na albumie "The Turning Point", również wydanym w następnym roku. Warto jednak pamiętać, że to właśnie na "Bare Wires" ojciec brytyjskiego bluesa wyszedł ze swojej niszy i pokazał większą wszechstronność oraz prawdziwie artystyczne ambicje. Jest to też bez wątpienia jeden z jego najlepszych albumów.

Ocena: 8/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)

Bare Wires Suite: 1. Bare Wires; 2. Where Did I Belong; 3. I Started Walking; 4. Open Up a New Door; 5. Fire; 6. I Know Now; 7. Look In The Mirror; Another Side: 8. I'm a Stranger; 9. No Reply; 10. Hartley Quits; 11. Killing Time; 12. She's Too Young; 13. Sandy

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, instr. klawiszowe, gitara; Mick Taylor - gitara; Tony Reeves - gitara basowa, kontrabas; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Chris Mercer - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Henry Lowther - kornet, skrzypce
Producent: Mike Vernon i John Mayall