26 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



W ciągu swojej czterdziestoletniej kariery grupa AC/DC przechodziła przez wiele trudnych momentów: śmierć Bona Scotta na początku lat 80., czy kłopoty z uzależnieniami innych muzyków, które kończyły się krótszą (Malcolm Young) lub dłuższą (Phil Rudd) absencją w zespole. Atmosfery w zespole na pewno nie poprawiało mordercze tempo nagrywania kolejnych albumów (wydawanych średnio z ok. półtorarocznymi przerwami), czego wynikiem często był słaby poziom zawartego na nich materiału. Ostatnie dwadzieścia lat minęło jednak bardzo spokojnie, ze stabilnym składem, od czasu do czasu wchodzącym do studia, by nagrać coś nowego. Niedawno jednak czarne chmury znów zawisły nad zespołem. Najpierw pojawiły się informacje o chorobie Malcolma Younga, który prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie powrócić do grania. Natomiast przed trzema tygodniami pojawiły się doniesienia o jeszcze bardziej szokującym aresztowaniu Phila Rudda, oskarżonego o zlecenie dwóch morderstw i posiadanie narkotyków (pierwszy zarzut został wycofany, z powodu braku dostatecznych dowodów, za drugi wciąż grozi mu kara dłuższego pozbawienia wolności). Problemy z Ruddem zaczęły się zresztą wcześniej, już na początku sesji nagraniowej nowego albumu. Perkusista przez ponad tydzień nie pojawiał się w studiu, przybył dopiero, gdy producent Brendan O'Brien zagroził, że zatrudni innego bębniarza. Rudd szybko zarejestrował swoje partię i znów zniknął.

W takich właśnie warunkach powstał "Rock or Bust". Problemy z Ruddem właściwie nie mogły specjalnie zaszkodzić grupie, gdyż perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia utworów, a tak proste partie mógł zarejestrować ktokolwiek (miały też swoje pozytywne strony - w sieci wzrosła sprzedaż starego utworu AC/DC, "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst jest... ogłoszeniem płatnego mordercy). Znacznie większym ciosem dla grupy była nieobecność Malcolma Younga - to przecież on, wraz ze swoim bratem Angusem, odpowiada za napisanie całej muzyki i większości tekstów zespołu. To spod palców Malcolma wyszły nieśmiertelne riffy "Highway to Hell" i "Back in Black"... Tym razem cały ciężar komponowania spadł na Angusa. Który, niestety, poszedł na totalną łatwiznę - zamiast spróbować stworzyć coś nowego, po prostu dokończył pomysły, nad którymi pracował jeszcze z Malcolmem w trakcie pracy nad poprzednim albumem, "Black Ice". Być może właśnie dlatego - z braku nowych idei Malcolma - "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w dyskografii zespołu, trwającym niespełna trzydzieści pięć minut. Nawet w latach 70. i 80. byłby to bardzo krótki longplay, a dzisiaj nawet EPki i single trwają dłużej.

A jak to wszystko brzmi? Dokładnie tak, jak należało się spodziewać po szyldzie AC/DC - jest bardzo prosto, bardzo energetycznie, bardzo melodyjnie i jeszcze bardziej przewidywalnie. Nawet brzmieniowo jest niemal identycznie, jak na płytach sprzed trzydziestu lat. Problem w tym, że jest też monotonnie. Pewnie, to także cecha charakterystyczna tego zespołu. Nazwa AC/DC jest praktycznie synonimem grupy, która cały czas gra to samo. Jednak na większości ich albumów można usłyszeć jakieś zróżnicowanie - np. kawałki w wolniejszym tempie, albo jakieś smaczki, które odróżniały dany kawałek od innych. Na "Rock or Bust" wszystkie piosenki (bo "utworami" ich nazywać nie wypada) są nagrane na jedno kopyto. Wszystkie są utrzymane w zbliżonych tempach, zbudowane na takim samym schemacie, oparte na bardzo podobnych riffach, z takim samych jak zwykle śpiewem Briana Johnsona i powtarzanymi od wieków zagrywkami Youngów (choć tym razem zamiast Malcolma gra jego bratanek, Steve). Zaletą albumu jest natomiast ogromna dawka energii, jaką niesie - pod tym względem nie różni się niczym od najlepszych płyt zespołu. Muzycy grają tu z taką samą werwą, jak dwadzieścia, trzydzieści, a nawet i czterdzieści lat temu. Niewiele jednak z tej muzyki pozostaje w głowie na dłużej. A przecież nie brakuje tutaj naprawdę chwytliwych refrenów - "Rock the Blues Away", "Dogs of War" (tutaj dodatkowo pojawia się też najlepsza na płycie solówka), czy "Rock the House" (tu z kolei jest świetny riff) to najlepsze przykłady. Ale wszystko, co oferują te kawałki, słyszałem już setki razy, nierzadko w znacznie lepszych wersjach.

"Rock or Bust" brzmi dokładnie jak to, czym jest - zbiorem odrzutów po "Black Ice". Tak naprawdę mogłyby to być odrzuty po dowolnym albumie AC/DC. Niby od tej grupy nie można wymagać niczego więcej, niż grania w swoim stylu na sprawdzonych miliony razy patentach, ale trochę większa różnorodność na pewno by nie zaszkodziła. Mimo wszystko, naprawdę przyjemnie się tego słucha. Ogromna dawka energii sprawia, że aż tak bardzo nie zwraca się uwagi na monotonność tego wydawnictwa. Może z czasem "Rock or Bust" będzie wymieniany jako jeden z najlepszych albumów AC/DC. Na razie pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


21 listopada 2014

[Recenzja] Blind Faith - "Blind Faith" (1969)



Wkrótce po rozpadzie Cream, dwie trzecie tego składu - Eric Clapton i Ginger Baker - postanowiło stworzyć kolejną "supergrupę", w miejsce Jacka Bruce'a zapraszając wokalistę / klawiszowca Steve'a Winwooda (z zespołu Traffic) i basistę Rica Grecha (ex-Family). Nowy skład przybrał nazwę Blind Faith i... okazał się jeszcze bardziej efemerycznym przedsięwzięciem niż Cream - drogi muzyków rozeszły się po około pół roku wspólnego grania. Przez ten czas zdążyli jednak zagrać wiele koncertów (jeden z nich, z londyńskiego Hyde Parku, został sfilmowany i po latach ukazał się na DVD), a także zarejestrować i wydać jeden album studyjny. Longplay, (nie)zatytułowany "Blind Faith", ukazał się w sierpniu 1969 i stał się - podobnie jak wcześniej albumy Cream - kamieniem milowym w rozwoju blues rocka i hard rocka. Jego zawartość to właściwie kontynuacja tego, co Clapton i Baker tworzyli przez poprzednie trzy lata. Nie można jednak lekceważyć wpływu Winwooda i Grecha. To dzięki nim muzyka Blind Faith jest o wiele bogatsza pod względem aranżacyjnym, niż dokonania Cream - instrumentarium zostało poszerzone o klawisze i skrzypce. 

Album rozpoczyna się od dwóch kompozycji Winwooda, "Had to Cry Today" i "Can't Find My Way Home". Pierwsza z nich to ponad ośmiominutowy popis muzyków, w którym mocniejsze fragmenty, z hard rockowym riffowaniem i ostrymi, rozbudowanymi solówkami Claptona, przeplatają się z bardziej subtelnymi refrenami. W 1969 roku taki utwór musiał być czymś naprawdę zaskakującym, a i współcześnie robi wrażenie - taka muzyka ani trochę się nie zestarzała. "Can't Find My Way Home" to już utwór o bardziej piosenkowej strukturze, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, przez co bliżej mu do twórczości Traffic niż Cream. Prostsze granie dominuje także w "Well All Right" - jedynej tutaj cudzej kompozycji, pochodzącej z repertuaru Buddy'ego Holy'ego. W porównaniu z oryginałem jest znacznie bogatsza brzmieniowo, ale niestety równie banalna. Chociaż... Po zasadniczej części utworu następuje jeszcze krótka koda, o nieco jazz rockowym charakterze. Naprawdę świetna rzecz - szkoda, że nie została rozwinięta w pełnoprawny utwór.

Pierwszą stronę albumu kończy jedyny utwór Blind Faith autorstwa Claptona, "Presence of the Lord". To prawdopodobnie najwspanialszy fragment tego longplaya. Utrzymany w podniosłym nastroju, z początku raczej łagodny, oparty na brzmieniu organów, podpartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, ale nagle przełamany wejściem ostrej partii gitary - Clapton gra tutaj jedną ze swoich najbardziej porywających solówek. Druga strona longplaya to już tylko wisienka na torcie. "Sea of Joy", kolejna kompozycja Winwooda, to kolejny bardziej piosenkowy kawałek, w którym smaczkiem jest partia skrzypiec. A całości dopełnia ponad piętnastominutowy jam "Do What You Like", którego autorstwo przypisane zostało Bakerowi, i który w sporej części składa się z jego perkusyjnej solówki - jednak pozostali muzycy również dostają sporo miejsca do popisu. "Do What You Like" to świetna fuzja jazzu, bluesa i rocka, podana w mocno psychodelicznym klimacie.

Nie wszystkie utwory nagrane przez zespół trafiły na album. Pozostałe znalazły się dopiero na kompaktowej reedycji "Blind Faith" z 2001 roku. Pierwszy dysk, poza sześcioma utworami z oryginalnego albumu, zawiera także pięć dodatkowych kompozycji. Wśród nich dwie wersje - szybką i wolną - bluesowego utworu "Sleeping in the Ground", autorstwa Sama Myersa, a także "elektryczną" wersję "Can't Find My Way Home" (wg mnie ciekawszą od wersji albumowej; wyróżniającą się chociażby świetną gitarową solówką), kolejny piętnastominutowy jam - tym razem o wszystko mówiącym tytule "Acoustic Jam" (niestety, trochę zbyt monotonny), oraz bardzo przyjemną instrumentalną kompozycję "Time Winds", w której każdy instrument - organy, gitara, bass i perkusja - zdają się odgrywać pierwszoplanową rolę. Reedycja zawiera także drugi dysk, a na nim cztery kilkunastominutowe jamy muzyków.

"Blind Faith" to jeden z najważniejszych, ale dziś już nieco zapomnianych, albumów w historii muzyki rockowej, bez którego znajomości nie można uważać się za wielbiciela tego gatunku. Dla każdego powinna to być obowiązkowa "lektura" w muzycznej edukacji.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

1. Had to Cry Today; 2. Can't Find My Way Home; 3. Well All Right; 4. Presence of the Lord; 5. Sea of Joy; 6. Do What You Like

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Eric Clapton - gitara, wokal (6); Ric Grech - bass, skrzypce (5), wokal (6); Ginger Baker - perkusja, wokal (6)
Producent: Jimmy Miller


15 listopada 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Live in '84 - Back to the Bone" (2014)



"Live in '84 - Back to the Bone" został zarejestrowany podczas trasy promującej szósty longplay Whitesnake, "Slide It In" z 1984 roku. Album przełomowy w dyskografii grupy, która jeszcze nie całkiem porzuciła na nim swoje hardrockowo-bluesowe korzenie, ale już wyraźnie zaczęła zmierzać w kierunku bardziej komercyjnej, amerykańskiej odmiany heavy hair metalu. W tamtym okresie przejściowy był nie tylko styl grupy, ale również jej skład. Problemy zaczęły się już nieco wcześniej, podczas nagrywania poprzedniego albumu, "Saints & Sinners". W trakcie sesji nagraniowej skład opuścili wszyscy muzycy, z wyjątkiem Davida Coverdale'a i Jona Lorda. Coverdale'owi udało się jednak przekonać gitarzystę Micky'ego Moody'ego do powrotu i razem dokończyli nagrywanie albumu. Niedługo później do zespołu dołączyli nowi muzycy: perkusista Cozy Powell (wcześniej występujący m.in. w The Jeff Beck Group i Rainbow), gitarzysta Mel Galley (ex-Trapeze), oraz basista Colin Hodgkinson (do tamtej pory współpracujący raczej z wykonawcami bluesowymi i jazzowymi, niż rockowymi). W takim składzie nagrany został album "Slide It In".

Longplay początkowo był dostępny wyłącznie w Europie, gdzie spotkał się z raczej chłodnym przyjęciem - krytykowano go przede wszystkim za "płaskie" brzmienie, z uwypuklonymi partiami klawiszowymi, kosztem gitar. Amerykański wydawca postawił warunek, że zanim "Slide It In" ukaże się na tamtejszym rynku, musi zostać ponownie zmiksowany. Zanim jednak do tego doszło, skład zespołu przeszedł kolejne zmiany. Coverdale postanowił wyrzucić Moody'ego i Hodgkinsona, gdyż do nowego oblicza grupy bardziej wg niego pasowali John Sykes (ex-Thin Lizzy) i Neil Murray (który już wcześniej grał w zespole). Wokalista podjął także decyzję, aby w amerykańskim miksie "Slide It In" oryginalne partie Moody'ego i Hodgkinsona zastąpić nowymi, nagranymi przez Sykesa i Murraya. Następnie grupa wyruszyła w trasę, ale w jej trakcie doszło do kolejnych rozstań - najpierw odszedł Galley - z powodu urazu ręki, który uniemożliwił mu granie, a następnie Lord, który wybrał reaktywowany właśnie Deep Purple (a ponadto nie podobał mu się kierunek, w którym Whitesnake zaczął zmierzać).

"Live in '84 - Back to the Bone" ukazał się najwyraźniej jako uczczenie trzydziestej rocznicy wydania "Slide It In". Jest to zbiór nagrań z bootlegów, zarejestrowanych już po odejściu Galleya i Lorda - aczkolwiek jako bonus pojawiają się tutaj także cztery utwory (umieszczone razem na jednej ścieżce) pochodzące z ostatniego koncertu Whitesnake z Lordem, z 16 kwietnia w szwedzkim programie telewizyjnym. Dodatek trochę niepotrzebny, bowiem wszystkie te kawałki - "Gambler", "Guilty of Love", "Love Ain't No Stranger" i "Ready an' Willing" - pojawiają się także w podstawowej części albumu. Dwa ostatnie nawet podwójnie. Poza tym powtarza się także "Slow an' Easy". Pytanie po co? Czy naprawdę w tym miejscu nie mógł znaleźć się - obecny na dodatkowej płycie DVD - "Don't Break My Heart Again", czyli jeden z najlepszych i najbardziej popularnych utworów grupy? Pomijając jednak te bezsensowne powtórki, tracklista prezentuje się całkiem ciekawie. Udało się osiągnąć przekonujący balans pomiędzy utworami klasycznego wcielenia grupy ("Walking in the Shadow of the Blues", "Ready an' Willing", "Crying in the Rain"), a bardziej komercyjnymi propozycjami nowego składu ("Gambler", "Guilty of Love", "Love Ain't No Stranger", "Slow an' Easy"). Dodatkową atrakcją jest wykonanie "Soldier of Fortune" z repertuaru Deep Purple.

Niestety, znacznie gorzej prezentuje się to od strony brzmieniowej - jakość jest bootlegowa (najbardziej daje się to we znaki w "Walking in the Shadow of the Blues", zepsutym piskami mikrofonu, oraz w "Crying in the Rain", w którym momentami zanika dźwięk). Kiepsko jest także pod względem wykonawczym. Forma Coverdale'a pozostawia wiele do życzenia (zwłaszcza jeśli porównać z "Made in Europe" Purpli lub nawet białowężowym "Live... in the Heart of the City", nagranym zaledwie cztery lata wcześniej). Zupełnie nie przekonuje mnie także gra Johna Sykesa, który całkowicie położył solówki "Walking in the Shadow of the Blues", "Ready an' Willing" i "Crying in the Rain", zmieniając je w bezduszne popisy technicznych umiejętności. Nie ma w nich ani odrobiny bluesowego wyczucia, jakie miały oryginalne solówki Micky'ego Moody'ego i Berniego Marsdena. Całe szczęście, że w "Soldier of Fortune" w ogóle zrezygnowano z gitary - przynajmniej nie jesteśmy narażeni na słuchanie, jak Sykes okalecza kunsztowne partie Blackmore'a. Inna sprawa, że ta piękna - w oryginale - ballada została tutaj spieprzona przez wyjątkowo fatalną partię wokalną. Nawet gra Cozy'ego Powella - jednego z najlepszych hardrockowych bębniarzy - tutaj jest po prostu nijaka (krótkie solówki we wszystkich wersjach "Ready an' Willing" są na poziomie przedszkola). Na plus spisał się tylko Neil Murray (przynajmniej w "Crying in the Rain", bo w pozostałych utworach nie bardzo go słychać).

Po takich nazwiskach (oczywiście z wyjątkiem Sykesa, którego nigdy nie uważałem za dobrego gitarzystę) spodziewałem się czegoś o wiele bardziej ekscytującego. Niestety, "Live in '84 - Back to the Bone" to kompletne rozczarowanie. Być może nawet najgorsza pod względem wykonania i brzmienia oficjalna koncertówka, jaką słyszałem.

Ocena: 2/10



Whitesnake - "Live in '84 - Back to the Bone" (2014)

1. Gambler; 2. Guilty of Love; 3. Love Ain't No Stranger; 4. Slow an' Easy; 5. Walking in the Shadow of the Blues; 6. Ready an' Willing; 7. Guitar solo; 8. Crying in the Rain; 9. Soldier of Fortune; 10. Love Ain't No Stranger; 11. Ready an' Willing; 12. Slow An' Easy; 13. Medley: Gambler / Guilty of Love / Love Ain't No Stranger / Ready an' Willing

Skład: David Coverdale - wokal; John Sykes - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja
Gościnnie: Richard Bailey - instr. klawiszowe (1-12); Jon Lord - instr. klawiszowe (13)
Producent: David Coverdale i Michael McIntyre


3 listopada 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Animals" Pink Floyd

Okładki Pink Floyd należą do najbardziej znanych i rozpoznawalnych. Niektóre z nich, jak "The Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" czy "A Momentary Lapse of Reason" można interpretować i analizować na przeróżne sposoby, co zresztą od lat jest robione. Prawdopodobnie najciekawsza historia kryje się jednak za mniej znaną, chociaż równie intrygującą, okładką albumu "Animals".


Muzycy Pink Floyd, niemal od początku istnienia zespołu - konkretnie od swojego drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets"z 1968 roku - ściśle współpracowali z designerską firmą Hipgnosis, prowadzoną przez Storma Thorgersona i Aubreya "Po" Powella. Warto dodać, ze pierwszy z nich był znajomym Rogera Watersa i Syda Barretta jeszcze z czasów studenckich; grali w jednej drużynie rugby. To właśnie dzięki pracom dla Pink Floyd, Hipgnosis stali się jednymi z najbardziej cenionych projektantów okładek (później z ich usług korzystali m.in. Wishbone Ash, Led Zeppelin, ELP, Genesis, Black Sabbath i Scorpions). Przez niemal dekadę Floydzi akceptowali wszystko, co podsuwał im duet grafików - bez względu czy był to kolarz złożony z cudzych prac ("A Saucerful of Secrets"), zdjęcie krowy ("Atom Heart Mother"), czy narysowany pryzmat (wiadomo). Po raz pierwszy zakwestionowali propozycje Hipgnosis przy okazji swojego dziesiątego albumu, "Animals".



Pierwszą propozycją Hipgnosis było zdjęcie kominka, nad którym przybite zostały kaczki. Jest to nawiązanie do starej angielskiej tradycji przybijania do ścian drewnianych kaczek, które są symbolem małżeńskiego szczęścia. Zdjęcie Hipgnosis przedstawiało jednak... prawdziwe kaczki, przybite żywcem, na co wskazuje spływająca po ścianie krew. Pamiętam dokładnie moment, kiedy pokazałem zdjęcie zespołowi - wspominał Thorgerson. To było podczas trasy, w autokarze. Mam wrażenie, że Rogerowi się podobało. Ale był tam też gość, który miksował dźwięk na koncertach. Brian jakiś-tam. I on odniósł się do projektu z nienawiścią. Naprawdę z nienawiścią. Krzyczał: "Jak można wziąć prawdziwe kaczki i zrobić coś takiego! Dlaczego nie weźmiesz kilku Irlandczyków i nie przybijesz ich do ściany?". Odparłem, że dokładnie o to chodzi. Moim zdaniem było to zdjęcie o wielkiej sile wyrazu. Zdjęcie zostało ostatecznie wykorzystane na okładce kompilacji nagrań różnych wykonawców należących do wytwórni Drag City, zatytułowanej "Hey Drag City" i wydanej w 1994 roku.

Drugą propozycją był rysunek małego chłopca wchodzącego w środku nocy do sypialni swoich rodziców... Tym razem to Roger Waters nie krył swojego oburzenia, a Thorgerson po latach przyznawał: Muzycy zdecydowanie odrzucili ten projekt. I pewnie mieli rację. Jednocześnie grafik bronił swojego pomysłu: Moim zdaniem był to psychologicznie bardzo ciekawy pomysł - mówił. Dziecko, które widzi swoich rodziców kochających się... Seks musi być czymś trudnym do zrozumienia dla takiego malca. Pomysł nie został później nigdy wykorzystany.

Kiedy stało się jasne, że żaden z projektów Hipgnosis nie odpowiada muzykom (lub ich współpracownikom), Waters postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Storm i Po przedstawili nam kilka pomysłów okładki - wspominał. Żaden mi się nie podobał. Wszyscy spojrzeli wtedy na mnie, mówiąc: "Jak takiś mądry, wymyśl coś lepszego!". Spuściłem głowę i bąknąłem tylko: "Dobra, spróbuję". I jakiś czas potem zaproponowałem swój projekt. Pojechałem w okolicę elektrowni Battersea, zrobiłem jej kilka zdjęć i na kolejnym spotkaniu zespołu położyłem je na stole ze słowami "Oto okładka". Wszystkich zatkało. Byli zachwyceni pomysłem. Elektrownia Battersea jest czymś tak niesamowitym, szalonym... Można przyjąć, że kominy reprezentują każdego z naszej czwórki. W takim razie cały obiekt symbolizuje zespół. Jego gwałtowną naturę, jego siłę. Ale zarazem jego upadek. Wygląda przecież trochę jak odwrócony do góry nogami stół. Dla mnie w tamtym momencie był to najlepszy symbol Pink Floyd, jaki mogłem sobie wyobrazić.

Elektrownia Battersea znajduje się w Londynie, na południowym brzegu Tamizy. Jest największą budowlą z cegły w Europie. W 1977 roku była już częściowo zamknięta, a całkowicie przestała funkcjonować w 1983. Trzy lata wcześniej została zaliczona do dziedzictwa narodowego Wielkiej Brytanii. Można ją zobaczyć w kilku filmach, m.in. "Sabotaż" Alfreda Hitchcocka z 1936 roku i beatlesowego "Help!" z 1965. Co ciekawe, pół roku po premierze "Animals", w lipcu '77, ukazał się album "Quark, Strangeness and Charm" grupy Hawkwind, na którego okładce wykorzystane zostało zdjęcie zrobione wewnątrz elektrowni. Co więcej, za jej wykonanie również odpowiada firma Hipgnosis.

Na okładce albumu Pink Floyd nie wykorzystano oczywiście amatorskich zdjęć zrobionych przez Watersa. Firma Hipgnosis zorganizowała profesjonalną sesję, która nie odbyła się bez problemów. Wszystko przez szalony pomysł Watersa, aby na zdjęciu, pomiędzy kominami elektrowni, widoczna była... ogromna nadmuchiwana świnia. Ponad dziewięciometrowy balon został przygotowany już wcześniej, jako element koncertowej scenografii, przez niemiecką firmę Ballon Fabrik, która produkowała sterowce. Świnia została ochrzczona imieniem Algie. Skąd wziął się w ogóle pomysł na wykorzystanie akurat takiej scenografii? Jest to oczywiście nawiązanie do utworu "Pigs on the Wings" z albumu "Animals", ale Waters różnie tłumaczył co miała symbolizować. To symbol nadziei - twierdził w jednym wywiadzie, by w innym powiedzieć: Mamy w języku angielskim takie powiedzonko: "Dobrze, że świnie nie potrafią latać". Chodzi o to, że gdyby umiały latać, bylibyśmy pokryci od stóp do głów gównem, bo srałyby na nas cały czas. Świnia na okładce symbolizuje więc siły zewnętrzne, nad którymi nie ma się kontroli, a które mogą cię zniszczyć.

Przygotowania Algie do sesji zdjęciowej.
Zatrudniono kilkunastu fotografów, a także firmę zajmującą się nadmuchiwaniem dużych balonów helem. Menadżer zespołu, Steve O'Rourke, postanowił sprowadzić także snajpera, na wypadek, gdyby świnia zerwała się z lin, co mogłoby stanowić zagrożenie dla ruchu lotniczego. Pierwszego dnia, z przyczyn technicznych, nie udało się nadmuchać świni do końca, przez co nie wyszła najlepiej na zdjęciach. Następnego dnia balon został nadmuchany całkowicie i wszystko wydawało się iść gładko, dopóki nie zerwał się wiatr... przez który świnia wyrwała się z przytrzymujących ją lin. Co gorsze, tego dnia snajper był nieobecny. Było niesamowite zamieszanie - wspominał Aubrey Powell. RAF oraz kontrola lotów na Heathrow zaczęły donosić o latającej świni. Wspomniano o nas nawet w wieczornym wydaniu serwisów informacyjnych. Po wielu godzinach, około dwudziestej drugiej, zguba wylądowała na pewnej farmie w hrabstwie Kent. Farmer był wściekły - twierdził Powell. Podobno świnia wystraszyła jego krowy. Na szczęście była w jednym kawałku, co pozwoliło kontynuować sesję następnego dnia. Tym razem ze wsparciem dwóch strzelców.

Chociaż trzeci dzień sesji przebiegał bez problemów, trudności bynajmniej się nie skończyły. Gdy dostaliśmy zdjęcia, ujęcia z trzeciego dnia były dość kiepskie - mówił Powell.  Natomiast te początkowe miały fantastycznie ponure niebo i cudowne kształty chmur. Wykorzystaliśmy więc zdjęcia chmur z pierwszego dnia i zdjęcia świni z dnia trzeciego. Gdybyśmy od razu na to wpadli, można było zaoszczędzić wiele tysięcy funtów.

Podczas sesji wykonano wiele zdjęć, oto niektóre z nich:




W 1997 roku Storm Thorgerson umieścił okładkę "Animals" w swojej książce "Mind Over Matter", poświęconej jego dziełom dla grupy Pink Floyd, co wkurzyło Rogera Watersa, uważającego się za jej twórcę. Zgoda, to jego pomysł - przyznawał Thorgerson. I w mojej książce zostało to powiedziane. Jego koncepcja, ale nie jego zdjęcie. Czego się więc wkurzać? Zawsze przyznawałem, że to świetna idea. Waters obraził się śmiertelnie na grafika i podobno już nigdy się do niego nie odezwał (Thorgerson zmarł w kwietniu 2013 roku). Jednak ich drogi rozeszły się już znacznie wcześniej. Storm nie dostał zlecenia na okładki dwóch kolejnych, po "Animals", albumów studyjnych - "The Wall" i "The Final Cut" (chociaż w międzyczasie stworzył grafikę na kompilację "A Collection of Great Dance Songs"). Dopiero po reaktywacji Pink Floyd bez Rogera Watersa, pozostali muzycy odnowili współpracę z firmą Hipgnosis, która trwała do zawieszenia działalności w 1994 roku.




Źródła cytatów:
1. Blake Mark, Prędzej świnie zaczną latać, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012, s. 325-327
2. Weiss Wiesław, Świńskie odchody, "Teraz Rock" 2006, nr 8, s. 114

2 listopada 2014

[Podsumowanie miesiąca] Październik 2014

Kolejny miesiąc za nami, pora na kolejne podsumowanie. Być może ostatnie - zamiast tego wolałbym się skupić na swoich "flagowych" cyklach, czyli "Historiach okładek" (kolejna część już czeka na opublikowanie) i "Najważniejszych utworach..." (tutaj od dłuższego czasu męczę się z opisaniem twórczości pewnego zespołu). Czas pokaże jak potoczą się dalsze losy bloga. W najbliższym miesiącu na pewno nie zabraknie solidnej porcji recenzji (w tym "nowego" albumu Pink Floyd), powoli zaczynam też myśleć o rankingu najlepszych albumów bieżącego roku, co oznacza, że muszę nadrobić pewne zaległości płytowe.



Nie bardzo już pamiętam jakich albumów słuchałem najczęściej w minionym miesiącu. Na pewno były wśród nich te widoczne na powyższym zdjęciu - czyli moje najnowsze zakupy:

"Queen" i "Queen II", czyli pierwsze dwa albumy Queen na winylach. Debiut to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (oczywiście licząc tylko studyjną część dyskografii). Taki "Led Zeppelin z harmoniami", jak to niedawno określił Roger Taylor, do tego wyraźne wpływy innych grup tego typu (Cream, Black Sabbath). Z drugiej strony muzycy już tutaj mieli wypracowany rozpoznawalny styl i brzmienie. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie niedopracowanych (przede wszystkim drętwa ballada "The Night Comes Down"), ale trafiają się też prawdziwe perełki, jak "Son and Daughter", "Liar" i "Great King Rat". "Dwójka" to już album o wiele bardziej dojrzały, co szczególnie słychać w takich kompozycjach, jak "Father to Son", "White Queen (As It Began)" czy "The March of the Black Queen". Wciąż jednak nie brakuje utworów o zdecydowanie hard rockowym charakterze ("Ogre Battle", "Father to Son").





"Live at the Rainbow '74", czyli znowu Queen - tym razem w wersji koncertowej i na DVD. Sama ścieżka dźwiękowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie i musiałem się przekonać jak wyglądało to pod względem wizualnym. Cóż, sama muzyka okazała się o wiele bardziej żywiołowa, niż zachowanie muzyków na scenie. Niemniej jednak oglądanie (i słuchanie) Queen z tamtego okresu, jeszcze stricte hard rockowego, to ogromna przyjemność. Minusy? Brak "Great King Rat"! Nie ma tego utworu także na winylowym wydaniu, które posiadam. A inwestować w trzecią wersję tego albumu (na nielubianym przeze mnie nośniku, jakim jest płyta CD) nie mam zamiaru.



I ostatni zakup - "Sanctuary", czyli wyjątkowo nie Queen, a Iron Maiden. 7-calowy singiel z serii najnowszych reedycji (co to w ogóle za pomysł, żeby wznawiać single?!). Rzecz bardzo potrzebna, gdyż tytułowego utworu - jednego z większych przebojów grupy - nie ma na żadnym regularnym albumie. Tzn. jest - na amerykańskim wydaniu debiutanckiego "Iron Maiden", umieszczony pomiędzy "Strange World" i "Charlotte the Harlott". Za bardzo jednak przyzwyczaiłem się do oryginalnej kolejności, żeby wymieniać moje brytyjskie wydanie na tamto.



W październiku dokonałem także dwóch muzycznych odkryć. Pierwszym z nich jest Lunatic Soul, poboczny projekt Mariusza Dudy z Riverside. Jest to muzyka dość odległa od tej, której słucham na co dzień - czerpiąca z akustycznego folku, twórczości Petera Gabriela (post-genesisowej) i Dead Can Dance, a ostatnio także z muzyki elektronicznej. Duda ma jednak dar do tworzenia bardzo intrygującej i pięknej muzyki, której urokowi nie jestem się w stanie oprzeć. Największe wrażenie wywarły na mnie albumy "Lunatic Soul II" i tegoroczny "Walking on a Flashlight Beam".



Drugie odkrycie to także polski zespół, ale wykonujący zupełnie inną muzykę. Twórczość Scream Maker to klasyczny heavy metal, inspirowany takimi wykonawcami, jak Iron Maiden czy Judas Priest. Słuchając ich niedawno wydanego debiutanckiego albumu "Livin' in the Past" można pomyśleć, że to dzieło jakiejś zapomnianej grupy z lat 80. Oczywiście zagranicznej, bo u nas nikt wtedy nie nagrywał tak dobrze brzmiących płyt. Niedługo na blogu powinna pojawić się recenzja tego krążka. I prawdopodobnie na tym się nie skończy, ponieważ jestem aktualnie w kontakcie z gitarzystą grupy.