30 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Never Turn Your Back on a Friend" (1973)



"Never Turn Your Back on a Friend" zwraca uwagę swoją okładką, zdecydowanie bardziej udaną, niż na dwóch poprzednich albumach Budgie. Jej autorem jest Roger Dean, nadworny grafik Yes, mający na koncie także okładki dla Atomic Rooster, Uriah Heep, Gentle Giant, Nucleus czy The Keith Tippett Group. Mogłoby to sugerować zwrot zespołu w nieco bardziej progresywne rejony. Nic z tych rzeczy, to wciąż granie przede wszystkim hardrockowe, uzupełnione typowymi dla grupy fragmentami balladowymi.

Całość rozpoczyna prawdopodobnie najsłynniejszy utwór Budgie, spopularyzowany przez Metallikę - mowa oczywiście o "Breadfan". Muzycy grają tutaj z niesamowitym, praktycznie już metalowym czadem, prezentując kilka fajnych riffów. Całość jednak traci przez zniewieściały/dziecinny śpiew Burke'a Shelleya i niepasujące do reszty nagrania balladowe przejście. Akurat te dwa elementy są całkowicie inne w wersji Metalliki, która tym samym wypada lepiej. W podobnym stylu utrzymane są jeszcze "You're the Biggest Thing Since Powdered Milk" i "In the Grip of a Tyrefitter's Hand" (wymyślać dziwne tytuły to oni umieli). Oba wyróżniają się przede wszystkim świetnymi partiami basu (Steve Harris z Iron Maiden musiał często słuchać tego albumu, bo ewidentnie słychać inspirację), niesztampowymi strukturami i brakiem niepotrzebnych udziwnień, a wolniejsze tempa sprawiają, że Shelley śpiewa trochę niżej i odrobinę mniej drażniąco.

Ciekawym urozmaiceniem albumu jest "Baby, Please Don't Go" - przeróbka bluesowego standardu autorstwa Big Joe Williamsa. Muzycy zachowali klimat oryginału, dodając więcej ciężaru; znów świetnie wypada uwypuklony bas. Znacznie słabiej wypadają, jak zwykle, balladowe miniaturki. "You Know I'll Always Love You" i "Riding My Nightmare" są zwyczajnie przesłodzone i choć krótkie, dość nużące. Nie zabrakło też dłuższej ballady. "Parents" to, podobnie jak utwór otwierający, jeden z najbardziej znanych utworów Budgie, cieszący się prawdziwym uwielbieniem polskich fanów. To chyba w znacznej mierze zasługa prezenterów radiowych, którzy upodobali sobie właśnie takie długie, smutne utwory. To właśnie długość jest tu podstawowym problemem. Nie dzieje się tu aż tyle, by uzasadnić dziesięciominutowy czas trwania. Muzycy bez problemu zawarliby wszystko w pięciu, ze zdecydowaną korzyścią dla utworu. Moim zdaniem zespół nie sprawdzał się najlepiej w balladach, wszystkie z nich brzmią podobnie i zagrane są jakby bez przekonania. "Parents" akurat wypada nie najgorzej spośród nich, był tu jakiś pomysł, tylko zanadto go rozcieńczono.

"Never Turn Your Back on a Friend" stanowi pewien postęp w twórczości Budgie - już tak bardzo nie słychać tu wpływów Black Sabbath i Led Zeppelin, zespół wypracował może nie całkiem oryginalny, ale dość rozpoznawalny styl. Szkoda tylko, że nie skupił się na tym, w czym naprawdę był dobry, a koniecznie chciał urozmaicić album, dodając nagrania w stylu, w którym dobry nie był nigdy.

Ocena: 7/10



Budgie - "Never Turn Your Back on a Friend" (1973)

1. Breadfan; 2. Baby, Please Don't Go; 3. You Know I'll Always Love You; 4. You're the Biggest Thing Since Powdered Milk; 5. In the Grip of a Tyrefitter's Hand; 6. Riding My Nightmare; 7. Parents

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Budgie


27 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Squawk" (1972)



Problemem Budgie na drugim studyjnym albumie, "Squawk", jest wciąż kompletny brak własnego charakteru i wyrazistości. Fani zaraz się oburzą, że jak to, przecież są tu inne riffy i solówki, niż u Black Sabbath czy Led Zeppelin, śpiew też inny. To jednak szczegóły. Taka argumentacja kojarzy mi się z łamigłówkami, w których trzeba znaleźć jak najwięcej różnić między dwoma obrazkami. Te różnice oczywiście tam są, ale nie zmieniają w żadnym stopniu charakteru obrazka. I tak samo jest z rockowymi epigonami w rodzaju Budgie. Różnice między nimi, a ich inspiracjami, są nieistotne dla całości. Wciąż jest to tylko pozbawiona własnego charakteru kopia.

Oczywiście, wtórna muzyka nie musi być gorsza od pierwowzoru. Nie musi, choć prawie zawsze jest. Wykonawcy, którzy nie potrafią wymyślić własnego stylu, zwykle mają też problem z tworzeniem wyrazistej muzyki. Tak jest też w przypadku drugiego longplaya Budgie. Nie ma tu wiekopomnych riffów, których chciałby się nauczyć każdy lub nawet co drugi czy trzeci początkujący gitarzysta. Nie ma porywających solówek, na które wyczekiwałoby się od pierwszych sekund danego utworu. Nie ma chwytliwych melodii, które słyszałoby się w myślach na długo po zakończeniu albumu. Dodając do tego braku wyrazistości słabsze brzmienie i mniej ciekawą współpracę muzyków, niż w przypadku debiutu, a także wciąż tak samo nijaki, nierzadko irytujący swoją barwą wokal, "Squawk" okazuje się nie tylko słabszą wersją innych grup hardrockowych, ale też słabszą wersją Budgie.

Oczywiście, jak ktoś bardzo lubi taką muzykę i nie przeszkadza mu jej małe zróżnicowanie, to i tutaj znajdzie coś dla siebie. Kawałki w rodzaju "Whiskey River", "Rocking Man", "Drugstore Woman" , "Stranded" czy (niestety nie tak zwariowanego, jak sugeruje tytuł) "Hot as a Docker's Armpit" to całkiem przyzwoite hardrockowe granie, pełne energii, gitarowego czadu i mocnej, dość urozmaiconej pracy sekcji rytmicznej. Nie ma w tym nic rewelacyjnego, u lepszych zespołów byłyby to raczej wypełniacze, ale też nie ma za bardzo do czego się przyczepić (poza już wymienionymi mankamentami). Słabiej wypadają próby urozmaicenia tego materiału. Znalazły się tu aż trzy miniaturki: "Rolling Home Again", "Make Me Happy" i "Bottled". Dwie pierwsze, choć krótkie, potrafią zirytować odpowiednio banałem i smętnym nastrojem. Trzecia utrzymana jest natomiast w fajnym, bluesowym klimacie, ale zespół zupełnie nie miał na ten kawałek pomysłu. "Young Is a World" to z kolei najdłuższe nagranie na płycie - stereotypowa ballada, rażąca kompletną nijakością i przesadnym rozwleczeniem

Ogólnie rzecz biorąc, "Squawk" cierpi na brak oryginalności i wyrazistości, a także na nietrafiony pomysły urozmaicenia go, ale w sumie jest to poprawny album hardrockowy, nie mający czym zachwycić, ale też raczej nie schodzący poniżej akceptowalnego poziomu. Osoby chcące od muzyki czegoś więcej, niż sporej dawki energii, riffów i solówek, tutaj tego z pewnością nie znajdą. Ale jeśli komuś te właśnie elementy wystarczą do zachwytu, to na pewno się nie zawiedzie.

Ocena: 6/10



Budgie - "Squawk" (1972)

1. Whiskey River; 2. Rocking Man; 3. Rolling Home Again; 4. Make Me Happy; 5. Hot as a Docker's Armpit; 6. Drugstore Woman; 7. Bottled; 8. Young Is a World; 9. Stranded

Skład: Burke Shelley - wokal, bass, instr. klawiszowe; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Rodger Bain


26 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Budgie" (1971)



Walijska grupa Budgie cieszy się w Polsce zadziwiającą popularnością. Dla wielu tutejszych słuchaczy jest to zespół z tej samej ligi, co Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. Tymczasem na zachodzie Europy odnosił niewielkie sukcesy, zaś poza Europą był praktycznie nieznany. Krytycy podkreślali jego wtórność wobec wspomnianych wyżej wykonawców. Skąd więc ta wielka popularność w naszym kraju? Zaczęło się w latach 80., gdy dostęp do zagranicznych płyt wciąż był bardzo utrudniony, a szanse na koncerty tych najpopularniejszych wykonawców były niewielkie. Wielka trójka hard rocka konsekwentnie omijała kraje zza żelaznej kurtyny. Tymczasem zawitał tu Budgie, zyskując spore grono wielbicieli, w tym prezenterów radiowych, którzy pomogli w jego spopularyzowaniu. To wystarczyło. Oczywiście, z czasem zespół dorobił się kultowego statusu także za granicą. Pomogli w tym liczni metalowi wykonawcy, z Iron Maiden i Metallika na czele, wymieniający Budgie jako swoją inspirację.

W czasie nagrywania pierwszego albumu w skład zespołu wchodzili: śpiewający basista Burke Shelley, gitarzysta Tony Bourge i perkusista Ray Phillips. Producentem został Rodger Bain, który pełnił tę samą rolę na trzech pierwszych longplayach Black Sabbath. Eponimicznie zatytułowany debiut ukazał się w czerwcu 1971 roku - równo rok po tym, jak Deep Purple wydali "In Rock", prawie półtora po premierze "Black Sabbath" i ponad dwa lata po debiucie Led Zeppelin. Tymczasem zawarta tutaj muzyka nie odchodzi daleko od tego, co znalazło się na tamtych wydawnictwach. Utwory w rodzaju "Guts", "Rape of the Locks", "All Night Petrol" czy "Homicidal Suicidal" brzmią jak wypadkowa stylów tych grup. Takiego "Nude Disintegrating Parachutist Woman" trudno nie skojarzyć z "Dazed and Confused". W tamtym czasie grupie trochę brakowało pomysłu na oryginalny styl. Przebłyski własnej tożsamości można znaleźć w łagodniejszych momentach - na początku "The Author", a także miniaturkach "Everything in My Hand" i "You and I" (zespół umieszczał takie przerywniki również na kolejnych albumach, czyniąc z tego pewną tradycję). Jednak takie oblicze grupy wypada, moim zdaniem, zbyt smętnie i sentymentalnie. Pozostałe kawałki, choć niezbyt oryginalne, zawierają przynajmniej spora dawkę rockowego czadu i zwracają uwagę całkiem dobrą grą muzyków. Dobrą robotę wykonał Bain, który dobrze ustawił proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Gitara nie dominuje brzmienia, lecz zostawia sporo przestrzeni na sekcji rytmicznej, dzięki czemu wszyscy muzycy są tak samo ważni, a ich współpraca jest chyba najlepszym elementem tego albumu. Warto też zwrócić uwagę, że zespół posiadał rozpoznawalnego wokalistę. Choć zniewieściałego głosu Shelleya raczej nie zaliczyłbym do atutów zespołu.

Brak własnego stylu, nieciekawe próby urozmaicenia i nienajlepszy, choć rozpoznawalny wokalista to największe problemy debiutanckiego albumu Budgie. Kompozycje są raczej przeciętne, niezbyt charakterystyczne. Na plus zaliczyć mogę natomiast brzmienie, a także grę i współpracę muzyków. Te zalety sprawiają, że albumu słucham, mimo wszystko, ze sporą przyjemnością. Nie jest to oczywiście poziom najlepszych wydawnictw Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Jednak ze wszystkich, zbyt licznych epigonów tych grup, Budgie należy do najbardziej akceptowalnych (przynajmniej na wczesnych albumach). Polecać nie będę, bo ci słuchacze, którzy bardzo lubią klasyczny hard rock, z pewnością już znają. A wszyscy pozostali i tak nie znajdą tu nic dla siebie. 

Ocena: 7/10



Budgie - "Budgie" (1971)

1. Guts; 2. Everything in My Heart; 3. The Author; 4. Nude Disintegrating Parachutist Woman; 5. Rape of the Locks; 6. All Night Petrol; 7. You and I; 8. Homicidal Suicidal

Skład: Burke Shelley - wokal, bass, melotron; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rodger Bain


24 września 2013

[Recenzja] Metallica - "Through the Never" (2013)



Nie rozumiem tego całego zamieszania wokół nadchodzącego filmu "Metallica: Through the Never" (kinowa premiera odbędzie się 27 września). Obraz ma być połączeniem rejestracji koncertu - a właściwie dwóch, z Edmonton i Vancouver, z sierpnia 2012 roku - z wątkiem fabularnym. Cóż w tym niezwykłego? Muzyczne filmy fabularne powstają już od lat 60., a audiowizualnych zapisów koncertów są już chyba miliony - licząc tylko te, które zostały oficjalnie opublikowane na DVD. Połączenie jednego z drugim nie wydaję się niczym rewolucyjnym, ani rewelacyjnym. Pomińmy jednak sam film i skupmy się na towarzyszącym mu soundtracku, będącym po prostu koncertówką, nagraną podczas dwóch wspomnianych występów.

Repertuar "Through the Never" to przekrój przez całą działalność zespołu, od debiutanckiego "Kill 'em All" ("Hit the Lights") do najnowszego w dyskografii "Death Magnetic" ("Cyanide"). Największy nacisk położony został oczywiście na albumy od "Ride the Lightning" do "Metallica", ale znalazły się tu także dwa utwory z "ReLoad" ("Fuel" i "The Memory Remains"). Niespodzianką są rzadziej wykonywane na żywo utwory "...And Justice for All" i "Orion". Dziwi natomiast brak kompozycji "Through the Never", dającej tytuł całemu wydawnictwo. Być może muzycy postanowili wziąć za wzór Led Zeppelin i ich zeszłoroczną koncertówkę "Celebration Day"... Jeżeli chodzi o wykonanie, to utwory są wierne studyjnym wersjom, nieco gorzej wypada warstwa wokalna (Hetfield z wiekiem śpiewa coraz gorzej, a dodatkowe skandowanie Roberta Trujillo - np. w "Creeping Death" - jest po prostu komiczne), za to instrumenty brzmią trochę ostrzej - to ostatnie zwłaszcza w przypadku najstarszych kawałków. Utworem, który najwięcej zyskał jest "The Memory Remain" - wokaliza ze środkowej części wypada znacznie lepiej w wykonaniu fanów, niż Marianne Faithfull. Poza tym bardzo ładnie wypadła spokojniejsza połowa "One", z nieco zmienionymi solowymi partiami Hammetta.

W sumie dobrze, że album ten się ukazał - Metallica nie ma w swojej dyskografii zbyt wielu koncertówek wydanych w formie fizycznej. Mimo wszystko, zespół raczej powinien w końcu zabrać się za nagranie nowego longplaya (od premiery "Death Magnetic" minęło już pięć lat), zamiast angażować się w tak niepotrzebne projekty, jak nagrany z Lou Reedem album "Lulu" czy właśnie film "Metallica: Through the Never".

Ocena: 7/10



Metallica - "Through the Never" (2013)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. Creeping Death; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. Fuel; 5. Ride the Lightning; 6. One; 7. The Memory Remains; 8. Wherever I May Roam; 9. Cyanide; 10. ...And Justice for All
CD2: 1. Master of Puppets; 2. Battery; 3. Nothing Else Matters; 4. Enter Sandman; 5. Hit the Lights; 6. Orion

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammett - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica


23 września 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Beatles - część I

To już dziesiąta część cyklu "Najważniejsze utwory..." - musiał być w niej zatem opisany wyjątkowy wykonawca. A czy może być bardziej wyjątkowy, niż najważniejsza grupa w historii muzyki? Problemem był jedynie wybór nagrań - Beatlesi byli jednym z najbardziej pionierskich i innowacyjnych zespołów, na poniższej liście mógłby być obecny praktycznie każdy utwór, jaki stworzyli... Szybko stało się jasne, że nie da się ograniczyć wyboru do 20 kawałków. Ostatecznie zdecydowałem się na 40, a także na podział artykułu na dwie części.
W części pierwszej znalazły się utwory z lat 1962-66. Wybór dość mocno pokrywa się z tracklistą kompilacji "1962-1966", znanej też jako "The Red Album". Różnice polegają na zmniejszeniu reprezentacji albumu "Rubber Soul" (z sześciu utworów do dwóch) oraz na braku utworów z longplaya "Revolver" (będą otwierać drugą część listy). Może to świadczyć o pójściu na łatwiznę, ale w rzeczywistości po prostu nie dało się pominąć którejkolwiek z tych kompozycji. To właśnie one w największym stopniu przyczyniły się do sukcesu grupy, a do dzisiaj stanowią inspirację dla wielu artystów.

The Beatles: John Lennon, Ringo Starr, Paul McCartney i George Harrison.

1. "Love Me Do" (z albumu "Please Please Me", 1963)

Pierwszy singiel zespołu, wydany 5 października 1962 roku, notowany na 17. miejscu brytyjskiej listy. W Stanach kawałek doszedł do miejsca 1., ale na małej płycie został tam wydany dopiero 27 kwietnia 1964, kiedy Beatlesi byli już ogromną gwiazdą. "Love Me Do" to jedna z najstarszych kompozycji zespołu. Jako autorzy podpisani są pod nią John Lennon i Paul McCartney - obaj muzycy zawarli umowę, że wszystkie swoje kawałki będą sygnować wspólnie, nawet jeśli tylko jeden z nich brał udział w komponowaniu. Po latach nie byli zgodni który z nich miał większy wkład w "Love Me Do". To piosenka Paula - mówił Lennon. Napisał ją jako nastolatek. Może coś mu pomogłem w środku, ale nie mógłbym przysiąc. Wiem, że miał te piosenkę już w Hamburgu, zanim jeszcze zaczęliśmy razem pisać. Z kolei McCartney twierdził: "Love Me Do" było całkowicie napisane przez nas dwóch. Może miałem pomysł i początek tej piosenki, ale reszta to fifty-fifty.
Początkowo, pierwszy singiel zespołu miał zawierać inny utwór - zaproponowany przez producenta George'a Martina "How Do You Do It?" z repertuaru grupy Gerry & the Pacemakers. George dał nam "How Do You Do It?" - opowiadał McCartney. Nienawidziliśmy jej, wróciliśmy do domu i rozsądnie ją zaaranżowaliśmy. My zaczęliśmy modę na grupy z własnym repertuarem. Gerry & the Pacemakers nagrał ją dokładnie tak jak nasze demo i miał swój pierwszy numer 1. Martin wyjaśniał: Byłem przekonany, że "How Do You Do It?" będzie hitem. Nie był to rodzynek kompozytorski ani najcudowniejsza piosenka, jaką w życiu słyszałem, ale uznałem, że ma swoje zalety, by się spodobać wielu ludziom. Dlatego ją nagraliśmy. John był w niej liderem. Nagrywali ją bez entuzjazmu, ale wyszło z tego dobre nagranie i byłem bliski wydania go jako ich pierwszego singla. W końcu zgodziłem się na "Love Me Do", zapewne jednak wydałbym "How Do You Do It?" [na następnym singlu] gdyby mnie nie zmusili do posłuchania innej wersji "Please Please Me". "How Do You Do It?" w wersji Beatlesów został wydany dopiero w 1995 roku, na kompilacji "Anthology 1".
Pierwsza wersja "Love Me Do" została zarejestrowana 6 czerwca 1962 roku, jeszcze z Petem Bestem za perkusją. Muzyk jednak nie zachwycił producenta nagrania, Rona Richardsa. Razem z Martinem zasugerowali grupie zmianę bębniarza. 4 września zespół ponownie zarejestrował nagranie, już z Ringo Starrem. Tym razem gra perkusisty nie spodobała się Martinowi, który w międzyczasie został producentem Beatlesów. Nakłonił muzyków do nagrania kolejnej wersji, z sesyjnym perkusistą Andym Whitem (Ringo gra w tej wersji na tamburynie). Na singlu wydana została wersja z Starrem (później trafiła także na kompilację "Past Masters", 1988), a na debiutancki album "Please Please Me" (i amerykański singiel) trafiła wersja z Whitem. Wersja z Bestem została opublikowana dopiero na "Anthology 1".


2. "Please Please Me" (z albumu "Please Please Me", 1963)

Drugi brytyjski singiel zespołu, wydany 11 stycznia 1963. Nie do końca wiadomo, jak wyglądały wyniki jego sprzedaży - według notowań magazynów New Musical Express i Melody Maker utwór przez dwa tygodnie utrzymywał się na 1. miejscu, jednak inny magazyn, Record Retailer, którego lista przerodziła się później w oficjalny UK Singles Chart, podawał pozycję 2. jako najwyższą. W Stanach utwór został wydany na singlu dopiero 25 lutego i doszedł zaledwie do 35. miejsca, jednak po wznowieniu w marcu '64 stał się kolejnym hitem grupy, dochodząc do 3. pozycji.
Muzycy początkowo wykonywali utwór wolniej, w stylistyce romantycznych przebojów Roya Orbisona. Szybsze tempo zasugerował producent: Zaśpiewaliśmy ją Martinowi, a on zapytał: "Czy możemy zmienić tempo?" - opowiadał McCartney. Odpowiedzieliśmy: "A co to takiego?". On an to: "odrobinę szybciej, pozwólcie, że spróbuję". I tak zrobił. Pomyśleliśmy sobie, że o to nam chodziło. Oczywiście trochę byliśmy zakłopotani tym, że on wiedział jak lepiej wykonywać tą piosenkę.
Mieliśmy już swój przebój w TOP30 i naprawdę wierzyliśmy, że jesteśmy już na szczycie - mówił Lennon. Następny był "Please Please Me" i bum! Staraliśmy się zrobić przebój najbardziej przypominający poprzedni, jak najprostszym sposobem. Materiał muzyczny napisaliśmy dużo wcześniej. "Please Please Me" to całkowicie moja piosenka. Napisałem ją w łóżku w moim domu na Menlove Avenue, u ciotki. Pamiętam ten dzień, siebie w łóżku, słuchałem wtedy Roya Orbisona w "Only the Lonely" lub czymś podobnym. Tak ona powstała. Zawsze też intrygował tekst w piosence Binga Crosby'ego: "Please, let me your little ears to my plears". Intrygowało mnie też zawsze podwójne znaczenie słowa "please". I tak powstała kombinacja Binga Crosby'ego i Roya Orbisona.


3. "From Me to You" (niealbumowy singiel, 1963)


O ile w przypadku "Please Please Me" nie wiadomo czy jego sprzedaż wystarczyła na 1. miejsce w brytyjskim notowaniu, tak w przypadku trzeciego singla grupy, "From Me to You", jest to stuprocentowo pewne. Sukces nie został powtórzony w Stanach - 116. pozycja jest na tamtejszej liście była najniższą w historii zespołu.
Utwór został napisany przez Lennona i McCartneya pod koniec lutego 1963 roku, już po zarejestrowaniu albumu "Please Please Me" (które zajęło raptem 10 godzin), w autobusie. W nocy, w której napisaliśmy z Paulem "From Me to You", byliśmy na tournée z Helen Shapiro, jechaliśmy z York do Shrewsbury - opowiadał Lennon. Nie braliśmy tego wszystkiego wtedy na serio, wygłupialiśmy się na gitarach, aż do chwili, gdy złapaliśmy dobrą melodię i zaczęliśmy już pracować na poważnie. Zanim podróż się skończyła, mieliśmy już gotowy tekst, wszystko. Pomysł przyszedł z NME, który czytaliśmy by się zorientować jak nam idzie na listach. Ściślej rzecz biorąc, tytuł został zainspirowany nazwą rubryki "From You to Us", z listami od czytelników.
Utwór został zarejestrowany 5 marca, razem z innym kawałkiem, "Thank You Girl". Napisaliśmy ten utwór z myślą, by był następnym singlem po "Please Please Me" - mówił Lennon. Ostatecznie jednak zadecydowano, aby na stronie A umieścić "From Me to You", a "Thank You Girl" był stroną B.


4. "She Loves You" (niealbumowy singiel, 1963)
5. "I Want to Hold Your Hand" (niealbumowy singiel, 1963)


"She Loves You" był czwartym brytyjskim, singlem grupy, który na dobre rozpętał tzw. "Beatlemanię". Kawałek nie tylko doszedł do 1. miejsca w brytyjskim notowaniu, ale był także najlepiej sprzedającym się tam singlem aż do 1977 roku (wówczas wyprzedził go "Mull of Kintyre", drugiej grupy McCartneya, Wings), a co więcej - najlepiej sprzedającym się singlem zespołu w całej karierze. Sukces został powtórzony w Stanach, gdzie "She Loves You" także dotarł do 1. miejsca notowania singli - aczkolwiek dopiero w marcu 1964 roku, tuż po sukcesie "I Want to Hold Your Hand" - kolejnego singla grupy, ale pierwszego, jaki zdobył szczyt amerykańskiego notowania. Także w Wielkiej Brytanii "I Want to Hold Your Hand" doszedł do 1. miejsca.
Podobnie jak poprzednie przeboje zespołu, także pod tymi dwoma podpisani są McCartney i Lennon. Napisaliśmy "She Loves You" wspólnie - mówił Paul. Jechaliśmy furgonetką do Newcastle, dokończyliśmy piosenkę w hotelu. Odpowiedź "yeah, yeah, yeah" drugiej osoby najpierw uznaliśmy za głupiutki pomysł, machnęliśmy na to ręką. Któregoś wieczoru u mnie paliliśmy cygara, coś tam oglądaliśmy w TV i dokończyliśmy piosenkę. Zagraliśmy ją mojemu ojcu. Po wysłuchaniu jej powiedział: "To miła piosenka, ale brak tam tego amerykańskiego slangu. Nie możecie zaśpiewać: 'she loves you, yeah, yeah, yeah'?". Taki był mój tata... On nas przekonał do wstawienia do tekstu "yeah, yeah, yeah".
Z kolei na temat powstania "I Want to Hold Your Hand" wypowiedział się John: Napisaliśmy większą cześć piosenki razem, bezpośrednio w swojej obecności, ramię przy ramieniu. Byliśmy w mieszkaniu Jane Asher, na dole w piwnicy graliśmy równocześnie na pianinie. Mieliśmy już "Oh you-u-u... got that something". Paul uderzył w jakiś akord i ja szybko się do niego odwróciłem i powiedziałem: "To jest to - powtórz to". Tamtymi czasy zwykle tak pisaliśmy, jeden przy drugim.
Sukces obu utworów sprawił, że przedstawiciele niemieckiego oddziału EMI namówili George'a Martina i menadżera zespołu, Briana Epsteina, aby Beatlesi nagrali je w wersjach niemieckojęzycznych, dzięki czemu odniosą jeszcze większy sukces w tamtym kraju. Teksty zostały przetłumaczone przez Camillo Felgen - luksemburskiego piosenkarza, tekściarza i prezentera - pod pseudonimem Jean Nicolas (który zresztą wziął od swojego drugiego i trzeciego imienia). Singiel z utworami "Komm, gib mir deine Hand" i "Sie liebt dich" ukazał się w Niemczech 5 marca 1964 roku i rzeczywiście okazał się sukcesem, dochodząc do 1. miejsca tamtejszego notowania (aczkolwiek oryginalna wersja "I Want to Hold Your Hand" również dotarła tak wysoko). "Sie liebt dich" został później wydany na singlu także w Stanach, z utworem "I'll Get You" na stronie B (czyli tak samo jak oryginalna wersja "She Loves You").


6. "All My Loving" (z albumu "With the Beatles", 1963)


Najbardziej znany utwór z drugiego longplaya zespołu, chociaż nie wydany na singlu ani w Wielkiej Brytanii, ani w Stanach - na małej płycie ukazał się jednak w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie i Australii, gdzie doszedł do 1. miejsca notowań. W ojczyźnie muzyków utwór także stał się przebojem, dzięki częstym emisjom radiowym, mimo braku oficjalnej małej płyty. Przyczyniło się to do wydania czteroutworowej EPki, zatytułowanej właśnie "All My Loving" (zawierającej także utwory "Ask Me Why", "Money (That's What I Want)" oraz "P.S. I Love You").
Wyłącznym kompozytorem utworu jest Paul McCartney. To pierwsza piosenka, do której najpierw napisałem tekst - mówił autor. Nigdy nie pisałem słów, dopóki nie miałem akompaniamentu. Na początku to było lekkie country. Graliśmy w Moss Empire, przyjechaliśmy na koncert i pamiętam, że za sceną stało pianino. Nie miałem wtedy ze sobą gitary, była pewnie u naszego road-managera. Pamiętam, jak zacząłem wygrywać tony melodii właśnie na tamtym pianinie. To była dobra koncertowa piosenka, na żywo się świetnie sprawdzała.


7. "Can't Buy Me Love" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Pierwszy singiel promujący filmowy album "A Hard Day's Night", wyjątkowo wydany w Stanach wcześniej, niż w Wielkiej Brytanii (16 marca 1964, brytyjska premiera miała miejsce 20 marca). Po obu stronach Atlantyku "Can't Buy Me Love" dotarł do 1. miejsca notowań. Utwór został tradycyjnie podpisany przez obu liderów, jednak w wywiadzie przeprowadzonym w 1980 roku, John Lennon stwierdził: To całkowicie piosenka Paula. Może miałem coś wspólnego z refrenem, nie pamiętam, zawsze uważałem, że to piosenka Paula.
"Can't Buy Me Love" była moja próbą napisania bluesa - mówił McCartney. Pomyślałem o tym, by opisać to wszystko, że dobra materialne są ok, ale nie zawsze możesz kupić to, co chcesz. Ella Fitzgerald nagrała później swoją wersję piosenki i byłem tym bardzo zaszczycony. Kompozytor odniósł się także do jednej z interpretacji tekstu: Osobiście uważam, że każdy może interpretować cokolwiek jak chce, ale jeśli ktoś sugeruje mi, że "Can't Buy Me Love" jest o prostytutce to myślę, że lekko przegina.


8. "A Hard Day's Night" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Drugi singiel z trzeciego longplaya zespołu, kolejny numer 1. po obu stronach Atlantyku. Autorem utworu jest John Lennon, jednak tytuł wziął od jednego z słynnych przejęzyczeń Ringo Starra, do którego doszło jeszcze przed nagraniem pierwszego albumu, w czasach, gdy zespół występował w hamburskim klubie. Pracowaliśmy całymi dniami, a czasem zdarzało się, że i nocami - mówił perkusista. Któregoś razu, myśląc sobie o tym jaki to był dzień, powiedziałem: "It's been a hard day...", rozejrzałem się w tym momencie i spostrzegłem, że już jest ciemno, więc dodałem: "...'s night". I tak doszliśmy do "A hard day's night".
Utwór powstał specjalnie na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu, w reżyserii Richarda Lestera. John powiedział: "Napiszę to" i wrócił następnego dnia z numerem - mówił McCartney. Myślę, że chyba nie miał całego tekstu więc mogłem mu w środku trochę pomóc. Coś takiego zajmowało nam wtedy około 20 minut. Lennon uzupełniał: Następnego dnia przyniosłem gotową piosenkę. Była wtedy taka mała rywalizacja między mną i Paulem, kto będzie miał stronę A, kto będzie miał hit.
Chociaż przeważnie w utworach Beatlesów śpiewał główny kompozytor, w tym jednak przypadku Lennon odstąpił mikrofon McCartneyowi: Jedynym powodem dlaczego Paul śpiewał w "A Hard Day's Night" było to, że nie mogłem wyciągnąć frazy "When I'm home" - tłumaczył Lennon. Chcieliśmy innego brzmienia, a jego głos dodał trochę innej harmonii.
Najbardziej charakterystycznym momentem utworu jest otwierający go akord. Wiedzieliśmy, że zarówno film, jak i longplay będą rozpoczynać się tą piosenką, więc chcieliśmy szczególnie silnego i efektownego wstępu. Ostra gitara na początek pasowała znakomicie - wyjaśniał Martin. Przez wiele lat nikomu nie udawało się rozgryźć, jak zagrać ten akord. Po latach okazało się, że powstał on dzięki nałożeniu na siebie dźwięków gitary George'a Harrisona i pianina, na którym zagrał producent. Sam pomysł na taki wstęp powstał zupełnie przez przypadek, kiedy John Lennon przed rozpoczęciem utworu uderzył w struny gitary.
Dzięki utworowi "A Hard Day's Night" grupa zdobyła po raz pierwszy nagrodę Grammy, w kategorii Best Performance Vocal Group.


9. "And I Love Her" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Utwór pokazujący łagodniejsze oblicze zespołu - jest to akustyczna ballada, napisana głównie przez Paula McCartneya. Nie jestem pewien, czy John w ogóle dotknął tej piosenki - mówił Paul. Możliwe, że pomógł w środku utworu, ale to na pewno nie jego piosenka. Sam ją napisałem. Jednak według Lennona utwór tuż po przyniesieniu go przez McCartneya był niekompletny i monotonny, więc George Martin zasugerował, aby liderzy dokończyli go wspólnie. Bardzo istotny był też wkład George'a Harrisona, który wymyślił charakterystyczny motyw przewodni, oraz ciekawą, choć krótką, solówkę w stylu flamenco. Łaskawie docenił to zazdrosny o utwór McCartney, mówiąc w jednym z wywiadów, że gra Harrisona oszałamiająco zmieniła utwór.
O samym utworze Paul powiedział, że to pierwsza ballada, którą sam sobie zaimponowałem, natomiast John po latach nazwał ją pierwszym "Yesterday" McCartneya, nawiązując do późniejszego hitu basisty.
"And I Love Her" został wydany na singlu, ale tylko w Stanach, gdzie osiągnął zaskakująco niską pozycję - wylądował na 12. miejscu. Stroną B singla była inna ballada, "If I Fell" Lennona.


10. "I Feel Fine" (niealbumowy singiel, 1964)


Utwór zapisał się w historii muzyki, jako ten, w którym po raz pierwszy pojawia się gitarowe sprzężenie zwrotne. Na pomysł umieszczenia go w utworze wpadł John Lennon, zafascynowany zgrzytem, który usłyszał, kiedy zapomniał wyłączyć gitary przed oparciem jej o wzmacniacz. Nagle usłyszeliśmy głośny hałas - opowiadał inżynier dźwięku Geoff Emerick. Pomyślałem, że przepalił się gdzieś kabel lub zepsuła się jakaś cześć sprzętu. Norman [Smith, drugi inżynier] zachichotał i powiedział: "Popatrz". Przycisnąłem nos do szyby i z zaskoczeniem zauważyłem klęczącego przed wzmacniaczem Johna Lennona z gitarą w ręku. Znaliśmy się na tym i wiedzieliśmy, że taki dźwięk powstanie, gdy zbliży się gitarę zbyt blisko wzmacniacza, ale John jako pierwszy zastosował to w sposób kontrolowany. Po latach Lennon mógł z uzasadnioną dumą powiedzieć: Niech mi ktoś znajdzie nagranie - chyba, że w starym bluesie z 1922 roku - gdzie zastosowano taki trick. Przed Hendrixem, The Who, przed kimkolwiek. Pierwszy raz zrobili to The Beatles.
Także reszta utworu została skomponowana samodzielne przez Lennona, który początkowo nie był zbyt przekonany do tego kawałka: Któregoś ranka powiedziałem do Ringo, że napisałem piosenkę, ale jest kiepska - mówił. Muzycy postanowili dokończyć jednak ten utwór - oparty na powtarzanym w kółko riffie - a końcowy efekt okazał się na tyle dobry, że postanowiono wydać "I Feel Fine" na stronie A singla, zamiast planowanego wcześniej "Eight Days a Week". Skończyło się kolejnym numerem 1. - po obu stronach Atlantyku.


11. "Eight Days a Week" (z albumu "Beatles for Sale", 1964)


Chociaż sami Beatlesi zrezygnowali z wydania tego utworu na singlu w swojej ojczyźnie, amerykański wydawca postanowił zrealizować ten pomysł, dzięki czemu grupa zyskała następny numer 1. na tamtejszej liście. Głównym autorem piosenki jest McCartney. Pamiętam, że pisałem ją w czasie pobytu u Johna w Weybridge - opowiadał basista. John przeprowadził się na przedmieścia Londynu. Zazwyczaj sam prowadziłem, ale tego dnia wiózł mnie szofer i zagadałem go jak leci. "Ciężko pracuję, osiem dni w tygodniu" - odparł. Nigdy nie słyszałem aby ktoś użył takiego zwrotu, więc kiedy zjawiłem się u Johna powiedziałem: "Hej, ten gościu powiedział: 'eight days a week'", a na to John: "Ok, oooh, i need you baby...". I napisaliśmy ją. Zawsze pisaliśmy bardzo szybko. Potrafiliśmy pisać na miejscu, w danej chwili gdy coś nas zainspirowało, jakieś zdarzenie, czyjeś wypowiedziane słowa, ktoś lub coś. Zawsze interesowały nas ciekawe tytuły piosenek. Jeśli nazwiesz piosenkę "Eight Days a Week" ludziom zawsze się spodoba taki tytuł.
Sam utwór nie podobał się jednak Lennonowi: "Eight Days a Week" to próba napisania piosenki do filmu  ["Help!"]. Szczęśliwie się złożyło, że bardzo szybko napisałem "Help!" i mieliśmy singiel. Ale "Eight Days a Week" nigdy nie była dobrą piosenką. Walczyliśmy z nią w czasie jej nagrania i przemienienia jej w piosenkę. To była piosenka Paula, ale zdaje się też nad nią pracowałem. Ale to i tak kiepski numer. Trudno jednak zgodzić się ze słowami muzyka, tym bardziej, że utwór pozostaje najbardziej znanym i lubionym fragmentem albumu "Beatles for Sale".
"Eight Days a Week" jest kolejnym przykładem innowacyjności zespołu - to pierwszy utwór w historii rozpoczynający się od narastającego dźwięku.


12. "Ticket to Ride" (z albumu "Help!", 1965)


Singiel zapowiadający drugi film z udziałem Beatlesów, a także tak samo zatytułowany album, będący w połowie ścieżką dźwiękowa obrazu. John Lennon uważa, że to głównie jego utwór, a Paul McCartney ograniczył się tylko do udzielania wskazówek Ringo. Basista jednak zaprzecza: Napisaliśmy melodię razem, John jest głównym wokalistą, a ja go uzupełniam. Często pisaliśmy razem, ale ponieważ on śpiewał główną partię wokalną, to wydaje się, że był także głównym kompozytorem. To dobry numer. Sądzę, że bardzo ciekawe było zakończenie, szalony koniec piosenki. Zamiast typowego zakończenia, zmieniliśmy całkowicie tempo. Wybraliśmy linijkę "my baby don't care", zmieniając całkowicie melodię. Całkowicie to wymyśliliśmy, zmienny rytm i melodia w ściszeniu piosenki - specjalnie dla tego efektu tak ją napisaliśmy. To było dość bezczelne, ale i radykalne jak na tamte czasy.
Według Lennona "Ticket to Ride" był jednym z pierwszych utworów hardrockowych: Po prostu jak na tamte czasy była dość mocna - mówił. Jeśli spojrzysz na to, co wtedy trafiało na listy przebojów, na to jak inną muzykę tworzyli inni, i posłuchasz go teraz, przekonasz się, że ten kawałek nadal nie brzmi najgorzej.
"Ticket to Ride" był pierwszym utworem zespołu trwającym powyżej trzech minut (nie licząc przeróbki "You Really Got a Hold on Me" The Miracles, z albumu "With the Beatles"), a także pierwszym, w którym McCartney zagrał solową partię gitary.
Chyba nie trzeba dodawać, że utwór był kolejnym wielkim przebojem, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach.


13. "Help!" (z albumu "Help!", 1965)


Kiedy ukazał się "Help!" ja naprawdę potrzebowałem pomocy - mówił Lennon. Wszyscy myślą, że to po prostu szybka, rock'n'rollowa piosenka. Ja sam pisząc ją nie zdawałem sobie z tego sprawy. Po prostu ją napisałem, bo była potrzebna do filmu.  Ale popatrzcie na mnie w filmie - gruby, niepewny siebie, kompletnie zagubiony.
Zastanawialiśmy się nad tytułem tego nowego filmu - opowiadał McCartney. I jakoś tak nagle pojawił się tytuł: "Help". Nie ja go wymyśliłem, może to był John albo Dick Lester [reżyser]. Przyznałbym Johnowi udział w powstaniu tej piosenki ok. 70%, ja pomogłem przy melodii.
Utwór został napisany jako ballada, ale w studiu Beatlesi postanowili zagrać go szybciej. Po latach Lennon żałował tej decyzji: "Help!" zrobiliśmy zbyt szybko, może kiedyś nagram jeszcze raz ją i "I Want to Hold Your Hand", bo wciąż lubię te piosenki. W tym miejscu można dodać, że w 1968 roku zespół Deep Purple nagrał swoją własną, wolną wersję utworu.
W notowaniach "Help!" radził sobie równie dobrze, co poprzednie single, 1. miejsce w Wielkiej Brytanii i Stanach stało się już tradycją. Singiel "Help!" sprzedał się dużo lepiej niż dwa poprzednie, "I Feel Fine" oraz "Ticket to Ride" - mówił Lennon. Ale była spora rzesza fanów, która nie lubiła "Help!". Narzekali, że The Beatles obniżają loty i ta piosenka nie jest tak dobra, jak "A Hard Day's Night". Nie wygrasz z tym. Nie zadowolisz każdego - jeśli spróbujesz, to skończysz gdzieś w połowie, nie zadowalając nikogo. Musisz tylko podjąć decyzję, co według ciebie jest najlepsze. Ludzie uważają nas za maszyny. Płacą trochę forsy za płytę i uważają, że jesteśmy jak szafa grająca - grająca tylko to, co oni lubią. Niespecjalnie mi się to podoba. Niektórzy ludzie nigdy nie będą zadowoleni.


14. "Yesterday" (z albumu "Help!", 1965)


Najsłynniejsza ballada Paula McCartneya. Prawdopodobnie "Yesterday" jest moją najlepszą piosenką - twierdzi kompozytor. Pamiętam, że myślałem, że ludzie lubią smutne melodie, że lubią się w samotności rozczulać. Napisałem więc pierwszą zwrotkę, a reszta słów się jakoś dopasowała, i tak zostało. To moja najbardziej udana piosenka, to też niesamowite, że przyszła do mnie we śnie. Poza basistą - który w tym kawałku wyjątkowo przerzucił się na gitarę akustyczną - nie gra żaden inny muzyk zespołu, towarzyszy mu tylko kwartet smyczkowy. Przyniosłem tą piosenkę do studia po raz pierwszy i zagrałem na gitarze - opowiadał Paul. Ringo zaraz stwierdził, że nie może tutaj dodać perkusji, bo to nie miałoby sensu. John i George dodali, że nie ma powodu, by dodawać tutaj gitarę. A George Martin zasugerował: "Spróbuj to nagrać sam i zobaczymy co z tego wyjdzie".
Pomysł z dodaniem smyków przyszedł później, sugestia wyszła od Martina. Wcześniej zespół próbował dodać organy Hammonda, na których grał Lennon - nie brzmiało to jednak za dobrze i taka wersja nigdy nie została zarejestrowana. Dzięki aranżacji zastosowanej w finalnej wersji, "Yesterday" okazał się kolejnym pionierskim nagraniem w historii muzyki rozrywkowej - zrywającym z afroamerykańskimi korzeniami, a zamiast tego czerpiącym z europejskiej muzyki klasycznej.
Utwór został tradycyjnie podpisany także nazwiskiem Lennona. Zebrałem sporo niezasłużonych pochwał za tę piosenkę - mówił John. To piosenka Paula, jego ukochane dziecko. Dobrze zrobiona. Piękna - i nigdy nie chciałem jej napisać.
Roboczy tytuł kawałka brzmiał podobno "Scrambled Eggs" ("jajecznica"), co rymowało się z wersem "Oh, my baby, how I love your legs", na szczęście nie użytym w wersji ostatecznej. Tytuł "Yesterday" początkowo wydawał się McCartneyowi zbyt banalny, jednak George Martin od razu go zaakceptował.
"Yesterday" to jeden z najczęściej granych w radiu i coverowanych utworów wszech czasów - pomimo, że nigdy nie był singlem w ojczyźnie muzyków. Oporów przed wydaniem go na małej płycie nie miał za to amerykański wydawca, a kawałek oczywiście zajął 1. miejsce na liście Billboardu.


15. "You've Got to Hide Your Love Away" (z albumu "Help!", 1965)

Jeden z najbardziej znanych niesinglowych utworów grupy. Stworzony całkowicie przez Johna Lennona, nawiązujący do folkrockowego stylu Boba Dylana. To w zasadzie John grający Dylana - podsumowywał utwór McCartney, a kompozytor wyjaśniał: To ja w moim okresie fascynacji Dylanem. Jestem jak kameleon, zmieniający się pod wpływem wszystkiego co się wokół dzieje. Jeśli Elvis potrafi tak robić, ja także. Jeśli potrafią to robić The Everly Brothers, to ja i Paul także to potrafimy. Tak samo Dylan.
W utworze gościnnie wystąpił Johnnie Scott grający na flecie altowym i tenorowym. Był to pierwszy utwór The Beatles z udziałem muzyka sesyjnego, od czasu "Love Me Do" z debiutanckiego albumu.


16. "We Can Work It Out" (niealbumowy singiel, 1965)
17. "Day Tripper" (niealbumowy singiel, 1965)


Oba utwory zostały wydane na jednym singlu - tzw. AA, co oznaczało, że obie strony są tak samo ważne. Był to pierwszy taki przypadek w dyskografii zespołu, a stało się tak tylko dlatego, że zespół nie mógł się zdecydować, który kawałek ma być bardziej promowany. Muzycy, zwłaszcza Lennon, stawiali na ostrzejszy "Day Tripper", jednak melodyjny "We Can Work It Out" wydawał się lepszym kandydatem na przebój. Daliśmy dwa tytuły dla EMI, ale w tym czasie chłopcy zdecydowali, że wolą "Day Tripper" na singla, chociaż obie strony są wyjątkowo dobre - mówił George Martin. Postanowiono, że nie będzie strony A i obie piosenki będą promowane jednakowo.
W Wielkiej Brytanii potraktowano singiel jako całość i oba utwory były notowane na pierwszym miejscu listy. Natomiast w Stanach każdy był notowany osobno - "Day Tripper" doszedł zaledwie do 5. miejsca, podczas gdy "We Can Work It Out" był szóstym pod rząd numerem 1. na tamtejszej liście, za który odpowiadali Beatlesi (poprzedzały go  "I Feel Fine", "Eight Days a Week", "Ticket to Ride", "Help!" i "Yesterday").
"We Can Work It Out" to wspólne dzieło McCartneya i Lennona - pierwszy odpowiada za optymistyczne zwrotki, natomiast drugi dodał pesymistyczne refreny. Paul pisał: "we can work it out, we can..." - prawdziwy optymizm, no i moje niecierpliwe: "life is very short..." - mówił John. Pomysł zastosowania nieparzystego metrum w lennonowskich fragmentach wyszedł od George'a Harrisona.
"Day Tripper" została napisana pod całkowitą presją spowodowaną potrzebą wydania singla - mówił Lennon. Napisałem ją na bazie starej folkowej piosenki miesiąc wcześniej. To piosenka narkotykowa. Nie miała jakiegoś szczególnego przekazu. McCartney uzupełnia: To efekt naszej współpracy, chociaż główną zasługę jej stworzenia przypisałbym Johnowi, ponieważ on ją śpiewał jako główny wokalista, ale obaj włożyliśmy w nią dużo pracy.
"Day Tripper" wszedł do koncertowego repertuaru grupy, podczas gdy "We Can Work It Out" nie został nigdy wykonany przez zespół na żywo.


18. "Norwegian Wood (This Bird Has Flown)" (z albumu "Rubber Soul", 1965)

"Norwegian Wood" to tylko moja piosenka - twierdził Lennon, ale McCartney temu zaprzecza: Przyjechałem do niego i on pokazał mi jej pierwszą zwrotkę, część, która oczywiście była genialna: "I once had a girl, or shoul I say, she once had me". To wszystko co miał. Bez tytułu, nic więcej. Powiedziałem: "Ok, tyle mamy" i zabraliśmy się za nią. On sam tylko tyle napisał.
Utwór zapisał się w historii muzyki rozrywkowej jako ten, w którym po raz pierwszy wykorzystany został sitar - instrument strunowy wywodzący się z Indii. Dodać trzeba, że pół roku przed ukazaniem się albumu "Rubber Soul" - a więc także utworu "Norwegian Wood" -  grupa The Yardbirs wydała singiel z utworem "Heart Full of Soul", który początkowo miał zawierać partię graną na sitarze, muzycy zdecydowali jednak zastąpić go gitarą). W utworze Beatlesów na sitarze zagrał George Harrison - muzyk zainteresował się tym instrumentem, kiedy zobaczył go na planie filmu "Help!". Podczas kręcenia '"Help!", w scenie w hinduskiej restauracji, byli indyjscy muzycy i trochę sobie wtedy z nimi pograłem - mówił gitarzysta. Pod koniec roku ciągle obijało mi się o uszy nazwisko Raviego Shankara. Kupiłem więc jego płytę i to było to - coś niesamowitego. Kiedy po raz pierwszy świadomie posłuchałem indyjskiej muzyki, miałem wrażenie, jakbym ją znał. Kupiłem więc sobie sitar. Mieliśmy już wówczas nagrany podkład do "Norwegian Wood", ale czegoś jeszcze brakowało. Wziąłem do reki sitar, który leżał obok mnie, i nie bardzo wiedziałem, co z nim zrobić. To było zupełnie spontaniczne.  Znalazłem odpowiednie dźwięki, pasowały do całości.
No właśnie - Harrison nie znał wówczas jeszcze tajników instrumentu, więc zagrał na nim jak na gitarze. Dopiero później udał się do Indii, gdzie pod okiem wspomnianego wirtuoza sitaru, Raviego Shankara, nauczył się grac na tym instrumencie. Później wykorzystał go w kilku swoich kompozycjach: beatlesowskich "Love You To", "Within You Without You" oraz "The Inner Light", a także wielu solowych utworach.


19. "In My Life" (z albumu "Rubber Soul", 1965)

W przypadku "In My Life" miałem kompletny tekst, dziennikarska wizja podróży, z rodzinnego domu w dół przedmieścia, autobusem, z nazwami każdego kolejnego miejsca - opowiadał Lennon. Przerodziło to się właśnie w ten utwór, w którym wspominam przyjaciół i kochanki z przeszłości. Muzycznie Paul pomógł mi w refrenie, ale reszta była moja, cały tekst, dopracowanie, uszczelnienie i wypuszczenie gotowej piosenki. Do tej pory wyrzucałem wszystko z siebie, by tego nie trzymać w sobie, by to szybko wydać na płycie. Tym razem także po raz pierwszy świadomie literacko umieściłem część siebie w tekście.
McCartney uważa, że jego wkład w powstanie utworu był znacznie większy: Przyjechałem do Johna, miał już bardzo ładnie zaczynający się wstęp. O ile pamiętam, nie miał jeszcze melodii. Powiedziałem, żeby pozwolił mi popracować nad tym. Zszedłem na dół, gdzie John miał melotron, usiadłem tam i próbowałem słowa wpasować w melodię, którą stworzyłem na bazie przeboju Smokey Robinsona i The Miracles. Pamiętam, że napisałem całą melodię, i uważam, że ona jest bardzo w moim stylu. Próbowałem trzymać melodię w trochę bluesowym nastroju, z małymi harmoniami. Johnowi się spodobała i zaczęliśmy pracować dalej, używając już gotowej melodii wpasowując w nią resztę wersów tekstu. Powstała świetna piosenka.
Istotną rolę w ostatecznym kształcie odegrał także George Martin. Był fragment w środku, w którym John nie mógł się na nic zdecydować - mówił producent. Gdy mieli przerwę na herbatę, zszedłem na dół i zagrałem barokowe solo na pianinie, którego John wcześniej nie słyszał. Najpierw chciałem to zagrać na organach Hammonda. To co chciałem zrobić było zbyt skomplikowane do zagrania na żywo, więc nagrałem to o połowę wolniej i o oktawę niżej, a następnie przyśpieszyłem. Brzmiało fantastycznie. Zdążyłem nagrać, zanim wrócili. Spodobało im i tak już zostało.
"In My Life" nie został wydany na singlu, ale mimo to stał się jednym z najpopularniejszych utworów zespołu, a także chyba najbardziej znanym fragmentem albumu "Rubber Soul".


20. "Paperback Writer" (niealbumowy singiel, 1966)


Kolejny po "Day Tripper" kawałek prezentujący ostrzejsze oblicze grupy. "Paperback Writer" to syn "Day Tripper", ale to piosenka Paula - przyznawał Lennon. Syn "Day Tripper" oznacza piosenkę rock and rollową, z głośnymi, liżącymi, lekko rozmytymi gitarami - dodawał. Na mocne brzmienie utworu wpływ miało przede wszystkim pionierskie podejście do nagrywania, polegające przede wszystkim na zmianie rozmieszczenia mikrofonów i wzmacniaczy. W "Paperback Writer" słychać po raz pierwszy cały bas - mówił Geoff Emerick. Na początku Paul grał swoją linię na Rickenbackerze. Następnie wzmocniliśmy go za pomocą głośników w mikrofonach. George Martin przyznawał: "Paperback Writer "miał cięższe brzmienie niż wcześniejsze utwory, a także świetny wokal. Myślę, że doszło do tego, że rytm był wówczas podstawą ich działalności.
Pod względem kompozytorskim utwór jest jednak bardzo prosty, oparty na jednym akordzie. Chcieliśmy z Johnem napisać piosenkę na jeden akord, jak np. "Long Tall Sally" - przyznawał McCartney. Utwór wyróżniał się także pod względem tekstowym - Paul napisał go po przeczytaniu artykułu o początkującym pisarzu. Zawsze staramy się robić coś innego - mówił basista. Lata temu ciotka Lil powiedziała do mnie: "Dlaczego zawsze piszecie piosenki o miłości, nie możecie napisać np. o koniu lub o szczycie konferencji lub czymkolwiek interesującym, ale innym?".
"Paperback Writer" był pierwszym singlem The Beatles od czasu "She Loves You", który nie zadebiutował na 1. miejscu brytyjskiego notowania - z czasem jednak i tak dotarł na szczyt listy. Równie wysoko notowany był w Stanach.

10 września 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Queen

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów na świecie, mający na koncie ponad 60 singli, z których niemal każdy jest wielkim przebojem, znanym także przez ludzi nie interesujących się muzyką rockową. Na poniższą listę wybrałem kilkanaście utworów z tych, które były najwyżej notowane w Wielkiej Brytanii lub Stanach. Uzupełniłem je innymi ważnymi utworami, jak "Stone Cold Crazy" i "The Prophet's Song", które pokazują mniej znane - ale bardziej interesujące - oblicze Queen. Poza tym większych niespodzianek nie będzie - na liście dominują takie pewniaki, jak "Bohemian Rhapsody", "We Will Rock You", "We Are the Champions", "Don't Stop Me Now", "Another One Bites the Dust" czy "Under Pressure". A całość zaczyna się od pierwszego przeboju Królowej, "Killer Queen"...

Queen: Roger Taylor, Freddie Mercury, Brian May i John Deacon.

1. "Killer Queen" (z albumu "Sheer Heart Attack", 1974)

Pierwszy przebój zespołu, i to zarówno w rodzimej Wielkiej Brytanii (2. miejsce w notowaniu), jak i w Stanach (12. miejsce). To był punkt zwrotny - mówił po latach gitarzysta Brian May. To była piosenka, która najlepiej podsumowywała nasz rodzaj muzyki. I był to duży przebój, którego desperacko poszukiwaliśmy, jako znaku, że w końcu osiągnęliśmy jakiś sukces.
Autorem utworu jest Freddie Mercury. To o dziewczynie z wyższych sfer - mówił wokalista. Chciałem pokazać, że osoby z klasą też mogą okazać się dziwkami. Jak przyznaje twórca, tekst powstał pod wpływem twórczości brytyjskiego reżysera, scenarzysty i aktora, Noëla Cowarda. Inspirację muzyczną stanowiły natomiast zespoły The Beatles i The Beach Boys.
"Killer Queen" należał do stałych punktów koncertów Queen. Nie był jednak grany w całości, a jako część tzw. medley, czyli mieszanki fragmentów różnych utworów.


2. "Stone Cold Crazy" (z albumu "Sheer Heart Attack", 1974)

Pierwszy utwór zespołu podpisany przez wszystkich członków. Głównym autorem jest jednak Mercury, który wykonywał kompozycje już pod koniec lat 60., ze swoim poprzednim zespołem, Wreckage. "Stone Cold Crazy" był pierwszym utworem wykonanym przez Queen na żywo (w 1970 roku), ówczesna wersja była jednak o wiele wolniejsza, jeśli wierzyć słowom muzyków - bo żadna rejestracja tamtych występów nie istnieje. Grupa chętnie wykonywała go także w późniejszych latach - od 1974 do 1978 roku - jednak nie można usłyszeć go na żadnej oficjalnej koncertówce.
"Stone Cold Crazy" należy do najszybszych i najostrzejszych utworów w repertuarze grupy, bywa nawet nazywany pierwszym utworem thrash metalowym. Porównanie akurat do tej odmiany metalu nie jest oczywiście przypadkowe - w 1990 roku swoją wersję utworu nagrała Metallica. Metalowcy postanowili ją jednak uagresywnić, poprzez dwukrotne dodanie w tekście słowa "fuck", oraz zmiany humorystycznego fragmentu Walking down the street / Shooting people that I meet / With my rubber tommy water gun na brutalniejsze ...With my fully loaded tommy gun.


3. "Bohemian Rhapsody" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)


Jeden z największych przebojów zespołu (1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 9. w Stanach), zaczynający się balladowo, a kończący z hardrockową mocą - najbardziej zaskakująca jest jednak część środkowa, zainspirowana muzyką operową. Brian May nie rozumiał jednak zdziwienia, jakie utwór wywołał wśród ówczesnych słuchaczy: Na pierwszych trzech płytach jest wiele kompozycji wiodących w stronę "Bohemian Rhapsody", jeśli się w nie wsłuchać - mówił gitarzysta. Ludzie byli zaskoczeni "Bohemian Rhapsody", ale jeśli wsłuchasz się w "The March of the Black Queen", bardzo dużo podobnych rozwiązań jest już tam.
Skomplikowana forma utworu, zwłaszcza w części środkowej, przełożyła się na czas nagrań: Nagranie trwało trzy tygodnie, ale są to przecież trzy piosenki połączone w całość - mówił producent Roy Thomas Baker. Rejestracja części operowej wymagała siedmiu dni śpiewania po 10-12 godzin dziennie.
"Bohemian Rhapsody" okazał się także przełomowy z innego powodu - był to pierwszy utwór w historii do którego nakręcono teledysk. Do jego powstania doszło jednak przypadkiem... W tym czasie koncertowaliśmy w Anglii i wiedzieliśmy, że nie uda nam się wystąpić w programie Top of the Pops, do którego nas zaproszono - mówił basista John Deacon. Przy użyciu przenośnej kamery, w niecałe cztery godziny nakręciliśmy więc film, który wyemitowany został w telewizji. Wideoklip pokazuje zespół na scenie, sławę zyskał jednak ze względu na "ożywienie" w nim okładki albumu "Queen II".
Utwór od razu stał się obowiązkowym punktem koncertów, chociaż jego wykonywanie początkowo stanowiło dla zespołu problem. Na żywo nigdy nie można było usłyszeć wstępu śpiewanego a capella (czasem zastępowała go wokaliza z utworu "Mustapha" lub fortepianowa improwizacja oparta na utworze "Death on Two Legs"). Jeszcze większy problem stanowił fragment operowy. Podczas trasy promującej album "A Night at the Opera" zespół rozbijał utwór na części: na początku setu grali tylko fragment hardrockowy, natomiast kilka utworów później wykonywali część balladową, połączoną z fragmentami utworów "Killer Queen" i "The March of the Black Queen". Na lepsze rozwiązanie wpadli podczas kolejnej trasy, od której utwór grany był w całości, ale część operowa leciała z taśmy (zespół w tym czasie schodził ze sceny, a światła gasły).
W grudniu 1991 roku - miesiąc po śmierci Mercury'ego - utwór został ponownie wydany na singlu i po raz drugi doszedł do 1. miejsca na brytyjskiej liście, natomiast w Stanach poradził sobie lepiej od oryginalnego wydania - osiągnął 2. pozycję.


4. "The Prophet's Song" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)


Najdłuższy utwór w dorobku grupy (osiem minut i siedemnaście sekund), zdradzający silny wpływ rocka progresywnego. Autorem kompozycji - pierwotnie noszącej tytuł "People of the Earth" - jest Brian May. Zainspirował go własny sen o potopie, który nawiedził go podczas choroby trwającej w czasie nagrywania albumu "Sheer Heart Attack".
W nagraniu wykorzystany został japoński instrument o nazwie koto. To tak naprawdę zabawkowe koto, które ktoś dał mi w Japonii - wyjaśniał gitarzysta. Byliśmy wtedy zafascynowani Japonią. Nawet riff utworu ujawnia japońskie wpływy. Fascynację muzyków Japonią słychać jednak przede wszystkim w innym utworze - "Teo Torriatte (Let Us Cling Together)" z następnego albumu ("A Day at the Races"), który zawiera refren śpiewany po japońsku.
Podobnie jak w "Bohemian Rhapsody", także w "The Prophet's Song" pojawia się część a capella, z zwielokrotnionym głosem Mercury'ego. Gdzieś są nagrania demo, które przygotowałem - mówił May. Niektóre te powtórzenia pasowały, inne nie. Pocięliśmy więc taśmę i spreparowaliśmy dla Freddiego. Jemu to się spodobało, wszedł do studia i zarejestrował całość na żywo z delayami.
"The Prophet's Song" był wykonywany na żywo w latach 1975-78.


5. "Love of My Life" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)

Fortepianowa ballada, napisana przez Freddiego Mercury'ego dla jego ówczesnej partnerki, Mary Austin. Muzycznie Mercury nawiązuje tu do muzyki klasycznej, przede wszystkim do twórczości Chopina i Beethovena. Chociaż w studyjnej wersji utworu dominuje fortepian, na którym gra wokalista, pozostali muzycy także się tutaj udzielają: Brian May na gitarze i - jedyny raz na płycie zespołu - na harfie, John Deacon tradycyjnie na gitarze basowej, a perkusista Roger Taylor wyłącznie na talerzach.
Do koncertowego repertuaru utwór trafił dopiero w 1977 roku - w wersji przearanżowanej przez Briana Maya na 12-strunową gitarę akustyczną. Właśnie taka wersja - zarejestrowana 2 lutego 1979 roku we Frankfurcie - została wydana na singlu, promującym pierwszą koncertówkę grupy, "Live Killers".
Kocham tę piosenkę i śpiewam ją praktycznie na każdym koncercie - mówił Brian May w dokumencie z serii "Classic Albums". Śpiewam ją teraz dla Freddiego i daje mi to więcej satysfakcji, niż moje własne piosenki. Mam wrażenie, że dzięki niej Freddie pojawia się znów wśród nas.


6. "Somebody to Love" (z albumu "A Day at the Races", 1976)

Ulubiony utwór Mercury'ego z całego repertuaru Queen, doceniony także przez fanów (2. miejsce w UK, 13. w USA). Kawałek łączy muzykę rockową z gospel. "Somebody to Love" został zainspirowany muzyką Arethy Franklin - mówił Taylor. Freddie mocno siedział w takich klimatach. Chcieliśmy utrzymać utwór w luźnym, gospelowym nastroju. Myślę, że to najbardziej luzacki utwór, jaki stworzyliśmy.
Utwór był regularnie wykonywany na żywo w latach 1977-85, początkowo w całości, a od 1984 roku w skróconej wersji, płynnie przechodzącej w fragment "Killer Queen".


7. "We Will Rock You" (z albumu "News of the World", 1977)

Kolejny wielki przebój Queen (wydany na podwójnym singlu razem z "We Are the Champions" - 2. miejsce w Wlk. Brytanii, 4. w Stanach) na tle wcześniejszych dokonań grupy wypada bardzo surowo: partii wokalnej towarzyszy tylko prosty, wyklaskany rytm, dopiero pod koniec pojawia się ostre gitarowe solo (bez którego nie mogło się obyć, skoro autorem kompozycji jest May). Jeszcze zanim pojawili się Sex Pistols, stwierdziliśmy, że nasyciliśmy się wielowarstwową produkcją, więc celowo na "News of the World" powróciliśmy do źródeł, żeby odzyskać witalność - mówił Taylor. Niektórzy traktowali to jako odpowiedź na punk, ale na ten krok zdecydowaliśmy się sami, już wcześniej.
Brian May mówił, że kawałek miał podrywać ludzi z miejsc, zachęcać do wspólnego śpiewania i klaskania, dawać poczucie jedności i siły, sprawiać by zapominało się o wszystkich kłopotach. Nagraliśmy go bez perkusji. Kiedy się go słucha, można odnieście wrażenie, że są w nim bębny - ale nie ma. Jest tylko tupanie i klaskanie. Nagrywaliśmy to wiele razy. A w tych czasach nie było jeszcze urządzeń, dzięki którym można by uzyskać efekt echa. Wpadłem więc na pomysł, żeby każdą ścieżkę z tupaniem i klaskaniem wielokrotnie zdublować, a każdą nakładkę dodawać z coraz większym opóźnieniem. Chodziło o uzyskanie czegoś w rodzaju echa, żeby "We Will Rock You" zabrzmiało naprawdę potężnie. I udało się. 
Zespół przygotował także alternatywną wersję utworu, utrzymaną w szybszym tempie i w całości graną z gitarami i perkusją. Nigdy nie została nagrana w studio - była za to grana na żywo, jako otwieracz koncertów w latach 1977-82. Na każdym koncercie grana była też wersja albumowa (pod koniec występu), która w setliście przetrwała dłużej, aż do ostatniego koncertu grupy.


8. "We Are the Champions" (z albumu "News of the World", 1977)

Kolejny hymn grupy, tym razem autorstwa Mercury'ego, w pewnym sensie będący kontynuacją "We Will Rock You" - na albumie oba utwory są ze sobą połączone, wydane zostały na jednym singlu, a także zostały zainspirowane tym samym wydarzeniem. Pewnego razu w Birmingham, gdy zeszliśmy już ze sceny, publiczność odśpiewała nam coś od siebie, "You'll Never Walk Alone" - mówił May. Niesamowite przeżycie! Spojrzeliśmy wtedy po sobie, bo nie ulegało wątpliwości, że dzieje się coś ważnego. Podczas tej trasy po raz pierwszy zadziałało coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego. Odpowiedzią na nasz występ był zbiorowy śpiew. I pod wpływem tego przeżycia obaj, Freddie i ja, napisaliśmy wkrótce potem piosenki. Freddie stworzył "We Are the Champions" - utwór tak wymyślony, że wspólne, chóralne śpiewanie było wielką frajdą. A ja stworzyłem "We Will Rock You"...
Wspomniany przez Maya utwór "You'll Never Walk Alone" to przebój z musicalu "Carousel" z 1945 roku, często wykonywany przez kibiców na meczach piłkarskich.
Nie trzeba chyba dodawać, że "We Are the Champions" stał się kolejnym obowiązkowym punktem każdego koncertu Queen.


9. "Don't Stop Me Now" (z albumu "Jazz", 1978)

Utwór Mercury'ego, w którym wiodącą rolę odgrywa jego śpiew i gra na fortepianie, przez większość utworu towarzyszą mu Taylor i Deacon, natomiast udział Maya ogranicza się do solówki. Dopiero na koncertach (utwór grany był na obu trasach zespołu z 1979 roku: promującej album "Jazz", oraz krótkiej Crazy Tour zapowiadającej album "The Game") gitarzysta mógł się bardziej wykazać, dodając partię gitary rytmicznej, nadającej utworowi hardrockowej mocy (taka wersja trafiła na koncertówkę "Live Killers"). Istnieje również studyjna wersja "Don't Stop Me Now" z większym udziałem Maya, aczkolwiek wydana została dopiero w 2011 roku, na reedycji albumu "Jazz".
"Don't Stop Me Now" został wydany na singlu - w Wielkiej Brytanii udało mu się wejść do pierwszej dziesiątki notowania (9. miejsce), za to w Stanach radził sobie kiepsko (86. miejsce).


10. "Crazy Little Thing Called Love" (z albumu "The Game", 1980)


Numer ten ma w sobie feeling charakterystyczny dla wczesnych utworów Elvisa Presleya - mówił o utworze Taylor, z czym ciężko się nie zgodzić. "Crazy Little Thing Called Love napisałem w wannie - mówił Mercury, dodając, że zajęło mu to około dziesięciu minut. Jest to jedyny utwór Queen, w którym Freddie grał na gitarze - także podczas koncertów.
W Wielkiej Brytanii - utwór został wydany na singlu już w październiku 1979 roku - osiem miesięcy przed premierą albumu "The Game" - i dotarł do 2. miejsca na liście singli. W Stanach mała płyta z "Crazy Little Thing Called Love" ukazała się dopiero dwa miesiące później i doszła na sam szczyt listy Billboardu, stając się pierwszym numerem 1. zespołu na amerykańskim rynku. Nie jesteśmy zespołem singlowym i nie dzięki singlom zdobyliśmy uznanie publiczności - mówił May (z tym akurat ciężko się zgodzić). Myślę jednak, że piosenka ta sprowadziła na nasze koncerty sporo nowych, młodych fanów.
W teledysku "Crazy Little Thing Called Love" May wyjątkowo nie występuje ze zbudowaną przez siebie gitarą Red Special, a z Fenderem Telecasterem.
Utwór był regularnie grany na żywo na wszystkich trasach w latach 1979-86.


11. "Play the Game" (z albumu "The Game", 1980)

W latach 70. muzycy Queen szczycili się tym, że nie używają syntezatorów, a na okładce każdego ze swoich albumów umieszczali hasło "no synths". Wszystko zmieniło się na płycie ósmej, "The Game" - otwierający ją utwór "Play the Game" rozpoczyna się od dźwięków syntezatora, które słychać także w dalszej części kompozycji.
Autorem utworu jest Freddie Mercury. Napisany przez niego tekst dotyczy znużenia pożądaniem. Prawdę powiedziawszy nie utożsamiam się z tym tekstem - mówił niedługo po premierze albumu Taylor. Zasugerowali nam, byśmy nasz album nazwali "Play the Game", ale osobiście nie spodobało mi się to - kontynuował perkusista. Chodzi o to, że tytuł ten znaczyłby tyle, co "dogadajmy się z establishmentem", mi zaś taki pomysł zupełnie się nie podoba.
Utwór był trzecim (po "Crazy Little Thing Called Love" i skomponowanej przez Maya balladzie "Save Me") singlem promującym  longplay "The Game" i całkiem nieźle radził sobie na notowaniach (14. miejsce w Wielkiej Brytanii, 42. w Stanach). Był też grany przez zespół na żywo, ale tylko do 1982 roku.


12. "Another One Bites the Dust" (z albumu "The Game", 1980)


Największy przebój Queen autorstwa Johna Deacona (1. miejsce w Stanach i najlepiej sprzedający się tam singiel grupy; 7. miejsce na brytyjskim notowaniu), oparty na charakterystycznym pulsie gitary basowej, zainspirowanej muzyką soulową i funkową (a konkretnie utworem "Good Times" grupy Chic). Kiedy byłem w szkole, słuchałem mnóstwo muzyki soulowej. zawsze interesowałem się tym gatunkiem - mówił kompozytor. Już od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania takiego utworu jak "Another One Bites the Dust". Od początku myślałem o tej piosence jako o czymś do tańca, ale nie sądziłem, że stanie się tak wielkim przebojem. kiedy ukazała się na małej płycie okazało się, że grają ją nawet "czarne" stacje radiowe. Nigdy przedtem nie przytrafiło nam się coś takiego.
Wydanie utworu na singlu zasugerował grupie Michael Jackson, po jednym z amerykańskich występów Queen. Jak tłumaczył Deacon, Jackson był naszym fanem i często przychodził na nasze koncerty.
Utwór był regularnie grany na żywo w latach 1980-86.


13. "Under Pressure" (z albumu "Hot Space", 1982)

Kolejny wielki przebój Queen (1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 29. w Stanach) swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim gościnnemu udziałowi Davida Bowiego. Do współpracy doszło za sprawą Dave'a Richardsa, realizatora dźwięku - mówił Bowie. Ja byłem akurat w Montreux, robiłem coś innego. Dave zadzwonił do mnie, powiedział, że muzycy Queen pracują w studiu i czy nie miałbym ochoty przyjechać i spróbować zrobić coś z nimi. To było całkowicie spontaniczne. Nikt nic nie planował.
Bowie początkowo miał zaśpiewać chórki do utworu "Cool Cat" (ostatecznie zostały z niego wycięte, bo nie spodobały się wokaliście). Przypadkiem doszło jednak do powstania nowego utworu, właśnie "Under Pressure": Najpierw była linia basu Johna Deacona - mówił Mack. Dopóki nie zagrał, wszyscy podpierali ściany i nic się nie działo. Czasami ludzie nie wiedzą jak zrobić pierwszy krok... Bali się pewnie, że nie będzie do dobre, że rozśmieszy Bowiego.
Trzeba jednak dodać, że według samego Deacona, charakterystyczna linia basu została wymyślona przez Bowiego. May i Taylor skłaniają się jednak ku wersji Macka. Bowie natomiast uważa, że motyw ten powstał jeszcze zanim spotkał się z zespołem.
"Under Pressure" od razu trafił do koncertowej setlisty i był grany przez zespół na każdym koncercie.


14. "Radio Ga Ga" (z albumu "Works", 1984)

Największy przebój Queen skomponowany przez Rogera Talora (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 16. w Stanach). Perkusista stworzył go podczas zabawy syntezatorem. Kiedy zabrałem się za "Radio Ga Ga", przyniosłem najlepszy syntezator z dostępnych w tamtym czasie - mówił. Jupiter 8 firmy Roland. To był analogowy syntezator i brzmiał fantastycznie. Ciągle brzmi lepiej niż nowe instrumenty. Mniej entuzjastycznie do tworzenia utworu podchodził Mack: Chciałem, żeby jak najszybciej zabrali Rogera ze studia, bo kiedy grał te swoje papapapa, trzęsło się całe pomieszczenie. Miałem nadzieję, że wysiądzie prąd i to się skończy.
"Radio Ga Ga" stało się kolejnym utworem, bez którego nie mógł odbyć się żaden koncert grupy.


15. "One Vision" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)


Inspiracją do napisania tego utworu był występ Queen na słynnym charytatywnym koncercie Live Aid w 1985 roku. Chociaż utwór mówi o potrzebie zjednoczenia wszystkich ludzi, Brian May zaprzeczał jakoby zespół naprawdę chciał tym utworem zmieniać świat: Piosenki Queen to eskapizm w czystej postaci. Dobrze się bawisz słuchając ich, a potem wracasz do swoich problemów. Nigdy nie zamierzałem zmieniać świata przy pomocy swojej muzyki.
"One Vision" był pierwszym singlem podpisanym przez wszystkich członków zespołu. Całkiem nieźle radził sobie w notowaniach (7. miejsce na brytyjskim, 61. na amerykańskim), grany był na otwarcie każdego koncertu podczas ostatniej trasy zespołu, Magic Tour, a ponadto został wykorzystany w filmie "Żelazny Orzeł".


16. "A Kind of Magic" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)

Jeden z sześciu utworów stworzonych przez zespół specjalnie do filmu "Nieśmiertelny". Autorem "A Kind of Magic" jest Roger Taylor. Oryginalna wersja trafiła do filmu, a na płycie po raz pierwszy została wydana dopiero w 2011 roku, kiedy trafiła na reedycję albumu "A Kind of Magic". Oryginalne wydanie longplaya zawierało utwór w wersji przearanżowanej przez Freddiego Mercury'ego, który dodał zupełnie nową linię basu i instrumentalne przejścia, a także zmodyfikował strukturę kawałka (pomimo tego, autorstwo utworu dalej było przypisane wyłącznie perkusiście). Albumowa wersja została wydana także na singlu i stała się kolejnym przebojem grupy, dochodząc do 3. miejsca na brytyjskim notowaniu, a 42. w Stanach. Kawałek był także grany na żywo, podczas wszystkich koncertów Magic Tour.


17. "Who Wants to Live Forever" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)

Poruszający utwór skomponowany przez Briana Maya do filmu "Nieśmiertelny". To jedna z tych moich piosenek, które powstały bardzo szybko, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - mówił gitarzysta. Przeżywałem wtedy bardzo trudne chwile. Tata był ciężko chory - jego dni były już policzone, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę... Moje małżeństwo waliło się w gruzy... To był bardzo trudny okres. Poproszono nas wtedy, byśmy stworzyli muzykę do "Nieśmiertelnego". Ściągnięto nas do kina i pokazano fragmenty tego filmu - powyrywane z kontekstu, bez muzyki. Film opowiada historię Nieśmiertelnego, który nie ma prawa do miłości, a jednak zakochuje się. Niestety, jego towarzyszka życia zaczyna się starzeć, a on ciągle jest młody. W końcu ona umiera w jego ramionach. Bardzo mnie poruszyła ta scena - do tego stopnia, że od razu usłyszałem w głowie piosenkę. Później doszedłem do wniosku, że byłem w stanie stworzyć ten utwór tak szybko, bo tkwił we mnie od dawna. Od dawna dręczyła mnie ta myśl: "Po co żyć wieczne, skoro miłość musi umrzeć?". Wyraziłem w tej piosence wszystko, co myślałem o życiu w tamtym okresie. A filmowa sceną, którą obejrzałem, jedynie sprawiła, że wyrzuciłem ją z siebie. To jeden z moich najlepszych utworów.
"Who Wants to Live Forever" został wydany na singlu i doszedł do 24. miejsca na brytyjskiej liście (w Stanach nie trafił do notowania).


18. "I Want It All" (z albumu "Miracle", 1989)


Największy przebój z albumu "Miracle" (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, 50. w Stanach), podobnie jak wszystkie pozostałe kawałki z longplaya, podpisany przez wszystkich członków zespołu. Pełna demokracja. Nie ma gadania w stylu "moja piosenka jest lepsza od twojej" - wyjaśniał Taylor.
Tytuł został zainspirowany zdaniem często powtarzanym przez drugą żonę Briana Maya: I want it all and I want it now! Pod względem muzycznym jest to powrót do ostrzejszego, hardrockowego grania.
Istnieją trzy wersje utworu (nie licząc koncertowych): mocniejsza albumowa (bez słynnego wstępu), bardziej wygładzona singlowa (z dodanym wstępem a capella i ze skróconą częścią instrumentalną) oraz remiks z kompilacji "Queen Rocks" z 1997 roku, będący połączeniem dwóch poprzednich (ściślej mówiąc, jest to wersja albumowa z dodanym wstępem z wersji singlowej).
Po raz pierwszy na  żywo utwór został wykonany dopiero w 1992 roku, na koncercie upamiętniającym Mercury'ego. May, Deacon i Taylor wykonali go wspólnie z wokalistą The Who, Rogerem Daltreyem i gitarzystą Black Sabbath, Tonym Iommim.


19. "Innuendo" (z albumu "Innuendo", 1991)

Trzeci i ostatni (nie licząc powtórzonego "Bohemian Rhapsody") singiel Queen, który doszedł do 1. miejsca na brytyjskim notowaniu (za to w Stanach w ogóle nie był notowany).
Utwór powstał na samym początku sesji nagraniowej w 1989 roku. To był jeden z pierwszych utworów, które nagraliśmy - przyznawał May. Bardzo nietypowy, jeśli traktować go w kategorii przeboju. Mogliśmy dzięki niemu wszystko wygrać, albo wszystko przegrać. Kawałek narodził się z jamu muzyków. Według licznych źródeł uczestniczyli w nim tylko May, Taylor i Deacon, a Mercury stał obok, jednak zaprzecza temu perkusista: Freddie od początku był z nami. Z całą pewnością. Ja napisałem tekst, który on trochę zmienił, dopieścił niektóre sformułowania. Nagraliśmy to na żywo, Freddie grał razem z nami na syntezatorze. Wszystkie podkłady zarejestrowaliśmy na żywo, w wielkim pomieszczeniu po kasynie, w naszym Mountain Studios w Montreux. Pamiętam, że miałem wtedy zupełnie nowy zestaw perkusyjny, więc nagranie "Innuendo" także z tego powodu sprawiło mi wielką przyjemność. Od początku czuliśmy, że to rzecz stworzona do grania na żywo. Coś w duchu Led Zeppelin.
Niestety stan zdrowia wokalisty nie pozwalał na zagranie trasy koncertowej, w rezultacie czego "Innuendo" został wykonany na żywo tylko raz, 20 kwietnia 1992 roku, na koncercie upamiętniającym Freddiego Mercury'ego. W roli wokalisty wystąpił wówczas sam Robert Plant. Ze względu na wspomniane przez Taylora podobieństwo kompozycji do twórczości Led Zeppelin (zwłaszcza do utworu "Kashmir"), Plant wydawał się idealnym kandydatem, jednak kompletnie nie poradził sobie z odtworzeniem partii wokalnej Mercury'ego.
W tym miejscu warto dodać, że podobno istnieje także nigdy nie wydana wersja "Innuendo", śpiewana przez Taylora. Być może zachowały się jakieś próbne wykonania, ale ja nigdy tego utworu nie zaśpiewałem w sposób właściwy - tłumaczył perkusista.
Ważnym elementem utworu jest akustyczna wstawka w stylu flamenco, zagrana przez gitarzystę Yes, Steve'a Howe'a. Byłem w Genewie, gdzie pracowałem z Paulem Sutinem i zdaje się, że mieliśmy dzień wolny lub coś w tym rodzaju - wyjaśniał Howe jak doszło do współpracy z Queen. Pojechałem do Montreux i postanowiłem zatrzymać się gdzieś na obiad. Wszedłem do jakiejś restauracji i nagle wyrósł tam Martin Gloves, który kiedyś pracował dla Yes. Powiedział: "Słuchaj, chłopaki z Queen siedzą w studiu. Czemu nie wpadniesz?". Postanowiłem sprawdzić co tam się dzieje, bo zespół Queen kupił studio Mountain, oryginalnie zbudowane z myślą o nagraniach jazzowych. Wspaniałe studio. Wszedłem do środka, a Freddie, Brian i Roger nad czymś akurat pracowali. Byli bardzo serdeczni. Puścili mi utwór "Innuendo" i Brian powiedział: "Chciałbym, abyś tu zagrał". Odpowiedziałem, że chyba żartuje i żeby zostawili to tak jak jest, bo brzmi świetnie. Odpowiedział: "Nie, nie, nie - chcę abyś tu zagrał i chcę abyś zagrał naprawdę szybko. Chcę abyś nagrał dużo gitar". W ciągu kilki godzin przetestowałem więc kilka gitar klasycznych Cheta Atkinsa. W końcu wziąłem jedną i nagrałem kilka podejść. Potem trochę to przemontowaliśmy, niektóre rzeczy poprawiłem i poszedłem na kolację. Kiedy wróciłem, stwierdzili, że są naprawdę zadowoleni z tego, co zrobiłem.
Brian May uzupełniał: Ten hiszpański motyw jest zasugerowany od samego początku, wstęp jest bowiem utrzymany w duchu bolera. Wydawało się więc naturalną rzeczą, bo rozwinąć ten pomysł z pomocą gitary akustycznej i tak to się stopniowo rozwijało. Steve Howe pomógł nam i wykonał wspaniałą robotę. Wszyscy uwielbiamy tę wstawkę - jest jak podróż do krainy wyobraźni.


20. "The Show Must Go On" (z albumu "Innuendo", 1991)

Utwór bywa postrzegany jako pożegnanie Freddiego Mercury'ego, nie on był jednak jego pomysłodawcą. Wszystko zaczęło się od sekwencji akordów wymyślonej przez Taylora i Deacona. Następnie May wymyślił linię melodyczną, a także stworzył wstawkę zainspirowaną "Kanonem D-Dur" Johanna Pachelbela. Gitarzysta napisał także większość tekstu, jedynie w pierwszej zwrotce wspomógł go Mercury.
"The Show Must Go On" był ostatnim singlem wydanym za życia Mercury'ego - trochę ponad miesiąc przed jego śmiercią. Nie bez znaczenia był fakt, że na jego stronie B umieszczono utwór "Keep Yourself Alive" - otwieracz debiutanckiego albumu, a zarazem pierwszy singiel w dyskografii grupy. "The Show Must Go On" doszedł do 16. miejsca na brytyjskim notowaniu.