29 czerwca 2015

[Recenzja] Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)



Przed dwoma dniami zmarł Chris Squire. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych rockowych basistów. Do inspiracji nim przyznają się m.in. Geddy Lee z Rush i Steve Harris z Iron Maiden. Zasłynął przede wszystkim jako członek progresywnej grupy Yes, której był współzałożycielem i jedynym muzykiem występującym we wszystkich składach. Dopiero gdy przed miesiącem zdiagnozowano u niego białaczkę szpikową, został zmuszony do opuszczenia zespołu. Był kompozytorem lub współautorem wielu utworów grupy, a swój ogromny wpływ na jej brzmienie oraz stylistyczne wybory potwierdził solowym albumem "Fish Out of Water". Dzieło to spokojnie mogłoby zostać wydane pod szyldem Yes. I byłoby jedną z ciekawszych, a zarazem najbardziej udanych pozycji w jego dyskografii.

W połowie lat 70. muzycy Yes mieli już za sobą kilka intensywnych lat kariery. Relacje między nimi były coraz bardziej napięte, a dwa ostatnie albumy - "Tales from Topographic Oceans" i "Relayer" - spotkały się z dość mieszanym odbiorem wśród fanów oraz krytyków. W tej sytuacji podjęto całkiem niegłupią decyzję, by zrobić sobie dłuższą przerwę. Jon Anderson, Steve Howe, Patrick Moraz, Alan White i Chris Squire nie zamierzali jednak w tym czasie próżnować. W latach 1975-76 każdy z nich wydał album sygnowany własnym nazwiskiem. Dla pierwszych trzech był to początek mniej lub bardziej regularnej działalności solowej. Pozostała dwójka praktycznie na tym poprzestała, w kolejnych latach skupiając się na graniu z Yes. Co prawda w pierwszej dekadzie XXI wieku perkusista nagrał jeszcze album pod szyldem White, a basista opublikował płytę świąteczną, ale to tylko nic nie znaczące epizody o znikomej wartości artystycznej. Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Fish Out of Water", należącym do zdecydowanej czołówki około-yesowych wydawnictw.

Ale trzeba też zaznaczyć, że Squire zebrał tu sobie świetną ekipę. Za bębnami zasiadł jego dawny kumpel z Yes, a później członek King Crimson, czyli Bill Bruford. Członkiem tej drugiej grupy, aczkolwiek w innym okresie, był także grający tu na saksofonie Mel Collins. Za partie fletu odpowiada Jimmy Hastings, stały współpracownik Caravan i Soft Machine. Natomiast na klawiszach zagrali Patrick Moraz oraz mniej znani Barry Rose i Alan Jackman. Ten ostatni odpowiada także za orkiestracje. Już tutaj widać, że instrumentarium różni się nieco od tego stosowanego przez Yes. Doszła sekcja dęta i prawdziwa orkiestra, natomiast w składzie zabrakło gitarzysty (w kilku fragmentach na gitarze dwunastostrunowej zagrał sam Squire). Dodać do tego można wyraźnie mniejszą rolę brzmień klawiszowych. A jednak "Fish Out of Water" to album o bardzo yesowym klimacie, niezwykle podobny chociażby pod względem melodyki i charakterystycznych partii basu. Sporym zaskoczeniem może też być to, jak bardzo barwa głosu i sposób śpiewania Squire'a kojarzą się z Andersonem. Może i basista nie wchodzi w aż tak wysokie rejestry, ale czasem do złudzenia przypomina frontmana swojej macierzystej grupy.

Chris Squire (4.3.1948 - 27.6.2015)

Znakomity skład i yesowy klimat to jedno, ale  "Fish Out of Water" to przede wszystkim doskonałe potwierdzenie kompozytorskiego talentu Squire'a. Wszystkie utwory prezentują się wyraziście, każdy ma nieco inny charakter, a zarazem tworzą spójną całość. Basista nie zamierzał iść dalej drogą obraną przez zespół, który od czasu słynnego "Close to the Edge" proponował coraz bardziej złożoną i hermetyczną muzykę. Tutaj materiał jest bardziej zrównoważony. Zdarzają się większe, ambitniejsze formy, ale nie brakuje też krótszych, piosenkowych kawałków. Od dwóch z tych ostatnich album się zaczyna. "Hold Out Your Hand" niemal od razu zwraca uwagę chwytliwą melodią (prowadzoną przede wszystkim przez uwypuklony bas lidera), energetyczną grą sekcji rytmicznej oraz przyjemnym brzmieniem organów piszczałkowych. Kawałek płynnie przechodzi w równie zgrabny, ale balladowy "You By My Side", z dużą rolą pianina i fletu. Oba wypadają zupełnie bezpretensjonalnie, i to pomimo orkiestracji, ponadto charakteryzują się bardzo pogodnym nastojem oraz brakiem epatowania wirtuozerią, choć wykonane są całkiem finezyjnie.

"Silently Falling" to już nieco większa muzyczna forma, z większym udziałem orkiestry oraz dłuższymi solówkami Collinsa i Moraza, jednak wciąż dość bezpretensjonalna i wyróżniająca się kolejną świetną melodią, a właściwie melodiami, bo w trakcie tych jedenastu minut z kawałkiem następują pewne zwroty akcji. "Lucky Seven" to znów krótszy utwór, z bardzo chwytliwymi motywami na pianinie elektrycznym oraz saksofonie, a także z mocno uwypukloną sekcją rytmiczną i dyskretnymi wejściami orkiestry. Melodycznie nie jest to najlepszy utwór na płycie, jednak po prostu pozostałe nagrania ustawiają poprzeczkę wysoko, a ten kawałek i tak prezentuje się pod tym - i każdym innym - względem znacznie lepiej od dokonań Yes z ostatnich trzydziestu lat. Finałowy "Safe (Canon Song)" to najdłuższy utwór na płycie, przekraczający piętnaście minut. Tym razem nastrój robi się bardziej podniosły i większą rolę odgrywa orkiestra, jednak wszyscy instrumentaliści kładą tu nacisk przede wszystkim na melodię, która jest bardzo ładnie poprowadzona, a przy tym raczej lekka i przyjemna, dzięki czemu udaje się uniknąć patosu. Warto pochwalić też partie Squire'a, Bruforda i Jackmana, którym naprawdę dobrze wyszła współpraca z orkiestrą, co nie często zdarza się przy takich melanżach. 

"Fish Out of Water" powstał już w czasach, gdy rock progresywny był progresywny już tylko z nazwy, ale choć nie poszerzono tu granic rocka, ani nie przełamano jego schematów w żaden nowy sposób, to jest to jeden z najlepszych tego rodzaju albumów, jakie ukazały się w drugiej połowie lat 70. Prawdę mówiąc, uważam go za bardziej udany od niemal całej dyskografii Yes, z wyjątkiem "Close to the Edge". Chris Squire uniknął tutaj popełniania błędów, jakie często zdarzały się jego macierzystej grupie, udowadniając przy okazji, że to właśnie jemu zawdzięczamy to, co nierzadko ratowało utwory zespołu - doskonałe wyczucie do melodii. Będąc wielbicielem proga, nie można nie znać tego albumu.

Ocena: 8/10



Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)

1. Hold Out Your Hand; 2. You by My Side; 3. Silently Falling; 4. Lucky Seven; 5. Safe (Canon Song)

Skład: Chris Squire - wokal, gitara basowa, gitara (3,5), perkusja (2); Andrew Jackman - pianino, aranżacja orkiestry; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Barry Rose - organy (1); Nikki Squire - dodatkowy wokal (1); Jimmy Hastings - flet (2); Mel Collins - saksofon (3,4); Patrick Moraz - organy i syntezator (3)
Producent: Chris Squire


27 czerwca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A" (1980)



W chwili nagrywania tego albumu grupa Jethro Tull nie istniała. Początkiem końca były problemy zdrowotne Johna Glascocka. W ich wyniku basista nie mógł uczestniczyć do końca w sesji nagraniowej poprzedniego albumu, "Stormwatch", ani w promującej go trasie koncertowej. Jego miejsce zajął wówczas na krótko Tony Williams (nie mylić z wybitnym jazzowym perkusistą, noszącym to samo imię i nazwisko), a następnie Dave Pegg, były członek folk-rockowego Fairport Convention. Ian Anderson cały czas liczył na powrót do składu Glascocka, jednak pod koniec trasy zespół dowiedział się o jego przedwczesnej śmierci. Wiadomość ta przygnębiła wszystkich, a szczególnie przeżywał to Barriemore Barlow, który postanowił wycofać się z muzycznego biznesu (nie do końca dotrzymał słowa, bo w późniejszym czasie sporadycznie udzielał się chociażby na płytach byłych muzyków Led Zeppelin). W obliczu tych wydarzeń, podjęto prawdopodobnie najbardziej słuszną decyzję - o zakończeniu działalności.

Anderson bynajmniej nie zamierzał iść w ślady Barlowa i już wkrótce rozpoczął prace nad solowym albumem. Do pomocy w nagraniach wybrał dwóch innych członków ostatniego składu Jethro Tull, Martina Barre'a i Dave'a Pegga, ale też całkiem nowych współpracowników: grającego na klawiszach i elektrycznych skrzypcach Eddiego Jobsona - byłego członka Curved Air, Roxy Music, U.K. oraz zespołu Franka Zappy - a także amerykańskiego perkusistę Marka Craneya, grającego wcześniej m.in. z Tommym Bolinem i Jean-Lucem Pontym. Kiedy już album był gotowy, przedstawiciele wytwórni stwierdzili, że nazwisko Andersona jest za mało znane, więc longplay albo ukaże się pod szyldem Jethro Tull, albo nie ukaże się wcale. Związany kontraktem muzyk nie miał innego wyjścia, więc zgodził się na to pierwsze rozwiązanie. Na pamiątkę planu wydania solowego albumu wydawnictwo otrzymało tytuł "A", odnoszący się oczywiście do nazwiska Iana. 

Zawarta tu muzyka wyraźnie odchodzi od tego, co proponował zespół. W dużym stopniu jest to zasługa bardzo ejtisowego brzmienia syntezatorów oraz sposobu, w jaki gra na nich Jobson. Taki "Batteries Not Included" to w zasadzie kawałek synthpopowy. Akurat jest to jeden ze słabszych momentów całości, z dość żenującym motywem przewodnim, a do tego niezbyt atrakcyjny melodycznie, co w takiej stylistyce trudno wybaczyć. Niespecjalnie przekonują też momenty, w których nowoczesne - jak na tamte czasy - brzmienia towarzyszą typowym dla Jethro Tull folkowym melodiom oraz akustycznemu instrumentarium. Jedno z drugim po prostu do siebie nie pasuje ("Working John, Working Joe", "Protect and Survive"). Lepiej prezentuje się "Black Sunday", który brzmi jak skrzyżowanie Jethro Tull z U.K. - trochę takie popłuczyny po klasycznym rocku progresywnym z brzmieniem późnych lat 70., ale też parę niezłych motywów i bardziej wyrazista melodia. "Crossfire" i "Fylingdale Flyer" również wyróżniają się raczej na plus pod względem melodycznym. W dodatku typowe dla lidera partie fletu dość dobrze tym razem wpasowały się w bardziej elektroniczne brzmienia. "Crossfire" zaskakuje ponadto stricte funkową rytmiką, której nie spodziewałbym się po Andersonie. Najbardziej przekonuje mnie jednak instrumentalny "The Pine Marten's Jig", w którym w ogóle nie ma syntezatorów, za to dużą rolę odgrywają skrzypce, mandolina oraz flet. I taka aranżacja doskonale pasuje do bardzo folkowej, skocznej melodii. Bardziej klasyczne brzmienie mają też "Uniform" i "4.W.D." - w tym pierwszym Jobson gra tylko na skrzypcach, w drugim głównie na pianinie - jednak żaden nie wyróżnia się niczym szczególnym. Całości dopełnia przyzwoita, ale znów niezbyt charakterystyczna, ballada "And Further On".

Wśród wielbicieli Jethro Tull "A" zajmuje wysokie miejsce w rankingu najmniej lubianych płyt zespołu. Dla większości z nich zapewne największym problemem jest brzmienie, a także inspiracje ówczesnym mainstreamem. Moim zdaniem to dobrze, że Ian Anderson chciał się rozwijać i nie pozostawał obojętny na muzyczne nowinki. Gorzej, o wiele gorzej, że kompletnie nie miał pomysłu, jak przekonująco połączyć te nowe wpływy z dotychczasowym stylem, od którego nie zamierzał całkiem odchodzić. W dodatku same utwory to jeden z najsłabszych zestawów kompozycji, jakie do tamtej pory zaprezentował. W lepszych czasach większość z nich nie znalazłaby się pewnie nawet na stronach B singli. Zresztą z odrzutów po poprzednich płytach dałoby się skompilować nieco bardziej udany album.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "A" (1980)

1. Crossfire; 2. Fylingdale Flyer; 3. Working John, Working Joe; 4. Black Sunday; 5. Protect and Survive; 6. Batteries Not Included; 7. Uniform; 8. 4.W.D. (Low Ratio); 9. The Pine Marten's Jig; 10. And Further On

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet; Eddie Jobson - instr. klawiszowe, skrzypce; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - gitara basowa, mandolina; Mark Craney - perkusja
Gościnnie: James Duncan - głos (6)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


25 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)



Kontynuując drogę obraną na "Photo-Finish", następnym krokiem Rory'ego Gallaghera było nagranie albumu praktycznie już stricte hardrockowego. "Top Priority" to album wyjątkowo jednorodny jak na twórczość Irlandczyka. Po raz pierwszy w karierze nie zaproponował żadnej ballady ani czegoś w folkowym klimacie, choć przecież właśnie takie nagrania często okazywały się najlepszymi punktami jego albumów. Nawet jeśli zdarzają się tutaj kawałki w innym stylu, jak rock'n'rollowy "At the Depot", bluesrockowe "Wayward Child" i "Off the Handle" czy podbity nieco jakby funkowym pulsem "Public Enemy No. 1", to charakteryzują się tak samo ciężkim brzmieniem, jak reszta materiału.

Takie oblicze Gallaghera najbardziej u mnie straciło na przestrzeni lat. Wciąż jednak sporo tu fajnego grania. Zawsze lubiłem przebojowe "Philby" i "Bad Penny", oba z wyrazistymi melodiami, charakterystycznymi riffami oraz porywającymi solówkami lidera - w tym pierwszym na elektrycznym sitarze, który odkupił od Pete'a Townsheda. Bardzo fajny jest też ciężki blues "Off the Handle", podobnie jak i mocno hendrixowski "Keychain". Broni się rozpędzony "Follow Me", choć głównie za sprawą fantastycznych solówek gitarowych. Ujdzie "Wayward Child", choć wkrada się tu trochę banału. Te wszystkie kawałki wypadały jednak lepiej podczas występów przed publicznością. Zresztą to materiał stworzony do grania na żywo, trochę jednak tracący w wyniku studyjnej obróbki. Nie przypadkiem zaś do koncertowego repertuaru nie weszły "At the Depot", "Just Hit Town" i "Public Enemy No. 1" - to zupełnie nijakie wypełniacze. Zresztą ten ostatni pochodzi jeszcze z sesji niewydanego albumu "Torch", którego publikacja została wstrzymana ze względu na niezadowolenie Gallaghera z jakości niektórych kompozycji. Choć z drugiej strony, wśród odrzutów z "Top Priority" znalazł się całkiem udany "The Watcher", więc różnie z tą selekcją materiału bywało.

Niby dobrze, że pod koniec lat 70. Gallagher spróbował trochę innego podejścia, zamiast nagrywania płyt według jednego schematu, co zaczęło doskwierać w okresie "Against the Grain" / "Calling Card". Szkoda jednak, że przerzucił się akurat na granie hard rocka i to w czasach, gdy w takiej stylistyce właściwie wszystko zostało już powiedziane. Co prawda ten gallagherowy hard rock pozostawia w tyle większość konkurencji - głównie za sprawą wciąż porywającej gry lidera - ale to nie była odpowiednia stylistyka dla tak zdolnego muzyka. Zresztą po wydaniu "Irish Tour '74" Gallagher coraz bardziej roztrwaniał swój talent, co mogło mieć związek z jego uzależnieniem od alkoholu. 

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)

1. Follow Me; 2. Philby; 3. Wayward Child; 4. Key Chain; 5. At the Depot; 6. Bad Penny; 7. Just Hit Town; 8. Off the Handle; 9. Public Enemy No. 1

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka, sitar; Gerry McAvoy - gitara basowa; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher


Po prawej: okładka reedycji.




23 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO II: Flying" (1971)



"UFO II: Flying", opatrzony wiele mówiącym podtytułem "Space Rock", to album wyjątkowo długi, jak na czasy przedkompaktowe. Zabrakło dosłownie kilku sekund do pełnej godziny. Mimo tego, wydano go na jednej płycie winylowej, dzięki czemu oszczędzono słuchaczom konieczności zmieniania co chwilę stron (najkrótsza trwałaby siedem minut). Dziś wytwórnie muzyczne nie są już tak wyrozumiałe i nawet znacznie krótsze albumy ukazują się na dwóch płytach, dzięki czemu można je sprzedawać w wyższej cenie... Ale nie o tym miał być ten tekst, a o najbardziej niezwykłym albumie w dorobku brytyjskiej grupy UFO. Zaskakujący jest już sam postęp, jaki muzycy poczynili w ciągu ledwie roku, jaki minął od ich debiutanckiej sesji. Zaledwie dwanaście miesięcy po wydaniu niemalże amatorskiego "UFO 1", zaproponowali dojrzałe, w pełni świadome i dość oryginalne dzieło. Bardzo rozwinął się przez ten czas gitarzysta Mick Bolton. Wciąż gra w nieskomplikowany sposób, ale bardziej pomysłowo i z większą pewnością siebie. Jego partie już nie muszą być chowane w miksie. Tym razem to na nim spoczywa obowiązek prowadzenia linii melodycznych. Jednak partie basu Pete'a Waya wciąż są bardzo dobrze słyszalne, a muzyk ma sporo miejsca do popisu w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych.

Już na sam początek zespół proponuje niespełna siedmiominutowy "Silver Bird". Rozpoczyna się od spokojnego gitarowego motywu - prostego, ale przyciągającego uwagę - wspartego wyraźną grą sekcji rytmicznej. Phil Mogg śpiewa wyjątkowo czystym głosem, dopiero wraz z zaostrzeniem muzyki jego głos nabiera charakterystycznej szorstkiej barwy. W utworze dominują jednak fragmenty instrumentalne, kojarzące się trochę z koncertowymi improwizacjami grupy Cream. Z jeden strony muzycy muszą ściśle ze sobą współpracować, ale  z drugiej - każdy stara się jak najlepiej pokazać własne umiejętności. Bardzo fajnie to wyszło, choć oczywiście na poziomie Cream. Jednak, gdy w pewnym momencie improwizacja nabiera bardziej psychodelicznego charakteru, takie porównania przestają mieć sens. Zespół proponuje własną wizję takiego zespołowego grania. Jednak w pełni skrzydła rozwija dopiero w następnym na płycie, dziewiętnastominutowym "Star Storm". To już prawdziwy spacerockowy odlot. Rozpoczyna się od monotonnego pulsu gitary basowej, któremu towarzyszą przetworzone, kosmiczne dźwięki gitary. Dopiero po dwóch minutach utwór nabiera bardziej piosenkowego charakteru. W tej części znalazło się miejsce i na bardzo chwytliwy gitarowy motyw przewodni, i na zadziorne, hardrockowe riffowanie, któremu wtórują szorstkie partie Mogga, i na dłuższe solówki gitarzysty. Ale potem klimat znów całkiem się zmienia, na bliższy dokonaniom Pink Floyd z okolic "A Saucerful of Secrets" czy środkowej części "Echoes". Przed końcem nagrania następuje jeszcze kilka zwrotów akcji, ale całość brzmi bardzo spójnie i ani przez chwilę nie nudzi.

Album zawiera także dwa krótsze, niespełna czterominutowe, utwory: rozpędzony, właściwie hardrockowy "Prince Kajuku", z całkiem udanymi popisami Boltona na tle energetycznej gry sekcji rytmicznej, a także instrumentalny, częściowo balladowy "The Coming of Prince Kajuku". To jednak najmniej ciekawe fragmenty całości, trochę zbyt zwyczajne, bardziej w stylu poprzedniej płyty. Przynajmniej zapewniają chwilę odpoczynku przed kolejnym spacerockowym jamem. Tytułowy "Flying" to przekraczające długość dwudziestu sześciu minut nagranie, pełne zmian nastroju i motywów. Jest tu niemal wszystko, od fragmentów balladowych, przez bluesrockowe, spontaniczne granie w stylu Cream oraz hardrockowe riffowanie bliskie Led Zeppelin, a po psychodelię z okolic wczesnego Pink Floyd. Całość wypada jednak odrobinę mniej spójnie od "Star Storm". I w sumie nie zaszkodziłoby, gdyby w kilku momentach trochę ją poskracać (szczególnie niepotrzebne wydaje się kilka ostatnich sekund, z puszczoną wspak recytacją fragmentu wiersza "Gunga Din" Rudyarda Kiplinga), a nawet podzielić na kilka osobnych utworów. Ogólne jednak pozostawia pozytywne wrażenie, ponieważ muzycy wykazują się tutaj całkiem sporą pomysłowością, co pozwala im obejść - szczególnie Boltonowi - techniczne ograniczenia. 

"UFO II: Flying" to jeden z najciekawszych albumów nagranych przez zespół kojarzony przede wszystkim z hard rockiem, a przy tym zdecydowanie najlepsze, co ukazało się pod szyldem UFO. Nie jest to granie szczególnie wyrafinowane, raczej rażące prostotą, a czasem pewną nieporadnością, jednak przeważnie muzykom udaje się stworzyć całkiem ciekawy klimat i autentycznie wciągnąć słuchacza w te swoje psychodeliczne jamy. Trochę tu niepotrzebnych fragmentów, ale przeważa naprawdę fajne granie. Szkoda, że zespół wkrótce rozstał się z Boltonem i poszedł w całkiem innym kierunku. Ten pierwszy okres uzupełnia singiel "Galactic Love", bardzo mocno zainspirowany wczesnym Pink Floyd, a także koncertówka "Live" (znana też pod tytułem "U.F.O. Landed Japan"), na której jednak zespół prezentuje bardziej bluesrockowy materiał, nie najlepiej w nim wypadając.

Ocena: 8/10



UFO - "UFO II: Flying" (1971)

1. Silver Bird; 2. Star Storm; 3. Prince Kajuku; 4. The Coming of Prince Kajuku; 5. Flying

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - gitara basowa; Andy Parker - perkusja
Producent: Guy Fletcher i Doug Flett


21 czerwca 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Visions of the Emerald Beyond" (1975)



"Visions of the Emerald Beyond" był dla drugiego wcielenia Mahavishnu Orchestra prawdziwym debiutem. Co prawda ten sam kwintet zagrał już na "Apocalypse", jednak tamten album to przede wszystkim John McLaughlin i orkiestra symfoniczna. Pozostali członkowie zespołu zostali tam sprawdzeni właściwie do roli sidemanów. Natomiast ten longplay to logiczna kontynuacja wcześniejszego "Birds of Fire". Granie o zdecydowanie bardziej zespołowym charakterze. Co prawda, to jeszcze bardziej poukładany, staranniej skomponowany materiał, jednak improwizacje wciąż są obecne. Niestety, nie ustrzeżono się tutaj pewnego istotnego błędu, który popełniono już na wspomnianym "Birds of Fire". Mianowicie, poszczególne utwory są raczej krótkie. a tym samym instrumentaliści nie mieli wystarczająco czasu, by je ciekawie rozwinąć. Siłą "The Inner Mounting Flame" czy "Between Nothingness & Eternity" są porywające improwizacje, natomiast tutaj mamy do czynienia często, szczególnie na drugiej stronie winyla, z kawałkami o wręcz szkicowym charakterze.

Nie do końca przekonuje mnie też spory eklektyzm tego wydawnictwa. "Visions of the Emerald Beyond" to album, na którym pomiędzy stricte funkowe numery, "Can't Stand Your Funk" i "Cosmic Strut", wciśnięto uduchowioną, akustyczną pieśń "Pastoral". A to tylko jeden z wielu - choć najbardziej zauważalny - przykład nie najlepszego dopasowania. A z drugiej strony, ten cały funk, choć sam w sobie nawet fajny, to granie zdecydowanie poniżej umiejętności tych instrumentalistów. Zaważyły tu najwyraźniej względy merkantylne, bo połowa lat 70. to już nie czasy sprzyjające ambitniejszej muzyce. Jakże ciekawiej prezentuje się rzeczony "Pastoral", taki właśnie pastoralny, z istotnym udziałem dodatkowych instrumentalistów grających na smyczkach, co przybliża ten utwór trochę do folku, a trochę do kameralnej muzyki poważnej. Jednak jest to przede wszystkim popis jednego z gości, Steve'a Kindlera, grającego tu - dosłownie i w przenośni - pierwsze skrzypce. 

Z kolei sam zespół zachwyca przede wszystkim w "Lila's Dance", jednym z dłuższych utworów na płycie. Pomimo dość subtelnego nastroju, przynajmniej do pewnego momentu, jest to granie o całkiem dużej ekspresji, a przy tym bardzo swobodne, dzięki czemu wszyscy muzycy mają okazję pokazać swoje umiejętności. Jeszcze chyba lepszy okazuje się podzielony na dwie części "Eternity's Breath", nagrany z pomocą sekcji dętej (nowość u Mahavishnu Orchestra), ale to przede wszystkim muzycy zespołu odpowiadają za to interesujące połączenie jazz-rockowego czadu i uduchowionego klimatu. W drugiej odsłonie znakomite solówki grają McLaughlin i Ponty, świetnie wypada też sekcja rytmiczna. Do tego poziomu zbliża się jeszcze finałowy "On the Way Home to Earth", natomiast w "Faith" nie udało się wiele wyciągnąć z drzemiacego w nim potencjału.

"Visions of the Emerald Beyond" potwierdza, że w przypadku Mahavishnu Orchestra - bez względu na to, jacy muzycy akurat towarzyszyli McLaughlinowi - muzyka była tym lepsza, im bardziej spontaniczna i swobodna. Natomiast im bardziej starano się nadać jej wykoncypowaną formę, tym więcej na tym traciła, praktycznie nie zyskując nic w zamian. "Visions of the Emerald Beyond" przynosi trochę naprawdę świetnej muzyki, ale też nieco rozczarowań.

Ocena: 7/10



Mahavishnu Orchestra - "Visions of the Emerald Beyond" (1975)

1. Eternity's Breath (Part 1); 2. Eternity's Breath (Part 2); 3. Lila's Dance; 4. Can't Stand Your Funk; 5. Pastoral; 6. Faith; 7. Cosmic Strut; 8. If I Could See; 9. Be Happy; 10. Earth Ship; 11. Pegasus; 12. Opus 1; 13. On the Way Home to Earth

Skład: John McLaughlin - gitara, wokal; Jean-Luc Ponty - skrzypce, wokal; Gayle Moran - instr. klawiszowe, wokal; Ralphe Armstrong - gitara basowa, kontrabas, wokal; Narada Michael Walden - perkusja i instr. perkusyjne, klawinet, wokal
Gościnnie: Steve Kindler - skrzypce; Carol Shive - skrzypce; Philip Hirschi - wiolonczela; Russell Tubbs - saksofon altowy, saksofon sopranowy; Bob Knapp - flet, trąbka, skrzydłówka, wokal
Producent: Ken Scott i John McLaughlin


19 czerwca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)



Koncertowy album "Bursting Out" podsumował pewien etap działalności Jethro Tull. Wydany rok później "Stormwatch" - dwunasty studyjny longplay zespołu - co prawda został nagrany jeszcze przez jeden z klasycznych składów i utrzymany całkowicie w charakterystycznym dla grupy stylu, ale pod względem poziomu jest to już tylko cień największych dokonań. "Stormwatch" domyka nieformalną trylogię, tworzoną wraz z "Songs from the Woods" i "Heavy Horses", opowiadającą o przemianach w Wielkiej Brytanii na przestrzeni wieków. Tym razem teksty dotyczą współczesności, a aranżacje zostały jeszcze bardziej przesunięte w stronę rocka, choć nie brakuje folkowych akcentów. Występujących tu głównie pod postacią partii fletu, gdyż gitary akustyczne przez większość czasu ustępują miejsca cięższym riffom oraz syntezatorowo-organowym pasażom. W sesji uczestniczyli w zasadzie ci sami muzycy, co w trakcie prac nad dwoma poprzednimi albumami. Jedynie John Glascock, ze względu na poważne problemy zdrowotne, musiał w pewnym momencie zrezygnować z dalszego udziału. W związku z tym partie basu w większości utworów wykonał Ian Anderson.

O ile "Songs from the Wood" i "Heavy Horses" można postawić wśród najlepszych albumów zespołu, ten pierwszy wręcz w ścisłej czołówce, tak "Stormwatch" jest już wyraźną oznaką kryzysu, który w kolejnych latach jeszcze bardziej się pogłębiał. Choć całość wciąż utrzymana jest w klasycznym stylu Jethro Tull, to same kompozycje na ogół niespecjalnie przekonują. Udany jest na pewno otwieracz, "North Sea Oil". W sumie dość zwyczajna, choć bardzo energetyczna i całkiem chwytliwa piosenka rockowa, jednak flet Andersona nadaje bardzo fajnego, folkowego klimatu. Z podobnych, czyli takich bardziej dynamicznych i zwartych kawałków, przyzwoicie wypada "Something's on the Move", choć nie jest to nagranie, o którym będzie się pamiętać po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Natomiast "Old Ghost" razi niezbyt pasującą i zbyt nachalną orkiestracją, za pomocą której zapewne chciano ukryć taką sobie melodię. Bez orkiestracji obyłoby się także w spokojniejszych fragmentach "Orion", choć tutaj są one nieco lepiej dopasowane i nie musza niczego przysłaniać, bo towarzyszą całkiem zgrabnej melodii. Inna sprawa, że te łagodniejsze wstawki przeplatają się ze strasznie topornym riffowaniem, podczas którego melodia jest już kompletnie nijaka.

Na albumie znalazły się też dwa bardziej rozbudowane nagrania. "Dark Ages" brzmi w sumie jak posklejany z kilku niedokończonych kompozycji - choć jedne motywy powtarzają się znacznie częściej od innych - przy czym wszystkie wydają się tak samo pozbawione dobrych pomysłów melodycznych i aranżacyjnych. Za to znów pojawiają się te niepasujące orkiestracje. Jethro Tull nagrywał utwory gorsze od tego, choć z reguły dużo krótsze. "Dark Ages" jest po prostu całkiem bezbarwny, ale w połączeniu z długością przekraczającą dziewięć minut, spokojnie można uznać go za jeden z najnudniejszych kawałków zespołu. Nieco tylko krótszy i lepiej przemyślany okazuje się "Flying Dutchman", który pomimo nawiązań do folkowego klimatu dwóch poprzednich albumów, daleki jest od ich poziomu. Znów brakuje dobrej, wyrazistej melodii, a w aranżacjach wciąż nie dzieje nic ciekawego. Zresztą w ogóle mało się tutaj dzieje.

Całości dopełnia kilka krótszych, spokojniejszych kawałków. Wyjątkowo miałko wypada "Home", w którym nawet przesłodzona orkiestra nie ma za bardzo czego zepsuć. Strasznie dziwacznie prezentuje się "Warm Sporran", łączący folkowe brzmienia z właściwie już ejtisową elektroniką oraz dość tandetną wokalizą. Broni się za to typowo tullowy "Dun Ringill", oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej, ale charakteryzujący się dość wyrazistą melodią. Choć zespół w tym stylu nagrywał już lepsze utwory. Natomiast finałowy "Elegy" to dość ładny, ale też, za sprawą naiwnej melodii i ckliwej aranżacji, kiczowaty instrumental. Co ciekawe, to jedyna na płycie - i jedna z naprawdę nielicznych w dyskografii grupy - kompozycja, której autorem nie jest Anderson. Skomponował ją David Palmer, w hołdzie zmarłemu ojcu. Zresztą pozycja Palmera w zespole w tamtym czasie wyraźnie rosła, co sugeruje także większa ilość brzmień klawiszowych i aranżowanych przez niego orkiestracji. Nie wyszło to jednak grupie na dobre. Ale i nie zaszkodziło ze względu na w większości przeciętne kompozycje.

"Stromwatch" w chwili wydania był jednym z najsłabszych albumów Jethro Tull. Właściwie jedynie "War Child" ma do zaoferowania jeszcze mniej. Niestety, czas pokazał, że nie był to kolejny krótkotrwały kryzys, z którego udałoby się powrócić w pełnej chwale. Następne wydawnictwa dobitnie uświadomiły, że Ian Anderson po prostu kompletnie wyczerpał się jako twórca. Wielka szkoda, że zespół nie zakończył działalności po poprzedzającej ten longplay serii udanych albumów ("Songs from the Woods", "Heavy Horses", "Bursting Out"), a zamiast tego coraz bardziej dewaluował swoją nazwę. Ale to przecież nierzadka sytuacja wśród rockowych grup. Tylko nieliczni, jak King Crimson, Led Zeppelin czy francuska Magma, wiedzieli, kiedy dać sobie i słuchaczom spokój.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)

1. North Sea Oil; 2. Orion; 3. Home; 4. Dark Ages; 5. Warm Sporran; 6. Something's on the Move; 7. Old Ghosts; 8. Dun Ringill; 9. Flying Dutchman; 10. Elegy

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, gitara basowa (1,3-8); Martin Barre - gitara, mandolina; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych; John Glascock - gitara basowa (2,9,10); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Francis Wilson - recytacja (1,8)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


17 czerwca 2015

[Recenzja] Eric Clapton and Steve Winwood - "Live from Madison Square Garden" (2009)



Ścieżki Steve'a Winwooda i Erica Claptona wielokrotnie się krzyżowały w trakcie ich długoletnich karier muzycznych. Przede wszystkim w supergrupie Blind Faith, którą obaj współtworzyli przez kilka miesięcy 1969 roku. Z czasem jednak coraz rzadziej ze sobą współpracowali, skupiając się na własnych projektach. Jednak w 2007 roku Winwood pojawił się na zorganizowanym przez Claptona Crossroads Guitar Festival, na którym muzycy wykonali wspólnie kilka utworów. Entuzjastyczna reakcja na ten występ sprawiła, że postanowili zagrać razem kilka całych koncertów. Pierwsze z nich odbyły się w dniach 25, 26 i 28 lutego 2008 roku w nowojorskim Madison Square Garden. Na ich repertuar złożyły się, oczywiście, utwory Blind Faith, ale też solowe kompozycje Winwooda i Claptona, nagrania grup Traffic i Derek and the Dominos, oraz obszerna ilość bluesowych i rockowych coverów. Zapis fragmentów tych trzech koncertów wypełnił album "Live from Madison Square Garden" (wydany także w wersji DVD).

Całość rozpoczyna się dokładnie tak samo, jak jedyny album Blind Faith - od utworu "Had to Cry Today". Rewelacyjne wykonanie, ze świetną gitarową współpracą Claptona i Winwooda (czterdzieści lat wcześniej podczas koncertów tylko Eric grał na gitarze, a Steve na klawiszach, co zmniejszało jego moc). To w ogóle jeden z najlepszych utworów w dorobku obu muzyków, oparty na genialnym riffie, pełen porywających solówek. Z albumu Blind Faith zagrali jeszcze trzy utwory: jak zwykle przepiękny "Presence of the Lord" (szkoda tylko, że z Claptonem, a nie Winwoodem, jako głównym wokalistą), cover "Well All Right" Buddy'ego Holly'ego (ze świetnie rozbudowaną kodą), oraz chwytliwy "Can't Find My Way Home" (niestety, zagrany w nieco "upopowionej" wersji). Do pełni szczęścia zabrakło więc tylko "Sea of Joy" i "Do What You Like". Muzycy sięgnęli za to po wolny blues "Sleeping in the Ground" z repertuaru Sama Myersa, który wykonywali podczas koncertów Blind Faith.

Dużą reprezentację mają także utwory Traffic - są to głównie przeboje z początków kariery tej grupy ("Pearly Queen", "No Face, No Name, No Number" i "Dear Mr. Fantasy"), ale też pochodzący z późniejszego okresu jazzrockowy instrumental "Glad", w którym świetnie odnalazł się Clapton (w studyjnej wersji w ogóle nie ma gitary). Solowy dorobek Winwooda reprezentuje tylko jeden utwór, nijaki "Split Decision". Clapton z kolei przypomniał liczne covery ze swoich solowych albumów, ale też dwa utwory, które wykonywał jako pierwszy: "Tell the Truth" z czasów Derek and the Dominos, oraz okropny "Forever Man" z tandetnymi, "ejtisowymi" syntezatorami.

Lista coverów zagranych podczas koncertów obejmuje m.in. trzy utwory z repertuaru: J.J. Cale'a: "Low Down", a także znane już z solowych albumów Claptona "After Midnight" i "Cocaine". Tak samo uhonorowany został także Jimi Hendrix, do którego dorobku również sięgnięto po trzy utwory: "Voodoo Chile" (Winwood brał udział w nagrywaniu oryginału), "Little Wing" (Clapton nagrał jego cover z Derek and  the Dominos), a także mniej znany "Them Changes", który niestety zepsuto bezsensownymi dęciakami z syntezatora. Całości dopełniają przeróbki "Double Trouble"  Otisa Rusha, "Rambling on My Mind" Roberta Johnsona (wykonany przez samego Claptona), oraz "Georgia on My Mind" Raya Charlesa (zagrany solo przez Winwooda).

"Live from Madison Square Garden" pozostawia mieszane odczucia. Z jednej strony cieszy, że Winwood i Clapton postanowili po latach odnowić współpracę i przypomnieć swoją wspólną twórczość z czasów Blind Faith. Jednakże z drugiej strony, album ma wiele wad. Przede wszystkim długość - to ponad dwie godziny muzyki, które w pewnym momencie po prostu zaczyna się dłużyć. Tym bardziej, że wybór utworów nie jest do końca trafiony. Czy naprawdę konieczne było granie aż tylu coverów i umieszczenie wszystkich na albumie? Czy zamiast kiepskich utworów solowych nie mogli zagrać dwóch pozostałych kompozycji Blind Faith albo czegoś z repertuaru Cream? Gdyby tak skrócić ten materiał do jednego dysku CD, zostawiając najlepsze fragmenty, ocena byłaby wyższa. Bo pod względem wykonawczym większość utworów trzyma wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Eric Clapton and Steve Winwood - "Live from Madison Square Garden" (2009)

CD1: 1. Had to Cry Today; 2. Low Down; 3. Them Changes; 4. Forever Man; 5. Sleeping in the Ground; 6. Presence of the Lord; 7. Glad; 8. Well All Right; 9. Double Trouble; 10. Pearly Queen; 11. Tell the Truth; 12. No Face, No Name, No Number
CD2: 1. After Midnight; 2. Split Decision; 3. Rambling on My Mind; 4. Georgia on My Mind; 5. Little Wing; 6. Voodoo Chile; 7. Can't Find My Way Home; 8. Dear Mr. Fantasy; 9. Cocaine

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe;  Eric Clapton - gitara i wokal; Willie Weeks - bass; Ian Thomas - perkusja; Chris Stainton - instr. klawiszowe
Producent: James Pluta, John McDermott, Scooter Weintraub


15 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Photo-Finish" (1978)



W grudniu 1977 roku kwartet Rory'ego Gallaghera przystąpił do nagrania kolejnego albumu. Longplay, nagrywany w San Francisco, pod okiem producenta Elliota Mazera (znanego ze współpracy m.in. z Janis Joplin i Neilem Youngiem), miał być szóstym - licząc koncertowy "Irish Tour '74" - wydawnictwem składu z basistą Gerrym McAvoyem, klawiszowcem Lou Martinem oraz perkusistą Rodem de'Athem. "Torch", jak go zatytułowano, został skompletowany i zmiksowany, a nawet wytłoczono już pierwsze egzemplarze, jednak lider nie był zadowolony z rezultatu. Gallagher twierdził później, że chodziło o same kompozycje, ale wiele wskazuje na niezadowolenie z nowego producenta oraz z niektórych członków zespołu. W każdym razie, Irlandczyk wstrzymał publikację "Torch" i rozpoczął pracę nad nowo. Tym razem, latem 1978 roku, udał się do niemieckiego studia Dietera Dierksa. Towarzyszyli mu McAvoy, nowy bębniarz Ted McKenna (wcześniej członek Tear Gas i The Sensational Alex Harvey Band), a także pełniący obowiązki współproducenta Alan O'Duffy. W trakcie nagrań odświeżono cześć materiału z poprzedniej sesji, ale doszło też kilka nowych kompozycji. Gotowy materiał dostarczono wytwórni tuż przed ostatecznym terminem. I w nawiązaniu do tego nadano albumowi tytuł "Photo-Finish".

Pod względem muzycznym jest to kolejny, po "Calling Card", zwrot w stronę hardrockowego grania. Większość utworów to już nie ciężko grany blues rock, ale hard rock z pewnymi naleciałościami bluesa. Najlepszym przykładem tego nowego oblicza Gallaghera jest rozpędzony "Shadow Play", napędzany energetyczną grą sekcji rytmicznej, pełen zadziornych solówek lidera. To zresztą jeden z jego sztandarowych kawałków. od tamtej pory grany na większości koncertówek, przeważnie w bardzo rozimprowizowanych wersjach. Studyjny pierwowzór jest bardziej zwarty, ale też zagrany z ogromną energią. Do koncertowego repertuaru na dłużej wszedł także "Shin Kicker", sporo zresztą zyskując. Na płycie jest to dość sztampowy, zaostrzony rock and roll, choć ze świetnymi solówkami lidera i znów sporą dawką energii. Zresztą zdecydowana większość tego albumu to kawałki stworzone do grania właśnie na żywo.

Na szczęście, całość ma do zaoferowania trochę więcej niż hardrockowy czad. W "Brute Force & Ignorance" fajnym urozmaiceniem ciężkich riffów są partie mandoliny, w "Cloak & Dagger" podobną rolę odgrywa harmonijka, a "Overnight Bag" przeplata ostrzejsze granie z brzmieniami akustycznymi. Do najlepszych momentów należy też "The Mississippi Sheiks" - zatytułowany tak w hołdzie nazywającej się tak samo bluesowej grypy z lat 30., znanej ze standardu "Sitting on Top of the World", spopularyzowanego przez Cream - który pomimo ostrego brzmienia wyróżnia się świetną, nieco irlandzką melodią. Album zawiera także jeden utwór bliski bluesowym balladom, aczkolwiek niepozbawiony zaostrzeń. "Fuel to the Fire" to kolejny z tych spokojniejszych utworów Gallaghera, łączących zgrabne, wyraziste melodie z przepięknymi solówkami gitary. Znalazły się tu jednak także dwa wypełniacze. "Cruise on Out" i "The Last of the Independents" bardzo łatwo przeoczyć, nie wnoszą do całości nic, jedynie niepotrzebnie ją wydłużają.

Powrót do formuły power tria wyszedł w sumie na dobre. "Photo-Finish" to jeden z najbardziej energetycznych studyjnych albumów Gallaghera. Inna sprawa, że taka muzyka najlepiej wypada na żywo, a spora część zawartych tutaj utworów doczekała się publikacji w bardziej porywających wersjach z koncertów. Album jest wyjątkowo jednorodny stylistycznie, w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami Irlandczyka, ale kompozycje prezentują się różnie. Niektóre bronią się w całości. inne nadrabiają pewne niedostatki ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi lub świetnym wykonaniem, ale zdarzają się też całkiem przeciętne kawałki. Nie do końca przekonuje mnie też zwrot w stronę akurat hard rocka. Zapewne wymusiła to ówczesna sytuacja na rynku muzycznym - granie bluesa, folku czy jazzu było wówczas zupełnie nieopłacalne, a hard rock wciąż miał wielu zwolenników - niemniej jednak postawa Rory'ego Gallaghera zwykle była bardziej bezkompromisowa artystycznie. Tutaj natomiast nieco się ugiął przed koniunkturą. A druga sprawa, że ten jego hard rock ustępuje muzyce, którą grał na pierwszych albumach solowych i koncertówce z 1974 roku.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Photo-Finish" (1978)

1. Shin Kicker; 2. Brute Force & Ignorance; 3. Cruise On Out; 4. Cloak & Dagger; 5. Overnight Bag; 6. Shadow Play; 7. The Mississippi Sheiks; 8. The Last of the Independents; 9. Fuel to the Fire

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher i Alan O'Duffy


10 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO 1" (1970)



Brytyjska grupa UFO to absolutnie drugo- lub nawet trzeciorzędna grupa hardrockowa, która swoje sukcesy z drugiej połowy lat 70. zawdzięcza wyłącznie graniu skrajnie komercyjnej, sztampowej muzyki. Jednak jej początki nie były wcale najgorsze. Historia zespołu sięga 1969 roku, kiedy to czwórka muzyków - wokalista Phil Mogg, gitarzysta Mick Bolton, basista Pete Way oraz perkusista Andy Parker - postanowili rozpocząć ze sobą współpracę. Początkowo przybrali nazwę Hocus Pocus, by zmienić ją po kilku miesiącach na tę ostateczną, będącą hołdem dla londyńskiego klubu UFO, jednego z najbardziej kultowych miejsc tamtych czasów. To tam pierwsze kroki stawiali tacy wykonawcy, jak Pink Floyd czy Soft Machine, ale też właśnie tam Hocus Pocus został zauważony przez przedstawiciela wytwórni Beacon Records. Z miejsca zaproponował muzykom kontrakt, dzięki czemu wkrótce zarejestrowali swój pierwszy album, który został opublikowany, już pod nazwą UFO, w październiku 1970 roku.

"UFO 1" ewidentnie brzmi jak muzyka z początku lat 70. Wyraźnie słychać bluesrockowe i psychodeliczne naleciałości z poprzedniej dekady, ale brzmienie jest już raczej hardrockowe. W tamtym czasie ogromnym powodzeniem cieszyły się dokonania takich grup, jak Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple, więc taka stylistyka była dość naturalnym, ale i po prostu bezpiecznym wyborem. Nie da się jednak ukryć, że pierwsza propozycja UFO ociera się o kompletne amatorstwo. Najsłabszym ogniwem był Bolton. Gitarzysta właściwie nie proponuje tu nic poza paroma bluesowymi zagrywkami, jego solówki wypadają mało ciekawie, a riffy niezbyt wyraziście. Z jego niewielkich umiejętności całkowicie zdawali sobie sprawę producenci albumu, dlatego często chowają jego partie w tle, za wokalem i sekcją rytmiczną. Wokalista również nie zachwyca. Może i posiada dość charakterystyczną, od razu rozpoznawalną chrypę, ale jego umiejętności są strasznie ograniczone. Za to Way i Parker grają naprawdę solidnie, nie ograniczając się do akompaniamentu. To zresztą na basiście spoczął ciężar nadawania utworom linii melodycznych, on też gra tutaj najlepsze solówki.

Niestety w zespole brakowało zdolnego kompozytora. Na debiutanckim albumie znalazły się aż trzy przeróbki cudzych utworów, a własny "Follow You Home" opiera się na riffie pożyczonym z "You Really Got Me" The Kinks. Bluesowe standardy "C'mon Everybody" Eddiego Cohrana i "Who Do You Love" Bo Diddleya wypadają dość przeciętnie. Ten drugi zaprezentowano w nieco rozimprowizowanej wersji, co w porównaniu z wykonaniem Quicksilver Messenger Service, boleśnie pokazuje spore ograniczenia instrumentalistów. Ale przecież brak umiejętności można obejść kreatywnością. Takie podejście zaprezentowano w "(Come Away) Melinda" z repertuaru Harry'ego Belafonte'a. W tym samym roku utwór ten przerobiła też inna podrzędna grupa hardrockowa, Uriah Heep, jednak interpretacja UFO okazuje się znacznie ciekawsza. Zamiast patosu i kiczu mamy tutaj całkiem fajny, nieco kosmiczny klimat, tworzony za pomocą przetworzonej efektami gitary oraz uwypuklonego basu. Bolton wypada zdecydowanie lepiej wtedy, gdy eksperymentuje z brzmieniem i gra w mniej konwencjonalny sposób niż gdy próbuje wcielić się w bluesmana. Swój własny sposób gry rozwinął na następnym albumie, ale już tutaj często słychać jego zalążek. Nie tylko w "Melindzie", ale też w kilku autorskich, podpisanych przez cały skład kawałkach, przede wszystkim w "Treacle People" i pełniącym rolę intro "Unidentifield Flying Object". To jedne z najlepszych fragmentów albumów, do których zaleczyć trzeba także finałowy "Evil", napędzany fajnie bujającym riffem Waya i z całkiem przyzwoitą grą Boltona. Bronią się także luzackie "Boogie" i "Shake It Aloud" oraz energetyczny "Timothy".

Oryginalny skład UFO potrafił przekuć swoje ograniczenia w zalety, a to znacznie cenniejsze od perfekcyjnych umiejętności technicznych, jeśli te ostatnie nie idą w parze z kreatywnością. Kwartet musiał być świadomy, że nie zagra na poziomie lepszych grup, dlatego zaproponował - na debiucie jeszcze w raczej zachowawczy sposób - swoje własne podejście do takiej stylistyki. I dzięki temu "UFO 1" wyróżnia się na tle innych hardrockowych pozycji z tamtych czasów. Nie jest to może jakiś bardzo udany album, ale słucha się mi go całkiem przyjemnie, czego nie mogę powiedzieć o tych bardziej profesjonalnych, ale strasznie schematycznych albumach UFO z lat późniejszych. Na szczęście, zanim muzycy poszli w tym kierunku, nagrali jeszcze jeden longplay w swoim pierwotnym stylu, zdecydowanie go doskonaląc.

Ocena: 7/10



UFO - "UFO 1" (1970)

1. Unidentified Flying Object; 2. Boogie for George; 3. C'mon Everybody; 4. Shake It About; 5. (Come Away) Melinda; 6. Timothy; 7. Follow You Home; 8. Treacle People; 9. Who Do You Love?; 10. Evil

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - gitara basowa; Andy Parker - perkusja
Producent: Doug Flett i Guy Fletcher


8 czerwca 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Apocalypse" (1974)



Dziwny to album. John McLaughlin, po rozpadzie oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, zebrał zupełnie nowy zespół. Znalazł się w nim skrzypek Jean-Luc Ponty, znany już m.in. ze współpracy z Frankiem Zappą, ale też początkujący muzycy, jak grająca na klawiszach Gayle Moran, basista Ralphe Armstrong czy perkusista Narada Michael Walden. Jednak McLaughlinowi nie wystarczył ten kwintet. W nagraniu "Apocalypse" uczestniczyli również muzycy London Symphony Orchestra pod batutą Michaela Tilsona Thomasa, występującego także w roli pianisty, a ponadto jeszcze kilku dodatkowych muzyków grających na instrumentach smyczkowych. Jako producent nad całym tym przedsięwzięciem czuwał George Martin, najbardziej znany ze swojej współpracy z The Beatles. Rezultat był, według mojej wiedzy, pierwszą próbą połączenia sił zespołu jazz-rockowego i orkiestry symfonicznej. Pomysł niewątpliwie oryginalny i odważny, ale efekt przypomina łączenie wody z olejem. Nie wiem tylko, czy taka mieszanka była z góry skazana na niepowodzenie, czy po prostu występującym tu muzykom zabrakło pomysłu na przekonującą fuzję tych dwóch elementów.

Album przynosi rozczarowanie przede wszystkim tym słuchaczom, którzy spodziewają się kolejnej porcji żywiołowych improwizacji, do jakich przyzwyczaiły poprzednie wydawnictwa sygnowane nazwą Mahavishnu Orchestra. Są tu co prawda takie nagrania, jak "Vision is a Naked Sword" czy "Wings of Karma", w których pojawiają się bardziej zakręcone, ostrzejsze partie gitarowe lidera, intensywna perkusja w stylu Billy'ego Cobhama czy charakterystyczne brzmienie zelektryfikowanych skrzypiec i pianina, jednak z tym wszystkim niespecjalnie przegryzają się partie orkiestry. Najbardziej kuriozalny jest fragment "Vision is a Naked Sword", w którym najpierw sam zespół przez dłuższy czas gra w pogodnym, jazz-funkowym stylu, a potem nagle ustępuje miejsca pełnemu patosu wejściu symfoników.  Najlepiej udało się zgrać w najdłuższym "Hymn to Him", w którym zespół gra łagodniej, a orkiestra mniej nachalnie (poza paroma niepotrzebnymi wstawkami w szybszej części). Całkiem spójnie wypada też najkrótszy "Power of Love", w którym słychać wyłącznie delikatną, bardzo ładną partię gitary (przywodzącą na myśl "A Lotus on Irish Streams") oraz równie subtelną, aczkolwiek dość naiwną orkiestrację. Sporym zaskoczeniem jest natomiast "Smile on the Beyond", pierwszy utwór Mahavishnu Orchestra z partiami wokalnymi. Główna część utworu, śpiewana przez Gayle Moran wyłącznie z akompaniamentem symfoników, przypomina staroświeckie, pretensjonalne ballady. W środku wstawiono coś, co brzmi jak zupełnie inne nagranie - bardziej energetyczny, ale też zaskakujący banalny fragment grany przez zespół i śpiewany przez niemal wszystkich muzyków.

Podoba mi się to, co grają (ale już nie to, jak śpiewają) członkowie zespołu. Natomiast kompletnie nie pasują mi do tego partie orkiestry, a nawet tam, gdzie najlepiej się wpasowała, można się było bez niej obyć. Na szczęście, kolejny album tego wcielenia Mahavishnu Orchestra okazał się znacznie lepszy, bo nie zepsuto go nieprzemyślanym udziałem symfoników.

Ocena: 6/10



Mahavishnu Orchestra - "Apocalypse" (1974)

1. Power of Love; 2. Vision is a Naked Sword; 3. Smile of the Beyond; 4. Wings of Karma; 5. Hymn to Him

Skład: John McLaughlin - gitara, wokal; Gayle Moran - instr. klawiszowe, wokal; Jean-Luc Ponty - skrzypce; Ralphe Armstrong - gitara basowa, wokal; Narada Michael Walden - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Michael Tilson Thomas - pianino, dyrygent orkiestry; Marsha Westbrook - skrzypce; Carol Shive - skrzypce, wokal; Philip Hirschi - wiolonczela, wokal; London Symphony Orchestra; Michael Gibbs - aranżacja orkiestry
Producent: George Martin


6 czerwca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)



Jethro Tull dość późno dorobił się pierwszej koncertówki. Większość wykonawców, którzy zaczynali karierę w tym samym czasie, pod koniec lat 70. publikowali już drugi lub trzeci album z nagraniami na żywo. na "Bursting Out" - zarejestrowanym późną wiosną 1978 roku, podczas trasy promującej "Heavy Horses" - spoczęło zatem dość trudne zadanie podsumowania nieco ponad dziesięcioletniej kariery zespołu, który w tym czasie robił się jedenastu albumów studyjnych. Większość z nich ma tutaj przynajmniej jednego reprezentanta. Ogólnie rzecz biorąc, repertuar jest bardzo przekrojowy, od niemal hardrockowych początków ("Sweet Dream", "A New Day Yesterday" czy liczna reprezentacja "Aqualunga"), przez okres progresywny ("Thick as a Brick"), po bardziej folkowe nagrania z ostatnich lat ("Jack-in-the-Green", "Songs from the Wood", "One Brown Mouse"). Oczywiście, te wszystkie wpływy były w muzyce zespołu obecne cały czas, tylko w różnych okresach kładziono akcent na inne aspekty. Dlatego wymieszanie tych kawałków nie powoduje wrażenia chaosu.

Końcówka tamtej dekady to już nie te czasy, gdy utwory znane z regularnych albumów podczas koncertów były punktem wyjścia do długich improwizacji, a czasem wręcz w ogóle nie przypominały studyjnych pierwowzorów. Takie podejście ustąpiło prezentowaniu swoich najpopularniejszych utworów w wykonaniach możliwie jak najwierniejszych studyjnych wersji. Jethro Tull na "Bursting Out" nie próbuje na szczęście zagrać wszystkiego dokładnie tak samo. W praktyce nierzadko polega to na skracaniu utworów. Najbardziej okrojony, z oczywistych przyczyn, został "Thick as a Brick". Trzeba jednak przyznać, że ten dwunastominutowy skrót wypada bardzo zgrabnie, a przy tym nawet bardziej energetycznie. Zresztą często mniej drastyczne zmiany wpływają na tutejsze wykonania bardzo korzystnie. Tutaj trzeba wspomnieć przede wszystkim o rezygnacji z często niepasujących orkiestracji (ewentualnie zastąpienie ich syntezatorem), jak ma to miejsce chociażby w "Sweet Dreams" i "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!". Zespół zresztą na żywo grał ze znacznie większym czadem, czego dowodzą także "No Lullaby", "A New Day Yesterday", "Hunting Girl" czy "Minstrel in the Gallery". Najbardziej zyskały jednak utwory z albumu "Aqualung" - "Cross-Eyed Mary", "Locomotive Breath" i tytułowy - którego nienajlepsza produkcja pozbawiała je trochę energii i czyniła bardziej topornymi.

Oczywiście, album stoi nie tylko hard rockiem. Zresztą nawet w tych bardziej czadowych kawałkach gitarowe riffy i solidna praca sekcji rytmicznej uzupełniania jest często tym charakterystycznym fletem Andersona. Trafiają się też tutaj kawałki ze zdecydowaną przewaga brzmień akustycznych, jak "Jack-in-the-Green", "One Brown Mouse" czy fantastyczne, pełne luzu wykonanie "Skating Away (On the Thin Ice of the New Day)", w trakcie którego John Evan sięga po akordeon, a Martin Barre po marimbę. Skoro mowa o bardziej swobodnym graniu, to trzeba nadmienić, że pomiędzy utworami znanymi z płyt pojawiają się dwie sześciominutowe improwizacje. Pierwszą, zdominowaną przez partie fletu, częściowo bez wsparcia pozostałych instrumentalistów, opatrzono stosownym tytułem "Flute solo improvisation". Sporo w niej wygłupów Andersona, pojawiają się też cytaty z bożonarodzeniowej pieśni "God Rest Ye Merry Gentlemen" oraz "Suity E-moll na lutnię" Bacha (zupełnie inne opracowanie tego ostatniego utworu trafiło już pod tytułem "Bourée" na album "Stand Up"). "Conundrum" to z kolei czadowy popis Barre'a i Barlowa, z lekkim, ale znaczącym wsparciem klawiszowców. Gitarzysta pokazuje swoje umiejętności także w miniaturce "Quatrain". O ile na studyjnych płytach Barre często wydaje się nieco stłumiony, tak na tym albumie zdecydowanie ma co pograć. Repertuaru dopełnia rockowa aranżacja przewodniego motywu z wojennego filmu "The Dam Busters", która świetnie sprawdza się w roli finału występu.

Albumy na żywo to prawdziwy sprawdzian dla zespołów, pokazujący na co naprawdę ich stać. Mogą ograniczyć się do wiernego odegrania znanych utworów, a mogą też zaprezentować coś więcej. Jethro Tull wyszedł z tej próby zwycięsko. "Bursting Out" na pozór wydaje się dość zachowawczy - praktycznie żaden utwór nie został rozbudowany, a muzycy improwizują głównie pomiędzy nimi, zamiast w ich trakcie. A jednak tutejsze wykonania zwykle przebijają studyjne wersje, przede wszystkim za sprawą ogromnie energetycznego wykonania. Żaden utwór nie wypada natomiast gorzej - co prawda "Thick as a Brick", a zwłaszcza "Bourée" preferuję w wersjach albumowych, ale tutejsze spojrzenia na te kompozycje też są całkiem ciekawe. "Bursting Out" należy zatem uznać za bardzo udane podsumowanie dotychczasowej działalności Jethro Tull. Niestety, jest to także ostatnie tak udane wydawnictwo grupy - przynajmniej z tych opublikowanych w XX wieku.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)

LP1: 1. No Lullaby; 2. Sweet Dream; 3. Skating Away (On the Thin Ice of the New Day); 4. Jack-in-the-Green; 5. One Brown Mouse; 6. A New Day Yesterday; 7. Flute solo improvisation / God Rest Ye Merry Gentlemen / Bourée; 8. Songs from the Wood; 9. Thick as a Brick
LP2: 1. Hunting Girl; 2. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!; 3. Conundrum; 4. Minstrel in the Gallery; 5. Cross-Eyed Mary; 6. Quatrain; 7. Aqualung; 8. Locomotive Breath; 9. The Dambusters March

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara; Martin Barre - gitara, mandolina, marimba (LP1: 3), dodatkowy wokal; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon (LP1: 3), dodatkowy wokal; David Palmer - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Glascock - gitara basowa, gitara (LP1: 3), dodatkowy wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne, flet, dodatkowy wokal
Producent: Ian Anderson


4 czerwca 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Slowhand" (1977)



Trzy lata po wydaniu "461 Ocean Boulevard" i dwóch albumach w międzyczasie, Clapton opublikował swoje drugie, jak się okazało, najsłynniejsze wydawnictwo. Początek longplaya wypada wręcz zaskakująco dobrze. Energetyczny i przebojowy "Cocaine" przypomina o bluesrockowych korzeniach muzyka. Główny riff nasuwa nawet skojarzenia ze starszym o dekadę "Sunshine of Your Love". Co bardziej osłuchani wiedzą jednak, że to utwór skomponowany i oryginalnie wykonany przez amerykańskiego muzyka J.J. Cale'a, którego wersja nie różni się jakość drastycznie. Clapton nie dodał tu zbyt wiele od siebie, co trochę podważa sens tego wykonania. Inna sprawa, że to i tak jeden z lepszych kawałków w jego solowym dorobku, jeśli nie najlepszy. Z tej płyty broni się jeszcze następny na trackliście "Wonderful Tonight" - naiwna, ale dość urocza ballada. To akurat autorska kompozycja muzyka firmującego ten album. Jedna z nielicznych, których istnienie warto w ogóle odnotować. Od trzeciego na płycie "Long Tall Sally" robi się już całkiem banalnie, sztampowo i bezpłciowo. Dotyczy to nawet ponad ośmiominutowego, pełnego bluesrockowych zagrywek oraz dłuższych solówek "The Core". Wygładzone brzmienie, mdły damsko-męski duet wokalny i pozbawione inwencji, schematyczne partie instrumentalne czynią z niego równie miałki kawałek jak te, które go otaczają. Tylko jeszcze bardziej nieznośny, przez jego długość. Strasznie nijaka to płyta, w sam raz do puszczania w hipermarketach, stacjach radiowych ze starymi przebojami oraz przez ludzi, których w ogóle nie interesuje co gra, byle nie absorbowało uwagi. Innych zastosowań nie znajduję.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "Slowhand" (1977)

1. Cocaine; 2. Wonderful Tonight; 3. Lay Down Sally; 4. Next Time You See Her; 5. We're All the Way; 6. The Core; 7. May You Never; 8. Mean Old Frisco; 9. Peaches and Diesel

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara; Carl Radle - gitara basowa; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - dodatkowy wokal; Marcy Levy - dodatkowy wokal
Gościnnie: Mel Collins - saksofon (6)
Producent: Glyn Johns


2 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)



Przygotowując się do sesji nagraniowej "Calling Card", Rory Gallagher po raz pierwszy w ciągu  swojej solowej kariery postanowił współpracować z producentem z zewnątrz. Początkowo myślał o zaangażowaniu Jimmy'ego Page'a, jednak ostatecznie zdecydował się na Rogera Glovera. Muzyk, znany przede wszystkim jako basista Deep Purple, w tamtym czasie chwilowo wykorzystywał odpoczynek od tamtego zespołu na działalność właśnie w roli producenta. Przed przystąpieniem do prac nad "Calling Card" miał już za sobą współpracę m.in. z Nazareth, The Spencer Davis Group, Elf czy Ian Gillan Band. Gallagher nie chciał jednak całkiem stracić kontroli nad kształtem albumu, pozostawiając wszystkie decyzje Gloverowi, dlatego sam został współproducentem. Pomimo tego można odnieść wrażenie, że wpływ basisty Deep Purple na "Calling Card", a zwłaszcza na jego brzmienie, był bardzo znaczący.

Album rozpoczyna najbardziej hardrockowy okres w twórczości Irlandczyka, którego apogeum okazały się dwa kolejne albumy, "Photo-Finish" i "Top Priority". Niemniej jednak już tutaj słychać wyraźny zwrot w takim kierunku. Słychać to przede wszystkim w dwóch kawałkach: energetycznym, a przy tym całkiem chwytliwym "Do You Read Me", z fajnym perkusyjnym wstępem, typowo hardrockowymi partiami lidera oraz przyjemnym organowym tłem, a także w rozpędzonym "Moonchild", opartym na niemalże metalowym riffie Gallaghera. Ale nawet te bardziej typowe dla niego, bluesrockowe nagrania, jak "Country Mile" i "Secret Agent", charakteryzują się cięższym brzmieniem od tego z wcześniejszych płyt. Z drugiej strony, całość wciąż cechuje podobny eklektyzm. Tradycyjnie Rory sięga po inspiracje jazzowe, tym razem aż dwukrotnie: w luzackim nagraniu tytułowym oraz bardziej dynamicznym "Jack-Knife Beat", w którym nie brakuje też hardrockowego riffowania. Oczywiście, nie mogło zabraknąć paru spokojniejszych momentów. Utrzymane na pograniczu folku i country "I'll Admit You're Gone" oraz "Barley and Grape Rag" są dość nudnawe, ale trafił tu również utwór potwierdzający talent lidera do pisania świetnych ballad. "Edged in Blue" rozpoczyna się w nieco hendrixowski sposób, ale po jakiejś minucie klimat zmienia się na bardziej folkowy, nieco irlandzki, a uwagę zwraca wyrazista melodia i doskonałe solówki.

"Calling Card", pomimo nieco cięższego brzmienia, to kolejny album Gallaghera przygotowany według sprawdzonego przepisu. Na tym etapie kariery Irlandczyka można już mówić o pewnym zastoju, zachowawczym trzymaniu się wypracowanego schematu, braku nowych pomysłów. Co prawda, same utwory w większości prezentują się udanie i nie ma tu jakichś strasznych gniotów, niemniej jednak wszystkie kompozycje sprawiają wrażenie tworzonych na autopilocie. Ogólnie jest to bardzo przyjemne wydawnictwo, ale i trochę w sumie niepotrzebne, praktycznie nic nie wnoszące do dyskografii Rory'ego Gallaghera. 

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)

1. Do You Read Me; 2. Country Mile; 3. Moonchild; 4. Calling Card; 5. I'll Admit You're Gone; 6. Secret Agent; 7. Jack-Knife Beat; 8. Edged in Blue; 9. Barley and Grape Rag

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Lou Martin - instr. klawiszowe; Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Roger Glover i Rory Gallagher