29 listopada 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Cream

Cream - pierwsza supergrupa, stworzona przez dwóch jazzmanów (Jack Bruce i Ginger Baker) i bluesmana (Eric Clapton), którzy wspólnymi siłami położyli fundamenty hard rocka. To jeden z najbardziej nowatorskich i inspirujących zespołów w dziejach muzyki rockowej. I chociaż trio najlepsze efekty osiągało na koncertach - szczególnie podczas niczym nie skrępowanych, porywających improwizacji, których podstawą były bluesowe standardy (np. "Spoonful" Williego Dixona, "I'm So Glad" Skipa Jamesa, czy "Cross Road Blues" Roberta Johnsona) - to pozostawiło po sobie także sporo interesującego, autorskiego materiału studyjnego. W poniższym tekście opisałem dziesięć najciekawszych (niekoniecznie pod względem muzycznym) kompozycji Cream.

Cream: Jack Bruce, Ginger Baker i Eric Clapton.


1. "Wrapping Paper" (niealbumowy singiel, 1966)

Pierwszy singiel zespołu, z muzyką Jacka Bruce'a i tekstem poety Pete'a Browna. Pisanie tekstów nie było naszą mocną stroną - przyznawał Ginger Baker, tłumacząc dlaczego zespół korzystał z usług tekściarza spoza grupy. To właśnie perkusista zadzwonił do Browna, który początkowo miał pisać teksty do jego utworów - szybko jednak się okazało, że Brownowi znacznie lepiej współpracuje się z Brucem. Doskonale się rozumieliśmy - przyznawał Brown. Czasem się kłóciliśmy, ale od początku było nam pisane artystyczne porozumienie. Bruce natomiast wyjaśniał: Pete pisał słowa, a ja pilnowałem, by można je było wyśpiewać.
Utwór "Wrapping Paper" znacznie odstaje od psychodeliczno-bluesrockowego stylu Cream, utrzymany jest bardziej w jazzowo-rhythm and bluesowym stylu. Podobał mi się pomysł wydania "Wrapping Paper" na pierwszym singlu - mówił Eric Clapton. Nie taką muzykę chciałem grać, ale liczył się efekt zaskoczenia. Oto nam chodziło. Zupełnie inne podejście miał Baker: "Wrapping Paper" to najbardziej przerażające gówno, jakie słyszałem w moim życiu - mówił. Byłem mu całkowicie przeciwny, od samego początku. Singiel odniósł jednak umiarkowany sukces, dochodząc do 34. miejsca na brytyjskim notowaniu.


2. "I Feel Free" (niealbumowy singiel, 1966)

Największy singlowy przebój Cream w Wielkiej Brytanii - 11. miejsce na tamtejszym notowaniu. W Europie utwór został wydany tylko na małej płycie, natomiast w Stanach został włączony do repertuaru albumu "Fresh Cream" (zamiast coveru "Spoonful"). Pomimo sukcesu, jaki osiągnął, "I Feel Free" nie był wykonywany przez grupę na koncertach, był natomiast prezentowany podczas występów radiowych i telewizyjnych. Był też grany przez Jacka Bruce'a (kompozytora utworu), na solowych koncertach po rozpadzie Cream. W 1986 roku basista nagrał także nową studyjną wersję "I Feel Free", przeznaczoną do reklamy samochodu Renault 21.
Pod względem muzycznym, utwór utrzymany jest w typowym dla wczesnego Cream stylu - stanowi połączenie psychodelicznego popu i blues rocka.


3. "Toad" (z albumu "Fresh Cream", 1966)

Utwór Gingera Bakera, składający się głównie z jego perkusyjnej solówki (jednej z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane na studyjny album rockowy), poprzedzonej i zakończonej krótkim riffem granym przez całe trio. "Toad" był stałym punktem koncertów grupy, a perkusyjne solo rozrastało się na nich do kilkunastu minut (vide wersja z koncertowej płyty albumu "Wheels of Fire"). Baker wykonywał ten utwór także ze swoim późniejszym zespołem Ginger Baker's Air Force.
"Toad" stał się jednym z najbardziej inspirujących utworów dla rockowych perkusistów. Pod jego wrażeniem byli m.in. John Bonham i Bill Ward, czego dowodem są utwory "Moby Dick" Led Zeppelin i "Rat Salad" Black Sabbath, powielające strukturę "Toad".


4. "Strange Brew" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Pierwszym utworem, który zespół zagrał podczas sesji nagraniowej na drugi album, był cover "Hey Lawdy Mama" Buddy'ego Mossa z 1934 roku. Pomysł wziął się z płyty, którą nagrali Buddy Guy i Junior Wells - wyjaśniał Eric Clapton. Jest tam utwór "Hey Lawdy Mama", ale riff gitary pochodzi z piosenki "Everything's Going to Be Alright" Little Waltera.
Producent albumu "Disraeli Gears", Felix Pappalardi, odrzucił pomysł umieszczenia na nim tego coveru, jednak wraz ze swoją żoną, Gail Collins, stworzył własny utwór, "Strange Brew", oparty na tym samym riffie. Z 12-taktowego bluesa zrobił popową piosenkę w stylu Paula McCartneya - tłumaczył Clapton (dopisany do utworu jako współkompozytor). Trochę wściekałem się z powodu ostatecznego brzmienia, ale szanowałem Felixa za to, że wiedział jak się za to zabrać. Na mocy niepisanej umowy, godząc się na popowy kawałek, mogłem zagrać solówkę w stylu Alberta Kinga.
"Strange Brew" został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się jednym z największych przebojów grupy (17. miejsce w Wielkiej Brytanii). Co jednak ciekawe, utwór nie był wykonywany przez grupę na koncertach - muzycy preferowali granie "Hey Lawdy Mama".


5. "Tales of Brave Ulysses" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kompozycja Erica Claptona, z tekstem Martina Sharpa, który był także autorem okładki albumu "Disraeli Gears". Kiedy poznałem Erica, nie słyszałem o Cream, nie znałem ich muzyki - wspominał Sharp. To był przypadek. Powiedziałem, że właśnie wymyśliłem tekst. Eric na to, że napisał utwór. Zapisałem więc słowa na serwetce i zostawiłem swój adres. Pomyśleć, że tekst pasował do tej muzyki. To jak przeznaczenie. Wyjaśniał także, co zainspirowało go do napisania tego tekstu: Właśnie wróciłem z Balearów, byłem na Ibizie i i Formenterze. Ktoś mi powiedział, ze to właśnie tam syreny zwodziły Odyseusza śpiewem. Po powrocie do Londynu tęskniłem za tamtejszym latem. Napisałem więc tekst, mając w głowie piosenkę Leonarda Cohena "Susanne", ale w wykonaniu Judy Collins. Uwielbiam tę wersję.
Napisał [te] słowa na skrawku papieru, a Jack wymyślił linię wokalną na podstawie gitarowego riffu - wyjaśniał Clapton. Jakiś rok wcześniej Lovin' Spoonful nagrali "Summer in the City". Słuchaliśmy tej grupy, szczególnie ja. na gitarze grał tam Zal Yanovsky. Jego riff był punktem wyjścia.
Dzień przed napisaniem muzyki, Clapton odkrył efekt wah-wah. Jego użycie na albumie zaproponował producent, Felix Pappalardi, który osobiście zaprowadził Erica do sklepu z instrumentami. Sprzedawca zaproponował mi efekt pedałowy, który przypomina płacz dziecka - wspominał gitarzysta. Przekonał mnie. Taki efekt dobrze wpływa na brzmienie. Wah-wah tworzy klimat; w samej muzyce niczego nie zmienia. Wzbogaca brzmienie.
Trio regularnie wykonywało "Tales of Brave Ulysses" podczas koncertów. Utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w dorobku grupy, chociaż nigdy nie został wydany na stronie A singla. Eric przyniósł singiel "Strange Brew" z utworem "Tales of Brave Ulysses" na stronie B, co mnie trochę rozczarowało - wspominał Sharp.


6. "Sunshine of Your Love" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Jeden z najsłynniejszych gitarowych riffów wszech czasów został wymyślony przez Jacka Bruce'a na kontrabasie, po całonocnej próbie napisania jakiegoś utworu. W końcu wstał, chwycił kontrabas i spytał: "Co sądzisz o tym?" - wspominał Pete Brown. Spojrzałem za okno i powiedziałem: "Zbliża się świt". Stało się to zalążkiem tekstu, który potem napisał. To jeszcze nie była piosenka, zaledwie [sam] riff - mówił Bruce. Wkrótce potem, podczas próby, zagrałem to Ericowi, który dorzucił coś od siebie. Po złączeniu tych dwóch części, powstało "Sunshine of Your Love". Ta piosenka ma pewną pierwotną jakość, która pociąga ludzi. Riff wnika bardzo głęboko. Clapton potwierdzał: Jack miał już linię basu. Przeniosłem to do rejestru gitary i dodałem akordy. Pojawiły się współbrzmienia. Gitarzysta wymyślił także melodię refrenu. W rezultacie, "Sunshine of Your Love" jest jedynym utworem Cream, którego autorstwo jest przypisane jednocześnie Bruce'owi, Brownowi i Claptonowi.
Utwór był drugim singlem promującym album "Disraeli Gears" - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 25. miejsca notowania, był też pierwszą małą płytą tria, która została odnotowana w Stanach - na 5. miejscu, co miało okazać się największym singlowym sukcesem Cream na tamtejszym rynku.
"Sunshine of Your Love" był stałym punktem koncertów grupy, a po jej rozpadzie Jack Bruce i Eric Clapton chętnie wykonywali go na swoich solowych koncertach; był także wykonywany przez grupę Blind Faith, w której grali Clapton i Ginger Baker.


7. "SWLABR" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kolejna kompozycja autorstwa Bruce'a i Browna. Tajemniczy tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" (lub "She Was Like a Bearded Rainbow"). "SWLABR" to rzecz o kimś, kto porównuje ukochaną z Mona Lisą, a potem zaczyna niszczyć jej obraz - wyjaśniał Brown. Pojawia się tu dość zwyrodniały tekst o tęczy z brodą. Głównie chodzi o zemstę kogoś, kto został porzucony. Blues w dużej mierze dotyczy wojny płci, a to tylko jeden z jej epizodów.
Zespół nie wykonywał tego utworu na żywo, z wyjątkiem radiowych sesji.


8. "White Room" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Kolejny przebój Cream (6. miejsce w Stanach, 28. w Wielkiej Brytanii, a także szczyt notowania w... Australii), napisany przez Jacka Bruce'a i Pete'a Browna. Najpierw powstała muzyka - wyjaśniał drugi z nich. Napisany przez niego, bardzo poetycki tekst dotyczy mieszkania, do którego właśnie się wprowadził. To cud, że to zadziałało, jeśli wziąć pod uwagę, że to monolog o nowym mieszkaniu - mówił.
Poza muzykami zespołu, w nagraniu wystąpił także producent Felix Pappalardi, grający na altówce.
"White Room" był stałym punktem koncertów grupy podczas jej pożegnalnej trasy, granym na rozpoczęcie każdego występu. Znalazł się także w repertuarze występów tria w 2005 roku - jedynych jakie zagrali razem po rozpadzie w 1968 roku. "White Room" był także regularnie wykonywany na solowych koncertach przez Jacka Bruce'a i Erica Claptona.
W 2001 roku Bruce nagrał nową, inspirowaną muzyką latynowską, wersję studyjną "White Room" na swój solowy album "Shadows in the Air". W nagraniu oprócz niego wystąpił także Clapton.


9. "Politican" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Utwór (jak większość w autorskim repertuarze Cream podpisany przez Bruce'a i Browna) powstał podobno gdy zespół czekał na swój występ w BBC. Jest to jeden z pierwszych utworów w muzyce rockowej, w którym pojawia się kilka partii gitar nałożonych na siebie, granych przez jednego gitarzystę (oczywiście było to możliwe tylko w nagraniu studyjnym).
Jack Bruce, zapytany niedawno czy inspiruje go polityka, odparł: Nie, ale dotyka tych spraw, które powinny być ważne dla każdego człowieka. Bo jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań mających na celu rozwiązanie globalnych problemów, nasz gatunek może nie przetrwać. Uważam, że artyści powinni zwrócić uwagę na takie sprawy w swojej twórczości. Robiłem to już wcześniej, podczas pisania piosenek dla Cream.
Utwór był grany na żywo podczas pożegnalnej trasy z 1968 roku, a także na występach w 2005 roku. W wersji zarejestrowanej na żywo jest dostępny m.in. na koncertowo-studyjnym albumie "Goodbye". Był także regularnie wykonywany na solowych występach przez Jacka Bruce'a.


10. "Badge" (z albumu "Goodbye", 1969)

Utwór został napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który ponadto zarejestrował w nim partię gitary rytmicznej. Z przyczyn kontraktowych Harrison musiał wystąpić pod pseudonimem L'Angelo Misterioso. Warto dodać, że rok wcześniej, Clapton zagrał solówkę na "Białym" albumie Beatlesów, w utworze Harrisona "While My Guitar Gently Weeps".
Tytuł "Badge" (czyli "odznaka", "znaczek", itp.) nie ma żadnego związku z tekstem utworu. Podobno Clapton źle przeczytał napisane przez George'a słowo "bridge", oznaczające tzw. "mostek", czyli przejście w utworze. Pomogłem Ericowi napisać "Badge" - wspominał Harrison. Każdy z nich [muzyków Cream] miał napisać po jednym utworze na album "Goodbye", a Eric nie potrafił skończyć swojego. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, kiedy pisałem tekst. Gdy doszedłem do środkowej części, napisałem "bridge", a Eric, czytający to do góry nogami, wybuchł śmiechem i zapytał: "Co ma do tego odznaka?". Następnie dołączył do nas pijany Ringo [Starr] i dorzucił wers o łabędziach żyjących w parku.
Na pierwszym wydaniu albumu "Goodbye" autorstwo utworu zostało przypisane wyłącznie Claptonowi, dopiero na kolejnych została dodana informacja o współautorstwie Harrisona. Ringo Starr nigdy nie został dopisany jako współtwórca.
"Badge" został wydany na singlu, który osiągnął sukces przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (18. miejsce), w Stanach cieszył się mniejszym powodzeniem (60. pozycja). Utwór był grany podczas występów Cream w 2005 roku; należy także do stałych punktów solowych koncertów Claptona.




Główne źródła cytatów:
1. Klasyczne albumy rocka - Cream - "Disraeli Gears", reż. Matthew Longfellow, Wielka Brytania, 2006
2. Bruce Jack, Jack Bruce - Silver Rails, rozm. przepr. Paweł Urbaniec, "Jazz Forum" 2014, nr. 3
3. Harrison George, George Harrison Interview, rozm. przepr. Mitchell Glazer, "Crawdaddy Magazine" 1977, nr. 2


28 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



Ciekawsze od samego albumu są ostatnie wydarzenia w obozie AC/DC. Jeszcze przed nagraniem "Rock or Bust" ze składu musiał odejść jego współzałożyciel i główny kompozytor, Malcolm Young. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia prawdopodobnie już nigdy nie wróci do grania. Funkcję gitarzysty rytmicznego przejął jego bratanek, Steve Young. Rolę kompozytora nie bardzo kto miał przejąć, więc na warsztat wzięto po prostu niewykorzystane pomysły z okresu "Black Ice" - poprzedniego, wydanego przed sześcioma laty albumu. Już po nagraniach zespół stracił kolejnego muzyka - perkusista Phil Rudd został aresztowany za posiadanie narkotyków oraz... próbę zlecenia dwóch morderstw. Trudno o lepszą promocję nowego albumu. Zresztą nie tylko, bo w sieci wzrosła sprzedaż starego kawałka "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst to... ogłoszenie płatnego mordercy.

Wyprodukowany z pomocą Brendana O'Briena "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w historii zespołu. Nie trwa nawet trzydziestu pięciu minut, co na dzisiejsze standardy jest sporym zaskoczeniem. Prawda jest taka, że zespół po prostu nie był w stanie stworzyć nowych kawałków od podstaw, musiał bazować na materiale zostawionym przez Malcolma. Te kawałki mogły zostać nagrane praktycznie w dowolnym momencie ostatnich trzech dekad. Dokładnie tak, jak należało się spodziewać, nie różnią się absolutnie niczym od większości nagrań grupy. Struktura utworów, ich brzmienie, tempo, rytmika, sposób grania riffów i solówek, wysoki śpiew Johnsona - różnice są tu właściwie niezauważalne. Zespół od lat powtarza dosłownie kilka patentów (dokładnie tych samych w każdym kawałku), nic nie dodając, nic nie ujmując. Nawet tytuły wydają się znajome - nie tylko przez nadużywanie w nich słowa "rock". Nie przypadkiem nie wymieniam żadnych kawałków, bo po prostu kompletnie nic się tu niczym nie wyróżnia, nic nie zapada w pamięć. Co najwyżej niektóre motywy czy zagrywki kojarzą się bardzo ewidentnie z jakimś konkretnym kawałkiem z przeszłości... tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć tytułów.

Zaletami tego krążka jest spora dawka energii (w ogóle nie słychać tu znużenia graniem od czterdziestu lat tego samego) i krótki czas trwania, dzięki czemu ma pewne walory rozrywkowe. Ale sądzę, że nawet wielbiciele AC/DC nie będą wracać do tego albumu. Nie ma po prostu do czego. Większość pozostałych albumów zawiera dokładnie to samo, ale też jeden czy dwa bardziej wyraziste kawałki.

Ocena: 3/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - gitara basowa, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


13 listopada 2014

[Recenzja] Toad - "Toad" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 6/13

Szwajcarska scena rockowa kojarzy się raczej z ekstremalnym graniem w stylu Celtic Frost czy Coroner. Jednak już w latach 70. działało tam parę ciekawych zespołów, by wspomnieć tylko o psychodeliczno-krautrockowym Brainticket, hardrockowo-bluesowym Toad, czy progresywnych Island i Circus. Pierwsze trzy są zresztą powiązane ze sobą personalnie. Basista Werner Frohlich i perkusista Cosimo Lampis wystąpili na debiutanckim albumie Brainticket, "Cottonwoodhill", jednak nie do końca odpowiadała im stylistyka, więc stworzyli własny zespół, przyjmując nazwę Toad. Składu dopełnili gitarzysta Vittorio "Vic" Vergeat (z pochodzenia Włoch) i wokalista Benjamin Jaeger. Ten ostatni odłączył się wkrótce po nagraniu debiutanckiego albumu i kilka lat później wziął udział w nagraniu jedynego wydawnictwa Island, "Pictures", zawierającego muzykę zbliżoną do dokonań Van der Graaf Generator czy tria Emerson, Lake & Palmer, ale kierującą się w bardziej awangardowe rejony. Moim zdaniem jest to najciekawszy rockowy album ze Szwajcarii, jednak jest to dość trudna w odbiorze muzyka, która nie mogła liczyć na szerokie uznanie. Do założeń niniejszego cyklu zdecydowanie bardziej pasuje Toad, który grał bardziej mainstreamowo i na tyle dobrze, że mógł zyskać większa popularność.

Eponimiczny debiut kwartetu został zarejestrowany pod koniec 1970 roku w londyńskim De Lane Lea Studios. Producentem nagrań był Chris Schwegler, natomiast rolę inżyniera dźwięki pełnił słynny Martin Birch, ówczesny współpracownik Deep Purple i Fleetwood Mac. W sumie zarejestrowano dziewięć utworów, z których siedem trafiło na album, a dwa pozostałe - "Stay" i "Animal World" - na wydany równolegle singiel (jego strona A jest obecna na wszystkich kompaktowych reedycjach debiutu, strona B tylko na niektórych z nich). Longplay został wydany w 1971 roku w Szwajcarii, Niemczech i we Włoszech, a rok później także w Wielkiej Brytanii. Grupa nie zdobyła jednak popularności poza swoją ojczyzną, gdzie pewnym powodzeniem cieszył się singiel "Stay" - ponoć jedyny hardrockowy utwór, jaki trafił na tamtejsze notowanie.

Inspiracje zespołu są oczywiste: Cream, Jimi Hendrix, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin i Black Sabbath. Brzmienie jest tutaj bardzo, jak na tamte czasy, ciężkie. Świetny jest też miks, w którym mono uwypuklone zostały partie basu. Bardzo pasuje to do tej muzyki, która ma wyraźnie jamowy charakter, a wszystkie instrumenty odgrywają ważną rolę.. Zdecydowanie najbardziej błyszczy tu Frohlich, który wykorzystuje bas w podobny sposób do Jacka Bruce'a, a więc przede wszystkim jako instrument solowy i melodyczny. Intensywna praca Lampisa i czasem naprawdę niezłe riffy Vergeata również mogą się podobać (w przeciwieństwie do raczej stereotypowych solówek tego drugiego). Jaeger też daje radę. A jednak utwory w znaczniej części wydają się mało charakterystyczne, co pewnie było główną przyczyną braku sukcesu. Zwykle jednak nadrabiają ogromną dawką energii oraz całkiem sporym zróżnicowaniem. Są tutaj i bardziej rozbudowane nagrania, łączące riffowy czad z akustycznymi zwolnieniami ("Cottonwood Hill", momentami mocno sabbathowy "Life Goes On"), i bardziej zwarte, typowo hardrockowe kawałki ("A Life That Ain't Worth Living", instrumentalny "Tank", "Stay"). Czasem robi się bardziej funkowo ("Pig's Walk" z bardzo hendrixową gitarą) lub bluesowo ("They Say I'm Mad", bardzo w stylu Jeff Beck Group, z Jaegerem naśladującym sposób śpiewania Roda Stewarta). Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "The One I Mean" z partia wokalną przypominającą momentami "The Court of the Crimson King", której jednak towarzyszy tylko prosty akompaniament gitary akustycznej.

Niezbyt oryginalne to granie i słabsze od tego, z czego czerpie, ale to wciąż bardzo solidny hard rock. Naprawdę podoba mi się brzmienie, proporcje pomiędzy instrumentami, jamowy charakter tego materiału, a także spora dawka energii, jaką niesie. Wszystkie te elementy sprawiają, że mniej istotne stają się pewne, wciąż zauważalne, braki muzyków tworzących ten zespół (przede wszystkim brakowało im zdolności kompozytorskich). Toad nagrał później jeszcze parę płyt, ale z każda kolejną było coraz gorzej. W miarę broni się jeszcze następny w dyskografii "Tomorrow Blue", utrzymany w podobnej stylistyce, choć nieco bardziej zorientowany na blues. Można zarzuć mu właściwie to samo, co debiutowi. Ponadto, na gorsze wyszło przejście funkcji wokalisty przez Vergeata, zmniejszenie roli basu, a także wysunięcie na pierwszy plan sztampowych partii gitary. Tak naprawdę spokojnie można ograniczyć się do eponimicznego wydawnictwa Toad i olać całą resztę.

Ocena: 7/10



Toad - "Toad" (1971)

1. Cottonwood Hill; 2. A Life That Ain't Worth Living; 3. Tank; 4. They Say I'm Mad; 5. Life Goes On; 6. Pig's Walk; 7. The One I Mean

Skład: Benjamin Jaeger - wokal; Vic Vergeat - gitara; Werner Frohlich - gitara basowa; Cosimo Lampis - perkusja
Producent: Chris Schwegler


10 listopada 2014

[Recenzja] Pink Floyd - "The Endless River" (2014)



"The Endless River" to najbardziej wyczekiwana, ale i budząca najwięcej obaw tegoroczna premiera płytowa. David Gilmour postanowił niepodziewanie powrócić do szyldu Pink Floyd po dwudziestu latach od ostatniego albumu. Historia tego materiału sięga zresztą pierwszej połowy lat 90., gdy Gilmour, Rick Wright i Nick Mason, wraz z zastępami muzyków sesyjnych, pracowali nad "The Division Bell". Pomysły na utwory brały się z jamowania w studiu, wspólnych improwizacji (oprócz członków zespołu brali w nich udział także sesyjni muzycy, m.in. basista Guy Pratt i klawiszowiec Jon Carin). Zostało zarejestrowane wiele godzin materiału, z którego tylko część została rozwinięta w utwory, które trafiły na "The Division Bell". Już w tamtym czasie zespół planował z pozostałych fragmentów sesji wydać osobny longplay. Miał to być zbiór instrumentalnych utworów o ambientowym charakterze, roboczo zatytułowany "The Big Spliff". Przedsmakiem tego wydawnictwa był 20-minutowy dźwiękowy kolaż, puszczany z taśmy przed koncertami grupy na trasie w 1994 roku (później trafił na kasetowe wydanie koncertówki "Pulse"). Muzycy postanowili jednak zawiesić działalność zespołu i tym samym przestali przejawiać jakiekolwiek zainteresowanie opublikowaniem "The Big Spliff".

Dopiero po śmierci Wrighta w 2008 roku, Gilmour i Mason zaczęli ponownie myśleć o wydaniu tych nagrań. Od 2012 roku materiał wędrował między różnymi producentami, którzy go cięli i miksowali, a pod koniec 2013 roku zarejestrowane zostały nowe partie żyjących członków ostatniego wcielenia grupy, basisty Guya Pratta oraz saksofonisty Gilada Atzmona; nieco później w studiu pojawiły się także chórzystki. Co więcej, w całość wmiksowano także nieznane wcześniej partie zmarłego klawiszowca zarejestrowane podczas próby zespołu w 1968 roku. Co z tego wszystkiego powstało? "The Endless River", jak ostatecznie nazwano album (słowa te pochodzą z tekstu utworu "High Hopes" wieńczącego album "The Division Bell"), to bardzo specyficzne wydawnictwo. Album składa się z osiemnastu, przeważnie dość krótkich utworów, w większości płynnie ze sobą połączonych, tworząc cztery dłuższe formy (odpowiadające czterem stronom winylowego wydania - bo w takiej formie album też został wydany). W przeciwieństwie do wcześniejszych wydawnictw wydanych pod tym szyldem, jest to muzyka w znacznej części instrumentalna. Czasem słychać głos ludzki w postaci sampli (np. przemowa Stephena Hawkinga w "Talkin Hawkin'") lub wokaliz  ("Talkin Hawkin'", "Surfacing"), ale dopiero w finałowym "Louder Than Words" pojawia się regularna partia wokalna Gilmoura śpiewającego tekst napisany przez Polly Samson.

Ten właśnie kawałek został wydany na promującym album singlu i jeszcze bardziej wzmocnił obawy dotyczące tego wydawnictwa. To banalna piosenka z mdłą melodią i okropnie przesłodzonym refrenem. Tak strasznego gniota ten zespół jeszcze nie nagrał. Takiego paskudztwa nie było nawet na "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", choć już na obu tych albumach - nagranych po odejściu głównego kompozytora wcześniejszych wydawnictw, Rogera Watersa - spadek jakości jest bardzo duży. Reszta zawartego tu materiału na szczęście wypada lepiej, bo ma zupełnie inny charakter. Zamiast piosenkowego banału mamy tu granie faktycznie bliższe ambientu, często wzbogacone bardziej rockową dynamiką, ale na ogół raczej subtelne. Budowa tych nagrań jest zupełnie inna, niż na wcześniejszych albumach Pink Floyd, jednak całość jest przesiąknięta tym charakterystycznym floydowym klimatem, dużo tutaj od razu rozpoznawalnych solówek Gilmoura, a nawet zdarzają się bardzo wyraźne nawiązania do starszych kompozycji ("Shine on You Crazy Diamond" w "It's What We Do", "A Saucerful of Secrets" w "Skins", a także "Run Like Hell" w "Allons-y (1)" i "Allons-y (2)") lub nawet pochodzące z nich sample (np. orkiestrowy motyw z refrenu "Comfortably Numb" w "Anisina", dzwony z "Fat Old Sun" i "High Hopes" w "Louder Than Words").

Najbardziej spójnie i przemyślanie wypada pierwsza z czterech dłuższych form. Pozostałe trzy brzmią jak posklejane z losowo dobranych skrawków, ale to wciąż całkiem przyjemna muzyka, choć raczej do słuchania w tle. Niewiele tu wyróżniających się momentów. Obie odsłony "Allons-y" zwracają uwagę jako najbardziej energetyczne momenty, a wspólnie z umieszczonym pomiędzy nimi "Autumn '68" (zagranym wyłącznie na instrumentach klawiszowych) tworzą dość zgrabną całość. Z kolei "It's What We Do" wydaje się najbardziej kompletnym fragmentem, podczas gdy pozostałe brzmią jak szkice lub wstępy, interludia i zakończenia, z których tak naprawdę nic nie wynika. Nawet nie ma sensu przywoływać tu ich tytułów, bo są to drobiazgi, o których zapomina się zaraz po usłyszeniu. Szkoda, że tak łatwo nie da się zapomnieć o "Louder Than Words", który jako część albumu nic nie zyskuje, a nawet jeszcze bardziej irytuje. Kompletnie tu nie pasuje, ale został dodany ze względów czysto merkantylnych, żeby było czym promować całość. Zdecydowanie zaniża jej poziom, na co wpływ ma też wyjątkowo niefortunne umieszczenie tego kawałka na płycie - tak fatalne zakończenie pozostawia bardzo złe wrażenie po odsłuchu longplaya. Który i tak okazuje się znacznie lepszy niż przypuszczałem.

"The Endless River" podzielił słuchaczy Pink Floyd jeszcze przed swoją premierą. Wielu osobom nie spodobało się, że członkowie zespołu, który zawsze dbał o wysoką jakość swojej muzyki i trzymał archiwum zamknięte na klucz, nagle postanowili wydać odrzuty z najmniej ciekawego okresu swojej działalności. Inni narzekali na to, że nie będzie dużo śpiewania. A chyba wszystkich odrzuciła okładka - jeśli nie ze względu na kiepskie wykonanie, to na swoje łopatologiczne i pretensjonalne przesłanie. Z drugiej strony, nie brakuje też takich, którzy bezkrytycznie podchodzą do każdego wydawnictwa Pink Floyd, bo przecież tak wybitny zespół nie wypuściłby czegoś kiepskiego. Obiektywnie można stwierdzić, że to średnie wydawnictwo. Muzycy niby próbują tu nowych rozwiązań, ale też kurczowo trzymają innych, żeby całość wciąż brzmiała jak Pink Floyd, czasem zbyt nachalnie nawiązując do odległej przeszłości. Zbyt duża część tego albumu sprawia wrażenie przerywników pomiędzy właściwymi utworami, których prawie w ogóle tu nie ma. Mnie jednak "The Endless River" przekonuje bardziej od "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", na których jest znacznie więcej piosenkowego banału, na drugim z nich przykrytego grubą warstwą neo-progowego patosu. 

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "The Endless River" (2014)

LP1: 1. Things Left Unsaid; 2. It's What We Do; 3. Ebb and Flow; 4. Sum; 5. Skins; 6. Unsung; 7. Anisina
LP2: 1. The Lost Art of Conversation; 2. On Noodle Street; 3. Night Light; 4. Allons-y (1); 5. Autumn '68; 6. Allons-y (2); 7. Talkin Hawkin'; 8. Calling; 9. Eyes to Pearls; 10. Surfacing; 11. Louder Than Words

Skład: David Gilmour - gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal (LP2: 11); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe; Damon Iddins - instr. klawiszowe; Guy Pratt - gitara basowa; Bob Ezrin - gitara basowa; Victoria Lyon - skrzypce; Honor Watson - skrzypce; Chantal Leverton - altówka; Helen Nash - wiolonczela; Gilad Atzmon - saksofon, klarnet (LP1: 7); Durga McBroom, Louise Clare Marshall, Sarah Brown - dodatkowy wokal (LP2: 10,11)
Producent: David Gilmour, Martin Glover, Andy Jackson i Phil Manzanera


2 listopada 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)



Jack Bruce najlepiej czuł się w formule tria, która dawała sporo przestrzeni dla jego basowych popisów. Świetnie sprawdziło się to w czasach Cream. Jednak w późniejszych latach basista nie mógł znaleźć partnerów, z którymi porozumiewałby się równie dobrze, jak z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem. Współpraca z Chrisem Speddingiem i Johnem Marshallem na "Harmony Row" dała średnie efekty, więc Bruce rozwiązał ten skład (Marshall skorzystał wówczas z oferty Soft Machine, który zabiegał o niego już wcześniej), a następnie połączył siły z Leslie Westem i Corkym Laingiem z właśnie rozwiązanego Mountain. Trio West, Bruce and Laing nagrało dwa albumy. Współpraca muzykom nawet się układała, ale materiał był zupełnie nieodkrywczy, schematyczny i nadto eklektyczny. Po rozwiązaniu grupy, Bruce przygotował kolejny album solowy, "Out of the Storm". Ponownie wykorzystał trzyosobowy skład, z gitarzystą Steve'em Hunterem oraz Jimem Gordonem lub Jimem Keltnerem na bębnach.

I tutaj znów trudno mówić o jakimś szczególnie dobrym zgraniu instrumentalistów. Rola dodatkowych muzyków sprowadza się do uzupełnienia basowych, klawiszowych oraz wokalnych partii Bruce'a. Hunter, Gordon i Keltner to cenieni muzycy sesyjni, którym nie można odmówić umiejętności ani profesjonalizmu, ale po muzykach do wynajęcia trudno spodziewać się wyobraźni pozwalającej na porywającą interakcję całego zespołu. Jeden tylko Gordon miał też doświadczenie jako regularny członek Traffic i Derek and the Dominos. Ciekawe, że to właśnie on gra w tych bardziej interesujących momentach "Out of the Storm" (cały materiał tradycyjnie skomponował Bruce, a za teksty odpowiada Pete Brown), a więc w otwierającym całość "Pieces of Mind", a także w zamieszczonych na koniec "One" i "Timeslip". Wszystkie charakteryzują się nieco mniej przewidywalną budową, trochę bardziej złożonymi partiami instrumentalnymi (na wyróżnienie zasługują przede wszystkim porywające partie basu), różnymi smaczkami aranżacyjnymi, jak np, quasi-jazzujące pianino (w dwóch pierwszych), klasycyzująca gitara akustyczna (w "One"). W "Timeslip" pojawia się nawet trochę jamowego grania w stylu koncertowych improwizacji Cream - i to niemal równie dobrego. Nagrania dokonane z udziałem Keltnera to już bardziej konwencjonalny i merkantylny materiał, który można podzielić na kawałki o energetycznym ("Keep Me Wondering" z bluesową harmonijką, funkujący "Keep It Down", lekko soulujący "Into the Storm") lub balladowym charakterze ("Golden Days", "Running Through Our Hands"). To wciąż przyjemne granie, ale tak naprawdę nie wyróżniające się niczym szczególnym, z wyjątkiem niektórych partii basowych lidera ("Keep It Down").

"Out of the Storm" to prawdopodobnie ostatnie tak udane wydawnictwo Jacka Bruce'a. Nie każde nagranie mnie zachwyca, ale trzy z nich uważam za jedne z najlepszych solowych kawałków Bruce'a - równie dobre kompozycje można znaleźć chyba tylko na debiutanckim "Songs for a Tailor" (i to tez w otoczeniu słabszych utworów).

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)

1. Pieces of Mind; 2. Golden Days; 3. Running Through Our Hands; 4. Keep on Wondering; 5. Keep It Down; 6. Into the Storm; 7. One; 8. Timeslip

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, instr. klawiszowe, harmonijka; Steve Hunter - gitara; Jim Gordon - perkusja (1,7,8); Jim Keltner - perkusja (2-6)
Producent: Jack Bruce i Andy Johns