31 lipca 2020

[Recenzja] The Group - "The Feed-Back" (1970)



Skoro może być zespół o nazwie The Band, to czemu nie miałoby być grupy posługującej się szyldem The Group? Tak naprawdę włoski kolektyw zaczął swoją działalność kilka lat wcześniej, w 1964 roku, początkowo posługując się znacznie dłuższą nazwą Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza. W składzie znaleźli klasycznie wykształceni muzycy, z których największą karierę zrobił później Ennio Morricone. Światową sławę niedawno zmarłemu kompozytorowi przyniosła przede wszystkim tworzona przez niego muzyka filmowa, szczególnie ta towarzysząca dziełom Sergia Leone (choć w Polsce pamięta się go głównie za ścieżkę dźwiękową "Misji" Rolanda Joffé'a). Tutaj Morricone występuje w roli trębacza, a sama muzyka ma zdecydowanie bardziej awangardowy charakter.

Najwcześniejsze dokonania Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza łączyły improwizację z eksperymentami brzmieniowymi, wykorzystując preparowane instrumenty, taśmy, elektroniczne generatory oraz inne techniki zaczerpnięte z muzyki konkretnej, serializmu i ogólnie współczesnej awangardy. Z czasem muzycy poszerzyli nieco swoje inspiracje, co interesująco zostało udokumentowane na albumie "The Feed-Back". Oryginalne wydanie z 1970 roku nie zawiera nazwy zespołu, dlatego tytuł tego wydawnictwa przyjęło się traktować także jako wykonawcę. Kiedy jednak album doczekał się pierwszego wznowienia, co nastąpiło dopiero w 2014 roku (ukazał się na płycie kompaktowej oraz w zestawie winyl + kompakt), dodano następującą adnotację: The Group as The Feed-Back. Niektóre źródła, np. Rate Your Music, jako wykonawcę podają po prostu The Group i jest to chyba najlepsze rozwiązanie.

Ennio Morricone (10.11.1928 - 6.7.2020)

Na "The Feed-Back" składają się tylko trzy nagrania o łącznym czasie... 28 minut. Tak naprawdę można je potraktować jako jedną całość, gdyż są do siebie bardzo podobne. Zbudowane są na bardzo rytmicznej, dość jednostajnej grze perkusisty Vincenzo Restuccii, która wywołuje bardzo wyraźnie skojarzenia z krautrockiem - szczególnie z okolic Neu!, Can i bardzo wczesnego Kraftwerk. Do tego dochodzą gitarowe sprężenia Bruno Battisti D'Amario, a także zdecydowanie freejazzowe partie trąbki Morricone oraz puzonu Johna Heinemana. Czasem pojawiają się jeszcze atonalne dźwięki skrzypiec oraz inne, bliżej niezidentyfikowane szumy i odgłosy. I to właściwie tyle. Niespełna półgodzinna improwizacja złożona z wymienionych przed chwilą elementów, zapewne nieco podrasowana poprzez studyjną obróbkę dźwięku. A jednak brzmi to bardzo intrygująco, wciągająco i w sumie niepodobnie do niczego, co w życiu słyszałem. Widoczne w etykietach hasła "krautrock" i "free jazz" nie oddają do końca zawartości tego albumu, ale nic bardziej precyzyjnego nie jestem w stanie tu umieścić.

O ile w przypadku zmarłego parę miesięcy wcześniej Krzysztofa Pendereckiego jego wczesny, awangardowy okres jest dość dobrze znany, tak eksperymentalne początki Ennio Morricone dla wielu mogą być sporym zaskoczeniem. Album "The Feed-Back" powinien jednak zainteresować wielbicieli wspomnianych wyżej stylistyk. 

Ocena: 8/10



The Group - "The Feed-Back" (1970)

1. The Feed-Back; 2. Quasars; 3. Kumalo

Skład: Ennio Morricone - trąbka; John Heineman - puzon, pianino, skrzypce basowe; Bruno Battisti D'Amario - gitara; Walter Branchi - kontrabas; Vincenzo Restuccia - perkusja; Mario Bertoncini - instr. perkusyjne, pianino, głos; Egisto Macchi - instr. perkusyjne
Producent: Jim Foglesong


29 lipca 2020

[Recenzja] Kraftwerk - "Kraftwerk 2" (1972)



Podoba mi się pomysł z bliźniaczymi okładkami dwóch pierwszych albumów Kraftwerk. Jednak ponoć nie wszyscy właściwie zrozumieli ten koncept. "Dwójka" rzekomo sprzedawała się słabiej od swojego poprzednika, ponieważ grafika sugerowała, że to tylko wznowienie debiutu. Dziś problem ten i tak jest nieaktualny, gdyż oba wydawnictwa - podobnie jak wydany tuż po nich "Ralf & Florian" - nie były oficjalnie wznawiane od końca lat 70. Legalne wydanie na płycie kompaktowej lub chociaż dostępność w serwisach streamingowych pozostaje marzeniem fanów. Od kilku lat mówi się o planowanym boksie zbierającym te wczesne dokonania (na wzór "The Catalogue" z późniejszymi albumami), jednak plany te nie nabierają realnych kształtów.

Nieco mniej podoba mi się sama muzyka. W zasadzie niewiele zmieniło się od czasu "Jedynki". Ralf Hütter i Florian Schneider wciąż eksperymentują z tradycyjnymi instrumentami, jak organy, flet, skrzypce czy gitary, poszerzając ich możliwości za pomocą studyjnej obróbki. Tym razem nie towarzyszy im żaden perkusista, a jedynie - i to tylko w jednym nagraniu - prymitywny automat perkusyjny. Skutkiem rezygnacji z rytmiki było całkowite zerwanie jakichkolwiek związków z muzyką rockową, obecnych jeszcze na debiucie. I to praktycznie jedyny krok naprzód. Krok w stronę bardziej odhumanizowanej muzyki, która przyniosła grupie wielką popularność. Późniejszy sukces wynikał jednak także z większej komunikatywności materiału. Tymczasem "Kraftwerk 2" to muzyczny eksperyment, skupiający się na samym dźwięku i jego brzmieniu. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się tu 17-minutowy otwieracz, "Klingklang". To właśnie w nim wykorzystano automat, którego delikatny puls towarzyszy subtelnym, niemalże ambientowym pasażom instrumentów, wprowadzając w hipnotyzujący nastrój. Przyjemnie wypada też drugi z kolei, jeśli chodzi o długość, ale już tylko niespełna 10-minutowy "Wellenlänge", z przeplatającymi się, pozornie jednostajnymi partiami gitary zwykłej i basowej. Pozostałe, znacznie już krótsze nagrania, są zbudowane na podobnej zasadzie, jednak efekt jest trochę mniej intrygujący ("Strom", "Harmonika") lub wręcz nieco irytujący ("Atem", "Spule").

"Kraftwerk 2" jest świadectwem stopniowego rozwoju zespołu. Jednak efekt moim zdaniem pozostawia dużo do życzenia. To przede wszystkim zapis studyjnych eksperymentów Ralfa i Floriana, bardziej interesujących pod względem formalnym niż jako muzyka do słuchania. Mnie w każdym razie nie zachęca, by do niej wracać.

Ocena: 6/10



Kraftwerk - "Kraftwerk 2" (1972)

1. Klingklang; 2. Atem; 3. Strom; 4. Spule; 5. Wellenlänge; 6. Harmonika

Skład: Ralf Hütter - instr. klawiszowe, harmonia, gitara basowa, elektroniczna perkusja, instr. perkusyjne; Florian Schneider - flet, skrzypce, gitara, elektronika, instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank i Kraftwerk


27 lipca 2020

[Recenzja] Archie Shepp - "The Way Ahead" (1968)



W Impulse! Records trzymano rękę na pulsie. Choć w drugiej połowie lat 60. wytwórnia specjalizowała się w awangardowych odmianach jazzu, jej szefostwo nie pozostało obojętne na ówczesną popularność rocka psychodelicznego. Oczywiście, nie zaczęto nagle wydawać płyt w tym stylu. Jednak próbowano wzbudzić zainteresowanie jego odbiorców. W materiałach promocyjnych pośmiertnego albumu Johna Coltrane'a "Om" podkreślano, że muzycy nagrali go będąc na kwasie. Z kolei opublikowany w tym samym roku "The Way Ahead" Archie'ego Sheppa ozdobiono bardzo psychodeliczną grafiką. Bynajmniej nie sprawiło to, że hipisi zaczęli masowo kupować albumy z free jazzem. A może powinni, bo słuchanie ówczesnych wydawnictw Impulse! może wprowadzić w stan podobny ponoć do tego po zażyciu psychodelików. A poza tym znalazła się na nich naprawdę świetna muzyka.

Nie mogło być zresztą inaczej, skoro na takim "The Way Ahead" Sheppowi towarzyszą Ron Carter, Roy Haynes, Beaver Harris, Walter Davis Jr., Jimmy Owens oraz Grachan Moncur III. Szczególnie obecność tego ostatniego - wybitnego puzonisty, autora rewelacyjnego "Evolution" i współautora najlepszych płyt Jackiego McLeana - podnosi oczekiwania. Nie do końca spełnia je otwierająca całość kompozycja Davisa, "Damn If I Know (the Stroller)". To niemalże konwencjonalny blues, z bardzo zachowawczo grającym zespołem. Jedynie zadziorne solówki Sheppa dodają odrobinę freejazzowego charakteru. Całkiem odmienny charakter ma ponad dwukrotnie dłuższy "Frankenstein" - nowa interpretacja kompozycji Moncura, oryginalnie wydanej na "One Step Beyond" McLeana. To jeden z licznych dowodów kompozytorskiego talentu puzonisty. W tym nagraniu już cały skład wykazuje się sporą kreatywnością oraz zdolnością do kolektywnej improwizacji. No własnie - w porównaniu z poprzednim wydawnictwem saksofonisty, "The Magic of Ju-Ju", "The Way Ahead" jest znacznie bardziej zespołowym albumem, niezdominowanym tak mocno przez lidera. "Frankenstein" to granie niewątpliwie freejazzowe, bardzo swobodne, w którym wiele dzieje się jednocześnie, ale poszczególnym partiom (choć nie wszystkim) nie można odmówić sporej wyrazistości i melodyjności. W podobnym kierunku zmierza "Fiesta" Sheppa. a całości dopełnia interpretacja "Sophisticated Lady" Duke'a Ellingtona, której nastrojowy charakter kontrapunktują agresywne partie saksofonu. Żaden z tych dwóch utworów nie jest aż tak dobry, jak poprzedzające je nagranie, ale to wciąż wspaniała muzyka.

Na niektórych kompaktowych wznowieniach znalazł się bonus w postaci dwóch innych utworów. Choć zostały zarejestrowane podczas tej samej sesji, 29 stycznia 1968 roku, nieco inny jest skład. Waltera Davisa i Rona Cartera zastąpili Dave Burrell i Walter Booker, doszedł też grający na saksofonie barytonowym Charles Davis. Pierwszy z tych utworów. to kolejna rewelacyjna kompozycja Moncura, "New Africa". W porównaniu z podstawowym repertuarem, jest to znacznie bardziej uduchowione nagranie, trochę w klimacie dokonań Johna Coltrane'a z połowy dekady. Tu także liczy się przede wszystkim granie zespołowe, wzajemna interakcja, a nie solowe popisy - których też nie brakuje, aczkolwiek nikt nie próbuje skupiać uwagi wyłącznie na sobie, kosztem pozostałych instrumentalistów. Drugi bonus to "Bakai", kompozycja trębacza Cala Masseya, znana przede wszystkim z eponimicznego debiutu Trane'a z 1957 roku. Cztery lata później nagrał ją też sam kompozytor, choć ta wersja nie ukazała się aż do końca lat 80. Musieli ją jednak słyszeć Shepp i pozostali uczestnicy sesji "The Way Ahead", gdyż ich wykonanie jest bardzo podobne, tylko trochę zadziorniejsze. Oba bonusy po raz pierwszy ukazały się na kompilacji "Kwanza" z 1974 roku, zbierającej niewykorzystane nagrania z różnych sesji Sheppa. W międzyczasie Moncur ponownie nagrał "New Africa" podczas sesji do tak samo zatytułowanego albumu z 1969 roku.

"The Way Ahead" mógłby być nieco lepszym, bardziej spójnym albumem, gdyby na podstawowym wydaniu któryś z tych bonusów zajął miejsce niezbyt pasującego "Damn If I Know". Zapewne o wyborze tego ostatniego zadecydowała jego długość, dzięki której obie strony winylowego wydania mogły mieć wyrównaną długość. Mogła to być też celowa próba dotarcia do nieco szerszej publiczności. Mimo wszystko, jest to bardzo dobry album. Za jego największe zalety uważam bogate brzmienie i zespołowe podejście muzyków. Wielbiciele takiej stylistyki nie będą rozczarowani.

Ocena: 8/10



Archie Shepp - "The Way Ahead" (1968)

1. Damn If I Know (the Stroller); 2. Frankenstein; 3. Fiesta; 4. Sophisticated Lady

Skład: Archie Shepp - saksofon tenorowy; Jimmy Owens - trąbka; Grachan Moncur III - puzon; Walter Davis Jr. - pianino; Ron Carter - kontrabas; Roy Haynes - perkusja (1,3); Beaver Harris - perkusja (2,4)
Producent: Bob Thiele


25 lipca 2020

[Recenzja] Sonic Youth - "Sonic Youth" (1982)



Debiutanckie wydawnictwo Sonic Youth bywa różnie klasyfikowane. Według niektórych źródeł jest to album, zdaniem innych EPka. Za tym drugim przemawia czas trwania, wynoszący niespełna dwadzieścia pięć minut. Sami muzycy zawsze jednak podkreślali, że to pełnoprawny album. Bez względu na to, jak traktować tę płytę, jest to całkiem interesujące wydawnictwo, pokazujące nieco inne oblicze Sonic Youth. W przeciwieństwie do swoich późniejszych wydawnictw, Thurston Moore, Lee Ranaldo i Kim Gordon (wsparci przez perkusistę Richarda Edsona, który odszedł niedługo po nagraniu tego materiału) używają tutaj niemal wyłącznie standardowego strojenia i czystego brzmienia gitar. Uwagę zwraca także nieco funkowa praca sekcji rytmicznej. Sprawia to, że zawarta tu muzyka bliższa jest post-punku czy no wave niż późniejszych, bardziej noise'owych albumów grupy. Wśród prawdopodobnych inspiracji można wymienić The Velvet Underground, The Stooges, MC5, Can, Talking Heads, ale też awangardzistę Glenna Brankę. Zresztą z tym ostatnim Ranaldo i Moore współpracowali i to właśnie od niego przejęli niekonwencjonalne sposoby wykorzystania gitar.

Na eponimiczne wydawnictwo Sonic Youth składa się tylko pięć utworów. To bardzo spójny materiał. Poszczególne nagrania opierają się na uporczywych repetycjach, mających w sobie coś pierwotnego, dzikiego. Jednocześnie utrzymane są w dość ponurym nastroju, który interesująco kontrastuje z momentami niemalże taneczną rytmiką. Choć w czterech pierwszych kawałkach pojawiają się partie wokalne (głównie Moore'a, z wyjątkiem "I Dream I Dreamed", w których słychać głosy Gordon i Ranaldo), nie stwarzają one nawet pozorów normalności. Wręcz przeciwnie, są doskonale dopasowane do niekonwencjonalnego charakteru muzyki. Ciekawie wypada otwierający całość "The Burning Spear", w którym oprócz ciekawego wykorzystania gitar, słychać też pomysłowo wplecione dźwięki... wiertarki. Chyba jeszcze lepszy okazuje się wspomniany już "I Dream I Dreamed", w którym muzycy intrygująco budują napięcie. Z kolei "She Is Not Alone" zdaje się nawiązywać do muzycznych tradycji z bardziej egzotycznych rejonów świata, a konkretnie do indonezyjskiego gamelanu. To najbardziej subtelny fragment tego wydawnictwa, jego intensywność nie pozwala jednak na wytchnienie. Egzotycznie brzmi także warstwa rytmiczna "I Don't Want to Push It". Jednak ten utwór ma już bardziej hałaśliwe brzmienie, w jakimś stopniu zapowiadając późniejsze dokonania Sonic Youth. Ale najważniejszym fragmentem jest tu chyba ośmiominutowy instrumental "The Good and the Bad", w którym muzycy w najciekawszy, najbardziej totalny sposób traktują gitary.

Wydane pięć lat później wznowienie na kasecie magnetofonowej zawiera cały oryginalny materiał na stronie A, podczas gdy na stronie B zamieszczono wszystkie utwory puszczone od tyłu. Wbrew pozorom, nie jest to bezsensowny dodatek - w takiej wersji ta muzyka również brzmi interesująco, choć bardziej doskwiera monotonność. Na niektórych kompaktowych reedycjach dodano natomiast nienajlepszej jakości nagrania koncertowe z występu na nowojorskim Music for Millions Festival z września 1981 roku, a także studyjny utwór "Where the Red Fern Grows", będący w rzeczywistości instrumentalną wersją demo "I Dream I Dreamed". Najlepiej poszukać oryginalnej wersji, która może i pozostawia pewien niedosyt, ale za to trzyma równy poziom. "Sonic Youth" był całkiem obiecującym debiutem zespołu, który wkrótce miał stać się jednym z ciekawszych muzycznych zjawisk swojej dekady.

Ocena: 7/10



Sonic Youth - "Sonic Youth" (1982)

1. The Burning Spear; 2. I Dream I Dreamed; 3. She Is Not Alone; 4. I Don't Want to Push It; 5. The Good and the Bad

Skład: Thurston Moore - gitara, wokal (1,3,4), gitara basowa (5); Lee Ranaldo - gitara, wiertarka (1), wokal (2); Kim Gordon - gitara basowa, wokal (2), gitara (5); Richard Edson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Sonic Youth


23 lipca 2020

[Recenzja] Dedalus - "Dedalus" (1973)



Debiutancki album włoskiego Dedalus bywa czasem zaliczany do nurtu Canterbury. W końcu o przynależności do niego nie decyduje pochodzenie - choć większość głównych przedstawicieli wywodzi się z tego brytyjskiego miasta - ale to, jaką się wykonuje muzykę. Tak samo jak istnieją nieniemieccy przedstawiciele krautrocka czy niefrancuscy przedstawiciele zeuhlu, tak też można spotkać niebrytyjskich wykonawców nawiązujących do kanterberyjskiego brzmienia. Dość powiedzieć, że Gong, jeden z głównych przedstawicieli tej stylistyki, powstał we Francji, a przez jego skład przewinęli się muzycy o przeróżnych narodowościach. Mniej znanych reprezentantów można znaleźć też w wielu innych krajach. Szczególnie dobrze pod tym względem wypadają Włochy, gdzie oprócz Dedalus działał też Picchio dal Pozzo, mający zresztą znacznie więcej wspólnego z kanterberyjską stylistyką.

W przypadku Dedalus podobieństwa dotyczą nie tyle całego nurtu Canterbury, co tylko jednego z tworzących go zespołów. Na myśli mam oczywiście Soft Machine, szczególnie z okresu od "Third" do "Fifth". Włosi w bardzo podobny sposób łączą rock z jazzem, zbliżone jest też brzmienie, choć bogatsze o gitarę, syntezator, egzotyczne perkusjonalia oraz nietypowy w tej stylistyce instrument, jakim jest wiolonczela. Równie dobrze można przyrównać Dedalus do wczesnego Weather Report, przede wszystkim w subtelniejszych momentach, gdy na pierwszy plan wybijają się brzmienia klawiszowe i perkusjonalia. Z kolei partie gitary, nie tak znów częste, wywołują skojarzenia z Johnem McLaughlinem i jego Mahavishnu Orchestra. Na szczęście, czerpiąc niemało od innych wykonawców jazz-rockowych i fusion, Dedalus potrafił połączyć te wpływy w dość unikalną całość. Ponadto, muzycy niewątpliwie posiadali wystarczające umiejętności do grania w takiej stylistyce. Swoje możliwości wykorzystują nie tylko podczas prezentowania porywających partii solowych, ale też - a może przede wszystkim - przykładają dużą wagę do grania zespołowego. Znajdują przy tym odpowiedni balans między graniem muzyki niekonwencjonalnej, a przystępnej. Trwający niespełna czterdzieści minut longplay składa się z pięciu nagrań, z których większość czasu zajmują dwa: dziewięciominutowy "Santiago" oraz zbliżający się do kwadransa "CT 6". I to właśnie w nich zespół ma najwięcej swobody i może bez ograniczeń zaprezentować na co go stać. Ale reszta płyty także wypada bardzo przyjemnie, żeby wspomnieć tylko o najbliższym stylistyki Weather Report "Conn".

W późniejszym czasie Dedalus bardzo mocno się zradykalizował muzycznie. Wydany w 1974 roku drugi album Włochów, "Materiale per tre esecutori e nastro magnetico", całkowicie odchodzi od muzyki inspirowanej Soft Machine i Weather Report na rzecz swobodnej improwizacji i muzyki konkretnej. Niestety, większe ambicje w tym przypadku nie szły w parze ze wzrostem jakości. Pomimo kilku interesujących fragmentów pokazuje raczej zagubienie i nieporadność muzyków. Szkoda, że zespół nie pozostał przy stylistyce eponimicznego debiutu, bo w takim graniu był naprawdę dobry. Nie odkrywał może niczego nowego, ale i nie ustępował wykonawcom, na których się wzorował.

Ocena: 8/10



Dedalus - "Dedalus" (1973)

1. Santiago; 2. Leda; 3. Conn; 4. CT 6; 5. Brilla

Skład: Marco Di Castri - saksofon tenorowy, gitara, instr. perkusyjne; Fiorenzo Bonansone - wiolonczela, elektryczne pianino, syntezator (3); Furio Di Castri - gitara basowa, instr. perkusyjne; Enrico Grosso - perkusja i instr. perkusyjne; René Mantegna - instr. perkusyjne
Producent: Maurizio Salvadori


21 lipca 2020

[Recenzja] The Andrzej Trzaskowski Quintet - "The Andrzej Trzaskowski Quintet" (1965)



W ostatnim czasie na pewnej facebookowej grupie dotyczącej jazzowych winyli sporo pisano o albumie "Seant" sekstetu Andrzeja Trzaskowskiego. Mniejsza o powody. Każdy jest dobry, by przypominać o takiej muzyce. Na pewno nie mniej, a może nawet bardziej interesujące jest wcześniejsze wydawnictwo pianisty, eponimiczny longplay The Andrzej Trzaskowski Quintet, wydany jako czwarta pozycja w kultowej serii Polish Jazz. A był to nie byle jaki kwintet, gdyż liderowi towarzyszyli Tomasz Stańko, Janusz Muniak, Jacek Ostaszewski oraz nieco mniej znany Adam Jędrzejowski. Nagrywając ten longplay Trzaskowski miał już spore doświadczenie, zdobyte nie tylko graniem w różnych krajowych grupach, ale także jako członek lokalnego zespołu akompaniującego amerykańskiemu jazzmanowi, Stanowi Getzowi, podczas jego polskich występów. Niedługo po tym wydarzeniu sam udał się na występu do USA, będąc pierwszym polskim jazzmanem koncertującym i docenionym po tamtej stronie Atlantyku. Mógł zatem spodziewać się, że jego pierwszy album w roli lidera zyska międzynarodową popularność. Stąd też pewnie dwujęzyczne tytuły utworów. Niestety, ze względu na ówczesną sytuację polityczną Polski, płyta nie mogła ukazać się za granicą. Prezentuje jednak prawdziwie światowy poziom.

"The Andrzej Trzaskowski Quintet" to - obok nagranego w tym samym roku, ale wydanego później "Astigmatic" Krzysztofa Komedy - wydawnictwo, które wniosło do polskiego jazzu nowoczesne, awangardowe podejście. Najbardziej znamienitym przykładem jest trwający osiemnaście minut "Synopsis". Z jednej strony będący doskonałym przykładem jazzowej improwizacji, momentami bliskiej free jazzu, ze świetną interakcją całego składu. A z drugiej - potwierdzeniem kompozytorskich zdolności Trzaskowskiego (wyłącznego kompozytora całego materiału) oraz kreatywnego wprowadzenia tu przez niego elementów muzyki współczesnej, którą studiował m.in. u Eugeniusza Rudnika i Bogusława Schaeffera. Na albumie są też dwa inne utwory zbliżonej jakości, choć już o prawie połowę krótsze. "Sinobrody", nagrany na potrzeby filmu "Walkower" Jerzego Skolimowskiego, to ekspresyjny utwór pozornie bliższy bopowej tradycji, z wyrazistym tematem i swingującą sekcją rytmiczną, ale przy tym pełen improwizatorskiej swobody. Instrumentaliści błyszczą zarówno w swoich solowych popisach, jak i wzajemną współpracą. Z kolei "Wariacje na temat Chmiela" to bardziej uduchowione nagranie, bliskie ówczesnych dokonań Johna Coltrane'a, ale przepełnione słowiańskim duchem. Całości dopełniają trzy subtelne miniatury, w tym hołd dla zmarłego basisty znanego ze współpracy z Ornette'em Colemanem ("Requiem dla Scotta La Faro") oraz dla pianisty Horace'a Silvera, z którym Trzaskowski bywał porównywany ze względu na styl gry ("Ballada z silverowską kadencją"). Są to nagrania dużej urody, aczkolwiek nie tak wybitne, jak reszta albumu.

Jeśli "The Andrzej Trzaskowski Quintet" pod jakimś względem odstaje od płyt wydawanych w tamtym czasie na Zachodzie, to wyłącznie w kwestii brzmienia, które pozostawia trochę do życzenia. Poza tym drobiazgiem, jest to muzyka, z której możemy być tak samo dumni, jak z największych dokonań Krzysztofa Komedy, Tomasza Stańki, Zbigniewa Seiferta i paru innych krajowych jazzmanów.

Ocena: 9/10



The Andrzej Trzaskowski Quintet - "The Andrzej Trzaskowski Quintet" (1965)

1. Requiem dla Scotta La Faro / Requiem for Scotty; 2. Synopsis: Expression I / Expression II / Impression; 3. Ballada z silverowską kadencją / A Ballad with Cadence in Horace Silver's Style; 4. Sinobrody / Bluebeard; 5. Post Scriptum; 6. Wariacje na temat "Chmiela" / "The Hop" - Jazz Variation on a Polish Folk Melody

Skład: Andrzej Trzaskowski - pianino; Janusz Muniak - saksofon altowy, saksofon sopranowy; Tomasz Stańko - trąbka; Jacek Ostaszewski - kontrabas; Adam Jędrzejowski - perkusja
Producent: - 


19 lipca 2020

[Recenzja] Magma - "K.A" (2004)


Powroty rockowych wykonawców po latach fonograficznego milczenia zwykle nie należą do udanych. Od każdej reguły zdarzają się jednak wyjątki. I jednym z nich jest francuska Magma. Równo dwadzieścia lat po kontrowersyjnym "Merci" zespół powrócił z materiałem, który spokojnie można zaliczyć do jego najlepszych albumów. Oczywiście, pod względem personalnym jest to już zupełnie inna grupa, choć na jej czele niezmiennie stoi Christian Vander, a w składzie nie mogło zabraknąć Stelli Vander. Pozostali muzycy w większości dołączyli jeszcze w latach 90., gdy Magma była aktywna wyłącznie koncertowo. W 1998 roku ukazał się nawet premierowy singiel "Flöë Ëssi" / "Ëktah", zarejestrowany w bardzo podobnym składzie, ale jeszcze bez klawiszowca Frédérica d'Oelsnitza oraz wokalistów Himiko i Antoine'a Paganottich (córki i syna Bernarda Paganottiego, byłego basisty Magmy). Te dwa krótkie utwory pokazały, że Vander wciąż ma coś do zaoferowania - aczkolwiek niekoniecznie coś nowego - i rozbudziły apetyt na więcej. Ale na pełen album fani musieli poczekać jeszcze całe sześć lat.

Enigmatyczny tytuł "K.A" to skrót od "Köhntarkösz Anteria". To oczywiste nawiązanie do albumu "Köhntarkösz" z 1974 roku, którego "K.A" jest prequelem. Vander zresztą zaczął pracę nad tym utworem - bo cały longplay jest jedną kompozycją w trzech częściach - już w 1973 roku. Wczesna wersja była prezentowana w tamtym czasie podczas koncertów (fragmenty tych wykonań trafiły na koncertówkę "Inédits" z 1977 roku, którą mogę polecić jedynie największym wielbicielom Magmy ze względu na fatalne brzmienie). Od tamtego czasu przeszedł wiele zmian, dzięki czemu jest jednym z najbogatszych utworów Magmy, pełnym aranżacyjnych niuansów. Wielogłosowe, quasi-operowe partie wokalne w języku kobaiańskim odgrywają tutaj chyba jeszcze większą rolę niż na wcześniejszych wydawnictwach; bardzo mało tutaj fragmentów stricte instrumentalnych (pojawiają się dopiero w drugiej połowie). Jednak wokale są bardzo zróżnicowane i interesująco rozpisane. Sporo dzieje się też w samej muzyce. Oczywiście, podstawą brzmienia dalej jest transowa gra sekcji rytmicznej, choć sam rytm wielokrotnie się zmienia. A czasem nawet staje się bardziej subtelny, na jazzową modłę. Nie brakuje też ciekawych ozdobników na elektrycznym pianinie, syntezatorze czy gitarze, która rzadko kiedy w przypadku tego zespołu była tak wyeksponowana. Pomimo trochę innego rozłożenia akcentów, album spokojnie mógłby ukazać się w latach 70. - co jednak nie znaczy, że brakuje tutaj momentów brzmiących całkiem świeżo, żeby wspomnieć tylko o zwolnieniu w "K.A II" czy o początku "K.A III". Więcej o tych fragmentach nie napiszę, sprawdźcie sami.

Pomimo sporego wyeksploatowania zeuhlowej stylistyki przez Magmę i jej naśladowców, okazało się wciąż możliwe nagranie albumu świeżego i... porównywalnego z najlepszymi dokonaniami sprzed lat. Bo "K.A" to ta sama półka, co klasyczne "Köhntarkösz" i "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh". Jest to jedna z najbardziej kunsztownych kompozycji i aranżacji Vandera, fantastycznie wykonana, z dużą swobodą i lekkością, co równoważy obecny tu patos. Dużo daje też profesjonalna produkcja, dzięki której album jest mniej surowy od dawnych dokonań. Ale i chyba nieco bardziej przystępny.

Ocena: 9/10



Magma - "K.A" (2004)

1. K.A I; 2. K.A II; 3. K.A III

Skład: Stella Vander - wokal, instr. perkusyjne; Isabelle Feuillebois - wokal; Antoine Paganotti - wokal; Himiko Paganotti - wokalEmmanuel Borghi - instr. klawiszowe; Frédéric d'Oelsnitz - instr. klawiszowe; James Mac Gaw - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Magma


17 lipca 2020

[Recenzja] Wire - "Pink Flag" (1977)



Wire to jeden z najciekawszych zespołów, jakie przyniosła tzw. punkowa rewolucja. Debiutancki "Pink Flag" to teoretycznie stricte punkowe granie. Niby tak, ale nie do końca. Do myślenia daje już sam fakt, że longplay ukazał się nakładem Harvest Records - poddziału EMI, który powstał, by wydawać płyty tych bardziej ambitnych wykonawców, na czele z Pink Floyd. I rzeczywiście, trudno postawić ten album w jednym szeregu z wydanym w tym samym roku "Never Mind the Bollocks" Sex Pistols, nie mówiąc już o chałturach innych punkowców. Zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z niechlujnie, agresywnie zagranym rock and rollem, ale z muzyką znacznie bardziej pomysłową, dobrze przemyślaną, bliską już post-punkowego czy nowofalowego myślenia. Powyżej punkowych standardów jest już sama okładka, która równie dobrze mogłaby ozdobić album jakiegoś mniej pretensjonalnego przedstawiciela rocka progresywnego. Nie pojawia się na niej tytuł. Nie jest przecież potrzebny, skoro został przedstawiony graficznie. Bardzo dobrze pasuje to do filozofii zespołu, chętnie rezygnującego ze wszystkiego, co nie jest absolutnie konieczne.

"Pink Flag" to dwadzieścia jeden utworów o łącznym czasie trwania wynoszącym zaledwie trzydzieści pięć minut. Łatwo więc policzyć, że poszczególne nagrania nie są zbyt długie. Muzycy doszli do wniosku, że skoro ich kompozycje, zgodnie z przyjętą konwencją, opierają się na jednym czy dwóch motywach, to nie ma sensu powtarzać ich dłużej niż potrzeba do zaśpiewania całego tekstu - a w tekstach również konsekwentnie unikają dłużyzn i powtórzeń. Tym samym praktycznie zrezygnowano tu z jakichkolwiek ozdobników w rodzaju solówek, nie ma też żadnych kombinacji ze zmianami tempa czy nastroju. Jednocześnie cały czas słychać, że ta prostota nie jest wynikiem braku umiejętności instrumentalistów, ale celowym wyborem. Zwraca uwagę świetna gra sekcji rytmicznej, bardzo wyrazista i urozmaicona, a gitarzystom też zdarzają się całkiem pomysłowe zagrywki. Zdecydowanie nie jest to typowo punkowe rzępolenie.

Co więcej, choć każdy z tych dwudziestu jeden kawałków opiera się na podobnych patentach, a ich brzmienie i tempo różni się nieznacznie, to każdy z nich jest nieco inny. Nie mam tutaj wrażenia słuchania jednego nagrania w kółko. Na tle całości najbardziej wyróżniają się "Reuters", tytułowy "Pink Flag" oraz "Strange" - nie tylko ze względu na czas trwania przekraczający trzy (!) minuty, ale też wolniejsze tempo, wysunięcie na pierwszy plan sekcji rytmicznej, a także mroczniejszy nastrój. Jednak krótsze kawałki też wypadają całkiem interesująco, żeby wspomnieć tylko o niespełna półminutowym "Field Day for the Sundays", z całkiem pomysłowym operowaniem pauzami, czy niewiele dłuższym, ale zawierającym kilka zmian rytmu "The Commercial", będącym prawdopodobnie pierwszym punkowym nagraniem bez tekstu. Tutaj jednak nie ma żadnych wpadek. Cały album zachwyca potężną dawką energii oraz naprawdę świetnymi melodiami. Jeśli chodzi o to ostatnie, to muszę koniecznie wspomnieć o takich tytułach, jak "Ex Lion Tamer", "Straight Line", "Fragile", "Mannequin", "Champs" i "Feeling Called Love".

"Pink Flag" to według mnie wzorowa muzyka użytkowa - przystępna, bezpretensjonalna, pełna energii oraz chwytliwych, niewymuszonych melodii, a przy tym niepopadająca w niezamierzony banał ani kicz. Jednocześnie całkiem dobrze się jej słucha nie tylko w tle, ale również w większym skupieniu, gdy można wyłapać różne smaczki. Natomiast ze względu na dużą ilość różnorodnych utworów nie jest to płyta, którą łatwo zapamiętać, a tym samym nie powinna szybko się znudzić. Warto też dodać, że choć longplay nie był komercyjnym sukcesem w momencie wydania, to z czasem stał się kultową pozycją, zajmującą miejsce w przeróżnych mniej i bardziej profesjonalnych rankingach najważniejszych płyt. Całkowicie zasłużenie. To w końcu jeden z pierwszych punkowych albumów, które pokazały, że tego typu muzyka może być naprawdę ciekawa.

Ocena: 8/10



Wire - "Pink Flag" (1977)

1. Reuters; 2. Field Day for the Sundays; 3. Three Girl Rhumba; 4. Ex Lion Tamer; 5. Lowdown; 6. Start to Move; 7. Brazil; 8. It's So Obvious; 9. Surgeon's Girl; 10. Pink Flag; 11. The Commercial; 12. Straight Line; 13. 106 Beats That; 14. Mr. Suit; 15. Strange; 16. Fragile; 17. Mannequin; 18. Different to Me; 19. Champs; 20. Feeling Called Love; 21. 12 X U

Skład: Colin Newman - wokal, gitara; Bruce Gilbert - gitara; Graham Lewis - gitara basowa, dodatkowy wokal; Robert "Gotobed" Grey - perkusja
Gościnnie: Mike Thorne - pianino (1), dodatkowy wokal (1,14); Kate Lukas - flet (15); Dave Oberlé - dodatkowy wokal (17)
Producent: Mike Thorne


15 lipca 2020

[Recenzja] Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - "Atlantis" (1969)



Album "Atlantis" pierwotnie ukazał się w 1969 roku, w niskim nakładzie wypuszczonym przez własną wytwórnię Saturn. Znalazło się na nim pięć utworów, których tytuły zostały zainspirowane nazwami fikcyjnych lub rzeczywistych miejsc na świecie. Cztery lata później longplay został uwzględniony w serii reedycji wybranych dokonań Sun Ra i Arkestry, dokonanych przez prestiżową Impulse! Records. W tej wersji zyskał zupełnie nową okładkę, a chociaż spis utworów wygląda tak samo, to pod tytułem "Yucatan" kryje się całkowicie inny utwór. Nie alternatywne podejście do tego samego tematu, ale zupełnie inna kompozycja (o ile w tym przypadku można w ogóle mówić o kompozycjach, gdyż są to raczej improwizacje). Oba nagrania pojawiły się na kompaktowej reedycji Evidence z 1993 roku. Po raz kolejny zmieniono też okładkę, tym razem na nawiązującą do oryginalnego projektu, ale utrzymaną w fioletowo-żółtej kolorystyce.

Pierwsza strona albumu powstawała w latach 1967-69 w nowojorskim Sun Studios, będącym częścią komuny, w której mieszkali członkowie Arkestry. Cały ten materiał to praktycznie prezentacja możliwości nowego nabytku Sun Ra - klawinetu marki Hohner, czyli zelektryfikowanej wersji klawikordu. Wydobywane z niego dźwięki czasem do złudzenia przypominają elektryczną gitarę, a jednocześnie mają też swój własny, niepowtarzalny charakter. Misternym, choć jakby nieco przypadkowym partiom lidera przeważnie towarzyszą tylko bębny i perkusjonalia, czasem obecne na dalszym planie, kiedy indziej bardziej wyeksponowane. Sporadycznie pojawia się też saksofon tenorowy Johna Gilmore'a, wchodzący w fajne dialogi z klawinetem. Jest to zatem muzyka o raczej minimalistycznym charakterze. Efekt jest jednak bardzo intrygujący i szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, bym słyszał cokolwiek podobnego.

Zupełnie inaczej prezentuje się tytułowy "Atlantis", wypełniający stronę B winyla. Nagranie zostało zarejestrowane w nowojorskim Olatunji Cultural Center (źródła nie są zgodne, czy był to 1967 czy 1969 rok). Tutaj Sun Ra korzysta z bardziej typowych dla siebie instrumentów, czyli elektrycznych organów i prekursora analogowych syntezatorów, urządzenia o nazwie Clavioline. A towarzyszą mu nie tylko liczni bębniarze i perkusjonaliści, ale także rozbudowana sekcja dęta, obejmująca muzyków grających na różnych rodzajach saksofonów, trąbkach, puzonach, fletach, oboju, klarnecie basowym oraz waltorni (co ciekawe, w składzie znów brakuje basisty). Brzmienie jest zatem znacznie bogatsze i różnorodne, natomiast sam utwór to nieprzewidywalna, szalona improwizacja. Tu jednak także udaje się stworzyć intrygujący klimat, w pewnym momencie kojarzący się nawet z "The Devil's Triangle" King Crimson, choć "Atlantis" jeszcze bardziej odchodzi od powszechnie rozumianej melodii i nawet w najmniejszym stopniu nie stwarza wrażenia zaplanowanej kompozycji.

Cechą charakterystyczną tego longplaya jest właściwie amatorskie brzmienie (szczególnie w przypadku strony B), choć trzeba przyznać, że wyjątkowo dobrze pasuje do tej zwariowanej, nieprzewidywalnej muzyki. Inna sprawa, że to jedno z bardziej przystępnych wydawnictw Sun Ra z tego okresu (przynajmniej strona A), aczkolwiek wciąż jest to muzyka stawiająca duże wymagania słuchaczowi, który musi się wykazać otwartością i osłuchaniem, by ją docenić. Nie piszę tego po to, aby podkreślić jakim to jestem wyrafinowanym słuchaczem, ale żeby ostrzec osoby, które wolą jak w muzyce wszystko jest poukładane, melodyjne i przyjemne. Oczywiście, zachęcam je do poszerzenia swoich horyzontów, ale to raczej nie jest dobry album na początek. Za to wszystkim bardziej doświadczonym, lubiącym mniej konwencjonalną muzykę, a jeszcze nieznającym tego materiału, gorąco go polecam.

Ocena: 8/10



Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - "Atlantis" (1969)

1. Mu; 2. Lemuria; 3. Yucatan; 4. Bimini; 5. Atlantis

Skład: Sun Ra - klawinet (1-4), organy (5), Clavioline (5); John Gilmore - saksofon tenorowy (1,2,5), instr. perkusyjne; Robert Barry - perkusja i instr. perkusyjne; Clifford Jarvis - instr. perkusyjne (1-4), perkusja (5); Pat Patrick - instr. perkusyjne (4), saksofon barytonowy (5), flet (5); Marshall Allen - instr. perkusyjne (4), saksofon altowy (5), obój (5), flet (5); James Jacson - instr. perkusyjne (4,5); Danny Davis - saksofon altowy (5); Danny Ray Thompson - saksofon altowy (5); Robert Cummins - klarnet basowy (5); Robert Northern - waltornia (5); Akh Tal Ebah - trąbka (5); Wayne Harris - trąbka (5); Ali Harsan - puzon (5); Charles Stephens - puzon (5)
Producent: Alton Abraham

Po prawej: okładka wydania Impulse! Records (1973)


13 lipca 2020

[Recenzja] Faust - "Faust IV" (1973)



Album "So Far", choć znacznie przystępniejszy od eponimicznego debiutu Faust, pod względem komercyjnym podzielił los swojego poprzednika. Przedstawiciele wytwórni Polydor wymówili wówczas grupie kontrakt. Jednak Uwe Nettelbeck szybko znalazł dla swoich podopiecznych nowego wydawcę, uderzając do właśnie utworzonej brytyjskiej Virgin Records. Faust był jednym z pierwszych wykonawców w jej katalogu, obok Mike'a Oldfielda, Gong, Henry Cow oraz swoich rodaków z Tangerine Dream. Zgodnie z umową, jaką Nettelbeck zawarł z wytwórnią, producent dostarczył przygotowany przez siebie kolaż różnych ścinków, które pozostały po wcześniejszych sesjach zespołu. "The Faust Tapes", jak nazwano ten album, sprzedawano w cenie zwykłego singla, który w zależności od źródła rozszedł się w ilości pomiędzy 60 a 100 tysięcy sztuk. Ze względu na swoją cenę longplay został usunięty z oficjalnego brytyjskiego notowania, jednak osiągnął swój cel - przedstawił Faust brytyjskiej publiczności, która teraz z zainteresowaniem czekała na kolejne wydawnictwa.

Pierwsza właściwa sesja zespołu dla Virgin odbyła się w czerwcu 1973 roku w przerobionej na studio posiadłości The Manor w angielskim hrabstwie Oxfordshire. Nagrania nie szły jednak tak szybko, jak oczekiwano. W rezultacie muzycy nie zdążyli zarejestrować wystarczającej ilości materiału i konieczne było sięgnięcie po starsze nagrania, dokonane jeszcze w Niemczech - wybrano dwa utwory, "Krautrock" i "It's a Bit of a Pain". Był to strzał w dziesiątkę. Obie kompozycje bardzo wzbogaciły ten album i nadały mu interesującego kształtu. "Krautrock" doskonale sprawdza się jako otwieracz, a sam tytuł opisuje go w najlepszy możliwy sposób. Jest to krautrock w najczystszej formie, oparty na motorycznym rytmie, któremu towarzyszą drone'owe partie różnych instrumentów o jednocześnie psychodelicznym i zgiełkliwym brzmieniu. Jest to najdłuższe na płycie, blisko dwunastominutowe nagranie, które potrafi wprowadzić słuchacza w trans.

Później jednak charakter albumu dość znacząco się zmienia, bo kolejne utwory posiadają bardziej wyraziste struktury i melodie. Ich inspirację zdają się sięgać nowojorskiej sceny końca lat 60., przede wszystkim zgiełkliwych, ale na swój sposób chwytliwych quasi-piosenek The Velvet Underground z albumu "White Light/White Heat". Jednocześnie zdają się zapowiadać późniejsze style w rodzaju post-punku czy noise rocka i do dziś brzmią bardzo świeżo. Świetnie wypada oparty na jakby reggae'owej rytmice, autentycznie przebojowy "The Sad Skinhead". Jeszcze lepszym utworem jest "Jennifer", wyróżniający się naprawdę ładną melodią, która z czasem niknie pod warstwą zgiełku. Na wspomnienie zdecydowanie zasługuje także intensywny "Giggy Smile / Picnic on a Frozen River, Deuxieme Tableau", w którym dzieje się naprawdę sporo - jest tu nawet jazzujące solo saksofonu.

Choć tak naprawdę każde nagranie coś wnosi i zdaje się ważne dla całości. Nawet pozornie odstający od innych, delikatniejszy, jakby folkowy "Läuft...Heißt Das Es Läuft Oder Es Kommt Bald...Läuft" z czasem nabiera sensu za sprawą finałowego "It's a Bit of a Pain", w którym powracają folkowe naleciałości, ale zestawione z bardziej hałaśliwymi partiami. W tym kontekście ważne są też instrumentale "Just a Second" i "Run", pokazujące bardziej eksperymentalne oblicze grupy, dzięki czemu pierwsza ścieżka nie sprawia wrażenia oderwanej od reszty albumu.

"Faust IV" nie okazał się komercyjnym sukcesem - w ogóle nie wszedł do notowań - przez co przedstawiciele Virgin zaczęli podchodzić do niemieckiej grupy znacznie mniej przychylnie. Kiedy muzycy zaprezentowali materiał na kolejny album, wytwórnia zdecydowanie go odrzuciła (fragmenty tez sesji zostały wydane jako "Munic & Elsewhere" w 1986 roku), co doprowadziło do rozwiązania zespołu na wiele lat. Dziś jednak "Faust IV" jest bardzo cenionym wśród krytyków i słuchaczy albumów, o czym świadczy obecność w licznych rankingach i przeglądach, chociażby w książce "1001 Albumów...". W przeciwieństwie do bardzo wielu klasyków z tamtego okresu, "Czwórka" bardzo dobrze zniosła próbę czasu. Zaproponowane przez grupę rozwiązania są do dziś chętnie stosowane w różnych rodzajach rocka, nie tylko przez wszelkiej maści epigonów i pogrobowców, ale przede wszystkim przez twórców kreujących współczesne oblicze tego gatunku.

Ocena: 9/10



Faust - "Faust IV" (1973)

1. Krautrock; 2. The Sad Skinhead; 3. Jennifer; 4. Just a Second; 5. Giggy Smile / Picnic on a Frozen River, Deuxieme Tableau; 6. Läuft...Heißt Das Es Läuft Oder Es Kommt Bald...Läuft; 7. Run; 8. It's a Bit of a Pain

Skład: Gunter Wüsthoff - syntezator, saksofon; Hans Joachim Irmler - organy; Rudolf Sosna - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Jean-Hervé Péron - gitara basowa, wokal; Werner Diermaier - perkusja
Producent: Uwe Nettelbeck


11 lipca 2020

[Recenzja] The Band - "Music from Big Pink" (1968)



The Band. Niezwykle prosta i celna nazwa dla grupy muzycznej. Początkowo muzycy używali szyldu The Hawks. Gdy jednak zostali zaproszeni do współpracy przez Boba Dylana, powszechnie zaczęto nazywać ich po prostu zespołem. Nawet na plakatach promujących koncerty można było przeczytać szyld Bob Dylan and the Band. W skład zespołu wchodzili gitarzysta Robbie Robertson, klawiszowcy Richard Manuel i Garth Hudson, basista Rick Danko oraz perkusista Levon Helm. Od września 1965 do maja 1966 intensywnie koncertowali z Dylanem, pomagając mu odtworzyć elektryczną muzykę z albumów "Bring It All Back Home" i "Highway 61 Revisited". Kiedy jednak Bob przystąpił do nagrywania kolejnego albumu, "Blonde on Blonde", z muzyków The Band towarzyszył mu jedynie Robertson. Promująca to wydawnictwo trasa koncertowa nie doszła do skutku. Oficjalnie z powodu wypadku motocyklowego Dylana, choć istnieje wiele wątpliwości, czy takie wydarzenie w ogóle miało miejsce. Faktem jest, że artysta przez długi czas nie pokazywał się publicznie, a do regularnego koncertowania powrócił dopiero w 1974 roku.

Latem 1967 roku Bob Dylan i The Band na kilka tygodni zamieszkali w dużym różowym domu mieszczącym się w miejscowości West Saugerties, nieopodal Nowego Jorku. Muzycy zajęli się komponowaniem nowych utworów, które od razu rejestrowali w urządzonym w piwnicy studiu. Fragmenty tej sesji zostały po latach wydane na dwupłytowym albumie "The Basement Tapes". Dylan opuścił Big Pink wczesną jesienią, by z zupełnie innymi instrumentalistami zarejestrować album "John Wesley Harding". Zespół kontynuował pisanie i nagrywanie muzyki bez niego. Wkrótce pojawił się pomysł, by stworzyć album na własny rachunek. Kiedy Dylan się o tym dowiedział, zaoferował swój udział, ale wycofał się, gdy tylko zrozumiał, że muzycy chcą sprawdzić, ile są w stanie osiągnąć sami. Ograniczył swoją pomoc do namalowania okładki.

Album "Music from Big Pink" został zarejestrowany na początku 1968 roku podczas kilku krótkich sesji, odbywających się w Nowym Jorku oraz w Los Angeles. Zgodnie z tytułem, znalazły się na nim utwory napisane w Big Pink. Jednak tylko trzy z nich pochodzą z czasu współpracy z Dylanem: skomponowany przez niego "I Shall Be Released", a także "Tears of Rage" i "This Wheel's on Fire", które napisał odpowiednio z Manuelem i Danko. Nad pozostałymi kompozycjami zespół pracował już samodzielnie. W sumie znalazło się tu jedenaście piosenek. Tak, piosenek, bo to zupełnie nieskomplikowane, oszczędne granie, ale takie ze smakiem, całkiem bezpretensjonalne. Zwraca uwagę dość surowe brzmienie, oparte głównie na brzmieniu organów, pianina, akustycznej i elektrycznej gitary, basu oraz perkusji, czasem ze skromnym dodatkiem dęciaków lub skrzypiec. Duża różnorodność panuje natomiast w warstwie wokalnej, bo śpiewają wszyscy muzycy z wyjątkiem Hudsona. Pod względem stylistycznym jest to zdecydowanie rock, ale o wyraźnie amerykańskim charakterze. Czerpiący z tamtejszej tradycji muzycznej, przede wszystkim z country, folku i bluesa. W efekcie jest to bardzo przyjemne, wyluzowane granie. Co ciekawe, utwory do których powstania przyczynił się Dylan, wcale nie są tymi najlepszymi, choć wszystkie trzy należą do udanych. Jednak najbardziej wyróżnia się tutaj doskonały melodycznie i bardzo ładnie zaaranżowany "The Weight". To zresztą największy hit z tego longplaya, w czym pomogło wykorzystanie na ścieżce dźwiękowej kultowego filmu "Easy Rider". Drugim szczególnie wybijającym się nagraniem jest według mnie "Chest Fever", z wyeksponowanym, ostrzejszym brzmieniem organów, które nadają trochę psychodelicznego charakteru. Nie będę wymieniał wszystkich tytułów, dodam tylko, że żaden utwór nie odstaje poziomem od pozostałych na minus.

"Music from Big Pink" to album kultowy, mający ogromny wpływ na muzykę - chociażby na twórczość Erica Claptona, co doskonale słychać na płytach Blind Faith i Derek and the Dominos. Jednocześnie jest to wciąż bardzo niedocenione i słabo znane wydawnictwo wśród polskich słuchaczy, kompletnie nieobeznanych z amerykańską muzyką sprzed więcej niż czterdziestu lat (z wyjątkiem paru najbardziej popularnych wykonawców w rodzaju The Doors, Hendrixa i Dylana). Z tego też powodu polubienie tak bardzo amerykańskiej muzyki może być dla nich sporym wyzwaniem. Jednak warto dać temu albumowi więcej niż jedną szansę, bo zdecydowanie na to zasługuje. Mnie "Music from Big Pink" z każdym kolejnym przesłuchaniem podoba się coraz bardziej.

Ocena: 8/10



The Band - "Music from Big Pink" (1968)

1. Tears of Rage; 2. To Kingdom Come; 3. In a Station; 4. Caledonia Mission; 5. The Weight; 6. We Can Talk; 7. Long Black Veil; 8. Chest Fever; 9. Lonesome Suzie; 10. This Wheel's on Fire; 11. I Shall Be Released

Skład: Richard Manuel - instr. klawiszowe, wokal (1-3,6,8,9,11); Garth Hudson - instr. klawiszowe, saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Robbie Robertson - gitara, wokal (2); Rick Danko - gitara basowa, skrzypce, wokal (4-7,10); Levon Helm - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (5,6)
Gościnnie: John Simon - róg barytonowy, saksofon tenorowy, pianino, instr. perkusyjne
Producent: John Simon


9 lipca 2020

[Recenzja] Dexter Gordon - "Go" (1962)



Dexter Gordon to chyba jedyny jazzman nominowany do Oscara nie za muzykę, ale za występ aktorski. W 1986 roku, u schyłku swojej kariery, saksofonista zagrał główną rolę w filmie "Round Midnight" Bertranda Taverniera (tym samym, za który wspomnianą nagrodę, ale za ścieżkę dźwiękową, zgarnął Herbie Hancock). Gordon wcielił się w postać jazzmana mieszkającego w Paryżu i zmagającego się z uzależnieniem od alkoholu. Historia jest ponoć luźno oparta na życiorysach Buda Powella i Lestera Younga, ale zdaje się nawiązywać też do życia samego Gordona, który też przez wiele lat żył w Europie. Na podobny krok zdecydowało się wielu czarnoskórych jazzmanów, mających dość rasizmu i lekceważącego stosunku do ich muzyki, z czym notorycznie spotykali się w swojej ojczyźnie. Gordon miał też problem z używkami. W latach 50. popadł w heroinowy nałóg. W tamtych czasach nie było to dobrze widziane przez amerykański przemysł muzyczny i gdyby wyszło na jaw, zrujnowałoby jego karierę.

Trwająca blisko pięćdziesiąt lat kariera saksofonisty była jednak niemalże nieprzerwanym pasmem sukcesów. Doświadczenie i rozpoznawalność przyniosły mu występy w orkiestrach Billy'ego Eckstine'a i Louisa Armstronga na początku lat 40. Wkrótce zaczął też działać na własny rachunek. Najbardziej cenione - co raczej nie powinno być zaskoczeniem - są jego albumy dla Blue Note, nagrane w pierwszej połowie lat 60., tuż po wyjściu z nałogu. Okres ten rozpoczyna tyleż banalnie, co chwytliwie zatytułowany "Go", czyli efekt sesji z 27 sierpnia 1962 roku w Van Gelder Studio. W nagraniach saksofonistę wsparli pianista Sonny Clark, basista Butch Warren i perkusista Billy Higgins. Dla Clarka była to jedna z ostatnich sesji. Zmarł w styczniu następnego roku, mając zaledwie trzydzieści jeden lat. Oficjalną przyczyną zgonu był zawał serca, ale wiadomo o problemach muzyka z heroiną.

Pomimo obecności Higginsa, najbardziej znanego ze współpracy z Ornette'em Colemanem - m.in. na wywrotowych albumach "The Shape of Jazz to Come" i "Free Jazz" - muzyka zawarta na "Go" to bardzo tradycyjny hard bop, niewykazujący żadnych ciągot w stronę awangardy. To zresztą charakterystyczne dla całej twórczości Gordona, który nie był typem innowatora. Pomimo tego, wypracował sobie idiomatyczny styl gry na saksofonie tenorowym. Jego partie z jednej strony sprawiają wrażenie luzackich, granych jakby obok melodii czy rytmu utworu, a jednocześnie bardzo starannych. Takie też właśnie podejście słychać na "Go". Począwszy od jedynej autorskiej kompozycji, "Cheese Cake", przez całą serię jazzowych i popowych standardów (w tym "Love for Sale" Cole'a Portera), zakończoną interpretacją walca "Three O'Clock in the Morning" Juliána Robledo, utrzymuje się tutaj bardzo wyluzowany klimat, przywołujący na myśl jazzowe knajpy sprzed ponad półwiecza. Jednocześnie zwraca uwagę bardzo duża precyzja instrumentalistów i ich doskonałe zgranie. Na pierwszym planie niemal niepodzielnie panuje saksofon lidera, podczas gdy sekcja rytmiczna konsekwentnie trzyma się w tyle, co jednak w takiej konwencji zupełnie nie przeszkadza.

"Go" to album, który już w chwili wydania pod pewnymi względami brzmiał staroświecko. Jednak równie dobrze mógłby być nagrany współcześnie, gdyż ten tradycyjny charakter jest tutaj celowym, w pełni świadomym wyborem. A cały kwartet, włącznie z perkusistą kojarzonym raczej z awangardowym graniem, doskonale odnajduje się w takiej stylistyce. Jeśli ktoś ma ochotę na jazz w czystym wydaniu, bez wielkich artystycznych ambicji, ale zagrany na wysokim poziomie, "Go" Dextera Gordona to doskonały wybór.

Ocena: 8/10



Dexter Gordon - "Go" (1962)

1. Cheese Cake; 2. I Guess I'll Hang My Tears Out to Dry; 3. Second Balcony Jump; 4. Love for Sale; 5. Where Are You?; 6. Three O'Clock in the Morning

Skład: Dexter Gordon - saksofon tenorowy; Sonny Clark - pianino; Butch Warren - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


7 lipca 2020

[Recenzja] Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974) + "Roxy by Proxy" (2014)



Albumy "Over-Nite Sensation" i "Apostrophe (')" były najlepiej sprzedającymi się wydawnictwami Franka Zappy, jakie ukazały się do tamtej pory. Był to efekt pewnych kompromisów artystycznych, zwrócenia się w stronę bardziej konwencjonalnego rocka. Tym samym nie w pełni wykorzystany został olbrzymi potencjał, tkwiący w ówczesnym składzie The Mothers. Nieco inaczej zespół prezentował się podczas występów. Można się o tym przekonać słuchając dwupłytowego, w wersji winylowej, "Roxy & Elsewhere". Trafił tu materiał zarejestrowany podczas różnych koncertów, przede wszystkim w trakcie kilkudniowej serii występów w hollywoodzkim Roxy Theater (8-10 grudnia 1973 roku), a także na pensylwańskim Edinboro State College oraz w chicagowskim Auditorium Theatre (odpowiednio 8 i 11 maja 1974 roku). Poszczególne nagrania czasem są miksem kilku wykonań, ponadto dokonano pewnych poprawek i dogrywek w studiu. Repertuar składa się z utworów wcześniej nie wydanych na żadnej płycie.

Można śmiało powiedzieć, że zespół w tych nagraniach znalazł złoty środek pomiędzy bardziej przystępną muzyką ze wspomnianych na wstępie płyt oraz ambitną fuzją rocka i jazzu znaną z takich dzieł, jak "Hot Rats" i "The Grand Wazoo". Dużo tutaj tego charakterystycznego zappowskiego humoru, szczególnie w pierwszych czterech, quasi-piosenkowych kawałkach oraz w najbardziej frywolnym "Cheepnis". Zdarzają się też trochę bardziej konwencjonalne momenty, jak "Son of Orange County" i "More Trouble Every Day". Choć trzeba dodać, że nawet w tych fragmentach instrumentaliści mają szansę zaprezentować swoje umiejętności w większym stopniu niż w znacznej części ówczesnych nagrań studyjnych. Najbardziej jednak cieszą mnie te nagrania, w których muzyków ogranicza jedynie wyobraźnia, a nie obecność partii wokalnych. Jak niespełna czterominutowy, ale bardzo treściwy i intensywny "Echidna's Arf (of You)" czy bardziej już rozbudowany "Don't You Ever Wash That Thing?", oba pełne rytmicznych łamańców oraz porywających solówek. Zresztą perkusyjny duet z tego drugiego nagrania tak bardzo spodobał się Philowi Collinsowi, że zaprosił Chestera Thompsona do koncertowego składu Genesis. Fantastyczne są też fragmenty najbardziej jazzowego, najdłuższego, ale w dużej części przegadanego "Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)". Te liczne gadki Zappy, pojawiające się w trakcie utworów lub pomiędzy nimi, są kompletnie niepotrzebnym dodatkiem, który obniża moją ocenę tej koncertówki o co najmniej jeden punkt dziesięciostopniowej skali.

Równie ciekawie prezentuje się wydany dokładnie czterdzieści lat później "Roxy by Proxy". Na jednej płycie kompaktowej znalazły się utwory wybrane z dwóch występów w Roxy Theater, z 9 i 10 grudnia. W tym też wykonania powtarzające się z "Roxy & Elsewhere" - tym razem jednak cały materiał ma tutaj dokładnie taki sam kształt, jak podczas koncertów, nie dokonano żadnych dogrywek ani przeróbek. W repertuarze nie brakuje utworów wydanych też w studyjnych wersjach, w tym niesamowicie porywających wykonań "Inca Roads", połączonych tu "Dog Breath Variations" i "Uncle Meat", "RDNZL", a także splecionych ze sobą "King Kong", "Chunga's Revenge" i "Mr. Green Genes". Są też kolejne bardzo udane wersje "Echidna's Arf (of You)" i "Don't You Ever Wash That Thing?", jak i świetny popis Ruth Underwood, Ralpha Humphreya i Chestera Thompsona w "Cheepnis - Percussion". Warto też na pewno wyróżnić kilkunastominutową improwizację "Dupree's Paradise", w której również nie brakuje fantastycznych partii instrumentalnych. Niestety, na tej płycie także pojawiają się monologi Zappy, w tym trzy i pół minutowy "Carved in the Rock" - rzecz ewidentnie niepotrzebna. Niemniej jednak warto mieć oba wydawnictwa. A jeśli komuś wciąż mało, to jest jeszcze DVD "Roxy the Movie" z 2015 roku, zawierające filmową rejestrację fragmentów wszystkich trzech występów w Roxy Theater, w tym nagrania nie obecne ani na "Roxy & Elsewhere", ani na "Roxy & Proxy".

Ówczesny skład The Mothers był fenomenalny, choć nie wszystkie punkty jego występów były tak samo porywające, co doskonale słychać na obu koncertówkach - długimi fragmentami ocierających się o geniusz, krótkimi momentami trochę przynudzającymi, a czasem pozostawiającymi mnie całkiem obojętnym. Na pewno mogłyby być lepiej skompilowane. Wciąż jednak jest to kawał fantastycznej muzyki.

Ocena: 8/10



Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974)

LP1: 1. Penguin in Bondage; 2. Pygmy Twylyte; 3. Dummy Up; 4. Village of the Sun; 5. Echidna's Arf (of You); 6. Don't You Ever Wash That Thing?
LP2: 1. Cheepnis; 2. Son of Orange County; 3. More Trouble Every Day; 4. Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)

Zappa / Mothers - "Roxy by Proxy" (2014)

1. Carved in the Rock; 2. Inca Roads; 3. Penguin in Bondage; 4. T'Mershi Duween; 5. Dog Breath Variations / Uncle Meat; 6. RDNZL; 7. Village of the Sun; 8. Echidna's Arf (of You); 9. Don't You Ever Wash That Thing?; 10. Cheepnis - Percussion; 11. Cheepnis; 12. Dupree's Paradise; 13. King Kong / Chunga's Revenge / Mr. Green Genes

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal; Jeff Simmons - gitara, wokal; Napoleon Murphy Brock - saksofon tenorowy, flet, wokal; Walt Fowler - trąbka, trąbka basowa; Bruce Fowler - puzon; George Duke - instr. klawiszowe, wokal; Don Preston - syntezator; Tom Fowler - gitara basowa; Ralph Humphrey - perkusja; Chester Thompson - perkusja; Ruth Underwood - instr. perkusyjne; Robert Camarena, Ruben Ladron de Guevara, Linda Sims, Debbie Wilson - dodatkowy wokal (LP2:1)
Producent: Frank Zappa


5 lipca 2020

[Recenzja] David Bowie - "Hunky Dory" (1971)



Tytuł rozpoczynającego ten longplay "Changes" jest wielce wymowny. Bowie zmieniał stylistykę niczym kameleon. W ciągu pięciu lat wydał cztery płyty, z których każda utrzymana jest w innym stylu. Po staromodnym popie (eponimiczny album z 1967 roku), folku (eponimiczny album z 1969 roku) i hard rocku ("The Man Who Sold the World"), przyszła pora na kolejne bardziej popowe, trochę też folkowe wydawnictwo, tym razem jednak jak najbardziej współczesne, na miarę początku lat 70., wyraźnie już kierujące się w stronę glamu. W nagraniach, odbywających się latem 1971 roku, wsparli go dawni współpracownicy: Mick Ronson, Rick Wakeman oraz Mick Woodmansey, a także nowy basista, Trevor Bolder. Ten ostatni wskoczył na miejsce Tony'ego Visconti, z którym Bowie się poróżnił. Oznaczało to także zmianę na stanowisku producenta, które zajął Ken Scott.

Nowy materiał zyskał tytuł "Hunky Dory", co w angielskim slangu oznacza, że wszystko jest w porządku. I doskonale pasuje to do tego wydawnictwa, które jest prawdopodobnie najbardziej pogodnym albumem artysty, przynajmniej pod względem muzycznym (tekstowo już niekoniecznie). Zdecydowanie dominują lekkie aranżacje, z dużą ilością gitary akustycznej, pianina i innych instrumentów klawiszowych, czasem też dęciaków lub smyczków. W niemal całkowitą odstawkę poszło ostrzejsze granie z poprzedniego longplaya. Co jednak najważniejsze, na tym właśnie albumie ujawnia się w pełni kompozytorski talent lidera, który podpisany jest pod wszystkimi utworami, prócz jednego. Bowie poczynił bardzo duże postępy jako kompozytor. Już wcześniej zdarzały mu się przebłyski w rodzaju "Space Oddity" czy tytułowego nagrania z "The Man Who Sold the World", ale na "Hunky Dory" tak wyraziste kawałki w końcu występują w większej ilości.

Autentyczne przeboje są tutaj dwa. Wspomniany na początku "Changes" został wydany na singlu równolegle z albumem, ale pomimo przyjemnej melodii oraz niezwykle chwytliwego refrenu nie od razu stał się wielkim hitem. Zupełnie inaczej niż w przypadku zgrabnej ballady "Life on Mars?", która natychmiast została przebojem, aczkolwiek singiel ukazał się dopiero w 1973 roku, już po innych sukcesach Bowiego. Spokojnie dałoby się wykroić stąd jeszcze parę hitów. Chociażby przebojowy "Oh! You Pretty Things", uroczy "Kooks" czy balladowy "Quicksand". W tym ostatnim o dziwo sprawdza się nieco tandetna, staromodna aranżacja, czego nie można powiedzieć o przeróbce "Fill Your Heart" Biffa Rose'a, będącej najsłabszym momentem tego albumu. Pozytywne wrażenie wrażenie robi natomiast cała seria kawałków napisanych w hołdzie dla innych artystów. Wyróżniający się największą dawką energii i najbardziej rockowym brzmieniem "Queen Bitch" nawiązuje do proto-punkowej stylistyki The Velvet Underground, natomiast "Andy Warhol" (kolejny kandydat na przebój) i "Song for Bob Dylan" oczywiste dedykacje zawierają w tytułach, choć w tym drugim także partia wokalna ewidentnie kojarzy się z Dylanem (Bowie zresztą na całym albumie pokazuje bardzo dużą wszechstronność wokalną). Pod względem muzycznym aż tak bardzo dylanowsko nie jest, ze względu na partie Ronsona i Wakemana. Z twórczością amerykańskiego artysty kojarzy się także bardziej ascetyczny finał albumu, "The Bewlay Brothers" - jeden z najważniejszych, najbardziej osobistych utworów we wczesnym dorobku Bowiego, ale też jeden z najlepszych.

"Hunky Dory" to pierwszy z wielkich albumów Davida Bowie - zbiór naprawdę zgrabnie napisanych i dobrze wykonanych (a zwłaszcza zaśpiewanych) piosenek, które są lekkie, bezpretensjonalne, a tym samym bardzo przyjemne w odbiorze. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki - ani nawet najbardziej lubiane wcielenie tego artysty - ale longplay zaskakująco mi się podoba.

Ocena: 8/10



David Bowie - "Hunky Dory" (1971)

1. Changes; 2. Oh! You Pretty Things; 3. Eight Line Poem; 4. Life on Mars?; 5. Kooks; 6. Quicksand; 7. Fill Your Heart; 8. Andy Warhol; 9. Song for Bob Dylan; 10. Queen Bitch; 11. The Bewlay Brothers

Skład: David Bowie - wokal, gitara, saksofon altowy, saksofon tenorowy, pianino; Mick Ronson - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - pianino; Trevor Bolder - gitara basowa, trąbka; Mick Woodmansey - perkusja
Producent: Ken Scott i David Bowie


3 lipca 2020

[Recenzja] Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)



Pomimo swojego tytułu, "III" jest pierwszym i jedynym wydawnictwem holenderskiego kwartetu Het Pandorra Ensemble. Równie myląca jest okładka tego albumu, sugerująca granie z okolic punku i nowej fali. Zawarta tu muzyka nie ma absolutnie nic wspólnego z taką stylistyką. Należałoby ją raczej zaklasyfikować jako rock progresywny z dużą domieszką jazzu, za to zupełnie bez symfonicznej pompy. Słyszę tu przede wszystkim dwie możliwe inspiracje. Pierwsza to scena Canterbury, z naciskiem na grupę National Health (która jednak zadebiutowała w tym samym roku). Takie skojarzenia wywołuje zwłaszcza brzmienie, ale też swobodne, bardziej jazzowe niż rockowe struktury utworów. Druga prawdopodobna inspiracja to King Crimson, szczególnie instrumentalne fragmenty "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red". Tutaj należałoby wskazać podobny sposób gry instrumentalistów.

Album zawiera pięć całkowicie instrumentalnych, zapewne przynajmniej częściowo improwizowanych utworów, z których trzy trwają powyżej dziesięciu minut, a pozostałe dwa są już znacznie krótsze. Opierają się na dwóch elektrycznych gitarach, gitarze basowej (czasem bezprogowej) oraz bębnach i perkusjonaliach, którym tylko sporadycznie towarzyszą flet lub elektryczne organy. Nie jest to szczególnie odkrywcze granie, ale fantastycznie się tego słucha dzięki porywającej grze muzyków oraz doskonałej interakcji między nimi - ich partie misternie się przeplatają i dopełniają. Trudno napisać o tej muzyce coś więcej bez wchodzenia w szczegóły, a te najlepiej odkrywać samemu. Niewątpliwie jest to jednak jedno z najwspanialszych wydawnictw, jakie dała światu Holandia. Pomimo dość późnej, jak na granie tego typu, daty wydania, album broni się znakomicie. Nawet dziś nie brzmi archaicznie - instrumentaliści nie poszli za ówczesną modą i nie nadali mu syntetycznego brzmienia - więc tym bardziej w 1978 roku nie można było mu tego zarzucić. Owszem, zespół wyraźnie nawiązywał do muzyki sprzed tzw. punkowej rewolucji, jednak raczej na zasadzie twórczej inspiracji, zmieniając proporcje na swój własny sposób.

Oryginalne winylowe wydanie ukazało się wyłącznie w Holandii. W 2012 roku album doczekał się też edycji kompaktowej, opublikowanej w Stanach i Japonii. Podstawowy materiał został na nich uzupełniony ciekawymi bonusami ze studia (dwiema improwizacjami, bardziej eksperymentalną "Stille Willie" oraz melodyjną "Rockin' Rollie", a także niezwykle intensywną miniaturą "Kanonjam-Pedaal Kwijt") i z występu w holenderskim Beverwijku (pomimo bootlegowego brzmienia można stwierdzić, że na scenie zespół prezentował się równie porywająco). Dobrze, że "III" stał się łatwiej dostępny, bo to wydawnictwo, które nie powinno rozczarować żadnego wielbiciela ambitnego rocka.

Ocena: 8/10



Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)

1. Door Mekaar; 2. Kanon Pittoresk; 3. Ritme 7000; 4. Drei; 5. Karrotten

Skład: Dolf Planteijdt - gitara; Wouter Planteijdt - gitara; Gert-Jan Blom - gitara basowa; Wilfried Snellens - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Roland Brunt - flet; Kaspar Peterson - organy
Producent: Het Pandorra Ensemble i Kaspar Peterson


1 lipca 2020

[Recenzja] Procol Harum - "Procol Harum" (1967)



Skoro wspominałem już o The Moody Blues, muszę poświęcić też parę zdań grupie Procol Harum, której wkład w powstanie rocka progresywnego jest równie istotny. Prawdopodobnie większy, bowiem to właśnie ten zespół, jako jeden z pierwszych, wprowadził do rocka elementy muzyki klasycznej i uczynił z nich jeden z podstawowych elementów swojego stylu. Nie polegało to na dodaniu, jak u Moody Blues, orkiestry symfonicznej, ale na wplataniu motywów zaczerpniętych wprost z twórczości klasycznych kompozytorów albo innego rodzaju nawiązaniach już na etapie kompozycji, a nie dopiero podczas aranżacji. Wciąż jednak były to tylko smaczki, które ubarwiały stuprocentowo rockowe kawałki, przeważnie nie wychodzące poza piosenkową strukturę.

Korzenie obu zespołów to rhythm and blues. Procol Harum wywodzi się bezpośrednio z grającego w tym stylu The Paramounts. Grupa wydała kilka singli, a także intensywnie koncertowała, głównie supportując większych od siebie - The Beatles, The Rolling Stones. Brak sukcesu i zmęczenie muzyków doprowadziło do rozwiązania tego składu. Pianista (pełniący także rolę wokalisty) Gary Brooker postanowił wówczas skupić się na samym pisaniu, nawiązując współpracę z organistą Matthew Fisherem oraz tekściarzem Keithem Reidem. Jednym z ich pierwszych dzieł był słynny "A Whiter Shade of Pale". Oryginalnie podpisany wyłącznie przez Brookera i Reida, jednak po latach prawa do tantiem wywalczył także Fisher. Utwór bardzo wiele zawdzięcza także Bachowi, wykorzystując melodię "Arii na strunie G" z III Suity orkiestrowej D-dur, BWV 1068. Brakowało jednak chętnych do wykonania tego utworu, więc Brooker i Fisher postanowili nagrać go sami, korzystając z pomocy gitarzysty Raya Royera, basisty Davida Knightsa oraz perkusisty Billa Eydena. Singiel z tą sympatyczną, sentymentalną balladą ukazał się pod szyldem Procol Harum i stał wielkim ogólnoświatowym przebojem (m.in. 1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 5. w Stanach). Było więc kwestią czasu przerodzenie się tego projektu w pełnoprawny zespół. Royer i Eyden nie byli jednak odpowiednimi instrumentalistami. Ich miejsce zajęli dawni członkowie The Paramounts, Robin Trower i B. J. Wilons.

Wiosną 1967 roku kwintet zarejestrował materiał na swój debiutancki, eponimiczny album, złożony głównie z kompozycji Brookera do tekstów Reida. W różnych krajach longplay był tłoczony i dystrybuowany przez różne wytwórnie, inny był też dobór materiału, aczkolwiek wszystkie wersje zawierały po dziesięć utworów.. Najwcześniej, bo już w wrześniu, płyta została wydana w Stanach przez Deram Records. Wersję tę rozpoczyna "A Whiter Shade of Pale". Niemiecka edycja Polydoru zamiast niego zawiera nieco mniejszy singlowy przebój, "Homburg". W grudniu album w końcu ukazał się w Wielkiej Brytanii, nakładem Regal Zonophone, a w jego repertuarze nie znalazł się żaden z singlowych hitów (rolę otwieracza przejął przeniesiony ze strony B "Conquistador", a repertuaru dopełnił "Good Captain Clack" z singla "Homburg"). Taka wersja obowiązywała także w wielu innych krajach. Jednak począwszy od 1972 roku album wznawiany jest na całym świecie pod tytułem "A Whiter Shade of Pale" i z tracklistą obejmującą jedenaście nagrań (wszystkie z poprzednich wydań poza "Homburg"), a w przypadku wielu kompaktowych reedycji - także mnóstwo bonusów.

Album wypełnia bardzo piosenkowy i łatwy w odbiorze materiał, niepopadający jednak w przesadny banał, a pomimo nawiązań do muzyki klasycznej - nie rażący przesadnym patosem. Są to całkiem przyjemne, chwytliwe, bezpretensjonalne piosenki. Czasem silniej przypominające o rhythm'n'bluesowych korzeniach zespołu (np. "Something Following Me", "Cerdes"), kiedy indziej bardziej kierujące się w stronę modnej w tamtym czasie psychodelii (np. energetyczny "Conquistador", "She Wandered Through the Garden Fence", "A Christmas Camel"). W repertuarze znalazły się także dwa pastiszowe, wodewilowe kawałki ("Mabel", "Good Captain Clack"), które jednak przez swój żartobliwy charakter wypadają słabiej od reszty, a i nie bardzo pasują do całości. Innym, ale już znacznie bardziej udanym udanym urozmaiceniem jest finałowy "Repent Walpurgis" - instrumentalna kompozycja Fishera, w której wpływ muzyki klasycznej jest zdecydowanie największy. Pomimo podniosłego charakteru, nie sprawia wrażenie pretensjonalnego lub kiczowatego, wyróżnia się za to bardzo ładnym nastrojem i melodią. Jest to jedyne tutaj nagranie, które można, nie bez pewnych wątpliwości, zaliczyć do rocka progresywnego. Pozostałe, z wyjątkiem proto-progowego "A Whiter Shade of Pale", nie zbliżają się do niego nawet pod względem stylistycznego podobieństwa.

Instrumentaliści Procol Harum nie posiadali wybitnych umiejętności, ale też nie próbowali udawać, że jest inaczej. Zresztą poza ostatnim utworem (mimo wszystko udanym, a wręcz najlepszym na tej płycie) nie mierzyli się z graniem czegoś innego niż rockowy mainstream. Do takiej stylistyki mieli wystarczające umiejętności. Robin Trower nierzadko błyszczy tutaj treściwymi solówkami o zdecydowanie bluesowym charakterze. Podobać mogą się też partie pianina i elektrycznych organów Hammonda, które to instrumenty stały się podstawą brzmienia zespołu. Natomiast Brooker nie jest wielkim wokalistą, ale ma całkiem przyjemną barwę głosu, podobną do Steve'a Winwooda z Traffic. Ogólnie słucha mi się tego albumu nieporównywalnie lepiej od "Days of Future Passed" Moody Blues. Nie jest to bardziej ambitne ani bardziej złożone granie, jednak kompozycje są na ogół zgrabniej napisane od znacznej części tamtego wydawnictwa (z wyjątkiem "Nights in White Satin", który z kolei przewyższa tutejszy materiał), nie ma tutaj tego strasznego patosu ani udawania, że to nie wiadomo jak poważna i wartościowa artystycznie muzyka. Procol Harum na swoim eponimicznym debiucie jest całkowicie świadomy tego, że gra proste, rozrywkowe piosenki. Całość jest jednak trochę niespójna, zdarzają się pewne wpadki, a naprawdę świetnych momentów nie ma wiele. Może w przypadku wersji z "A Whiter Shade of Pale" byłbym skłonny nieco zwiększyć poniższą ocenę, ale tego utworu nie ma na wszystkich wydaniach. W związku z tym mocna szóstka - w porównaniu z mocno naciąganą szóstką dla "Days of Future Passed" - wydaje się sprawiedliwą oceną.

Ocena: 6/10



Procol Harum - "Procol Harum" (1967)

US: 1. A Whiter Shade of Pale; 2. She Wandered Through the Garden Fence; 3. Something Following Me; 4. Mabel; 5. Cerdes (Outside the Gates Of); 6. A Christmas Camel; 7. Conquistador; 8. Kaleidoscope / Salad Days (Are Here Again); 9. Repent Walpurgis

UK: 1. Conquistador; 2. She Wandered Through the Garden Fence; 3. Something Following Me; 4. Mabel; 5. Cerdes (Outside the Gates Of); 6. A Christmas Camel; 7. Kaleidoscope; 8. Salad Days (Are Here Again); 9. Good Captain Clack; 10. Repent Walpurgis

Skład: Gary Brooker - wokal, pianino; Matthew Fisher - organy; Robin Trower - gitara; Dave Knights - gitara basowa; B. J. Wilson - perkusja
Producent: Denny Cordell